Source: https://issuu.com/spliff/docs/spliff30
Timestamp: 2019-06-18 23:58:21
Legal References Found: art. 335
 art. 387
 art. 62
 art. 62
 art. 62
 ART. 62
 art. 62
 art. 335
 art. 335
 Art. 62
 art. 62
 art. 62
 art. 62
 art. 62
 art. 62
 art. 62
 art. 335
 art. 62

Document Content:
# 30 Gazeta Konopna Spliff by Spliff Gazeta Konopna - Issuu
WERSJA ONLINE: spliff.pl
#30 Styczeń / Luty 2011
Nie poddawaj się! Autor: dr Mateusz Klinowski.
Wielokrotnie pojawiały się pytania czytelników, jak zachowywać się w przypadku zatrzymania przez policję za posiadanie „niewielkiej ilości”. Hyperreal.info o odpowiedź poprosilił doktora Mateusza Klinowskiego. Okazuje się, że propozycja “dobrowolnego poddania się karze”, składana nagminnie przez prokuratorów to złe rozwiązanie dla zatrzymanego. Dowiedz się dlaczego i przekaż znajomym.
Instytucja dobrowolnego poddania się karze została uregulowana w art. 335 (poddanie się karze w postępowaniu przygotowawczym) oraz art. 387 (na rozprawie) kodeksu postępowania karnego. Jej zadaniem jest uproszczenie i obniżenie kosztów oraz czasu trwania procesu karnego w takich przypadkach, w których okoliczności popełnienia przestępstwa nie budzą wątpliwości. W szczególności, z dobrowolnym poddaniem się karze mamy do czynienia w sytuacji, gdy oskarżony przyznaje się do popełnienia przestępstwa przed prokuratorem i uznaje swój czyn za naganny. Postawa oskarżonego musi również wskazywać, że cel postępowania karnego zostanie osiągnięty. Należy przez to rozumieć stosunek oskarżonego do czynu i do pokrzywdzonego. Przy przestępstwach bez pokrzywdzonego, a takim właśnie przestępstwem jest czyn z art. 62 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, znaczenie będzie miał jedynie ten pierwszy element. Do sprawy tej powrócimy pod koniec.Dobrowolne poddanie się karze w oczywisty sposób jest pomocne dla organów wymiaru sprawiedliwości, gdyż skazanie następuje na posiedzeniu bez rozprawy i wysłuchania stron oraz świadków, co znacznie
Sąd Najwyższy – nie ma W orzeczeniu z 27 stycznia Sąd Najwyższy podtrzymał obowiązującą zachowaczą wykładnię osławionego art. 62 Ustawy o Przeciwdziałaniu Narkomanii, stwierdzając, że zarówno posiadanie bardzo niewielkich ilości narkotyków na własny użytek, a także konsumpcja (!) są tożsame z “normalnym” posiadaniem, ergo – karalne. Orzeczenie SN miało roztrzygnąć wątpliwości wokół “posiadania w celu konsumpcji” - część prokuratorów uznawała bowiem, że takie okoliczności nie wyczerpują znamion czynu zabronionego i nie karała w takich przypadków. Według wykładni SN zgodnie z feralną ustawą sprzed 11lat przestępstwem jest nie tylko posiadania przy-
upraszcza postępowanie. Poddanie się karze służy także samemu skazanemu. Unika on, zawsze kłopotliwego, osobistego stawiennictwa w sądzie (postępowanie toczy się na zamkniętym posiedzeniu) oraz ma możliwość negocjacji kary. Wobec podejrzanych dobrowolnie poddających się karze, z założenia prokurator występuje o niższy wymiar kary. Rozumowanie to wydaje się jednak zawodzić w przypadku przestępstwa z art. 62 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, czyli przestępstwa posiadania narkotyków. Tutaj dobrowolne poddanie się karze prawie zawsze działa na niekorzyść oskarżonego. Oto dlaczego. W czasie postępowania sądowego zadaniem sędziego jest: zakwalifikowanie czynu jako przestępstwa, co umożliwia wymierzenie kary; ocena sprawcy, znajdująca wyraz w wymiarze kary, gdzie pod uwagę brany jest m.in. stopień zawinienia, okoliczności popełnionego czynu etc. Tylko spełnienie warunku pierwszego umożliwia skazanie oskarżonego i orzeczenie wobec niego przewidzianej przepisami prawa kary. Poddając się karze, podejrzany stawia w pewnym sensie sąd przed faktem dokonanym – sędzia zwolniony bowiem jest z obowiązku oceny czynu ciąg dalszy na str. 5 oraz wymierzenia kary.
“nieznacznych ilości”
słowiowych kilku okruszków, ale także sama konsumpcja (!). Pozostaje oczekiwać orzeczenia stwierdzającągo karalność bycia pod wpływem i łapanek młodzieży z przekrwionymi oczami.Precedensowe stwierdzenie SN można odczytywać jako wymowny komentarz do przygotowanej przez zespół ekspercki nowelizacji w/w ustawy, pstryczek w nos przeciwników prohibicji. Może jednak, że tak surowe odczytanie ustawy z 2000 r. wywoła skutek odwrotny i poprzez podkreślenie jej niebywałej surowości przyczynie się do przyspieszania prac nad liberalizacją, a przynajmniej poprawienie klimatu medialnego wokół niej. REKLAMA
Orzeczenie obszernie omawia i szczegółowo krytykuje Mariusz Klinowski na swoim blogu (http://pukskarol.nazwa. pl/klincz/?p=1262)
Niemcom należało się kufel piwa, pół litra wina i ćwierć litra wódki dziennie. Kokaina była szczególnie popularna wśród pilotów. na stronie 18
„Na początku zainwestowałam nie więcej niż 600 euro, właściwie chciałam tylko od czasu do czasu zapalić sobie jointa z moim dorosłym synem... na stronie 7
...konsumpcja na wyspach jest szeroko rozpowszechniona i jak najbardziej tolerowana przez obywateli. Jak jest w innych państwach europy dowiesz się na stronie 4
Co z ART. 62 ?
Kiedy zobaczyłem, że to już 30 numer ogarnęła mnie pewna nostaligia, być może dlatego że ja sam żbliżam się do trzydziestki. Do liczby, która jest niewątpliwe dla nas kapitalistycznego pokolenia przełomu, pierwszym przystankiem do życiowych podsumowań. Czy odkąd 4 lata temu wydalismy 1 numer Gazety Konopnej cokolwiek sie zmieniło ?! Z pozroru można by rzec zupełnie nic, a, nawet powiedzieć, że jest gorzej ponieważ kara jaką można otrzymać za posiadanie osiągneła granice absurdu. Na cała szczęście ślepota dopadła tylko głupców z ul. wiejskiej, a obecnie racjonalnie myśląca polska domaga się depenalizacji posiadania / uprawy na własny użytek ! Podczas obecnych prac nad nowelizacja usatwy o przeciwdziałaniu narkomanii, które toczą sie w Komisji Kodyfikacyjnej eksperci byli jednogłośni. Propozycja odstąpienia od ścigania konsumentów jest jak najbardziej słuszna, twierdzi dr. Muszyńska. Niestety posłowie PIS stwierdzili, że opinia doktora jest niewystarczająca i zagłosowali za nową kogoś ze stopniem profesora. A ponieważ posłowie PO nie przyszli głosować w sprawie własnego projektu, więc głosowanie było formalnością. Kolejna opina prof. Płatek nie pozostawia złudzeń, obecna ustawa jest fatalna. Twierdzi tak samo jak Sąd Najwyższy, że jak najszybciej trzeba wrócić do rozwiążań z 1997 roku czyli depenalizacji posiadania na własny użytek. Konieczne będzie jednak tym razem ustanowienie wartości granicznych dozwolonego użytku, aby nikt nie miał wątpliwości. Pani profesor wezwała również do wyjaśnienia dlaczego jako niebezpieczny narkotyk uważa się marihuanę, która jak pokazuja badania jest mniej szkodliwa niż alkokol oraz tytoń. Niestety, posłowie nie podzielili orzeczenia ekspertów i ślepo przyklepneli swoje. Niebawem usatwa trafi do kolejnych komisji. Ciężko przewidzieć co się zdaży dlatego będziemy informowali na bieżąco. REKLAMA
Spliff Gazeta Konopna Newsy
Przeczytaj ! Celem niniejszej publikacji nie jest nakłanianie do zażywania narkotyków. Nadużywanie marijuany może powodować poważne szkody zdrowotne i społeczne. Doświadczenie pokazuje jednak, że bez względu na status prawny zawsze znajdą się ludzie gotowi z nią eksperymentować. Redakcja Gazety Konopnej – SPLIFF dokłada wszelkich starań, by obok publikowania informacji dotyczących wykorzystania konopi, rozpowszechniać podstawowe fakty umożliwiające redukcję szkód zdrowotnych, społecznych i prawnych, które mogą powstać w wyniku jej stosowania. Jesteśmy członkiem ENCOD – Europejskiej Koalicji dla Racjonalnych i Efektywnych Polityk Narkotykowych oraz Deutscher Hanf Verband (Niemiecki Związek Konopny).
w Litwie Autor: Robert Kania
Podczas jednej z licznych imprezek w Krakowie poznałem Rolanda Petkevičiusa– studiującego tutaj antropologię kultury litewskiego aktywistę i hodowcę z BBCGPA – Bałtyckiego Stowarzyszenia Hodowców Roślin Łykowatych. Pod tą złożoną nazwą kryje się niewielka, ale dynamicznie się rozwijająca organizacja skupiająca hodowców i naukowców, przedstawicieli przemysłu związanych z nowymi zastosowaniami roślin łykowatych – do których należą pokrzywa, len – i przede wszystkim – konopie. Właśnie od precedensu związanego z uprawą konopi przemysłowych BBCGPA zaczęło swoją działalność i właśnie na tym polu działa najaktywniej. Prawna sytuacja konopi na Litwie nie jest u nas szczególnie dobrze znana – umówiłem się więc z Rolandem na dwa krótkie wywiady, przybliżające ciekawą historię przemysłowych, medycznych i rekreacyjnych zastosowań konopi w krajach bałtyckich. Oprócz zaangażowania w działalność organizacji Roland zajmuje się też badaniami naukowymi nad tradycjną psychofarmakologią, więc przy okazji miałem okazję posłuchać m.in. o tradycyjnych medycznych zastosowaniach datury w leczeniu nerwic. Ale to chyba temat na inną rozmowę.
Spliff – Gazeta Konopna to periodyk wydawany w Berlinie dla Polaków żyjących na terenie Unii Europejskiej. Wydawca nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam. Zawarte w publikowanych tekstach poglądy autorów niekoniecznie muszą odpowiadać poglądom redakcji. Gazeta dla osób powyżej 18 lat.
Spliff: Siemanko:) Na początku muszę oczywiście Cię zapytać – dlaczego akurat konopie przemysłowe? Większość organizacji prolegalizacyjnych w Europie konentruje się na rekreacyjnych zastosowaniach konopi, BBCGPA skupia się zaś w całości na ich potencjale medycznym i przemysłowym?
Wydawca: Eurolistek LTD. Dunkerstr. 70 10437 Berlin
Redakcja: Wojciech Skura (wojtek@spliff.pl) Robert Kania (robert.kania@spliff.pl),
Grafika: Tomasz S. Kruk (grafik@spliff.pl) Foto: redakcja, Toudy, internet, PM Dystrybucja: biuro@spliff.pl Druk: Union Druckerei Weihmar GmbH Reklama: emmi@spliff.pl - World, biuro@spliff.pl - Polska
Redakcja Gazety Konopnej Spliff poszukuje nowych autorów oraz tekstów, szczególnie z zakresu medycznych i przemysłowych zastosowań Cannabis i profesjonalnej uprawy. Zgłoszenia prosimy przysyłać na adres redakcja@spliff.pl
nania, niż zajęcie się od razu pełną legalizacją. Ale przede wszystkim wynika to z tego, że kraje bałtyckie, a Litwa w szczególności mają naprawdę długą historię zastosowań tradycyjnych. Nie jest to fakt szeroko znany, ale łatwa w uprawie i znajdująca dziesiątki zastosowań konopia, aż do lat 50tych ubiegłego wieku była naprawdę powszechnie uprawiana, przede wszystkim na wsi. Więcej odpowiedzi na str. 10
Jacek Charmast : szefowa MONAR-u Mubarakiem polskiego systemu leczenia osób uzależnionych
Współpraca: BBR, Sławomir Gołaszewski, Maciej Kowalski, Konoptikum, Hanf Journal, hyperreal.info, Maciek Słomczyński, Roman Husarski, Kimo, Jorge, Zbigu, Jak Automat, Michał Pauli, Lutek
Roland: Widzisz, BBCGPA nie może być postrzegane jako „organizacja prolegalizacyjna“, w takim rozumieniu jak podobne organizacje w Polsce, czy Czechach. Skupiamy się na przemysłowych konopiach po pierwsze dlatego, że nawet ich status na Litwie nie jest jasno określony – przekonanie polityków do zastosowań przemysłowych, czy medycznych wydaje się więc drobnym kroczkiem znacznie łatwiejszym do wyko-
Jacek Charmast, wieloleletni doświadczony streetworker, byly pracownik MONAR-u, przewodniczący Polskiej Sieci ds. Polityki Narkotykowej w proteście przeciwko polityce szefowej MONAR-u Jolanty Łazugi – Koczurowskiej apelował w lutym zeszłego roku o bojokt MONAR-u. List nie doczekał się zdecydowanej reakcji ze strony MONAR-u. Kilka dni temu Charmast ponowił swoje zarzuty, tym razem adresując apel bezpośrednio do przewodniczącej stowarzyszenia Jolanty Łazugi-Koczurowskiej i nawołując do jej odejścia. Pretekstem do odświeżenia sprawy było niedawne rozwiązanie przez MONAR krakowskiego oddziału stowarzyszenia odchodzącego od skostniałych wzorców postępowania organizacji i mogącego wykazać się sporym powodzeniem. Przy okazji przypomnijmy zarzuty stawiane MONARowi przed rokiem: „
MONAR wbrew strategiom i dokumentom Ministerstwa Zdrowia, postulatom wyrażanym przez środowiska pacjenckie, stanowiskom formułowanym przez wielu specjalistów, wbrew powszechnie wyrażanym opiniom o strukturalnych niedostatkach polskiego lecznictwa uzależnień, wbrew temu wszystkiemu, prowadzi propagandę sukcesu i akcję na rzecz konserwacji systemu. Nie jest zainteresowany jego przejrzystością i mierzeniem skuteczności. W Polsce żadna ze społeczności terapeutycznych nie jest przejrzysta i ukrywa twarde wyniki swojej pracy. Ale tylko jeden MONAR ma tupet bronić tego obyczaju (...)”\ MONAR działa przeciwko poszerzeniu dostępu do leczenia substytucyjnego. W 2004 roku, gdy zmieniano prawo, by umożliwić prowadzenie tego leczenia niepublicznym zakładom opieki zdrowotnej, rzeczone stowarzyszenie wprowadziło do statutu zapis wykluczający taką działalność.(...)est to kolejny przykład działania antykonsumenckiego, działania wymierzonego w interes społeczny(...)
MONAR marginalizuje środowisko osób pracujących w nurcie pracy ambulatoryjnej, i robi to na wiele sposobów. Niemal wszystkie miejsca w jego zarządzie, zajmują osoby wywodzące się z rehabilitacji stacjonarnej. Taki stan rzeczy służy oligarchii, ale też konserwacji obecnego systemu pomocy. Dzisiaj gdy środowiska zainteresowane modernizacją systemu, upominają się o zrównoważone lecznictwo, oraz w obliczu trwałej tendencji przesuwania się ciężaru leczenia z rehabilitacji stacjonarnej na ambulatoryjną, ochrona monopolu ośrodków jest działaniem skrajnie antykonsumenckim.(...) „
pełną treść najnowszego apelu możecie znaleźć na stronie http://pukskarol.nazwa.pl/klincz/?p=1284 natomiast zeszłorcozny apel wisi na stronie http://spliff.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=482&Itemid= 68 a tutaj możecie podpisać petycję w sprawie likwidacji krakwoskiego oddziału MONARu: http://www.monar.kki.pl/
Alkohol gorszy
niż heroina Autor: Maciej Kowalski
W listopadzie w presti owym czasopi mie medycznym Lancet ukazał si artykuł pod redakcj profesora Davida Nutta, analizuj cy w kompleksowy sposób szkodliwo ć poszczególnych narkotyków. Absolutnym „liderem” rankingu, najbardziej szkodliwym z narkotyków, jest wg autorów... alkohol!
K Amerykańscy i brazylijscy naukowcy odkryli, że mózg wytwarza proteiny, które działają jak marijuana na określone receptory w mózgu. To odkrycie może doprowadzić do stworzenia nowych, marijuanopodobnych leków, o działaniu: przeciwbólowym, stymulującym apetyt oraz zapobiegającym nadużywaniu marijuany.
„Teoretycznie, rozwój ten doprowadzi do stworzenia leków wiążących i aktywujących receptory THC, pozbawionych efektów ubocznych, które ograniczają przydatność marihuany”, powiedział starszy badacz zajmujący się tym projektem - Lakshmi A. Devi, z departamentu farmakologii i systemów terapeutycznych Mount Sinai School of Medicine w Nowym Jorku. „Posiadanie leku aktywującego lub blokującego receptor THC będzie pomocne. Nasze odkrycia zwiększą możliwość spreparowania efektywnych leków, ze zmniejszoną liczbą skutków ubocznych”. Naukowcy dokonali swojego odkrycia, ekstrahując kilka małych protein zwanych peptydami z móżgu myszy oraz określając sekwencję aminokwasów. Wyekstrahowane proteiny były łączone z innymi peptydami, o których wcześniej wiedziano, że wiążą, ale nie aktywują receptorów THC. Z wyekstrahowanych protein kilka nie tylko wiąże receptory THC w mózgu, ale również aktywuje je. „Wojna z narkotykami uderzyła bardzo blisko domu”, powiedział Gerald Weissmann - redaktor naczelny The FASEB JOURNAL. „W zeszłym roku naukowcy odkryli, że nasza skóra produkuje marihuanopodobną substancje. Teraz widzimy, że mózg produkował proteiny, które działają bezpośrednio na receptory marihuany w naszej głowie. Następnym krokiem dla naukowców będzie stworzenie nowych leków, które będą eliminować nieprzyjemną stronę trawki”. http://www.sciencedaily.com/releases/2009/04/090420151240.htm
Według autorów, wszelkie regulacje dotyczące narkotyków powinny być – wydawałoby się, rzecz oczywista – oparte na badaniach ich faktycznej szkodliwości. Jeśli oficjalne uzasadnienie prohibicji odwołuje się do szkody, jaką te z piekła rodem substancje wyrządzają społeczeństwu, przypuszczać by można, że największe sankcje grozić będą za posiadanie/rozprowadzanie/produkcję tych najbardziej szkodliwych, czy tak? Nic bardziej mylnego. Spośród 20 poddanych analizie narkotyków numerem jeden okazał się bezapelacyjnie dostępny na każdym rogu ulicy alkohol. Nie lepiej wypadł też tytoń, plasujący się między kokainą a amfetaminą. Aby zmierzyć szkodliwość poszczególnych narkotyków, naukowcy wyznaczyli 16 kryteriów, które podzielili na dwie grupy – szkody wyrządzane użytkownikowi i szkody wyrządzane innym. W każdej z grup wyszczególnione zostało bezpośrednie oddziaływanie na zdrowie, na psychikę, więzy społeczne itd. Rezultaty nie dziwią może czytelników Spliffa, ale w Wielkiej Brytanii, której społeczeństwo stanowiło podstawę opracowania, wywołały niemałe zamieszanie. „Czy to oznacza, że smażenie browna jest mniej szkodliwe, niż lampka wina do obiadu?” - pytali zdezoriantowani dziennikarze. Niekoniecznie. Istotnym czynnikiem, o którym jasno wspominają autorzy, jest powszechność alkoholu. Zawsze cieszy jednak pojawienie się w świecie nauki i mediach głosu, który przypomina, że alkohol to ciężki narkotyk. Przyglądając się bliżej kryteriom, na podstawie których przygotowany był ranking, widzimy, że szkodliwość alkoholu w każdym z 16 czynników przewyższa szkodliwość cannabis. Największą „szkodą” sklasyfikowanych na ośmym miejscu (za alkoholem i tytoniem) konopi są koszty ekonomiczne dla społeczeństwa. Rzeczywiście – konopie stanowią znakomitą większość wszystkich przypadków łamania prawa narko-
tykowego, a koszty dla organów ścigania, sądownictwa i systemu penitencjarnego są ogromne. Rozwiązań tego problemu jest kilka: legalizacja, depenalizacja, dekryminalizacja... Gorzej sprawy się mają jeśli chodzi o szkodliwość alkoholu. Na powodowaną przez alkohol przemoc w rodzinie czy problemy z pracą nie ma prostego lekarstwa. Funkcjonująca w Wielkiej Brytani ustawa o przeciwdziałaniu przewiduje różne kary dla różnych narkotyków, zależnie od ich klasyfikacji. Jak pokazują badania, podział ten nie ma żadnych naukowych podstaw, traktując najmniej szkodliwe z uwzględnionych w badaniu narkotyków – LSD i grzyby – jako „class A” (najwyższe sankcje), podczas gdy najgorszy z narkotyków – alkohol – cieszy się rządowym błogosławieństwem i społecznym przyzwoleniem. Jak podkreślają autorzy, wyniki zależą od wag, jakie przypiszemy każdej z 16 składowych, sposobu mierzenia, wyboru czynników itd. Statystyczne testy potwierdzają jednak, że zasadnicze wnioski pozostają bez zmian bez względu na dokłądną konstrukcję rankingu. * Drug harms in the UK: a multicriteria decision analysis David J Nutt, Leslie A King, Lawrence D Phillips, on behalf of the Independent Scientiﬁ c Committee on Drugs www.thelancet.com, November 1, 2010 kontakt z autorem: d.nutt@imperial.ac.uk Davit Nutt – autor opisywanego artykułu nie po raz pierwszy wywołał zamieszanie swoimi odkryciami. Jako profesor psychiatrii i neurofarmakologii, specjalizuje się w dziedzinie wpływu narkotyków na funkcjonowanie mózgu. W latach 2008-09 kierował brytyjskim instytutem rządowym ds. nadużycia narkotyków. Ze stanowiskiem musiał się pożegnać po tym, jak w jednym z artykułów ocenił ryzyko związane z zażywaniem extasy za niższe, niż jazdę
Jak czytac wykres
gólna szkodliwość używki symbolizowana jest wielkością koła. Szkodliwość alkoholu wynosi około 76% Kolor żółty oznacza szkodliwość dla użytkownika, natomiast czerwony oznacza szkodliwość wobec innych
Blisko 100 organizacji pozarządowych z całego świata podpisało się pod listem Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej (PSPN) do Marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny. PSPN apeluje o przyśpieszenie prac nad Ustawą o Przeciwdziałaniu Narkomanii podkreślając wyjątkową restrykcyjność i niehumanitarność polskich zapisów prawa. List ten został złożony dziś 31-go stycznia w kancelarii Sejmu. (...) Od ponad 2 lat walczymy o przegłosowanie nowego brzmienia art. 62. Ustawy o Przeciwdziałaniu Narkomanii. – mówi Przewodnicząca Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej, Marta Gaszyńska – Zapis ten powoduje, że osoby uzależnione zamiast na leczenie trafiają do więzienia, a to kosztuje rocznie polskie państwo 80 milionów złotych. Obecna ustawa jest nie tylko nieskuteczna, ale wręcz szkodliwa. – dodaje jedna z sygnatariuszek listu, Kasia Malinowska-Sempruch - Jeśli przeanalizujemy dane, które pokazują wzrost wykrywalności przestępstw narkotykowych, to od 2000 roku ich liczba wzrosła o 1500%. Natomiast, jeśli spojrzymy na to, co uważane jest za przestępstwo, to okaże się, że absolutną większość tych „przestępstw” popełniają młodzi ludzie zatrzymani za posiadanie pół grama marihuany czy amfetaminy. Nasza policja skupia się właśnie na nich a nie na faktycznym narkobiznesie. Dlatego apeluję do Marszałka o przyśpieszenie prac nad urealnieniem Ustawy.
W swoim apelu PSPN podkreśla, że znowelizowana Ustawa jest już w Sejmie, a mimo to prace nad nią nie zostały podjęte. Obecne zapisy prawa cechuje nieskuteczność i nieracjonalność - polska polityka narkotykowa, to: najniższy w Europie odsetek osób leczonych z narkomanii skutecznymi formami terapii, a jednocześnie najwyższa liczba skazywanych konsumentów narkotyków (prawie 9 tys. osób rocznie) stąd konieczne są natychmiastowe zmiany w Ustawie i przyspieszenie prac nad nią. Pod listem podpisały się organizacje pozarządowe z Polski, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Rosji, Niemiec, Francji, Meksyku, Kanady i wielu innych krajów, a wśród sygnatariuszy znaleźli się najważniejsi działacze na polu polityki narkotykowej min.: Ethan A. Nadelmann, Dyrektor Drug Policy Alliance; Prof. Frederick L. Altice, M.D., Dyrektor Clinical and Community Research Yale University School of Medicine Section of Infectious Diseases, AIDS Program; Prof. Dr. Robert Newman, Baron Edmond de Rothschild Chemical Dependency Institute of Beth Israel Medical Center w Nowym Jorku i wielu innych. W sumie, pod listem podpisało się ponad 100 sygnatariuszy z całego świata: działaczy społecznych, naukowców, aktywistów, pracowników organizacji pozarządowych. Źródło : narkopolityka.pl petycję może podpisać się każdy online: http://www.petycje.pl/petycja/6474/list_do_marszalka__ przyspieszenie_prac_nad_nowelizacjs_ustawy_uopn.html
DomowaUprawa.pl sklep@domowauprawa.pl +48 788 516 592
Odbiór osobisty możliwy w naszym nowym sklepie ul. Sowińskiego 18 – Poznań
Konopna podróż po
zjednoczonej Europie Autor: HJ Będący w podróży koneser konopi czy przyjmujący ją pacjent często nie jest pewny, jak w dzisiejszym pędzącym świecie ma się aktualny stan prawny jego ulubionego zioła. Będąc w drodze przez Europę dobrze jest czasem wiedzieć, ile trawy można mieć przy sobie nie ryzykując równocześnie jednej lub kilku nocy spędzonych w pace. Oczywiście ilości te mogą już jutro być inne, poniższe dane nie są gwarantowane.
W Wielkiej Brytanii konopia jest obecnie znów tzw. „Class B” drug (po tym jak w latach 2004-2009 klasyfikowana była do klasy C) i znów jest oficjalnie ścigana przez policję i urzędy. Decyzja ta została mocno skrytykowana przez naukowe gremium rady ds. narkotyków. Mimo to konsumpcja na wyspach jest szeroko rozpowszechniona i jak najbardziej tolerowana przez obywateli. W Wielkiej Brytanii jest kilku pacjentów przyjmujących Marinol, stosowanie naturalnej konopii w medycynie jest również nielegalne. W Norwegii za posiadanie do 15 g marihuany grozi kara grzywny, posiadanie więcej niż 15 g oraz handel karany jest pozbawieniem wolności. Zatem ci, którzy stale przyjmują konopie, powinni podróżować posiadając przy sobie mniejsze dawki. W Szwecji zasadniczo jakiekolwiek posiadanie, nabywanie czy nawet konsumpcja jakichkolwiek nielegalnych substancji są zabronione. Zero tolerancji w kraju uchodzącym za liberalny. Posiadającym nie więcej niż 50 g zioła grożą drastyczne kary grzywny i pozbawienia wolności w zawieszeniu. Do środków represji zalicza się też przymusową terapię dla osób uzależnionych od konopi. Również sama konsumpcja jest przestępstwem. Wszystko, co przekracza wagę 50 g, czy też wygląda na handel / przekazanie dalej, może skończyć się karą pozbawienia wolności na okres co najmniej sześciu miesięcy. Ogólnie mówiąc palenie jest niedozwolone. U fińskiego sąsiada za spożywanie, posiadanie niewielkich nieokreślonych bliżej ilości oraz uprawę max. 6 roślin nałożona może zostać niewielka kara grzywny, również w przypadku przekazania w „niewielkim gronie konsumentów”. Tak samo, jak w innych państwach skandynawskich, tak i tutaj publiczny handel grozi pozbawieniem wolności oraz odebraniem prawa jazdy. W małej Danii palenie marihuany jest w dużej mierze tolerowane, oficjalnie jest jednak jeszcze ciągle nielegalne i również w zeszłym roku było ścigane i karane przez policję i państwo. Po różnych zakrojonych na szeroką skalę akcjach w małym Wolnym Mieście Christiania w środku Kopenhagi w 2004 roku publiczna sprzedaż konopi została wprawdzie ograniczona, jednak ciągle jeszcze można się z nią spotkać. Rada miasta w Kopenhadze chciałaby wprowadzić model coffee shopów, co spotyka się jednak ze sprzeciwem ze strony konserwatywnego rządu. W Rosji nie ma w tej kwestii żadnej podstawy prawnej, grzywna pobierana jest bezpośrednio na miejscu i z reguły bez wystawienia mandatu. Możliwe jest jednak, że za posiadanie działki trzeba będzie odsiedzieć kilka dni, w zależności od policjanta i jego humoru. W przypadku posiadania do 6 g należy liczyć się z kara grzywny lub do 15 dni więzienia. Jakakolwiek uprawa, handel i posiadanie ilości większej niż 6 g są zasadniczo karane pozbawieniem wolności. Aktywizm w kwestii konopi jest tam konieczny, ale też i bardziej niebezpieczny, niż gdziekolwiek indziej. W słonecznej Portugalii dozwolona jest konsumpcja do 2,5 g marihuany dziennie. Uwzględniono również robienie zapasów, i na osobisty użytek możliwe jest posiadanie zapasów na dziesięć dni, a zatem 25 g. Posiadanie większej ilości uważane jest za „trafficking”, tak samo jak uprawa choćby jednej roślinki. Mimo to Headshopy i Growshopy w Portugalii wyrastają jak grzyby po deszczu i – proporcjonalnie do tego – również liczba uprawiających konopię własnym sposobem. W sąsiedniej Hiszpanii najczęściej przymyka się oko na posiadanie i konsumpcje, które najwyżej mogą skończyć się niewielką grzywną i konfiskatą. Tolerowana jest uprawa na własny użytek w swoich czterech ścianach, dopóki nie chodzi o uprawę na sprzedaż. Ponadto dozwolone są w Hiszpanii Cannabis Social Clubs, których członkowie za opłatą mogą nabyć konopię po cenach zbliżonych do tych na czarnym rynku. W Belgii dozwolona jest uprawa do 3 roślinek na jedno gospodarstwo domowe (czy też jednej na osobę). Posiadanie i konsumpcja małych ilości do 3 g konopi tolerowana jest u dorosłych, o ile nie stwarzają oni tym problemów swojemu otoczeniu. Ogólnie posiadanie marihuany i jej konsumpcja nie są dla policji i proku-
ratury sprawą priorytetową. W Holandii konopia wprawdzie również nie jest legalna, sprzedaż w coffee shopach jest jednak tolerowana przez rząd. Za posiadanie do 5 g marihuany nie grozi kara, chyba że zioło będzie powodem dziwnego zachowania w miejscach publicznych. W domu również można uprawiać do pięciu roślinek na własny użytek, nie obawiając się kary. Inne rodzaje handlu na czarnym rynku są ścigane. Pacjenci leczeni marihuaną mogą zdobyć swoje zioło całkiem legalnie od rządu, jednak ceny proponowane w coffee shopach często są niższe. W Księstwie Lichtenstein wspiera się legalizację marihuany. Gdyby jeden z niemieckojęzycznych sąsiadów, Austria lub Szwajcaria, wprowadził legalizację konopi, Lichtenstein z pewnością by się przyłączył. Paląc marihuanę w tym mikropaństwie europejskim nie trzeba szczególnie się przejmować. Handel może być jednak karalny. W Szwajcarii hodowla konopi celem uzyskania narkotyku jest oficjalnie nielegalna, jest jednak szeroko rozpowszechniona i z powodu swojego zasięgu nie jest konsekwentnie ścigana przez państwo. Po okresie sprzedaży woreczków zapachowych z kwiatami konopi w latach 1994-2003, handel znów jest ścigany. Po odrzuceniu inicjatywy na rzecz konopi w roku 2008 Szwajcaria jest teraz na etapie wdrażania modelu kar grzywny, który sprawdził się w kantonie St. Gallen. Podobnie jak w Niemczech, nie ma (jeszcze) precyzyjnie zdefiniowanego pojęcia „niewielkiej ilości”. Konopia ma zostać udostępniona również jako naturalne lekarstwo, planowane są dokładne regulacje w tej kwestii. Aktualnie pacjenci narażeni są na niewielkie prześladowania. We Włoszech ustawodawstwo dotyczące narkotyków zaostrzane jest za każdym razem po zwycięstwie Berlusconiego w wyborach. Jako „niewielka ilość” rozumiane jest tam zatem 500mg THC (ok. 6 gramów konopi zawierającej 10% THC). Posiadaczom takiej, trudnej do określenia ilości grozi kara grzywny, terapia lub odebranie prawa jazdy czy paszportu. Każdy, kto przyłapany zostanie z większą ilością marihuany, uchodzi za dealera. Grozi za to od sześciu do dwudziestu lat pozbawienia wolności. Jeśli chodzi o medyczne zastosowanie konopi Włochy niestety nie idą z postępem. Pozwolenia na otrzymywanie z Holandii kwiatów konopii przeznaczonych do zastosowania leczniczego nie zostały przedłużone. Czechy są kolejnym rajem dla podróżujących posiadających przy sobie marihuanę, bowiem zalegalizowane zostało tam posiadanie do 1 g czystego THC. Posiadanie w domu nie więcej niż pięciu roślinek uchodzi jedynie za wykroczenie. Pacjentów przyjmujących konopię zostawia się całkowicie w spokoju. Handel i sprzedaż są ścigane, ponadto nie ma żadnych coffee shopów i innych miejsc sprzedaży konopii (przynajmniej oficjalnych – red.), ani w Pradze, ani nigdzie indziej, co ma dać odpowiedź na pytanie stawiane często w ostatnich miesiącach.
Rząd polski jest jednym z najbardziej bezlitosnych w Europie jeśli chodzi o kwestię marihuany. Jakiekolwiek posiadanie konopi jest nielegalne i może skończyć się karą pozbawienia wolności w wymiarze do pięciu lat. W przypadku przekazania choćby najmniejszej ilości grożą dotkliwe kary do dziesięciu lat więzienia. Ruch mający doprowadzić do zalegalizowania marihuany ma przed sobą trudną drogę i jest wdzięczny za każdą pomoc. Marihuany nie stosuje się w medycynie, pacjenci są uważani za uzależnionych od narkotyków. Przyjrzyjmy się na koniec Niemcom w roku 2010. Postępowania w sprawach dotyczących posiadania tzw. „niewielkiej ilości” (między 6 a 15 g marihuany) mogą lub muszą zostać umorzone, w zależności od landu. Handel i uprawa są nielegalne. Od niedawna uznano pierwszych pacjentów przyjmujących marihuanę, którzy mogą nabyć ją w aptekach. Ogólnie konopia jest w Niemczech szeroko rozpowszechniona i dla stróżów prawa, szczególnie w północnych Niemczech, nie jest sprawą o wysokim priorytecie. O ile samo spożycie marihuany nie jest nielegalne, o tyle uprawiającym tę roślinę i handlującym nią ciągle jeszcze grożą wysokie kary pieniężne czy pozbawienia wolności. Ponadto jest przepaść między północą a południem.
Czechy: Nasiona seniorom W styczniu 2011 rusza trzecia edycja akcji „Nasiona seniorom”, prowadzonej przez stowarzyszenie Legalizace.cz. Polega ona na rozdawnictwie pestek konopi przeznaczonych do upraw na lekarstwo wszystkim chętnym pełnoletnim obywatelom, przede wszystkim starszym ludziom. Wielu z nich nie zgadza się z wypychaniem ich na czarny rynek, gdzie w atmosferze zagrożenia oferuje się towar niewiadomej jakości po bardzo zawyżonej cenie. Od wiosny 2010 udział w akcji wzięło kilkaset osób. Oprócz ziaren otrzymali oni instrukcje uprawy i spis przydatnych publikacji. Robert Veverka, rzecznik organizacji, deklaruje, że bezmyślne prawo nie może bronić ludziom dostępu do taniego lekarstwa. Domaga się całkowitego i bezzwłocznego zniesienia odpowiedzialności za uprawę konopi leczniczych. Obecnie za uprawę do pięciu krzewów grozi grzywna do 15 000 czeskich koron (prawie 2410 PLN w IX.10). Zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego samoleczenie nie podlega karze, wciąż jednak dochodzi do ograniczania swobody i represji. www.legalizace.cz/ projekty/seminkaseniorum/
Spliff Gazeta Konopna Hyperreal
Na forum i portalu hyperreal.info wielokrotnie pojawiały si pytania czytelników, jak zachowywać si w przypadku zatrzymania przez policj za posiadanie „niewielkiej ilo ci”. O odpowied poprosili my doktora Mateusza Klinowskiego. Okazuje si , e propozycja “dobrowolnego poddania si karze”, składana nagminnie przez prokuratorów to złe rozwi zanie dla zatrzymanego. Dowiedz si czemu i przeka znajomym. już na etapie postępowania przygotowawczego.
Decyzje sądu zastępuje porozumienie prokuratora i podejrzanego, na mocy którego podejrzany uznaje się za winnego popełnienia przestępstwa. Podejrzany o posiadanie narkotyków, dobrowolnie poddając się karze, sam zatem uznaje, że popełnił przestępstwo, za które powinien zostać ukarany. W tej sytuacji sąd niemal zawsze wydaje wyrok skazujący, zgodny przecież z wolą oskarżonego (teoretycznie istnieje możliwość, że oskarżony nie przyznaje się do winy, a prokurator stosuje art. 335 kpk, ale przypadki takie są zupełnie wyjątkowe). Na marginesie, nie jest możliwe złożenie wniosku z art. 335 kpk połączonego z zaniechaniem dalszych czynności dowodowych, jeżeli oskarżony skorzystał z prawa do milczenia. Dobrowolne poddanie się karze oznacza więc swoistą kapitulację, na którą konsumenci zakazanych używek w żadnym razie nie powinni się godzić. Art. 62 upn został pomyślany jako przede wszystkim narzędzie ścigania handlu narkotykami i stanowi przykład tzw. kryminalizacji zastępczej. Stąd też wzięła się bardzo surowa odpowiedzialność karna przewidziana w tym przepisie. Ustawodawca po prostu zbyt optymistycznie założył, że policja nie będzie ścigać drobnych posiadaczy, a prokuratury oraz sądy będą umarzać postępowania toczące się przeciwko nim. Był to duży błąd, ponieważ tak właśnie się nie stało. Skoro jednak ściganie konsumpcji narkotyków nie stanowi celu istnienia art. 62, czyn polegający na posiadaniu niewielkich ilości zakazanych używek, wobec braku wystąpienia dodatkowych okoliczności wskazujących na ich udzielanie innym osobom, czy zamiar ich sprzedaży, należałoby zawsze kwalifikować przynajmniej jako wypadek mniejszej wagi (art. 62.3), albo postępowanie umarzać ze względu na niską społeczną szkodliwość czynu. A już zwłaszcza wtedy, gdy przedmiotem posiadania jest marihuana w niewielkich, kilkugramowych porcjach. Używka ta, jak pokazują badania naukowe, w znikomym stopniu stwarza bowiem zagrożenie dla zdrowia publicznego, czyli dobra chronionego przez art. 62. W interesie podejrzanego o posiadanie narkotyków leży więc nie tyle poddanie się karze, co raczej konsekwentne utrzymywanie, że posiadane narkotyki przeznaczone są tylko i wyłącznie na własny użytek. Ze stwierdzeniem tym powinna wiązać się również odmowa składania jakichkolwiek dalszych wyjaśnień i wniosek o umorzenie postępowania z uwagi na znikomą społeczną szkodliwość popełnionego czynu. Nawet, jeżeli prokuratura nie zdecyduje się na umorzenie postępowania, to dopiero sąd w czasie rozprawy dokona oceny postawy sprawcy, charakteru jego czynu, stopnia zawinienia. I jeżeli zabezpieczona ilość narkotyków (przy podejrzanym, w miejscu jego zamieszkania) jest znikoma, a okoliczności zatrzymania nie wskazują na cele posiadania inne niż konsumpcja, istnieje spore prawdopodobieństwo, że sąd uniewinni oskarżonego, odstąpi od wymierzenia kary, bądź, stosując art. 62.3, wymierzy karę inną niż pozbawienie wolności. W tym miejscu warto podkreślić, że choć kara pozbawienia wolności w zawieszeniu, stosowana bardzo często w sprawach z art. 62, wydaje się niekiedy najatrakcyjniejszym rozwiązaniem, jest to najsurowsza i najdotkliwsza ze znanych polskiemu prawu kar. Jej odwieszenie zaś, w wyniku np. ponownego zatrzymania z nielegalną używką, skutkuje faktycznym uwięzieniem. Właśnie to zupełnie irracjonalne przekonanie co do ulgowego charakteru zawieszenia kary pozbawienia wolności powoduje, że chcąc uniknąć płacenia grzywny, przychodzenia na rozprawę czy ulegając sugestiom policji i prokuratora, konsumenci masowo korzystają z instytucji poddania się karze bez rozprawy
Serwis hyperreal.info zaprasza do współpracy osoby zainteresowane. Jeśli interesuje Cię tematyka narkotykowa i chcesz podzielić się swoją wiedzą z setkami tysięcy osób odwiedzających serwis, możesz skontaktować się z redakcją serwisu pisząc na adres: redakcja@hyperreal.info
Podnoszony bywa również argument, że dobrowolne poddanie się karze prowadzi do zasądzenia kary w niższym wymiarze. Prokurator idzie bowiem oskarżonemu na rękę, a jeśli ten na jego propozycję nie przystanie, „z czystej ludzkiej złośliwości” zażąda wyższego jej wymiaru. Zaś sąd może taką właśnie surowszą karę zasądzić. Argument ten z dwóch powodów jawi się jako nietrafny. Po pierwsze, jak pokazuje praktyka, oskarżeni posiadacze narkotyków, którzy postanawiają walczyć o swoje prawa, najczęściej wychodzą na tym lepiej, niż przystając na propozycję kary złożoną przez prokuratora. Dzieje się tak dlatego, że sąd nie ma obowiązku, jak już wspomnieliśmy, podzielić na rozprawie opinii prokuratora na temat przestępności czynu oraz wymiaru kary. Co więcej, zwykle do rozprawy w ogóle nie dochodzi, gdyż prokuratura sama umarza postępowanie, widząc, że nie przebiegnie ono w sposób dla nich bezproblemowy i wymagać będzie z ich strony wiele wysiłku. Dla prokuratorów sprawy drobnych posiadaczy narkotyków są bowiem zbyt mało istotne, aby angażować się w ich prowadzenie w trybie innym niż uproszczony. Po drugie, często proponowaną przez prokuratora karą, jak już pisaliśmy, jest pozbawienie wolności. Jest to kara absurdalnie surowa i trudno w tej sytuacji twierdzić, że prokuratura idzie tutaj oskarżonemu na rękę. Ważnym czynnikiem zwiększającym prawdopodobieństwo umorzenia sprawy z art. 62 jest skorzystanie z zawodowego pełnomocnika procesowego, choćby poproszenie o nieodpłatną pomoc Biuro Rzecznika Praw Osób Uzależnionych i Używających Narkotyków. Praktyka działania Rzecznika dowodzi, że nie poddawanie się karze i skorzystanie z pomocy fachowego doradcy prawnego stanowi skuteczną strategię uniknięcia kary za posiadanie
„W interesie podejrzanego o posiadanie nar-
kotyków leży więc nie tyle poddanie się karze, co raczej konsekwentne utrzymywanie, że posiadane narkotyki przeznaczone są tylko i wyłącznie na własny użytek.”
niewielkich ilości narkotyków. Na około 60 spraw z art. 62, którymi zajęło się biuro w latach 2009-10 roku, niemal wszystkie zakończyły się umorzeniem postępowania. W dwóch przypadkach zasądzono karę grzywny i ograniczenia wolności. Liczby te niezbicie dowodzą, że, statystycznie rzecz biorąc, drobne sprawy dotyczące posiadania narkotyków są przez prokuraturę umarzane przy pierwszych przejawach gotowości oskarżonego do aktywnego uczestnictwa w rozprawie. Na koniec, wątpliwości budzi w ogóle samo sięganie przez prokuratorów do instytucji dobrowolnego poddania się karze przez oskarżonego w przypadku posiadania niewielkich ilości narkotyków. Jak już wspomnieliśmy, przesłanką zastosowania art. 335 kpk jest osiągnięcie celu postępowania, czyli przede wszystkim brak powrotu do przestępstwa. Lecz gdy pod uwagę brać konsumentów narkotyków, zwłaszcza uzależnionych, jest bardzo prawdopodobne, że nadal posiadać będą oni zakazane środki. Oznacza to, że właściwie w każdym przypadku należałoby zakładać, że cel postępowania karnego nie zostanie osiągnięty. Dowodzi to jedynie, że prokuratura i policja przekształciły, z różnych powodów, art. 62 upn w wygodne narzędzie generowania wyników oraz statystyk, i stosują ten artykuł niezgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem. Podsumowując, najlepszą taktyką postępowania w momencie zatrzymania z niewielką ilością narkotyków przeznaczonych na własny użytek jest nie poddawanie się karze i walka o swoje prawa przed obliczem sądu z pomocą zawodowego prawnika. Istnieją wówczas spore szanse na umorzenie postępowania.
Spliff Gazeta Konopna Zielarnia
– jeden z prostych przepisów! Autor: Jak Automat
Gleba glebie nie jest równa. Próbowałem różnych mieszanek ale niestety wiele z nich dawały rezultaty poniżej moich oczekiwań. Zdradzę wam jednak, jak dobrana jest gleba, która dawała u mnie najlepsze efekty. Oryginalnie, przepis ten pochodzi z Holandii, ale zmieniłem go trochę. Wszystko, co jest niezbędne, bez problemu dostępne jest w sklepach ogrodniczych.
Autor: Jak Automat
Węgiel aktywny, zwany też węglem aktywowanym, to taki węgiel, który został potraktowany tlenem aby otworzyć miliony małych porów. W efekcie otrzymuje się powierzchnię od 300m2 do 2000m2 na gram węgla. Jednym ze sposobów zastosowania węgla aktywnego jest neutralizacja zapachów w powietrzu odprowadzanym na zewnątrz z aparatury przeznaczonej do uprawy indoor. Cząsteczki zapachu wiązane są na powierzchni węgla i tym samym zapach nie wydostaje się na zewnątrz. Mała rada, jak sprawdzić jakość i wytrzymałość węgla aktywnego. Jest to bardzo proste i można zrobić to szybko samemu. Odważ po jednym gramie węgla różnego pochodzenia i wpuść do szklanki z wodą. Zły węgiel aktywny (o małej powierzchni lub całkowicie zużyty)opadnie na dno. Im lepszy węgiel (więcej powierzchni i tym samym również więcej powietrza w węglu),
tym wolniej będzie tonąć. Najlepszy węgiel pozostaje na powierzchni. Ważne: za duża wilgotność powietrza pogarsza działanie filtra. Woda bardzo szybko zatyka pory. Jeśli względna wilgotność powietrza wynosi 50% lub mniej, filtr będzie działać wydajniej i dłużej. Gdy wilgotność wynosi powyżej 70%, działanie filtra jest mocno ograniczone. Wiedzieliście, że filtr, który w momencie zakupu waży 100kg, może osiągnąć wagę do 300 kg, jeśli jest napełniony zapachami i wilgocią? Pomyślelibyście, że zapachy mogą tyle ważyć?
Dlaczego sam mieszam ziemię !?!
Aby otrzymać 100 l dobrej ziemi potrzebujemy:
Przez długie lata zauważyłem spore różnice w mieszankach tzw. zwykłej ziemi do kwiatów dlatego musiałem zacząć samemu mieszać podłoże. Obecnie na całe szczęście dla ludzi, którzy nie mają czasu ani miejsca są bardzo dobre mieszanki ziemi dedykowanej specjalnie naszym „pomidorom”. Ale nie każdy lubi iść na łatwiznę, dlatego przejdę do rzeczy.
5 l nawozu (np. Guankalong) 10 l perlitu 85 l ziemi kwiatowej Kolejne pytanie, które się nasuwa dotyczy miejsca mieszania ziemi. Ja przebudowałem swój garaż, aby mieć dosyć miejsca na mieszanie, lecz każdy musi dostosować to do własnych potrzeb. Na własnoręczne dobre wymieszanie 1000 l ziemi, potrzebuję ok. 2 godzin czasu.
Ziemia musi być dobrze wymieszana, naprawdę dobrze, inaczej mogą się pojawić przeróżne problemy. W jednej donicy będzie dochodzić do przypaleń, inne wykażą brak środków odżywczych, przez co musiałby być częściej nawożone. Jest to bardzo kłopotliwe. Jeżeli coś pójdzie nie tak z ziemią przez mnie wymieszaną, to przynajmniej będzie to tylko i wyłącznie moja wina. Poza tym mogę zaoszczędzić przy tym trochę pieniędzy. Aby dobrze wymieszać ziemię, należy zacząć od dobrej podstawy, która składa się w 70% z humusu i 30% z gliny. Nie mylić z tanią ziemią, której 100% stanowi torf. Skład ziemi powinien być wypisany na opakowaniu. Poza tym potrzebny jest granulat (perlit) by zadbać o dostateczny dopływ powietrza do korzeni. Perlit zatrzymuje również wodę.
„Mamo, co to za dziwne papierosy, które palicie z tatą wieczorem?”
własnym pociechom. Tego typu wątpliwości nie są już nowością w krajach zachodnich, a i u nas obok konsumentów spod znaku opalanych na przerwie w ogólniaku lufek coraz więcej jest ustawionych trzydziestokilkulatków relaksujących się spliffem po pracy. Głównie do tej grupy odbiorców adresowana jest wydana własnym sumptem przez Ricardo Cortésa książeczka – broszurka Marihuana -it’s just a plant, która niedawno doczekała się drugiego wydania.
Także i w Polsce, coraz więcej konsumentów konopi dorasta do wieku w którym problem „czy powiedzieć rodzicom o paleniu” ustępuje już dylematowi jak aromatyczny dymek, którym raczą się mamusia i tatuś wytłumaczć
Jak dowiadujemy się na bogatej w materiały stronie przedsięwzięcia (http://www.justaplant. com) przypominająca formą bajeczkę dla dzieci pozycja kierowana jest nie tylko do rodziców, którzy sami są miłośnikami ganjy. Nie od dziś wiadomo, że dostęp do jakichkolwiek narkoty-
– It’s just a plant Autor: Robert Kania
Lecz moją propozycją dla Was jest wanna lub plastikowa kasta/skrzynia (wykorzystywana do mieszania zaprawy budowlanej). Zmieści ona bez problemu 100 kilogramów ziemi, a bałagan związany z całym procesem jest później łatwy do posprzątania. Po skończeniu, ziemię można przesypać do plastikowych worków i składować nawet przez rok lub dłużej. Należy jednak pamiętać o zapewnieniu jej dopływu powietrza, poprzez zrobienie małych dziurek w folii, co zapobiega rozwojowi pleśni.
ków wśród dzieciaków jest wyjątkowo łatwy a lepiej, żeby uświadamiali je rodzice niż policjant, czy pokłuty chudzielec z Monaru na szkolnej pogadance. Oprócz kilku sprytnych pomysłów jak porozmawiać z latoroślą o sposobach spędzania wolnego czasu rodziców, w książecce znajdziemy też krótką historię delegalizacji dla najmłodszych, zalety medyczne i przetrogę przed denuncjowaniem rodziców or-
ganom ścigania. Wszystko w przystępnej formie i opatrzone uroczymi, acz nieco nieporadnymi rysunkami. Jeśli zaczynacie myśleć o rozmowie konopnym coming-oucie przed swoimi dziecakim, poszukajcie tej broszurki na Amazonie, kiedy z kolei uda się nam do niej dotrzeć, napiszemy nieco więcej. PS – zerknijcie też do artykułu “Jak rozmawiać z dziećmi o narkotykach” w Spliffie z maja 2009 :)
„Zobaczymy, co będzie dalej…” – rozmowa o rozbudowie uprawy Rozmawiał Kimo
Byle jaki zasiłek dla bezrobotnych, kryzys gospodarczy, inflacja i zasiłek rodzinny oraz pensje, które bez wsparcia ze strony państwa ledwie starczają na życie, zmuszają wielu do skupienia się na rzeczach najistotniejszych: „Jak utrzymam moją uprawę nie tracąc przy tym godności, ani wręcz mieszkania?” Tuż po rozbudowie…
Całkiem prosto, cicho, bez rzucania się w oczy, z kilkoma lampami. Wprawdzie ciągle jeszcze jest to przestępstwem, kwestia sumienia i świadomości popełnienia wykroczenia przeciw prawu odgrywają jednak jeszcze ciągle podrzędną rolę wobec braku ofiar i ustaw nie mających się nijak do rzeczywistości. Ci, którym wcześniej nie przyszłoby do głowy uprawianie w domu konopi po to, żeby następnie sprzedawać ją na czarnym rynku, nagle dowiadują się, co to takiego lampa sodowa, hydrometr czy wentylator. Ponadto należy dodać, że wspomniany wyżej „czarny rynek” to nie pierwszy lepszy róg uliczny, lecz własne grono przyjaciół czy znajomych, w którym od lat palono chętnie, acz-
kolwiek bez ekscesów. Prawie każdy człowiek przed czterdziestką zna dziś kogoś, kto lubi sobie czasem zapalić, co prowadzi do tego, że nawet obywatele, którzy nigdy w życiu nie mieli do czynienia z marihuaną czy jej uprawą, odkrywają nagle u siebie rękę do kwiatów. Nie wynajmując do tego celu jednak od razu wielkich hali czy kierując się chęcią wzbogacenia, lecz jedynie po to, by od czasu do czasu ulżyć sobie, gdy obciążenia finansowe, będące skutkiem coraz niższych dochodów na rękę, dają się za bardzo we znaki. Ingrid* ma dwie prace – w jednej zarabia 400, a w drugiej 160 Euro – oraz kształcącego się syna, jej etat wynosi 48 godzin w tygodniu, nie licząc nadgodzin. Od kiedy przed ośmioma laty splajtował jej poprzedni zakład pracy, nie może znaleźć stałego zatrudnienia, a bieżący kredyt, mimo oszczędnego trybu życia, urósł przed dwoma laty do 5000 Euro. W zasadzie przyszła ogrodniczka od czasów swojej edukacji w latach 80-tych paliła tylko od czasu do czasu. Pewnego dnia spotkała starego przyjaciela, który i dziś pali regularnie i chętnie. On właśnie zaprowadził ją podczas jednych odwiedzin do swojej komórki. „Je też chcę”, brzmiała jej pierwsza myśl, jak zdradziła mi w rozmowie będąca dziś po czterdziestce Ingrid, nie z powodów finansowych, lecz dlatego, że tak pięknie to wyglądało, a zioło Heinza* smakowało wyśmienicie. „A potem poszłam z Heinzem do growshopu. Owszem, czułam się trochę dziwnie, bo nie wiedziałam, do czego służą wszystkie produkty, które tam były. Więc na początek kupiłam i przeczytałam książkę. Potem jeszcze raz spotkałam się z Heinzem i razem skompletowaliśmy hardware dla mojej małej szafy Spliff: Co to było dokładnie? Ingrid: Jeden homebox, moduł „Ulm” (1,2m²), z 400-watową lampą i odpowiednim wentylatorem, filtrem itd. Na początku zainwestowałam nie więcej niż 600 euro, właściwie chciałam
tylko od czasu do czasu zapalić sobie jointa z moim dorosłym synem. Pieniędzy pożyczył mi Heinz, a po zbiorach oddałam mu je w naturze. Zupełnie nie liczyłam się z tym, że za pierwszym razem uda mi się tyle zebrać. Najwyższa jakość: Życie wewnętrzne w homeboxie. Również pręty umieszczone są teraz od wewnątrz. Spliff: Ile tego było? Ingrid (uśmiecha się): Ponad 320 g. Właściwie liczyłam na 100 g, z których większość dałabym Heinzowi w zamian za moje wyposażenie, a reszta spokojnie wystarczyłaby mi na następne pół roku. Tak mi się wydawało. Ponieważ Heinz powiedział, że na początek powinnam się cieszyć z 200 g, jednak nie powinnam oczekiwać zbyt wiele. Więc liczyłam
na 100 g. A potem okazało się, że mam prawie pół kilo. Z tego trochę odłożyłam na bok dla siebie, a resztę… Ha Jo: …wolimy nie wiedzieć, co stało się z resztą. Jak udało Ci się osiągnąć tak obfity zbiór już za pierwszym razem? Ingrid: Może dlatego, że bardzo uważałam na to, aby wszystko było dokładnie tak, jak opisano w książce. Może powodem była świetna woda ze studni albo bio-nawozy. Mam także niezłą rękę do moich roślin ogrodowych i chętnie spędzam czas w zieleni. Ale wydaje mi się, że powodem jest dobra i miękka woda, którą tutaj mamy. Dzięki temu nie tylko konopia daje obfite plony. Nasiona w pierwszym wysiewie oczywiście też były dobrej jakości. Spliff: Nasiona? Ingrid: Tak. kupiliśmy nasiona w jednym, z największych seedbanków w kraju, ponieważ to sprawdzona i pewna firma. Ja, do mojego pierwszego homeboxu, kupiłam nasiona feminizowane, Heinz kupił normalne, bo chciał sobie wyhodować roślinę-matkę. Teraz łatwo mi o tym mówić, wtedy w ogóle nie wiedziałam, jaka jest różnica między rośliną żeńską i męską. A było to dopiero rok temu. Spliff: Zdaje się, że w międzyczasie nie tylko powiększyła się twoja wiedza, ale i ilość miejsca na uprawę? Ingrid: Tak, w międzyczasie rozbudowałam moją uprawę. Oczywiście wcale nie miałam takiego za-
miaru, ale po tym jak po pierwszych zbiorach, zostawiwszy sobie trochę na własny użytek, mogłam jeszcze spłacić 800 euro kredytu, pomyślałam: męczę się od lat, mimo 25 lat doświadczenia zawodowego znajduję tylko pracę tymczasową albo za 400 euro. Od lat pod koniec miesiąca nie mam ani grosza, pracuję sześć dni w tygodniu, a mimo to wcale nie powodzi mi się dobrze. Państwo wydaje pieniądze ścigając palaczy i rezygnuje z miliardowych podatków, podczas gdy młodzież legalnie upija się do nieprzytomności, a klasa średnia wymiera. Więc po prostu odbiorę sobie to, co ukradziono mi w poprzednich latach. Po pierwszych zbiorach zrozumiałam, że w ten sposób uda mi się wreszcie wyjść z zaklętego kręgu: długi – nadgodziny – stres. Skłaniałam się powoli do tego, żeby podwoić wielkość mojej uprawy. Po prostu rozbudowana… Spliff: I tak łatwo się to udało? Ingrid: Cóż, oczywiście Heinz bardzo mi pomógł, ale w zasadzie rozbudowa namiotu poszła całkiem sprawnie dzięki systemowi modułowemu. Dokupiliśmy jeszcze dobrą lampę i większy wentylator i gotowe. W drugim wysiewie Heinz dał mi też kilka pięknych sadzonek „White Widdow”. Jego roślina-matka wystarcza, aby i mnie zaopatrzyć. Teraz, już po raz drugi, mam 40 roślin pod dwiema lampami. Pierwszy zbiór w większym namiocie był całkiem zadowalający. Otrzymałam 700 g i w ten sposób uwolniłam się od większości moich problemów. Zobaczymy, co będzie dalej… Spliff: Palisz teraz więcej? Ingrid: Nie wiele. W weekend może jednego jointa więcej niż dawniej, palę tak w trzy na cztery weekendy, ale tylko wieczorem. Mimo wszystko nie jestem profesjonalistką i muszę jeszcze ciągle chodzić do pracy, aby jakoś dać sobie radę. W moim wieku człowiek nie znosi tego tak dobrze – przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Spliff: Jak pozbywasz się tego, czego sama nie potrzebujesz? Ingrid: Tu również pomaga mi Heinz. Przecież powinien dostać coś za swoją pomoc na początku. Całe grono znajomych Heinza składa się ze zdeklarowanych palaczy po 35, których nikt by o to nie podejrzewał. Ale i nikt z nich by się do tego nie przyznał. Obfite zbiory Spliff: A ty przyznajesz się do tego, że jeszcze ciągle czasem sobie podpalasz? Ingrid: Wśród mojej rodziny oczywiście, zapoznałam z tą materią również mojego syna, kiedy był w odpowiednim wieku. Spliff: Ile lat? Ingrid: Prawie 18, tuż przed jego 18-tymi urodzinami. Potem przez pewien czas prawie codziennie palił ze swoimi kumplami. Ja pilnowałam, żeby wcześniej załatwił wszystko związane ze szkołą, więc czasem się kłóciliśmy, ale wszystko w swoich granicach. Po roku REKLAMA
ten okres minął. Jan* studiuje teraz od dwóch lat na uniwersytecie, co prawda jeszcze ciągle pali trochę częściej niż ja, ale nie codziennie. Poza tym kontroluje swoje życie, co jest dla mnie ważniejsze, niż to, jak często pali. Przy innych przyjaciołach wolę o tym nie mówić, szczególnie odkąd sama uprawiam. Ale też wcześniej wolałam unikać tego tematu. Raz, na dwudziestopięcioleciu matury, zrobiłam sobie skręta. Nikt nie palił ze mną, ale pili jak za starych dobrych czasów. Ci, którzy kiedyś nie mogli przestać, stwierdzali z dezaprobatą: „Co? Jeszcze ciągle palisz?”. Tak że w końcu musiałam wypalić tego jointa w samotności. Spliff: Medium na zdjęciach nie wygląda na ziemię? Ingrid: Zgadza się, to substrat kokosowy zmieszany z odrobiną perlitu. Miałam już dość taszczenia ziemi, a kokos dostępny jest w praktycznych blokach. Poza tym moje zbiory zrobiły się odrobinę większe, choć teraz mierzę również wartości pH i EC. Nie robiłam tego wcześniej korzystając z ziemi. Spliff: Jakiego nawozu używasz? Ingrid: Odkąd używam kokosu: Advanced Nutrients, wariant bio, do tego odrobinę stymulatora kwitnienia i blossom booster, nie za dużo i wszystko bio. Spliff: Chcesz jeszcze rozbudować? Moduły stwarzają Ci w zasadzie nieograniczone możliwości… Ingrid: Broń Boże, gdy wysieję jeszcze raz lub dwa i spłacę wszystkie długi, chcę z powrotem ograniczyć się do jednej lampy. Tak jak powiedziałam, był to miły i zaskakujący skutek uboczny, ale nie zrobiłam tego po to, żeby zarobić pieniądze. Najważniejsze, żebyśmy ja i mój syn mogli dalej od czasu do czasu zapalić sobie czystą, smaczną trawę, a przy jednej lampie zostanie jeszcze coś dla Heinza. Spliff: Dziękujemy za miłą rozmowę. Życzymy dalej dużo sukcesów, uważaj na siebie. Ingrid: To był d la mnie zaszczyt. Pozdrowienia dla wszystkich growerów i czytelników. *Imiona zmienione przez redakcje.
Spliff Gazeta Konopna Hemplobby
w Litwie Rozmawiał: Robert Kania
S: Z czego to wynikało?
R: Prawdę mówiąc – ciężko mi to wytłumaczyć. Fakt jednak, że pomimo surowego klimatu nadbałtyckie gleby okazują się świetnie nadawać do uprawy konopi, które rosną tu jak szalone. Oczywiście – nie jest to cannabis indica, ale nasze własne lokalne warianty c.sativa i ruderalis. Nie wiem z czego to wynikało, ale konopie były szczególnie popularne na Żmudzi, gdzie najłatwiej odnaleźć ślady tradycyjnych zastosowań, zwłaszcza medycznych, ale nie tylko:) S: Możesz opowiedzieć o tym nieco więcej? R: Popularne było na przykład posadzenie kilku pojedynczych krzaków wśród innych roślin – konopie miały odstraszać od nich szkodniki. Co do medycznych zastosowań - spotkałem się na przykład z tradycyjnym przepisem zalecającym leczenie zapalenia płuc za pomocą konopi gotowanych w mleku. Ale takie zastosowanie miało nie tylko cel medyczny – kiedyś w jednej wioseczek na podwórku zobaczyłem ogromne krzaki. Zapytałem o nie mieszkającą tam babulinkę – odpowiedziała po prostu, że po ścięciu gotuje całość z mlekiem i raczy się w długie zimowe wieczory:) Z kolei w pewnej książce o folklorze opublikowanej w latach 80tych natrafiłem na bardzo interesującą opowieść: pewien mężczyzna na wsi miał bardzo poważną ranę nogi, rana się zakaziła i gdy odwiedził w końcu lekarza, dowiedział się, że będzie trzeba ją amputować. Kiedy wracał przygnębiony do domu spotkał starszego mężczyznę, który zaoferował mu pomoc w wyleczeniu nogi. Starzec polecił mu wygotować sporą ilość konopi – całych krzaków: z topami, liśćmi i łodygami, wypić tyle naparu ile zdoła, a roślinne resztki przyłożyć do rany. Po takich zabiegach pacjent miał zapaść w długi sen. Całej terapii przyświecała popularna w ludowej medycynie formuła „jak nie umrzesz, to żyć będziesz“. Po dwóch dniach snu biedak obudził się, zdjął konopne opatrunki i okazało się, że noga zaczyna się goić. Trudno dociec ile w tej opowieści jest prawdy – ważniejszy jest jednak sam fakt istnienia przekazów dotyczących zastosowań medycznych. Jeszcze w latach czterdziestych, już za sowieckiej okupacji, która miała zakazać hodowli, w Kownie ukazała się książka K.Grybauskasa -“Medycznych warzywah (!) litewskiej SRR“, której autor bez żadnych ogródek stwierda, że do zastosowań medycznyh najlepiej nadaje się cannabis indica, „ale i nasze rodzime odmiany mogą być z powodzeniem stosowane“. Wiedza dotycząca zastosowań medycznych nie była więc ani zakazana, ani ukrywana. S: Czy z tego typu świadectwami spotykałeś się tylko na Litwie? R: Oczywiście nie – choć oczywiście najwięcej takich historii zebraliśmy na Litwie, szczególnie na Żmudzi. Ale mnóstwo przykładów znajomości różnorodnych zastosowań konopi spotkałem na Białorusi. Z kolei sprytem wykazali się Łotysze,
którzy wykazali przed jakąś europejską komisją, że ich tradycyjnym produktem jest pewien rodzaj sera, z dodatkiem nasion konopi – dzięki temu uprawa niepsychoaktywnych odmian nie jest tam problemem. S: Wspomniałeś, że pomimo wieloletniej tradycji użycia konopi, jej hodowla została nagle zatrzymana w latach 50tych. Jak to przebiegało? R: Prosto i skutecznie – władze sowieckie po prostu zakazały jej uprawy, z dnia na dzień hodowla konopi przeniosła się wgłąb Rosji, a litewskie konopie zostały zastąpione przez len. Zdarzały się oczywiście naloty milicji, która niszczyła nieprawomyślne uprawy. S: Czy po rozpadzie ZSRR i odzyskaniu przez Litwę niepodległości sytuacja jakoś się zmieniła? R: Z grubsza rzecz biorąc – nie. Utrzymana została polityka prohibicji, dalej zdarzały się naloty – już nie milicji, ale policji. Jedyna różnica polegała na tym, że upadła także uprawa lnu – zakłady jego przetwórstwa podupadły, został jeden w Łotwie. Taka sytuacja utrzymawała się bardzo długo – oczywiście nie da się tego sprawdzić, ale osoby uprawiające na większą skalę konopie przemysłowe można było policzyć na palcach dwóch rąk. Sytuacja zaczęła się gwałtownie zmieniać w zeszłym roku, wtedy też, w lipcu 2009, powstała nasza organizacja. S: W jaki sposób zaczęło się dążenie do zmiany przepisów? Jak powstało BBCGPA? Pewien mój znajomy, bardzo przedsiębiorczy facet , jakieś 2-3 lata temu sadził większą ilość przemysłówki – około 3hektarów. Miał jednak pecha i policja zlikwidowała całą jego hodowlę, a on sam miał proces. On jednak się zawziął i zaczął walczyć o prawo do uprawy – wszak hodowla konopi przemysłowych nie jest zakazana w UE! Sprawa odbijała się od sądu do sądu i ostatecznie trafiła do Strasburga, gdzie sprawa została wygrana. Był to istotny precedens, impuls do powstania BBCGPA. S: Znałeś wtedy ludzi z organizacji? R: Nie, poznałem ich nieco później. Mieszkam z rodziną praktycznie w lesie, odnawiałem wtedy starą, niemal stuletnią chatę. Była w dobrym stanie, ale szukałem sposobu na ocieplenie jej. Zależało mi, by izolacja była tania i ekologiczna – pomyślałem o konopi, pamiętałem z gazet historię o tym precedensie. Tak poznałem ludzi z organizacji. Mieliśmy niemal 2 tony ściętego materiału, wybraliśmy się na Łotwę (jak wspominałem – w Litwie nie było żadnego zakładu przetwórstwa), by przetworzyć te włókna. Nie mieliśmy żadnego problemu z celnikami – dostaliśmy oficjalne pozwolenie. S: Brzmi to świetnie – ale jaki jest właściwie prawny status konopi przemysłowych? No właśnie – jesteśmy w dziwnej sytuaji, jakby w rozkroku – precedens pozwolił wielu lu-
Autor: BBR Kolejny film. Kolejny dokument. Znów marihuana. Sceptycyzm zakrzywia percepcję. Myślałem, że wzbogacę swoją wiedzę o kilka ciekawostek. Projekcja skończyła się godzinną refleksją nad stosunkiem do rośliny.
dziom na hodowlę, ale subsydia przydzielone zostały tylko do 2013 – co potem? Dlatego chemy pełnego uregulowania tej sytuacji. Nie zajmujemy się narazie użyciem rekreacyjnym, skupiamy się na przemysłówce – nie chcemy też żadnych europejskich dotacji – nic z tych rzeczy. Po prostu pozwólcie nam sadzić – a my damy sobie radę! Sporo ludzi zostało zachęconych do hodowli. Myślę, że przyszły rok może być przełomowy. S: Jakie konkretne działania chcecie podjąć? Przede wszystkim zaczynamy szeroki program badawczy skupiony na możliwościach związanych z uprawą konopi. Chcemy wykazać ekonomiczny potencjał wykorzystania tej rośliny – jak wiadomo, wizja konkretnych korzyści najlepiej zadziała na wyobraźnię ludzi i zachęci ich do zainteresowania się konopiami. Pewien problem związany jest z brakiem infrastruktury mogącej pomóc w przetworzeniu gotowego materiału – najbliższe takie zakłady znajdują się w Łotwie. Rozwiązaniem jest mobilny punkt przetwórstwa, ale nie zaspokoi on większych potrzeb. Studium możliwości jest naszym najważniejszym projektem i z nim wiążemy największe nadzieje. Równolegle chcemy zająć się mniejszym, ale równie ważnym projektem – zbadaniem zróżnicowania genetycznego naszych rodzimych odmian. Wiele osób wspomina coś o możliwości sprowadzania certyfikowanych nasion z Niemiec, czy Francji – ale uważamy to za absurd. Litwa ma długą tradycję uprawy i własne, specyficzne odmiany, które dają sobię radę w naszym klimacie – zbadajmy je, zastrzeżmy i wykorzystujmy – nie potrzebujemy sprowadzać nasion zza granicy – zbadajmy
nasze tradycyjne odmiany! Ten program badawczy będzie się oczywiście wiązał z pierwszym – ze studium możliwości, będzie też obejmował m.in. zbadanie poziomu THC w lokalnych odmianach przemysłowych – co da konkretne wytyczne pod spójne prawodawstwo legalizujące ich uprawę – do którego dążymy. W dalszej perspektywie, chciałbym szerzej zająć się zbadaniem tradycyjnego użycia konopi w medycynie, szczególnie w tradycyjnych, ludowych formach „psychiatrii“ - to mój konik naukowy:) S: Jak myślisz, jakie są szanse waszego powodzenia? R: Oczywiście nie chcę zapeszać. Ale myślę, że szanse są naprawdę duże, a potencjał – ogromny! Litwa jest krajem rolniczym, konopie są łatwe w uprawie, dobrze się u nas czują i mamy długą tradycję ich uprawy. Ponad wszystkim stoją jednak korzyści ekonomiczne – uprawa konopi po prostu się bardzo opłaca. Na przeszkodzie stanąć mogą opory konserwatywnych polityków i interesy lobbystów, oraz brak rozwiniętego zaplecza pod hodowlę konopi – ale jestem dobrej myśli. Ciężko przewidzieć, ile ludzi może zacząć uprawę gdy będziemy już mieli dobře prawodwastwo – ale mogą to być dziesiątki tysięcy! S: W takim razie – powodzenia! Jestem pewien, że jeszcze usłyszymy o litewskim przemyśle konopnym :) oficjalna strona BBCGPA: http://www.hemp.lt/en/ (W następnym numerze druga część wywiadu – dotycząca medycznego i rekreacyjnego użycia w Litwie, a także praktycznej strony obcowania z ganją u naszych północnych sąsiadów)
Chcąc rzetelnie wyczerpać temat, trzeba powołać się na kwestie elementarne. Oglądając dokument nie byłem więc zdziwiony, że reminiscencja klasyków typu: „Reefer Madness”, czy też „Hemp for Victory”, musi się pojawić. Powrót do czasów propagandy czy przemysłowe użycie konopi to istotne aspekty, a zakładać trzeba, że szanowny widz może być laikiem. Bez tych informacji mógłby poczuć się zdezorientowany. Statystyki oraz wypowiedzi stanowią w dużej mierze o sile przekazu, więc również znaleźć się muszą. Co więc skłoniło mnie do owej godzinnej refleksji? Znaczna część dokumentu poświęcona jest kwestii leczenia oraz medycznej marihuany. Większość z nas traktuje konopie indyjskie, jako źródło: zabawy, relaksu czy też medytacji. Palimy, bo chcemy. Palimy, bo pomaga nam to osiągać założony cel. Prawo nam tego zabrania. Trudno, jakoś sobie poradzimy. Rzadko myślimy o ludziach cierpiących na różnorakie schorzenia, dla których marihuana jest jak tlen. Nie mogą bez niej spać, pracować, ani normalnie żyć. Jest heroiną[sic!], która zwycięża bestie – ból. John Holowach przedstawia nam ludzi, którzy na skutek rozmaitych wypadków cierpią nieustannie. Zwraca tym samym nasz wzrok na ułomność systemu. Brak kompatybilności pomiędzy prawem stanowym, a federalnym w tej materii jest przejawem sadyzmu! Pokazuje się ludziom, iż jest panaceum na ich dolegliwości, a następnie zamyka je klatce i oświadcza, że nie mogą go dostać. Nota bene nie zezwala się na badanie potencjału Cannabis, czym świadomie bądź nie blokuje się rozwój medycyny. Istnieją badania, które dowiodły, że THC pomogło w niektórych przypadkach zwalczyć komórki rakowe u szczurów. Być może jest to błąd statystyczny. Nie istnieje bezbłędna metodologia. A jeśli jednak nie jest to błąd i to w marihuanie, która jest zakazana tkwi lekarstwo na raka? O ironio…
Spliff Gazeta Konopna Reklama
Najstarsza na
- aktywista, który
świecie marihuana.
zmienił świat.
Autor: BBR W grobowcu, położonym w chińskim Xinjiang znaleziono 789 gram suszonej marihuany sprzed 2700 lat!
Jack Herer zwany także jako „Hem- jego książka kłamie. Nikt się nie peror” czy „King of hemp” urodził zgłosił. Zawsze był chętny do dyssię osiemnastego czerwca w 1939 kusji i uczenia. Mało kto wiedział roku Babla. Nic nie zapowiadało, tyle o konopiach, co on. że w przyszłości będzie uznawa- Startował nawet dwukrotnie na ny za ojca ruchu legalizacyjnego . prezydenta z partii „Grassroots Dorastał w konserwatywnej rodzinie, służył Part”. Jego idea „Konopie mogą w wojsku i uważał się za patriotę. Autor słów ocalić świat” jest znana w całej „trzeba być szalonym by nie palić marihuany” Ameryce. i „konopie mogą ocalić świat” w latach pięć- W hołdzie dla aktywisty, jedna oddziesiątych uważał, że marihuana demorali- miana konopi z Paradise Seeds jest zuje, prowadzi do szaleństwa i skłania ludzi nazwana jego imieniem (zwyciędo przestępstw. Jednym z powodów rozwo- żyła siódmy Canabis Cup w 1994). du z pierwszą żoną Jacka była susz konopi Powstało też wiele crossów oraz znaleziona w jej szafce. W tamtym czasie był podróbek innych Seedbanków np. jedną z wielu ofiar kampanii antynarkotyko- Jack Horror, Jack Flash czy Cristal wej USA. Jack. Przełom nastąpił gdy w wieku lat trzydziestu Jack Herer zmarł piętnastego dziewczyna Jacka postanowiła poczęstować kwietnia o 11:17. Śmierć była spogo marihuaną. „Przeżyłem wtedy najlepszy wodowana powikłaniami po zasex mojego życia i to wydarzenie sprawiło, że wale serca. Został pochowany w zapragnąłem dowiedzieć się coś więcej o rośli- Missions Hills w Kaliforni. Na jego nie, którą kiedyś demonizowałem” – opowia- pogrzeb zjechali się aktywiści z cadał później Hemperor. łych stanów a do grobu wrzucane Zdarzenie to rozpoczęło lawinę. Jack coraz były kwiatostany konopi. Choć nie bardziej będzie zagłębiał się w tematykę ko- dożył spełnienia swojego marzenia nopi. Zgromadzone informacje opublikował o świecie bez prohibicji narkotyw undergroundowej książeczce „Grass”. Ku kowej, to jego aktywizm obudził Jack Herer -18.VI.1939 - 15.IV.2010 jego zdziwieniu to małe dzieło zostało pod- ludzi z bezczynności. Przyczynił ziemnym przebojem i sprawiło, że wokół nie- się on do rozpowszechnienia leczgo pojawili się nowi aktywiści. niczej marihuany i jej legalizacji w W 1981 został aresztowany podczas zbierania kilkunastu stanach. Jak sam mówił podpisów w celu złagodzenia prawa narkoty- „Jedną z najbezpieczniejszych rzekowego. Czas w więzienu (2 tygodnie) wyko- czy na świecie jaką możesz robić, rzystał na przeredagowanie ton informacji o jest konsumpcja konopi”. konopiach które zbierał, z zamiarem wydania w jedenym zgrabnym tomie. Tak rozpoczęła Dla głodnych wiedzy: się praca nad dziełem jego życia. W 1985 roku High Times nr. 415 opublikowana została książka „Emperror We- West Coast Cannabis nr. 3 ars No Clothes” (tytuł nawiązuje do baśni An- The Emperor Wears No Cloths by dersena). Jack opisał w niej nie tylko znikomą Jack Herer (całość jest na oficjalnej szkodliwość konopi, ale także szerokie możli- stronie Jacka) wości zastosowania jej w przemyśle. Książka www.jackherer.com sprzedała się w setkach tysięcy egzemplarzy i Filmy: Jack Herer- The Emperor of Hemp była wznawiana aż osiem razy. Od 1987 Herer prowadził również sklep w (jest na yt) Portland o nazwie „The Third Eye”. Można The Emperor Wears No Cloths the w nim dostać nie tylko akcesoria do palenia, movie ale również wiele produktów wykonanych z Hemp Revolution (jest na yt) konopi jak i książek zajmujących się tematyką narkotyków i poszerzaniem swojej świadomości. Jack był nie tylko za legalizacją marihuany, ale za zniesieniem barier dla wszystkich psychodelików. herer nie bez powodu jest nazywany królem konopi. Spędzał on czasem nawet dwieście dni w roku, na podróżowaniu w celu uświadamiania mieszkańców stanów. Na argumenty o morderczym wpływie marihuany odpowiadał: pokażcie mi martwych! Jack herer (po lewej) i Dennis Peron (po prawej), Obiecał sto tysięcy dolarów fundator Cannabis każdemu, kto udowodni, że Buyers Club w San Francisco. Jack świętuje 4:20
Optymalne zbiory dzięki mieszankom ziemi firmy Plagron
akość ziemi ma decydujące znaczenie dla udanych upraw i zbiorów. Rozsądny hodowca nie idzie na żadne ustępstwa, jeśli chodzi o zakup odpowiedniej podstawy upraw, czyli mieszanki ziemi. Firma Plagron oferuje największy asortyment mie-
szanek ziemi o udowodnionej jakości. Każdy hodowca znajdzie coś dla siebie. Od wstępnie nawożonej ziemi doniczkowej dla początkujących hodowców po mieszanki ziemi, w przypadku których to hodowca niemal o wszystkim decyduje. Dla doświadczonych plantatorów, którzy chcą sami określać, ile i jakie substancje odżywcze otrzymuje roślina, firma Plagron oferuje w uzupełnieniu rozmaite nawozy płynne, suplementy, stymulatory i ulepszacze podłoża o najwyższej jakości. Wszystkie produkty dostępne są w wersjach całkowicie organicznych lub organiczno-mineralnych. Wszystkie mieszanki ziemi firmy Plagron mają właściwości bardzo zbliżone do podłoży naturalnych, jeśli chodzi o gospodarkę powietrzną i wodną. Poszczególne ziemie różnią się od siebie stopniem nawożenia wstępnego. Mieszanka Light-mix zawiera na przykład minimalne ilości nawo-
zu, co sprawia, że idealnie nadaje się ona dla doświadczonych hodowców, działających w oparciu o własny plan upraw. Mieszanka Royalty-mix natomiast jest wstępnie nawożona przez co najmniej sześć tygodni przy użyciu najlepszych substancji organicznych. Jest to więc idealny produkt dla początkujących hodowców, ponieważ do uzyskania dobrych plonów wystarczy jedynie podlewanie. Wymienione produkty to tylko dwie z wielu rodzajów mieszanek ziemi firmy Plagron. Można również zdecydować się na mieszankę Cocos – idealne podłoże do stymulacji intensywnego rozwoju korzeni, szybkiej uprawy i dużych zbiorów. Cocos nadaje się nawet do ponownego użycia. Wszystkie mieszanki firmy Plagron są opakowane w delikatne worki, a na życzenie w neutralne pudełka. Wszystko to dla zapewnienia doskonałych upraw! Wejdź na stronę www.plagron.com i pobierz nasz nowy katalog.
Według notki sporządzonej dla Journal of Experimental Botany marihuana była przeznaczona dla celów psychoaktywnych. Zioło zakopane było nieopodal jasnowłosego, niebieskookiego kaukaskiego mężczyzny, prawdopodobnie szamana, należącego do kultury Gushi. Ekstremalnie suche warunki pozwoliły na zbadanie suszu, który co prawda stracił już zapach, ale zachował zielone barwy. Te odkrycia dostarczają dla naszej wiedzy najstarszej dokumentacji, dotyczącej cannabis jako czynnika aktywnego farmakologicznie – powiedział amerykański neurolog Der. Ethan B. Russo. Szczątki cannabis zostały znalezione w starożytnym Egipcie, jednakże chińskie znalezisko jest najstarszym, którego właściwości można w pełni zbadać. Osiemnastu badaczy, z których większość jest chińskiego pochodzenia poddało serii testów, włącznie z sprawdzaniem okresu pochodzenia metodą pomiaru zawartości radioaktywnego węgla oraz analizie genetycznej. Naukowcy próbowali również zmusić do wykiełkowania sto znalezionych ziaren, niestety bez sukcesu. Znaleziona marihuana miała relatywnie wysoką zawartość THC, głównego aktywnego składnika cannabis, jednak próbka była zbyt stara żeby określić dokładną zawartość. Badacze nie mogli również określić, czy cannabis była palona czy spożywana, z uwagi na brak jakichkolwiek poszlak w grobowcu 45 letniego szamana. Całość była złożona w skórzanym koszu i drewnianej misce, prawdopodobnie przeznaczonych do pośmiertnego spożycia. “Dostarczanie materiałów niezbędnych w życiu pośmiertnym podczas pogrzebu było powszechną praktyką. Żadne konopie oraz nasiona nie były dostarzcane dla konstrukcji czy pożywienia. Raczej, cannabis jako medykament lub dla celów wizjonerskich”. Marihuana znaleziona została w dwóch z pięciuset grobowców Gushi odkopanych dotad w północno-zachodnich Chinach, co wskazuje na to, że cannabis było albo przeznaczone tylko dla kilku indywiduów, lub też przeznaczone jako medykament, którym szamani leczyli innych”, mówi Russo.“ Z pewnością wskazuje to, że cannabis była używana przez człowieka w różnych celach przez tysiące lat”. Russo, mający dwudziestoletnią praktykę w neurologii, opublikował wcześniej badania, dotyczące historii marihuany. Chińskie Xinjiang, gdzie ulokowany jest grobowiec, uważane jest za oryginalne źródło wielu szczepów cannabis.
Trawa wypiera koks
śród finansjery Firma Sterling Infosystems, zajmująca się m.in. kontrolą antynarkotykową pracowników instytucji na Wall Street, ogłosiła, iż od 2007 r. odsetek przyłapanych użytkowników kokainy zmalał z 16 d 7%. Konsumentów Cannabis przybyło, pomimo iż już wtedy było ich 64%. Dziś tylko jeden na pięciu miał negatywne wyniki testu. (Puls Biznesu, za oficjalnym blogiem Wall Street Journal)
Autor: p-Jar
Czy to naprawdę możliwe aby stworzyć wersje ECO samochodu sportowego jakim niewątpliwie jest produkowany od roku 1996 model Elise brytyjskiego Lotusa ? Rasowi fani motoryzacji jednogłośnie odpowiedzą – NIE ! W końcu to super samochód z 16-zaworowym silnikiem z serii K Rovera, podwójnym wałkiem rozrządu o pojemności 1800 cm3 i mocy ok. 190 KM.
Jednak zwycięzca 13 tytułów mistrzowskich Formuły 1 firma Lotus podołała temu zadaniu wykorzystując do swojej konstrukcji konopie. Głównym priorytetem produkcji tego auta było ograniczenie szkodliwości nie tylko samego pojazdu lecz całego cyklu produkcji i użytych materiałów. Dlatego zdecydowano się zastąpić włókno węglowe włóknem konopnym przy produkcji elementów karoserii (dachu, maski, spojlera itp.), a całość została pomalowana farbami na bazie wody. Konopie są naturalnym odnawialnym źródłem włókna, które podczas fazy wzrostu pochłaniają Co2 oraz nie trzeba używać chemikaliów do przetwarzania ich włókna. Farba na bazie wody utwardza się w niskich temperaturach dzięki czemu oszczędzono energię w fazie produkcji. Na dachu zamocowano ogniwa słoneczne w celu zwiększenia efektywności zasilania elektroniki pokładowej samochodu, a cała konstrukcja została odchudzona w stosunku do standardowego egzemplarza o 32 kg, co daje nam 4%. Dzięki temu i innym zabiegom spadła emisja Co2 samochodu do 184g / km oraz zwiększyła się efektywność spalania paliwa z 34 mpg do 42 mpg oraz skrócona została droga hamowania. Konopia zagościła także we wewnątrz pojazdu, ponieważ zostały z niej wykonane maty wygłuszające, tapicerka, obicia siedzeń, a fotele z włókna konopnego (tzw. bio masy). Gdy już siedzimy wygodnie prowadząc to konopne cudeńko, mamy przy prędkościomierzu zieloną diodę która nas informuje kiedy mamy zmienić bieg aby jazda była jak najbardziej ekonomiczna. Poprzez użycie materiałów naturalnych samochód stał się w 60% biodegradalny w momencie wycofania z eksploatacji. Miejmy nadzieję, że doczeka się seryjnej produkcji i nie będzie zapomniany jak samochód Henriego Forda.
Dekortykator
George’a Schlichtena Rewolucyjna technologia odkrywana na nowo. Autor: Adam (KO) / Robert Podczas dyskusji o przetwarzaniu łodyg konopi Petr Žáček z Podvini koło Litoměřic od wielu lat powtarzał: „dekortykator! Tylko dekortykator!“. Ale czym naprawdę jest ten „dekortykator“? Czy ktokolwiek go chociaż widział? Także wśród ludzi, których życie związane jest z przemysłem konopnym, wielu nie potrafi nawet wymówić tej dziwacznej nazwy. Czy dekortykator jest tylko mitem, czy rzeczywistą szansą na technologiczny przełom?
Przyjrzyjmy się znaczeniu tego słowa – którego rdzeń odsyła nas – właśnie – do „kor“ - rdzenia. Przedrostek „de“ oznaczałby rozkład tego rdzenia – dekortykator byłby więc urządzeniem, które oddzielałoby rdzeń, wnętrze materiału roślinnego – w naszym przypadku rośliny włóknistej. Kiedy dokładnie powstał sam termin, tego nie wiemy, możemy jednak prześledzić samą historię przetwórstwa konopnego.
inne włókno. Specjaliści cenili je wyżej niż konopie włoskie. Zakłady włókiennicze niejakiego J. D. Rockefellera zakupiły całe zbiory Schlichtena i dodatkowo zapłaciły mu za opracowanie metod łączenia konopi z innymi włóknami. Zakłady Rockefellera były pod wrażeniem do tego stopnia, że chciały wykupić wyłączne prawa do wynalazku, oferując Schliechtenowi olbrzymie kwoty, ten jednak nie był gotowy do sprzedaży, w szczególności Rockefellerowi.
W Czechach tradycyjnie przetwarzano rośłiny włókniste w „tirnach“ - „młynach lnianych“.takW takim młynie z włókna konopi wypłukiwane są pakuły. Podczas tego procesu docierano do drzewiastego rdzenia łodygi . Młyny lniane zostały wyparte przez przemysłowe maszyny fabryczne, które zaczęły pojawiać się przed drugą wojną światową. Do tego czasu konopie były zwykle przetwarzane przez lokalne manufaktury oparte głównie na pracy ludzkiach rąk, wykorzystującę też siłę zwierząt. Tradycyjne zgrzebło wykorzystywane do rozdzialania i rozciągania włókien konopi były ważnym elementem wyposażenia gospodarstw domowych. Od końca osiemnastego stulecia zaczynają pojawiać się wszelkiego rodzaju mechaniczne krosna, które ułatwiły i przyspieszyły najtrudniejszą część procesu. Tak się jednak złożyło, że przetwórstwo konopi nie skorzystało na niesamowitym rozwoju przetwarzania przemysłowego, stosowanego przede wszystkim przy bawełnie – dostęp do tych technologii był trudny, a ich efektywność niska. Najlepszą z dostępnych dla konopi technologii, choć, musimy to wyraźnie zaznaczyć – nigdy nie dokończoną, został dekortykator Schlichtena.
Nie wiemy dużo więcej o Schlichtenie, Praiwie wszystko co o nim wiadomo pochodzi z kolekcji dwudziestu dwóch listów posiadanych najpierw przez Edwarda W. Scrippsa, później podarowanych Bibliotece Uniwersytetu w Ohio. Scripps założył Zjednoczony Związek Prasowy (United Press Syndicate, później United Press International), które miało stanowić przeciwwagę dla prawicowo nastawionego Associated Press, zianteresowany był ponadto nauką – założył kilka instytucji badawczych, w tym Instytut Scrippsa w San Diego. Scripps usłyszał o dekortykatorze od Harry’ego Timkena, prezydenta Timken Roller Bearing Company, jednego z największych zakładów przemysłowych swoich czasów. Po spotkaniu ze Schlichtenem był taki podekscytowany, że zaproponował mu przeniesienie jego prac na Ranczo Timkena w Imperial Valley w Kalifornii. Schlichten zasadził 100 akrów konopi i kilku innych eksperymentalnych upraw. W sierpniu 1917 uprawa konopi zapowiadała tak rekordowe zbiory, że przyciągnęła uwagę całego kraju. Ogólnokrajowe agnecje filmowe, wliczając w nie Hearst, pokazywały ponad 4metrowe rośliny w swoich cotygodniowych kronikach. Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do pierwszej wojny światowej gazety zaczeły borykać się ze znaczącymi wzrostami kosztów, wynikającymi z braku pozyskiwanej z drewna masy celulozowej; desperacko zaczęły szukać alternatywnych sposobów produkcji papieru. Schlichten wiedział, że rozwiązanie kryło się w górach ścinek, które produkowała jego maszyna za ułamek ceny pozyskania masy celulozowej. Wystarczyło przekonać dużą korporację prasową do sfinansowania próby pozyskania papieru przez przepuszczenie jego ścinek przez któreś z istniejących urządzeń do produkcji papieru – tak oto 3 sierpnia 1917 spotkał się w San Diego z Miltonem McRae i Edwardem
Według informacji zebranych przez Dona Wirtchaftera, George’owi W. Schlichtenowi udało się osiągnąć to, co nie powiodło się setkom innych wynalazców. Rozwiązał on bardzo stary problem i skonstruował maszynę która mogła oddzielać przydatne łykowate włókno od reszty rośliny. Przed pojawieniem się dekortykatora ten żmudny proces polegał na łamaniu, rozdzielaniu i młócce opornych naręczy konopi, by móc je w końcu nawinąć na wrzeciona, wynalezienie mechanicznych krosen ułatwiło w końcu znacznie tą procedurę. Dekortykator pozwalał na szybkie oddzielenie włókien od dowolnej rośliny, ale sam Schliegen najchętniej stosował go w przetwarzaniu konopi. Długi na dwadzieścia stóp dekortykator oddzierał z rośliny wszelkie listki, a pozostałe wysuszone łodygi przepuszczał przez serię żłobkowanych rolek i specjalnych klapek, tak by oczyścić ją z niewielkich gałąze, zdrzewień, etc. Systém szczotek wyczesywał następnie włókna zbyt któtkie, podczas gdy długie były odpowiednio rozprasowywane, tak by można było je następnie odśluzowić. Pektynowe osłonki odpadały i były zbierane do dalszych zastosowań przemysłowych. Produkt końcowy zwijany był na końcu maszyny, gotowy do przetworzenia w płótna najwyższej jakości. Istniało wiele innych wynalazków, które także nosiły nazwę dekortykatorów, ale żaden z nich nie był nawet w przybliżeniu tak wydajny jak maszyna Schlichtena. Większość z nich była w stanie wytworzyć co najwyżej zwinięty kłąb włókien, który następnie trzeba było i tak szczotkować, by uzyskać włókna proste – iście syzyfowa praca. Zaś urządzenie Schlichtena było w stanie układać włókna w nieprzerwany i niepozwijany wątek od razu gotowy do dalszej obróbki. Sam Schliechten urodził się w Niemczech w 1862. W prace nad dekortykatorem włożył ponad czterysta tysięcy dolarów, wciąż potrzebował rynku zbytu, który pozwoliłby inwestycji się zwrócić. W 1916 zawiózł swoją pierwszą partię konopnego włókna na nowojorską giełdę, gdzie udało mu się ją sprzedać za rekordową cenę stu dolarów za tonę – drożej niż jakiekolwiek
Chasem – partnerami Scrippa. Nie wiedział jednak, że spotkanie było podsłuchiwane przez sekretarkę McRae’go, która zapisała jego przebieg. McRae wysłał póżniej jedynastostronnicowy dokument do Scrippsa, który skrupulatnie przechował go w swoich archiwach. Schlichten wiedział, że jego rewolucyjny wynalazek będzie celem ataków, więc już od początku bronił swojego dobrego, niemieckiego imienia. Posunął się nawet do twierdzania, że był przekonany o tym, że wycinanie lasów dla niewielkiej ilości papieru, który można w ten sposób pozyskać jest zbrodnią. Wyjaśniał wpływ wycinania lasów na środowisko i przewidywał czasy, w których dalsza wycinka będzie z powodu niedoborów drewna niemożliwa, bądź zakazana. Jego prezentacja była na tyle skuteczna, że wszyscy zainteresowani – McRae, Chase,
a nawet Timken i Scripps, byli chętni do rozwinięcia projektu. Niemniej jednak, dwa tygodnie później Chase i McRae niespodziewanie zmienili zdanie. Ta dwójka przekonała Timkena, że „ponad wszelką wątpliwość konopie nie były dobrym surowcem do produkcji papieru“. McRae przekonał potem Chase, by porzucić tą kwestią, Scrippsowi zaś obiecał pełen raport w przyszłości, w jego archiwach jednak nie zachowały się żadne jego ślady. Bez wsparcia Schlichten i jego urządzenie popadli w zapomnienie. Niemal roczne badania Dona Wirtchaftera nie były w stanie przybliżyć żadnych szczegółów tego wydarzenia. Nazwisko Schlichtena nie pojawia się nawet w żadnych historycznych zapisach na temat przemysłowych zastosowań konopi. Żaden z późniejszych wynalazców nawet nie wspomina o pracach niemca, a jego urządzenie tajemniczo zniknęło z historycznych zapisów, wyparowało bez śladu. W późnych latach trzydziestych, gdy wygasła ochrona patentów Schlichtena nagle pojawili się inni wynalazcy z własnymi wersjami dekortykatorów Anton F. Burkardt, Robert B. Cochrane, Karl Wessel, oraz paru innych. Te urządzenia stanowiły bazę dla fabryk zbudowanych w ramach kampanii Konopie dla Zwycięstwa (Hemp for Victory) w 1943, żadne jednak z nich nie działało tak dobrze jak wynalazek Schlichtena. Niedługo po końcu drugiej wojny światowej z tych technologii zrezygnowano. Według Jacka Herera wynalazienie dekortykatora stanowiło pewien problem dla ówczesnych przemysłowców. Mogło ono bowiem zrewolucjonizować przemysł na skalę podobną do tej, w jaki sposób uczyniła to modernizacja przetwórstwa bawełny stulecie wcześniej. Magnaci przemysłowi obawiali się gwałtownych postępów technologicznego przemysłu konopnego które mogły podkopać ich osiągnięcia w gałęziach gospodarki opartych na przemyśle petrochemicznym i związanym z wyrąbem lasów. Herer jednak może w tym wypadku się mylić. Tak zwana marihuanowa konspiracja (marijuana conspiracy) zaczęła się właściwie w 1920, jeszcze przed wprowadzeniem prawem opodatkowującego marihuanę. Dzięki odnalezieniu danych dotyczących postaci Schlichtena (przede wszystkim wspomnianego stenogramu jego prezentacji) represje które stłamsiły rewolucyjny potencjał przemysłowy jego wynalazku nabierają szerszego znaczenia. Przed odkryciem tych dokumentów, najwcześniejsze znane dekortykatory były te opatentowane przez Antona Burkardta i Roberta Cochrane’a w 1936, a więc tuż przed ustanowieniem represyjnych przepisów z 1937. Te wynalazki nie mogły więc być motywacją stojącą za prasową nagonką Hearsta, czy kampanią Harry’ego Anslinger. Bardziej prawdopodobne wydają się teorie mówiące o niechęci Hearsta wobec Meksykanów. George Schliechten zmarł jako bankrut 3 lutego 1923, w kalifornijskiej Solonie. Chociaż obecnie miliony ludzi na całym świecie argumentuje na różne sposoby przywrócenie hodowli konopi na szeroką skalę, niewiele dadzą takie starania bez odpowiedniej technologii obróbki zbiorów. Schliechten załączył osiem stron rysunków do dokumentacji swojego pierwszego patentu, i jeszcze jedną do drugiego, nie uważał też swojej pracy za sekret. Publikacja pionierskiego artykułu w High Times (kwiecień 1994) zainspirowało ruch inżynierów zdecydowanych odtworzyć osiągnięcia Schliechtena. Jak do tej pory najlepiej idzie Jimowi Hillowi i jego firmie Agra Machinery. Dzięki pomocy Dona Witchaftera zrekonstruowali oryginalne projekty Schliechtena i zmodernizowali je. Efektem ich prac jest decortykator Fiber X, kosztujący około 180 tysięcy dolarów. Wciąż jednak pozostaje pytanie – dlaczego to urządzenie nie robi światowej kariery.
Spliff Gazeta Konopna Kultura
Aż trudno sobie wyobrazić, Karrot Komando 2010 że tak minimalna nisza, jaką jest rege, ma Autor: domowearchiwum@o2.pl w sobie jeszcze mniejsze enklawy i zacisza. Sam należę do kręgu nielicznych słuchaczy, wybierających w odtwarzaczu polskich wykonawców, również takich, po których w mediach ślad wszelki zaginął, choć samych jazzowych wersji jest tyle, że można by nimi obdzielić niejedną płytę. Podobnie, gdy chodzi o dub. Sztuka prosta, by nie powiedzieć, naiwna i otwarta na różne wpływy, niemniej nie każdemu na równi przeznaczona. Nie tylko z uwagi na różnice w poziomach percepcji, ale i sposoby realizacji, nie tworzące jednego kanonu ani jednorodnej wizji tej muzyki.
O tyle to wszystko trudniejsze, że dub i najahbingi to źródła i korzenie rege. Poprzedzając styl i gatunek są przy tym obecne w różnych miejscach popularnej i masowej kultury. Bez takich elementów dubu jak echa i pogłosy trudno sobie wyobrazić nagłośnienie imprez plenerowych a i studyjne prace byłyby cofnięciem się do epoki analogowych wzmacniaczy i szumiących nośników dźwięku. Wedle dawnych poglądów podobieństwa lgną do siebie w sposób o tyle naturalny co i tajemniczy. Dub to niejako przeciwny biegun najahbingi, odległe ogniwo w długim łańcuchu tradycji, niemniej, dziwnym trafem, zainteresowani dubem muszą w końcu spotkać studio, zapewniające odpowiednie warunki realizacji. Tak też jest w przypadku albumu A Long Delay Ago. Ragana i As One Studio to para zdarzeń, związków i relacji, które same w sobie tworzą osobne historie i niejedną wspólną opowieść. Gdybym miał opowiedzieć o rege w Polsce, mógłbym zacząć od tej płyty i każde z nagrań stanowić by mogło pretekst rozlicznych dygresji. Równolegle snuć by się mógł wątek realizacyjny. To taki prosty obraz tego, że poznanie toczy się dwutorowo. Nie tylko dlatego, że trudno zachować dyscyplinę, opowiadając o muzyce, ale ponieważ taka jednowątkowa historia mało kiedy bywa interesująca dla publiczności. Sama lista dokonań Studia As One wywołać może zdumienie, a zgromadzenie tego w jednym miejscu przekracza możliwości niejednego archiwum czy muzeum. Z zespołem sprawa jest o tyle prostsza, że to dopiero drugi album w Jego karierze, co nieuchronnie wiedzie do porównań z pierwszym. Chciałoby się, by był lepszy, a tymczasem jest trochę inny. Gdyby słuchać go najpierw to i tamten zabrzmiałby nam inaczej. Dość na tym, że poleciłbym Go uwadze raczej tych, co mieli już do czynienia z jakąś alternatywą względem wiodących medialnie nurtów kultury a nie początkującym adeptom, zainteresowanym chwilową modą wybranych środowisk. Dub rozbrzmiewa w tak wielu różnych miejscach i jest naturalną tajemnicą, unoszącą się w powietrzu.
Rytm, puls i tempo, w jakim gra Ragana, przywodzi na myśl dokonania zespołu Katharsis, grającego u nas w połowie lat osiemdziesiątych, m.in. na scenie Grandfestiwalu Róbrege. Poniekąd jest to więc ilustracja twierdzenia o rodzimych korzeniach tutejszego rege. Do tego pierwszy taki zespół w Krakowie nie związany z tradycją kabaretu i tylko odlegle z teatrem i performansem. Sami wykonawcy zdają się nie przywiązywać wagi do tych wszystkich rewelacji czy odkryć, jakich można dokonać, słuchając ich płyty. By zachować resztki tajemnicy śpiewają w obcym języku i grają w obcym mowie powszechnej i potocznej. Brzmi to trochę jak ornament czy arabeska, wśród którego wijących się esów floresów rozpoznajemy litery i słowa egzotycznego jakiegoś alfabetu. Raga w dubowej wersji znacznie odbiega swym kształtem od muffin i gdyby ktoś ją określił jako new age rege, wywołałoby to zdziwienie nie mniejsze, niż nazwanie tej muzyki taneczną. Choć przecież jestem w stanie wyobrazić sobie remiksy, pasujące do klubowych klimatów. Melizmatyka w liniach wokalu powiększa przestrzeń dubu w kilku kierunkach o nowy wymiar. Precyzja miksu jest tu tak finezyjna, jak w nagraniach spod znaku New wave. Związki te to kolejne ogniwo długiego łańcucha tradycji, wpisanej w arkana symbolicznej struktury, kształtującej nasze poznanie. Choćby fakt, że płytę otwiera sylaba aoum, poprzedzona wprawdzie introdukcją, stanowić może przyczynek do dyskusji na temat filozofii, jakiej można użyć do interpretacji przesłania. Od pierwszego dźwięku słyszalne rege nie musi już w sposób konieczny implikować skojarzeń z Rastafari, gdy w centrum uwagi rozbrzmiewa wyraźnie dźwięk, kojarzony już na zawsze z obrazem stworzenia, wedle hinduskiej mitologii. Skojarzenia z Indiami są tu przy tym niezwykle ciekawe w swej prostocie. Na fali popularności i zainteresowania orientalnymi klimatami propagowano rege jako muzykę Indii Zachodnich. W ten sposób trafiła ona do środowisk hipisów. Fani rege raczej nie tworzą środowiska. Być może dlatego, że jest to muzyka poniekąd ezoteryczna. Wiele jej elementów owianych jest mgłą tajemnicy, która po latach staje się oczywistością, więc nie występuje w żadnej nam znanej teorii. Nawet pośród idei i utopii. Okazuje się jednak w nowej epoce, że dziwnym trafem pasuje jako ilustracja jakiejś dawnej opowieści i dokumentacja nieistniejące świata. Tym samym całą ta historia ubogaca się o aktualne i nowe wątki. Bardziej może nawet oryginalne i nowsze od innych im podobnych. Mam tu na myśli Kroniki, którym ostatnio poświęcam trochę czasu. Ich dotychczasowe fragmenty dotyczyły światów nieistniejących w przeszłości, choć ich potencjał zachował swą wartość, stając się informacją. Coraz więcej jest rege kapel, znanych nam tylko z nazwy. Punk–i–rege party zda się niekiedy trwać i do teraz, na przekór upływowi czasu. A przestrzeń dubu z łatwością mieści w sobie przyszłość. Nieokreśloną i tajemniczą, niewidzialną i nie do końca niewidoczną możność późniejszych aktów i dokonań. Rewolucja w sztuce może być skokiem cywilizacyjno–kulturowym, który potrzebuje pojedynczych ogniw długiego łańcucha nie związanych ze sobą opcji. A jak wiadomo, podobieństwa lgną do siebie w splątanej sieci ludzkiego doświadczenia, tworząc nie zawsze czytelne wzory i schematy, pomocne w określeniu co czym jest i jakim.
AUDIOMARA i Dezerter Autor: @udioMara
Dwa zdarzenia wiążą moją osobistą historię z historią Dezertera. Pierwsze miało miejsce, gdy debiutowałem na antenie Radiostacji Harcerskiej jako autor audycji pt. Domowe Archiwum. Z wybranych do prezentacji piosenek powycinano mi wszystkie zwrotki, zostawiając przygrywki i riffy. W rezultacie jedna z takich melodii stała się sygnałem tej audycji na kolejne lata, co pchnęło moje muzyczne zainteresowania w stronę jazzu i impresjonizmu. Znalazło to potem swe odbicie w publicystyce i odkryciach, jakich dokonywałem na łamach różnych czasopism. Przywiodło mnie to do teorii nazwanej etnozofią, co z kolei zaowocowało posadą we Wrocławiu. Zacząłem więc jeździć między Radiostacją a Drugim Studiem, nagrywając audycje przeznaczone do późniejszych emisji. Wtedy nastąpiło zdarzenie drugie. To była magia, gdy po próbach mogliśmy słuchać tego samego mnie, oddalonego o setki kilometrów. Któregoś dnia doznałem szoku, gdy po zapowiedzi fragmentów koncertu, z głośnika dobiegła mnie muzyka Bruce’a Springsteena. Wracam ci ja na weekend do Warszawy i pytam, co to za akcja. I słyszę, że na tym właśnie polega rola przekaźnika. Tutaj audycja poszła w całości, ale tam sygnał trzeba było wzmocnić, nad czym czuwała miejscowa ekipa. W sprzyjających okolicznościach przyrody fala docierała nawet do Czech i Niemiec, co potwierdzali
nam słuchacze, uczestniczący choćby w konkursach czy innych, zwrotnych kontaktach. I teraz nie wiadomo, czyj to był pomysł, żeby Dezerter nie dobiegł do uszu naszych zjednoczonych przyjaciół zza granic. Taki obieg informacji był po prostu zakazany a pracujący w przekaźnikach mogli się przy okazji pobawić, nadając coś dla swych sąsiadów. W taki sposób powstawał lokalny obieg medialny, funkcjonując niejako poza machiną systemu. W nowej epoce jest podobnie, choć trudno wyszczególnić analogie. Dość na tym, że któryś z managerów Dezertera, gdy rozpoczął własną karierę na rynku mediów, obiecał, że jego czasopismo nigdy nie będzie propagować reggae. Miał na to jakieś uzasadnienie i priorytety. Oglądamy więc minione ćwierćwiecze, opisane przez Krzysztofa Grabowskiego, w świetle wybra-
nych wątków. Jest bowiem ciekawostką, że w całym tym wspominkowym tekście też nie pojawia się słowo reggae. Ale za to mamy ewidentne przykłady z dziedziny para–teatru. Do tej pory było to trudne z uwagi na specyfikę tutejszej antropologii, uwikłanej w socjalne relacje. Teraz pojawia się kolejny podręcznik, jaki warto mieć na uwadze przy nauczaniu historii teatru, wskazując, że stanowi on właściwy początek kultury. W nim spotykają się symboliczne formy jako organiczne struktury. Bo gdyby przyszło nam wymienić jakieś twórcze duety, to Lennon i McCartey oczywiście, Przybora i Wasowski, jako ich rówieśnicy, a po nich Grabowski i Matera. Inne plusy tej
książki to graficzna oprawa i estetyczne nawiązania do relacjonowanego czasu. Sama w sobie, jako album, jest też autonomicznym dziełem sztuki, więc swego rodzaju ekskluziw, o co trudno było podejrzewać kulturę punk–rocka. I jeszcze sprostowanie na koniec. Wspomina Krzysiek, że prezentowałem na antenie radiowej nagrania Dezertera ze składanki Fala. Stowarzyszenie ZAiKS nie odnotowało, żeby album ten był odtwarzany kiedykolwiek, nawet w czasach po medialnej eksplozji i upadku monopolu. Dzisiejsi bossowie to dawni piraci, co przewija się z opowieści Krzyśka. Fala istnieje w internecie, natomiast budzić musi zdumienie i zachwyt jednocześnie, że album Poroniona Generacja? nie może się tam pomieścić. Jest więc czym się zająć w przyszłości, której sam raczej nie doczekam. Ale że dożyłem takiego dzieła sztuki to sam się sobie dziwię, mając z punk–rockiem związek zaiste akcydentalny. Skorzystać mógłbym z sugestii autora i pomarudzić, ale dodam tylko, że niewielu jest uczestników tego, o czym pisze Krzysiek, zaś publiczność niewiele się różni ta dawna od dzisiejszej. Ten uniwersalny ryt jest swego rodzaju inicjacją, jaka też może być skutkiem lektury, o czym jednak mało który z czytelników będzie się mógł przekonać. Bo z jednej strony fenomen a z drugiej ciekawostka. Krzysztof Grabowski Poroniona Generacja? Kayax 2o1o REKLAMA
Hope Vielbuon G 2o1o
Słuchając muzyki niemal bez przerwy przestaję powoli różnicować dźwięki. Gdy w ich natłoku zabrzmi coś, co powoduje jakiś rodzaj poznawczego szoku, wyzwala to tęsknotę trudną do uzasadnienia. Wszak podoba nam się to, co znamy i co jest do przewidzenia w ramach naszej wiedzy na ten temat. Schemat i stereotyp jest więc fundamentem gustu i źródłem przyjemności, towarzyszącej obcowaniu z muzyką. W przypadku zespołu Hope jest nieco inaczej. Gdybym nie był ignorantem, mógłbym różne elementy muzyki z płyty Join the Gang porównać ze znanymi sobie fragmentami brzmień i ułożyć z tego obraz jakiejś fonosfery, mogącej służyć za kontekst, w którym muzyka tej grupy nabrałaby większego sensu i znaczenia. Nie jestem jednak muzycznym erudytą i dlatego słuchając tej płyty skazany jestem na doznania, nie stanowiące przedmiotu poznania. Wiedząc skąd–inąd, że muzyka sama w sobie i w swej istocie jest stanem świadomości, odróżnić mogę, czy jest to stan mi bliski czy odległy i obcy, wierząc, że nie jestem w nim samotny. Moje pierwotne nastawienie wzięło się ze spotkania impresjonizmu i jego wpływu na awangardę. I może to stanowi kontekst dla specyficznego upodobania, z jakim słucham tej płyty. A że słucham też i innych, w sposób naturalny kojarzy mi się to z dokonaniami formacji Last Poets, choć to zaiste odległa przeszłość, stąd i skojarzenia są iście abstrakcyjne. Nie dość, że zahaczają o filozofię Georgiadesa i Witkacego, to jeszcze wchodzą do równoległego świata, w którym muzyka jest trochę inna i istnieje trochę inaczej. Niemniej polecam uwadze taką
właśnie, nieco ezoteryczną wizję. W tak naszkicowanej perspektywie może się okazać, że inaczej zaczną na nas działać sugestie naszych poprzedników. I w tym sensie znów trzeba będzie poczekać na kolejne odkrycia i ustalenia. Do tej pory bowiem mówię o samej dźwiękowej ścieżce. Gdy przełożymy płytę do komputera i wyświetlą nam się prezentacje wideo, imaginacja przestaje być potrzebna. Co bynajmniej nie znaczy, że cała ta poprzednia filozofia bierze w łeb. Od czegoś wszak trzeba zacząć, jako że czas jest miarą zmiany między tym, co najpierw i co potem. Ja zacząłem od kompozycji, jako uwarunkowany moją edukacją. Okulary starej szkoły też się tu przydają. A gdy zaniknął zwyczaj rozmawiania o gustach i upodobaniach, jak inaczej możliwy byłby dialog? Czas zapisany w muzyce kieruje uwagę w przyszłość, gdzie Hope stanowi pozytywną alternatywę tego, co jest i co było. Autor: @udioMara
Meets Mad Professor and JoeAriwa Manufaktura Legenda 2o1o
Autor: domowearchiwum@o2.pl
Zespół 12rael od początku swego istnienia kierował uwagę słuchaczy w stronę dubu. Nagrany w roku 1983 album Trzykroć Biada zawiera trzy tego rodzaju nagrania i jest to jedyny dokument z tamtych czasów w dziedzinie fonografii, mimo iż kilka rege bandów nagrywało wtedy swe płyty. Powstała rok później składanka Fala również zawierała kilka dubowych realizacji a w pierwotnym zamyśle miała być dwupłytowym wydawnictwem, którego druga płyta miała być w całości poświęcona dubowym eksperymentom. Z wiadomych powodów musiało to pozostać w sferze utopii aż do kolejnej dekady. I oczywiście nie mogło powstać w Polsce. Warto nadmienić, że i stan świadomości odbiorców nie sprzyjał takim realizacjom. Gdy w 1991 roku zespół wrócił z Londynu, przywożąc ze sobą nagrania zrealizowane w Ariwa Studio, nikt ze słuchaczy nie potrafił rozpoznać ridimów bez ścieżek wokalowych. Granie dubów na koncertach nie wchodziło też w zakres umiejętności naszych realizatorów. Prezentując w radiu nagrania takich mistrzów i magów konsolety jak Lee Perry, Mickey Dread, Adrian Sherwood czy Mad Professor, musiałem zaopatrywać taśmy w specjalne adnotacje dla działu emisji, że nie są to błędy ani defekty, za jakie uchodziły dubowe efekty w uszach artystycznej komisji, która do dziś się odżegnuje od jakichkolwiek związków z cenzurą. Znów
musiały minąć lata i pokolenia, musiały się pojawić wydawnictwa takie jak W Moich Oczach, Open Sources, Manufaktura Legenda i studia typu As One czy Radioaktywni, innymi słowy musiało powstać środowisko fanów i sympatyków rege muzyki, tworzące krąg i obieg informacji o niej. To ciekawa historia, która mimo swego już ponad ćwierćwiecza, nigdy nie została opowiedziana i wciąż stanowi alternatywę dla dominującej w mediach propagandy. W nowej epoce jest już o tyle inaczej, że mamy nowe możliwości docierania do słuchaczy. A że poznanie nasze toczy się dwutorowo, są i tacy, którzy głoszą, że dub pojawił się wraz z zespołem Daab, nawiązującym swą nazwą do stylu w muzyce reggae i tacy, dla których jest to efekt procesu społecznej transformacji, którego konsekwencje są takie, że nie trzeba już łączyć dubu z rege, przedstawiając go jako ambient, ani wiązać z filozofią, przesłaniem i misją Rastafari, może bowiem funkcjonować jako slam i jako hip–hop. Jako klasyka w różnego rodzaju remiksach sam w sobie jest już klasyką, nie tracąc przy tym znamion eksperymentu i awangardy. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby duby 12raela prędzej trafiły do radia gdzieś w Azji czy Afryce niż zagościły na antenie w polskim radiu, nie mówiąc już o telewizji, nawet po kolejnym zjednoczeniu wszystkich wizji i misji. Pozarządowe organizacje wciąż nie mogą się doczekać swej parlamentarnej reprezentacji, cóż więc mówić o muzyce w jej publicznym obiegu.
KONKURS PŁYTOWY Dla 10 szczęśliwców mamy
grupy HOPE - Join the Gang ! Aby otrzymać płytę należy odpowiedzieć na pytanie
– „Czy to prawda ze członkowie zespołu pochodzą z Nowego Yorku ?” Pytania prosimy przesyłać do 28.02.20011 na adres redakcja@spliff.pl koniecznie z tytułem wiadomości konkurs HOPE.
Spliff Gazeta Konopna Strefa
z Krzysztofem Lewandowskim,
właścicielem wydawnictwa Latawiec (patrz np. niedawna pozycja „Marijuana, pierwsze dwanaście tysięcy lat”
Ernesta l. Abla, www.marijuana-abel.pl), buddystą: Rozmawiał Zbigu
Chciałbym jeszcze zapytać o wcześniejszą książkę, którą wydałeś, a dotyczącą innego środka psychoaktywnego – LSD. Autorem tej pracy był twórca tej substancji, Albert Hofmann, wybitny chemik oraz członek komitetu noblowskiego. Kiedy ukazała się w Polsce i z jakim się spotkała odzewem?
Wspomniałeś o planach wydania książek o grzybach psylocybinowych, a także o ayahuasce. Mógłbyś powiedzieć coś więcej właśnie o niej? Ayahuasca to szamański środek leczniczy i obrzędowy. Zapewnia pełną wizji podróż wgłąb siebie, trwającą minimum pół doby. Dawniej udział w ceremonii z ayahuascą wymagał od zainteresowanych takim doświadczeniem nie lada zabiegów: podróży do Ameryki Południowej i zaskarbienia sobie życzliwości Indian, w których tradycji leży wykorzystanie tego środka. Dziś prawdziwi szamani przyjeżdżają do Polski i organizują tutaj ceremonie. Ayahuasca to silny transgresor, przenoszący człowieka w inny wymiar doświadczeń. Ponieważ nie znajduje się na liście prohibicyjnej, może być wwożony legal-
W 2001 r. Nie było większego odzewu, kilka recenzji i właściwie wszystko. Ale ponieważ nakład cały się rozszedł, myślę, że miała jakiś wpływ na kształtowanie świadomości. Tytuł „LSD, moje trudne dziecko” sugeruje pewnego rodzaju podsumowanie doświadczeń z tym środkiem... Albert Hoffman mówi o problemach, jakie były z tym tematem związane w latach 60-tych i 70-tych, ale wiele z nich wynikało z mistyfikacji, dokonywanych przez media na fali kampanii przeciw marijuanie. Również LSD oskarżano o różne rzeczy, których nie wywołuje, dlatego było tak trudnym dzieckiem. Z drugiej strony w książce opisywane są sesje z LSD z udziałem bohemy artystycznej Niemiec i Szwajcarii i w zasadzie cała wymowa tej książki jest taka, że były to bardzo cenne doświadczenia dla umysłu. Może nie dla każdego, ale dla takiego, który jest zainteresowany poszukiwaniami głębszych stanów swojej świadomości. Zwłaszcza dla artystów, naukowców i ludzi działających w obszarze kultury. Z opisu sesji, jakie Hofmann odbywał z innymi osobami, wymienionymi z nazwiska (a są to znane osoby), też płynie w zasadzie jeden wniosek – ten mianowicie, że LSD to nie diabeł wcielony, jak przedstawiają. Oczywiście powoduje chwilową zmianę świadomości, ale ona potem coś wnosi do życia. To nie jest narkotyk, który się zażywa dla przyjemności, ale dla pogłębienia świadomości. Równie dobrze mogą to być stany intelektualne, jak i emocjonalne, czy też stany doświadczeń zmysłowych albo też pozazmysłowych. Czy nie jest tak, że LSD odeszło trochę w cień, zostało jakby wyparte przez inne środki? Tak, bo to nie dla homo ludens. Żyjemy w świecie, gdzie ludzie chcą mieć przyjemne doznania. Nie zażywa się po to, aby miło spędzić z kolegami czas w jakimś lokalu. Wymaga zupełnie innego anturażu, pewnego skupienia. Bardzo często powoduje, że ludzie w ogóle się ze sobą nie kontaktują w czasie takiej sesji. To jest po prostu intymne, indywidualne doświadczenie. Warto też zauważyć, na co zwracał uwagę Albert Hofmann, że sesja z LSD wymaga bardzo starannej aranżacji, że wszystkie elementy są istotne, na przykład wygląd wnętrza czy zewnętrza, a zwłaszcza towarzystwo, w jakim się środek zażywa. Chodzi o to, aby nie byli to ludzie spanikowani czy depresyjni, bo tacy wniosą do sesji atmosferę grozy i paniki. W dobrym towarzystwie i dobrym anturażu jest to pogłębione doświadczenie z samym sobą. Czy można powiedzieć, że to środek syntetyczny? Nie, synteza to jest drugi etap, niejako wtórny. Pierwszym był wyciąg ze sporyszu, który sam w sobie jest silną trucizną. Myślę, że świetnie znali tą metodę przekształcania sporyszu w LSD (i takie są też teorie etnografów) starożytni Grecy. Misteria eleuzyjskie były oparte na spożywaniu płynu o nazwie kykeon. Zażywali go w starożytnych czasach praktycznie wszyscy dostojnicy Rzymu, Grecji i innych krajów basenu Morza Śrówziemnego. Do Eleusis odbywały się pielgrzymki do roku 395 n.e., czyli do czasu zburzenia świątyni przez katolików.
Jak widać katolicy mają długa tradycję walki z pewnymi środkami psychoaktywnymi, jak sądzisz, czemu? Jak twierdzą buddyści, halucynogeny są w istocie dehalucynatorami, pozwalającymi otrząsnąć się z wszelkich ideologii masowych, z codziennej halucynacji, w której tak wygodnie Kościół przebywa. Jedną z tych pierwszych, antycznych, powielanych także przez współczesne media, była halucynacja monoteizmu, będąca w istocie ideologią monopolu władzy centralnej. Narkotyki odłączają ludzi od tej ideologii, przynajmniej na chwilę, która ma wpływ na dalsze życie.
nie do naszego kraju. Przebieg ceremonii nadzoruje szaman, który powinien wiedzieć, co się dzieje z jego pacjentami. W Amazonii seanse lecznicze odbywają się w chatach czy szałasach, z dżunglą pod bokiem, gdzie prawdziwi szamani zanurzają się na kilka miesięcy podczas swoich szamańskich inicjacji. Co oprócz przeżycia odmiennego stanu świadomości daje takie przeżycie? Sam nie brałem udziału w ceremonii z ayahuascą, więc mogę dać relację wyłącznie z drugiej ręki. To głębokie, uduchowione, jak twierdzą. Osobiste, u każdego odmienne i nie za bardzo nadające się do werbalizacji. Wydaje się, że działanie środka jest mocno zindywidualizowane, gdyż dotyka samej istoty problemów, z którymi boryka się pacjent, a te u każdego są inne. Myślę, że dociera się w ten sposób do źródła własnych lęków i stanów depresyjnych, które są przyczyną chorób fizycznych. Ayahuasca działa więc zarówno na poziomie mentalnym, jak i fizycznym, przywraca zdrowie. Są na to jakieś dowody? Jest to stara praktyka znachorska na terenie Ameryki Południowej, więc z pewnością terapia jest w wielu wypadkach skuteczna, zwłaszcza w chorobach o podłożu psychosomatycznym. Podobną do szamanów amerykańskich funkcję pełnili u nas znachorzy, babki, czarownicy i uzdrowiciele, posiadający dużą wiedzę na temat własności leczniczych naszych rodzimych roślin. Warto pamiętać, że tej mikstury (w rzeczywistości ayahuasca to mieszanina dwóch składników) nie używa się w celach zabawowych. Czy twoim zdaniem narkotyki mogą zmienić świat poprzez zmianę świadomości? Myślę, że zmiana świata jest ustawiczna, a motorem większych skoków świadomości były i będą modyfikatory świadomości, medytacje, kon-
templacje i narkotyki. Obecne wyzwania, przed jakimi stoimy, związane z koniecznymi przemianami paradygmatu, wymagają otwartości na zmiany i porzucenia stereotypów, w jakie wpędzają nas nauka i media. Rozsądne korzystanie z dehalucynatorów, jakimi są narkotyki, może ten trudny proces tylko ułatwić. Znasz osoby medytujące, które nie zażywają żadnych środków psychoaktywnych? Myślę, że jest wiele takich osób, choć z drugiej strony ktoś może powiedzieć, że środkami psychoaktywnymi są także nasze jedzenie, rozmaite zioła czy lekarstwa przez nas przyjmowane. Zależy od tego, jak zdefiniujemy narkotyk. Ty stawiasz na komplementarność medytacji i narkotyków? Uważam, że umysł pozbawiony lęku, a „podkręcony” środkami psychoaktywnymi jest w stanie głębiej wniknąć w jakiś problem naukowy, techniczny czy filozoficzny. Wracając do książki Abla, nie sądzisz, że powinna ona trafić do wszystkich naszych parlamentarzystów? Napisana ją profesor, specjalista od toksykologii i położnictwa, który dokładnie przestudiował temat i przedstawia go nieemocjonalnie. Wszystkie tezy bardzo dokładnie dokumentowane, podawane są źródła. Jest to praca naukowa, a nie popularyzująca narkotyk. Chłodny obiektywizm, który przejawia autor mógłby przyczynić się do zmiany postaw wielu polityków, jeśli oczywiście zapoznają się z tą pracą. Czy myślisz, że jest w Polsce szansa na zmianę prawa w tej materii? Myślę, że jest nawet taka konieczność. W Polsce jest bardzo duża grupa ludzi używających środków psychoaktywnych i właściwie nie wiadomo, z jakiego powodu tak duża grupa ludzi ma się czuć obywatelami drugiej kategorii. Myślę, że politycy już czują, że należy zmienić prawo, że jest ono anachroniczne i że te zmiany powinny nastąpić szybko. Dlaczego Twoim zdaniem tak mało ludzi, znanych osób przyznaje się do palenia marijuany, o innych używkach już nie wspominając? Ludzie niechętnie przyznają się nie tylko do marijuany, także do nadużywania wina czy piwa. Nie ma się czemu dziwić, bo to już sfera prywatna każdego człowieka, na przykład co je na kolację, albo co pije do tej kolacji. Tak samo to, co ludzie wdychają, to też jest ich prywatna sprawa. Nie każdy chce ze swoimi prywatnymi sprawami wychodzić na szersze forum. Mimo to, w Polsce w ostatnim czasie daje się zauważyć dynamiczny rozwój dyskursu na temat marijuany. Parę lat temu nie podejmowano żadnych polemik, obecnie są już czasopisma poświęcone tylko temu tematowi. Jest to monogłos drugiej strony, więc mimo, iż nie ma w nim prawdziwej wymiany argumentów, to jednak na zasadzie przeciwwagi ludzie wychodzą z ukrycia, przyznają się do tego, że znane są im doświadczenia tego rodzaju. Myślę, że i prawdziwy dyskurs wkrótce się nawiąże. Coraz więcej ekspertów jasno opowiada się za depenalizacją, nawet w Monarze nie brakuje takich specjalistów, lekarze też opowiadają się za zmianą przepisów prawnych, a mimo to politycy ignorują te głosy... Ignorują z niewiedzy i z lęku. Niewiedza jest powszechna, bo nie wydaje się w Polsce książek, które traktowałyby temat narkotyków bez emocji, informując społeczeństwo o możliwych zagrożeniach i możliwych korzyściach wynikających z ich zalegalizowania. Jednak ludzie konfrontują się coraz szerzej z absurdem obecnego podejścia, zwłaszcza gdy prawo narkotykowe liberalizuje się w innych krajach. Polacy oglądają się na innych, więc zmiana w zbiorowej świadomości odnośnie narkotyków musi nastąpić. Jestem optymistą i sądzę, że mamy szansę na amnestię dla skazanych za zażywanie/posiadanie. Często spotykamy opinię, że mamy prohibicyjne prawo, ponieważ zwyczajnie wiele grup interesów na tym zarabia, łącznie z policją? Można tutaj wystąpić z mocnym pytaniem do polityków, dlaczego popierają świat podziemny, a nie popierają większych wpływów do budżetu. Konopie są rośliną wykorzystywaną do bardzo wielu celów i z każdego takiego zastosowania mogą wpływać do kasy państwa podatki, podobnie jak płyną z alkoholu, tytoniu czy innych towarów. Można uparcie pytać, dlaczego w wypadku narkotyków politycy oddają pole rosnącemu rynkowi podziemnemu, a nie wykorzystują tego pola dla prowadzenia rzeczywiście humanitarnej działalności uświadamiającej obywateli o skutkach nadużywania substancji psychoaktywnych i ewentualnego leczenia tych, którzy nie będą umieli skorzystać z tej wiedzy. Tyle, że spory rdzeń naszego społeczeństwa jest zorientowany dosyć konserwatywnie i siłą rzeczy jest niechętny podejściu liberalnemu... Niewątpliwie ma to związek z tym, że Polska jest w większości krajem katolickim. To, że w Czechach praktycznie zalegalizowano miękkie narkotyki, jest elementem kultury naznaczonej potężnymi historycznymi wpływami Jana Husa i protestanckiej reformacji (dziś kultury niemal świeckiej – red.). Z jakiegoś powodu Kościół boi się pootwierania umysłów w wyniku zażywania narkotyków. Kształtują świadomość inaczej i prawdopodobnie trudniej byłoby oddziaływać na umysły wiernych, gdyby były zalegalizowane, utrzymać monopol (czy też quasi-monopol) wiary. Na ile tak jest, możemy jedynie snuć domniemania, bo nikt chyba nie prowadził badań w tym kierunku. Jakie według Ciebie byłoby najlepsze rozwiązanie, jeżeli chodzi o używki i narkotyki? Ja bym zalegalizował wszystkie, bo sztuczne są podziały na miękkie i twarde narkotyki. Jednym z najsilniejszych i najbardziej szkodliwych narkotyków jest alkohol, który w ogóle nie jest postrzegany jako narkotyk. Byłbym zatem za radykalnym podejściem, eliminującym całe podziemie narkotykowe i uwalniającym policję, sądy i więzienia od marnej pracy. Oczywiście być może nie jest teraz możliwe całkowite zlikwidowanie świata podziemnego narkotyków i sprowadzenia wszystkich środków psychoaktywnych, tak jak to było dawniej, do aptek. Jeżeli nawet takie rozwiązanie jest dziś niemożliwe, to warto przyjąć rozwiązanie częściowe, ale szybkie. Przede wszystkim należy wypuścić z więzień wszystkie osoby skazane za posiadania narkotyków. Uważam, że osoby odsiadujące kary więzienia za posiadanie narkotyków To nie przestępcy kryminalni, a więźniowie sumień.
„Złoty trójkąt” CIA Statystyki dowodzą, ze narkotyki to jeden z trzech głównych towarów globalnej wymiany handlowej. Czy jest możliwe, by ten złoty interes funkcjonował bez zaangażowania służb specjalnych i elit politycznych wielkich mocarstw?.
Autor: Michał Pauli Historia ta dotyczy rejonu Azji południowo-wschodniej, gdzie tradycje handlu narkotykami, mają co najmniej kilka stuleci. W okresie kolonialnym głównym motorem rozwoju tego interesu była „British East India Company”. Ta potęga handlowa działała pod skrzydłami wielkiego Imperium Brytyjskiego.
Od roku 1852 pomiędzy pierwszą a drugą „ wojną opiumową” król Tajlandii Rama 4, idąc za ich przykładem, zmonopolizował handel opiatami w swym królestwie. Sytuacja w regionie Azji uległa zmianie dopiero po drugiej wojny światowej, gdy w roku 1941 Czang Kai Szek zabronił w Chinach sprzedaży i produkcji tego popularnego narkotyku. Ku ironii losu kilka lat później właśnie pozostałości jego armii, z pomocą CIA, stały się producentami połowy światowej produkcji opium oraz jej pochodnych. Wszystko zaczęło się od porażki wojsk Chiang Kai Sheka, w chińskiej wojnie domowej. Rozbita przez czerwonych Maoistów, Narodowa Armia Chin przestała istnieć. Gdy Oddziały Ludowej Armii Wyzwolenia Chin (PLA) wkroczyły do prowincji Yunnan pozostałości 26- tej Narodowej Armii Chin (KMT) pod wodzą generała Li Mi wycofały się na terytorium Birmy. Ponad 5 tysięczna Armia powstrzymana przez wojska Birmańskie, pozostała na terytorium między miastem Kengtung i Tachilek ( rejon Złotego trójkąta). 1950 roku byli żołnierze KMT otrzymali wsparcie CIA , dzięki której zaczęli partyzancką wojnę z wojskami Birmy i Chin Ludowych. KTM nazywana od tej pory MEO rebeliantami stała się jedyną siłą kontrolującą prowincję Shan , która była obszarem największych hodowli maku i produkcji opium. We wcześniejszych la-
tach większość tutejszej produkcji, trafiała na rynek chiński. W dalszym handlu przeszkodziła wojna i sytuacja polityczna. Generał zdecydował się wykorzystać produkcje narkotyków, do poprawienia sytuacji finansowej swojej armii. W Październiku 1951 roku samolot CIA przewiózł Li Mi na rozmowy do Bangkoku, gdzie przyjęto jego propozycje . W ręce rebeliantów trafiła technologia pozwalająca uzyskiwać heroinę. CIA zajęło się również transportem i sprzedażą części narkotyków. W kolejnych latach nad niebem „złotego trójkąta” zaczęło kursować coraz więcej samolotów CIA, przewożących biały proszek. Choć raporty CIA w tej sprawie nie mówią zbyt wiele, do jednych z czołowych postaci zajmujących się współpraca i handlem heroiną, należał generał Phao – szef tajskiej policji. . Od czasu gdy, KTM z pomocą CIA zaczęły prowadzić heroinowy interes, produkcja narkotyku na terenie „ Złotego trójkąta” wzrosła z 40 ton pod koniec drugiej wojny światowej, do 400 ton w roku 1961. Obecnie produkcje szacuje się w granicach 2 tys ton rocznie. Wojna w Wietnamie skomplikowała problem i dotychczasowe działania CIA . W tym czasie heroinowi władcy byli już na tyle silni, by sami zatroszczyć się o klientów i transport. Sytuacja wymknęła się z pod kontroli służb specjalnych, a coraz więcej narkotyku ze złotego trójkąta zaczęło trafiać prosto na amerykańskie ulice. Towar był przemycany nawet w ciałach nieżyjących żołnierzy. W kolejnych latach USA zaczęło jeszcze bardziej zaostrzać swoją politykę narkotykową . W 1971 roku Nixon stworzył DEA i rozpoczął „wojnę z narkotykami”. W związku z taką polityką Tajlandia otrzymała propozycje miliardowych dotacje, które miały zostać przeznaczone na walkę z narkotykami. Tak rozpoczęła się wojna z tym, co do niedawna wliczało się w dochód narodowy.
Wprowadzono karę śmierci za przemyt i sprzedaż narkotyków. Policja zaczęła dostawać specjalne premie za wyłapywanie, tych z którymi jeszcze do niedawna handlowała. Zmiana prawa i pieniądze dla policji, nie zmieniły jednak ani trochę rynku narkotykowego w regionie. Obecna produkcja surowca wynosi około 2 tys ton rocznie. Handel zaś zostaje w rekach tych samych ludzi, którzy oficjalnie opowiadają się za surowymi karami. Taka sytuacja bardzo dobrze nakręca koniunkturę. W więzieniach Tajlandii znajduje się około 500tys więźniów, z czego 450 tys została skazana za narkotyki. Za każdą schwytaną i oskarżoną o handel narkotykami osobę , policja dostaje specjalne premie. Nie trudno się domyślić, w jak wielu sytuacjach, dowody są po prostu fabrykowane. Przypisy: Francis W. Belanger. „The CIA and drug industry” -1989r Bertil Lintner „ The Golden Triangel opium trade an overview” 2000r
Etos 2o1o
VIENIO Respekt Rec 2o1o
Czytając różne teksty, związane z rege muzą i nie tylko, spotkałem się z opinią, pozwalającą w prosty sposób różnicować dokonania poszczególnych twórców i wykonawców. W jak wielkim jest to uproszczeniu, nie muszę chyba zaznaczać, lecz coraz wyraźniejszy jest wpływ, jaki wywiera stereotyp na potoczne poglądy i skojarzenia, tworzące kontekst, w jakim funkcjonuje muzyka. Dość na tym, że któryś z krytyków odkrył, że ragga i hip–hop to formy, związane z orientalnym wpływem, podczas gdy roots style opierają się raczej na Biblii. U nas taki podział nie do końca się sprawdza, choćby i dlatego, że trudno byłoby znaleźć odpowiednie przykłady dla takiego twierdzenia. I nie wiem, co by na to powiedział Vienio, gdyby Jego przesłanie identyfikowano z filozofią inną niż uniwersalna. A taka istnieje, jak dotychczas, tylko w świecie hipotez, współdziałając z nadzieją i wiarą w pozytywny ludzki potencjał. Nauczyliśmy się, że romantyzm jest poprzednikiem pozytywizmu i stanowi jego opozycję. Nie można było być i tym i tym jednocześnie. A tymczasem, w nowej epoce, pojawił się magiczny realizm, obejmujący swym zakresem oba te kierunki. Paradoksów takich w aktualnej sztuce można by znaleźć więcej. Odległe echa poszukiwań odkrywa przed nami opis, będący imitacją pewnej osobistej relacji. Tak powstaje zapewne większość tekstów, zachowując przy tym walor oryginału i naturalną ulotność sprzyjającą natchnieniu.
Vienio nie jest debiutantem i sprawia wrażenie bardziej filozofa niżeli poety. Potrafi przy tym nieźle zmiksować obie te domeny, dając do myślenia nie tylko, jako osoba ale i jako znak fuzji elementów kultury popularnej i masowej. Co kiedyś brano za publicystykę i reprezentację czegoś więcej niż ego, w nowej epoce jawi się jako świadectwo personalnych relacji, wplecione w minimalizm.
Loopy i sample są kolejną ilustracją tej zasady. By zagrały razem w obszarze jednej całości, trzeba czegoś więcej, niż odkrycia awangardy, do której zaliczamy i dub i ludowe motywy przewodnie, współtworzące fabułę niezależnie od tej, jaką może wywołać wideoklip. Ten album ma w sobie niezmierzony potencjał możliwości, bynajmniej nie ukrytych. W tym sensie możemy mówić o czynnej kulturze, co dawniej przychodziło nam z tak wielkim trudem. I nie trzeba już angażować ducha , ani żadnej transcendencji, by zmieścić się w ramach struktury bez konieczności dowodzenia jej istnienia. Choć swoją drogą nie wiadomo, czy aż temu ma służyć dokonanie tak naiwne i proste, jakim jest akt nadawania sensu swoim czynnościom. Autor: @udioMara
Wojna z narkotykami (we krwi Autor: Maciek Słomczyński Czym jest wolność? Społeczeństwo? Jakie były początki podporządkowania się jednostek w organizację, którą dziś nazywamy państwem? Dlaczego ludzkie zgodzili się zrezygnować z naturalnej, nieskrępowanej swobody i zdecydowali podporządkować się innym? Pytania te frapują myślicieli od czasów Platona. Kolejni filozofowie podejmowali trud wyjaśnienia jaka była geneza porzucenia przez ludzkość postaci współistnienia, którą przyjęto określać mianem stanu naturalnego. Stan ten wedle Thomasa Hobbesa był nieustanną walką każdego z każdym, dla Johna Locke’a i Jana Jakuba Rousseau - pierwotną wolnością. Niezależnie od oceny tego okresu myśliciele stworzyli koncepcję umowy społecznej, dobrowolnego porozumienia między członkami społeczeństwa, którzy za cenę zrzeczenia się indywidualnych pragnień i nieskrępowania podporządkowuje się jakiemuś autorytetowi w zamian za korzyści, które z umowy wynikną. Poczucie bezpieczeństwa było zapewne jednym z głównych motywów. Organizując się w grupy łatwiej było przeżyć. Nie oznaczało to jednak końca prawa silniejszego, tyle tylko, że przeniosło się ono z poziomu indywidualnego na zbiorowy.
Jak obudzić ducha walki?
Powstałe na bazie umowy społecznej zbiorowości posiadały wspólne cele, zamieszkiwały ten sam teren, wyznawały podobne lub te same przekonania, etc. Wszystko w imię bezpieczeństwa. Lecz gdy owo bezpieczeństwo zostało zagrożone należało zjednoczyć się i podjąć zbrojną walkę z wrogiem, obudzić w członkach wspólnoty siły, by podjęli się zabijania. To banalne stwierdzenie, lecz od zarania dziejów władcy musieli podjąć wysiłek zobligowania poddanych, by ryzykując swe zdrowie i życie stanęli do walki. Ludzie musieli wyzbyć się naturalnego strachu i ruszyć w bój. Pokonać lęk i stanąć oko w oko z niebezpieczeństwem. W tzw. społeczeństwach pierwotnych czarownik czy szaman odgrywał niebagatelną rolę w indoktrynacji wojowników. Poprzez obrzędy i rytuały, które poprzedzały atak mieli wzmocnić instynkt, przełamać strach. By wyzwolić w wojownikach dodatkową motywację posługiwano się nierzadko substancjami psychoaktywnymi. W tej kwestii wielokrotnie przywoływanym przykładem są Assasyni. W oparach haszyszu przyszli mordercy doznawali wizji, w których widzieli swoje przyszłe życie w rajskich ogrodach. Rzadziej przywoływani są natomiast berserkerzy. Berserk, termin często występujący w sagach nordyckich, oznacza wojownika mającego opinię niezwyciężonego, który walczy z siłą i dzikością niedźwiedzia. Ok. 800 r. p.n.e. Bersekersami nazywali Wikingowie tych spośród siebie, którzy mieszkali z dala od plemienia. Przed walką wprawiali się w stan autohipnozy, wspomagając się przy tym środkami psychoaktywnymi (najprawdopodobniej poczciwymi muchomorami czerwonymi – por. R.Rudgley – Alchemia kultury, czy T. McKenna – Pokarm Bogów, przyp. red.). Ubrani w futra niedźwiedzi stanowili potężne zagrożenie dla sił wroga. Wpadając w szał odznaczał się zwiększoną odpornością na ból i spotęgowaną agresją. Substancje psychoaktywne wykorzystywano do zwiększenia możliwości bojowych wojsk od wieków. Przeróżne stymulanty stosowano nieprzerwanie aż do czasów nowożytnych. Przykładowo w 1718 roku, w czasie wojny pomiędzy Szwecją a Norwegią żołnierze jednego z oddziałów szwedzkich spożyli, dla dodania sobie ducha bojowego, grzyby z rodziny muchomorów (Amanita muscaria), zawierające substancje pobudzające i halucynogenne. Lecz rozwój tej „dziedziny” wojskowości nastąpił w dziewiętnastym stuleciu. W czasie wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych wstrzykiwano żołnierzom, wyizolowaną już w początkach XIX wieku (1803 roku) morfinę, co stało się przyczyną prawie powszechnej toksykomanii u żołnierzy obu walczących stron. Podczas wojny francusko-pruskiej powszechnie stosowano eter, który był używany jako środek znieczulający żołnierzy na polu walki. Po zakończeniu wojny stał się on modnym narkotykiem. Jeszcze przed pierwszą wojną światową na szeroką skalę stosowano morfinę, co ułatwił niezwykle powszechny już wynalazek strzykawki. W 1883 roku lekarz niemiecki Ashenbrandt aplikował żołnierzom kokainę, aby zmniejszyć zmęczenie wywołane trudami walki. Pruscy lekarze byli zresztą zafascynowani wspaniałymi opowieściami o działaniu liści koki na boliwijskich Indian. Stworzyli więc napój “coca-win”, którego picie miało zwiększyć wytrzymałość wojska i zrekompensować niedostatki w wyżywieniu. Reklama głosiła: „Jeden łyk na polu bitwy i uczucie głodu zniknie!”.
Jak stworzyć maszynę do zabijania? Podczas pierwszej wojny światowej alkohol stał się obowiązkowym elementem frontowego zaopatrzenia. Jak informują źródła historyczne część dziennego wyposażenia brytyjskich żołnierzy obejmowała wówczas 1/8 litra rumu. Ilość ta została zwiększana na krótko przed opuszczeniem okopów i ataku na pozycję wroga. Historycy wojskowości podkreślają, iż w przypadku żołnierzy niemieckich dieta żywnościowa była co prawda nad wyraz skromna, ale w przypadku alkoholu dosyć bogata: Niemcom należało się kufel piwa, pół litra wina i ćwierć litra wódki dziennie. Kokaina była szczególnie popularna wśród pilotów. Zupełnie nowy rodzaj broni wymagał
od podniebnych wojowników maksymalnej koncentracji. Stąd też na potrzeby oddziałów lotniczych produkowano olbrzymie ilości białego proszku. Koniec wojny przyniósł imponujące nadwyżki kokainy. Wciąż postrzegana jako substancja o szkodliwości zbliżonej do tytoniu stała się szczególnie popularna w Republice Weimarskiej. Zresztą ówczesna popularność z pewnością miała wpływ na rozpowszechnienie się określenia “szalone lata dwudzieste”... Lecz nie tylko w Europie armia wykorzystywała narkotyki. Jeszcze przed II wojną światową, podczas przygranicznych starć między Rosją a Japonią trwających od maja do września 1939 roku żołnierze z Kraju Wiśni dodawali sobie animuszu swoistymi „substancjami dopingującymi”. Jak podaje w swym opracowaniu jeden z rosyjskich historyków podczas walki na bagnety w bitwie nad Chałchin-Goł (tereny dzisiejszej Mongolii), armia japońska doznała dotkliwych strat. Spanikowani żołnierze ucie-
kali, zostawiając na polu walki nie tylko wiele trupów, ale także łupy. Autor konstatuje, iż po bitwie rosyjscy dowódcy dowiedzieli się na czym polega „samurajski duch walki”. Na pobojowisku odnaleziono bowiem nie tylko setki butelek z wódką, ale również całe skrzynki opium przeznaczone dla żołnierzy… Powszechnie przyjmuje się, iż podczas II wojny światowej ogólnie przyjęty schemat mobilizowania żołnierzy do walki polegał na tym, że Armia Czerwona stosowała spirytus, a Niemcy amfetaminę. Nie jest to do końca prawdą bowiem amfetamina używana była także przez radzieckich lotników i marynarzy. Podobnie jak alkohol w Wehrmachcie. Faktem jest natomiast, iż spożycie alkoholu przez radziecką armię było olbrzymie. Alkohol stał się jedyną podporą dla milionów mężczyzn służących w wojnie ojczyźnianej. Lecz nielegalna produkcja alkoholu stała się poważnym problemem. Wielu wojskowych „producentów” nie znało bowiem skutków działania alkoholu metylowego. Po spożyciu wytworzonego w warunkach polowych napitku niejeden Rosjanin oślepł lub ulegli śmiertelnego zatrucia alkoholem. Aplikowanie żołnierzom narkotyków przybrało najbardziej zinstytucjonalizowaną formę podczas II wojny światowej. Konkretnie teza ta dotyczy armii niemieckiej. Cudownym lekiem hitlerowskiego wojska była metaamfetamina, która miała sprawić, iż aryjski zdobywca mógł funkcjonować przez kilka dni. Prawdopodobnie pierwszymi użytkownikami specyfiku, nazwanego „cudowną pigułką Wehrmachtu” byli niemieccy motocykliści dokonujący inwazji na Polskę we wrześniu 1939 r. Pewne jest natomiast, iż 35 mln tabletek metamfetaminy, rozprowadzanych pod nazwą „pervitin” zostały wysłane do piechoty i sił powietrznych od kwietnia do lipca 1940 roku. Z czasem badania dowiodły jednakże, iż jej dłuższe stosowanie powodowało stany psychozy i w dłuższym okresie czasu obniżało zdolność bojową żołnierzy. Pervitin na krótko wrócił do łask podczas walk na froncie wschodnim. Ekstremalne warunki, z którymi przyszło się zmierzyć Niemcom w walce z „generałem Mrozem” wymagały natychmiastowego zwiększenia efektywności ludzkiego organizmu. Pod koniec wojny niemieccy farmaceuci stworzyli tabletkę o nazwie D-IX. Była to mieszanka, w której skład wchodziło 5 miligramów kokainy, 3 miligramów pervitinu, 5 miligramów eukodalu (przeciwbólowego preparatu z morfiną), a także syntetycznej kokainy firmy MERCK, która używana była przez niemieckich pilotów podczas I Wojny Światowej. DIX przeznaczony był dla dwuosobowych załóg miniaturowych okrętów podwodnych oraz młodocianych żołnierzom, którzy nocami pełnili wartę przy obronie przeciwlotniczej oraz w późniejszym okresie podczas obrony Berlina. W innym z państw Osi – Japonii, podczas II wojny światowej amfetamina była narkotykiem tak popularnym, iż po zakończeniu działań wojennych większość wojskowych zapa-
sów trafiła do ludności cywilnej, by zwiększyć jej siły w odbudowie kraju. O ilości wydanego narkotyku świadczy fakt, iż w kilka lat po wojnie szacunkowe dane wskazywały, że ok. 30%% Japończyków było od amfetaminy uzależnionych (w wojskach alianckich triumfy święciła benzedryna, szczególnie wśród żołnierzy brytyjskich i amerykańscy).
Jak rozładować stres? Po II wojnie światowej stosowanie przez żołnierzy narkotyków traktowane było jako przestępstwo. Narkotyki w armii „zeszły do podziemia”. Nie znaczy to jednak, że ich nie było. Co więcej, w US ARMY zaczęły być poważnym problemem. Co prawda pierwsze informacje na ten temat pojawiły się w amerykańskich mediach jeszcze podczas wojny koreańskiej to skalę procederu dostrzeżono w trakcie działań wojennych w Wietnamie, w latach 1957-1975. Królowała marijuana. Przez długi czas palenie przez żołnierzy marijuany w większości przypadków było ignorowane przez dowódców. Dopiero od 1968 roku rząd zmusił wojsko do rozprawienia się z powszechnym paleniem trawki, jakże łatwo dostępnej w Wietnamie. Było na to za późno. Korzystanie z narkotyków było w wojsku tak powszechne, iż skuteczne ich zwalczanie było zadaniem nieomal niemożliwym do zrealizowania. Armia rozpoczęła masową kampanię propagandową przeciwko ganji, próbując ograniczyć stosowanie zioła wśród żołnierzy. Jednym z narzędzi propagandy były filmy dokumentalne. Jeden z nich ukazuje, iż z paleniem marijuany żołnierze wcale się nie kryli. Bohaterem półtoraminutowego dokumentu jest dwudziestoletni Vito z Filadelfii, dowódca dwunastoosobowego oddziału stacjonującego pięćdziesiąt mil na północny wschód od Sajgonu. Jako „przykładny” dowódca instruuje podwładnych w jaki sposób wykorzystać pozbawionego pocisków shotguna tak, by służył on jako idealne narzędzie do palenia ganji. Kolejni szeregowcy zaciągają się – dosłownie – prosto z lufy gęstym dymem. Anonimowy degustator tłumaczy, iż dymek ten pozwala mu się zrelaksować i pozbyć napięcia. A lektor zatrważającym głosem informuje, iż ponad 50% amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Wietnamie pali marijuanę… Amerykańscy lekarze alarmowali, iż palenie marihuany w warunkach wojennych powodować może długotrwałe negatywne skutki psychiczne. Osobną kwestię stanowił natomiast fakt, iż badania dowodziły, że palenie marijuany pozostaje bez wpływu na sukces misji. Nie stwierdzono, że marijuana ma wpływ na operacje wojskowe, ponieważ palona była w celach relaksacyjnych po zakończeniu starć. Żołnierze wiedzieli, że ich życie podczas ataku byłoby zagrożone wskutek spowolnienia reakcji, a palenie marijuany podczas walki poważnie zaszkodziłoby ich bezpieczeństwu. Mimo to rozpoczęto akcję penalizacyjną. Przeprowadzone w armii aresztowania doprowadzały do zatrzymywania nawet tysiąca osób w przeciągu tygodnia. Ośrodki leczenia zostały zalane przez palących ganję żołnierzy. Ze względu na skalę zjawiska i brak możliwoście jego rozwiązania problem został stopniowo wyciszony. Kontynuowano jednak prace badawcze w USA. I tak między majem a wrześniem 1972 roku przeprowadzono badania wśród 943 żołnierzy, którzy wrócili z Wietnamu do Stanów Zjednoczonych we wrześniu 1971 roku. Przeprowadzono z nimi wywiady oraz pobrano próbki moczu. W przypadku 495 osób analiza wykazała wynik pozytywny dla opiatów. W wywiadzie dokonanym wśród grupy żołnierzy po 8-12 miesięcy od daty powrotu 83% stanowili rezerwiści, a 17% wciąż służyło w wojsku. Wyniki były szokujące. Prawie połowa z nich eksperymentowała w Wietnamie z heroiną i opium, a jedna piąta psychiczne lub fizyczne była uzależniona od środków psychoaktywnych. Po powrocie większość rezerwistów nie zrezygnowała z narkotyków, część zaczęła stosować heroinę, amfetaminę i barbiturany. Niemniej tylko znikomy procent wyraził chęć leczenia. Ze względu na ilość przyjmowanych w Wietnamie narkotyków, litry wypitej whisky i notorycznego korzystania z prostytutek wojnę tę nazywano wojną rock’n rollową. Inną kwestią pozostaje natomiast udział CIA w szmuglu narkotyków. O przemycanych przez Amerykańską Centralę Wywiadowczą narkotykach (heroinę szmuglować miano m.in. poprzez zaszywanie jej w ciałach zabitych amerykańskich żołnierzy wysyłanych do USA) do dziś krążą niezliczone legendy.
Jak unieszkodliwić własnych żołnierzy? W czasach zimnej wojny armie nie ustawały w próbach zwiększenia możliwości żołnierzy.
Testowano LSD. Badanie wpływu na żołnierzy zatwierdzano na najwyższych szczeblach. Ujawniane raporty wielokrotnie udowadniały, iż testy na US Army nie należały do rzadkości. Choć eksperymenty związane z testowaniem narkotyków na żołnierzach w czasach zimnej wojny było szczególnie rozwinięte w Stanach Zjednoczonych to również inne kraje starały się pomocą LSD stworzyć „uniwersalnego żołnierza”. Wyniki tych eksperymentów odnaleźć można choćby na You Tube. Jednym z nich jest film ukazujący testowanie LSD na żołnierzach brytyjskich w 1964 r. W tym celu wybrano ochotników z doborowego oddziału „41 Royal Marines Commando”. Po przeprowadzonych 30 listopada wstępnych badaniach następnego dnia podano żołnierzom LSD. 2 grudnia mieli dobę odpoczynku po czym przeprowadzono kolejne badania. Podanie narkotyku miało miejsce o 11 .15. W dziesięć minut później kazano im prowadzić ćwiczenia wojskowe na poligonie. Pierwsze efekty pojawiły się o 11.40. Żołnierze wyglądali na zrelaksowanych nie dbając o kryjówkę. Jeden z żołnierzy całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Pozostali żołnierze z szerokim uśmiechem na ustach wykonywali rozkazy. W międzyczasie telegrafista dostał ataku śmiechu, oplatając kablem drzewo. Rozbawiło go to tak bardzo, iż chichocąc zaczął tarzać się w ziemi. Po ponad godzinie od zażycia kolejny uczestnik doświadczenia bez przyczyny rozpoczął wspinaczkę na drzewo... W krajach zza żelaznej kurtyny również dokonywano eksperymentów dotyczących LSD. Na początku lat 70. ubiegłego stulecia testy przeprowadziła armia czechosłowacka. W eksperymencie, który został przeprowadzony w wojskowym szpitalu w Pradze (i którego zapis także można odnaleźć w otchłani nieocenionego youtuba – przyp. red.) wzięło udział czterech oficerów. Dwóm z nich podano LSD, pozostałym – placebo. Mieli uczestniczyć w taktycznych manewrach prowadzonych na mapach. Badanie było filmowane ukrytymi kamerami. Dwójka, która przyjęła narkotyk po dwudziestu minutach zaczęła wykonywać niekontrolowane ruchy, ściągali mundury. Tłumaczyli, iż jest im gorąco. Zaczęli być agresywni wobec pozostałej dwójki i mieli kłopoty z pamięcią. Po chwili wkręcili sobie, że w pokoju doszło do ataku chemicznego, w związku z czym założyli gazowe maski. Rozpoczął się konflikt z dwójką, która zażyła placebo. Doszło do sytuacji, gdy oficer nie potrafił znaleźć na mapie, gdzie stacjonuje wróg. Po zakończeniu eksperymentu uczestników poinformowano o przyczynach niezwykłego zachowania. Mimo zdziwienia poczucie obowiązku i chęć poświęcenia dla ojczyzny zwyciężyła. Jeden z oficerów, który zażył LSD przekonywał, że jeśli zaistniała by taka potrzeba bez wahania podejmie się eksperymentu raz jeszcze...
Jak przeczyć faktom? Przypadek amerykański Obecnie eksperymenty z farmaceutycznym podnoszeniem możliwości bojowych żołnierzy jest – co oczywiste – starannie ukrywany. Problem zażywania narkotyków przez żołnierzy co pewien czas trafia jednak na czołówki gazet, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Sprzyja temu zaangażowanie USA w wojnę w Iraku i Afganistanie. Dane statystyczne przekazane przez amerykańskich wojskowych dotyczących nadużywania narkotyków i alkoholu przez żołnierzy jest powszechnie postrzegane jako tuszowanie istotnego problemu występującego w armii. Nadużywanie substancji stale rośnie, żołnierze wracają do domów uzależnieni od substancji psychoaktywnych. Dziennikarze podkreślają, iż kwestię tę ilustruje zasada: “my nie pytamy, ty nie mów” Lekarze wojskowi przebywający na froncie są powszechnie uważani za dealerów. To do nich kierują swe kroki żołnierze. Przez wiele lat amerykańscy dowódcy zaprzeczali, jakoby dostarczano żołnierzom narkotyków w sposób zinstytucjonalizowany. Sytuacja zmieniła się w 2003 r. Sprawa stała się głośna, gdy piloci amerykańskiego bombowca zabili pomyłkowo czterech Kanadyjczyków, gdyż wydawało im się, że ci otworzyli do nich ogień. Prawnik pilotów za linię obrony przyjął rozkaz dowódców, którzy nakazywali pilotom stosowanie narkotyków, które w efekcie wywołały u jego klientów halucynacje. Co prawda dowództwo amerykańskich wojsk lotniczych zaprzecza, by zmuszało swych pilotów do korzystania z tzw. go-pills, nazywanych przez pilotów speedem o tyle informuje jednocześnie, iż na pokładzie samolotów w apteczkach znajdują się tabletki deksedryny, którą mogli oni zażyć za pozwoleniem dowódcy lub lekarza pokładowego. W toku śledztwa okazało się, iż zażywanie go-pills jest powszechne. Tłumaczono, że gdy lot trwa dwadzieścia cztery godziny, szczególnie nad terenami, na których nie można lądować, nie jest możliwym, by piloci mogli pod koniec zadania zachować konieczną koncentrację bez chemicznego wspomagania. Zażywanie speeda doprowadziło z kolei do konieczności stosowania po zakończeniu misji no go pills, środków, które umożliwiają naspeedowanym pilotom zaśnięcie. W kontekście powyższych przykładów, choć stanowią one jedynie nikły procent używania substancji psychoaktywnych w armiach, sformułowanie „wojna z narkotykami” nabiera odrębnego znaczenia niż to, które funkcjonuje w oficjalnym obiegu. Ale to tylko kwestia pewnej umowy społecznej, w której to suweren decyduje o tym gdzie kończy się wolność jednostki. Oczywiście w imię bezpieczeństwa i ochrony.
transferu do więzienia. On pojawił się w holu, od którego oddzielały nas dwa rzędy solidnych, brunatnordzawych krat. Był to dystans około sześciu kroków. Pozostawało krzyczeć do siebie, by się porozumieć. Dodatkowo po obu stronach stała masa ludzi robiących to samo, co ostatecznie tworzyło morze niezrozumiałych dźwię-
Opowieść z krainy uśmiechu #6 Tekst i ilustracje: Michał Pauli
Sala wizyt dla przedstawicieli ambasad wyglądała niesamowicie schludnie w porównaniu z resztą miejsc w tej instytucji. Na ławce siedziało dwóch białych, zwróconych twarzą do kurtyny z krat i pleksiglasu. Za tą barierą znajdowała się część dla odwiedzających, obecnie pusta. Mężczyźni okazali się Polakami o imionach Tomek i Paweł. Konsul wspomniał mi o nich podczas rozmowy na posterunku. Oprócz mnie byli to jedyni rodacy mający nieszczęście przebywać za murami tajskich więzień. Trafili tu za przemyt haszyszu, który przewozili z Nepalu do Szwajcarii. Źle się złożyło, że tranzyt zahaczył o Bangkok. Koleś, który sprzedał im haszysz, zadenuncjował ich służbom granicznym w Katmandu za dodatkową nagrodę. A te, wiedząc, że lot planowany jest właśnie przez Bangkok, odsprzedali informację Tajom. Tak więc, mimo iż chłopaki nie planowały odwiedzać Miasta Aniołów, wyciągnięto ich z tranzytu na terytorium Tajlandii i oskarżono o import dziesięciu kilogramów haszyszu. Zostali skazani na siedem lat, a Tajski NSD (Narcotics Suppression Division) mógł pochwalić się kolejnym sukcesem. Słuchałem ich opowieści, gdy po drugiej stronie krat pojawił się konsul. Ten sam niewysoki człowiek o zdecydowanej nadwadze i twarzy, która zdradzała, że nie stroni od kieliszka. Poznałem go już na posterunku. Powitał nas serdecznie, ocierając jednocześnie spocone czoło. Zaczął od rozmowy z chłopakami. Byli tu już ponad dwa lata i mieli sporo problemów. Dyskusja przebiegała dość nerwowo. Jak mogłem się domyślić, nie mogli liczyć na wiele. Wreszcie konsul zwrócił się do mnie. Przez niewielkie otworki w pleksiglasie z pospiesznej i niewyraźnej mowy konsula nie wszystko dało się wyłapać. Dotarło do mnie, że ma cały czas kontakt z moją rodziną. Później zaś zaczął wspominać o adwokacie i nieprzyznawaniu się do winy, co całkiem zbiło mnie z tropu, gdyż ten sam koleś jeszcze dwa tygodnie temu dawał mi zupełnie inne rady. – Dobra, muszę lecieć, masę innych spraw czeka – zakończył, rozglądając się nerwowo na wszystkie strony, jakby bał się, że mogą go tu z nami zostawić. Znów wytarł spocone czoło. Po czym dodał: – Wpłaciłem tu na konto pieniądze od twojej rodziny, to sobie będziesz radził. No to cześć – to mówiąc, opuścił pospiesznie pomieszczenie. – Cholera, z nim zawsze to samo – skomentował słowa konsula jeden z siedzących obok Polaków. Nie było czasu, by porozmawiać w szczegółach o naszych sprawach. Funkcyjni natychmiast zaczęli nalegać na powrót. Wyprowadzono nas przez labirynt zasieków i alejkę prowadzącą do bloków. Po drodze minęliśmy wózek wypełniony kotłami. Ciągnęło go dwóch tajskich więźniów. Zajechało z niego czymś, czego nie da się opisać. – No to miłych wakacji – zażartował z sarkazmem Tomek. – Odezwij się, jakbyś czegoś potrzebował. Możesz dać krótką wiadomość tym, co wożą żarcie, albo przekazać ją jakoś przez szpital. Za paczkę fajek przemycą ją do naszego bloku – dodał Paweł. – OK, dzięki. Tak się rozstaliśmy. Ich blok miał numer 5, ja musiałem wlec się dalej do dziewiątki.
Po kilku dniach wezwano mnie, bym podpisał odbiór 2000 bathów1. Była to suma zostawiona przez konsula. Teraz mogłem wreszcie kupić coś do jedzenia, ponieważ tego, co tu dawano za darmo, nie można było określić takim mianem. Lista dostępnych rzeczy była dość krótka: podstawowe środki higieniczne, ryż w kilku rodzajach oraz tajskie słodycze. Najlepsze jednak okazało się to, że po złożeniu zamówienia, wypełnionego oczywiście po tajsku, trzeba było czekać cztery dni. Tyle trwał cały proces. Posiadanie pieniędzy na koncie nie pomogło mi więc natychmiast. Czekałem przepisowe cztery doby, marząc o zamówionym „kho pad kao”, czyli ryżu z kawałkami kurczaka. Wreszcie ostatniego dnia na plac wjechał wózek, na którym znajdowało się i moje zamówienie. Z trudem przepchałem się przez tłum, by odebrać moją własność. Chwila, w której mi się to udało, była najszczęśliwszą, odkąd tu dotarłem. Od tego momentu musiałem jedynie pamiętać o codziennym wypełnianiu kwitów. Fakt, że zamówienia składało się cztery dni do przodu, nie miał większego znaczenia, gdyż menu i tak się nie zmieniało. Większym problemem była płynność finansowa. Sprzedawane przez strażników żarcie było przynajmniej dwa
razy droższe niż to samo za murami. Jadanie w tej swoistej restauracji było więc stosunkowo drogie, a gdy skończyły się pieniądze, pozostawało zacisnąć pasa i czekać na następną wizytę ambasady i gotówkę od bliskich. Większość białych nie miała takiego problemu. Anglicy, Holendrzy czy Niemcy dostawali zapomogi od swoich ambasad. Było to bezpłatne świadczenie socjalne wystarczające na kilka miesięcy. Ja o wszystko musiałem prosić bliskich. Byli jednak też tacy jak Tattoo. Japończyk nie miał rodziny, a jego – wydawałoby się – bogaty kraj miał go gdzieś. Na szczęście traktowano go trochę inaczej niż większość okolicznych mieszkańców Azji. Birmańczycy, Malezyjczycy czy Laotańczycy nie mieli lekko. Wykorzystywano ich jeszcze bardziej niż miejscowych Tajów. Wszyscy wykonywali przymusowe prace. Tattoo zaś miał czas, by zadbać o siebie. Wykonywał drobne roboty: pranie i pilnowanie ciuchów Steve’a i Petera. Ci zaś płacili mu jedzeniem.
Przyszedł kwiecień, a wraz z nim mijał pierwszy miesiąc mojego tutaj pobytu. Nadal żadnych wieści z domu. Pozostawało czekać na ambasadę, która mogła się zjawić w każdej chwili. I tak oto każdy dzień, od poranka poczynając, wypełnił się wyczekiwaniem… Choć była to pora gorąca i relatywnie sucha, któregoś rana spadł deszcz. Strugi wody wylewały się na plac, jakby ktoś na górze otworzył ogromną tamę. W ciągu kilku chwil podwórze wypełniło się wodą, a po kilku godzinach brodziliśmy w niej już po kostki. Widziałem to już wiele razy, siedząc sobie bezpiecznie w hotelu lub w bungalowie na palach. Tymczasem tutaj takie wydarzenie zaczęło przybierać formę kataklizmu. Deszczowy przypływ mieszał się ze ściekami z biegnących wokół muru kanałów i wtedy dopiero zaczynało się robić ciekawie. Po południu na szczęście przestało padać. Był to jedynie przedsmak pory monsunowej, która miała się zacząć w okolicach lipca. Gdy woda trochę opadła, zobaczyłem Tajów ganiających za niemrawo poruszającymi się dużymi karaluchami. Owady wymyło z różnych kątów i lockerów i teraz, posklejane, miały problem z szybkim przemieszczaniem się. Nie trzeba było się długo zastanawiać, by stwierdzić, że posłużą za dodatkowe źródło protein… Odwiedziny W pierwszych dniach maja spotkała mnie niesamowita niespodzianka. Zostałem wezwany na wizytę i ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu po drugiej stronie gęstej kraty ujrzałem mojego kolegę Tomka. Przyjechał po konsultacji z moją rodziną i dzięki ich pomocy, by rozpoznać sytuację i spróbować mi jakoś pomóc. Przez 15 minut usłyszałem sporo słów, które dały mi nadzieję. Wracając do bloku, a nawet jeszcze przez długi czas potem, byłem wciąż jak w transie. Wiadomości od mojej rodziny i przyjaciół, dostarczone w pigułce po tak długim braku jakichkolwiek wieści ze świata, rozkwitały teraz w mojej wyobraźni, tworząc bujny gąszcz, w którym nie bardzo mogłem się odnaleźć. Tomek, dzięki pomocy ambasady, przyszedł na wizytę również następnego dnia. (Normalnie nie było to możliwe, bo miałem prawo tylko do jednej piętnastominutowej wizyty tygodniowo). Znowu mnóstwo informacji. W skrócie. O wszystkim. Relacje z różnych przedsięwzięć znajomych. Wreszcie – o zbliżającym się procesie. Za kilka dni miała się rozpocząć moja rozprawa. Wiedziałem to od pana konsula, choć dokładny dzień nie był mi jeszcze znany. Tu, w więzieniu, nikt nie zadawał sobie trudu, by uprzedzać ludzi o takich sprawach. Po prostu któregoś ranka wzywano cię i, jeśli miałeś odrobinę szczęścia, informowano, o co chodzi, lub też nie – i wtedy szło się na rozprawę całkiem w ciemno. Strażnicy wychodzili z założenia, że więźniowi i tak wszystko jedno, kto i dokąd go zabiera. Takie same praktyki stosowano z jeszcze mniej „kapującymi” obcokrajowcami. Z Tomkiem spotkaliśmy się ponownie kilka dni później, ale tym razem już w sądzie. A dokładnie na parterze sądu. Ja wylądowałem w jednej z tych samych klatek, które już odwiedzałem podczas
ków. Tomek nie był sam. Przyprowadził ze sobą tajskiego adwokata, poleconego przez pana konsula. Facet miał na imię Sumsak i już od początku czułem, że jest jakiś „lewy”. Po kilkunastu minutach rozmowy mieliśmy obaj totalnie zdarte gardła. Tomek tłumaczył mi, żebym podpisał pełnomocnictwo dla Sumsaka. Adwokat był znajomym konsula, co miało niby gwarantować dobre stosunki z ambasadą i skłonić ich do jakiejś pomocy. Przez ten krótki czas spędzony za kratkami zdążyłem już co nieco usłyszeć o tajskim systemie i tutejszych adwokatach, by łatwiej przełknąć gorzką pigułkę mało optymistycznych faktów. Ciągle jednak żyła we mnie nadzieja, że może ten człowiek rzeczywiście będzie mógł mi pomóc. – Nie martw się o pieniądze, jakoś ci wszyscy pomożemy – ciągnął Tomek. Tego dnia podpisałem w sądzie papier uprawniający Sumsaka do zajmowania się moją sprawą. W praktyce oznaczało to, że może on podejmować za mnie wszystkie decyzje. Po południu wróciłem przepełnionym autobusem ponownie do Bambat. Tomek wpadł jeszcze raz po paru dniach, po czym musiał wracać do Polski. Ja pozostałem na miejscu, pełen nadziei i obaw – zależnie od pory dnia.
– Witam panią. Nie mam pojęcia, co się stało. Czy może mi pani pomóc, prosząc tutaj adwokata? – spytałem. – Oczywiście. Ja też nic nie zrozumiałem, choć chodzę na kurs tajskiego – dodała, starając się nadać sytuacji trochę humoru. Podeszła do Sumsaka, który stał jakieś dziesięć kroków dalej, zajęty składaniem swoich rzeczy. Ośmielony jej odejściem strażnik znów rozpoczął próbę odstawienia mnie do klatki, co przerodziło się w małą szarpaninę. Odpuścił na widok wracającej z Sumsakiem attaché. Adwokat, który do tej pory całkiem mnie ignorował, wydał z siebie dźwięk mający oznaczać powitanie. Jego angielski był na krawędzi moich możliwości zrozumienia. – Masz następną sprawę wyznaczoną na 10 kwietnia 2005 roku – poinformował. Spojrzałem na niego niepewnie, jakbym się przesłyszał. – Za rok?! – Tak – odparł z całkowitym spokojem i beztroską. – Czeka mnie więc teraz cholerny rok zastanawiania się, co będzie dalej – pomyślałem. To było jak jakiś zły koszmar. Liczyłem, że zaraz się obudzę. Moje „zawieszenie” musiało zostać odebrane jak koniec rozmowy, gdyż Sumsak skinął głową do attaché i zamierzał się oddalić. Kiedy to zobaczyłem, w moich żyłach zawrzała krew. – A czy pan ma w ogóle zamiar coś ze mną ustalić i pojawić się w więzieniu? Nie wiem, czy to widać, ale ja do pana średnio mogę zajrzeć! – rzuciłem w jego kierunku. Te słowa trafiły ze zdwojoną siłą. Widać było, jak jego okrągły ryj zaczyna przybierać na kolorach. – Jestem zapracowanym człowiekiem, ale może znajdę chwilę, żeby wpaść – odparł bez jakiegokolwiek śladu emocji.
Mijały kolejne miesiące. Liczyłem, że mój adwokat zaszczyci mnie wizytą. Wydawało mi się to normalne: by coś ustalić, przyjąć jakąś linię obrony, poinformować mnie o dalszych planach etc. Tak się jednak nie stało. Zobaczyłem go dopiero na sali sądowej. Pierwsza rozprawa Znów stałem w windzie, która wiozła nas na ósme piętro wysokiego gmachu sądu Rachada. Gdy otworzyły się drzwi, strażnik ruszył pierwszy. Przeszliśmy wzdłuż długiego korytarza, pokrytego jasnym marmurem, otoczeni chłodną bryzą klimatyzacji. To lśniące miejsce było tak inne od mojej brudnej klatki! Poczułem się jak schwytane dzikie zwierzę prowadzone na salony, by posłużyć rozrywce tam zgromadzonych. O czym zresztą wyraźnie świadczył mój brązowy drelich i spętane kajdanami nogi. Sala sądowa ukazała się za jednymi z drzwi. Od razu zauważyłem okrągłą mordę mojego obrońcy. Siedział w odgrodzonej części, zaraz za prokuratorem. Powyżej, na piedestale znajdowało się miejsce dla sędziów. Jeszcze puste. Mnie posadzono w pierwszej z kilku stojących naprzeciw ławek. Miłą niespodzianką okazało się przybycie do sali sadowej pani attaché. Placówkę objęła od niedawna i została nam przedstawiona przez pana konsula podczas ostatniej wizyty. Jej uczestnictwo w mojej rozprawie nie było wymagane przez obowiązujące polską dyplomację przepisy. Tym bardziej jej obecność stanowiła miły akcent w tej niemiłej sytuacji. Rozpoczął się proces, z którego kompletnie nic nie było mi dane zrozumieć. Wszystko trwało około pół godziny, gdy wreszcie sędzia wstał i wyszedł. Niewątpliwie musiało to oznaczać koniec. Strażnik natychmiast zaczął ciągnąć mnie do wyjścia. Zaoponowałem ostro. Do cholery, nie miałem zielonego pojęcia, co się właśnie stało i na czym stoję! W tym momencie podeszła pani attaché, a strażnik wreszcie trochę odpuścił. REKLAMA
Skinął głową, żegnając się z panią attaché, i odszedł. Pozostało mi zrobić to samo i ulec strażnikowi, który zaczął już bardzo poważnie napierać, zasypując mnie dodatkowo różnymi tajskimi pogróżkami. Reszta dnia minęła na czekaniu w znajomej klatce i powrocie z pozostałymi więźniami do Bambat. To już ostatnia część opowieści w naszej gazecie - Jeżeli chcesz poznać dalsze losy Michała w Tajskim więzieniu zapraszamy serdecznie wszystkich do zakupu ksiązki - “12 x śmierć” w dobrych księgarniach. KONKURS Dla 3 szczęśliwców, którzy odpowiedzą na pytanie: „skąd się wziął Alan” mamy książkę z autografem. Wyślij odp. na adres redakcja@spliff.pl z tytułem wiadomości 12xśmierć.
Michał Pauli wywiad
Rozmawiał: Toudy
Spliff: Przez 6 numerów Twoje wspomnienia prezentowane na łamach naszej gazety nasi czytelnicy mieli okazje już troszkę poznać twoje losy, powiedz nam jednak kim jesteś ?
Michał Pauli: Jestem artystą plastykiem, większość swojego życia zajmowałem się ceramiką i malarstwem. Od dzieciaka miałem też pasje do podróży. Do Azji południowo-wschodniej, zaprowadziła mnie moja podróżnicza ciekawość, jak również pomysł, by łączyć przyjemne z pożytecznym. Sprowadzając stamtąd rękodzieło artystyczne. Tak się zaczęło. Pracownia ceramiczna, którą miałem w Polsce przestała przynosić dochody. Postawiłem więc wszystko na jedna kartę. Niestety, z czasem okazało się, że sprowadzane przedmioty, również zalegają nie przynosząc zysku. Tonąłem w długach, gdy moja znajoma Tajka, zaproponowała mi ten drobny interesik. Kilka piguł dla jej znajomego, za przyzwoita sumę. Zobaczyłem w tym szanse, by odwrócić złą passę. Nie miałem specjalnego pojęcia, o branży narkotykowej. Z drugiej strony mój dość liberalny stosunek, do środków psychoaktywnych powodował, iż nie wydawało mi się to czymś bardzo nagannym moralnie. Jednym słowem, co mi szkodziło, wysłać parę listów, z niewielka ilością ecstasy, by wybrnąć z trudnej sytuacji finansowej. Tak wtedy myślałem. Spliff: Czy wierzyłeś w to, że może się Tobie udać bez żadnych konsekwencji ? Czy bezwzględna polityka narkotykowa w naszym kraju nie była przestrogą ? MP: Zdawałem sobie sprawę z pewnych konsekwencji prawnych. Nie spodziewałem się jednak, ze MDMA, traktowane jest w Tajlandii w identyczny sposób jak heroina. Wysyłałem te małe liściki, myśląc: - w końcu to tak mała ilość, co może się wydarzyć. Przecież to nie heroina. Nie było sensu zastanawiać się nad konsekwencjami, by nie kusić losu. Miało to być chwilowe zajęcie, sposób na poreperowanie budżetu. Rodzaj drobnego skoku w bok przy, którym nie czułem się dobrze jako diler, ale właśnie sytuacja jaką mi zaproponowano nie do końca taką . Traktowałem to jako koleżeńską pomoc – na zasadzie „proszę załatw mi troszkę bo akurat nie mam skąd”. Sam kilka razy używałem MDMA i nie uważam, by w małych ilościach, stosując to w rozsądny sposób,było to coś bardziej szkodliwego niż alkohol. No cóż, że jest to prawnie zakazane, wiele rzeczy jest zakazane a mimo wszystko to robimy. Spliff: Będąc na miejscu, jak wyglądała sytuacja z narkotykami w Tajlandii. Były one dostępne w klubach, na ulicy, można je było tam kupić ? Czy policja nie łapała na ulicy ludzi z narkotykami, czy nie było jakiś ostrzeżeń związanych z wysokimi karami ? MP: Jako osoba, która poznawała Tajlandię i jak się okazało nie poznała jej na tyle dobrze, nie widziałem wtedy specjalnych zagrożeń, oprócz tablic informacyjnych na lotnisku. Miasto pełne było wszystkiego. A głównie ciężkich narkotyków, jak heroina, czy amfetamina. Spliff: Jak możesz porównać sytuacje z narkotykami na rynku w obu krajach ? MP: W tamtych czasach, różnice między polska a Tajlandia, były dość spore. Substancje, jak gandzia, można było załatwić, nawet od kierowców Tuktuków ( mały motorowych taksówek). Na północy popularne było opium. Było to wręcz częścią kultury. Bardzo popularne, były małe różowe tabletki o nazwie Ya Ba. Jest to rodzaj amfetaminy. Paradoksalnie wysokie kary i brak obiektywnej wiedzy, powodują, ze w Tajlandii narkotyki są dużo częściej używane niż w Polsce. Jak wielki jest to problem, przekonałem się dopiero trafiając do wiezienia. Zobaczyłem tez, jak wiele osób, trafia tam, za podobną namową jak ja. W większości są to małe płotki, które maja podnosić statystyki, gdy tymczasem prawdziwi handlarze, mogą bez problemu prowadzić, swój intratny biznes. Spliff: Czy za posiadanie marihuany są tam takie same kary jak za extazy, heroinę ? W zasadzie są one dużo mniejsze. Za posiadanie marihuany grozi tam do 5-6 lat więzienia, a w przypadku kilku gram można otrzymać połowę tego wyroku. Spliff: Miejscowi są tak samo karani jak turyści w Tajlandii ? Czy represje są skierowane przede wszystkim w stronę obcokrajowców ? MP: Nie. Kolor skóry, pochodzenie nie ma tutaj żadnego znaczenia. Istotne czasem okazuje się to czy jest się bogatym czy biednym, ponieważ system jest tak skorumpowany, że czasami można się wykupić, a policja sama proponuje haracz . Często właśnie po to tylko organizuje się prowokacja, aby móc wymusić łapówę od turystów którzy wpakują się w kłopoty. Zdarza się też dużo sytuacji, ze funkcjonariusze podrzucają towar podczas przeszukania aby móc zaszantażować przyjezdnych. Natomiast w ogóle jeżeli chodzi o system sprawiedliwości jest on nie logiczny i bardzo nie konsekwentny. Jedna osoba za ten sam czyn, za te same ilości potrafi dostać np. 25 lat, a inna 10 lat. Tak samo jeśli chodzi o marihuanę, rozbieżność przy tej samej ilości bywa od 2 do 7 lat !!! Tak to właśnie wygląda. Spliff: Po tym jak złapała Ciebie policja czy mogłeś liczyć na pomoc ambasady, państwa polskiego ? MP: Po tym jak zakończyła się moja sprawa, mogę powiedzieć ze wspominam ciepło ambasadę, ponieważ na koniec, dzięki ich pomocy udało mi się
stamtąd wydostać. Natomiast początki były bardzo trudne i pomoc ambasady była bardzo skąpa. Najwięcej problemów miałem w kwestii prawnej i sądowej. Tutaj ambasada nie wykazała w ogóle. Później podobny problem, miałem w sprawach zdrowotnych. Z drugiej strony mogę oczywiście to zrozumieć. Byłem dla nich dilerem, i tak mnie często traktowano. Pozatym Polska ambasada w tym kraju jest niewielka. Obsługuje oprócz Tajlandii kilka państw okolicznych, ze skromnym personelem, przez co na początku byłem zdany tylko wyłącznie na siebie. Spliff: Jak czułeś się sam w obcym kraju, w obcej kulturze nie znając tajskiego. MP: Czułem się przerażony na pewno. Na pewno towarzyszył temu duży strach i nie pewność. Przede wszystkim nie do końca wiedziałem co się dzieje ponieważ osoba, która wprowadziła mnie w tą całą historie i której wysyłałem narkotyki pocztą była z policji. Ja nie miałem o tym pojęcia i nie spodziewałem się ze to wszystko po takim czasie i w taki sposób może wyjść na jaw. Po przewiezieniu mnie na jakieś tajne mieszkanie, lekkim poturbowaniu, próbowano wyciągnąć ode mnie informacje, o których nie miałem pojęcia. Później przewieziono mnie na komendę „Narcotic Suppress Devision”, tam zaczęto mi pokazywać dowody w postaci listów, co doprowadziło mnie do totalnego załamania. Zdałem sobie sprawę co się dzieje. Wiedzieli o mnie wszystko, śledzą mój każdy ruch. Nagle wszedł jakiś policjant z wyższym stopniem i łamaną angielszczyzną powiedział do mnie „We know who you are” – zdałem sobie sprawę ze nie jestem małą rybką, która sobie wysłała kilka nieznacznych kopert, lecz zrobiono ze mnie dużego przemytnikiem narkotyków! Z każdym kolejnym dniem w klatce, gdy próbowałem komunikować się z współwięźniami. Uzyskiwałem informacje, które uświadamiały mi, że mogą zostać skazany na karę śmierci. Świadomość, że mogę skończyć z kulką w głowie, nie pomagała! Spliff: Miałeś możliwość obrony przed sądem czy wyrok był czysto automatyczną decyzją ? MP: Przyznam, ze możliwości obrony, które mi tam dano były czysto pro forma. System jest tak zorganizowany aby szybko skazywać ludzi. Za namową rodziny i ambasady dostałem tajskiego adwokata. Później z Polski również przyjechał do mnie obrońca, który próbował coś zrobić, ale niestety nic nie mógł. Nie było to w jego kompetencjach, a tajski adwokat był tylko kolejnym wyciągaczem pieniędzy. Ja już trafiając tam, wiedziałem od współwięźniów że sprawy narkotykowej w Tajlandii nie da się wygrać. Tam w sądzie liczy się tylko zeznanie policjanta i prokuratora. Sędziowie zresztą mówią wprost policja jest autorytetem i służbą tzw. „Zaufania społecznego”, wiec nie można podważać jej wiarygodności. Z góry jako przestępca, diler zostałem pozbawiony prawa głosu. Z policji polskiej zostały dostarczone dokumenty, ze nigdy nie byłem karany, plus referencje z mojej uczelni. Sam w chwili desperacji, nie mogąc porozumieć się z adwokatem. napisałem list otwarty do sędziego opisujący moją historie. Przyznałem się w niej do tego co zrobiłem, podając, dokładne ilości, które zdecydowanie różniły się od tych podanych przez policje. Liczyłem na zrozumienie i wyrozumiałość. W zamian dostałem 12xśmierć. Po prostu byłem jednym z tysięcy, których miano skazać aby otrzymać profity z amerykańskich dotacji DEA. Spliff: Stałeś się ofiarą tajskiej komórki ds. zwalczania przestępczości narkotykowej czy była to sprawa międzynarodowa, z udziałem DEA i polskiej policji ? MP: Polska policja nie miała z tym nic wspólnego. Cała prowokacje, była zaaranżowana przez służby Tajskie, w połączeniu z amerykańska DEA. W świetle prawa popełniłem przestępstwo. Wiem jednak, ze nigdy bym tego nie zrobił, gdyby nie został namówiony, przez osobę pracującą dla policji. Długa można by się zastanawiać, nad etyka działań służb prewencyjnych. Jestem przykładam, jak bardzo jak naprawdę to wygląda. Spliff: Jaki wyrok otrzymałeś ? MP: Moja pierwsza rozprawa zakończyła się na 12 karach śmierci, które zostały nałożone za 12 wykroczeń. Tajowie zdecydowanie podwyższyli tez, ilość narkotyku. Później dowiedziałem się , że policja dostają tam premię od wartości czarno-rynkowej narkotyku. Spliff: Jak się sprawa potoczyła dalej ? MP: Wyrok został złagodzony do dożywocia ponieważ się przyznałem. System tajski jest po części kopią systemu amerykańskiego oprócz tzw. 12 sprawiedliwych. To jak się na to zdecydowałem, to jest długa historia i perypetie tego opisuje w książce. Tajski adwokat chciał mnie nakłonić do nieprzyznawania się, lecz nic nie oferował w zamian żadnych sensownych rozwiązań. Ja uważałem fakt prowokacji za bardzo istotny, jednak nie miało to żadnego znaczenia. To że ilość substancji, które posiadałem, także była zawyżona nie miało żadnego znaczenia ponieważ
za przemyt 1 grama substancji 1 kategorii jaką okazały się ecstasy (taka sama jak heroina) już można dostać kare śmierci. Czy to był 1 gram czy kilogram wyrok mógł być bardzo podobny. Spliff: Jak w takim razie udało się Tobie przeżyć te pierwsze chwile w więzieniu ze świadomością, że musisz tu spędzić resztę swojego życia ? Nie miałeś problemów z motywacją ? MP: Miałem dużo kłopotów, bardzo duże, ze wszystkim. Tutaj okazuje się, że w ekstremalnych sytuacjach, z których nie masz wyjścia pozostaje jedynie trwać i tak było ze mną. Nie mogłem nic ze sobą zrobić, samobójstwo nie rozwiązywało żadnego problemu. Liczyłem, że czas coś wyjaśni, że uda się coś rozwiązać. Miałem tylko nadzieje! Ona jedyna trzymała mnie przy życiu. Spliff: Czy podczas twojego pobytu tam, ktoś cały czas czynnie pracował abyś mógł stamtąd wyjść ? MP: Na pewno miałem oparcie w rodzinie. Okazuje się też w dużej ilości znajomych. Siedząc tam nie miałem dostępu do niczego, komunikacji, listy nie dochodziły. Informacje miałem z bardzo krótkich, sporadycznych wizyt ambasady, które się odbywały raz na miesiąc czy raz na dwa miesiące. Uzyskiwałem, krótkie informacje co się dzieje w związku z moją osobą w Polsce. Moi znajomi próbowali robić wiele akcji aby mi pomóc. Organizowali koncerty, próbowali znaleźć społeczne poparcie dla sprawy co się okazało totalną porażką. Nasze społeczeństwo zupełnie nie jest przygotowane do czegoś takiego i reaguje, można powiedzieć w sposób normalny, przewidywalny. Byłem dilerem dlatego dla większości osób byłem do odstrzału – „dobrze mu tak niech gnije”. Takie były opinie wielu osób, nawet takich, po których się tego nie spodziewałem. Po dwóch latach zacząłem przemycać rysunki, jakieś drobne historie, które wylądowały na stronie internetowej zorganizowanej przez moich przyjaciół. Na tej stronie otrzymałem poparcie ponad 3-4 tysięcy osób, co mnie bardzo potrzymało na duchu. Strona ta została zamknięta ponieważ tabloidy typu „super e.....” zaczęły pisać jakieś brednie na mój temat ale to mnie zmotywowało do tego, że są ludzie, na których mogę liczyć. Od tego momentu zacząłem pisać do rządu RP i starać się o wsparcie w kwestii uzyskania łaski królewskiej. Spliff: Co było kluczową decyzją abyś mógł wrócić do Polski ? MP: Kluczem okazały się trzy listy popierające moją prośbę. Były to listy od osoby, która zapoczątkowała cały cykl kolejnych, były prezydenta Lecha Wałęsy, moją prośbę listowie poparł także prezydent Aleksander Kwaśniewski, a na koniec na prośbę MSZ i ambasady, nie wiem jak to się stało, bo sam na to nie liczyłem, jednak sam też napisałem kilka listów tłumacząc swój czyn, w zasadzie pisałem ich bardzo wiele do MSZ i do wszystkich po kolei. Pierwsze reakcje były przewidywalne, minister spraw zagranicznych, czy premier nie byli w ogóle zainteresowani moją sprawą. A wręcz przeciwnie, co niestety robi większość polityków słysząc słowo narkotyki. Prezydent Wałęsa jako pierwszy stanął ponad tym wszystkim i powiedział, tak ja to podpisze. Po tym jak On to podpisał, kolejni prezydencji RP także się zgodzili. Od tego momentu zacząłem wierzyć, ze jest jakaś szansa na wolność. Nie stało się to jednak tak łatwo, o czym opowiadam, w mojej książce. Spliff: Jak zmieniła się twoim zdaniem sytuacja narkotykowa w Polsce przez te 6 lat. Jak możesz to porównać do wojny amerykańskiej czy tajlandzkiej ? MP: Cieszy mnie przede wszystkim to, że zaczyna być to bardziej publiczną debatą. I nie odzywają się tak jak do tej pory jedynie głosy demonizujące narkotyki. Duża część osób mówi coraz sensowniej, jak powinno się
rozwiązać ten problem i to jest bardzo dobre. Od lat 70, czasów prezydenta USA Nixona widzimy właściwie odwrotny efekt polityki, która rozpętała wojnę przeciwko narkotykom . Obecny model polityki spycha problem na margines powodując, że młodzi ludzie jeszcze bardziej lgną do zakazanego owocu, czym są narkotyki. A brak edukacji powoduje ze zażywają te substancje zupełnie nie świadomie. Istnieje też problem jakości tych środków. Przez brak kontroli na czarnym rynku znajduja się rzeczy wyjątkowo szkodliwe. Chciałbym opowiedzieć troszkę mojej historii. Piszę to, aby zrelacjonować jak ja widzę wojnę z narkotykami w Azji, z drugiej strony mam nadzieje ze będzie też ona przestrogą dla młodych ludzi, by nie popełniać takich głupot jaka mi się przydarzyła. Mam nadzieje ze w całej europie, tak samo jak i w naszym kraju wreszcie politycy przejrzą na oczy i zaczną ten problem rozwiązywać inaczej niż po prostu bardzo restrykcyjnie krając. Ja osobiście byłem światkiem dużo gorszych restrykcji niż są u nas w Polsce. Aczkolwiek to jest tylko i wyłącznie kwestia pewnego rozmachu, a spojrzenie niestety jest takie samo. Jest to demagogia wykorzystywana do pewnych układów politycznych i gospodarczych. W Azji absolutnie ta wojna z narkotykami nic nie zmienia. W więzieniach, których byłem, a są to jedne z najliczniejszych więzień na świecie, znajduje się po 20 tysięcy ludzi, a 90% z nich jest skazanych za narkotyki i nie zmienia to nic pod względem skali zjawiska. Wręcz spożycie się zwiększa. Właśnie na przykładzie Tajlandii, mogę powiedzieć do czego doprowadza ślepa wiara w to że przemoc / więzienie jest wstanie zmienić naturę ludzką i zabronić używania czegoś co jest ogólnie dostępne także w naturze. Spliff: Na ilu osobach rocznie jest wykonywana kara śmierci w Tajlandii ? Jeśli chodzi o karę śmierci sytuacja tam się zmieniła i oficjalnie mówią, że nie wykonują kary śmierci od roku 2005. Lecz już w roku 2007 znów zaczęto wykonywać wyroki. Wszyscy, którzy zostali skazani na karę śmierci w tej chwili odbywają bardzo surową karę, siedząc w zatłoczonych klatkach, skuci łańcuchami i spędzają tak lata nie bardzo wiedząc co się z nimi dalej stanie i czy któregoś dnia nie przyjdzie ktoś ich zastrzelić albo po protu spędzą tak resztę swojego życia. Będąc na miejscu czasem się zastanawiałem, widząc ludzi, którzy spędzili po 33 lata jako więźniowie, czy bardziej humanitarne nie jest po prostu wykonanie tej kary, zamiast skazywać kogoś na spędzenie życia w mękach. Spliff: Bardzo dziękuje za rozmowę MP: Dziękuje
# 30 Gazeta Konopna Spliff