Source: https://www.prawo-pracy.pl/lepiej_swietowac_czy_lepiej_pracowac-f-32.html
Timestamp: 2017-11-20 18:57:47
Legal References Found: art. 130
 art. 130
 art. 52
 art. 95
 art. 97
 art. 98
 art. 123
 art. 140
 art. 177
 art. 180
 art. 182
 art. 218
 art. 219
 art. 219
 art. 223
 art. 227
 art. 227
 art. 227
 art. 273
 art. 274
 art. 296
 art. 394
 art. 440
 art. 122
 art. 131
 art. 148
 art. 148
 art. 154
 art. 181
 art. 182
 art. 201
 art. 202
 art. 261
 art. 327
 art. 328
 art. 329
 art. 330
 art. 336
 art. 345
 art. 193
 art. 204
 art. 62
 art. 130

Document Content:
Mamy nowe święto 6 stycznia z masą kłopotów interpretacyjnych i praktycznych. Kiedyś ktoś mądry napisał, że takie eksperymenty trzeba najpierw wypróbować na szczurach, ale widać, że nasz ustawodawca o tej maksymie zapomniał.
Jakość pracy prawników i to nie tylko w Sejmie spadła do żenująco niepokojącego poziomu. Każdy jak gdyby patrzy na koniec swojego nosa i niczego dalej nie dostrzega.
Przeczytałam ekspertyzy prawne napisane dla celów nowelizacji Kodeksu pracy w zakresie art. 130 i utwierdziłam się w przekonaniu, że piszący je eksperci na czasie pracy w ogóle się nie znają. Może są dobrzy w prawie unijnym i potrafią poprawnie stwierdzić, że dany projekt pozostaje z nim w zgodzie, ale niestety na tym koniec.
Okazuje się bowiem, że – mimo istniejącej w Kodeksie pracy podstawowej zasady jednakowego traktowania pracowników w zatrudnieniu – art. 130 § 21 K.p. pozwoli legalnie jednego pracownika zatrudnić w 2011 r. w wymiarze 2008 godzin, a innego w wymiarze 2080 godzin.
Przypomina mi to starą dykteryjkę autorstwa Horacego Safrina. Icek mówi do Srula: wiesz, mój syn nie umie grać w pokera. I co z tego? – odpowiada Srul. Mój syn nie umie grać w szachy i żadnej szkody z tego powodu nie doznaję. Tak, ale mój nie umie grać, a gra!
Zlecone ekspertyzy do tej nowelizacji odnoszą się wybiórczo, omawiając tylko niektóre aspekty zagadnień z nią związanych. Eksperci, rzecz jasna, ani na krok nie wykraczają poza postawione pytanie, choć niekiedy mogliby to zrobić z pożytkiem społecznym.
Przypomina to stary zwyczaj urzędników stołecznych, którzy na zapytania płynące z terenu odpowiadali i nadal odpowiadają zdawkowo. Nawet jeśli z problemem A łączą się zagadnienia B, C i D, urzędnik – mimo pełnej świadomości w tym względzie – odpowiada jedynie ściśle na pytanie A, gdyż tylko ono zostało zadane.
To się nazywa działalność interpretacyjno-wyjaśniająca. Większości (niestety) urzędników nie chodzi o to, aby rozwiązać problem, czy załatwić daną sprawę. Im chodzi o to, aby sprawa była stale w toku załatwiania (czas niedokonany).
Tym można np. tłumaczyć wielomiesięczne, a czasem wieloletnie procesy przygotowujące uruchomienie określonej inwestycji. Sprawa jest w toku załatwiania, a kiedy będzie jej finał – nie wiadomo. To jest pewna, celowa praktyka. Tym sposobem zniechęca się opozycjonistów i to dosyć skutecznie.
Upływ czasu neutralizuje nawet bardzo groźne i sprawne sprzeciwy społeczne. Taką taktyką można po prostu zmęczyć przeciwnika. Tym sposobem jednak nie da się niestety wybudować więcej dróg, mostów, mieszkań czy autostrad.
Urzędnicy nie zwracają jednak na to najmniejszej uwagi, bo kto inny buduje i tłumaczy się za otwarcie lub brak otwarcia tych obiektów. Oni skutecznie podtrzymują natomiast mit o swojej koniecznej egzystencji. Tymczasem racjonalna rzeczywistość wskazuje na prawidłowość przeciwną.
Ktoś trafnie kiedyś stwierdził, że zwiększenie liczby świąt jest korzystne dla naszego społeczeństwa, bo neutralizuje oddziaływanie urzędów publicznych, których urzędnicy w takie dni nie pracują.
Trywializując, najlepiej byłoby, gdyby urzędnicy przebywali gremialnie na długotrwałych urlopach (do odwołania), bo tym sposobem unikniemy bzdur i nonsensów przez nich wymyślanych. Poważnie mówiąc, coś niestety jest na rzeczy!
A sedno sprawy staje się jeszcze bardziej wyraziste od czasu naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Jest to bowiem organizm maksymalnie zbiurokratyzowany. UE łagodzi bezrobocie, bo gdyby wszystkich zbędnych urzędników zwolnić z pracy, to mielibyśmy poważne dwucyfrowe bezrobocie w całej Unii.
Rządząca niegdyś władza komunistyczna wiedziała co robi, zwiększając liczbę urzędników i komplikując maksymalnie stanowione prawo. Przecież nie mogła pozwolić na kompromitujące ją ideologicznie bezrobocie. Daleko jej było jednak do współczesnych osiągnięć w tym zakresie.
Dzisiejsza rzeczywistość, o ironio, nie przedstawia się wcale lepiej. Przeciwnie, jest jeszcze gorzej. Liczba urzędników administracji publicznej w ciągu ostatnich 20 lat uległa prawie podwojeniu.
Potwierdza to tendencję walki z bezrobociem, gdyż zwolnienie zbędnych urzędników spowodowałoby gwałtowny jego wzrost, tym bardziej że urzędnik nawet wysoko wykwalifikowany praktycznie nic innego nie umie robić.
Dzisiaj jednak nie walczymy z bezrobociem elementami ideologicznymi, lecz raczej oceniamy rzeczywistość od strony ekonomicznej. Niestety, te aspekty są na poważnie uwzględniane tylko w sferze niepublicznej.
W administracji każdy trzyma się kurczowo stołka, na którym siedzi, gotów przysięgać na wszelkie możliwe świętości, że jego stanowisko jest niezbędne dla pomyślności Polski. Z tej przyczyny urzędnicy jak ognia boją się nowych kandydatów na prezydentów, burmistrzów etc.
I to zwłaszcza tych, którzy prezentują racjonalne, z ekonomicznego punktu widzenia, programy rozwojowe. A nuż takiemu prezydentowi przyszłaby do głowy reorganizacja urzędu, wyrzucająca nierobów na zieloną trawkę.
Ostatnie wybory samorządowe pokazały, że społeczeństwo polskie w tym totalnym bałaganie oduczyło się myśleć logicznie i oceniać właściwie naszych gospodarzy miast. Wedle jakich kryteriów oceniamy te persony?
Albo wedle sympatii partyjnych, albo wedle umiejętności gładkiego, okrągłego gadania. Przeciętny wyborca dużego miasta w Polsce zadowolony jest ze swojego prezydenta i nie widzi potrzeby zmian, choć generalnie narzeka na złe funkcjonowanie administracji.
Nauczyliśmy się, niestety, jako społeczeństwo w zdecydowanej większości łapać na lep propagandowy. Potencjalny prezydent dużego miasta twierdzi w kampanii wyborczej, że mieszkańcy widzą, co on robi i są z tego zadowoleni, w efekcie czego zostaje wybrany kolejny raz.
Całkiem możliwe, że z pozoru tak to wygląda, bo w gąszczu frustrujących sporów polityczno-partyjnych przeciętny mieszkaniec nadstawia ucha temu, który do żadnej partii obecnie nie należy, choćby był przefarbowanym na demokratę komunistą.
Czyli nie rozumuje logicznie, ale opiera się na pięknie okrągło brzmiących sloganów medialnych. Stawiam tego rodzaju tezę, która dotyczy większości dużych polskich miast, w których rządzą politykierzy, a nie prawdziwi gospodarze, dostrzegający to, co jest najważniejsze dla mieszkańców.
Znowu poczynię porównanie z ówczesnym ustrojem, którego bynajmniej nie gloryfikuję. Ale za czasów PRL-u, jeśli zrobiła się w dziura w drodze, to władze administracyjne, czy rządzącej niepodzielnie partii, starały się tak zadziałać, aby ją zlikwidować możliwie natychmiast i była to reakcja właściwa.
Dziś obserwuję, że prezydent odbudowuje stadion drużyny piłkarskiej, której jest kibicem, a dziury w jezdniach straszą chodzących i jeżdżących nieustannie przez ostatnie 20 lat, wykazując przy tym coraz większy postęp arytmetyczny w zakresie rozprzestrzeniania się.
Po prostu prezydent ma ważniejsze sprawy na głowie niż jakieś tam głupie dziury w drodze, on ich po prostu nie widzi! Może szofer wozi go specjalnie wybranymi ulicami, bądź nauczył się, jak slalomista, omijać te dziury...
O czym świadczy taka powszechność dziurawych dróg i ulic w większości dużych miast w Polsce? Otóż świadczy to o lekceważeniu przeciętnego mieszkańca z jednej strony oraz o głupocie tegoż ostatniego, który w ferworze sporów polityczno-partyjnych oddaje głos na osobę, która nie wykazuje żadnych umiejętności bycia prawdziwym gospodarzem miasta.
Okazuje się jednak, że taka bylejakość panuje nam w Polsce powszechnie. Nie są od niej wolni także wybitni przedstawiciele nauk prawnych. Przenosząc bowiem rozważania na dziedzinę prawa, można powiedzieć, że ogólny poziom kadr prawniczych nawet tych wybitnych, o najwyższych kwalifikacjach naukowo-dydaktycznych raptownie spadł.
W ślad za tym spadła odpowiedzialność za to, co się robi, za rzetelność codziennej pracy. Aby nie być gołosłowną przytoczę przykład. Czytałam ostatnio na stronie internetowej Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej zamieszczone tam projekty Kodeksu Pracy i Zbiorowego Kodeksu Pracy z 2007 r.
Pracę nad projektami wykonywała Komisja Kodyfikacyjna złożona finalnie z 9 profesorów, wybitnych specjalistów z zakresu prawa pracy i dyrektora Departamentu Prawa Pracy wymienionego ministerstwa.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy doszukałam się w tych projektach kardynalnych błędów legislacyjnych, które na tym poziomie działalności niewątpliwie nie powinny mieć miejsca. Okazuje się, że Komisja Kodyfikacyjna nie odróżnia podziału przepisu ustawy na ustępy np. 1. i punkty np. 1).
Dla nich w 21 przypadkach w projekcie Kodeksu Pracy (por. art. 52 § 3, art. 95 § 3, art. 97 § 2, art. 98 § 2, art. 123, art. 140, art. 177 § 4, art. 180 § 1, art. 182, art. 218 § 3, art. 219 § 1, art. 219 § 3, art. 223 § 2, art. 227 § 1, art. 227 § 2, art. 227 § 3, art. 273 § 2, art. 274 § 2, art. 296, art. 394 § 2 i art. 440) oraz w 16 przypadkach w projekcie Zbiorowego Kodeksu Pracy (por. art. 122 § 1 ust. 2, art. 131 § 1, art. 148 § 1, art. 148 § 2, art. 154 § 2, art. 181 § 2, art. 182 § 3, art. 201 § 4, art. 202 § 1, art. 261, art. 327, art. 328 § 1, art. 329, art. 330, art. 336 i art. 345) jest to obojętne.
Pomijam już nawet takie jednostkowe drobiazgi jak podział artykułu kodeksu na ustęp a następnie na paragraf (art. 330 Z.k.p.), czy też raz na paragraf a innym razem na ustęp (art. 336 Z.k.p.), jak również odwołanie się do nieistniejącego w projekcie przepisu (art. 227 K.p.).
Nieznających tej problematyki odsyłam do rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z dnia 20.06.2002 r. w sprawie zasad techniki prawotwórczej (Dz. U. Nr 100, poz. 908), w którym wyraźnie określono graficzny sposób zapisywania ustępu i punktu (§ 57) oraz inne naruszone w tych projektach zasady legislacji.
Zastanawiałam się również, czy ktoś przepisując ten projekt nie popełnił błędu mechanicznego i nie ustawił sposobu znakowania np. wyłącznie na ustęp, czyli 1, 2, 3 itd. z kropką.
Okazuje się jednak, że w obu projektach mamy także do czynienia z poprawnie napisanymi punktami – w projekcie Kodeksu pracy art. 193 § 2 pkt 1 i 2 oraz art. 204 § 2 pkt 1-3, a w projekcie Zbiorowego Kodeksu Pracy art. 62.
Nie dopuszczam oczywiście myśli o tym, że profesor prawa nie odróżnia ustępu od punktu – oczywiście musi odróżniać. Ale jakość wykonywanej pracy, w tym przypadku projektów Kodeksu pracy i Zbiorowego Kodeksu pracy, jest – delikatnie mówiąc – żenująca.
Dzisiaj mało kto rzetelnie wykonuje swoją pracę i nikt się odwalaniem roboty nie przejmuje. Niestety, nie żyje prof. dr hab. Tadeusz Zieliński, pierwszy przewodniczący tej Komisji Kodyfikacyjnej, który zapewne nie dopuściłby do tego rodzaju, co tu dużo mówić, kompromitacji.
W jaki sposób to wszystko oddziałuje na społeczeństwo, nie trudno zgadnąć. Przecież przykład idzie z góry. Urzędnicy, widząc opisany przykład, nic sobie z takiego czy podobnego blamażu nie robią i czynią swoje, czyli wmawiają nam, że są niezbędni.
Zachowujemy się gorzej niż w najczarniejszych latach komunistycznych, kiedy to wszyscy wiedzieli, że władza pozoruje rzeczywistość i swoje osiągnięcia. Kiedyś nie mieliśmy możliwości legalnie dowiedzieć się prawdy.
Dzisiaj tę prawdę każdy może zobaczyć bezpośrednio, a także w telewizji w postaci dziurawych ulic, zasypanych śniegiem nieprzejezdnych dróg, niefunkcjonującej komunikacji PKP, nieremontowanych obwałowań rzek itd. Rządzący zaś mają się dobrze i, co zdumiewające, zbierają nawet dość znaczne poparcie społeczne.
Jest takie przysłowie, że chcącemu krzywda się nie dzieje. Wobec tego, za to wszystko możemy mieć pretensje wyłącznie do siebie. Dzisiaj nasza kartka wyborcza może obalić złą władzę a wybrać dobrą, ale jej nie wykorzystujemy.
Skoro tego nie robimy, lecz pozwalamy dalej na tworzenie nonsensownych przepisów, których typowym reprezentantem jest art. 130 § 21 K.p., i tolerujemy odwalanie roboty, to nie dziwmy się otaczającej nas coraz gorszej rzeczywistości.
Przyjdzie nam niebawem skonstatować, że byle jaka praca przyniesie byle jakie świętowanie... A więc, lepiej świętować, czy lepiej pracować?
Kraków, dnia 18.12.2010 r. Maria Schumann