Source: http://doczz.pl/doc/187293/i-tak-kiedy%C5%9B-wyjdzie---szczeci%C5%84ska-izba-adwokacka
Timestamp: 2017-11-19 00:58:08
Legal References Found: art. 87
 art.
95
 art. 38
 art. 1
 art. 1
in dubio
 art. 6

Document Content:
i tak kiedyś wyjdzie - Szczecińska Izba Adwokacka - Społeczeństwo
i tak kiedyś wyjdzie - Szczecińska Izba Adwokacka
i tak kiedyś wyjdzie
Kara śmierci – powracający dylemat
dla wszystkich profesji prawniczych Okręgu Szczecińskiego
W Nowym 2005 roku wielu sukcesów,
trafnych merytorycznych decyzji
oraz spełnienia osobistych i zawodowych zamierzeń
w imieniu Zarządu Oddziału ZPP
mgr Ryszard Suchodolski
mgr Ryszard Różycki
Redakcja „In Gremio” życzy zaś Państwu, aby od początku
Nowego Roku zawsze sprawiedliwości stawała się zadość.
„Nie wszystek umrę”. Odnosząc tę sentencję do śp.
Henia Romanowskiego można powiedzieć bez żadnej
przesady, że będzie on nadal żyć wśród nas przez swoje uczynki. Patetyczne na pozór słowa, które ukazały
się w nekrologach, w pełni odpowiadają jego postaci.
Zmarł, nas sędziów, przyjaciel, który całe życie był
sędzią orzekającym – karnistą, nawet w czasie swojej
dwukadencyjnej prezesury nie wyłączył się z orzecznictwa.
Funkcja prezesa Sądu Wojewódzkiego wybranego
przez sędziów po transformacji w roku 1989 przypadła
mu na trudne czasy. Objął sąd zaniedbany w zakresie
infrastruktury i innych dziedzin. Marne budżety ministerialne i częste zmiany na stanowisku Ministra Sprawiedliwości, nie ułatwiały mu realizacji zadań, a zrobił
dla sądownictwa szczecińskiego ogromnie dużo.
Był przede wszystkim człowiekiem pełnym życzliwości dla ludzi, oddanym bez reszty powołaniu
sędziowskiemu. Z chwilą wyboru do Krajowej Rady
Sądownictwa nie szczędził sił dla kształtowania tego,
pierwszego po wojnie, sędziowskiego organu samorządowego i zarazem ważnego organu państwowego.
Prawie cotygodniowe wyjazdy do Warszawy i udział
w pracach gremiów KRS nadszarpnęły jego zdrowie,
po prostu w pracy angażował się bez reszty i spalał się
przedwcześnie.
Poznałem Henia w 1975 albo 1976 r., kiedy był
jeszcze przewodniczącym zawsze trudnego do prowadzenia, Wydziału IV Karnego Sądu Powiatowego.
W latach 1980-1982, kiedy byłem przewodniczącym
II Wydziału Karnego Sądu Wojewódzkiego, on był sędzią tego Wydziału i jego prawdziwą podporą. Prowadził trudne, skomplikowane sprawy, jego orzeczenia
z zasady utrzymywane były w mocy przez II-gą instancję - Sąd Najwyższy. W okresie stanu wojennego,
w tak trudnym okresie dla mnie i sędziów, rozumieliśmy się bez słów. Był człowiekiem niezłomnym, nie
poddał się presji władz sądowych i jako jedyny spo-
śród sędziów nie zrzekał się członkostwa w zdelegalizowanej „Solidarności” (opisałem ten fakt w „Oku Cyklonu”). Darzyliśmy się sympatią. Trudno go zresztą
było nie polubić – skromny, ale otwarty dla kolegów,
powszechnie lubiany.
Pamiętam jak odwiedził mnie w Zamościu wraz
z całą rodziną, a więc żoną – panią sędzią Zosią
i dziećmi. Było to dla mnie i dla mojej żony szczególne
przeżycie - odwiedziny bliskich znajomych ze Szczecina, za którymi tęskniliśmy oboje.
Już w czasie prezesury Henia w drugiej kadencji,
z jego inspiracji, zostałem powołany na rzecznika
dyscyplinarnego. Henio był konsekwentny w kształtowaniu wśród kadry sędziowskiej postawy sędziego
rzeczywiście nieskazitelnego, cechowała go także
wyrozumiałość dla ludzkich potknięć czy błędów.
Pamiętam kiedy po konferencji sędziowskiej w Puszczykowie koło Poznania, już po zajęciach, w trakcie
ogniska zapytałem: „Heniu, powiedz mi, dlaczego,
mimo szykan jakich doznałeś za czasów PRL-u i stanu
wojennego, pozostawiłeś na stanowisku funkcyjnym
określonych sędziów?” Odpowiedział, że mimo tych
przejść, fachowość i zaangażowanie w pracy danego
sędziego, były dla niego najważniejszą wskazówką
w sprawach kadrowych. Po prostu był dobrym i mądrym człowiekiem. Nie obnosił się ze swoją wiarą, ale
był rzeczywiście dobrym chrześcijaninem w myśl biblijnego przesłania zło dobrem zwyciężaj.
Droga mi postać kolegi sędziego Henia Romanowskiego na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Rzesze
sędziów, adwokatów czy prokuratorów i oczywiście
pracowników sądowych przez długie lata nie zapomną tego wspaniałego człowieka.
Pełne naręcza Jego dobrych uczynków niewątpliwie przedstawione zostaną Sędziemu Najwyższemu,
jak powiada inwokacja modlitewna za zmarłych.
[ Mieczysław Daca ]
Henryk Romanowski po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczął aplikację sądową w Szczecinie w roku 1969.
Od 1971r. orzekał w sprawach karnych, najpierw
jako asesor, następnie jako sędzia w Sądzie Powiatowym w Szczecinie, w którym był także Przewodniczącym Wydziału.
Od lutego 1980r. orzekał w Sądzie Wojewódzkim w
Szczecinie, a w następnym roku otrzymał nominację
na sędziego tego sądu.
W lutym 1990r. został powołany na stanowisko
Prezesa Sądu Wojewódzkiego w Szczecinie. W niełatwym okresie spadku prestiżu sądownictwa i istnienia
dotkliwych podziałów w społeczeństwie swą postawą
budował autorytet wymiaru sprawiedliwości i tworzył
koleżeńską, pełną zaufania atmosferę w sądzie.
Prezesem Sądu Wojewódzkiego był przez dwie kadencje. Następnie pracował jako sędzia - wizytator do
spraw penitencjarnych.
W kadencji 1998-2002r. był członkiem Krajowej
Rady Sądownictwa aktywnie uczestnicząc z ramienia
Rady w pracach sejmowych nad nowelizacją prawa
Jego śmierć w 58. roku życia była wstrząsem dla całego
środowiska prawniczego w Szczecinie.
śp. sędzia H. Romanowski (na pierwszym planie)
Odszedł z naszego grona drogi nam kolega –
wspomnienia o śp. sędzi Henryku Romanowskim
Sędzia Sądu Okręgowego w Szczecinie, w stanie spoczynku
[ oprac. Marian Szabo ]
03 • „Non omnis moriar”
05 • Ponownie przy zielonym stoliku
06 • Krajobraz adwokatury po zjeździe
09 • „Więzień i tak kiedyś wyjdzie na wolność”
Okręgowa Rada Adwokacka w Szczecinie,
ul. Narutowicza 3; 70-231 Szczecin
13 • Kara śmierci – powracający dylemat
14 • „Między prawdą a mitem – fascynacja maﬁą”
16 • Szczecinianie w Strasburgu
18 • Atlantycka przygoda
Pełnomocnik Ministra Sprawiedliwości do spraw
utworzenia Sądu Apelacyjnego w Szczecinie
21 • Co wiemy o marketingu usług prawniczych?
22 • Biegli: jacy są, kulisy ich pracy
24 • Wspomnienie: adw. Roman Łyczywek
26 • Działalność archiwalna IPN – Komisji Ścigania
dr Błażej Kolasiński
Zespół współpracowników:
ﬁ lozoﬁa prawa
28 • Prawa człowieka w czasach konsumpcji –
A. Dobrołowicz, P. Dobrołowicz, M. Kładny,
M. Łyczywek, M. Weissgerber, M.
30 • Prokurator czy sędzia śledczy?
tel. (091) 434 01 15
Agencja Wydawnicza Eko Medium,
31 • Obrońca węzła małżeńskiego –
strażnik nierozerwalności małżeństwa
ISSN: 1732-8225
32 • Palestra łobeska – prokuratorzy – lata 60-te.
34 • Minimalne = Maksymalne
Okręgowa Rada Adwokacka zaprasza na „Bal Adwokata”, który przewidziany jest w salach hotelu i restauracji „Atrium”
w Szczecinie przy al. Wojska Polskiego 75 w dniu 15.01.2005 r.
(godz. 20.00, koszt balu – 210zł od osoby). Rezerwacja miejsc
(wraz z wpłatą zaliczki w wysokości 100 zł od osoby) do dnia
06.01.2005r., zaproszenia wydawane będą od 03.01.2005r.
Wszelkie informacje w Okręgowej Radzie Adwokackiej
u p. Anity Majewskiej. Istnieje możliwość rezerwacji pokoi.
Pojedynek sędziowsko-radcowski; Jacek Szreder (drugi od prawej)
i Dariusz Ścisłowski licytują się z Janiną Mackiewicz i Bogdanem Taborem
W dniu 27 listopada 2004 r. odbył się drugi już Szczeciński Turniej Brydżowy Prawników o Puchar Dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie. Tym
razem wielbicieli tej gry przygarnął klub „Pocztylion”
– mekka wszystkich szczecińskich brydżystów.
Punktualnie o godz. 10.00 do rozegrania pierwszych partii gotowi byli wszyscy zgłoszeni do turnieju uczestnicy. W tej edycji rozgrywek udział wzięło
dziewięć par, co w porównaniu z ostatnim turniejem
oznacza 50% wzrost liczby przystępujących do gry
Wśród obecnych na zawodach graczy można było
dostrzec starych wyjadaczy stolików karcianych (proszę nie traktować tego stwierdzenia dosłownie!), jak
choćby adwokatów Edwarda Rozwałkę i Jerzego Nowickiego, radców prawnych Judytę Michałowicz, Janinę
Mackiewicz oraz Bronisława Zimeckiego. Pojawili się
także młodzi, zdolni adepci brydża, aplikantka adwokacka Łucja Pożoga i adwokat Przemysław Chmura.
Na starcie nie zabrakło również ubiegłorocznych medalistów, sędziów Jacka Szredera i Dariusza Ścisłowskiego, radcy prawnego Janusza Harbuza–Wójciaka
tomiast pewni, iż sami zainteresowani na długo zapamiętają ten swoisty wyczyn.
Ostatecznie, po podliczeniu wyników wszystkich
rozegranych partii, sędzia zawodów Longin Piasecki
ogłosił, iż najwięcej punktów (po 135) zdobyły dwie
pary: Janusz Harbuz–Wójciak – Kamil Stronikowski
oraz Jerzy Nowicki – Edward Rozwałka. O kolejności
w turnieju, a tym samym pierwszym miejscu, zadecydował bezpośredni pojedynek zainteresowanych.
Ponownie przy zielonym stoliku
[ adwokat Piotr Dobrołowicz ]
grającego w parze z aplikantem prokuratorskim Kamilem Stronikowskim oraz adwokatów Romana Ossowskiego i Piotra Dobrołowicza.
Same zawody, trwające ponad 4 godziny, dostarczyły nielicznej widowni wielu wrażeń. Co prawda
żadna para nie wylicytowała szlema, jednakże na kilku stołach ugrano wymagające dobrej rozgrywki szlemiki. By nie przekłamać wszakże poziomu rozgrywek
– do Bermuda Bowl brakuje nam jeszcze małego ogrania w międzynarodowym towarzystwie – kilka szlemików zostało przegranych z kretesem. Najwięcej
radości obrońcom dostarczyła jednak partia, w której
wylicytowany przez przeciwników kontrakt 3 bez atu
z kontrą został obłożony bez 5 lew. Obsady tego stołu,
z uwagi na „tajemnicę sędziowską” (proszę doszukiwać się podtekstów), podać nie możemy. Jesteśmy na-
Janusz Harbuz–Wójciak (pierwszy od lewej) wyciąga asa z rękawa,
na co Bartłomiej Sochański (drugi od prawej) przymyka oko
Zwycięsko wyszedł z niego mieszany duet radcowsko
- prokuratorski i to on odebrał od Dziekana Okręgowej
Rady Adwokackiej w Szczecinie adwokata Andrzeja
Gozdka okazały puchar dla najlepszej pary w turnieju.
Trzecie miejsce, z minimalną stratą 2 punktów,
zajęła para Bronisław Zimecki – Przemysław Chmura. Ich świetny rezultat stanowi potwierdzenie powszechnie znanej zasady, iż połączenie rutyny z młodzieńczą fantazją daje dobre efekty.
Tuż za podium uplasowało się, ze zbliżonymi do
siebie wynikami, kolejnych pięć par: sędziowie Paweł
Kaczyński – Artur Karnacewicz (123 punkty), Łucja
Pożoga – adwokat Bartłomiej Sochański (118 punktów), Judyta Michałowicz – Zbigniew Misiak, Jacek
Szreder – Dariusz Ścisłowski (obydwie pary po 117
punktów), Janina Mackiewicz – radca prawny Bogdan
Tabor (107 punktów).
Miło nam donieść, iż wszyscy uczestnicy turnieju
podkreślali wyjątkową gościnność gospodarzy turnieju Romana Ossowskiego i Piotra Dobrołowicza.
Nic dziwnego, że para ta – by należycie zaakcentować
ów niepodważalny fakt - zajęła ostatnie miejsce, nie
decydując się nawet na przekroczenie 100 punktów.
Na jesieni 2005 r. czeka nas kolejna edycja turnieju; wierzymy, że w składzie poszerzonym o tych prawników - brydżystów, którzy dotąd, z nieznanych nam
powodów, skutecznie unikali sportowej rywalizacji
przy zielonym stoliku. [ ]
[ adwokat Marek Mikołajczyk ]
Delegat na VIII Krajowy Zjazd Adwokatury
Co trzy lata ponad 300 adwokatów, delegatów z całego kraju, uczestniczy w Krajowym Zjeździe Adwokatury i to nie tylko
po to, aby dokonać wyboru swoich najwyższych władz, lecz przede wszystkim po to,
aby wypracować kierunki działania samorządu adwokackiego, a także wymienić poglądy, doświadczenia i przekazać
informacje o tym, co tak naprawdę dzieje
się w Adwokaturze, i tej „wielkiej”, i tej
„małej”, którą niektórzy określają sarkastycznie „prowincjonalną”, a która - czy
to się niektórym podoba, czy nie - jest jak
w lustrzanym zwierciadle odbiciem prawdziwej Adwokatury polskiej.
Takie nadzieje towarzyszyły także delegatom na VIII
Krajowy Zjazd Adwokatury, który odbył się w Warszawie w dniach 20-21 listopada 2004 r. Zawirowania wokół Adwokatury, jakie można obserwować
przez ostatnie trzy lata, budzą niepokój wszystkich
adwokatów. Spodziewać się zatem należało, że Adwokatura nareszcie otrząśnie się z letargu, wyjdzie
ze stanu uśpienia i dokona na Zjeździe generalnego
rachunku sumienia win własnych, a także tych, które
Adwokaturze są przypisywane. Należało spodziewać
się, że wszystkie te zabiegi - zarówno polityków, jak
i pomysłodawców nowych rozwiązań, mające w sposób nieograniczony otworzyć dostęp do Adwokatury,
uszczuplić korporacji adwokackiej prawo do samostanowienia poprzez gruntowną zmianę zasad naboru
na aplikację adwokacką, zasad przeprowadzania egzaminów adwokackich oraz wpisów na listę adwokatów, a także zapowiedź wprowadzenia w życie przepisów kształtujących nadzór władzy wykonawczej nad
zawodami zaufania publicznego – będą stanowiły dla
Adwokatury wyraźny sygnał, że jej samorządność jest
mocno zagrożona i koniecznym jest podjęcie wszelkich możliwych działań zapobiegających utracie tożsamości tej korporacji zawodowej. Dla wielu uczestników Zjazdu było aż nadto oczywiste, że w Palestrze
potrzebna jest rewolucja polegająca na złamaniu
utartych schematów, zmianie sposobu myślenia o Adwokaturze oraz towarzyszących temu zmianach orga-
nizacyjnych w strukturze funkcjonowania organów
Adwokatury. Nadzieje okazały się płonne. VIII Krajowy Zjazd Adwokatury miast zająć się problemami
rzeczywistymi i realnymi, przyjął uchwały programowe, które są jedynie powielaniem już znanego poglądu Adwokatury, na wszystko to, co dzieje się w samej
Adwokaturze i wokół niej. Hasło, pod którym obradował Zjazd, to: „Niezależna i samorządna Adwokatura,
niezbędna społeczeństwu i państwu”. Już samo hasło,
oczywiście słuszne w treści, nie sygnalizowało żadnego postulatu modernizacji korporacji. Nawet tak silne impulsy zewnętrzne, jak prognozowane do uchwalenia zmiany w prawie o adwokaturze, opracowane
przez posłów Prawa i Sprawiedliwości, zamiar wprowadzenia ustawy o zawodach zaufania publicznego,
prognozowane zmiany treści art. 87 kpc (rozszerzenie
podmiotów uprawnionych do reprezentowania stron
w procesach cywilnych, obok adwokatów i radców
prawnych), wejście w życie znowelizowanych przepisów o przeciwdziałaniu wprowadzaniu do obrotu
ﬁnansowego wartości majątkowych pochodzących
z nielegalnych lub nieujawnionych źródeł oraz o przeciwdziałaniu ﬁnansowaniu terroryzmu (uszczerbek
w fundamentalnej zasadzie adwokackiej tajemnicy
zawodowej), ograniczenia płynące z nowej ustawy
o swobodzie prowadzenia działalności gospodarczej,
zarzuty Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów odnoszące się do istniejących ograniczeń
konkurencji w Adwokaturze, czy chociażby „pomysły” utworzenia korpusu adwokatów do spraw prowadzenia obron z urzędu bądź korpusu adwokatów
uprawnionych do występowania w sprawach kasacyjnych – jak się okazuje – nie stanowiły dostatecznego
wstrząsu do podjęcia odważnych decyzji przez Krajowy Zjazd Adwokatury.
Dla porządku należy przytoczyć najważniejsze tezy
uchwał programowych VIII Zjazdu, bo to przecież
one określają stanowisko najwyższego organu korporacji, jakim jest Krajowy Zjazd Adwokatury, co do
kierunków działania samorządu adwokackiego na
najbliższe trzy lata:
• adwokatura polska wzywa Sejm Rzeczpospolitej
Polskiej o niezwłoczne uchwalenie przepisów umożliwiających wszystkim zainteresowanym równy dostęp do zawodu adwokata, przy zachowaniu samorządowego charakteru naboru na aplikację adwokacką,
• Krajowy Zjazd Adwokatury uważa za niezbędną
zmianę Ustawy Prawo o adwokaturze, a najlepszą
podstawą do prac nad nową regulacją ustawową jest
projekt Prawa o adwokaturze opracowany przez Naczelną Radę Adwokacką,
• adwokatura uznaje, że podstawową i najlepszą drogą
do zawodu adwokata jest aplikacja adwokacka organizowana w formie patronatu, a w interesie korporacji leży dbałość o najwyższy poziom kształcenia
i etyki aplikantów, gwarantujący jednolity charakter
egzaminu adwokackiego i tytułu zawodowego „adwokat”,
• adwokatura uznaje, iż poselski projekt zmian ustawy Prawo o adwokaturze, w wersji zmierzającej do
pozbawienia samorządu adwokackiego wpływu na
konkursy na aplikację adwokacką, przebieg aplikacji
i egzamin adwokacki, stanowi zagrożenie dla roli adwokatury w społeczeństwie i państwie, a tym samym
zagrożenie dla istoty wymiaru sprawiedliwości,
• adwokatura jest powołana do wypowiadania się
w sprawach publicznych. To część istoty naszego zawodu oraz jego funkcji pełnionej w społeczeństwie,
• Krajowy Zjazd Adwokatury uznaje wszelkie próby
ograniczenia tajemnicy adwokackiej, zarówno przez
zmianę obowiązujących przepisów, jak i poprzez
działania takie jak przeszukania kancelarii adwokackich lub przesłuchania pracowników kancelarii, za
zamach za podstawowy atrybut niezależnej adwokatury,
• Zjazd zobowiązuje Naczelną Radę Adwokacką do
zmiany Zbioru Zasad Etyki i Godności Zawodu poprzez dostosowanie zakazu reklamy do wymogów
współczesności przez wyraźne odróżnienie reklamy
od rzetelnego informowania zainteresowanych osób
o zakresie świadczonej pomocy prawnej, zgodnie
z wymogami przyjętymi w dobie społeczeństwa informacyjnego,
• Krajowy Zjazd Adwokatury zobowiązał Naczelną Radę Adwokacką do zorganizowania Kongresu
Prawników, na którym przedstawiciele wszystkich
samorządów prawniczych zawodów zaufania pub-
licznego, wymiaru sprawiedliwości oraz kręgów
akademickich wypowiedzieli by się na temat roli
środowisk prawniczych w kształtowaniu zasad ładu
demokratycznego we współczesnej Polsce.
Chciałoby się powiedzieć nihil novi. Uchwały zgrabne, poprawne w treści, zmierzające do zachowania
status quo. Rewolucji jednak nie widać. Podobnie jak
nie widać ewolucji, o której, w swym wystąpieniu programowym, mówił nowo wybrany na drugą kadencję
Prezes NRA - adwokat Stanisław Rymar. Należy zadać
pytanie, czy Adwokatury już nie stać, czy jeszcze nie
stać, na zrzucenie płaszcza hipokryzji i powiedzenia
sobie otwarcie, że prawdopodobnie gorzej już być nie
może, bo Adwokatura traci dramatycznie swoją, jak
się do niedawna wydawało, niezachwianą pozycję
w hierarchii zawodów zaufania publicznego i staje się
obiektem nie tylko ataków ze strony mediów, ale także
polityków i tych decydentów, którzy reguły gospodarki wolnorynkowej przedkładają nad ugruntowane tradycją i istotą zawodu adwokata pryncypia. Te kwestie
niezwykle wyraźnie wyartykułował, w swym wystąpieniu zjazdowym, senator adwokat Krzysztof Piesiewicz, wygłaszając płomienne, emocjonalne i doskonałe w treści przemówienie, które uczestnicy Zjazdu
przyjęli owacją. To za Jego pomysłem zorganizowany
zostanie, przez Naczelną Radę Adwokacką, Kongres
Prawników Polskich, którego zadaniem ma być zajęcie przez środowiska prawnicze stanowiska odnoszą-
cego się do kondycji wymiaru sprawiedliwości, jego
roli w demokratycznym państwie prawa, w tym roli
Adwokatury jako silnej, niezależnej i samorządnej.
Nie tylko w kategoriach rozżalenia wytknąć Zjazdowi należy, iż nie zajął się tak fundamentalnymi
i aktualnymi dzisiaj problemami, jak zdecydowane
przeorganizowanie adwokatury z jej odcentralizowaniem, zajęcie stanowiska w sprawie stosunku Adwokatury do korporacji radców prawnych - w kontekście
coraz częściej pojawiających się głosów o nieuchronnej konieczności łączenia tych dwóch korporacji, czy
też zajęcie stanowiska co do jakości wewnątrzkorporacyjnych postępowań dyscyplinarnych i nadania im
pełnej wiarygodności. Problemy to ważkie, bo coraz
bardziej słyszalne są głosy, że w swym kształcie organizacyjnym Adwokatura nie podoła zrealizowaniu
współczesnych zadań przed nią stojących. Istnienie 24
izb adwokackich nie znajduje żadnego uzasadnienia,
poza historycznym, emocjonalnym i prestiżowym.
Ta struktura w ogóle nie wpasowuje się w podział
takich jak Łódź, Poznań, Wrocław, Gdańsk czy Katowice. Uchylenie się po raz kolejny przez Adwokaturę
od zajęcia stanowiska w sprawie ewentualnego połączenia zawodu adwokata i radcy prawnego może okazać się błędem. Argumentów za i przeciw łączeniu,
bądź rozdzielności obu korporacji, jest wiele. Warto
by jednak, idąc za głosem młodego pokolenia adwokatów, problem ten zacząć rozwiązywać. Uważam,
że nie są to tylko postulaty na przyszłość, ale ważkie
zagadnienia, z którymi trzeba się zmierzyć już dzisiaj.
Podobnie rzecz się ma z koniecznością gruntownej
i przemyślanej nowelizacji Zbioru Zasad Etyki Adwokackiej i to nie tylko w tej części, która odnosi się do
zakazu reklamy usług, ale także tych działów, które
wyznaczają zasady wykonywania zawodu adwokata,
zasady uczciwej konkurencji, stosunku do władz korporacyjnych, a także powinności adwokatów wobec
klientów. Piszący ten tekst uczestniczył w czasie Zjazdu w Komisji przygotowującej uchwały zjazdowe.
Jednakże próba zredagowania treści uchwał dalej idą-
Należy zadać pytanie, czy Adwokatury już nie stać, czy jeszcze nie
stać, na zrzucenie płaszcza hipokryzji i powiedzenia sobie otwarcie,
że prawdopodobnie gorzej już być nie może, bo Adwokatura traci
dramatycznie swoją, jak się do niedawna wydawało, niezachwianą
pozycję w hierarchii zawodów zaufania publicznego...
terytorialny administracji sądowej, co nie rzadko stanowi utrudnienie w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości, którego przecież Adwokatura jest współczynnikiem. Aż nadto oczywistym jest, że małe izby
adwokackie nie są w stanie samodzielnie prowadzić
kształcenia i szkolenia aplikantów adwokackich, przeprowadzać egzaminów adwokackich, w należyty sposób prowadzić doskonalenia zawodowego, chociażby
z powodu niskich budżetów takich rad adwokackich.
Sądownictwo dyscyplinarne w małych izbach może
budzić podejrzenie o brak obiektywizmu, bo przecież
nieliczne grono członków małych izb jest ze sobą
w różny sposób powiązane, czy to towarzysko, czy
przez codzienne kontakty zawodowe. Idea tworzenia
silnych izb adwokackich znajduje wielu zwolenników,
bo siła dużych izb stanowić będzie o sile Adwokatury
w ogóle. Punkt ciężkości zadań, jakie ma do wypełnienia Adwokatura winien być przeniesiony z poziomu Naczelnej Rady Adwokackiej na poziom liczebnie
dużych i zasobnych izb adwokackich, których obszar
działania pokrywałby się z zakresem terytorialnym
działania sądów apelacyjnych. Ustrój organizacyjny
Notariatu jest najlepszym dowodem poprawności takiego rozwiązania. W praktyce widać doskonale, jak
efektywną jest praca w dużych izbach adwokackich,
cych niż te przyjęte przez Zjazd, nie znalazła aprobaty większości członków Komisji uchwał. Odnotować
także należy, iż żaden z delegatów Izby Szczecińskiej
nie został wybrany do składu Naczelnej Rady Adwokackiej, a stało się tak za sprawą niezbyt przemyślanego, przez samych delegatów szczecińskich, zgłoszenia
kandydatur i oceny szans wyboru. Szkoda, bowiem
po raz pierwszy od wielu lat, szczecińskie środowisko
adwokackie nie ma, pochodzącego z wyboru, reprezentanta w składzie Naczelnej Rady Adwokackiej.
Wartym podkreślenia jest, że na stanowisko sędziego
Wyższego Sądu Dyscyplinarnego wybrany został, już
na drugą kadencję, adwokat Michał Domagała.
Przebieg Krajowego Zjazdu Adwokatury nie zachwiał mojej wiary w możliwość pozytywnych zmian
w korporacji. Utwierdził mnie jednak w przekonaniu,
że budowa odnowionej adwokatury winna odbywać
się przez rzetelną pracę każdego z nas, także w sferze
publicznej działalności adwokatury oraz przy nierozerwalnej świadomości przynależenia do samorządu
adwokackiego - a także pracy na jego rzecz i w jego
interesie - bez którego bylibyśmy jedynie stowarzyszeniem, luźno powiązanych ze sobą, usługodawców
w sferze świadczonej pomocy prawnej. Na taką adwokaturę nie mogę się zgodzić. [ ]
„Więzień i tak kiedyś wyjdzie na wolność”
[ wywiad z Marianem Szabo ]
Aplikant adwokacki Przemysław Wiaczkis: Chciałbym
z Panem porozmawiać na temat istoty wykonywania
zawodu sędziego w Sądzie penitencjarnym. Ile czasu
trwała Pana praca w tym charakterze?
Marian Szabo, Sędzia Sądu Okręgowego w Szczecinie, w stanie spoczynku: Wyjątkowo długo. Powiedziałbym, że bardzo krótko trwała moja praca sędziego karnisty. Potem trochę byłem cywilistą, także
wizytatorem Sądu Wojewódzkiego, a następnie, od
listopada 1971 roku, czyli przez ponad 32 lata, byłem
sędzią penitencjarnym.
P.W.: Wiadomo mi, że kiedy przechodził Pan w stan
spoczynku, więźniowie zorganizowali Panu pożegnalną uroczystość. Skąd takie wyrazy sympatii?
M.S.: Hmm... Mnie jest trudno do tego się ustosunkować. Po prostu chciałem by to, co stanowi 1/3 mojego
życia, było także ciekawe i przyjemne, a więc starałem
się swoją pracę wykonywać z zaangażowaniem, poznać gruntownie obowiązujące przepisy oraz prawidłowości, których w przepisach ująć się nie da. Kiedyś
w sądach dało się żyć, mówiąc inaczej – było mniejsze obciążenie, a ja czas wolny wykorzystywałem
na prowadzenie badań parasocjologicznych. W 1975
i 1978 roku przebadałem dwukrotnie duże populacje
więźniów recydywistów i stwierdziłem, że praktycznie wszystko przeciwko takiemu więźniowi się sprzysięga: demoralizacja od najmłodszych lat i niewielkie
szanse na resocjalizację w warunkach zakładu karnego, bo przecież wiadomo, że wychowawca nie jest
w stanie stanowić alternatywy dla tej ogromnej rzeszy jego towarzyszy, którzy będą go demoralizować
wtórnie. Potem skupiłem się na poszukiwaniach tych
czynników, które opóźnią powrót więźnia do zakładu
karnego, bo można mówić o opóźnieniu tylko, a nie
o niepowrocie w ogóle, to dotyczy jedynie niewielkiej
ilości skazanych.
P.W.: Jakie były wyniki Pańskich badań?
M.S.: Warto się zastanawiać, co jest w stanie spowodować, że więzień nie wraca do zakładu karnego. W tych
badaniach stwierdziłem, że takie rzeczy jak zawód
(kolejny zresztą zawód, bo wówczas więźniowie mieli
możliwość zdobywania kilku zawodów), wykształcenie, realna możliwość podjęcia pracy na wolności, to
czynniki w gruncie rzeczy, z punktu widzenia daleko
pojętej resocjalizacji, obojętne. W porównaniu z tym,
że na wolności więźnia oczekuje to samo środowisko,
ten sam system wartości i sposób życia, to jest rzeczywiście trzcina na wietrze. Ale dopatrzyłem się jednej
okoliczności, a mianowicie tego, że życie w warunkach rodziny przedłuża trwanie więźnia na wolności o 167,5%. I od tamtego czasu wszystkie swoje siły
poświęcałem temu, by zacieśniać kontakty więźnia
z rodziną. Jako sędzia wizytator, w toku wizytacji,
zwracałem uwagę na poprawne relacje osadzonego
z bliskimi. Swoim sposobem myślenia po trosze zarażałem dyrektorów więzień i personel więzienny.
Również więźniowie z czasem dostrzegli, że to, co
mogą u mnie otrzymać, czyli kontakt z rodziną, jest
dla nich rzeczywiście najcenniejsze. W sytuacjach,
gdy sposób wykonywania tych relacji potwierdzał,
że dochodzi do resocjalizacji, szanse więźnia na uzyskanie przepustki, warunkowego przedterminowego
zwolnienia, czy też przerwy w karze, niepomiernie
wzrastały. Z tego też względu zacząłem mieć - jeśli mi
wypada o tym mówić - autorytet i szacunek.
P.W.: Jakie inne czynniki, poza dobrym kontaktem
z rodziną, mają, w Pana ocenie, wpływ na resocjalizację?
M.S.: Problemu resocjalizacji nie można zamykać
w kilku prakseologicznych wskazaniach czy w kilku przepisach. Istotne w procesie resocjalizacji jest
bowiem i to, jak się człowiek do więźnia zwraca, jak
go wysłuchuje, jak się ustosunkowuje do składanych
przez niego wniosków i w jakim stopniu potraﬁ mu zaufać. Kwestią podstawową jest także to, jakie daje się
więźniowi szanse i czy sprawiedliwe się go z realizacji
Marian Szabo – w 1963 r. ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie
im. A. Mickiewicza w Poznaniu i rozpoczął aplikację sądową w Szczecinie; od 1971 r. sędzia penitencjarny, a od 1987 r. do przejścia w stan
spoczynku w kwietniu 2004 r. - Przewodniczący Wydziału Penitencjarnego Sądu Okręgowego w Szczecinie; działacz społeczny – w latach 70.
i 80. Wiceprezes Zarządu Wojewódzkiego Polskiego Komitetu Pomocy
Społecznej, członek rady Społecznej przy Wyższej Szkole Morskiej; od
1984 r. komisarz wyborczy w Szczecinie.
tych szans rozlicza. To wszystko tworzy taki system,
w którym rzeczywiście więzień staje się - przy całym
negatywnym do niego ustosunkowaniu - najważniejszym odniesieniem. Dużą role odgrywają również
wszelakiego rodzaju konkursy organizowane w zakładach karnych. Z tego względu, że rozpoznawałem
wnioski o udzielenie więźniom przepustek umożliwiających odebranie nagród w innych zakładach, starałem się być na bieżąco z tematyką tych konkursów,
poznać ich poziom, ich sens. Czytywałem opowiadania, poezję i stwierdzam, iż więzień jest podatny na
zapełnianie tej ogromnej, istniejącej wokół niego,
pustki duchowej zwłaszcza tego rodzaju twórczością.
Chwalebne jest to, że oni to czynią bez jakiegokolwiek
przygotowania, bo wykształcenie podstawowej grupa
więźniów ogranicza się do zasadniczej szkoły zawodowej. Przeczytałem wiele bardzo wzruszających opowiadań. Niektóre z nich świadomie przyrównywałem
do perełek literatury światowej i pod względem siły
przeżycia były one naprawdę tą perełką. Mówiąc ogólnie, resocjalizacja to nic innego jak tylko zmotywowanie więźnia do właściwego życia, które jednocześnie
nie jest mu narzucone z zewnętrz - to nie jest dryl wojskowy. Na wolności więzień będzie pozostawiony samemu sobie, a więc to, co mu się proponuje, musi być
przez niego absolutnie przyswojone i zaakceptowane.
Stąd też przewodnim hasłem mojego życia zawodowego stało się zawołanie: „Więzień i tak kiedyś wyjdzie
na wolność”. Konstatacja ta uprzytamnia, że więzień
nie został skazany na wieczne przebywanie w zakładzie karnym, ani na karę śmierci. W związku z tym
kiedyś wyjdzie na wolność, a jego sposób życia zweryﬁkuje nasze poczynania resocjalizacyjne. Głupio nam
będzie, jeśli się okaże, że wyszedł gorszy i w dodatku
szybko popełnił nowe przestępstwo.
P.W.: A jak jest z wiarą? Czy można ją zaliczyć do
czynników odgrywających w procesie resocjalizacji
istotną rolę?
conych przez jego środowisko, a następnie ugruntowanych poprzez pobyt w zakładzie karnym. On nie
uświadamia sobie konsekwencji swego zachowania.
Dopiero wtedy, gdy stanie się recydywistą, powstanie
u niego reﬂeksja, że to wcale nie jest to, o co mu w życiu chodzi. Próbuje zatem coś w życiu zmienić i nic
mu oczywiście z tego nie wychodzi. Wtedy właśnie
staje się podatny na oddziaływanie duszpasterskie.
Ja jestem pełen szacunku dla odwiedzających zakłady karne przedstawicieli różnych wyznań. Rozumieją oni potrzeby więźniów i są w stanie je zaspokoić.
Wiary nie można ograniczyć wyłącznie do duszpasterstwa. Pozytywne rezultaty daje propozycja wiary
połączona z wysłuchaniem więźnia, próbą zrozumienia go i ustalenia jego potrzeb. Ja z tymi sprawami zetknąłem się bardzo dawno temu, w pierwszej fazie li
tylko teoretycznie, czytając literaturę na temat duszpasterstwa świeckiego, zwłaszcza w Szkocji, Irlandii,
Anglii. Tam środowiska lokalne, nie tylko duchowni,
żyją sprawami więźniów, modlą się za nich, dają różnego rodzaju wyrazy tej łączności, nie tylko duchowej. Tego u nas jeszcze nie ma, jeśli chodzi o środowiska lokalne, ale już jest, jeśli chodzi o duchowieństwo.
Przedstawiciele różnych wyznań „wciągają” swoich
wiernych w sprawy więźniów, ręczą za nich, organizują im życie na wolności. Daje to przeogromne rezultaty. Więźniowie czasami mówili mi, że dotarł do
nich głos Boga. Oni faktycznie mają warunki, by ten
głos usłyszeć. Wokół nich nie ma hałasu, jest o wiele
ciszej. Mam przekonanie, że religia i pociecha duchowa znaczą dla więźniów więcej, niż dla niejednego
z nas. Zadziwiał mnie brak oporów w dawaniu tzw.
świadectw, w trakcie których więźniowie opowiadali o swoich najgłębszych, najintymniejszych przeżyciach z zakresu kontaktów z Najwyższą Istotą i otrzymanych od niej znakach. Więźniowie nie są bowiem
wylewni i pozują na tzw. twardzieli, jednakże bardzo
potrzebują oparcia w Bogu i jeśli je znajdują, wyrażają
z tego powodu satysfakcję.
M.S.: W zakładzie karnym działają przedstawiciele
bardzo wielu wyznań, poczynając od Światowego
Uniwersytetu Brahmakumaris - jest to najbardziej
oryginalne spośród znanych mi wyznań, poprzez kościół Zielonoświątkowy, Kościół Boży w Chrystusie, na
wyznaniach protestanckich i katolicyzmie kończąc.
Najbardziej charakterystyczne jest to, iż nauczyciele
wskazanych religii opuszczają często zakłady karne
dla osób pierwszy raz karanych, a pozostają w zakładach dla recydywistów. Więzień, który jest pierwszy
raz karany, żyje jeszcze w świecie wartości wykształ-
P.W.: Wspomniał Pan o tym, iż kościoły, czy też różnego rodzaju organizacje społeczne często poręczają za
więźniów opuszczających zakład karny, a następnie
się nimi opiekują. W okręgu szczecińskim działa np.
Fundacja „Instytutu Św. Brata Alberta”. Panuje jednak
opinia, iż tego typu działalność jest wykorzystywana
przez skazanych, którym tak naprawdę zależy tylko
na uzyskaniu przepustki lub warunkowego przedterminowego zwolnienia. Czy tego typu sądy odpowiadają rzeczywistości?
Wiersz upamiętniający zasługi
Mariana Szabo – SSO w Szczecinie;
autor pragnie pozostać anonimowy:
Dziś Cię żegnamy Marianie
Sędzio wszechstronności znany
Cywilisto i karnisto
Z egzekucją też zbratany
M.S. Działalność, o której rozmawiamy, ma swój realny byt i swój stereotypowy obraz. I ten obraz jest właśnie taki, jak go Pan przed chwila nakreślił. W moim
przekonaniu jest jednak inaczej. Fundacja Św. Brata Alberta, która bardzo mocno „zadomowiła się”
w więzieniach, zaskoczyła mnie pod jednym względem. Przez pierwszych pięć lat jej funkcjonowania
i uporczywego składania wniosków o udzielenie przepustek na np. pielgrzymki, czy rekolekcje, nie miał
miejsca żaden przypadek niepowrotu z takiej przepustki. Stary Hegel mawiał, że wszystko co istnieje,
wytwarza swoje przeciwieństwo. Fundacja Św. Brata
Alberta, organizując po kilka, bardzo licznych, grup
modlitewnych w każdym zakładzie karnym i konsekwentnie wnosząc o udzielanie więźniom przepustek
na rekolekcje, czy pielgrzymki, z czasem musiała się
potknąć. Niepowodzenie przyszło bardzo późno. Jednego roku, zresztą tylko w jednym zakładzie, było 7
niepowrotów. Jeden z tych niepowrotowiczów popełnił przestępstwo zgwałcenia obywatelki Niemki, co
odbiło się szerokim echem w obu naszych krajach. Co
do zasady muszę jednak stwierdzić, iż w Fundacji Św.
Brata Alberta stwierdziłem imponującą znajomość
realiów więziennych i imponujące zainteresowanie
sprawami więźniów i ich rodzin. Wyrażało się ono we
wszelkich formach pomocy, w tym także w zakresie
zakwaterowania po wyjściu na wolność. Te wszystkie formy aktywizowania więźniów, w tym także
na zewnątrz zakładu karnego, stanowią pożądane
przeciwstawianie się negatywnym skutkom izolacji.
Pamiętam te czasy, kiedy wyprowadzanie więźniów
na zewnątrz zakładu karnego, na imprezy sportowe
bądź mityngi było pionierską działalnością. Dzisiaj
więźniowie dość masowo pracują na zewnątrz, często na rzecz szkół, jednostek samorządu terytorialnego, szpitali, itp. Ci, którzy są uzdolnieni, wykonują
rzeźby dla szkół, prace graﬁczne, wszelkiego rodzaju
upiększenia, a nawet dochodzi do tego, że pewne grupy więźniów sprawują, w tym zakresie, opiekę nad
określonymi szkołami. Stanowi to odejście od represyjnego modelu odbywania kary. Upowszechnia się
świadomość odpowiedzialności za to, żeby więzień,
wychodząc z zakładu karnego, był inny.
powiednie nakłady ﬁnansowe. Dyrektorzy naszych
zakładów karnych już od początku lat dziewięćdziesiątych odwiedzali zakłady karne na Zachodzie
i w Skandynawii. Pytani, czym się one różnią od naszych, odpowiadali: „Wiesz, to, co u nas jest więzieniem, tam stanowi jedną trzecią całej infrastruktury”.
Ja pytałem: „A te pozostałe dwie trzecie”? Odpowiedź
brzmiała: „To urządzenia do rekreacji, gimnastyki,
gier sportowych, do rozwijania różnego rodzaju zainteresowań”.
P.W.: A co z przestępcami popełniającymi tzw. czyny z lubieżności. Czy powinni odbywać karę w jakiś
szczególnych warunkach?
M.S.: Wierzę w możliwość spowodowania tego oddziaływania. W to, że nasz system został zaprojektowany właśnie w tym celu. Ufam też, że coraz więcej
ludzi to rozumie, a do resortu skierowane zostaną od-
M.S.: W pokojach gościnnych ministerstwa, gdzie
kiedyś pracowałem, mieszkał ze mną, rozpoczynający pracę w Sądzie Najwyższym, sędzia Władysław
Ochman, który sądził sprawę tzw. wampira śląskiego
- Marchwickiego. Obok faktu, że poświęcił tej sprawie trzy lata i cztery miesiące swego życia, że napisał
uzasadnienie na tysiąc pięćset stron, powiedział coś
znaczącego, a mianowicie to, iż gdyby przy okazji nie
poznał seksuologii, psychiatrii sądowej i kilku innych
pokrewnych nauk, nie tylko nie byłby w stanie prawidłowo osądzić tej sprawy, ale chyba nie miałby też
podstaw do uważania się za prawdziwego sędziego. Ja
sam byłem bardzo krótko sędzią karnym. Ale zdarzyła mi się taka sprawa, że sądziłem złodzieja, który, na
klatce schodowej, napadł na kobietę i ukradł jej pantofel. Oczywiście został oskarżony o kradzież. Ukradziony but znaleziono u niego w spodniach. A do tego
buta był włożony jego członek. Mnie to nasuwało wątpliwości. Dla ich rozważenia ściągnąłem sobie akta
dotyczącej go, wcześniejszej, sprawy karnej i ze zdziwieniem stwierdziłem, że karany był za identyczny
czyn. To był typowy fetyszyzm, a wezwani do sprawy
biegli pozwolili mi na dokonanie prawidłowej oceny
czynu. Przestępstwa na tle seksualnym są, niestety,
traktowane podobnie jak inne rodzaje przestępstw,
np. przeciwko mieniu. Mam wątpliwości, czy zrobiono wszystko, aby właściwie przygotować sędziów do
rozpoznawania tych spraw. Wydaje mi się jednak, że
zrobiono sporo, jeśli chodzi o odbywanie kary przez
tego rodzaju sprawców. Już ustawodawca okazał więziennictwu zaufanie. O ile w poprzednich kodeksach
karnych, skazanego na karę pozbawienia wolności za
przestępstwo popełnione w stanie ograniczonej poczytalności, umieszczało się, przed odbyciem kary,
w odpowiednim zakładzie leczniczym, o tyle art.
95 kodeksu karnego przewiduje odbywanie przezeń
Lecz najgłębiej i najszerzej
Ty poznałeś kryminały
Hołd Ci więc składamy szczerze
Wszak to teren niebywały
Pełno w nim przemocy, gwałtu
Często okropnej agresji
Ty pozostałeś pogodny
I zero w Tobie depresji
P.W.: Jednym słowem, wierzy Pan w oddziaływanie
kary i jej funkcję?
kary od razu, jednakże w zakładzie, w którym stosuje się szczególne środki lecznicze lub rehabilitacyjne.
Terapeutyczny system odbywania kary to całkiem
niezły początek. W zeszłym roku przez trzy dni wizytowałem oddział terapeutyczny Zakładu Karnego
w Goleniowie. Jednego dnia, pod wieczór, rozszalała
się burza, wiatr łamał gałęzie i konary. Drugiego dnia
stwierdziłem, że personel wnosi je na teren oddziału.
Z tego „surowca” więźniowie rzeźbili, po czym malowali ptaszki, kogutki i inne wytwory. Z jednej więc
strony siermiężna rzeczywistość, z drugiej zaś zaangażowanie personelu i „myślenie sercem”.
P.W.: Panuje pogląd, że pierwsza „wokanda” w przedmiocie warunkowego przedterminowego zwolnienia
zawsze jest rozpoznawana negatywnie. Czy tak jest
ją mi się takie liczby: w 1974 roku na wychodzącego
na wolność więźnia, w województwie szczecińskim,
czekało 13,6 wolnych miejsc pracy, z czego prawie 7
z jednoczesnym zakwaterowaniem. Różnego rodzaju
PB Role i inne przedsiębiorstwa budowlane mogły go
przyjąć do pracy od następnego dnia i zakwaterować
na początek w hotelu robotniczym. Kiedyś z koleżanką badaliśmy zagadnienie pracy jako czynnika resocjalizującego warunkowo zwolnionego. Okazało się,
że spośród tych, którzy byli zobowiązani do podjęcia
pracy, a jednocześnie pracę tę mieli załatwioną, prawie 49 % nie zgłaszało się do zakładów pracy, a ci, którzy pracę podjęli, masowo ją porzucali.
P.W.: Czy Pana zdaniem kara ograniczenia wolności
z jej pracami społecznie użytecznymi jest w wystarczającym stopniu wykorzystywana?
M.S.: Myślę, że przebieg wielu posiedzeń uzasadnia taki pogląd. Trzeba jednakże przyjrzeć się bliżej
przyczynom tego stanu rzeczy. Po pierwsze, warunki panujące na wolności nie ugruntowują resocjalizacji prowadzonej w zakładzie karnym. Więzień nie
ma praktycznie żadnych szans na podjęcie pracy
i zaspakajanie potrzeb życiowych w sposób godziwy.
Na wolności funkcjonuje też mocne kryminogenne
środowisko, z którego wyszedł. Zatem w zbiorowym
przekonaniu sędziów wolność daje szansę urządzenia
się w niej tylko tym, którzy stali się bardziej odporni
na pokusy „lekkiego życia”. A taką odporność można
łatwiej stwierdzić u skazanego, który, mimo dwóch
czy trzech odmów warunkowego przedterminowego
zwolnienia, nie zmienił swojego prawidłowego funkcjonowania w społeczności więziennej i tym samym
potwierdził, że jego resocjalizacja nie jest powierzchowna, ale gruntowna. Po drugie, ustawodawca
w sposób zaskakujący sędziów, zmienił przesłanki
warunkowego przedterminowego zwolnienia. Poprzednio były nimi: spełnienie celów kary oraz możliwość postawienia pomyślnej prognozy co do życia
skazanego na wolności. Obecnie jedyną przesłanką
jest ta pomyślna prognoza. Konieczność postawienie
takiej prognozy, przy uwzględnieniu aktualnej rzeczywistość, a szczególnie rynku pracy, utrudnia więźniowi szybkie uzyskanie warunkowego zwolnienia. Sam
starałem się być odporny na te subiektywne, w gruncie rzeczy, okoliczności. W szczególności pamiętałem,
że w poprzednim okresie, gdy rynek pracy był ogromny, więźniowie nie garnęli się do pracy. Przypomina-
M.S.: Pamiętam same początki kary ograniczenia
wolności. Karę tę zaczęto orzekać i wykonywać
w 1970 roku. W 1973 lub 1974 roku ukształtowała
się taka struktura skazań: 31-34% oskarżonych było
skazywanych na karę ograniczenia wolności, 20% na
grzywnę, reszta na karę pozbawienia wolności, w tym
około połowa z warunkowym zawieszeniem jej wykonania. Jednakże po kilku latach zakłady pracy zdały
sobie sprawę z tego, że skazanego trzeba nieustannie
dozorować, że nie ma większego pożytku z jego pracy,
a dopływ skazanych jest nieregularny. Nowość przestała być interesująca i niebawem karę tę wykonywano niechętnie, co z kolei spowodowało rzadsze jej
orzekanie. Kara ta nie miała swojego należytego marketingu. Nikt nie starał się przekonać społeczeństwa,
że lepiej, a zwłaszcza taniej, jest skorzystać z pracy
skazanego, niż utrzymywać go w więzieniu. Wydaje
mi się, że powinna być przeprowadzona energiczna,
wieloaspektowa kampania na rzecz kary ograniczenia wolności, poczynając od wytworzenia pożądanych przekonań społecznych, poprzez mobilizację
sędziów do jej orzekania aż do rzetelnego ustalenia
potrzeb wykonawczych w poszczególnych zakładach
komunalnych, instytucjach opiekuńczych i charytatywnych. Kara ta musi stać się realną alternatywą dla
kary pozbawienia wolności, zwłaszcza w dobie przepełnionych więzień.
Nie odcisnęło to zatem
Negatywnego na Tobie piętna
Twój urok, humor, postawa
Jest bez zarzutu piękna.
Wszystkie te Twoje atuty
Zostaną w pamięci nam.
Arbitrze elegantiarum
Siejący westchnienia wśród dam.
P.W.: Dziękuję Panu za bardzo interesującą rozmowę.
Kara śmierci –
powracający dylemat
[ Ryszard Różycki ]
Wiceprezes Zarządu Oddziału Zrzeszenia Prawników Polskich w Szczecinie
wraz ze swoim ugrupowaniem domaga się przywrócenia kary śmierci przez powieszenie. Robi to nie po
raz pierwszy. Tym razem działa jednak pod silnym
wrażeniem popełnionej, na początku lipca ubiegłego roku, zbrodni, kiedy to dwóch bandytów pobiło
i wyrzuciło z pociągu młodą kobietę, która następnie
poniosła śmierć.
Przypomnieć należy, że obecnie obowiązujący Kodeks karny, uchwalony przez Sejm
w dniu 6 czerwca 1997 r., nie przewiduje kary śmierci.
Kara ta przewidziana była natomiast w Kodeksie karnym z 1932 r. i z 1969 r. Następnie obowiązywało, faktycznie od 1988 r. i formalnie od 1995 r., moratorium
na jej wykonywanie.
Za karą śmierci i przeciw niej napisano już prawie
wszystko. Dyskusja nad problemem kary śmierci nigdy nie przestanie być wolna od silnego emocjonalnego zaangażowania dyskutantów, uzależniających
swój punkt widzenia przede wszystkim od wpojonych
i wyznawanych wartości, jak również od własnej interpretacji wyników badań socjologicznych czy psychologicznych. Argumenty, jakie padały za i przeciw
karze śmierci, są nadal aktualne i nie tracą na swej
sile. Cesare Beccaria, jako przeciwnik kary śmierci
twierdził, iż nie surowość kary, lecz jej nieuchronność, skutecznie odstrasza przestępców – pogląd ten
reprezentowany jest również dzisiaj.
Kara śmierci została w zasadzie wyeliminowana z ustawodawstw europejskich, i tak: we Włoszech
zniesiono ją w 1948 r., w RFN w 1949 r., w Austrii w
1950 r., w Anglii w 1965 r., a we Francji w 1985 r. Wreszcie nie przewiduje jej polski Kodeks karny
Jednakże nasuwa się szereg pytań, np. czy z mocy
prawa państwo może odbierać życie, czy stosowanie
najwyższego wymiaru kary można pogodzić z piątym
przykazaniem dekalogu: „Nie zabijaj” ? Uważam, że
żaden człowiek nie ma prawa odbierać życia drugiemu człowiekowi, chyba że broni życia. Zdarzały się
bowiem sytuacje, że wykonano karę śmierci, a potem
okazało się, że stracono osobę niewinną. Właśnie
z uwagi na nieodwracalność kary śmierci jestem zdecydowanym przeciwnikiem pomysłu przywrócenia
tej kary w Polsce. Państwo pod żadnym pozorem nie
ma prawa pozbawiać nikogo życia. Życie to niewzruszalna wartość. Poza tym, jak uczy praktyka innych
krajów, utrzymywanie kary śmierci wcale nie ma
dodatniego wpływu na stan bezpieczeństwa w państwie.
Dyskusja na temat przywrócenia kary śmierci – mimo,
iż w ogóle nie powinna się toczyć, bo sprawa została
ostatecznie zamknięta, a karę śmierci w Polsce zniesiono – jest wszechobecna. Przeciwnicy kary śmierci
wskazują, że tylko Bóg, a nie omylny człowiek, może
odebrać drugiemu człowiekowi życie, jednocześnie
podnoszą także, że należy zaostrzyć zasady odbywania kary pozbawienia wolności, gdyż zbyt liberalnie
stosuje się wydawanie przepustek z więzienia i podejmuje się decyzje o warunkowym przedterminowym
Pewną sensację wywołał przed laty Naczelnik Rejonowego Aresztu Śledczego w Szczecinie - płk Witold
Czajka, który oświadczył: nikt nie ma prawa odbierać
życia drugiemu człowiekowi. Ci, którzy nie mają żadnych wątpliwości co do stosowności kary śmierci,
powinni się publicznie zadeklarować, że ją wykonają. Problem nie w tym, jak karać, ale jak zabezpieczać
społeczeństwo przez zwyrodnialcami. Naczelnik ten
zaznaczył, że dożywocie, bez możliwości warunkowego zwolnienia wcześniej niż po 25 latach, to słuszna kara i skuteczne zabezpieczenie.
Ewentualny powrót do kary śmierci byłby trudny nie tylko ze względu na prawo europejskie, ale
też treść art. 38 naszej Konstytucji, który stanowi, iż
„Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia”. Kary śmierci nie ma już
w ponad 160 krajach świata.
Godzi się w tym miejscu przypomnieć, że w Szczecinie ostatni wyrok skazujący na karę śmierci orzeczony został w dniu 20 września 1985 r. Prokurator
Andrzej Sołtysem oskarżył 24-letniego Mariusza Radomskiego o to, że 14 grudnia 1984 r., w Szczecinie,
działając wspólnie i w porozumieniu z nieletnim, zadał pięć ciosów nożem w okolicę klatki piersiowej powodując natychmiastową śmierć swojej oﬁary, a następnie zabrał, w celu przywłaszczenia, pieniądze w
kwocie 10.000 zł, szalik i rękawice. Prokurator, w mowie końcowej, złożył wniosek o wymierzenie oskarżonemu najwyższego wówczas wymiaru kary, tj. kary
śmierci. Sąd Wojewódzki w Szczecinie, pod przewodnictwem sędziów: Zenona Rzepeckiego i Edwarda
Nowickiego, uznając oskarżonego za winnego popełnienia zarzucanego mu przestępstwa, skazał go, zgodnie z wnioskiem prokuratora, na karę śmierci i pozbawienie praw publicznych na zawsze. Rada Państwa
nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok został wykonany
w dniu 25 lipca 1986 r. w poznańskim więzieniu, gdyż
w tym czasie już nie wykonywano wyroków śmierci
na terenie województwa szczecińskiego. [ ]
„ Między prawdą a mitem –
fascynacja maﬁą ”
[ Przemysław Kazaniecki ]
prawnik w Biurze Prawnym Urzędu Marszałkowskiego w Szczecinie
Znakomita większość przedstawicieli płci męskiej,
oczywiście zaznaczam, że nie tylko, wprost przepada
za tzw. kinem maﬁjnym. Cytaty z “Ojca Chrzestnego”,
“Chłopców z Ferajny”, czy nawet z “Człowieka z blizną”,
są powszechnie znane, w dodatku – paradoksalnie
– doskonale komponują się z rozmaitymi sytuacjami,
jakimi zaskakuje nas życie codzienne. W tym jednak
przypadku, z całą pewnością, to nie kino stworzyło fascynację, to właśnie fascynacja, tym specyﬁcznym rodzajem przestępczości zorganizowanej, doprowadziła
do powstania wielu arcydzieł światowego kina.
Co bardzo interesujące, we współczesnym świecie,
w którym bombardowani jesteśmy nieustannie informacjami o różnego rodzaju przestępstwach, sam wyraz
“maﬁa” wybił się ewidentnie do pierwszej ligi zwrotów
używanych powszechnie, zostawiając daleko w tyle
pierwotny desygnat, samą organizację. Telewizja nieustannie informuje o rozmaitych maﬁach rosyjskich,
albańskich, kolumbijskich, wreszcie polskich, czy też
nawet “maﬁach” urzędników i taksówkarzy.
Nie chodzi więc o sam fakt, że przestępczość zorganizowana jest w zasadzie zjawiskiem powszechnym,
którego istnienia nikt nie podważa. Co najwyżej niektórzy ludzie doszukują się powiązań, często absurdalnych, w imię wszechobecnych teorii spiskowych.
Przecież państwa przełomu XX–XXI wieku, niemalże
bez wyjątku, muszą zmagać się z grupami o różnym
stopniu organizacji, rodzimymi oraz napływowymi.
W samych Włoszech jest przecież jeszcze Sacra Corona Unita czy camorra, nigdy one jednak nie nabrały
naprawdę takiego rozmachu, czy międzynarodowego
znaczenia, jak sycylijska Cosa Nostra. Jest ona bardzo
mocno obecna w życiu gospodarczym i politycznym
państwa włoskiego od samego jego zjednoczenia.
Współczesne afery, między innymi sprawa Giulia Andreottiego, świadczą o tym, jak daleko sięgają wpływy
maﬁi również w dniu dzisiejszym. Być może jest to po
prostu konsekwencją tego, że Włosi wypracowali sobie
konstytucję, która w obecnym kształcie jest wzorcowa,
jeżeli chodzi o demokratyzm ustroju, parlamentaryzm
czy decentralizację władzy. A maﬁa właśnie, czuje się
w systemach demokratycznych wyjątkowo dobrze,
szybko uzyskuje mocną pozycję, wpływ na rządy i specjalne przywileje. Zasadną jest teza, że im mocniejsza
pozycja obywatela w państwie, tym większa operatywność zorganizowanej przestępczości. Dlatego największe sukcesy w walce z maﬁą odnosiły Włochy totalitarne, a rozkwit jej działalności wiąże się właśnie z ich
Oczywiście nie jest moją intencją, w żadnym wypadku, wychwalanie rządów faszystowskich. Fizyczna
likwidacja organizacji niosła ze sobą ogromną liczbę
niewinnych oﬁar, jednakże jakaś reﬂeksja pozostaje.
Mogę przytoczyć, dla zastanowienia się, dwie anegdoty, jedną z początku lat dziewięćdziesiątych, gdzie
podczas “maxiprocesso” adwokaci maﬁosów zażądali,
jak najbardziej zgodnie z prawem, odczytania aktów
oskarżenia. Z tym, że jak bardzo szybko wyliczono, odczytywanie takie w przypadku tego procesu musiałoby
trwać trzy lata. Sprawa wymagała zmian w konstytucji, do dziś cała sytuacja jest dosyć dyskusyjna. Z kolei
druga anegdota dotyczy Cesare Moriego, faszystowskiego Żelaznego Prefekta, słynnego z szerokiej ofensywy w walce z maﬁą, od represji policyjnych po kampanie wojskowe. W 1928 roku przeprowadził on, jedną
z wielu podobnych wówczas operacji, w liczącej 2500
mieszkańców wiosce Millocca. Wiedziano, jakie osoby należy aresztować, jednak gdy nie można było ich
odnaleźć, policjanci zaczęli zatrzymywać ich rodziny,
a nawet dobytek. Następnie całe to aresztowane zgromadzenie kilkuset osób, wraz z inwentarzem, popędzono do odległej miejscowości, gdzie przez ponad rok
ludzie ci oczekiwać musieli na proces. W połączeniu
z rekordowym tempem pracy sędziów oraz surowością
kar, polityka taka dawała naprawdę wymierne efekty.
Tym, którzy będą się w tym miejscu zasłaniać sycylijską specyﬁką, przypomnę, że w całkiem innym rejonie świata, w owładniętej przestępczością Kinszasie,
podczas pamiętnej walki Muhammada Aliego z Georgem Foremanem, nie zdarzyła się ani jedna napaść na
białego turystę. Stało się tak, dlatego że prezydent Mobutu, na krótko przed organizowaną imprezą, zarządził
aresztowanie tysiąca obywateli z podejrzanych środowisk, z której to liczby następnie setka została losowo
rozstrzelana. Można więc, wydaje mi się, zaryzykować
stwierdzenie, że nic tak pięknie nie radzi sobie z bezprawiem, jak znacznie większe bezprawie. Smutne, jednakże bardzo dobrze jest zdawać sobie z tego sprawę.
Co jest takiego w etosie maﬁosa, że jest on dla zwykłego człowieka tak bardzo interesujący? Na pewno
nikt przy zdrowych zmysłach nie odbiera tego typu
ludzi jako współczesnych “Janosików”, więc może chodzi po prostu o samą siłę, połączoną z pewnego rodzaju
ekskluzywnością czy tajemniczością? Podczas pisania swojej pracy magisterskiej spotkałem włoskiego
studenta z południa kraju, z którym podzieliłem się
moimi spostrzeżeniami dotyczącymi przedmiotowego
tematu. Zdziwił mnie duży dystans, z jakim podszedł
do rozmowy, poradził mi również, żebym dobrze przemyślał, o czym naprawdę chcę pisać. Może dlatego, że
jemu słowo “maﬁa” nie kojarzyło się ze współczesnymi
kowbojami z egzotycznych westernów?
W dniu 3 września 1982 r. zamordowano generała
Carlo Alberto della Chiesa. 12 marca 1992 r. przed swoją willą ginie Salvo Lima. 23 maja tego samego roku samochód opancerzony eksploduje wraz z człowiekiem,
który pół życia spędził w bunkrze, niezłomnym sędzią
Falcone. 19 lipca ginie prokurator Paolo Borsellino
i pięciu członków obstawy. Maﬁa uderzała w wysokiej
rangi urzędników, karabinierów, własnych bossów
i w dziesiątki tysięcy przypadkowych ludzi. Zeznania
prostego żołnierza maﬁi Vincenzo Sinagry, który był
świadkiem lub wykonawcą kilku egzekucji dziennie,
murarzy, sklepikarzy, rozmaitych ludzi, o których nawet sami maﬁosi nie byli pewni, czym tak naprawdę
zawinili, świadczą o rozmiarze terroru. Z kolei zeznania Tommaso Buscetta pokazują, jak bardzo maﬁa powiązana była ze światem polityki, jak skomplikowane
układy rządzą współczesnymi Włochami.
Dzięki “skruszonym” maﬁosom, przeprowadzonym zmianom w konstytucji oraz mobilizacji całego
społeczeństwa doszło w 1991 r. do “maxiprocesso”,
który zakończył się połowicznym sukcesem państwa włoskiego oraz w konsekwencji
śmiercią Falcone, Borsellino, oraz,
co być może najstraszniejsze, zabójstwem syna człowieka, który posprzątał celę jednemu
z maﬁosów w sposób, który
niestety tego ostatniego nie
usatysfakcjonował.
Makabryczną ciekawostką był proces Gulia Andreottiego, siedmiokrotnego
(!) premiera Republiki Włoskiej, wielokrotnego ministra
spraw zagranicznych, wreszcie
dożywotniego senatora Republiki Włoskiej od 1991 r. Zlecanie zabójstw jest jednym z wielu zarzutów,
wcale nie najbardziej przerażającym,
w tej sprawie. W 1999 r. zakończyła się
jedna spraw przeciwko niemu, a kierujący prokuraturą w Palermo - Gian
Carlo Caselli powiedział: “maﬁa
zwyciężyła”. Taki ma też tytuł książka Tomasso Buscetty, “skruszonego”, który stracił na wojnie z maﬁą nawet najdalszą, jedynie
symboliczną rodzinę. Jedna z jego dalekich kuzynek
powiedziała dziennikarzowi, że nazywać się Buscetta
to przekleństwo. Miała niestety rację, jak niedługo, nieszczęśliwie dla niej, miało się okazać.
Współczesna maﬁa nie walczy już oczywiście tradycyjną luparą, kluczem do sukcesu stał się czeski semtex, postsowieckie rakiety typu “Strieła” oraz przede
wszystkim ukochane przez mężów honoru, być może
nawet w równym stopniu co eleganckie, limuzyny
BMW i kałasznikowy. Sędzia Falcone, czy generał
Della Chiesa doskonale w gruncie rzeczy wiedzieli, że
śmierć jest tylko kwestią czasu, niezależnie od środków zapobiegawczych.
Salvatore Cotorno, jeden z legendarnych skruszonych bossów, długo wodził za nos próbujących go zabić
Corleończyków. I przetrwał, choć jego wielki nieprzyjaciel Pino Greco, zamordował wszystkich ludzi, którzy mogli udzielić mu schronienia. Nazwał to taktyką
spalonej ziemi, a jego oﬁary można liczyć w tysiącach.
Maﬁa daje sobie radę niezależnie od warunków
i w konsekwencji wygrywa każde starcie z państwem.
Jest skazana na nieustanną wojnę, zarówno wewnętrzną jak i zewnętrzną. Incydenty, jak ten z marca ubiegłego roku, gdzie skonﬁskowano Michelemu Aiello,
członkowi maﬁi, nieruchomości o wartości ponad stu
milionów dolarów, nie są naprawdę tak wielkim
ciosem, jak mogłoby się wydawać.
Niebezpieczne jest jednak to, że maﬁa fascynuje. Fascynuje wybitne autorytety, największe
nazwiska wśród badaczy maﬁi otwarcie to
przyznają (Sciascia, Gellert). Amerykanie włoskiego pochodzenia także są
naprawdę zadowoleni z otaczającego ich mitu, sam przecież
widziałem plakaty i zdjęcia
maﬁosów we włoskich ﬁrmach
w Nowym Jorku. Wszystko, jak
najbardziej, z przymrużeniem
oka. Jednak...
Nawet w naszej szarej rzeczywistości sędziowie dumni są
z faktu, że prowadzą, w końcu najbardziej medialne, sprawy polskich
gangsterów. Popularność serialu dokumentalnego “Alfabet Maﬁi” zdaje
się potwierdzać spore zainteresowanie
tematem wśród naszego społeczeństwa.
Ciekawe, jak dalece “maﬁa” jest już
w tej chwili atrakcyjna z punku widzenia
marketingowego. Wszystko wskazuje na
to, że coraz bardziej. Zbrodnia więc po raz
kolejny stała się towarem. Kosztem tysięcy
oﬁar we Włoszech i na całym świecie powstał kolejny mit o współczesnych mrocznych rycerzach. [ ]
1. F. Calvi, Życie codzienne maﬁi od roku 1950
do naszych dni, Warszawa 1993 r.,
2. M. Matard-Bonnuci, Historia maﬁi,
Warszawa 2001 r.,
3. G. Gellert, Maﬁa, Warszawa 1984 r.
[ adw. Bartłomiej Sochański ]
Już niebawem Europejski Trybunał Praw
Człowieka wyda orzeczenie w sprawie
Marii Hutten-Czapskiej przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej. Wyrok ten może mieć
istotne, precedensowe znaczenie dla oceny, czy administracyjny tryb najmu stosowany w Polsce narusza prawa właścicieli
domów. Sprawa ta ma również swój szczeciński wątek w osobie pełnomocnika skarżącej. Przed rokiem, w strugach deszczu,
jechałem wraz z młodym adeptem prawa Piotrem Paszkowskim do Strasburga
ciągnąc ze sobą pół bagażnika akt, które
w praktyce okazały się zresztą zupełnie
ni potrzebne.
Rozprawa główna przed Izbą odbyła się 27 stycznia
2004 roku. Podobnie jak każde po stępowanie również
to przed Trybunałem w Strasburgu ma swoje osobliwości, których próżno szukać w spisanych procedurach. Sala posiedzeń jest przestronna i w zasadzie
pozbawiona akustyki. Strony mówią wyłącznie przez
mikrofon, podobnie jak na posiedzeniach plenarnych Rady Europy i Parlamentu Europejskiego. Być
może jest w tym trochę cynizmu, bo w krytycznych
sytuacjach do zapanowania nad salą wystarczy po
prostu wyłączenie nagłośnienia. Wystąpienia odbywają się zasadniczo w jednym z języków oﬁcjalnych
Rady Europy – po angielsku lub francusku. Procedura
wprawdzie zapewnia tłumaczenie na język ojczysty,
ale w praktyce są to przypadki nader rzadkie. Przed
rozprawą przewodniczący spotyka się w swoim gabinecie z głównymi reprezentantami stron dla ustalenia przebiegu rozprawy. W naszym postępowaniu, po
krótkim wprowadzeniu przewodniczącego, miałem,
jako pełnomocnik skarżącej, 20 minut na swoje wystąpienie, tyle samo, co Rząd, w imieniu którego występowało trzech przedstawicieli. Po wystąpieniach
sędziowie zadawali pytania, po czym zarządzono
przerwę, a następnie strony miały po dziesięć minut
na odpowiedzi na te pytania oraz replikę. Sala zbudowana jest w kształcie olbrzymiej podkowy, na czele
której siedzą sędziowie, a w tyle znajdują się miejsca
dla widowni (zwykle studentów, naukowców, me-
diów lub osób szczególnie zainteresowanych danym
rozstrzygnięciem).
Dokładne i szczegółowe przedstawienie faktycznych
i prawnych aspektów sprawy Hutten-Czapskiej wymyka się ramom i celom tego artykułu. Rzecz idzie
o zasadę ustanowioną w art. 1 Protokołu nr 1 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych
Wolności, która brzmi następująco: „Każda osoba ﬁzyczna i prawna ma prawo do poszanowania swego
mienia. Nikt nie może być pozbawiony swojej własności, chyba że w interesie publicznym i na warunkach
przewidzianych przez ustawę oraz zgodnie z ogólnymi zasadami prawa międzynarodowego”. Innymi słowy w europejskim rozumieniu podstawowych praw
obywatelskich mieści się ingerencja państwa w prawo
własności prywatnej, jednak musi być to ingerencja
sprawiedliwa, w ogólnym interesie i na podstawie
Skarżąca wywodzi, że w polskim systemie prawnym nie może ani odzyskać posiadania swej nieruchomości, przez co nie może z niej korzystać, ani
czerpać z niej jakiegokolwiek dochodu. To ją zaś obciążają wszelkie koszty związane z utrzymywaniem
nieruchomości w należytym stanie.
Dom jednorodzinny, o którego odzyskanie stara
się Hutten-Czapska, wybudowali jej rodzice w latach
trzydziestych ubiegłego stulecia. Położony jest w Gdyni na Kamiennej Górze. Podczas II Wojny Światowej
zajmowały go wojska kolejnych okupantów. Po wojnie
dom został przejęty w zarząd państwowy i podzielony na odrębne lokale, które decyzjami administracyjnymi przydzielono najemcom. Warto zaznaczyć,
iż według ówczesnego prawa dom Hutten-Czapskich
nie kwaliﬁkował się ani do przejęcia w zarząd państwowy, ani do podziału w myśl późniejszych przepisów o szczególnym trybie najmu. Próby odzyskania
domu podjęte ówcześnie zakończyły się niepowodzeniem, dopiero na skutek postępowań wszczętych w
latach dziewięćdziesiątych Hutten-Czapska uzyskała stwierdzenie wydania wszystkich wspomnianych
decyzji z naruszeniem prawa. Niestety ze względu na
upływ czasu od ich wydania niemożliwe było stwierdzenie ich nieważności i zniwelowanie ich skutków,
zaś przepisy dotyczące odpowiedzialności Skarbu
Państwa za działania urzędników uniemożliwiały jej
dochodzenie słusznego odszkodowania.
Sprawa ta zawisła przed Trybunałem jeszcze
w 1997 roku. Podczas wstępnej wymiany pism proce-
sowych Rząd Polski twierdził, że skarga jest bezzasadna, gdyż interwencja w prawa właścicieli nieruchomości mieściła się w zakresie swobodnego marginesu
oceny, jakim musi dysponować Państwo w interesie
publicznym. Pełnomocnik Rządu zarzucał również, iż
sprawa nie podlega jurysdykcji Trybunału, gdyż zdarzenia, które stanowią podstawę skargi miały miejsce
zanim jeszcze Polska ratyﬁ kowała Europejską Konwencję Praw Człowieka i Podstawowych Wolności.
Ponadto Rząd podnosił, iż skarżąca nie wyczerpała
drogi krajowej. Poglądów tych Trybunał nie podzielił
i w dwóch wstępnych decyzjach z 16 listopada 2000r.
i 16 września 2003r. uznał, że stan będący potencjalnym naruszeniem prawa własności nadal trwa, argumenty przytoczone na poparcie skargi są na tyle
poważne, iż zasługuje ona na rozpatrzenie merytoryczne, zaś zarzut niewyczerpania drogi krajowej jest
chybiony, gdyż skarżąca wszczęła wszystkie możliwe
postępowania cywilne i administracyjne. Trybunał
przypomniał, iż nie można obciążać jednostki obowiązkiem wszczynania postępowania w sytuacji, gdy
regulacje prawa krajowego jednoznacznie wskazują,
że postępowanie nie przyniesie skutku. Ponadto Trybunał postanowił ograniczyć zakres czasowy skargi
do zdarzeń, które zaszły po uchwaleniu i wejściu w
życie ustawy z 1994r. o własności lokali. Skarga została uznana za dopuszczalną i Trybunał przystąpił do
rozpatrywania jej ad meritum. Ważną rolę w kształtowaniu poglądów prawnych w tym procesie odgrywają
kolejne wyroki polskiego Trybunału Konstytucyjnego.
Oczywiście trudno jest wyrażać swój pogląd tuż
przed ogłoszeniem wyroku. Wydaje się jednak, że na
podstawie dotychczasowego orzecznictwa Trybunału, a także orzecznictwa polskiego Trybunału Konstytucyjnego, rysuje się następująca ocena.
Zadaniem państwa jest między innymi pomoc
słabszym. Sytuacja mieszkaniowa jest jednym
z głównych proM r M . Pe
llonpä ä
blemów we
(Fin ni sh
współM r J. C
as adev
(A ndor
M r S. Pa
(Moldova sc h i
E A N CO
U RT OF
(FOU R
(Eston ia te
IGH T S
H SE C T
hea r ing
on 27 Ja
C A SE O
nu a r y 2
F HUTT
0 0 4 at 9
E N -CZ A
.30 a.m
P SK A v
. P OL A
o. 3501
4/97)
M r M. O
Sect ion ’Boyle
Reg is tr
A PPL IC
EU ROP
czesnym świecie. Nie chodzi tu tylko o państwa
przechodzące z ustroju gospodarki centralnie sterowanej do wolnorynkowej. Problemy lokalowe absorbują niemal w takim samym stopniu społeczeństwa
w dawnych i stabilnych demokracjach zachodnich.
Prawa lokatorów stanowią bardzo szczególne dobro,
a konieczność jego ochrony przez państwo nie jest
kwestionowana. Państwo może zdecydować, iż najlepszą ochronę zapewni przykładowo poprzez ustawowe
określenie maksymalnej wysokości rat czynszowych,
bądź ograniczenie możliwości podwyżek czynszu.
Ustawodawstwo, które wprowadza tego typu ograniczenia nie może być uznane per se za naruszające
standardy międzynarodowe czy konstytucyjne.
Problem pojawia się wtedy, i to jest przypadek Polski, gdy państwo wprowadzając wiele różnych środków jednocześnie przerzuca cały ciężar związany
z utrzymaniem lokatorów na właściciela nieruchomości, przez co de facto dochodzi do zniesienia prawa
własności a nie jego dopuszczalnego ograniczenia.
Sprawie Hutten-Czapskiej Europejski Trybunał
Praw Człowieka nadał charakter sprawy pilotowej.
Szacuje się, iż dotyczy ona około stu tysięcy właścicieli w Polsce a być może także w Czechach, na Słowacji
i na Węgrzech. W istocie, po odzyskaniu suwerenności i demokracji w państwach Europy Centralnej
i Wschodniej po roku 1989, Europejski Trybunał Praw
Człowieka zajmuje się wieloma interesującymi sporami sprowadzającymi się do interpretacji prawa własności w rozumieniu art. 1 Protokołu dodatkowego nr 1
w tak nieoczekiwanie zmienionej politycznie i prawnie Europie. Wystarczy wspomnieć sprawę Broniowski przeciwko Polsce (tzw. „mienie zabużańskie”),
czy też sprawy dawnych niemieckich właścicieli,
zarówno tych, którzy wytoczyli skargi w Strasburgu
wobec własnego rządu, jak i tych, którzy odgrażają się
skargami na rząd Polski. Każda z tych spraw jest inna,
łączą je i dzielą podobieństwa i różnice.
Niewątpliwie jednak współczesna
Europa stawia klasycznemu,
Si r Nic
ol as Bra
rzymskiemu rozumieK ingdom
Pr esiden
niu prawa własności nowe znaki
M rs V.
St ra zn
(Slova ki ic ka
zapytania. [ ]
M r J. So
rrero B
(Spa ni sh rego
(Swed is tr öm
Subs titu h)
te Judge
E . Fu ra
M r B. S
och a ń sk
i, Cou n
M r P. P
a sz kow
sk i, Ad
v iser
R EGIST
M s J. D
M s J. M
a rsza li
G OV E R
T OF P O
M r J. W
o łą siew
ic z, A gen
M r J. Łu
k a si k , A
dv iser
Mr A. B
oja ńcz yk
, Adv is
Płynę jachtem do Ameryki – żona popatrzyła na mnie, jakbym był bliźniakiem barona
Münhausena – płyń, płyń powiedziała z rozbawieniem i zabrała mnie spod Jacht Klubu
Marynarki Wojennej „Kotwica” w Gdyni do bezpiecznej przystani w Słupsku. Pięć
dni później, 24 października 2003r., otrzymałem 10-letnią wizę amerykańską
i nastrój towarzyszki życia uległ radykalnej zmianie. Po upływie tygodnia zamustrowałem się w Kadyksie na jednomasztowy, regatowy jacht amerykański
[ Mirosław Kido ]
„Julianna”. Półwdowa i dwie ćwierćsieroty zostały w dalekim kraju.
Prokurator Okręgowy w Słupsku
autor podczas wyprawy
Tak zaczęła się moja 54-dniowa atlantycka przygoda. Ale od początku. W lipcu 2003r.
Amerykanin polskiego pochodzenia, Izydor Ryzak, przypłynął swoim pięknym jachtem do Polski. Podziwiałem „Juliannę” z burty „Legii” w czasie parady morskiej w Zatoce
Gdańskiej i ani mi przez myśl nie przeszło, że kilka miesięcy później popłynę nią na Florydę. Pod koniec
lipca Izydor rozchorował się i wrócił samolotem do Chicago, zostawiając łódkę pod opieką „Kotwicy”.
Szczęśliwe wiatry przywiały mnie do klubu akurat wtedy, kiedy na prośbę właściciela kompletowano
załogę na rejs powrotny. Moi przyjaciele z „Kotwicy”, towarzysze wielu wspólnych wypraw morskich,
zaproponowali mi udział w tej ekipie. Zgodziłem się bez wahania – żeglarstwo morskie jest moją pasją
od wielu lat, przepłynąłem kilka tysięcy mil, a Atlantyk i Morze Karaibskie to wyzwanie, któremu trudno się oprzeć. Reszta wypadków potoczyła się błyskawicznie i już 1 listopada odbijaliśmy z nabrzeża
w Kadyksie. Przed nami 5500 mil morskich, w tym słynące ze sztormów i tajfunów o tej porze roku,
Morze Karaibskie. Ostatecznie, z załogi, która pierwotnie miała liczyć 20 osób, na łódkę wsiadło nas 11.
Reszta „wykruszyła się”. Wśród nas 4 sterników jachtowych, jeden morski i 6 kapitanów. Przypomniały
mi się słowa Bismarcka, który na wieść o tym, że w rządzie Rzeszy jest dwudziestu pięciu profesorów
powiedział: „fünf und zwanzig professoren, Vaterland du bist verloren”. Miał dużo racji. Podzieliliśmy się
na 3 wachty po 3-4 ludzi. Wachty trwały po 4 godziny (w tym jedna złamana), prócz tego, od godz. 16 do
16 następnego dnia, jeden zespół, poza zwykłymi obowiązkami nawigacyjnymi, pełnił wachtę kambuzową. Dość powiedzieć, że w ciągu rejsu trzymałem tę wachtę 17 razy: wspólnie z Tadeuszem i Bogumiłem
wydaliśmy 170 obiadów i tyleż śniadań oraz kolacji, że o drobnych przekąskach nie wspomnę. Muszę do
tego dodać, że odsalarka słonej wody była zepsuta a lodówka „wysiadła” jeszcze w Polsce W tej sytuacji,
dysponując 400 puszkami kanadyjskiej mielonki, przyrządzaliśmy ją codziennie na obiad w najróżniejszych kombinacjach – mielonka jako schabowy, jako gulasz, paprykarz, jako mielonka, jako wkładka
w zupie i wreszcie jako nie wiadomo co. Brak odsalarki wymuszał reglamentowanie słodkiej wody i przy
zmywaniu naczyń nieustannie mieliśmy konﬂikt sumienia. Koledzy, kupując przed rejsem prowiant
przekonywali mnie, że gazowana woda jest niezdrowa, niesmaczna i zupełnie „de modè”, załadowali
hektolitry „kranówy” i dwie, wybłagane przeze mnie, zgrzewki „Muszynianki”. Oczywiście, jak zresztą
zawsze w każdym moim rejsie, już drugiego dnia nie było po niej śladu, a rano przyłapałem czyściocha,
który mył sobie zęby „moją” wodą!
Na szczęście zdarzyło się to na początku wyprawy, byliśmy wypoczęci, wyluzowani i spragnieni mocnych wrażeń.
spach KanaWy
do La Palmy
cie Santa
skutecz bez
Cru z zbolały I oﬁcer
szcie,
nie szu kał
po par u god zinach, poszed łem
z nim na posteru nek policji
naduży
Po kolejnej god zinie narad, kon
czpaty
sultacji i tele
ny komendant dał nam kar
z adresem pry wat nej
szbełkotał przez tampon, że stra
ietę
ając
nie nałgał wypełni
ciśn
zai w ogóle wsz ystko, czemu
przecza ł, ale
z kwitkiem.
Wieczorem oka zało się, że
zata nkować paliwo musimy
sąwo, podw innej, głębszej mar inie, na
tam krótki postój, woda, pali
śmy całą noc do San Sebastian,
nęli
sied niej
zwiedzanie okolicy i w drogę.
zac hód zmierzając do 16 rów
stawowe zaopatrzen ie, krótkie
lnej, płynęliśmy na południowy
aliśmy łódkę. W ciąg
wac htow y, cora z lepiej poz naw
noleżnika. Weszliśmy w rytm
por tu Mindelo na wys pie Sao
iliśm
sma koie
lądz
ej. Zim ne piwo na
przepłynęliśmy pon
ka, daw nej kolonii por tuga lski
yląd
w arch ipel
pieczywo na przelot
w piekarn i chcieliśmy kupić
hen boc
wało jak nigdy w życiu. Kiedy
rzy nka, obie
Właścicielka, miła i ładna Mu
go od pleśni
się, że trzeba czekać do jutra.
że po tygodniu resz ta zielone
zają
ałoś
ków o
odż ychleba poszła do „wachy ”.
cji. Wisiał tam por tret dobrze
meldun ku na posteru nku poli
rzezyn
Ruszyli śmy
ili nam, że to ich prez
rnej. Por tow i policjanci wyjaśn
ić świeże mię
cze nie mają. Próbujemy kup
ę. Póź nym
lony, a por tret u następc y jesz
my się jednogłośnie na mielonk
star uszek,
hakach tusz
o”. Zaprowadz ił
w por towej tawern ie „Pico Pac
afel kowawyk
liśm
popołud niem rzucamy kotw icę
szy ł, pękając prz y tym
ba 60%
któr y od jakiego
yniesiono nam mie
yłek. Najpier w zam iast piwa prz
zęła
nej salc
iększy loka lny prz ysm
głow
kną łryb
ewn iej do końca życ
zajzajer, potem usmażo
sma żono nasze prz ysmaki, najp
ię”,
sanepidu zob
pili śmy do ucz ty.
i zajzajer zrobiły swoje i prz ystą
zęli
wyc h i w pew nym mom
ląda
się i troi ł, do salk i
Amerykanie. Nie było rady,
gruchnęło już, że prz ypły nęli
ść męskiej
amerykański, bo po mieście
ściom nie było końca, duża czę
y tubylcom skądeśmy.
100 -peseety
naszego hym nu wyjaśn iliśm
ić się z nam i. Oka zało
ęła
y chleb,
łtow
populac ji Mindelo
kiem. Rano, kiedy już
Paw ła II i wiedzą , że jest Pola
ieża
ieśl i to wsz ystko na jach
ę Ali
lu, noszącego wdz ięcz
warzywa i owoce, nas
poc hod zącego zresztą z Senega
yliś
dotk nąć skrz
. W porcie oka zuje
ik z kości rek ina (pat rz zdjęcie)
cyﬁ
zyjn
iłem
wczoraj wieczorem nasz Krz
chorego na zapalen
ynosi na bur tę zielone butelki
czk i. Wd zięczna ludność prz
je pam iętać,
z przebogatej pok ładowej apte
y gościnne miasto, będ ziemy
żeg
cią odmawiamy. Z żale
męt nym płynem, ale z god noś
go nas nie zapomną.
okość,
a i mieszkańc y chyba też dłu
ąć Atla ntyk przez całą jego szer
niejszy skok – musimy przepłyn
skic h.
łużs
Mar tyn iki – For t de Fra nce
wzd łuż 16 rów noleżnik
gów „pęka”, kupuje bile
w dwóch etapach. Jeden z kole
Dot ychcza
Po drodze nie ma nic, tylko
Monach ium, zostaje nas 10.
doświadczenia oceanicznego.
y, nie
Zaczyna się etap
lądu. Oddajemy cumy, odbijam
i, żad nego spłachetka stałego
woda. Żad
iamy spinaker, wielkości dzia
ma odw rotu.
bierzemy kurs na zac hód i staw
ując
yjaz
Od bak szta
prz y sterze co 45 minut,
do 9 węz łów. Zm ieniamy się
rośn
kier unk u wia
ster nika, czy drobna zmiana
y się wodą zajest ta jazda. Niewielki błąd
wizoryczny daszek, polewam
rufą
a 20 met rów,
eśn
sięg
Walczy my
y nie ma, fala oceanic
w miednicy. O monoton ii mow
bur tową, ster nik trzy ma nog i
Po 7 dobach
autor za sterem
z pagórków wody wyrastają góry, wspinamy się na
nie, a potem zjeżdżamy w dół. Chwilami robi się
ciemno, masy wody zasłaniają słońce. Spod grzbietów
fal wyskakują często ławice latających ryb i fruną w
powietrzu po 20-30 metrów. Nigdy w życiu nie widziałem takich zachodów i wschodów słońca. W nocy wisi
nad nami przepiękny gwiazdozbiór Oriona, na lewym
trawersie podziwiamy słynny Krzyż Południa, świecący tuż nad linią horyzontu. Ocean pachnie. Trzeciego dnia kończymy wybijanie ostatnich much. Po 8
dobach osiągamy środek Atlantyku, żadnego statku,
ptaków czy nawet insektów, tylko woda i niezmierzona przestrzeń. Drzemiąc w koi potraﬁę już bezbłędnie
określić szybkość łódki, tylko na podstawie szumu
rozbijanej przez kadłub wody.
Nie mamy łączności, komórki nie działają,
radio okazuje się rozstrojone, telefon satelitarny
ma co prawda Izydor, ale w Chicago.
Mam dojmującą świadomość, że udarowca, zawałowca, czy oﬁarę ataku ślepej kiszki trzeba będzie wyrzucić za burtę, bo w tym upale zwłok nie dowieziemy.
O zatruciu pokarmowym nie chcę myśleć. Płyniemy,
załoga jest już tak zgrana, że zrzucenie spinakera zajmuje nam 20 sekund. Przez jakiś czas towarzyszą nam
delﬁny, młode osobniki wyraźnie popisują się skokami i saltami. Kambuz wymyśla coraz to nowe potrawy z mielonki, piszę hymn na jej cześć. Po 16 dobach
widzimy zarys Martyniki. Czujemy ulgę i dumę, zdaje się nam, że najtrudniejszy etap za nami, nie przeczuwamy jeszcze, co nam szykuje Morze Karaibskie.
Martynika piękna, egzotyczna, widać jednak bardzo
wyraźny konﬂikt rasowy, czarni mieszkańcy wyspy
bardzo różnią się od swoich braci z Wysp Zielonego
Przylądka. Zakupy, zwiedzanie, kolejne przygody,
telefon do domu, zimne piwo i znowu w drogę. Następnym portem ma być San Juan, stolica Puerto Rico.
Wpadamy w koszmarny sztorm, ulewę i burzę. W nocy
błyska raz po raz, tak jakby eksplodowała elektrownia
jądrowa. „Julianna” na sztormowym foku kładzie się
prawie na falach, nikt nie śpi, przygotowanie posiłku
wymaga cyrkowej zręczności, musimy trochę zmienić
kurs. W ciągu 4 dób nie zrobiłem ani jednego zdjęcia,
nie było na to czasu. Po raz pierwszy pomyślałem, że
gdybym nie wierzył w swoje szczęście, to musiałbym
autor z jednym z uczestników wyprawy
się bać. Wreszcie dopłynęliśmy do San Juan. W porcie
co prawda uzyskaliśmy wzmocnienie w postaci właściciela jachtu, który przyleciał z USA, ale, dla równowagi, amerykańskie służby imigracyjne deportowały
naszego informatyka, Bogumiła, z powodu braku
wizy amerykańskiej. Znowu zostało nas 10. Latynoscy urzędnicy byli głusi na wszelkie argumenty, nie
pomógł również nasz wdzięk i niewymuszona uroda,
ani Kościuszko z Pułaskim, ani heroiczna historia Lechistanu. Osieroconą wachtę wzmocnił sam kapitan,
komandor „Kotwicy”, Zbyszek.
Grudniowy upał w Puerto Rico powodował, że
ślepłem na ulicy po wyjściu z klimatyzowanych sklepów, taksówki, czy autobusu, bo szkła natychmiast
pokrywały się parą. Żartowaliśmy, że mają tam podgrzewane ulice.
Ostatni etap – do Key West na Florydzie to popis
sprawności załogi. Pogoda w drugiej dobie poprawiła
się, mogłem nareszcie uzupełnić dziennik pokładowy, a nawet przespać się całe 4 godziny w mojej, za
krótkiej o ćwierć metra, koi. Minęliśmy Dominikanę i
wzdłuż wybrzeży Kuby pożeglowaliśmy na północny
zachód. Miałem akurat nocną wachtę, kiedy na lewym
trawersie pojawiły się światła Hawany. Nie mogliśmy jednak tam zawinąć, ponieważ Izydor bał się, że
amerykański urząd skarbowy obłoży go grzywną za
złamanie embarga. Podobno za każdy dolar wydany
przez Amerykanina w raju Fidela władze USA wymierzają podatek w wys. 7000 dolarów. Nie sprawdziliśmy
tego. W południe czwartego dnia zacumowaliśmy w
mieście Hemingwaya, Key West. Skończyła się żeglarska przygoda, zaczął się amerykański sen. Usiłowały
go, co prawda, zakłócić służby graniczne na lotnisku
w Miami, każąc nam zdjąć buty do kontroli, ale Staszek bohatersko sprzeciwił się tej upokarzającej potomków Skrzetuskiego praktyce, okazując paszport
dyplomatyczny. W cywilu jest posłem, ale na oceanie
nie ma to żadnego znaczenia. Na wodzie obowiązuje
forma bezpośrednia i tak w niezapomnianym rejsie
pod dowództwem Zbyszka wzięli udział: Maciek, Leszek, Tadeusz, Andrzej, Kuba (w cywilu oﬁcerowie
marynarki wojennej) oraz Jurek, Staszek, Bogumił,
Krzysiek (do Cabe Verde) i autor. Wróciliśmy na święta
Bożego Narodzenia, samolotem z Miami. [ ]
Co wiemy o marketingu
usług prawniczych?
[ Anna Falco, aplikant radcowski ]
Każdy prawnik świadczący doradztwo prawne,
zwłaszcza radca prawny i adwokat, wie dobrze, że
trudno jest zdobyć klienta, ale jeszcze trudniej zapewnić sobie stałą obsługę. Idealną sytuacją byłoby
nawiązanie kontaktu z klientem wiernym, lojalnym
i opłacającym terminowo rachunki za otrzymane porady. Ideał ten jest często niemożliwy do osiągnięcia.
Dlatego właśnie marketing usług prawniczych, czyli
umiejętność komunikacji prawnika z otoczeniem, ma
służyć realizacji powyższych celów.
Ważnym elementem pracy prawnika jest nie tylko
fachowa wiedza, ale również umiejętności komunikacyjne, mówienia i aktywnego słuchania. Ze względu
na niematerialny charakter usługi prawniczej, wrażenia klientów, którzy skorzystali z takiej usługi, mają
istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji innych
osób o zleceniu sprawy. Duże znaczenie dla potencjalnych klientów mają rekomendacje dotychczasowych
klientów, opinie mediów oraz pozycja w rankingach
kancelarii prawnych. Stosowanie zasad marketingu
ma ukazać prawnika jako profesjonalistę, zaś prawnikowi zapewnić lojalność klientów. Najważniejszym
czynnikiem wpływającym na lojalność klientów jest
ich całkowita satysfakcja, będąca efektem spełnienia oczekiwań, co do jakości i wartości otrzymanego
Konkurencyjność na rynku usług prawniczych,
związana również z możliwością świadczenia takich
usług przez zagranicznych prawników w Polsce, wymaga umiejętności „sprzedaży” swych usług w taki
sposób, aby zadowolić klienta i uzyskać z tego tytułu
należyte wynagrodzenie. Do tego nie tylko potrzebna jest wiedza prawnicza, ale również umiejętności
z zakresu psychologii działania człowieka, komunikacji oraz umiejętność przedstawienia swej osoby
jako prawnika wiarygodnego, doświadczonego oraz
konkurencyjnego.
Co zrobić, aby taką wiedzę uzyskać? W chwili
obecnej wiadomości na temat marketingu usług prawniczych znaleźć możemy w Internecie (http://www.
kadry.info.pl/produkty/rwm_401.htm, http://pomocprawna.info/etyka/1), w opracowaniach książkowych
(na przykład „Marketing usług prawniczych” M. Bobrowicza, Warszawa 2001), jak i poprzez uczestnictwo w szkoleniach i konferencjach, które pozwalają
rozwijać posiadane przez prawnika umiejętności. Ta
ostatnia forma oczywiście przynosi najlepsze efekty.
W czasie szkolenia, będącego także okazją do spotkania innych prawników, oprócz nabycia konkretnych
umiejętności interpersonalnych, możemy uświadomić sobie tak oczywiste prawdy, jak konieczność
posiadania strony internetowej kancelarii, papieru
ﬁrmowego oraz wizytówek z odpowiednim logo
kancelarii, które zwróci uwagę klienta. Jedną z takich konferencji było spotkanie, które odbyło się we
wrześniu ubiegłego roku w Poznaniu. Partnerami
honorowymi konferencji była Naczelna Rada Adwokacka i Krajowa Rada Radców Prawnych. Gościem
i prowadzącym konferencję był wspomniany powyżej autor - wiceprezes Krajowej Rady Radców Prawnych Maciej Bobrowicz. Uczestnicy tej konferencji
mieli możliwość poznania podstawowych „tajników”
marketingu usług prawniczych. Wskazywano na potrzebę stałego informowana klientów o wykonywanych czynnościach związanych ze zleconą sprawą.
Sugerowano, że budowanie zaufania kształtuje się
poprzez organizowanie konferencji, spotkań, szkoleń, pisemne informowanie klientów o zmianach
w prawie dotyczących jego sytuacji prawnej. Niezbędnym elementem marketingu usług prawniczych
jest również uzyskanie opinii klienta na temat świadczonej przez prawnika usługi. Prawnik powinien
bowiem posiadać wiedzę, czy klienci są zadowoleni
ze świadczonej przez niego usługi i co należy zrobić,
aby poprawić swoją sytuację na rynku prawniczym.
Temu celowi miałyby służyć cykliczne spotkania,
w czasie których klienci przekazywaliby informacje
o plusach i minusach współpracy.
Wypada wspomnieć, że w niedługim czasie obowiązywać będzie Dyrektywa UE o usługach, w której
proponuje się zawarcie regulacji dotyczącej zniesienia przez Państwa Członkowskie wszelkich zakazów
w zakresie komunikatów handlowych zawodów regulowanych, w tym również zawodów prawniczych.
Oznacza to, że nie będą obowiązywały obecne zasady dotyczące reklamy radców prawnych czy adwokatów, zawarte w Zasadach Etyki Radcy Prawnego
oraz w Zbiorze Zasad Etyki Adwokackiej i Godności
Zawodu. W momencie wejścia w życie Dyrektywy nie
będzie ważne, w jaki sposób się reklamować, ale jaką
treść reklamy zaprezentować, aby zwrócić uwagę potencjalnego klienta na świadczone przez siebie usługi.
Jak wielu adwokatów czy radców prawnych w trakcie świadczenia usług zastanawia się, czego klient tak
naprawdę oczekuje? Czy klient chciałby uzyskać czystą poradę, czy może oczekuje częstszych kontaktów
ze swym prawnikiem? Co zrobić, żeby klient „odczuł”,
że dokonywane przez niego płatności są wymiernym
odzwierciedleniem niematerialnej pracy prawnika?
Jeśli odpowiedź na te pytania natraﬁa na trudności,
warto byłoby sięgnąć do publikacji na temat marketingu usług prawniczych oraz skorzystać z wiedzy
innych osób przekazywanej na szkoleniach poświęconych temu tematowi. [ ]
Biegły w prawie i procesie, jako naukowy sędzia,
ma ugruntowaną pozycję. Rozwój nauki i techniki,
znaczenie nauk sądowych w tworzeniu dowodów,
powoduje, że często o winie oskarżonego właściwie
rozstrzygają biegli, a sąd jedynie wymierza karę.
Z drugiej strony biegły i jego opinia, jak każdy
inny dowód w sprawie, podlega analizie, kontroli
i ocenie ze strony uczestników postępowania, a ostatecznie sądu. Dlatego teoretycznie, ale i praktycznie,
opinie: błędne, skrajne, niepełne, nielogiczne, niejasne muszą być korygowane albo zostają odrzucone
i zastąpione innymi.
Wykonywanie funkcji biegłego ma swoje blaski
i cienie, wzloty i upadki, swoich wielkich i małych,
wspaniałych i żenująco słabych. Dostarcza też niezapomnianych wrażeń i wspomnień.
Wyjazdy. Dzięki nim w ciągu 35 lat poznałem wiele
sądów, hoteli, moteli itp. Od Suwałk po Zieloną Górę,
od Gdańska i Elbląga po Kielce i Katowice.
Biegły to osoba, która ma wiedzę i doświadczenie,
„wiadomości specjalne”. Jednak w praktyce oznacza
to, iż jest to osoba, która „biega do sądu”. Ilustruje to
doskonale sytuacja, którą opowiadał mi w 1972 roku
prof. Jan Jaroszyński z Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Sąd Rejonowy w Warszawie. Na sale wchodzą
dwie lekarki - biegli psychiatrzy. Sędzia – Przewodniczący pyta: „biegli? ”. Na to zdyszane lekarki odpowiadają: „nie, tramwajem”.
Poniżej przykłady niektórych ciekawych sytuacji
z pracy biegłego.
Sąd w Poznaniu. Wracamy do Szczecina Skodą 100
S, ale zaraz za miastem pękają mi oba paski klinowe.
Zdobywamy jeden, drugi jest nieosiągalny. Analiza
sytuacji. Przypomnienie deﬁnicji inteligencji: „umiejętność rozwiązywania problemów”. Decyzja – robię
pasek klinowy z rajstop, które zdjęła koleżanka (sama,
i na tym zakończyła rozbieranie). Jedziemy, chociaż
silnik się grzeje dojeżdżamy do Szczecina.
Sąd Wojewódzki w Elblągu. Po raz pierwszy jest tu
rozpatrywana sprawa o zabójstwo. Więzień udusił
drugiego w celi. Wcześniej pisał o zmianę ZK, bez
skutku. Rozprawa rozpoczyna się o godz. 9.00. Przewodniczy Wiceprezes SW. Robi to perfekcyjnie, koncertowo, z wielką wprawą i swobodą. Na sali Prokurator Wojewódzki, sędziowie, prokuratorzy, aplikanci;
święto wymiaru sprawiedliwości. Przesłuchanie
oskarżonego, świadków, biegłych. Przerwa na obiad.
Przesłuchanie – biegłych psychiatrów, dokładne,
spokojne. O godz. 18.00 wsiadam do samochodu, aby
o godz. 2.00 w nocy być w Szczecinie. Czy ustanowiono wtedy rekord Polski w szybkości postępowania
w sprawie o zabójstwo?
Sąd Okręgowyw Gdańsku. W największej i najładniejszej sali tego sądu proces czterech sprawców zabójstw i rozbojów. Składam opinię. Sąd dopuszcza
pytania jednego z oskarżonych, którego nie badaliśmy. Zastanawiam się, czy oskarżony może być pełnomocnikiem drugiego oskarżonego? Padają pytania.
Sąd prosi o dyktowanie odpowiedzi protokolantce
(zauważam: blondynka z dużym biustem). Skupiam
się jednak na odpowiedziach, które ostatecznie nie
satysfakcjonują pytającego. Udzielam odpowiedzi
spokojnym, monotonnym, ale stanowczym głosem.
Kątem oka widzę, jak pytający, widocznie zdenerwowany swoją nieskutecznością, nabiera powietrza, zastanawia się, czy zada mi nokautujące pytanie i mówi:
„jak biegły może opiniować w tej sprawie, kiedy nie
uczestniczył w przestępstwie?”. Cisza na sali. Co
powie biegły?. Spokojnie, ale dobitnie odpowiadam:
„zgodnie z przepisami kpk i zasadami opniodawstwa
sądowo – psychiatrycznego, biegły nie ma obowiązku
uczestniczenia w przestępstwie”. Koniec pytań.
Sąd Wojewódzki w Gorzowie Wlkp. Rozprawa w
dniu 23 grudnia. Jedziemy samochodem. Warunki
drogowe niezbyt dobre. Na miejscu dowiadujemy
się, że rozprawa nie może się odbyć, ponieważ kobieta ławnik nie miała z kim pozostawić chorego dziecka. Informujemy, że gdybyśmy o tym wiedzieli, to
ze Szczecina załatwilibyśmy opiekę dla tego dziecka
[ dr Jerzy Pobocha ]
oraz, że są telefony, które umożliwiają odwołanie biegłych. Wyjazd ten miał miejsce po serii wyjazdów do
sądów, gdzie rozprawa nie mogła się odbyć, ponieważ
oskarżony nie otrzymał wezwania na 7 dni przed
rozprawą, a przebywał w areszcie odległym od sądu
o 600 metrów.
Rok 1977, Sąd Wojewódzki w Szczecinie. Sprawca
zabił swoją matkę, zwłoki poćwiartował, rozpuścił
w ługu, resztę mięsa spuścił do kanalizacji, tak, że
zapchały się studzienki kanalizacyjne. Sprawa nagłośniona w mediach; artykuł w „Polityce”, w którym
m.in. Adam Hanuszkiewicz stwierdził, że oskarżony
odegrał nietypowo swoja rolę, bo „był spokojny”. Na
sali matki, na znak solidarności, ubrane na czarno.
Dostaję bardzo duża pytań.
Stoję przeszło 1,5 godziny. Po raz pierwszy i ostatni! obecna na sali moja żona i jej siostra. Wychodzą
mokre z wrażenia. „Boże, jak oni Cię pytali”. No właśnie, ale to „normalka”.
Biegły jest od wydania opinii. Często „na wczoraj”
albo „szybko”.
Powoduje to, że biegły staje się „dyspozycyjny”, spełniając niekiedy kryteria „bylejakości” – sześciu „b”.
1. byle kto, bo posiadający małe lub żadne kwaliﬁkacje i kompetencje,
2. piszący byle co, czyli powierzchownie, bez uzasadnienia,
3. byle jak, często pisząc ręcznie, nieczytelnie,
4. z byle jakich akt sprawy, w których brak dokumentacji medycznej, albo przy dokumentacji niekompletnej, skąpych danych osobopoznawczych,
nikłych danych od świadków, itd.
5. za to byle szybko,
6. i za byle jakie pieniądze.
W 1998 roku zaproponowałem na łamach Psychiatrii
Polskiej podjęcie badań nad typologią biegłych (patrz
Pobocha Jerzy: „Status biegłego psychiatry – kontrowersje” – Psychiatria Polska 1998 XXXII 4, 405-414).
jacy są,
ich pracy
Obecnie typologię tę można uściślić i rozszerzyć
o nowe sylwetki biegłych:
• Typ biegłego „niewidzącego choroby”. Tak jak daltonista nie widzi kolorów, tak taki biegły nie widzi
objawów choroby, mimo, że wszyscy inni psychiatrzy
widzieli je i nadal je widzą. Nie potrzebuje on przy
tym do opinii żadnej dokumentacji medycznej, przeprowadzania obserwacji, czy dodatkowych badań. Po
prostu w stanie psychicznym istnieje tylko to, co on
widzi. W efekcie chorzy na schizofrenię od 10–20 lat,
nagle stają się „psychopatami”, „poczytalnymi”, itd.
Spełniając przytoczone powyżej kryteria sześciu „b”,
staje się ulubieńcem tych prawników, dla których najważniejszą przesłanką powołania biegłego jest, aby
opinia była zrobiona szybko i tanio, inne kryteria są
• Biegły lękliwy. Mający tremę przed publicznymi występami. Obecność w sądzie, odpowiedzi na pytania
traktuje jako swoiste nieprzyjemne i niepotrzebne tortury.
• Biegły dyletant prawny. W jego ocenie prawo jest
bardzo łatwe i proste. „To przecież tylko kilka artykułów, które dotyczą biegłych”. Zdołał gdzieś zasłyszeć,
że istnieje zasada in dubio pro reo. W związku z tym
on wie, że biegły w przypadku wątpliwości, aby „ułatwić” sobie napisanie opinii, a sądowi pracę, stosuje
ją wtedy, gdy ma wątpliwości. Opinia jego wtedy jest
„pewna” i „pełna”. Metodę tą stosował jeden z docentów, informując o tym podczas zjazdu psychiatrów.
W czasie rozprawy sądowej, bez pozwolenia sądu, np.
zwraca się do protokolantki, mówiąc, że to, co powie
jest „poza protokołem”. Dla niego termin „świadomy”
z kodeksu cywilnego oznacza, że po prostu trzeba
zbadać, czy np. testator był „przytomny”. Uważa taki
biegły, że do jego zadań należy ocena, którzy świadkowie mówią prawdę, a którzy kłamią, bo: „jak inaczej
napisać taką opinię”.
Jerzy Pobocha, lat 64. Doktor
nauk medycznych, specjalista
psychiatra, Ordynator Oddziału Psychiatrii Sądowej ZOZ
Aresztu Śledczego w Szczecinie, Przewodniczący Naukowej Sekcji Psychiatrii Sądowej
w Polskim Towarzystwie Psychiatrycznym.
• Biegły wszechwiedzący. Odpowie na każde, nawet
najbardziej absurdalne, pytanie, np. czy oskarżony,
świadek mówi prawdę, czy kłamie. Typ biegłego, które ,wie wszystko”, ale nie wie, że może nie wiedzieć.
• Biegły litościwy. Podatny na manipulację, dający
opinie nazywane w USA „opiniami serca”. Uważa,
że badany jest „biedny” i trzeba mu „pomóc”. Dlatego,
jeżeli się upił, to ma upojenie „atypowe”, ponieważ ludzie w trakcie upicia nie popełniają przestępstw. Jeżeli, jako członek grupy przestępczości zorganizowanej,
musiał wymuszać haracze, to widocznie się „zdenerwował” i miał znacznie ograniczoną poczytalność, itd.
Przedstawiona powyżej typologia biegłych i wyznaczniki ich pracy, stanowić mogą podstawę metodologicznej analizy działalności biegłych różnych
dyscyplin wiedzy, a także winny służyć jako materiał
empiryczny wykorzystywany w szkoleniu i samodoskonaleniu się ekspertów. [ ]
Punktualnie o godzinie 8.15 Szef zgarniał mnie
z przystanku tramwajowego na rogu Alei Wojska
Polskiego i ulicy Zaleskiego i razem jechaliśmy do
ówczesnego Zespołu Adwokackiego Nr 5. I tak było
codziennie przez lata 1971–1972, kiedy to odbywałem aplikacje adwokacką u mecenasa Romana Łyczywka. Byłem wtedy drugorocznym aplikantem
i miałem już niejakie pojęcie o pracy w kancelarii
adwokackiej. Aliści to co mnie spotkało u mojego
Patrona, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Codziennie 5-6 rozpraw, do tego niezliczone pisarstwo,
uczestnictwo w dyżurach po kilka razy w tygodniu.
Praca, jaką wykonałem w okresie tych kilkunastu
miesięcy starczyłaby na co najmniej dwie aplikacje
z okładem. Klimat kancelarii i smak herbatki pięknie opisał Pan Mecenas Edward Rozwałka. Bóg tylko
raczy wiedzieć, jak Pani Rysia potraﬁ ła wyczarować
ten aromat z dostępnych naonczas na rynku ulungów
i gruzińskich. Przy tejże herbatce następował podział pracy na dzień bieżący. Szef brał z półki stertę akt, kładł na biurko i uśmiechając się pod wąsem
pytał: „Panie kolego, które dzisiaj pan wybiera, parzyste, czy nieparzyste”. Bez specjalnego zastanowienia odpowiadałem – dzisiaj parzyste. Różnie bywało z tymi wyborami. Zdarzało się, że wychodziłem
z sądu o siódmej wieczorem, ale też niekiedy miałem
szczęście, że sprawy spadały, czy też były one krótkie
i nieskomplikowane i udawało mi się wyjść z sądu
wcześniej od Szefa.
Któregoś dnia zdesperowany kolejnym wyjściem
z sądu późnym popołudniem, uznałem, że dobrze jest
mieć szczęście, ale jeszcze lepiej jest temu szczęściu
pomóc. Akta spraw na cały tydzień, osobno na każdy dzień, były ułożone przez Panią Rysię i leżały na
specjalnej półce. Wpadłem tedy na, najoględniej rzecz
mówiąc, pewien fortel. Pod nieobecność Szefa przeglądałem wszystkie akta i wybierałem te, które były
proste lub miały szanse na to, że spadną z wokandy.
Układałem je odpowiednio i na pytanie Szefa, które
wybieram dzisiaj, z miną niewiniątka odpowiadałem,
no to niech będą nieparzyste. System działał znakomicie do tego stopnia, że Szef nie mógł się nadziwić, skąd mam czas na przesiadywanie w Temidzie
i zawsze wychodzę wcześniej od Niego z sądu. Ale
wszystko co dobre ma niestety swój szybki koniec.
I tak też było w moim przypadku. Któregoś miesiąca
Szef zaangażował się, nie tylko zresztą zawodowo,
w słynny proces międzyzdrojskiej Europy. Sama sprawa jak i jej publicystyczna otoczka (a Szef miał pisarskie zacięcie) były tak absorbujące, że wszystko było
moje i parzyste, i nieparzyste.
Piszę o tym, bo choć prawnie mój występek uległ
przedawnieniu, to w resztkach mojego sumienia pozostaje ciągła niepewność, czy to, co zrobiłem, było
tak całkiem w porządku.
Po wielu latach przyznałem się mojemu Patronowi do owego fortelu. Jego gromki i serdeczny śmiech
świadczy o tym, że chyba mi wybaczył.
[ adw. Michał Domagała ]
4 października 2004 r. minęło 10 lat od śmierci dr
Romana Łyczywka – harcerza, patrioty narodowego i lokalnego, wybitnego prawnika, publicysty,
wychowawcy kilku pokoleń młodych prawników.
Ta właśnie rocznica skłoniła nas do przybliżenia
młodym i przypomnienia starszym czytelnikom,
sylwetki tego znakomitego człowieka.
Roman Łyczywek urodził się 8 lutego 1916 r. w Odolanowie Wielkopolskim. Dziadek Jego, Jan Nepomucen
Łyczywek, brał udział w powstaniu styczniowym, ojciec zaś, Franciszek Łyczywek był powstańcem wielkopolskim.
Studia prawnicze ukończył w 1937 r. na Uniwersytecie Poznańskim i tam też, w tym samym roku,
rozpoczął aplikację adwokacką. W roku 1937 odbył
również praktykę w konsulacie polskim w Tuluzie.
Jednocześnie jako młody aplikant studiował ekonomię, a wobec zmiany przepisów o ustroju adwokatury zmuszony był rozpocząć aplikację sądową.
W tym momencie życia zastał Go wybuch wojny.
Po kilku miesiącach, w obawie przed aresztowaniem,
opuścił Poznań i przez Warszawę udał się do Radomia, gdzie dokończył aplikację sądową zdając egzamin sędziowski. Następnie udał się do Warszawy,
gdzie kontynuował aplikację adwokacką.
Jako, że Roman Łyczywek od najmłodszych lat
związany był z harcerstwem, w czasie okupacji objął
konspiracyjną funkcję Komendanta Chorągwi Wielkopolskiej. Dalsze losy harcerskie w trakcie wojny
związane już były z Szarymi Szeregami, w których
pełnił dwie funkcje – Komendanta Chorągwi „Chrobry” oraz zastępcy kierownika Wydziału Zachodniego „Pasieka” w Kwaterze Głównej. Równocześnie
współpracował z Departamentem Informacji Rządu
Londyńskiego (Wydział Spraw Zachodnich). W czasie powstania warszawskiego walczył w szeregach
AK w batalionie im. Kilińskiego oraz pełnił funkcję członka „Pasieki”. Wtedy też 7 września 1944 r.
w szpitalu powstańczym poślubił Krystynę Wizównę
(„Igę”), która pod fałszywymi papierami pracowała
w wywiadzie AK i w Delegaturze Rządu Londyńskiego.
Po zakończeniu okupacji Roman Łyczywek ukończył aplikację adwokacką w lipcu 1945 r. i wpisany na
listę adwokatów Izby Gdańskiej z siedzibą w Szczecinie, przyjechał do tego miasta wraz z pierwszą ekipą osiedleńczą. Był pierwszym adwokatem polskim
w powojennym Szczecinie, początkowo również pełnił funkcją radcy prawnego Zarządu Miejskiego.
W niedługim czasie dał się poznać jako wybitny
obrońca. W okresie stalinowskim brał udział w wielu
adw. Roman Łyczywek
procesach politycznych, w toku których wyróżniał
się odwagą i bezkompromisowością. Sam zresztą na
przełomie lat 1949-1950 został aresztowany przez UB
i posądzony o szpiegostwo na rzecz Francji. W latach
osiemdziesiątych bronił działaczy „Solidarności”,
w tym również późniejszego ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego.
Na uwagę zasługuje również działalność publicystyczna Romana Łyczywka. Na przestrzeni blisko
pięćdziesięciu lat, na łamach czasopism prawniczych, ekonomicznych i nie tylko, ukazało się przeszło 600 Jego publikacji.
Pasjonowała Go historia adwokatury i zagadnienia związane z etyką zawodową adwokatów. Obok
prac Zarys Historii Adwokatury i Adwokatura Warszawska, których był współautorem, zredagował
w Szczecinie kilka odrębnych zeszytów pt. Szkice
z dziejów adwokatury i opublikował na łamach „Palestry” szereg artykułów o tej tematyce. Nadto z Jego
inicjatywy powstał Słownik Biograﬁczny Adwokatów Polskich, którego był redaktorem naczelnym.
Był również współtwórcą Zasad Etyki Adwokackiej
i Godności zawodu.
Dr Roman Łyczywek przez wiele lat był członkiem Naczelnej Rady Adwokackiej, brał udział we
wszystkich Zjazdach Adwokatury, był członkiem
Szczecińskiego Towarzystwa Naukowego, wchodził
w skład Rady Programowej Ośrodka Badawczego
Adwokatury, przez pewien czas był wiceprezesem
Zarządu Okręgu Zrzeszenia Prawników Polskich
i członkiem Zarządu Głównego tego Zrzeszenia,
prowadził wykłady na Uniwersytecie Szczecińskim
z zakresu kultury prawniczej oraz dla aplikantów
adwokackich z zakresu prawa cywilnego i karnego,
zasiadał też w komisjach egzaminacyjnych zarówno przy przyjmowaniu na aplikację, jak i podczas
egzaminów adwokackich. W końcu zaś, w uznaniu
Jego wiedzy prawniczej, powołany został do Komisji Kodyﬁ kacyjnej opracowującej nowy kodeks postępowania karnego. Nigdy zaś nie pełnił funkcji
Dziekana naszej Izby. Jedynie w latach 1956-59 był
jej wicedziekanem.
Był odznaczony Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Światowego Związku Armii Krajowej, Krzyżem
Kawalerskim i Oﬁcerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz wieloma innymi odznaczeniami.
W pamięci wielu starszych, a i tych nieco młodszych, sędziów, prokuratorów i adwokatów pozos tał jako człowiek o olbrzymiej wiedzy prawniczej
i his torycznej, wybitny mówca, wspaniały patron
i kolega. [ ]
...wbrew powszechnemu przekonaniu, to nie dr
Roman Łyczywek był wówczas osobą najważniejszą
w Zespole Adwokackim Nr 5 przy al. Wojska Polskiego 5. Tą osobą była bowiem pani Rysia. Wszechwładna i wszechwiedząca. Przy pani Rysi nie można było
zapomnieć o terminach rozpraw czy ultimach pism.
Pani Rysia wiedziała wszystko. No i przygotowywała świetną herbatkę, od której zaczynał się, także dla
aplikanta (a miałem zaszczyt nim być u Doktora dwa
lata), każdy dzień.
Przy herbacie gawędziło się oraz omawiało problemy bieżące. Zasadą było analizowanie każdej sprawy,
przy czym z lubością mój Patron najpierw sondował
pomysły aplikanta. Jeżeli jednak moje spojrzenie na
sprawę było odmienne od Jego planu, to przedstawiał
to niezwykle taktownie: „a co by Pan, Kolego, powiedział na takie rozwiązanie?” Dzięki tym porannym
rozmowom aplikant szedł na posiedzenie sądowe
dobrze przygotowany, a przez to pewniejszy siebie.
Aplikant nie tracił przez to rezonu nawet w przypadku pojawienia się Patrona na sali, co dosyć często się
zdarzało, zwłaszcza przed przemówieniem w dużej
sprawie karnej. Do dziś nie wiem, jak mój Mecenas
znajdował na te „inspekcje” czas. Ja również z przyjemnością siadałem czasami w wolnych chwilach na
sali, gdy występował mój Patron. Mała sala rozpraw
na parterze. Gwałtowny spór pomiędzy Doktorem Romanem a jakimś radcą prawnym. Argumenty wypowiadane prawie krzykiem. Przemiła przewodnicząca
zarządza przerwę „w celu uspokojenia się pełnomocników”. Wychodzimy razem na korytarz. A tam, ku
mojemu zdumieniu zupełnie spokojnym głosem mój
Patron pyta mnie o wczorajszą sztukę w teatrze TV.
Wyrażam zdziwienie, że tak błyskawicznie można się
uspokoić i słyszę: „Kolego, na sali można udawać zdenerwowanie i oburzenie, nawet krzyczeć, ale jeżeli
naprawdę zawładną nami emocje, to lepiej milczeć”.
Święta prawda, ale jak często musielibyśmy siedzieć
na tych salach bez słów. Życiowy ascetyzm mojego
Patrona (nie palił papierosów, nie pił alkoholu) był
dla aplikanta czasami kłopotliwy, zwłaszcza po ciekawszych imprezach dnia poprzedniego. Starałem się
mieć to na uwadze, a jak się już zdarzył stan wyższej
konieczności i niestety rano było to nadto wyczuwalne, to mój Patron jedynie zmienił plan pracy i sam poszedł na rozprawę, a po pewnym czasie, przy herbatce
zauważył „człowiek jest tak słabym organizmem poddawanym tylu chorobom, że dalsze osłabienie siebie
używkami ma w sobie coś z masochizmu”. Niestety
w tym zakresie nawet Mecenas Roman Łyczywek nie
potraﬁ ł zmienić moich upodobań, czego obecnie, po
odnalezieniu czaru czerwonego wytrawnego Cabernet Savignon, wcale nie żałuję.
[ adw. Edward Rozwałka ]
[ autor exlibrisu - adw. J. Piosicki ]
Działalność archiwalna Instytutu Pamięci Narodowej –
[ mgr Dariusz Florczak ]
W zakresie działalności archiwalnej Instytut Pamięci
gromadzi, przechowuje, opracowuje i udostępnia dokumenty zbrodni, ukazujące fakty i okoliczności dotyczące losów Narodu Polskiego w latach 1939 –1989
oraz informujące o poniesionych oﬁarach i wyrządzonych szkodach. (art. 29 ustawy o Instytucie Pamięci
Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu z dnia 18 grudnia 1998 r. Dz. U. Nr
155, poz. 1016 z pózn. zm.)
Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania
Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (w skrócie
IPN), poza pełnieniem funkcji śledczej oraz edukacyjnej, prowadzi również działalność archiwalną. Jest
ona też związana z udostępnianiem zgromadzonych
przez Instytut dokumentów. Funkcję tę pełni pion udostępniania i archiwizacji dokumentów IPN.
Według ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej
– IPN – ewidencjonuje, gromadzi, udostępnia, korzysta oraz zarządza dokumentami organów bezpieczeństwa państwa, wytworzonymi oraz gromadzonymi od
dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 grudnia 1989 r., a także dokumentami organów bezpieczeństwa III Rzeszy
Niemieckiej i ZSRR. Wymienione dokumenty dotyczą
zbrodni nazistowskich, komunistycznych oraz innych
przestępstw stanowiących zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne, popełnionych
w okresie od dnia 1 września 1939 r. do dnia 31 grudnia 1989 r. Dokumenty gromadzone przez pion udostępniania i archiwizacji dokumentów, dotyczą też
innych represji z motywów politycznych, jakich dopuścili się funkcjonariusze polskich organów ścigania
lub wymiaru sprawiedliwości albo osoby działające na
ich zlecenie, a które zostały ustalone w orzeczeniach
zapadłych na podstawie ustawy z dnia 23 lutego 1991
r. o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec
osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego.( Dz.U. Nr 34, poz.
149 z pózn. zm.)
Gromadzenia odbywa się, poprzez przejmowanie
części zbiorów danych, rejestrów, kartotek, dokumentów m.in. z archiwów sądów, prokuratur, organów
wiezięnnictwa, archiwów państwowych, archiwów
wojskowych organów bezpieczeństwa a także archiwów Milicji Obywatelskiej i in. jednostek MSW. Jak
stanowi ustawa, generalnie każdy kto posiada dokumenty zawierające informacje z zakresu działania
IPN, ma obowiązek poinformowania o tym fakcie Prezesa Instytutu Pamięci i na żądanie wydać je w oryginale. W niektórych przypadkach dotyczy to wydania
kopii wspomnianych dokumentów.
Przejęte i zgromadzone materiały archiwalne są
opracowywane, ewidencjonowane, porządkowane
i udostępniane przez utworzone w tym celu referaty
pionu udostępniana i archiwizacji dokumentów IPN.
Częścią omawianej funkcji Instytutu jest udostępnianie zgromadzonych dokumentów, przy zachowaniu rygorów określonych w przepisach prawnych,
mających na celu m. in. ochronę danych osobowych
osób, których te dokumenty dotyczą. Zgodnie z ustawą
o IPN, każdy ma prawo wystąpić do Instytutu z zapytaniem, czy istnieją w zasobach archiwalnych dokumenty dotyczące jego osoby lub osoby jemu najbliższej
(w przypadku gdy ta osoba nie żyje). Zapytanie to
następuje poprzez złożenie odpowiedniego wniosku,
w którym pytający podaje informacje na temat osoby,
której poszukiwane dokumenty dotyczą np. czy była
aresztowana, przesłuchiwana przez organa bezpieczeństwa państwa, a jeżeli tak, to kiedy i gdzie, czy
było prowadzone przeciwko niej postępowanie karne, czy były przeszukania prowadzone przez organa
bezpieczeństwa państwa, adresy zamieszkania itp.
Informacje tego rodzaju mają ułatwić pracownikom
odpowiedniego referatu pionu udostępniania i archiwizacji dokumentów zlokalizowanie, na podstawie
ww. wniosku, poszukiwanych materiałów. Znalezione dokumenty, po uprzednim zawiadomieniu o tym
fakcie uprawnionej osoby, są udostępniane do wglądu
tej osobie w czytelni IPN. Uprawniona do tego osoba
– najczęściej jest to osoba, której te dokumenty dotyczą
tzw. pokrzywdzony (art.6 ust. 1 i 2 ustawy o IPN), jej
pełnomocnik lub osoba najbliższa nieżyjącego już pokrzywdzonego, mogą złożyć wniosek o wydanie kopii
udostępnionych dokumentów oraz wniosek o podanie
danych osobowych funkcjonariuszy, pracowników
lub współpracowników organów bezpieczeństwa państwa, którzy zbierali lub oceniali dane o pokrzywdzonym lub dane osobowe osób, które prowadziły tych
współpracowników. Dotyczy to także danych innych
osób, które denuncjowały pokrzywdzonego. Nie są
jednak ujawniane dane identyﬁ kacyjne osób, które
udzielały informacji organom bezpieczeństwa o przestępstwach pospolitych.
Tak więc osoba uprawniona, jest upoważniona do
otrzymania na własność, wykonanych przez pracownika pionu udostępniania i archiwizacji, kopii dokumentów znajdujących się w zasobach archiwalnych
Instytutu, które dotyczą pokrzywdzonego, a także wykaz danych osób oraz funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa, którzy „zajmowali się” pokrzywdzonym
– o ile dane te można ustalić na podstawie materiałów
danego organu bezpieczeństwa.
Osoby występujące z wnioskiem o odszukanie
i udostępnienie dokumentów robią to m.in. dla celów
rehabilitacyjnych, odszkodowawczych, w celu zaprze-
czenia rzekomej współpracy z organami bezpieczeństwa państwa, dla ochrony dóbr osobistych, a także
dla zaspokojenia zwykłej ciekawości. Osoba która jest
pokrzywdzonym w myśl art. 6 ustawy o IPN, otrzymuje stosowne zaświadczenie.
Jak wspomniałem, osoba chcąca mieć dostęp do
dokumentów, składa stosowny wniosek do Instytutu.
Istnieje jednak sytuacja, w której funkcje przyjmującego wniosek przejmuje polska placówka konsularna.
Zachodzi to w przypadku, gdy osoba mająca stałe miejsce zamieszkania za granicą, chce złożyć ww. wniosek
– robi to wtedy osobiście w polskiej placówce konsularnej, przy czym podpis wnioskodawcy uwierzytelnia kierownik tej placówki. W sytuacji gdy osoba ze
względów zdrowotnych nie może przybyć do siedziby
IPN, pracownik pionu udostępniania i archiwizacji dokumentów ma obowiązek przyjęcia wniosku w miejscu pobytu tej osoby.
Oprócz kategorii osób mających prawo do wglądu
w dokumenty, które tych osób dotyczą, uprawnienie
to przysługuje z mocy ustawy również funkcjonariuszom i pracownikom organów bezpieczeństwa państwa. Osoby te, na swój wniosek, mogą uzyskać kopię
świadectwa swojej służby albo pracy oraz kopię opinii o swojej służbie albo pracy. Również, po złożeniu
oświadczenia o fakcie swojej służby, pracy lub współpracy z tymi organami, informuje się te osoby, na ich
wniosek, o znajdujących się w archiwum Instytutu
dokumentach, które osób tych dotyczą.
Zasoby archiwalne IPN są również udostępniane
organom władzy publicznej, oraz innym instytucjom,
organizacjom i osobom, w celu wykonania ustawy
z dnia 24 stycznia 1991 r. o kombatantach oraz niektórych osobach będących oﬁarami represji wojennych
i okresu powojennego (Dz. U. z 1997 r. Nr 142, poz. 950
z poźn. zm.), jak również wykonania ustawy z dn. 11
kwietnia 1997 r. o ujawnieniu pracy lub służby w organach bezpieczeństwa państwa lub współpracy z nimi
w latach 1944 – 1990, osób pełniących funkcje publiczne (Dz. U. Nr 70, poz. 443 z pózn. zm.)
Materiały archiwalne IPN wykorzystuje się też
w celu ścigania przestępstw – korzysta z tego głównie
pion śledczy. Prokuratorom prowadzącym śledztwa
udostępnia się ww. materiały dla dobra prowadzonych
przez nich postępowań.
Za zgodą Prezesa IPN, a w określonych przypadkach za zgodą pokrzywdzonego, materiały archiwalne
mogą być udostępnione dla celów badawczych – korzystają z tej możliwości m.in. historycy zatrudnieni
w pionie edukacji publicznej IPN. [ ]
W dniu 16.12.2004 r. w obecności Prezesa IPN-u prof.
Leona Kieresa dokonano uroczystego otwarcia siedziby
nowopowstałego oddziału IPN w Szczecinie.
Na stanowisko Dyrektora Oddziału powołany został
Kazimierz Wóycicki, Były Redaktor Naczelny „Życia
Warszawy”, a ostatnio Dyrektor Instytutu Polskiego
w Lipsku. [red.]
Szybko, bez por´czycieli
i koniecznoÊci dokumentowania
Specjalna oferta dla prawników
- oprocentowanie ju˝ od 13,95%.
• Szybki:
decyzja kredytowa w ciàgu kilku dni
• Wygodny:
bez zabezpieczeƒ i por´czycieli
• Prosty:
– bez zb´dnych formalnoÊci
– bez koniecznoÊci udokumentowania dochodu
• Elastyczny:
– mo˝liwoÊç wczeÊniejszej sp∏aty bez op∏at
i prowizji
– mo˝liwoÊç podwy˝szenia kwoty wczeÊniej
• Brak op∏aty za rozpatrzenie wniosku
• Kwota kredytu do 60 000 z∏, okres
kredytowania od 1 do 4 lat
Aby szybko otrzymaç kredyt,
skontaktuj si´ z przedstawicielem
Banku: tel. kom. 0 604 910 997
Bank Handlowy w Warszawie SA, Sektor BankowoÊci Detalicznej
ul. Goleszowska 6, 01–249 Warszawa
w czasach konsumpcji
[ Dr Daniel Bogacz ]
Dnia 10 grudnia obchodziliśmy 56 rocznicę uchwalenia przez Zgromadzenie Ogólne ONZ Powszechnej
Deklaracji Praw Człowieka. Zastanawiające jest, że
medialne echa reﬂeksji wiązanej z tą rocznicą są nader skromne. Przy okazji obchodów Światowego Dnia
Praw Człowieka wiodącym tematem czołowych polskich tygodników politycznych stał się problem masowej konsumpcji. Homo consumens zastąpił homo
sapiens’a, prawa człowieka zaś sprowadzone zostały
do praw konsumenta. Warto przy tym pamiętać, że
homo consumens występuje masowo tylko w tzw.
krajach rozwiniętych, które stanowią tylko 1/3 spośród 191 państw należących do Organizacji Narodów
Zjednoczonych. Pozostałe 2/3 określane jest mianem
krajów rozwijających się, co oznacza w istocie kraje
„zacofane”, w których minimalne standardy praw
człowieka nie są przestrzegane. Nie chodzi przy
tym o wyraﬁ nowane mechanizmy ochrony jednostki
przed tyranią władzy państwowej; nie chodzi o prawo
do wolności, równości, własności, o prawo do dążenia
do szczęścia, czy też o prawo do „demoralizującego
socjalu”. W tzw. krajach rozwijających się problemem
jest elementarne prawo do życia, rozumianego tylko
jako ﬁ zyczna egzystencja pozbawiona jeszcze kwaliﬁkacji moralnej. Prawa tego odmawia się 800 milionom
ludzi chronicznie głodującym i 24 tysiącom ludzi codziennie z głodu umierającym.
Reﬂeksja nad tymi makabrycznymi liczbami staje
się tym bardziej przykra, gdy zastanowimy się nad
problemem współodpowiedzialności krajów tzw. bogatej Północy za niedorozwój krajów tzw. biednego
Południa. Nie mamy tu na myśli tylko odpowiedzialności za historyczne akty grabieży i wyniszczające
metody eksploatacji ludzkiej siły roboczej, których
symbolem stał się nowożytny renesans światowego
niewolnictwa. Również w dobie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka kraje rozwinięte akceptują ekonomiczną eksploatację krajów rozwijających
się, same więc partycypują w praktykach naruszających ludzkie prawa. Kraje bogatej Północy świadczą
wprawdzie pomoc na rzecz rozwoju krajów „trzeciego świata”. Ich wydatki na ochronę własnych rynków
agrarnych, sięgające 360 miliardów USD rocznie, są
jednak siedmiokrotnie wyższe od światowej pomocy
na rzecz rozwoju. Dwukrotnie wyższa od tej pomocy jest również wartość transferowana z krajów tzw.
peryferii do krajów centrum wskutek tzw. nierównej
wymiany handlowej, opartej na rynkowo nieuzasadnionym różnicowaniu wartości pracy. W sytuacji,
gdy 75% eksportu krajów rozwijających się pochodzi
z ultranowoczesnych zakładów produkcyjnych, regionalne różnice w wydajności pracy nie mogą osiągać astronomicznych rozmiarów, które obserwujemy
w dysproporcji zarobków.
W czasach konsumpcji i postępującej globalizacji
przypomina się platońska formuła sprawiedliwości:
suum quique tribuere. Postulat oddania każdemu tego,
co jest jego, stanowi tu jednocześnie zakaz odbierania
komukolwiek tego, co mu się należy. To „coś” może
być różne w zależności od indywidualnych talentów
i osiągnięć. Na pewnym poziomie pozostaje jednak
niezmienne i równe w odniesieniu do każdego człowieka. Stosunek między usprawiedliwionym zróżnicowaniem społecznym i usprawiedliwioną równością
stanowi odwieczny dylemat w zachodniej dyskusji
na temat społecznej sprawiedliwości. W dobie globalizacji i dominującego modelu tzw. społeczeństwa
otwartego dylemat ten ma rzeczywiście charakter
uniwersalny i nie dotyczy tylko państw narodowych.
Zdaniem amerykańskiego ﬁ lozofa Johna Rawls’a różnice społeczne są dopuszczalne i pożądane pod warunkiem, że nie powstają na koszt jednostek socjalnie
słabszych, lecz odwrotnie – tylko jeśli powodują maksymalną korzyść dla najmniej uprzywilejowanych.
Tymczasem tzw. wolna gra sił rynkowych, „stymulowana” państwową polityką protekcji określonych interesów grupowych, nie łagodzi, lecz zaostrza problem
przestrzegania praw człowieka w międzynarodowych
stosunkach gospodarczych. Nader często okazuje się
bowiem, że wysoki standard życia i świadczeń socjalnych w rozwiniętych społeczeństwach konsumpcyjnych utrzymywany jest nie tylko na ich własny, ale
również na cudzy koszt.
Znamiennym przykładem może być światowy
handel kawą. Ciągnący się od początku lat 90-tych
tzw. kryzys kawowy wyraża się przede wszystkim
w socjalnej degradacji dwudziestopięciomilionowej
rzeszy drobnych producentów tego surowca. Grupa
ta wytwarza 70% światowej produkcji kawy, która
wynosi 6 milionów ton rocznie. Pod względem częstotliwości występowania w charakterze towaru, kawa
jest drugim po ropie naftowej surowcem w handlu
światowym. Drobni producenci wraz z rodzinami
tworzą grupę ok. 100 milionów ludzi zależnych od
uprawy kawy. Od dalszego przetwórstwa i końcowej
sprzedaży tej używki zależnych jest dalszych 25 milionów osób. Na początku lat 90-tych wartość światowego eksportu kawy wynosiła rocznie 10-12 miliardów USD. Światowa sprzedaż detaliczna przynosiła
wówczas ok. 30 miliardów USD. Dziś przychody pro-
ducentów wynoszą tylko 5,5 miliarda USD, podczas
gdy wartość sprzedaży detalicznej, określająca zyski
grupy czterokrotnie mniejszej, osiągnęła poziom 70
miliardów USD. Czym uzasadniona może być aż taka
dysproporcja?
Jeżeli kwotowe ograniczenia światowego eksportu kawy, utrzymywane do początku lat 90-tych
z poparciem USA i innych krajów konsumenckich,
regulowały ceny tego surowca zgodnie z interesem
jego producentów, to obecna relacja popytu i podaży
pozwala nabyć nieprzetworzone ziarna kawy po cenie dwukrotnie niższej od kosztów produkcji. Drobni
producenci muszą dziś pół dnia pracować „za darmo”,
żeby w drugiej połowie cokolwiek „zarobić”. W tej sytuacji krajom produkującym kawę dodatkowo utrudnia się rozwój przemysłu przetwórczego i sprzedaż
bezpośrednią po to, by przemysł i handel detaliczny
mógł (jak dotąd w ponad 50%) pozostać w rękach czterech koncernów (Nestlé, Procter&Gamble, Kraft Foods i Sarah Lee). Protekcyjna polityka celna państw
konsumenckich wprowadza przy tym ograniczenia
w światowym handlu produktami rolnymi, innymi
niż nieprzetworzona kawa. Zatomizowani drobni
producenci, często pozbawieni alternatywy, kawę
produkować muszą. Zorganizowani hurtowi odbiorcy
mogą zatem swobodnie dyktować cenę, powołując się
obłudnie na „obiektywne prawa rynku”. Na gruncie
tych praw nie dokonuje kradzieży, kto przywłaszcza
sobie produkt czyjejś pracy, jeśli uczynił to z formalną
zgodą drugiej strony.
Ocenę aktu kupna-sprzedaży, w którym cena towaru nie rekompensuje kosztów produkcji należy więc
chyba pozostawić indywidualnej moralności. Prawo
nie powinno wszak naruszać wolności gospodarczej.
A jednak na gruncie sprawiedliwości rozumianej jako
fairness trudno jest pozostać na poziomie przyrodniczych reguł gry rynkowej. Cena niższa od kosztów
produkcji nie jest fair nawet, jeśli jest uzasadniona
faktyczną relacją podaży i popytu. Dostrzegają to
państwa konsumenckie (UE, USA, Japonia) dopłacając miliardy do własnego rolnictwa. W stosunkach
międzynarodowych obowiązuje jednak nadal przedspołeczny stan natury. Powszechna Deklaracja Praw
Człowieka z 10 grudnia 1948 r. oraz późniejsze międzynarodowe regulacje tych praw wydają się odwoływać do niedoścignionej idei. Nie jest to bynajmniej
radykalna idea niwelowania wszelkich różnic międzyludzkich i tworzenia równego dla wszystkich standardu życia. Chodzi w niej tylko o równe dla wszystkich
prawo do życia rozumianego jako ﬁ zyczna egzystencja. Tymczasem jeśli od 1989 r. do dziś obroty przemysłu kawowego wzrosły dwukrotnie, to odpowiednio dochody producentów kawy zmalały o połowę.
W krajach konsumenckich kawowy business kwitnie,
podczas gdy południowo-amerykańscy plantatorzy
Problem tej rażącej dysproporcji w podziale zysków z interesu kawą próbuje załagodzić popularna
inicjatywa tzw. handlu uczciwego (fair trade). Apel
o fairness kieruje się tu jednak nie do przemysłu i hurtowych odbiorców surowca, lecz do konsumentów.
„Smakowanie kawy ze spokojnym sumieniem” wydaje
się być hasłem przemyślanej idei biznesowej. Spokojne sumienie można po prostu kupić, płacąc specjalną
marżę na rzecz „uczciwego handlu”. Zgromadzone
w ten sposób fundusze przekazywane są drobnym
producentom kawy. Otrzymują oni „uczciwą zapłatę”
za wyprodukowany surowiec oraz dodatkowe premie
na inwestycje komunalne. Pomoc z „uczciwego handlu” kawą otrzymało dotąd ok. 100 tysięcy drobnych
producentów, co pośrednio poprawiło sytuację bytową ok. 1 miliona ludzi. Pomoc ta pozostaje jednak
„kroplą na gorący kamień”. Udział „handlu uczciwego” wynosi np. w Szwajcarii 7% krajowego handlu
kawą, w Austrii odpowiednio 0,7% a w RFN 2%. Fair
Trade pozostaje zatem biznesową akcją charytatywną, która zajmuje się bardziej podziałem jałmużny niż
uczciwym handlem międzynarodowym.
Rację ma neoliberalny myśliciel Friedrich August
von Hayek twierdząc, że rynek nie zna sprawiedliwości społecznej. Rynek nie zna żadnej sprawiedliwości, gdyż jest on częścią świata przyrody, opartego
na prawach swoistej mechaniki i regułach przyczynowo-skutkowych. Sprawiedliwość ma sens dopiero
w rzeczywistości normatywnej, regulującej stosunki
międzyludzkie. Rynek ma się regulować sam nawet,
jeśli 800 milionów ludzi głoduje a następne setki milionów i miliardy poniżane są w swej „przyrodzonej”
wszak godności. Rynek nie zna sprawiedliwości, ale
znają ją handlujący ludzie. Ludzie znają też poczucie
odpowiedzialności. Na tym poczuciu, a nie na idei
charytatywnej, powinna oprzeć się światowa pomoc
na rzecz rozwoju. Pomoc ta nabierze sensu dopiero
wtedy, gdy uczciwy handel stanie się powszechnie
obowiązującą normą, a nie wyjątkowym aktem dobroczynności. Uczciwą cenę powinno się płacić zawsze,
nie tylko przy zakupie Coffee of the day.
Na gruncie teorii Johna Rawls’a sprawiedliwość i fairness stanowią jedność. Dotyczy to wszelkich relacji
międzyludzkich, również działalności gospodarczej.
Nierówność społeczna jest pożądana, ale nie taka, która codziennie żąda śmierci 24 tysięcy osób. W obliczu
pogłębiającego się światowego problemu wyżywienia,
państwa reprezentowane podczas tzw. szczytu rzymskiego, który odbył się w czerwcu 2002 r., proklamowały prawo do wyżywienia jako prawo człowieka. Do
2015 r. liczba 800 milionów chronicznie głodujących
ma zostać zmniejszona o połowę. Akcja ratunkowa
została zatem rozpoczęta jako kolejna ingerencja władzy w wolnorynkowy stan natury. [ ]
Współpraca: Anna Wiśniewska
(Fachhochschule für Wirtschaft Berlin)
Tekst zawiera fragmenty wystąpienia autora w Ogólnopolskiej Konferencji: „Prawa człowieka – mit czy
rzeczywistość”, wygłoszonego dnia 10 grudnia 2004 r.
w Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie.
W ocenie części społeczeństwa kondycja Prokuratury jest
zła. Przyczyny tego stanu rzeczy upatrywane są w nadmiernym upolitycznieniu, ciążącej ponad przeciętną miarę hierarchiczności, czy też w wadliwym usytuowaniu
Prokuratury w ustroju państwa polskiego. Zmiany wydają się nieuniknione. Postuluje się rozdzielenie funkcji
Prokuratora Generalnego od funkcji Ministra Sprawiedliwości, wyłanianie Prokuratora Generalnego w drodze
wyborów powszechnych, powołanie prokuratorów specjalnych, a nawet nadzwyczajnej „Komisji Prawdy i Sprawiedliwości”, która miałaby zastąpić nie tylko Prokuraturę, ale także i sądy.
Zastanawiającym jest jednak to, że w dyskusji nad modelem ustrojowym Prokuratury, a także kształtem kompetencji państwa w zakresie ścigania karnego, nie jest
podnoszona koncepcja przywrócenia instytucji sędziego
Jednolite dla całego państwa polskiego prawo o ustroju
sądów powszechnych z 1928 roku stanowiło, iż w każdym
sądzie okręgowym spośród sędziów tegoż sądu wyznaczeni zostaną sędziowie śledczy. W siedzibach sądów
ratora złożyć także podejrzany, w tym jednak przypadku
prowadzono śledztwo jedynie wtedy, gdy sędzia śledczy
uznał to potrzebne. Śledztwo mogło być także prowadzone na zarządzenie sądu. Jeżeli sędzia śledczy nie zgadzał
się z wnioskiem prokuratora o wszczęcie śledztwa, sprawę
przedkładano do rozstrzygnięcia sądowi okręgowemu.
Sędzia śledczy samodzielnie i z własnej inicjatywy dokonywał wszelkich czynności zmierzających do
wszechstronnego wyjaśnienia sprawy, w celu ustalenia
czy sprawę można było skierować na rozprawę główną,
czy też należało ją umorzyć. Strony miały prawo składania sędziemu śledczemu odpowiednich wniosków. Prokurator mógł być obecny przy wszystkich czynnościach
śledczych. Do kompetencji sędziego śledczego należało
także stosowanie wszystkich środków przymusu w tym
także tych, które zmierzały do zapobieżenia uchylania się
od sądu. Wnioski prokuratora o uchylenie lub złagodzenie
środka zapobiegawczego były dla sędziego śledczego wiążące. Na czynności sędziego śledczego służyło zażalenie
do sądu. Mógł je złożyć każdy, kto uważał, że czynności
śledcze naruszały jego prawa.
Prokurator czy sędzia śledczy?
[ dr Marek Tkaczuk ]
Katedra Historii Prawa – Wydział Prawa i Administracji US
apelacyjnych mogli być ustanowieni sędziowie śledczy
do spraw wyjątkowego znaczenia. Sędziów śledczych
mianował Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady
Ministrów lub Ministra Sprawiedliwości. Sędziowie śledczy, tak jak inny sędziowie, byli bezstronni i niezawiśli.
Konstytucja gwarantowała ten stan przywilejem nietykalności i nieusuwalności sędziego.
Do kompetencji sędziego śledczego należało przede
wszystkim prowadzenie postępowania przygotowawczego w formie śledztwa. Określona sprawa przypadała sędziemu w drodze przyjętego w sądzie okręgowym podziału czynności. Prezes sądu okręgowego mógł przydzielić
prowadzenie danej sprawy konkretnemu sędziemu śledczemu na wniosek prokuratora. Także na wniosek prokuratora prezes sądu okręgowego mógł zlecić prowadzenie
śledztwa poza okręgiem sądowi grodzkiemu, a prezes
sądu apelacyjnego powierzyć czynności śledcze sędziemu
śledczemu do spraw wyjątkowego znaczenia. Na wniosek
Naczelnego Prokuratora, Sąd Najwyższy miał możność
wyznaczenia do prowadzenia konkretnej sprawy (w przypadku spraw wyjątkowego znaczenia) jakiegokolwiek
sędziego śledczego, czynnego w sądach apelacyjnych.
Sędzia śledczy do spraw wyjątkowego znaczenia mógł
prowadzić czynności śledcze na obszarze całego państwa
w trybie ustawy postępowania karnego, mógł także żądać
od właściwych sędziów śledczych lub sądów wykonania
poszczególnych czynności.
Śledztwo prowadzono w sprawach należących do
właściwości sądu przysięgłych lub sądu okręgowego. Po
skasowaniu sądów przysięgłych śledztwo prowadzono
tylko w sprawach należących do właściwości sądu okręgowego. Wniosek o podjęcie śledztwa mógł obok proku-
Jeżeli w wyniku przeprowadzonego śledztwa sędzia śledczy uznał, że nie ma wystarczających materiałów, zawiadamiał o tym fakcie odpowiedniego oskarżyciela. Śledztwo było umarzane przez sędziego śledczego na żądanie
odpowiedniego oskarżyciela lub za jego zgodą. Umarzając
śledztwo sędzia śledczy wydawał także postanowienie co
do losów zabezpieczonych dowodów rzeczowych. Uznawszy jednak, iż są podstawy do przeprowadzenia procesu,
sędzia śledczy ponownie przesłuchiwał podejrzanego
i zaznajamiał go z treścią zebranych dowodów, następnie
zamykał śledztwo i przesyłał akta prokuratorowi. Prokurator po otrzymaniu akt śledztwa w ciągu tygodnia lub
dwóch tygodni, w zależności od tego, czy podejrzany był
aresztowany, musiał złożyć akt oskarżenia do sądu albo
wniosek o uzupełnienie lub umorzenie śledztwa do sędziego śledczego.
Powyższa, niezmiernie krótka, charakterystyka pozycji sędziego śledczego w toku postępowania karnego
pozwala jednak stwierdzić, iż postępowanie przygotowawcze w postaci śledztwa przebiegało w dość zbliżonej
formie do procedury obowiązującej obecnie. Zasadnicza
różnica przejawiła się w tym, że od 1949 roku miejsce
niezawisłego sędziego śledczego zajął prokurator, który
w dotychczasowym ustroju pełnił przede wszystkim rolę
oskarżyciela publicznego - zastępcy procesowego państwa
w procesie karnym.
Dotychczasowe reformy ustroju sądów powszechnych
oraz pozycji sędziów prowadzone były w ścisłym nawiązaniu do rozwiązań funkcjonujących w II Rzeczypospolitej. Warto kontynuować ten proces. Może dzięki restytucji
sędziów śledczych poprawi się obraz polskiego postępowania w sprawach karnych. [ ]
[ Ks. dr Janusz Posadzy ]
Kilka miesięcy temu traﬁ ł do mnie na rozmowę
świeżo „upieczony” adwokat, który zjawił się
nie po to, aby się tym
faktem pochwalić, ale
aby przedstawić swój problem małżeński. Niestety życie nie ułożyło
mu się tak jak planował, to co on pojmował jako miłość, w krótkim czasie okazało się zwykłym mirażem.
Rozczarowany i rozgoryczony tym co się stało, szukał
wyjścia z tej jakże trudnej dla niego i jego najbliższych
sytuacji. Po zapytaniu jakie są możliwości kanonicznego procesu orzeczenia nieważności zawartego małżeństwa, słuchał uważnie moich wywodów, czym jest
małżeństwo, jakie są jego cele. W końcu przeszedłszy
do samej procedury procesu mówiłem o osobach biorących udział w procesie. Wszystko szło gładko i pięknie
– wiadomo mój rozmówca był dobrze wykształconym
i przygotowanym do pracy adwokackiej prawnikiem.
Nie były mu straszne żadne określenia czy sformułowania. Wszystko łagodnie i ze zrozumieniem przyjmował, mądrze kiwając głową. Aż do czasu... Kiedy powiedziałem, że w procesie kanonicznym od samego jego
początku bierze udział obrońca węzła małżeńskiego.
Zauważyłem najpierw lekkie zakłopotanie, a później
wyraźną konsternację. W procesach cywilnych przecież strony procesowe, świadkowie, biegli... to wszystko jasne i nie wymaga komentarza, a tu obrońca węzła
małżeńskiego? W końcu mój rozmówca zapytał mnie:
„A kto to jest to cudo?” Nagle uświadomiłem sobie, że
zderzyły się ze sobą dwa prawnicze światy. Oto doskonale wyedukowany prawnik cywilista stanął przed
jakże trudnym, zagadnieniem rozszyfrowania tajemniczo brzmiącego określenia: obrońca węzła małżeńskiego. Kogo tak naprawdę ma bronić ten człowiek i jak
pięknie brzmi samo jego określenie. Widząc te pytania
w oczach mojego rozmówcy od razu pospieszyłem
z dokładnymi wyjaśnieniami dotyczącymi nie tylko samej obecności obrońcy węzła małżeńskiego w procesie
o orzeczenie nieważności małżeństwa, ale także dodając pewien kontekst historyczny tej ważnej w procesie
Urząd obrońcy węzła małżeńskiego ustanowił papież
Benedykt XIV. W Konstytucji Apostolskiej „De miseratione” z 3 listopada 1741 roku. Tym dokumentem powołał do życia urząd dla sądów kościelnych, który miał
roztoczyć instytucjonalną opiekę nad małżeństwem
chrześcijańskim, mianowicie nad jego świętością
i nierozerwalnością. Obrońca węzła (defensor vinculi)
to według przepisów kanonicznych osoba duchowna
lub świecka, powołana przez biskupa diecezjalnego do
obrony w sposób ustawowy nierozerwalności węzła
małżeńskiego. Obrona ta polega na zgłaszaniu wszelkich wniosków oraz przedstawianiu argumentów mających na celu wykazanie bezpodstawności zaskarżenia
małżeństwa, bądź prośby o rozwiązanie małżeństwa.
Oczywiście obrona dobra węzła małżeńskiego musi
mieć charakter racjonalny i w całej rozciągłości opierać się na przesłankach obiektywnych, prowadzących
lub mogących przyczynić się do wykrycia prawdy.
Ten racjonalizm jest szczególnie wymagany, gdy idzie
o ocenę materiału procesowego, który zawsze zawiera
w swojej treści nie tylko zeznania stron procesowych,
świadków, ale także dokumenty. Istnieje potrzeba
szczególnej czujności i dokładności w ocenie dowodów, które w istotny sposób mogą świadczyć o tym, że
małżeństwo zostało zawarte nieważnie.
Obrońca węzła małżeńskiego –
W procesie kanonicznym o orzeczenie nieważności małżeństwa obecność obrońcy
węzła małżeńskiego jest wymagana od
samego początku trwania procesu. Jest to
warunek niezbędny dla ważności akt procesowych. Obrońca węzła ma także prawo
– zgodnie z przepisami prawa kanonicznego – do udziału w przesłuchaniach stron
i świadków i biegłych w procesie (z zachowaniem przepisów kan. 1559). W przypadku jednak przesłuchań przez audytora delegowanego, kiedy przesłuchanie odbywa
się poza siedzibą sądu w warunkach paraﬁalnych, nie musi być on obecny. W takim
wypadku wystarczy, aby przewodniczący Trybunału
w późniejszym terminie – jednakże przed wydaniem
wyroku – przekazał obrońcy węzła małżeńskiego akta
do wglądu. Samo przekazanie akt wraz z odpowiednim
poleceniem jest jednoznaczne z prośbą o sporządzenie
odpowiednich uwag i wniosków dotyczących prowadzonej sprawy.
Bardzo ciekawym – jeżeli chodzi o procedurę kanoniczną i obecność w niej obrońcy węzła małżeńskiego – jest
proces dokumentalny. Jest to proces o nieważność małżeństwa prowadzony w trybie skróconym. Nazywa się
tak, ponieważ dowodzenie nieważności małżeństwa
jest oparte na niepodważalnym dokumencie. W tego
Palestra łobeska
typu procesie pomija się wszelkie formalności
zwyczajnego procesu. Dzięki takiej formie procesu rozpoznanie i rozstrzygnięcie sprawy jest
szybkie, i co bardzo istotne, zgodne z dobrem duchowym stron. Zgodnie z normami „Causas matrimonialis” z 1971 roku, taki proces jest dopuszczalny, jeżeli istnienie przeszkody rozrywającej
ważność węzła małżeńskiego można udowodnić
absolutnie pewnym i autentycznym dokumentem. Trybunał w tym postępowaniu jest jednoosobowy; stanowi go wikariusz sądowy lub wyznaczony sędzia diecezjalny. Proces rozpoczyna
się od przyjęcia pisma skargowego w zwyczajny
sposób. Z kolei sędzia wzywa strony i przesłuchuje je a następnie obrońca węzła sporządza swoje uwagi przedwyrokowe. Znamiennym jest, że
w tego typu procesie – bazując na oryginalnych
i niepodważalnych (od strony formalno-prawnej)
argumentach – przesyła się akta sprawy właśnie
do obrońcy węzła małżeńskiego. Jest to jakby potwierdzenie tezy, że w całym procesie jego urząd
pełni nie tyle funkcję sprawdzającą i kontrolującą, ale dba o dobro węzła małżeńskiego.
Godnym zauważenia jest fakt, że obrońca węzła małżeńskiego występuje w obronie ważności zawartego małżeństwa. W swoich uwagach
przedwyrokowych wskazuje zazwyczaj na argumenty świadczące, że dane małżeństwo zostało
zawarte ważnie i nie ma podstaw, aby wydawać
wyrok orzekający, że umowa małżeńska została
zawarta nieważnie. Obrońca węzła podaje zazwyczaj argumenty, które przemawiają za utrzymaniem węzła małżeńskiego.
W świeckim prawie procesowym nie występuje
z urzędu osoba, która miałaby za zadanie bronić
ważnego i dopełnianego małżeństwa. Dla cywilistów jest istotne dobro małżonków, realizacja
celów małżeńskich w kontekście cywilno-prawnym. Natomiast w Kodeksie Prawa Kanonicznego
urząd obrońcy węzła ma bardzo głęboko osadzone podłoże historyczne i praktyczne. Dla obrońcy węzła małżeńskiego najważniejszym dobrem
jest ochrona nierozerwalnego i trwałego węzła
małżeńskiego. Wskazuje się tym samym, że dla
wspólnoty kościelnej sakrament małżeństwa ma
od momentu jego zawarcia, nie tylko ważną funkcję społeczną i eklezjalną, ale również podkreśla
się jego nierozerwalność i świętość, których bronić należy z urzędu. [ ]
Okres dziesięciu lat, które przepracowałem
w Sądzie Powiatowym w Łobzie (nazwę zmieniono później z inspiracji jakiejś szacownej komisji ds. nazewnictwa przy Radzie Ministrów),
pozwolił mi na trzeźwą ocenę prowincjonalnego życia ówczesnej Polski za rządów Gomułki
i częściowo, jego następcy, Gierka.
Poza życiem rodzinnym, które mi pochłaniało większość czasu, bowiem miałem wówczas trzech synów w wieku od 8 miesięcy do
6-ciu lat, praca w sądzie była treścią mojego
Uczestnicy łobeskiego wymiaru sprawiedliwości, a więc adwokaci i prokuratorzy, pozostawili w mojej pamięci niezatarte wspomnienia – w zasadzie pozytywne.
Z chwilą objęcia urzędu prezesa i sędziego
w Łobzie w lipcu 1962r. zastałem dwóch adwokatów. Starszego wiekiem i będącego chyba
już na emeryturze Teodora Gejewskiego, kresowiaka z Dzisny (przybyłego stamtąd wraz
z moim kierownikiem sekretariatu Piotrem
Łukaszewiczem i woźnym Aleksandrem Jurenokiem) i adw. Izydora Eischtedta, gościnnie
występującego, na stałe mieszkajacego bodajże
Adw. Gejewski na którejś z moich pierwszych rozpraw w Łobzie podszedł blisko stołu sędziowskiego i bez słowa lustrował mnie
bacznie spod okularów. Zapytałem woźnego,
kto tak mi się przypatruje i dowiedziałem się,
że to adw. Gejewski, ponoć za czasów II Rzeczypospolitej znany elegant i człowiek zasobny, syn carskiego generała i Polki.
Poza adw. Eischtedtem, który krótko pracował w Łobzie, bo około roku, zaczęli się pojawiać w miejscowym Zespole Adwokackim
różni adwokaci, najczęściej rozpoczynający
praktykę zawodową. Byli to ludzie nietuzinkowi. Jeden z nich to adw. Hałajkiewicz, były zastępca prokuratora wojewódzkiego w Kielcach,
człowiek pełen humoru, mający jednak słabość
do mocnych trunków. Nie zapomnę tyrady,
jaką miał zwyczaj wygłaszać: „Łobez jest pięknym miastem, chciałbym tu umrzeć”, a zaraz
po tym dodawał, „ale nie chciałbym tu żyć”.
Pewnego razu, kiedy zastępowałem sędzię cywilistkę, na sali w charakterze pełnomocnika
procesowego pojawił się adw. Hałajkiewicz
w stanie, powiedzmy, po spożyciu alkoholu. Po
– prokuratorzy – lata 60-te
rozprawie, którą niezwłocznie odroczyłem, zapytałem go z wyrzutem, jak mógł w takim stanie stawić się na rozprawę, a on szczerze odpowiedział
mi, iż był przekonany, że zastanie p. sędzię Kosiorek-Kordasiową. Zadałem mu retoryczne pytanie,
czy przed p. sędzią może występować w takim stanie?! Pijaństwa nigdy nie tolerowałem, podobnie
wulgarnego słownictwa, co uważał za dużą zaletę
sędzia Michał Woszko, mój następca na prezesurze w Łobzie. Wyznawał zresztą podobne pryncypia.
Później, przez okres chyba dwóch lat, rezydował
w Łobzie adw. Lewandowski, inteligentny młody
człowiek. Szkoda tylko, że zamiłowanie do trunków uniemożliwiało mu często stawiennictwo na
rozprawach.
Przewinął się przed obliczem miejscowego sądu
także adw. Gołąb, człowiek z kłopotami zdrowotnymi, które utrudniały mu zborne wystąpienia na
rozprawie w charakterze obrońcy. Był człowiekiem
na wskroś uczciwym. Krótko pracował w Łobzie
adw. Leszek Górny, były prokurator, lubiany przez
panie, postać kontrowersyjna.
Gdzieś w połowie moje łobeskiej kadencji pojawił się mec. Jerzy Marski, adwokat bez zarzutu,
w pełni profesjonalny, kulturalny i „bez nałogów”,
używając nieco staroświeckich określeń.
Oczywiście gościnnie zaglądali adwokaci ze
Szczecina, zwłaszcza adw. Jerzy Lipczyński, który zyskał przed moim przybyciem swoistą renomę, wyłapując błędy moich poprzedników, prezesów Kowalskiego i Boratyńskiego, obu sędziów
z awansu.
Ceniłem sobie przyjazdy pewnego adwokata ze
Szczecinka, jako że mieliśmy wspólny temat, bowiem mój wuj i ojciec chrzestny – śp. Mieczysław
Bartoszewicz, był radcą prawnym w Szczecinku.
Dla zachowania we wspomnieniach z tego okresu swoistej równowagi stron, nie sposób pominąć prokuratorów, jacy w tym okresie urzędowali
w Łobzie. Zastałem prokuratora Jerzego Dyrałę
i Michała Jarosińskiego, solidnego, powiedziałbym
śledczego, zresztą byłego bodajże sierżanta milicji.
Następnie przez parę lat szefował prokurator Roman Raj, człowiek prawy, mimo zaangażowania
się w gremiach miejscowego komitetu powiatowego PZPR. Jego pozytywną rolę w tzw. „świńskiej”
sprawie podkreśliłem w artykule zamieszczonym
w drugim numerze In gremio. Z prokuratorem
Romanem Rajem zaprzyjaźniłem się, wspólnie
jeździliśmy na spotkania z miejscową ludnością,
najczęściej poświęcone prawnym aspektom alkoholizmu, zwłaszcza w PGR-ach. Na spotkaniach
takich, część słuchaczy była właśnie na rauszu, co
było codziennością niesławnych PGR-ów, a takich
jednostek w powiecie łobeskich było 64. Łobez pod
względem liczebności Państwowych Gospodarstw
Rolnych zajmował drugie miejsce w kraju po pow.
słupskim. Dzisiaj, niestety, Łobez znów przoduje,
tym razem we wskaźnikach bezrobocia.
Mniej więcej w tym samym czasie co prokurator Roman Raj, a może nieco wcześniej, pracował
w Łobzie prok. Kazimierz Maroński, który stanowił podporę prokuratury za szefostwa Zenona
Najdera. Prokurator Zenon Najder był człowiekiem
o nadmiernych ambicjach – tak przynajmniej oceniano go w miejscowym środowisku. Podobnie jak
Zygmunt Wagner, ukończył szkołę prawniczą im.
Duracza. Współpraca z nim układała się chropowato. Kiedyś wyrwał mnie z lekcji, jaką prowadziłem
w miejscowym liceum, by przekazać sensacyjną
wiadomość, że sędzia Karol Bek pił całą noc alkohol z kierownikiem masarni i niewątpliwie przyjdzie na salę pijany. Pod jakimś pretekstem poprosiłem sędziego Beka, który, ku zaskoczeniu prok.
Najdera, był zupełnie trzeźwy.
Jeszcze wspomnę krótko o sędzi Zenonie Ochockim, koledze z aplikacji, który przez dwa lata pomagał mi jako cywilista, dopóki nie pociągnęło go
radcostwo, zawsze lepiej wynagradzane niż praca
sędziego. Uposażenie sędziów było skromne, ale
godne. Oczywiście taka była interpretacja statusu sędziego przez prezesów wojewódzkich, a ich
celem było zniwelowanie bardzo skromnego wynagrodzenia sędziego, rzekomo równoważonego
godnością zawodu sędziego, a więc swoistym powołaniem do tego zawodu. Na tym polegała prymitywna indoktrynacja ówczesnej władzy sądowniczej.
Z perspektywy czasu z łezką w oku wspominam
swoją ówczesną sytuację i nielicznych kolegów sędziów, którzy wytrwali do końca w tym zawodzie.
Po załatwieniu zastępczego budynku sądowego,
na czas kapitalnego remontu Sądu Powiatowego,
z trudem, ku utrapieniu prezesa Juliusza Rutkowskiego, przeszedłem na stanowisko sędziego Sądu
Wojewódzkiego w Szczecinie. Przez parę lat żałowałem tego życiowego kroku, ale ambicje zawodowe i konieczność dalszego kształcenia synów nie
pozwalały mi postąpić inaczej. [ ]
Zabrakło w ostatnim numerze naszego
autora, a stało się tak z dwóch powodów.
Po pierwsze „Para-Graf”, podobnie jak
dwóch innych stałych współpracowników,
ustąpił miejsca nowym autorom, po drugie
został wysłany w delegację (ustawową), co
uniemożliwiło mu rzetelne wywiązanie
się z obowiązku napisania materiału na
czas. Zobaczmy nad czym pochylił się tym
razem... (podobno niechętnie ze względu
na temat).
Minimalne = Maksymalne
Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, tylko je
mają... ale nie jesteśmy przecież w Anglii. Przedmiotem ostrych często polemik pomiędzy tymi, którzy
koszty zastępstwa procesowego zasądzają a tymi, którym są one zasądzane, jest ich wysokość.
Jak ogólnie wiadomo, orzeczenie o kosztach ma formę
postanowienia. Na postanowienia zaś, co do zasady,
przysługują zażalenia. Osobnicy, którzy składają wiele zażaleń, to wielce rozżaleni. Korytarze sądowe pełne są „zielonych” i „niebieskich”, którzy permanentnie
krzywdzeni przez orzekających o kosztach, pocieszają się, że będzie lepiej, chociaż nie brakuje głosów, że
lepiej już było. Powstają grupy wzajemnego wsparcia,
ustalane są strategie, podejmowane uchwały, a wszystko po to, aby przyznawane koszty były zgodne z oczekiwaniami zainteresowanych. Druga strona także nie
próżnuje. Wymiana doświadczeń odnoszących się do
nie zasądzania kosztów bądź ich minimalizowania
odbywa się tak w pionie, jak i w poziomie. Wtajemniczeni twierdzą, że akcja ta jest skoordynowana,
ma kryptonim „Mniej niż zero”, a główny strateg nosi
pseudonim „Obcinacz”. Zwolennicy tych działań to
tzw. „minimaliści”. Czas powiedzieć prawdę.
Szanowni Państwo, cieszcie się, że sądy w ogóle zasądzają koszty „zastępstwa”. Zgodnie z przepisami
nie muszą tego czynić. Nie wierzycie, to posłuchajcie:
„opłaty stanowiące podstawy zasądzenia przez sądy
kosztów zastępstwa procesowego nie mogą być wyż-
sze niż stawki minimalne...”. Jak to pięknie brzmi: nie
wyższe niż minimalne. Nie macie chyba wątpliwości,
że niższe niż minimalne mogą być. To też ładnie pieści ucho i oko: niższe niż minimalne. A jeżeli mogą
być niższe, to czy może ich nie być? Może – zapytajcie
sędziów – minimalistów, oni wam to uzasadnią. Idźmy dalej. Do niezbędnych kosztów procesu cywilnego
zalicza się wynagrodzenie jednej papugi, nie wyższe
niż stawki określone w odrębnych przepisach. Czyli
minimalne. Nie wyższe to przecież także możliwie
najwyższe, a więc maksymalne, czyli... minimalne.
Ktoś powie: zaraz, zaraz, przecież sąd może przyznać
wyższe – otóż, nie może. Orzeczenie sądu to nie „odrębne przepisy” i kropka. Teraz komunikat dla tych,
którym nieopatrznie zasądzono koszty wyższe niż
minimalne: jesteście bezpodstawnie wzbogaceni.
Trzeba się liczyć z obowiązkiem zwrotu. Zapobiegliwi mogą już składać oferty na prowadzenie tych
spraw w imieniu sądów. Jedyne kryterium wyboru
oferenta to wysokość kosztów zastępstwa... Jak wykazano, minimalne równa się maksymalne. Zasada ta,
z żelazną konsekwencją, realizowana jest w procesie
karnym. Tam stawka maksymalna, czyli minimalna,
ulega powiększeniu o 20% za każdy dodatkowy dzień
procesu. Jak powszechnie wiadomo, poważne, duże
sprawy trwają wiele dni. To oznacza, że im sprawa
trudniejsza, tym wynagrodzenie odpowiednio niższe. Bo, dajmy na to, za 20 dni procesu w sądzie rejonowym otrzymamy przy stawce najwyższej (czyli
minimalnej) 420 zł., ok. 2000 brutto (420 zł + 20%x19).
Logika maksymalne = minimalne jest tu zachowana
i traﬁa w oczekiwania tzw. opinii publicznej. Trudno,
aby za obronę w sprawach o ciężkie przestępstwa czy
zbrodnie, a więc czyny najbardziej szkodliwe społecznie, często wręcz okrutne, należało obrońcom płacić
więcej niż za sprawy proste, trwające 1-2 dni.
Istnieje uzasadnione podejrzenie, że wysokość zasądzanych kosztów stanowi ukrytą ocenę nie pracy papugi, ale jego osoby. Czasami przykro, że wyceniony
zostałeś kolego lub, o zgrozo, koleżanko, dajmy na to
na 120 PLN. Pocieszcie się tym, że ci, co was tak potraktowali, to przecież minimaliści. Zresztą to i tak
wirtualne pieniądze, które znajdziecie na swoim koncie niezwłocznie, minimalnie za jakiś rok od ich zasądzenia. Siedźcie cicho i nie pozwólcie zapoznać się
orzekającym z zaprezentowaną wyżej wykładnią...
[ Para–Graf ]
nr 3 (64) - Szczecińska Izba Adwokacka
uchwała (projekt)
Licytacja zakończona, czas na rozgrywkę
Szczecińskiej Izby Adwokackiej