Source: http://maria-dora.blog.onet.pl/2011/03/
Timestamp: 2017-07-28 02:46:21
Legal References Found: Art. 234
 Art. 235
 Art. 236
 art. 233
 art. 234
 art. 235
 art. 236

Document Content:
Marzec, 2011 | Maria Dora i jej prowokacje (kulturalno-polityczne)
Miesięczne archiwum: Marzec 2011	P. Nie rozumiem SLD
Opublikowano 30 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1249. Nie rozumiem SLD
Nie bardzo rozumiem ostatnie postępowanie SLD. Jakkolwiek by politycy SLD argumentowali wniosek o wotum nieufności do ministra finansów Jacka Rostowskiego, to nie da się ukryć, że zbiegło się to w czasie z dyskusją o OFE i krytyką postępowania rządu w tej kwestii ze strony Leszka Balcerowicza.
Niepokojące jest zresztą, że politycy SLD, których słyszałam, jak Marek Wikiński, Tomasz Kalita czy Jerzy Wenderlich w istocie popierali poglądy Balcerowicza, powtarzając po nim absurdalną tezę, że jest to sięgniecie po pieniądze przyszłych emerytów. Tak jakby nie czytali np. wypowiedzi prof. Leokadii Oręziak, wcześniej w „Polityce”, ostatnio w „Przeglądzie”.
Różnica między poprzednim systemem a obecnym polega przecież na tym, że poprzednio prywatne zagraniczne fundusze, uszczuplając składkę, i wyprowadzając zyski (a więc kapitał) z Polski za granicę, gromadziły dla emerytów obligacje, czyli zobowiązanie Skarbu Państwa, a obecnie to zobowiązanie będzie zapisane na koncie w państwowym ZUS-ie.
Lewica, która preferuje zagraniczne firmy kosztem polskich państwowych, na dobrą sprawę niczym nie różni się od prawicowych neoliberałów. Oczywiście w systemie kapitalistycznym lewica musi się godzić z własnością prywatną, ale to nie znaczy, że ma ją preferować kosztem państwowej.
Tymczasem Leszek Balcerowicz znowu w programie Tomasza Lisa beztrosko stwierdził, że rząd powinien sprzedać (zachowując ewentualnie pakiet kontrolny) KGHM, PKO BP i PZU. Dziwi mnie to podejście, sprzedać można przecież tylko raz, w jednym roku. A co dalej? Jaka to więc metoda na zmniejszenie długu? A powstaje przecież niekorzystne zjawisko wyprowadzania zysków z granicę.
Lewica najlepiej powinna to rozumieć, że nie sam wzrost PKB, ale to, gdzie zyski pozostają, powoduje wzrost lub ubożenie danego kraju. Zapewne w warunkach obozu koncentracyjnego można by wypracowywać bardzo wysokie PKB wzbogacające obcych, a rujnujące dany kraj. Nie da się w dzisiejszych czasach całkiem uniknąć drenowania przez obcych tzw. wschodzących rynków. Ale zmniejszenie tego pola eksploatacji powinno być przede wszystkim troską lewicy.
Być może wniosek o wotum nieufności do ministra finansów należało złożyć na początku 2009 r., gdy kryzys dopiero się zaczynał, a minister twierdził, że uda się utrzymać budżet z niskim deficytem. Wtedy w liście do premiera zachęcał do bardziej dynamicznej polityki finansowej prof. Grzegorz Kołodko, twierdząc, że i tak nie uda się utrzymać założonego deficytu, a bierność wywoła tylko głębszy spadek PKB. I faktycznie nowelizacja budżetu, mimo zapewnień przed wyborami do PE o zielonej wyspie, okazała się konieczna, ale została dokonana już po wyborach.
Jako motyw złożenia wniosku o wotum nieufności do ministra finansów wymieniana jest chęć wymuszenia w Sejmie debaty o rosnących kosztach utrzymania, drożyźnie, biedzie. To jest szczególnie ważny problem dla lewicy. Czy jednak lewica, zamiast bić sejmową pianę, raczej nie powinna przygotować konkretnego pakietu ustaw? Czy nie powinna przedstawić lewicowego programu uzdrowienia finansów państwa?
Co prawda, Leszek Miller w 2001 r. zastał fatalną sytuację gospodarczą po rządach Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza, ale nie można zapominać, że początkowo pomysłem na kłopoty budżetowe było głównie sięganie do kieszeni biednych. Słuszny podatek od zysków kapitałowych został przygotowany tak nieudolnie, że najbogatsi, których stać było na wymyślne lokaty, mogli go uniknąć, natomiast płacili go ci, którzy na kontach a vista przekroczyli 50 gr odsetek.
Lewica powinna mieć inne koncepcje gospodarcze i społeczne niż rząd prawicowy. Jeżeli jednak akurat minister finansów podjął słuszne ograniczenie lukratywnych zysków obcych firm z obligacji skarbowych, to powinna go poprzeć, a nie opowiadać ewidentne głupstwa o szkodzie dla przyszłych emerytów.
Marek Wikiński zorganizował konferencją z zapowiedzią odwołania ministra finansów na stacji benzynowej, wskazując na wysoki koszt benzyny, co napędza drożyznę, i z postulatem zmniejszenia akcyzy. Sam premier odpowiedział na to dość demagogicznie, oskarżając, że z jednej strony SLD zarzuca ministrowi finansów wzrost długu publicznego, a z drugiej domaga się obniżki akcyzy, czyli uszczuplenia dochodów państwa. Cóż premier nie jest matematykiem ani inżynierem i najwyraźniej nie wie, że ten sam procent akcyzy, ale od wyższej podstawy daje większy dochód, a więc nie ma żadnego uszczuplenia dochodów.
Ogólnie rzecz biorąc, ze strony partii lewicowej wydaje się dość niepokojące zarzucanie ministrowi finansów powiększania długu w czasie ogólnoświatowego kryzysu. Jest to przecież jak najbardziej lewicowy sposób radzenia sobie w trudnych czasach. Na oszczędności przyjdzie pora, gdy sytuacja się poprawi. Lewica powinna się interesować, kto jest beneficjentem tego powiększającego się długu i protestować wtedy, jeżeli jakieś ulgi i ustępstwa są robione w ten sposób najbogatszym i w ogóle zamożnym oraz gdy dług nie idzie w odpowiedniej proporcji na generowanie wzrostu gospodarczego.
Gdy widzę ostatnie wystąpienia polityków SLD, to mam wrażenie, że nie dość, że nie są to orły intelektu, to nie mają również odpowiedniego eksperckiego zaplecza intelektualnego. Nie wystarczy mieć dobrych chęci, a także założeń ideowych. Trzeba umieć to przełożyć na konkretne działania gospodarcze w określonym miejscu i czasie. Bo jak to trafnie sformułował profesor Kołodko: rzeczy dzieją się, jak się dzieją, bo wiele rzeczy dzieje się naraz. I lewica powinna potrafić uchwycić problemy nie tylko wąsko, ale wynikające z sytuacji globalnej i wypracowywać jak najkorzystniejsze lewicowe rozwiązania dla Polski.
Nie znaczy to oczywiście, że widzę gejzery intelektu i pomysłów czy koncepcji ze strony innych partii. Od lewicy wymagam jednak więcej!	Kategorie: Bez kategorii	| 38 Komentarze
I. Introwertyk jako dobry szef
Opublikowano 28 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1248. Introwertyk jako dobry szef i moje wnioski o nieporozumieniach między introwertykami i ekstrawertykami
W „Rzeczpospolitej” zwrócono uwagę na ciekawą książkę, jaka ukazała się w USA: Jennifer B. Kahnweiler, Introverted Leader. Building Your Quiet Strenght. Książka dotyczy miejsca introwertyków w pracy, w świecie biznesu zdominowanym przez ekstrawertyków.
Nie należy mylić introwertyzmu z nieśmiałością, która jest lękiem odczuwanym w sytuacjach społecznych, podczas gdy introwertyzm jest cechą temperamentu.
Pisałam już wcześniej o introwertyzmie, w recenzji książki Marti Olsen Laney, Introwertyzm to zaleta, (link do recenzji TU), poświęconej wyłącznie temu zagadnieniu oraz w recenzji książki Helen McGrath, Hazel Edwards, Trudne osobowości (link do recenzji TU), w której jako jedne z trudnych osobowości utrudniających prawidłowe relacje wymienieni są introwertycy i ekstrawertycy.
W „Rzeczpospolitej” znajduje się zwięzłe ujęcie cech introwertyka:
Introwertycy przetwarzają informacje, rozmyślając i wykorzystując swoje refleksje i doświadczenia. Nie lubią mówić o sprawach prywatnych i unikają okazywania emocji. Potrzebują samotności, aby odpoczywać i odnawiać zasoby energetyczne. W pracy preferują ciche, prywatne przestrzenie, lubią realizować projekty indywidualnie lub w małych grupach. Najpierw myślą, potem działają. Nawet podczas zdawkowej rozmowy o pogodzie słuchają uważnie, co ma do powiedzenia druga osoba, potem odpowiadają. Nie lubią powierzchowności i pośpiechu Wolą pisać, niż mówić. Chętniej napiszą e-maila, niż zadzwonią, chętniej zadzwonią, niż spotkają się osobiście. Są cisi, zdystansowani. W przeciwieństwie do ekstrawertyków nie zależy im na byciu w centrum uwagi*.
W ciekawym artykule znajdują się informacje, na podstawie wspomnianej książki Kahnweiler, jak introwertyk powinien postępować w pracy. I autorka przekonuje, że introwertycy, dotychczas niedoceniani w świecie zdominowanym przez ekstrawertyków, jak najbardziej mają szanse obejmować przywództwo firm.
Badania wskazują, że introwertyczny szef w środowisku ekstrawertyków może bardzo dobrze się sprawdzać, łagodząc nastrój rywalizacji i zagrożenia, jaki mogliby odczuwać ze strony szefa ekstrawertycznego. Introwertyczny szef jest bardziej otwarty na pracowników, skłonny do słuchania ich, a jego decyzje są przemyślane.
Najtrudniej jednak introwertykowi się przebić, gdyż wśród ekstrawertyków może wydawać się na drugim planie i zresztą nie będzie wdawał się w bezwzględną rywalizację.
W związku z tym, co wyczytałam w różnych miejscach o introwertyzmie wydaje mi się, że powstaje wiele niepotrzebnych konfliktów właśnie na tle odmiennego temperamentu, szczególnie jeżeli jest to wyraźny ekstrawertyzm lub introwertyzm.
Dla introwertyka ekstrawertyk będzie kimś hałaśliwym, bezmyślnym, nawet wulgarnym, z kolei dla ekstrawertyka introwertyk będzie nudziarzem, stwarzającym problemy, nawet podejrzanym o nieszczerość ze względu na swoją skrytość.
Niestety ekstrawertycy, którzy mają do dyspozycji cały real, usiłują dominować i w sieci i starają się wywierać nacisk na introwertyków, którzy odbierają to jako agresję wobec siebie.
Nie ma absolutnie nic dziwnego ani złego w tym, że ludzie, którzy poznali się w sieci, będą chcieli przenieść swoją znajomość do realu. Niemniej jeżeli pyszałkowato będą podważać wartość kontaktów tylko wirtualnych, i w dodatku obrażać tych, co nie palą się do takich spotkań, czy w ogóle bliższych kontaktów, nawet mailowych, to przecież obrażają tym samym introwertyków. A ktoś niesłusznie obrażony, tylko za to, że ma taki temperament, jaki ma i w związku z tym ma potrzeby innych relacji, będzie reagował na to mniej lub bardziej agresywnie, jak na każdą obelgę. I to chyba zrozumiałe.
Jak mi się wydaje, ekstrawertycy, ponieważ jest ich zdecydowanie więcej, w ogóle nie zastanawiają się, że nie wszyscy są tacy jak oni, i to, że oni żywiołowo okazują komuś przyjaźń i naciskają na kontakty, to wcale nie znaczy, że druga osoba musi odpowiedzieć tym samym. Co więcej, introwertyk może naprawdę lubić ekstrawertyka, tylko wyraża to zupełnie inaczej, na swój spokojny sposób, a dla ekstrawertyka to o wiele za mało. To tak jakby jeden przy spotkaniu rzucał się na szyję, a drugi się odsuwał i tylko lekko uśmiechał. I wcale nie jest powiedziane, że to ten pierwszy jest bardziej przyjazny.
O ile introwertyk potrafi zrozumieć ekstrawertyka, choć ten go nieraz szalenie drażni, o tyle przypuszczam, że ekstrawertycy w ogóle nie uświadamiają sobie, że można być takim jak introwertyk, że to całkiem normalne, tylko traktują takich ludzi jak dziwaków lub słabych, których można zdominować i sobie podporządkować.
Tymczasem, jak piszą w ‚Rzeczpospolitej”, znanymi introwertykami są Bill Gates, Warren Buffett i Barack Obama. A to najlepiej świadczy, że introwertycy nie są ludźmi, których można zdominować i ustawić w swoim kółeczku wzajemnej adoracji.
*Paulina Wajszczak, Introwertyk za biurkiem szefa, „Rzeczpospolita”, dodatek ECO+, 18.03.2011.	Kategorie: Bez kategorii	| 26 Komentarze
P. Z kim się spotkał premier i po co?
Opublikowano 26 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1247. Z kim się spotkał premier i po co?
W programie Drugie śniadanie mistrzów, które ze względu na dobór uczestników powinno ująć słowo „mistrzów” w cudzysłów, bo jak nieraz oglądam ten program, to nigdy tam żadnego mistrza nie widziałam, nie wiedzieć czemu wziął udział premier Rzeczypospolitej Polskiej.
Jakkolwiek by chcieć dodać splendoru „Playboyowi”, którego redaktor naczelny Marcin Meller był prowadzącym to spotkanie, to nie da się powiedzieć, że ten magazyn to „Świat Nauki”, „Tygodnik Powszechny” czy „Polityka”. Dlaczego więc premier przyjmuje zaproszenie od specjalisty od oceny uroku gołych d…?
Pozostali uczestnicy spotkania to nieznany mi w ogóle z działalności artystycznej Tomasz Lipiński i dwaj muzycy, którzy swoją świetność przeżywali w latach 80., a obecnie odcinają od niej kupony i są znani z tego, że są znani.
Być może jestem niesprawiedliwa wobec nich, ale naprawdę nie zauważyłam ich nowej twórczości muzycznej, za to celebrytowanie po mediach owszem.
Poza tym jednak to wszystko nie byli przecież artyści w tym sensie, w jakim mówi się o artystach, ale twórcy i wykonawcy muzyki popularnej, rozrywkowej.
Jak podejrzewam spotkanie premiera było konsekwencją postpolityki w Polsce, tzn. że opiniotwórczy dla elektoratu stali się różnego rodzaju celebryci i to właśnie ich opinia dla publiki ma znaczenie. Niedawno w sondażu dla „Gazety Wyborczej” znowu okazało się, że autorytetami są Jerzy Owsiak czy Kuba Wojewódzki.
Nic więc dziwnego, że polityka, a i debata publiczna nie może stać na poziomie, bo wyborcy gonią za sentymentalizmem, tanią sensacją i błazenadą.
Aż litość brała, gdy się słuchało tych często sprzecznych zarzutów do premiera wygłaszanych przez muzyków.
Przykładowo, z jednej strony zarzut, że w Polsce nie ma demokracji, że partie są wodzowskie, a z drugiej zarzut, który można zrozumieć jako pretensję, że PO, która wygrała wybory, nie zaprowadza dyktatury, aby spełnić swoje zapowiedzi wyborcze! Niezrozumienie, że partia, która nie tylko nie ma większości konstytucyjnej, ale i bezwzględnej, że musi rządzić wraz z koalicjantem, musi zawierać kompromisy.
To doprawdy oburzające, że muzykanci tego nie rozumieją. Ich zarzuty można zrozumieć jako pyszałkowatość wobec społeczeństwa, które dało tylko taki mandat PO, a nie większy. I nie można jak dziecko tupać nogami i się domagać dla siebie całego tortu, gdy wokół są inni. Paweł Kukiz, namiętny wielbiciel JOW, nie rozumie, że są zagorzali przeciwnicy, jak np. ja, tej ordynacji! I nigdy nie zagłosuję na partię, która by zapowiadała JOW. Dlaczego zdanie celebryty w tej kwestii ma być ważniejsze niż jakiegokolwiek zwykłego obywatela? Ja przynajmniej rozumiem, że aby w ogóle myśleć o wprowadzeniu JOW, to trzeba mieć do tego konstytucyjną większość 2/3!
Uważam, że premier RP jest zbyt poważną osobą, żeby tracił czas po próżnicy na spotykanie się z celebrytami. Chyba że polska polityka rzeczywiście tak uległa degeneracji, że wyborcy na dużą skalę za autorytety wzięli sobie celebrytów.	Kategorie: Bez kategorii	| 85 Komentarze
I. Magiel u Lisa
Opublikowano 24 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1246. Magiel u Lisa
W zasadzie jest wiele innych ciekawych tematów, chciałabym też zaprezentować kolejne opowiadanko, które napisałam, nie sposób jednak zupełnie pominąć ostatni kuriozalny program „Tomasz Lis na żywo”.
Jako prowadzącego, udzielającego głosu Tomasza Lisa tam zabrakło, ograniczył się jedynie do prezentowania krótkich materiałów filmowych w gruncie rzeczy nijak mających się do tematyki programu oraz do pokazania jakichś ponoć antysemickich gazetek, których ja, a i zapewne większość widzów nie widzieliśmy nigdy na oczy. Co gorsza, trudno było właściwie stwierdzić, czemu był poświęcony ten program. Według mnie to niedopuszczalne, żeby w TVP odbywał się jakiś chaotyczny magiel, nawet jeżeli prowadzący program ma kontrakt, to powinna być jakaś klauzula dopuszczająca niezapłacenie za program w części lub całości, jeżeli jest on poniżej wszelkiej krytyki i uwłacza misji publicznej.
Dlaczego widzowie mają być narażeni na perory dwóch maglarek, które nikomu nie dają dojść do słowa i wszystkich zakrzykują? Jak się okazuje, nawet wykształcenie i praca w sferze kultury, nie zapobiegają temu, żeby nie wyjść z roli osoby kulturalnej, która nie tylko sama chce mówić, ale i posłuchać innych.
Tak niefortunnie zachowały się cenione przeze mnie Agnieszka Holland i Kazimiera Szczuka. Doprawdy przyglądałam się im z prawdziwym zadziwieniem.
Temat programu, określony dość mgliście, dotyczył i książki Jana Tomasza Grossa „Złote żniwa”, i najnowszego filmu Agnieszki Holland, którego fragment pokazany w programie nie nastraja jednak optymistycznie co do jego jakości.
Ogólnie rzecz biorąc, skoncentrowano się na antysemityzmie, choć nie było jednak jasne, czy chodzi o problem współczesnego antysemityzmu, czy o relacje polsko-żydowskie podczas II wojny światowej.
Kazimiera Szczuka, jak wiadomo, chodziła do liceum prowadzonego przez siostry zakonne, być może więc historia II wojny światowej była tam na tyle okrojona, że rzeczywiście nigdy nie słyszała o szmalcownikach, szabrownikach, wręcz zdrajcach. I teraz otwiera okrągłe oczki ze zdumienia, że coś takiego miało miejsce.
Trwa obecnie pisanie na nowo historii II wojny światowej. Paradoksalnie odbywa się to w ten sam sposób, jak pisanie na nowo historii PRL.
Jan Tomasz Gross i Jan Pospieszalski co do metod to jak bracia bliźniacy. Zasadniczą cechą jest wyrwanie pojedynczych zdarzeń, jak na przykład zbrodnia w Jedwabnem, z historycznego kontekstu.
W programie obie panie ostro przywoływały do porządku posłów PiS, którzy wskazywali na europejski kontekst wydarzeń u nas podczas II wojny światowej. Być może kulturoznawca czy reżyser może sobie wybrać jakąś postać z literatury czy z epoki jako samoistną i się nią zajmować, jednak zdarzeń historycznych tak się badać nie da. Będzie to kreowanie fałszu.
Inna jest rola pisarza, który pokazuje nam wycinek, inna rola historyka, który powinien dogłębnie zbadać wszelkie źródła, zająć się podłożem wydarzeń, nawet odległym, i ustalić wielorakie przyczyny i kontekst. O dziwo dokładnie to rozumie Piotr Gontarczyk, gdy chodzi o prace Grossa o losie polskich Żydów podczas II wojny światowej, zupełnie jednak tego nie rozumiał, pisząc jednostronną pracę o Lechu Wałęsie, opartą na SB-ckich papierach.
Nie da się abstrahować, jakby chciała Kazimiera Szczuka, od kary śmierci w Polsce za pomoc Żydom, podczas gdy nic podobnego nie groziło w innych krajach.
Problem jest jednak o wiele szerszy. Według mnie nie da się zrozumieć stosunku chłopów i biedoty do Żydów bez uwzględnienia kontekstu klasowego. W przedwojennej Polsce wąska warstwa jaśnie państwa i polskiego, i żydowskiego godziła się z niewyobrażalną nędzą na wsiach, a i w miastach.
Można powiedzieć, że istniały niemal dwa światy równoległe. Wieś żyła może nawet gorzej niż za zaborów, własne państwo wysyłało na nich policję i wojsko do tłumienia buntów.
Niemcy gardzili nami i uważali nas za podludzi m.in w związku z zacofaniem, biedotą i brudem polskiej wsi.
W miastach też zresztą wielu żyło się dość (lub bardzo) biednie. Przytoczę tu fragment „Granicy” Zofii Nałkowskiej, powieści z 1935 r.:
Mieszkanie Gołąbskiej było na samym końcu piwnic i trzeba było przejść niziutkim, ciemnym korytarzem pod całą kamienicą, żeby tam dojść. [...] W pokoiku czuć było naftą i dymem, mała lampka paliła się na ścianie – blisko przez cały dzień. Koło łóżka ledwie się można było przecisnąć. Tylko przy drzwiach było trochę miejsca i tam stał piecyk, kubeł z wodą i drugi kubeł na pomyje, a obok malutkie krzesełko z oparciem dla małej, która jeszcze sama nie chodziła. Nad kubłem wisiało na ścianie ubranie, owinięte prześcieradłem od kurzu i sadzy, która leciała z rury, kiedy piecyk dymił. W drugim rogu wysoko było okienko z żelaznymi prętami*.
Wojna i okupacja niemiecka niemiecka sprawiła, że ci ludzie zbiednieli jeszcze bardziej, na wsiach były wyśrubowane obowiązkowe dostawy, w miastach głodowe racje na kartki, szmuglowanie mięsa kończyło się nieraz powieszeniem. Ludzie znaleźli się w warunkach zwierząt walczących o przetrwanie.
Żydów z brylantami i złotem trzeba widzieć w tym kontekście!
Kazimiera Szczuka z zachwytem wypowiedziała się o tekstach Grossa, którego na świecie nie było jeszcze podczas wojny, natomiast z przekąsem o wspomnieniach Szewacha Weissa, który okupacji niemieckiej i ukrywania się zaznał na własnej skórze!
Chwilami miałam wrażenie, jakby lubiana przeze mnie pani Kazimiera spadła z księżyca, gdy dziwiła się, że można było zabić podczas okupacji Żyda za drobne w sumie mienie. Czyżby nigdy nie spotkała się współcześnie z przerażającymi zbrodniami za pieniądze starczające na wódkę? Dziwne, że nie wstrząsnęło Kazimierą Szczuką zabójstwo znanego rzeźbiarza Zdzisława Beksińskiego, którego nie zamordował nikt obcy, ale 19-letni chłopak, który sam, jak i jego rodzina pracowali dla artysty. A powodem straszliwej zbrodni była odmowa pożyczki drobnej sumy pieniędzy.
W czasach pokoju jesteśmy wstrząsani co jakiś czas informacjami o strasznych zbrodniach. Dlaczego wobec tego natura ludzka podczas iście zwierzęcych warunków, jakie stworzyła okupacja, miałaby się okazać lepsza?
Uważam, że wielu ludzi i tak wykazywało się heroizmem. Ale przecież podczas powstania warszawskiego, gdy podczas bombardowania zostały uszkodzone jakieś domy, sklepy, to kurz jeszcze dobrze nie opadł, a już pojawiali się szabrownicy, wynoszący mienie.
Uważam, że trzeba badać wydarzenia okupacyjne, ale nie w tonie histerii i sensacji oraz ahistorycznie, gdy wyjmuje się jakiś wycinek i go ogląda, nie patrząc, że to całość dostarcza wyjaśnień.
Niestety, historia ma służyć jako pałka polityczna. Nieprzypadkowo Tomasz Lis zaprosił do programu jak kwiatek do kożucha dwóch polityków PiS jako adwersarzy nadaktywnych słownie pań. Jeśli nawet Tomasz Lis nie miał takich intencji, to pokazano na nich palcem jako na antysemitów, nie dając im przy tym niemal dojść do słowa.
Problem antysemityzmu jest zbyt poważny, żeby go topić w maglu. Wielokrotnie na swoim blogu poruszałam problem antysemityzmu i zawsze się sprzeciwiałam antysemickim wypowiedziom. Niestety, swego czasu w pracy naraziłam się w pracy, gdyż zepsułam atmosferę na przyjęciu imieninowym, sprzeciwiając się antysemickim wypowiedziom jednego z kolegów.
Z antysemityzmem trzeba walczyć, ale walczyć mądrze, najlepiej na drodze perswazji, a nie irytować prostacką propagandą nawet tych, którzy antysemityzmowi są zdecydowanie przeciwni i się mu sprzeciwiają.
Podkreślanie posiadania przez Żydów złota i brylantów w celu zwielokrotnienia skali grabieży dokonanej przez polskich chłopów budzi niestety pytania o podziały klasowe w przedwojennym społeczeństwie. Skoro jedni (nie tylko oczywiście Żydzi, ale i polska burżuazja) gromadzili takie dobra, to siłą rzeczy inni musieli mieszkać w strasznych warunkach i w miastach i na wsiach.
Wydaje mi się, że tego aspektu klasowego nie można pominąć, gdyż może on być nawet silniejszą motywacją niż antysemityzm.
Sama tak się zastanawiam. Po 1989 r. wskutek przemian miliony ludzi utraciły nie tylko pracę, oszczędności, ale i pozycję społeczną. Czy gdyby w wyniku jakiejś zawieruchy dzisiejsi prominenci potrzebowali pomocy, albo ci, co wyciągają ręce do odszkodowań za walkę z poprzednim ustrojem, albo ci, którzy słownie poniżają ludzi bez pracy, uważając, że zasiłek ok. 500 zł przez pół roku to niesamowity luksus, albo dziennikarze, którzy drwią ze zwykłych ludzi ciężko pracujących – czy ja bym im pomogła, nawet gdybym była w stanie? Czy pomogłabym Leszkowi Balcerowiczowi?
Na pewno nikomu bym nie szkodziła. Ale czy bym pomogła?
*Zofia Nałkowska, Granica, PIW, Warszawa 1993.	Kategorie: Bez kategorii	| 55 Komentarze
P. Czy to wstyd być biednym
Opublikowano 23 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1245. Czy to wstyd być biednym?
Czy naprawdę wstyd być biednym? Według neoliberalnych zwolenników PO – tak, oczywiście! Niektórzy uważają, że Jarosław Kaczyński ubliżył klientom Biedronki, twierdząc, że kupują tam biedniejsi.
A więc bieda to straszny wstyd, teraz klient Biedronki będzie się musiał przemykać gdzieś po ciemku do tego sklepu, żeby go nie zauważono! Bo jak dostrzeże go niejeden zwolennik PO, to możliwe, że będzie patrzył na niego pogardliwie z powodu biedy.
Tak, Biedronka pewnie utraci część obrotów, bo przecież Polacy to straszne snoby i będą się wstydzili wejść do tego sklepu! Ha, ha!
Wcale się nie dziwię zwolennikom PO, że starają się wpędzić w poczucie wstydu biedniejsze grupy społeczne. Skoro mają się ukrywać ze swoją biedą, to siłą rzeczy nie pojawią się niewygodne pytanie, skąd się bierze bieda. Dlaczego pensje są tak niskie? Dlaczego istnieje tak duże rozwarstwienie dochodów? Dlaczego ok. 60 proc. społeczeństwa nie osiąga minimum socjalnego, a pewien procent minimum biologicznego? Dlaczego ludzie po pięćdziesiątce są zwalniani z pracy i dla tej grupy wiekowej po prostu pracy nie ma? Dlaczego młodzież po ukończeniu nauki, często na poziomie wyższym, nie ma pracy?
Dlaczego ludzie szukają jedzenia na śmietnikach? Nie wierzą w to napasieni zwolennicy PO? A przecież całkiem niedawno swoje refleksje z wynoszenia śmieci spisała nasza koleżanka blogowa alElla. Pewna starsza pani ucieszyła się, że w jej śmieciach znajduje się zakręcony, a nieumyty słoik po mięsku babuni. Oto fragment relacji alElli:
- O! Sporo tłuszczu z galaretką zostało i nawet smak z mięsa jest!Z uśmiechem rzekła, gładząc się po brzuchu po uprzednim zanurzeniu nosa w słoiku. Wypłucze się gorącą wodą i będzie pyszna zupa. W zimie nie ma nic lepszego, jak talerz gorącej zupy. Kartofelki dogotuje się oddzielnie, to w domu będzie cieplej. Nie wolno tylko odcedzać do zlewu. Taki garnek z gorącą wodą, to wspaniały grzejnik. Długo daje ciepło i można powiedzieć… za darmo! A pani wylewa wodę z ziemniaków? Dodała, widząc chyba moje zdziwienie w oczach. (http://alella.blog.onet.pl/Zycie-uczy-zaradnosci,2,ID422353560,DA2011-02-23,n).
Zapewne ta starsza pani, gdyby ją było stać, z podniesioną głową by robiła zakupy w Biedronce, nie patrząc, że ktoś uzna ją za biedną.
Owszem, pijak, menel, który nie chce pracować, sam jest winien swojej sytuacji, ale nie ten, kto mało zarabia czy ma niską emeryturę. To jest wstyd całego społeczeństwa, które godzi się na taki system podziału dochodu narodowego.
Zarówno pensje, jak i emerytury wynikają z systemu politycznego, z wartości, jakie obowiązują w danym społeczeństwie. Kiedyś prof. Grzegorz Kołodko pokazał to bardzo obrazowo na przykładzie PKB jako bochenka chleba. Jeżeli jedne grupy społeczne wyrwą dla siebie z niego zbyt wiele, to dla innych pozostanie mniej.
Jarosław Kaczyński ma rację gdy mówi o wzroście cen. Ja również zauważam, że obecnie za 100 zł kupię nieraz mniej niż jakiś czas temu za 50 zł. Niemniej Jarosław Kaczyński nie ma prawa się rozczulać nad biednymi i wzrostem cen, gdyż to jest hipokryzja w świetle tego, że obniżył podatki najbogatszym.
Dokonał typowej neoliberalnej obniżki, gdy najbogatszym, którzy miesięcznie zarabiają powyżej 70 000 zł. obniżył podatki o 8 pkt proc., a biedakom z pierwszej grupy podatkowej tylko o 1 pkt proc. To właśnie ta decyzja spowodowała wzrost rozwarstwienia i wpędzenie wiele rodzin w biedę.
I wcale mu się to nie opłaciło, gdyż napasieni najbogatsi i tak wcale nie na niego zagłosowali w wyborach. A teraz szydzą sobie ze wzrostu cen, bo przy ich dochodach ich to nie dotyczy.
Warto też zauważyć, że różnice cen w Biedronce i innych marketach często są złudzeniem, po prostu są tam niby te same produkty co gdzie indziej, ale innych firm i gorszej jakości. Przykładowo dżem kupiony w osiedlowym sklepie ma aromat, gęstość i zawiera truskawki, tańszy o złotówkę w markecie to galareta bez smaku. Owszem, masło można kupić taniej w markecie, ale też jest to masło nieznanych firm o gorszym smaku. Banany w sklepie osiedlowym są żółte aromatyczne, w markecie zielone o smaku kartofli. Oczywiście są też i produkty firmowe, takie same jak gdzie indziej, ale one wcale nie są znacznie tańsze, a przynajmniej wyjątkowo.
Trudno powiedzieć, dlaczego zwolennicy PO chcą zaklinać rzeczywistość i zaprzeczają wzrostowi cen. Być może sami mają tak obfite dochody, że żywność w ich budżecie znaczy niewiele, stąd relatywnie ten wzrost ich nie dotknął. Może jednak powinni czasem wyzbyć się trochę butnego egoizmu i pochylić się nad starszą panią, która musi szukać jedzenia na śmietniku.	Kategorie: Bez kategorii	| 80 Komentarze
P. Patriotyzm a debata Balcerowicz – Rostowski
Opublikowano 22 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1244. Patriotyzm a debata Balcerowicz – Rostowski
Więcej sobie obiecywałam po wczorajszej debacie na temat reformy OFE między Leszkiem Balcerowiczem a Jackiem Rostowskim. W zasadzie już tak wiele tekstów poświęciłam ostatnio OFE, że gdyby nie uczestnicy debaty, to bym kolejny raz do tego nie wracała.
Dlaczego w zasadzie urzędujący minister rządu podejmuje debatę z kimś, kto nie reprezentuje żadnej siły politycznej, tylko został wykreowany w latach 90. przez swoją partię Unię Wolności i popierającą ją GW na guru – to trudno powiedzieć?
Czy prawdą jest, że fundacja Leszka Balcerowicza jest w części finansowana przez firmy prowadzące OFE, a więc występuje konflikt interesów?
Ale mniejsza o to, najważniejsze, co z debaty wynikło. Nie była to typowa debata, każdy z uczestników mówił swoje, ignorując pytania adwersarza.
Minister Rostowski bardzo klarownie przedstawił mechanizm narastania długu publicznego wskutek absurdu tkwiącego w ustawie emerytalnej od początku. A mianowicie, ZUS przekazuje pieniądze do OFE, po czym OFE kupują za nie obligacje skarbowe, którymi rząd finansuje ubytek pieniędzy w ZUS. Słusznie minister powiedział, że system jest tak marnotrawny, że gdyby nawet państwo było w dobrej kondycji budżetowej, to i tak powinno zlikwidować to marnotrawstwo.
Kilkakrotnie pytany o to Leszek Balcerowicz w ogóle się do tego nie odniósł. Nie powiedział po co to przekładanie publicznych pieniędzy, które przecież po drodze ubywają na prowizje dla OFE. Zmieniał temat, że trzeba robić oszczędności w administracji czy inne reformy. Ale nie jest to odpowiedź na pytanie, jak można twierdzić, że zaciąganie długu jest oszczędnością. Tu minister rostowski też dał obrazowy przykład, że to tak, jakby ktoś chciał oszczędzać w ten sposób, że będzie brał kredyt w banku i odkładał te środki na lokatę.
Najważniejsze jednak zdania padły na początku debaty. I wydaje mi się, że to są zdania kluczowe dla zrozumienia postawy Leszka Balcerowicza. Otóż zaatakował on państwo jako instytucję, zapytał, czy ma być tak jak w minionym socjalizmie, gdy wszystko stanowiło własność państwa, czy też własność ma być ludzi.
Dla Leszka Balcerowicza, odniosłam wrażenie, że państwo jest ciągle wrogim tworem, narzuconym, krępującym ludzi. Nie wiem, z czego to wynika? Czy to postawa aspołeczna, czy anarchizm, czy kosmopolityzm?
Utraciliśmy nasze państwo pod koniec XVIII w. i od tego czasu wiele pokoleń Polaków marzyło o odzyskaniu własnego państwa, a niektórzy dla własnego państwa oddawali życie w powstaniach. Krótkie 20 lat mieliśmy własne państwo, potem przyszedł rok 1939, długie lata okupacji i wreszcie odzyskanie państwa, własnego, ale okaleczonego, z ograniczoną suwerennością.
I powstaje dobre pytanie, czy ci, którzy w latach 80. walczyli przeciwko ówczesnemu państwu, a obecnie wypinają piersi do orderów lub nadstawiają kieszenie do odszkodowań, rzeczywiście walczyli z państwem w ogóle. O co im chodziło? Czy o odzyskanie państwa wolnego, suwerennego, czy o zniszczenie państwa polskiego, zostawienie jakiegoś ogryzka niezdolnego do działania dla społeczeństwa.
Leszek Balcerowicz zadrwił z socjalizmu, ale przecież on mówił nie o demokratycznym socjalizmie ustanowionym z woli wyborców, ale o systemie niedemokratycznym, centralnie sterowanym, na który obywatele nie mieli żadnego wpływu.
Negowanie państwa to negowanie zarazem demokracji, woli wyborców. To przecież na drodze demokratycznych wyborów ludzie wybierają określony kształt państwa, realizujący określone interesy. Posłowie zgodnie z konstytucją składają następujące ślubowanie:
Konstytucja nie zakłada, że państwo to wróg, któremu trzeba wydzierać jego kompetencje. Państwo tworzymy my, wszyscy, my, Naród!
I nawet jeżeli z rozczarowanie patrzymy na naszą praktykę demokratyczną, to wobec tego, że nie mamy w ogóle tradycji demokratycznych, trudno od razu oczekiwać cudów.
Nowoczesny patriotyzm, w mojej ocenie, wymaga jednak, żeby szanować własne państwo, a nie traktować je z pogardą i kombinować, jak je ograć.
Niestety odnoszę wrażenie, że taka właśnie filozofia przyświeca Leszkowi Balcerowiczowi. I powinien powiedzieć to jasno, że jego poglądy wynikają z tego, że on państwu nie ufa, że uważa je za wrogie. Dlatego chce wytransferować jak najwięcej środków do prywatnych firm (przeważnie zagranicznych), nastawionych przecież na zysk, a nie na robienie dobrze swoim klientom.
Leszek Balcerowicz jakoś dziwnie idealistycznie patrzy na wielki kapitał, prywatne firmy, najwyraźniej nie wie, nie rozumie, że ich celem jest maksymalizacja zysku i jedynie państwo przez swoje regulacje może spowodować, że nie będą one do cna drenować uzależnionych od nich pracowników czy konsumentów.
Korporacje, fundusze, nie mają tak jak państwo wpisane do swoich statutów dbałości o pomyślność Ojczyzny i dobro obywateli. Prywatne firmy zapewnia pomyślność tylko tym, którzy za to zapłacą!
Zastanawiam się, skąd to zaufanie do prywatnych firm działających dla interesu, a podejrzliwość granicząca z nienawiścią do własnego państwa.
Wydaje mi się więc, że przy okazji OFE wyszła też kwestia rozumienia patriotyzmu. Z pewnością trudno za patriotę uznać kogoś, kto neguje i zwalcza własne państwo.	Kategorie: Bez kategorii	| 24 Komentarze
P. Stan wojenny niekonstytucyjny, a zamach majowy?
Opublikowano 21 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1243. Stan wojenny niekonstytucyjny, a zamach majowy?
Trybunał Konstytucyjny najwyraźniej pozazdrościł IPN, który sięga swoimi śledztwami w zamierzchłą przeszłość, i postanowił badać stan prawny w myśl stalinowskiej konstytucji z 1952 r. Pierwszym osiągnięciem jest stwierdzenie, że wprowadzenie stanu wojennego było nielegalne w świetle tamtej konstytucji.
Teraz pora na stwierdzenie, czy rząd polski w Londynie i prezydent tam funkcjonujący mieli jakieś umocowanie w tamtej stalinowskiej konstytucji, czy byli tylko prywatnymi osobami bawiącymi się w teatrzyk. Warto również zbadać w świetle konstytucji z 1952 r. powołanie komisji majątkowej państwo-kościół, tak hojnie rozdającej publiczne mienie. Czy ona była od samego początku legalna, zgodna z konstytucją?
I co najważniejsze, warto przebadać zgodność z tamtą konstytucją ustaw, zwanych planem Balcerowicza, w szczególności np. tzw. popiwku, który tworzył wyraźnie nierówne warunki w obrocie gospodarczym.
Dlaczego jednak Trybunał Konstytucyjny miałby się ograniczać do stwierdzania zgodności prawa tylko ze stalinowską konstytucją, dlaczego nie sięgnąć do wcześniejszych XX-wiecznych konstytucji i ówczesnego prawa.
Wprawdzie akcja Wisła, czyli przesiedlenie nacjonalistów ukraińskich z południowo-wschodnich terenów Polski, miała miejsce jeszcze w latach 40., ale jakaś konstytucja wtedy obowiązywała
A zamach majowy, a potem obóz w Berezie Kartuskiej? Czy te działania były zgodne z ówczesnymi konstytucjami?
Skoro Trybunał Konstytucyjny wkroczył na ścieżkę badań konstytucyjności wydarzeń historycznych, to pole do zgłaszania problemów otwiera się nadzwyczaj szerokie. Ja tu rzuciłam tylko kilka przykładów, zapewne da się znaleźć o wiele więcej ciekawych spraw do zbadania.	Kategorie: Bez kategorii	| 27 Komentarze
I. Przestępstwa przeciwko wymiarowi sprawiedliwości
Opublikowano 21 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1242. Przestępstwa przeciwko wymiarowi sprawiedliwości – fałszywe oskarżenia
Niektórym osobom, które ot tak szydzą sobie w sieci z innych, wymyślają teorie na temat ich wyglądu czy poglądów, tudzież życiorysu, wydaje się, że mogą pójść o krok dalej i swoje wymysły i oskarżenia przedstawić organom ścigania, żeby bezzasadnie przeciwko nielubianym osobom, które nie padają na twarz z zachwytu, wszcząć procedurę karną. Nie wiedzą, że mogą się srodze zawieść. Nie jest tak, że można bezkarnie wymyślać sobie jakieś przestępstwa i przypisywać popełnienie ich nielubianym osobom. W kodeksie karnym występuje rozdz. XXX „Przestępstwa przeciwko wymiarowi sprawiedliwości”, który opisuje takie sytuacje i sankcje przeciwko fałszywym oskarżycielom. Oto kilka przepisów z tego rozdziału:
Art. 234. Kto, przed organem powołanym do ścigania lub orzekania w sprawach o przestępstwo, w tym i przestępstwo skarbowe, wykroczenie, wykroczenie skarbowe lub przewinienie dyscyplinarne, fałszywie oskarża inną osobę o popełnienie tych czynów zabronionych lub przewinienia dyscyplinarnego,podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Art. 235. Kto, przez tworzenie fałszywych dowodów lub inne podstępne zabiegi, kieruje przeciwko określonej osobie ściganie o przestępstwo, w tym i przestępstwo skarbowe, wykroczenie, wykroczenie skarbowe lub przewinienie dyscyplinarne albo w toku postępowania zabiegi takie przedsiębierze,podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Art. 236. § 1. Kto zataja dowody niewinności osoby podejrzanej o popełnienie przestępstwa, w tym i przestępstwa skarbowego, wykroczenia, wykroczenia skarbowego lub przewinienia dyscyplinarnego,podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. § 2. Nie podlega karze, kto zataja dowody niewinności z obawy przed odpowiedzialnością karną grożącą jemu samemu lub jego najbliższym.Art. 237. Przepis art. 233 § 5 pkt 2 stosuje się odpowiednio do przestępstw określonych w art. 234, art. 235 oraz w art. 236 § 1.Art. 238. Kto zawiadamia o przestępstwie, lub o przestępstwie skarbowym organ powołany do ścigania wiedząc, że przestępstwa nie popełniono,podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Jeżeli jedna pani powie czy napisze coś poufnie drugiej pani o kimś całkiem anonimowym, to twierdzenie, że jest to poniżanie danej osoby w opinii publicznej lub naraża ją na utratę zaufania potrzebnego do pełnienia zawodu, jest ewidentnym fałszem. Podobnie trudno nazwać wyrażenie poufnie prywatnej opinii do prywatnej osoby na czyjś temat publicznym znieważeniem.
Można co najwyżej potępić donosiciela, który nie szanuje poufności korespondencji i rozpowszechnia czyjeś opinie pozyskane prywatnie w zaufaniu. Taka osoba jest godna najwyższej pogardy i w przyzwoitym środowisku traci reputację i zaufanie na zawsze, gdyż nie można jej powierzyć żadnej sprawy poufnie.
W jaki sposób osoba anonimowa w sieci może utracić zaufanie wobec siebie w realu i ponieść szkody w działalności zawodowej? Jeżeli ktoś prowadzi działalność gospodarczą, to musi być wpisany do ewidencji albo w gminie, albo do KRS i nie może działać anonimowo. Podobnie pracodawcy trudno będzie powiązać swojego pracownika z jego działalnością wirtualną, chyba że sam pracownik na tyle dokładnie będzie opisywał swoje sprawy, że znający go bez trudu go rozpoznają. Tak więc nawet gdyby zdarzały się znieważenia osoby anonimowej w sieci, co uważam za wysoce naganne, to nie ma to żadnego przełożenia na jej sprawy w realu.
Trudno też uznać za nękanie otrzymywania korespondencji mailowej, jeżeli ktoś sam zachęca do korespondowania z nim i deklaruje przyjemność z odpisywania na listy.
Niektórym wydaje się też, że moderator danego miejsca w sieci odpowiada za wszystkie komentarze wpisywane przez inne osoby. Tymczasem nie ma żadnego wymogu regulaminowego np. na Onecie, żeby autor bloga czytał wszystkie komentarze. Niektórzy blogerzy, np. pani Izabela Olchowicz-Marcinkiewicz (w wywiadzie dla „Polityki”), ale i inni deklarują, że komentarzy na blogach nie czytają w ogóle! I nie muszą! Ba, bloger ma obowiązek zalogować się do swojego bloga raz na pół roku. Może więc w ogóle nie wiedzieć, co się dzieje na jego blogu.
Szczególnie, gdy bloger ma np. problemy ze wzrokiem lub cierpi na inne choroby, to trudno wymagać, żeby śledził wszelkie bezsensowne komentarze i się nad nimi zastanawiał.
Jeżeli ktoś uzna, że jakiś komentarz jest dla niego obraźliwy, życzy sobie jego usunięcia, to powinien powiadomić blogera. Jeżeli bloger nie reaguje, w stosownym czasie nie odpowiada na wezwanie o usunięcie, to powinien powiadomić Onet, który może sprawdzić sytuację i w zasadnym przypadku interweniować.
Każdy ponosi odpowiedzialność za siebie, a nie za kogoś i jeżeli ma być oskarżany o jakieś wpisane przez kogoś treści na swoim blogu, to musi wcześniej wiedzieć, że się one na blogu znajdują i kogoś obrażają. W przeciwnym wypadku będzie to oczywiście karalne skierowanie przeciwko niewinnej osobie ścigania.
Osoba przewrażliwiona, której się wydaje, że wszyscy na nią dybią, nie potrafi pogodzić się z tym, że przez jednych będzie lubiana, przez innych nie, jedni będą z zachwytem spijać jej słowa, ale inni krytykować – nie ma jednak najmniejszego prawa rzucić na cały krąg osób fałszywych oskarżeń przed organami ścigania. Nielubienie kogoś, krytyczne oceny wobec kogoś nie są żadnym przestępstwem! Natomiast oskarżanie o wymyślone przestępstwa nielubianych osób już przestępstwem jest.
O tym wszystkim powinien pamiętać każdy, kto zamierza pomówić do organów ścigania nielubiane przez siebie osoby o przestępstwa, mimo że nie ma do tego żadnych podstaw.
U nas w Polsce co prawda się nie słyszy, żeby osoby po uniewinnieniu lub umorzeniu sprawy jako bezzasadnej upominały się o ściganie za fałszywe oskarżenie tego, kto skierował przeciwko nim ściganie, ale przepisy w k.k. są i zawsze mogą zostać zastosowane.	Kategorie: Bez kategorii	| 24 Komentarze
P. Immunitet Kaczyńskiego
Opublikowano 19 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1241. Czy Jarosław Kaczyński będzie musiał udowadniać, że nie jest wielbłądem?
Te nazwiska warto zapamiętać, w większości ekonomiści, politolodzy, pedagodzy z sejmowej Komisji Regulaminowej i Spraw Poselskich wyznaczają standardy prawne:
Bartuś Barbara /PiS/ - zastępca przewodniczącego
Błądek Antoni /PiS/ Borowiak Łukasz /PO/ Budnik Jerzy /PO/ - przewodniczący
Cybulski Piotr /PiS/ Gintowt-Dziewałtowski Witold /SLD/ Kossakowski Wojciech /PiS/ Marcinkiewicz Michał /PO/ Martyniuk Wacław /SLD/ - zastępca przewodniczącego
Orłowski Paweł /PO/ Pawlak Mirosław /PSL/ Pomaska Agnieszka /PO/ Rząsa Marek /PO/ Stawiarski Jarosław /PiS/ Stolarczyk Jarosław /PO/ Śledzińska-Katarasińska Iwona /PO/ Ujazdowski Kazimierz Michał /PiS/
Jeżeli owe standardy się upowszechnią, to przykładowo, jeżeli pani oskarży pana o gwałt, a ten z oburzeniem stwierdzi, że ona kłamie, że nigdy nawet nie przebywał z nią sam na sam, to pani może skutecznie podać sprawę do sądu o zniesławienie. I wtedy mężczyzna będzie musiał udowadniać, że wcale nie kłamie, a więc, że tej pani nie zna za dobrze i o gwałcie nie mogłoby być mowy.
Równie dobrze sąsiad może oskarżyć sąsiada, że ten się do niego włamał i go okradł. Jeżeli sąsiad z oburzeniem zarzuci kłamstwo oskarżycielowi, to ten może podać sprawę do sądu o zniesławienie i pomówiony o kradzież będzie musiał dowodzić, że nie jest kłamcą i kradzieży nie dokonał.
Należy zapytać o to, jak działają nasze sądy, że tego rodzaju sprawy o zniesławienie, gdy zniesławienie jest tylko rzekome, bo ofiara broni się przed pomówieniem o przestępstwo, są w ogóle dopuszczane, a nie z góry odrzucane jako bezzasadne, właśnie dlatego że ktoś musiałby udowadniać, że czegoś nie zrobił.
Nie ma bardziej szczegółowych danych w Internecie, więc nie umiem podać, którzy to posłowie z Komisji Regulaminowej i Spraw Poselskich zagłosowali za rekomendacją Sejmowi uchylenia Jarosławowi Kaczyńskiemu immunitetu na wniosek Romana Giertycha. Zapewne nie wszyscy, jednak musiała to być większość.
Sprawa powstała na tle wywiadu Romana Giertycha dla „Rzeczpospolitej” z oskarżeniem Jarosława Kaczyńskiego o zbieranie haków na politycznych rywali.
Jarosław Kaczyński zaprzeczył oskarżeniom Giertycha i zarzucił mu kłamstwo oraz złożył pozew.
Wtedy Roman Giertych oskarżył Jarosława Kaczyńskiego o zniesławienie, wytoczył mu proces cywilny i proces karny. Ze względu na immunitet prezesa Kaczyńskiego sprawa karna jest zawieszona.
Tu oczywiście należy się dziwić sądowi, a może w ogóle potępić nasze prawo, które umożliwia takie sytuacje, że po sądach ciągany jest ten, który broni się przed czyimiś oskarżeniami, a nie ten, kto je rzuca.
Przewodniczący Komisji Jerzy Budnik z PO, wprawdzie absolwent Uniwersytetu Gdańskiego, Wydziału Prawa i Administracji, ale mgr administracji, a nie prawnik, wypowiedział się dla radia TOK FM:
Zarzuty, które były w tle tego wniosku, a więc wykorzystywanie organów państwa do zbierania haków na konkurencję polityczną były wysokiego kalibru. Roman Giertych na posiedzeniu komisji potwierdził, że ma niezbite dowody w sądzie i jeżeli da się mu szansę, to je udowodni [...] Posiedzenie komisji było burzliwe i dość długie, ale w konkluzji uznaliśmy, że coś jest na rzeczy [...]*.
Rzecz w tym, że sprawa w sądzie i uchylenie immunitetu nie dotyczy zarzutów, jakie ma Roman Giertych wobec Jarosława Kaczyńskiego, ale zniesławienia Romana Giertycha przez nazwanie go kłamcą. I wobec tego to Jarosław Kaczyński powinien udowodnić, że słusznie nazwał Romana Giertycha kłamcą, bo wcale nie zbierał haków na przeciwników politycznych.
To właśnie tak jak w moich przykładach z oskarżeniem o gwałt czy kradzież.
Nie wiem zresztą, może moje pojęcie o prawie jest całkiem nietrafne. Ale zawsze byłam przekonana, że to stawiający jakiś zarzut ma udowodnić jego prawdziwość, a nie ten, kto się broni przez zarzutem ma być oskarżany o zniesławienie i udowadniać swoją niewinność.
Ani Jarosław Kaczyński, ani Roman Giertych nie należy do lubianych czy popieranych przeze mnie polityków. Ale rzecz dotyczy zasadniczych kwestii, bo jeżeli rzeczywiście nasze prawo tak wygląda, że pomówiony nie ma prawa odpierać zarzutów jako fałszywych, bo naraża go to na proces, gdzie ma udowadniać, że nie jest wielbłądem, to praktycznie każdy jest zagrożony, jeżeli ktoś będzie chciał go obrzucać fałszywymi zarzutami.
I w takim razie bardzo słusznie boję się prawników i czuję poważne zagrożenie, gdy jakiś prawnik nalega, aby się ze mną zaprzyjaźnić, lub zaczyna mnie obrażać. Bo jeżeli mamy takie prawo, to każde słowo wypowiedziane we własnej obronie może być wykorzystane przeciwko mnie.
*http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,9274415,Komisja_rekomenduje_uchylenie_immunitetu_Kaczynskiemu.html	Kategorie: Bez kategorii	| 30 Komentarze
I. O nas i Anglikach – wywiad z żoną b. premiera
Opublikowano 18 marca 2011 Autor: Maria-Dpra	1240. „Jak Anglicy potrafią żyć, a Polacy zbyt często zatruwać sobie życie”
Pani Izabela Olchowicz-Marcinkiewicz, młoda żona byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza, jest u nas na ogół przedmiotem kpin, a na jej blogu pojawiają się tak wulgarne komentarze, że gdyby je przetłumaczyć na angielski i wysłać do jej znajomych w Anglii, to nie mieliby żadnych wątpliwości, że Polacy to chamskie prymitywy.
Niedawno w „Polityce” ukazał się z nią wywiad pt. „Z brytyjskim dystansem” o tym: „jak Anglicy potrafią żyć, a Polacy zbyt często zatruwać sobie życie”.
W tekście znajduje się wiele ciekawych uwag o Anglikach, o ich całkiem odmiennym niż nasze zachowaniu. Przykładowo w kontekście wyrażania emocji, również na gruncie polityki mówi ona:
Wiem jedno: na Wyspach w ogóle nie byłoby możliwe wyrażanie emocji w ten nasz, polski, ostentacyjny sposób, od polityki poczynając. Wszyscy zdają sobie sprawę, że politycy uprawiają teatr, że naciągają rzeczywistość, coś tam obiecują, ale jeden członek parlamentu nie może zarzucić drugiemu kłamstwa, co najwyżej delikatnie, w oględnych słowach go upomnieć. Tymczasem w Polsce słychać codziennie najgrubsze epitety i jest pod tym względem coraz gorzej. Myślę, że dużo w tym winy dziennikarzy, bo często prowokują i lansują takie właśnie zachowania. Żeby był show. A ludzie w Polsce, inaczej niż Brytyjczycy, skrajnie łatwo łapią się na takie emocje*.
I dodaje o sobie:
W jakiś sposób na pewno zaraziłam się tym angielskim dystansem. Lubię studzić emocje wokół siebie, tak jak to oni robią*.
Pani Izabela dotknęła tu ważnego problemu. W Polsce przestało być zaletą posługiwanie się rozumem, zachowywanie się powściągliwie, natomiast rzeczywiście w ludziach są podżegane emocje, często złe, nienawistne, dzielące ludzi jakby na pierwotne hordy.
Człowiek racjonalny wręcz uważany jest za podejrzanego. Dziennikarka w programie bez żadnej żenady potrafi zadawać pytanie: A co pan wtedy czuł? I jeszcze nikt nie odmówił na takie bezczelne pytanie odpowiedzi! Tymczasem publiczne ujawnianie uczuć jest wręcz chamstwem! Jak o tym pisze Wolfgang Sofsky („Forum”, 2007, nr 21, za Wolfgang Sofsky, „Neue, Zuercher Zeitung”, 28.04.07):
Wszędzie, gdzie się znajdzie, cham jest wulgaryzacją wolności. Każdemu swemu odczuciu po prostu musi natychmiast głośno dać wyraz. Zanim jeszcze zda sobie sprawę, co właściwie czuje, obwieszcza światu swą odrazę, zdumienie albo zadowolenie. Taka wulgarność jest skrajną formą niestosowności.
Niestety chamstwo jest u nas normą i jest uważane za szczerość, na to też zwraca uwagę Wolfgang Sofsky:
Cham nierzadko tłumaczy swoje zachowanie potrzebą ujawniania prawdy. Niezafałszowana moralność wymaga – jak twierdzi – mówienia wszystkiego bez ogródek. Ignorowanie podstawowych względów delikatności i dyskrecji to jego zdaniem wyraz szczerości i prostolinijności. Dobre maniery – to tylko zakłamanie i obłuda (ibidem).
Dlatego wywiad z panią Izabelą Olchowicz-Marcinkiewicz jest tak cenny, gdyż ukazuje nam, że nasze zachowanie, również lansowane w mediach przez dziennikarzy, nie jest żadną normą, tylko raczej czymś żenującym. Szczególnie ciekawy jest fragment, w którym pani Izabela wypowiada się w kontekście pisania swojego bloga i reakcji na niego komentatorów:
Mamy więc dwa modele podejścia do sprawy. Mój i ich. Który jest pani bliższy? Dla mnie bardziej nie do zaakceptowania jest ten polski styl myślenia. Bloga prowadzić mi nie wolno. Dlaczego? Pokazywać się publicznie nie powinnam. Jeden z przyjaciół męża zasugerował nawet, że byłoby w lepszym tonie, gdybyśmy przylatywali do Polski osobno, nie pokazując się razem, a my jesteśmy po ślubie! I nie jest to tylko mój problem z Polską. Inni Polacy, spotkani za granicą, też mówią, że w Polsce się czują jakoś osaczeni. W Londynie zachwyca mnie, jak ludzie pięknie potrafią żyć: te ich muzea, rozliczne formy świetnej rozrywki, mnogość pomysłów na spędzanie czasu – do wyboru, do koloru, ale bez zbytniego wnikania, co kto lubi. Ale to się u nich budowało latami. A skąd to miałoby się tak nagle wziąć w Polsce? To się może zmienia, ale bardzo powoli*.
Tu dodatkowo ujawnia się typowo polska dulszczyzna i hipokryzja, żeby się kryć. Nie jest jednak wcale tak, że wszyscy Polacy, którzy wyjeżdżają za granicę, nabierają tego dystansu i luzu. Można to niestety zaobserwować na przykładzie niektórych osób piszących na blogach, które chyba nabrały jeszcze gorszych manier i są bardziej chamskie niż w Polsce.
W wywiadzie znajduje się więcej ciekawych obserwacji zachowywania się Anglików:
Ten ich większy luz w podejściu do życia i do innych. Większa wolność. [...]Ale problem z tabloidami w Polsce polega moim zdaniem bardziej na tym, że to publiczność jest na nie nieodporna. A już szczególnie średnie i starsze pokolenie. [...]Obawiam się, że ta różnica w traktowaniu treści z tabloidów polega na innym podejściu do ludzi w ogóle. [...]Chodzi też o prawa człowieka, walkę z mobbingiem, prawa pracownicze, które tu się bierze szalenie serio. Nawet o tę political correctness, z której w Polsce się śmieją, a którą ja bardzo szanuję. To wszystko ma źródło w innej wrażliwości Brytyjczyków. Mnie ona w jakiś sposób ujmuje. [...]Może sednem jest to, że nie sprawia się komuś nieuzasadnionej przykrości – bo nie wypada? Co więcej, może ludzie są lepiej wytrenowani w tym, żeby wyłapywać takie sytuacje?*
I pani Izabela podaje bardzo charakterystyczny przykład swojego zachowania, już brytyjskiego:
Ostatnio zaczepiła mnie w metrze bardzo miła pani – że jestem podobna do jej ulubionej postaci serialowej. Mogłam odpowiedzieć w duchu polskim – że nie oglądam seriali. A nawet że uważam to za stratę czasu. Ale przecież mogłam sprawić jej przykrość. A po co? Więc pogadałyśmy sobie o serialu, którego nie znam*.
I to jest sedno sprawy! Polak czuje się przeszczęśliwy, jak może się wywyższyć, postawić kogoś w kłopotliwej sytuacji czy wręcz zrobić z niego durnia, tak jakby nie uświadamiał sobie, że jest to zwyczajne chamstwo. Znowu powołam się na tekst Sofsky’ego:
Cham jest typem pozbawionym godności, niegrzecznym i nietaktownym. Człowiek honoru chce zawsze być w stanie spojrzeć sobie w oczy w lustrze. Uprzejmy unika narażania innych na przykrości. Taktowny troszczy się o to, by jego rozmówca sam się nie skompromitował. Pomaga mu zachować twarz. Nie dostrzega cudzych, gaf, ignoruje wpadki. Nie demonstruje ani lekceważenia ani wspaniałomyślności. Natomiast cham do takiego postępowania nie jest zdolny. On nie szanuje niczego. [...] Kiedy jest świadkiem cudzej wpadki, rozgłasza to natychmiast światu, i to z drwiącym uśmiechem. Wyolbrzymia drobne potknięcia, cudze niepowodzenia sprawiają mu przyjemność. Jego wulgarność jest podszyta złośliwością (Sofsky, op.cit.).
Mam wrażenie, że to chamstwo rozpleniło się drastycznie po 1989 r. Kiedyś jednak ludzie wykształceni trzymali jakiś poziom. W PRL długie kolejki ustawiały się pod księgarniami firmowymi wydawnictw po wartościowe książki. Owszem, wtedy nie było tylu programów telewizyjnych, Internetu, ale faktem jest, że istniał swoisty snobizm na czytanie wartościowych książek. Wydaje mi się, że to miało znaczenie, bo jednak książki, przedstawienia teatralne wyznaczały jakieś standardy.
Obecnie normą stało się obrażanie się, odzywanie się do siebie agresywnie, a nawet wulgarnie. Ostatnio ze zgrozą obserwowałam jak w programie telewizyjnym zaczęli się obrażać nawet profesorowie fizyki!
To chamstwo, które płynie odgórnie z polityki, a podżegane jest przez dziennikarzy, zaczyna udzielać się wszystkim.
Zastanawiam się nieraz, czytając chamskie teksty na blogach politycznych, czy za taką formą ukrywany jest brak argumentów? Czy chce się ewentualnych oponentów z góry zakrzyczeć, oszołomić wulgarnym językiem i obelgami?
I nie ma co zwalać winy na trolle, na anonimowość w sieci. Ludzie nieraz wcale nie wstydzą się własnym nazwiskiem podpisywać tekstów obelżywych, szyderczych, kłamliwych, pełnych insynuacji.
Jakże często szydzi się u nas z poprawności politycznej, przekonując właśnie, że sprawianie innym przykrości, obrażanie ich jest w porządku. Swoisty kult siły, wywalczanie sobie wrzaskiem uprzywilejowanej pozycji. Szczególnie martwi mnie, gdy takie poglądy głoszą osoby wykształcone, które powinny mieć aspiracje zachowywać się kulturalnie, taktownie i zasłużyć na opinie inteligenta.
Oczywiście nie ułatwia tego ogólny brak standardów, który idzie od góry.
To jest o tyle niedobre, że zaczyna się nakręcać spirala chamstwa. Jeżeli ktoś nie chce mieć zarobku frajera, to powinien reagować: wet za wet. A niestety jakakolwiek reakcja na chamstwo zaczyna w nie wciągać, z kolei brak reakcji może być właśnie potraktowany jak przyznanie chamowi racji i jego wygrana.
Wygląda więc na to, że u nas jeszcze długo będzie tak, jak zauważa to pani Izabela, porównując nas z Anglikami, że Polacy będą sobie zatruwać życie. I co gorsza, jak sądzę, z tego właśnie, a nie czegoś pozytywnego, twórczego, będą czerpać przyjemność!
*http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1512412,1,rozmowa-z-izabela-olchowicz-marcinkiewicz.read	Kategorie: Bez kategorii	| 26 Komentarze