Source: https://blueshell.pl/blog/czy-kary-administracyjne-i-mandaty-zwiazane-z-koronawirusem-sa-legalne/
Timestamp: 2020-07-13 12:00:56
Legal References Found: art. 1134
 art. 31
 Art. 31

Art. 31
 Art. 46
 art. 31
 art. 54
 art. 42

Document Content:
Czy kary administracyjne i mandaty związane z koronawirusem są legalne? – Blueshell Legal
Home | Czy kary administracyjne i mandaty związane z koronawirusem są legalne?
Czyli opowieść o prawie i konstytucji, dla której tłem i pretekstem jest trwający stan epidemii. Czy rządzący przestrzegają podstawowych reguł prawa czy je negują? Czy nakładane kary są zgodne z prawem? I co robić, gdy już się ukaranym zostanie?
W ramach wprowadzenia do tekstu czuję się zobowiązany wyjaśnić, że moja wypowiedź ma w całości charakter autorski. Ma na celu tłumaczenie kwestii prawnych osobom, które o prawie wiedzą niewiele. Dlatego też język może być dla prawników trudny do zrozumienia – a nawet niepoprawny. Nie opieram się na wypowiedziach i poglądach autorytetów i naukowców. Przedstawiam mój własny pogląd, własny punkt widzenia pewnych kwestii. Nie zawsze będzie on w pełni zgodny z tym, czego nauczają na uniwersytetach. Nigdy nie uważałem za stosowne trzymać się tego, co uważam za nieprawidłowe i nieprecyzyjne tylko dlatego, że dany pogląd jest prezentowany przez większość. Zawsze jednak, gdy będę odstępował od głównego nurtu, postaram się to wyraźnie zaznaczyć. Tekst ma na celu informowanie – nie agitowanie.
Część pierwsza: Hierarchia źródeł prawa.
Na wykładzie prawa konstytucyjnego przedstawia się następującą hierarchię (prawo unijne pomijam celowo, tylko niepotrzebnie komplikowałoby sprawę):
Ratyfikowana Umowa Międzynarodowa (ratyfikowana – przyjęta tak jak ustawa)
Rozporządzenie (akt wykonawczy wydawany, między innymi, przez ministrów)
Akt prawa miejscowego (np. uchwała rady gminy)
Hierarchia oznacza, że akt niższego rzędu (np. ustawa) musi być zgodny z każdym aktem rzędu wyższego (np. konstytucją). „Zgodny” – czyli nie może go naruszać. Za chwilę spróbuję pokazać jak trudne jest to zagadnienie.
Na potrzeby niniejszego tekstu przedstawię hierarchię jednak nieco inaczej.
Ta piramida pokazuje świat prawa takim, jakim go widzimy i stosujemy.
Na dole pojawiła się nowa kategoria: akty stosowania prawa. Umowy prawnie ułożone zastępują miejsce prawa dla tych, którzy je uczynili – przewidywał art. 1134 ust. 1 Kodeksu Napoleona i ta, poznana jeszcze na studiach myśl, z biegiem lat i doświadczenia skłoniła mnie do rozbudowania piramidy. „Aktami stosowania prawa” są wszystkie działania – czy to samych obywateli czy rządzących – które nadają prawu treść, kształtując sytuacje poszczególnych osób. Są więc nimi wspomniane umowy, wyroki sądów czy decyzje administracyjne, a nawet regulaminy spółdzielni i inne dokumenty, których do „źródeł prawa” prawnik na ogół nie zaliczy.
Potrzeba ich umieszczenia w piramidzie jest następująca: w praktyce to właśnie z nimi się stykamy. Jeżeli chcemy się dowiedzieć „co nam wolno” – badamy reakcje policji. To, czy i ile mam zapłacić, wynika z decyzji podatkowych. No i wyroków sądów. Akty stosowania prawa są więc manifestacją prawa najbardziej konkretną i najbliższą nam wszystkim – wszyscy się z nimi stykamy, nimi się kierujemy i (często) je właśnie rozumiemy.
Jeżeli chcesz użyć argumentu: „tak, ale tylko gdy są zgodne z prawem” – to rozważ, że ten sam warunek dotyczy każdego elementu piramidy. I w praktyce jest nieprawdziwy. Rozporządzenie Ministra Infrastruktury też jest prawem o ile jest zgodne z ustawą, a ustawa – o ile nie narusza konstytucji. I podobnie jak w przypadku aktów „wysokiego rzędu” stosujemy je tak długo, aż ktoś ich nie zakwestionuje, co wymaga chęci, wysiłku i kosztów. Właśnie ta trudność w podważeniu aktów „niższego rzędu” powoduje coś ważnego: swoiste „odwrócenie” hierarchii. Pamiętaj: światem nie steruje komputer, nic nie odsiewa aktów „niezgodnych” zanim trafią do obrotu. Niezgodna z konstytucją ustawa działa. Niezgodna z ustawą umowa działa.
Pozostała część piramidy została uproszczona (nie było sensu umieszczać wszystkich kategorii aktów prawnych), jednak to uproszczenie również ma swój ukryty cel. Otóż ilekroć „zajmuję się” prawem to sięgam właśnie do środkowej części piramidy. Z niej wynikają prawa i obowiązki, które jeszcze nie skonkretyzowały się w umowach czy wyrokach. Mam napisać umowę? Sięgam do ustaw, czasem rozporządzeń. Mam napisać pozew? Sięgam do takich samych źródeł. To, czy źródłem jest ustawa, umowa międzynarodowa, rozporządzenie czy uchwała rady miasta – nie ma na ogół wielkiego znaczenia. Działa tak samo, jest tak samo ważne, tak samo precyzyjne.
W przypadku procesu sądowego zajmuję się badaniem zgodności najniższego szczebla piramidy ze środkowym. Twierdzę, że mój przeciwnik, w ramach „aktu stosowania prawa” naruszył prawo, czyli ustawę.
Nie przez przypadek jest ona bardzo wysoko. Niedostępna. Oznaczona jedną literką, bo zabrakło miejsca. Ona jest oczywiście najważniejsza, jak bóstwo w religii, ale jednocześnie niedostępna na co dzień zwykłemu śmiertelnikowi. W swojej praktyce zawodowej nie widziałem, by ktoś się nią posługiwał. Sam chyba przywołałem ją raz. W beznadziejnej sprawie.
Przepisy konstytucji są często abstrakcyjne. Nic w tym dziwnego, cały system prawny opiera się na jednym dokumencie, który jest (i ma być) bardzo krótki, w dodatku zawiera liczne postanowienia dotyczące samej władzy (liczba posłów, pozycja Trybunału Konstytucyjnego). Tylko garść przepisów dotyczy całej reszty, wszystkich sfer życia publicznego i prywatnego, którymi zajmuje się zasadnicza część piramidy.
Będziemy do tych kwestii wracali, tu jednak trzeba podkreślić ważną sprawę. Jeżeli profesor prawa (nie wspominając o szeregowych magistrach: adwokatach czy radcach prawnych) twierdzi, że coś jest niezgodne z konstytucją, to wyraża własny pogląd w bardzo abstrakcyjnej kwestii. Nie znaczy to, że nie ma racji – ale oznacza, że końcowe rozstrzygnięcie sądu czy Trybunału Konstytucyjnego może się bardzo różnić od jego poglądów i oczekiwań. Ktokolwiek mówi, że wie, jakie będzie rozstrzygnięcie sądu, albo grzeszy pychą albo bezczelnie kłamie.
Część druga: Stan epidemii
Pojawiły się wątpliwości co do tego, czy ogłoszenie stanu epidemii było prawidłowym działaniem rządu i czy bardziej adekwatne nie jest aby wprowadzenie stanu nadzwyczajnego. Jeden z głównych argumentów jest taki, że to właśnie stan nadzwyczajny pozwala ograniczyć prawa i wolności obywatelskie – a tego przecież dotyczą spory i nakładane kary.
Zacznijmy od konstytucji. W rozdziale XI opisuje ona trzy stany nadzwyczajne: stan klęski żywiołowej, wyjątkowy i wojenny. Rozdział ten zawiera przepisy o wprowadzaniu każdego z nich (następuje to poprzez wydania rozporządzenia przez władzę wykonawczą) i wskazuje dokładnie jakie prawa i wolności obywateli mogą i nie mogą zostać ograniczone w tych rozporządzeniach. Ta ostatnia kwestia jest bardzo istotna – skoro postanowiono dosyć dokładnie wymienić kiedy i jakie prawa mogą zostać ograniczone to naturalny jest wniosek, że w innych przypadkach robić tego nie wolno.
Trochę zagmatwać obraz może art. 31 ust. 3 konstytucji. Znajduje się on w zupełnie innej części i opisuje ogólnie kiedy do ograniczeń praw i wolności może dojść. Stwierdza, że musi to następować w drodze ustawy i ograniczenie powinno być niezbędne w danych warunkach dla ochrony ważnych wartości. Skoro ograniczanie praw i wolności może następować na podstawie różnych ustaw, nie tylko w stanach nadzwyczajnych, to władza wykonawcza wcale nie musi wprowadzać żadnego z nich, by zakazać nam wejścia do parku, prawda?
Nie jest to takie proste. Art. 31 ust. 3 znajduje się w rozdziale II, ma charakter ogólny. Rozdział XI to zaś szczególny przypadek. W przypadku stanów nadzwyczajnych ingerencja następuje:
bardzo głęboko;
w konkretnej sytuacji i konkretnym celu;
w warunkach kryzysu wymagającego nagłego działania władzy;
na podstawie rozporządzenia (mieszczącego się w ramach ustaw).
Ograniczeń praw i wolności jest jednak wiele i dotyczą spraw codziennych. Przykłady? Postanowienia kodeksu pracy nie pozwalają na dowolne kształtowanie umów, działalność gospodarcza też nie jest w pełni swobodna (reklama wódki, pornografia, koncesje), mamy zakaz wchodzenia na tory kolejowe, a za zabójstwo grozi nam nawet pozbawienie wolności…
Art. 31 ust. 3 mówi tylko o tym, że każde ograniczenie w sytuacji „normalnej” wymaga ustawy (taką ustawą jest na przykład kodeks karny) i spełnienia warunków „konieczności”. Rozdział XI reguluje natomiast niektóre sytuacje nienormalne.
Mając na uwadze powyższe jednoznacznie stwierdzam, że stan epidemii jest niekonstytucyjnym stanem nadzwyczajnym (jego mechanizm jest w uproszczeniu dokładnie tak sam), tylko że…
Tylko że jest z tym pewien problem.
Gdyby ustawę regulującą stan epidemii wprowadzono wczoraj nie miałbym wątpliwości, że to bezprawie. Ale stan epidemii jako quasi-stan nadzwyczajny obowiązuje w naszym porządku prawnym przynajmniej od 2002 roku, kiedy to weszła w życie (nie obowiązująca już) ustawa z 6 września 2001 roku o chorobach zakaźnych i zakażeniach. Wcześniejsze rozwiązania (ustawa z 1963 roku) były inne, ale w niektórych punktach podobne.
Mamy więc do czynienia z instytucją prawną mającą blisko 18 lat tradycji. Przez ten czas rządziły (prawie?) wszystkie ekipy polityczne. Ustawę z 2001 roku przyjęto jeszcze za rządów Akcji Wyborczej Solidarność. Zasadniczej konstrukcji stanu epidemii nie podważyła ani lewica ani PiS ani PO z PSL. Niekonstytucyjności nie stwierdził też Trybunał Konstytucyjny.
Wróćmy teraz do piramidy z części pierwszej. Rozbieżność między tym, co znajduje się na różnych jej piętrach, nie jest, niestety, niczym niezwykłym. Nie chodzi o to, że „są ludzie, którzy nie przestrzegają prawa”, to jest oczywiste. Chodzi o sytuacje, gdy ludzie są powszechnie przekonani, że postępują zgodnie z prawem a państwo jest niechętne lub zbyt słabe, by to korygować i w efekcie utrwala błędne przekonanie obywateli. Gdy stosowane prawo (najniższe piętro) odbiega od ustaw itd. (piętro środkowe) to mamy do czynienia – według mnie – z dualizmem prawa. Oczywiście, z punktu widzenia ustawy jest to łamanie prawa, ale skoro w praktyce widzimy tylko szczebel najniższy, to on „jest” dla nas prawem. Odwraca się porządek – to niższy szczebel piramidy rządzi wyższym. Gdy jeden człowiek łamie ustawę – jest to problem tego człowieka; gdy jednak łamią ją wszyscy – problemem staje się ustawa.
Podobny problem występuje w przypadku stanu epidemii. On jest – jak pisałem – niezgodny z konstytucją. Ale ona jest daleko. Oczywiście możemy się na nią powołać, niemniej jednak nie możemy nią „żyć” na co dzień. Tak, masz prawo pójść do urzędu miasta i powiedzieć, że zgodnie z konstytucją nie mogą ci odmówić pozwolenia na budowę. Ba, nawet możesz mieć rację. Ale urzędnik raczej nie podejmie dyskusji na tym polu. I on również będzie miał rację, bo trzeba stąpać po ziemi. Prawnicy się spierają (nie ostatnio, od „zawsze”), czy sąd może sam zakwestionować konstytucyjność ustawy czy też może to zrobić wyłącznie Trybunał Konstytucyjny.
Czy wyobrażamy sobie, że Rada Ministrów ogłasza, iż ustawa, która obowiązuje od 18 lat i nie budziła wątpliwości, tak naprawdę nie obowiązuje, bo nagle „kolega minister zauważył”, że jest niezgodna z konstytucją? Zresztą… pozwólmy jej na to. Jutro inny szeregowy poseł oświadczy, że nie obowiązuje kodeks karny.
Pamiętajmy też, że sama konstytucja zawiera pewien „haczyk”, który można streścić tytułem tego artykułu: „słabe prawo, ale prawo”. Otóż gdy Trybunał stwierdza niezgodność z konstytucją jakichś przepisów nie musi ich „kasować” automatycznie. Może orzec: „tak, to niezgodne z konstytucją, ale na razie nie mamy innego prawa w tej materii. Niech więc ta niekonstytucyjna ustawa na razie obowiązuje a Sejm niech przygotuje lepszą”.
Można mieć jeszcze wątpliwości co do tego, czy treść rozporządzenia odpowiada treści ustawy. Art. 46 ust. 4 pkt 1) mówi o czasowym ograniczeniu określonego sposobu przemieszczania się. Rzeczywiście, nie jest to to samo co (praktycznie wprowadzony) zakaz wychodzenia z domu. Czy jednak tak bardzo się różni? Czy „zakaz przemieszczania się bez potrzeby” istotnie jest czymś innym niż ograniczenie przemieszczania? I najważniejsze – czy mając takie a nie inne karty Minister Zdrowia mógł zagrać lepiej? Przypominam: to jest gra o życie (i oczywiście karierę rządzących, jednak o nasze życie również).
Biorąc to wszystko pod uwagę nie mam wątpliwości, że wprowadzając stan epidemii Minister Zdrowia postąpił prawidłowo. Zastosował to prawo, które miał, nawet jeśli bardzo wadliwe. Prawo to ma 18 lat tradycji i Pan Minister nie powinien go samozwańczo podważać. Wydał rozporządzenie i ustanowił ograniczenia praw i wolności nas wszystkich – kierując się ustawą i art. 31 ust. 3 konstytucji, który przecież literalnie na coś takiego pozwala.
Co więcej (być może to jest w tym wszystkim najważniejsze) nie spotkałem się z (poważnymi) głosami, że podstaw faktycznych do takich ograniczeń nie ma. Argumenty są wyłącznie takie, że wprowadzono „zły stan”. Z mojej perspektywy podważanie tych zakazów jest tak samo racjonalne jak żądanie unieważnienia małżeństwa ze względu na to w jakim budynku ślub się odbył, bez zwracania uwagi na przebieg samej ceremonii.
Ale też – nie zdziwię się – jeżeli kiedyś jakiś sąd się na te argumenty powoła. Staram się już nie dziwić niczemu.
Część trzecia: Mandaty
Co do mandatów wystawianych przez Policję nie mam – biorąc pod uwagę powyższe stanowisko – wątpliwości. Bazują – jak rozumiem – na kodeksie wykroczeń, którego art. 54 przewiduje karę za naruszenie przepisów porządkowych, a takim przepisem jest na przykład zakaz wejścia do parku.
Czy więc taki mandat przyjmować? Pomijam tu oczywistą złożoność problemów, zdarzyło mi się naruszyć ten zakaz ale nie ze złej woli, lecz raz przez pomyłkę a raz z niewiedzy. I z tego, co wiem, Policja co do zasady w takich przypadkach kar nie nakłada. Mnie nie ukarali tylko przepędzili. To, co spowoduje otrzymanie mandatu, to bezczelność: po naszej stronie lub policjanta. Jeżeli uważamy, że nie zrobiliśmy nic złego (ja na przykład wszedłem do parku z roztargnienia – zgubiłem drogę a park nie był odgrodzony taśmą, jak się zorientowałem to wyszedłem) a mandat jest wysoki jak na naruszenie – nie przyjmujmy. Jeżeli jednak nasza wina jest oczywista, raczej kara nas nie ominie…
Otóż prawnicy są różni. A sędziowie to prawnicy. Mamy różne wartości, różne zasady. Jeżeli konkretny sąd uzna, że stan epidemii to bezprawie (a jak pisałem wyżej – pewne pole do takiej argumentacji jest), to nas od odpowiedzialności uwolni. Jeżeli dojdzie do wniosku, że „rząd przesadził” może zadziałać tak samo, precedensy były. Jeżeli na to liczysz – próbuj. Szansę masz, nawet niemałą.
Część czwarta: kary administracyjne
Na ten element z kolei patrzę diametralnie odmiennie. Z mojej perspektywy naruszone tu są wszystkie podstawowe zasady prawa, a więc i konstytucja. W normalnych warunkach nie miałbym wątpliwości, że te kary (np. za jazdę na rowerze – taki przypadek wedle doniesień medialnych miał miejsce) się nie ostaną. W przypadku naruszenia konstytucji zawsze może nas ochronić sama konstytucja – a dokładnie jej kapłani, sędziowie Trybunału.
O tym, czy Trybunał jest ciałem niezależnym, pisał nie będę. Macie takie same narzędzia oceny jak ja. Zaznaczam tylko, że gdy niezależność tego organu jest publicznie kwestionowana to nie mogę zaręczać, że będzie działał on prawidłowo.
Już sama idea „kary administracyjnej” budzi mój sprzeciw. Konsekwencje za naruszenie prawa powinny pochodzić od sądu, czyli organu, który zajmuje się właśnie karami, dysponuje wiedzą, doświadczeniem, a czasem nawet odpowiednim wyczuciem. Tak jest nawet w przypadku mandatów, których – przypominam – nie musimy przyjmować. Policja więc nas karze, ale tylko „wyręcza” sąd, do którego możemy się zwrócić wprost.
Kara administracyjna jest natomiast nakładana przez organ administracji. Jeśli wolisz: przez „panią w okienku/pana za biurkiem”. To może mieć jeszcze sens w przypadku kar, które są bliskie podatkom – na przykład kar za nieograniczenie zużycia prądu przez przedsiębiorstwo, gdy dochodzi do przeciążenia sieci (z takim przypadkiem miałem do czynienia, dlatego się do niego odwołuję) i jednocześnie nakładanych przez wyspecjalizowany organ (np. UOKiK). Kary te dotyczą raczej „organizacji” niż ludzi a ich istota nie sprowadza się do tego, że „człowiek jest zły” ale do obiektywnych błędów czy wręcz spowodowanych szkód.
Spójrzmy jednak na przepisy wprowadzone (to ważne – nie obowiązujące „od zawsze”, ale od 31 marca) do ustawy, na podstawie której obowiązuje stan epidemii. Za naruszenie „ograniczenia przemieszczenia się” kara wynosi od 5.000 zł do 30.000 zł. Karę nakłada inspektor sanitarny – organ, który trudno uznać za adekwatny do karania za wejście do parku i rozważania ludzkich motywacji w tym zakresie. Decyzja podlega natychmiastowemu wykonaniu – czyli możesz się odwoływać, ale najpierw musisz zapłacić.
Mamy tu naruszenie podstawowych zasad konstytucji. Nie będę się odwoływać do norm abstrakcyjnych (art. 2: demokratyczne państwo prawne itd.), skupmy się tylko na art. 42 ust. 3: Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu. Kara pieniężna to nie tylko uznanie winy, ale również wymierzenie kary – bez jakiegokolwiek wyroku, ba – bez jakiegokolwiek sądu.
Pozwolę sobie na drobny wtręt polityczny. Dlaczego władza sięga po takie przepisy? Ponieważ one dają dużą (nomen omen) władzę – i to nie podlegającą żadnej kontroli. Urzędnicy dostali do ręki banalne narzędzie pozwalające zniszczyć człowieka. Ten człowiek został zaś pozbawiony jakichkolwiek skutecznych narzędzi obrony. Jeżeli urzędnik będzie chciał skorzystać z tych uprawnień to obywatel „tu i teraz” nie może zrobić w zasadzie nic. Sędziowie odpowiadają przez „Bogiem i Historią”, urzędnik odpowiada przed ministrem a ten przed szefem partii. Oczywiście, każda władza w swoim mniemaniu jest dobra. Tylko i wyłącznie w swoim.
Część piąta: czyli jak się bronić?
Po pierwsze należy działać rozsądnie. Te ograniczenia wprowadzono po coś i naprawdę można się do nich z czystym sumieniem stosować. Nawet jeżeli wprowadzając zakazy rządzący popełnili techniczne błędy, to generalnie oni mają rację.
Po drugie należy działać we własnym interesie. A więc uniknąć kary lub karę zminimalizować. Skoro kara z SANEPIDu zaczyna się od 5.000 zł a mandat od policjanta kończy na 500 zł – wybór jest prosty. Zrób wszystko, aby na policjancie się kończyło. Zaoszczędzisz spore pieniądze.
Po trzecie: bądź miły i współpracuj. Policjant to człowiek. Wielu z nich naprawdę nie lubi karać i jak grzecznie im powiesz po co jedziesz rowerem albo przeprosisz, bo „nie wiesz”, „zagapiłaś się”… mogą pouczyć. Bo czemu nie? Tak, oni zapewne muszą wyrabiać statystyki. Naprawdę wystarczy takich, którzy będą się z policjantami kłócili. Wypadnij przyzwoicie na tle takich osób – to pomoże. Uroda i uśmiech potrafią zdziałać cuda; z uśmiechu czasem korzystam i gorąco polecam.
Gdy sprawa trafi do SANEPIDu też jest szansa. Kary nie są bowiem wcale tak sztywne, jak by się mogło wydawać, choć tu już trzeba zastrzec, że mówię bardziej o teorii niż praktyce, która przecież dopiero się wykształca [tak – wracamy do piramidy, dolnego szczebla w tej materii jeszcze nie znamy, on powstaje, dlatego czasem tak trudno komentować]. Otóż obok ustawy, na podstawie której kary są nakładane, jest jeszcze Kodeks Postępowania Administracyjnego (k.p.a.). Wprawdzie ustawa, o której mówimy, nie odesyła do k.p.a. (jest za to odesłanie do ordynacji podatkowej, co już wygląda jak bezczelność), niemniej ordynacja podatkowa wszystkich kwestii nie reguluje a sam k.p.a. mówi, że należy go stosować w braku przepisów szczególnych. Kodeks przewiduje między innymi zasady wymierzania kar – trochę podobne do systemu prawa karnego. Urzędnik, który nakłada karę, ma obowiązek rozważyć wszystkie aspekty sprawy (na przykład to, że naprawdę musiałeś wejść do parku ze względu na jakieś szczególne okoliczności).
Więcej, w przepisach jest prawdziwa perełka, otóż urzędnik ma obowiązek odstąpić od wymierzenia kary, jeżeli waga naruszenia prawa jest znikoma, a strona zaprzestała naruszania prawa. Czytaj: weszłaś do parku, bo chciałaś, żeby pies się załatwił, policjant zwrócił ci uwagę i natychmiast wyszłaś.
Ale jak się bronić? Składając odwołanie. Pamiętaj, że zawsze odwołanie wnosimy do tego organu czy sądu, który wydał decyzję (wyrok), który kwestionujemy. Oni to przekazują tam, gdzie trzeba. W takim odwołaniu koniecznie złóż wniosek o wstrzymanie natychmiastowej wykonalności. Może zdążą (o ile będą chcieli) zanim komornik zajmie twoje konto. Jeżeli druga instancja nie pomoże, to masz prawo do sądu – w uproszczeniu na tych samych zasadach.
No i zawsze pamiętaj, że jest druga droga. Krąży w Internecie łańcuszek zawierający oświadczenie dla osób zatrzymywanych przez Policję. Zawiera on bardzo mądre powołanie się na konstytucję, akcentowanie własnych racji i odmowę współpracy. Gorąco zachęcam do skorzystania z tego oświadczenia a następnie skorzystania z moich usług w celu podważenia nałożonej przez SANEPID kary.
Oczywiście (przed)ostatni akapit zawierał sarkazm.
Autor: Piotr Dąbrowski, radca prawny