Source: http://www.halat.pl/meatfactory.html
Timestamp: 2017-10-23 15:11:49
Legal References Found: Art. 56
 art. 51
 art. 27
 art. 303
 Art. 7
 art. 13

Art. 27
 art. 365
 art. 20
 art. 11
 art. 20
 art. 11
 art. 20
 art. 365
 art. 20
 art. 11

Document Content:
FABRYKI WIEPRZOWINY
miesięcznik "Świat Konsumenta"
Nr 1 (72) styczeń 2008
Drogę od średniowiecznej łaciny carnem levare, przez ludowe carne vale, do naszego karnawału łatwo rozpoznać, trudniej wytłumaczyć przyczynę, dla której Polacy słowo to odnoszą do całego okresu zapustów, zamiast do ostatniej jego części – mięsopustów.
Przedstawiane jako sukces przywrócenie eksportu mięsa do Rosji wpłynie na wzrost cen w kraju, co może doprowadzić do niekontrolowanych erupcji gniewu ludu o przełomowych skutkach znanych z nie tak dawnej przeszłości. Historia PRLu roi się od wiekopomnych wydarzeń, w których „niesprawiedliwa” dostępność mięsa była zapalnikiem beczki prochu, może dlatego, że przemawiała do wyobraźni każdego zwykłego zjadacza mięsa i pozwalała tłumnie oprotestować narodowe krzywdy zamaskowane wstydliwie ukrywanym dzisiaj hasłem „socjalizm - tak, wypaczenia - nie”. Za wypaczenia w planowej gospodarce mięsem orzekano i wykonywano wyroki śmierci. Obalanie światowego systemu komunistycznego zaczęło się od wykrycia prawdziwej zawartości puszek, których wywóz do ZSRR udaremnili lubelscy kolejarze , bo przyspawali wagony do torów. W puszkach nie było farby, jak głosiły etykiety. Była szynka. W Polsce Ludowej dostępna tylko w sklepach za żółtymi firankami dla ważnych partyjniaków i zbrojnego ramienia partii – MO, ZOMO itp. Zwykły obywatel PRLu mógł kupić szynkę za dolary w Peweksie w niebotycznej na ówczesne warunki cenie, albo szukać zaopatrzenia na wsi, wchodząc w tajniki świniobicia i innych rodzajów uboju podwórkowego, porcjowania, paczkowania i wreszcie zamrażania w cieszących się wielkim wzięciem zamrażarkach domowych. Wycyzelowanej precyzji i totalnej klapy systemu kartek na mięso nie wymyśliłby nawet George Orwell. Po co zresztą sięgać po fikcję literacką, skoro twórca i nadzorca systemu kartkowego PRL jest liderem jednej z czterech frakcji Sejmu obecnej kadencji i zapewne chętnie podzieli się wspomnieniami z młodzieżą, z racji wieku prawdziwie lewicową.
Znając przeszłość, można zrozumieć teraźniejszość. Płynące z niedawnej historii zbiorowe doświadczenie Polaków starannie wykorzystują światowe koncerny agrochemiczne, produkujące wszystko, co da się przerobić na mięso i produkty zwane mięsnymi, zwłaszcza pasze, antybiotyki, substancje dodatkowe i inne składniki pasz i gotowych wyrobów. Idylliczne obrazki z wiejskiej zagrody można jeszcze zobaczyć w elementarzu i w niedobitych globalizacją gospodarstwach rodzinnych. Prawdziwa wielkoprzemysłowa produkcja mięsa na masową skalę odbywa się w ogromnych halach fabrycznych. Nowoczesne fabryki mięsa przerabiają genetycznie modyfikowaną soję i kukurydzę na tkanki zwierzęce. Zapisano juz tony twardych dysków o szkodliwym wpływie pasz złożonych z wynalazków inżynierii genetycznej na zdrowie i dobrostan zwierząt hodowlanych. Zresztą trudno mówić o dobrostanie w warunkach intensywnego tuczu, kiedy to z żywej istoty czyni sie precyzyjną maszynę do przetwarzania paszy na mięso, nabiał i podroby. Każdy mieszczuch, który miał jakiekolwiek zwierzę salonowe, dobrze wie, ze zwierzęta – tak samo jak ludzie – wyróżniają się odmiennymi charakterami i upodobaniami, nawet jeśli są rodzeństwem. W zmienności tkwi przecież potęga przyrody ożywionej. Dotyczy to również mieszkańców obory, chlewu i kurnika. Każdy wie, jak skończą, ale doceniamy ich indywidualność, choćby wołając do nich: Łaciata, Chrumka, czy Czubatka. Zwierzęta salonowe - psy i koty, to z reguły członkowie rodzin, zajmujący pozycję równorzędną, jeśli nie uprzywilejowaną w stosunku do reszty domowników. Wiem co mówię, bo mój Misio manipuluje mną równie sprawnie jak macha ogonem.
Tymczasem od biologicznej maszyny hodowlanej wymaga się najwyższej osiągalnej sprawności, daleko przekraczającej najbardziej paskudne bariery chorej wyobraźni. Maksimum przyrostu masy przy minimum odchodów, minimum odpadów poubojowych, minimum energii na oświetlenie, wymianę powietrza oraz ogrzanie lub ochłodzenie, zależnie od temperatury na zewnątrz budynku. Tu święci tryumfy pomysłowość inżynierów genetycznych. Bawiąc się w małego pana boga, z zapałem tworzą nowe istoty na zamówienie. Za drogo kosztuje prąd na klimatyzacje brojlerni, usuwanie pierza i jego utylizacja? Proszę bardzo - mamy w ofercie kurczaka bez pierza. Z przegrzania nie padnie, skubać nie trzeba. A odpychający konsumentów czerwony kolor skóry da sie zamaskować w wyrobach gotowych do spożycia. Jeśli to nie wystarczy, można sięgnąć po sprawdzone autorytety, które w ramach pseudonaukowych kampanii zaświadczą, ze mięso mutantów jest lepsze, bo zdrowsze.
Jeśli nie dojdzie do przełomu w ocenie konsumenckiej mięsa, a w warunkach polskich do jego detronizacji z pozycji króla stołu, problemy z produkcją mięsa będą tylko narastać. Pokoleniu ogłupionemu światem Harrego Pottera i jemu podobnymi wynaturzeniami wciśnie sie każdy kit, nawet najbardziej monstrualny. Wszelkie próby przemawiania do rozsądku i tak zawiodą. Wszak walkmany, wieże i "koncerty" ogłuszyły jak dotychczas 60% szóstoklasistów. Ci o zakupach mięsa zadecydują w przyszłości.
A już teraz każdy podatnik w Unii Europejskiej składa się na przeogromne zyski koncernów agrochemicznych dopłacając do produkcji rolnej wprost, czyli płacąc po części za pasze i inne surowce fabryk mięsa, bądź pośrednio, np. w postaci rekompensat za wybite stada, utylizowaną padlinę i pasze i resztę ogromnych kosztów zwalczania np. ptasiej grypy.Dla sprzedawców paszy każde ognisko zarazy w hodowlach przemysłowych to okazja do co najmniej dwukrotnego zarobku, nie ma przecież znaczenia, czy wyhodowane zwierzęta będą zjedzone czy spalone, a im dłużej trwa spadek cen z powodu strachu konsumentów, tym więcej paszy zjedzą niechciane na rynku zwierzęta. Kolejne źródła zarobku na paszach to unijne lub krajowe dopłaty za spadek cen z powodu strachu konsumentów i do eksportu poza obszar celny Wspólnot Europejskich. Tego też Orwell by nie wymyślił. Państwo swoją siłą wydziera podatnikom pieniądze, aby wydać je na surowce do fabryk mięsa. Co na to ludzie w potrzebie ratowania zdrowia i życia, którym odmówiono pomocy, tłumacząc się brakiem pieniędzy? Pewnie sami kupiliby sobie świadczenie medyczne, gdyby im nie zabrano pieniędzy z przeznaczeniem na pasze.
Należy podkreślić, że technologie nowe i najnowsze z pozoru korzystne dla wszystkich w rzeczywistości przerzucają obniżone koszty wytwarzania na chorujących konsumentów, potwornie cierpiące zwierzęta i masywnie skażone elementy środowiska - wodę, powietrze i glebę - tak w skali lokalnej, jak i globalnej. Praktyki hodowlane przekraczające wytrzymałość organizmów żywych oraz pojemność środowiska to przedsięwzięcia technologiczne budzące protesty bardziej cywilizowanych odłamów narodów świata, kierujących się ambicją wyższą niż chęć zysku za wszelką cenę oraz szacunkiem dla ludzi i przyrody. Silne lobby przemysłu mięsnego poprzez wpływ na ekspertów, ministrów i parlamentarzystów wyjątkowo dopuszcza do głosu argumenty naukowe i etyczne, które mogłyby obniżyć dynamikę wzrostu zysków ze sprzedaży produktów zwierzęcych.
Gdyby było inaczej, rozwiązania kluczowego problemu naszych czasów, jakim jest emisja gazów cieplarnianych poszukiwanoby nie w proliferacji energii atomowej z jej ryzykiem produkcji i odpadów a w ograniczeniu hodowli. Wszak opublikowany w 2006r. raport Światowej Organizacji ds. Rolnictwa i Wyżywienia ONZ (United Nations Food and Agriculture Organisation – FAO) dowodzi, że hodowla generuje 18% emisji gazów cieplarnianych mierzonej jako ekwiwalent dwutlenku węgla, więcej niż wszystkie formy transportu łącznie.
Przemysł mięsny jest głównym odbiorcą produktów przemysłu agrochemicznego. Wpływy i możliwości sprawcze koncernów farmaceutycznych w znacznej mierze koncentrują się na ochronie interesów na rynku antybiotyków i hormonów wchodzących w skład pasz wytwarzanych w skali przemysłowej. Wystarczy wiedzieć, że to hodowla zużywa 90% produkowanych antybiotyków, a tylko reszta, a więc zaledwie 1/10 jest wykorzystywana na inne potrzeby, w tym do leczenia ludzi, na tyle skutecznego, na ile pozwala antybiotykooporność zakażeń bakteryjnych. Bogatą literaturę uzupełniającą czarny obraz wpływu fabryk mięsa na dewastację gwałtownie kurczących się zasobów wody, która mogłaby być przeznaczona do spożycia przez ludzi, uzupełnia artykuł zamieszczony w sierpniu 2007r. w „Applied and Environmental Microbiology”. Oto okazuje się, że geny antybiotykooporności zawarte w gnojowicy odciekającej do wód podziemnych nie tylko są w tych wodach łatwo wykrywalne, to jeszcze - znajdując nowych gospodarzy - niektóre z nich mogą amplifikować się i w ten sposób niebezpiecznie zanieczyszczać wody podziemne w zasięgu większym niż będące ich źródłem bakterie.
Zgubne oddziaływanie fabryk mięsa na zdrowie pracowników i okolicznych mieszkańców ma już bogatą literaturę, także w Polsce. Utylizacja odpadów zwierzęcych, zwłaszcza wysokiego ryzyka, jest jednym z podstawowych problemów naszego państwa, które niezależnie od publicznych wypowiedzi kolejnych ekip rządowych niezmiennie płaci za wykonane i niewykonane w tym zakresie zadania jednemu przedsiębiorstwu.Państwo ma problem z głowy i nie przygląda się zbyt dokładnie, co to przedsiębiorstwo robi z padliną, bo mogłoby się okazać, że politycy i urzędnicy musieliby sami się tym zająć z braku chętnych do wykonania tak karkołomnego zlecenia.
Żegnając transporty mięsa na wschód nostalgicznym praszcziaj mjaso! pozostańmy w przekonaniu, że jest jak w PRLu, tylko zmienił się Wielki Brat.
lekarz specjalista epidemiolog, w latach 90. w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych
Nr 2 (73) luty 2008
NIEPRZYJEMNY ZAPACH, A WŁAŚCIWIE SMRÓD
Jeśli coś śmierdzi, to raczej cuchnie a nie pachnie. Smród nazwany odorem śmierdzi jak śmierdział, tyle że czyni to jakby bardziej elegancko. Ale smród prezentowany jako nieprzyjemny zapach jest po prostu nie do zniesienia. W kategoriach politycznych, nie medycznych. Wśród ludzi występuje osobnicza zmienność rozpoznawania bodźców węchowych, a poza tym do odoru można się przyzwyczaić. Progi węchowe pozwalające wykryć konkretne odory, uznać je za możliwe do wytrzymania, bądź stanowczo nieakceptowalne, są indywidualnie zróżnicowane i u tej samej osoby zmienne w czasie. Na pewno to samo można powiedzieć o progach wrażliwości obywatelskiej na bezczelność funkcjonariuszy państwowych. Tu jednak zamiast fizjologii, socjologia decyduje o gniewnej odpowiedzi obywateli na bodźce negatywne. Nasza historia dowodzi, że progi cierpliwości zrazu wysokie mogą obniżyć się w oka mgnieniu, o czym przekonał się każdy, kto traktował Polaków jak bydło. Dzisiaj jednak o nierogaciźnie.
Na wstępie cytat z depeszy Polskiej Agencji Prasowej z godz. 4.45 dnia 8 stycznia 2008r.:
„Wyniki kontroli polskich chlewni wypadły tak źle, że wystraszyły nawet kierownictwo Najwyższej Izby Kontroli. Jeden z jej pracowników powiedział "Polsce", że obawiając się reakcji, szefostwo NIK zastanawiało się nawet nad utajnieniem raportu. Ostatecznie do tego nie doszło. Postanowiono jednak, że zostanie napisany w miarę oględnie - twierdzi informator "Polski". Dokument będzie opublikowany we wtorek. Gazecie udało się do niego dotrzeć wcześniej.”
I rzeczywiście 8. stycznia NIK udostępniła opinii publicznej dokument KSR-41014/06 Nr ewid. 135/2007/P06106/KSR pod nazwą „Informacja o wynikach kontroli sprawowania nadzoru nad wielkoprzemysłowymi fermami trzody chlewnej” zatwierdzony 23. listopada 2007r. a dotyczący czynności kontrolnych przeprowadzonych w II półroczu 2006 r. m. in. w 13 wielkoprzemysłowych fermach trzody chlewnej i odpowiadających im terytorialnie 13 powiatowych inspektoratach weterynarii i 13 powiatowych stacjach sanitarno–epidemiologicznych. W odnośnym materiale zamieszczonym w Biuletynie Informacji Publicznej NIK nr ewidencyjny 135/2007 z datą sporządzenia: 11/2007, ale ujawnionym dopiero 8. stycznia 2007 można przeczytać, że zdaniem NIK „Koniecznością staje się więc prowadzenie stałych, systematycznych kontroli ferm w celu ochrony zdrowia zwierząt, przekładającego się w konsekwencji na bezpieczeństwo produktów pochodzenia zwierzęcego i zapewnienie ochrony zdrowia publicznego.”
A więc NIK zamierzała ukryć wyniki opłacanej przez podatników pracy dokumentującej zagrożenia zdrowia publicznego, w tym zdrowia konsumenta.
Kontrolę przeprowadzono na terenie 7 województw, biorąc pod uwagę koncentrację produkcji i potencjalną liczbę ferm trzody chlewnej o charakterze przemysłowym. Kontrolę zaplanowano w jednostkach, których działanie mogło mieć bezpośredni, lub pośredni wpływ na funkcjonowanie wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej. Wyboru jednostek do kontroli przez NIK oraz niżej wymienionych ferm przez poszczególne inspekcje, organy nadzoru budowlanego i organy skarbowe dokonano dwustopniowo, stosując metodę doboru losowego prostego, uwzględniając także dostępne informacje o wielkości pogłowia zwierząt utrzymywanych w fermach. Kontrolą objęto: w woj. dolnośląskim - Gospodarstwo Rolno-Handlowe Stanisław M Krzysztof T. w Węgrzynowie oraz Gospodarstwo Rolne Lesław i Czesława K. Proboszczów, w woj. kujawsko-pomorskim - Maria i Zdzisław Ć w Braniewie, „Prima” Sp. z o.o. ul. Marcelińska 92/94 ferma Krąplewice, w woj. łódzkim - Gospodarstwo Rolno Hodowlane Stanisław M., Krzysztof T. w Węgrzynowie Oddział w Niechcicach, w woj. pomorskim - „Poldanor” S. A., ferma Koczała oraz Gospodarstwo Rolne Adam i Artur D. Grabowo Kościerskie, w woj. warmińsko-mazurskim - 8. „Upałty-Rol” Sp. z o.o. i „Agri” Sp. z o.o., ferma Radkiejmy, w woj. Wielkopolskim Przemysłowa Ferma Tuczu Trzody Chlewnej Miłostowo i Zootechniczny Zakład Doświadczalny Pawłowice - Centralny Ośrodek Hybrydyzacji Trzody Chlewnej, w woj. Zachodniopomorskim „PRIMA” Sp. z o.o. ul. Marcelińska 92/94 w Poznaniu, ferma Żabin i Przedsiębiorstwo Produkcji Zwierzęcej Sp. z o.o. Przybkowo. „PRIMA” i „Agri” to 100% własność koncernu SMITHFIELD Inc., zaś „Poldanor” to spółka akcyjna skupiająca największych producentów trzody chlewnej w Danii.
Zaiste, nawet zastosowanie doboru losowego wskazało na głównych winowajców, zapytać jednak należy, dlaczego nie wykorzystano opłaconych przez podatnika wyników wcześniejszych kontroli podjętych przez NIK i inne organy państwa. Skoro badaniami kontrolnymi objęto okres od 1 stycznia 2004 r. do 30 czerwca 2006 r., to określając liczbę obiektów losowanych na terenie każdego z województw, należało uwzględnić choćby Raport Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska „Informacja o przestrzeganiu wymagań ochrony środowiska przez wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej” (Warszawa, maj 2005), który nie mógłby być cytowany w publikacji Głównego Urzędu Statystycznego, gdyby nie dotrzymywał wymogów Ustawy z dnia 29 czerwca 1995 r. o statystyce publicznej. Art. 56 tej ustawy przewiduje, że kto wbrew obowiązkowi przekazuje dane statystyczne niezgodne ze stanem faktycznym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
PRZESTRZEGANIE WYMAGAŃ OCHRONY ŚRODOWISKA
W WIELKOPRZEMYSŁOWYCH FERMACH TRZODY CHLEWNEJ
WEDŁUG WOJEWÓDZTW W okresie maj – czerwiec 2004 r.
WOJEWÓDZTWA Liczba ferm Ustalenia dotyczące przestrzegania wymagań ochrony środowiska (posiadanie: decyzji, pozwolenia zintegrowanego, zezwolenia na emisję gazów lub pyłów, pozwolenia wodnoprawnego, programu gospodarowania odpadami; dotrzymywanie warunków określonych w decyzjach, wywiązywanie się z obowiązku naliczania i uiszczania opłat, prowadzenie ewidencji) w zakresie
ogółem w 2003 r. w tym skontro
-lowanych gospodarki odpadami ochrony powietrza gospodarki wodno-ściekowej
z uregulo
wanym stanem formalno
-prawnym stwierdzone nieprawi
dłowości z uregulowanym stanem formalno
dłowości z uregulo
-prawnym stwier
dzone niepraw
dłowości
P O L S K A 627 40 12 28 12 28 13 27
Dolnośląskie 11 2 - 2 - 2 - 2
Kujawsko-pomorskie 10 2 - 2 - 2 - 2
Lubelskie 50 1 - 1 - 1 - 1
Lubuskie 9 3 1 2 1 2 2 1
Łódzkie 25 2 - 2 - 2 - 2
Małopolskie 9 1 - 1 - 1 - 1
Mazowieckie 34 - - ? - - - -
Opolskie 13 3 1 2 2 1 1 2
Podkarpackie 17 1 - 1 - 1 - 1
Podlaskie 67 1 - 1 - 1 1 -
Pomorskie 21 3 - 3 - 3 - 3
Śląskie 18 3 1 2 1 2 2 1
Świętokrzyskie 12 2 2 - 2 - - 2
Warmińsko-mazurskie 22 5 - 5 - 5 - 5
Wielkopolskie 168 6 4 2 3 3 4 2
Zachodniopomorskie 141 5 3 2 3 2 3 2
Wracając do odorów ferm: NIK pisze w swoim raporcie „Nieprzyjemny zapach, występujący w ich otoczeniu był, w okresie objętym kontrolą, przyczyną ok. 65% wszystkich skarg dotyczących zanieczyszczenia powietrza kierowanych do Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Na przykład: Mieszkańcy wsi: Sędziejowice, Śladków Mały, Śladków Duży, Chomentówek w woj. świętokrzyskim informowali Ministerstwo Środowiska o wywożeniu z fermy w Śladkowie, gnojowicy w nadmiernych ilościach (tworzące się zastoiska na polach) i związanym z tym „nieznośnym fetorze”, zanieczyszczeniu cieków wodnych oraz degradacji walorów turystyczno-rekreacyjnych. Podobnym problem był sygnalizowany przez Europejskie Towarzystwo Ekologiczne - Koło w Kargowej. (…) Problemy związane z eksploatacją instalacji do chowu lub hodowli trzody chlewnej w większości dotyczyły zagospodarowania nawozów naturalnych i powstającej przy tym uciążliwości zapachowej. W woj. zachodniopomorskim, spośród 19 gmin, na terenie których funkcjonują wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej, mieszkańcy 7 gmin nie wnosili skarg na ich użytkowanie. W pozostałych 12 gminach większość protestów mieszkańców i turystów dotyczyła odorów powstających przy zagospodarowaniu na polach gnojowicy, a także rozbudowy istniejących ferm, lub przystosowania fermy bydła do produkcji trzody chlewnej. Na przykład: – Wójt Gminy Wierzchowo, w wyniku skargi mieszkańców 8 miejscowości, wezwał Spółkę „Prima” do zaprzestania rozdeszczowywania gnojowicy w sposób powodujący emisje odorów poza teren będący we władaniu Spółki. Z informacji Wójta Gminy Wierzchowo wynika ponadto, że z chwilą rozpoczęcia działalności przez dwie fermy w Żeńsku i Żabinie, należące do Spółki „Prima”, oprócz skarg mieszkańców okolicznych wsi dotyczących nieprzyjemnych zapachów podczas nawożenia pól gnojowicą, okoliczni dyrektorzy zakładów pracy i informowali o złym samopoczuciu pracowników pracujących na powietrzu, a Kierownik NZOZ „Eskulap” poinformował o nasilającej się liczbie schorzeń takich jak: astma, zapalenie spojówek, nasilony kaszel.”
Wskazując na potencjalny czynnik sprawczy nagłego zgonu, kontrolerzy NIK udokumentowali bezpośrednie zagrożenie życia. Wspólną cechą bezpośredniego zagrożenia życia jest to, że czynnik wywołujący zaburza funkcję co najmniej jednego z układów ustroju bezpośrednio decydującego o życiu tj. ośrodkowego układu nerwowego, układu krążenia krwi i układu oddechowego. Ma tu zastosowanie art. 51. ustawy z dnia 23 grudnia 1994 r. o Najwyższej Izbie Kontroli, który zobowiązuje kontrolera do niezwłocznego poinformowania kierownika jednostki kontrolowanej o stwierdzeniu bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia ludzkiego w celu zapobieżenia występującemu niebezpieczeństwu, zaś kierownik jednostki kontrolowanej obowiązany jest niezwłocznie poinformować kontrolera o podjętych działaniach zapobiegających temu stanowi zagrożenia. W przypadku powzięcia przez kontrolera uzasadnionego podejrzenia, że działania kierownika jednostki kontrolowanej są niewystarczające, powiadamia on niezwłocznie o stwierdzonych zagrożeniach kierownika jednostki nadrzędnej lub właściwy organ państwowy. Zarządzenie Prezesa Najwyższej Izby Kontroli z dnia 1 marca 1995 r. w sprawie postępowania kontrolnego szczegółowo określa sposób przekazanie przez kontrolera kierownikowi jednostki kontrolowanej informacji o stwierdzeniu bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia ludzkiego.
Wspomniany właściwy organ państwowy to oczywiście Państwowa Inspekcja Sanitarna, która zgodnie z ustawą z dnia 14 marca 1985 r. jest powołana do realizacji zadań z zakresu zdrowia publicznego, w szczególności poprzez sprawowanie nadzoru m. in. nad warunkami higieny środowiska w celu ochrony zdrowia ludzkiego przed niekorzystnym wpływem szkodliwości i uciążliwości środowiskowych oraz zapobiegania powstawaniu chorób. Zgodnie z art. 27. Ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, w razie stwierdzenia naruszenia wymagań higienicznych i zdrowotnych, państwowy inspektor sanitarny nakazuje, w drodze decyzji, usunięcie w ustalonym terminie stwierdzonych uchybień. Jeżeli naruszenie tych wymagań, spowodowało bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia ludzi, państwowy inspektor sanitarny nakazuje likwidację hodowli lub chowu zwierząt. Decyzje w tych sprawach podlegają natychmiastowemu wykonaniu.
W 6 kontrolowanych stacjach sanitarno-epidemiologicznych (Giżycku, Gołdapi, Międzychodzie, Lesznie, Świeciu n/Wisłą i Szczecinku) zaniechano przeprowadzania kontroli ferm pod względem niektórych zagadnień. Na przykład: – W PSSE w Giżycku, Gołdapi, Międzychodzie, Lesznie i Szczecinku nie przeprowadzano kontroli ferm w zakresie uciążliwości zapachowej, hałasowej oraz wpływu ferm na życie i zdrowie okolicznych mieszkańców. – PSSE w Międzychodzie nie kontrolowała jakości wody, a PSSE w Szczecinku nie prowadziła badań wody ze studni przydomowych w pobliżu istniejących ferm. W ocenie NIK, nadzór Państwowej Inspekcji Sanitarnej nad wielkoprzemysłowymi fermami trzody chlewnej był nieskuteczny i prowadzony nierzetelnie. Pojawia się pytanie czy o każdym przypadku prowadzącym do tej konkluzji był niezwłocznie powiadomiony Główny Inspektor Sanitarny, który może w każdym czasie odwołać państwowego wojewódzkiego i państwowego powiatowego inspektora sanitarnego, jeżeli przemawia za tym interes służby, a w szczególności, jeżeli działalność tego państwowego inspektora sanitarnego lub podległej mu jednostki może zagrozić prawidłowemu wykonywaniu zadań Państwowej Inspekcji Sanitarnej, a zwłaszcza naruszyć bezpieczeństwo sanitarne na terenie właściwości danej jednostki. Państwowy inspektor sanitarny wyższego stopnia może podejmować wszelkie czynności należące do zakresu działania państwowego inspektora sanitarnego niższego stopnia, jeżeli jest to wskazane ze względu na szczególną wagę lub zawiłość sprawy. Główny Inspektor Sanitarny koordynuje i nadzoruje ustawową działalność państwowych inspektorów sanitarnych. Nadzór nad Głównym Inspektorem Sanitarnym sprawuje minister właściwy do spraw zdrowia. Prezes Rady Ministrów odwołuje Głównego Inspektora Sanitarnego.
Doniesienia prasowe są dla prokuratury postawą do wszczęcia postępowania sprawdzającego w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstwa, a zgodnie z art. 303 kodeksu postępowania karnego, jeżeli zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, wydaje się z urzędu lub na skutek zawiadomienia o przestępstwie postanowienie o wszczęciu śledztwa lub dochodzenia, w którym określa się czyn będący przedmiotem postępowania oraz jego kwalifikację prawną. Art. 7 ustawy z dnia 20 czerwca 1985 r. o prokuraturze podaje, że jest obowiązany do podejmowania działań określonych w ustawach, kierując się zasadą bezstronności i równego traktowania wszystkich obywateli.
Zdaniem niektórych sytuacja opisana w raporcie NIK
"Informacja o wynikach kontroli sprawowania nadzoru
nad wielkoprzemysłowymi fermami trzody chlewnej"
zakrawa na skandal.
Dla mnie megaskandalem jest
ukrywanie prawdy przez NIK
do godz. 10:00 dnia 8 stycznia 2008 r. (wtorek)
Warto było osobiście sprawdzić
jak NIK ukrywa prawdę,
wchodząc na stronę
Wyszukiwanie w informacjach
i wpisując nazwę raportu
Odpowiedź BIP:
to dowód materialny naruszenia
przez NIK wszelkich praw
człowieka, obywatela,
konsumenta i podatnika,
który niezmiennie
utrzymuje bezproduktywną
kastę pseudokontrolerów
do politycznych poruczeń
Nr 2 (41) luty 2005, str. 42-43
CZY MOŻEMY WYBRAĆ ZDROWIE?
Na zamieszczone na stronie internetowej www.halat.pl pytanie „Czego się boisz?” 50% respondentów odpowiada, że boi się choroby, 32% - biedy, 11% - innych nieszczęść, a pozostałe 7% twierdzi, że nie boi się niczego. Dokonując złych wyborów, łatwo sprowadzić na siebie i swoją rodzinę chorobę i/lub biedę. Mądry po szkodzie Polak roku wyborczego 2005 pewnie uzna powyższe przekonanie za swoje i natychmiast zacznie narzekać, że nie ma na kogo głosować. Wreszcie wybierze gwiazdę reality show, spikerkę, tancerza z niebieskimi oczami, bądź też na złość wszystkim zrezygnuje ze swojego prawa wyborczego.
A tu na efekty absencji wyborczej czyhają nie tylko drobne kółka wzajemnej adoracji, lecz także wspierane ciężkim pieniędzmi i zmasowaną propagandą tajno-jawne układy o skuteczności dobrze sprawdzonej nie tylko w naszym kraju. Kto nie głosuje, ten bez żadnego oporu oddaje się im w niewolę. Na przykład w niewolę komunizmu lub faszyzmu. Ponieważ Konstytucja RP w art. 13. zakazuje istnienia partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania narodowego socjalizmu, faszyzmu i komunizmu, warto wiedzieć jak te nielegalne w naszym kraju ideologie definiuje Robert F. Kennedy Jr: "While communism is the control of business by government, fascism is the control of government by business". Kto jak kto, ale bratanek Johna F. Kennedy’ego, do dziś najbardziej kochanego prezydenta wszystkich Amerykanów, ma prawo wyznaczać granice współczesnej demokracji. Ma też prawo oceniać stan spraw w swoim kraju: "The Republicans are 95 percent corrupt and the Democrats are 75 percent corrupt. They are accepting money from the same corporations.” Kiedy jednak Robert F. Kennedy Jr przyjeżdża na zaproszenie mieszkańców Więckowic pod Poznaniem, aby przestrzec Polaków przed zgubną dla ludzi, zwierząt i środowiska przemysłową hodowlą trzody chlewnej, zostaje poddany miażdżącej krytyce przez redakcję gazety sprawującą u nas realną władzę. Obrona przemysłowej hodowli w wykonaniu wiceprezesa Smithfield Foods na łamach gazety decydującej o karierach ludzi i instytucji to oczywiste ostrzeżenie dla głównego inspektora sanitarnego, głównego inspektora ochrony środowiska, głównego lekarza weterynarii i wszystkich pozostałych organów państwa odpowiedzialnych za egzekwowanie obowiązującego prawa sanitarnego. Paraliż inspektorów zmusza do postawienia pytania: czy sami mamy wykrywać zagrożenia zdrowia i życia naszym węchem i innymi zmysłami? A co w takim razie z zagrożeniami, których nie można ani wywąchać ani zobaczyć? Takimi jak radionuklidy, dioksyny, pestycydy, bisphenol A? To tragifarsa, czysty Szwejk. Szczególnie niebezpieczne dla wszystkich jest zatracenie ustawowej roli gwaranta zdrowia publicznego przez Państwową Inspekcję Sanitarną. Już nie aktywna prewencja a bierna obserwacja skutków zagrożeń stoi za stanowiskiem Państwowego Wojewódzkiego Inspektora Sanitarnego w Poznaniu zawartym w piśmie do Wójta Gminy Dopiewo (HK-5010-40/03 z 20. listopada 2003r.): "Nie jest znany Państwowej Inspekcji Sanitarnej ani jeden przypadek skierowania mieszkańca Więckowic na badania toksykologiczne, które można by łączyć z wpływem istniejącej fermy na zdrowie i życie ludzi."
Akurat we wrześniu 2003r. mój zespół przeprowadził pilotażowe badania epidemiologiczne w domach mieszkańców Więckowic. Pod nieobecność respondentów rejestrowano odpowiedzi dorosłych domowników (wywiad rodzinny). W przypadku nieobecności dorosłego domownika lub odmowy udzielania odpowiedzi informację o mieszkańcach pozyskiwano od miejscowego działacza organizacji ekologicznej, arbitralnie przypisując im brak skarg i dolegliwości. Analizą objęto 177 osób, w tym 89 respondentów zamieszkałych w odległości do 700 m od przemysłowej hodowli trzody chlewnej i 88 – w dalszej odległości. Mieszkańcy Więckowic potwierdzili wystąpienie w okresie lipiec – wrzesień 2003r. zwykle co najmniej raz w tygodniu bólu głowy w 43 przypadkach, kaszlu w 38 przypadkach, piekących i łzawiących oczu w 31 przypadkach, bólów mięśni i stawów w 30 przypadkach oraz zatkania nosa w 29 przypadkach, zmęczenia bez wyraźnej przyczyny w 27 przypadkach i cieknącego nosa w 25 przypadkach. Na zatkany nos i cieknący nos, piekące i łzawiące oczy oraz ból głowy znacznie częściej skarżyli się respondenci zamieszkali w odległości do 700 m od hodowli przemysłowej niż zamieszkali w dalszej odległości. Odsetki osób z potwierdzonymi objawami odniesiono do wyników badań Wing i Wolfa z 1999 roku w amerykańskim stanie Północna Karolina obejmujących trzy grupy respondentów (a) zamieszkałych w okolicy hodowli przemysłowej bydła, (b) zamieszkałych w okolicy hodowli przemysłowej trzody chlewnej i (c) bez hodowli przemysłowej w okolicy (grupa kontrolna). Uderzająco częstsze występowanie objętych kwestionariuszem objawów u respondentów z Wielkopolski w porównaniu z respondentami z Północnej Karoliny wynikać może z większej ekspozycji Wielkopolan wynikającej z bliskiej odległości źródła skażenia powietrza od ich siedzib. Ta różnica nie występuje w przypadku odpowiedzi na pytania kontrolne, według badań Wing i Wolfa obejmujące objawy ewidentnie nie związane z wpływem hodowli przemysłowej a dotyczące bólów mięśni i stawów, zmęczenia bez wyraźnej przyczyny, widzenia jak za mgłą, czy zgagi. Wyniki tego badania epidemiologicznego były już skutecznie wykorzystane jako argument działaczy organizacji ekologicznej z Więckowic w protestach do władz i przed sądem.
Wśród odorów gnojowicy trzody chlewnej zidentyfikowano od 100 do 200 substancji zapachowych. Progi wykrywalności mogą być aż tak niskie, jak 1 na miliard (10-9)a nawet 1 na trylion (10-12). Co najmniej 30 spośród tych związków to związki szczególnie cuchnące o progach wykrywalności poniżej 1 mikrograma na metr sześcienny: merkaptany, siarczki organiczne, aminy, kwasy organiczne, aldehydy i ketony. Dla siarkowodoru wyznaczono progi toksykologiczne:
Zagrożenia zdrowia w zależności od stężenia siarkowodoru w powietrzu [ppm]
0,01 – 0,7 próg wykrywalności węchem
3 – 5 odrażający odór (5 ppm TLV 8-godz.)
10 podrażnienie oczu, w tym spojówek (TLV 15-min.)
20 podrażnienie innych śluzówek i płuc
50 – 100 podrażnienie układu oddechowego
150 porażenie nerwu węchowego
200 ból głowy, zawroty głowy
500 - 600 nudności, pobudzenie psycho-ruchowe, utrata przytomności
700 – 2 000 zgon
TLV -Threshold Limit Value, The American Conference of Governmental Industrial Hygienists (ACGIH)
Toksykologia siarkowodoru w powietrzu, w tym atmosferycznym, daleko wykracza poza powyższe zestawienie i nadal kryje wiele niewiadomych, wśród których uwzględnia się udział w powstawaniu raka, chorób układu krążenia, zaburzeń hormonalnych i żołądkowo-jelitowych oraz wzrastania i rozwoju, zmian hematologicznych (w obszarze czerwonych i białych ciałek krwi, metabolizmu żelaza, hemostazy), a także patologii wątroby, układu immunologicznego, skóry i błon śluzowych (w tym przyzębia, układu pokarmowego i oka), układu nerwowego (zaburzenia lipidowe, wpływ na neuromodulację, neurochemię, wzrost komórki nerwowej, enzymy i neurotransmitery układu nerwowego), nerek, układu rozrodczego oraz oddechowego, w tym obrzęku płuc, stanu zapalnego i nadmiernej reaktywności dróg oddechowych oraz przewlekłej choroby płuc. Poważne znaczenie w patologii człowieka ma też duży wolumen powstającego w hodowlach przemysłowych aerozolu mikrobiologicznego, amoniaku i odorów. Efekty skażenia gnojowicą powierzchniowych i podziemnych zbiorników wody są z natury rzeczy odległe i mało dostrzegalne przez odbiorców wody pozyskiwanej z tych źródeł (chyba, że dojdzie do padnięć zwierząt domowych w następstwie ostrego zatrucia nieusuwalnymi w procesie uzdatniania mikrocystynami, methemoglobinemii u niemowląt albo przekroczenia dopuszczalnych stężeń azotanów i azotynów w wodzie studziennej pobieranej w ramach nadzoru nad warunkami hodowli). Wbrew jednoznacznie negatywnemu stanowisku lekarzy medycyny, lekarze weterynarii na całym świecie współuczestniczą w niezwykle groźnym dla wszystkich - t. j. zarówno pracowników, mieszkańców, jak i konsumentów - procederze nadużywania antybiotyków, których stosowanie pozwala przeżyć średnio 80 procentom zwierząt hodowanych w warunkach odległych od dobrostanu. Padlina co piątego zwierzęcia trafia do środowiska, tamże 25 - 75% przepasażowanych antybiotyków, związki arsenu i innych metali dodawanych do pasz. W styczniu 2004r. Amerykańskie Stowarzyszenie Zdrowia Publicznego (American Public Health Association - APHA) ogłosiło rezolucję wzywającą władze do wprowadzenia powodowanego zasadą ostrożności moratorium na wszelkie nowe lokalizacje przemysłowych ferm trzody chlewnej oraz do podjęcia i wsparcia badań naukowych nad wpływem na zdrowie ludzi skażenia powietrza i wody.
Przetarg na przydatność polityków po wyborach 2005 już się rozpoczął. Czy będzie to przetarg ograniczony do możnych sponsorów mniej lub bardziej sprawiedliwie finansujących konkurujące ze sobą partie „lewicy” i „prawicy”, czy też będzie to przetarg otwarty dla rzeczników realnej demokracji, zależy od wyborców, którym w odpowiedzi na tytułowe pytanie dedykuję definicję zdrowia wg prof. Jana Karola Kostrzewskiego, nestora polskich epidemiologów: zdrowie społeczeństwa ludzkiego jest to nie tylko brak choroby oraz dobry stan zdrowia fizycznego, psychicznego i społecznego jednostek składających się na dane społeczeństwo, ale również harmonijny rozwój naturalny ludności oraz takie warunki otoczenia, które sprzyjają zdrowiu ludności.
dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog
w latach 90. w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych
http://www.halat.pl/stowarzyszenie.html
Health Risk Management & Communication
Wpływ przemysłowych ferm trzody chlewnej na zdrowie ludzi
plik dościągnięcia
BRAK NADZORU I NIEPRZESTRZEGANIE WYMAGAŃ
WEDŁUG DANYCH STATYSTYKI PAŃSTWOWEJ
"Głos Wielkopolski", 30. października 2006r.
Wiatr winny przykremu zapachowi?
Zapach z fermy trzody chlewnej w Więckowicach, w gminie Dopiewo, od kilku dni jest nie do zniesienia. Mieszkańcy skarżą się na kłopoty z oddychaniem. Powód? Firma Agi Plus, należąca do polskiej filii amerykańskiego koncernu Smithfield Foods, wywozi na okoliczne pola obornik - wyjaśnia "Głos Wielkopolski".
Ten fetor jest nie do zniesienia - opowiada sołtys wsi Więckowice Edmund Pawołek i jednocześnie prezes Stowarzyszenia Ekologicznego Ziemi Więckowickiej. Na wniosek sołtysa parę dni temu do wsi przyjechał urzędnik z gminy Dopiewo. Przyznał, że śmierdzi, ale nic w tej sprawie się nie zmieniło.
Ze smrodem fermy mieszkańcy Więckowic walczą już od czterech lat. Bezskutecznie. Na fermie hoduje się około 12.000 świń. Badania prowadzone przez dr. Zbigniewa Hałata w Więckowicach wykazały, że osoby mieszkające w odległości mniejszej niż 700 metrów od fermy częściej niż przeciętnie skarżą się na dolegliwości dolnych i górnych dróg oddechowych oraz przewodu pokarmowego.
Według badań, 43 mieszkańców Więckowic cierpi co najmniej raz w tygodniu na dokuczliwe bóle głowy (27,7%), 38 dokucza kaszel (21,5%), bardzo często pojawiają się również inne dolegliwości: piekące lub łzawiące oczy, bóle mięśni i stawów, zawroty głowy, biegunka i widzenie jak za mgłą oraz ściskanie klatki piersiowej.
Gdy kierunek wiatru jest od strony pola, zapach jest trudny do zniesienia. - mówi Krzysztof Pawłowicz, naczelnik wydziału inspekcji z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Poznaniu. Problem w tym, że w Polsce nie ma przepisów określających przekroczenia norm uciążliwych zapachów. Mieszkańcy Więckowic mają pecha, bo choć firma nie ma pozwolenia na tego typu działalność, żaden z urzędów nie zdobył się na jej zamknięcie. Sprawa była już rozpatrywana przez prokuraturę i... umorzona.
Inspektorzy nadzoru budowalnego uznali, że firma niezgodnie z prawem przebudowała fermę, ale sąd nie podzielił tej opinii. Natomiast władze gminy, nie zdołały uchwalić zmian w planie zagospodarowania przestrzennego, które ograniczałyby działalność fermy. (PAP)
więcej o dokonaniach koncernu Smithfield
Nasz Dziennik, 13. czerwca 2005r.
W Kamienniku nie chcą przemysłowego tuczu świń
Prosimy do nas nie wracać!
W Gminnym Domu Kultury w Kamienniku w województwie opolskim 10 czerwca br. odbyła się sesja rady gminy, podczas której radni zdecydowali, że nie chcą u siebie ani fermy przemysłowego tuczu świń, ani mającej jej podobno towarzyszyć biogazowni przerabiającej gnojowicę na gaz. Żaden radny nie dał się przekonać o rzekomej nieszkodliwości takiej inwestycji dla otoczenia. Mieszkańcy tej uroczej sudeckiej miejscowości mieli już doświadczenie z fetorem wysokoskoncentrowanej hodowli świń z ubiegłych dziesięcioleci, gdy w sąsiedztwie istniało Państwowe Gospodarstwo Rolne. Dlatego radni, po wysłuchaniu argumentów zwolenników i przeciwników przemysłowego tuczu świń, w głosowaniu jednogłośnie opowiedzieli się przeciwko zmianom w planie zagospodarowania przestrzennego pozwalającym na takie inwestycje. W gminie Kamiennik społeczeństwo głosami swoich radnych fermom przemysłowego tuczu świń powiedziało "nie".
Kamiennik jest typowo wiejską gminą położoną u samych stóp Sudetów. Jadąc od strony Grodkowa, można zobaczyć Ślężę, Śnieżnicę i inne górskie szczyty. Ziemie są tu dobre - na pofałdowanych polach zielenią się pszenice, buraki cukrowe, gdzieniegdzie złocą się kwitnące plantacje rzepaku. I aż dziw bierze, że międzynarodowe koncerny z uporem godnym lepszej sprawy wpychają się ze swoimi cuchnącymi "inwestycjami" w przepiękne, właściwie nieskażone okolice.
Przede wszystkim ferma
W Gminnym Domu Kultury w Kamienniku trwała nietypowa sesja rady gminy. Sprawa była niezwykle poważna: gdyby ponownie w Kamienniku zaczęto hodować maciory na skalę przemysłową, dla nikogo takie sąsiedztwo nie byłoby obojętne.
Innego zdania byli przedstawiciele G Bau & Service Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Opolu, żywo zainteresowani uruchomieniem fermy na minimum 3 tysiące macior w budynkach po byłym PGR oraz wybudowaniem biogazowni w jej najbliższym sąsiedztwie. Taka biogazownia, z różnymi perypetiami, istniała już w latach siedemdziesiątych. W tamtych czasach hodowano w kamiennickim PGR ponad 10 tys. macior.
Kim jest inwestor z Opola? W ulotce rozdawanej przez Janusza Kołodziejskiego, prezesa zarządu G Bau & Service Polska Sp. z o.o., wynika, że obecnie firma pełni funkcję spółki celowej do realizacji nowych zamierzeń gospodarczych w zakresie produkcji zwierzęcej i ochrony środowiska. "(...) Inwestor zapewnił sobie w drodze zawarcia umów dzierżawy lub kupna dostęp do terenów byłych biogazowni ferm tuczu świń. Z chwilą otrzymania środków na inwestycję tereny te będą zakupione, aby mogły stanowić hipotetyczne zabezpieczenie dla kredytobiorców (...)". Rzuca to światło na sposoby i źródła dopływu finansów na przeprowadzenie realizacji inwestycji. Kilku moich rozmówców, będących w opozycji do zamierzeń opolskiej firmy, zwróciło uwagę na brzmiącą z niemiecka nazwę firmy (zwłaszcza jej pierwszy człon) przy jednoczesnym zapewnieniu zapisanym we wspomnianej ulotce, że osoba prawna G Bau & Service Polska Sp. z o.o. należy wyłącznie do krajowych osób fizycznych.
- Skład chemiczny biogazu otrzymanego w wyniku biofermentacji jest stosunkowo czysty, posiada wysoką wartość energetyczną, bo do 65 procent objętości to metan. Biogaz posiada składniki czyste. Cała inwestycja będzie kontrolowana - przekonywał zebranych prezes Janusz Kołodziejski z G Bau & Service Polska Sp. z o.o. Taka argumentacja nie przekonała Elżbiety Stolarczuk z Niemodlińskiego Klubu Ekologicznego. - Dotychczasowe doświadczenia z fermami przemysłowego tuczu świń wyraźnie pokazują, że te inwestycje są państwem w państwie. Bardzo trudno służbom weterynaryjnym przeprowadzić jakiekolwiek kontrole, zatem instytucje państwowe nie będą mogły kontrolować tego, co tam się dzieje. Właściciele tychże ferm powiadają, że mają własnych weterynarzy. Okazuje się jednak, że hodowle świń w byłych PGR były lepiej kontrolowane niż obecnie w fermach należących do koncernu Smithfield, Poldanor i innych - ripostowała Elżbieta Stolarczuk.
Natomiast Zofia Osijewska, sołtys i radna w Niemodlinie, zwróciła uwagę, że na sto osiemdziesiąt wielkich ferm przemysłowego tuczu świń funkcjonujących w Polsce tylko połowa złożyła wnioski o pozwolenie zintegrowane.
- A ponadto wszystko wskazuje na to, że Polska może zapłacić aż 165 mln euro kar za nadmiar cukru i wieprzowiny. Zatem po co nam dodatkowe fermy tuczu trzody chlewnej? Prawo polskie nie nakazuje budowy biogazowni przy wielkich chlewniach, a to oznacza, że w praktyce powstanie chlewnia z 3-5 tysiącami macior, a biogazownia już niekoniecznie, bo nikt nie zmusi inwestora do takiej inwestycji - podkreśliła Zofia Osijewska.
Między innymi to Elżbieta Stolarczuk i Zofia Osijewska ponad rok temu postarały się o to, by w Grodźcu koło Niemodlina nie doszło do zainstalowania wielkiej hodowli trzody chlewnej przez jedną z firm wchodzących w skład Animeksu, będącego filią koncernu Smithfield Foods.
Luksusy dla świń
Przedstawiciele G Bau & Service Polska Sp. z o.o. w Opolu nie dawali za wygraną. Ryszard Kowalczyk, projektant instalacji ekologicznych, podkreślał, że procedura uruchamiania biogazowni jest pewna. - Warunkiem realizacji całej inwestycji jest biogazownia. W okolicach Kamiennika jest zlewnia wód dla Nysy. Z niej czerpie wodę Wrocław. Dlatego nie może powstać tutaj taka inwestycja, która pozbawiona jest biogazowni - powiedział Ryszard Kowalczyk. Na pomoc w przekonywaniu radnych do słuszności funkcjonowania fermy świńskiej i biogazowni ruszył Janusz Kołodziejski. Wytoczył ciężkie armaty. - Jeśli nie tutaj, to pieniądze wydamy później gdzie indziej. Nasza ferma świń to taka inwestycja, gdzie wielu ludzi nie mieszka tak, jakie będą miały warunki świnie w naszej fermie - stanowczo podkreślał prezes Janusz Kołodziejski. Taka argumentacja przyszłego inwestora wywołała salwę śmiechu.
- Jeśli w wielkich amerykańskich chlewniach nie ma zainstalowanych biogazowni, to was będzie stać na to, aby - jak tu słyszę - wydać na tę inwestycję 40 mln zł? Ponad 60 proc. drobnych farmerów amerykańskich zbankrutowało, nie wytrzymawszy brutalnej konkurencji koncernu Smithfield, który nigdy nie liczył się z nikim i niczym. Chcecie to samo uczynić z polskimi rolnikami? - pytała Elżbieta Stolarczuk.
Sprawę konkurencji na coraz bardziej trudnym rynku wieprzowiny poruszyli też rolnicy, którzy obecność wielkiej fermy świńskiej postrzegali w kilku aspektach, nie tylko samej konkurencji. - Po pierwsze, chodzi o zdrowie i o to, aby nasze dzieci i wnuki miały dobre warunki życia, a nie fetor. A po drugie, jak tu słyszę, małe prosięta będą odstawiane od macior już po 3 tygodniach od wyproszenia. Według dobrej praktyki hodowlanej prosięta odstawia się od maciory po 5-8 tygodniach. To ja się pytam: czy wy zamierzacie jakieś mutanty tutaj hodować? - dopytywał się radny Stanisław Kuś, rolnik od lat zajmujący się hodowlą trzody chlewnej.
Kto chce być chory? Nikt!
Marian Cędrowicz, mieszkaniec gminy Kamiennik, zwrócił uwagę na społeczny wymiar ewentualnej inwestycji w wykonaniu firmy z Opola. - Według dr. Zbigniewa Hałata, który przeprowadził badania w Więckowicach w Wielkopolsce, tamtejsi mieszkańcy skarżyli się na kaszel, pieczenie i łzawienie z oczu, bóle mięśni i stawów, niczym nieuzasadnione uczucie zmęczenia, "cieknący nos", swędzenia skóry i inne dolegliwości, w tym biegunki. Wiadomo, że w okolicach Człuchowa w Zachodniopomorskiem kobiety narażone są na ryzyko poronień. Podobne problemy mają mieszkańcy USA z okolic, gdzie funkcjonują wielkie chlewnie. I my, mając już taką wiedzę na ten temat, mamy ładować się w to bagno? - pytał Marian Cędrowicz.
Na inny problem natury prawnej zwrócił uwagę Andrzej Stępkowski, mieszkaniec gminy Kamiennik. Według niego, zmiana w planie zagospodarowania przestrzennego, która pozwalałaby na funkcjonowanie takiej inwestycji, sprawiłaby tylko to, że poza taką wielką chlewnią powstałyby jak grzyby po deszczu inne podobne inwestycje uciążliwe dla środowiska. - Im tylko o to chodzi, aby doszło do takich zmian. O nic więcej. Biogazownia jest tylko pretekstem. Istotną sprawą jest wyłącznie rozpoczęcie funkcjonowania chlewni. Jest to działanie na zasadzie wsadzenia buta w drzwi - powiedział Andrzej Stępkowski.
Przed ostatecznym głosowaniem w sprawie ewentualnych zmian w planie zagospodarowania przestrzennego gminy Kamiennik poszczególne komisje rady gminy opiniowały problem. Wszystkie opinie były negatywne dla inwestora z Opola.
- Co to jest zatrudnienie trzydziestu dwóch osób w porównaniu z bezrobociem na naszym terenie? Skąd wiadomo, że będą to trzydzieści dwie osoby z naszej gminy? A poza tym będzie fetor nie do zniesienia. Niech firma eksperymentuje w innych częściach kraju, byle nie u nas, bo przecież w Polsce nie ma ani jednej chlewni z biogazownią. Niech się rozwijają nasi drobni rolnicy, bo nie wierzę, że wieprzowina, która miałaby pochodzić z chlewni w Kamienniku, trafi na wschodni albo na zachodni rynek. Tak naprawdę trafiłaby na rynek polski - powiedział w swoim uzasadnieniu radny Kazimierz Przedwojewski z połączonych komisji ekologicznej, rolnictwa i budżetowej.
W zarządzonym głosowaniu wszyscy radni byli przeciwko zmianom w planie zagospodarowania przestrzennego, na mocy których inwestycje typu chlewnie przemysłowego tuczu trzody chlewnej mogłyby rozwijać się na terenie gminy Kamiennnik.
Po głosowaniu przedstawiciele inwestora z Opola oraz wszyscy goście i dziennikarze podziękowali radnym za możliwość udziału w sesji. - Do widzenia państwu - powiedział przechodzący ku wyjściu Janusz Kołodziejski z G Bau & Service Polska Sp. z o.o. w Opolu. - Do widzenia. Ale proszę, aby pan tu nie wracał - odpowiedziała Elżbieta Stolarczuk. - Myli się pani. My tu jeszcze wrócimy. Na pewno wrócimy - odpowiedział prezes Janusz Kołodziejski.
Ulotny zapach świń
Dotychczas byliśmy przyzwyczajeni, że chowem świń zajmowali się gospodarze. Obecnie, wykorzystując kulawe prawo, coraz częściej produkcją (nie chowem) trzody chlewnej zajmują się na skalę przemysłową międzynarodowe koncerny.
Mogą to czynić bez posiadania nawet lichych kawałków ziemi. Wystarczy dzierżawa budynków gospodarczych na kilku hektarach powierzchni. Wpływy z tego tytułu do kasy gminnej są nikłe. Za to straty olbrzymie - drogi zniszczone przez ciężkie pojazdy, wszędobylski zabójczy fetor, gnojowica rozlewana po wydzierżawionych polach trafiająca do wód w strumieniach, rzekach i jeziorach, spadek wartości nieruchomości w okolicy, choroby dzieci i dorosłych. Do takiej miejscowości, naznaczonej obecnością firmy, którą nie zawsze widać, ale zawsze czuć, nie przyjdzie żaden rozsądny inwestor, nie powstaną w niej żadne inne miejsca pracy.
Ponadto mieszkańcy Szklar czy Kamiennika dziwią się, że minister rolnictwa Jerzy Pilarczyk, który za PRL w powiecie grodkowskim był dyrektorem jednego z dwóch kombinatów rolnych i wywodzi się z tamtych okolic, nie uczynił nic, aby jego rodzinne strony nie były częstowane takimi propozycjami jak chlewnie. A może mieszkańcy gminy Kamiennik mylą się, bo minister chce uczynić dla gminy więcej, niż chcą jego ziomkowie? Może chodzi o to, by okoliczna ludność była poznawana po dyskretnym zapachu amerykańskich świń?
Radio Polonia ENGLISH SECTION, May 17, 2005
The Gaja Greens Federation has symbolically closed two out of forteen industrial pig farms in north-western Poland, which operate without integrated pollution control permits. The farms are a part of the American Smithfield Foods corporation, illfamed for polluting the environment.
Krysia Kolosowska reports.
The action organized by the Gaja Greens Federation aimed at calling attention to widespread law breaking. The farms we picked are just the tip of an iceberg, says Anna Roggenbuck from the Gaja Federation.
The permits play a crucial role in controlling pollution and the greens are surprised at the foot-dragging by the state authorities. Almost six months have passed since the deadline by which the huge industrial pig farms were to obtain them. About 60, out of 120, do not have such permits. But this is not their only offence. Many do not have fertilization plans, approved by the authorities, on controlled disposal of liquid manure, which industrial farms produce in huge quantities.
Dr Zbigniew Hałat, Poland’s former chief sanitary inspector, is co-author of a report on the impact of industrial pig farming on people and the environment. The study was conducted in September 2003 at Więckowice, where a major hog farm owned by the American concern Smithfield Foods was established. Dr Hałat says that the findings are alarming not only because the local people suffer from headaches, irritated eyes, allergies, running nose and sleeplessness.
All this in addition to the question of how safe is meat packed with antibiotics.
The American public health association has called on the authorities to impose a moratorium on all new industrial pig farms localization until their negative impact is fully assessed. That was when big meat concerns like the Smithfield Foods corporation turned an eye at Poland, says dr Hałat.
Representatives of the Prima company, a part of Smithfield Foods in Poland, say it is unfair that that they are given bad publicity.
" I can say that since the spring of 2004 we have been implementing the required procedures to obtain integrated permits. Out of our 11 farms that need them, 4 have already obtained such permits. In three cases, the process was delayed by protests of the greens. Three are about to be issued."
But the greens argue industrial pig farms, especially those operated by Smithfield Foods, are notorious law breakers. They destroy the environment and put
people’s health at risk.
funkcjonowania nadzoru nad obrotem i ubojem zwierząt rzeźnych
ze szczególnym uwzględnieniem dobrostanu zwierząt
"Nasz Dziennik", 28. lipca 2004r.
Koncern-truciciel w prokuraturze
Sąd Rejonowy w Poznaniu nakazał miejscowej prokuraturze okręgowej przeprowadzenie postępowania mającego na celu wyjaśnienie, czy filia amerykańskiego koncernu Smithfield Foods działającego w Więckowicach łamie prawo, zatruwając środowisko. Wcześniej prokuratura odrzuciła takie doniesienie złożone przez samych mieszkańców Więckowic. Sąd poddał miażdżącej krytyce decyzję prokuratury, która jego zdaniem nie przeprowadziła dotąd niezbędnych czynności.
- To jest tryumf prawa i wielki nasz sukces - powiedział "Naszemu Dziennikowi" zaraz po wyjściu z sali sądowej Edmund Pawełek, mieszkaniec podpoznańskich Więckowic i zarazem prezes utworzonego przez mieszkańców tej wioski Stowarzyszenia Ekologicznego Ziemi Więckowickiej.
Kilka miesięcy wcześniej mieszkańcy tej podpoznańskiej wioski złożyli w Prokuraturze Okręgowej w Poznaniu wniosek o ściganie funkcjonującego tam przedsiębiorstwa "Animex", będącego częścią koncernu Smithfield Foods. W piśmie zarzucili tej firmie m.in. zatruwanie środowiska i stworzenie warunków niebezpiecznych dla życia mieszkańców Więckowic i okolic.
Podparli się przy tym materiałami przygotowanymi przez dr. Zbigniewa Hałata, którego badania prowadzone właśnie w Więckowicach wykazały, że osoby mieszkające w odległości mniejszej niż 700 m od fermy "Animeksu" częściej niż przeciętnie odczuwają dolegliwości dolnych i górnych dróg oddechowych oraz przewodu pokarmowego.
43 mieszkańców Więckowic cierpi co najmniej raz w tygodniu na dokuczliwe bóle głowy (27,7 proc.), 38 dokucza kaszel (21,5 proc.), bardzo często pojawiają się również inne dolegliwości: piekące lub łzawiące oczy, bóle mięśni i stawów, zawroty głowy, biegunka i widzenie jak za mgłą oraz ściskanie klatki piersiowej. Bardzo wysoki jest też odsetek osób z objawami chorób górnych i dolnych dróg oddechowych.
Od zaskakującej decyzji prokuratury więckowiczanie odwołali się do sądu rejonowego, a na wczorajsze posiedzenie dostarczyli kolejne dokumenty - wyniki pomiaru emisji substancji w powietrzu przeprowadzonego przez Przedsiębiorstwo Usług Ochrony Środowisk w Skórzewie na zlecenie Urzędu Gminy Dopiewo. Wyniki te potwierdziły wcześniejsze zarzuty.
- Z badań wynika, że zdecydowana większości substancji szkodliwych w powietrzu w Więckowicach przekracza znacząco dopuszczalne normy. Niektóre substancje, jakie tam wykryto, przekraczają normy nawet dziesięciokrotnie - powiedział nam przedstawiciel Referatu Budownictwa i Ochrony Środowiska Urzędu Gminy Dopiewo, pragnący zachować anonimowość.
Na niejawnym posiedzeniu sędzia Danuta Kasprzyk poddała druzgoczącej krytyce postanowienie prokuratury o odmowie wszczęcia postępowania. Okazało się bowiem, że prokuratorzy nie tylko nie potrafili ustosunkować się do materiałów przygotowanych przez naukowców, nie powołali biegłych, ale także nie przeprowadzili tak podstawowych czynności jak przesłuchanie najważniejszych świadków. Werdykt sądu mógł więc być tylko jeden - sprawa została zwrócona do prokuratury okręgowej z poleceniem niezwłocznego przeprowadzenia stosownych czynności.
- Sąd rejonowy uchylił prokuratorskie postanowienie o umorzeniu postępowania i przekazał do dalszego rozpoznania, to znaczy uzupełnienia całego postępowania. Co ciekawe, w dotychczasowym postępowaniu, jakie prowadził prokurator, należąca do Smithfielda firma "Animex" w żaden sposób nie była niepokojona, nie zabezpieczono dokumentów, nie przesłuchano jej pracowników. Teraz prokuratura będzie musiała to zrobić - powiedziała nam mecenas Elżbieta Tandek, reprezentująca mieszkańców Więckowic.
W dziale Polska zamieszczamy opinię Marka Krydy z Instytutu Praw Zwierząt
Prawo musi być realizowane
Fragment wypowiedzi Marka Krydy z Instytutu Ochrony Zwierząt na antenie Radia Maryja.
Mieszkańcy Więckowic od trzech lat borykali się z uciążliwością fermy amerykańskiego inwestora Smithfield Foods. W pewnym momencie złożyli w tej sprawie doniesienie do prokuratury. Po krótkim czasie prokuratura powiadomiła, że umarza sprawę. Mieszkańcy jednak już w ramach utworzonego Stowarzyszenia Ekologicznego Ziemi Więckowickiej zaskarżyli tę decyzję i sprawę wygrali. Sąd rejonowy nakazał prokuraturze ponownie przeprowadzić postępowanie w sprawie fermy w Więckowicach. Główne zarzuty dotyczyły stwierdzenia tam braku kontenerów do gromadzenia padłych zwierząt w warunkach chłodniczych, tak, by padlina nie stwarzała zagrożenia sanitarnego. Podczas kontroli okazało się też, że ferma nie ma zezwolenia na odprowadzanie odpadów. Jest jeszcze jedna sprawa związana z nielegalnym przerobieniem budynków typu stodoły, wiaty na chlewnie dla świń. W ostatnich tygodniach inspektor budowlany po latach przepychanek nakazał przywrócić obiekty do ich pierwotnego stanu. Myślę, że dzisiejsza sprawa wygrana w sądzie przez stowarzyszenie więckowickie świadczy o tym, że warto się organizować w tych miejscowościach, gdzie mamy wielkie fermy hodowli świń. Takie stowarzyszenia mają dużą szansę wygrania spraw w sądach, może nie od razu, ale konsekwentnie postępując, mogą doprowadzić do tego, że prawo zacznie być realizowane.
not. AKW
"Nasz Dziennik", 28. czerwca 2004
Wygrali z Goliatem
Nie będzie koncernu Smiethfield Foods w Grodźcu i Michałówku na Opolszczyźnie
W minioną sobotę, 26 czerwca 2004 r., w Niemodlinie odbyła się kolejna już regionalna konferencja pod patronatem Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska "Zagadnienia prawne, ekologiczne i społeczne związane z lokalizacją przemysłowych ferm trzody chlewnej". Uczestnicy dowiedzieli się m.in., że udało się nie dopuścić do rozlokowania filii koncernu Smiethfield Foods w Grodźcu i Michałówku na Opolszczyźnie.
Konferencję zorganizowali: Gmina Niemodlin, ICPPC - Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi, Public Citizens z USA, Ośrodek Doradztwa Rolniczego z Łosiowa, Opolska Izba Rolnicza oraz Niemodliński Klub Ekologiczny. Celem konferencji było przedstawienie ekologicznych i społecznych skutków oddziaływania wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej na terenach USA i Polski, prezentacja najnowszych uregulowań prawnych w dziedzinie decyzji lokalizacyjnych dotyczących wielkoprzemysłowych hodowli trzody chlewnej na terenie Polski oraz określenie roli organów samorządowych i ruchu obywatelskiego w procesie lokalizacji wielkich ferm przemysłowego tuczu trzody chlewnej.
Zasada: łamać prawo
W wykładzie "Wielkoprzemysłowe rolnictwo w USA i jego skutki" Wenonah Hauter z Public Citizens przedstawiła obraz amerykańskiego rolnictwa, który jest zupełnie inny od wyobrażenia, jakie mają na ten temat Polacy i inne narody Europy. - Amerykańskie rolnictwo to nie malownicze rodzinne farmy, lecz właśnie takie hodowlane giganty jak Smithfield i inne koncerny, które opanowały różne dziedziny rolnictwa, od hodowli zaczynając, przez produkcje pasz, na sprzedawaniu pakowanego mięsa kończąc - powiedziała amerykańska gość Wenonah Hauter. Po udanych zakupach szeregu mniejszych firm kupowanych na zasadzie "10 centów za dolara" firma Smiethfield hoduje rocznie 27 mln świń, a jej udział na rynku wieprzowym w USA wynosi 27 procent. Pod koniec lat 90. XX wieku Smiethfield dokonał ekspansji na rynki Ameryki Południowej, Chin i krajów Europy. Za ponad miliard dolarów kupił w całości lub w części 17 różnych firm, w tym - jak wiadomo - także w Polsce.
Firma Smiethfield jest złej sławy rekordzistą: w 1997 r. została oskarżona o wpuszczanie ścieków do rzeki Pagan i została ukarana najwyższą karą w postępowaniu cywilnym USA za łamanie prawa o czystości wody. Firma musiała zapłacić 12,6 mln USD. Dodatkowo władze stanu Wirginia nałożyły na Smithfield karę 3,8 mln USD za to, że firma aż 22 tysiące razy złamała prawo wodne.
Na pytanie, czy działania protestujących społeczności lokalnych spowodowały zamknięcie uciążliwych chlewni, pani Hauter odpowiedziała, że były takie przypadki, lecz jeszcze zdecydowanie częściej protesty wspomagane działaniami miejscowych władz powodowały niedopuszczenie do powstania przemysłowych farm tuczu trzody chlewnej.
W kolejnym wykładzie Andrianna Natsoulas z Public Citizens zwróciła uwagę słuchaczy konferencji na zapomniany problem: napromieniowanie żywności w celu jej konserwacji, wydłużenia przydatności do spożycia, zabicia insektów i maskowania zanieczyszczeń w produktach mięsnych. Takie działania ułatwiają międzynarodowy handel żywnością i prowadzą do jeszcze większych zysków olbrzymich koncernów spożywczych. Pani Natsoulas zwróciła uwagę, że napromieniowywanie żywności tak naprawę uderza w małych farmerów i konsumentów, gdyż produkcję przenosi się najczęściej do krajów rozwijających się, a te pozwalają jak rząd Brazylii na traktowanie promieniami radioaktywnymi każdej żywności w dowolnych dawkach promieni.
Pozwolenie na traktowanie żywności promieniami radioaktywnymi daje wielkiemu agrobiznesowi jeszcze więcej władzy nad światowymi zasobami żywności. - Jednak czy nie lepiej byłoby stworzyć warunki rodzinnym farmom, które co prawda pozornie drożej wytwarzają żywność, lecz o wysokiej jakości, bez potrzeby kosztownych i niezdrowych dla ludzkiego organizmu zabiegów konserwacyjnych, również polegających na traktowaniu mięsa czy owoców promieniowaniem radioaktywnym dawką milion razy większą, niż otrzymuje się przy rutynowym prześwietleniu klatki piersiowej - podsumowała Andrianna Natsoulas z USA.
Gorzej niż w USA
O wpływie na zdrowie człowieka wynikającym z sąsiedztwa wielkich chlewni mówił w swoim wykładzie dr Zbigniew Hałat, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów, lekarz specjalista epidemiolog od lat zajmujący się skutkami np. spożywania zanieczyszczonej wody i pokarmów na zdrowie społeczeństwa. Okazuje się już nawet ze wstępnych badań i przy dużej dozie ostrożności przy wyciąganiu wniosków badawczych, że sąsiedztwo wielkich chlewni tuczących świnie metodami przemysłowymi ma większy wpływ na zdrowie sąsiadujących z nimi mieszkańców naszego kraju, aniżeli wykazały badania prowadzone w analogiczny sposób w Stanach Zjednoczonych. - Przyczyna jest banalna - powiedział dr Zbigniew Hałat. - Po prostu ludność amerykańska zamieszkuje w nieco większej odległości od wielkich chlewni, niż ma to miejsce w Polsce. W Więckowicach, gdzie były przeprowadzane badania, okna najbliższego gospodarstwa domowego oddalone są od chlewni zaledwie 60 metrów - stwierdził. Do badanych przez lekarzy objawów należą bóle głowy, wymioty, bóle brzucha, biegunki, szczypanie i pieczenie oczu, uczucie ciągłego zmęczenia, reakcje skórne i inne, które należą do zespołu reakcji organizmu ludzkiego na ciągłe oddziaływania odorów z sąsiednich chlewni.
W końcowym wykładzie dr inż. Jerzy Dobosz, zastępca Głównego Inspektora Ochrony Środowiska, mówił o prawnych ograniczeniach niekorzystnego wpływu ferm tuczu przemysłowego na środowisko naturalne. Jerzy Dobosz powiedział m.in., że jeżeli nawet taka firma jak Smithfield zapewni wykonanie wszelkich norm przewidywanych prawem w zakresie ochrony środowiska przy wykorzystaniu dostępnych technologii, to może się ona ubiegać nawet o wsparcie na ten cel z pieniędzy funduszu społecznego, czyli z pieniędzy podatnika...
Na zakończenie konferencji Iwona Zięba, przedstawicielka Niemodlińskiego Klubu Ekologicznego, w skład którego wchodzi także Społeczny Komitet Oporu Przeciwko Przemysłowej Produkcji Trzody Chlewnej, przybliżyła okoliczności, w jakich doszło do zablokowania z przyczyn formalno-prawnych zainstalowania się w kurnikach Opolskich Zakładów Drobiarskich na terenie Grodźca i Michałówka stada matecznego macior firmy Animex, będącej częścią amerykańskiego giganta, czyli firmy Smiethfield Foods.
- Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie współpraca wielu środowisk niemodlińskich, także sołectw i samych władz samorządowych gminy i powiatu Niemodlin - powiedziała Iwona Zięba. Cieszy fakt, że udało się doprowadzić do blokady poczynań Smithfielda na terenie gminy Niemodlin w rejonie wsi Grodziec i Michałówek, jednak to wcale nie oznacza, iż inne gminy na terenie Opolszczyzny i innych regionów Polski mogą się czuć bezpieczne. Dlatego ta konferencja i wiedza tutaj zdobyta na temat działań takich firm powinny posłużyć innym jako przykład, że działania społeczne podjęte w stosownym czasie mogą zapobiec niepotrzebnym nikomu inwestorom.
Marek Garbacz, Niemodlin
REGIONALNA KONFERENCJA POD PATRONATEM GŁÓWNEGO INSPEKTORATU OCHRONY ŚRODOWISKA
„ZAGADNIENIA PRAWNE, EKOLOGICZNE I SPOŁECZNE ZWIĄZANE Z LOKALIZACJĄ PRZEMYSŁOWYCH FERM TRZODY CHLEWNEJ”
ICPPC – Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi
i Public Citizens z USA
Opolska Izba Rolnicza
Niemodliński Klub Ekologiczny
NIEMODLIN 26 CZERWCA 2004 r.
1. Przedstawienie ekologicznych i społecznych skutków oddziaływania wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej na terenach USA i Polski .
2. Prezentacja najnowszych uregulowań prawnych w dziedzinie decyzji lokalizacyjnych dotyczących wielkoprzemysłowych hodowli trzody chlewnej na terenie Polski
3. Określenie roli organów samorządowych i ruchu obywatelskiego w procesie lokalizacji ww. obiektów
DOM KULTURY w Niemodlinie
9:30 – 9:45 Otwarcie konferencji. Wystąpienia przedstawicieli patrona
i organizatorów
9:45 – 9:50 /Meatrix (**) – NIE dla hodowli przemysłowej
– najpopularniejszy film „on-line”
9:50 – 10:35 Wielkoprzemysłowe rolnictwo w USA i jego skutki
– Wenonah Hauter, Public Citizens
10:35 – 11:00 Wielkoprzemysłowe gospodarstwa i skutki ich produkcji
– film z komentarzem Andrianny Natsoulas
11:00 – 11:15 Wielkoprzemysłowe gospodarstwa Smithfield Foods
w Polsce, przedstawiciele ICPPC
11:45-13:15 Zagrożenia zdrowia ze strony przemysłowych farm tuczu trzody
chlewnej – dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog,
redaktor naczelny czasopisma ruchu ochrony zdrowia
„ZAGROŻENIA ZDROWIA W POLSCE”
13:30-14:00 Możliwości prawne ograniczenia niekorzystnego wpływu ferm
tuczu na środowisko – dr inż. Jerzy Dobosz, Zastępca Głównego
14:00-14:20 Rola samorządów lokalnych i ruchu obywatelskiego w procesie
lokalizacji obiektów przemysłowej produkcji trzody chlewnej
– Niemodliński Klub Ekologiczny
14:20 –14:50 Dyskusja
APEL W SPRAWIE WIELKOPRZEMYSŁOWYCH FARM W POLSCE
Prosimy o rozpowszechnienie poniższego Apelu. Apel ten został zainicjowany podczas seminarium "Rolnictwo wielkoprzemysłowe czy małe gospodarstwa rodzinne?" 25 czerwca 2004 w Krakowie i został podpisany przez prawie wszystkich uczestników (około 100 osób) w tym między innymi:
Jadwiga Bandura, Unia Konsumentów Polskich
Renata Fijałkowska, Klub Wegetarian Kraków
dr Zbigniew Hałat , Prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów
Wenonah Hauter, Public Citizen, USA
Marek Kryda, Instytut Ochrony Zwierząt
Jadwiga Łopata, Laureatka Nagrody Goldamana 2002
Anna Orzechowaka, redakcja "Chłopska Droga"
Sir Julian Rose, Prezes Fundacji ICPPC
Tracy Worcester, marchioness of Worcester, Anglia
Tadeusz Stanowski, Zarząd Główny, Liga Ochrony Przyrody
Marian Zagórny, Przewodniczący Komitetu Protestacyjnego RI "Solidarność"
My, przedstawiciele rolników, konsumentów, związków, stowarzyszeń i organizacji pozarządowych zebrani w dniu 25 czerwca 2004 w Krakowie na seminarium "Rolnictwo wielkoprzemysłowe czy małe gospodarstwa rodzinne?" zorganizowanym przez ICPPC - Międzynarodową Koalicję dla Ochrony Polskiej Wsi oraz Public Citizen (organizacja pozarządowa z USA) apelujemy do Prezydenta, Rządu i Parlamentu RP o wstrzymanie inwestycji wielkoprzemysłowego tuczu i chowu zwierząt (w tym drobiu), oraz wielkoprzemysłowego przetwórstwa, potężnym koncernom typu Smithfield Foods z USA, ich spółkom córkom oraz innym podobnym koncernom. W/w koncern i im podobne, opierają swoją hodowlę na paszach genetycznie modyfikowanych oraz środkach farmakologicznych i chemicznych. Konsumenci są w świadomy sposób zatruwani, zwierzęta są traktowane jak przedmiot, następuje całkowita degradacja środowiska naturalnego - całkowicie zamiera życie naturalne i biologiczne otoczenia, zatrute są akweny wodne; jest to bomba ekologiczna z opóźnionym zapłonem!
Lista osób popierających apel w sprawie wielkoprzemysłowych farm w Polsce
do podpisania na stronie internetowej www.icppc.pl
ICPPC - INTERNATIONAL COALITION
TO PROTECT THE POLISH COUNTRYSIDE
do wzięcia udziału w Międzynarodowej Konferencji nt.:
"ROLA WSPÓŁCZESNEGO ROLNICTWA W OCHRONIE BIOSFERY".
Termin: 2 grudnia (wtorek) 2003 r.
Miejsce: Instytut Inżynierii Rolniczej Poznań ul. Wojska Polskiego 50 - Sala
Wykładowa (250 miejsc).
a.. Instytut Inżynierii Rolniczej, Akademia Rolnicza im. Augusta Cieszkowskiego w Poznaniu,
b.. Instytut Ochrony Zwierząt , Waszyngton USA.
prof. dr hab. Erwin Wąsowicz - rektor Akademii Rolniczej w Poznaniu.
Uczestnicy: naukowcy, studenci, radni, pracownicy samorządów Gmin i
Starostw, pracownicy Urzędu Wielkopolskiego; przedstawiciele: WIOŚ, PIOŚ
przedstawiciele organizacji pozarządowych, dziennikarze.
PROGRAM KONFERENCJI -
9 00 - Rozpoczęcie konferencji, referat wprowadzający: Edward Wieland
z Instytutu Inżynierii Rolniczej AR w Poznaniu:
"Przesłanki działalności rolniczej w aspekcie ekologicznym, ekonomicznym i
społecznym".
9 15 - Tom Garrett, Instytut Ochrony Zwierząt, Waszyngton USA:
"Rozwój przemysłowych ferm trzody chlewnej w Polsce i na świecie w aspekcie
ochrony biosfery"
10 15 - przerwa;
10 30 - dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog, redaktor
naczelny czasopisma ruchu ochrony zdrowia "Zagrożenia zdrowia w Polsce":
"Zagrożenia zdrowia ze strony przemysłowych farm tuczu trzody chlewnej"
11 25 - dyskusja i wnioski;
12 00 - zakończenie konferencji.
Dr inż. Edward Wieland
im. Augusta Cieszkowskiego w Poznaniu
Interpelacja nr 5128 do ministra środowiska
w sprawie łamania przepisów ochrony środowiska przez fermy Animexu
Kontrole przeprowadzone przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska
wykazały, że fermy tuczu trzody chlewnej, których głównym udziałowcem jest
amerykański koncern Smithfield Foods, naruszają polskie przepisy ochrony
Badania epidemiologiczne przeprowadzone w dniach 24 i 25 września b.r.
przez zespół pod kierownictwem dr Zbigniewa Hałata w Więckowicach pod
Poznaniem wykazały, że osoby mieszkające w odległości mniejszej niż 700 m od
fermy Animexu częściej niż przeciętnie odczuwają dolegliwości dolnych i
górnych dróg oddechowych oraz przewodu pokarmowego.
Mieszkańcy Więckowic uskarżają się na zawroty głowy, kaszel, piekące
oczy, zatkany nos. Zaburzenia te mogą świadczyć o zatruciu siarkowodorem, a
oddziaływanie tego gazu w dużych stężeniach, powoduje nieodwracalne zmiany w
Wpływ na zdrowie społeczności oraz skażenie wód Jeziora Niepruszewskiego
oraz ujęć lokalnego wodociągu mają odcieki z hałdy obornika, które znajdują
się około 150 m od jeziora.
W przeszłości służby ochrony środowiska wydały fermom szereg nakazów do
Czy Ministerstwo Środowiska egzekwuje wykonanie tych nakazów?
Jak wspiera mieszkańców w walce o ochronę zdrowia i środowiska?
Czy w przypadku tych ferm, które naruszają przepisy ochrony środowiska i
szkodą zdrowiu, zachodzą przesłanki do ich zamykania?
Kiedy mieszkańcy Więckowic doczekają się zdrowego środowiska?
Poseł Sylwia Pusz
Poznań, dnia 29 września 2003 r.
"Głos Wielkopolski", 30. września 2003r.
Chorzy na fermę
Sąsiedzi fermy trzody w Więckowicach częściej chorują
Badania epidemiologiczne przeprowadzone przez zespół pod kierownictwem dr. Zbigniewa Hałata w Więckowicach pod Poznaniem wykazały, że osoby mieszkające w odległości mniejszej niż 700 m od fermy Animexu znacznie częściej niż przeciętnie odczuwają dolegliwości dolnych i górnych dróg oddechowych oraz przewodu pokarmowego. Władze nie chcą pomóc lokalnej społeczności.
MAREK FIEDOROW
Dr Hałat, były główny inspektor sanitarny, przeprowadził swoje badania 24 i 25 września. Objęto nimi 117 ze 177 domostw w Więckowicach. Aż 27,7 procent mieszkańców Więckowic uskarża się na chroniczny ból głowy, 21,5 procent na kaszel, 17,5 procent na piekące oczy i zatkany nos. Charakterystyczne jest to, że aż 13 procent, czyli znacznie więcej niż normalnie, mieszkańców cierpi na zawroty głowy.
Według badań amerykańskich, zawroty głowy i trudności w rozpoznawaniu kolorów, a także zaburzenia pamięci i koncentracji są typowe dla zatrucia siarkowodorem wyjaśnia dr Z. Hałat. Nawet krótkotrwałe oddziaływanie tego gazu w zbyt dużych stężeniach powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu.
Wpływ na zdrowie społeczności ma także hałda obornika długa na 150 m, szeroka na 40 i wysoka na 8. A powstaje już następna. Znajdują się one 150 m od Jeziora Niepruszewskiego. Odcieki z hałdy ponad wszelką wątpliwość prowadzą do skażenia wód jeziora oraz ujęć lokalnego wodociągu. Jakości wody w Więckowicach jednak nie chce zbadać powiatowy sanepid.
"Głos Wielkopolski", 1. października 2003r.
Legalizowanie samowoli
Przedstawiciele Stowarzyszenia Ekologicznego Ziemi Więckowickiej zarzucają władzom lekceważenie ich protestów. Wojewoda sprawdzi, czy służby podległe jego kontroli reagują właściwie.
Mieszkańcy Więckowic czują się zagrożeni działalnością farmy trzody chlewnej Animexu i twierdzą, że służby weterynaryjne, nadzoru budowlanego, sanitarnego i ochrony środowiska legalizują samowole i łamanie przepisów przez tę firmę. Prosili o interwencję powiatowego inspektora sanitarnego, nadzoru budowlanego i wojewódzkiego ochrony środowiska. Skierowali też zawiadomienie do prokuratury rejonowej o popełnieniu przestępstwa oraz napisali do prezydenta RP i Ministra Środowiska. Odpowiedzi nie otrzymali lub są zbywani.
Na wczorajszym spotkaniu wicewojewoda Jerzy Błoszyk obiecał, między innymi na skutek interwencji ,,Głosu'', że żadne kontrole i decyzje nie będą zapadały bez udziału mieszkańców Więckowic.
Obszerniej na ten temat napiszemy w piątkowym wydaniu ,,Głosu''.
"Głos Wielkopolski", 3. października 2003r.
Coś tu brzydko pachnie
Trwa zaciekły bój o Więckowice
Firma Animex, której właścicielem jest amerykański koncern Smithfield Foods, łamie polskie prawo. Służbom ochrony środowiska i sanitarnym nie udaje się jednak dowieść negatywnego wpływu farmy trzody chlewnej na środowisko i zdrowie mieszkańców. Stowarzyszenie Ekologiczne Ziemi Więckowickiej uważa, że władza lekceważy protesty obywateli.
Fot. - SŁAWOMIR SEIDLER
Podczas wizyty Roberta Kennedy’ego ogromną pryzmę obornika przykryto folią. Kiedy odjechał, folię zdjęto.
Fot. - IWONA SZYSZKOW
Dwa lata temu obiekty po dawnym PGR przejął Animex. Sprowadził tam 10.500 tuczników, mimo że plan zagospodarowania przestrzennego gminy przewidywał na tym terenie jedynie 600 sztuk bydła i uzupełniająco 500 trzody chlewnej. Okropny smród, który pozbawiał przytomności dzieci w pobliskiej szkole spowodował protesty mieszkańców i reakcję administracji wojewódzkiej i podległych jej służb. Po interwencji Animex wywiózł większość tuczników, ale na ich miejsce sprowadził 13.850 prosiąt. Kontrola Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska nie stwierdziła wtedy odorów z fermy, jednak ustaliła, że firma nie posiada pozwolenia wojewody na emitowanie substancji do powietrza oraz wodnoprawnego na odprowadzanie wód opadowych do środowiska. W rezultacie nie płaci opłat za korzystanie ze środowiska, do czego zobowiązane są wszystkie firmy emitujące zanieczyszczenia.
Wielka kupa gnoju
Zagrożenie stanowi także monstrualna pryzma obornika długa na 150 m, szeroka na 40 i wysoka na 8 położona w odległości 150 m od Jeziora Niepruszewskiego. Obecnie powstaje następna. Poprzednie trzy zostały zlikwidowane po interwencji WIOŚ, ale firma nie zapłaciła za nie kary. W sprawie nowych pryzm Powiatowy Wydział Ochrony Środowiska w Poznaniu nie wydał decyzji.
Badania przeprowadzone przez WIOŚ nie wykazały szkodliwego wpływu pryzmy na czystość wód Jeziora Niepruszewskiego. Ponoć bardziej są one zanieczyszczone przy ujściu Samicy Stęszewskiej oraz rowu z Niepruszewa, na skutek odcieków z nieszczelnych szamb. Powiatowy Inspektorat Sanitarny nie wykrył też zanieczyszczeń w kąpielisku (położonym niedaleko rowu przebiegającego przy pryzmie).
Odory z fermy stwierdzono tylko w jednym z badań przeprowadzonych przez WIOŚ. Wykazało ono ponad 10-krotne przekroczenie wartości dla amoniaku. Problem w tym, że w rozporządzeniu ministra środowiska z czerwca 2002 r. nie uwzględniono norm dla amoniaku i siarkowodoru. Inspekcja jednak zwróciła się do ,,Sanepidu'' o zbadanie wpływu zanieczyszczeń z fermy na zdrowie mieszkańców. Ten jednak stwierdził, że na podstawie jednorazowego pomiaru nie może tego uczynić.
Prosiliśmy panią sołtys rok temu, aby powiadamiała nas o nasileniu się przykrych zapachów mówi Alojzy Szelejewski, zastępca wielkopolskiego inspektora ochrony środowiska. Niestety, do tej pory takiego zgłoszenia nie otrzymaliśmy.
Legalne samowole
Animex jednak czysty nie jest. Fermy Smithfielda powszechnie naruszają przepisy ochrony środowiska, prawa budowlanego, sanitarne i weterynaryjne wynika z raportu głównego inspektora ochrony środowiska. Dokonują one (dotyczy to także fermy w Więckowicach) istotnych zmian budowlanych i w rodzaju oraz liczbie inwentarza bez stosownych pozwoleń. Zgłaszają tylko remont obiektów. Omijają w ten sposób procedurę obejmującą wykonanie raportu oddziaływania na środowisko, wymagań związanych z ochroną środowiska oraz udział społeczeństwa w podejmowaniu decyzji lokalizacyjnych oraz zmianie sposobu użytkowania.
Wobec tych zarzutów najwięcej do zrobienia miałby Powiatowy Urząd Nadzoru Budowlanego. Urząd Gminy Dopiewo już w 2001 r. zawiadomił urząd o domniemanej samowoli budowlanej. Ten nakazał rozbiórkę 14 silosów paszowych, co firma wykonała. W lipcu 2003 roku urząd nakazał Animexowi opracowanie raportu oddziaływania na środowisko.
To jest sankcjonowanie samowoli twierdzi Edmund Pawołek, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego Ziemi Więckowickiej. Przecież Urząd powinien nakazać wstrzymanie działalności i przywrócenie obiektów do stanu poprzedniego, jeżeli firma działała niezgodnie z prawem, co sam Urząd stwierdził.
Chorują czy nie?
Dziwne jest także postępowanie ,,Sanepidu'' mówi Wojciech Piniarski, członek zarządu SEZW. W jednym piśmie stwierdza się, że dzieci z przewidzianej do likwidacji szkoły w Dąbrówce Kościelnej nie mogą być przeniesione do szkoły w Więckowicach, gdyż emisja zanieczyszczeń z fermy może stanowić dla nich zagrożenie, a w innym mówi się, że takich zagrożeń nie ma.
Pierwsza opinia oparta była na zamówionej przez gminę ekspertyzie dr. Wielanda, który na zagrożenia takie wskazywał wyjaśnia dr Mariusz Stawiński, powiatowy inspektor sanitarny. Uważałem więc, że należy wyjaśnić wątpliwości. Jednak protokoły ze spotkań z miejscowymi lekarzami nie wykazały wzrostu zachorowań, na przykład związanych z alergiami, wśród mieszkańców Więckowic. Można więc powiedzieć, że odory są tylko uciążliwe, a nie szkodliwe. Do tej pory nie ma w polskim prawie żadnych unormowań w tym zakresie, choć mają zostać wprowadzone.
Inne wnioski płyną z badań epidemiologicznych przeprowadzonych pod koniec września przez grupę dr. Zbigniewa Hałata, prezesa Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów, byłego szefa krajowego ,,Sanepidu''. Oparte są one wprawdzie na badaniach ankietowych, a nie faktycznego stanu zdrowia, lecz przeprowadzone zostały według uznanej amerykańskiej metody badań. Część pytań pozwalała wyeliminować ewentualny tendencyjny charakter wypowiedzi. Wyniki okazały się znacznie gorsze od tych, prowadzonych w pobliżu ferm trzody chlewnej w USA.
Okazało się, że aż 27,7 procent mieszkańców Więckowic, których domy położone są do 700 m od fermy, cierpi na bóle głowy (grupa odniesienia nie poddana działaniu szkodliwych czynników tylko w 7,8 procentach), chroniczny kaszel ma 21,5 (normalnie 1,8), piekące oczy 17,5 (normalnie 3,8), zatkany nos 17,5 (normalnie 7,2), cieknący nos 15,8 (normalnie 3,9), brak apetytu 11,9 (normalnie 2,8), zawroty głowy 13 procent (normalnie 5,5). Szczególnie ten ostatni wskaźnik jest niepokojący, bo może wskazywać na uszkodzenia mózgu pod wpływem siarkowodoru.
Mieszkańcy Więckowic boją się fermy i twierdzą, że nie ustaną w staraniach, aby ją zamknąć. Poza pismami skierowanymi do nadzoru budowlanego, ,,Sanepidu'', WIOŚ, wojewody, napisali także do Aleksandra Kwaśniewskiego. Jego kancelaria odesłała pismo do Czesława Śleziaka, ministra środowiska, twierdząc że nie może ingerować w działalność prywatnych firm. Ten z kolei kazał na nie odpowiedzieć głównemu inspektorowi ochrony środowiska. Wiceminister Zaremba odpowiedział mieszkańcom, powołując się na sprawozdania lokalnych służb i informując, że jeżeli farmy należące do Smithfielda nie spełnią warunków określanych przez polskie prawo to zamknie je 1 stycznia 2004 r.
Władza nas lekceważy twierdzi E. Pawołek. Co mamy zrobić, kiedy na nasze pisma się nie odpowiada lub zbywa nas.
Złożyliśmy do Prokuratury Rejonowej Poznań-Grunwald zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Animex dodaje W. Piniarski. Do tej pory jednak nie mamy na nie odpowiedzi.
Wicewojewoda Jerzy Błoszyk na spotkaniu z przedstawicielami SEZW, między innymi dzięki interwencji ,,Głosu'', zapewnił że żadne kontrole i decyzje nie będą zapadały bez porozumienia ze Stowarzyszeniem, a jeżeli wpłyną skargi na służby podległe wojewodzie, zostaną one sprawdzone. Zażalenia takie w najbliższych dniach Stowarzyszenie złoży.
"Nasz Dziennik", 3. października 2003r.
Muszą emigrować lub wymrzeć?
Coraz bardziej dramatycznie wygląda sytuacja mieszkańców podpoznańskich Więckowic, gdzie w chlewniach przejętej przez amerykański koncern Smithfield Foods firmy "Animex Wielkopolska" prowadzony jest przemysłowy tucz świń. Najnowsze badania epidemiologiczne przeprowadzone przez niezależnych ekspertów przynoszą alarmujące dane: olbrzymi procent mieszkańców tej wioski cierpi na niebezpieczne schorzenia. - Jeden z prominentnych urzędników zasugerował w programie telewizyjnym, że skoro źle nam się mieszka w Więckowicach, to może powinniśmy stąd emigrować. Ale my się nie poddamy. To nie my tutaj jesteśmy intruzem i to nie mieszkańcy Więckowic zatruwają środowisko, lecz "Animex". Będziemy walczyć o prawo do godnego i przede wszystkim zdrowego życia - powiedział "Naszemu Dziennikowi" Wojciech P. z niewielkiej miejscowości Więckowice.
O problemach tej uroczej, położonej nad Jeziorem Niepruszewickim miejscowości informowaliśmy już wielokrotnie. Najnowsze badania przeprowadzane przez zespół niezależnych ekspertów pod kierunkiem dr. Zbigniewa Hałata, byłego głównego inspektora sanitarnego, przyniosły alarmujące dane. Okazuje się bowiem, że zdecydowana większość mieszkańców Więckowic, którzy na co dzień muszą znosić obecność chlewni firmy Smithfield Foods, jest zagrożona chorobami przewodu pokarmowego oraz dolnych i górnych dróg oddechowych.
Czterdziestu trzech mieszkańców Więckowic cierpi co najmniej raz w tygodniu na dokuczliwe bóle głowy (27,7 proc.), 38 ośmiu dokucza kaszel (21,5 proc.), bardzo często pojawiają się również inne dolegliwości: piekące lub łzawiące oczy, bóle mięśni i stawów, zawroty głowy, biegunka i widzenie jak za mgłą oraz ściskanie klatki piersiowej. Bardzo wysoki jest również odsetek osób z objawami chorób górnych i dolnych dróg oddechowych.
- Ten problem nie dotyczy już tylko i wyłącznie mieszkańców Więckowic. Skontaktowali się z nami właściciele domków letniskowych i ogródków działkowych w pobliskim Sierosławiu, którym również odór znad "Animeksu" nie pozwala spokojnie żyć. Oni również chcą razem z nami walczyć o to, by wreszcie urzędnicy przestali nas lekceważyć - mówi Edmund Pawełek, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego Ziemi Więckowickiej, powołanego przez mieszkańców tej wioski.
Nie ulega bowiem żadnej wątpliwości, że zawroty głowy i trudności w rozpoznawaniu kolorów to objawy typowe dla zatrucia siarkowodorem. Nawet bardzo niewielkie oddziaływanie tego gazu powoduje nieodwracalne, często prowadzące do śmierci chorego zmiany w mózgu. O wysokim stężeniu siarkowodoru w Więckowicach alarmował już wcześniej dr Edward Wieland z poznańskiej Akademii Rolniczej. Okazuje się również, że zagrożenia dla zdrowia i życia mieszkańców wioski, w której Smithfield Foods prowadzi przemysłowy tucz świń, są zdecydowanie większe niż zagrożenia dla zdrowia mieszkańców podobnych miejscowości w Stanach Zjednoczonych, w których Smithfield Foods również posiada farmy. I tak w okolicy farm zajmujących się przemysłową hodowlą trzody chlewnej w w stanie Północna Karolina odsetek osób z objawami chorób górnych dróg oddechowych, takimi jak np. kaszel, wynosi 6,3 proc., podczas gdy w Więckowicach aż 21,5 proc. I analogicznie: w stanie Północna Karolina cierpiący na ściskanie klatki piersiowej to 3,9 proc. mieszkańców okolic ferm, a w Więckowicach aż 8,5 proc. mieszkańców. Na zawroty głowy w USA cierpi 4,1 proc. osób mieszkających w pobliżu ferm, zaś w Więckowicach - 13 proc.
Te różnice jednak nie powinny dziwić. W Stanach Zjednoczonych bowiem lokalne władze skutecznie zareagowały na doniesienia o szkodliwej działalności Smithfield Foods, nakładając na ten koncern wysokie grzywny. W Wielkopolsce jednak odpowiedzialni za zdrowie i życie mieszkańców urzędnicy zdają się całkowicie lekceważyć problem, nie dostrzegając tego, że już czas najwyższy podjąć zdecydowane kroki, by ograniczyć trucicielską działalność.- To tylko pan tak uważa. Służby państwowe stwierdzają coś zupełnie innego - powiedział nam Roman Grabiak, wicedyrektor Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu, podczas spotkania mieszkańców Więckowic z wicewojewodą Jerzym Błoszykiem.
I rzeczywiście. Inspektorzy ochrony środowiska nie stwierdzili odoru poza terenem farmy, sanepid zaś uznał, że hałas i zapach - albo mówiąc ściślej koszmarny smród - jakie muszą znosić mieszkańcy Więckowic, są w normie, zaś inspekcja weterynaryjna stwierdziła, że nie ma potrzeby interwencji, bowiem... świnie żyją w lepszych warunkach niż wymaga UE. A skoro świniom żyje się dobrze, to nie ma konieczności interweniowania (sic!).
Co więcej, wyniki badań, na które powołuje się dyrektor Roman Grabiak - tak odmienne od ekspertyz dr. Hałata - budzą wiele wątpliwości co do rzetelności i wiarygodności ich opracowania. I tak np. w specjalnym piśmie wojewoda wielkopolski Andrzej Nowakowski (SLD) informował mieszkańców, że 5 maja 2003 r. Wydział Ochrony Środowiska Starostwa Powiatowego pobrał próbki wody z rowu w pobliżu gnojowicy składowanej opodal Jeziora Niepruszewickiego. Na podstawie badań tej próbki miano wydać opinię, jakoby jezioro nie było zagrożone zatruciem. Jak się jednak okazuje, ta opinia prawdopodobnie opiera się na informacjach wyssanych z palca. - Ja bardzo jestem ciekaw, w jaki sposób pobrano próbki wody z tego rowu w maju tego roku, skoro wówczas już mieliśmy do czynienia z suszą i żadnej wody w tym rowie nie było. Skąd więc wzięły się rzekome próbki? Zresztą nawet dziecko wie, że jeszcze nie teraz, ale za dwa lata odciek z tej gnojowicy dostanie się do wód gruntowych i wtedy dojdzie do nieszczęścia - twierdzi Wojciech Piniarski, na co dzień prezes jednego z wielkich poznańskich przedsiębiorstw, mieszkaniec Więckowic.
Na to pytanie jednak ani wicewojewoda Jerzy Błoszyk, ani żaden z podległych mu urzędników nie potrafili odpowiedzieć. Nie potrafiono nam również wytłumaczyć, jak to się stało, że wyniki analiz prowadzone na poziomie województwa tak bardzo różnią się od tych prowadzonych na poziomie centralnym. Nie tak dawno bowiem generalny inspektor ochrony środowiska dopatrzył się szeregu uchybień w działalności farm Smithfielda.
Nieprawidłowości stwierdzono również m.in. w województwie zachodniopomorskim. Tylko w Wielkopolsce i tylko zdaniem lokalnych urzędników wszystko jest w największym porządku. - Skąd takie różnice? Nie potrafię tego wyjaśnić - powiedział nam wicedyrektor Roman Grabiak.
Największym zagrożeniem dla zdrowia mieszkańców Więckowic jest gnojowica składowana kilkadziesiąt metrów od Jeziora Niepruszewickiego. Obecnie pryzma gnoju i odpadów z tuczarni ma już wymiary 150 x 40 metrów i 8 metrów wysokości i stopniowo się powiększa. To właśnie z niej do rowu melioracyjnego uchodzą ścieki i odpady. - Nie wiem, czy państwu wiadomo, że "Animex" zdecydował się na wybudowanie betonowej płyty pod tą pryzmą, co zabezpieczy przed odciekami - tryumfująco mówił wicewojewoda Jerzy Błoszyk.
Niefrasobliwość wicewojewody jest jednak porażająca. Przedstawiciel administracji państwowej nie wiedział bowiem lub nie chciał wiedzieć, że kilka miesięcy wcześniej nakazano usunięcie całej pryzmy. Tego jednak Smithfield nie wykonał, a akceptacja dla budowy pseudozabezpieczającej płyty oznacza nic innego jak legitymizację samowoli budowlanej.
Można tylko mieć nadzieję, że kwestię wyjaśni specjalna komisja do zbadania sprawy Smithfield Foods. Jak się bowiem nieoficjalnie dowiedzieliśmy, komisję taką zamierza powołać marszałek Wojciechowski.
w ramach Ogólnopolskiej Kampanii Konsumenckiej Polskiej Zielonej Sieci
"Kupuj Odpowiedzialnie"
w dniu 26. września (piątek) od godz. 17.00
w czytelni Biblioteki Ekologicznej w Poznaniu
ul. Kościuszki 79, Poznań
prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentow
i założyciel Instytutu Wody
"Zagrożenia zdrowia w następstwie
zanieczyszczenia wody związkami azotu ze źródeł rolniczych oraz
obecności siarkowodoru w powietrzu wokół farm przemysłowych"
Po wykładzie uczestnicy spotkania będą zaproszeni
do publicznej dyskusji i formułowania postulatów do władz.
Amerykańskie świnie atakują
Komitet protestacyjny w podwrocławskich Piecowicach walczy z przemysłową chlewnią
Przemysłowa chlewnia na tysiące świń, która wyrosła pod nosem mieszkańców Piecowic, podzieliła lokalne środowisko. Jedni walczą z nią do upadłego, uruchamiając wszelkie możliwe służby, inni twierdzą, że to sprawa polityczna. Chlewnia nikomu nie zaszkodzi, a protestujący to grupa sfrustrowanych kandydatów do rady powiatu, którzy się do niej nie dostali. Pewne jest tylko jedno: chlewnia w Piecowicach działa, chociaż nie ma zezwolenia na użytkowanie obiektów. Słowem: działa nielegalnie.
- A co mieliśmy zrobić? - wyjaśnia Magdalena Augustowska, koordynator tego projektu w firmie “Pol- Lean”. - Musieliśmy wprowadzić tu prosięta, bo już się urodziły. Wszystkie dokumenty mieliśmy złożone, wszystko jest w najlepszym porządku. Gdyby nie ten protest, zgoda dawno by była wydana.
Firma zapłaciła grzywnę i czeka na rozstrzygnięcie powiatowego nadzoru budowlanego.
Propaganda i polityka
- Nasze Piecowice pokazano niedawno w niemieckiej telewizji – mówi mieszkaniec wsi, Jerzy Baran. - Mowa była o tym, że Polska sieje propagandę o tym, że produkuje zdrową, ekologiczną żywność. A tak naprawdę pełno u nas przemysłowych ferm, które na Zachodzie mają coraz większe kłopoty z ekologami. I taka właśnie jest prawda: wyżyna się rodzimych hodowców, którzy nie stosują przemysłowego tuczu, nie faszerują trzody antybiotykami, produkują lepsze jakościowo mięso. Amerykańskie świnie to zagrożenie dla nas i dla środowiska.
W komitecie protestacyjnym, który powstał w marcu, jest 11 osób. To mieszkańcy Piecowic i kilku okolicznych wsi.
- Mówią o nas, że jesteśmy polityczni – zaznacza przed rozmową Marzena Dzięgała, sołtys Kiełczówka, która bez powodzenia startowała do rady powiatu. - To prawda, są wśród nas członkowie Samoobrony, ale to naprawde nie jest powód, dla którego walczymy. W takich sprawach, jeśli działa się nie tak, jakby chciała tego władza, zawsze można powiedzieć, że chodzi o politykę. Zapewniam, że nam o to nie chodzi, choć mamy pretensję do naszych radnych, że ignorują interes mieszkańców.
Członkowie komitetu podkreślają, że 11-osobowy jego skład nie oznacza, że tak niewiele osób interesuje sprawa chlewni. Pod jednym z pism udało im się zebrać 122 podpisy. Komiet ma długą listę zarzutów wobec firmy “Pol- Lean”, która w Piecowicach otworzyła tuczarnię.
Smród i konkurencja
- Po pierwsze nikt nie zapytał o zdanie mieszkańców, których ta sprawa najbardziej dotyczy – mówi Stanisław Pacyga, sołtys Piecowic. - Było, co prawda zebranie w tej sprawie, ale trudno to uznać za konsultacje. To była taka wstępna informacja. Nawet nie powiedziano, ile tej trzody tu będzie. Teraz pani wójt Długołęki mówi, że mieszkańcy się zgodzili. A oni tylko podpisali listę obecności.
Jesienią ub. r. po wsi rozeszła się wiadomość, że w tutejszej tuczarni ma być jednorazowo ponad 4 tys. świń. Ilość tę trzeba pomnożyć co najmniej przez cztery, bo tyle jest rocznie tzw. wsadów.
- Proszę sobie teraz wyobrazić ten smród – mówi Leon Maślanka, działacz izb rolniczych. - To jest wprost proporcjonalne do ilości sztuk, nie ma na to rady. Teraz w piecowickiej chlewni nie śmierdzi, ale to tylko dlatego, że jeszcze nie ruszyli obornika. Ale to nieuniknione.
Na smród w Polsce norm nie ma. Może śmierdzieć przez okrągły rok. Jednak każdy sobie zdaje sprawę, jak bardzo to będzie uciążliwe dla mieszkańców. Na pewno spadnie wartość działek budowlanych, już teraz w okolicy nie ma ruchu. Bo kto by chciał mieszkać w pobliżu świń? Sołtys podkreśla, że tuż przy tuczarni jest ujęcie wody pitnej. Zrzucanie obornika na pola – jak planuje firma, która chce oddawać go rolnikom za darmo – to prawdziwa ekologiczna bomba. Jest jeszcze coś:
- Przemysłowe chlewnie wyeliminują polskich rolników – zgodnie uważają ludzie z komitetu. - Hodowla trzody to była ostatnia opłacalna dziedzina w rolnictwie. Tymczasem w całej Polsce powstają wielkie chlewnie, głównie amerykańskie, które wykoszą w końcu z rynku naszych. Amerykanie zakładają je własnie u nas, bo u siebie zaczynają mieć kłopoty. Chlewnie zatruwają środowisko, firmy muszą płacić gigantyczne odszkodowania, więc z produkcją przenoszą się do nas.
Według szacunków protestujących, taka chlewnia jak w Piecowicach, to upadek ok. 40 gospodarstw indywidualnych.
Zdaniem komitetu, całe zło zaczęło się od wójta gminy Długołęka, która wydała decyzję na ustalenie warunków zabudowy i zagospodarowania terenu dla adaptacji obiektu w Piecowicach na tuczarnię.
- Taka decyzja była niezgodna z planem zagospodarowania gminy, w którym wyraźnie było napisane, że w tym miejscu jest ferma bydła – twierdzi Stanisław Pacyga. - To zupełnie co innego.
Jednak wójt gminy, Iwona Łebek, w piśmie z jej wyjaśnieniami, które krąży wśród mieszkańców, twierdzi że to nieprawda, bo zapis dotyczył ogólnie produkcji zwierzęcej. Komitet przyznaje, że taki zapis jest, ale dopiero od niedawna. “Stary” zniknął z dokumentacji. Wójt powołuje sie na pozytywna opinie biegłego w zakresie ochrony środowiska. Komitet ją kwestionuje – bo opinia była zlecona przez firmę “Pol – Lean”. Jednak projekt ma pozytywne opinie także z dolnośląskiego inspektoratu sanitarnego i wydziału ochrony środowiska. Komitet pisze do wszelkich instytucji sanitarnych i budowlanych, zawiadomił o sprawie prokuraturę.
Amerykanin, ale polski
John Leeshriver, właściciel “Pol- Leanu”, wrocławiani z wyboru, robi wrażenie człowieka zdruzgotanego takimi kłopotami. Jeśli będzie musiał zamknąć chlewnię – nie zdoła spłacić zaciągniętych kredytów i zbankrutuje.
- Interes w Polsce prowadzę od dawna – tłumaczy. - Po raz pierwszy mam takie problemy z ludźmi. Prowadzę firmę z żoną, Polką, nie jesteśmy jakimś wielkim koncernem amerykańskim, jak to się nam zarzuca. Nie wiem, o co tu tak naprawdę chodzi.
Tuczarnia w Piecowicach powstała jako kontynuacja produkcji w Łosicach, gdzie od dziewięciu lat firma ma chlewnię. Teraz nastąpił podział: w Łosicach są tylko maciory, a prosięta tuczy się w Piecowicach. Maciory już były po inseminacji, nie dało się zatrzymać całego procesu. Dlatego prosięta trafiły do tuczarni bez zezwolenia na jej użytkowanie.
Amerykanin uważa, że nie ma bardziej ekologicznej produkcji niż jego. Prosięta trzymane są na głębokiej ściółce, nie ma żadnego smrodu i nie będzie. Dookoła chlewni posadzono rośliny, które mają stanowić zielony ekran.
- Nie jesteśmy też żadną konkurencją dla tutejszych rolników – dodaje Magdalena Augustowska. - Cała sprzedaż idzie na Górny Śląsk. A tutejsi tylko zyskają, bo będziemy im oddawać za darmo obornik i kupować od nich słomę.
Istnieniem chlewni zainteresowana jest także wrocławska Akademia Rolnicza, do której należą budynki:
- Obiekt stał pusty przez całe lata, marnował się – przekonuje Zbigniew Rogula z AR. - Teraz mamy z niego nie tylko czynsz, ale i bazę dydaktyczną dla studentów.
Ostatnio powiatowy nadzór budowalny uznał, że komitet protestacyjny nie jest stroną w sprawie. Komitet odwołał się do nadzoru wojewódzkiego i czeka na rozstrzygnięcie.
- Bo jak to nie jesteśmy stroną, skoro mieszkamy tu i to nasz interes jest zagrożony – jest przekonany sołtys Piecowic.
Chlewnia to zagrożenie
- Są dowody epidemiologiczne na to, że fermy przemysłowe szkodzą środowisku i zagrażają zdrowiu człowieka – mówi dr Zbigniew Hałat, lekarz epidemiolog, były wiceminister zdrowia i główny inspektor sanitarny, obecnie szef Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów. - Substancje, jakie się z nich wydostają, np. drobnoustroje, powodują przewlekłe stany zapalne gardła, krtani. W oparach znajdują się czynniki drażniące, które u osób podatnych wywołują np. astmę oskrzelową. Jeśli dojdzie do skażenia wody, skutki są długotrwałe. Poza tym, z powodu fetoru, okolicznym mieszkańcom pogarsza się jakość życia, co też nie jest bez znaczenia.
Komitet protestacyjny z Piecowic zwrócił się do dra Hałata z prośbą o opinię i ewentualne wsparcie swoich działań. Hałat uważa, że wydane firmie “Pol - Lean” pozwolenia mają wady prawne i kwalifikują się do uchylenia.
– Przede wszystkim chodzi tu o naruszenie norm dotyczących odległości tego typu obiektów od ludzkich siedzib i ujęć wody – mówi. - Niebezpieczne są też zapewnienia, że firma będzie stosować dodatkowe środki chemiczne do utylizacji fetoru. Nikt nie wie, jak one wpłyną na środowisko. Firma chwali się, że będzie rozdawała rolnikom obornik. Ale przecież ilość obornika rozrzucanego na pola także podlega ograniczeniom, istnieją na to konkretne przepisy. Wszystkiego nie da się wyrzucić na pola.
Dr Hałat zamierza wkrótce przeprowadzić własne badania epidemiologiczne terenów sąsiadujących z chlewnią. Ich wyniki mogą być niezbitym, obiektywnym dowodem na to, czy taka produkcja jest szkodliwa dla środowiska. Czy jednak, nawet gdyby się okazało, że tak jest – uchroni to polskie wsie przed inwazją ferm przemysłowych?
Alicja Giedroyć, agiedroyc@gazeta.wroc.pl, tel 3748144
- Jeśli będę musiał zamknąć chlewnię, zbankrutuję – martwi się John Leeshriver, właściciel firmy “Pol- Lean”
- Nie chcemy świń w Piecowicach! - sołtys uważa, że tuczarnia to zagrożenie dla wsi.
Nie tylko Piecowice
“Tylko w roku ubiegłym na popegeerowskich wsiach Pomorza i Mazur otwarto kilkanaście wielkich, przemysłowych ferm świń. Większość z nich należy do spółek Prima i Animex, ściśle powiązanych z amerykańską korporacją Smithfield Foods, światowym potentatem w hodowli trzody chlewnej.
Spółka specjalnie nie wybrzydza. Oprócz popegeerowskich chlewni wykupuje też obory, stajnie, owczarnie i królikarnie. W imponującym tempie adaptuje je na przemysłowe fermy. Po 3–4 miesiącach budynki wypełnia dziesiątkami tysięcy świń. Dopiero potem rozpoczyna starania o pozwolenia na budowę ogromnych zbiorników na gnojowicę tzw. lagun. Państwowe i samorządowe służby ochrony środowiska stawiane są przed faktem dokonanym.” (“Inwazja świń”, “Polityka”, nr 9/03)
"Nasz Dziennik", 5. września 2003r.
Chlewnia w kurorcie?
Mieszkańcy i władze samorządowe miejscowości wypoczynkowych w okolicach Koszalina nie chcą u siebie wielkoprzemysłowych ferm tuczników
Czy wokół kurortów i miejscowości wypoczynkowych koło Koszalina może powstać ferma trzody chlewnej na 7 tys. sztuk? Inwestorzy i władze firmy "Prima", spółki-córki amerykańskiej spółki Smithfield, twierdzą, że jak najbardziej. Innego zdania są
mieszkańcy Kleszczy, wioski, w której ma stanąć tuczarnia. Ale nie tylko. Pomysł budowy chlewni krytykują też władze gminy Sianów i sąsiedniego Mielna.
Wieś Kleszcze położona jest między Sianowem a nadmorską wypoczynkową miejscowością Łazy. Kiedyś jej mieszkańcy pracowali w pobliskim państwowym gospodarstwie rolnym - dzisiaj starają utrzymywać się z turystyki. Jeśli w
popegeerowskich oborach, gdzie kiedyś hodowano bydło, inwestorzy zainstalują hodowlę 7 tys. świń, to o turystyce nawet nie ma co marzyć. Sami mieszkańcy będą musieli się wynieść, bo nikt nie będzie w stanie znieść fetoru gnojowicy unoszącego się nad okolicą.
W ubiegłym tygodniu w Kleszczach zorganizowano konferencję prasową z udziałem mieszkańców wsi i władz gminnych. Inwestorzy, synowie miejscowego radnego Ryszarda Czupajły, nie wzięli udziału w spotkaniu z mieszkańcami wsi. Sam radny oświadczył, że gdyby w ubiegłym roku kupujący od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa budynki wiedzieli, że nie będą mogli w Kleszczach hodować świń, wycofaliby się z zamiaru nabycia obiektów po byłym pegeerze. Tymczasem mieszkańcy Kleszczy inwestorów nazywają dosadnie: "jeźdźcy Apokalipsy".
Gmina wydała niedoszłym hodowcom decyzję odmowną w sprawie hodowli 7 tys. świń. Bracia Czupajłowie odwołali się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, a to nakazało burmistrzowi ponowne rozpatrzenie sprawy.- Sprawa jest o tyle ciekawa, że ojciec inwestorów Ryszard Czupajło dobrze wiedział, że w planie strategii rozwoju gminy planowaliśmy nieuciążliwą produkcję rolną z możliwością zmiany jeszcze na inny kierunek zagospodarowania tych obiektów - powiedział "Naszemu Dziennikowi" Andrzej Matyjaszek, burmistrz Sianowa.
Planami budowy uciążliwego obiektu, jakim niewątpliwie będzie tuczarnia świń w Kleszczach, zaniepokojeni są również mieszkańcy Mielna i Unieścia. Od siedmiu tysięcy zwierząt, skoncentrowanych na małej powierzchni, dzieliłaby ich tylko szerokość jeziora Jamno i dwa kilometry łąk. Dużym niebezpieczeństwem byłby spływ rowami i strumykami gnojowicy do jeziora i dalej, do morza.
- Gdyby doszło do powstania chlewni z tyloma tysiącami świń, wtedy jednocześnie doszłoby do katastrofy ekologicznej i ekonomicznej w pasie przybrzeżnym na wysokości Koszalina. Jestem przekonany, że jednak chlewni w sąsiadującej z nami gminie Sianów nie będzie. Przed takimi inwestycjami należy się bronić, gdyż z nimi wiążą się same kłopoty, a korzyści, w przypadku naszej gminy, nie będziemy mieli żadnych - podkreśla Zbigniew Choiński, wójt Mielna.
- Zmiana planu strategii rozwoju gminy Kleszcze wiąże się z kłopotami finansowymi gminy i wszystkiego nie da się od razu zrobić. Synowie naszego radnego dogadali się z firmą "Prima" z Czaplinka, że będą hodować jednorazowo 7 tys. sztuk trzody chlewnej, ale, jak znam życie, byłoby ich tutaj więcej. Ja nie bardzo to wszystko rozumiem, bo według prawa jednorazowo nie może być hodowanych więcej niż 2 tys. sztuk. Ale jakoś na te przepisy nikt na razie nie patrzy. Gdyby to była hodowla ściółkowa, to co zrobić z taką ilością obornika? Poza tym 30 metrów od tej chlewni jest ujęcie wody dla wsi. Kiedyś, gdy hodowano tutaj bydło, woda była niekiedy zanieczyszczana. Sprawa chlewni trafiła do NSA i mam nadzieję, że władze gminy i mieszkańcy Kleszczy i okolicznych wiosek wygrają sprawę o swoją przyszłość - podkreśla burmistrz Sianowa Andrzej Matyjaszek.
Tymczasem mieszkańcy wsi Kleszcze nie wierzą w zapewnienia inwestorów, że będą mieli zatrudnienie w chlewni. Więcej miejsc pracy musiałoby ulec likwidacji na skutek budowy gigantycznej tuczarni. Wieś, po otrząśnięciu się z doświadczeń z upadkiem Państwowych Gospodarstw Rolnych, powoli staje się bazą turystyczną, korzystając z bliskości Bałtyku.
Dlatego ani kleszczanie, ani gminne władze, które przez nich zostały wybrane, nie wierzą w zapewnienie wynikające z dokumentacji firmy "Prima", że szlam z gnojowicy będzie trafiał do oczyszczalni ścieków, utylizowane będą leki zwierzęce, jak np. antybiotyki, padłe zwierzęta będą spalane i powstaną zbiorniki na gnojowice. Władze gminy Sianów nie mogły się doczytać, gdzie te zbiorniki mają stanąć i gdzie będzie wywożona cuchnąca ciecz.
Uwaga! Produkt świniopodobny
Coraz częściej mieszkańców wielu miejscowości z różnych stron Polski bulwersują pomysły budowy w sąsiedztwie ich domów potężnych chlewni, w których zwierzęta hodowane są sposobem wielkoprzemysłowym. Wielkie firmy o europejskim albo nawet światowym zasięgu, jak np. Smithfield, nie liczą się ze zdaniem miejscowych społeczności, nawet władz, twardo realizując postawione sobie zadania zdobywania rynków. W ostatnich latach w Polsce już więcej niż co 15 sztuka trzody chlewnej pochodzi z wielkoprzemysłowych hodowli. Wielu rolników, a także ekologów, niepokoi fakt, że do tej pory ani wśród naukowców, ani w samych ministerstwach: ochrony środowiska oraz rolnictwa, nie powiedziano wyraźnie, ile w naszych warunkach przyrodniczo-glebowych można w jednym gospodarstwie hodować trzody chlewnej. Przyjmuje się, że najbezpieczniej jest hodować zwierzęta w gospodarstwach rodzinnych, gdzie negatywne zjawisko hodowania świń w jednym punkcie i jednym cyklu w ilościach 7 tys. czy więcej nie jest możliwe. Biorąc pod uwagę proponowane programy dla Polski, z uwzględnieniem ekologii jako najbardziej cennego atrybutu naszego rolnictwa, nie powinniśmy powielać błędów Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych.
Nie znaczy to, że większość mięsa powinna pochodzić z gospodarstw ekologicznych, choć to dla konsumentów byłoby zjawiskiem najbardziej korzystnym. Problemem jest to, że przemysł mięsny narzuca hodowcom standardy hodowlane i życzyłby sobie, aby zwierzęta pod względem cech użyteczności były tak wyrównane jak maszyny wychodzące z fabryki. Wielkie korporacje mięsne zaczęły, najpierw w USA, a potem i w Europie, hodować świnie na własny użytek, traktując rolników indywidualnych co najwyżej jak dostawców sztuk trzody chlewnej z fabryk świń, które same wszystko kontrolują. Kiedy obserwuje się w Polsce ekspansję różnych zachodnich hodowli, widać wyraźnie, jak z premedytacją są wykorzystywane luki w przepisach. Współpraca sprytnych prawników wielkich korporacji widoczna jest (zwłaszcza dla władz samorządowych) można rzec - niemal gołym okiem. Na przykład dopiero teraz przygotowywane są przepisy dotyczące możliwości zaistnienia fermy, w której hodowałoby się duże ilości zwierząt.
System oszukiwania konsument
O wielkoprzemysłowym tuczu zwierząt mówią:
dr Zbigniew Hałat, lekarz medycyny, specjalista epidemiolog, prezes Stowarzyszenia Zdrowia Konsumentów
Głównym problemem współczesnego kon sumenta jest niezdolność jego zmysłów do rozróżniania tego, co jest zdrowe, a co nie. Wzrok, smak i węch nie wystarczą, żeby ocenić przeszłość zwierzęcia, które jest poćwiartowane i sprzedawane w postaci kawałka mięsa, a jeszcze gorzej, jeżeli jest to mięso mielone. W związku z tym musimy się zdać na służby kontrolne: Państwową Inspekcję Weterynaryjną, Państwową Inspekcję Handlową oraz Państwową Inspekcję Sanitarną, i odpowiednio je wyposażyć, aby mogły wykonywać swe zadania statutowe. Ludzie wiedzą, że w oparciu o ustawy mają prawo żądać zdrowej żywności. W związku z tym siły państwa utrzymywane z naszych podatków powinny się skupić na gwarantowaniu ludziom tego bezpieczeństwa, a niestety tak nie jest. Jakie są tego dowody? Chociażby sprawa związana z ekspansją Smithfield Foods na terenie Polski. Mamy do czynienia z hodowlą w warunkach niehigienicznych - nie spełnia się wymogów klasycznej zootechniki, tzn. gwarantującej bezpieczny wzrost zwierzęcia i utrzymywanie go w warunkach bezstresowych, co oczywiście rzutuje na jakość mięsa i odporność zwierzęcia. Aby trzymane w niehumanitarnych warunkach mogły przeżyć i osiągnąć odpowiednie rozmiary do uboju, chroni się je przed padnięciem za pomocą antybiotyków, przestrzegając lub nie okresu karencji zanim to mięso zostanie sprzedane. Istnieje też szereg zagrożeń związanych z produkcją zwierzęcą w dużych farmach hodowlanych, mianowicie problem odpadów hodowlanych, które są oddawane okolicznym rolnikom. W ten sposób rozprzestrzeniane jest skażenie środowiska azotanami i azotynami.
Stanowi to ewidentne złamanie zarówno ustawy dotyczącej azotynów, jak i rozporządzenia ministra rolnictwa dotyczącego warunków zanieczyszczenia środowiska azotynami.
Takie mięso, które jest wyprodukowane w nieludzkich warunkach, wymaga potem zabiegów związanych z większą ilością różnych konserwantów, a także zamaskowania jego złej jakości, do czego używa się środków wzmacniających smak i zapach oraz barwników. W sumie duża farma jest częścią ogromnego systemu oszukiwania konsumenta, który - patrząc na produkt z etykietą "wieprzowina" - ma wrażenie, że jest to taki rodzaj hodowli, który on zna, a w rzeczywistości jest inaczej.
Danuta Siczek, specjalista ds. hodowli trzody chlewnej z Regionalnego Centrum Doradztwa Rozwoju Rolnictwa i Obszarów Wiejskich w Radomiu
Nie możemy zdefiniować, co to jest gospodarstwo wielkopowierzchniowe czy fermowe - tej wielkiej produkcji. Można jedynie powiedzieć, że gospodarstwa, które mają chlewnie o takiej i takiej obsadzie, dostarczają tyle i tyle żywca na rynek.
W sprawach technologii produkcji nie ma w zasadzie różnic. Gospodarstwa, które produkują na rynek, a nie na własne potrzeby opierają się na żywieniu mieszankami pełnoporcjowymi - zarówno ci duzi, jak i mali. Różnią się więc raczej skalą produkcji, a nie technologią. (...) Chociaż z higieną często lepiej jest w tych mniejszych chlewniach.
Około dwóch lat temu w skali kraju te największe gospodarstwa stanowiły pół procent ogółu gospodarstw i dostarczały około 10-15 procent żywca. W tym nie były jeszcze uwzględniane farmy Smithfielda, a sam Smithfield ma docelowo produkować tyle, ile wynosi cały skup interwencyjny w Polsce.
zeb. AKW
Bezczynność i bezprawie kosztem zdrowia ludzi i środowiska...
Art. 27. 1. W razie stwierdzenia naruszenia wymagań higienicznych i zdrowotnych, państwowy inspektor sanitarny nakazuje, w drodze decyzji, usunięcie w ustalonym terminie stwierdzonych uchybień.
2. Jeżeli naruszenie wymagań, o których mowa w ust. 1, spowodowało bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia ludzi, państwowy inspektor sanitarny nakazuje unieruchomienie zakładu pracy lub jego części (stanowiska pracy, maszyny lub innego urządzenia), zamknięcie obiektu użyteczności publicznej, wyłączenie z eksploatacji środka transportu, wycofanie z obrotu środka spożywczego, przedmiotu użytku, materiału i wyrobu przeznaczonego do kontaktu z żywnością, kosmetyku lub innego wyrobu mogącego mieć wpływ na zdrowie ludzi albo podjęcie lub zaprzestanie innych działań; decyzje w tych sprawach podlegają natychmiastowemu wykonaniu.
3.Z powodów i w trybie określonych w ust. 2 państwowy inspektor sanitarny nakazuje likwidację hodowli lub chowu zwierząt.
Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi /nr 260/, 5 maja 2005 r.
Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk (PiS)
Przewodniczący Krajowej Rady Izb Rolniczych Krzysztof Ardanowski
Poseł Mieczysław Aszkiełowicz (Samoobrona)
Poseł Andrzej Fedorowicz (LPR)
Posłanka Danuta Hojarska (Samoobrona)
Poseł Stanisław Kalemba (PSL)
Poseł Wacław Klukowski (PiS)
Poseł Wojciech Mojzesowicz (PiS)
Sekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi Józef Pilarczyk
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech Stawiany
Zastępca dyrektora Departamentu Środowiska Rolnictwa i Zagospodarowania Przestrzennego w Najwyższej Izbie Kontroli Waldemar Wojnicz
Poseł Wojciech Zarzycki (PSL)
5 maja 2005 r. Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi, obradująca pod przewodnictwem posła Wojciecha Mojzesowicza /PiS/, wysłuchała:
- informacji i funkcjonowaniu wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej, ze szczególnym uwzględnieniem nadzoru nad przestrzeganiem zasad ochrony środowiska,
- informacji o funkcjonowaniu systemu bezpieczeństwa żywności w przetwórstwie mięsa.
W posiedzeniu uczestniczyli przedstawiciele: Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi z sekretarzem stanu Józefem Pilarczykiem, Główny Lekarz Weterynarii Krzysztof Jażdżewski, Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech Stawiany oraz przedstawiciele związków i organizacji rolniczych.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Otwieram posiedzenie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Porządek dzienny posiedzenia został państwu doręczony. Czy ktoś z państwa ma jakieś uwagi do zaproponowanego porządku obrad? Nie widzę zgłoszeń. Przystępujemy zatem do rozpatrzenia pierwszego punktu porządku obrad. Toczyła się wielka batalia o fermy prowadzące przemysłowy tucz trzody chlewnej. Zarzucano nam, że rozpatrywany przez Sejm projekt ustawy doprowadzi do upadku 2500 wielkich ferm, a 30 tys. osób straci pracę. Okazuje się, że ferm powyżej 2000 stanowisk i 750 macior jest w Polsce około 85. Tylko tyle podmiotów wystąpiło o zgodę na taką produkcję. A zatem albo odpowiednie służby nie potrafią ustalić, ile tego typu ferm funkcjonuje w Polsce, albo ci co nas informowali, kłamią. Szkoda, że w ten proces dezinformacji włączyła się nawet pani prof. Katarzyna Duczkowska Małysz. Mówienie nieprawdy jest rzeczą niedopuszczalną. Jeśli tych ferm jest więcej nić 85, to znaczy, że mamy niesprawne służby. Są tylko te dwie możliwości. Zapoznałem się z materiałami, które na dzisiejsze posiedzenie Komisji przygotowało Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Zastanawia mnie jedna kwestia. W województwie kujawsko pomorskim jest taka ferma, która posiada 470 ha i trzykrotnie przekroczyła plan nawożenia. Mimo to ten podmiot uzyskał zgodę na prowadzenie hodowli. Bardzo proszę, aby traktować Komisję poważnie i nie zamieszczać w materiałach tego typu informacji. Nie jestem w stanie sprawdzić pozostałych 84 ferm. Mam nadzieję, że w pozostałych przypadkach inspekcje postępowały bardziej racjonalnie. Bardzo proszę pana ministra Józefa Pilarczyka o przedstawienie przedmiotowej informacji.
Sekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi Józef Pilarczyk : Produkcja w wielkoprzemysłowych fermach trzody chlewnej oraz zagospodarowanie gnojówki i gnojowicy nadzorowane jest przez trzy instytucje. Inspekcja Weterynaryjna kontroluje spełnianie wymogów sanitarno weterynaryjnych. Inspekcja Ochrony Środowiska sprawdza dochowanie przepisów w zakresie ochrony środowiska, w tym również spełnienie warunków niezbędnych do uzyskania pozwolenia zintegrowanego. Z mocy ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia wyznaczono także zadania stacjom chemiczno rolniczym w zakresie opiniowania planów nawożenia. Opinie są wydawane przez okręgowe stacje chemiczno rolnicze. Pewne użyteczne dla tych kontroli informacje gromadzi Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w zakresie systemu identyfikacji i rejestracji zwierząt. Chciałbym się odnieść do wypowiedzi posła Wojciecha Mojzesowicza o rozbieżnościach w danych statystycznych. Wynika to przede wszystkim z niepełnego wdrożenia systemu identyfikacji i rejestracji zwierząt oraz przepisów związanych z ustawą dotyczącą identyfikacji i rejestracji zwierząt w zakresie trzody chlewnej. Jak już mówiłem na poprzednim posiedzeniu Komisji, te przepisy są wdrożone w około 50%. A zatem tylko połowa producentów trzody chlewnej wypełniła obowiązek zarejestrowania stad w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Zyskaliśmy tę wiedzę, porównując dane Głównego Urzędu Statystycznego i centralnej bazy danych Agencji. W związku z tym nie można dzisiaj podać precyzyjnych informacji w tym zakresie. Już po pierwszym posiedzeniu Komisji zalecono Inspekcji Weterynaryjnej wzmożenie kontroli. Chodzi o to, aby producenci jak najszybciej zarejestrowali swoje stada trzody chlewnej. Dane przekazane Komisji zgromadzono na podstawie wniosków o zaopiniowanie planów nawożenia, składanych przez producentów do okręgowych stacji chemiczno rolniczych. Na tej podstawie trudno wnioskować o ilości dużych ferm trzody chlewnej w Polsce. Jeśli do okręgowych stacji chemiczno rolniczych o opinię 34 wystąpiły podmioty jeszcze w 2004 r. i 51 podmiotów w pierwszym kwartale 2005 r., to nie można na tej podstawie twierdzić, że w Polsce jest tylko 85 dużych ferm trzody chlewnej powyżej 2 tys. stanowisk. To oznacza, że tylko 85 właścicieli ferm wykonało obowiązek wynikający z ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia, czyli złożyło wniosek o zaopiniowanie planu nawożenia. Tylko w jednym przypadku, w województwie kujawsko pomorskim, tamtejsza stacja chemiczno rolnicza wydała negatywną opinię o przedłożonym planie nawożenia. Można powiedzieć, że zadanie wynikające z wyżej wymienionej ustawy zostało zrealizowane na poziomie nieco ponad 20%. Wyegzekwowanie tego przepisu pozostaje w gestii Inspekcji Ochrony Środowiska. Kluczowa jest tutaj dobra współpraca Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, stacji chemiczno rolniczych oraz Inspekcji Ochrony Środowiska. Tylko w ten sposób można radykalnie poprawić obecną sytuację. Jeszcze raz powtarzam, że na podstawie dostępnych danych można powiedzieć, że obowiązek wynikający z ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia wykonywany jest przez niewiele podmiotów. W materiałach, które państwo otrzymaliście, przedstawiono kompletny wykaz ferm o obsadzie powyżej 5 tys. sztuk świń. Nie jesteśmy w stanie w tej chwili dostarczyć Komisji pełnego wykazu ferm o obsadzie powyżej 2 tys.
sztuk świń. Z informacji przekazanych przez wojewódzkie inspektoraty weterynarii wynika, że takich ferm jest około 270. A zatem wcześniejsze twierdzenie, że takich podmiotów może być około 2,5 tys., nie było zgodne z prawdą. Danymi o stadach tej wielkości nie dysponował nawet Główny Urząd Statystyczny. W tej chwili po przeanalizowaniu sytuacji przez służby weterynaryjne można mówić o 270 fermach. Nie są to jednak dokładne analizy. Szczegółowe informacje w tym zakresie uzyskamy, gdy wszyscy właściciele stad dopełnią obowiązku rejestracji zwierząt. Jeśli chodzi o wymogi sanitarno weterynaryjne, to w przypadku kontrolowanych ferm sytuacja jest zadowalająca. Nie oznacza to, że nigdzie nie stwierdzono żadnych uchybień. Z powodu niespełnienia wymogów sanitarno weterynaryjnych nie zamknięto jednak żadnej fermy tuczu przemysłowego. Kiedy 1 maja 2004 r. zaczęły obowiązywać nowe przepisy, niedociągnięcia były poważniejsze i częstsze. Od tamtej pory odpowiednie służby prowadzą systematyczne kontrole, a wszelkie zalecenia inspekcji są realizowane na bieżąco. Jeśli będzie taka potrzeba, szczegółowe informacje na ten temat może państwu przekazać Główny Lekarz Weterynarii dr Krzysztof Jażdżewski. W materiale przygotowanym przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi możecie państwo przeczytać, jakie przeprowadzano kontrole i ile ich było. Jeszcze raz powtarzam, że naszym zdaniem wyniki tych kontroli nie są złe. Właściciele ferm w większości przypadków spełniają wymogi sanitarno weterynaryjne, a stwierdzone uchybienia nie były na tyle poważne, aby podjąć decyzję o zamknięciu jakiejś fermy.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Przed chwilą pan minister Józef Pilarczyk stwierdził, że w Polsce jest około 270 ferm trzody chlewnej o obsadzie powyżej 2 tys. sztuk. Kto w takim razie wytworzył taką histerię wokół nie więcej niż 70 gospodarstw korzystających z lagun? Nawet w "Gazecie Wyborczej" ukazał się artykuł, w którym była mowa o 2,5 tys. ferm. Myślę, że te błędne informacje należy sprostować. Po przyjęciu ustawy wprowadzającej obowiązek stosowania szczelnych, zamkniętych zbiorników na gnojówkę, mówiono o możliwości bankructwa polskiego rolnictwa i tragedii zwalnianych pracowników. Najgorsze jest to, że nawet na podstawie już obowiązujących przepisów nie jesteśmy w stanie wyegzekwować od tych ferm dostosowania się do wymogów w zakresie ochrony środowiska. Zastanawiam się, jakie będą skutki przedostania się tej informacji na zewnątrz. Na tym ucierpią polscy producenci żywności. Po co przyjmowano ustawę, skoro teraz nie można dopilnować wykonania tych przepisów. Na podstawie materiałów, które otrzymaliśmy, można powiedzieć, że wszystkie inspekcje działają fatalnie. W wykazie umieszczono gospodarstwo o powierzchni 470 ha, które posiada 25500 sztuk trzody. Temu podmiotowi zatwierdzono plan nawożenia. Czy to jest możliwe? Takie materiały otrzymujemy z Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Nie jestem w stanie sprawdzić wszystkich 85 ferm wymienionych w wykazie. Wiem tylko, że w wymienionym przeze mnie przykładzie trzykrotnie przekroczono normę. Mimo to, stacja chemiczno rolnicza pozytywnie zaopiniowała plan nawożenia. Proszę Komisji nie przysyłać takich materiałów. To nas wszystkich stawia w bardzo złym świetle. Dlaczego przy wymienionych fermach nie ma informacji o powierzchni gruntów? W tym jednym przypadku udało mi się uzyskać te dane. Przecież ktoś musi to wszystko ewidencjonować. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa powinna prowadzić ewidencję stad trzody chlewnej. Czy powiatowy lekarz weterynarii nie wie, gdzie w jego regionie są fermy o obsadzie powyżej 2 tys. sztuk? To jest nieprawdopodobne. Wytwarzamy atmosferę kompletnej niemocy. Staram się zachować spokój, ale w tych okolicznościach czynię to z wielką trudnością. Tego rodzaju sytuacja uwłacza Komisji oraz Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Inspekcje nie wykonują swoich zadań.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Proszę zauważyć, że do zadań powiatowego lekarza weterynarii nie należy liczenie sztuk trzody chlewnej na jakiejś fermie. Lekarz posługuje się dokumentacją prowadzoną przez właściciela gospodarstwa. Dane powinny być przekazywane Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Jak już powiedziałem, dopiero około 50% hodowców dopełniło tego obowiązku. Należy tu odróżnić fermy znajdujące się na wykazie zamieszczonym w materiale, posiadające powyżej 5 tys. sztuk trzody. Te podmioty najczęściej stosują się do przepisów. Problem stanowią średnie i małe fermy, posiadające około 2 tys. sztuk zwierząt. W związku z tym powstaje pytanie, czy w stosunku do tych podmiotów powiatowy lekarz weterynarii powinien restrykcyjnie żądać spełnienia wszystkich wymogów. Czy wydawać decyzję o zaprzestaniu produkcji, jeśli właściciel fermy spełnia wymogi sanitarno weterynaryjne, ale nie dopełnił obowiązku w zakresie planu nawożenia czy uzyskania pozwolenia zintegrowanego? Restrykcyjne działania są podejmowane w stosunku do ferm o charakterze typowo przemysłowym. Podany przed chwilą przykład gospodarstwa o powierzchni 470 ha i hodowli 25,5 tys. sztuk świń kwalifikuje się właśnie do takich działań, jeśli te dane zostaną potwierdzone przez okręgową stację chemiczno rolniczą. Są takie przypadki, gdy fermy przechowujące gnojowicę w lagunach nie wystąpiły o zatwierdzenie planów nawożenia. Według naszych informacji w tej chwili około 30 gospodarstw przechowuje gnojówkę w lagunach. Dane zebrane przez Głównego Lekarza Weterynarii nie obejmują czterech województw. Prawdopodobnie Inspekcja Ochrony Środowiska ma dokładniejsze informacje. Na przykład żadna z trzech ferm na Dolnym Śląsku, przechowujących gnojowicę w lagunach, nie zwróciła się o zatwierdzenie planu nawożenia. Na trzy fermy tego typu w województwie kujawsko pomorskim, dwie zwróciły się i uzyskały pozytywną opinię o planie nawożenia. Jeden podmiot nie uzyskał takiej opinii. Jeśli chodzi o województwo lubuskie, to na pięć ferm przechowujących gnojowicę w lagunach tylko jedna zwróciła się o zatwierdzenie planu nawożenia. W województwie pomorskim cztery fermy przechowują gnojowicę w lagunach. Żadna z nich nie wystąpiła z wnioskiem do okręgowej stacji chemiczno rolniczej. W województwie zachodniopomorskim na siedem ferm przechowujących gnojowicę w lagunach, wszystkie wystąpiły o zatwierdzenie planu nawożenia. W przypadku województwa podlaskiego na siedem ferm, żadna nie wystąpiła o zatwierdzenie planu nawożenia. W województwie śląskim jedna z dwóch ferm przechowujących gnojowicę w lagunach wystąpiła z wnioskiem do stacji chemiczno rolniczej. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi przekazuje tego typu informacje służbom ochrony środowiska. Współpraca pomiędzy stacjami chemiczno rolniczymi, Inspekcją Weterynaryjną i Inspekcją Ochrony Środowiska stworzy możliwość pełnego wyegzekwowania przestrzegania przepisów.
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech Stawiany : Chciałbym państwu zreferować "Informację o przestrzeganiu wymagań ochrony środowiska przez wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej". Materiał przekazaliśmy Komisji kilka dni temu. Stanowisko Głównego Inspektora Ochrony Środowiska pełnię dopiero od dwóch tygodni, dlatego moja wypowiedź nie będzie bardzo szczegółowa. Mogą ją uzupełnić pani Małgorzata Typko zastępca dyrektora Departamentu Instrumentów Ochrony Środowiska oraz przedstawiciele Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, w tym dyrektor Departamentu Inspekcji i Orzecznictwa pani Anna Kowalska oraz pani Dorota Wieńko. Działania Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska polegały na tym, że w okresie maj czerwiec 2004 oraz w pierwszym kwartale 2005 r. przeprowadziliśmy 44 kontrole ferm prowadzących wielkoprzemysłową hodowlę trzody chlewnej. W czterech przypadkach w badanych instalacjach akurat nie prowadzono tuczu.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Komisja zapoznała się z dostarczonym materiałem. Proszę o krótką informację, co Inspekcja Ochrony Środowiska zrobiła w zakresie kontroli ferm.
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech Stawiany : W związku z tym przedstawię tylko dane cząstkowe według stanu z 15 kwietnia 2005 r. Wśród kontrolowanych 40 instalacji, 27 z nich powinno do 31 grudnia 2004 r. uzyskać pozwolenie zintegrowane. Tylko pięć ferm uzyskało takie pozwolenia. Osiemnaście z nich złożyło wnioski. W dwóch przypadkach trwa opracowywanie wniosków. Dwa podmioty nie podjęły żadnych działań przygotowawczych. Jak już powiedział pan minister Józef Pilarczyk, kontrole dotyczyły także posiadania zatwierdzonych planów nawożenia. Na czterdzieści instalacji, dwadzieścia pięć jednostek powinno posiadać plany nawożenia. W przypadku dziewiętnastu podmiotów stacje chemiczno rolnicze zatwierdziły plany nawożenia. Dwa wnioski są jeszcze rozpatrywane, a cztery przygotowywane. Po przeprowadzonej kontroli wszczęto piętnaście postępowań w trybie art. 365 ust. 1 ustawy Prawo ochrony środowiska w sprawie wstrzymania instalacji, które nie posiadają pozwolenia. W trzech przypadkach wszczęto postępowanie w trybie art. 20g ustawy z 26 lipca 2000 r. o nawozach i nawożeniu w sprawie wstrzymania prowadzenia chowu w związku z niezatwierdzeniem planu nawożenia. Wydano także dziewięć zaleceń pokontrolnych. Nie będę o nich szczegółowo mówił, ponieważ to wszystko znajduje się w materiale, który państwo otrzymaliście. Ponadto inspektorzy wojewódzkich inspekcji ochrony środowiska skierowali dwa wystąpienia do organów ochrony środowiska w celu poinformowania o stwierdzonych naruszeniach. Wojewódzki inspektor ochrony środowiska w Opolu nałożył na właściciela fermy grzywnę. Wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej są obiektem dużego zainteresowania Inspekcji Ochrony Środowiska. W województwie zachodniopomorskim 6 czerwca 2005 r. odbędzie się spotkanie dotyczące trybu uzyskiwania pozwoleń zintegrowanych. Wojewódzki inspektor ochrony środowiska zaprosił na to spotkanie wielu specjalistów oraz właścicieli ferm. Zaproszenie zostało też przesłane do sekretariatu Komisji. W ramach współpracy polsko duńskiej zostały opracowane trzy dokumenty dotyczące sposobu prowadzenia kontroli na fermach trzody chlewnej. W pierwszym z nich zawarto ogólne wytyczne. W kolejnym znajdują się wytyczne w zakresie uboju. W ostatnim dokumencie umieszczono wytyczne dla hodowli i chowu. Te materiały przekazujemy zainteresowanym hodowcom, ponieważ uważamy, że kontrole mają także spełniać rolę szkoleniową.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Otwieram dyskusję. Kto z państwa chciałby zabrać głos?
Poseł Wojciech Zarzycki /PSL/ : Wydaje mi się, że w zakresie działalności wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej nic się nie zmieniło. Zastrzeżenia, które zgłaszaliśmy kilka miesięcy temu, znajdują potwierdzenie w materiałach przygotowanych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. W przypadku wielu gospodarstw nawozy płynne są przechowywane w lagunach, a stacje chemiczno rolnicze nie otrzymały wniosków o zatwierdzenie planów nawożenia. Fermy nadal funkcjonują bez odpowiednich pozwoleń, tak jakby się nic nie stało. Wartością naszego rolnictwa była dobrze oceniania żywność. Dzięki temu w ogóle zaistnieliśmy na rynkach Unii Europejskiej. Teraz minister rolnictwa i rozwoju wsi przyznaje, że są liczne przypadki nieprzestrzegania przepisów przez właścicieli ferm trzody chlewnej. Potwierdza to Główny Inspektor Ochrony Środowiska. Pytam zatem, gdzie tkwi błąd? Dlaczego w stosunku do podmiotów łamiących przepisy nie podejmuje się żadnych kroków prawnych? Nie może być taryfy ulgowej dla gospodarstw, które szkodzą polskiemu rolnictwu. Koncentracja produkcji i fermy z lagunami zagrażają rolnikom, którzy gospodarują na mniejszych obszarach i prowadzą tucz 1-1,5 tys. sztuk świń. Jeśli właściciele wielkich ferm nie przestrzegają wymogów i nie składają nawet wniosków o zatwierdzenie planu nawożenia, to dlaczego nie wyciąga się wobec nich konsekwencji? Pan Wojciech Stawiany zapowiedział dalsze prowadzenie działań kontrolnych oraz szkolenia hodowców. Przecież w tej chwili obowiązuje ustawa, którą należy realizować. W materiale, który otrzymaliśmy, w jednym miejscu wspomina się, że dane gospodarstwo dysponuje zbiornikiem zamkniętym do przechowywania gnojówki i gnojowicy, a w innym fragmencie tekstu czytamy, że ten sam podmiot wykorzystuje lagunę. Jak to w końcu jest? Podobne rozbieżności pojawiają się w tabeli informującej o liczbie zwierząt hodowlanych. Najpierw jest mowa o 3 tys. sztuk zwierząt, a potem tej samej fermie przypisuje się hodowlę 12 tys. sztuk. Czy te kontrole były przeprowadzane dwukrotnie? Skąd się wzięły takie rozbieżności? Czy ten materiał został rzetelnie przygotowany? Kiedy zostaną wyciągnięte konsekwencje? Nie dotrzymuje się wymogów prowadzenia chowu i hodowli zwierząt. W takim przypadku konsekwencja może być tylko jedna. Dopóki nie zostaną podjęte rygorystyczne działania, to nie ma co liczyć na poprawę sytuacji. Z problemem nie poradzi sobie Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi czy Ministerstwo Środowiska oraz Główny Inspektor Ochrony Środowiska. Wszystko przez brak konsekwencji. W przypadku opisanym przez posła Wojciecha Mojzesowicza wyraźnie widać, że nie można było wydać pozwolenia na hodowlę fermie posiadającej 25,5 tys. sztuk zwierząt i 470 ha gruntów. Tego nie wolno było robić. W przeciwnym razie okaże się, że prawo można obejść i wszystko można załatwić. Takie działania szkodzą polskiemu rolnictwu. Dlatego należy eliminować tych producentów, którzy nie przestrzegają przepisów. Należy chronić środowisko. Laguny powinni zniknąć i to natychmiast.
Poseł Andrzej Fedorowicz /LPR/ : Dzisiaj wreszcie dowiedziałem się, dlaczego pan minister Józef Pilarczyk tak bardzo obawiał się wprowadzenia obowiązku przechowywania gnojówki i gnojowicy w szczelnych, zamkniętych zbiornikach. Teraz wiem, o co panu ministrowi chodziło. Pan minister walczył o laguny. Usłyszeliśmy, że tylko 85 właścicieli ferm dopełniło obowiązku złożenia wniosku o zatwierdzenie planu nawożenia. W art. 11a odnośnej ustawy czytamy: "Podmiot, który prowadzi chów lub hodowlę, drobiu powyżej 40 tys., świń powyżej 2 tys., obowiązany jest opracować plan nawożenia.". Natomiast art. 20g stanowi, że: "1.Wojewódzki inspektor ochrony środowiska w drodze decyzji wstrzymuje prowadzenie chowu lub hodowli, o których mowa w art. 11a w przypadku, gdy podmiot prowadzący chów lub hodowlę nie posiada pozytywnie zaopiniowanego planu nawożenia. 2. Decyzji, o której mowa w ust. 1 nadaje się rygor natychmiastowej wykonalności". Zastanawiam się, po co Sejm uchwala ustawy. Jaki jest pożytek z prawa, jeśli nie egzekwuje się przestrzegania tego prawa. Dzisiaj minister rolnictwa i rozwoju wsi przyznaje na posiedzeniu Komisji, że znaczna część przemysłowych producentów trzody chlewnej nie wykonuje swoich obowiązków. Po co w Rzeczpospolitej Polskiej funkcjonuje rząd? W Sejmie trwa właśnie debata nad wnioskiem o rozwiązanie parlamentu. Pańska opcja polityczna, panie ministrze, broni się przed oddaniem władzy. W trakcie prac nad ustawami domagaliśmy się przyjęcia przepisów, które pomagałyby chronić środowisko. Naciskaliśmy na wprowadzenie obowiązku używania zamkniętych zbiorników do przechowywania gnojówki i gnojowicy. To ukróciłoby praktyki, które prowadzą do zanieczyszczania środowiska. Pan minister staje w tym sporze po stronie właścicieli gospodarstw posiadających laguny. Na szczęście każda wypowiedź posłów i ministrów na posiedzeniach komisji jest zapisywana. Kiedyś sięgniemy do tych materiałów. Nie chcę tutaj toczyć walki z panem ministrem. To jest bój o prawdę. Kiedy pan minister walczy o polskiego rolnika? Dzisiaj, żaląc się na stan wdrażania przepisów w zakresie ochrony środowiska, czy wtedy, gdy walczył pan o laguny? Kiedy zostanie wyegzekwowany przepis art. 20 ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia?
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Myślę, że jeśli pan poseł Andrzej Fedorowicz cytuje przepis, to chyba rozumie, co tam jest napisane. Inspektor ochrony środowiska na mocy ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia ma wyegzekwować plan nawożenia. Czy pan poseł wie, komu podlega inspektor ochrony środowiska? Minister rolnictwa i rozwoju wsi ma tylko obowiązek nadzorować stacje chemiczno rolnicze, które opiniują plany nawożenia. Jeżeli planu nie ma, albo jest zły, to dalsze działania należą do Inspekcji Ochrony Środowiska, a nie do ministra rolnictwa i rozwoju wsi. Pan poseł Andrzej Fedorowicz stwierdził, że stoję po stronie właścicieli gospodarstw przechowujących gnojowicę w lagunach. Chciałbym przypomnieć, że to Sejm uchwalił ustawę, która następnie została skierowana do Prezydenta RP. Kształt tej ustawy odpowiadał większości parlamentarnej. Jeśli Trybunał Konstytucyjny nie stwierdzi niezgodności tych przepisów z konstytucją, to ustawę będziemy realizować. Co do tego nie może być dyskusji. A zatem oczekiwania dotyczące egzekucji przepisów należy kierować do odpowiednich organów. Ustawa precyzyjnie określa, kto ma to prawo egzekwować i wykonywać decyzje. Jesteśmy w sytuacji, gdy trzeba na to zwracać szczególną uwagę. Stwierdzam, że właściciele dużych ferm w niewielkim stopniu wykonali obowiązek uzyskania pozytywnej opinii o planie nawożenia. W związku z tym pozostaje tylko rygorystyczne wyegzekwowanie tego obowiązku, bo taki jest ton państwa wypowiedzi. Sądzę, że Inspekcja Ochrony Środowiska wykona to zadanie. Nie słyszałem o przypadku, aby producent zwrócił się do stacji chemiczno rolniczej z wnioskiem o zaopiniowanie planu nawożenie i nie uzyskał tej opinii w wymaganym terminie. Jeżeli właściciel fermy się zwraca, to taką opinię otrzymuje. W jednym przypadku ta opinia była negatywna.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Moim zdaniem działania w zakresie uporządkowania spraw związanych z ochroną środowiska przypominają zabawę kotka z myszką. Za chwilę postaram się uzasadnić tę opinię. Zacznę jednak od zasadniczej kwestii. Kto firmuje materiał zatytułowany "Informacja dotycząca funkcjonowania wielkoprzemysłowych ferm, w których utrzymywanych jest powyżej 5 tys. sztuk świń". Na ostatniej stronie jest informacja, że materiał opracowano w Departamencie Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Na początku nie ma żadnej pieczątki, a zamiast nazwisk są dwa podpisy nieczytelne. Czy to jest dokument formalny? Bardzo proszę, aby do Komisji były kierowane podpisane dokumenty, aby można było w przyszłości sprawdzić, kto te informacje przygotowywał. Podobnie jest w przypadku materiału opracowanego przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. Na końcu widnieje informacja, że opracowano to w Departamencie Inspekcji i Orzecznictwa. Być może nie dotarło do mnie pismo przewodnie, ale byłoby dobrze, gdyby było wiadomo, kto ten materiał przygotowywał. Moim zdaniem to też świadczy o państwa podejściu do rozwiązywania tych trudnych problemów. Kolejna kwestia dotyczy ochrony środowiska. Wiemy, jak doszło do zatrucia wód i ziemi w państwach Europy Zachodniej w tym na przykład w Holandii. Wiemy, co się działo w Stanach Zjednoczonych. W Polsce udało się utrzymać środowisko w niezłym stanie. Dlatego bardzo niepokoi lekceważący stosunek wobec tych spraw. Dlaczego minister środowiska nie wydał rozporządzenia określającego parametry zbiornika do przechowywania gnojówki i gnojowicy? Dlaczego minister środowiska nie skorzystał z prawa, które dawała mu ustawa dotycząca nawozów i nawożenia? Proszę o odpowiedź na piśmie. To było zapisane w ustawie. Dlaczego minister tego nie zrobił? Czy ma zamiar wydać rozporządzenie? Wtedy nie byłoby sporów o to, jak ma wyglądać zbiornik do przechowywania gnojówki i gnojowicy. W 2002 r. minister infrastruktury wydał rozporządzenie określające parametry zbiornika do przechowywania nawozów płynnych. Tam jest napisane, że to powinien być przykryty zbiornik z otworem wentylacyjnym i odpowiednim włazem. Czy przepisy tego rozporządzenia są przestrzegane przez hodowców trzody chlewnej? W materiale przygotowanym przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi czytamy, że w gospodarstwach, które mogą utrzymywać powyżej 5 tys. sztuk trzody chlewnej, hodowano zaledwie 939 tys. sztuk zwierząt. To jest prawie milion sztuk, a w materiale użyto wyrazu "zaledwie". Tymczasem jeśli na rynku jest nadwyżka rzędu 2 lub 3%, to wiemy, jak ceny żywca spadają. Jak pan minister mógł zaakceptować taki materiał? Czegoś tutaj nie rozumiem. Na jakiej zasadzie firma POLDANOR SA otrzymała okres przejściowy w przeciwieństwie do polskich producentów? W załączniku do Traktatu akcesyjnego wprowadzono okres przejściowy dla tego producenta. Proszę o szczegółową informację w tym zakresie. Kto tę firmę wprowadził do załącznika, w jakim okresie i kto się pod tym podpisał? Kolejne pytanie kieruję do ministra środowiska. Czy laguny do przechowywania gnojówki i gnojowicy są dobrym rozwiązaniem z punktu widzenia ochrony środowiska? Doświadczenia w tym zakresie są ogólnie znane.
W tej chwili w każdym miejscu w Polsce może nastąpić powódź. Nie muszę tłumaczyć, czym grozi przedostanie się nawozów do takich wód. Następna kwestia dotyczy pozwoleń zintegrowanych. W tej kwestii dysponujemy pewnymi informacjami. Jak już powiedziałem, wprowadzono okresy przejściowe dla obcej firmy. To jest dla nas bardzo niekorzystna sytuacja, jeśli chodzi o ceny, bo akurat żywca wieprzowego w Polsce nie brakuje. Niemniej jednak istnieją jeszcze plany nawożenia. Jakie decyzje tutaj zapadły? Jakie będą działania rządu? Jeśli producent nie posiada pozwolenia zintegrowanego i nie uzyskał pozytywnej opinii o planie nawożenia, to zgodnie z ustawą uchwaloną przez Sejm, wojewódzki inspektor ochrony środowiska ma obowiązek zamknąć taką fermę. To jest zabawa w kotka i myszkę, to co my robimy. W województwie wielkopolskim działa jedenaście ferm utrzymujących powyżej 5 tys. sztuk trzody chlewnej, a tylko w jednym przypadku okręgowa stacja chemiczno rolnicza wydała pozytywną opinię o planie nawożenia. Przypominam, że obowiązek wystąpienia z wnioskiem o zaopiniowanie planu nawożenia mają fermy utrzymujące powyżej 2 tys. sztuk. Czy odpowiednie służby jeszcze raz przeprowadzą kontrolę ferm w zakresie posiadania zintegrowanych pozwoleń i planów nawożenia? Jakie będą decyzje? Szkoda, że tego, co rozumie większość członków Komisji, nie chce zrozumieć rząd i poszczególne ministerstwa. Potem jeszcze uzyskują poparcia tam, gdzie się wetuje ustawy. Nie zgadzam się z taką praktyką. Czy istnieje dobra wola, aby uporządkować te sprawy? Kto poniesie odpowiedzialność, jeśli dojdzie do skażenia środowiska? Pewnie ten, kto będzie pił tę brudną wodę i wąchał rozlany nawóz. Generalnie kwestia posiadania przez producentów planów nawożenia w ogóle nie jest kontrolowana. Wiele ferm nie złożyło nawet wniosku. Podobny problem dotyczy pozwoleń zintegrowanych. Uważam, że to powinna być domena Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, ale także Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa.
Posłanka Danuta Hojarska /Samoobrona/ : W materiale, który otrzymaliśmy, czytamy, że podczas kontroli nie stwierdzono żadnych uchybień w związku z warunkami przetrzymywania zwierząt. Dalej jest napisane, że w kontrolowanych obiektach stwierdzono złą wentylację, dziury w posadzce, brak oddzielenia zwierząt chorych itd. Wydaje mi się, że ktoś nie rozumie na czym polegają uchybienia i trzeba je dokładniej opisać. Tak naprawdę interesuje mnie firma POLDANOR SA, która funkcjonuje także na moim terenie. Kiedy informowałam Komisję, ile sztuk zwierząt utrzymuje się na tej fermie, to przyjęto to z dużym niedowierzaniem. Dzisiaj można wyliczyć, jaka jest skala produkcji w tym gospodarstwie. POLDANOR SA ma 122 tys. sztuk zwierząt. Trzeba to podzielić na istniejące fermy i wszystkiego się dowiemy. Czy pan minister wie, ile ziemi posiada ta firma? Chciałabym uzyskać pisemną odpowiedź na to pytanie. Przyjrzałam się także gospodarstwu, które państwo sprawdziliście. Chodzi o fermę Płaszczyca, gdzie jest 11 tys. sztuk trzody chlewnej. Szkoda, że nie skontrolowano fermy Koczała, bo tam jest aż 30 tys. sztuk świń i poważne zatrucie środowiska. Nie chcą tam wpuszczać członków komisji ochrony środowiska sejmiku wojewódzkiego. Myślę, że tę sprawę trzeba wyjaśnić. W przypadku Płaszczycy podano, że ferma utrzymuje 11 tys. sztuk zwierząt. Tymczasem wyniki kontroli pokazują, że tam jest ponad 3 tys. sztuk. Dalej czytamy, że w tym gospodarstwie są zamknięte zbiorniki do przechowywania gnojowicy. W następnym materiale czytamy, że gospodarstwo jest monitorowane na okoliczność szczelności lagun. Czegoś tutaj nie rozumiem. Czy ferma Płaszczyce ma zbiorniki zamknięte, czy też posiada laguny? Bardzo proszę, aby w przyszłości weryfikować te dane. Zapraszam panów ministrów do tej miejscowości. Proszę pojechać i zobaczyć, co się tam dzieje. Kiedy zgłaszaliśmy problem rok czy dwa lata temu, to wszyscy milczeli. Teraz się okazuje, że POLDANOR SA uzyskał okres przejściowy. To woła o pomstę do nieba. Niech ktoś wreszcie policzy zwierzęta na tej fermie. Nie wiem, czy tam jest 11 tys. czy 3 tys. sztuk.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Myślę, że Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi powinno się wstydzić za ten materiał, który przekazano Komisji.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Chciałbym wyjaśnić...
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Teraz ja mówię.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Ale pan mnie nie dopuszcza do głosu.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Za chwilę udzielę panu głosu. Proszę zaczekać.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Czekam już od dłuższego czasu.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Dostarczony Komisji materiał jest nierzetelny i niechlujnie przygotowany. Inspekcje nie zrobiły tego, co powinny były zrobić. Proponuję, aby przerwać dyskusję. Szkoda naszej pracy. Jeżeli w zestawieniu jest napisane, że na jakiejś fermie utrzymuje się 30 tys. sztuk trzody chlewnej, to dlaczego obok nie ma informacji o powierzchni gruntów, którymi dysponuje ten podmiot? To by dawało jakiś obraz sytuacji. Główny Inspektor Ochrony Środowiska mówił o tym, że jednego właściciela fermy ukarano mandatem. Jaki to był mandat?
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech Stawiany : Niestety w tej chwili nie pamiętam, jaka była kwota tej kary. Chciałbym jednak podkreślić, że wszczęto piętnaście postępowań w trybie art. 365 ust. 1 ustawy - Prawo ochrony środowiska w sprawie wstrzymania instalacji, które nie posiadają pozwolenia, a w trzech przypadkach wszczęto postępowanie w trybie art. 20g ustawy z 26 lipca 2000 r. o nawozach i nawożeniu w sprawie wstrzymania prowadzenia chowu w związku z niezatwierdzeniem planu nawożenia. To są fakty. Materiał był przygotowywany dość pospiesznie, więc możliwe, że są w nim jakieś błędy techniczne. Oczywiście przekażemy państwu informację o wysokości nałożonego mandatu. Możemy także wskazać, wobec których ferm wszczęto postępowanie o wstrzymaniu produkcji. To są konkretne działania kontrolne. Wstrzymanie produkcji musi się odbywać zgodnie z określoną procedurą. Nie wiem, dlaczego przyznano okresy przejściowe firmie POLDANOR SA. Taką informację członkowie Komisji otrzymają później. Jeszcze raz powtarzam, że materiał przygotowywaliśmy w pośpiechu. Następnie dokument został podpisany przez pana ministra Tomasza Podgajniaka i przesłany na ręce pana przewodniczącego Wojciecha Mojzesowicza. Wydaje mi się, że materiał jest autoryzowany. W piśmie przewodnim zastrzegaliśmy także, że przygotowywano to w nieco przyspieszonym trybie. Nie wiem, dlaczego minister środowiska nie określił w drodze rozporządzenia szczegółowych warunków dotyczących zbiorników do przechowywania gnojówki i gnojowicy. W ustawie jest napisane, że minister może określić, ale nie jest to obligatoryjne. Pewne zapisy dotyczące tych kwestii znalazły się w art. 11b nowej ustawy związanej z nawozami i nawożeniem, ale niestety prezydent skierował tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Jutra ta sprawa będzie przedmiotem obrad kolegium Ministerstwa Środowiska. Przedstawię tam państwa uwagi i sugestie. Myślę, że materiał zostanie doprecyzowany do czasu posiedzenia Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie jest mniej ważna od innych komisji w Sejmie. Proszę nie używać tutaj argumentu dotyczącego planów pracy innych komisji. Czy pan zna zasady funkcjonowania parlamentu? Jeśli zwróciłem się o przygotowanie informacji, to pan ma obowiązek taki materiał dostarczyć. Nie ma dla nas znaczenia fakt, że Komisja Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa zbiera się w innym terminie.
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech Stawiany : Niemniej jednak musieliśmy ten materiał przygotować w bardzo krótkim czasie.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Wybory się zbliżają. Zapewne im rząd będzie ostrzej traktowany, tym posłowie osiągną lepszy wynik wyborczy. Chciałbym wyjaśnić kwestię sygnowania materiału dostarczonego Komisji. Pismo przewodnie do tego dokumentu podpisałem osobiście. Na końcu jest też informacja, kto przygotowywał ten materiał. Pismo przesłałem do sekretariatu Komisji. Jeszcze raz powtarzam, że dokument został podpisany przez sekretarza stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi. To samo zrobił minister środowiska. Tam też do dosyć obszernego materiału zostało załączone pismo przewodnie podpisane przez podsekretarza stanu. Poseł Stanisław Kalemba kolejny raz używa sobie na rządzie. Tymczasem wniosek o umieszczenie firmy POLDANOR SA i kilku innych firm w załączniku do Traktatu akcesyjnego nr 12 podpisał minister środowiska Stanisław Żelichowski. Jeżeli panu posłowi chodziło o to, żebym wymienił to nazwisko, to osiągnął pan cel. Mówiłem o tym również na plenarnym posiedzeniu Sejmu.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Nie odpowiadał pan w ten sposób.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Mówiłem o tym podczas rozpatrywania punktu dotyczącego nowelizacji ustawy związanej z nawozami i nawożeniem. Jeśli pan poseł sobie życzy, to jeszcze raz powtarzam - wniosek podpisał pan Stanisław Żelichowski. We wniosku nie znajdowała się tylko firma POLDANOR SA. Kilkuset przedsiębiorców w Polsce występowało poprzez wojewodów o przyznanie im okresu przejściowego. Minister środowiska zaakceptował tę listę przedsiębiorstw, a następnie prowadził negocjacje w Brukseli. To był właśnie pan minister Stanisław Żelichowski. Nie uważam, aby to był błąd. Na liście znajduje się wiele innych przedsiębiorstw, także tych prowadzących działalność rolniczą. Jeżeli ktoś przeanalizuje ten załącznik, znajdzie wiele firm przetwórczych i produkcyjnych. Tak więc nie należy robić z tego sensacji, bo żaden urzędnik nie działa na niekorzyść polskiego rolnictwa. Pan poseł mówił, że w województwie wielkopolskim jest jedenaście ferm, ale tylko jedna wystąpiła o zaopiniowanie planu nawożenia. W takim razie w tym województwie trzeba zamknąć dziesięć ferm. To jest zadanie dla wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska. Dziesięć ferm w województwie wielkopolskim należy zamknąć. Tak rozumiem intencje osób wypowiadających się, w tym również posła Stanisława Kalemby. Zapewne minister środowiska oraz Główny Inspektor Ochrony Środowiska wyciągną wnioski z dzisiejszego spotkania. Nie ma planu nawożenia, jest dyspozycja ustawowa - zamknąć fermę. Tak rozumiem intencje Komisji. Tak powinniśmy działać.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : To jest nadinterpretacja. Komisja sama nie stworzyła ustawy. Ten akt prawny przeszedł całą drogę legislacyjną łącznie z podpisem Prezydenta RP. Obowiązkiem władzy wykonawczej jest dopilnować wdrożenia tych przepisów. Teraz wszyscy powiedzą, że Komisja żąda zamykania ferm.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Nie bardzo rozumiem. Przed chwilą wszyscy słyszeli pretensje posłów Wojciecha Zarzyckiego i Stanisława Kalemby. Panowie posłowie pytali, co robią ministerstwa i inspekcje. Myślę, że dobrze odczytuję intencje posłów. Mają pretensje do administracji rządowej, że nie zamyka się ferm trzody chlewnej za brak zatwierdzonych planów nawożenia.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Nie chodzi o zamykanie ferm.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Całe szczęście, rzeczywiście, że po posiedzeniach Komisji sporządza się biuletyny. Minister rolnictwa i rozwoju wsi dokładnie przeanalizuje państwa wypowiedzi.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Oczekujemy, że rząd będzie wykonywał ustawę podpisaną przez Prezydenta RP.
Przewodniczący Krajowej Rady Izb Rolniczych Krzysztof Ardanowski : Uważam, że nikogo na tej sali nie trzeba przekonywać o szkodliwości funkcjonowania wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej w Polsce. Dyskusja na ten temat toczy się od bardzo dawna. Fermy mają zły wpływ na środowisko i gospodarkę. Wielokrotnie mówiono też o ich negatywnym oddziaływaniu społecznym. Należy również pamiętać, że na rynkach europejskich jest nadwyżka żywca wieprzowego. W związku z tym jakakolwiek ilość wieprzowiny natychmiast odbija się na cenach skupu. Chciałbym państwu podziękować za determinację w uchwalaniu ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia. Myślę, że argumenty członków Komisji były przydatne w procesie przekonywania większości sejmowej. Mogę tylko ubolewać, że pan prezydent tej ustawy nie podpisał. Właściwie nie tyle jest to problem prezydenta, co jego otoczenia i Kancelarii Prezydenta RP oraz osób, które z niejasnych powodów mu w ten sposób doradzały. Są normy prawne, które powinny być przestrzegane przez każdy rząd. Rząd powinien wykonywać decyzje parlamentu i zbliżające się wybory parlamentarne nie powinny tu mieć żadnego znaczenia. Przysłuchiwałem się dzisiejszej dyskusji i wydaje mi się, że problematyka wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej jest takim tematem, którego każdy się boi. Przedstawiciele poszczególnych resortów prześcigają się we wskazywaniu na inne podmioty, które ich zdaniem powinny się zająć rozwiązaniem tego problemu. To dotyczy sposobu kontrolowania ferm, jak również dokumentacji, którą powinny przedstawić. Podam przykład, jak interpretuje się ten sam przypadek w różnych ministerstwach. Była tutaj mowa o fermie w województwie kujawsko pomorskim, gdzie przy 470 ha ziemi zadeklarowano 25,5 tys. sztuk zwierząt. W tym gospodarstwie są stosowane technologie z lat siedemdziesiątych, które zresztą już wtedy były kwestionowane, bowiem nie bardzo przystawały do naszych warunków klimatycznych. Ferma ma być rozbudowywana w celu zwiększenia produkcji. Właścicielem firmy jest polska mutacja spółki Smithfield. Wojewoda powołał komisję, która miała przeanalizować złożone przez inwestora dokumenty. Firma oprócz własnych gruntów przedstawiła umowy podpisane z rolnikami na wydatkowanie gnojowicy. Ubolewam, że rolnicy za śmieszne pieniądze godzą się udostępniać swoje pola. Niezależnie od tego uważam, że takie umowy są wadliwe w sensie prawnym. Nie do końca sprecyzowano tam, kto ponosi odpowiedzialność za te pola. Wprawdzie właścicielem pola jest nadal rolnik, ale umowa stanowi, że przekazuje on prawa do użytkowania ziemi właścicielowi fermy. Kto tam będzie przestrzegał dobrej praktyki rolniczej czy kultury rolnej? W pracach komisji powołanej przez wojewodę uczestniczyli przedstawiciele urzędu marszałkowskiego, wydziału ochrony środowiska w urzędzie wojewódzkim, gminy na terenie której znajduje się ferma oraz wojewódzkiej inspekcji ochrony środowiska. Nie chcę kwestionować kompetencji tej komisji, ale na przykład przedstawiciel gminy bez ogródek mówił, że reprezentuje interesy inwestora. Komisja wydała zgodę mimo zdecydowanego sprzeciwu przedstawiciela wydziału ochrony środowiska urzędu wojewódzkiego.
Należy jeszcze dodać, że przedstawiciel wojewódzkiej inspekcji ochrony środowiska opowiadał się za wydaniem zgody. Czy można w tak różny sposób interpretować te same dokumenty? Przepisy w tym zakresie powinny być precyzyjne i jednoznaczne. A w ogóle, w jakim trybie została powołana ta komisja? Są instytucje, które powinny podejmować takie decyzje. Tego rodzaju przykłady można mnożyć. W innym powiecie województwa kujawsko pomorskiego inny inwestor chce budować nową fermę na 60 tys. tuczników. Oczywiście posiada ekspertyzę Akademii Rolniczej, bo pewnie tam kogoś kupił. Izba Rolnicza udowodniła, że inwestor podaje dwa razy te same grunty, a miejsca składowania gnojowicy są planowane na terenie parku krajobrazowego. Czy przepisy, którymi w tej chwili dysponujemy, są w odpowiedni sposób stosowane?
Poseł Mieczysław Aszkiełowicz /Samoobrona/ : Ferma "Bykowo" posiada 240 ha własnych gruntów. W materiale czytamy, że ferma utrzymuje 6419 tuczników. Z moich informacji wynika, że tam jest 6 tys. macior, a to jest istotna różnica. To oznacza, że tam jest dodatkowo około 13 tys. tuczników. Te informacje wprowadzają nas w błąd. Interweniowałem w sprawie Kętrzyna. Wiem, że minister rolnictwa i rozwoju wsi nie wydaje pozwoleń na rozpoczęcie produkcji. Kompetencje w tym zakresie posiada starosta powiatowy. Chodzi o odtworzenie produkcji. Przed wydaniem decyzji byliśmy w tej fermie i sprawdzaliśmy laguny. Moim zdaniem te zbiorniki nie są szczelne. To znaczy, że gnojowica wsiąka w grunt. Stan wód gruntowych jest tam wysoki i na pewno dojdzie do zatrucia środowiska. Nie wiem, czy wojewoda wydał już pozwolenie zintegrowane dla tej firmy. O problemie poinformowałem tamtejszego inspektora ochrony środowiska. Wszyscy przechodzą koło tego obojętnie. Mówi się, że tutaj chodzi o miejsca pracy. Rzeczywiście przy uruchamianiu produkcji pracowało tam 15 osób. Dzisiaj ferma zatrudnia tylko trzech pracowników. Uważam, że ferma w Bykowie doprowadzi do degradacji środowiska ze względu na nieszczelne laguny. Zrobiliśmy zdjęcia tych zbiorników przed uruchomieniem produkcji. Na to na prawdę nikt nie reagował. To jest jakaś zmowa milczenia. Najważniejszy jest pieniądz. Powiatowy lekarz weterynarii twierdzi, że nie interesuje go proceder przewożenia macior z Czaplinka do Bykowa. Na jakie odległości można przewozić gnojowicę? Prawdopodobnie podpisano jakąś fikcyjną umowę z firmą położoną 60 km od fermy. W jaki sposób będzie przewożony nawóz? Przecież trzeba będzie przejechać przez miasto. To wszystko jest fikcja. Inwestorzy w oczy nam się śmieją, twierdząc, że jak będzie potrzeba, to i tak wszystko załatwią.
Poseł Andrzej Fedorowicz /LPR/ : Chciałbym przypomnieć, że uczestniczymy w posiedzeniu Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi i pan minister ma obowiązek odpowiedzieć na pytania posłów oraz ustosunkować się do poruszanych przez nas kwestii. Nie interesują nas stosunki panujące między ministrem środowiska a ministrem rolnictwa i rozwoju wsi. Jesteście panowie członkami tego samego rządu. To rząd wykreował te wszystkie ustawy. Jeszcze raz powtarzam, że dzisiaj dowiedziałem się wreszcie, dlaczego pan minister tak bardzo obstawał przy utrzymaniu lagun. Na posiedzeniach Sejmu sporządza się stenogramy. Podczas debaty wskazywałem na rozporządzenie ministra infrastruktury do ustawy - Prawo budowlane, w którym wyraźnie określono, jak ma wyglądać zbiornik na gnojowicę. Można było z tego skorzystać. Czy jakikolwiek przedsiębiorca mógłby funkcjonować na przykład w Danii bez przestrzegania przepisów i zatwierdzonego planu nawożenia? Ferma natychmiast zostałaby zamknięta. Wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej w Polsce wyrządzają przede wszystkim wielkie szkody innym producentom. Przypominam sobie, jak rząd chciał sprzedać zakłady mięsne w Białymstoku za półtusze dostarczone przez inwestora. Wówczas stoczyłem bój z wojewodą i wygrałem. Nie chodzi o oddłużenie zakładów, ale o uratowanie rynku producentów. Szkoda, że minister rolnictwa i rozwoju wsi nie myśli o tym, w jaki sposób uchronić przed zniszczeniem rynek producentów. Na koniec chciałbym się odnieść do wypowiedzi pana ministra odnośnie wyborów. Proszę zachować te uwagi dla siebie. Tutaj nie ma elektoratu. Tutaj reprezentuje pan rząd. Mam jeszcze pytanie do przedstawiciela Inspekcji Ochrony Środowiska. Co oznacza sformułowanie "niedociągnięcia w zakresie przestrzegania przepisów sanitarno weterynaryjnych"? Czy panowie myślicie, że w Komisji nie zasiadają posłowie, którzy mają odrobinę wyobraźni? Istotne jest to, czy te niedociągnięcia zagrażały zdrowiu ludzkiemu i mogły pogorszyć stan epizootyczny. Co to za informacja, że stwierdzono niedociągnięcia? Dzisiaj żyjemy w czasach, gdy następuje ogromny przepływ zwierząt. W związku z tym przestrzeganie tych zasad jest szczególnie istotne. Gdyby te przypadki wykryto w innych państwach, natychmiast zamknięto by te fermy. Pan minister stwierdził, że intencją Komisji jest zamykanie przedsiębiorstw. Chcemy tylko, aby inwestorzy przychodzący na polski rynek nie niszczyli naszego środowiska. Chodzi też o to, aby nie składowano nawozów w parkach narodowych i żeby nie powtórzyła się sytuacja z Gołdapi. Żebyśmy w naszym kraju mogli prowadzić własną gospodarkę w dużej dbałości o własnych rolników. Pan minister Józef Pilarczyk stwierdził, że zna liczbę lagun, w których składowane są gnojówka i gnojowica, zna liczbę złożonych wniosków o zatwierdzenie planów nawożenia, a zatem orientuje się, ile podmiotów w ogóle nie wystąpiło o opinie. Co pan minister w takim razie robił podczas uzgodnień międzyresortowych? Łatwo jest wydać rozporządzenie i obarczyć odpowiedzialnością innego ministra. Nie pochwalam takiej "spychologii". Jeżeli mówimy o odpowiedzialności, to mamy na myśli cały rząd. Prowadzicie państwo politykę rolną, która dotyczy wszystkich resortów. A zatem nie można przyjąć argumentu, że za wykonywanie przepisów w zakresie nawozów i nawożenia odpowiada minister środowiska.
Świadczy to tylko o braku operatywności ministra rolnictwa i rozwoju wsi.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Pojawił się tutaj zarzut, że minister rolnictwa i rozwoju wsi nie chciał wydać rozporządzenia na wzór rozporządzenia ministra infrastruktury. Chciałbym przypomnieć, że tutaj chodzi o rozporządzenie, które właśnie wydał minister rolnictwa i rozwoju wsi do ustawy - Prawo budowlane. Ten akt prawny nakładał na ministra rolnictwa i rozwoju wsi obowiązek wydania rozporządzenia o warunkach technicznych, jakim powinny odpowiadać budowle rolnicze. Zbiorniki na gnojowicę zaliczane są do budowli rolniczych i dlatego minister rolnictwa i rozwoju wsi w rozporządzeniu określił te wymogi. Takie rozporządzenie zostało wydane. Nie wiem, o jakim dodatkowym rozporządzeniu mówi pan poseł Andrzej Fedorowicz. W tamtym przypadku chodziło o wymogi techniczne, a nie z dziedziny ochrony środowiska. W ustawie dotyczącej nawozów i nawożenia jest napisane, że minister środowiska może wydać rozporządzenie. Minister środowiska takiego rozporządzenia nie wydał, bowiem uznał, że wystarczą przepisy zawarte w akcie prawnym wydanym przez ministra rolnictwa i rozwoju wsi do ustawy - Prawo budowlane. Oczywiście posłowie proponowali zmianę przepisu z fakultatywnego na obligatoryjny. Pan poseł Andrzej Fedorowicz twierdzi, że nie rozumie, o jakie nieistotne uchybienia chodziło w trakcie kontroli ferm. Proponuję przeczytać cały akapit dostarczonego materiału. Akurat te kwestie są tam wyjaśnione. Stwierdzone sporadycznie nieprawidłowości to przede wszystkim: brak awaryjnego systemu wentylacji, nieodpowiednie stężenie gazu w pomieszczeniach, nieprawidłowy obieg powietrza, nieprawidłowości w zakresie dobrostanu, uszkodzone kojce, ubytki w posadzce, brak mat dezynfekcyjnych i okresowego mycia oraz odkażania sprzętu. Inspekcje zaleciły usunięcie tych nieprawidłowości, wyznaczając określony termin. Te zalecenia w większości zostały wykonane. To są te nieistotne uchybienia. Uchybienia istotne, to są sytuacje, które zagrażają bezpieczeństwu zwierząt i ludzi. Wtedy odpowiednie organy zatrzymują produkcję w takiej fermie. Podczas kontroli nie stwierdzono takich uchybień. Wszystkie niedociągnięcia zostały szczegółowo opisane w materiale, tylko trzeba go dokładnie przeczytać.
Poseł Wacław Klukowski /PiS/ : Czy dobrze słyszę, że na żadnej z ferm nie stwierdzono zagrożenia dla życia ludzkiego? Dwa miesiące temu wracając ze szkoły, zatrzymałem się w jednej z wiosek koło Szczecinka. Tam pękła laguna i istniało zagrożenie zalania całej wsi. Beczki wywożące nawóz krążyły tam nieustannie. Nie wiem, gdzie wywieziono tę gnojowicę. Tam naprawdę było zagrożenie. Między innymi dlatego zainteresowałem się tym problemem, mimo że nie jestem członkiem Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Interesują mnie losy tej ustawy oraz dbałość o środowisko i wizerunek polskiej żywności, który może się pogorszyć na skutek takich praktyk. Z tym się wiąże interes polskiego rolnictwa. Mam prawo do informacji. Poseł Wojciech Mojzesowicz stwierdził, że informacja została przygotowana niechlujnie. Zgadzam się z tą opinią. Materiał jest źle przygotowany i nieprecyzyjny. Zresztą Główny Inspektor Ochrony Środowiska sam przyznał, że dokumenty były sporządzane w pośpiechu. Pan minister się broni, twierdząc, że to jest czas wyborczy. To jest szczególnie bulwersujące. Takie zachowanie nie przystoi ministrowi rolnictwa i rozwoju wsi. Panu chyba puszczają nerwy, panie ministrze. Nie przyszedłem tutaj, aby zdobywać elektorat. Przyszedłem dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja także w moim województwie. Niestety nie dowiedziałem się nic konkretnego.
Zastępca dyrektora Departamentu Środowiska, Rolnictwa i Zagospodarowania Przestrzennego w Najwyższej Izbie Kontroli Waldemar Wojnicz : Biorąc pod uwagę przebieg dzisiejszego posiedzenia oraz ujawnione tu porażające przykłady niespójności decyzyjnej, chciałbym państwa poinformować, że mając na uwadze bezpieczeństwo zdrowia, życia ludzi i zwierząt do planu pracy na przyszły rok włączymy dużą, systemową, koordynowaną kontrolę funkcjonowania wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej. Przyjrzymy się także skuteczności pełnienia nadzoru przez Inspekcję Ochrony Środowiska, Inspekcję Nadzoru Budowlanego oraz Inspekcję Weterynaryjną. Elementem bezpieczeństwa państwa jest bezpieczeństwo zdrowia i życia ludzi. Te kwestie muszą być nadrzędne. Dzisiejsza dyskusja wskazuje, że na tym obszarze występują określone zagrożenia. A zatem deklaruję, że w planie pracy Najwyższej Izby Kontroli w 2006 r. taka kontrola zostanie umiejscowiona i przeprowadzona.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Wracam jeszcze do kwestii załącznika do Traktatu akcesyjnego oraz przedsiębiorstwa POLDANOR SA. Jeśli proszę o wyjaśnienie sprawy, to nie ma znaczenia, czy w tym uczestniczył mój kolega. My chcemy dojść do prawdy. Bardzo proszę, aby minister środowiska odpowiedział mi w tej kwestii na piśmie. Jednocześnie chciałbym państwa poinformować, że przed chwilą rozmawiałem z panem Stanisławem Żelichowskim, który zapewnił mnie, że w lutym, gdy Polskie Stronnictwo Ludowe było jeszcze w koalicji rządzącej, wniósł zastrzeżenia do listy z załącznika nr 12 do Traktatu Akcesyjnego. Powołano też komisję, której przewodniczył Główny Inspektor Ochrony Środowiska, a która miała wyjaśnić problem. Gdy w marcu podjęto decyzję, to już bez udziału Polskiego Stronnictwa Ludowego i ministra Stanisława Żelichowskiego. W związku z tym bardzo proszę, aby minister środowiska potwierdził to na piśmie. Jestem zainteresowany wyjaśnieniem tej sprawy do końca.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : Proponuję, aby przerwać dyskusję. Nie zdążymy też już omówić następnego punktu porządku obrad. Za chwilę w Sejmie odbędzie się bardzo ważne głosowanie. Do tych spraw wrócimy. Dziękuję panu dyrektorowi Waldemarowi Wojniczowi za deklarację przeprowadzenia kontroli. Na przykład mleczarnie musiały spełnić określone warunki, albo zostały zamknięte. Nie było taryfy ulgowej. Wtedy powtarzano, że jeśli nie dostosują swojej produkcji do wymogów Unii Europejskiej do 1 maja 2005 r., to dalej nie będą funkcjonować. Nie mogę też przyjąć argumentu, że Inspekcja Weterynaryjna nie może określić liczebności stada. Wydaje mi się, że skoro powiatowy lekarz weterynarii jest w stanie odwiedzić wszystkie obory, to może także wybrać się do dwóch lub trzech dużych tuczarni. To jest dla tej służby kompromitujące. Kiedy rozpatrywaliśmy ustawę dotyczącą nawozów i nawożenia, to była taka awantura, że cała Rzeczpospolita drżała. Kto miał interes w tym, aby bronić firm, które nie przestrzegają nawet dzisiaj obowiązujących, znacznie bardziej liberalnych przepisów? To są rozbójnicy, a nie producenci. Czas pokazał, że wszelkie inspekcje nie chcą wyegzekwować od właścicieli dużych ferm przestrzegania przepisów wynikających z obecnie obowiązującej ustawy. Dokumenty dostarczane Komisji są sfałszowane. Wychwyciłem ten jeden przypadek, o którym państwu mówiłem. Dzisiaj słyszę, że wojewoda z mojego województwa zbiera w tej sprawie jakieś konwentykle. Ostatnio w województwie kujawsko pomorskim było wielkie podsumowanie roku obecności w Unii Europejskiej. Na konferencji występował niemiecki związkowiec, który dostarcza urządzenia do ferm Smithfielda. To jest mafia. Wrócimy do tego tematu za miesiąc. Mam nadzieję, że do tego czasu inspekcje wezmą się do pracy. Możemy im pomóc. Chętnie wskażę wszystkie duże fermy w moim województwie. Główny Inspektor Ochrony Środowiska mówił, że w województwie zachodniopomorskim odbędzie się spotkanie, aby informować producentów. Kogo państwo chcecie informować? Przecież to są nowoczesne firmy, które zatrudniają wykształconych ludzi. To nie jest zagubiony rolnik, który nie zna przepisów. Tamte firmy zatrudniają własnych lekarzy weterynarii, a fermy są zarządzane przez profesjonalistów po studiach. Wracam jeszcze do przykładu mleka. Jeśli gospodarstwo nie spełnia warunków, odbiera się certyfikat. Chłop nie ma za co kupić chleba i nikt się nie martwi. Okazuje się, że w przypadku dużych ferm trzody chlewnej nie można nic zrobić. Powiatowi lekarze weterynarii nagle nie mogą znaleźć dwóch ferm w powiecie. To wszystko jest śmieszne. Inspekcje nie funkcjonują prawidłowo. Proponuje zatem, aby przełożyć rozpatrywanie obu punktów porządku dziennego na następne posiedzenie Komisji. Damy czas rządowi na wyjaśnienie tych spraw. Chcemy uzyskać poważne odpowiedzi na nasze pytania.
Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk /PiS/ : Już nie pierwszy raz pan minister Józef Pilarczyk broni interesów określonych grup. Zwracałam na to uwagę podczas rozpatrywania projektu ustawy dotyczącej samorządu lekarsko weterynaryjnego. To jest monopolistyczna ustawa. Teraz mamy nowe elementy, które wpisują się w ten obraz. Osoby z tego środowiska nie działają, tak jak powinny. Inspekcje nie chcą zaszkodzić interesom firm duńskich, ale chętnie utrudniają życie polskim rolnikom. Duńczycy potrafią bronić swoich interesów - rybaków pozbawiono zarobku, a rząd podwójnie opodatkowuje marynarzy. Kampania, o której mówił pan minister, trwa od wyborów do wyborów. Na każdym posiedzeniu powinien pan nam o tym przypominać. Takie wypowiedzi są nie na miejscu. Czy państwo nie macie informacji, udajecie, że ich nie macie, czy też nie chcecie ich mieć?
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk : Przybędziemy na każde posiedzenie Komisji i dostarczymy państwu odpowiedni materiał. Proszę tylko, aby kierować pretensje pod właściwy adres. Tutaj pojawiały się takie sformułowania, jak "niechlujny materiał" czy "kompromitacja". Zarzucano też nam, że nie odpowiadamy na pytania. Niedługo być może inne osoby zasiądą na tym miejscu i będą musiały stosować procedury obowiązujące w administracji. Organy państwa przy podejmowaniu działań nie mogą się kierować oczekiwaniami społecznymi, ale muszą posiadać podstawy prawne. Prawo nakłada na poszczególne instytucje obowiązki i dzieli kompetencje. Na pewno oczekiwania określonych ugrupowań politycznych nie stanowią podstawy do działania administracji. Życzę wszystkim, którzy liczą na sukces w nadchodzących wyborach, aby tym problemem się zajęły i podjęły konkretne decyzje. Jednak do tego potrzebne są upoważnienia. Za wydawanie decyzji bez upoważnień ustawowych odpowiada się przed Trybunałem Stanu. Pani poseł Dorota Arciszewska Mielewczyk zarzuca mi, że reprezentuję interes określonych grup. To jest właśnie to, o czym przed chwilą mówiłem. Trzeba działać w zakresie upoważnień ustawowych. Nie jest tak, że można spełniać dowolne oczekiwania. Trzeba mieć za sobą prawo. Być może, że kiedyś pani będzie funkcjonowała w administracji. Proszę bardzo, wykazuje pani dużą aktywność. Życzę, żeby pani w praktyce realizowała to, czego pani dzisiaj żąda.
Posłanka Danuta Hojarska /Samoobrona/ : Jeszcze raz wracam do kwestii rozbieżności w materiałach przygotowanych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Ministerstwo Środowiska. W przypadku tego samego gospodarstwa raz się podaje, że ferma posiada 11 tys. tuczników, a drugi raz czytamy, że tam utrzymuje się 3 tys. sztuk zwierząt. Proszę wreszcie dostarczyć nam spójne dane. Jeśli na tej fermie docelowo może być 3,6 tys. sztuk świń, a jest 11 tys. sztuk, to kto wydał pozwolenie na produkcję? Proszę także dołączyć informacje o powierzchni tych gospodarstw.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : W nowej ustawie proponowaliśmy, aby wojewódzki inspektor ochrony środowiska zamykał fermy, które nie spełniają wymogów. Niestety ustawa nie weszła w życie. Mimo to, trzeba podejmować działania w oparciu o obecnie obowiązujące przepisy. Jak już powiedziałem, wrócimy do tych kwestii na jednym z następnych posiedzeń Komisji. Zamykam posiedzenie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
O TYM JAK NIEKTÓRZY PRZEDSIĘBIORCY
I PRZEDSTAWICIELE WŁADZ ŁAMIĄ PRAWO
Skupiska choroby w Polsce
Disease clusters in Poland