Source: https://archiwumosiatynskiego.pl/wpis-w-debacie/pis-chce-uregulowac-zawod-dziennikarza-ale-juz-teraz-dziennikarzy-straszy-i-szantazuje-media/
Timestamp: 2020-07-12 08:27:24
Legal References Found: art. 212
 art. 212
 art. 212
 art. 212
 art. 212
 art. 226
 art. 212
 art. 212

Document Content:
PiS chce „uregulować” zawód dziennikarza. Ale już teraz dziennikarzy straszy i szantażuje media - Archiwum Osiatyńskiego
Daniel Flis	Debata Wolność słowa
PiS chce „uregulować” zawód dziennikarza. Ale już teraz dziennikarzy straszy i...
Zgodnie z programem Prawa i Sprawiedliwości, opublikowanym 14 września 2019, partia chce utworzyć „samorząd dziennikarski”, który miałby dbać o “standardy etyczne i zawodowe”. Zagwarantowanie w ten sposób “nienadużywania mechanizmów medialnych” miałoby pozwolić na zlikwidowanie kontrowersyjnego artykułu 212 kodeksu karnego, który za zniesławienie w środkach masowego przekazu wyznacza karę nawet do roku więzienia.
Fragment programu wyborczego PiS o regulacji zawodu dziennikarza:
„Ze względu na odpowiedzialność i szczególne zaufanie, jakim cieszy się profesja dziennikarza, należałoby również stworzyć zupełnie odrębną ustawę regulującą status zawodu (ustawa o statusie zawodowym dziennikarza). Wprowadzałaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, np. prawnicy lub lekarze. Głównym celem zmiany powinno być utworzenie samorządu, który dbałby o standardy etyczne i zawodowe, dokonywał samoregulacji oraz odpowiadał za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa. Możliwe byłoby wtedy zlikwidowanie art. 212 KK, bo powstałaby gwarancja nienadużywania mechanizmów medialnych w sposób nieetyczny. Ustawa ta nie będzie jednak w żadnym stopniu ograniczać zasady otwartości zawodu dziennikarza.”
Z programu PiS nie można się dowiedzieć,
kto miałby stworzyć taki samorząd;
kto mógłby do niego należeć
i jak wybierano by jego władze,
a także, na podstawie jakich kryteriów samorząd miałby decydować o tym jakie “mechanizmy medialne” są niedozwolone
i jakie konsekwencje groziłyby za ich stosowanie.
Sama zapowiedź regulowania zawodu dziennikarza wywołała jednak obawy, że jeśli Prawo i Sprawiedliwość wygra wybory, zabierze się za szykanowanie niezależnych od władzy dziennikarzy, podobnie jak wcześniej sędziów i prokuratorów.
Zapowiedź z programu PiS za zagrożenie dla wolności uznali m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich, Izba Wydawców Prasy i Towarzystwo Dziennikarskie. O tej zapowiedzi pisaliśmy w tekście „Kto zdecyduje, czy jesteśmy dziennikarzami? Kurski, Kaczyński, Gliński? „Plany PiS to śmierć niezależnego dziennikarstwa”.
Politycy PiS próbują przekonywać, że w ich planie uchwalenia ustawy, regulującej status zawodowy dziennikarza, nie ma nic groźnego. Na przykład Krzysztof Czabański, poseł PiS, w wywiadzie dla “Wirtualnych mediów” z 23 września zapewniał, że “będzie kłaść się Rejtanem”, gdy ktoś zechce weryfikować dziennikarzy. “Nie ma się czego obawiać”.
Trudno mu jednak zaufać. Jego największym osiągnięciem w roli szefa Rady Mediów Narodowych było odwołanie Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP w sierpniu 2016 roku. Wtedy jednak leżał Rejtanem zaledwie kilka godzin. Po wizycie w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej wstał i stwierdził, że odwołanie prezesa nie wchodzi w życie od razu, lecz w dniu wyboru jego następcy. A w kolejnym konkursie… ponownie wybrał Kurskiego.
Uspokajać chciał też wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki w wywiadzie dla Radia Zet, lecz niechcący postraszył jeszcze mocniej. Dowiedzieliśmy się od niego, że celem PiS jest jedynie “próba ucywilizowania tej narastającej komplikacji, jaką są media społecznościowe, portale, które sobie pozwalają często na rzeczy wyjątkowo niesympatyczne, nieprzyjemne”.
Nawet jeśli założylibyśmy, że tajemniczy samorząd dziennikarski nie powstanie, nie oznacza to, że dziennikarze nie mają się czego bać. W indeksie wolności prasy Reporterów bez Granic Polska spadła z 18 miejsca (na 180 państw) w roku 2015 na 58. w roku 2019.
Już w mijającej kadencji politycy PiS i podległe im instytucje wielokrotnie wywierały naciski na niezależnych od władzy dziennikarzy i media.
Przykładów nacisku na dziennikarzy i media oraz sposobów na utrudnianie im pracy przez władze było w ciągu ostatnich czterech lat tak wiele, że nie jesteśmy w stanie ich wszystkich wymienić. Miesięcznik „Press” zebrał 21 przypadków nękania mediów i dziennikarzy przez organy władzy w okresie od lutego 2017 do kwietnia 2019 roku. Zaznaczając, że są to jedynie niektóre przypadki.
Poniżej przedstawiamy nasz własny wybór działań władzy, które uznaliśmy za najgroźniejsze dla wolności słowa:
nasyłanie prokuratury na dziennikarzy,
kary nakładane przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji,
sterowanie reklamami spółek skarbu państwa,
naciski finansowe,
utrudnianie dostępu do informacji.
Najbardziej bezpośrednim zagrożeniem dla dziennikarza niewygodnego dla władzy jest artykuł 212 kodeksu karnego. Zgodnie z nim pomówienie w mediach grozi grzywna, ograniczenie wolności albo nawet rok w więzieniu.
„Sprawy z art. 212 k.k są uciążliwe dla oskarżonego, ponieważ to na nim ciąży obowiązek udowodnienia, iż jego stwierdzenia były prawdziwe. Przeczy to naczelnej zasadzie prawa karnego, domniemaniu niewinności, zgodnie z którą to na stronie oskarżającej ciąży obowiązek wykazania winy oskarżonego, a (…) wystarczającym sposobem ochrony reputacji i dobrego imienia jest prawo cywilne (procesy o ochronę dóbr osobistych), które nie angażują aparatu państwa, a przy tym pieniędzy podatników, w konfliktach dotyczących reputacji” – mówiła OKO.press w lutym 2019 roku Dominika Bychawska-Siniarska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Program PiS z 14 września zapowiada możliwość zniesienia artykułu 212, ale jeszcze niedawno, w kwietniu 2019 roku, partia proponowała jego zaostrzenie. W projekcie nowelizacji kodeksu karnego dodano paragraf, wprowadzający karę za tworzenie fałszywych dowodów na potwierdzenie pomówień.
Przestępstwo byłoby ścigane z oskarżenia publicznego, czyli nawet wtedy, gdy poszkodowany nie byłby tym zainteresowany. Fundacja Helsińska w swojej opinii ostrzegała, że przepis mógłby być nadużywany przez prokuraturę do obchodzenia tajemnicy dziennikarskiej. Śledczy mogliby na przykład chcieć sprawdzać, czy informacje przedstawione w artykule nie są oparte na fałszywych dowodach. Ministerstwo Sprawiedliwości broniło przepisu, ale wycofało się z niego pod wpływem krytyki.
Kaczyński zawiadamia
Politycy PiS nie zrezygnowali z używania art. 212 do obrony swojego wizerunku. Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zniesławienia złożył m.in. Jarosław Kaczyński. W lutym 2019 roku zareagował tak na serię artykułów “Gazety Wyborczej”, ujawniających nagrane rozmowy, podczas których prezes PiS dobijał targów ws. wieżowca budowanego przez powiązaną z nim spółkę Srebrna. Choć zniesławionym miał być sam Kaczyński, zawnioskował o “objęcie ścigania z oskarżenia publicznego ze względu na występujący w sprawie interes publiczny”.
Z art. 212, za pośrednictwem zależnej od siebie instytucji, skorzystał także Marek Kuchciński, były już marszałek Sejmu. Tygodnik “Nie” w kwietniu 2019 roku, powołując się na słowa byłego funkcjonariusza CBA, stwierdził, że Kuchciński został nagrany podczas stosunku z nieletnią prostytutką. W reakcji zawiadomienie o naruszeniu art. 212 oraz art. 226 (znieważenie funkcjonariusza publicznego) złożyła szefowa Kancelarii Sejmu.
W tych dwóch sprawach dziennikarze jak dotąd nie zostali skazani. Surowy wyrok usłyszała za to Anna Wilk, dziennikarka “Gazety Powiatowej”. Za użyte w artykule sformułowania (m.in. „W otoczeniu Amici bandziorów nie brak”) w ocenie sądu pomawiające spółkę Amica z Wronek, została skazana na trzyletni zakaz wykonywania zawodu dziennikarza. Wyrok nie jest prawomocny.
11 września 2019 wniesiony został prywatny akt oskarżenia przeciwko autorce zewnętrznej OKO.press Annie Mierzyńskiej i redaktorowi naczelnemu Piotrowi Pacewiczowi o czyn z art. 212 § 2 KK. Oskarżenie złożył pełnomocnik jednego z sędziów, który miał uczestniczyć w „aferze Piebiaka”. Prawo nie zezwala nam na podanie bardziej precyzyjnej informacji.
Organy konstytucyjne kontratakują
Likwidacja art. 212 nie wystarczyłaby do rozbrojenia polityków, chcących zemścić się na dziennikarzach. Podległa ministrowi sprawiedliwości prokuratura może korzystać z wielu innych przepisów.
W czerwcu 2017 roku Ministerstwo Obrony Narodowej zawiadomiło o możliwości popełnienia przestępstwa z artykułów 224 par. 2 i 226 kodeksu karnego przez Tomasza Piątka.
Oznacza to, że autor książki “Macierewicz i jego tajemnice” o rosyjskich powiązaniach byłego szefa MON miał tą publikacją dopuścić się “stosowania przemocy lub groźby wobec funkcjonariusza publicznego w celu podjęcia lub zaniechania czynności służbowych” oraz “znieważenia organu konstytucyjnego”.
Za pierwsze grozi do trzech lat więzienia, za drugie – do dwóch. Prokuratura odmówiła jednak wszczęcia śledztwa w tej sprawie w marcu 2018 roku. Zanim to zrobiła, Piątek został nagrodzony za swoją książkę przez Reporterów bez Granic i telewizję TV5-Monde.
O znieważeniu organu konstytucyjnego przez “Gazetę Wyborczą” doniosła też prokuraturze Julia Przyłębska, prezes Trybunału Konstytucyjnego.
W styczniu 2018 roku warszawska prokuratura okręgowa wszczęła śledztwo w związku z artykułami, w których dziennikarze “GW”, powołując się na anonimowe źródła, ujawniali, że Mariusz Muszyński, wiceprezes Trybunału, ukrył przed Sejmem, że był oficerem Zarządu Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa, a potem Agencji Wywiadu i zarejestrował Andrzeja i Julię Przyłębskich jako „osobowe źródła informacji”. Według źródeł “GW” także Andrzej Przyłębski (dziś ambasador RP w Berlinie) współpracował z wywiadem III RP, a wcześniej z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa. Śledztwo zostało umorzone w czerwcu 2018 roku.
W listopadzie 2018 Mariusz Muszyński powiadomił prokuraturę, że poświęcony mu artykuł “Newsweeka” zdradzał czytelnikom miejsce jego zamieszkania. Wojciech Cieśla, autor tekstu, został wezwany na przesłuchanie.
„Zdaniem Adama Bodnara, działania prokuratury w sprawie publikacji »Newsweeka« mogą być odbierane jako takie, które mają wywołać »efekt mrożący«, polegający na zniechęceniu dziennikarzy do publikowania artykułów na temat osób pełniących funkcje publiczne” – oświadczyło wtedy Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Po kilku dniach policja zrezygnowała z przesłuchania dziennikarza.
Najbardziej pomysłowym w tej kategorii działaniem prokuratury było wezwanie na przesłuchanie operatora TVN Piotra Wacowskiego w sprawie rzekomego podżegania przez niego do przestępstwa propagowania ustroju totalitarnego.
Wacowski brał udział w reportażu wcieleniowym “Superwizjera”, w którym pokazano nagranie ze świętowania urodzin Adolfa Hitlera przez członków Stowarzyszenia Duma i Nowoczesność z Wodzisławia Śląskiego. Jeden z nich zeznał, że dziennikarze za organizację urodzin zapłacili 20 tysięcy złotych w gotówce. 25 listopada 2018 roku, po dwóch dniach od wezwania Wacowskiego na przesłuchanie, Prokuratura Krajowa uznała, że za wcześnie na stawianie mu zarzutów. Prokuratura w Gliwicach odwołała przesłuchanie, a w lutym 2019 roku umorzyła śledztwo.
Rekordowa kara i zaległe podatki TVN
Także za propagowanie, a dokładnie za “propagowanie działań sprzecznych z prawem i sprzyjanie zachowaniom zagrażającym bezpieczeństwu” Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji w grudniu 2017 roku nałożyła rekordową karę 1,5 mln zł na telewizję TVN. Stacja miała naruszyć przepisy ustawy o radiofonii i telewizji, relacjonując tzw. kryzys sejmowy w dniach 16-18 grudnia 2016 roku.
Nierzetelności relacji TVN-u dowodziła wydana na zamówienie KRRiT opinia dr Haliny Karp, medioznawczyni z uczelni o. Tadeusza Rydzyka, której treść ujawniło OKO.press.
Dzień później w obronie TVN-u, należącego wówczas do amerykańskiej korporacji Scripps Network Interactive, wystąpił Departament Stanu USA. Błyskawicznie, w styczniu 2018, przewodniczący KRRiT uchylił decyzję o 1,5-milionowej karze.
Za nacisk władz na TVN może być też uznane zażądanie przez Izbę Administracji Skarbowej zapłaty 110 mln zaległego podatku za połączenie platformy „n” z Cyfrą + w 2012 roku. Stacja tłumaczyła, że przed podjęciem transakcji konsultowała się z Ministerstwem Finansów, a podczas kontroli podatkowej w 2013 roku nie dopatrzono się żadnych nieprawidłowości.
Z drugiej strony do TVN-u – podobnie jak do „Wyborczej” – wpływa coraz mniej pieniędzy z reklam spółek Skarbu Państwa. Według analizy Najwyższej Izby Kontroli z 2018 roku w 2015 roku SSP na reklamy w TVN wydawały 22,3 proc. łącznych wydatków na reklamy telewizyjne. W pierwszej połowie 2017 roku z tego tortu TVN dostał już tylko 1,6 proc. W tym samym czasie w przypadku TVP ten odsetek wzrósł z 41,5 do 59,7 proc., a w przypadku Polsatu – z 15,8 do 33,9 proc.
Spółki Skarbu Państwa także częściej zaczęły się reklamować w niszowej prasie prorządowej kosztem przewyższających ich nakładem dzienników i tygodników krytycznych wobec władzy.
Trudno udowodnić, że tego rodzaju decyzje są celowym wywieraniem nacisku na właścicieli mediów. Jednak nawet jeśli owi właściciele nie mają co do tego pewności, sam stan niepewności może mieć wpływ na linię programową mediów. A nawet decyzje o wycofaniu się z polskiego rynku medialnego. Według “Newsweeka” w 2015 roku Jarosław Kaczyński podczas spotkania z amerykańskimi właścicielami TVN ze Scripps Networks Interactive sondował możliwość odkupienia stacji. Ostatecznie w 2018 roku Scripss wraz z TVN-em przejęła spółka Discovery Communications.
Polsat skręca na prawo
Problemy z administracją skarbową ma także Cyfrowy Polsat. Według “Wirtualnych Mediów” skarbówka w 2018 i 2019 roku wezwała go do spłaty 25,1 mln zł zaległego podatku za 2013, 24,2 mln zł za 2012 i 40,6 mln za 2011 rok. Łącznie: 89,9 mln zł plus odsetki.
Tymczasem Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w maju 2019 roku nałożył karę 39,4 mln zł na Polkomtel za pobieranie opłat wykraczających poza abonament, a Komisja Nadzoru Finansowego wprowadziła kuratora do Plus Banku. Obie firmy są kontrolowane przez Zygmunta Solorza, właściciela Polsatu.
Według ustaleń “Wyborczej” biznesowe naciski na miliardera mogły wpłynąć na zmiany w redakcjach Polsacie i Superstacji. Od 2018 roku programami informacyjnymi i publicystyką w Polsacie zarządza Dorota Gawryluk, znana z propisowskich poglądów.
Od tamtego czasu wielu dziennikarzy stacji zostało odsuniętych od prowadzenia programów lub odeszło z pracy. Zmiany personalne wpłynęły na linię programową. “Po programach stacji widać, że reorientacja Polsatu polega na łagodzeniu, a czasami nawet blokowaniu trudnych dla PiS wiadomości, eksponowaniu tych niekorzystnych dla opozycji. Wreszcie – na mocniejszym promowaniu polityków partii rządzącej, zwłaszcza premiera Morawieckiego” – pisała Anna Dąbrowska w “Polityce” w listopadzie 2018.
Z kolei z nastawionej krytycznie wobec władz Superstacji polityka zniknęła zupełnie. W czerwcu 2019 roku stacja zrezygnowała z programów publicystycznych.
Informacja tylko dla swoich
Według “Wyborczej” PiS zapożyczył pomysł na samorząd dziennikarski od Viktora Orbána. Dziennikarz węgierskiego portalu Index.hu w maju 2019 roku opisał plany Fideszu na powołanie “izby dziennikarskiej”. Członkostwo w niej będzie dobrowolne, ale redakcje zatrudniające członków izby będą cieszyły się dodatkowymi przywilejami. Jakimi? Węgierskie media obawiają się, że dziennikarze bez legitymacji izby nie będą mieli wstępu np. na konferencje, do parlamentu lub na mecze. Utracić będzie można ją za “złamanie zasad etycznych”, ale nie wiadomo, kto ma o tym decydować. Realizacja tego planu – jeszcze nie wdrożonego – grozi zablokowaniem dostępu do informacji nielicznym już na Węgrzech niezależnych od rządu mediom.
Polskie władze już teraz unikają udzielania informacji krytycznym wobec niej dziennikarzom lub traktują ich gorzej niż przedstawicieli mediów prorządowych.
Symptomatyczne są doświadczenia OKO.press z Ministerstwem Obrony Narodowej za rządów Antoniego Macierewicza. Na niektóre odpowiedzi musieliśmy czekać nawet pół roku. Gdy w końcu nadchodziły, biuro prasowe MON na niezliczone sposoby wykręcało się od udostępnienia informacji. Byliśmy pytani o cel ich wykorzystania, o podstawę prawną pytań, o udowodnienie, że jesteśmy dziennikarzami.
Dowiedzieliśmy się nawet, że przed udzieleniem odpowiedzi resort musi “sprawdzić status prawny naszej instytucji”.
Innym razem nie zostaliśmy wpuszczeni na konferencję prasową z udziałem ministra.
Niedopuszczanie dziennikarzy do polityków zdarza się tej władzy częściej. W grudniu 2016 roku Kancelaria Sejmu zaproponowała wprowadzenie ograniczeń w poruszaniu się dziennikarzy po jego budynku. Gdy zaprotestowała przeciwko temu opozycja, marszałek Marek Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, a Straż Marszałkowska nie pozwoliła dziennikarzom ich obserwować. Następnego dnia marszałek Marek Kuchciński zakazał im wstępu na teren Sejmu.
Sytuacja powtórzyła się w maju 2018 roku, kiedy w Sejmie trwał protest rodzin osób z niepełnosprawnościami. Kancelaria Sejmu odmawiała wtedy wydawania jednorazowych przepustek dziennikarzom (w tym dziennikarzowi OKO.press) i zwykłym obywatelom. Po skardze OKO.press i Ewy Siedleckiej, dziennikarki “Polityki”, sąd uznał ten zakaz za bezprawny i uchylił przepis, na podstawie którego go wydano.
Dziennikarze wciąż mogą wchodzić do Trybunału Konstytucyjnego, ale w lutym 2017 roku prezes Julia Przyłębska zadecydowała, że nie mogą filmować rozpraw. Od tamtego czasu obywatele są skazani na zacinające się transmisje na stronie TK. Z kolei lutym 2018 roku Trybunał na konferencję z udziałem premiera Morawieckiego wpuścił jedynie media publiczne. Media prywatne nie mogły też relacjonować uroczystości odsłonięcia tablicy upamiętniającej Lecha Kaczyńskiego w Sejmie w kwietniu 2018.
Z przychylność władzy wykorzystali przeciwko dziennikarzom też narodowcy. Na prośbę organizatorów marszu w Warszawie 1 sierpnia 2019 roku policjanci wyprowadzili z niego dziennikarza OKO.press Maćka Piaseckiego, który prowadził relację wideo.
„Żadne prowokacje, czy to tutaj pana z portalu OKO.press, czy innych pseudodziennikarzy, lewackich szczujni, które na nas cały czas najeżdżają, nas nie przestraszą” – triumfował wtedy Mateusz Marzoch z Młodzieży Wszechpolskiej.
Krajowa Rada Radiofonii i TelewizjiKRRiTmediaProkuraturaRada Mediów Narodowych