Source: http://doczz.pl/doc/37803/plik-pdf
Timestamp: 2020-04-07 17:49:26
Legal References Found: art. 13
 art. 53
 art. 13
 art. 25
 art. 31
 art. 31
 art. 9
 art. 772
 art. 30
 art. 24117
 art.
24125
 art. 25
 art. 31
 art. 25
 art.
25
 art.
30
 art.
30

Document Content:
Kasyno szulerów
Szewczakiem
Nr 14 (1426) 1 kwietnia 2016 Cena 3,80 (w tym 8% VAT)
ISSN 0208-8045 Indeks 379433
1 kwietnia 2016 r., nr 14
14 Reprezentantka Solidarności zranionej
Z. Jackiewicz | Wspomnienie o Elżbiecie Pacule
adia, czyli nadzieja | L. Masierak
O sprawie por. Nadieżdy Sawczenko
12 Trzylatki mniej ważne? | A. Brzezińska
Dla wielu trzylatków znów zabraknie miejsc
10 Realna strategia czy myślenie życzeniowe
M. Miłosz | O planie Morawieckiego
uchodźcach dobrze albo wcale?
A. Berezowski | Jak pisze niemiecka prasa lokalna
Kraj – wiadomości 14 Kasyno szulerów | M. Miłosz
Rozmowa z Januszem Szewczakiem, posłem PiS,
analitykiem gospodarczym
18 Rządzenie końmi | J. Terpiłowski
Po „aferze” w stadninach
Porady prawne 36-39
Mieczysław Gil 17
Paweł Janowski 25
Jan Marek Chodakiewicz 28
Rafał Górski 33
Cezary Krysztopa 35
DWUGŁOS O ISLAMIE
20 Chciałabym delegalizacji islamu | M. Miłosz
Rozmowa z Miriam Shaded prezes Fundacji Estera
22 Nie jesteśmy skansenem | C. Krysztopa
Rozmowa z Izabelą Meliką Czechowską, polską Tatarką
32 Apostołowie Chrystusa | W. Dudkiewicz
O filmie „Cierń Boga"
34 Wielka bandycka rodzina | P. Gabryś-Kurowski
O filmie „Psy mafii”
| KALEJDOSKOP
Trzech Polaków rannych w Brukseli
Dwaj Polacy, którzy zostali ranni w zamachach 22
marca w Brukseli, to funkcjonariusze Służby Celnej,
którzy przebywali w delegacji. MSZ informuje również o trzecim poszkodowanym z polskim paszportem.
W podwójnym zamachu na międzynarodowym lotnisku
w Brukseli zginęło 14 osób, a 92 zostały ranne. Natomiast w przeprowadzonym krótko później ataku w metrze śmierć poniosło co najmniej 20 osób, a ponad 100
osób odniosło obrażenia. Do zamachów przyznało się
tzw. Państwo Islamskie. Doszło do nich w kilka dni po
obławie na domniemanego organizatora ubiegłorocznych zamachów w Paryżu Salaha Abdeslama, który został zatrzymany w brukselskiej dzielnicy Molenbeek.
Premier mówi „nie” migrantom
„Poprzedni rząd zadeklarował, że będzie uczestniczył
w przyjmowaniu uchodźców. Zgodził się na to, by kilka tysięcy osób mogło trafić do Polski na zasadzie dobrowolności. 28 krajów Unii Europejskiej zgodziło się
na to, by poprzez relokację rozwiązać ten problem. Ale
powiem bardzo wyraźnie: nie widzę możliwości, aby
w tej chwili imigranci do Polski przyjechali” – powiedziała w rozmowie z Superstacją premier Beata Szydło.
Danielowi Jarominowi
materiałów wybuchowych na limuzynie
Nie znaleziono dowodów na obecność materiałów
wybuchowych na prezydenckiej limuzynie. W samochodzie, którym 4 marca podróżował prezydent
Andrzej Duda, doszło do uszkodzenia opony tylnego
koła, w wyniku czego auto wpadło w poślizg i zsunęło się do rowu. Nikt nie odniósł żadnych obrażeń.
Biegli uznali, że na powierzchniach opon prezydenckiej limuzyny, ich fragmentów i elementów nadkola
nie stwierdzono śladów materiałów wybuchowych,
a na kole – przedmiotów mogących być pozostałością urządzenia wybuchowego – podała prokuratura.
Nie wykryto również uszkodzeń mechanicznych ani
termicznych charakterystycznych dla oddziaływania
wybuchu skondensowanego materiału wybuchowego lub uszkodzeń mogących być skutkiem działania
agresywnych środków chemicznych, takich jak rozpuszczalniki lub substancje żrące.
Parlament broni
tożsamości małżeństwa
Parlamentarny Zespół na rzecz Polityki i Kultury
Prorodzinnej jednogłośnie przyjął uchwałę o potrzebie zmian prawnych, które zagwarantują ochronę
prawnej tożsamości małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Propozycja ma związek z niebezpiecznym orzecznictwem polskich sądów i międzynarodowych instytucji sądowniczych, w których
podejmuje się próby zmiany znaczenia podstawowych instytucji prawa rodzinnego. Gośćmi obrad
zespołu byli eksperci Instytutu Ordo Iuris, którzy
zaprezentowali propozycje zmian prawnych mających na celu wzmocnienie pozycji małżeństwa,
macierzyństwa oraz rodziny, oparte na badaniach
zawartych w raporcie „Jakiej polityki rodzinnej potrzebuje Polska?”.
Prezydium Komisji Krajowej NSZZ Solidarność
Pracownicy Komisji Krajowej NSZZ Solidarność
Prof. Andras Varga to jedyny członek
Komisji Weneckiej, który nie podpisał
się pod papierem ingerującym w spór
o Trybunał Konstytucyjny w Polsce.
Jedyna Polka w tym gronie, pani Suchocka, nie stanęła po stronie swego
państwa. Stanęła po stronie polakożercy Martina Schulza i odstawionej
od władzy szajki. Szajka byłych właścicieli III RP ma zamiar stosować strategię niszczenia Polski poprzez instytucje europejskie. Niszczeniem Polski jest
bowiem podważanie wyniku w pełni
demokratycznych wyborów i tworzenie karykaturalnego rządu na uchodźstwie. Wojna z Polską nie będzie byle
jaka, ma być totalna, głosi wódz Schetyna. Chętnie używał tego pojęcia niejaki Hitler. A jeden z jego potomków
ideowych, przedsiębiorca na Pomorzu,
Hans Gielen w tych dniach wypowiedział się tak: „Zabiłbym wszystkich Polaków… Nienawidzę Polaków... Tak, je-
stem hitlerowcem…”. Jak widać, partia
przeciwników polskiego rządu ma spore oparcie w historii i w sferach cudzoziemskiego biznesu. Skądinąd wiadomo,
że silna jest również w mediach, bo 90
proc. prasy jest w rękach niemieckich.
Na marginesie zapytam - dlaczego na
to pozwalamy? Ataki pełne lisiej nienawiści do polskości wylewają się ze
szpalt wielu gazet. Mnożą się kolejne
incydenty sprawiające wrażenie przypadkowej bzdury. Np. pewna Kukieła nawymyślała prezydentowi, że jadł
kolację w jej hotelu w Krakowie. Jak on
śmiał?! Eurodeputowane Pitera i Thun
wystąpiły przeciwko Januszowi Wojciechowskiemu, łamiąc rozsądny obyczaj
popierania Polaków w instytucjach UE
niezależnie od legitymacji partyjnej.
Przy wojnie totalnej żadne dobre obyczaje się nie liczą. Chodzi o nieustanne prowokowanie, by z którejś prowokacji rozwinęła się grubsza awantura.
Piotr Duda w drużynie pierścienia
Przewodniczący „S” Piotr Duda otrzymał 24 marca
z rąk metropolity gdańskiego abp. Leszka Sławoja Głodzia „Pierścień Inki”. Wykonany w zaledwie 50 numerowanych egzemplarzach pierścień przyznawany jest
za krzewienie pamięci o Żołnierzach Wyklętych i postawę patriotyczną.
Srebrny pierścień z orłem na czerwonym tle i napisem „Tak trzeba” został ustanowiony dla uczczenia Żołnierzy Wyklętych, krótko po odsłonięciu pomnika Danuty Siedzikówny „Inki” w Gdańsku. Na czele kapituły
stoi metropolita gdański ks. abp Sławoj Leszek Głódź.
Uroczystość odbyła się w sali Akwen Zarządu Regionu
Gdańskiego NSZZ „S” podczas świątecznego spotkania
pracowników i prezydium związku.
– „Tak trzeba” to fragment grypsu, jaki krótko przed
egzekucją przekazała „Inka” – mówił abp Głódź, wręczając przewodniczącemu Solidarności pierścień nr 22.
Przypomniał również historię młodej sanitariuszki 5
Brygady Wileńskiej AK, dowodzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, jej aresztowanie, brutalne
śledztwo oraz egzekucję. – Nikt z plutonu egzekucyjnego nie odważył się strzelić do młodej dziewczyny. Nie
miała jeszcze 18 lat. Zabił ją dopiero dowódca plutonu
strzałami w tył głowy – przypomniał abp Głódź.
Co z kolei będzie argumentem zarządzenia sankcji albo „bratniej pomocy”.
Jest taka ustawa podpisana przez Tuska/Komorowskiego i jest odpowiedni
paragraf w Traktacie Lizbońskim. Potrzebna im iskra, pretekst, by zaatakować na całego! Nie akceptują żadnego
kompromisu. Ich celem jest rozróba,
nieustanna agresja, rozwalenie obecnego rządu, bez względu na cenę. Miejcie
to na uwadze, moi dobrotliwi, wyrozumiali Drodzy Rodacy. Schetynę, Petru,
KOD-owców opętał totalny antypolski
– To, że otrzymałem „Pierścień Inki” traktuję jako
wyróżnienie przyznane dla całego związku – podkreślił
Piotr Duda, dziękując metropolicie gdańskiemu.
Laureatami „Pierścienia Inki” są m.in. proboszcz parafii pw. św. Jana Bosko w Gdańsku Oruni (obok którego
stoi pomnik „Inki”) ks. Mirosław Dukiewicz, pracownicy
gdańskiego oddziału IPN: dr Karol Nawrocki, prof. Mirosław Golon i Marzena Kruk, oraz dyrektor Radia Plus
Adam Hlebowicz. Coraz częściej ze względu na wyjątkowy charakter tego wyróżnienia zaczyna się jego laureatów nazywać „drużyną pierścienia”.
Strzał w serce Europy
Kilka lat temu delegacja związkowców „S” i dziennikarzy „Tygodnika Solidarność” została zaproszona przez ówczesną eurodeputowaną
Ewę Tomaszewską do Brukseli na wizytę studyjną. Już wtedy – na długo przed rozlewem fali imigrantów
docierających do Europy – usłyszeliśmy o rosnącym wpływie islamistów
w sercu Unii Europejskiej. Ewa Tomaszewska informowała nas, że rada
miasta Bruksela jest zdominowana
przez muzułmanów i nie wydaje zgody na demonstracje, które kłócą się
z przekonaniami radnych. Polityka
multi-kulti już wówczas królowała,
ale zagrożenia ze strony radykalnych
islamistów wydawały się odległe.
Zamachy w stolicy Belgii z 22 marca, w których zginęło kilkadziesiąt
osób, a ponad 200 zostało rannych,
są kolejnym – po listopadowym ata-
ku w Paryżu
– dowodem
nieodpowiedzialnej polityki AngeKrzysztof Świątek
li Merkel. To
kanclerz Niemiec szerokim gestem
zaprosiła imigrantów do Europy. Na
lotnisku Zaventem znaleziono pas
szahida wypełniony materiałami
wybuchowymi. Zatem bezpieczeństwo nawet takich obiektów jak porty lotnicze, rzekomo podlegających
specjalnej ochronie, okazało się iluzoryczne. Oczywiście, nie można
wykluczyć, że zamachowców wspierali zwerbowani uprzednio członkowie służb naziemnych lotniska. Tak
czy inaczej owa penetracja zagrażających bezpieczeństwu środowisk
przez służby specjalne, o której tak
często słyszeliśmy, okazała się fikcją. I tej tezy nie przekreśla zatrzymanie w stolicy Belgii zaledwie trzy
dni przed zamachem Salaha Abdeslama, człowieka, który miał być
mózgiem operacji w Paryżu. Jaką
siłą dysponują tego typu organizacje, skoro w trzy dni są w stanie
zorganizować w Brukseli operację
odwetową, bo tak należy ją potraktować? Dlaczego służby francuskie
czy belgijskie nie wydalają z UE namierzonych przez siebie islamistów,
którzy stanowią choćby potencjalne
zagrożenie? Odpowiednie przepisy
na pewną są. Dobrze, że premier
stanowczo zadeklarowała, że Polska nie przyjmie imigrantów. Obrona własnych obywateli i szczególne
okoliczności, w tym lipcowe Światowe Dni Młodzieży, dawały szefowej rządu pełne prawo do takiej
Amerykanie zwrócili się o opinię Solidarności
John C. Law, zastępca ambasadora USA w Polsce, spotkał się 22 marca
w Gdańsku z przewodniczącym Komisji Krajowej Piotrem Dudą. Chciał poznać opinię NSZZ Solidarność o sytuacji w Polsce. W spotkaniu uczestniczył
też zastępca przewodniczącego Tadeusz Majchrowicz.
Jednym z głównych tematów, które
interesowały wiceambasadora, był tzw.
plan Morawieckiego, a w tym kontekście ocena związku zmian społecznych
i gospodarczych zachodzących w Polsce. Pytał również o przetargi publiczne, w tym budowę autostrad, ale też
o kwestie biedy i nierówności społecznych. Nie pytał natomiast – co było
pewnym zaskoczeniem – o Trybunał
Konstytucyjny. Oceniając obecne protesty, szczególnie Komitetu Obrony Demokracji, Piotr Duda zwrócił uwagę, że
organizują je głównie osoby związane
z poprzednią władzą, która w wyniku
demokratycznych wyborów w Polsce stała się opozycją i nie może się pogodzić
z przegraną. Przewodniczący wskazywał na wiele pozytywnych i oczekiwanych przez pracowników zmian, które
są lub będą w najbliższym czasie wprowadzane. Spotkanie odbyło się w gdań-
skiej siedzibie związku z inicjatywy ambasady USA. Po spotkaniu John C. Law,
dziękując za rozmowę i wyrażone opinie, które ocenił jako bardzo ważne, zaprosił Piotra Dudę do odwiedzenia ambasady USA w Warszawie.
| ARCHIWUM KK
Archiwum Komisji Krajowej NSZZ
Solidarność zainicjowane zostało
w 1991 r. Pierwszy odnaleziony zapis o nim znajduje się w uchwale nr
29 prezydium KK z 21 marca 1991 r.
Podana jest tam struktura organizacyjna Biura KK. Archiwum umieszczono tu w pionie administracyjnym.
Oświadczenie KK z 21 grudnia 2001 r.
wyjaśniło, że wskazana wyżej uchwała odnosiła się nie tylko do archiwum
zakładowego, lecz także do centralnego archiwum związkowego. Na tej
podstawie do Archiwum KK mogła
zostać przekazana dokumentacja zarówno z biur KK, jak i innych podmiotów związanych z NSZZ Solidarność.
Zasób archiwum jest różnorodny.
Tworzą go materiały związane z aktami, dokumentacja fotograficzna i techniczna, filmy, nagrania dźwiękowe oraz
materiały ulotne. Materiały archiwal-
ne zebrane w archiwum historycznym
pochodzą głównie z lat 1976-1990. Są
to przede wszystkim akta krajowych,
zagranicznych, regionalnych i zakładowych struktur oraz przewodniczącego
NSZZ Solidarność. Zasób archiwum
tworzą także: archiwalia komitetów
społecznych zorganizowanych i działających w oparciu o te struktury, spuścizny kapelanów „Solidarności” oraz
kolekcje działaczy NSZZ Solidarność.
Archiwiści KK utworzyli ponadto kolekcje: materiałów dotyczących strajków i wydarzeń politycznych w PRL,
czasopism i druków zwartych, plakatów, fotografii, nagrań dźwiękowych
oraz kaset VHS. Odnotować trzeba
posiadanie przez AKK kolekcji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, dotyczącej NSZZ Solidarność i ugrupowań opozycyjnych oraz
dokumentacji archiwalnej NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych,
NSZZ Indywidualnego Rzemiosła So-
lidarność i Związku Solidarności Polskich Kombatantów.
Apelujemy do osób, które przechowują materiały i akta struktur zakładowych czy regionalnych NSZZ
Solidarność z lat 1980-1990, o przekazywanie posiadanych materiałów
do Archiwum KK NSZZ Solidarność.
Materiały te uzupełnią i wzbogacą
zbiory archiwum oraz przyczynią się
do lepszego udokumentowania działalności NSZZ Solidarność. Nie możemy pozwolić, aby historia naszego
związku została zapomniana lub pisana była wyłącznie na podstawie akt
znajdujących się w archiwach innych
instytucji. Po latach NSZZ Solidarność
będzie oceniany przede wszystkim
na podstawie materiałów archiwalnych. Zadbajmy więc, aby jak najwięcej z nich znalazło się w zbiorach Archiwum KK NSZZ Solidarność.
8 ZWIĄZEK
zranionej
Wszyscy, którzy dobrze
znali śp. Elżbietę Pacułę,
zawsze czuli, że Jej znaczenie
i zasługi dla Solidarności nie
biorą się z mnogiej liczby
sprawowanych funkcji, ale że
jest coś ważniejszego, bardziej
wartościowego, o czym trzeba
wiedzieć i co trzeba podkreślać,
mówiąc o Niej.
7 marca 2016 roku wcześnie rano
zmarła, a 11 marca została pochowana przez rodzinę, przyjaciół i znajomych na cmentarzu grabiszyńskim
we Wrocławiu, przewodnicząca Sekcji
Krajowej Pracowników Telekomunikacji (SKPT) NSZZ Solidarność – Elżbieta Pacuła. Wśród tych, których na
ostatnie pożegnanie ze śp. Elżbietą
prowadziła potrzeba serca, znalazł
się m.in. Kazimierz Grajcarek, przewodniczący Sekretariatu Górnictwa
i Energetyki NSZZ „S”.
Życie czynić bardziej ludzkim
Elżbieta Pacuła była człowiekiem
wiernym Solidarności. Ostatnie 35
lat Jej życia i 35 lat historii Solidarności splatają się w jedno. W roku
1980 należała do grona założycieli
„S” w Wojewódzkim Urzędzie Telekomunikacji we Wrocławiu i weszła
w skład pierwszego prezydium komisji zakładowej. Prowadziła działalność w Solidarności Podziemnej,
po 13 grudnia 1981r. uczestnicząc
w akcjach protestacyjnych, kolportażu prasy podziemnej, samopomocy pracowniczej. Za swoją działal-
ność podziemną została internowana
w Darłówku w 1982 roku. W czerwcu 1989 roku uczestniczyła w reaktywowaniu struktur Solidarności
w Telekomunikacji i Poczcie Polskiej,
w efekcie czego wybrano Ją do prezydium Sekcji Łączności. Przewodniczyła Sekcji Krajowej Pracowników Telekomunikacji od chwili jej
powstania w 1991 roku aż do śmierci. Przez kilka lat przewodniczyła też
Krajowemu Sekretariatowi Łączności, była członkiem Komisji Krajowej
NSZZ Solidarność, delegatką na Krajowy Zjazd Delegatów. Długo można
by wymieniać Jej funkcje i pola aktywności związkowej, ale nie w tym
rzecz. Wszyscy, którzy dobrze znali
śp. Elżbietę Pacułę, zawsze czuli, że
Jej znaczenie i zasługi dla Solidarności nie biorą się z mnogiej liczby
sprawowanych funkcji, ale że jest coś
ważniejszego, bardziej wartościowego, o czym trzeba wiedzieć i co trzeba podkreślać, mówiąc o Niej.
Elżbieta Pacuła była uosobieniem
kultury Solidarności – jednym z najbardziej wyrazistych – która zaczyna się od konstatacji, że pierwsza
i najważniejsza jest praca dokonująca się w ludzkim sercu, a polegająca
na wezwaniu do nieustannej walki
o to, by „życie ludzkie czynić bardziej ludzkim”. Często dyskutowaliśmy razem o tym, by to, co mamy
zrobić, było uczynione zgodnie z prawem, w imię interesu pracowniczego i związkowego, ale i „po Bożemu”,
i „po ludzku” zarazem. Elżbieta właśnie o to zawsze dbała – w negocjacjach zbiorowych i sprawach indywidualnych, w relacjach z osobami
reprezentującymi pracodawcę i sprawach wewnątrzzwiązkowych. Dawała wielokrotnie przykład tego, że
dobrze jest wystrzegać się wywyższania jednych wartości nad innymi.
Umiała za to łączyć wartości w jak
najbogatsze konstelacje. Wystrzegała się myśli, że cel uświęca środki,
przeciwnie – wiedziała, że to środki
mogą uświnić cel.
nad interes własny
Przy takiej właśnie postawie Elżbieta
Pacuła była reprezentantką Solidarności po wielokroć zranionej, w różnych
czasach i na różny sposób. Najpierw
zranionej przez przywódców „zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym”, która przymusem
milicyjnym i wojskowym chciała Solidarności odmówić prawa do istnienia. Potem zranionej przez mniej lub
bardziej zorganizowane grupy cwaniaków głoszące, wbrew kulturze Solidarności, że pierwszy milion trzeba
ukraść i będzie to dozwolone. Najbardziej zranionej przez instrumentalne
traktowanie dobrej wiary tkwiącej,
z założenia, w ludziach wiernych idei
Solidarności. Zranionej jeszcze przez
dominację na scenie politycznej elit
pasożytniczych, przedkładających interes własny nad dobro wspólne. Ranionej – jakże często – przykrywkami pięknych słów, za którymi krył się
bezwzględny egoizm. Ranionej tym,
że ocena moralna wykluczona została jako pierwszorzędne kryterium
oceny działalności publicznej. Tego
wszystkiego doświadczyła w swoim
życiu związkowym śp. Elżbieta Pacuła od obcych sobie ludzi, ale i od
„swoich”. Nosiła doznane rany, ale się
z nimi nie obnosiła. Niespecjalnie się
na nie skarżyła. Umieli te rany zobaczyć ci, którzy uważnie przyglądali
Jej się z bliska.
Przewodnicząca…
… czasem tak się do Niej zwracaliśmy, łącząc szacunek z odrobiną humoru. Tak wiele potrafiła znieść, bo
była dzielną reprezentantką Solidarności walczącej. Z wielu świadectw
o Jej dzielności niech tu zaświadczy
przykład wielotygodniowego strajku
okupacyjnego i głodowego, jaki zorganizowała w siedzibie swojego pracodawcy w 2005 roku w Warszawie,
przy ul. Twardej. W latach 80. strajki „S”, również okupacyjne, to była
rzecz powszechna. Zdarzały się strajki głodowe. Teraz strajk okupacyjny,
i do tego głodowy, stał się rzeczą nadzwyczajną. Ale wtedy nie było zwykłą rzeczą doprowadzić do okupacji
holu znajdującego się przy wejściu
do jednego z głównych centrów biznesowych stolicy wbrew pracodawcy, mierząc się z profesjonalną firmą
ochroniarską strzegącą tego centrum.
A Elżbieta Pacuła taką akcję przygotowała i przeprowadziła. W odruchu
oczywistej solidarności, zamiast tylko
kierować akcją strajkową z zewnątrz,
sama wzięła czynny udział w okupacji i głodówce. Nie posłuchała swoich
doradców od strategii i taktyki, tylko
głosu serca, który ją przekonywał, że
trzeba być razem z tymi, którzy będą
się w tym przypadku poświęcać najbardziej. Tak zrobiła, bo była dzielna.
Okupiła to rysą na zdrowiu, która od
tego czasu pogłębiała się.
Elżbieta Pacuła była osobą w szczególny sposób pobożną. Ćwiczyła swoją
pobożność tak jak trzeba, idąc przykładnie drogą oczyszczenia, oświecenia i zjednoczenia. Czy w kościele parafialnym, czy w klasztorze oo.
Paulinów na Jasnej Górze, wszędzie
wydawała się być u siebie w domu.
Ważne było dla Niej zaproszenie
wszystkich pracowników telekomunikacji na doroczne pielgrzymki do Częstochowy. Przewodniczyła
tym pielgrzymkom od 1990 r. przez
25 lat. Miała „szczególne względy”
wśród świętych. Swoimi niezwykłymi znajomościami umiała się dzielić
z bliskimi. Specjalną atencją darzyła św. Judę Tadeusza; szczególną po
Niej pamiątką pozostaną rozdawane
przez Nią obrazki tego świętego wraz
z modlitwami o opiekę czy otuchę
w ciężkim strapieniu. W modlitwie
o codzienną opiekę do św. Judy Tadeusza znajdują się takie oto słowa:
„… dzień po dniu prowadź mnie
coraz bliżej Serca Jezusowego, abym
spoczęła w Nim po trudach i walkach życia, a zamiast miłości własnej, pychy i zniechęcenia, niech
w mym sercu zapanuje miłość, ofiarność i pokora”.
Wyobraźnia nasuwa obraz Elżbiety modlącej się tymi właśnie
słowami. Zasłużyła sobie na naszą
modlitwę i pamięć. Od dziś modlitwa i pamięć o Niej staje się elementem kultury Solidarności, której i Ona nas uczyła. Niech dobry
Bóg ma Ją w swojej opiece, a nam
da, że się spotkamy ze śp. Elżbietą
w niebieskim klubie Solidarności.
Autor to doradca
| PLAN MORAWIECKIEGO
Rząd przyjął 16 lutego
wicepremiera, ministra
rozwoju Mateusza
Morawieckiego Plan na
rzecz Odpowiedzialnego
Rozwoju, który jest
częściej nazywany
planem Morawieckiego.
W końcu po wielu latach
pojawił się dokument,
w którym oprócz diagnozy
rzeczywistych problemów
Polski znalazły się
czy myślenie życzeniowe
– Wiele było takich planów: Balcerowicza, Hausnera, Kołodki, Belki,
w których główny nacisk kładziono na
zaciskanie pasa przez pracowników.
Ten plan zakłada coś innego. Premier
Morawiecki mówi, że nie może być
oparty na niskich wynagrodzeniach,
Plan Morawieckiego jest ciekawą inicjatywą, głównie na poziomie diagnozy; wskazuje kluczowe wyzwania rozwojowe, przed
jakimi stoimy, są to: pułapka średniego
dochodu, przeciętnego produktu, demograficzna, słabych instytucji oraz braku
równowagi. O ile wicepremier Morawiecki
nie dokonuje przełomowych odkryć,
mówiąc o kwestiach, które od co najmniej
kilku lat są obecne w debacie naukowej,
to dzięki niemu zyskują one na znaczeniu
w oczach opinii publicznej. Innymi słowy,
że konkurencja i pobudzenie gospodarki nie może być łączone z niskimi
płacami i to jest dla mnie najważniejsze. Cieszy mnie, jako związkowca, że
usłyszałem od premiera Morawieckiego, że dojście w wynagrodzeniach do
średniej UE to już nie 60 lat, tylko 15
przebijają się do świadomości ludzi na szerszą skalę. Można się spierać o rozłożenie
akcentów, np. pogląd, że nasz dotychczasowy model rozwoju w dużej części bazował na kapitale zagranicznym, jest nadmiernie wyostrzony. Polskę zbyt pochopnie
kładzie się na tej samej półce, co inne kraje
wyszehradzkie, podczas gdy pozycja kapitału zagranicznego (jego udział w wytworzonym PKB) nie jest u nas aż tak ważna
jak w Czechach, na Słowacji i na Węgrzech.
Ale zasadniczo autor planu ma rację.
Jego założenia też zasługują na pochwały, bo trudno podważać sens stawia-
lat – zaznaczył Piotr Duda przewodniczący KK Solidarności.
W planie zdiagnozowano pięć pułapek, które zagrażają rozwojowi: średni dochód, brak równowagi, słabość
nia sobie takich celów strategicznych jak dogonienie średniego poziomu płac w UE przez 15 lat, zrównoważenie rozwoju w ujęciu regionalnym
czy akumulacja kapitału krajowego
i wzmacnianie polskich przedsiębiorstw. Przyjrzyjmy się „kamieniom
milowym” planu. Po pierwsze: reindustrializacja – to ogólnoświatowa
moda, jaka nastała po 2008 r., wynika
z przekonania, że gospodarka potrzebuje mocnych fundamentów, a te
zapewnia przemysł; po drugie: rozwój
innowacyjności, bez tego nie wygrze-
PLAN MORAWIECKIEGO 11
Były wiceminister finansów,
W tym planie najmniej zastrzeżeń można mieć co do diagnozy. Jednak został
pominięty kluczowy element instytucjonalnego uwarunkowania, czyli warunki
prawno-instytucjonalne UE. A one są wynikiem wszystkich wymienionych
w planie pułapek. UE wprowadziła bardzo wysokie koszty regulacji, dostosowane do krajów wysoko rozwiniętych, a nie do krajów, które chcą je dogonić.
Przykład: aspekt CO2 i mówienie o reindustrializacji przy proponowaniu likwidacji przemysłu górniczo-energetycznego. Rozwiązania prawno-instytucjonalne UE petryfikują podział pracy na kraje, gdzie tworzy się miejsca pracy o wysokiej wartości dodanej, które są ekspansywne, i kraje o niskiej wartości dodanej pracy jak Polska. Dlatego te rozwiązania nie będą skuteczne, bo nie są oparte na rzeczywistości ekonomicznej Polski. Przedefiniowanie założeń
wymuszałoby konieczność dostosowania regulacji do krajów doganiających.
Dlatego nie ma możliwości spójnego przepakowania funduszy europejskich,
kiedy mają one inne zastosowanie i bardzo wątpliwe, że przyniosą zakładany
efekt. Uznaje się, że należy wyjść z pułapki średniego dochodu, ale pomija się,
że cały ten projekt nakierowany jest na to, że będą w Polsce istniały jakieś ogniska innowacyjne, doliny innowacyjne, które mają pociągnąć cały kraj. Polityka
ta jest błędna, ponieważ musi opierać się na polityce demograficznej i polityce zatrudnienia. Nie wyrwiemy się z pułapki średniego dochodu, pozwalając
na imigrację ponad 1 mln pracowników z Ukrainy. Celem powinno być ograniczenie podaży pracy dla wzrostu płac i zmuszenia całego przemysłu do podniesienia wynagrodzeń i wzrostu innowacyjności w całej gospodarce.
instytucji, przeciętny produkt i pułapka demograficzna.
Z tego dla przeciętnego Polaka najważniejsze są dwie: pułapka średniego dochodu i pułapka demograficzna. W dalszym ciągu ponad połowa
pracujących Polaków zarabia dzisiaj
biemy się ani z pułapki średniego
dochodu, ani przeciętnego produktu;
po trzecie: kapitał dla rozwoju, to oczywistość, za modernizację trzeba z czegoś zapłacić; po czwarte: ekspansja
zagraniczna, cel na pewno wart sformułowania go wprost; rozwój społeczny i regionalny – konieczność.
Niestety, strzeliste plany muszą wytrzymać konfrontację z rzeczywistością,
a tu p oj awi aj ą się w ą tpliwo ś ci.
Innowacyjności nie da się zadekretować: w sektorze MSP jest jej niewie-
mniej niż 2,5 tys. zł na rękę. Jest to
co najmniej 3-5 razy mniej niż w krajach wysoko rozwiniętych. Wzrostowi gospodarczemu musi towarzyszyć
wzrost wynagrodzeń z co najmniej
dwóch powodów: braku realnego odczuwania wzrostu PKB przez społe-
le, a z uwagi na niski poziom kapitału
społecznego (zaufania), przedsiębiorcy nie są skorzy do współpracy, budowania sieci czy klastrów, zaś duże
przedsiębiorstwa kontrolowane przez
Skarb Państwa musiałyby zostać uwolnione od kapitalizmu politycznego –
a na to się nie zanosi. Ekspansji zagranicznej nie można firmom po prostu
nakazać. Jako źródło kapitału wskazuje się środki europejskie: warto pomyśleć więc o następnym budżecie UE
(po 2020 r. układanym według zupeł-
czeństwo oraz będącą w dużej mierze
efektem ubóstwa pułapkę demograficzną, która jest połączeniem jednego
z najniższych na świecie wskaźników
demograficznych oraz masowej emigracji, zwłaszcza młodych. Przy niepowstrzymaniu tego procesu w 2050 r.
może być nawet o 5 mln mniej pracujących Polaków niż dzisiaj.
Rząd proponuje reindustrializację, czyli odbudowę rodzimego przemysłu. Rozwój innowacyjnych firm
w przyjaznym otoczeniu prawnym.
Ułatwienia startu przedsiębiorcom.
Deregulację działalności gospodarczej, przygotowanie nowego spójnego aktu prawnego o charakterze
ogólnym, który będzie się nazywał
Konstytucją Biznesu. Ważnym jest,
żeby wreszcie Polacy godziwie zarabiali i mieli oszczędności. Do tej pory
jest tak, że żyją przede wszystkim
wyłącznie ze swoich niskich pensji.
W przyszłości mają czerpać dochody
nie tylko z pracy, ale i z kapitału. Na
te działania pieniądze mają się znaleźć z funduszy unijnych, budżetu
państwa i sektora finansowego. Prawie 300 mld euro z unijnego planu
Junckera ma dać szansę na zrównoważony rozwój kraju. Wyraźnym efektem byłby spadek bezrobocia, wzrost
zatrudnienia i podwyższenie pensji.
Michał Milosz
nie nowych zasad), a to oznacza, że
nie możemy znaleźć się teraz na politycznym marginesie wśród państw
Plan Morawieckiego grzeszy życzeniowością, podobnie jak wiele innych
dokumentów rządowych przedstawianych w przeszłości jako strategiczne.
Na rzeczową dyskusję, pochwały i krytykę przyjdzie jednak czas, gdy zobaczymy konkretne ustawy, a przede
wszystkim politykę ustawy te wdrażającą.
| WYCHOWANIE PRZEDSZKOLNE
Trwa rekrutacja do publicznych przedszkoli.
Zgodnie z nowelizacją ustawy o systemie
oświaty, podpisaną w styczniu przez
prezydenta, wszystkim cztero- i pięciolatkom,
których rodzice chcą zapisać do publicznych
placówek, gminy muszą zapewnić miejsca. To
samo dotyczy oczywiście dzieci sześcioletnich,
objętych obowiązkiem rocznego
przygotowania przedszkolnego. Jednak dla
wielu trzylatków znów tych miejsc zabraknie.
Rok temu w wielu gminach problem
także występował, jednak w znacznie
mniejszej skali. Zniesienie obowiązku
szkolnego dla sześciolatków, jakkolwiek
ucieszyło wiele rodzin mających wątpliwości co do gotowości swoich dzieci,
nie pomogło niestety w rozładowaniu
oblężenia w placówkach przedszkolnych. W niektórych przedszkolach dla
dzieci z rocznika 2013 w ogóle nie jest
organizowana rekrutacja.
Tak jest na przykład w jednej z placówek w warszawskich Włochach. Pani
Monika Juszczakiewicz, której czteroletnia córka uczęszcza od września do
przedszkola przy ulicy Ryżowej, obawia
się, że młodsza córka, w tym roku kończąca trzy lata, prawdopodobnie będzie
musiała pójść do przedszkola w innej
dzielnicy. - Gdy od września pójdą do
dwóch różnych przedszkoli, będzie to
dla nas duże utrudnienie. Nie wiem,
czy w tej sytuacji dam radę wrócić do
pracy na cały etat - mówi. Teraz tkwi
w zawieszeniu, gdyż to, w jakim wymiarze będzie mogła wrócić do pracy,
zależy od organizacji życia rodzinnego.
A o tym, czy dla młodszej córki znajdzie się miejsce w placówce przy Ryżowej, będzie wiadomo być może dopiero na jesieni.
W jeszcze gorszej sytuacji są rodzice
tych trzylatków, które w ogóle nie dostaną się do przedszkoli. Trudno w tej
chwili oszacować, jaka jest skala problemu, gdyż w wielu gminach wciąż
przyjmowane są dokumenty – zarówno do szkół, jak i przedszkoli czy oddziałów przedszkolnych. Jak informuje
MEN, ostateczna liczba przedszkolaków i uczniów będzie znana jesienią.
„Zaspokajanie zbiorowych potrzeb
wspólnoty w zakresie edukacji publicznej, a taką potrzebą jest m.in. organizacja wychowania przedszkolnego, należy do zadań własnych gminy.
Gminy są zobowiązane do zapewnienia miejsc w placówkach wychowania przedszkolnego dla wszystkich
uprawnionych dzieci” – pisze Justyna
Sadlak z biura prasowego MEN. „Pragnę podkreślić, że będziemy wspierać rodziców. Po pierwsze: sprawdzimy systemy rekrutacyjne. To one są
w wielu przypadkach nieprawidłowo
skonstruowane. Nie może być takiego, który funkcjonuje wbrew ustawie. Po drugie spotykamy się z burmistrzami. Prosimy wojewodów, aby
szczegółowo badali uchwały samorządów dotyczące sieci szkół i przedszkoli. Prosimy kuratorów oświaty, by
spotkali się z dyrektorami przedszko-
WYCHOWANIE PRZEDSZKOLNE 13
li. Prowadzenie przedszkoli to zadanie własne gminy. Państwo wspiera
samorządy w tym zadaniu, przekazując na każdego przedszkolaka dotację. Od 2016 r. została ona zwiększona z 1305 do 1370 zł na dziecko.
Oznacza to, że w ten sposób do samorządów trafi 1 mld 670 mln zł, czyli
o 84 mln zł więcej niż wcześniej planowano” - zapewnia dalej.
Sześciolatki i tak powinny iść
do szkół?
Wiele gmin, usiłując sprostać potrzebom rodzin, organizuje kampanie
mające na celu zachęcenie rodziców
sześciolatków do zapisywania ich do
szkół. Pomogłoby to rozwiązać jednocześnie dwie kwestie – zwolnić miejsca
w przedszkolach dla dzieci z rocznika
2013 oraz ułatwić szkołom tworzenie
klas pierwszych, do których ustawowo
zobowiązane są pójść tylko dzieci odroczone w zeszłym roku. Szkoły obawiają
się bowiem konieczności zwolnień nauczycieli wychowania początkowego,
jeśli liczebność w tegorocznych klasach
pierwszych będzie niewielka.
Problem tkwi także – a może przede
wszystkim – w pieniądzach, które gminy otrzymują z budżetu państwa na realizację zadań związanych z edukacją
przedszkolną. Mówiąc wprost – samorządy tracą na większej liczbie przedszkolaków. Dotacja z kasy państwowej
na jedno dziecko w przedszkolu wynosi - jak czytamy w odpowiedzi z ministerstwa - 1370 zł, natomiast na jednego ucznia aż 5 357 zł.
Do wcześniejszego posłania dzieci do szkół zachęcają między innymi samorządy Warszawy, Poznania,
Łodzi, Bydgoszczy, Sosnowca czy
Koszalina. Przekonują, że szkoły są
przygotowane na przyjęcie sześciolatków, gdyż zostały do tego zobligowane przez poprzedni rząd. Chwalą
się specjalnie przygotowanymi salami czy osobnymi wejściami dla młodszych i starszych uczniów. Niektóre
gminy kuszą nawet darmowymi wyprawkami. W materiałach kampanii
pojawiają się także wypowiedzi sa-
mych dzieci, które zapewniają, że
nie boją się szkoły i bardzo chętnie
zostaną uczniami.
Czyja racja jest ważniejsza?
Wszystkie te działania wydają się
mieć sens w kontekście zapewnienia
pracy nauczycielom. Nieoficjalnie pojawiające się jednak w mediach społecznościowych głosy, że sześciolatki
powinny zwolnić miejsca w przedszkolach, by mogły doń pójść trzylatki, wywołują słuszny sprzeciw rodziców dzieci starszych. Dlaczego ich prawo do
korzystania z edukacji przedszkolnej
ma być mniej ważne niż prawo dzieci trzyletnich?
Zdania rodziców w tej sprawie są
znów podzielone. Widać tu wciąż
echo dyskusji na temat gotowości
szkolnej. Zdaniem Agnieszki Domoń,
mamy sześciolatka, nie jest uprawnione zrzucanie odpowiedzialności za
liczbę miejsc dla trzylatków na rodziców sześciolatków. - To wina systemu. Nie można zarzucać rodzicom,
że mając wybór między pozostawieniem dziecka w znanym otoczeniu,
z przyjaciółmi, a wysłaniem do półtoratysięcznej placówki w systemie
dwuzmianowym, gdzie od I klasy
jest masa pracy domowej, a część nauczycieli nie dba niestety o dostosowanie układu nerwowego sześciolatka do rygoru nauki, decydują się na
pozostawienie dziecka w przedszkolu. Każdy rodzic chce dla dziecka jak
najlepiej – zauważa. - Mój sześciolatek dużo umie i jest ciekawy świata, więc chcieliśmy wysłać synka do
pierwszej klasy. Jednak po spotkaniu
z psychologiem okazało się, że jest
pewien problem z tak zwaną motoryką małą. W szkole nikt się szczególnie nie pochyli nad dzieckiem, gdy
będzie odstawało od grupy. Mało kto
uwzględnia, że może być ono niedostosowane. W dodatku syn chodzi
do przedszkola w innej dzielnicy niż
mieszkamy i w szkole nie spotka żadnych znanych sobie dzieci. I tu pytanie – czy puścić dziecko w nieznane?
Nie muszą iść do szkoły,
ale przedszkola i tak
ich nie przyjmą
Wiele przedszkoli stosuje także inną
taktykę walki o utworzenie miejsc
dla dzieci w wieku 3-5 lat. Ponieważ
na mocy poprzednio obowiązujących
przepisów, według których sześciolatki miały trafić do szkół, część grup
zerówkowych została zlikwidowana,
przedszkola nie chcą tworzyć ich ponownie. Placówki edukacyjne powinny pozostawić rodzicom wybór co do
decyzji, gdzie dzieci mają uczęszczać
do zerówki, jednak, jak wiem z doniesień rodziców, są takie przedszkola, które nie godzą się na przyjęcie
sześciolatków, wskazując jako jedyną możliwość oddziały przedszkolne
utworzone przy szkołach podstawowych. Rozwiązuje to problem z miejscami dla trzylatków, ale budzi spory
sprzeciw społeczny. Czy takie praktyki w ogóle są legalne?
„Wybór miejsca realizacji dalszej
edukacji pozostaje w kompetencjach
rodziców. Stanowczo podkreślamy, że
to rodzice decydują, czy sześciolatek
uczy się w przedszkolu, w zerówce,
czy rozpocznie edukację w szkole.
Takie prawo gwarantuje rodzicom
ustawa. Część samorządów takiego
wyboru rodzicom nie daje. Nie godzimy się na to” - pisze Justyna Sadlak z MEN.
Za rok trzylatki
pójdą do przedszkoli
W 2017 roku sytuacja trzylatków powinna się poprawić, gdyż w znowelizowanej ustawie o systemie oświaty
widnieje także zapis o obowiązku zapewnienia przez gminy miejsc w przedszkolach również dzieciom w tym wieku. Będzie on jednak obowiązywał
dopiero od 2017 roku, zatem skorzystają na nim dzisiejsze dwulatki.
- http://www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/minister-edukacji-anna-zalewska-wieksza-dotacjana-przedszkolaki,76379.html
| WYWIAD „TS”
– Dzisiejszy system bankowy przypomina wielkie, czynne całą
dobę światowe kasyno, w którym wielkie instytucje bankowe
grają znaczonymi kartami albo pożyczonymi żetonami. To
w każdej chwili może upaść i wtedy staniemy już nie przed
zagrożeniem dla systemu bankowego czy ekonomicznego, ale
przed zagrożeniem dla współczesnej cywilizacji.
Z JANUSZEM SZEWCZAKIEM, posłem PiS, analitykiem
gospodarczym, członkiem Sejmowej Komisji Finansów Publicznych
rozmawia Michał Miłosz
– Co się zmieniło w globalnym
systemie finansowym po kryzysie
lat 2008-2012?
– Można powiedzieć, że jest jeszcze
gorzej, niż było. Z kryzysu bankierzy,
a właściwie banksterzy nie wyciągnęli żadnych wniosków. Podwoili swoje
premie, a jednocześnie jeszcze bardziej zadłużyli świat. Wielkie długi
korporacji, rządów państw, samorządów, gospodarstw domowych, nawet
banków stanowią łącznie ok. 200 bilionów dolarów. A więc od 2008 roku
wzrosły o ponad 40 proc. Od tego
czasu rządy nadrukowały mnóstwo
dolarów, funtów, franków, euro i jenów. Wykorzystano już całą amunicję, którą można było wykorzystać
do zażegnania kryzysu. W wielu krajach stopy procentowe spadły do zera,
a nawet są ujemne. Co oznacza, że
trzeba płacić bankowi za trzymanie
w nim swoich pieniędzy. Prognozuję, że na przełomie 2016 i 2017 roku
może dojść do kolejnego bankowego
tsunami, które będzie poważniejsze
niż to z 2008 roku, ponieważ ta amunicja w postaci drukowania pieniędzy i ujemnych stóp procentowych
została już wykorzystana.
– Działania naprawcze łącznie
z Bazyleą III są tylko plasterkiem
na ranę ciętą tętnicy?
– Tak. Ci, którzy mieli wszystko, czyli wielkie banki inwestycyjne, komercyjne, postanowiły mieć
jeszcze więcej. Uczyniły z wielu narodów, państw, pokoleń swoich nie-
wolników. Mamy do czynienia z nowym typem człowieka. To już nie
jest homo sapiens, nawet nie homo
economicus, ale homo creditus. Dzisiaj wielkie banki kreują model życia,
podsuwają nam coś, co powinniśmy
mieć. Co jest nam do niczego niepotrzebne. Ten świat pieniądza stał się
światem wirtualnym. Dzisiaj nie wiemy, co jest pieniądzem, ile jest wart
ten pieniądz, kto go kreuje, emituje. Znaczną część tych praw, które
są przynależne narodom i bankom
centralnym, przechwyciły banki komercyjne, najczęściej prywatne. To
wszystko powoduje, że dzisiaj rządy, elity polityczne są albo tak słabe,
albo skorumpowane, że nie mogą się
zdecydować, kogo bronić. Czy mają
wspierać własnych obywateli, własną gospodarkę, czy tę wielką spekulację bankową.
– Co jest tego przyczyną?
– Wielkie wirtualne produkty bankowe. Naprodukowano ogromną ilość
tych skomplikowanych instrumentów
pochodnych: derywatów, ABS-ów,
MBS-ów, CDS-ów, CIRS-ów swapów,
że można dzisiaj usłyszeć, że jest tego
500 bilionów dolarów, ale słyszałem
także opinie, że jest to 700 bilionów,
a nawet trylion 300 bilionów. To jest
jakaś obłąkana wielkość. Skomplikowanie tych produktów bankowych
jest takie, że nie rozumieją ich nawet
laureaci nagrody Nobla. Uruchomiono czarnoksięskie moce, nad którymi już nikt nie panuje.
– Jaka jest skala przelewarowania tych produktów w stosunku do
rzeczywistego pieniądza?
– To można najlepiej określić, przyrównując te aktywa bankowe do PKB
poszczególnych krajów. W niektórych
krajach są one 10-, a nawet 100-krotnie wyższe niż PKB. Przykładem może
być mający ostatnio problemy Deutsche
Bank, który przy aktywach rzędu 2,5 –
2,8 biliona dolarów naprodukował tych
instrumentów pochodnych na 50-60
bln dolarów, przy czym PKB Niemiec
to jest ok. 3 bln euro. I to jest bardzo
silna gospodarka realna, a co dopiero
mówić o gospodarce Luksemburga,
która jest jednym wielkim bankiem.
To jest dowód na to, że świat zabrnął
w ślepą uliczkę. Dzisiaj przedstawiciele wielkiego banku amerykańskiego
Goldman&Sachs mówią „to my wykonujemy robotę Boga na ziemi”. To
pokazuje skalę oderwania tych ludzi
od rzeczywistości, ale pokazuje także, jak wpływowa jest to grupa. Dzisiaj tak naprawdę wszystkie wojny,
pokoje, hossy, bessy, ceny surowców
zależą od tego, jak się umówią wielkie banki. Nawet cena filiżanki kawy
zależy od tego, jak się one umówią na
derywatach w sprawie ceny kawy za
dwa lata, w krajach afrykańskich czy
WYWIAD „TS” 15
Brazylii. Dzisiaj się najlepiej zarabia
nie na długotrwałym oszczędzaniu,
pożyczaniu, czy inwestowaniu, tylko
na obstawianiu, w którym momencie przewróci się dany klient czy państwo, i na tym, jak mu w tym „pomóc”.
W dzisiejszym systemie bankowym
wszystko przypomina wielkie czynne całą dobę światowe kasyno, w którym wielkie instytucje bankowe grają
znaczonymi kartami albo pożyczonymi żetonami. To w każdej chwili może
upaść i wtedy staniemy już nie przed
zagrożeniem dla systemu bankowego
czy ekonomicznego, ale przed zagrożeniem dla współczesnej cywilizacji.
Co wtedy będzie prawdziwym, wartościowym pieniądzem, kiedy te ciągi
wartościowe w komputerach znikną?
To może zniknąć panu, firmie, miastu,
państwu. Mamy teraz w kinach bardzo ważny film „Big Short”, którego
główny bohater założył się z wielkim
bankiem, że ta cała konstrukcja oparta
na CDS-ach runie i zarobił na tym 500
procent. On teraz kupuje złoto i ujęcia
wody pitnej. Ponieważ twierdzi, że to
są dwa wartościowe elementy. Pytanie – czy ten wielki system finansowy powinien być oparty na rezerwie
cząstkowej? Na tym, że banki posiadają 3, 5, 8 proc. własnych pieniędzy,
a resztę kreują z niczego? To depozyty ludności powodują możliwość kreacji pieniądza. Skala patologii, z którą
mamy do czynienia w sektorze bankowym w ciągu ostatnich dwudziestu
lat, jest niewyobrażalna. Fałszowanie stóp procentowych, afera LIBOR,
manipulowanie kursami walut, ukrywanie pieniędzy podatników, pranie
brudnych pieniędzy dyktatorów, terrorystów, karteli narkotykowych czy
państw uznanych za terrorystyczne.
Banksterzy mówią: jeśli chcesz być
dobry w bankowości inwestycyjnej,
naucz się kłamać i pozbądź się wszelkich wyrzutów sumienia.
– Do samego wybuchu kryzysu
agencje ratingowe dawały bardzo
wysokie ratingi Lehman Brothers.
Jak Pan ocenia działania agencji ratingowych?
– Agencje ratingowe już dawno utraciły wiarygodność, ponieważ pracują
dla klienta i za jego pieniądze. Co sobie zamówisz, to dostaniesz. W filmie
„Big Short” pokazano to najlepiej –
przedstawicielka agencji mówi, że to
jest kwestia umowy. Tak więc agencje
ratingowe już dawno dziewictwo straciły i raczej przyczyniają się do zaciemnienia obrazu sektora bankowego, ale
oczywiście są w każdej chwili w sta-
Dzisiaj tak naprawdę wszystkie
wojny, pokoje, hossy, bessy, ceny
surowców zależą od tego, jak się
umówią wielkie banki.
nie zaszkodzić. Przykładem może być
decyzja Standard & Poor's po zmianie
naszego rządu, która nie ma nic wspólnego z ekonomią, a prawie wszystko
z polityką. To jest dowód na łańcuch
działań lobbystycznych i efekty, które
dzięki działaniom agencji ratingowych
można osiągnąć. Dlatego z niektórych
krajów są przepędzane, ponieważ tyle
szkód poczyniły w danym państwie.
– Mamy znowu do czynienia
z pompowaniem ratingów Grecji,
żeby mogła dostać kredyty...
– Grecy tych 340 mld euro długu,
który mają, nie spłacą nigdy. I pożyczanie im na zasadzie, że mają jeść
trawę, pluć krwią i spłacać, a jednocześnie kredytowanie ich na kolejne
60 mld, z czego spłacą 40, jest absolutnie bez sensu. Grecy bez porzucenia strefy euro nie wydostaną się
z kryzysu przez kolejne 20 lat. A to zadłużenie jest także wynikiem działań
wielkich struktur bankowych. Można przypomnieć rolę banku Goldman
Sachs, który zarobił mnóstwo pieniędzy, pomagając Grekom na swapach
walutowych. Zaczyna się coraz więcej mówić o tym kartelu i fakcie, że
to banksterzy są dzisiaj właścicielami
świata. Chciałbym odsłonić głaz, pod
którym jest czeluść wielkich transakcji finansowych. Dla zwykłego człowieka niezrozumiałych, ale jednocześnie go uzależniających.
– Można spytać także o działania
Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Przykładem jest Ukraina, która została
poddana bezwzględnemu dyktatowi
międzynarodowej finansjery...
– Mamy też inny przykład – Węgrzy nie dali się nabrać MFW. Spłacili swoje zobowiązania i mu podziękowali, uważając, że dla nich będzie
dobrze, gdy tej instytucji nie będzie
nad Dunajem. Jednak nawet te instytucje same obecnie twierdzą, że
światu grozi wywrotka, że może być
zapaść gospodarcza świata. W samym
tylko sektorze banków hiszpańskich
ocenia się, że tych złych długów jest
na 190 mld euro, we włoskim na
390 mld euro. Obligacji tylko krajów
tzw. PIGS (Portugalia, Włochy, Grecja, Hiszpania) do wykupienia jest
co najmniej na 2 bln euro. I nawet
jeśli włoski bankier, szef Europejskiego Banku Centralnego pracujący wcześniej w Goldman Sachs Mario Draghi będzie drukował 80 mld
euro dziennie zamiast 60, to i tak nic
to nie zmieni. n
16 ŚWIAT
| SPRAWA SAWCZENKO
Porucznik Nadieżda Sawczenko
została skazana przez
rosyjski sąd na 22 lata łagru.
Najbardziej znana kobieta
służąca w ukraińskiej armii
stała się zakładnikiem
w rękach Władimira Putina.
Urodzona w 1981 roku Nadia Sawczenko z początku chciała zostać dziennikarką lub dekoratorem wnętrz, lecz
szybko zdała sobie sprawę, że jej największym marzeniem jest mundur i latanie. Pierwsze podania o przyjęcie do
charkowskiego Uniwersytetu Sił Powietrznych zostały odrzucone – dowódcom nie mieściło się w głowie, aby
kobieta zasiadła w kokpicie bojowego
samolotu lub śmigłowca. Co prawda
w krajach byłego Związku Radzieckiego
pielęgnowana jest pamięć o kobietach
żołnierzach, również tych, które pilotowały bojowe samoloty – powstały o nich
nawet seriale telewizyjne i pełnometrażowe filmy – lecz zdaniem decydentów
w siłach zbrojnych była to jednak odległa przeszłość, a obecne maszyny i warunki służby są dla kobiet zbyt ciężkie
i skomplikowane. Uparta dziewczyna nie
zamierzała jednak rezygnować – wstąpiła na ochotnika do zawodowej służby w wojskach lądowych – z początku
jako radiotelegrafistka, później zaś jako
komandos w elitarnej 95 Brygadzie Powietrznodesantowej. Służyła jako strzelec transportera opancerzonego w ukraińskim kontyngencie w Iraku – tam też
zaczęła się jej medialna sława. Była bowiem jedyną kobietą służącą w ukraińskim mundurze w trakcie tej misji, co
szybko wychwycili dziennikarze. Rozpoznawalność przydała się Nadii – jej
czwarte podanie o przyjęcie do szkoły oficerskiej Sił Powietrznych zostało wreszcie rozpatrzone pozytywnie.
W obronie swojego kraju
Po ukończeniu Uniwersytetu im.
Iwana Kożeduba w 2009 roku podporucznik Sawczenko rozpoczęła służbę
jako nawigator bombowych Su-24 oraz
strzelec pokładowy szturmowych śmigłowców Mi-24. Stała się prawdziwą
medialną gwiazdą – kręcono o niej reportaże i filmy dokumentalne, uczestniczyła w survivalowych reality show.
Stawiano ją za wzór młodym dziewczętom, ona sama podkreślała, że jest
po prostu zwykłą młodą kobietą, która
daje sobie doskonale radę w męskim
do tej pory świecie. Po wybuchu walk
w Donbasie porucznik Sawczenko poprosiła o bezterminowy urlop ze swojej
jednostki i zgłosiła się do ukraińskiego
ochotniczego batalionu „Ajdar” walczącego w okolicach Ługańska. Była dla
jednostki cennym żołnierzem – dysponowała doświadczeniem z Iraku, była
wyszkolonym komandosem.
17 czerwca 2014 roku w okolicach
Gorłówki w wyniku ostrzału moździeżo-
wego zginął znany rosyjski dziennikarz
Igor Kornieluk oraz dźwiękowiec Anton
Wołoszyn. Incydent ten był w olbrzymi sposób nagłaśniany przez wszystkie
rosyjskie media, separatyści i Rosjanie
zaczęli szukać winnych. Już 19 czerwca ukazał się w jednej z rosyjskich stacji materiał, w którym po raz pierwszy
pokazano Nadię Sawczenko w niewoli
– dostała się do niej podczas osłony odwrotu załogi uszkodzonego transportera. Z początku chciano z niej zrobić „kobietę snajpera” – lecz szybko Rosjanie
zorientowali się, kto wpadł w ich ręce.
Nadia Sawczenko miała być ofiarą rozgrywki propagandowej – personifikacją
„banderówki nienawidzącej Rosjan”.
Z bohaterki zbrodniarka
Skutą kajdankami i z workiem na
głowie Sawczenko przewieziono do
Rosji. Trafiła do więzienia w Woroneżu, następnie do dwóch moskiewskich
aresztów. Przez cały czas podkreślała,
że jest ofiarą porwania, lecz prokuratorzy szykowali już sążnisty akt oskarżenia. Zarzucono jej, że koordynowała
ostrzał moździeżowy, celowo kierując
go na grupę nieuzbrojonych cywilów
– oraz że nielegalnie przekroczyła rosyjską granicę. Nie wzięto rzecz jasna
pod uwagę, że zapis danych z telefonu
Sawczenko wyraźnie wskazuje, iż NIE
było jej w miejscu, z którego kierowa-
SPRAWA SAWCZENKO 17
no ogniem – a co ważniejsze, w chwili, gdy pociski spadły na rosyjskich
dziennikarzy, Nadia była już jeńcem…
W czasie śledztw, jak i podczas procesu
Nadia powtarzała, że jest żołnierzem
armii ukraińskiej walczącym za swój
kraj. Przypominała o rosyjskiej agresji i o tym, że została porwana z terytorium państwa ukraińskiego przez
współpracowników rosyjskich służb
Porwanie Sawczenko wywołało na
Ukrainie powszechne oburzenie, stało
się również początkiem jej politycznej
kariery – stała się pierwszą postacią
kampanii wyborczej partii Batkiwszczyna, kierowanej przez Julię Tymoszenko. 19 listopada 2014 roku oficjalnie została posłanką do rady Najwyższej
Ukrainy. Do władz rosyjskich zaczęły
płynąć z całego świata petycje i prośby. Uwolnienia Sawczenko domagali się
politycy z wielu państw Zachodu, specjalne apele podejmowały ciała prawodawcze – włącznie z polskim Sejmem.
Władimir Władimirowicz pozostawiał
je jednak bez odpowiedzi – oficjalne
stanowisko władz rosyjskich pozostało niezmienne – Sawczenko stanie
przed sądem, a jakakolwiek ingerencja
w przebieg procesu byłaby bezprawna.
bójstwie dwójki dziennikarzy. Adwokaci Sawczenko z góry zapowiedzieli,
że nie będą odwoływali się od wyroku,
uznając, że jest on bezprawny.
Wyrok na życzenie Putina
Proces Nadii Sawczenko rozpoczął
się 30 lipca 2015 roku w sądzie w rosyjskim mieście Donieck w obwodzie
nowoczerkaskim. Od początku przebiegał w sposób urągający wszelkim
standardom niezależnego sądownictwa. Nie dopuszczono obrońców Nadii
do zaprezentowania jakichkolwiek dowodów, jednoznacznie uznając prawdziwość założeń prokuratury. Podczas
procesu Ukrainka kilkakrotnie podejmowała głodówkę, protestując przeciwko warunkom jej traktowania. Przez
cały czas twierdziła, że nie uznaje rosyjskiego sądu. 23 marca 2016 roku
została skazana na 22 lata osadzenia
w kolonii karnej za współudział w za-
Dalsze losy Nadii Sawczenko zależą
wyłącznie od decyzji politycznej. Tuż
po ogłoszeniu wyroku prezydent Ukrainy Petro Poroszenko zaproponował
Rosji wymianę – w zamian za uwolnienie Nadii do Rosji mieliby powrócić
dwaj oficerowie rosyjskich służb specjalnych, którzy dostali się do niewoli
ukraińskiej podczas walk w Donbasie.
Nie jest jednak wykluczone, że w planach Kremla ukraińska bojowniczka
ma do odegrania rolę znacznie ważniejszą – według niektórych rosyjskich
i ukraińskich publicystów za uwolnienie Sawczenko Putin zamierza zażądać ni mniej nic więcej, jak zniesienia
sankcji nałożonych na Rosję po agresji
na Krym i Donbas. Jedno jest pewne –
dla Ukraińców Nadia Sawczenko jest
już dziś ikoną walki o niepodległość.n
która nie tak dawno temu zapewniała,
że każdy, kto postawi nogę w Europie,
nie zostanie z niej wydalony – teraz,
po zamachach na brukselskim lotnisku i w metrze, na konferencji prasowej
w Ammanie po prostu popłakała się.
Trudno o dobitniejszy przykład bezradności unijnego establishmentu. Mimo
wielu sygnałów Europa nie zrewidowała
swojej polityki poprawności. Tegoroczne noworoczne przemówienie kanclerz
Angeli Merkel po raz pierwszy opatrzone
było napisami w języku arabskim. Nie
był to jedynie formalny gest. „Państwa
zawsze korzystały na imigracji zarówno gospodarczo, jak i społecznie” – zapewniała kanclerz. Ujawnione parę dni
później wydarzenia nocy sylwestrowej
w Kolonii ewidentnie kolidowały z tymi
słowami i mocno zachwiały wiarą niemieckiego społeczeństwa w szansę asymilacji migrantów. Zlaicyzowana Belgia, żeby nie drażnić muzułmańskiej,
przyznajmy, licznej społeczności, zrezygnowała z chrześcijańskiej tożsamo-
ści. Prócz kwestii materialnych, a i to
jest względne, bo 70 proc. aktywnie
zatrudnionych muzułmanów to pracownicy niewykwalifikowani, Belgia
nie miała im nic do zaoferowania. Żadnego systemu wartości, żadnego programu asymilacji. Szokująco brzmią
dziś słowa europosła Janusza Lewandowskiego, że obowiązywała niepisana umowa, w myśl której społeczności
muzułmańskie rządzą się same. Teraz
te brukselskie dzielnice są wylęgarnią
europejskiego terroryzmu, co jednak nie
przeszkadza francuskojęzycznej belgijskiej prasieutrzymywać, że mimo popełnionych błędów krytyka pod adresem
władz nie jest do końca uzasadniona.
Każdy kolejny dzień obnaża całkowitą bezradność Europy realizującej program szeroko otwartych drzwi. Czy
dojrzeliśmy już do rewizji uprawianej
przez europejskich decydentów polityki politycznej poprawności? Sądząc
po wypowiedziach, w tym rodzimych
polityków – niestety nie.
Europa niczego
się nie uczyła
Musiał wkurzyć się ksiądz Tadeusz
Isakowicz-Zaleski, gdy – wyrażając solidarność z ofiarami i ich rodzinami
z Brukseli – zapytał, czy Unia Europejska ma tym razem coś innego do zaoferowania w sprawie powstrzymania
terrorystów, niż tylko jarmarczne podświetlanie obiektów w barwach zaatakowanych krajów. Odpowiedź zobaczyliśmy na ekranach telewizorów: F.
Mogherini, szefowa unijnej dyplomacji,
18 KRAJ
| PO „AFERZE” W STADNINACH
Stadniny sprzedawane za psi grosz.
Pokątni pośrednicy wykupują ze stad
angloaraby i wywożą je do rzeźni. Jeździectwo upada, profesjonalnych klubów zostało niewiele, a domorośli układacze i instruktorzy uczą „panowania”
nad chorymi, niedożywionymi zwierzętami, „hotelującymi” w opustoszałych
oborach. Polska młodzież, wiedziona
narodową tradycją, w której mieścił się
kontakt z końmi, napotyka na chamstwo, brud oraz draństwo. Stadninie
arabów o dwustuletniej historii zagraża przerwanie ciągłości pracy hodowlanej. Umierają cenne klacze.
Roli koni w naszym życiu nie da się
określić w kategoriach namacalnych korzyści. Ludzie od niepamiętnych czasów
cenili te zwierzęta, malowali je, pisali
o nich wiersze. Wiele tysięcy lat koegzystencji oraz przyjaźń, jaką potrafią
nas obdarzyć, wyróżnia je wśród innych gatunków. Kontakt z nimi uszlachetnia. Nie mają wcale przysłowiowego zdrowia i są gatunkiem skazanym
na wymarcie. Odpowiednie utrzymanie i rozród opóźniają ten proces, jednak przy malejącym pogłowiu rezultaty owych działań słabną.
I dlatego, przystępując do poważnych
rozmów i poczynań dotyczących gospodarowania końmi, przyjmijmy ideę
kryjącą się w tytule kultowej książki
o wojennych losach polskich arabów ze
stadniny w Janowie Podlaskim: „Z końmi między frontami”. Przypomniał mi
ją ostatnio dr Antoni Pacyński, wicemistrz Europy i wielokrotny medalista mistrzostw Polski w jeździectwie,
niegdyś dyrektor Stadniny Koni Liski.
Hodowcy, jeźdźcy i urzędnicy
Hodowlę prowadzi się dla utrzymania zwierząt i biologicznego postępu.
W odróżnieniu od prywatnych przedsiębiorstw stadniny państwowe nie muszą
przynosić zysku. Ale kilkanaście z nich
(m.in. Janów i Michałów) ma wykonywać swe zadania „niezależnie od rynkowej koniunktury”, bo jako spółki skarbu
państwa posiadają teoretycznie większą swobodę działania. Stadniny (SK)
oraz stada (SO) współdziałają w programie rozrodu koni prowadzonego w celu
doskonalenia założonego użytkowania
i pokroju (wygląd). Sprawdzianem powyższego są ich wyniki na torach wyścigowych, w rajdach długodystansowych, w zawodach jeździeckich oraz
na pokazach. Dobre rezultaty pozwalają dyktować wyższe ceny zbytu. Postęp biologiczny ma zatem odpowiadać
potrzebom rynku. Przychodami z ferm
bydła i upraw polowych prowadzonych
w stadninach wspomaga się chów koni,
jako że ceny wołowiny czy mleka są
bardziej stabilne niż możliwości opłacalnego zbytu tych zwierząt.
Ministerstwo Rolnictwa i Agencja Nieruchomości Rolnych nadzorują państwowe SK i SO. Polski Związek Hodowców
Koni winien stwarzać warunki, aby konie z polskimi paszportami występowały
na prestiżowych konkursach, bo splendor zwycięstwa spływa na macierzyste
stadniny. O organizację, popularyzację
i rozwój sportów konnych dbać ma Polski Związek Jeździecki. Pracownicy stadnin nie muszą zajmować się sportem,
PO „AFERZE” W STADNINACH 19
ale niegdyś to spośród nich rekrutowali
się najlepsi zawodnicy. Ów – zdawałoby się klarowny – system od wielu lat
nie przynosi spodziewanych efektów,
a hodowla państwowa szamocze się
w wolnorynkowej dżungli globalizacji.
Wprawdzie araby z Janowa i Michałowa, czempiony urody lub sprawności,
wciąż rywalizują ceną z najdroższymi
jachtami, jednakże inne stadniny nie
mogą pochwalić się takimi wynikami.
A przecież podobnie kosztują na świecie także wierzchowce innych ras szlachetnych. Trzeba je „tylko” wyhodować,
jeździć na nich i reklamować. Podobno
gen. Władysław Anders (członek Towarzystwa Hodowli Konia Arabskiego) rozkazał, aby oficerowie dosiadali na zawodach wyłącznie polskich koni. I sypały
się medale. Jeszcze w 1980 roku złoty medal olimpijski wygrał polski koń
Artemor prowadzony przez Jana Kowalczyka z Legii. W 2015 roku w Lanaken mistrzostwo świata w skokach
przez przeszkody wywalczył 7-letni
ogier Nevados z polskiej hodowli prywatnej (!). To znaczy, że można. Ale to
także sygnał, że czas zwołać okrągły
stół hodowców, naukowców, jeźdźców
oraz decydentów i radykalnie zmienić
zasady (albo praktykę) gospodarowania naszymi końmi.
Działania rządzącego obecnie ugrupowania politycznego, deklarującego powrót do tradycji I RP, są również szansą
dla polskich wierzchowców. Jednakże
w tumulcie przedstawianych opinii i politycznego rozhoworu uwijają się nieuczciwi pośrednicy, oszuści, ludzie pozbawieni narodowego instynktu, którzy
nie chcą pogodzić się z werdyktem demokratycznych wyborów, krewni dopraszający się „lukratywnych” stanowisk
i wszelaka oportunistyczna swołocz.
W tych warunkach może zbłądzić nawet człowiek o najlepszych intencjach.
Ale im wyżej postawiona jest taka osoba – tym większa szkodliwość błędu.
Ironią losu jest, że chodzi o stadniny koni arabskich. Wiodące w świecie,
wzór dla innych ośrodków. Wizytówka
otwierająca światowe salony. Zarzuty
postawione ich dyrektorom wynikają
pewnie z nieporozumienia. Być może
należałoby się raczej upewnić, czy cenne zwierzęta są dostatecznie chronione przed możliwą dywersją. Ogólnego
braku obeznania w sprawie dowodzi np.
zarzut o tanim użytkowaniu „prawie
dwustumetrowej willi”. „To mieszkanie funkcyjne… pełni również funkcje
reprezentacyjne, przyjmuję tutaj gości”
– informował dyrektor stadniny w Michałowie Jerzy Białobok, skonfundowany tym, że reporter nie ma pojęcia
o savoir-vivre wielkiego biznesu.
Stadniny arabów od lat najmowały
wyspecjalizowane przedsiębiorstwa
marketingowe, aby organizowały aukcje. Nie wiem, co przyjęto za dowód
zarzucanej niegospodarności, ale warto pamiętać, że koszty ogłoszeń zamieszczanych w czołowych mediach
świata są gigantyczne. Bez intensywnej reklamy nie da się obecnie wprowadzić do światowego obrotu niczego, a co dopiero luksusowych koni.
Minęły czasy, kiedy prezentowali je
sami hodowcy – tak, jak na przykład
w SK Rzeczna, w której w 1964 roku
masztalerze biegali z wierzchowcami
przed gośćmi (miał być sam Konstantyn, król Grecji) po posypanym trocinami błocie, a w czasie pokazu piszący
te słowa wjechał w strategiczną alejkę
bryczką ciągnioną przez kłusaka umazanego po brzuch szlamem.
W PRL pogoń za zyskiem była
sprzeczna z zasadami ideowymi państwa. Obecny trend cywilizacyjny stawia go na piedestale, a tym samym
nakręca koniunkturę dla łatwego zarobku. To problem ogólny, którego nie da
się rozwiązać z poziomu dwu stadnin.
Wychodzą zresztą na swoje, podczas
gdy państwo ponosi często miliardowe straty, np. wydając setki milionów
na wadliwe systemy informatyczne.
Prawie do końca ubiegłego wieku
w stadach i stadninach koni panował
duch II RP. Obowiązywała wojskowa
dyscyplina, bo dyrektorzy rekrutowali
się spośród oficerów lub byli ich wychowankami. Lawirując między bzdurnymi poleceniami władz a racją – nie
charakteryzowali się miękkością obyczajów. Doświadczyłem tego na własnej skórze, kiedy to w SK Rzeczna,
ośmielony niezłym miejscem w Akademickich Mistrzostwach Polski, napraszałem się, by pojechać na zawody
św. Huberta. Pani, tytułowana obecnie
pierwszą damą polskiego jeździectwa,
zraziła się wtedy do skoków przez przeszkody, a po kontuzji pozostało jej mimowolne potrząsanie głową. – Niech
najpierw przejedzie parkur na Eliaszu –
zadecydowała. – Jak skończy, to niech
jeszcze raz przejedzie.
Ogier pomocniczy Eliasz nie był koniem sportowym. Wymiękł pod koniec
drugiego przejazdu. Drżały mu nogi,
przewrócił się za przeszkodą, a ja złamałem kości śródręcza.
– No coś takiego! – prychała pani
Wanda, kiedy czekałem w sekretariacie na karetkę. – Tyle razy spadałam
i nigdy sobie nic nie złamałam.
Tak trzęsła głową, że mimo bólu parsknąłem śmiechem.
Nie odegrałem się za ten „sprawdzian”, chociaż miałem okazję. Wiedziałem, że jest oddana pracy z końmi
i zajmuje się nimi o wiele częściej niż
ja mogłem sobie na to pozwolić w późniejszych etapach życia. Ale wołałbym
pisać o ogierze Odwachu z SO w Łącku, na którym jeździłem każdego ranka, a po latach przerwy witał mnie radosnym rżeniem, o 17-letnim, niegdyś
mistrzowskim wierzchowcu Dziadzie
z SO w Bogusławicach, na którym jeździłem strzemię w strzemię, parkur
po parkurze z Wiesiem Dziadczykiem
uczącym mnie wyczynowej jazdy, o klaczy z pierwszego Ludowego Klubu Jeździeckiego (Kampinos), która na popasie chodziła za mną luzem jak pies,
oraz o kasztanie Feniksie z Legii i innych czworonożnych przyjaciołach. Nie
czas i nie miejsce ku temu, choć byli
dla mnie prawdziwym darem niebios.
I dlatego zabieram głos w sprawie,
w którą niepotrzebnie miesza się politykę.
| DWUGŁOS NA TEMAT ISLAMU
– Delegalizacja islamu
polegałaby na zakazaniu
propagowania i wspierania
ideologii islamskiej,
naśladownictwa Mahometa,
Koranu, hadisów i szariatu,
jak i symboli, w tym również
ubrań – hidżabu, burki,
nikab itp. – mówi MIRIAM
SHADED prezes Fundacji
Estera w rozmowie
Chciałabym delegalizacji islamu
– Islam jest tylko religią czy system
polityczno-religijno-społecznym?
– Jest to system, który pod każdym
względem kontroluje swoich wyznawców. Reguluje nie tylko życie społeczno-polityczne, ale życie prywatne. Ludzie,
którzy się w nim znajdują, nie mają wyboru, w co wierzą, ponieważ za odstępstwo grozi im śmierć. A więc to nie jest
ich wybór. Są zmuszeni, by w nim być.
Kontroluje życie każdego pod każdym
możliwym względem. Przepisy szariatu
wynikają z Koranu i hadisów (opowieści przytaczających wypowiedzi proroka
Mahometa – red.), choć w różnych krajach jest do nich różne podejście.
– Czy kobieta w islamie ma jakiekolwiek prawa? Czy zależą one od konkretnego kraju i w jakim stopniu prawodawstwo szariatu wpływa na prawo
– Ogólnie kobieta jest traktowana
podrzędnie, jako własność mężczyzny
– ojca, brata, męża. W niektórych krajach, gdy dochodzi do mordu na kobiecie, mężczyźni nie ponoszą kary, ponieważ jest to ich własność. Głośno
było o młodej Afgance, która została
sprzedana jakiejś rodzinie, nie chciała
z nią być, uciekła i ukarano ją bardzo
okrutnie – obcięto jej uszy i nos. Jest
też przykazanie w Koranie (sura 4:34),
żeby mężczyzna bił kobietę i ją przymuszał w łożu. Może nie wtedy, kiedy jest
posłuszna, ale kiedy go nie słucha, ma
do tego prawo. W kwestii niewiernych
dozwolone są mężczyznom wszystkie
kobiety, które nie wyznają islamu. Jeżeli są muzułmankami, muszą dostać
odpowiednie wynagrodzenie. Muzułmanie mogą mieć cztery żony, żeby
z nimi współżyć, kobiety muszą otrzymać wynagrodzenie. Zazwyczaj jest to
jedzenie danego dnia. Kobieta muzułmańska, jeżeli mieszka z mężczyzną,
powinna mu się oddawać codziennie
w zamian za zapewnienie bytu. Dodatkowo są kraje, w których dziewczynki
poddaje się obrzezaniu – usuwa się im
łechtaczkę. Obecnie jest obrzezanych
130 mln kobiet. Ten barbarzyński rytuał wynika z hadisów. Niestety, kraje
europejskie również na to pozwalają,
chociaż jest to okrutne łamanie praw
kobiet i dziecka. W Europie mamy 500
tysięcy obrzezanych kobiet. Rodzice nie
idą za to do więzienia ani nie są karani.
A powinni być ścigani z urzędu.
– Takie traktowanie kobiet wynika
ze słów Proroka, czy może jest pozostałością tradycyjnych zwyczajów biednych i prymitywnych plemion Półwyspu Arabskiego?
– Mahomet powielał elementy z różnych religii i tradycji. Np. z tradycji beduińskiej wywodzą się burki, strój kobiet, który u Beduinów służył do ochrony
przed burzami piaskowymi.
– Jak Pani odniesie się do królującej
w mediach głównego nurtu zbitki słów
„islam – religia pokoju”?
– Według islamu pokój zapanuje
dopiero wtedy, kiedy wszędzie będzie wprowadzony islam, o tym mówi
m.in. sura 8:39 Koranu. Do tego czasu muzułmanie są w stanie nieustannej wojny, czyli dżihadu. W Koranie
jest wiele wersetów nawołujących
do walki, mordu. Bronią jest nakaz
kłamania w celu wprowadzenia islamu i to, że ci, którzy giną w samobójczych zamachach,dostąpią nieba.
Wersy Koranu, które odnoszą się do
pokoju, mają wyłącznie zastosowanie
wobec współwyznawców.
– Wiele krajów: Wielka Brytania,
Francja, Włochy, Niemcy, powoli imple-
DWUGŁOS NA TEMAT ISLAMU 21
mentuje prawo szariatu do prawa stanowionego. I prawo szariatu wchodzi
w coś, co powinno być wyłącznie oparte na fundamencie prawa rzymskiego...
– To jest bardzo niepokojące. Nie
wiem, czy to wynika z niezrozumienia, czy z celowej islamizacji. Prawo
szariatu jest przeciwne jakimkolwiek
prawom człowieka, wchodzi w konflikt z prawem rzymskim i wszystkimi
wartościami, jakie mamy. Budowanie
meczetu na danym terenie jest symbolem tego, że muzułmanin chce ten teren podbić i to już jest ich. Nic innego
nie można już w tym miejscu postawić.
– Jak Pani skomentuje to, że promocją i obroną islamu zajmują się organizacje praw człowieka i organizacje obrony praw kobiet?
– To niesamowite. Albo działacze
tych organizacji są niesamowicie głupi, albo działają celowo na rzecz szerzenia islamu. I podobnie jak politycy
są to osoby, które powinny być osądzone jako współwinne islamskich zbrodni. Islam jest moim zdaniem sprzeczny
z Konstytucją RP. Najważniejszym jego
celem jest dżihad, tzn. walka i podbój
poprzez przemoc. Według art. 13. Konstytucji RP zakazane jest istnienie organizacji, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza stosowanie
przemocy w celu zdobycia władzy lub
wpływu na politykę państwa. Ponadto według art. 53 pkt. 2 wolność religii
obejmuje wolność wyznania lub przyjmowanie religii według własnego wyboru. W islamie odstępstwo od wiary
karane jest śmiercią, tzn. że islam sam
w sobie ogranicza podstawowe prawa
zawarte w naszej konstytucji.
– Praktyki z krajów muzułmańskich:
obrzezanie dziewczynek, małżeństwa
przymusowe małoletnich czy zabójstwa
honorowe, są coraz częstsze w Europie.
I ich skala narasta pomimo wyciszania
ich przez polityków i media…
– Policja ma zakaz rejestrowania, jakie było wyznanie sprawcy. Chcę, żeby
te dane były publikowane. Wszelkie tego
typu praktyki powinny być niezwykle
surowo karane, a teraz mam wrażenie,
że ci, którzy się tego dopuszczają, są nagradzani niskimi karami i bardzo wysokim socjalem.
– Pani chce zdelegalizować islam?
– Tak. Chciałabym, żeby islam został
zdelegalizowany. Delegalizacja islamupolegałaby na zakazaniu propagowania
i wspierania ideologii islamskiej, naśladownictwa Mahometa, Koranu, hadisów i szariatu, jak ich symboli, w tym
również ubrań (hidżabu, burki, nikab
itp.). Zakazane zostałoby finansowanie organizacji, jednostek, ugrupowań
i instytucji, których celem jest propagowanie islamu. Byłby też wprowadzony
zakaz stosowania prawa szariatu i wynikających z tego norm.
– Jak rozwija się akcja prowadzonej przez Pani fundacji sprowadzania
– Sprowadziliśmy 173 osoby. Na tyle
dostaliśmy pozwoleń i wiz. Mamy listę
ponad 500 osób – chrześcijan z Syrii,
którzy wnioskują o pomoc i wizy. Grupa,która przyjechała, była parytetowa
– po jednej trzeciej: chrześcijan ortodoksów, rzymskich katolików i ewangelików. Z różnych parafii i kościołów.
Od każdej osoby wymagaliśmy dokumentacji chrztu i zaświadczenia od duchownego, że to są członkowie ich parafii i kościołów.
lerz Angela Merkel. Ich napływ z terenów ogarniętych wojną (i nietkniętych,
ale pod jej pretekstem) trwał wcześniej
- ale kumulacja była wynikiem polityki
Niemiec, narzucanej Europie. Politycy
Parlamentu Europejskiego i innych instytucji unijnych usiłują - zgodnie z życzeniem Niemiec - narzucić nam przyjmowanie kontyngentów tych arabskich
przybyszów do naszych krajów, miast.
Wśród ponad miliona migrantów są autentyczni uchodźcy wojenni, lecz prawdopodobnie stanowią poniżej 10 proc.!
Szczytem skretynienia europejskich polityków jest podkreślanie, że akty terroru są dziełem Arabów posiadających
obywatelstwa krajów UE - a nie nowo
przybyłych. Tak, to prawda - Salah Abdeslam to formalnie Francuz z rodziny marokańskich imigrantów. Wśród
terrorystów samobójców, którymi do-
wodził w Paryżu, trafili się posiadacze
paszportów syryjskich, ale przeważali
ludzie tacy jak on - wychowani, a nawet
urodzeni w arabskich dzielnicach miast
Francji i Belgii. Podobnie było z zamachowcami w Londynie - islamskimi fanatykami imigranckiego pochodzenia.
Jaki jednak z tego wniosek? Unijni idioci żądają z tego powodu większego zaufania do nowo przybyłych
rzesz arabskich muzułmanów. Tymczasem każdy normalny człowiek wyciąga z tego faktu prawdę. Brzmi ona:
nie wolno nam przyjmować tych ludzi
do naszych społeczeństw i pozwalać
się osiedlać na naszym kontynencie
- bo nawet jeśli nie oni, to ich dzieci
zrodzone w powstających muzułmańskich enklawach będą zabijać nas i nasze dzieci. Aż do ostatecznego podboju
Właśnie dokonano kolejnych aktów
islamskiego terroryzmu. Tym razem
w Brukseli - centrum organów Unii Europejskiej. Wybuchły bomby na brukselskim lotnisku i na stacji metra, w pobliżu unijnych obiektów. Raptem dzień
przed atakiem belgijska policja ujęła dowódcę terrorystów, którzy dokonali masakry w Paryżu - Salaha Abdeslama.
Zatrzymano go po wymianie ognia w islamskiej, groźnej dla Belgów dzielnicy
Brukseli, Molenbeek. W walkę ze zbrodniarzami zaangażowane są policje krajowe - belgijska, francuska - nie żadne
instytucje unijne. Te jedynie nawołują
do przyjmowania masy arabskich imigrantów, którą bezmyślnie - lub z powodu absurdalnych przesłanek - zwabiła
swoimi deklaracjami do Europy kanc-
Nie jesteśmy skansenem
IZABELA MELIKA
CZECHOWSKA w rozmowie
z Cezarym Krysztopą
o postulacie delegalizacji
islamu: Dlaczego za
tzw. Państwa Islamskiego
mają odpowiadać
polscy muzułmanie?
– Od ilu lat Tatarzy mieszkają na ziemiach polskich?
– Początki osiedleń w Koronie sięgają wieku XIII, potem mamy wojskowe osadnictwo na Litwie dla obsadzenia warowni na granicach z państwem
krzyżackim. I przez wszystkie te wieki
islam i chrześcijaństwo współistniało na
ziemiach Rzeczypospolitej bez żadnych
konfliktów. Wcale nie dlatego, że byliśmy i jesteśmy mniejszością i musieliśmy się bać. Po prostu nie było o co się
kłócić, bo zarówno jedna, jak i druga religia nie są ze sobą sprzeczne w głównych założeniach, jak to chcą przedstawiać obecnie niektórzy.
– Czy pomiędzy Polakami a Tatarami
występują konflikty na tle religijnym?
– Nie. Tatarzy od początku mieli gwarancję zachowania swojego wyznania
i choć istniały oczywiście próby chrystianizacji, to nigdy nie przybierały one
jakiejkolwiek formy opresyjnej. Jedynie jeńcy wojenni byli nawracani i do
dziś również ich potomkowie mieszkają
w Polsce. Tatarzy jako jedyna mniejszość
wyznaniowa i etniczna mieli w polskiej
armii swoje własne oddziały z własnymi duchownymi. Pamiętajmy, że Polska zawsze była wielowyznaniowa i nie
istniały tu na tle religijnym konflikty.
– Jakieś istniały, ale rzeczywiście
mniejsze niż gdzie indziej w Europie.
Czy polscy Tatarzy czują się Polakami?
– Oczywiście, że Tatarzy mieszkający w Polsce czują się Polakami. Tatarzy
to mniejszość etniczna, którą wyróżnia
wyznanie. Nie trzeba chyba przypominać, w jakim celu zostali sprowadzeni ani jakie zasługi ponieśli dla obrony
tego kraju. Czy tak się broni obcego?
Jesteśmy Polakami, porozumiewamy
się polszczyzną, dzieci uczymy patriotyzmu, jedynie inną drogą zmierzamy
do tego samego zresztą Boga.
– Jak traktują polskich Tatarów wyznawcy islamu w wersji bliskowschodniej?
– Tu dotykamy kwestii, która dla wielu jest argumentem na to, że rzekomo
islam Tatarów nie jest prawdziwy, tylko zniekształcony przez wielowiekowe
sąsiedztwo chrześcijan. To jednak nieprawda. Oczywiście, Tatarom wielu muzułmanów zarzucało i zarzuca, że nie
stosują się do pewnych reguł i zasad.
Prawda jednak jest bardziej złożona, bo
islam wszędzie, gdzie się pojawiał, nakładał się na istniejący wcześniej obyczaj. Przede wszystkim nie można mówić jedynie o Bliskim Wschodzie, bo
islam to również Azja Centralna i kraje
Maghrebu, czyli północna Afryka. Inne
poglądy i obyczaje będzie prezentował
Pasztun z Afganistanu lub Pakistanu,
inne Nubijczyk z Egiptu, a inne Tatar
z Polski, Krymu albo Tatarstanu.
Islam jest jeden, ale różne są obyczaje panujące na danym terenie. To
dlatego w północnej Afryce nie można
zwalczyć obrzezania kobiet, które nie
ma nic wspólnego z religią, a jest niestety obyczajem występującym wśród
wielu ludów Afryki, ale również Ameryki Południowej, państw Azji Południowo-Wschodniej z regionu Jawy,
Borneo, Nowej Gwinei i Australii oraz
wysp Pacyfiku. I o tym się nigdy nie
mówi w kontekście istnienia tego zjawiska. Walka z tym procederem jest
trudna, skoro o obrzezaniu córek decyduje matka, sama również w dzieciństwie obrzezana. A co do traktowania
nas przez przybyszów z państw arabskich, bo chyba tak powinniśmy to ująć,
to trzeba przyznać, że wielu z nich przyjeżdżało i dopiero w Polsce lub w ogóle
w Europie uczyło się, że nie wszystko,
co uważali za muzułmańskie, rzeczywiście takie jest. Krytykowali Tatarki, że nie noszą chust (nie ma takiego
wymogu i nie można noszenia ich nakazać), dziwili się, że kobiety podróżują same, pracują, nierzadko utrzymują
rodziny, a przecież islam tego absolutnie nie zabrania. Wystarczy przypomnieć, że pierwsza żona Proroka była
wdową, zajmowała się samodzielnie
handlem, wysyłała karawany kupieckie – mówiąc językiem naszych czasów,
prowadziła dobrze prosperującą firmę
zajmującą się handlem międzynarodowym. Z pewnością nie była zależna od
męża i nikt nie zabraniał jej pracować.
Nasi bracia zapominali często, że człowiek nie ma prawa oceniać drugiego
człowieka, a gdy widzi, że ktoś popełnia błąd z niewiedzy, to jest zobowiązany pomóc i uczyć. Oczywiście, że
Tatarzy nie znali arabskiego, wymowa stosowana w modlitwie była zniekształcona akcentem z Kresów, ale to
na szczęście dla wielu prawych i światłych ludzi stamtąd było powodem do
pomocy i np. zaangażowania się w naukę modlitwy prowadzonej wśród dzieci tatarskich. Dziś mamy już swoich nauczycieli religii.
– Czy ma Pani poczucie, że islam odbiera Pani prawa jako kobiecie?
– Absolutnie nie. Islam nie odbiera
mi żadnych praw. Co najwyżej, gdybym
była np. Pasztunką, to z racji plemiennych tradycji i obyczajów musiałabym
chodzić w burce. To nie islam.
Niedawno przeczytałam wywiad z Miriam Shaded, która opowiadała, w jaki
sposób traktowana była przez ojca, który wszystkiego jej zabraniał, wszystko
kontrolował. A działo się to w rodzinie
chrześcijańskiego pastora na polskiej
ziemi, a nie w sercu pustyni.
Jestem samodzielna, niezależna finansowo, islam mnie nie ogranicza,
bo jego nakazy przyjmuję dobrowolnie. Wyznawcy judaizmu i chrześcijanie też mają swoje obowiązki wobec
Boga i wspólnoty. A proszę mi wierzyć, że obowiązki wiernego wynikające z nakazów judaizmu o wiele bar-
dziej ograniczają kobiety. Przestańcie
wszyscy wyzwalać nas, muzułmanki,
na siłę i wbrew woli. Oczywiście, nie
mówię tu o wynaturzeniach, jakie dzieją
się za sprawą członków Daesh (nazwa
Państwa Islamskiego – red.), to zupełnie inna kwestia.
– Co Pani sądzi o postulacie Miriam
Shaded – delegalizacji islamu?
– No cóż... chciałoby się skwitować
to wszystko, co mówi, stwierdzeniem,
że jest to stek bzdur i nie warto sobie
łamać głowy nad próbami zrozumienia, o co chodzi. Ta pani próbuje wypłynąć w polityce, więc rzuca chwytliwe hasła. Bo nie ma nic łatwiejszego
niż wzbudzić w ludziach strach graniczący z histerią, a w końcu zasiać nienawiść. Tym bardziej, że aura, delikatnie mówiąc, obecnie muzułmanom nie
sprzyja i przyznać muszę, że na ten zły
wizerunek mają wpływ działania tych,
którzy za muzułmanów się podają. Zawsze mówię, że żadna religia nie uczy
zła i przemocy i nie lubię krytykować
żadnego wyznania. To ludzie tworzą
pryzmat, przez który postrzegana jest
cała wspólnota. Niestety, paradoksalnie, bytem najbardziej bezbronnym jest
Bóg, ponieważ nie ma żadnej możliwości tu i teraz bronić swojego przesłania,
aby go nie zniekształcano i na siłę nie
dostosowywano do ludzkiej ideologii.
A co do delegalizacji islamu – nie bardzo wiem, czemu ma to służyć akurat
w Polsce. W różnych miejscach i przy
różnych okazjach Shaded powtarza
pewne wyuczone stwierdzenia. Powołuje się na konstytucję, manipuluje Koranem, stosuje zabiegi socjotechniczne
używane podczas indoktrynacji rekrutów przez Daesh. Na przykład w dyskusji z p. Legierskim podała jako przykład
ajat 17 z VIII sury Koranu: „To nie wy
ich zabijaliście, lecz Bóg ich zabijał”, co
miało stanowić potwierdzenie, że Koran usprawiedliwia, a nawet nakazuje
zabójstwo. Tymczasem werset ten został wyrwany z kontekstu i wystarczy
przeczytać poprzedni, by wiedzieć, że
całość mówi o zakazie „odwracania się
plecami”, czyli uciekania przed atakującym wrogiem, z nakazem podjęcia
walki w obronie. Ale ponieważ w Koranie odebranie życia drugiemu człowiekowi jest ciężkim grzechem, dlatego
tych, którzy się przed tym wzbraniają,
trzeba przekonać, że Bóg tego od nich
oczekuje i zabicie wroga w walce nie
Nie bez znaczenia jest też kontekst
historyczny tej sury, ale to już inna historia. Tak czy inaczej pani Miriam Shaded ewidentnie manipuluje słuchaczem,
bo po pierwsze mało jest takich, którzy natychmiast sprawdzą w Koranie,
jak to rzeczywiście jest, a po drugie,
gdy w studiu nie ma rozmówcy z drugiej strony barykady, który może to na
bieżąco zweryfikować, wówczas zadanie ma ułatwione.
Druga rzecz to jej powoływanie się
z uporem maniaka na art. 13 konstytucji, który gwarantuje wolność, a islam
jest z nim rzekomo sprzeczny, bo wolność swoim wyznawcom odbiera, a co
najmniej ogranicza i przede wszystkim
źle traktuje kobiety. Potem ukazuje się
wywiad w numerze 10 „Wprost”, w którym Miriam opowiada o swojej rodzinie – przypomnę, że chrześcijańskiej.
A na pytanie, czy ojciec opowiadał jej,
jak wyglądało życie w Syrii, z rozbrajającą szczerością odpowiada: „Trochę.
Rozumiem jednak tę kulturę, bo wiem,
jak on się ze mną obchodził. W domu
panował patriarchat, musiałam prosić
o pozwolenie w najdrobniejszych sprawach, cała chodziłam zakryta”. Powstaje więc pytanie: kto odbierał wolność
jej jako kobiecie? Przecież nie islam.
Tak naprawdę to znowu dochodzimy
do obyczajów starych, sprzed ery islamu, które zostały m.in. w Syrii zachowane niezależnie od przyjętej religii. I nie ma żadnej różnicy między
zachowaniem i mentalnością muzułmanina lub chrześcijanina wychowanego na Bliskim Wschodzie. Pani Shaded nie rozumie tej kultury wcale, jak
również nie zna tej religii. Za to z iście
chrześcijańskim miłosierdziem nawołuje do delegalizacji np. polskich Tatarów – posuwa się nawet do nazywania ich zaledwie sektą oraz odmawia
pomocy uchodźcom muzułmańskim
DWUGŁOS NA TEMAT ISLAMU 23
24 SPOŁECZEŃSTWO
| POLSCY TATARZY
– mówię o tych rzeczywiście uciekających przed Daesh. Tym samym przeczy
czemuś takiemu jak obrona praw człowieka, bo ta nie zna barier religijnych
Co ma dać delegalizacja islamu w Polsce? Komu on dziś szkodzi? Ukazał się
np. anons o strzelaninie w Paryżu. Nie
podano żadnej informacji na temat
sprawców, ale 141 osób piszących komentarze pod tekstem nie miało wątpliwości, że z pewnością byli to muzułmanie, najlepiej uchodźcy. I nie pojawił
się żaden głos, że nie mają racji. Nie było
też sprostowania redakcji, nie podano,
kto za zamachem stoi, choć jestem przekonana, że było to w serwisach informacyjnych. Celowe działanie mające na
celu skłócić ludzi i zasiać niepokój. Manipulacja, która może źle się skończyć.
A co będzie po hipotetycznej delegalizacji? Muzułmanie będą musieli opuścić
kraj, bo staną się nielegalni? Przedtem
zmienimy konstytucję? W Niemczech
nie będzie dochodziło do gwałtów?
Daesh zaniknie, a we Francji wszyscy
tak się tym przejmą, że rzucą się sobie
w ramiona? Jakoś nie chce mi się wierzyć, niestety.
– Proszę się nie dziwić, że kiedy
sprawcami zamachów są imigranci
z Bliskiego Wschodu, a media nazywają ich „Belgami”, ludzie tracą zaufanie
do mediów. Problem w tym, że zarówno media, jak i liberalne elity Zachodu
próbują ukryć przed obywatelami różne fakty, więc ci mają prawo być przeczuleni. A chrześcijanie są na Bliskim
Wschodzie naprawdę zabijani dlatego, że są chrześcijanami, więc emocje,
choć może podpowiadają rozwiązania
skrajne, są uzasadnione.
– Ależ właśnie dziwię się, że zbrodniarzy nie nazywa się po imieniu. Komu
i czemu ma służyć ukrywanie prawdy?
I dlaczego komuś postał w głowie pomysł karania polskich muzułmanów
za to, co robią elity zachodnie i ich media oraz zbrodniarze z Daesh? Przecież
głośno mówię, że trzeba bezwzględnie
karać za zbrodnie, niezależnie od tego,
kto jest sprawcą.
Mówi Pan o chrześcijanach zabija-
nych za wyznanie na Bliskim Wschodzie. Czy Daesh to cały Bliski Wschód?
Daesh to wynaturzenie, a ja z całą mocą
będę twierdzić, że ktoś pozwolił temu
potworowi zaistnieć i trwać. Trzeba zadać pytanie: komu i dlaczego zależy na
istnieniu Daesh? Przecież jako organizacja mają zdeponowane aktywa w bankach, ktoś kupuje od nich kradzioną
ropę naftową, z kimś handlują bronią,
ktoś szyje dla nich gustowne mundury. Czy naprawdę nie ma sposobu, by
wyciąć ten wrzód?
Łatwo przyłożyć kalkę i przenosić nienawiść z tych, którzy na nią zasługują,
na innych, którzy nie mają ze zbrodnią
nic wspólnego, ale są pod ręką. Wracając do chrześcijan na terenach Daesh –
są zabijani, ale ofiarą mordów padają
również członkowie innych wspólnot
religijnych – szyici, jazydzi. I również
za przekonania religijne. Świat mówi
A co będzie po hipotetycznej
delegalizacji islamu? Daesh
zaniknie, a we Francji wszyscy
tak się tym przejmą, że rzucą
się sobie w ramiona? Jakoś nie
chce mi się wierzyć, niestety.
jedynie o chrześcijanach, a to znaczne uproszczenie. Wszyscy to ofiary.
Wszystkich żałuję tak samo. Zbrodnia
nie ma religii, tak jak nie ma jej śmierć,
wygnanie, głód i inne tragedie. Tymczasem dookoła słyszę, że chrześcijan
trzeba ratować, a muzułmanie niech
się tam wzajemnie wybijają, najwyżej
będzie ich mniej.
Emocje, które są celowo nakręcane
i wywołują skrajne reakcje, nie są wcale
uzasadnione, bo w efekcie winę i karę
przenosi się na tych, którzy są również
krzywdzeni.
– Kiedy miały miejsce prowokacje
skierowane przeciwko polskim Tatarom, np. profanacja meczetu w Kruszynianach, większość Polaków stawała w obronie „naszych” Tatarów,
więc może radykalne postulaty Miriam
Shaded nie są realnym zagrożeniem?
– Są zagrożeniem wcale nie dlatego, że może dojść do delegalizacji mojej religii. Jakoś wciąż zachowuję wiarę w rozsądek tych, którzy rządzą tym
krajem. Ten postulat jest groźny dlatego,
że jak Pan był uprzejmy to ładnie określić – „podpowiadają rozwiązania skrajne”. Ona prawdopodobnie nie osiągnie
nic poza tym, że na ulicy ludzie o nieco
ciemniejszej karnacji, ale niekoniecznie Arabowie, będą mniej bezpieczni.
Wspomniał Pan o jednej profanacji
meczetu, ale to nie był przecież odosobniony przypadek. Świńskie łby zostały
wrzucone do domu modlitwy w Warszawie, podpalono meczet w Gdańsku.
Ma Pan nadzieję, że więcej to się nie powtórzy? Do naszych meczetów na modlitwę przychodzą również przybysze
z innych krajów. A jeśli komuś się to nie
spodoba? A może sugeruje Pan, że delegalizacja islamu nas nie obejmie, bo
„większość Polaków” stanie za nami?
Jakoś tej większości Polaków na forach
i w komentarzach nie widzę.
Boli mnie, że większość Polaków traktuje nas jak „swoich Tatarów”, czyli coś
w rodzaju skansenu, jakiejś romantycznej zaszłości historycznej rodem z dzieł
Sienkiewicza. Jednym słowem ciekawostka historyczna. A to nie jest wcale tak. Delegalizacja islamu, gdyby do
niej rzeczywiście doszło, sprawi przecież, że nie będziemy mogli wyznawać
religii, którą wyznawać chcemy, z którą
tu przyszliśmy. Jesteśmy ludźmi z krwi
i kości, tu się rodziliśmy, tu mieszkamy
i pracujemy, tu wreszcie chcemy umierać i być chowani na legalnych cmentarzach z półksiężycem i inwokacją do
Allaha na nagrobkach. Odbieranie nam
tego prawa jest niczym nieuzasadnioną dyskryminacją, która w dodatku nie
przyniesie rozwiązania ani jednego problemu z islamem, bo nie w tym kraju,
nie z tymi ludźmi ten problem zaistniał.
Chętnie stanęłabym twarzą w twarz
z Miriam Shaded, aby podyskutować
z nią na temat głównych założeń islamu, za którego znawcę się uważa,
a którego nie zna, a niewiedzę maskuje jedynie bezmyślnym operowaniem
rozerwał sumienie Polski
Kilkanaście dni temu w Warszawie
lewackie środowiska popierające aborcję przeszły ulicami miasta pod hasłem
„Aborcja w obronie życia”. Na Twitterze zaraz pojawiły się propozycje kolejnych haseł budowanych w tym duchu,
np.: głupota w obronie mądrości, banksterzy w obronie ubóstwa, totalitaryści w obronie demokracji itd. Cynizm
i odwracanie pojęć w pełnej krasie.
Jak nisko upadła zachodnia cywilizacja, wyrażając aprobatę dla mordowania najsłabszych? Szerzą się rozmaite
dewiacje, zmieniają płeć jak rękawiczki,
likwidują rodzaj męski i żeński, odlot
zupełny. Wszystko to pod patronatem
postmarksistowskich sierot ubranych
w ciuszki pseudofilozoficznych rozważań ideologów postmodernizmu. Zniszczono intelektualny porządek świata
Zachodu. O spustoszeniu duchowym
I tak mimo kolejnych kompromitacji, kolejnych tragedii, nic do nich nie
dociera. Rysują kredkami po chodniku, jak dzieci. Infantylizacja Zachodu
przekracza granice absurdu. Nie docierają do nich argumenty rozumowe, nie
słyszą świadectwa matek przeżywających wieloletnie traumy po podjęciu
decyzji o porzuceniu i zabiciu nienarodzonego dziecka. Całe lata dyskusji,
wielokrotnie powtarzane argumenty
W tej obezwładniającej Polaków bezradności „temat” życia najbardziej bezbronnych obywateli został odsunięty na
boczny tor. Funkcjonujący od początku
lat 90. „kompromis aborcyjny” uznano za najlepszy z możliwych. I pewnie wszystko pozostałoby bez zmian,
gdyby nie ten płacz dziecka. Niewielu miało odwagę podnosić ten temat
Krzyk malutkiego i bezbronnego
człowieka rozległ się jak huk dzwonu
donośnie. W szpitalu Świętej Rodziny… to brzmi jak bluźnierstwo. Decy-
zja o zbrodni, jaką jest aborcja, miała pozostać w murach tzw. szpitala.
Miała pozostać, ale coś poszło inaczej
niż zwykle. Życie okazało się silniejsze
od kłamstwa. Wiele lat zakłamywania prawdy o życiu człowieka w jego
pierwszych dniach i tygodniach istnienia legło w gruzach. To małe dziecko
wypłakało prawdę o życiu. Mądre rozważania, realistyczne argumenty nie
mogły przebić się do mediów, to krzyk
dziecka rozerwał zasłonę milczenia.
Wygląda na to, że potrzebne było
świadectwo życia, by wybudzić polskie sumienia z letargu. Mija Wielki
Tydzień. Wszyscy katolicy rozważają tajemnicę męki Jezusa Chrystusa
i zastanawiają się, czy potrzebna była
śmierć Syna Bożego. Po co ten Krzyż,
po co ta śmierć? W objawieniach św.
Faustyny Kowalskiej Jezus wielokrotnie zaprasza nas do powierzenia swego życia Jedynemu Bogu. On jest Panem życia i śmierci. Nie człowiek jest
stworzycielem, ale Bóg. Aborcjoniści
mówią, że bronią życia… Mówią.
Krzyk przeznaczonego na śmierć
dziecka obudził sumienia ludzi. Może
nawet uczestników tej zbrodni. Do tej
pory zabijane, rozrywane dzieci w łonach swoich matek nie mogły nic zrobić. Według różnych szacunków mówi
się, że w Polsce rocznie zabijanych jest
ok. 1000 dzieci. Ich płacz nie docierał
do żyjących. Ich krzyk pozostawał w łonie matki. Zabija się dzieci „w trosce
o matki”. Tylko „lekarze aborcjoniści”
i „pielęgniarki aborcjonistki” widzą
skutki swoich bezdusznych działań.
Społeczeństwo zapomniało. Do dnia,
w którym ten krzyk zabrzmiał. Ale teraz będzie trudniej zapomnieć.
Ciała abortowanych, czyli zabijanych dzieci, są kawałkowane, wyrzucane i spalane. Ciało ludzkie wyrzucane do spalarni. Czy nic to nam nie
mówi? Wciąż mamy wątpliwości, czy
to dotyka prawdziwego człowieka? Bo
niby dlaczego matka i ojciec zostali
okrzyknięci władcami i właścicielami
życia dziecka? Jak wielka pycha ogarnęła serca kobiet i mężczyzn, którzy
uznali się za stworzycieli, za panów
życia i śmierci swoich dzieci? Można
zabić, bo jest chore, powiedzą. Bo jakość życia, bo szczęście, bo inne semantyczne parawany. Bo jest ciężko chore? A czy rodzice podejmujący
taką decyzję są zdrowi? Co stało się
z ich sumieniami, że dokonują takiego „wyboru”? Jakie są skutki takiego myślenia, możemy zaobserwować
w „cywilizowanej” Holandii, Belgii,
w których obecnie szaleje aborcja i eutanazja, czyli zabijanie na życzenie,
dorosłych ludzi. Od niedawna także
nastolatków. Do zabijania nienarodzonych już się przyzwyczaili. Dzieci
milczały, nie występowały w telewizji.
Krzyk popsuł plany lewackich manipulatorów. Nie słychać w mediach zatroskanych lewicowców. Ekolodzy milczą. Życie ludzkie jest mniej warte niż
życie zwierząt? Oby ten krzyk dziecka
ze szpitala Świętej Rodziny naprawdę
obudził Polaków.
Obudźmy się. Ochrońmy najsłabszych. Ochrońmy każde życie od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci.
Nie pozwólmy, by aborcja i eutanazja
były traktowane jak coś normalnego.
Obchodzimy 1050. rocznicę chrztu Polski. Warto z tej okazji zmienić prawo
aborcyjne. Naprawdę warto.
26 ŚWIAT
| PRASA LOKALNA W NIEMCZECH
O uchodźcach dobrze
Niemieckie gazety lokalne nie piszą, że sprawcami przestępstw
są uchodźcy. W ten sposób, tłumaczą, chcą nie dopuścić do ich
dyskryminacji. Efekt jest wątpliwy.
Prasa lokalna jako pierwsza, ale
z kilkudniowym opóźnieniem, poinformowała o licznych przypadkach molestowania seksualnego kobiet w czasie zabaw sylwestrowych.
Do przestępstw popełnianych przez
uchodźców doszło w Kolonii, Hamburgu i Stuttgarcie. Policji zarzucono, że nie chciała przyjmować zgłoszeń od poszkodowanych kobiet i całą
sprawę starała się zatuszować. Jednak mniej „spektakularne” napaści
na kobiety na tle seksualnym zdarzają się cały czas. Czwartego marca
„Westfalen Blat” opisuje przypadek
napastowania seksualnego w Pade-
born. Policja poszukuje sprawcy, mężczyzny o ciemnej karnacji w wieku
około czterdziestu lat. Gazeta celowo
nie pisze, że przestępcą jest prawdopodobnie uchodźca zamieszkujący pobliski ośrodek dla azylantów.
Nie pisze, bo zgodnie z zaleceniem
Rady Prasy, organu zajmującego się
etyką mediów, nie powinna. Wedle Rady dziennikarze nie powinni podawać narodowości przestępców, „jeżeli wiąże się to z ryzykiem
dyskryminacji mniejszości narodowych”. Członek rady Manfred Proce
podkreśla: „nie ma zakazu nazywania podejrzanych, chodzi wyłącznie
o nakaz, aby informacje te pomijać,
jeżeli ryzyko dyskryminacji jest zbyt
wysokie”. W ostatnich dniach Rada
rozpatrywała postulat dziennikarzy,
aby w informacjach zacząć podawać
narodowość sprawców. Dziennikarze
wskazują, że czytelnicy oskarżają
ich o pomijanie niewygodnych faktów. Ukrywanie narodowości sprawców molestowań w czasie sylwestra
zarzuciły mediom władze Bawarii.
Rada zarzuty przemilczenia i cenzury uznała za bezzasadne i podtrzymała zalecenie, aby nie podawać narodowości sprawców przestępstw.
Przeciwko postanowieniom Rady
opowiedziała się redakcja „Saechsische Zeitung", gazety ukazującej się
w Saksonii. W odpowiedzi na uwagi
czytelników redaktor naczelny gazety Uwe Vetterick zapowiedział, że
dziennikarze w artykułach dotyczących przestępstw będą podawać narodowość przestępców.
PRASA LOKALNA W NIEMCZECH 27
Gromadzący dane statystyczne
Portal Statistica opublikował
wyniki ankiety przeprowadzonej
w 2015 roku pod tytułem: „Przed
czym Niemcy czują strach”.
Najwięcej Niemców czuje obawy
przed katastrofami naturalnymi
(53 proc). Na drugim miejscu
znalazła się obawa przed
terroryzmem (52 proc). 49 proc.
Niemców obawia się napięć
związanych z napływem
cudzoziemców oraz brakiem
Na łamach miesięcznika „Chrismon
Das evangelische Online-Magazin”
toczyła się dyskusja, czy wolno tekst
zatytułować: „Liczni Afrykanie zostali
aresztowani”. Redaktor naczelny Nils
Husman uznał, że nie można napisać takiego zdania. „Dziennikarz nie
musi opowiadać historii, jak uchodźcy uciekają z lekcji niemieckiego lub
unikają swoich opiekunów, gdyż są to
historie potwierdzające nasze uprzedzenia” – podkreśla. Przeciwnego
zdania jest Heinrich Maria Löbbers,
który na co dzień zajmuje się kulturą w „Saechsische Zeitung”: „informujemy, kiedy uchodźcy są ofiarami,
dlaczego mamy milczeć, kiedy sami
są sprawcami? Musimy wskazywać,
jak bandyci niszczą domy dla uchodźców, ale również jak uchodźcy stają
się kryminalistami”.
W Niemczech coraz częstsze stają
się przypadki podpaleń ośrodków dla
azylantów. W odróżnieniu od informacji o przestępstwach na tle seksualnym czytelnik natychmiast zostaje
powiadamiany, kto te przestępstwa
Obywatele Niemiec zbroją się
na potęgę. Gatestone Institute
wskazuje, że sklepy z bronią
notują wzrost sprzedaży broni,
gazu pieprzowego itp. o przeszło
600 procent. Niemcy zaczęli
również chętnie kupować psy
popełnia. „Maerkische Allgemeine”
przedstawia przypadek podpalenia
ośrodka w Nauen. Odpowiedzialnym
za „brunatny terror” okazał się być
lider prawicowego ugrupowania Maik
Schneider. Obok podpalenia ośrodka dla azylantów policja oskarżyła
Schneidera o podpalenie samochodu
osobowego, rzucanie butelkami z farbą w biuro partii lewicowej, szkody
spowodowane przez graffiti.
Przemoc w schroniskach
W mediach lokalnych odnotowuje
się liczne akty przemocy, do jakich
dochodzi w schroniskach dla uchodźców. Na przestrzeni ostatnich dwóch
miesięcy około dziesięciu osób pobiło się w miejscowości Hobenhausen
a trzysta siedemdziesięciu uchodźców uczestniczyło w bójce w Kassel. Liczne zamieszki miały miejsce
w Lipsku. Brało w nich udział dwustu uchodźców.
W bremeńskim radiu siódmego
marca toczyła się dyskusja na ten
temat. Jako przyczynę aktów agresji wskazano stłoczenie uchodźców
w nieprzystosowanych do mieszkania pomieszczeniach. Psycholog prof.
Ditmar Heubrock mówił: „nawet gdy
jedzie windą osiem osób, to każdy
czuje się nieswojo i patrzy pod nogi,
a nie na innych. Podobny fenomen
dotyczy schronisk. Przekraczana jest
strefa intymna, co stwarza subiektywne poczucie zagrożenia i w następstwie wywołuje agresję. W zależności od charakteru człowiek ucieka
lub dąży do konfrontacji”.
Co zrozumiałe, bójki uchodźców powodują obawy mieszkańców miejscowości, w których są osiedlani. „Saarbruecker Zeitung” czwartego marca
zapowiada przyjazd czterystu dwudziestu uchodźców do Hierschbach.
W miejscowości, na terenie byłej kopalni, wybudowano ośrodek dla azylantów. Minister spraw wewnętrznych landu podkreśla, że przyjadą
sami Syryjczycy, a więc „prawdziwi, uciekający przed wojną i terrorem uchodźcy”. Minister podkreśla,
że w ośrodku zamieszkają osoby, które „będą naszymi sąsiadami”. „Syryjczycy nie robią problemów, chcą
się uczyć i integrować” - dodaje i zapewnia: „uchodźcy są szansą dla Niemiec”. Mimo to ośrodek dla azylantów w Hierschbach ogrodzono płotem.
„Parkan postawiono nie po to, aby
oddzielić uchodźców od mieszkańców miasta, ale aby dzieci emigrantów nie wbiegały na ruchliwą ulicę”
- przekonuje minister.
W niemieckiej prasie lokalnej dominują wypowiedzi polityków rządzącej
koalicji oraz zwolenników przyjmowania emigrantów. Wynika z nich, że
Niemcy są dumni z powodu przyjmowania uchodźców. Jednocześnie patrzą z góry na tych, którzy uchodźców
przyjmować nie chcą. Na łamach „Freie Presse” pierwszego marca Georg
Mueller opisał nielegalne wycieczki
uchodźców z niemieckiego Olbernhau do czeskiego Brandov. Miasta
dzieli rzeka, przez którą przerzucono most. Burmistrz czeskiego miasta
zwrócił niemieckim sąsiadom uwagę, aby lepiej pilnowali zakwaterowanych u siebie uchodźców, którzy
wbrew prawu swobodnie wchodzą
do czeskiego miasta. W odpowiedzi
przedstawiciele niemieckich władz
powiatowych poradzili Czechowi, aby
na moście postawił znak informujący o granicy w języku arabskim, bo
uchodźcom brakuje takiej informacji w zrozumiałym dla nich języku.
W komentarzu redakcyjnym autor
artykułu stwierdził: „prawo jest po
stronie czeskiej. Azylanci nie mogą
zatrzymywać się w Czechach. Ale
oprócz aspektu prawnego istnieje
jeszcze aspekt moralny. W Czechach
żyje 3000 uciekinierów, to tak jakby nie było ich tam wcale. W Niemczech mieszka obecnie przeszło milion. Skargi z powodu przekroczenia
granicy przez kilku emigrantów pokazują, jak duża jest ich awersja i jak
mała skłonność do pomocy”.
jako Obserwator Ludowy
Henio Skwarczyński to mój przyjaciel, wariatuńcio, literat, podróżnik, antykomunista, patriota, Polak,
Amerykanin, mąż amerykańsko-litewskiej poetki Eglė Juodovalkė, brat
łata, „szlachcic z Koluszek” jak prawi tytuł jego ostatniej książki. Napisał ich zresztą kilka – zgodnie przemilczanych w post-PRL (nie mówiąc
już o krótkich historiach anglojęzycznych). Słowem – pisarz!
Ale jego pisarstwo jest formą ekspresji jego szaleńczych pomysłów
i przygód. Henia nie ma latami, a tu
nagle pojawi się niespodziewanie i jest
świetnie jak zawsze. Tylko nie zakładać na niego siodła, tylko nie starać
się w jakikolwiek sposób usystematyzować jego jestestwa. Henio zrobi
swoje i po swojemu. Nigdy konformistycznie. Zawsze wbrew radom
To Henio wymusił na Rafale Gan-Ganowiczu nagranie swych wspomnień o antykomunistycznych najemnikach; to Henio – jako aktywista
twardo antysowieckiego emigranckiego POMOSTU – wynalazł polski legion do walki w Afganistanie. I Henio
to dowcipniś; chyba największy jego
numer to udawanie żebraka pod murami Kremla. A było to za głębokiego
Breżniewa, w 1978 r. Mniej śmiesznie było, gdy zrobił dantejską scenę
w konsulacie austriackim w Monachium, gdy odmówiono jego matce
wizy, aby odwiedziła Mauthausen,
gdzie rozstrzelano brata jej męża,
żołnierza podziemia Henryka Skwarczyńskiego. Henio jest wyczulony na
wszelkie niesprawiedliwości, nie tylko
na czerwone, ale również brunatne.
Ostatnio postanowił dokopać „Die
Welt” za szkalowanie Polski i Polaków.
W tym celu współtworzył z Baronem
Inżynierem (innym zagończykiem,
obecnie na emeryturze) Tomaszem
Goetzem, Jerzym Jabłońskim i Romanem Koperskim Stowarzyszenie
Völkischer Beobachter – Obserwator
Ludowy. Nazwa pochodzi od tytułu
głównej szmaty propagandowej Hitlera. Stowarzyszenie właśnie wydało następujące oświadczenie:
„Stowarzyszenie Völkischer Beobachter (Obserwator Ludowy – People’s Observer) niniejszym przyznaje
dziennikowi „Die Welt” nagrodę Kostki Mydła za wydrukowaną aprobatę
nieskorygowanego passusu o tym, że
w czasie II wojny światowej Polacy
zabili więcej Żydów niż Niemców autorstwa pop-kulturowego autora Jana
Tomasza Grossa. Każdy może pisać
i publikować, co chce, ale w dziennikarstwie obowiązywać muszą pewne standardy. O ile autor passusu
zbłaźnił się, o tyle redakcja może
takie błazeństwo opublikować z odpowiednim komentarzem i korektą.
A tego nie było. Oryginalna kostka
mydła, z której zaczerpnęliśmy pomysł na naszą nagrodę, miała być
wyprodukowana w obozie koncentracyjnym pod Hanowerem z ludzkiego
tłuszczu, jako jedno z osiągnięć planu gospodarczego niemieckiego narodowego socjalizmu”.
Wypowiedź Grossa ziejąca postmodernistyczną pogardą dla kunsztu
tradycyjnego naukowca, przywołując
najgorsze stereotypy o „Shoah Business”, wpisuje się świetnie w kulturę
odruchowej, choć zwykle tłumionej
nienawiści do polskich „podludzi”,
którą „Die Welt” tak zwinnie potrafi podsycić i na niej zyskać zwiększonym nakładem ku radości swego
wydawcy, koncernu Axel Springer.
Opinia, że w czasie II wojny „Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców”, świetnie zgrana jest z ohydnymi uprzedzeniami grasującymi
w społeczeństwie niemieckim, któ-
re od czasu do czasu znajdują upust
publicznie. Np. niemiecki przedsiębiorca Hans Gelen zarabiający na
życie w Polsce stwierdził otwarcie:
„Zabiłbym wszystkich Polaków. Nie
miałbym problemu. Nienawidzę Polaków, naprawdę. To nie, że ich nie
lubię. Nienawidzę ich.”
Oficjalna uroczystość wręczenia
Kostki Mydła, na którą zapraszamy
laureatów z koncernu Axel Springer
i redaktorów dziennika „Die Welt”,
jak również wszelkie media, odbędzie się 30 marca 2016 r. w Chicago,
a nagłośniona będzie na całym świecie. W trakcie imprezy mamy nadzieję
pokazać niepokojącą ewolucję dziennika. Został założony w 1946 r. przez
Brytyjczyków w ramach programu
denazyfikacyjnego. Miał uczyć Niemców wolności, demokracji i godności
po upodleniu reżimem nazistowskim.
Opierać to się miało przede wszystkim
na rzetelnym informowaniu czytelników, na ich edukowaniu w prawdzie,
którą totalitaryzm zniszczył. Wiadomo: demokracja potrzebuje dobrze
wyedukowanych obywateli. Potrzebuje odtrutki od goebbelsowskiej propagandy. Ten consensus pozostawał
do niedawna właściwie nie naruszony. Jednak od jakiegoś czasu widzimy powrót starych upiorów. W pełnej krasie zaserwował je „Die Welt”
passusem o tym, że w czasie II wojny światowej „Polacy zabili więcej
Żydów niż Niemców”. Wygląda na to
jednak, że postmodernistyczne przerzucanie winy za Holocaust na Polaków jest tematem zastępczym. Jest
ucieczką od palących tematów, szczególnie kryzysu emigracyjnego, z którym Niemcy nie bardzo potrafią sobie poradzić. Oto bowiem „Die Welt”
przemilcza to, co naprawdę interesuje
czytelnika, np. popełniane ponoć przez
emigrantów bliskowschodnich i afrykańskich zbiorowe gwałty i przemoc
wobec kobiet podczas obchodów noworocznych w Kolonii. Lepiej dokopać
Polakom, oskarżyć o rzekome mordy
na Żydach, niż zająć się rzeczywistymi
problemami Niemiec i pisząc prawdę
o kryzysie emigracyjnym, odpowiednio informować czytelników.
Ponieważ „Die Welt” i inne media niemieckie, niemieckojęzyczne
i przez interesy niemieckie kontrolowane nie radzą sobie z takimi wyzwaniami, Stowarzyszenie Obser-
wator Ludowy obiecuje im w tym
pomagać i odpowiednio odznaczać
za osiągnięcia. I jako obywatele amerykańscy będziemy to nagłaśniać we
wszystkich możliwych kanałach anglojęzycznych”.
Mocne i bez kompleksów. Jak to
zwykle Henio.
Waszyngton 25 marca 2016
Prawda o Smoleńsku dzisiaj
Na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie odbyła się 18 marca konferencja „Prawda
o Smoleńsku dzisiaj. Manipulacja faktami o katastrofie smoleńskiej w mass
mediach”. Konferencję zorganizowali: Ministerstwo Obrony Narodowej,
UKSW, Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu oraz Klub Ronina. Deklarowanym
przez organizatorów celem konferencji
było przedstawienie roli sposobu przekazu medialnego i manipulacji faktami w kontekście tragedii smoleńskiej.
Program ramowy konferencji składał
się z szeregu prelekcji oraz wystąpień
członków rodzin smoleńskich: Ewy Błasik, Magdaleny Merty i Andrzeja Melaka. W prelekcji „Religia smoleńska”
o dyskursie prasy mainstreamowej dr
Hanna Karp wskazała, że każdą z rocznic smoleńskich poprzedzała negatywna kampania w mediach, skierowana
przede wszystkim przeciwko tym, którzy te rocznice na różne sposoby upamiętniali. – Katastrofa smoleńska w mediach była tematem tabu, który narażał
każdego, kto odwołuje się do pamięci
o niej, na oskarżenie o polityczne pożywianie się narodowym nieszczęściem
– oceniła dr Karp. Dopełnieniem kon-
ferencji była debata ekspercko-dziennikarska dotycząca przekazu medialnego, jego wykorzystania i umiejętności
manipulowania faktami. W debacie
udział wzięli: reżyser Maria Dłużewska oraz dziennikarze: Dorota Kania,
Michał Rachoń, Tomasz Sakiewicz oraz
Antoni Trzmiel. Michał Rachoń zaznaczył, że jedną z największych manipulacji związanych z tragedią smoleńską
była próba zastąpienia w pamięci społecznej Anny Walentynowicz Henryką
Krzywonos. Na konferencji był obecny minister obrony narodowej Antoni
| ROCZNICA TRAKTATU RYSKIEGO
Niechciana granica
95 lat temu, 18 marca 1921 roku, w Rydze podpisano traktat
pokojowy, kończący wojnę pomiędzy Polską a Republikami Rad
– Rosyjską i Ukraińską. Był to szczególny układ – żadna ze stron
nie była zadowolona, a granica, którą ustanowił, przetrwała
Granice Polski po podpisaniu traktatu ryskiego w 1921 r
Niepodległość Polski dosłownie
wykuwała się w walce. Przywrócone po ponad wieku państwo musiało
bić się o swoje granice od początku –
na zachodzie o Wielkopolskę i Śląsk
z Niemcami, na południu o Zaolzie
z Czechosłowacją oraz na wschodzie
z Ukraińcami i sowiecką Rosją. Ostatnie ze wspomnianych starć rozpoczęło się w styczniu 1919 roku, kiedy to
nowo formowane oddziały Wojska Polskiego starły się z Armią Czerwoną,
wkraczającą na tereny opuszczone
przez okupacyjne wojska niemieckie.
Z początku toczyły się przede wszystkim na terenach białoruskich – główne siły polskie w tym czasie walczyły
z Ukraińcami na Wołyniu i Podolu, zaś
bolszewickie oddziały toczyły ciężkie
boje z białymi armiami Denikina i Kołczaka. W drugiej połowie 1919 roku
zapanował nieformalny rozejm, w tym
czasie wysłannicy Naczelnika Państwa
Józefa Piłsudskiego prowadzili rokowania zarówno z czerwonymi, jak i z
białymi Rosjanami – zakończyły się
one jednak fiaskiem.
Wiosną 1920 roku wojna wybuchła
z nową siłą. Polska zawarła sojusz
z Ukraińską Republiką Ludową, zgodnie z głoszoną przez Piłsudskiego koncepcją federalistyczną. Polska ofensywa
na południu trafiła jednak w pustkę –
Rosjanie wycofali swoje siły, przygoto-
wując potężny kontratak. Na początku czerwca na południu, zaś 4 lipca
na północy Armia Czerwona przełamała polski front, w połowie sierpnia docierając pod Warszawę i Lwów.
Przez cały czas poszukiwano jednak
dyplomatycznego rozwiązania – na
polski rząd mocno w tej kwestii naciskali alianci. Niezależnie więc od armat rozmawiali również dyplomaci.
Strona sowiecka liczyła głównie na
rozstrzygnięcie zbrojne, jednak ostatecznie zgodziła się na wstępne rokowania – 11 sierpnia do Mińska przybyła
polska delegacja, 19 sierpnia Rosjanie
przedstawili swoje warunki. Były one
dla Polski wręcz druzgocące – Polska
miała zdemobilizować swoją armię
do poziomu 60 tys. ludzi, pozwolić na
utworzenie zbrojnych oddziałów milicji ludowej, wydać Rosji nadwyżki
uzbrojenia i wyposażenia wojskowego, zezwolić na swobodny przemarsz
Armii Czerwonej na zachód Europy.
Granica wschodnia Polski miała przebiegać wzdłuż linii Curzona, do tego
Rzeczpospolita miała zapłacić odszkodowania wojenne, przeznaczone rzekomo na odbudowę zniszczonych miast.
Warunki takie miały sens w wypadku,
gdyby wojska Tuchaczewskiego i Budionnego wciąż trwały w zwycięskim
pochodzie – jednak trzy dni wcześniej
Wojsko Polskie uderzyło znad Wieprza,
druzgocąc rosyjski front. Co ciekawe
– obie delegacje dyplomatyczne nie
wiedziały o tym jeszcze przez kilka
dni! Jednak Polacy i tak odrzucili rosyjskie żądania. Rokowania utknęły
ROCZNICA TRAKTATU RYSKIEGO 31
Powrócono do nich w drugiej połowie września 1920 roku, w zupełnie zmienionych warunkach – Armia
Czerwona była w pełnym odwrocie zarówno na północy, jak i na południu,
polscy dyplomaci mieli więc większą
swobodę działania. Negocjacje przeniesiono na grunt neutralny – do stolicy Łotwy. Na czele polskiej delegacji
stanęli: wiceminister spraw zagranicznych Jan Dąbski oraz Henryk Strasburger i Leon Wasilewski. Szefem delegacji sowieckiej był Adolf Joffe. Dość
szybko (oczywiście jak na standardy
dyplomatyczne) obie delegacje porozumiały się w kwestii rozejmu – podpisano go 12 października, w życie
wszedł sześć dni później. Obie armie
zatrzymały się na pozycjach zajmowanych w chwili jego zawarcia.
Już na początku rokowań doszło
ze strony polskiej do znamiennego
ustępstwa – zgodzono się, aby uczestnikiem rozmów była delegacja Ukraińskiej Republiki Rad, nie dopuszczono natomiast do stołu przedstawicieli
Ukraińskiej Republiki Ludowej – oficjalnie wciąż sojuszników Rzeczypospolitej. W delegacji polskiej dominowali bowiem przedstawiciele endecji,
która sprzeciwiała się koncepcji federalistycznej – jej planem było państwo
o charakterze narodowym, członkowie
innych niż polska narodowości mieli zostać zasymilowani. Stąd ustępliwość polskiej delegacji w dyskusjach
o granicach – Rosjanie proponowali początkowo na przykład włączenie
w skład Rzeczypospolitej Mińska i Kamieńca Podolskiego – czemu sprzeciwiła się strona polska.
Ustalona w Rydze linia graniczna
przypominała w ogólnych zarysach
tę, która istniała po drugim rozbiorze
Polski – z pewnymi odchyleniami na
korzyść RP w rejonie Łucka, Pińska
i Nowogródka. Wojsko Polskie wycofało się z zajętych terenów na wschód
od tej linii. Układ przewidywał też
wiele innych kwestii – tytułem rekompensaty za udział ziem polskich
w gospodarce cesarstwa rosyjskiego,
Rosja miała wypłacić Polsce 30 mln
rubli w złocie, nakazano wzajemną
repatriację uchodźców i jeńców. Do
Polski miały powrócić wywiezione
przed i w trakcie wojny dzieła sztuki i zabytki. Rosjanie mieli też zwrócić normalnotorowy tabor kolejowy,
ewakuowany w głąb Rosji w trakcie
wojny. Żadnego z powyższych punktów nigdy nie wykonano w pełni – do
naszego kraju powróciła jedynie część
osób, które wyraziły chęć repatriacji –
poza granicami Polski pozostało, według różnych szacunków, od 700 tysięcy do 1,5 mln Polaków. Zwrócono
jedynie nieliczne wywiezione zabytki – zaś z umówionej kwoty ZSRR nie
zapłacił nigdy ani rubla.
Pokój jako ustępstwo
18 marca 1921 roku podpisano układ
pokojowy, 16 kwietnia, po wielkich
wahaniach i z ciężkim sercem, ratyfikował go Naczelnik Państwa. Obowiązywał oficjalnie od dnia wymiany
dokumentów ratyfikacyjnych, co nastąpiło 30 kwietnia. Po zawarciu traktatu
przez Sejm przetoczyła się prawdziwa
burza – krytykowali go zgodnie, choć
z różnych stanowisk, przedstawiciele
wszystkich ugrupowań politycznych.
Wszyscy byli jednak również zgodni
w jednym – Polski nie stać było już
na długotrwałą wojnę. Pokój był ekonomiczną koniecznością.
Efekty traktatu ryskiego były dla
Rzeczypospolitej różnorakie. Z jednej
strony dawał on pokój, z drugiej niósł
wiele niebezpieczeństw. W granicach
RP pozostała kilkumilionowa grupa
mniejszości ukraińskiej i białoruskiej.
Zwłaszcza Ukraińcy odczuli traktat
jako rozbiór swojego kraju i złamanie
przez Polaków sojuszu. Naczelnik Państwa wprawdzie osobiście powiedział
do internowanych ukraińskich oficerów: „Panowie, ja was bardzo przepraszam” – ale w oczach znakomitej
większości Ukraińców Polska z sojusznika stała się po raz kolejny wrogiem.
Przez cały okres Drugiej Rzeczypospolitej ukraińskie ugrupowania politycz-
ne głosiły otwartą wrogość do państwa
polskiego – posuwając się nawet do aktów otwartego terroru – ginęli politycy
i to najwyższych szczebli, jak minister
spraw wewnętrznych, posłowie i senatorowie, żołnierze, policjanci. Nieco spokojniej było w województwach
północno-wschodnich, choć i tu pas
przygraniczny był bardzo niespokojny, grasowały tam zarówno bandy rabunkowe, jak i przerzucane z terenów
ZSRR zorganizowane oddziały dywersyjne. Sytuacja uspokoiła się nieco po
powstaniu Korpusu Ochrony Pogranicza – formacji wojskowej, choć oficjalnie podporządkowanej MSW. Żołnierze KOP bronili wschodniej granicy od
jesieni 1924 roku.
Polski rząd od początku traktował
traktat ryski zgodnie z zasadą „pacta sunt servanda” – podejście ZSRS
było jednak zupełnie różne. Bolszewicy wychodzili z założenia, że pokój ten
jest jedynie chwilowym ustępstwem
w „marszu wyzwolonego proletariatu”, podobnie jak był nim pokój brzeski zawarty przez wysłanników Lenina z cesarskimi Niemcami w marcu
1918 roku. Choć oficjalnie uznawali
jego istnienie, a nawet zawarli z Polską
kolejne traktaty (w 1932 roku podpisano pakt o nieagresji pomiędzy oboma krajami, obowiązujący do roku
1945), Polska traktowana była przez
władze sowieckie jako „okupant ludu
Białorusi i Ukrainy” oraz śmiertelny
wróg. Kres traktatowi ryskiemu położyła brutalna siła – po zawarciu paktu Ribentropp–Mołotow (zwłaszcza
jego tajnego aneksu) w Moskwie jedynie czekano na pretekst. 17 września 1939 roku o godzinie 3.00 nad
ranem wiceminister spraw zagranicznych ZSRS Władimir Potiomkin usiłował polskiemu ambasadorowi Wacławowi Grzybowskiemu wręczyć notę,
która zawierała m.in. uznanie pokoju
ryskiego za nieważny. Polski dyplomata nie przyjął owego pisma, lecz metoda faktów dokonanych okazała się
skuteczna – Armia Czerwona weszła
na polskie terytorium, a traktat ryski
de facto przeszedł do historii.
„Cierń Boga", opowiadając
o trzech ostatnich latach życia
Chrystusa, nie koncentruje
się jednak na Nim, lecz na
apostołach. Pokazuje drogę,
jaką przebyli ze Zbawicielem.
Palestyna, I w. n.e. Izraelem włada
Rzym. Mała grupa mężczyzn zaczyna
głosić nadejście nowego, znacznie potężniejszego Królestwa... Film rozpoczynają nietypowe sceny. Mateusz, celnik,
późniejszy apostoł i święty Kościoła,
idący, aby ściągnąć podatki, zostaje napadnięty przez kilku rabusiów. Z pomocą przychodzą mu rzymscy żołnierze...
Film Óscara Parra de Carrizosa, ukazując zalety i wady apostołów towarzyszących Jezusowi w ostatnich jego latach
na Ziemi, pokazuje historię Zbawienia,
która dotyczy każdego z nas. Szczególnie
sugestywne są sceny Ostatniej Wieczerzy, ukrzyżowania i realizującej się na
oczach apostołów duchowej misji Syna
Bożego, dość dalekie od powszechnych
Jest to kino kameralne, pozbawione
rozmachu i epickości. Widać, że twórcy nie mieli dużo pieniędzy. Nie znajdziemy tu tłumów statystów, spektakularnych scen masowych. Aktorzy,
którzy wcielą się w główne role, a więc
Jezusa i apostołów, nie są znani szerszej publiczności.
Jezus rozpoczął nauczanie w okolicy
Kafarnaum, na brzegu Morza Galilejskiego, zwanego też jeziorem Genezaret
lub Tyberiadzkim. Kafarnaum było kiedyś osiedlem granicznym między Galileą i Galanem, na trasie z Via Maris,
czyli drogi prowadzącej z Egiptu przez
Damaszek do Mezopotamii. Miasto to
nazwano potem drugą ojczyzną Chrystusa lub po prostu „miastem Jezusa”.
Żydowski historyk Józef Flawiusz
opisuje mieszkańców Kafarnaum jako
aktywnych uczestników walk przeciw
Rzymianom. Jednak sławę miasto zawdzięcza Jezusowi z Nazaretu. Tu też
stał dom św. Piotra i Andrzeja, w którym zazwyczaj zatrzymywał się Jezus.
Nigdzie nie dokonał on tylu cudów, co
w tym miejscu. To w tym mieście, według Ewangelii, uzdrowił opętanego,
paralityka czyli sparaliżowanego, niewiastę mającą krwotok, wskrzesił córkę
Jaira – zwierzchnika synagogi, i uzdrowił wielu chorych.
„A idąc wzdłuż wybrzeża Morza Galilejskiego, ujrzał dwu braci: Szymona, zwanego Piotrem, i Andrzeja, brata jego, którzy zarzucali sieć w morze,
Pójdźcie za mną, a zrobię was rybakami ludzi! A oni natychmiast porzucili
sieci i poszli za nim” – pisał św. Mateusz. Te wydarzenia rozpoczynają akcję filmu „Cierń Boga”. Film, chociaż
ma mankamenty, jest ciepłą opowieścią o powołaniu Dwunastu.
Zwykły-niezwykły człowiek
Ukazany jako zwykły-niezwykły człowiek Chrystus skupia wokół siebie najpierw uczniów, a za chwilę porywa tłumy. Apostołowie idą za Jezusem i w tej
wędrówce, do samego jej końca, towarzyszą im wątpliwości. Słuchają Jezusa,
ale – jak sami się przekonują – bywają niezbyt pojętnymi uczniami. Spontanicznie i jakże po ludzku przeżywają
pierwsze doświadczenia duszpasterskie.
Z czasem, widząc dokonywanie cudów,
odnajdują w Jezusie-człowieku, Boga.
Sceny kręcone w naturalnych plenerach nad Jeziorem Tyberiadzkim – w Jerozolimie czy w Kafarnaum, ale przede
wszystkim w Hiszpanii, w tym w okolicach Toledo ze względu na podobieństwo do krajobrazów z czasów Chrystusa – towarzyszą dialogom wybranym
z Ewangelii. Do opisu ewangelicznego –
zasadniczo ubogiego w szczegóły – dopowiadają fikcyjne, ale prawdopodobne
słowa i zdarzenia. Jednak to monologi
i przypowieści Jezusa oraz dialogi z jego
udziałem są najsilniejszą częścią filmu.
„Cierń Boga” to film autorski. Reżyser jest współautorem scenariusza, autorem zdjęć, sam też zajął się montażem.
Koalicja 46 organizacji, ruchów i stowarzyszeń obywatelskich, kulturalnych i społecznych ogłosiła 14 marca br.
Obywatelski Pakt na rzecz Mediów Publicznych. Jego sygnatariusze uznają, że media publiczne wymagają naprawy, ale
wypracowanej w publicznej debacie i procesie konsultacji społecznych. Przypominają: „Reformy i uspołecznienia mediów
publicznych domagamy się od
czasu krakowskiego Kongresu Kultury w 2009 roku. Powrót do idei mediów służących
obywatelom zakładał projekt
ustawy opracowany i przedsta-
Podszedł z ogromną skrupulatnością
do aspektów historycznych. Interesujące jest szczegółowe oddanie Ostatniej
Wieczerzy, choć widzowie mogą być się
zaskoczeni tym, co znalazło się na stole.
Również naczynia, jakich używają Jezus
i apostołowie w czasie posiłków, nie różnią się od oryginałów z epoki – na potrzeby produkcji wypalano je specjalnie.
To, co może się spodobać publiczności, to ukazanie zalet, ale i wad aposto-
łów. Nie brakuje w filmie momentów
humorystycznych. Apostołowie, którzy czasem się kłócą i żartują – niekiedy nawet rubasznie – z siebie i swoich
przywar, są przedstawieni w niespotykany w innych filmach o życiu Jezusa sposób.
Relacje między Jezusem i apostołami
interesują reżysera szczególnie. Apostołowie są zwykłymi, niepozbawionymi
wad ludźmi, nie grzeszącymi odwagą.
Początkowo traktują Jezusa jako kolejnego proroka, który przyniesie Żydom
wyzwolenie. – Jak wypędzisz Rzymian?
– pytają. Są zaskoczeni, gdy słyszą: –
Nie przyszedłem ich wypędzić. Bóg jest
miłosierny, poganie, którzy się nawrócą,
wejdą do Królestwa. Jak to? – pytają. –
Żydzi i nie-Żydzi w królestwie niebieskim? Dopiero z czasem dostrzegą, że
Jezus jest posłany przez Ojca, a potem
poniosą jego naukę w świat.
wiony publicznie przez Obywatelski Komitet Mediów Publicznych w 2010 roku. Projekt ten
utknął niestety w archiwach
Sejmu”. Środowisko Instytutu Spraw Obywatelskich zdecydowało, że choć sama idea
paktu bardzo nam się podoba,
jednak w obecnym kształcie
nie możemy się pod nim podpisać. Dlaczego?
Cele paktu w najbliższych latach mają małe szanse na realizację w praktyce. Odgrywają
więc rolę sztandaru. Uważamy
to za dobrą strategię długofalową. Jednocześnie nie widzimy
powodu, dla którego mielibyśmy się ograniczać wyłącznie
do reformy mediów publicznych. Skoro media komercyjne korzystają z reglamentowanych zasobów państwowych
(częstotliwości), powinny mieć
charakter publiczny, jak np.
szkoły niepubliczne mają obowiązek realizować takie same
programy jak szkoły publiczne
(a tylko sposób finansowania
Nie widzimy możliwości,
aby media publiczne po reformie zarysowanej w pakcie
zachowały znaczącą pozycję.
Np. jeżeli narzucimy mediom
publicznym wartościowe programy dla dzieci, a równolegle w kanale komercyjnym będzie reality show, to decyzję
o tym, co oglądać, podejmie
ten, który ma większą władzę, czyli rodzic. Tak więc jak
Ministerstwo Edukacji Narodowej określa programy, które mają realizować wszystkie
szkoły z pozostawieniem swobody wyboru podręczników,
tak naszym zdaniem powinien powstać organ regulujący ramy programowe wszystkich nadawców, pozostawiając
swobodę w zakresie wyboru
konkretnych programów w ramach danego pasma.
Zapisana w pakcie propozycja ograniczenia reklam w mediach publicznych docelowo
do 25 proc. jest prawdopodobnie pomysłem na przesunięcie
ogromnych środków finansowych do mediów komercyjnych
bez żadnych dodatkowych zobowiązań z ich strony. Poprzemy takie rozwiązanie, jeżeli na
media komercyjne zostaną nałożone zobowiązania do realizacji misji publicznej.
To tylko część tematów poruszanych w pakcie i stanowisku Instytutu Spraw Obywatelskich. Więcej można
przeczytać na www.inspro.
Rafał Górski – prezes
Obywatelskich (INSPRO),
społecznie zakorzenionego
think tanku, który jest
niezależny od partii
Wiele filmów zaczynało się
w podobny sposób: panorama
wielkiego miasta, potem rwane,
niezupełnie jasne dialogi, wreszcie
scena napadu na bank, kręcona
w krótkich ujęciach montowanych
w nagły sposób, podkreślający
agresywność gangsterów, brutalność
stosowanej przez nich przemocy.
W ,,Psach mafii” Johna Hillcoata widać
jeszcze profesjonalizm napastników,
wręcz wojskową organizację działań
i świetny wywiad.
Wielka bandycka rodzina
Zwraca to uwagę i widza, i oficera policji Jeffa Allena (Harrelson). Sprawność
akcji gangu nie jest przypadkowa, a polski tytuł – wbrew narzekaniom wielu
widzów – niepozbawiony sensu. Psami
bowiem nieelegancko nazywa się prawie na całym świecie stróżów prawa.
Psy mafii zatem to skorumpowani policjanci na smyczy przestępczości zorganizowanej.
Psy u Hillcoata działają na terenie
Atlanty. Obok nich drobne, lecz groźne
gangi latynoskie, chciwi dilerzy, wreszcie potężna rosyjsko-żydowska mafia,
którą rządzi, w imieniu swego osadzonego w łagrze męża Wasyla, bezwzględna, zimna Irina Własow (sic!), w świetnej interpretacji Kate Winslet.
Tytuł oryginalny również wart jest
uwagi. Potrójna dziewiątka oznacza sygnał zgłoszenia zabójstwa policjanta na
służbie. Odgrywa on w fabule Hillcoata wręcz kluczową rolę; na tym motywie w znacznej mierze opiera się dramaturgia filmu. Oczywiście, w Polsce
tytuł ,,999” wywoływałby śmiech potencjalnych odbiorców, budząc zgoła
odmienne niż w Stanach skojarzenia.
A śmiać się nie ma z czego.
,,Psy mafii” to niezwykle sprawnie zrobione kino akcji o wyważonym tempie
– chwilami zawrotnym, utrzymującym
widza w stanie ciągłego napięcia, kiedy
indziej zwalniającym, byśmy mogli nieco poznać bohaterów i scenerię, w której
działają. Kompetentna praca kamerzystów, bez formalnych popisów, dopełniona została błyskotliwym montażem
Dylana Tichenora i rytmiczną, dudniącą, niemal ogłuszającą muzyką Atticusa Rossa. Dzięki temu dostajemy obraz
ostry, wręcz agresywny, tak opracowany, byśmy mogli przerazić się rozpasaną
przemocą, a także nowoczesnością metod najpotężniejszych gangów. ,,Bandyci
się scyfryzowali” i trzeba pamiętać, ,,co
się mailuje, twittuje czy fejsuje”. Jednak realia te zaznaczone zostały niejako na marginesie, bo u Hillcoata przede
wszystkim liczy się akcja. ,,Psy mafii”
to nie fresk społeczny, nie znajdziemy
w nim analizy socjologicznej czy wnikliwego obrazu funkcjonowania zorganizowanej przestępczości. Działalność
mafii, gangów, dilerów i skorumpowanych policjantów stanowi tak naprawdę tło elektryzujących zdarzeń. Trzeba
jednak przyznać, że owo tło ekipa twórcy ,,Gangstera” przedstawia z pieczołowitością i rozmachem.
Stolica stanu Georgia ukazana została jako miasto kontrastów: z jednej
strony hipernowoczesne wieżowce,
wielopoziomowe arterie, luksusowe rezydencje szefów rosyjskiej mafii, z drugiej odrażające squaty, dzielnice biedy
i latynoskich gangów, podejrzane bary
odwiedzane przez męty i... policjantów.
Jednak te tak różniące się strefy połączone są siecią bardzo ścisłych powiązań. To one sprawiają, że wielu bandytów cieszy się bezkarnością, a ofiarami
są ci słabsi. Mniejsze rekiny w końcu zostaną pożarte przez te naprawdę duże,
żywot szczupaków będzie jeszcze krótszy, a płotki w ogóle się nie liczą. Darwinowski wydźwięk filmu podkreślony
został czarnym humorem – podwładni
Własowów działają pod szyldem dystrybucji koszernego mięsa, tyle że w furgonetkach z gwiazdą Dawida i napisami
,,koszernoje miaso” widzimy... zmasakrowane ludzkie ciała.
Jak już pisałem, narracja twórcy ,,Drogi” budzi emocje odbiorców, przede
wszystkim zaś przeraża. Owszem, nie
dowiadujemy się z ,,Triple 9” niczego
nowego o świecie przestępczym w Stanach, niemniej jeży włos na głowie widoczna w akcji filmu prawda, że gangsterzy, ,,pieprzona koszer-nostra”, jak
o rosyjsko-żydowskiej mafii mówi Jeff
Allen, brudne gliny i agenci FBI to jedna, wielka rodzina.
Brak natomiast ,,Psom” rzeczy bardzo ważnej – głównego bohatera czy
choćby kilku równorzędnych, ale wyraziście zarysowanych. I nie chodzi tu
o całe studium psychologiczne, bo film
Hillcoata nim nie jest i w żadnym momencie nam tego nie obiecuje. Chodzi
o żywych ludzi, z krwi i kości, których
losy mogłyby nas poruszyć. Niestety,
takich nie zobaczymy. Pozostaje jedynie Kate Winslet w roli carycy mafii, ale
sugestywność tej kreacji wynika przede
wszystkim z faktu, że brytyjska aktorka
osiągnęła wreszcie artystyczną dojrzałość. W rezultacie nasze zaangażowa-
nie osiąga raczej mierny poziom, choć
twórcy zrobili wiele, by wciągnąć nas
w narrację. Widz po prostu musi przejąć się bohaterami, a tu nie dostaje na
to szansy.
Pozostaje czekać na nowe dzieło australijskiego reżysera. Cztery lata temu
mogliśmy smakować stylowość ,,Gangstera” i naprawdę wzruszać się losami
protagonistów. W minionej dekadzie
poraziła nas adaptacja ,,Drogi” Cormaca McCarthy’ego. Nadzieja zatem
pozostaje. Trzeba tylko kibicować reżyserowi, skoro oglądając ,,Psy mafii”,
nie mogliśmy wykrzesać z siebie uczuć
wobec bohaterów.
,,Psy mafii”, reż.: John Hillcoat; Casey Affleck, Chiwetel
Ejiofor, Anthony Mackie, Woody Harrelson; USA 2016
Są różne definicje wiosny – astronomiczna, klimatyczna, kalendarzowa, a ja zawsze wiem, kiedy zaczyna
się naprawdę. Być może sądzicie, że
to wtedy, kiedy budzi mnie świergot
ptasząt? Nie, jako cierpiący od lat na
bezsenność nienawidzę porannego
świergotu ptasząt. Najchętniej bym
je powystrzelał. A może o nadejściu
wiosny informują mnie pierwsze promienie wschodzącego na czystym
niebie słońca? Nie, jako nocny marek zabezpieczam okna szczelnymi
żaluzjami, żeby mi nie przeszkadzały
wściekać się na świergolące od za...
rania ptaszęta.
Otóż dokładnie wiem, którego dnia
zaczyna się wiosna, ponieważ budzi
mnie potworny ból głowy wywołany
nadmiarem wydzieliny w zatokach
i nosie oraz kłopoty z oddychaniem.
Choć nie, „kłopoty” to złe słowo, właściwszym byłoby: „uczucie, jakby
ktoś wlał nam do nosa i zatok dwuskładnikowy klej epoksydowy i dla
pewności skleił dziurki nosa doskonale klejącym skórę, klejem cyjanoakrylowym”.
Lekko nie jest, ale jakoś trzeba
wstać. Maskując przed domownikami przeciekający nos, zamykam się
tego dnia na pół godziny w łazien-
ce, gdzie trąbiąc w trzech oktawach,
usiłuję pozbyć się całego tego wiosennego szczęścia z nosa i głębszych
zakamarków głowy. Poddaję się wtedy, kiedy zaczynam odnosić wrażenie, że za chwilę wydmucham sobie
mózg. Później nie jest lepiej. Śniadanie jest bez smaku, choćbym je polał
sosem chili i poprawił płynem do odrdzewiania śrub, kawa smakuje jak
destylowana woda, a miarowe pulsowanie skroni odmierza czas bardziej boleśnie niż robiłby to Big Ben,
gdybym włożył mu głowę między
wybijające pełne godziny kuranty.
Mówią: – Marudzisz Krysztopa,
zimy nie lubisz, bo za zimno, lata,
bo za gorąco, jesieni, bo za mokro, to
mógłbyś chociaż wiosnę lubić. Tyle,
że ja naprawdę próbuję, mówię sobie: „Zobacz bęcwale – słoneczko,
ptaszęta, promienie i wszystko za
darmo. Teraz może trochę kiepsko
się czujesz, ale poczujesz się lepiej
i jeszcze się tą wiosną nacieszysz”.
I rzeczywiście. W końcu boleści
ustępują. Niestety zwykle wtedy jest
już po wiośnie.
Sylwetki słynnych polskich lotników – asów I wojny światowej
i wojny z Rosją bolszewicką, przybliża wystawa „Lotnik skrzydlaty
władca świata… Sławni polscy lotnicy – bohaterowie walk o Niepodległą (1914-1945)” w Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi.
Zaprezentowano również postacie
amerykańskich pilotów 7 Eskadry
Kościuszkowskiej. Wystawę można
oglądać do końca kwietnia.
Dokonania twórcze i losy Heinricha
Tischlera i Isidora Aschheima prezentuje pierwsza w Polsce wystawa
prac artystów żydowskich międzywojennego Wrocławia „Sztuka prześladowana. Heinrich Tischler i jego
wrocławskie środowisko” we wrocławskim Muzeum Miejskim. Wspólne losy artystów, którzy w 1925 roku
założyli szkołę rysunku, przerwały
tragiczne wydarzenia nocy kryształowej, aresztowanie Tischlera i deportacja do obozu w Buchenwaldzie.
Do poznawania zjawisk fizycznych zapraszają organizatorzy interaktywnej wystawy „Eureka” w nowej siedzibie przy ul. Ściegiennego
42 w Szczecinie. Na wystawę można patrzeć jak na naukowe wesołe
miasteczko, na które składa się 80
eksponatów, m.in.: kula plazmowa,
piłka unoszona przez strumień powietrza, ogniskowany przez dużą
czaszę szept słyszalny z drugiego
końca sali, niekończący się tunel.
Tajemnice jednego z najlepszych
współczesnych rysowników można poznać na wystawie „Marcin
Bondarowicz. Strażnik tajemnic”
w Muzeum Karykatury w Warszawie.
W swoich pracach, pełnych symboliki i metafor, nawiązuje do konwencji surrealizmu. Ekspozycja czynna
36 ZWIĄZEK
na czas wykonania doraźnej czynności związkowej
Relacje pracodawcy z organizacjami związkowymi opierają się
w znacznej mierze na wzajemnych prawach i obowiązkach.
Najczęściej w różnego rodzaju interakcje z pracodawcą wchodzi
zakładowa (międzyzakładowa) organizacja związkowa. Jednak
niekiedy może zaistnieć sytuacja, w której określone uprawnienie
wobec pracodawcy wynika z faktu funkcjonowania struktur
ponadzakładowych.
Wśród uprawnień związkowych można
wskazać takie, które są w sposób oczywisty prawami danej struktury związkowej,
np. prawo do zawierania ponadzakładowego lub zakładowego układu zbiorowego
pracy czy prowadzenia sporu zbiorowego, oraz takie, które powiązane są z osobami działającymi w związku.
Do drugiej kategorii zaliczyć należy prawo do zwolnienia z obowiązku
świadczenia pracy (na dłużej lub na
czas wykonania czynności doraźnej)
oraz szczególną ochronę trwałości stosunku pracy. O możliwości korzystania z obu tych uprawnień przez działacza decyduje złożenie odpowiedniego
wniosku do pracodawcy. By taki wniosek był skuteczny, musi spełniać wymagania stawiane przez prawodawcę,
a w tym musi pochodzić od właściwego podmiotu.
przewiduje dwa rodzaje zwolnień od
pracy w związku z wykonywaniem tzw.
doraźnych czynności związkowych.
Pierwsze uregulowane jest w art. 25
ust. 2 i dotyczy czynności wynikającej
z pełnienia funkcji związkowej poza zakładem pracy, a drugie wynika z art. 31
ust. 3 i dotyczy czynności wynikającej
z funkcji związkowej (z systematyki ustawy wynika, że w tym wypadku chodzi
o funkcję na poziomie zakładowym).
Prawodawca wprost nie określa podmiotu właściwego do złożenia odpowiedniego wniosku do pracodawcy.
W szczególności należy podkreślić, że
bezpośrednio kwestia ta nie jest unormowana w rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 11 czerwca 1996 r. w sprawie trybu udzielania urlopu bezpłatnego
i zwolnień od pracy pracownikom pełniącym z wyboru funkcje w związkach
zawodowych oraz zakresu uprawnień
przysługujących pracownikom w czasie
urlopu bezpłatnego i zwolnień od pracy
(Dz.U. Nr 71, poz. 336). Akt ten określa
bowiem procedurę korzystania z urlopów bezpłatnych dla działaczy pełniących z wyboru funkcję związkową poza
zakładem pracy oraz zwolnienia z obowiązku świadczenia pracy dla członka
zarządu zakładowej organizacji związkowej na czas kadencji w tym zarządzie
(tzw. etat związkowy).
Nie mniej jednak schemat przyjęty w tym akcie wskazuje na pewną prawidłowość. Otóż w przypadku
urlopu bezpłatnego (czyli uprawnienia związanego z pełnieniem funkcji
związkowej na poziomie ponadzakładowym) wniosek taki składa „organizacja związkowa” (§ 1 ust. 1 rozporządzenia), podczas gdy w przypadku
„etatu związkowego” analogiczne
uprawnienie przysługuje zarządowi
„zakładowej organizacji związkowej”
(§ 4 ust. rozporządzenia oraz art. 31
ust. 2 ustawy związkowej). Brak użycia przymiotnika „zakładowa” oznacza, że w przypadku wniosku o urlop
bezpłatny powinien on pochodzić od
struktury wyższej niż zakładowa organizacja związkowa, a dokładniej
rzecz biorąc od tej struktury, w której
będzie pełniona dana funkcja.
Rozwiązanie takie jest pochodną założenia, że uprawnienie do urlopu bezpłatnego wykracza poza relację pracodawca – zakładowa organizacja związkowa,
a przechodzi w relację pracodawca – organizacja związkowa (czyli albo sam
związek zawodowy, albo jakaś jego wewnętrzna ponadzakładowa struktura).
Należy uznać, ze schemat taki jest uzasadniony i rozsądny.
Przenosząc powyższe uwagi na
grunt uprawnienia do zwolnienia
z obowiązku świadczenia pracy na
PRAWNIK BARBARA STEFANIAK-GNYP RADZI 37
Dr Jakub Szmit – starszy
specjalista, Zespół Prawny
KK NSZZ Solidarność.
Pomimo braku zgody zakładowych organizacji związkowych, które
przedstawiły w tym zakresie wspólne stanowisko, pracodawca wprowadził
mniej korzystne postanowienia do regulaminu wynagradzania niż
obowiązujące dotychczas. Czy powinien uzgodnić zmiany do regulaminu
wynagradzania z zakładowymi organizacjami związkowymi? Czy
w przypadku wprowadzenia do regulaminu postanowień mniej korzystnych
powinien dokonać wypowiedzeń zmieniających?
Regulamin wynagradzania jest źródłem prawa pracy
w rozumieniu art. 9 § 1 kodeksu pracy. Jeżeli u pracodawcy warunki wynagradzania za pracę i przyznawania
innych świadczeń związanych z pracą nieuregulowane są w układzie zbiorowym
pracy, to materię tę określa
Zgodnie z art. 772 § 1 k.p. do
wydania takiego regulaminu
zobowiązany jest pracodawca zatrudniający co najmniej
20 pracowników nieobjętych
zakładowym układem zbiorowym pracy ani ponadzakładowym układem zbiorowym pracy.
ustala pracodawca samodzielnie, jeżeli w zakładzie pracy nie działa zakładowa organizacja związkowa. Jeżeli
jednak u pracodawcy działa
taka organizacja, pracodawca zobowiązany jest uzgodnić z nią regulamin.
Jeżeli natomiast u pracodawcy działa kilka organi-
zacji związkowych, to zgodnie z art. 30 ust. 5 ustawy
jeżeli w sprawie ustalenia
organizacje związkowe albo
organizacje związkowe reprezentatywne nie przedstawią wspólnie uzgodnionego stanowiska w terminie
30 dni, decyzje w tych sprawach podejmuje pracodawca, po rozpatrzeniu odrębnych stanowisk organizacji
Reprezentatywną zakładową organizacją związkową
jest organizacja związkowa:
będąca jednostką organizacyjną albo organizacją członkowską ponadzakładowej organizacji związkowej uznanej
za reprezentatywną na podstawie art. 24117 § 1 pkt 1k.p.,
pod warunkiem, że zrzesza
ona co najmniej 7 proc. pracowników zatrudnionych
u pracodawcy lub zrzeszająca
co najmniej 10 proc. pracowników zatrudnionych u pracodawcy.
Jeżeli żadna z zakładowych
organizacji związkowych nie
spełnia tych wymogów, reprezentatywną zakładową
organizacją związkową jest
organizacja zrzeszająca największą liczbę pracowników.
Przy ustalaniu liczby pracowników zrzeszonych w zakładowej organizacji związkowej uwzględnia się wyłącznie
pracowników należących do
tej organizacji przez okres co
najmniej 6 miesięcy przed
przystąpieniem do rokowań
w sprawie zawarcia układu
zakładowego. Gdy pracownik należy do kilku zakładowych organizacji związkowych, uwzględniony może
być tylko jako członek jednej wskazanej przez niego
organizacji związkowej ( art.
24125a k.p.).
Sąd Najwyższy w wyroku
(I PK 83/11 ) wskazuje: „Regulamin wynagradzania
wydany przez pracodawcę
bez wymaganego uzgodnienia z zakładową orga-
czas wykonania doraźnej
czynności związkowej, trudno znaleźć argumenty za
odrzuceniem powyższego
sposobu myślenia. W konsekwencji należałoby uznać,
że wniosek o zwolnienie
z pracy w okolicznościach
wskazanych w art. 25 ust.
2 powinien pochodzić od
tej struktury związkowej,
która organizuje taką czynność (np. zarząd regionu lub
rada sekretariatu), zaś zarząd zakładowej organizacji związkowej będzie właściwy do złożenia wniosku,
o którym mowa w art. 31
Warto jeszcze przytoczyć
w tym miejscu fragment komentarza do art. 25 ustawy
związkowej, z którego wynika podobny wniosek: „O tym,
czy konkretna czynność ma
charakter doraźny, a zatem
nie może być wykonana
w wolnym od pracy czasie,
decyduje statutowy organ
ponadzakładowej organizacji związkowej. Odmienna
interpretacja skutkowałaby
tym, że omawiane uprawnienie miałoby wyłącznie iluzoryczny charakter. W celu
skorzystania z uprawnienia przewidzianego w art.
25 ust. 2 u. o z.z. organ ten
winien skierować do pracodawcy szczegółowo uzasadniony wniosek. Powinien on
zostać złożony w odpowiednim czasie, żeby zwolnienie
od pracy działacza związkowego nie zdezorganizowało
jej przebiegu.” (K.W. Baran,
Zbiorowe prawo pracy. Komentarz, Warszawa 2010,
38 PRAWNIK BARBARA STEFANIAK-GNYP RADZI
nizacją związkową bądź
z zakładowymi organizacjami związkowymi nie ma
mocy wiążącej i nie może
wejść w życie. Użyte w art.
30 ust. 5 ustawy z 1991 r.
sformułowanie: „wspólnie uzgodnionego stanowiska” oznacza, iż chodzi
w nim o zgodne stanowisko
ustalone uprzednio przez
zakładowych organizacji
związkowych albo przynajmniej organizacji reprezentatywnych, tożsame co do
treści i zawarte w jednym
piśmie adresowanym do
pracodawcy, a nie o stanowiska odrębnie i samodzielnie zajęte przez poszczególne organizacje związkowe”.
Podobnie orzekł SN w wyroku z dnia 12 lutego 2004 r.
( I PK 349/03 ), w którym
stwierdza: „ Regulamin wynagradzania nie może wejść
w życie bez uzgodnienia
z organizacją związkową
działającą u pracodawcy.
Jeżeli u pracodawcy działa
więcej niż jedna organizacja
związkowa, stosuje się art.
30 ust. 5 ustawy z dnia 23
maja 1991 r. o związkach
zawodowych. Oznacza to,
że jeśli organizacje związkowe przedstawią wspólne,
negatywne stanowisko, to
nie może być przez pracodawcę ustalony”.
wynagradzania następuje w takim samym trybie,
jak jego ustalenie i uzyskuje
moc obowiązującą po upływie 14 dni od daty podania nowego regulaminu do
Korzystniejsze postanowienia regulaminu zastępują
z dniem jego wejścia w życie dotychczasowe warunki umowy o pracę bez konieczności dokonywania
przez pracodawcę , tj. wypowiedzeń zmieniających.
Jeśli regulamin wynagradzania zawiera postanowienia mniej korzystne
od dotychczasowych warunków zatrudnienia, wprowadzenie ich w życie wymaga
zmiany treści umów o pracę w drodze wypowiedzenia warunków pracy i płacy. Samo wejście w życie
nie oznacza wprowadzenia
mniej korzystnych postanowień z mocy prawa.
W przypadku konieczności wprowadzenia do umów
o pracę, za pomocą wypowiedzenia zmieniającego,
postanowień mniej korzystnych nie stosuje się ograniczeń dopuszczalności zmiany treści stosunku pracy, tj.
np. przepisów o szczególnej
ochronie trwałości stosunku pracy. W przypadku nie
dokonania przez pracodawcę
wypowiedzeń zmieniających
za zasadne zostaną uznane roszczenia pracowników
o wypłatę świadczeń w dotychczasowej wysokości.
1. Ust awa z d n ia
26.06.1974 r. - Kodeks pracy (Dz. U. z 2014 r. Nr 1502),
2. Ustawa z dnia 23 maja
1991 r. o związkach zawodowych ( Dz.U. z 2015 r. Nr
„Uprzejmie informuję, że obniżamy państwu
abonament za telefon stacjonarny” –
prezentowali swoją ofertę konsultanci
spółki Novum. Rozmowę prowadzili w taki
sposób, aby klient myślał, że dzwoni jego
dotychczasowy operator, dlatego zgadzał
się na nowe warunki. A potem, niestety,
ponosił konsekwencje finansowe. Na co
więc zwracać uwagę, gdy otrzymamy
telefon z ofertą sprzedaży produktu lub
Manipulacje telemarketera?
Novum to dostawca usług
telekomunikacyjnych: oferuje je, m.in. kontaktując
się z klientami telefonicznie. W trakcie postępowania
przeanalizował skargi na nich,
a także skrypty instrukcji rozmów wykorzystywane przez
konsultantów oraz nagrania
przeprowadzonych rozmów.
Pracownicy Novum dzwonili do konsumentów bez ich
wcześniejszej zgody. Tymczasem zgodnie z prawem
przedsiębiorca, który kontaktuje się z konsumentem telefonicznie dla celów marketingowych, musi wcześniej
uzyskać jego zgodę. Ponadto
analiza rozmów z abonentami wykazała, że konsultanci
Novum tak prowadzili rozmowę, aby klient był przekonany, że ofertę prezentuje
jego dotychczasowy operator.
W tym celu używali sformułowania „z nowym okresem
rozliczeniowym obniżamy na
stałe cenę abonamentu”. Informowali też, że jest to „efekt
nowej procedury”. Następnie zadawali pytania o PESEL i dane osobowe, potwierdzając później ich zgodność.
W rzeczywistości zaś wykorzystywali podawane dane do
uzupełniania formularza zamówienia usługi. Na koniec
szybko i niewyraźnie czytali
oświadczenie o rozwiązaniu
umowy z dotychczasowym
operatorem oraz w ten sam
sposób wypowiadali nazwę spółki, co
uniemożliwiało zrozumienie przekazu.
Informowali też klientów, że „Novum
jest polskim przedsiębiorcą, a Telekomunikacja Polska została wykupiona
przez francuskiego operatora”.
Na skutek tych bezprawnych działań pracowników Novum klienci podejmowali decyzję o skorzystaniu z oferty
„obniżonego abonamentu”. W praktyce
oznaczało to rozwiązanie umowy z dotychczasowym operatorem, z czym wiązały się opłaty za rezygnację z usług.
Ponadto abonenci zostali narażeni na
dodatkowe koszty w chwili, gdy po odkryciu tej manipulacji chcieli z powrotem
wrócić do poprzedniego dostawcy usług
telekomunikacyjnych. Musieli bowiem
zrezygnować z Novum i ponosić kolejne
opłaty za wcześniejsze wypowiedzenie
kontraktu. Tymczasem gdyby mieli jasne i rzetelne informacje w chwili prezentowania oferty, mogliby nie zdecydować się na zmianę operatora.
Po analizie wspomnianych działań
prezes UOKiK stwierdził, że spółka
Novum wprowadziła konsumentów
w błąd i nałożył na nią karę w wysoko-
ści ponad 481 tysięcy złotych. Ponadto przedsiębiorcy nakazano publikację
tej decyzji na swojej stronie internetowej oraz w jednym z dzienników ogólnopolskich. Praktyki zostały zaniechane. Decyzja nie jest jeszcze ostateczna,
ponieważ spółce przysługuje odwołanie do sądu.
A oto garść rad, dzięki którym łatwiej uniknąć podobnych manipulacji przez telemarketerów. Dzwoniący
do nas konsultant musi podać swoje
dane identyfikacyjne oraz dane przedsiębiorcy, w którego imieniu telefonuje. Na samym początku rozmowy ma
obowiązek poinformować nas o jej celu,
na przykład powiedzieć, że dzwoni,
by zaprezentować ofertę. Jeżeli konsultant mówi szybko i niewyraźnie,
mamy prawo poprosić o powtórzenie.
Gdy mimo to informacje przekazywane podczas rozmowy są dla nas niezrozumiałe, zrezygnujmy z niej. Gdy
nie jesteśmy pewni, czy konsultant reprezentuje naszego dotychczasowego
dostawcę usług telekomunikacyjnych,
skontaktujmy się z tym, z którym już
podpisaliśmy umowę.
Warto też wiedzieć, że zgodnie z ustawą o prawach konsumenta umowy zawierane przez telefon wymagają potwierdzenia na trwałym nośniku, na
przykład w formie papierowej. Umowa
zostaje skutecznie zawarta, jeśli oświadczenie konsumenta o akceptacji warunków zostało utrwalone na trwałym
nośniku po otrzymaniu potwierdzenia
od przedsiębiorcy. Od chwili zawarcia
umowy mamy 14 dni na odstąpienie
od niej bez podawania przyczyny: wystarczy, że złożymy przedsiębiorcy takie oświadczenie, wysyłając je pocztą.
W trakcie rozmowy telefonicznej możemy zmienić niektóre warunki umowy z dotychczasowym operatorem telekomunikacyjnym, na przykład pakiet
taryfowy. Aby jednak uniknąć nieporozumień, dostawca usług telekomunikacyjnych musi utrwalić całą rozmowę
i przechowywać ją do końca okresu obowiązywania umowy oraz udostępniać
abonentowi na jego żądanie w trakcie
postępowania reklamacyjnego. W ciągu miesiąca od dnia zlecenia zmian
przedsiębiorca musi potwierdzić konsumentowi ich zakres oraz termin ich
wprowadzenia. A my w ciągu 10 dni
od otrzymania takiego potwierdzenia
możemy od nich odstąpić, składając pisemne oświadczenie. Jednak prawo takie nie przysługuje, gdy przedsiębiorca
za naszą zgodą rozpoczął świadczenie
usług zgodnie ze zmienionymi warunkami umowy.
W razie problemów z odstąpieniem
od umowy, a także gdy padniemy ofiarą opisanych tu manipulacji, skorzystajmy z bezpłatnej porady prawnej rzecznika konsumentów w naszym miejscu
40 Z BOISK I AREN
Minuta do Rio
Polskie piłkarki ręczne nie zagrają na
igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Do awansu zabrakło im jednej minuty koncentracji.
Czwarty zespół świata za rywali
w boju o igrzyska miał zespoły Rosji,
Szwecji i Meksyku. Choć zgodnie z logiką to Polki powinny być gospodyniami
turnieju eliminacyjnego, władze światowego handballa przyznały jednak
prawo organizacji Rosji – co oczywiście
stawiało sborną w uprzywilejowanej sytuacji. Wiadomo było, że o dwa miejsca
premiowane awansem walczyć będą
trzy zespoły, Meksykanki bowiem prezentują znacznie niższy poziom. Również rozkład meczów nie był atutem
naszych pań – dzień po dniu grały bowiem z mocnymi rywalkami.
Rozstrzygający okazał się już pierwszy mecz turnieju. Polska i Rosja stoczyły niezwykle wyrównany bój. Pod-
opieczne Kima Rasmussena były o włos
od wygranej – na minutę przed końcem
spotkania wygrywały jedną bramką
i wypracowały sobie sytuację sam na
sam z rosyjską bramkarką. Niestety,
Monika Stachowska spudłowała z sze-
ściu metrów. Dzień później nasza drużyna musiała więc walczyć o wszystko
ze Szwecją. „Trzy Korony” na czele ze
znakomitą Isabele Gulden znalazły receptę na wygrywanie z Polkami. Przez
cały mecz kontrolowały sytuację, były
tego dnia po prostu lepsze i zasłużenie
wygrały. W tej sytuacji pewna wygrana w ostatnim meczu turnieju z Meksykiem była już dla naszych pan jedynie sposobem na otarcie łez.
Porażka w turnieju w Astrachaniu zamknęła czteroletni cykl pracy duńskiego
szkoleniowca z polską kadrą. Choć przez
ten okres Polki dwukrotnie znalazły się
w półfinałach mistrzostw świata, właśnie awans na igrzyska był zadaniem
wyznaczonym dla Rasmussena przez
zarząd ZPRP. Celu tego nie udało się
osiągnąć – lecz mimo wszystko pracę,
jaką z naszym zespołem wykonał trener, należy ocenić bardzo pozytywnie.
Przed naszą ekipą teraz kolejne zadania – walka o awans na grudniowe mistrzostwa Europy. Należy również myśleć o zmianie pokoleniowej – z kadrą
pożegna się zapewne kilka starszych
już zawodniczek (Iwona Niedźwiedź,
Karolina Siódmiak, Monika Stachowska, Kinga Grzyb, Agnieszka Jochymek). Znalezienie i wyszkolenie godnych
następczyń będzie dla całego naszego
sztabu szkoleniowego zadaniem niełatwym.
aktualnos̀ci
l Rozgrywający Bastian Schweinsteiger
doznał kontuzji prawego więzadła w kolanie podczas zgrupowania piłkarskiej
reprezentacji Niemiec. Jego występ na
Euro 2016 jest zagrożony.
l Dyrektor turnieju WTA w Indian Wells
Raymond Moore zrezygnował z funkcji
- poinformował właściciel kalifornijskiej
imprezy Larry Ellison. 69-letni działacz
z RPA wzbudził duże kontrowersje swoim niepochlebnym komentarzem na temat kobiecego tenisa.
l Po blisko 3,5 roku Agnieszka Radwańska jest znów na drugim miejscu w rankingu WTA. Liderką pozostała Serena
Williams. Na trzecie miejsce spadła natomiast Niemka Andżelika Kerber.
l Neymar został ogłoszony winnym
unikania płacenia podatków oraz defraudacji - informuje brazylijska prasa.
Zawodnik FC Barcelony będzie musiał
zapłacić 45 mln euro grzywny.
l Maciej Kot (AZS Zakopane) zdobył złoty medal w konkursie indywidualnym
mistrzostw Polski w skokach narciarskich, które odbyły się na obiekcie HS134 w Wiśle Malince. Drugi był Stefan
Hula, a trzeci Kamil Stoch (obaj Eve-nement Zakopane).
l Najwybitniejszy sprinter w historii
lekkoatletyki Usain Bolt potwierdził, że
igrzyska w Rio de Janeiro będą ostatnimi
w jego karierze. 30-letni Jamajczyk zamierza zakończyć karierę po przyszłorocznych mistrzostwach świata w Londynie.
l Zwycięzca tegorocznej edycji kolarskiego klasyku Mediolan – San Remo Arnaud
Demare (FDJ) mógł oszukiwać - informuje włoska „La Gazzetta dello Sport”.
Według relacji jego rywali, po upadku
Francuz dogonił peleton z pomocą samochodu technicznego swojej ekipy.
l Zarząd Europejskiej Konfederacji Piłki Siatkowej (CEV) zatwierdził zmiany
w formule rozgrywek Ligi Mistrzów, która
zostanie zmniejszona z 28 do 20 drużyn.
l Polski Komitet Olimpijski zwróci się
do Ministerstwa Sportu i Turystyki, Ministerstwa Finansów oraz Sejmu w sprawie zmian w ustawie hazardowej. Chodzi
o liberalizację rygorystycznych zapisów
dotyczących sponsorowania sportu przez
firmy bukmacherskie.
l Reprezentacja Polski w futsalu zremisowała 1:1 z Kazachstanem w pierwszym meczu barażowym w eliminacjach
do Mistrzostw Świata, które odbędą się
w tym roku w Kolumbii. Mecz rewanżowy odbędzie się 12 kwietnia w Ałmatach.
Masierak
Z BOISK I AREN 41
Dobra prognoza na lato
Z trzema medalami powróciła polska
reprezentacja z halowych mistrzostw
świata w lekkiej atletyce, rozegranych
w amerykańskim Portland. To wynik
lepszy od oczekiwań i dobry prognostyk
przed ważnym sezonem. Już pierwszy
dzień imprezy przyniósł nam medal.
W konkursie skoku o tyczce wystąpiło
dwóch Polaków – Robert Sobera uplasował się na szóstej pozycji, natomiast
Piotr Lisek potwierdził, że ubiegłoroczny medal na mistrzostwach świata
w Pekinie nie był dziełem przypadku. Nasz
tyczkarz w pierwszej
próbie pokonał wysokość 5,75 i wyprzedzili go jedynie Amerykanin Sam Kendricks
i Francuz Ranaud Lavillenie – ten ostatni
ustanowił rezultatem
6,02 m halowy rekord
Drugiego dnia imprezy najlepiej z naszych reprezentantów spisał się Konrad
Bukowiecki. 19-letni
kulomiot potwierdził
swój wielki talent – debiutując w imprezie tej rangi, był o krok od podium.
Rezultat 20,53 dał naszemu reprezentantowi czwartą lokatę – a medal był
bardzo blisko, bowiem w dwóch próbach Bukowieckiego kula poleciała powyżej 21 metrów – jednak nasz zawodnik nie utrzymał się w kole. Zwyciężył
Amerykanin Thomas Walsh, wynikiem 21,78 m.
Czwarty, ostatni dzień rywalizacji był
dla Polaków jeszcze bardziej udany. Kamila Lićwinko nie obroniła wprawdzie
złota sprzed dwóch lat, stoczyła jednak niezwykle wyrównany bój z liderką światowych list Hiszpanką Ruth Beitią i Amerykanką Vashiti Cunningham.
Wszystkie przeskoczyły poprzeczkę na
wysokości 1,96 m – ostatecznie wygrała reprezentantka USA, a Polka znalazła
się na trzeciej pozycji. Zamknięciem dobrego występu naszej reprezentacji była
rywalizacja sztafet. Na dystansie 4 x 400
metrów nasze panie (Ewelina Ptak, Małgorzata Hołub, Magdalena Gorzkowska
i Justyna Święty) dały się wyprzedzić jedynie drużynie amerykańskiej, zdobywając wicemistrzostwo świata.
W klasyfikacji medalowej Polska uplasowała się ostatecznie na szesnastej pozycji, wspólnie z Wielką Brytanią (zwyciężyły Stany Zjednoczone, przed Etiopią
i Francją). O wiele wyżej uplasowała się
nasza kadra w klasyfikacji punktowej –
tu Polska znalazła się na czwartej pozycji. Mając w pamięci, że w Portland
zabrakło wielu naszych największych
lekkoatletycznych gwiazd, pierwszą medalową imprezę tego roku należy uznać
za bardzo udaną. Oby podobnie było na
lipcowych mistrzostwach Europy w Amsterdamie, a przede wszystkim miesiąc
później, na olimpijskim stadionie w Rio
de Janeiro. n
dowane kilka lat temu przy szkole podstawowej. Służy ono nie tylko uczniom
– codziennie, jak na każdym Orliku zresztą, grają tam również dorośli – amatorskie zespoły z zakładów pracy, firm komunalnych, czy po prostu skrzyknięte
ad hoc. I właśnie dorośli są dla niektórych mieszkańców osiedla solą w oku.
Skarżą się oni na hałas, na to, że czasami wleci do jakiegoś ogródka niecelnie
kopnięta piłka. Ogólnie mówiąc – żyć
się nie da. I nieważne, że boisko w tym
miejscu istnieje od dziesięcioleci – zakazać i już. Uczniowie, owszem, w trakcie
lekcji mogą ewentualnie po boisku pobiegać. Ale w ciszy i bez żadnego kopania futbolówki.
Sprawa byłaby śmieszna, gdyby nie
zamieniła się w poważną. Wydawałoby się, że w drugiej dekadzie XXI wieku
nikogo nie należy przekonywać o korzyściach z uprawiania sportu. Okazuje się
jednak, że ciągle dla niektórych bieganie
za piłką jest wygłupem godnym jedynie
smarkaczy. Dorośli powinni siedzieć na
ławeczce i plotkując popijać browara. Lub
melisę na uspokojenie i ziółka na wątrobę.
Nie zazdroszczę olsztyńskiemu sędziemu konieczności wydania wyroku w tej
sprawie – może okazać się, że w oczach
niektórych mieszkańców osiedla stanie
się on zwolennikiem zakłócania świętego spokoju. A nawet może – o zgrozo
– sympatykiem sportu...
Za czasów słusznie minionych na wielu
domach można było zobaczyć tabliczki
z napisem „Zakaz gry w piłkę”. Wydawało mi się, że odeszły one do przeszłości razem z ustrojem – po raz kolejny
okazuje się jednak, że życie potrafi zaskoczyć. Za uprawianie futbolu można
u nas nawet trafić pod sąd. Jak bowiem
donosi jeden z popularnych dzienników,
mieszkańcy pewnego osiedla w Olsztynie pozwali przed oblicze Temidy władze
miasta. Poszło o Orlika - boisko, wybu-
42 ROZRYWKA
1) t yp spod ciemnej
auczyciel przy mapie
10) imię jednego
z bohaterów „Nad
rzejście piłkarza
12) k lasa jachtów
13) lwowski łobuz,
aszyna
przetłaczająca gaz
18) roślina
19) t ępa strona noża
21) porasta brzegi jezior
22) k owbojski sznur
24) statek rybacki
25) oszustwo, krętactwo
27) łódź wykonana z pnia
29) z uch, śmiałek
30) p
lac przy domu
31) p
łynny składnik krwi
32) autor powieści „Król
Maciuś Pierwszy”
33) smarowidło z apteki
1) zapaleniec, fanatyk
rugie imię
ywożenie ludzi
z miejsc zagrożonych
alma iglasta
6) olejna lub emulsyjna
raniczą z Austrią
8) złagodzenie bólu,
9) gromada zwierząt
14) szlachetność,
16) ssak padlinożerny
17) dawniej zwana
bormaszyną
20) k rzątanina, bieganina
23) mocarz
24) mała zagroda dla
25) europejski
ynastia rządząca
w Anglii w latach
28) cieszy handlowca
ADRES WYDAWCY: TYSOL Sp. z o.o., ul. Wały Piastowskie 24, 80-855 Gdańsk. Biuro w Warszawie: ul. Grójecka 186 m 613, tel./fax: (22) 882-27-81. Kolportaż: tel. (22) 882-27-89, e-mail: [email protected]; marketing tel. (22) 882-27-98
TYGODNIK SOLIDARNOŚĆ. Czasopismo NSZZ Solidarność.
Adres redakcji: ul. Grójecka 186 m 613, 02-390 Warszawa.
Tel./fax: (22) 882-27-96.
Wybór tekstów z każdego numeru „TS” na stronie: www.tygodniksolidarnosc.com
Prezes zarządu: Michał Ossowski
Wiceprezes zarządu: Dorota Ilczuk
Redaktor naczelny: Krzysztof Świątek – tel. (22) 882-08-21
Sekretarz redakcji: Ewa Zarzycka – tel. (22) 882-27-81,
Dziennikarze: tel./fax 882-27-96; Ewelina Dubińska, Iza Kozłowska, Cezary Krysztopa, Barbara Michałowska,
Michał Miłosz. Felieton i Komentarz: Ryszard Bugaj, Marek Jan Chodakiewicz, Mieczysław Gil, Rafał Górski, Paweł
Janowski, Elżbieta Morawiec, Jan Pietrzak, Stanisław Żaryn. Foto: Tomasz Gutry, Marcin Żegliński.
Stali współpracownicy: Wojciech Dudkiewicz, Alicja Dzierzbicka, Leszek Masierak, Antoni Opaliński,
Ewa Podgórska-Rakiel, Marcin Raczkowski, Jakub Szmit, Adam Zyzman.
Korekta: Ewa Banaszkiewicz. Łamanie: Andrzej Chojnacki.
Artykułów niezamówionych redakcja nie zwraca i zastrzega sobie prawo skrótów oraz zmian tytułów nadesłanych materiałów.
Wydawca: TYSOL Sp. z o.o., 80-855 Gdańsk, ul. Wały Piastowskie 24, nr konta: PEKAO SA 33124062921111000050165010. Księgowość: (22) 882-27-89. Druk: ODDI Poland Sp. z o.o., Kamień, ul. Radomska 2, 26-800 Białobrzegi.
PR E N U M E R ATA N A R O K 2 016
Prenumeratę „Tygodnika Solidarność” można zamówić na cztery sposoby:
1) „Ruch” SA na stronie www.prenumerata.ruch.com.pl, tel. 801 800 803;
2) K olporter SA na stronie www.kolporter.com.pl, tel. 801 40 40 41;
3) bezpośrednio u wydawcy „TS” – TYSOL Sp. z o.o., 02-390 W-wa,
ul. Grójecka 186, lok. 613, tel. (22) 882-27-89, e-mail:
[email protected] numer konta: Bank PEKAO SA
33124062921111000050165010. Prenumerata przyjmowana jest na
dowolny okres i w dowolnym momencie.
wersji elektronicznej przez eGazety www.egazety.pl, tel. 22 379 16 88
I kwartał – 49,40 zł;
■ II kwartał – 49,40 zł
■ I półrocze – 98,80 zł
■ III kwartał – 53,20 zł
■ IV kwartał – 46,70 zł
■ II półrocze – 99,90 zł
■ Roczna prenumerata – 198,70 zł
■ Roczna prenumerata – 190 euro
– przesyłka priorytetowa
Przy większych zamówieniach cena
podlega indywidualnej negocjacji.
Koszty wysyłki ponosi wydawca.
Kraj | fotoreportaż 43
Polacy wobec zamachu w Brukseli
fot. M. Żegliński (3)
Przed konsulatem Belgii w Gdyni
Przed ambasadą Belgii w Warszawie
Polacy wpisywali się do księgi kondolencyjnej
- Same służby nie wystarczą. Do walki z terroryzmem potrzebne jest całe społeczeństwo, które musi
informować o wszystkich podejrzanych sytuacjach
– powiedział Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „S”
po złożeniu kwiatów i zapaleniu zniczy pod Konsulatem Belgii w Gdyni. Wcześniej metropolita gdański
abp Sławoj Leszek Głódź, wspólnie z członkami Prezydium KK, odmówił krótką modlitwę za ofiary zamachów w Brukseli.
Apelujemy do osób, które przechowują materiały i akta struktur zakładowych
czy regionalnych NSZZ "Solidarność" z lat 1980-1990 o przekazywanie posiadanych
przez siebie materiałów do Archiwum KK NSZZ "Solidarność". Materiały te
uzupełnią i wzbogacą zbiory Archiwum Historycznego i przyczynią się do lepszego
udokumentowania działalności NSZZ "Solidarność". Nie możemy pozwolić,
by historia naszego Związku została zapomniana, lub pisana wyłącznie na podstawie
akt znajdujących się w archiwach innych instytucji. Nie można pisać historii NSZZ
"Solidarność" bez oryginalnych akt struktur "Solidarności". Wszystkim nam powinno
zależeć na dokumentowaniu walki o nową Polskę i godne życie. Po latach będą nas
oceniać przede wszystkim na podstawie materiałów archiwalnych. Zadbajmy więc,
aby było ich jak najwięcej, by móc w sposób rzetelny dokonać tej oceny.
Dane do kontaktu: ul. Wały Piastowskie 24, 80-855 Gdańsk
tel. +48(58)308-43-92 lub +48(58)308-44-20, e-mail: [email protected]
TSD 1030 (2015.11.05)
REGIONALNY INFORMATOR ZWIĄZKOWY
pliku pdf - Region Dolny Śląsk NSZZ Solidarność
KOLEJARZ mAŁOPOLSKI - Region Małopolski NSZZ „Solidarność”
dolnoœl¥ska - Cyfrowy Dolny Śląsk
rocznik muzułmański
Al-Islam 169