Source: http://www.home.umk.pl/~kontur/20071017.htm
Timestamp: 2020-01-20 01:00:04
Legal References Found: art. 125
 art. 19
 art. 9
 art. 9
 art. 11
 art. 13

Document Content:
10-lecie faktu prasowego
zob.: <http://swkatowice.mojeforum.net/viewtopic.php?p=4545&highlight=#4545>
Dzisiaj, 17 października 2007 r. mija dokładnie 10 lat od dnia, kiedy RZEKOMO weszła w życie tzw. konstytucja z 1997 r. Nawet trudno znaleźć dla niej wygodną w użyciu nazwę. Niby to jest konstytucja "kwietniowa" (bo uchwalona w kwietniu 1997 r.), można by też nazwać ją "majową" (bo referendum w jej sprawie odbyło się w maju 1997 r.). No, ale w Polsce te dwie nazwy już są zajęte (przez: majową z 1791 r. i kwietniową z 1935 r.). Może więc "październikowa"? Moim zdaniem najcelniej byłoby nazwać ten tekst "konstytucją Kwaśniewskiego", bo to Aleksander Kwaśniewski jako przewodniczący komisji konstytucyjnej miał niemały udział w jej przygotowaniu, a potem jako prezydent ― w dalszych etapach procesu legislacyjnego.
Jednak szkopuł w tym, że Polska ma DWIE konstytucje: tę używaną, pochodzącą sprzed 10 lat, oraz nieużywaną, ale legalną, sprzed wojny!
Dzieje się tak dlatego, że przedwojennej konstytucji nikt nigdy nie anulował. Kiedy uchwala się jakąś ustawę (nie tylko konstytucję), to ustawy wcześniejsze regulujące tę samą dziedzinę prawa należy znieść. Służą do tego tzw. przepisy derogacyjne, zwykle umieszczane na końcu ustawy właśnie uchwalanej, albo (jak to niekiedy bywało w dziejach polskiego konstytucjonalizmu) w osobnej ustawie, zatytułowanej np. tak oto: "przepisy wprowadzające konstytucję z dnia ...".
Przepis derogacyjny projektu obywatelskiego (popieranego przez AW"S" i ROP, nawet domagano się tego, aby referendum w maju 1997 r. objęło możliwość wyboru między DWOMA projektami: przygotowanym przez Kwaśniewskiego i "obywatelskim") zawierał takie odniesienie do porządku prawnego Polski Niepodległej. (O ile pamiętam, wcześniejszy o kilka lat projekt KPN również zawierał.)
Tymczasem projekt potem (w 1997 r.) uchwalony i dzisiaj uchodzący za polską konstytucję odnosi się wyłącznie do porządku powojennego. Znoszona jest "mała konstytucja" (TRZECIA już w dziejach Polski, ta z 1992 r.). Ta zaś (trzecia mała konstytucja) zniosła konstytucję tzw. Bierutowską (bardzo wielokrotnie zmienianą przedtem) czyli tę z 22 lipca 1952 r. (Ściśle mówiąc, zniosła większość niej, ale niewielkie resztki zapomniano poddać derogacji, więc z punktu widzenia uznających konstytucję Bierutowską za legalną pewne jej niedobitki NADAL pozostają[1] obecne w porządku prawnym, chociaż są nieużywane, zapomniane, a nawet trudne do ustalenia). Z kolei przy okazji ustanowienia konstytucji Bierutowskiej zniesiono DRUGĄ "małą konstytucję", tę z 1947 roku. DRUGA "mała konstytucja" zaś wyliczyła pewne artykuły Konstytucji Marcowej z 1921 r., NIE mówiąc NIC o pozostałych (nie znosząc, nie zmieniając, ani nie utrzymując w mocy).
Do Konstytucji Marcowej nie odniesiono się także NIGDY potem przy takich okazjach. Nie uczyniła tego ani Polska Ludowa, ani władze RP na wychodźstwie (ośrodek legalistyczny w Londynie), ani wreszcie władze Polski Transformowanej od czasu przekazania insygniów władzy prez. elektowi Wałęsie.
Komuniści już w tzw. Manifeście PKWN zapowiedzieli, że Konstytucję Kwietniową z 1935 r. uznają za "faszystowską", więc nic dziwnego, że ignorowali ją, ustanawiając tymczasową "małą" konstytucję w 1947 r. Ale dziwne jest to, że stojąc na gruncie Marcowej (ich mała konstytucja w sposób wyraźny odwoływała się akurat do takich przepisów Kontytucji Marcowej, które z punktu widzenia Konstytucji Kwietniowej były uchylone) nie ustosunkowali się do niej w przepisach derogacyjnych! Przez gapiostwo? Niedbalstwo? Trudno zgadnąć...
Konstytucja Kwietniowa była krytykowana przez komunistów już przed wojną, obrzucana podobnymi (do powojennych) epitetami i zarzutami. Jednym z zarzutów było to, że przy ustanawianiu Konstytucji Kwietniowej naruszono przepis art. 125 ust. 1 Konstytucji Marcowej (brakowało 6 głosów do ustawowego progu dwóch trzecich). Ów zarzut podnosiła nie tylko KPP, także np. PPS. Moim zdaniem jest to zarzut co prawda czysto FORMALNY, ale w 1935 r. Polska nie znajdowała się pod presją taką jak np. latem 1920 r. i NIE było usprawiedliwienia dla łamania prawa w celu stanowienia prawa. (Jest to tak, jak gdyby uznawać za legalne małżeństwo pomimo niezłożenia w należytej formie przysięgi małżeńskiej, i to BEZ okoliczności takiej, jak zawieranie związku "in articulo mortis", kiedy to stress jednak usprawiedliwiałby pewne niedociągniecia formalne.) Toteż, moim zdaniem, LEGALNĄ ustawą zasadniczą pozostaje w Polsce od 1921 r. Konstytucja Marcowa (ostatni raz legalnie zmieniana w 1926 r.).
Jednak nawet z punktu widzenia tych, którzy Konstytucji Kwietniowej NIE stawiają tego w/w zarzutu, można zarzucić TO SAMO (co ja zarzucam) wszystkim konstytucjom powojennym (z: 1947, 1952, 1992 i 1997 r.). Że (w takim razie) NIE anulowały Konstytucji Kwietniowej. Bowiem również do Konstytucji Kwietniowej nie odniesiono się także NIGDY potem przy takich okazjach. Nie uczyniła tego ani Polska Ludowa, ani władze RP na wychodźstwie (ośrodek legalistyczny w Londynie), ani wreszcie władze Polski Transformowanej od czasu przekazania insygniów władzy prez. elektowi Wałęsie.
Polska w relacji do swoich ustaw zasadniczych jest w sytuacji podobnej jak BIGAMISTA: ma jedną żonę prawowitą, ale "nieużywaną", oraz drugą, "używaną", ale nieprawowitą. To tak, jak gdyby mężczyzna poślubił drugą kobietę nie rozwiódłszy się z pierwszą. Tak więc wejście w życie 10 lat temu Konstytucji Kwaśniewskiego to nie jest zdarzenie prawne, a TYLKO "FAKT PRASOWY"!
Dodatkowego "smaczku" owej konstytucji z 1997 r. nadaje to, co zrobiono z wynikami referendum konstytucyjnego. Jest to jedyny tego rodzaju dokument w dziejach naszego kraju, jaki poddano milionom obywateli do przegłosowania. Wydawałoby się więc, że to nie lada zaszczyt: konstytucja, która znalazła poparcie nie tylko posła a potem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, oraz stronnictw politycznych, zaliczanych do tzw. Grubej Czwórki: SLD, UP, PSL i UW, ale także ― milionów obywateli... Jednak znaczenie tego zaszczytu jest bardzo wątpliwe.
Oto bowiem po referendum uwłaszczeniowym (tym z lutego 1996 r.; ściśle biorąc, były to DWA jednoczesne referenda, tu mam na myśli to z nich, które zarządził prez. Wałęsa) ogłoszono, że jego wynik nie jest wiążący, bo frekwencja nie przekroczyła progu 50%. Jednak po referendum konstytucyjnym (z maja 1997 r.) okazało się, że frekwencja również tego wymaganego progu nie przekroczyła. (Ściśle biorąc, do referendum zwykłego i do referendum konstytucyjnego odnosiły się przepisy z dwóch RÓŻNYCH ustaw, ale akurat pod TYM względem były ZGODNE[2]: "jeśli frekwencja przekracza połowę, to referendum jest ważne".) Mimo tego wynik uznano za wiążący!! Tak więc mamy oto paradoks: uwłaszczenie poparło WIĘCEJ[3] głosujących niż konstytucję, ale ― pomimo tego ― uwłaszczenia jak nie było, tak nie ma, zaś konstytucja ― JAKOBY ― jest... Przed uchwaleniem owej konstytucji podnoszono (a i to RZADKO[4]) kwestię derogacyjną, o której napisałem tu powyżej. Ale nawet ci, którzy w kampanii referendalnej nie szczędzili[5]
przeciwko niej bardzo emocjonalnych epitetów ("konstytuta", "bolszewicka nawałnica"; pierwszy z tych epitetów był chyba pierwotnie wylansowany przez Piłsudskiego w zastosowaniu do Konstytucji Marcowej), po referendum podwinęli ogony pod siebie i manipulacja efektami referendum zupełnie ich nie obeszła[6]. Traktują tę konstytucję jak gdyby była CAŁKOWICIE legalna, ba, nawet powołują się na nią!
Z kolei POWOŁYWANIE SIĘ na frekwencję referendalną ― albo właśnie IGNOROWANIE jej ― dzieje się ZAWSZE po myśli obozu lewicy. Tak było z uwłaszczeniem (1996), tak z konstytucją (1997) i tak z referendum wojewódzkim w sprawie doliny Rospudy (2007).
Politycy AWS byli bardzo mocni "w gębie" na temat uwłaszczenia wtedy, gdy było widać, że szanse na REALNE ziszczenie go były zerowe. W latach 1997-2001 mieli swoją szansę (włącznie z ew. odrzuceniem veta prezydenckiego) i co? I nic! Podobnie z kampanią przeciwko konstytucji Kwaśniewskiego. Bardzo mocni w gębie, gdy to nic nie kosztowało, a mogło przydać się w kampanii wyborczej, późniejszej ledwo o parę miesięcy. W kampanii o 8 lat późniejszej (tj. w 2005 r.) okazało się, że idąca po zwycięstwo wyborcze partia (= PiS) ma swój projekt konstytucji. I co? Nawet nie wspomniała o nim po objęciu władzy! Gorzej: ten projekt jest BARDZIEJ NIEŚMIAŁY niż projekty KPN oraz potem AWS + ROP! Tam też nie znosi się konstytucji przedwojennej (którąkolwiek by uznawać za legalną: Marcowej ANI Kwietniowej), tylko tę z 1997 r. To jest podtrzymywanie FIKCJI prawnej Polski Ludowej, FIKCJI legalizmu, ciągnącej się od 1947 roku, od II "małej konstytucji", ale ANI dnia (wstecz) dłużej! Tu chodzi nie tylko o symboliczne znaczenie, o poprawę naszego samopoczucia. Chodzi także[7] o nasze pieniądze!
Szkoda mi ciągłości prawnej RP na wychodźstwie! Możliwość podtrzymywania jej w warunkach braku fizycznego sprawowania władzy w kraju to NAJwiększa zaleta Konstytucji Kwietniowej z 1935 r. Z kolei konstytucje z lat 1921, 1935 i 1997 mają jedną wspólną wadę: przesądzają o tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu, co w dziejach naszego kraju skutkowało i skutkuje niekorzystnie.
Jednak najlepszym rozwiązaniem byłoby ogłosić (to jest rola władzy sądowniczej, a nie prawodawczej ani wykonawczej! ― chyba powinien[8] to uczynić Trybunał Konstytucyjny?), że Konstytucja Marcowa jest ważna. Potem z kolei uchwalić nową ustawę zasadniczą, z przepisem DEROGUJĄCYM konstytucję marcową oraz stwierdzającym (podobnie, jak uczyniono to projekcie AWS + ROP) "wygaśnięcie" późniejszych od niej aktów prawnych, aspirujących do roli ustawy zasadniczej. Należałoby tam dopisać także tę klauzulę, którą wyżej wskazałem jako największą zaletę Konstytucji Kwietniowej.
Moim osobistym zdaniem NAJlepszym materiałem (do tych dwóch przeróbek) byłby projekt[9] konstytucji, zgłoszony kilkanaście lat temu przez UPR, a napisany przez Stanisława Michalkiewicza. Krótki, przejrzysty, mający też inne[10] zalety.
[1] O tym, że nie cała konstytucja Bierutowska została w 1992 r. anulowana przez III "małą konstytucję", mówił w wywiadzie mec. Maciej Bednarkiewicz ("Wielka wpadka parlamentu", "Gazeta Polska" z 17 kwietnia 1997 r., str. 13).
[2] Odnośnie referendum zwykłego ten próg 50% frekwencji został ustanowiony przepisami art. 19 ust. 3 "małej konstytucji" (Dz. U. nr 84/1992, poz. 426), a także art. 9 ust. 1 ustawy o referendum (Dz. U. nr 99/1995, poz. 487). Odnośnie referendum konstytucyjnego ten próg 50% frekwencji został ustanowiony przepisami art. 9 ust. 1 ustawy o referendum (Dz. U. nr 99/1995, poz. 487), oraz art. 11 i art. 13 (ust. 1 i 5) ustawy o trybie uchwalenia konstytucji (Dz. U. nr 67/1992, poz. 336).
[3] 18 lutego 1996 r., przy frekwencji 32,40%, ZA uwłaszczeniem opowiedziało się 8.580.129, a PRZECIW niemu 343.197 obywateli (Dz. U. nr 22/1996 str. 709). Na tej podstawie uznano, że wynik referendum "nie jest wiążący" (tamże). 25 maja 1997 r., przy frekwencji 42,86%, ZA konstytucją opowiedziało się 6.396.641, a PRZECIW niej 5.570.493 obywateli (Dz. U. nr 75/1997, str. 2353). Na tej podstawie uznano, że referendum... "jest ważne" (Dz. U. nr 79/1997, str. 2487).
[4] O kwestii nieuchylenia konstytucji przedwojennej (przez projekt przygotowywany pod patronatem prez. Kwaśniewskiego) pisali mec. Piotr Łukasz Juliusz Andrzejewski ("Dlaczego głosowałem przeciw?", "Nasza Polska" nr 5(71) z 29 stycznia 1997 r., str. 5) oraz mec. Andrzej Rościszewski ("Konstytucyjne paradoksy", "Nasza Polska" nr 6(72) z 5 lutego 1997 r., str. 8).
[5] Rozmaite wady projektu konstytucji omówili Krzysztof Molenda i Leszek Aleksander Kołodziejczyk ("Ustawa zasadniczo zła", "Najwyższy Czas!" nr 14/1996 str. IX-X). W rok później pojawiła się w tym samym tygodniku spokojna, metodyczna krytyka autorstwa Stanisława Michalkiewicza "Kto dowodzi wojskiem?" ("Najwyższy Czas!" nr 16(366) z 19 kwietnia 1997 r., str. I i III). wysypała się lawina krytyk obfitująca także w nieżyczliwe wobec niej epitety (np.: "PRL-bis", "targowica", "pogańskie państwo wyznaniowe"), zob. np.: Stanisław Krajski "Ustawa niezasadnicza" ("Nasza Polska" nr 17(83) z 23 kwietnia 1997 r.); Tomasz Sakiewicz, "Konstytucja grubej kreski" ("Gazeta Polska" z 10 kwietnia 1997 r., str. 6), Piotr Wierzbicki "Konstytucja praktyczna" ("Gazeta Polska" z 10 kwietnia 1997 r., str. 7), Zbigniew Romaszewski "Diabeł tkwi w szczegółach" ("Gazeta Polska" z 30 kwietnia 1997 r., str. 11-14), Jan Maria Jackowski "Bezdroża konstytucji" ("Nasza Polska" nr 21(87) z 21 maja 1997 r., str. 1, 8 i 9); mec. Jan Ferdynand Olszewski "Konstytucja z PRL rodem" ("Nasza Polska" nr 21(87) z 21 maja 1997 r., str. 4 i 11).
[6] O kwestii wpływu frekwencji referendalnej na ważność referendum konstytucyjnego pisał chyba tylko red. Tomasz Sakiewicz ("Protesty »Gazety Polskiej«", "Gazeta Polska" z 4 czerwca 1997 r., str. 3).
[7] O znaczeniu ciągłości państwowo-prawnej z Polską Ludową dla dziedziczenia długów po PRL pisał prof. Mirosław Dakowski ("Konstytucja, ordynacja", "Nasza Polska" nr 15(81) z 9 kwietnia 1997 r., str. 5). O ile wiem, (niestety!) NIKT inny nie poruszył tego.
[8] O tym, jak od strony prawnej przezwyciężyć PRL-owski system prawa konstytucyjnego, pisał Wojciech Łączkowski w "Przywrócić polskie prawo" ("Nasza Polska" nr 6(72) z 5 lutego 1997 r., str. 9).
[9] Projekt St. Michalkiewicza (później ― oficjalnie projekt UPR) został opublikowany w numerach od 31(122) do 34(125) "Najwyższego Czasu" z dni: 1, 8, 15 i 22 sierpnia 1992 r.
[10] Rozmaite jego zalety przedstawił (m. in.) red. Rafał Aleksander Ziemkiewicz w "Gazecie Polskiej" z 18 sierpnia 1994 r. na str. 11.