Source: http://marcinboguslawski.blogspot.com/2015/11/
Timestamp: 2019-01-17 13:27:26
Legal References Found: Art. 25

Art. 31

Art. 33

Art. 35

Art. 53
 art. 48

Document Content:
ProjekTranswersalny: listopada 2015
KILKA SŁÓW O KSIĄŻCE BEATY STRÓŻYŃSKIEJ O SYMFONII W XVIII-WIECZNEJ POLSCE
SYMFONIA W XVIII-WIECZNEJ POLSCE. TEORIA, REPERTUAR I CECHY STYLISTYCZNE
Łódź 2015.
Książka Beaty Stróżyńskiej liczy 587 stron, składa się z sześciu rozdziałów poprzedzonych Wstępem i zamkniętych Zakończeniem.
Najmniej przekonujący wydaje mi się pierwszy podrozdział pracy zatytułowany Przemiany estetyczne i filozoficzne w kulturze europejskiej XVIII wieku a znaczenie muzyki instrumentalnej. W moim odczuciu Autorka zbyt mocno stara się znaleźć wspólny mianownik dla rozwijanych wtedy koncepcji. Jej zdaniem w filozofii XVIII wieku panuje empiryzm, przez który rozumie stanowisko mówiące, iż „najpierw postrzegamy świat zewnętrzny, a następnie zaobserwowane rzeczy i zjawiska poddajemy wewnętrznej refleksji”. Wiązać ma się z tym odwrót od tworzenia „a priori tworów idealnych, wzorców”. Zauważa, co prawda, że działalność Christiana Wolffa, twórcy racjonalistycznej filozofii szkolnej, ale dodaje zaraz, że „Dążono do zgodności świadectwa zmysłów z rozumem, który miał za zadanie nie odkrywanie wielkich prawd, ale znacznie bardziej wyjaśnianie, racjonalizowanie zaobserwowanych zjawisk”. Pisze ona także, że wiek XVIII to czas powszechnego odwrotu, a nawet negacji matematyki.
Wszystkie te twierdzenia są problematyczne, a charakterystyka szkoły Wolffa jest nawet błędna merytorycznie. Nie jest prawdą, że w filozofii XVIII wieku panuje empiryzm. Można mówić raczej o jednoczesnym rozwijaniu stanowisk empirystycznych i racjonalistycznych. Przy czym należy pamiętać o różnicach w samym podejściu do uprawiania filozofii i estetyki, które widać choćby w Szkocji, Francji czy Niemczech (a w związku z tym pamiętać także należy, że nie ma jednego oświecenia, epoka ta jest bowiem silnie zróżnicowana). Trudno mi uznać, że tradycja filozoficzna wywodząca się od Leibniza czy Wolffa jest tylko próbą racjonalizacji zaobserwowanych zjawisk, bez aspiracji do odkrywania wielkich prawd. Wolff, który podjął się próby matematyzacji filozofii pierwszej i rozwijał ontologię jako naukę o czystych możliwościach, na pewno miał i większe ambicje, i w badaniach ontologicznych nie dokonywał racjonalizacji danych doświadczenia zmysłowego. Nie jest również prawdą, że w filozofii XVIII wieku dokonuje się odwrót od matematyki. Przeczy temu choćby wspomniany Wolff, ale także Johann Heinrich Lambert, który rozwijał teorię nauki inspirowaną ideą mathesis universalis. Jasne, XVIII wiek przyniósł ważne argumenty stawiające pod znakiem zapytania ideę „uniwersalnej matematyki”, ale sytuacja, o której pisze Stróżyńska jest zdecydowanie bardziej złożona. Podrozdział ten sprawia zresztą wrażenie chaotycznego, bo mimo jasnych deklaracji co do panującego empiryzmu, Autorka pisze i o tym, że w XVIII wieku mamy do czynienia z idealizmem, i z racjonalizmem. Wspominając, że francuscy Encyklopedyści przeciwstawili się Kartezjuszowi (mieli zrezygnować z tworzenia prawd ogólnych na rzecz opisu zjawisk) przywołuje cytat z… Georga Berkeleya. Formułuje także niezrozumiałą dla mnie tezę, że „Ideał jedności wiedzy funkcjonował teraz w sensie indukcyjno-historycznym, a nie dedukcyjno-matematycznym”. Zastanawiam się, jak miałbym odnieść ją choćby do tryumfującej w tamtej dobie fizyki Newtonowskiej, czy do historiozofii Giambattisty Vico, z jego teorią dziejów jako cyklicznego procesu, z czym wiąże się koncepcja ricorso. (Swoją drogą, akurat współcześni Vica zlekceważyli jego Naukę nową, czas historiozofii nadejdzie dopiero w wieku XIX).
W dalszych częściach pracy trochę przeszkadzają mi liczne powtórzenia tego, co Autorka pisała wcześniej. Nie zawsze też korektorom udało się wyłapać niejasności. Dla przykładu o Jacku Szczurowskim Autorka pisze, że urodził się 15 sierpnia 1716 roku. A po chwili dodaje: „Nie ma pewności, czy urodził się 19 sierpnia 1718, czy też 19 sierpnia 1721 roku”. Mam też wątpliwości co do stwierdzenia, że udało się „odnaleźć” zupełnie zapomniany gatunek symfonii kościelnej. Takie sformułowanie sugeruje, że kwerendy w archiwach i badania nad tekstami teoretycznymi z epoki pozwoliły wydobyć na światło dzienne grupę utworów zupełnie wcześniej nieznanych. Faktycznie chodzi między innymi o to, że dzięki badaniom Stróżyńskiej udało się dokonać właściwej atrybucji jasnogórskich utworów pro proccesione, wcześniej znanych (praca Orłowskiej o Żebrowskim, badania Podejki...).
Tyle marudzenia. Sformułowane powyżej uwagi krytyczne nie powinny bowiem zniechęcać do lektury tej bardzo ważnej książki. Waga tej rozprawy bierze się z jej pionierskiego charakteru – to pierwsza syntetyczna monografia symfonii na ziemiach polskich w XVIII wieku. Autorka wykonała gigantyczną pracę badawczą, dzięki której mogła odejść do zadomowionych w rodzimym piśmiennictwie przekonań dotyczących życia muzycznego w Rzeczpospolitej tamtej doby. Udało jej się także uchwycić zjawisko symfonii niejako w trakcie „jej stawania się”, a nie przez pryzmat rozstrzygnięć genologicznych późniejszej teorii muzyki. W przekonujący sposób uzasadnia pogląd, że źródła symfonii tkwią we włoskiej sinfonii operowej. Z tą tradycją wiąże się także wprowadzenie do muzyki crescenda orkiestrowego, co podważa wcześniejszy pogląd przypisujący crescendo „szkole mannheimskiej” (crescendo stosował już w 1727 r. Leonardo Vinci, używał go także przed rokiem 1750 Jomelli). Stróżyńska obala także pogląd, że dominujący wpływ na polską twórczość symfoniczną mieli Haydn i Mozart, a wszelkie inne elementy winny być uznane za „dewiację” (tak pisze Alina Nowak-Romanowicz). Wyjątkowo ważne wydają mi się uwago dotyczące „narodowego” charakteru muzyki polskiej XVIII wieku. Stróżyńska zwraca przy tej okazji uwagę na dwie rzeczy.
Po pierwsze, nie ma powodów merytorycznych, by elementy folklorystyczne obecne w polskiej symfonice XVIII wieku uznawać za elementy „narodowe”. „Doszukiwanie się intencji tworzenia dzieł, które można nazwać narodowymi, w wielu przypadkach nie wydaje się uzasadnione, ponieważ rodzime utwory tego typu powstawały w dużej mierze w środowisku muzyków kościelnych, którzy często pochodzili z niższych warstw społecznych. Kształceni przez starszych kolegów z tego samego środowiska spontanicznie wplatali oni elementy folkloru do popularnego w kręgach kościelnych gatunku symfonii, traktując je jako naturalny dla nich język muzyczny, bez zastanawiania się nad tym i bez zamiaru ‘podnoszenia ducha w narodzie’. Nic nie wskazuje na to, aby myśleli o polskości. Dopiero pod koniec wieku tendencja do tworzenia dzieł w nurcie narodowym objęła także symfonię”.
Po drugie, ważną rolę w rozwoju polskiej symfoniki miał Kościół. Autorka pisze wprost o tym, że polska arystokracja niespecjalnie ceniła wykształcenie muzyczne, a także o tym, że na dworach grano w większości muzykę spoza Polski. Kapele przykościelne, ze względów finansowych, zatrudniały zazwyczaj muzyków z Polski, także pochodzenia „plebejskiego”, co przekładało się na rozwój polskiej muzyki w ramach kapeli przykościelnych. (Napływ muzyki świeckiej do kościołów był tak duży, że papież Benedykt XV wydał encyklikę Annus qui, w której przypominał, że „Muzyka kościelna winna być tak kształtowana, żeby nie brzmiała świecko, teatralnie względnie operowo”. Nie oddziałało to jednak na faktyczne życie muzyczno-kościelne).
W książce pojawiają się także wątki wolnomularskie. Stróżyńska wspomina, że masonem był Jan Dawid Holland, autor m.in. Symfonii narodowej oraz Symfonii masońskiej D-dur. Sporo miejsca poświęca Józefowi Elsnerowi, dyskutując jego pochodzenie (dziś uważa się go raczej za Ślązaka niż Niemca), zwracając uwagę na troskę, którą badanie muzyki polskiej, w tym ludowej. Pisze także, że ów „zaangażowany w krzewienie polskości w dobie zaborów” i należący „do najbardziej cenionych postaci życia muzycznego Warszawy” człowiek pracował w loży Świątynia Stałości, był także tercjarzem paulinów, kawalerem Orderu Św. Stanisława i członkiem Arcybractwa Literackiego przy warszawskiej archikatedrze św. Jana Chrzciciela.
Sumariusz Elsnera pozwala także Autorce na pokazanie, że jeszcze w połowie XIX wieku nie miało jednego i precyzyjnego znaczenia. Elsner objął tym mianem m. in. swoje koncerty na skrzypce czy polonezy, orkiestrowy i skrzypcowy. Naturalne dla nas gatunkowe rozumienie symfonii nie może być zbyt łatwo rzutowane w przeszłość. Jak pisze Autorka „Termin symfonia dotyczy w tej pracy dwóch rodzajów utworów, które są wyraźnie rozgraniczone – symfonii kameralnej i symfonii kościelnej. [..] termin symfonia kameralna jest tożsamy z dzisiejszym rozumieniem znaczenia słowa symfonia i w związku z tym może budzić pewne wątpliwości, dlatego też wymaga komentarza. Symfonia kameralna to teoretycznie utwór wpisujący się w tradycje dzieł da camera, a więc przeznaczonych do wykonania komnatowego. Jak jednak wynika z licznie zachowanych źródeł, jest to bardzo mylące pojęcie. W tej pracy określenie to jest stosowane dokładnie w tym znaczeniu, w jakim używali go XVIII-wieczni teoretycy, oznacza więc utwór charakteryzujący się budową kilkuczęściową (głównie trzy- lub czteroczęściową), przeznaczony na większą lub mniejszą obsadę, w której elementem niezbędnym jest zespół smyczkowy (który może być rozszerzany o instrumenty dęte i kotły; w przypadku starszych utworów trzeba też pamiętać o możliwości stosowania b.c., a więc także udziale instrument klawiszowego). Symfonia kameralna to pojęcie, które obejmuje szerokie spektrum utworów, od niewielkich składów aż po rozbudowaną orkiestrę […]”. Symfonia kościelna z kolei to utwór archaizujący i jednoczęściowy. Książkę kończą dwa teoretyczno-muzyczne rozdziały, w których Stróżyńska analizuje polskie symfonie kameralne i kościelne.
Autor: Marcin Maria Bogusławski o niedziela, listopada 29, 2015 Brak komentarzy:
Etykiety: MUZYKA 2015
Marszałkowie Sejmu i Senatu przebywali wczoraj na Jasnej Górze z prywatną wizytą. W jej trakcie padły ważne słowa dotyczące Polski:
„Zdaniem Marka Kuchcińskiego, rocznica stanowi okazję do ponownego uświadomienia sobie chrześcijańskich wartości, w oparciu o które powinien być także budowany porządek prawny w Polsce. – To są sprawy związane z hierarchią wartości chrześcijańskich, która nieraz była zapominana bądź niedoceniana w pracy władz ustawodawczych, co potem skutkowało nie zawsze dobrymi rozwiązaniami ustaw czy innych przepisów, w oparciu o które organizujemy życie państwa i całego narodu – powiedział marszałek Sejmu.
Zdaniem Karczewskiego, rocznica chrztu Polski będzie szansą na odnowienie świadomości narodu jako wspólnoty. – Mam to szczęście, że pamiętam Millenium Chrztu, to co działo się 50 lat temu, jak wielkie były oczekiwania Polaków na zjednoczenie Polski katolickiej. Tego zjednoczenia narodowego wtedy nie było i cieszę się, że w tej chwili ta wspólnota narodowa jest, że jest możliwa do budowania i odnowienia – powiedział marszałek Senatu”.
Chciałbym wiedzieć, czym są chrześcijańskie wartości, które mają lec u podstaw budowanego przez nowe władze porządku prawnego w Polsce. Sądzę bowiem, że nie istnieje jeden system wartości chrześcijańskich, a samo to pojęcie jest problematyczne. Poniżej, bardzo szkicowo, wskażę na trzy perspektywy, z których problematyczność pojęcia wartości chrześcijańskich można zobaczyć.
Jak sądzę, mówiąc o wartościach chrześcijańskich w pierwszym rzędzie pomyśli się o dekalogu (choć ten pochodzi z Biblii hebrajskiej). Pytanie tylko, o której jego wersji? W Księdze Wyjścia czytamy:
„Jam Wiekuisty, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi Micraim, z domu niewolników”.
Nie będziesz miał bogów cudzych przed obliczem Mojem.
Nie uczynisz sobie posągu, ani żadnego obrazu tego, co na niebie wysoko, i co na ziemi nizko, i co w wodzie poniżej ziemi.
Nie będziesz się im korzył, ani służył im; gdyż Ja Wiekuisty, Bóg twój, Bóg żarliwy, pomny winy ojców na synach, na wnukach i prawnukach, tych, którzy Mnie nienawidzą;
A świadczący miłosierdzie tysiącom, gwoli: tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają przykazań Moich.
Nie wzywaj imienia Wiekuistego, Boga twojego, do fałszu! Gdyż nie przepuści Wiekuisty temu, który wzywa imię Jego dla fałszu.
Pamiętaj na dzień Sabbatu, abyś go święcił. […]
Czcij ojca twego i matkę twoję, aby się przedłużyły dni twoje na ziemi, którą Wiekuisty, Bóg twój, da tobie.
Nie łam małżeńskiej wiary.
Nie dawaj przeciw bliźniemu twemu świadectwa fałszywego.
Nie pożądaj domu bliźniego twego; nie pożądaj żony bliźniego twojego, — ani sługi jego, ani służebnicy, ani wołu, ani osła jego, ani niczego, co do bliźniego twego należy.
(Ks. Wyjścia 20, 2-17, tłum. Izaaka Cylkowa).
Nieznacznie różniącą się wersję dekalogu zawiera Księga Powtórzonego Prawa (5, 6-21).
Obie wersje biblijne różnią się od najbardziej rozpowszechnionej formy dekalogu katolickiego, która pochodzi z katechizmu kard. Gasspariego (idąca za podziałem św. Augustyna):
Znika w niej przykazanie zabraniające tworzenia wizerunków „tego, co na niebie wysoko, i co na ziemi nizko, i co w wodzie poniżej ziemi”. Ma to związek z rozstrzygnięciem sporu o ikony, jaki dokonany został na VII soborze w Nicei. Tak mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego:
„2129 Nakaz Boży zabraniał człowiekowi wykonywania jakichkolwiek wizerunków Boga. Księga Powtórzonego Prawa wyjaśnia: "Skoroście nie widzieli żadnej postaci w dniu, w którym mówił do was Pan spośród ognia na Horebie - abyście nie postąpili niegodziwie i nie uczynili sobie rzeźby przedstawiającej..." (Pwt 4,15-16). Izraelowi objawił się absolutnie transcendentny Bóg. "On jest wszystkim!", lecz jednocześnie "jest On... większy niż wszystkie Jego dzieła" (Syr 43, 27-28). "Stworzył je bowiem Twórca piękności" (Mdr 13, 3).
2132 Chrześcijański kult obrazów nie jest sprzeczny z pierwszym przykazaniem, które odrzuca bałwochwalstwo. Istotnie "cześć oddawana obrazowi odwołuje się do pierwotnego wzoru" 60 i "kto czci obraz, ten czci osobę, którą obraz przedstawia" 61 . Cześć oddawana świętym obrazom jest "pełną szacunku czcią", nie zaś uwielbieniem należnym jedynie samemu Bogu”.
Stanowisko to nie zostało zaakceptowane przez całe chrześcijaństwo. Opowiedzenie się za biblijną wersją dekalogu uzasadniać mogą dodatkowo słowa Jezusa, który miał powiedzieć, że łatwiej przeminą ziemia i niebo, niż choćby „jedna kreska miała odpaść od Prawa”.
Opowiedzenie się za dekalogiem/wartościami chrześcijańskimi w wersji biblijnej ma istotne konsekwencje dla kultury. Wymaga bowiem, by politycy zajęli negatywne stanowisko wobec wizerunków, także wobec ikony z Jasnej Góry, gdzie Marszałkowie wypowiedzieli swoje słowa.
Opowiedzenie się za wersją z katechizmu Gasspariego jest opowiedzeniem się za interpretacją tekstu biblijnego, która zawiesza jedno z przykazań. Zawieszenie to nie jest podzielane przez cały świat chrześcijański.
Podobny problem rodzi przykazanie Nie zabijaj.
Jego formuła jest jasna i znajduje swój wyraz w chrześcijańskich kościołach pacyfistycznych, jak duchoborcy i mołokanie (prawosławie), arianie, kwakrzy, Chrześcijanie Dnia Siódmego czy Chrześcijański Zbór Świadków Jehowy.
Kościół rzymsko-katolicki odrzuca doktrynę pacyfizmu. Ks.Grzegorz Śniadoch uznaje pacyfizm za herezję, a wojnie nadaje charakter eschatologiczny. Pisze: „Klasyczna teologia (a nie Biblia! - MMB) uczy, że u części aniołów, wśród których znalazł się byt najdoskonalszy z duchowych stworzeń Bożych – Lucyfer, pojawiła się zazdrość. Non serviam wypowiedziane przez Lucyfera wywołało wojnę pomiędzy aniołami, zakończoną porażką zbuntowanych przeciw Bogu i strąceniem ich w otchłań. Szatan jednak nie dał za wygraną, a nie mogąc pokonać Boga, postanowił zniszczyć Jego dzieło, nade wszystko człowieka – koronę Bożego stworzenia”.
Która z tych interpretacji wyraża wartości chrześcijańskie? Za którą optują Marszałkowie? Jak daleko można posunąć się w interpretacji tekstu Biblii? Jak daleko możemy odejść od jej litery? I co pozwala nam na dokonywanie jednych zmian, a stopowanie innych? Z drugiej strony, czy trzymanie się litery tekstu nie prowadzi do absurdu? (choćby: dekalog zakazuje pożądania żony innego mężczyzny, ale nie zakazuje pożądania męża innej kobiety)?
Ewangelie*
Nie kryję, że uważam się za chrześcijanina. Oznacza to dla mnie, odwołuję się do Biblii jako narzędzia umożliwiającego orientację w świecie. Szczególne znaczenie mają dla mnie Ewangelie, czytane jak „gazeta codzienna”, a więc w odniesieniu do historii i do życia. Rzetelne czytanie Biblii wymaga jednak, choćby elementarnej, wiedzy biblistycznej. Pozwala ona nabrać dystansu do fundamentalistycznego odczytywania tekstów biblijnych, pokazując historyczne nawarstwianie się narracji, wpływ redaktorów pism, stawiając pytanie o wcześniejsze źródło ewangelii synoptycznych czy o sens ewangelicznych przypowieści. Klasyczna teologia przyzwyczaiła nas, że tekst ewangelii należy interpretować jako uniwersalną alegorię. Dziś bibliści mówią nam, że mowy Jezusa mają konkretny wymiar polityczny, który można zrozumieć tylko wtedy, gdy umieści się je w kontekście kultury czasów Chrystusa. William Herzog pisze wręcz, że przypowieści służyły Jezusowi do wydobywania na światło dzienne oszustw i mistyfikacji władzy. Były ostrą krytyką niesprawiedliwego systemu społecznego opartego na wyzysku, legalizowanym przez żydowskich kapłanów i faryzeuszy. „W Galilei, gdzie 90 proc. ludności żyło poniżej progu ubóstwa”, padając pod ciężarem podatków rzymskich, świątynnych i płaconych Herodowi, Chrystus wzywa do dzielenia się dobrami, do solidarności ekonomicznej, ale także do solidarności wykluczonymi z innych powodów (więźniowie, chorzy, głodni, spragnieni, prostytutki (po grecku prostytutka to porne) etc.). Krytykuje też ostro faryzeuszy, których formalizm religijnych i religijna ostentacja (wystawanie na rogach w powłóczystych szatach z frędzlami) łączyła się z niewiernością Torze (por. Mk 7, 10-13).
Jeśli Chrystus przepowiada Kościół, to przepowiada Kościół ubogi. Świadomość tego faktu mieli biskupi, którzy pod koniec Soboru Watykańskiego II podpisywali Pakt Katakumbowy (nie było wśród nich żadnego Polaka). Zobowiązali się w nim m.in. do:
Wyrzeczenia „na zawsze bogactwa i jego przejawów, zwłaszcza w strojach (kosztowne materiały i jaskrawe kolory) jak i w posługiwaniu się symbolami z kamieni szlachetnych (symbole te powinny być zawsze zgodne z ewangelią).
Nieposiadania „żadnych nieruchomości, dóbr ruchomych, kont bankowych”, dopuszczając jedynie dobra i konta wspólne (instytucje charytatywne, społeczne, diecezje).
Braku zgody na to, by zwracano się do nich w mowie i piśmie „przy użyciu tytułów wskazujących na wielkość i władzę (Jego Eminencja, Jego Ekscelencja, Monsignore).
Unikania wszystkiego, co może sugerować sprzyjanie czy uprzywilejowanie bogatych i możnych (np. bankiety czy specjalne miejsca w trakcie uroczystości liturgicznych).
Popierania wszelkich działań mających na celu wprowadzanie sprawiedliwości, równości i harmonijnego rozwoju tak wszystkich ludzi, jak i każdego z osobna.
Czy takie wartości ewangeliczne chcą realizować Marszałkowie? I czy poczynania ich formacji im nie przeczą?
Dla tradycyjnej filozofii katolickiej problemem jest samo pojęcie wartości, więc także wartości chrześcijańskich. Mieczysław Albert Krąpiec ubolewa, że pojęciem wartości posługują się niekiedy nawet osoby obeznane z myślą klasyczną. Jego zdaniem pojęcie wartości i teoria wartości (aksjologia) mają źródło w subiektywizmie poznawczym , obarczonym błędem arbitralności. Posługiwanie się pojęciem wartości powoduje, że subiektywizuje się rzeczywistość. Tym, co powoduje działanie moralne ma być realnie, obiektywnie istniejące dobro. Mówienie o wartościach wskazuje na podmiot jako źródło wartościowania, oceny. A to nie podmiot, lecz realny byt jest tym, co stymuluje nasze działanie, poznanie i chcenie.
Marszałkowie, wraz z formacją, którą reprezentują, nie widzą różnicy między polityką a etyką. Nie widzą także problematycznego statusu tego, co uznają za wartości chrześcijańskie. To eleganckie sformułowanie jest optowaniem za określonym systemem moralnym, jednym z wielu w ramach rodziny wyznań chrześcijańskich. Jest zatem łamaniem bezstronności religijnej i światopoglądowej państwa, które dokonywane jest bez mocnego uzasadnienia. Uzasadnieniem nie może być bowiem – w perspektywie państwa – akt wiary w słuszność nauki Kościoła katolickiego.
*Opracowując ten punkt korzystałem z książki Alexa Zanotelli, Pieniądze i ewangelia.
Autor: Marcin Maria Bogusławski o wtorek, listopada 24, 2015 Brak komentarzy:
LIST O KULTURZE W JUBILEUSZ TEATRU PUBLICZNEGO
Prezes Zarządu ZASP
19 listopada 1765 r. sztuką Józefa Bielawskiego Natręci według Molière’a zainaugurował swą działalność Teatr Narodowy w Warszawie, dając początek teatrowi publicznemu w Polsce.
19 listopada 1965 r. Teatr Wielki (dziś Teatr Wielki-Opera Narodowa) otworzył swe podwoje po odbudowie ze zniszczeń wojennych. Zaprezentowano wtedy Straszny dwór Stanisława Moniuszki.
Te dwie symboliczne daty obligują, by złożyć na Państwa ręce wyrazy radości, uznania i wdzięczności za minione lata pracy na rzecz kultury w Polsce. A także by życzyć, Państwu i sobie, by w kolejnych latach polskie życie teatralne — dramatyczne i muzyczne — rozkwitało. Przy tej okazji, jako łodzianin z wyboru, chcę także dodatkowo podziękować za zainteresowanie łódzkich radnych Prawa i Sprawiedliwości trudną sytuacją Teatru Wielkiego w Łodzi. W trakcie minionego już sporu między związkami zawodowymi a byłą dyrekcją radni tej formacji towarzyszyli artystom wykazując żywe zainteresowanie kondycją sceny.
Niestety, moja radość z przypadającego jubileuszu, nie jest pełna. Mąci ją debata publiczna, która skutecznie przesłoniła dzisiejszą rocznicę, a także zasiała niepewność co do dalszych losów tak teatru, jak i działalności artystycznej w Polsce. Z głębokim smutkiem czytałem tzw. twitt posła PiS Stanisława Pięty, który w odpowiedzi na list otwarty środowisk twórczych napisał: „Jęki lewactwa w postkomunistycznym szmatławcu to miód na moje serce :-) Już niedługo zajmę się Wami wszystkimi”. Z głębokim niepokojem z kolei czytałem wypowiedź Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego, który zapowiedział zmiany w finansowaniu teatrów. Gliński stwierdził: „Więc ten podział publicznego tortu będzie na pewno inny niż dotychczas. Co nie znaczy, że jakieś nawet bardzo alternatywne czy lewicowe instytucje będą od razu pozbawione finansowania, ale myślę, że proporcje się istotnie zmienią. Taka jest wola demosu, zadecydowana w ostatnich wyborach. […]Nikogo nie chcę straszyć, nie będzie żadnej czarnej listy, każde wartościowe działanie będzie miało szansę otrzymać finansowanie, natomiast naszą rolą i naszym prawem będzie staranna ocena tego, co jest wartościowe, co stanowi dobro publiczne i co zasługuje na państwowe wsparcie”. Przyznaję szczerze, że nie umiem pogodzić ze sobą zapowiedzi, że „podział publicznego tortu będzie inny”, w większym stopniu sprzyjający artystom „niepokornym czy niepasującym” do systemu wartości poprzedniej władzy (jak mówił Gliński), z zapewnieniem, iż nie ma i nie będzie żadnej czarnej listy twórców teatralnych. Wypowiedź Ministra nie wskazuje bowiem na konstytucyjną bezstronność władz w stosunku do religii, filozofii czy światopoglądu, ale daje do zrozumienia, że w sztuce oceniane będzie to, czy realizuje ona konkretne wartości, tym razem bliskie formacji rządzącej. Wszystko to współgra z priorytetami Ministra — repolonizacją mediów czy realizowaniem przez instytucje kultury „uczciwej i przejrzystej polityki historycznej”.
Doskonałym komentarzem do obu wypowiedzi jest tekst Mieczysława Ryby Ocalić dziedzictwo kultury (Nasz Dziennik). Autor pisze w nim między innymi: „Jednakże w porządku prawdziwościowym każdy wytwór niesie ze sobą jakąś treść. Nie ma najmniejszego powodu, ażeby wspólnota narodowa finansowała rzeczy uderzające w dobre obyczaje, we własną tradycję”. Stwierdza: „Wprowadzenie cenzury prewencyjnej byłoby działaniem niewłaściwym. Jednak każdy z nas odpowiada za własne słowa i czyny. Tak też powinno być z tzw. artystami. Duże odszkodowania za uderzanie w religię czy w dobre obyczaje to po prostu działanie prawa, któremu wszyscy podlegamy”. Pyta: „Gzie zatem lokować pieniądze państwowe nade wszystko? Po pierwsze, trzeba skupić się na promowaniu dziedzictwa kulturalnego naszej cywilizacji”.
W związku z powyższym, w dniu jubileuszu teatru publicznego w Polsce, postawić chciałbym kilka pytań.
Po pierwsze, czym jest uderzanie w religię i dobre obyczaje?
Pytanie to staje się tym bardziej zasadne, że w czasach III RP politycy protestowali przeciwko Zemście Fredry („20 lutego 1999 – w Tarnowie podczas przedstawienia Zemsty Aleksandra Fredry w reżyserii dyrektora teatru Stanisława Świdra na scenę wjeżdża na koniu Papkin (odwrócony głową do końskiego zadu) z pośladkami zasłoniętymi tylko wąską przepaską. Radni AWS w piśmie złożonym przewodniczącemu rady zażądali m.in. rozważenia „celowości dalszego zatrudnienia dyrekcji teatru […]”. Jeden z wnioskodawców, Stanisław Brożek, powiedział: „po tym, co zobaczyłem, uważam, że cenzura obyczajowa jest potrzebna”. Trzy dni po premierze Papkin wystąpił z szerszą opaską”), zdjęto z afisza Konopielkę (za dodaną scenę obcięcia kosą głowy figury Chrystusa, czemu towarzyszył okrzyk: „Nie ma już świętości”!, co dodatkowo potęgowało wymowę sztuki w imię – ironicznie i gorzkonego przez Redlińskiego – postępu) i Moralność Pani Dulskiej (miała prowokować młodych do seksu przedmałżeńskiego). Naciskano na teatr lalkowy ze Słupska, by wycofał się z zamiaru wystawienia opowieści o Jacku i Placku („Zdaniem dwóch radnych PiS należało przedstawienie zablokować, gdyż było próbą ośmieszenia Kaczyńskich…”). „ 29 listopada 2005 – radni LPR Krzysztof Kozicki i Zbigniew Puksza na sesji sejmiku województwa podlaskiego oskarżają Teatr Wierszalin o bluźnierstwo i obrazę uczuć religijnych. Radnych oburzyły zdjęcia ze spektaklu Ofiara Wilgefortis opartego na motywach Domu dziennego, domu nocnego Olgi Tokarczuk, przedstawiając drewnianą rzeźbę ukrzyżowanej brodatej kobiety z obnażonym biustem (nie wiedzieli, że chodzi o postać legendarnej średniowiecznej świętej Wilgefortis). Politycy zażądali zabrania teatrowi subwencji i zawiadomienia prokuratury o popełnieniu przestępstwa”. (Informacje podaję za książką J. Dąbrowskiego, Ceznura w sztuce polskiej po 1989 r.).
Po drugie, czym jest wspólnota narodowa i co ma oznaczać repolonizacja?
Istotne dla mnie jest to, czy naród postrzegać będziemy przez pryzmat jednego etnosu, czy – jak chciał mąż stanu, premier, artysta i wolnomularz Ignacy Jan Paderewski – narodem będą wszystkie wierne dzieci Ojczyzny. Ważne jest również i to, w jaki sposób połączymy etnos z tożsamością religijną.
Musimy pamiętać, że kulturę polską tworzyli ludzie o różnym pochodzeniu etnicznym, o odmiennych tożsamościach religijnych i różnych światopoglądach. Wolnomularzami byli Wojciech Bogusławski, Adam Mickiewicz czy Aleksander Fredro. Także Józef Elsner, nie tylko nauczyciel Fryderyka Szopena, ale istotny dla polskiej kultury muzyk, nauczyciel, twórca Rozprawy o rytmiczności i metryczności języka polskiego. Masonem i Niemcem był Juliusz Kolberg, ojciec Oskara Kolberga, którego zasługi dla polskiego folkloru są nie do przeceniania, a który odebrał od ojca wzorcowe wychowanie w duchu polskiego patriotyzmu.
W końcu – czy repolonizacja oznaczać ma zamknięcie na kulturę innych krajów? Choćby rosyjską? I to pytanie nie jest pozbawione sensu biorąc pod uwagę, iż łódzki radny PiS Piotr Adamczyk wystosował interpelację do Marszałka województwa łódzkiej skarżąc się na to, że repertuar łódzkiej filharmonii jest zbyt rosyjski.
Ale „Z analizy repertuaru symfonicznego filharmonii w ostatnich 5 latach wynika, że zagrano 123 utwory polskich artystów, 81 kompozycji rosyjskich i aż 352 utwory napisane przez muzyków pochodzących z innych krajów”. Jakże odbiega to myślenie od działań Polaków w latach 50. ubiegłego wieku, którym zależało na powiązaniu kultury polskiej z tym, co aktualnie dzieje się na świecie. Niech argumentem będzie „Warszawska Jesień”, której znaczenie dla rodzimej kultury jest wyjątkowe.
Po trzecie, dlaczego wsparcie dla kultury ma być głównie wsparciem dla dziedzictwa?
Bez cienia wątpliwości uznaję, że kultura nie istnieje bez tradycji (resp. dziedzictwa). Dałem temu wyraz wyżej, wskazują szkicowo na to, jak bogata – ideowo, etnicznie, jest tradycja polskiej kultury. Niemniej kultura to nie tylko dziedzictwo – jeśli nie uprawia się jej hic et nunc umiera. Wsparcie dla aktualnej „pracy kulturowej” jest bezcenne, a w polskich warunkach – w których nigdy nie wykształciły się mechanizmy mecenatu podobne do tradycji anglosaskiej – szczególnie ważne. Widać to doskonale w kontekście idei teatru publicznego. To prawda, że teatr publiczny ma być misyjny. Nie oznacza to jednak jego zamrożenia ideowego, ale zgodę na eksperyment, podejmowanie trudnych zagadnień, włączanie się w debatę o sprawach współcześnie ważnych. Tak rozumianą misyjnością teatr publiczny różni się od teatru komercyjnego – nastawionego na zysk i podporządkowanego zupełnie wolnemu rynkowi. Taką też funkcję teatr publiczny pełni od początku. Niech za wzór służy Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale, który służyć miał „obudzeniu sumień szlachty”, ale także krytyce fanatyzmu, braku tolerancji, który jest każdorazowo brakiem szerszej perspektywy spojrzenia.
Zarzutu stawiane dziś „kulturowemu lewactwu” są wyjątkowo ogólnikowe. I wyjątkowo podobne do krytyki teatru, jaka od czasów Ojców Kościoła wychodziła z łona chrześcijaństwa. W dniu jubileuszu teatru publicznego w Polsce warto zastanowić się choćby nad słowami księdza Józefa Stagraczyńskiego, który w tekście z 1872 r. (drukował go „Tygodnik Katolicki”) pisał tak:
„Teatr w Polsce od dawna był plagą.
Dopóki w Polsce panowały powaga, poczucie godności, surowy obyczaj, teatralne widowiska nie mogły przekraczać właściwej sobie granicy. Odkąd wiatr zawiał z Zachodu, z Francji, libertynizmu i pod względem przekonań religijnych i pod względem moralności obyczajów, Polska wnet się nim zaraziła. Lekkiego serca Polak skłonny do nowinek, czepia się łacno wszystkiego, co swawolą trąci, co zwalnia z karności umysłowej i obyczajowej. Na widowisko rad bieży, skandalom będzie przyklaskiwał ochotnie, znajomości z aktorkami zawierał, dla nich porzuci obowiązki najświętsze dla rodziny, dla żony, dla dzieci, dla stanowiska społecznego – nieokiełznana niczym fantazja do jak najfałszywszych popchnie go przedsięwzięć. Dziś, jak O. Hieronim trafnie powiedział, niejeden sławę Polski po teatrach roznosi – za kulisami scenicznymi czcigodne imię nieszczęśliwego narodu kala.
Ku schyłkowi rozbitej anarchią, nierządem, przekupstwem potężnej niegdyś Rzeczypospolitej, teatra najświetniejsze dni miały.
Gdzie czuć trupa, tam się gromadzą kruki. Na miejscach zgniłych wyrastają bujnie trujące zielska, pasożyty”.
„Nie zabraniamy ani nie możemy zabraniać teatrów: kto ma środki po temu, niechże buduje "świątynię sztuki narodowej". Dla wielu Kościół już rzeczą przestarzałą: taki nudny, wiecznie ten sam – niesmaczny: co innego teatr, zawsze jakaś tam nowość, rozrywka, połechtanie nerwów – i nauka moralna. Kto do kościoła nie chodzi, do "nowej świątyni", wyposażonej dostatnio w kapłanów, w kapłanki, (rzecz to pociągająca), w śpiew, muzykę, kazanie nowomodne, najgorliwiej i najpunktualniej uczęszczać będzie. Taki teraz duch czasu, prawią dziennikarze, iż bez kościoła obyć się można, a teatr stał się koniecznością. Im więcej teatrów, tym lepiej, dodają i cieszą się, że w Kongresówce tyle "band teatralnych" włóczy się po miastach i miasteczkach. U nas ma stanąć gmach "narodowej sztuki". Będzie to erą odrodzenia, zmartwychwstania. Już uderzono młotkiem w kamień węgielny, dobrowolny podatek narodowy wzniesie przybytek wspaniały, który będzie chlubą miasta i prowincji.
Budujcie, – niech się ta świątynia wzniesie wysoko – ponad wieże tumskie i starego ratusza – niech już z dala świadczy o żywotności – narodu. Ale postawicie ją bez nas! Chcieliście nałożyć kontrybucję na duchowieństwo, i wycisnąć z nas – w imię ojczyzny – grosz kościelny na "ołtarz" aktorów i aktorek: wszystko, co się wam przywidzi – w imię ojczyzny być ma. Utrzymujemy, że ojczyzna tego po nas nie wymaga: głos pierwszego lepszego dzienkowca nie jest jej głosem”.
„Dziennikarze ostatnimi czasy rozbudzili znowu u nas gorącą chuć ku igrzyskom teatralnym, i publiczność polska, z natury swej wiotka, rada nadstawiająca ucha tym, co szumnie o sztuce narodowej, o powinności patriotycznej prawią, dała się porwać ułudnym namowom i zaczęła głośno wołać o teatr narodowy: circenses”.
„Teatra wszędzie pochłaniają olbrzymie sumy, które idą na aktorów, na aktorki, na opał, na światło, na utrzymanie gmachu, na przybory rozmaite: nie ulęknie się tego wszystkiego polskie ubóstwo, choć domu jeszcze nie ma, byle był bodziec rzekomo patriotyczny. Pójdzie na marne polski grosz wdowi, a ani procentu moralnego nie będzie. Nagrodzi nam to sztuka – arcydzieła sceniczne, przede wszystkim swojskie!... Licha pociecha, w której zresztą fałsz się mieści. Gdzie dziś arcydzieła? Czy we Francji? czy we Włoszech? czy w Niemczech? czy w Warszawie? czy we Lwowie? czy w Krakowie? czy w Poznaniu? Ależ tam nikczemne sztuczki, skandale uliczne, prywatne, urągowiska z Kościoła, wyśmiewiska z zakonów, z duchowieństwa, słowem, z chrześcijańskich pojęć naigrawanie się najbezczelniejsze sycą zgłodniałą, spiekłą od żaru niskich namiętności publiczność. Oneć bogacą aktorów i aktorki, ale sztuka – ta zasłania sobie oblicze na widok profanacji, wyuzdanej poniewierki, – dla niej miejsca tam nie ma. Albo bezmyślna niemiecka "Posse", albo bezwstyd francuski zapanowały w "świątyni sztuki". Zepsuta teatrem i dziennikarstwem publiczność nie ma zresztą już zmysłu dla arcydzieł: jeżeli raz tam kiedyś mają przedstawić rzecz jaką np. z Szekspira, trzeba szukać, żeby się spektatorowie (b) zebrali. Jeżeli u nas skandalów wyraźnych nie grają, co rzadko, tedy figliki, na które zaiste nie warto piec się w dusznej atmosferze. A przecież nazywa się to szkołą dla młodzieży, podnietą patriotycznych uczuć, dźwignią społeczeństwa”.
„Występuje znowu na scenę z chwilą "Odrodzenia" – a iż ona "Renaissance" wskrzeszonym jest pogaństwem, i teatr to znamię na sobie nosi. Dziś już zgoła jest tym samym, czym był w dobie swego ostatecznego spaczenia, rozprzężenia, upadku. X. Gaume w godnej powszechnej uwagi książce swojej o Duchu Świętym ("Deo ignoto"), i o jego przeciwniku, teatra wprost zborzyskiem diabelstwa mieni. Tam on święci swoje tryumfy, tam bogiem jest w całym znaczeniu, jak był ongi w posągach, w bałwochwalnicach i w wszelakich dziełach a instytucjach pogańskiego świata. Jeśliby się to zdanie komu przesadzonym widziało, sprzeczać się nie chcemy, odsyłamy do dzieła, a utrzymujemy tyle, że teatr dziś zeszedł na najniższy szczebel upodlenia swojego, że jest szkołą zepsucia pod wszelakim względem. Naprzeciw jakim bądź teoryjkom, wywodom, wzniosłym ideom, krzykom "moralnego oburzenia", stawiamy fakt, a fakt nasze słowa popiera tak silnie, że go niczym obalić niepodobna. Teatr dzisiejszy urąga wbrew wszelkim pojęciom o sztuce, o tendencji moralnej, o szlachetnym zadaniu około budzenia lub krzepienia uczuć patriotyczno-narodowych, uczenia dziejów ojczystych i ojczystego języka, czym wszystkim zasłaniają się prędko ślepi, a bezmyślni jego zwolennicy. Chciano teatrem zastąpić Kościół nawet (Dziennik Poznański!), a bluźniercy nie dostrzegają, że zeń nie ma nic, jeno zepsucie chrześcijańskiej moralności, zawroty w głowach, zaślepienie godne pożałowania, moralna, intelektualna, i jeżeli chcecie, majątkowa ruina”.
Niech na te stwierdzenia światło rzucą fragmenty dwóch innych tekstów.
Pierwszy pochodzi z Popiołów Żeromskiego:
„„- Czy tu myślicie do rana siedzieć? Teatr!
- Prawda – wołano — teatr! Teatr się zaczął. Co żywo! Zbierajcie się. Kończcie! […]
Cała banda z hałasem minęła salony klubu i wypadła na ulicę. Mżył drobny, zimny deszczyk. Ciemności niezgłębione panowały naokół. Nigdzie nie było widać ani fiakrów, ani przewodnika z latarnią, więc całe towarzystwo głośno hałasując ruszyło środkiem ulicy po błocie. Jarzymski chwycił Rafała pod rękę i pociągnął go naprzód:
- Idziemy na teatr…
- Teatr… Czy to tego Bogusławskiego?
- Co pleciesz?!
- A przecież go wszyscy chwalą, co widzieli…
- U was na wsi?
- A no…
- Wiedzże o tym, że tamto jest buda, o której się nawet nie mówi. Dobre to sobie jest dla
stangretów, lokajstwa, łyków i wszelkiej gawiedzi z miasta. Nigdy się z tym nie odzywaj, że chcesz to widzieć, bobyś się finalnie skompromitował. No i mnie przy tej okazji… Idziemy na théâtre de société, do Radziwiłłowskiego pałacu…
- Ależ dobrze! Nie wiem o niczym…
- Trzeba, żebyś wiedział, skoro jesteś między ludźmi należącymi do socjety. I tam chodzi wprawdzie banda Sołtykowska i Sapieżyńska dla pokazania na złość nam swej polakierii, ale główny kontyngens widzów – to motłoch. Uważasz?
Drugi pochodzi z książki Poema muzykalne. Studia i operze w Polsce w okresie romantyzmu Aliny Borkowskiej-Rychlewskiej: „Na drodze transformacji między tekstem włoskim a polskim nieco odmienne kształty przybrał przedstawiony w Traviacie świat paryskich kurtyzan, z którego wywodziła się główna bohaterka opery. Tłumaczyć wypowiedzi Violetty, Flory i ich gości zebranych podczas zabawy […] Chęciński sięgnął do określeń nie sugerujących lubieżności tak bezpośrednio, jak czyni to tekst oryginału. Polska Violetta przemawia subtelniej niż Violetta Piavego, w sposobie wysławiania zbliżając się raczej do dobrze wychowanej panny niż do znającej sztukę uwodzenia kurtyzany. Być może ta właśnie cecha przekładu Chęcińskiego – wysubtelnienie owego aspektu dramatu, który najsilniej godził w przyzwyczajenia publiczności oraz budził najgorętsze emocje i oburzenie moralistów – przyczyniła się do większej popularności Traviaty na warszawskiej scenie”.
Autor: Marcin Maria Bogusławski o czwartek, listopada 19, 2015 Brak komentarzy:
ESTETYZACJE JACKA DEHNELA
„Obserwuję z uwagą „kryteria”- a zwłaszcza ich dynamikę (czyt. zmienność) – według których chadza polska opinia publiczna. I tym, co mi się rzuca w oczy najbardziej, to rozmaite estetyzacje i „mojszość”, a nawet „najmojszość”, oczekiwań . Te estetyzacje uważam za nadzwyczaj łatwe i dominujące nad racjonalnymi osądami. Estetyzacje nad racje moralne, zabijające współczucie i wsparcie – to jest groźne. Ale powszechne. […]
Zadziwia mnie to wysuwanie roszczeń i oczekiwań względem cudzych działań. Że za mało, za dużo, za szybko, za późno, za ładnie, za brzydko, stylowo, niestylowo itd. To właśnie nazywam estetyzacją. […]
1. Może to my sami jesteśmy mniej mądrzy, mniej moralni, mniej wnikliwi, nie rozumiejący, narcystyczni;
2. Także osoby mniej mądre, mniej wnikliwe – w naszych oczach oczywiście mniej mądre, mniej wnikliwe itd. – mają prawo do działania w imię swojej wolności i wolności grupy”
— to fragmenty polemiki Beaty Anny Polak z Jackiem Dehnelem i jego postem dotyczącym Krzysztofa Charamsy. Tekst ukazał się w czasie, gdy sam prowadziłem polemikę z Dehnelem, a raczej byłem karmiony Jego wyestetyzowanymi opiniami i ocenami:
„Nie jestem księdzem i moje fejsowe wpisy nie muszą służyć <cnocie>, zwłaszcza w rozumieniu księżowskim (nawet jeśli [chodzi] o wybitną jednostkę, jak ks. Heller). Służą różnym sprawom, a literatura zwłaszcza w formach polemicznych i felietonowych, nie stroni od satyry. Gdybym pisał artykuł do gazetki parafialnej, to zapewne używałbym innych sformułowań, podobnie gdybym był zakonnikiem, jak o. Gużyński. Ale ja naprawdę nie jestem dominikaninem i nie muszę chodzić na msze i nie muszę robić szeregu rzeczy, które Pan chciałby mi narzucić i przykroić mnie do jakiegoś kościółkowego strychulca”.
„Nie bardzo rozumiem, czemu gorszy się Pan przywołanymi przykładami, skoro to Pan za wzór postawił mi najpierw zakonnika, potem księdza, a do tego doprawił zaleceniem chodzenia na msze do kościoła. Ejże, nie wie prawica, co czyni lewica? Czy może umknęło Panu, że rozpylił Pan w tym wątku sprej z wodą święconą?”.
No cóż, Jacek Dehnel nic nie musi. Nie musi także komentować życia społecznego, o ile nie chce mieć na jego temat informacji z pierwszej ręki. Faktycznie, zaproponowałem mu pójście na mszę, ale nie w celach religijnych. Sądzę, że zanim w niewybredny sposób wyśmieje się czyjś sposób mówienia sprawdzić, czy nie ma w nim jakichś „cech zawodowych”.
Faktycznie, podałem o. Gużyńskiego jako przykład dobrego komentowania sprawy Charamsy, no ale właśnie — nie chodziło mi o to, że jest zakonnikiem, ale o to, że umie ważyć sądy i stać go na argumentację racjonalną.
Faktycznie, przywołałem ks. Hellera, który zgrabnie sformułował zasady rzetelnego myślenia. O cnocie, zwłaszcza księżowskiej, nie było mowy. Swoją drogą, jednym z prężnych nurtów współczesnej epistemologii jest epistemologia cnoty, ale i ona nie ma nic wspólnego z kościółkowymi strychulcami.
Prawdę powiedziawszy, dyskusja z Dehnelem rozczarowała mnie bardziej niż Jego post. Pokazała mi, że nie potrafi on odróżniać tego, co ludzie robią i mówią, od tego, kim są. Efektem tak postawionej sprawy jest płytki antyklerykalizm. Uświadomiłem też sobie, że albo gra się w dyskusji według Jego reguł, albo zostanie się posądzonym o przymuszanie Go czy przykrawanie do czegokolwiek. Jasne, reguły racjonalnej dyskusji ograniczają nam pole manewru, ale wolę takie ograniczenie, od rozpasanych estetyzacji, w których sednem staje się nasz styl i nasze oceny.
Najnowszy przykład retoryki wyestetyzowanej znalazłem w Newsweeku, który przeprowadził z Dehnelem wywiad. Czytam tam:
„Newsweek: Pisze pan o sobie „gejowska konserwa”. Co to znaczy?
Jacek Dehnel: Stały związek od lat, wspólny kredyt na mieszkanie i tak dalej. Ale w ogóle organizacje gejowskie walczą o superkonserwatywne rzeczy, np. o prawo do małżeństwa. Kogo dzisiaj obchodzi małżeństwo? Nawet niektórzy twardogłowi katolicy żyją na kocią łapę. W Polsce jest tylko jedna grupa, która chce mieć prawo do zawarcia związku małżeńskiego: geje i lesbijki.
Tymczasem dla przeciętnego Polaka geje to są faceci „z piórami w dupach”, bestie seksu. Na ten wywiad powinienem przyjść na wpół rozebrany, w ręku dildo, w drugiej tuba żelu i tańczyć. Koniecznie tańczyć”.
Repertuar środków dobrze znany – niewybredne słowo o katolikach, zgrabne stylistycznie „pióra w dupach” i na przestrzeni kilku linijek same sądy normatywne. Mimo to, staję wobec tego fragmentu bezradny. Z jednej strony dostaję obraz Dehnela jako „gejowskiej konserwy”, z drugiej, superkonserwatyzm organizacji gejowskich oceniony jest w gruncie rzeczy negatywnie — nie dość bowiem, że nie przystaje do realiów w ogóle, to na dodatek nie przystaje nawet do realiów części twardogłowych katolików. W końcu gejowskiej konserwie przeciwstawieni są chyba "geje postępowi" ze społecznego fantazmatu. Czyli ci z piórkami w czterech literach, układający życie poza stałymi układami (dokonuję tego zrównania, bo bestiom seksu blisko do negujących konserwatywną instytucję małżeństwa "żyjącym na kocią łapę", co oznacza szeroki wachlarz postaw). Wydaje się, że do tego stereotypu Dehnel także ma podejście krytyczne. Siłą rzeczy przenosi się ono na te osoby, które w przestrzeń tego stereotypu (choćby dekonstrukcyjnie) się wpisują.
W moim odczuciu dużo tu uogólnień, mało zaś „intelektualnego mięsa”. Wystarczy przeczytać Fantazmat zróżnicowany Jacka Kochanowskiego, żeby wiedzieć, że obraz geja w skórze (względnie lateksie), bestii seksu, promiskuity, bywalca dark roomów, szaletów i pikiet, jest mocno sfatygowany. Ukuto go bowiem wraz z przekonaniem, że homoseksualizm to choroba czy defekt, istniejące wraz z niemoralnością i przesadnym pociągiem płciowym. Socjologia dewiacji, społeczne stereotypy, książeczki rozdawane onegdaj na katechezach — wszystko to umacniało ten stereotyp, który, jak widać, ma się dobrze. Jak sądzę, wszelkiej maści parady czy marsze przejęły te stereotypy, by wygrać je przeciwko nim samym. Widać to dobrze choćby w refleksji Michela Foucaulta, którą — w dzisiejszych czasach — trudno już uznać za specjalnie postępową. Można, rzecz jasna, zastanawiać się, czy taka strategia okazała się skuteczna, czy Butlerowskie figury drag king czy drag queen przyniosły pożądane rezultaty, czy swoje zadanie wypełniają parady z piórami, campowymi platformy i zabawą. Ale to materiał na rozważania inne niż to, co prezentuje Dehnel.
Nie wiem także, dlaczego wszystkich zwolenników legalizacji małżeństw jednopłciowych należy uznawać za (super)konserwatystów. Mam wrażenie, że Dehnel — by użyć jego retoryki — przykrawa tu ludzi do swojego strychulca. Dla mnie dążenie do legalizacji małżeństw jednopłciowych jest konsekwencją przekonania, że jako ludzie rodzimy się równi i powinniśmy być równi wobec prawa (równość w kwestii małżeństwa pociąga za sobą wiele skutków — choćby symetryczne względem małżeństw heteroseksualnych branie niepracującego małżonka na swoje ubezpieczenie zdrowotne; Dehnel nie wspomina także o prawnej ochronie konkubinatów heteroseksualnych). Nie oznacza to jednak, że zalecam małżeństwo wszelkim parom, albo że uznaj wyłącznie związki nuklearne. W odróżnieniu od Dehnela z akceptacją podchodzę do zjawiska poliamorii (wolę ostatnio termin filianizm), której ekspresją są choćby związki biseksualne, nie mieszczące się w nuklearnej definicji małżeństwa. Nie sądzę także, by nikogo, poza środowiskiem LGBT, małżeństwa już nie interesowały. Być może Dehnel próbuje pokazać Polakom, ze geje są w gruncie rzeczy konserwatywni i nie należy się ich „bać”. Jeśli tak, to w moim odczuciu droga ta prowadzi w ślepy zaułek (o strategiach polemicznych skupionych wokół opozycji „normalni/zwyczajni/konserwatywni” a „postępowi” pisałem tutaj).
W końcu - skoro małżeństwa heteroseksualne są oczywistością, a Dehnel na fejsie wypowiedział się krytycznie o polimaorii, nie wiem, kto poza osobami LGBT miałby zabiegać o legalizację kolejnej formy małżeństwa?
Nie sądzę też w końcu, by konserwa Dehnel z definicji miał być fajniejszy niż gej z piórkiem w dupie. Cenię choćby reżysera i aktora porno Michela Lucasa, którego życie nie kończy się i nie zaczyna na seksie. Prelekcje, teksty w gazetach, podejmowanie w debacie publicznej kwestii związanych z orientacją seksualną i religiami, krytyka polityki Putinowskiej (Lucas jest rosyjskim Żydem) — to niektóre z form jego działalności publicznej.
Nie wiem, czy moje uwagi są trafne, bo nie potrafię do końca zdekodować tego, co Dehnel próbuje przekazać w przywołanym fragmencie wywiadu. Najpierw mówi bowiem o swoim konserwatyzmie i konserwatyzmie postulatów organizacji LGBT, potem kwestionuje postulaty konserwatywne, by w końcu niewybrednie skrytykować "stereotypowo/postępowy" obraz osób LGBT. Z chęcią bym zapytał - do czego ma to prowadzić? A także, czy zabiegać o legalizację małżeństw jednopłciowych czy nie? (skoro trend kulturowy jest inny? a jeśli tak, to czy nie będzie to walka o przywileje, zwietrzałe do tego? kontrkulturowe?). I po co rozgrywać między sobą zwolenników małżeńskiej konserwy i tych "od piórek"? I czy nie lepiej pokazywać różnorodność osób LGBT bez konserwowania normatywnych opozycji?
Podsumowując, co — jak pyta Polak jeśli „my sami jesteśmy mniej mądrzy, mniej moralni, mniej wnikliwi, nie rozumiejący, narcystyczni”? Wyjściem jest akceptacja zasad racjonalnej dyskusji. One, mimo że ograniczają, dają szansę na to, że zbyt szybko nie wpadniemy w pułapki estetyzacji.
Autor: Marcin Maria Bogusławski o niedziela, listopada 08, 2015 Brak komentarzy:
CHWYTY POLEMICZNE - APPENDIX: NORMALNI VS POSTĘPOWI
Tomasz Markiewka opublikował w Magazynie Kontakt znakomitą Mapę sporów polskich. Stawia w nim tezę, „spór między tymi Polakami, którzy chcieliby, aby nasz kraj pod względem obyczajowości i stylu życia podążał szlakiem wytyczonym przez Zachód, oraz tymi, którzy patrzą na to, co dzieje się w państwach zachodnich dosyć sceptycznie i wolą pielęgnować polskość oraz tak zwane tradycyjne wartości – wiązane przez nich najczęściej z określoną wizją katolicyzmu” przesłania inne spory, toczone w Polsce. Ma tu na myśli między innymi spór o kształt gospodarki czy „wojny cywilizacyjne”.
Z rozpoznaniem Markiewki trudno mi się nie zgodzić. Chciałbym na jego mapie nadpisać swój głos, ściśle związany ze sporem „lemingów” z „ciemnogrodem”. W moim odczuciu kształt tego sporu, nasilającego się po minionych wyborach (vide mass media, portale społecznościowe itd. itp.), maskuje dwie rzeczy — pozorność postępu, o jaki rzekomo zabiegają „lemingi” oraz konstruowanie „normalności”, zwłaszcza „normalności narodowej/obywatelskiej”, jakie dokonuje się przy okazji tego sporu.
„Wynik wyborów parlamentarnych podobnie jak wcześniej prezydenckich – pisze Konrad Kołodziejski w Rzeczpospolitej –, oznaczają, że postępowym inżynierom od przekuwania dusz nie udało się wyhodować wystarczającej liczny ‘nowoczesnych, młodych i wykształconych z wielkich miast’, aby byli oni w stanie zrównoważyć elektorat, nazywany konserwatywnym, choć będący w istocie elektoratem zdrowego rozsądku, umiaru i niechęci do narzucanej odgórnie i postępowej ideologii. Mówiąc krótko: o wyniku tych wyborów zdecydowali normalni, zwyczajni ludzie”. Zauważa także, że „kołtun w retoryce liberalnej lewicy, oznacza zwyczajnego człowieka. A zwyczajnego człowieka postępowcy nienawidzą, bo jest zadziwiająco odporny na księżycową ideologię”.
Księżycowa ideologią wiąże się, rzecz jasna, z gejami i feministkami. Zdaniem Kołodziejskiego „normą w polskim społeczeństwie jest raczej żartobliwy stosunek do tej grupy”. Wspomina, że śmiech może ranić, ale że to nie powód, by nazywać to przemocą i domagać się specjalnych przywilejów, czyli ochrony przed mową nienawiści. Feministki z kolei nie mają co u nas robić, bo polskie kobiety wyemancypowały się w XIX wieku. Elementem „nowoczesności”, której sprzeciwili się normalni (zwyczajni) Polacy jest także uprzywilejowanie antyklerykałów „wszelkiej maści”, wyznawców „Kriszny, Brahmy, czarnej magii i kolorowych wielorybów”, osób o nie-białym kolorze skóry czy „pań mających się za panów i odwrotnie”.
Odwrotnością księżycowej ideologii jest oczywiście normalność zwyczajnego Polaka. Wyraża się ona w eurosceptycyzmie, przekonaniu, że Polska powinna wrócić do Polaków, pielęgnowania chrześcijańskiej (moim zdaniem: katolickiej, Kołodziejski rozprawia się w swym wywodzie choćby z protestantyzmem) tożsamości. „Bo jedynie przekonanie o sile wyznawanych wartości może stanowić skuteczną tarczę przed obcymi kulturami. Dopiero wtedy, gdy zapewnione jest wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, staje się możliwe miłosierdzie wobec potrzebujących pomocy. Takiego bezpieczeństwa nie zapewnią nam z pewnością kapłani fałszywej religii z ich ciągle powtarzaną mantrą o otwartości i tolerancji. Zwłaszcza, że za ich plecami kryje się zgraja liberalnych mini-Hitlerków czekających na okazję, aby tę otwartość i tolerancję ograniczyć wyłącznie do narodów wybranych”.
Sądzę, że tekst Kołodziejskiego skrytykować można na wiele różnych sposobów. Czytając go, miałem w głowie zapisy polskiej Konstytucji oraz Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.
Art. 25. 1. Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione. 2. Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. 3. Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.
Art. 31. 1. Wolność człowieka podlega ochronie prawnej. 2. Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje.
Art. 33. 1. Kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej Polskiej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym. 2. Kobieta i mężczyzna mają w szczególności równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów, do jednakowego wynagradzania za pracę jednakowej wartości, do zabezpieczenia społecznego oraz do zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji oraz uzyskiwania godności publicznych i odznaczeń.
Art. 35. 1. Rzeczpospolita Polska zapewnia obywatelom polskim należącym do mniejszości narodowych i etnicznych wolność zachowania i rozwoju własnego języka, zachowania obyczajów i tradycji oraz rozwoju własnej kultury. 2. Mniejszości narodowe i etniczne mają prawo do tworzenia własnych instytucji edukacyjnych, kulturalnych i instytucji służących ochronie tożsamości religijnej oraz do uczestnictwa w rozstrzyganiu spraw dotyczących ich tożsamości kulturowej.
Art. 53. 1. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii. 2. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują. 3. Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami. Przepis art. 48 ust. 1 stosuje się odpowiednio. 4. Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób.
PDPCz
PRZETO ZGROMADZENIE OGÓLNE ogłasza uroczyście niniejszą Powszechną Deklarację Praw Człowieka jako wspólny najwyższy cel wszystkich ludów i wszystkich narodów, aby wszyscy ludzie i wszystkie organy społeczeństwa mając stale w pamięci niniejszą Deklarację - dążyły w drodze nauczania i wychowywania do rozwijania poszanowania tych praw i wolności i aby zapewniły za pomocą postępowych środków o zasięgu krajowym i międzynarodowym powszechne i skuteczne uznanie i stosowanie tej Deklaracji zarówno wśród Państw Członkowskich, jak i wśród narodów zamieszkujących obszary podległe ich władzy.
Artykuł 1 Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw. Są oni obdarzeni rozumem i sumieniem i powinni postępować wobec innych w duchu braterstwa.
Artykuł 2 Każdy człowiek posiada wszystkie prawa i wolności zawarte w niniejszej Deklaracji bez względu na jakiekolwiek różnice rasy, koloru, płci, języka, wyznania, poglądów politycznych i innych, narodowości, pochodzenia społecznego, majątku, urodzenia lub jakiegokolwiek innego stanu. Nie wolno ponadto czynić żadnej różnicy w zależności od sytuacji politycznej, prawnej lub międzynarodowej kraju lub obszaru, do którego dana osoba przynależy, bez względu na to, czy dany kraj lub obszar jest niepodległy, czy też podlega systemowi powiernictwa, nie rządzi się samodzielnie lub jest w jakikolwiek sposób ograniczony w swej niepodległości.
Artykuł 7 Wszyscy są równi wobec prawa i mają prawo, bez jakiejkolwiek różnicy, do jednakowej ochrony prawnej. Wszyscy mają prawo do jednakowej ochrony przed jakąkolwiek dyskryminacją, będącą pogwałceniem niniejszej Deklaracji, i przed jakimkolwiek narażeniem na taką dyskryminację.
Artykuł 12 Nie wolno ingerować samowolnie w czyjekolwiek życie prywatne, rodzinne, domowe, ani w jego korespondencję, ani też uwłaczać jego honorowi lub dobremu imieniu. Każdy człowiek ma prawo do ochrony prawnej przeciwko takiej ingerencji lub uwłaczaniu.
Artykuł 18 Każdy człowiek ma prawo wolności myśli, sumienia i wyznania; prawo to obejmuje swobodę zmiany wyznania lub wiary oraz swobodę głoszenia swego wyznania lub wiary bądź indywidualnie, bądź wespół z innymi ludźmi, publicznie i prywatnie, poprzez nauczanie, praktykowanie, uprawianie kultu i przestrzeganie obyczajów.
Artykuł 19 Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.
To, co Kołodziejski uznaje za ideologię postępu jawi mi się jako próba zrealizowania w praktyce praw zapisanych w polskiej Konstytucji i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Nie widzę w tym niczego rewolucyjnego tak, jak nie uważam za rewolucyjne czy postępowe zmagania prekariuszy o poprawę sytuacji osób pracujących. Są one dla mnie raczej wysiłkiem, by przywrócić to, co często za cenę zdrowia i życia robotnicy wywalczyli sobie w przeszłości.
Innymi słowy, hasła, które uznaje się u nas za postępowe, są trwałym elementem tradycji europejskiej. Część z nich – jak idea tolerancji religijnej – sięga korzeniami nawet XVII wieku. Są także elementem wpisanym w konstytucyjny projekt RP i należą do podstawowych praw człowieka. Jakoś mało postępowy wydaje mi się ten postęp.
Głęboko zwodnicze wydaje mi się również budowanie modelu normalnego Polaka poprzez utożsamienie go ze „zwykłym” Polakiem, a tego z osobami, które w ostatnich wyborach oddały głos na partie konserwatywne. Po pierwsze, musimy pamiętać, że c. 49% obywateli uprawnionych do głosowania, nie poszła na wybory. Jeśli zatem chcemy jakąkolwiek grupę wyróżnić jako modelową, to właśnie ta winna służyć za podstawę do budowania obrazu „normalnego (zwykłego) Polaka”. Po drugie, nie widzę podstaw by zakładać, że obywatele zawsze kierują się w swych wyborach racjonalnymi argumentami. Siła frustracji, uleganie populistycznym obietnicom czy niedostateczna znajomość prawa czy programów partyjnych – to kilka z czynników, które winno się brać pod uwagę przy formułowaniu sądów modo Kołodziejski. Wpisane w ten tekst założenie, że osoby głosujące na partie konserwatywne optują za chrześcijańską (katolicką) tożsamością Polaków także wydaje mi się wątpliwe. Pewnie w jakiejś mierze tak – ale tu trzeba by było podać rozkład statystyczny. Tezę ogólną falsyfikuje jeden kontrprzykład, mam go w swojej rodzinie.
Swoją drogą, nie sądzę także, by ilość przekładała się wprost na normalność. Można, rzecz jasna, przegłosować pogląd jawnie sprzeczny choćby z wiedzą naukową. Ale czy to będzie znaczyć, że przegłosowany pogląd jest normalny, a ten naukowy – nienormalny?
Spór normalni (zwyczajni) vs postępowi jest dla mnie głęboko zwodniczy. A dyskusja wymaga schodzenia do poszczególnych problemów i konkretnych argumentów. Na poziomie ogólnym mamy do czynienia z ideologiczną perswazją. Efektowaną – w mediach, komentarzach na FB i wielu innych miejscach.
Autor: Marcin Maria Bogusławski o sobota, listopada 07, 2015 Brak komentarzy:
KILKA SŁÓW O KSIĄŻCE BEATY STRÓŻYŃSKIEJ O SYMFONII...
CHWYTY POLEMICZNE - APPENDIX: NORMALNI VS POSTĘPOW...