Source: https://www.rp.pl/artykul/798991-Kodeks-honorowy--czyli-podrecznik-rzucania-rekawicy.html
Timestamp: 2019-01-20 16:10:47
Legal References Found: art. 1
 art. 4
 art. 3
 art. 6
 art. 3
 art. 8
 art. 9
 art. 238

Document Content:
Kodeks honorowy, czyli podręcznik rzucania rękawicy - Opinie - rp.pl
Aktualizacja: 10.01.2012, 03:17
Kodeks honorowy, czyli podręcznik rzucania rękawicy
W II Rzeczpospolitej zatargów honorowych, także zakończonych pojedynkami, było tak wiele, jak chyba nigdy w dziejach naszego kraju
"Gentlemanami nazywamy (z wykluczeniem osób duchownych) te osoby płci męskiej, które z powodu wykształcenia, inteligencji osobistej, stanowiska społecznego lub urodzenia wznoszą się ponad zwyczajny poziom uczciwego człowieka". Poniżej dalsza część artykułu
Jeśli nie wcześniej, pojedynki były znane już w epoce starożytnej, o czym dowodnie przekonuje Homer w "Iliadzie" bądź zapis w Biblii o pojedynku Dawida z Goliatem. Wyniki wojny lub bitwy uzależniano od pojedynku dwóch wojowników. Widowiskowość pojedynków uczyniła tak popularnymi walki gladiatorów w starożytnym Rzymie. Z zalewem jednak Imperium Rzymskiego przez plemiona germańskie rzadziej rozstrzygano w ten sposób o sprawach publicznych, częściej o indywidualnych. Przede wszystkim za sprawą wprowadzenia w ramach ordaliów (sądów bożych) reguł dowodowych rozlicznych prób: zimnej i gorącej wody, ognia albo gorącego metalu, mar, krzyża, czystości, także - próby walki, czyli pojedynku sądowego. Odbywał się on w obecności sędziów i licznej publiczności, a jego zasady regulowały zwyczaje. Ordalia opierały się na trwałym wyobrażeniu o stałej i bezpośredniej ingerencji Boga w sprawy ludzi oraz wierze, że nie dopuści On do ukarania żadnego niewinnego człowieka.
Pojedynki sądowe opisywane były w licznych kronikach i zapiskach, nie stroniła też od nich literatura piękna z tego okresu, żeby wspomnieć tylko "Pieśń o Rolandzie" czy "Dzieje Tristana i Izoldy". Do powszechnej akceptacji pojedynków przyczyniały się również wywodzące się z tradycji starogermańskiej turnieje rycerskie. Utrwalały one swoisty etos rycerski, gloryfikowały sprawność fizyczną i odwagę, tworząc klimat dla późniejszych pojedynków nie będących już środkiem dowodowym w postępowaniu sądowym. Już w średniowieczu zdecydowanie przeciwko nim opowiedziały się zarówno władze cywilne, jak i Kościół. Te pierwsze w ten sposób chroniły swe kompetencje sądowe i życie co dzielniejszych poddanych, a Kościół, choć z jednej strony zapewniał pojedynkom niezbędną ceremonialną oprawę religijną, z drugiej - gromko i zdecydowanie potępiał je jako sprzeczne z boskim przykazaniem: Nie zabijaj. Przeciwko ordaliom występowali w swych bullach papieże, zakazywały odbywania pojedynków sobory, np. IV Sobór Lateraneński w 1215 r., a Sobór Trydencki (1545) obkładał pojedynkujących się i ich sekundantów ekskomuniką, pozbawiał kościelnego pogrzebu, traktował jako mężobójców, karanych konfiskatą dóbr oraz wieczystą infamią. Nie były to jednak zakazy skuteczne, skoro w latach późniejszych papieże ponawiali je wielokrotnie, a w 1752 r. Benedykt XIV wydał konstytucję Destabilen, w której wystąpił przeciw pojedynkom. Stopniowo pojedynki stały się właściwie tylko - lecz jakże częstą - walką w obronie honoru. Pod koniec XVIII w. były już istną plagą, a - jak twierdził Wolter - np. we Francji w ciągu dwudziestu lat (w tym dziesięć lat wojny) pochłonęły więcej ofiar niż walka z wrogiem zewnętrznym.
Obrażony obsypywał obelgami
W Polsce początkowo wczesnośredniowieczne prawo nie znało pojedynków sądowych. Jak pisał w "Encyklopedii staropolskiej" Zygmunt Gloger: Każdy chodził z mieczem przy boku lub kijem, a obrażony obsypywał on obelgami swego przeciwnika i staczał z nim bójkę. Jeżeli go zabił, płacił grzywny jego rodzinie lub krewnym podług prawa. Pojawiły się one - wzorem prawodawstw zachodnioeuropejskich - w XIII w., nie bez wpływu prawa magdeburskiego. Trwałego jednak obywatelstwa w polskim systemie prawnym ani ordalia, ani pojedynki sądowe nie znalazły. Co zaś tyczy się pojedynków jako środka obrony honoru, to były zakazane przez prawo aż do upadku Rzeczpospolitej szlacheckiej. Mimo to pojedynki były liczne, a i sławne, np. Jana Łaszcza czy Michałów: Radziwiłła i Paca, a później np. Branickiego z Casanową.
Kodeks Boziewicza z lat międzywojennych ...
Potępiał je Kościół, występował przeciwko nim w kazaniach ks. P. Skarga, wydrwiwali w swych utworach F. Bohomolec i F. Zabłocki. I w okresie insurekcji kościuszkowskiej, i Legionów liczba pojedynków nie zmalała, co dopiero w dobie wojen napoleońskich! W czasach Księstwa Warszawskiego stały się chlebem codziennym. Nie inaczej było w Królestwie Polskim, chociaż ks. Konstanty był ich wrogiem. Do spraw honorowych dochodziło także potem między emigrantami i weteranami powstań. Nie pomagały wypowiedzi najświetniejszych umysłów: Lelewel np. w swej pracy "Pojedynki w Polszcze" (1857) nazywał je "plugawym obyczajem" i "zakałą", stwierdzając przy tym: "Cześć obywatelska jest prawości, uczciwości, nieskazitelności, cnoty wyrazem. Przedkładać ją przed honor jest ją poniżać".
Był już przecież wiek XIX. Pojedynki jednak nie tylko nie wyszły z mody, lecz we wszystkich krajach europejskich należały do dobrego tonu. W dodatku ich uczestnicy - o ile uszli z życiem - cieszyli się wyjątkowym uznaniem w większości kręgów towarzyskich. Pojedynkowali się oficerowie. Nie stronili od nich politycy, dziennikarze, pisarze, artyści, ziemianie, urzędnicy i studenci, szczególnie uniwersytetów w krajach obszaru języka niemieckiego (korporacje burszowskie). A już z pewnością przyczyniła się do popularności pojedynków jako sposobu rozstrzygania sporów literatura piękna. Opisywał je już wcześniej Szekspir, ale też Balzak czy Dumas (ojciec), zawarli je w swych utworach Puszkin i Lermontow (jak na ironię, obaj zginęli w pojedynku), Hugo i Stendhal, Turgieniew i Lew Tołstoj. A i my byliśmy nie gorsi: o pojedynkach pisał choćby Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" (pojedynek Domejki z Dowejką "przez niedźwiedzią skórę", a w istocie "most kosmaty", pocięty i ułożony przez Wojskiego, czy między Tadeuszem a majorem Płutem, gdzie Tadeusz daje przeciwnikowi wybór broni "od działa do szpilki"). A panasienkiewiczowscy "Krzyżacy" i "Trylogia"? Któż nie pamięta pojedynków Zbyszka z Bogdańca z Rotgierem i jego stryja Maćka z Kunonem Lichtensteinem, a przede wszystkim - Wołodyjowskiego z Bohunem, Kmicicem i Kannebergiem? Do polskiego języka codziennego weszło wszak powiedzenia: Kończ waść... Wstydu oszczędź!
... i reprint z roku 1999
Opisy pojedynków przynoszą powieści B. Prusa (zwłaszcza w "Lalce" Wokulskiego z baronem Krzeszowskim), S. Żeromskiego, J. I. Kraszewskiego, W. Reymonta, M. Rodziewiczówny czy J. Weyssenhoffa, by na koniec pokutować jeszcze w słynnym, groteskowym opisie pojedynku na miny w "Ferdydurke" u W. Gombrowicza.
Zaczynajcie beze mnie
I XX w. niewiele pod tym względem zmienił. Nadal jednoznacznie i zdecydowanie występował przeciwko pojedynkom Kościół katolicki, powstał skierowany przeciw nim ruch intelektualistów, zwłaszcza związanych z Kościołem. Ale protestowali też socjaliści i środowiska lewicowe, a ich przedstawiciele nie przyjmowali wyzwań i z reguły (tak wcześniej, jak i później) do pojedynków nie stawali. Tak zrobił np. - według współczesnej anegdoty - Ignacy Daszyński, który wyzwany przez Wojciecha hr. Dzieduszyckiego, znanego publicystę, pisarza i filozofa (notabene autora książki "Pojedynki"), odmówił: - Znam pana hrabiego jako dobrego katolika, więc chcę jemu grzechu, sobie zaś głupstwa oszczędzić. Ale i tenże znany z poczucia humoru Dzieduszycki potrafił, wyzwany na pojedynek, gdy się nie stawił, napisać liścik: "Przepraszam za spóźnienie, zaczynajcie beze mnie. Dzieduszycki". Podczas pierwszej wojny światowej pojedynki były codziennością wśród wojskowych, a w czasach międzywojennych i wśród cywilów, stając się instrumentem skomplikowanej "gry honorowej". Ich bohaterowie cieszyli się uznaniem w "towarzystwie". Ale mieliśmy już wtedy polski kodeks honorowy W. Boziewicza, a w pojedynku: kodeks karny - kodeks Boziewicza, zwyciężał ten drugi.
Już w przedmowie do drugiego wydania swego "Polskiego kodeksu honorowego" (1919) autor zaznacza: "Bronić (...) zjawiska średniowiecznego, jakim jest pojedynek - nie myślimy". Ale zaraz, mocno zniesmaczony, dodaje: "Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że pokąd prawna kultura naszych społeczeństw karać będzie czynną zniewagę gentlemana 24-godzinnym aresztem, zamienionym na 10 zł grzywny - istnieć będzie ten rodzaj współrzędnego sądownictwa honorowego, uzupełniającego państwowy wymiar sprawiedliwości. A zdaje się, że jeszcze czas długi (...)". W "Alfabecie wspomnień" (Warszawa 1989) pod hasłem "Boziewicz" Antoni Słonimski zapisał: "Nazwisko dziś nic nie znaczące, ale w czasach mej młodości ten autor niewielkiej książeczki nieraz zaważył na losie i życiu ludzkim (...)". Kim więc był ów Władysław Boziewicz? Jego akta personalne odnalazł w Centralnym Archiwum Wojskowym pisarz i publicysta Jerzy Rawicz, a dane uzupełnił prof. Jacek Sobczak. Z materiałów archiwalnych wynika, że Władysław Boziewicz urodził się 4 grudnia 1886 r. w Boguszy, w powiecie grybowskim w pobliżu Nowego Sącza, w szlacheckiej rodzinie, z ojca Aleksandra i matki Marii z Borowskich. W 1908 r. zdał maturę w II Gimnazjum im. J. Sobieskiego w Krakowie i podjął studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Uzyskał absolutorium w 1914 r., zdając egzamin historyczny. Po wybuchu wojny, 1 sierpnia 1914 r., Boziewicz jako jednoroczny ochotnik wstąpił do wojska austriackiego. Podczas działań wojennych otrzymał awans na podporucznika. Ciekawą opinię wystawił ppor. W. Boziewiczowi jego zwierzchnik, mjr W. Metzner. Czytamy w niej m.in.: "Poważny i silny charakter (...) skierowany do wewnątrz, bez radości życia. Bardzo dobre założenia wojskowe, służbisty i odpowiedzialny, wobec wroga spokojny, odważny i zdecydowany (...) Spokojny człowiek, równie wysoko oceniany przez żołnierzy, jak i oficerów". I taką opinię miał człowiek, z którego "kodeksem w ręku" - jak pisał T. Boy-Żeleński - "można wystrzelać pół świata"! Nazajutrz po wystąpieniu z armii austriackiej rozpoczął służbę w Wojsku Polskim w tymże stopniu porucznika. Potem zweryfikowany i mianowany kapitanem, z równoczesnym przeniesieniem do korpusu oficerów gospodarczych. Jak uważa prof. Jacek Sobczak: "Jawić się on musiał przełożonym jako służbista, człowiek dobrze wychowany, ale pozbawiony większych aspiracji". Przygotowując więc drugie wydanie "Polskiego kodeksu honorowego" (1919) i dedykując je Józefowi Piłsudskiemu, Boziewicz odbywał służbę wojskową, kiedy ukazywało się następne, był już oficerem zawodowym. Praktycznie nie awansował, co zdaje się świadczyć o pewnej rezerwie, jeśli nie wręcz dezaprobacie władz wojskowych dla jego dokonań pisarskich. Jerzy Rawicz, pisarz i publicysta, autor znakomitej książki "Do pierwszej krwi" (Warszawa 1974), próbował dociec, czy Boziewicz sam miał jakieś zatargi honorowe. I znalazł! Zachował się bowiem w CAW protokół sądu honorowego dla oficerów z 30 czerwca 1923 r., z następującą uchwałą: "Kapitan Władysław Boziewicz nie ma być oddany pod sąd honorowy, ponieważ ani z aktów sądowych, ani z przeprowadzonego dochodzenia nie wynika, aby (...) dopuścił się uchylenia godności stanu oficerskiego, jak również, by był osobiście przez p. Salca obrażony". Był żonaty z Zofią z Czaszów, nie miał dzieci. W latach okupacji prowadził sklepik spożywczy. Kilka miesięcy siedział w więzieniu na Montelupich. Zmarł w Krakowie w 1946 r.
Kto jest, a kto nie jest dżentelmenem
O tym autor kodeksu przesądza od razu w art. 1 (wyd. z 1919 r.), stanowiącym: "Pojęciem osoby zdolnej do żądania i dawania satysfakcji honorowej albo krótko: osobami honorowymi lub z angielskiego: gentlemanami, nazywamy (z wykluczeniem osób duchownych) te osoby płci męskiej, które z powodu wykształcenia, inteligencji osobistej, stanowiska społecznego lub urodzenia wznoszą się ponad zwyczajny poziom uczciwego człowieka". Jak widać wyraźnie, określenie to usuwa zdecydowanie spod mocy obowiązującej przepisów honorowych kobiety jako niezdolne do pojedynku. Także - osoby duchowne, posiadające święcenia niższe, zakonników, kleryków i słuchaczy uniwersyteckich wydziału teologicznego. Z tytułu wykształcenia (art. 3) do "osób honorowych" zalicza Boziewicz "tych wszystkich, którzy ukończyli szkoły średnie". Ale już w następnym art. 4 dodaje: "Mimo braku wykształcenia średniego należy wciągnąć (...) tych, którzy swoją inteligencją lub wybitnymi zdolnościami w rzeczywistości dorośli, jeśli nie przewyższyli poziom średniego wykształcenia". Dodaje tu uwagę: "Dlatego nie można odmówić satysfakcji artyście malarzowi, mimo iż tenże studiów średnich nie odbył, lub np. powieściopisarzowi, który ukończył 3 klasy gimnazjalne". Zdolność dawania i żądania honorowego zadośćuczynienia posiadają także (art. 5) osoby nie spełniające kryteriów art. 3 i 4, "o ile zajmują wybitne stanowisko społeczne". I znów wyjaśniająca uwaga Boziewicza: "W myśl tej zasady należy udzielić satysfakcji honorowej wieśniakowi, który jest posłem na sejm". Wreszcie - zgodnie z art. 6 - "Prawo gentlemanów należy się osobom stanu szlacheckiego bez względu na wymogi art. 3-5". Wszyscy ludzie honorowi są sobie bezwzględnie równi, dlatego nie wolno - według Boziewicza - odmawiać satysfakcji w pojedynku z powodu różnicy stanu, urodzenia, stanowiska lub majątku, a osoba odmawiająca ma być uznana za niehonorową (art. 7). Kto zatem dżentelmenem nie jest? Po stwierdzeniu w art. 8, iż: "wykluczonymi ze społeczności ludzi honorowych są osoby, które dopuściły się pewnego ściśle kodeksem honorowym określonego czynu", Boziewicz wylicza aż 28 kategorii "indywiduów". Nie sposób wyliczyć ich wszystkich, ale oto niektóre: karani przez sądy za przestępstwa z niskich pobudek; denuncjatorzy, zdrajcy, tchórze; homoseksualiści; dezerterzy; nie żądający satysfakcji za ciężkie zniewagi; lichwiarze, paskarze; paszkwilanci, szantażyści, piszący anonimy, oszczercy; notoryczni alkoholicy, fałszywi gracze w hazardzie; kompromitujący cześć kobiet; notorycznie łamiący słowo honoru, wreszcie - obcujący ustawicznie z ludźmi notorycznie niehonorowymi. Ale zawierał też "Boziewicz" elementy demokratyczne - w myśl bowiem art. 9: "Nieślubne urodzenie nie stanowi powodu do odmówienia satysfakcji honorowej". Poużywał sobie na "Boziewiczu" po latach Antoni Słonimski (sam aktywny pojedynkowicz). W "Alfabecie wspomnień" napisał bowiem m.in.: "Formalnie poza sferę kodeksu honorowego usunięty był proletariat i lud wiejski, choć jeśli była wtedy jakaś ÇhonornośćČ, to właśnie wśród chłopów i robotników. Tam, zwłaszcza u górali, rąbią się naprawdę. ÇNiehonorowymiČ byli według Boziewicza Çkłamcy i pederaściČ oraz ludzie, którzy się z nimi Çnotorycznie stykaliČ. Notorycznie stykać się z pederastą? Tego można uniknąć. Gorzej już, jeśli chodzi o kłamstwa. Samemu siebie trudno uniknąć, a cóż dopiero uniknąć przyjaciół".
Zniewagi czwartego stopnia
Każdą wątpliwość w kwestii zdolności honorowej rozstrzyga sąd honorowy, którego orzeczeniu strony winne były bezwzględnie się poddać. Inaczej osoba, która tego nie uczyniła - przestawała być dżentelmenem (art. 133). Niezmiernie ważna, wręcz zasadnicza rola w sporze honorowym przypadała sekundantom, czyli "zastępcom honorowym". Mieli oni (art. 75) "bezwzględnie baczyć, aby honor ich klienta przez jakąkolwiek czynność lub zaniechanie - nie uległ szkodzie", a ich obowiązkiem było uczestniczyć na miejscu spotkania podczas starcia. Od mandatu sekundanta dżentelmen mógł się uchylić (art. 76), tylko jeśli jego klient żądał z góry pojedynku aż do śmierci jednego z walczących. Ale obraza obrazie nierówna. Kodeks Boziewicza dzielił więc zniewagi - w zależności od charakteru i znaczenia - na cztery stopnie: lekką (każde uchybienie godności bez naruszenia czci), ciężką (uwłaczenie czci dżentelmena), bardzo ciężką (znieważenie czynne lub zarzut przeciw honorowi obrażonego), wreszcie - zniewagę czwartego stopnia (wszelka zniewaga uwłaczająca czci familii). Rzecz przy tym ciekawa, że do tych ostatnich, najcięższych kategorii zaliczał Boziewicz (art. 28) obrazę drukiem, jako że: "(...) popełnione są z premedytacją oraz przez szybkość rozpowszechniania pism drukowanych wyrządzają szczególną krzywdę obwinionemu". Co by dziś powiedział na radio i telewizję? Za to, jak stwierdzał (art. 36), publiczne krytyki, nawet ostre i bezwzględne, dotykające osób i urzędów, jeśli zostały napisane w interesie dobra publicznego - nie mogły być powodem wyzwania. I jeśli, rzecz jasna, nie ujawniały faktów z życia prywatnego. Podobnie, ogłoszenie drukiem publicznych krytyk i sądów odnoszących się do twórczości naukowej bądź literackiej nie mogło stanowić przedmiotu pertraktacji honorowych. Kodeks Boziewicza składał się z dwóch części: "Zasad pokojowego postępowania honorowego" (a więc niejako "części materialnej" i procedury, z prawami i obowiązkami uczestników postępowania honorowego, zadaniami sądów honorowych i sekundantów) oraz "Pojedynku". Ta druga zawierała tak szczegółowe, tak kazuistyczne postanowienia w przedmiocie "starcia na udeptanej ziemi" (np. wybór broni, warunków, miejsca, broni i amunicji, reguł zachowania, rodzajów pojedynku itp.), że na ich opis nie starczyłoby "wołowej skóry". Ciekawych uprzedzam jednak, że np. "pojedynki amerykańskie" (art. 379), w których o życiu i śmierci przeciwników decydował los, były dla Boziewicza "aktem niehonorowym, nie mającym nic wspólnego z odwiecznymi zasadami honoru i ściągającym niehonorowość na wszystkie osoby biorące w nich udział".
Już we wspomnianym felietonie z "Kuriera Porannego" w 1928 r. (czym może nieświadomie przyczynił się do popularności kodeksu Boziewicza) Tadeusz Boy-Żeleński pisał: "Ponad kodeksem zwykłym mamy kodeks Boziewicza, przekreślający wszystko. Bo gdzie tam zwykłej kodeksinie równać się z nadkodeksem. Jak leniwym i chwiejnym instrumentem jest prawo, ile tu instancji, apelacji, kasacji, ile potrzeba nauki, doświadczenia do jego wykładu! Tutaj - nic z tego wszystkiego: mała książeczka, dwóch honorowych ludzi i rozstrzyga się w najkrótszej drodze wszystko. Z Boziewiczem w ręku można wystrzelać pół świata, można przeciąć mieczem wszystkie zawiłości polityczne". Kpina kpiną, ale nie wgłębiając się w zaszłości historyczne, "kodyfikatorska" działalność Boziewicza nie była bez znaczenia dla władz odrodzonego po latach zaborów państwa polskiego. Na dobrą sprawę można było odnieść wrażenie, iż w II Rzeczypospolitej, a zwłaszcza w jej pierwszym dziesięcioleciu, zatargów honorowych, także zakończonych pojedynkami, było tak wiele, jak chyba nigdy w dziejach naszego kraju. Nie było to wcale zjawisko przypadkowe. Pojedynek - czy też szerzej: postępowanie honorowe - był specyficznym sposobem rozwiązywania sytuacji konfliktowych. A po długiej niewoli było ich wiele, zwłaszcza na tle politycznym. Oczywiście najczęściej pojedynkowali się wojskowi, co wiązało się z elitarnym poczuciem czci kadry oficerskiej. Jak obliczono, w owym czasie w Wojsku Polskim odbywało się rocznie przeciętnie pięćset pojedynków! A przecież niemal równie często stawali do nich politycy, publicyści, pisarze i artyści, studenci-członkowie korporacji. Przystępując tedy w 1919 r. do unifikacji i kodyfikacji prawa karnego, należało rozważyć, czy zabójstwo w pojedynku potraktować jako uprzywilejowaną formę zabójstwa, czy też nie. Wśród członków Wydziału Karnego Komisji Kodyfikacyjnej RP zarysowały się rozbieżne stanowiska. W końcu projekt kodeksu karnego Komisji Kodyfikacyjnej w ogóle nie przewidywał karalności pojedynków. Dopiero komisja Ministerstwa Sprawiedliwości wprowadziła przepis penalizujący zabójstwo bądź uszkodzenie ciała w pojedynku "na udeptanej ziemi", dodając do projektu przyszłego kodeksu karnego (tego znanego, z 1932 r.) w rozdz. XXXV "Przestępstwa przeciwko życiu i ciału" art. 238. W ¤ 1 tego przepisu stwierdzono: "Kto w pojedynku zabija człowieka albo zadaje mu uszkodzenie ciała, podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu". W ¤ 2 wskazano, że sekundantów sąd może uwolnić od kary. Nie koniec na tym. Członkowie Komisji Kodyfikacyjnej, wybitni karniści: prof. Juliusz Makarewicz, dr Aleksander Mogilnicki i prof. Wacław Makowski, sprzeciwili się wprowadzeniu do k.k. przestępstwa pojedynku. Argumentowali m.in., że byłoby to poniekąd uznaniem tej formy załatwiania spraw honorowych, a represja karna w odniesieniu do uczestników pojedynku jest bezskuteczna, że pojedynki są zjawiskiem dość rzadkim. Dali zresztą później temu wyraz w komentarzach krytycznych. Czy tak było w istocie? Już w 1927 r. dr Witold Świda (późniejszy znany profesor karnista) w pracy "Pojedynek ze stanowiska polityki kryminalnej" pisał: "W korpusie oficerskim panuje przymus pojedynków. Oficer, który powołuje się na kodeks karny i odrzuca wyzwanie, naraża się na uznanie za niehonorowego przez sąd honorowy, co prowadzi do wydalenia z wojska". Tak więc przepis przepisem, a życie - życiem.
Lekka rana i ciężkie pijaństwo
Okres międzywojenny obfitował w rozliczne i głośne pojedynki między dżentelmenami, głównie w Warszawie, ale i na prowincji poruszały one społeczności lokalne. "Z Boziewiczem w ręku" rozstrzygano poważne i błahe spory, niektórzy wręcz zasłynęli jako pojedynkowicze nieustanni. Do tej kategorii zaliczano głównie oficerów. Poczynając od generałów broni, wypada wspomnieć głośny pojedynek gen. Józefa Hallera z późniejszym premierem Zyndramem Kościałkowskim na tle wydarzeń w Zachęcie w dniu śmierci prezydenta Gabriela Narutowicza. Ba, wyzwano nawet na pojedynek marszałka Józefa Piłsudskiego, lecz sprzeciwił się temu prezydent Wojciechowski. Bolesław Wieniawa-Długoszowski nader często sekundował i prowadził walki oraz udostępniał pojedynkowiczom ulubione miejsce spotkań - ujeżdżalnię 1 pułku szwoleżerów. Wiedziała o tym cała Warszawa, ale nikt nie słyszał, by Wieniawę kiedykolwiek pociągnięto do odpowiedzialności karnej za tak jawnie sprzeczne z prawem działanie. A twórcy? Liczne zatargi honorowe mieli publicyści. Pojedynkował się nawet zdecydowany przeciwnik pojedynków Antoni Słonimski z artystą malarzem Mieczysławem Szczuką. Po latach pisał: "Mimo oczywistej bzdury przepisów p. Boziewicza uległem jego przemożnej presji. Pojedynek mój ze Szczuką był aktem tchórzostwa. (...) Nie wypadało się nie bić. Moim sekundantem był Wieniawa, Szczuki major Dobrodziecki - doprowadzili nas do trzykrotnej wymiany strzałów na dystansie 15 kroków. Niemal ostentacyjnie strzeliłem przeciwnikowi pod nogi, ale pistolety podrywały i trafiłem go w udo. Skończyło się to błazeństwo lekka raną i ciężkim pijaństwem". Pojedynkował się również Władysław Broniewski, Wilam Horzyca, malarze Wojciech Kossak i Julian Fałat. Strzelał się też rzeźbiarz Ksawery Dunikowski.
Po drugiej wojnie światowej zmieniło się wszystko: kultura, obyczaje, tradycja. Ale choć pojedynki odeszły w niepamięć, "kodeks Boziewicza" pozostał - symbolicznie - w obiegu i dzisiejszym słownictwie. Co starsi wspominają tamte czasy z łezką w oku, młodzi mają już inny punkt widzenia na te sprawy. Ale gdyby zapytać: Kim był Władysław Boziewicz? - niejeden da zdecydowaną odpowiedź: Jak to kim? Autorem kodeksu honorowego był! Dobrze więc się stało: i dla miłośników historii, i dowcipu, że MUZA SA wydała starannie - jako świetny prezent pod choinkę - reprint "Polskiego kodeksu honorowego" Boziewicza, z arcyciekawym wprowadzeniem prof. Jacka Sobczaka z UAM w Poznaniu. Literatura: Jerzy Rawicz, Do pierwszej krwi, Warszawa 1974; Władysław Boziewicz, Polski kodeks honorowy, Warszawa 1999
Za zabójstwo honorowe w Pakistanie 25 lat pozbawieni...