Source: http://kor.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?1280253
Timestamp: 2018-07-15 22:55:48
Legal References Found: art. 16
 art. 16

Art. 16

Art. 1
 art. 16
 art. 35
 art. 6
 art. 6
 art. 35

Art. 26

Art. 1
 art. 124

Art. 16
 art. 424
 art. 5

Art. 16

Art. 59

Art. 59
 art. 59

Art. 4
 Art. 59

Art. 16

Art. 1
 art. 77

Document Content:
Analizy - prawo i nie tylko - Kawiarenka Odrobiny Rozsądku
Analizy - prawo i nie tylko
Czy przemysł propatriotyczny nadal jest w Polsce nielegalny?
Jak co roku w Święto Niepodległości sprawdzam, czy szkodliwe przepisy, blokujące propatriotyczny przemysł w Polsce nadal nie zostały zmienione. Niestety, odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi "Tak, w dużej części tak".
Nie mam już siły tłumaczyć tego kolejny raz. Po prostu jest tak samo źle.
Wszystko jest już ileś razy wyjaśnione w moich tekstach z poprzednich lat:
Produkowanie flag
sobota, 11 listopada 2017 21:03
Przejdź do wpisu „Czy przemysł propatriotyczny nadal jest w Polsce nielegalny?”
Dodaj komentarz do wpisu „Czy przemysł propatriotyczny nadal jest w Polsce nielegalny?”
Rok w rok sprawdzam, czy nic się nie zmieniło. I nic.
Władza się zmieniła, usta ma pełne patriotycznych frazesów. I nic.
Polska nadal jest krajem, w którym nie można legalnie produkować w celu sprzedaży flag* czy koszulek, czapeczek, wpinek itd. z godłem czy flagą.
Polscy przedsiębiorcy kombinują, jak za jakiejś okupacji, czy pod innymi zaborami.
Jeśli już produkują, to pilnują się jak mogą, żeby przypadkiem nie wyprodukować niczego zgodnie ze wzorcem. Starają się przerobić kolor (żeby była jakaś czerwień, ale jakby co, to nie taka, jak w załączniku do ustawy).
Niektórzy wykorzystują wyjątek o wersjach stylizowanych lub artystycznie przetworzonych.
Tylko w Polsce da się trafić na rozmowy ludzi, którzy muszą traktować jako wzorce negatywne te wszystkie wzory pokazujące, jak nasze symbole narodowe powinny być prawidłowo przedstawiane.
Propatriotyczne gadżety można też zamówić za granicą. Bo Słowak czy Chińczyk może u siebie polskie symbole na różnych przedmiotach umieszczać.
A polski przedsiębiorca może bezkarnie produkować flagi amerykańskie, niemieckie, francuskie, rosyjskie. Byle tylko polskich nie produkował, bo to zabronione.
Opisuję ten temat już szósty rok. Od tego czasu sprawa tego przepisu nawet zajęła polityków, kiedy okazało się, że PZPN nie może przez niego handlować koszulkami piłkarskimi na Euro. Ówczesny Prezydent z dumą doprowadził do "zmiany". Wprowadzono specjalne ominięcie tego przepisu dla PZPN-u itp. żeby bez obaw mogli na Euro i nie tylko koszulkami handlować.
Ale żeby usunąć przepis, który jest po prostu głupi? Nie, po co. Dziennikarze i tak się nie zorientują, a ludzie tym bardziej.
Temat wrócił w ostatniej debacie prezydenckiej. I tu nowy Prezydent też mnie zawiódł. Przecież to prawnik, mógł dokładnie obśmiać absurdalną "zmianę" przepisów. Zrobił to? Nie.
Opowiadał zamiast tego coś o czekoladowych orłach, jakby to było głównym problemem.
Nowa partia jest u władzy już od roku. Chętnie odnosi się do patriotyzmu w wypowiedziach.
Czy zrobili coś z art. 16.1? Nie. W ustawie o godle, barwach i hymnie RP nadal można przeczytać:
A biedni przedsiębiorcy nadal kombinują, jak tu ominąć głupi przepis, skoro sprzedawać propatriotyczne gadżety da się w Polsce tylko stylizowane lub artystycznie przetworzone. Albo odkupione od producenta z Chin czy chociaż ze Słowacji.
Poniżej moje wpisy na ten temat z poprzednich lat:
- 2011 rok - "Patriotyzm zakazany... w Polsce" - opis problemu
- 2012 rok - "Żałosny epilog na Święto Niepodległości" - opis żałosnej niby zmiany, którą przed Euro ominięto ten przepis tylko na potrzeby PZPN-u itp. -
- 2013 rok - "Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce" - ogólnie przypomniałam problem z art. 16.1 (ile można pisać o tym samym) odniosłam się do akcji "Orzeł może" i próbowałam tłumaczyć, że nasz patriotyzm może być radosny w naszych prawdziwych barwach, nie trzeba ich zmieniać na różowe
- 2014 rok - "Patriotyzm w Polsce nadal zakazany" - nawiązanie do oburzającej sprawy procesu producenta zgaszonych naszywek oraz powtórne objaśnienie absurdalnej sytuacji prawnej w kwestii propatriotycznych gadżetów.
-2015 rok - "Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany" - kolejne ogólne przypomnienie problemu z odniesieniem do wcześniejszych wydarzeń oraz do aktualnej wówczas debaty prezydenckiej.
*Słowa "flaga" używam w powszechnym rozumieniu.
piątek, 11 listopada 2016 18:58
Przejdź do wpisu „A propatriotyczny przemysł nadal w Polsce zakazany”
Dodaj komentarz do wpisu „A propatriotyczny przemysł nadal w Polsce zakazany”
Polska dawno jest niepodległa, a przemysł propatriotyczny nadal zakazany. Politycy się zmieniają, komunizmu już dawno nie ma, a tymczasem...
W Polsce nie wolno produkować w celu sprzedaży:
wpinek, pierścionków, wisiorków i innej biżuterii z orzełkiem czy flagą państwową,
koszulek ani czapek z polską flagą lub godłem (poza kopiami ciuszków sportowców, na których zarabiają PZPN itp.)
samych polskich flag,
śpiewników czy CD z hymnem narodowym.
Polak może je tylko sprzedawać, kiedy np. Czech czy Niemiec wyprodukuje je wcześniej legalnie, bo za granicą. Sam ich wyprodukować nie może, bo złamałby... polskie prawo.
Art. 16.1. ustawy o godle, barwach i hymnie*
Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.
A te symbole to...
Art. 1.1. Orzeł biały, biało-czerwone barwy i "Mazurek Dąbrowskiego" są symbolami Rzeczypospolitej Polskiej.
A naruszanie przepisów tej błędnie skonstruowanej ustawy grozi grzywną do 5 tysięcy zł albo aresztem.
[Art. 49 § 2 Kodeksu wykroczeń]
Czy nasi posłowie wierzą, że Polacy są trędowaci i nie powinni dotykać się do produkcji przedmiotów, na których zamieszcza się polskie symbole narodowe?
Czy może myślą, że Polska nadal jest pod jakąś okupacją, a oni muszą reprezentować okupanta?
Na pewno nie ma żadnego racjonalnego powodu dla istnienia tego przepisu. Komuniści, wprowadzając go lata temu, może swoje powody mieli. Władze całkowicie niepodległego kraju powinny go natychmiast usunąć.
W zasadzie to jest tekst rocznicowy. Już piąty rok z rzędu w Święto Niepodległości opisuję jeden, absurdalny przepis, sprzeczny z ideą niepodległości.
Jak dotąd nic się nie zmieniło.
W tym roku próbowałam już nawet dotrzeć do polityków startujących w wyborach prezydenckich. Przygotowałam materiał opisujący bezmyślne działanie jednego z kandydatów, który jako Prezydent z wielkim hukiem doprowadził do zmiany aż dwóch różnych ustaw tak, żeby zakaz propatriotycznej produkcji zachować, zapewniając jednocześnie PZPN-owi i podobnym organizacjom możliwość handlowania sportowymi koszulkami na Euro 2012.
Link do tamtego tekstu wrzuciłam na profile FB wszystkich kandydatów, ale to też nie pomogło.
Co ciekawe, ten temat został nawet poruszony podczas debaty prezydenckiej Komorowski kontra Duda**.
Ówczesny Prezydent Komorowski oczywiście pysznił się dokonaną "zmianą", do której doprowadził i pytał przyszłego Prezydenta Dudę, czemu ten nie głosował za jego, niby taką świetną, propozycją.
Duda mógł to spokojnie wykorzystać do wykazania, na prostym przykładzie, niekompetencji swojego interlokutora. Zamiast tego zasłonił się czekoladowym orłem.
Komorowski zarzucił wtedy Dudzie "Albo pan po prostu nie potrafi uszanować, uznać, że jest ustawa dobra, bo nie jest pana środowiska politycznego, albo pan po prostu dostaje dyspozycje od swojego szefa partyjnego i pan ich bezmyślnie wykonuje."
Niestety obawiam się, że mógł mieć rację, tylko z innych przyczyn niż te, które miał na myśli.
Przecież Duda jest prawnikiem. Gdyby przeczytał ten projekt i przeczytał przepis, który jest dzięki temu projektowi omijany na potrzeby kilku organizacji, to wiedziałby, że ma w ręku argument potwierdzający brak umiejętności legislacyjnych swoich przeciwników albo ich złą wolę. A nie wiadomo, co gorsze.
Wtedy, oglądając debatę, skonstatowałam ze smutkiem, że... Duda najwyraźniej nawet nie zainteresował się tą zmianą i prawdopodobnie rzeczywiście ograniczył się tylko do wiedzy, że przeciwna partia chce coś zmienić. Nawet nie sprawdzając, czy ta zmiana nie jest przypadkiem bardzo złą ustawą.
W tym momencie dotarło do mnie, że między kandydatami jednak nie ma aż tak wielkiej różnicy. Obawiam się, że nie będziemy mieć żadnej korzyści z Prezydenta prawnika, jeśli ten nie będzie ze swoich umiejętności korzystał.
To już wszystko, co zdarzyło się w temacie w ciągu ostatniego roku.
Jak wspominałam, o konieczności usunięcia art. 16.1. piszę w Święto Niepodległości już piąty rok.
Wcześniejsze teksty są tutaj:
- 11 listopada 2011 r. - Patriotyzm zakazany... w Polsce
- 11 listopada 2012 r. - Żałosny epilog na Święto Niepodległości
- 11 listopada 2013 r. - Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce
- 11 listopada 2014 r. - Patriotyzm w Polsce nadal zakazany
* Ustawa o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z dnia 31 stycznia 1980 r. tj. z dnia 2 listopada 2005 r. (Dz.U. Nr 235, poz. 2000, ze zm.)
** Fragment debaty prezydenckiej Komorowski - Duda, dotyczący zmiany przepisów o godle, jest dostępny np. pod linkiem:
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Andrzej-Duda-i-Bronislaw-Komorowski-o-godle,wid,17558246,wiadomosc.html?ticaid=115ec8
(2) Pokaż komentarze do wpisu „Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany”
środa, 11 listopada 2015 18:21
Przejdź do wpisu „Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany”
Dodaj komentarz do wpisu „Cały przemysł propatriotyczny jest w Polsce zakazany” i/lub któregoś z (2) komentarzy
Pies w rozgrzanym samochodzie - analiza prawna
Temat zdecydowałam się poruszyć z uwagi na oburzający materiał dotyczący próby pociągnięcia do odpowiedzialności karnej człowieka, który wybił szybę, ratując psa z rozgrzanego samochodu na parkingu-patelni pod Tesco na Bemowie, w upalny dzień.
1) W Warszawie wczoraj (5 lipca 2015 r.) panował skwar (35 stopni w... cieniu) co mogą potwierdzić tysiące ludzi.
2) Na terenie całego województwa Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej nawet oficjalnie ogłosił alert II stopnia z powodu fali upałów.
3) Temperatura w unieruchomionym samochodzie zaparkowanym na słońcu szybko robi się znacznie wyższa niż na zewnątrz.
Odpowiedzialność prawna osoby, która zostawia psa w zamkniętym samochodzie w upał
Na podstawie art. 35.1a ustawy o ochronie zwierząt osobie pozostawiającej psa w takich warunkach, grozi kara do 2 lat pozbawienia wolności. Jej czyn spełnia bowiem przesłanki znęcania się nad zwierzętami, określonego w paragrafie 2 art. 6 ustawy o ochronie zwierząt:
Zacytujmy art. 6.2.17 ustawy o ochronie zwierząt:
"Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności:
17) wystawianie zwierzęcia domowego lub gospodarskiego na działanie warunków atmosferycznych, które zagrażają jego zdrowiu lub życiu;"
Tymczasem zgodnie z art. 35.1a ustawy o ochronie zwierząt:
"1a. Tej samej karze podlega ten, kto znęca się nad zwierzęciem."
Tej samej, czyli, zaglądając do poprzedniego paragrafu:
"podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2."
Tak doszliśmy do występku, zagrożonego karą do 2 lat pozbawienia wolności. Ale pamiętajmy, że kara grzywny czy ograniczenia wolności również potrafi być dotkliwa.
Rzecznik komendy tłumaczył właścicielkę, że "pies został pozostawiony na krótko, a samochód miał uchyloną jedną z szyb."
Być może. Tylko że nieodpowiedzialni właściciele zwierząt zwykle tak właśnie się tłumaczą.
A trzeba pamiętać, że zamkniętemu w samochodzie psu uchylona szyba nie wystarczy.
"Psy chłodzą się tylko poprzez dyszenie, pocą się jedynie przez opuszki łap – przypomina Bożena Górka, lekarz weterynarii. – Upały znoszą jeszcze gorzej niż ludzie."
Z tego samego tekstu można się też dowiedzieć, że "Nawet przy otwartym oknie w upale zwierzę narażone jest na cierpienie lub śmierć."
W innym tekście, kolejny weterynarz wyjaśnia: "Już minuta dla delikatnych, starszych czy chorych psów spędzona w takich warunkach grozi szybkim odwodnieniem i śmiercią w męczarniach - potwierdza dr Dorota Sumińska, weterynarz."
Argumenty, na które może powołać się osoba ratująca psa z rozgrzanego auta
1) Z punktu widzenia prawa karnego, osoba wybijająca szybę w samochodzie, żeby uratować psa przed ugotowaniem, jest chroniona kontratypem stanu wyższej konieczności. Zacytujmy właściwy przepis.
Art. 26 § 1. Kodeksu karnego:
Nie popełnia przestępstwa, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego jakiemukolwiek dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone przedstawia wartość niższą od dobra ratowanego.
Sprawa wygląda na oczywistą. Ale jeszcze na wszelki wypadek, wszystkim próbującym oceniać wartość męczarni psa, jego zdrowia i życia, w kategoriach ekonomicznych, przypomnę podstawową zasadę ustawy o ochronie zwierząt, która brzmi - zwierzę nie jest rzeczą.
Cytując właściwy przepis:
Art. 1 ustawy o ochronie zwierząt:
Zatem nie ma wątpliwości, że ratując psa, ratujemy dobro przedstawiające wyższą wartość niż szyba. Należy tylko ocenić, czy niebezpieczeństwa można było inaczej uniknąć. W przypadku psa zamkniętego w rozgrzanym samochodzie na parkingu-patelni pod centrum handlowym, w tak upalny dzień jak wczoraj, raczej nie ma czasu na szukanie innych rozwiązań. Stan psa może się bardzo szybko pogorszyć. Szczególnie że zdarzały się już przypadki, kiedy psa wyciągnięto z samochodu jeszcze żywego, w stanie nie wzbudzającym żadnych wątpliwości, że należy go wyciągnąć, tylko... nie przeżył nocy - jak w historii sprzed miesiąca, kiedy jeszcze nawet nie było upałów. A nie chodzi tu o atrapę działania tylko o skuteczne uchylenie niebezpieczeństwa.
Edit: Pod wpływem Komentatora o nicku Nosiwoda, dodaję punkt 1a
1a) Jak słusznie zwrócił uwagę Komentator, przecież stłuczona szyba może nawet nie być wystarczająco wiele warta, żeby jej zniszczenie podpadało pod Kodeks karny. Kwota graniczna obecnie wynosi 437 zł 50 gr (co stanowi 1/4 minimalnego wynagrodzenia).
Zgodnie z art. 124 Kodeksu wykroczeń, niszczenie bądź uszkadzanie cudzej rzeczy, wartej mniej niż 1/4 minimalnego wynagrodzenia jest już tylko wykroczeniem.
Oczywiście w Kodeksie wykroczeń również zawarto kontratyp stanu wyższej konieczności
Art. 16 § 1. Kodeksu wykroczeń:
"Nie popełnia wykroczenia, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone nie przedstawia wartości oczywiście większej niż dobro ratowane."
2) Z punktu widzenia prawa cywilnego, kontratyp stanu wyższej konieczności zawarty jest w art. 424 Kodeksu cywilnego, który brzmi:
"Kto zniszczył lub uszkodził cudzą rzecz albo zabił lub zranił cudze zwierzę w celu odwrócenia od siebie lub od innych niebezpieczeństwa grożącego bezpośrednio od tej rzeczy lub zwierzęcia, ten nie jest odpowiedzialny za wynikłą stąd szkodę, jeżeli niebezpieczeństwa sam nie wywołał, a niebezpieczeństwu nie można było inaczej zapobiec i jeżeli ratowane dobro jest oczywiście ważniejsze aniżeli dobro naruszone."
Tutaj również nie ma wątpliwości, że ratowane dobro (życie i zdrowie i ochronienie przed męczarnią żywego psa) jest oczywiście ważniejsze aniżeli dobro naruszone (szyba). Ratujący psa niebezpieczeństwa nie wywołał (paradoksalnie wywołał go sam właściciel szyby) i pojawiają się podobne trudności z próbami zapobieżenia niebezpieczeństwu w inny sposób.
Jednocześnie w ogóle sytuacja, kiedy o odszkodowanie występowałaby osoba winna konieczności wywołania szkody stoi w jawnej sprzeczności z podstawowym przepisem ochronnym, pozwalającym unikać nadużycia prawa, czyli ze słynnym art. 5 Kodeksu cywilnego, który brzmi:
"Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony."
A w praktyce
Warto zawołać innych ludzi, poprosić kogoś, żeby jednocześnie wezwał policję, jeśli pies na razie nie wygląda źle - tylko jak to ocenić? Można próbować wezwać właściciela - choć na wielkim, pustym parkingu to może być trudne. I jak ocenić, ile tak naprawdę psu pozostało czasu, aż przebywanie w skwarze na pewno mu trwale zaszkodzi?
Szczególnie, że momentem granicznym wcale nie muszą być aż trwałe uszkodzenia. Przecież ustawa o ochronie zwierząt za znęcanie się uznaje już samo wystawianie zwierzęcia na działanie warunków atmosferycznych, które zagrażają jego zdrowiu lub życiu, a nie dopiero doprowadzenie do ostatecznych uszkodzeń.
Oczywiście zupełnie inaczej wygląda ocena sytuacji, kiedy na zewnątrz jest tylko ciepło - wtedy być może świadkowie mają te parę minut, pozwalających np. wezwać zajętego zakupami właściciela, jeśli uda się szybko uzyskać możliwość puszczenia ogłoszenia w tej sprawie przez głośniki centrum handlowego.
Ale zupełnie inaczej wygląda sytuacja, kiedy pies jest znaleziony w taki upalny dzień, jak wczoraj, właściciela nie widać i naprawdę nie wiadomo, jak długo już się męczy.
W celach dowodowych można oczywiście pomyśleć o nakręceniu filmu komórką, potwierdzającego stan faktyczny, żeby nie było wątpliwości, w jakich okolicznościach do wyjęcia psa doszło... Ale pojedyncza osoba, zaskoczona widokiem męczącego się psa raczej rzadko myśli o zbieraniu dowodów, czasem nie ma też wielu możliwości ich zabezpieczania.
Oczywiście należy wezwać odpowiednie służby - choć w upał, z uwagi na stan psa należałoby chyba jednak zacząć od dzwonienia do organizacji dysponujących szybką pomocą weterynaryjną, a dopiero potem na policję. Szczególnie jeśli nie ma wokół gapiów, którzy mogliby zająć się jednoczesnym wzywaniem pomocy.
Natomiast trzeba pamiętać, że tak w upalny dzień, jak wczoraj, na rozgrzanej patelni wielkiego parkingu, pies zwyczajnie może nie mieć tyle czasu, ile będą potrzebować "odpowiednie służby" na dotarcie na miejsce i znalezienie wzywającego.
Właśnie z uwagi na tego typu sytuacje w naszym prawie zamieszczono kontratyp stanu wyższej konieczności.
(2) Pokaż komentarze do wpisu „Pies w rozgrzanym samochodzie - analiza prawna”
poniedziałek, 06 lipca 2015 03:20
Przejdź do wpisu „Pies w rozgrzanym samochodzie - analiza prawna”
Dodaj komentarz do wpisu „Pies w rozgrzanym samochodzie - analiza prawna” i/lub któregoś z (2) komentarzy
Państwo i fikcje - mój komentarz do sprawy Jacka Podsiadło
Znany poeta - Jacek Podsiadło w ostatnim wywiadzie oskarżył polskie państwo o masę nieprawidłowości.
Przeczytałam cały tekst i patrząc na to wszystko jako prawnik, muszę potwierdzić, że problem naprawdę istnieje. Nieważne, że oskarżający czasem użyje niewłaściwego słowa, a czasem nie do końca wie, co było przyczyną akurat tej nieprawidłowości.
Trzeba to powiedzieć wprost - nasze państwo ma problem z fikcjami. Czasem fikcje są wprost zapisane w prawie, czasem są efektem praktyki, ale zawsze stanowią błąd systemu, realnie niszczący życie ludziom, którzy akurat zostaną zmieleni niewłaściwym trybikiem.
1) W postępowaniu uproszczonym istnieje fikcja, że nie trzeba niczego udowadniać, bo przecież, jeśli ofiara nakazu będzie mieć uwagi, to może się sprzeciwić.
2) Ale jednocześnie istnieje sprzeczna z nią druga fikcja, że list niedoręczony jest uznawany za doręczony. No albo człowiek o czymś wie, więc się może sprzeciwić. Albo nie musi wiedzieć, ale wtedy nie udawajmy, że miał możliwość sprzeciwu.
3) Na to nakłada się już w praktyce kolejna fikcja - sądy żyją w jakimś świecie równoległym, gdzie informacje powszechnie dostępne (nawet niekoniecznie w góglu, ale często w oficjalnych, państwowych rejestrach, też udostępnianych przez Internet) są niemożliwe do zdobycia. Jest jeszcze parę innych fikcji.
4) W przypadku komorników istnieje fikcja, że to ktoś w rodzaju urzędnika państwowego, kiedy w praktyce mamy do czynienia raczej z przedsiębiorcą żyjącym z procentu od tego, co ściągnie. Chociaż gdyby to się jeszcze ograniczało do procentów. Niestety kolejny punkt nie pozostawia złudzeń.
5) Jest nawet fikcja odzyskiwania wierzytelności (czyli mówiąc po ludzku fikcja odzyskiwania długu). Jeśli dłużnik prowadzi np. sklepik internetowy, więc pieniądze na konto skapują mu w małych ilościach, to komornik może wchodzić codziennie i np. widzi, że na koncie jest 141 zł - to pobiera 70 zł za swoją pracę, 70 zł zabiera bank za wykonanie wymuszonego przelewu, a wszystko to po to, żeby wierzycielowi (czyli temu, w czyim interesie niby cała akcja jest przeprowadzana) odzyskać pozostałe 1 zł. Tą metodą, po 100 takich akcjach dłużnikowi można zabrać 14 tysięcy zł, a jego dług zmniejszy się tylko o... 100 zł. Itd. itp.
wtorek, 30 czerwca 2015 02:38
Przejdź do wpisu „Państwo i fikcje - mój komentarz do sprawy Jacka Podsiadło”
Dodaj komentarz do wpisu „Państwo i fikcje - mój komentarz do sprawy Jacka Podsiadło”
Nielegalne symbole a Bronisław Komorowski
Tak, to prawda. Jeśli kupiłeś polską flagę, to została ona prawdopodobnie wyprodukowana nielegalnie. Albo za granicą. Takie mamy głupie prawo.
W Polsce wolno swobodnie produkować flagi amerykańskie, rosyjskie, niemieckie, czeskie czy chińskie. Byle nie polskie, to jest zabronione. Absurd godny okupacji, a nie wolnego kraju.
Nie wierzysz? Sprawdź w Ustawie o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z 1980 r. (t.j. Dz.U. Nr 235, poz. 2000, 2005 r., ze zm.):
Art. 16 1. Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.
Co ciekawe, obecne przepisy są jeszcze bardziej restrykcyjne niż w czasach przed upadkiem komunizmu. Wtedy istniała chociaż możliwość wystąpienia do wojewody o zgodę na taką działalność. Od 2004 roku nawet ta, ograniczona możliwość, została z prawa usunięta.
To nie jest najbardziej szkodliwy przepis w naszym prawie. Ale świetnie pokazuje problemy, które mamy z politykami. Wymieńmy je:
1) W Polsce latami mogą istnieć aż tak głupie przepisy.
2) Politycy się tym nie interesują, reagują najwyżej na teksty w mediach. Zwykle poznają wtedy jednostkową sprawę, np. historię pana Stasia, który padł ofiarą głupiego przepisu.
3) Zamiast usunąć cały problem (zmienić szkodliwy przepis) politycy reagują z hukiem w jednostkowej sprawie, poprawiając los jednego pana Stasia.
Tak było i tutaj. Sprawę wykryto w PZPN-ie, który chciał handlować piłkarskimi koszulkami na Euro. A akurat na piłkarskich koszulkach też widnieje nasze godło. Nie mogąc tego legalnie robić, zmienili godło na orzełka PZPN-u. Dziennikarze oczywiście pokazali ten przykład (sam wierzchołek góry lodowej) bez szerszego kontekstu. Wtedy sprawą zainteresowali się politycy, z Prezydentem Komorowskim na czele.
Czy usunęli ten szkodliwy przepis? Skąd.
Przypilnowali tylko, żeby na strojach reprezentacji (także olimpijskich) było godło (art. 3A ustawy o godle). Jednocześnie tymi strojami (to jedyny wyjątek) organizacje, które za nie odpowiadają, mogą handlować (art. 13.4 ustawy o sporcie).
Problem został a Prezydent najwyraźniej nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, ale chyba był bardzo dumny z siebie i kolegów, skoro:
Prezydent podziękował podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim za wsparcie jego inicjatywy znowelizowania ustawy o godle tak, aby "już nigdy nie było możliwe rozważanie, nawet teoretyczne, pomysłów, by zmienić coś w kierunku zanikania poczucia wspólnoty, opartej o symbolikę narodową". [Za Ekstraklasa.net]
Tak, Prezydent wygłosił te puste słowa, po tym jak doprowadził do takiej "zmiany" prawa, że
w Polsce nadal nie wolno produkować w celu sprzedaży:
-flag z barwami narodowymi
-koszulek, czapek czy wpinek z polską flagą lub godłem (poza kopiami ciuszków sportowców, bo o to prezydent osobiście i z hukiem zadbał)
-śpiewników ani CD z hymnem narodowym.
Prezydent, Komorowski czy nie, nawet jeśli sam nie potrafi przeanalizować prostego, krótkiego przepisu, to powinien przynajmniej mieć od tego ludzi.
Nikogo takiego w otoczeniu Prezydenta najwyraźniej nie ma.
Bo przecież niemożliwe, żeby Bronisław Komorowski świadomie postąpił aż tak głupio.
Wiecie co jest smutne? Ja ten temat opisuję z różnych stron od lat. Cierpliwie, spokojnie wyjaśniam, co i dlaczego trzeba zmienić.
A teraz dotarło do mnie, że chyba żyję w kraju, w którym jedyna szansa, żeby dotrzeć do polityków, to kolejny tekst powiązać z wyborami. Bo dobre prawo mało którego polityka interesuje. Za to słupki wyborcze owszem.
Moje poprzednie teksty na temat:
Patriotyzm zakazany w Polsce - tekst z 11.11.2011 r.
Żałosny epilog na Święto niepodległości - tekst z 11.11.2012 r.
Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce - tekst z 11.11.2013 r.
Patriotyzm w Polsce nadal zakazany - tekst z 11.11.2014 r.
sobota, 02 maja 2015 22:03
Przejdź do wpisu „Nielegalne symbole a Bronisław Komorowski”
Dodaj komentarz do wpisu „Nielegalne symbole a Bronisław Komorowski”
Właśnie wchodzi w życie nowe Prawo o aktach stanu cywilnego.*
Zacznie obowiązywać od 1 marca 2015 r.
(o ile znów nie zmienią w ostatniej chwili daty wejścia w życie ustawy).
Co się zmieniło, a co pozostawiono w dotychczasowej wersji?
Nadal można nadawać maksymalnie dwa imiona. Co jeszcze?
KRÓTKIE WERSJE IMION NADAL NIEPEWNE
Przypomnę, że chodziło o osoby, które chciałyby nadać dziecku imię takie, jak Ada, Jola, Iza, Wiola, Radek, Kuba, Sławek czy Stach (zamiast Adrianna, Jolanta, Izabela, Wioletta, Radosław, Jakub, Sławomir czy Stanisław).
Obecnie coraz więcej dorosłych ludzi posługuje się takimi krótszymi wersjami (Ada Rusowicz, Kuba Sienkiewicz) nawet wśród osób na poważnych stanowiskach (Radek Sikorski).
Dotychczasowe przepisy pozostawiały zbyt wiele wątpliwości. W efekcie w zależności od poglądów konkretnego urzędnika, to samo imię w jednym urzędzie było już rejestrowane jako nowe imię, a w innym było nadal traktowane jako tylko zdrobnienie.
Obiecywano w tej kwestii zmiany, niestety akurat ten fragment pozostawiono w obecnej, niejasnej formie. Nadal niedopuszczalne są po prostu imiona w formie zdrobniałej.
Ktoś zapewne przeraził się możliwości nadawania na całe życie imion w wersji dziecięcej, jak Staś czy Jolusia. A wystarczyło wprost dopuścić tylko wersje skrócone, nadające się do używania przez osoby dorosłe.
Urzędnicy zatem nadal muszą się zastanawiać, czy dana krótka wersja jest już osobnym imieniem, czy jeszcze zdrobnieniem. W efekcie krótkie, dorosłe, wersje imion będą, jak dotąd, różnie traktowane w zależności od urzędu. Takie imię, jak np. Ada w jednym urzędzie zostanie zarejestrowane bez trudu, a w innym nie.
Tak naprawdę sytuacja dodatkowo może się pogorszyć, z uwagi na problem, który opisuję na końcu.
CZĘŚCIOWO ZEZWOLONO NA NADAWANIE IMION OBCOJĘZYCZNYCH
Z myślą o osobach zamierzających nadać dziecku imię obcojęzyczne, niezależnie od narodowości rodziców, pod pewnymi warunkami dopuszczono nadawanie takich imion, nawet jeśli w języku polskim nie wskazują one na płeć dziecka. Zacytujmy przepis:
Art. 59.3. Niezależnie od obywatelstwa i narodowości rodziców dziecka wybrane imię lub imiona mogą być imionami obcymi. Można wybrać imię, które nie wskazuje na płeć dziecka, ale w powszechnym znaczeniu jest przypisane do danej płci.﻿
Czyli nawet dwójka Polaków bez żadnych zagranicznych korzeni, będzie mogła nadać swojemu dziecku imię obcojęzyczne. Imię musi tylko spełniać pozostałe wymogi (czyli nie jest zdrobniałe, ośmieszające ani nieprzyzwoite) a urzędnik, na którego trafią rodzice, nie będzie miał problemów z ustaleniem, że w powszechnym rozumieniu ma do czynienia z imieniem wyraźnie męskim lub wyraźnie żeńskim.
Kluczowe pytanie, które się tutaj pojawia, to:
Kiedy imię zostanie uznane za w powszechnym znaczeniu przypisane do danej płci?
1. Nie będzie można nadawać imion uznawanych za unisex
(równie dobrze nadających się dla chłopca, jak i dla dziewczynki) – jak np. Alex, Robin, czy Angel.
2. Koniec problemów z zagranicznym zapisem identycznie brzmiących imion.
Czyli problem znika na pewno w sytuacjach najbardziej ewidentnych.
Będzie można już swobodnie stosować zapis Alexander, Martha, Victoria czy Veronica. Nikt nie będzie ich na siłę zmieniał na identycznie brzmiące Aleksander, Marta, Wiktoria czy Weronika.
To może mieć znaczenie szczególnie dla rodziców biorących pod uwagę emigrację, bądź spodziewających się, że za 20 lat ludzie będą jeszcze bardziej mobilni i liczących, że dziecku będzie łatwiej z bardziej międzynarodowym zapisem imienia.
Urzędnicy przestaną wreszcie tworzyć koszmarki językowe.
Jeśli rodzice chcą nazwać dziecko Angelica, Justin czy Brian, to urzędnicy na pewno nie mogą przerabiać tych imion na Andżelika, Dżastin czy Brajan.
3. Koniec problemów z zagranicznymi imionami w odbiorze Polaków przypisanymi do płci
Chodzi o imiona żeńskie kończące się na „a” oraz męskie kończące się na spółgłoskę, o ile nie są znane, jako imię przypisane odmiennej płci.
Nie powinno być już żadnych problemów z nadawaniem takich imion męskich, jak Jack, Michael (ang.) Aidan (irl.) Swen (szw.) Kostas, Stavros (gr.) czy żeńskich, jak Samantha, Georgia (ang.) Tindra (szw.) czy Francesca, Chiara, Sophia, Christina (wł.)
Urzędnicy nie będą mogli już też zmieniać obcojęzycznych wersji imienia na wersję polską. Czyli nie mają prawa zmienić np. John, Jean, Iwan, Sean czy Johann na Jan.
Wszystkie wymienione w tym punkcie imiona, nawet dla urzędnika całkiem nieosłuchanego w językach obcych, nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości co do określanej przez nie płci. A w razie wątpliwości istnieje możliwość sprawdzenia, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z wyjątkiem.
Takimi, znanymi wyjątkami są np. hebrajski Joshua, włoski Gianluca, czy turecki Mustafa – imiona kończące się na „a”, powszechnie znane jako męskie. Z ich nadaniem akurat też nie powinno być żadnego problemu, ale o tym w kolejnym punkcie.
4. Można będzie nadać dziecku zagraniczne imię powszechnie znane jako żeńskie albo jako męskie
Żyjemy w coraz bardziej międzynarodowej rzeczywistości. Otaczają nas wielojęzyczne filmy, książki, muzyka, wciąż słyszymy o zagranicznych celebrytach, politykach, muzykach, aktorach czy postaciach fikcyjnych.
Jeżeli zatem urzędnik nie jest zupełnie oderwany od realiów, to nie powinien mieć już żadnych problemów z przypisaniem płci również takim imionom, jak Elisabeth, Susan, Jennifer, Grace, Chloe, Jaqueline, Astrid, Karen, Beatrice, Sinead (jak Sinead O'Connor) czy Andrew, George, Pierre (jak Pierre Cardin). Z tego samego powodu bez problemu powinni przypisać płeć takim imionom, jak Joshua, Mustafa, czy Gianluca.
A w razie wątpliwości urzędnicy, jak większość Polaków, mają dostęp do Internetu, gdzie mogą sprawdzić sobie np. jakie znane osoby prawdziwe lub fikcyjne noszą dane imię.
Nie powinni zatem więcej bawić się w słowotwórstwo. Jaqueline nie powinna być na siłe przerabiana na Żaklinę, Carmen na Karmenę, Sinead na Joannę, Catherine na Katarzynę, Chiara na Klarę, a Ingrid na Ingridę.
5. Wątpliwości pozostały przy mniej znanych w Polsce imionach
Przy takich imionach, jak fiński Esa czy hinduska Shanti, urzędnicy na pewno będą mieli wątpliwości i wiele będzie zależało od ich indywidualnych interpretacji. Jeden urzędnik sprawdzi, że ma do czynienia np. z popularnym żeńskim imieniem hinduskim i je zarejestruje. Inny uzna, że imię może i jest powszechnie znane w swoim kręgu kulturowym, ale nie w Polsce i odmówi rejestracji.
A ponieważ prawo nie rozróżnia narodowości rodziców, może się zatem zdarzyć, że z tym samym zagranicznym imieniem będą mieli problemy rodzice ze związku mieszanego, a w innym urzędzie nie będą z nim mieli problemów Polacy.
Tak czy inaczej, należy się liczyć z tym, że urzędnicy w takich przypadkach będą odmawiać rejestracji wybranego imienia, a co za tym idzie, rejestrować dziecko, pod imieniem wybranym przez siebie.
UWAGA – URZĘDNIK BĘDZIE MÓGŁ SAMOWOLNIE NADAĆ TWOJEMU DZIECKU IMIĘ
Jeżeli urzędnik odmówi nadania dziecku imienia wybranego przez rodziców, zgodnie z nowymi przepisami, wybiera dziecku imię z urzędu.
Rozsądny urzędnik w takiej sytuacji porozumie się od razu z rodzicami i uzgodni z nimi nową wersję. Dzięki temu dziecko zostanie zarejestrowane pod imieniem stanowiącym dla rodziców wystarczający kompromis, żeby nie chcieli go zmieniać.
Bezmyślny urzędnik będzie z automatu nadawał przypadkowe imiona, np. patrząc w kalendarz. Tą metodą dziecku może „wypaść” np. Rozalinda, Rajmunda, Ildefons czy Epifaniusz (kilka styczniowych propozycji). Imiona jak imiona, tylko rodzice mogą przeżyć szok, dowiedziawszy się, że ktoś właśnie nazwał ich dziecko imieniem, którego sami nigdy by mu nie nadali.
Szczególnie dla kobiety, która właśnie przeżyła poród, może to być zupełnie niepotrzebny dodatkowy stres.
Art. 59. 4. Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia o wyborze imienia lub imion dziecka, jeżeli wybrane imię lub imiona są w formie zdrobniałej lub mają charakter ośmieszający lub nieprzyzwoity lub nie wskazują na płeć dziecka, kierując się powszechnym znaczeniem imienia, i wybiera dziecku imię z urzędu, w formie decyzji administracyjnej podlegającej natychmiastowemu wykonaniu, z adnotacją zamieszczoną w akcie urodzenia o wyborze imienia z urzędu.
ROZWIĄZANIE – RODZICE MOGĄ SWOBODNIE ZMIENIĆ IMIĘ – 6 MIESIĘCY
W takiej sytuacji trzeba pamiętać, że rodzice mają prawo zmienić dziecku imię, w ciągu 6 miesięcy od sporządzenia aktu urodzenia. Oczywiście zmiana jest oceniana wg tych samych zasad, co pierwotna próba nadania imienia, ale oznacza to, że nie trzeba się denerwować, widząc nawet najbardziej zaskakujące imię na akcie urodzenia swojego dziecka, ponieważ rodzice mają jeszcze możliwość je zmienić. Muszą tylko pamiętać o nieprzekraczalnym terminie.
Z tej samej opcji rodzice mogą skorzystać, jeśli po prostu zmienili zdanie, albo jeśli w okołoporodowym zamieszaniu zwyczajnie się nie dogadali.
Zacytujmy ten fragment opisywanej ustawy:
1. Rodzice mogą złożyć przed wybranym kierownikiem urzędu stanu cywilnego albo przed konsulem oświadczenie o zmianie imienia lub imion dziecka zamieszczonych w akcie urodzenia w terminie 6 miesięcy od dnia jego sporządzenia.
2. Zmiana imienia może polegać na zastąpieniu wybranego imienia innym imieniem, zastąpieniu dwóch imion jednym imieniem lub odwrotnie, dodaniu drugiego imienia, zmianie pisowni imienia lub imion lub zmianie kolejności imion dziecka.
3. Do oświadczeń o wyborze imienia stosuje się przepisy art. 59**. Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia, jeżeli nie został zachowany termin do jego złożenia.
4. Oświadczenie o zmianie imienia lub imion dokumentuje się w formie protokołu, który podpisują rodzice dziecka i kierownik urzędu stanu cywilnego albo konsul.
Dotychczasowa ustawa również zezwalała rodzicom na swobodną zmianę imienia w ciągu 6 miesięcy od sporządzenia aktu urodzenia - tylko wymagając złożenia kierownikowi USC oświadczenia pisemnego.
PÓŹNIEJ RODZICE TEŻ MOGĄ WYSTĄPIĆ O ZMIANĘ IMIENIA
Procedura jest jednak bardziej skomplikowana i wynika z innej ustawy***. Należy złożyć wniosek do kierownika właściwego Urzędu Stanu Cywilnego i trzeba się powołać na ważne powody.
Sama zmiana prawa nie jest takim powodem, ale może nim być „zmiana na imię używane”, którego po prostu pod rządami poprzedniej ustawy nie można było dziecku formalnie nadać.
W przypadku udziwnień tworzonych przez urzędników na bazie poprzedniego prawa – jak np. Dżastin albo Karmena w zasadzie można dodać, że taki zapis imienia jest ośmieszający, szczególnie w kontekście zmiany prawa, zezwalającego już obecnie na nadawanie imion właściwych. Pozostawienie dziecku przeróbki, która nie przyjęła się w Polsce jako imię, byłoby dla niego krzywdzące. Szczególnie kiedy przeróbka ta z czasem coraz bardziej wygląda na nieporadną próbę pogodzenia rzeczywistego imienia, którego dziecko używa, z nieaktualnym już prawem.﻿
Zacytujmy ten fragment:
Art. 4 ustawy o zmianie imienia i nazwiska
1. Zmiany imienia lub nazwiska można dokonać wyłącznie z ważnych powodów, w szczególności gdy dotyczą zmiany:
Wnioskować można zarówno o zmianę samej pisowni (np. Dżastin na Justin) jak też imienia na całkiem inne (np. Adrianna na Ada). Z tej opcji mogą skorzystać też rodzice, którzy nadali dziecku kiedyś imię, które zupełnie się nie przyjęło i dziecko w praktyce używa innego imienia i jest przez rodzinę innym imieniem nazywane.
UWAGA - W OSTATNIEJ CHWILI PRZESUNIĘTO WEJŚCIE W ŻYCIE USTAWY Z 1 STYCZNIA NA 1 MARCA 2015 R.
(ten fragment został dodany, a zmiana jest już uwzględniona w tekście)
W praktyce będzie to zapewne oznaczać, że urzędnicy będą do tej pory odmawiać nadawania imion obcojęzycznych, doskonale wiedząc, że od 1 marca ci sami rodzice będą przychodzić i zgodnie z prawem zmieniać dzieciom imiona.
Problem pojawi się w przypadku rodziców, którym termin 6-miesięczny minie przed 1 marca. Ci rodzice będą mogli skorzystać jedynie z przepisów ustawy o zmianie imienia i nazwiska. Czyli w praktyce będą bardziej zależni od woli urzędnika, który może na taką zmianę wyrazić zgodę, uznając, że istnieje ważny powód, albo tej zgody nie wyrazić.
Ale mając świadomość, że jedynym powodem nienadania dziecku wcześniej jego prawdziwego imienia były przepisy, które zostały już zmienione, a zgodnie z założeniami miały być zmienione w czasie, w którym termin by rodzicom nie przepadł, urzędnicy nie powinni moim zdaniem utrudniać życia rodzicom, którzy mieli po prostu trochę pecha.
*[Nowa] Ustawa z dnia 28 listopada 2014 r. Prawo o aktach stanu cywilnego﻿ [Dz.U. 2014 poz. 1741, ze zm.﻿]
** Art. 59. 1. Osoba zgłaszająca urodzenie składa oświadczenie o wyborze nie więcej niż dwóch imion dla dziecka.
2. Wybrane imię lub imiona nie mogą być zamieszczone w akcie urodzenia w formie zdrobniałej oraz nie mogą mieć charakteru ośmieszającego lub nieprzyzwoitego.
3. Niezależnie od obywatelstwa i narodowości rodziców dziecka wybrane imię lub imiona mogą być imionami obcymi. Można wybrać imię, które nie wskazuje na płeć dziecka, ale w powszechnym znaczeniu jest przypisane do danej płci.
*** Ustawa o zmianie imienia i nazwiska z dnia 17 października 2008 r. (Dz.U. Nr 220, poz. 1414)﻿
(1) Pokaż komentarze do wpisu „Nadawanie imion - nowa ustawa”
czwartek, 08 stycznia 2015 17:38
Przejdź do wpisu „Nadawanie imion - nowa ustawa”
Dodaj komentarz do wpisu „Nadawanie imion - nowa ustawa” i/lub (1) komentarza
Patriotyzm w Polsce nadal zakazany
Już czwarty rok* na każde święto niepodległości pokazuję palcem głupotę polskiego prawa delegalizującego propatriotyczny przemysł.
Tym razem polskie władze pewnie znów gdzieś kupią nielegalnie wyprodukowane flagi (chyba że będą wolały się legalnie w polskie flagi i godła zaopatrywać za granicą - gdzie ich władza nie sięga). Taki paradoks, że polski przedsiębiorca nie może legalnie produkować na sprzedaż polskich flag a czeski może.
Potem nasi politycy z ustami pełnymi frazesów na tle tych wyprodukowanych nielegalnie albo za granicą polskich flag, znów nie poświęcą nawet chwili, żeby przyjrzeć się jednej, krótkiej, bezmyślnie zepsutej ustawie.
A to niestety ustawa o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z 1980 r. ze zm.﻿**
-CD z hymnem narodowym.﻿
Nie wierzycie? Oto dowód:
Art. 16.1. ustawy o godle, barwach i hymnie﻿
Symbole Rzeczypospolitej Polskiej nie mogą być umieszczane na przedmiotach przeznaczonych do obrotu handlowego.﻿
A symbole to...
Art. 1.1. Orzeł biały, biało-czerwone barwy i "Mazurek Dąbrowskiego" są symbolami Rzeczypospolitej Polskiej.﻿
Wszystko się zgadza. Mało tego, naruszanie przepisów tej haniebnej, szkodliwej, ustawy grozi grzywną do 5 tysięcy zł albo aresztem.
[Art. 49 § 2﻿ Kodeksu wykroczeń]
Znacie drugi wolny kraj, w którym cały propatriotyczny przemysł byłby nielegalny?
Marne podsumowanie 25 lat wolności... Polski.
Gdyby Polska była pod okupacją, takie ograniczenia miałyby jakiś sens - przynajmniej dla okupanta.
Czy coś się przez ostatni rok zmieniło? Tak, na gorsze, do głupiego prawa doszła jeszcze głupsza praktyka.
Przypomnę, że ustawa przewiduje tylko jeden wyjątek - to godło lub barwy narodowe w formie stylizowanej lub artystycznie przetworzonej (art. 16 ust. 2 ustawy).
Dzięki temu, nawet w świetle tej niedorobionej ustawy, naszywka ilustrująca ten artykuł jest całkowicie legalna.
Pokazuję ją specjalnie, ponieważ znalazł się w Polsce sąd, który w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, skazał właścicielkę "naszywki.pl" na grzywnę.
Jakim cudem? Nie mam pojęcia, w każdym razie sąd z pełną powagą uznał, że właścicielka firmy, wystawiając tę (tak, dokładnie tę, niewiarygodne) naszywkę do sprzedaży okazała demonstracyjne lekceważenie Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej (sic!).
Niegramatyczna forma jest efektem nieumiejętnego przepisywania z kodeksu wykroczeń, ale nie o gramatyce tu mowa.
Skan wyroku
Przyjrzyjcie się jeszcze raz tej wykonanej z pełnym szacunkiem i zgodnie z zasadami tworzenia takich zgaszonych wersji, naszywce.
Do tego w naszym kraju dochodzi.
Właścicielka w końcu wygrała przed sądem, ale tracąc przy okazji sporo czasu, nerwów i pieniędzy. A przypomnijmy, że akurat jej naszywka, nawet w świetle tej ustawy, była stuprocentowo legalna.
Reasumując - polskim przedsiębiorcom nie wolno produkować w celu sprzedaży żadnych materiałów z godłem czy barwami narodowymi. Mogą je produkować zagraniczni producenci, bo do nich nasza władza nie sięga. Specustawą przypilnowano tylko, żeby PZPN nie miał problemów ze sprzedażą koszulek reprezentacji, bo tylko tyle dziennikarze i w efekcie politycy, zrozumieli z afery z orzełkami na piłkarskich koszulkach. A była okazja, żeby coś zmienić.
25 lat wolności też nie okazało się powodem, żeby przyjrzeć się, czy przypadkiem nie ma w naszych przepisach jeszcze jakichś pozostałości ograniczających prawa obywatelskie czy spychających propatriotyczny przemysł do podziemia. A szkoda.
* Wcześniejsze teksty:
- Patriotyczne gadżety nadal zakazane w Polsce - tekst z 11.11.2013 r.
- Żałosny epilog na Święto Niepodległości - tekst z 11.11.2012 r.
- Patriotyzm zakazany... w Polsce - tekst z 11.11.2011 r.
** Ustawa o o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych ﻿z dnia 31 stycznia 1980 r. ﻿tj. z dnia 2 listopada 2005 r. (Dz.U. Nr 235, poz. 2000, ze zm.)﻿
wtorek, 11 listopada 2014 17:52
Przejdź do wpisu „Patriotyzm w Polsce nadal zakazany”
Dodaj komentarz do wpisu „Patriotyzm w Polsce nadal zakazany”
Czemu żądania wydawców nie mają sensu?
Wydawcy, wspierani przez księgarzy i część autorów, wystosowali do premier Kopacz list o dramatycznym tytule "Polska książka potrzebuje ratunku!".
Domagają się w nim wprowadzenia sztywnej ceny książek. Sugerują, żeby przez 12 miesięcy cena okładkowa nie mogła być obniżana. Mam do tego pomysłu kilka uwag. Przede wszystkim nie widzę związku między tą propozycją a ratowaniem polskiej książki. Ale przyjrzyjmy się sprawie bliżej.
To nie poprawi ani czytelnictwa ani sprzedaży
Zacytujmy fragment listu:
"Naszą wspólną intencją jest powstrzymanie stałego spadku sprzedaży i czytelnictwa książek w Polsce. Nowa regulacja ma zapewnić czytelnikom możliwość dostępu do szerokiej listy tytułów, bez filtrów narzucanych przez politykę zakupową globalnych dystrybutorów książek.﻿"
Jak wprowadzenie sztywnej, wyższej ceny ma poprawić czytelnictwo i sprzedaż książek w Polsce?
Przecież na zdrowy rozum będzie dokładnie odwrotnie.
Szczególnie w przypadku książek mniej popularnych, którym przez ustawowy zakaz nie będzie można przez cały rok dać szansy na sprzedaż, gdyby się okazało, że pierwotna cena została ustalona zbyt wysoko.
Popularnym książkom taka zmiana też może raczej zaszkodzić.
Powstrzyma sporo ludzi od zakupów impulsywnych. Zamiast kupienia od razu nowej książki, pomyślą "poczekam, aż obniżą cenę, wtedy kupię". A do czasu obniżki zdążą już o książce zapomnieć.
Być może zatem ktoś uznał, że dzięki sztywnej cenie wielkie sieci dystrybucji nie zdominują rynku, konkurencja się utrzyma i dzięki temu czytelnictwo i sprzedaż nie spadną. Miał rację? Pomyślmy.
To księgarniom nie pomoże
Część księgarzy najwyraźniej uwierzyła, że ustawa pomoże im przetrwać konkurencję z "globalnymi sieciami dystrybucji" czy choćby z różnymi Empikami.
Ale czemu nikt jeszcze nie zauważył, że ta propozycja ma zasadniczy błąd? Pojedynczych księgarń nie uratuje stała cena na okładce. Żeby je uratować, ustawa musiałaby narzucić WYDAWCOM identyczną cenę sprzedaży książek małym księgarniom co wielkim sieciom. Bez wyjątków, bez żadnych możliwości omijania tej zasady pod pretekstem sprzedaży na targach itp.
Wtedy z rynku wypadliby hurtownicy (pośrednicy) ale nie księgarnie. A zwykła księgarnia mogłaby stosować podobne rabaty, jak duża sieć. To by było wyrównywanie szans, bez odbierania klientom możliwości kupowania książek taniej.
Ale tej propozycji w liście nie ma. Zresztą trudno się spodziewać, żeby wydawcy domagali się ograniczania im samym możliwości walki o uwagę wielkich sieci. Bo chyba nie uwierzyliście, że ustawa rzeczywiście wyrówna szanse wielkich sieci i małych księgarzy?
Jak z ustawą będą mogły sobie radzić wielkie sieci?
Tymczasem wprowadzenie tylko sztywnej ceny okładkowej, w obecnej sytuacji, kiedy wydawcy chodzą na pasku dużych sieci, spowodowałoby tylko, że duże sieci zarabiałyby więcej (bo przecież cały czas dostawałyby od wydawców większe rabaty).
A skoro zarabiałyby więcej, to miałyby większą swobodę dla całej masy działań:
-darmowej dostawy,
-dodawania bonów na kolejny zakup,
-gratisów,
-drugiej starszej książki za pół ceny,
-późniejszych obniżek itd.
Powtarzając pytanie: chyba nie wierzycie, że ustawa rzeczywiście wyrówna szanse wielkich sieci i małych księgarń?
To może choć autorzy na tym zyskają?
Szczerze wątpię. Nigdzie nie spotkałam się z sytuacją, żeby honoraria autorskie były uzależnione od ostatecznej ceny stosowanej przez poszczególne księgarnie. To by nawet było ciężkie do zweryfikowania, która księgarnia, w którym momencie, zastosowała jakie rabaty i kiedy je zmieniła. Zresztą nie miałoby sensu. Księgarze otrzymują książki po odpowiednio zmniejszonej cenie i to już ich sprawa, czy wykorzystają różnicę jako marżę czy jako promocję.
We wszystkich znanych mi przypadkach podstawą wyliczenia honorarium autorskiego była cena wydawnicza zbytu, czyli dla honorarium autora miały znaczenie tylko wpływy wydawnictwa, a nie to, co sieci dystrybucji zrobią dalej ze swoimi rabatami.
Dlatego autorom, podobnie jak księgarzom, mogłoby się opłacić najwyżej ujednolicenie rabatów dla księgarń i dużych sieci oraz ich ustawowe ograniczenie. Co ciekawe, o tej propozycji w liście nie wspomniano. Tymczasem, zgodnie z moją wiedzą, rabaty dla dużych sieci, to przynajmniej 40% od ceny okładkowej. Mniejszy rabat dla sprzedawcy, to większy wpływ wydawnictwa od każdej książki.
A wygląda, że duże sieci, nawet po zastosowaniu sporych promocji i tak mają na każdej książce większe zarobki niż księgarze. Dopiero po zrównaniu ich warunków, dałoby się skorzystać na prawdziwej konkurencji.
Tak czy inaczej w propozycji z listu nie dostrzegam korzyści autorów. Ona może im nawet zaszkodzić, jeśli ludzi zniechęci wyższa cena. Ten ostatni problem mniej odczują jedynie autorzy dysponujący ogromną grupą wiernych czytelników. Im raczej nie spadnie czytelnictwo, ale to nie znaczy, że nie spadnie im sprzedaż. Ustawa w Polsce, gdzie za przeciętną pensję i tak da się kupić mniej książek niż w podawanych za przykład europejskich krajach, może stać się iskrą, zachęcającą ludzi do częstszego wymieniania się już przeczytanymi książkami, czy umawiania się między sobą, kto coś kupił, a kto kupi coś kolejnego. Skoro mniej będzie zakupów impulsywnych, to częstsze mogą stać się podobne rozwiązania.
Nie udało mi się dostrzec żadnego powiązania między pomysłem usztywnienia ceny okładkowej na 12 miesięcy a poprawą czytelnictwa, sprzedaży, dostępności czy konkurencji.
Poprawę mogłoby natomiast przynieść ustawowe uniemożliwienie wydawcom faworyzowania wielkich sieci - ustawowy wymóg stosowania jednolitych rabatów dla dużych sieci i dla małych księgarń oraz ograniczenie tych rabatów do racjonalnej wielkości.
Ale takiego listu poszczególni wydawcy mogliby nie podpisać, nie dlatego, że nie byłby w ich interesie. Raczej w obawie przed retorsjami ze strony dużych sieci, od których bądźmy szczerzy, już teraz są uzależnieni.
Być może dlatego w liście jako problem odważyli się wskazać jedynie "globalnych dystrybutorów książek" - którzy prawdopodobnie nigdy tego listu nie przeczytają i być może po prostu wymyślili okrężną drogę, której duże sieci nie potraktują jako uderzenia w swoje interesy.
sobota, 18 października 2014 23:05
Przejdź do wpisu „Czemu żądania wydawców nie mają sensu?”
Dodaj komentarz do wpisu „Czemu żądania wydawców nie mają sensu?”
Czy kierowcy z błędnie wpisanym kodem, naprawdę nie mogą jeździć w soczewkach kontaktowych? I czy rzeczywiście to oni powinni ponosić konsekwencje całego bałaganu?
Nawiązując do takich tekstów, jak "Kierujesz samochodem w soczewkach kontaktowych? Stracisz prawo jazdy i dostaniesz mandat﻿" postanowiłam przeanalizować problem.
Powiedzmy szczerze - tak właśnie wygląda połączenie źle tworzonego prawa, nie rozumiejących tego prawa lekarzy i służbisty na końcu.
Jak łatwo naprawić prawo
Tworząc prawo wystarczyło przyjąć, że lekarzy może przerosnąć przeczytanie całego przepisu, a tym bardziej jego interpretacja. Z tym założeniem opcja "okulary lub soczewki" powinna trafić na sam początek, jako najbardziej domyślna.
Cóż, prawo nie jest w tej kwestii wystarczająco jasne i może się zdarzyć, że lekarz nie zrozumie, że opcja "okulary" jest do zastosowania wyłącznie wobec ludzi mających przeciwskazania do noszenia soczewek.
A przecież można cały problem w prosty sposób usunąć, zmieniając drobny fragment załącznika do rozporządzenia*.
Obecnie kody dotyczące wymaganej korekty lub ochrony wzroku* wyglądają tak:
01.01 - okulary,
01.02 - soczewka(i) kontaktowa(e),
01.03 - okulary ochronne,
01.04 - szkła przyciemnione,
01.05 - przepaska na oko,﻿
01.06 - okulary lub soczewki kontaktowe;﻿
A wystarczyłoby zamiast tego napisać tak:
01.01 - okulary lub soczewki kontaktowe,
01.06 - okulary (wyłącznie jeśli istnieją przeciwskazania do noszenia soczewek kontaktowych).
Wtedy nie byłoby już żadnych wątpliwości, że "okulary" oznaczają nie tylko konieczność korekty wzroku ale także niemożność zastępczego zastosowania soczewek. A dla ułatwienia opcja, którą prawdopodobnie chcieli wybrać lekarze w większości przypadków, znalazłaby się na początku, a nie na końcu.
Bo coś mi mówi, że zdecydowana większość osób, którym lekarz bezrefleksyjnie wpisał te okulary nie ma żadnych przeciwskazań do noszenia soczewek.
Czy służbiści naprawdę są nam potrzebni?
A co do służbistów - mamy w Polsce więcej przepisów, które gdyby były równie dokładnie przestrzegane, to nie dałyby nam żyć. Posłowie np. zupełnie nieświadomie zdelegalizowali w Polsce komputery i Internet (od dawna znana sprawa). Nie chcielibyście spotkać służbisty, który tamten przepis potraktuje równie dosłownie.
Myślący policjant, kierując się rozsądnie tym, do czego służy nakaz jazdy w okularach, sprawdziłby po prostu, czy kierowca naprawdę dobrze widzi (czyli czy nie kłamie z tymi soczewkami, zastępującymi mu okulary).
Jeden służbista świetnie się nadaje do uatrakcyjniania artykułów, napędzając gazetom więcej odsłon. Więcej służbistów jest w stanie sparaliżować państwo, co ma nawet swoją nazwę - strajk włoski.﻿
W podlinkowanym materiale tylko beztrosko wyjaśniono ofiarom błędu﻿﻿, że do jego naprawienia będą musieli zapłacić za kolejną wizytę lekarską (200 zł) oraz za wniosek o wymianę dokumentu (ponad 100 zł). To oczywiście prawda.
Ale zastanówmy się, dlaczego przyjmujemy za oczywiste, że obywatel powinien płacić za nie swoje błędy? Czemu kierowca ma drugi raz płacić lekarzowi, tylko za poprawienie błędu tego lekarza?
Przecież prawdopodobnie da się udowodnić, na podstawie dokumentacji medycznej, że podczas badania lekarz w ogóle nie diagnozował przeciwskazań do noszenia soczewek. Tym bardziej powinno się dać udowodnić sam brak przeciwskazań. A w takiej sytuacji od początku został wpisany nieprawidłowy kod, bezpodstawnie ograniczający uprawnienia kierującego.﻿
Bądźmy konsekwentni - jeśli przyjmujemy, że służbista miał rację i kod 01.01 oznacza również zakaz zastępowania okularów przez soczewki, to znaczy, że nie wolno go wydać bez zdiagnozowania przeciwskazań. Czyli przyczyną wymiany prawa jazdy jest błąd leżący po stronie lekarza z uprawnieniami do badania kierowców**.
A dlaczego Skarb Państwa pobiera od kierowców opłatę za zmianę błędu, leżącego w zasadzie po stronie Skarbu Państwa? ﻿Państwo narzuca w końcu, jaki lekarz uzyska uprawnienia do badania kierowców**, nie sprawdzając przy okazji znajomości potrzebnych przepisów. To państwo też narzuca, jak badanie ma być przeprowadzone***.
Na marginesie pojawia się dodatkowy problem: A co jeżeli dojdzie do wypadku, w którym na poziom uszkodzeń ciała będą miały wpływ te wymuszone okulary?
U osoby używającej okularów tylko w samochodzie, z powodu błędnego wpisu lekarza, będącego wynikiem niejasnych przepisów?
Dodatkowo nastraszonej wcześniej artykułami o "mających rację" policjantach służbistach?
*Kody te znajdują się w załączniku nr 1 "Prawo jazdy wydawane na terenie Rzeczypospolitej Polskiej (Wzór)" do rozporządzenia Ministra Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej w sprawie wzorów dokumentów, stwierdzających uprawnienia do kierowania pojazdami z 2 sierpnia 2012 r. (Dz.U. z 2012 r. poz. 973, ze zm.)﻿﻿
**Uprawnienia lekarzy do badania kierowców są określone w art. 77 ustawy o kierujących pojazdami (tj. Dz.U. z 2014 r. poz. 600﻿, ze zm.)
*** Kwestię tę reguluje rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie badań lekarskich osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdami i kierowców﻿ (Dz.U. z 2014 r. poz. 949)﻿. Badanie narządu wzroku szczegółowo określono w załączniku nr 2.
(1) Pokaż komentarze do wpisu „Mandat i utrata prawa jazdy za... soczewki kontaktowe?”
piątek, 05 września 2014 02:47
Przejdź do wpisu „Mandat i utrata prawa jazdy za... soczewki kontaktowe?”
Dodaj komentarz do wpisu „Mandat i utrata prawa jazdy za... soczewki kontaktowe?” i/lub (1) komentarza
dostosowanie do ON
Labirynt i drzewo
opisy dla niewidomych
Co czytać do Ulissesa?
Kot kontra choinka - co robić
Czy przemysł propatriotyczny ...
W Polsce rysownicy już ...