Source: http://www.aferyprawa.eu/Sady/MOWA-KONCOWA-OSKARZONEGO-Andrzeja-Kursy-Sad-Apelacyjny-w-Krakowie-czy-sad-tradycyjnie-da-wiare-skorumpowanych-psychiatrom-czy-oskarzonemu-3011
Timestamp: 2020-07-15 05:09:55
Legal References Found: art. 351
 art. 80
 art. 80
 Art. 80
 art. 391
 art. 25

Document Content:
Aferyprawa - MOWA KOŃCOWA OSKARŻONEGO - Andrzeja Kursy Sąd Apelacyjny w Krakowie - czy sąd tradycyjnie da wiarę skorumpowanych psychiatrom, czy oskarżonemu?
Aferyprawa.com Sądy MOWA KOŃCOWA OSKARŻONEGO - Andrzeja Kursy Sąd Apelacyjny w Krakowie - czy sąd tradycyjnie da
MOWA KOŃCOWA OSKARŻONEGO - Andrzeja Kursy Sąd Apelacyjny w Krakowie - czy sąd da wiarę skorumpowanych psychiatrom, czy oskarżonemu?
Wysoki Sądzie, nie mam żadnej ochoty, ani zamiaru kogokolwiek obrażać. Muszę jednak podać teraz fakty, które pokazują skrajne przypadki bezprawia, indolencji, czy nasilenia złej woli. Po prostu nie mogę o tych sprawach milczeć, bo jest to mój proces i te patologie trzeba ujawnić. Nawet, jak ktoś może uważać, że go to obrazi. Ja nie mam żadnego innego wyjścia.
Jestem już 9 rok tymczasowo aresztowany. Do dnia dzisiejszego ani w śledztwie, ani w jakimkolwiek sądzie nie został dopuszczony nawet jeden jedyny świadek, o których ja wnosiłem. Nie został dopuszczony nawet jeden dowód o którego dopuszczenie jako oskarżony wnosiłem. Za to zostali dopuszczeni wszyscy świadkowie o których wnosił prokurator, a nawet rodzina Rojszczaków (vide karta 1294). Łamiąc w sposób skrajny moje prawo do obrony - sąd krakowski uniemożliwił mi nawet na zadanie pytań tym tak jednostronnie dopuszczonym do procesu świadkom oskarżenia. Moje domaganie się prowadzenia procesu - zgodnie z obowiązującymi ustawami - było nazywane przez ten sąd „obrażaniem” sądu i świadków, a rzekomym dowodem na to „obrażanie” są protokoły z rozpraw, które wypisuje sam sobie nieuczciwy sędzia. Protokoły zostały zmanipulowane przez moich sędziów. W Polsce do protokołu nie są wpisywane dosłowne treści wypowiedzi, tylko wpisuje sędzia to, co mu pasuje i dodatkowo po jego własnej interpretacji. Takim rażącym przykładem oszustwa w sporządzaniu protokołu z rozprawy był mój „ponowiony” proces w I instancji w ub. roku, gdzie sędziowie Lisak i Marczewska po prostu nie wpisywali nawet 1 słowa z padających na sali wypowiedzi. Dla przykładu. W październiku 2008 roku pytałem się mojej biegłej Bireckiej o to, czy ona podtrzymuje swoją wypowiedz sprzed 4 lat na pierwszym procesie, że mój ostry stres powstał cyt.: „zaraz po tragedii, gdy oskarżony uświadomił sobie, co zrobił”, a Birecka odpowiedziała tym razem cytuję: „nie, pan wiedział, co pan robi, tylko nie zdawał sobie pan wtedy sprawy z konsekwencji swoich działań.” Koniec cytatu. Domagałem się zaprotokołowania tej wypowiedzi, ale Lisak i Marczewska tylko się roześmieli i Lisak powiedział mi, że: „to nie oskarżony decyduje o tym, co ma się znaleźć w protokole, tylko sędzia.” I nie zapisali tej kluczowej wypowiedzi. Dlatego także wcześniej Lisak z Marczewską wydali postanowienie zakazujące nagrywania przez mojego obrońcę przebiegu rozprawy na dyktafonie, chociaż moja sprawa była rzekomo jawna i publiczna. Z doświadczenia wiadomo, że ten człowiek stara się uniemożliwiać dokumentowanie swoich działań, ten zaciera ślady i fałszuje dokumenty, kto jest świadomy, że łamie prawo lub to planuje.
Nigdy w wyznaczaniu mi składu sędziowskiego nie postąpiono zgodnie z art. 351 kpk. Przypomnę, że tutaj chodzi o dwie gwarancje uczciwego doboru sędziego - pierwszą szczegółową - gdy grozi kara 25 lat pozbawienia wolności lub dożywocia - i wtedy gwarantuje się możliwość losowania całego 5 osobowego składu i druga - zasada ogólna - przydzielania sprawy sędziemu, który jest kolejnym z jawnej listy.
Za każdym razem domagałem się losowania składu, mając nadzieję, że skoro moja sprawa ma być już sądzona w Krakowie (co w ogóle nie powinno mieć miejsca), to może w drodze losowania trafi mi się jakiś niezawisły sędzia. Jednak nigdy nie dopuszczono do losowania składu i nigdy nie miałem nawet sędziego wypadającego z listy.
A u mnie manipulacja procesem została powiększona do maksimum - dobór najbardziej „zaufanego” sędziego, dobór świadków (czyli tylko jednostronnych świadków oskarżenia), dobór biegłych - także maksymalnie zmanipulowany, o czym powiem później.
Zarówno sąd okręgowy jak później apelacyjny wnosiły do Sądu Najwyższego o wyłączenie Krakowa, z wielu powodów, z którym najważniejszy był ten, że sędzia Błasiakowa/Nowicka, która wydała szokujący wyrok w dniu 27.09.2001 - będący bezpośrednim impulsem do tragedii jest już sędzią w krakowskim sądzie apelacyjnym. W moim przypadku sąd najwyższy zawsze w praktyce oznaczał jedną osobę - powiązanego z Krakowem i Uniwersytetem Jagiellońskim sędziego Wiesława Kozielewicza. Ten człowiek jest przewodniczącym wydziału IV, pod który podlega Kraków. I we wszystkich czynnościach sądu najwyższego u mnie tylko on jeden o wszystkim decydował. W 2002 roku SN zadecydował, że to krakowski SO na prowadzić moją sprawę. Przewodniczącym i sprawozdawcą w 2002 roku był sędzia Kozielewicz.
W 2005 roku znowu SA w Krakowie złożył taki sam wniosek do SN i znowu sprawozdawcą i przewodniczącym był Kozielewicz.
Gdy moja sprawa trafiła do kasacji w SN w 2007 roku wniosłem o wyłączenie Kozielewicza ze składu, bo przecież absurdem byłoby aby on sam badał, czy owoce jego 2 poprzednich decyzji - czyli nakazanie prowadzenia procesu w Krakowie były prawidłowe. Mój wniosek o wyłączenie kolegi Jana Woleńskiego z UJ → Kozielewicza odrzucono i znowu Kozielewicz sam siebie przydzielił do mojej sprawy jako sprawozdawca i przewodniczący zarazem. Do swojego składu Kozielewicz dobrał np. sędziego sądu najwyższego i zarazem jego rzecznika Piotra Hofmańskiego, który jest na pewno bardzo niezawisły, ale od Uniwersytetu Jagiellońskiego i swojego kolegi Jana Woleńskiego - patrona R..
W tym miejscu trzeba uzupełnić, że to właśnie Jan Woleński - dyrektor Instytutu Filozofii na UJ, mający doskonałe powiązania z krakowskim sądem, w tym z Błasiakową, tak fachowo i skutecznie pomagał R. mnie wykańczać i zabierać mi moje własne mieszkanie, że w końcu zaszczuty latami perfidnych szykan - straciłem poczytalność i R. stracili życie. Nic dziwnego, że Woleński i Błasiakowa/ Nowicka zrobili wszystko, aby prawda o ich udziale w tragedii nigdy nie ujrzała światła dziennego, a całą winą obciążyć mnie.
I w tej sytuacji inny kolega Woleńskiego - Piotr Hofmański był w moim składzie SN, a jest on aktualnie kierownikiem katedry … postępowania karnego na UJ.
Powróćmy do pierwszej obsady mojego sędziego z 2002 roku. Przed pierwszą rozprawą prosiłem adwokata Patelę, aby on zgłosił taki wniosek o losowanie składu, ale adwokat odmówił, bo przecież to nie jemu groziło dożywocie. Więc nie było losowania i dostałem z „listy” doświadczoną sędzię okręgową Barbarę Pankiewicz. Zasadą jest, że gdy dostaje jakąś bardzo trudną sprawę początkujący i niedoświadczony w wydziale sędzia, to można go zamienić na innego, starszego sędziego.
A u mnie, w tak trudnej i głośnej sprawie - doświadczonego sędziego okręgowego arbitralną jednoosobową decyzją przewodniczącego wydziału - Rafała Kiety wymieniono mi na … świeżo co delegowanego do SO sędziego rejonowego Wojciecha Maczugę. Dodam, że sędziego rejonowego z tego samego sądu Kraków Nowa Huta, w którym moja żona była także sędzią. (k-1054)
Kuriozalne jest uzasadnienie tej manipulacji, że sędzia Pankiewicz ma „obciążony” referat. W ten sposób zawsze można taką manipulację uzasadnić, bo rzekomo w Polsce wszyscy sędziowie są „obciążeni” pracą.
Sędzia Maczuga wraz z koleżanką Błasiakowej/Nowickiej - Małgorzatą Rzeszut uniemożliwili mi na jakąkolwiek realną obronę. Oddalali moje pytania do świadków oskarżenia, kończyli w danym dniu rozprawę, gdy ja miałem zadawać na końcu swoje pytania, a przy świadkach innych niż Rojszczaki lub ich klienci byłem usuwany z sali przed wejściem świadka (np. mojej siostry). Wyznaczali rozprawy raz na miesiąc. Ostatnie moje „rozprawy” w pierwszej instancji toczyły się pod moją nieobecność.
O poziomie sędziego Maczugi, o tym kogo mi dobrał Kieta, świadczy chociażby to, że chciałby on cytuję: „przywrócenia i szerokiego stosowania kary śmierci”, co czytam na str. 135 w uzasadnieniu mojego wyroku z dnia 27.09.2004 autorstwa Maczugi.
Kara śmierci została zniesiona w Polsce, gdy Maczuga był jeszcze dzieckiem, a pomimo tego on chciałby „szeroko stosować karę śmierci”.
Identyczny charakter ujawnia mój drugi sędzia Rafał Lisak, który miał mnie sądzić w ponowionej pierwszej instancji, po wyroku kasacyjnym SN. Na stronie 82 uzasadnienia mojego kolejnego wyroku Lisak także domaga się - cytuję: „przywrócenia i szerokiego stosowania kary śmierci”.
Oczywiście można się tylko domyślać, że najbardziej właściwymi do „szerokiego stosowania kary śmierci” byłby sędzia Maczuga i Lisak. Takich miałem sędziów w pierwszych instancjach.
W drugiej instancji, oddalając mój wniosek o losowanie składu, dobrano mi sędziego apelacyjnego Wojciecha Dziubana. On z kolei w uzasadnieniu wyroku dożywocia napisał, że skazuje mnie cytuję „za całe moje życie, gdzie narcystycznie dążyłem do przewagi nad innymi”.
Po wyroku kasacyjnym SN z 31.5.2007 (czyli decyzji Kozielewicza) gdy SN postanowił wrócić sprawę do I instancji, kolejny raz wnosiłem natychmiast po kasacji do SO o losowanie składu. Są kuriozalne przepisy w kodeksie, które zawierają tak zwany przymus adwokacki. Polega to na tym, że tylko adwokat może daną czynność wykonać. Wtedy w przypadku gdy oskarżony nie posiada swojego adwokata z wyboru - sąd obligatoryjnie przydziela mu obrońcę z urzędu, aby dana czynność mogła zostać dokonana.
Po wyroku SN z 31.05.2007 ja nie miałem adwokata i sąd okręgowy w przypadku wniesienia przeze mnie wniosku, który „tylko” adwokat by mógł złożyć - miał sąd obowiązek najpierw mi przydzielić adwokata i temu adwokatowi przekazać mój wniosek, aby adwokat mógł go wnieść. Wtedy przepis kodeksowy nie byłby fikcją, jak się to stało po raz kolejny w moim przypadku.
U mnie po wyroku SN - odmówiono losowania składu, bo ja „nie jestem uprawniony” do złożenia takiego wniosku i jednocześnie nie dano mi adwokata z urzędu, chociaż sąd miał taki absolutny obowiązek, wynikający chociażby z art. 80 kpk.
Tymczasem bez posiadania przeze mnie mojego adwokata, SO przydzielił mi w lipcu 2007 z listy (czyli w miarę uczciwie) doświadczoną sędzię okręgową Beatę Górszczyk. I znowu identyczna arbitralna decyzja Kiety w dniu 19.07.2007, gdzie Kieta zmienia mi tę sędzię na kolejnego sędziego rejonowego Rafała Lisaka (k. 6072), który cztery tygodnie wcześniej dostaje delegacje do SO. I znowu ta sama prymitywna argumentacja Kiety - „sędzia Górszczyk ma obciążony referat”. I dostaję jeszcze ławnika, który nazywa się Krzysztof … Błasiak. Znam realia obsady ławników i najprawdopodobniej jest to jakiś krewny sędzi Błasiakowej - tej osoby, której szokujący sprzedany wyrok był impulsem do tragedii.
Adwokata z urzędu przydziela mi sąd dopiero w dniu 5.11.2007 (k- 6230), czyli ponad 5 miesięcy nie mam adwokata, a zapadają w tym czasie kluczowo ważne decyzje - jak np. obsada mojego sądu - chociaż kodeks taką sytuację traktuje jako bezwzględna przyczynę odwoławczą (art. 439 § 1 pkt. 10 kpk). Tutaj wyjaśniam, że ten nakaz ustawowy dotyczy - cytuję: „gdy oskarżony w postępowaniu sądowym nie miał obrońcy, w przypadku określonym w art. 80” - a oczywiście, że dobieranie mi składu - jest już „postępowaniem sądowym”. Art. 80 kpk - także mówi wprost, że „oskarżony MUSI mieć obrońcę w postępowaniu sądowym przed sądem okręgowym…” - czyli w całym postępowaniu sądowym.
W moim przypadku okazało się, że wszystkie te nakazy i gwarancje zostały złamane. Tak samo w obydwóch apelacjach w 2005 roku i obecnie. Zawsze wnosiłem o losowane składu i zawsze mi to uniemożliwiano pokrętną i nie znajdująca żadnego zapisu kodeksowego argumentacją. Nawet, gdy taki wniosek składał mój adwokat z urzędu. W apelacji w 2005 roku dobrano mi zaufanego rzecznika prasowego SA - Dziubana. W 2007 roku administracyjna decyzją dano mi rzecznika prasowego SO - sędziego rejonowego Lisaka, a obecnie w SA mam rzecznika dyscyplinarnego krakowskich sędziów - sędziego Seremeta, który w ubiegłych latach zawsze odrzucał moje zażalenia na m.in. przewlekłość mojej sprawy. Sędzia Seremet „nie widział” zwłoki w postępowaniu, a przypomnę, że dzisiaj jestem już 9 rok „tymczasowo” aresztowanym i do dzisiaj nie dopuszczono nawet jednego mojego świadka - lub chociaż jednego dowodu, o które wnosiłem stale i konsekwentnie od 8 lat.
Nadmieniam, że wielu z tych moich świadków już nie złoży zeznań, bo już zmarli.
Rzecznikiem prasowym SN jest kolejny mój sędzia Piotr Hofmański - co nie dziwi, że akurat takie osoby są obsadzane jako rzecznicy prasowi w instytucjach totalitarnych, aby tylko pustą nowomową potrafić tuszować wszystkie przypadki łamania prawa obywateli.
W SN jest ok. 100 sędziów i to, że akurat Kozielewicz - o którego wyłączenie wnosiłem - zostanie moim sprawozdawcą i przewodniczącym składu zarazem - to szansa jak trafienie 1 do 100. Trzykrotne trafienie na Kozielewicza to prawdopodobieństwo jak 1 : 1.ooo.ooo. Jak widać jeden raz manipulowania składem sądzącym mnie, to mógłby być przypadek, ale za każdym razem - czyli już 5 razy, gdy łamana jest ta gwarancja uczciwego doboru sędziego - piąty raz z rzędu, to już nie jest przypadek, tylko rażące bezprawie i manipulacja. Nic dziwnego, że moje „procesy” i „wyroki” są takie, jaki był dobór moich sędziów, moich świadków i biegłych.
Tak samo niezgodny z polskim prawem - z zasadą bezpośredniości - jest mój wyrok SN - czyli sędziego Kozielewicza, który nakazał wrócić sprawę do pierwszej instancji, jednocześnie nakazując zachować wszystkie ustalenia z pierwszego - skandalicznego procesu Maczugi. W Polsce gdyby nawet 1 z ławników wyszedł od toalety na 5 minut podczas procesu, to cały proces jest nieważny. A u mnie wyrok pierwszo instancyjny ma wydawać skład (czyli Lisak i Marczewska), który nie miał żadnego kontaktu np. ze świadkami z pierwszego procesu. Przytoczę wyrok SN z 1979.07.12 IV KR 136/79OSNKW 1979/11-12/122 [LEX 19584]: „W myśl art. 391 § 3 k.p.k. sąd, któremu przekazano sprawę do ponownego rozpoznania po uchyleniu wyroku, związany jest tylko zapatrywaniami prawnymi oraz wskazaniami sądu odwoławczego co do dalszego postępowania w sprawie, zwłaszcza zaś zaleceniami co do zakresu uzupełnienia materiału dowodowego… Inne wskazania sądu rewizyjnego, a w szczególności co do oceny poszczególnych dowodów, nie są wiążące dla sądu ponownie rozpoznającego sprawę.
Tomasz Grzegorczyk Komentarz KPK 2005 s. 61 do tego wyroku SN: „ powyższe odnosi się też do wskazań poczynionych przez sąd kasacyjny.”
Po prostu w moich sprawach jest błąd na błędzie. A prawo i procedura istnieje tylko w kodeksie.
A wydawałoby się mogło, że gdy krakowski sąd sam wnosił o wyłączenie mojego procesu z Krakowa i podał konkretne powody możliwości podejrzeń o nieuczciwy proces, to w takiej sytuacji przestrzeganie zgodnego z prawem przebiegu mojej sprawy - będzie wyjątkowo skrupulatne.
Prawda ma taką nieprzyjemną cechę, że stale wypływa na wierzch. Gdyby ustalono prawdziwy i faktyczny stan zdarzeń, to całość byłaby logiczna i jednorodna. A w moim przypadku co chwilę trafiają się różne nonsensy, które wzajemnie się wykluczają.
Na przykład czytamy w moich uzasadnieniach wyroków, że do dnia tragedii „wspólnie spędzałem wolny czas [z wieloma krakowskimi sędziami - przyp. AK]” i jakoś nikt nie zapytał tych sędziów, którzy spędzali razem ze mną nawet 4 tygodniowe wakacje w Austrii w Kaprun (gdzie było pięcioro krakowskich sędziów - naszych przyjaciół) - jak to miało miejsce miesiąc przed tragedią w 2001 roku (cały sierpień 2001) - jak to jest możliwe, że oni nie zauważyli, że przyjaźnią się z „psychopatą”, „narcystycznym i paranoicznym”, „skrajnie zdemoralizowanym i bardzo niebezpiecznym”. Chciałem powołać na świadków tych z nich, z którymi najczęściej przebywałem i się przyjaźniłem, ale nikt z nich nie został dopuszczony do mojego procesu. Jak zawsze.
Żyłem także 11 lat w Niemczech w Ulm, gdzie miałem wielu przyjaciół i tych najlepiej mnie znających także chciałem powołać w sądzie na świadków - bezskutecznie. 11 lat mieszkałem w 14 rodzinnym domu w Ulm - jak w oazie spokoju, a w Krakowie mieszkając tylko z 1 rodziną Rojszczaków przez 7 lat - oni zrobili mi piekło z mojego rodzinnego domu, w którym już nie dało się ani żyć, ani nawet uciec z własnego mieszkania, bo dysfunkcjonalny sąd krakowski pod dyktando R. uniemożliwił mi sprzedanie mojego własnego mieszkania. Do dzisiaj - już 13 lat SR w Krakowie prowadzi tą chorą sprawę o stwierdzenie, że moje mieszkanie jest moje.
Od mojego urodzenia znało mnie wielu ludzi - przyjaciół moich rodziców. To byli profesorowie krakowskich uczelni, naukowcy, inżynierowie, lekarze, farmaceuci, cała rzesza potencjalnych wiarygodnych świadków. I także żadnego z nich nie dopuszczono do mojego procesu na świadka.
Przez 8 lat zamiast uczciwego, sprawnego i rzetelnego procesu - toczy się w krakowskim sądzie jakaś ponura farsa, która ma na celu tylko i wyłącznie jedno - wbrew faktom z mojego całego życia - zrobić ze mnie psychopatę i na siłę skazać za umyślne zabójstwo, które nie miało miejsca w rzeczywistości, oraz uchronić od odpowiedzialności osoby, które do tragedii doprowadziły.
W jaki sposób zdołano tak skutecznie zmanipulować prawdę w moim „procesie”?
Najpierw poprzez powołanie i dopuszczenie tylko i wyłącznie dowodów oskarżenia (czyli dowodów prokuratora i R.. Następnie to, co ci ludzie mówili przyjęto apriorycznie za prawdę, uniemożliwiając mi na zweryfikowanie moimi pytaniami tych kłamstw. Sędziowie, jak Maczuga i Rzeszutowa uchylali moje pytania, kończyli rozprawę w danym dniu, gdy ja zaczynałem zadawać pytania tym świadkom. A na następnej rozprawie już był kolejny świadek oskarżenia. Przy bardziej obiektywnych świadkach - już byłem usuwany z sali, zanim ta osoba zaczynała zeznawać. Gdy protestowałem - do protokołu wpisywano, że ja obrażam sąd i np. Maczuga karał mnie zawsze karą karceru w wymiarze nawet ponad 2 razy przekraczającą dopuszczalny kodeksowo czas karceru za to, że ja jego „obraziłem”. Tak działa w praktyce zasada, że cytuję: „nikt nie może być sędzią we własnej sprawie” - bo przecież skoro ja rzekomo obrażałem Maczugę, to Maczuga karząc mnie był osobiście zainteresowany karaniem mnie.
Kolejnym przykładem pracy krakowskiego sądu, są czynności związane z moimi wnioskami o wyłączenie stronniczego sędziego. Ustawa nakazuje, że w takim przypadku wniosek rozpatruje sąd „w składzie identycznym do orzekającego” czyli u mnie to był skład 5 osobowy. Jakiekolwiek odstępstwo od prawidłowego składu to bezwzględna przyczyna odwoławcza.
W większości takie moje wnioski rozpoznawał inny skład, 5 osobowy (np. karta 3428, 3469). Tam oddalano moje argumenty - zawsze pod moją nieobecność i na piśmie dostawałem po kilku dniach „uzasadnienie”, że moje zarzuty o brak niezawisłości lub łamaniu prawa przez sędziego „nie znajdują potwierdzenia w protokole”.
Dla osób niezorientowanych w realiach polskiego sądu wyjaśniam, że sędzia nie zapisuje dosłownych wypowiedzi, tylko swoje interpretacje, a także wpisuje tylko to, co chce. Po rozprawie sędzia sprawozdawca zabiera protokół do siebie i tam dopiero go „przerabia” - usuwając te fragmenty, które mu się nie podobają.
Innymi słowy ja tylko wtedy miałbym szansę na skuteczne wyłączenie stronniczego sędziego, gdyby ten z własnej woli wpisał do protokołu, że np. nie wpisuje wypowiedzi świadka, tylko zupełnie co innego. Albo gdyby wpisał sędzia, że np. dzisiaj on ubliżał oskarżonemu, a gdy się świadek tym zdenerwował, to on go ukarał. Lub oczekiwać, że sędzia sam wpisze do protokołu, że łamie procedurę karną. Przecież jest to absurd i przepis o wyłączeniu sędziego jest praktycznie martwy.
Powracając do obsady sądu rozpatrującej moje wnioski o wyłączenie nieuczciwego sędziego, to na karcie 6245 w moich aktach znajduje się postanowienie SO, w którym JEDNOOSOBOWO (!!!) sędzia Słowik oddala mój wniosek o wyłączenie Lisaka w dniu 26.11.2007.
Innymi słowy od dnia 26.11.2007 mój sędzia Lisak nie mógł mnie już więcej sądzić - aż do ponownego rozpatrzenia tego mojego wniosku przez 5 osobowy skład.
U mnie zasady procesu postawiono na głowie. Najpierw akt oskarżenia - skrajnie jednostronny, gdzie nie przesłuchano ani jednego mojego świadka w śledztwie. Na życzenie Rojszczaków - wyłączono całą krakowską prokuraturę (chociaż moja żona była sędzią w wydziale pracy i nie miała żadnego kontaktu z prokuraturą), wywożąc mnie na drugi koniec Polski do Przemyśla. W trakcie rocznego śledztwa powołano prawie po roku od tragedii biegłych z Jarosławia, a nie tych specjalistów z aresztu w Krakowie, którzy mnie osobiście sami badali zaraz po tragedii, a także przez następnych kilka pierwszych miesięcy mojego pobytu w więzieniu. Później mój sąd już tylko zajmował się na siłę produkowaniem „dowodów”, na których miał oprzeć z góry przyjęty przed procesem wyrok, że ja jestem wszystkiemu winny, a jakiekolwiek moje próby obrony i podawania faktów przeciwnych - były od razu przez ten sąd skutecznie mi uniemożliwiane.
Ci pierwsi biegli psychiatry to był lekarz Adamczyk i Ferenc. Przez 3 miesiące obserwacji Ferenca na oczy nie widziałem. Okazało się tam, że w Jarosławiu uczciwe opinie dostaje się tylko za łapówki.
Wynik pierwszej - 3 miesięcznej mojej obserwacji w Jarosławiu tak podsumował SO z 28.04.2003 o powołaniu kolejnych biegłych: „Tymczasem w niniejszej sprawie zabójstwa dokonała osoba do tej pory nie karana, prowadząca normalne życie w społeczeństwie, o wysokim poziomie intelektualnym, zdaniem biegłych nie cierpiąca na żadne schorzenia natury psychicznej ani nawet nie mająca nieprawidłowej osobowości.” Teraz podobno już nawet niefachowiec „widzi” u mnie te rzekome „zaburzenia osobowości”, które są „głębokie”. Ciekawe więc dlaczego ci pierwsi biegli przez najdłuższą moją 3 miesięczną obserwację jakoś nie dostrzegli tych „oczywistych” nawet dla laika moich zaburzeń osobowości? Albo specjaliści wojewódzcy badający kandydatów na otrzymanie broni ostrej - także stwierdzili, że mam jak najbardziej prawidłową osobowość - w wieku 38 lat. Czy tylu moich kolegów - krakowskich sędziów obojga płci, jakby nie było specjalistów od oceny innych ludzi, którzy przez kilka lat do dnia tragedii praktycznie mieli ze mną codzienny kontakt?
Po prostu było to elementem budowania totalnego kłamstwa w moim procesie, że to niby moja nieprawidłowa osobowość doprowadziła do tragedii, a nie dysfunkcjonalny krakowski sąd, patologiczne układy pomiędzy profesorem Woleńskim z UJ i sędzia Błasiakową/Nowicką oraz przede wszystkim nieprawdopodobna determinacja, bezwzględność i chciwość R. na moje mienie. Przy tym wszystkim okazałem się bezradny i pytaniem było nie czy, tylko kiedy ci ludzie i ta cała sytuacja mnie wykończą. Drugim pytaniem było - w jaki sposób się w końcu załamię.
Pomimo tak rażącego łamania procedury karnej, pomimo dopuszczenia tylko i wyłącznie do procesu świadków oskarżenia, uniemożliwienia mi na zadanie tym świadkom oraz biegłym moich pytań, wybierania z tych jednostronnych i kłamliwych zeznań tylko najgorszych fragmentów i powtarzanie ich po sto razy przez sąd i biegłych - i tak te dotychczasowe opinie są kpiną z logiki, kpiną z dzisiejszej nauki i każda opinia jest sprzeczna.
I tak pierwsza opinia z Jarosławia - wynik znamy (powtórzę): Tymczasem w niniejszej sprawie zabójstwa dokonała osoba do tej pory nie karana, prowadząca normalne życie w społeczeństwie, o wysokim poziomie intelektualnym, zdaniem biegłych nie cierpiąca na żadne schorzenia natury psychicznej ani nawet nie mająca nieprawidłowej osobowości.” W sądzie w obecności biegłych Adamczyka i Ferenca zgłosiłem, że oni wydają opinie uczciwe tylko za łapówki. Wtedy wstał biegły Ferenc i powiedział, że w tej sytuacji rozpoznaje u mnie osobowość dyssocjalną. Było to w marcu 2003 roku. Maczuga w swoim uzasadnieniu dożywocia napisał, że ja obrażałem biegłych.
Dzisiaj Ferenc jest już prawomocnie skazanym za wydawanie opinii za łapówki i ma sądowy zakaz wykonywania zawodu, ale nadal jest … moim biegłym. Mnie Lisak nie zezwolił na zapytanie Ferenca w 2008 roku, czy on potwierdza, że jest już skazany i za co. To pytanie było także moim „obrażaniem” biegłego oraz „nasuwaniem sądowi jednoznacznych skojarzeń ze znęcaniem się oskarżonego nad biegłymi”, co czytam w uzasadnieniu mojego wyroku dożywocia, autorstwa Lisaka na stronie 79. Innymi słowy, zadając konkretne pytania biegłym o moją opinię „znęcam się nad nimi”.
Warto przytoczyć inny fragment wniosków z tej pierwszej opinii - efektu 3 miesięcznej mojej obserwacji w 2002 roku: „Poprawne rozumienie norm społecznych. Sprawne myślenie pojęciowo - abstrakcyjne, a tym samym prawidłowa analiza zagadnień ze zrozumieniem logicznym… Osobowość zwarta o sprawnie funkcjonujących procesach myślowych i zachowanym poczuciu realności otaczającej go rzeczywistości, jest to osobowość o dużych zdolnościach intelektualnych.. w myśleniu konkretny i praktyczny…” (strona 32 opinii). We wnioskach (strona 33 opinii czytamy o mnie: „Badany posiada także w dobrym stopniu wykształconą zdolność rozumienia obowiązujących norm prawnych i zachowań moralno - społecznych, jak też zdaje sobie sprawę z obowiązku ich przestrzegania w życiu codziennym. Przy jego dobrej sprawności intelektualnej był on w stanie i powinien swoje postępowanie poddawać kontroli wewnątrzpsychicznej typu refleksyjnego.” Koniec cytatu. A jednak stało się coś niezwykłego, co spowodowało, że do tragedii doszło, pomimo tych wszystkich moich cech. I to pytanie - co się stało w krytycznym czasie tych 25 minut to jest meritum mojego procesu, a nie późniejsze bajeczki o rzekomych „zaburzeniach osobowości”, które „wszystko” tłumaczą.
Po 6 lat od obserwacji w 2002 roku - bez jakiegokolwiek kontaktu ze mną po zakończeniu obserwacji, bez badania mnie ci sami biegli z Jarosławia twierdzą, że jestem „niebezpieczny”, mam „złe prognozy” i mam „głęboko zaburzoną osobowość”. I co najśmieszniejsze ci biegli z Jarosławia nadal twierdzą, że podtrzymują swoją pierwszą opinię !!! A sędzia Lisak to wszystko kupuje. Bo mu „pasuje” do wyroku.
Tylko pojawia się pytanie - na czym oparli swoją opinię ci „fachowcy”, skoro bez kolejnego badania mnie ich dzisiejsza opinia jest całkowicie sprzeczna z ich własną poprzednią?
Druga opinia - Maczuga powołuje biegłe z Wrocławia (Birecką i Juskowiak), pisząc do nich skrajnie tendencyjne pytanie: „Co należałoby rozpoznać, aby można było u oskarżonego stwierdzić wyraźnie nieprawidłową osobowość”. I Birecka w odpowiedzi pisze „opinię” w której całe „wnioski” to bezczelny plagiat z diagnozy „osobowość dyssocjalna” z podręcznika ICD-10 F 60.2. Przepisując te bardzo konkretne kryteria - biegła ośmiesza siebie i sąd, bo te kryteria są dokładnym zaprzeczeniem mojego życia.
Poza tym i Birecka, i Adamczyk w sądzie tak kompletnie się plączą, na przykład „tłumacząc” urzędowy fakt, że po zatrzymaniu mnie w dniu tragedii lekarz pogotowia, a dzień później biegli psychiatrzy z aresztu w Krakowie stwierdzili u mnie „ostrą reakcję na stres” słowami, że „ostry stres pojawił się u mnie zaraz po zdarzeniu, gdy oskarżony zrozumiał / uświadomił sobie, co zrobił”. Ale oczywiście byłem całkowicie poczytalny w chwili czynu - według tych „fachowców”. Poza tym właśnie to psychopatów cechuje „brak sumienia” i jak to się potocznie mówi „psychika ich wykuta jest w skale”. Dlatego prawdziwy psychopata nawet po zabójstwie nadal pozostaje spokojny. Co by nie powiedzieli moi biegli - to stale zawsze sobie wzajemnie przeczą. A przypomnijmy, że dawna psychopatia to dzisiaj fachowo nazywana jest „osobowością dyssocjalną”. Tak prawda sama wychodzi spod tej sterty kłamstw.
Trzeci biegły to był psycholog Marek Pawlik - niezależny od poprzednich. Początkowo on uznał, że byłem poczytalny, ale w sądzie zmienił swoją diagnozę - twierdząc, że faktycznie straciłem w chwili czynu kontakt ze światem, a teza o mojej „poczytalności” - jest nie do obrony. To jedyny człowiek, który odważył się powiedzieć w sądzie to, co wszyscy doskonale wiedzą, że byłem całkowicie w innym świecie w chwili czynu.
Mój sąd jednak postanowił obalić tego biegłego, bo jako psycholog „nie może się wypowiadać co do poczytalności”. Ale Gierowski, także psycholog, już może się wypowiadać co do mojej poczytalności - nawet na łamach miesięcznika „Charaktery”, bo Gierowski mówi to, co sąd chce usłyszeć.
Cały czas wnosiłem o powołanie tych biegłych, którzy mnie badali zaraz po tragedii - czyli dr Teleśnickiego i dr Pilz - Przybylską (oboje to biegli sądowi psychiatrzy). Ale nigdy ich nie dopuszczono do opiniowania mnie, bo ustalenie tego, co się faktycznie stało, że na podłożu wieloletnich szykan Rojszczaków oraz z powodu nagłego szoku po usłyszeniu wyroku Błasiakowej - ja straciłem całkowicie chwilowo poczytalność - bardzo by nie pasowało sądowi kolegów Błasiakowej oraz gerontokratom na UJ - kolegom Woleńskiego. Od adwokata Pateli (którego aplikant Mateusz Rzeszut był synem mojej sędzi Rzeszutowej) słyszałem tylko, że dr Teleśnicki i dr Pilz-Przybylska nigdy nie zostaną przez mój sąd dopuszczeni do opiniowania mnie, bo oni są … z Krakowa.
W krakowskim sądzie apelacyjnym powołano więc kolejnych biegłych - z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Ale okazało się, że tam o wszystkim decyduje nowy kierownik zakładu psychiatrii sądowej - docent z UJ Janusz Heitzman ... z Krakowa.
Heitzman przez wiele miesięcy zmieniał arbitralnie skład moich biegłych, który sobie sam kompletował. Ostatecznie Heitzman skompletował swojego patrona (i kolegę Jana Woleńskiego z UJ) - J. K. Gierowskiego, ponad 80 letnią emerytkę, dla której zlecenia od Heitzmana to finansowa manna z nieba i dwie młode dziewczyny - Opio i Pilszyk, które same mi mówiły, że nic nie mają do gadania, bo o wszystkim zadecyduje Gierowski i Heitzman, czyli UJ z … Krakowa.
Gierowski i Heitzman aktualnie dostają intratne zlecenia prowadzenia dodatkowych wykładów dla podyplomowego studium kształcenia „biegłych sądowych” - o czym czytamy w ogłoszeniach w krakowskiej prasie we wrześniu 2009. To kształcenie organizuje „Instytut Filozofii - Wydział Psychologii UJ”, a dyrektorem tego Instytutu Filozofii jest właśnie Jan Woleński, który tak bardzo pomagał R.
Gierowski i Heitzman badali mnie oficjalnie jako warszawski IPIN, co jest kpiną, bo obaj mieszkają w Krakowie, obaj nadal są związani ze sobą i z UJ więzami nie tylko towarzyskimi, ale przede wszystkim finansowymi.
Gdy do nich trafiłem na początku 2005 roku, to oni już znali moje pisma typu „apelacja cz. 1, 2 i 3” , a także moje prace o stresie, a tym samym już wiedzieli, że studiując intensywnie w więzieniu psychiatrię znam doskonale kryteria diagnostyczne. A te kryteria są konkretne i dotyczą faktów możliwych od udowodnienia w sądzie. Dlatego wszystkie diagnozy i wypowiedzi tych dwóch osób są skonstruowane na zasadzie pustych pseudonaukowych ogólników. Heitzman z Gierowskim stale tylko podają, co „nie stwierdzili”, a to, co rzekomo „stwierdzili” to nie jest umocowane w jakichkolwiek obowiązujących dzisiaj w nauce kryteriach (ICD - 10 lub DSM - IV). Po prostu obaj kręcą jak tylko mogą.
Dzisiaj stan wiedzy psychiatrycznej jest taki, że można zdiagnozować 12 odrębnych „zaburzeń osobowości”. Ten podział ICD-10 OBOWIĄZUJE w Polsce ( i w całej Europie) od 1993 doku do dzisiaj. Tak jak obowiązuje (w teorii) kodeks karny, czy postępowania karnego.
Albo u kogoś diagnozuje się konkretne zaburzenie osobowości i to tylko wtedy, gdy osoba spełnia dane kryteria, albo diagnoza jest fikcją. Nie ma czegoś takiego, jak to, co usiłuje wmówić naiwnym krakowskim sędziom Gierowski, że są jakieś „zaburzenia osobowości o cechach…” - tylko albo jest jakieś konkretne zaburzenie, albo go nie ma. Ten pseudonaukowy bełkot można by porównać do sytuacji, gdy pytamy się lekarza internisty, jaką on chorobę stwierdza u badanego, a ten odpowiada pokrętnie: „stwierdzam poważną chorobę o cechach zapalenia płuc i wrzodów na żołądku”. Przecież to jest kpina z sądu i sędziów, bo „cechy” wszystkich zachowań ma w swoim życiu każdy człowiek w zależności od specyfiki sytuacji w jakiej się on aktualnie znajduje. A diagnoza konkretnego zaburzenia oparta jest na trwałym i znacznym odbieganiu jednostki od wzorca kulturowego, a nie na chwilowych „cechach”. Zresztą analizowanie mojego zachowania w sytuacji, gdy jestem od 9 lat w więzieniu, w tak skrajnie nienormalnej i specyficznej sytuacji - to zupełne nieporozumienie i wystarczy tylko przeczytać światowy bestseller z 2008 roku prof. Zimbardo „Efekt Lucyfera” lub obejrzeć film ze stanfordzkiego eksperymentu więziennego - aby zrozumieć, jak najnormalniejsi na świecie ludzie - studenci o całkowicie prawidłowej osobowości zachowują się w więzieniu. Sytuacja trafienia do więzienia nie działa tylko na jedna grupę ludzi - właśnie na prawdziwych psychopatów. Im człowiek bardziej normalnie i społecznie żył na wolności, tym ciężej na niego działa więzienie. Ponadto nie istnieją żadne testy, czy kryteria dostosowane do oceny osobowości ludzi, którzy znajdują się w tak skrajnej sytuacji, jaką jest pobyt w więzieniu.
We „wnioskach” w mojej opinii wpisał Gierowski z Heitzmanem (s. 158 opinii): „głębokie zaburzenia osobowości o cechach paranoiczno - narcystycznych”. Niestety nie istnieje taka diagnoza w obowiązującej klasyfikacji ICD-10. Jest albo „osobowość paranoiczna (F 60.0) - której kryteriów w żaden sposób nie spełnia moje całe życie oraz wpisana w aneksie nr 1 osobowość narcystyczna (w aneksie, jako że dzisiaj jest niepewne, czy takie rozpoznanie w ogóle istnieje). Ta osobowość narcystyczna ma także swoje 9 kryteriów i do diagnozy trzeba wykazać spełnienie co najmniej 5 z nich. Także i tutaj nie spełniam nawet jednego z tych konkretnych kryteriów. Żaden biegły nie podał mi nigdy nawet jednego z tych konkretnych kryteriów - oceniając 41 lat mojego życia do dnia aresztowania. Zawsze wszyscy biegli tylko odpowiadają - „spełniam wszystkie kryteria”, moje pytania ich obrażają itp.
Z kolei na ostatniej rozprawie w dniu 1.10.2008 roku Gierowski mówi, że diagnozuje u mnie „osobowość psychopatyczną, narcystyczną”. Czyli 3 lata później już pojawiła się „psychopatia”, a znikła „osobowość paranoiczna”.
Osobowość psychopatyczna to dzisiaj zawiera się w diagnozie „osobowości dyssocjalnej”. Więc porównajmy wypowiedz Heitzmana ze strony 20 rozprawy w SA w dniu 23.05.2006, który powiedział tak: „ustosunkowując się do opinii biegłych z Wrocławia odrzuciliśmy rozpoznanie u oskarżonego osobowości dyssocjalnej, tym samym przyjęliśmy, że funkcjonowanie społeczne oskarżonego nie odbiegało od powszechnie przyjętych norm współżycia społecznego.” - czyli automatycznie odrzucił psychopatię, bo to jest synonim wg kryteriów diagnostycznych. Zresztą stwierdzenie Heitzmana, że „zachowanie społeczne nie odbiegało od powszechnie od przyjętych norm współżycia społecznego” - to właśnie jest podstawowe kryterium ogólne, które wyklucza jakąkolwiek diagnozę zaburzenia osobowości !!! (F 60 -kryterium G1, G2 i G5). Inaczej mówiąc wszystkie kryteria konieczne do stwierdzenia jednego z 12 specyficznych zaburzeń osobowości właśnie opierają się na konkretnym zachowaniu odbiegającym wyraźnie i trwale od „powszechnie przyjętych norm współżycia społecznego” !!!
Gierowski z kolei w swoim wywiadzie do „Charakterów”, który przeanalizowałem w pracy „Jasnowidz na tropie pieniędzy” tak mówi: „Badałem go. To był człowiek o głęboko zaburzonej, psychopatycznej osobowości.” Brakuje także tym razem tego „głębokiego zaburzenia osobowości o cechach paranoiczno - narcystycznych”. Za każdym razem jest inna bajeczka.
Podsumujmy ten bełkot Gierowskiego i Heitzmana: raz mam „cechy paranoiczno - narcystyczne”, raz mam „psychopatię”, ale Heitzman właśnie odrzuca psychopatię, która jest synonimem „osobowości dyssocjalnej”, co Gierowski „w pełni podtrzymuje”. A do tego jeszcze moje zachowanie - cytuję jeszcze raz to kluczowo ważne stwierdzenie (akurat prawdziwe): „tym samym przyjęliśmy, że funkcjonowanie społeczne oskarżonego nie odbiegało od powszechnie przyjętych norm współżycia społecznego.”
Ponownie przypomnę, że istnieje dzisiaj 12 odrębnych i całkowicie różnych od siebie zaburzeń osobowości.
- F 60.0 - osobowość paranoiczna
- F 60.2 - osobowość dyssocjalna (obejmującą swoimi kryteriami dawne rozpoznania jak: psychopatię, charakteropatię, socjopatię i osobowość antyspołeczną)
i kolejne odrębne zaburzenia osobowości jak np. osobowość schizoidalna (F 60.1), chwiejna emocjonalnie (F 60.3), historioniczna (F 60.4), anakastyczna (F 60.5), lękliwa (F 60.6), zależna (F 60.7) i te wszystkie wyżej wymienione mają swoje własne konkretne kryteria diagnostyczne. Jest jeszcze mieszane zaburzenie osobowości (F 61.0), które nie ma podanych żadnych kryteriów i to także kiedyś się u mnie „pojawiło” w „diagnozie” osobowości á là Gierowski.
Tak to wygląda, gdy na siłę usiłuje mi się wymyślić pasującą dla sądu - acz skrajnie nieprawdziwą „diagnozę”, która „wszystko” tłumaczy. Ostatecznie konstrukcja oparta na fałszu się rozsypuje.
A prawda jest banalna - mam zupełnie normalną osobowość i dowodem jest na to nie tylko moje badanie osobowości przy badaniach pozwolenia na broń, czy pierwsza „opinia” biegłych z 2002 roku, ale przede wszystkim całe moje życie, gdy żyłem zgodnie z normami społecznymi - co stale wychodzi na jaw między wierszami.
W ogóle to całe „opiniowanie” to kompletna fikcja. Z treści artykułu 202 § 3 kpk wynika, że nawet nie jest dopuszczalna już tylko sama wątpliwość co do samodzielności biegłych. Czyli biegli muszą być samodzielni - każdy z nich z osobna.
W aktach mojej sprawy znajdziemy np. karty pracy wszystkich moich biegłych samodzielnych inaczej. Wszyscy „z IPIN” (a w rzeczywistości z UJ - Gierowski i Heitzman - karta 5057 i 6330) - 5 osób „pracowało samodzielnie” 10 + 10 + 10 godzin = 30 godzin. Gierowski też „pracował” 10+10+10 godzin (k.5029) i rozlicza na karcie 5030 „koszt przejazdów na trasie K-ów W-wa „w dniach 11 i 12 stycznia 2006” . Ale zapewne sprawozdawcy sędziego Seremeta nie zdziwi, że ktoś mógł „pracować” w Warszawie 30 godzin, dojeżdżając z Krakowa do Warszawy „w dniach 11 i 12 stycznia”. Albo ponad 80 letnia staruszka Hajdukiewicz, która nie może nawet dojechać do Krakowa pociągiem i musi mieć samochód (za zgodą SA i finalnie na mój koszt), też „pracowała samodzielnie” 10 + 10 + 10 godzin = 30. Inny jest zakres pracy psychologa, a inny psychiatry. Inny jest nakład czasu osoby wykonującej testy psychologiczne (np. test „drzewka Kocha” - Anny Pilszyk), która pracowała samodzielnie… 10 + 10 + 10 godzin (k.5027), a inny jest czas pracy np. młodej psychiatry Opio, z którą chodziłem na badanie krwi i MR, a która pracowała samodzielnie… zresztą chyba nawet sędzia Seremet już się domyśli ile godzin (5033). Samodzielna biegła Opio skarży się sądowi (karta 6484), że musi pojawiać się na moich rozprawach, co jej cyt.: „utrudnia życie rodzinne”. Ale pomimo tych „utrudnień” także ciężko i samodzielnie pracowała nad moją opinią … 10 + 10 + 10 godzin. Oczywiście Heitzman także pracował samodzielnie 10+10+10 godzin.
Traktowanie przez biegłych jak durniów sędziów znajdujemy także we wszystkich moich pozostałych „kartach pracy biegłego” - gdzie wszyscy „samodzielni” biegli z danego zespołu pracują zawsze identycznie. Np. biegły Ferenc, którego na oczy nie widziałem w 2002 roku podczas 3 miesięcznej obserwacji w Jarosławiu także pracował dokładnie tyle samo godzin, co pozostali „biegli”. Ten sam Ferenc, który jest dzisiaj prawomocnie skazany za wydawanie opinii za łapówki i o ile się dowiedziałem ma zakaz wykonywania zawodu, ale … nadal jest moim biegłym - co ponownie podkreślam.
Skrajną kpiną z sądu jest rachunek za „opinię uzupełniającą” i rachunek za …35 godzin pracy … każdego biegłego samodzielnego inaczej (Adamczyka, Ferenca i psycholożki Tutak z Jarosławia). Efekt tej olbrzymiej „uzupełniającej” pracy (35 x 3 = 105 godzin) to 1 karteczka, że „podtrzymują swoja opinię” - chociaż nie wiadomo którą, bo pierwsza opinia po 3 miesięcznej obserwacji tak została podsumowana w postanowieniu SO z 28.04.2003 o powołaniu kolejnych biegłych (co ponownie przypomnę): „Tymczasem w niniejszej sprawie zabójstwa dokonała osoba do tej pory nie karana, prowadząca normalne życie w społeczeństwie, o wysokim poziomie intelektualnym, zdaniem biegłych nie cierpiąca na żadne schorzenia natury psychicznej ani nawet nie mająca nieprawidłowej osobowości.”, a teraz „podtrzymują” u mnie „głębokie zaburzenia osobowości” i „złe rokowania”, chociaż od tej pierwszej opinii nigdy mnie już nie badali.
Na zakończenie tej krytyki moich dotychczasowych biegłych chcę poddać pod uwagę sądu dwa artykuły - wywiady Gierowskiego i Heitzmana, które ich kompromitują i całkowicie dyskwalifikują jako biegłych sądowych (pomijając trzeci wywiad Gierowskiego z Charakterów” gdzie przedstawia się on jako „w pewnym sensie jasnowidz”).
Psycholog Gierowski (i psychiatra Heitzman - zawsze wydający „opinie” razem z Gierowskim) wszystkim rozpoznają psychopatię lub narcystyczne zaburzenie osobowości - i to zawsze „bez żadnych wątpliwości”. Nie znając tych 2 osób i nie wiedząc, że mnie będzie kiedyś „opiniował” Gierowski zupełnie przypadkiem załączyłem do akt w 2004 roku ksero artykułu (karta 3189). Tam Gierowski „rozpoznaje bez żadnych wątpliwości” takie krytyczne zaburzenia osobowości nawet u „wielu polityków”, których „można by zakwalifikować”… identycznie jak mnie stara się zakwalifikować - chociaż żadnej z tych osób Gierowski nigdy osobiście nie spotkał i nie badał !
Drugi artykuł jest z ubiegłego miesiąca i zawiera wywiad Janusza Heitzmana w „Polityce” nr 37 (2722), 12.09.2009 - s. 78-79 p.t. „Oddział niedomknięty”. To cytaty tego kompromitującego wywiadu, który udzielił sam Heitzman:
„mówi doc. Janusz Heitzman, kierownik Kliniki Psychiatrii Sądowej w warszaw­skim Instytucie Psychiatrii i Neurologii. … Ale w końcu i on przyznaje, że psychia­tria jako jedyna z dyscyplin medycznych posiada możliwości diagnostyczne … Są one jednak poddane … także rozmaitym naciskom.
- A czy nie jest naciskiem ze strony państwa, gdy ZUS ogranicza świadczenia chorym ze schizo­frenią w remisji, czyli bez objawów? - za­stanawia się docent. …
DIAGNOZA NA INTUICJĘ (to tytuł rozdziału)
… W psychiatrii - zauważa doc. Heitzman - muszę rozważyć, czy jeśli chory milczy, to mam do czynienia z psychozą, otę­pieniem, symulacją, a może po prostu ze zwykłą niechęcią do rozmowy? Wtedy przydaje się intuicja. - Ona wca­le nie jest darem od Boga, tylko po prostu doświadczeniem, umiejętnością obserwacji - wyznaje doc. Heitzman.” - artykuł wnoszę w załączeniu. Poinformowano mnie, że jest on także na stronie internetowej „Polityki”.
Nasuwa się pytanie, czy psychiatra Heitzman, który publicznie przyznaje się do wydawania diagnozy „na intuicję” i „w końcu i on przyznaje się … do rozmaitych nacisków” - może być samodzielnym biegłym sądowym, który przecież badając mózgi innych sam powinien mieć w miarę sprawny mózg własny.
Całe to „opiniowanie” Gierowskiego i Heitzmana to „intuicyjne” i poddane naciskowi finansowemu (walka o zlecenia i swoje pieniądze) „diagnozowanie” pustych ogólników i pseudonaukowego bełkotu. A „doświadczenie” nauczyło ich, że wypisanie wszystkim „diagnozy” o „znacznie ograniczonej poczytalności” i „zaburzeniach osobowości” zawsze zostawało bez zastrzeżeń przyjmowane przez naiwny sąd. Przynajmniej do czasu, aż nie trafili na mnie, a ja trafiłem wcześniej na podręczniki do nowoczesnej psychiatrii.
Jako człowiek wykształcony, o prawidłowej osobowości i podobno o wysokiej inteligencji (według opinii biegłych) przez ostatnie 8 lat analizowałem swoje życie. Wydarzenia z 27.9.2001 są dla mnie wielką tragedią. I nie tylko dla mnie, ale i dla mojej rodziny i Rodziny R.. I jest mi z tego powodu bardzo przykro, że tak tragicznie wszystko się potoczyło. Ja wtedy naprawdę nie miałem żadnej kontroli nad swoim postępowaniem w trakcie tych 25 tragicznych minut. Byłem po prostu zaprzeczeniem swojej osoby w chwili tragedii i gdybym chociaż w minimalnym stopniu zdawał sobie wtedy sprawę z tego, co się dzieje, to nigdy by do nieszczęścia nie doszło. To prawda, że moja ręka trzymała broń, ale to nie moja wolna wola kierowała zdarzeniem. To jest po prostu nieszczęście dla wszystkich, a nie umyślne zabójstwo.
Dzisiaj patrząc w stronę sądu czynie to na pewno z podniesiona głową, gdyż na podstawie mojej wiedzy, na bazie bardzo intensywnych kilkuletnich studiów nad mechanizmami działania ludzkiego mózgu, wiem że swój czyn popełniłem w skrajnie głębokim afekcie i nigdy nie będzie dla mnie on zbrodnią umyślną.
Proszę o sprawiedliwy wyrok, tak aby moja kara nie przekroczyła stopnia mojej faktycznej winy.
Wyrok ma być wydany 13.10.2009r przez sędziów:
Przewodniczy SSA Anna Grabczyńska-Mikocka
SA Adam Liwacz
SA Andrzej Ryński
SA Andrzej Seremet
SO del. Ireneusz Bieniek
Prokurator Marek Woźniak - wg. naszego rozpoznania niezbyt nieelokwentny i kompetentny...
Andrzej Kursa - bandyta? - czy ofiara psychicznych osobowości organów władzy? - przesłuchanie w Sądzie Apelacyjnym odbyło się w Krakowie (ul. Mogilska 17) 6 października od godz. 10 do 15.30.
Zabił świadomie czy w afekcie na skutek doznanych krzywd i niekompetetnych krakowskich sędziów? - sprawa Kursy m.in. na stronach:
Obrona konieczna – art. 25 kk. Andrzej Kursa oskarżony o morderstwa z naruszeniem prawa.
Za publikacje swoich dokumentów funkcjonariusze zabrali mu już komp. Co jeszcze musi znieść za publikowanie prawdy?
Kursa - własna opinia medyczna w sprawie zabójstwa - fakty dla pouczenia skorumpowanych i nieetycznych przebiegłych biegłych sądowych lekarzy i podobnych im prawników-oszustów łasych na każdą złotówkę...
14-05-2016 / 06:31