Source: http://prawo.vagla.pl/node/8060
Timestamp: 2017-12-11 14:52:44
Legal References Found: art. 20
 art. 20
 art. 201
 art. 201
 art. 4
 art. 12

Document Content:
Potrzebne są dobre "prowadnice" i interpretacje właściwości "obiektów", bo przyjdzie gość z siekierą | prawo | VaGla.pl Prawo i Internet
Polemikę z wcześniej relacjonowanym tekstem p. Oskara Tułodzieckiego (por. Dyskusja trwa: głos(y) za ograniczeniem zakresu dozwolonego użytku osobistego) publikuje dziś w Rzeczpospolitej p. Jakub Chwalba pod tytułem: Pobieranie filmów i muzyki to nie kradzież. Autor jest asystentem w Instytucie Prawa Własności Intelektualnej UJ i jeśli chodzi o wyrażone w tekście tezy dotyczące aktualnego stanu dozwolonego użytku, to czytelnicy znajdą tam takie, które są zbieżne z moimi, wyrażanymi w tym serwisie w szeregu tekstów. W skrócie: nie ma znaczenia dziś to, czy utwór pochodzi z legalnego czy z nielegalnego źródła, a art 35 (czyli klauzula stwierdzająca, że dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy) nie może być interpretowana w taki sposób, by ten dozwolony użytek, ograniczać. Przy ekstremalnym podejściu ktoś może uznać, że cała instytucja dozwolonego użytku narusza w swej istocie "normalne korzystania z utworu", a już na pewno "godzi w słuszne interesy twórcy", który - gdyby nie dozwolony użytek - miałby pełny monopol autorski. Skoro polemika potwierdza moje stanowisko, to odsyłam tylko do tekstu, jednak zacytuje wnioski, które wyciągnął autor tekstu, opatrując je śródtytułem "Możliwe rozwiązanie":
Wśród wielu możliwych rozwiązań legislacyjnych najbardziej odpowiednia wydaje się proponowana przez europejską doktrynę prawa autorskiego i wprowadzona już między innymi w Niemczech, Hiszpanii i Finlandii modyfikacja instytucji dozwolonego użytku, tak aby uzależnić możliwość korzystania z utworu od uzyskania kopii z legalnego źródła. Jest to rozwiązanie, które pozwala na dostosowanie przepisów do wymagań prawa Unii oraz ustawowe wyważenie interesów twórców i społeczeństwa. Problemem jednak może pozostać realizacja prawa. Trudno bowiem przewidzieć, czy taka zmiana przepisów pozwoli na rozwiązanie problemu sieci p2p, który ma przecież szersze społeczno-ekonomiczne tło. Ograniczenie skali korzystania z utworów wymaga nie tylko zmiany przepisów prawa, ale także współpracy organów ścigania, podmiotów uprawnionych i korzystających z utworów. Być może element strachu przed „byciem złapanym”, konkurencyjne ceny utworów oferowanych w sklepach internetowych i lepsza wiedza internautów o nielegalnym charakterze ich działań, a także o możliwościach legalnego nabywania utworów pozwolą ograniczyć skalę wymiany plikami w sieciach p2p oraz zwiększyć sprzedaż utworów i doprowadzi do przywrócenia zachwianej równowagi.
Gdyby tak się nie stało, warto będzie rozważyć wprowadzenie dodatkowego rozwiązania, które oprócz delegalizacji pobierania z p2p przyniesie wymierny dla twórców skutek, tj. finansową rekompensatę strat ponoszonych w związku z funkcjonowaniem sieci. Takim rozwiązaniem może być wprowadzenie opłaty, która byłaby pobierana przez dostawców Internetu i przekazywana organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, a więc rozwiązanie wzorowane na art. 20 i 201 ustawy
W tej recepcie warto - moim zdaniem - zwrócić uwagę na kilka kwestii. Kto ma oceniać "legalność źródła"? Czy każdy z aktorów magicznego już "społeczeństwa informacyjnego" ma być w jednej osobie składem orzekającym w sprawach karnych oraz specjalnym oddziałem policji, który jeszcze przed popełnieniem przestępstwa (wszak nie zawsze się wie, co się zaraz zobaczy, pobierze, albo co się kryje za linkiem, w który właśnie się klika) prewencyjnie strzeli sobie w głowę, by ustrzec się przed wykroczeniem poza ramy systemu prawnego? Dlaczego mówimy jedynie o sieci p2p? Przecież to tylko jedna z form wymiany plików, która - w gruncie rzeczy - niczym nie różni się od stron internetowych, maili, etc. Koncentrowanie się tylko na P2P (czymkolwiek ono jest, bo są różne sposoby takiej komunikacji) rozmydla nam istotę problemu. Autor pisze o tym, że "ograniczenie skali korzystania z utworów wymaga nie tylko zmiany przepisów prawa", a więc zakłada, że celem, do którego mamy dojść, jest celowe i świadome, ogólnospołeczne ograniczanie dostępu. Czy już podjęliśmy wspólnie decyzję, że zgadzamy się na ten kierunek rozwoju regulacji? Jak napisał w swoim komentarzu maniak713:
Zatem, w którą stronę idzie wycieczka? To zdaje się jeszcze nie zostało ustalone, więc trudno też negocjować miejsca postojów i czas ich trwania.
Niedawno "uwolniłem" kolejną porcję zdjęć (utworów; por. Mokotów'44 rekonstrukcja historyczna walk powstańczych). 556 zdjęć z jednego dnia dokumentowania inscenizacji przeprowadzonej przez grupy rekonstrukcji historycznej. Wcześniej było ponad 300 zdjęć Sejmu. Dziś jak człowiek dostanie przypadkowego skurczu palca na spuście migawki, to może porazić płodnością twórczą niejednego uznanego autora z przeszłości. Czy to nie są utwory w rozumieniu prawa autorskiego? Muszą być, skoro mamy już podobno "wojnę z fotografią?" (por. komentarz Jaka wojna z fotografią?). Jeśli autor polemiki postuluje by organizacje zbiorowego zarządzania wyposażyć w kolejne narzędzia pobierania w moim imieniu pieniędzy z tytułu reprografii i jeszcze od dostawców usług internetowych (providerów), to kiwam z powątpiewaniem głową. Muszę czuć obawy przed takim rozwiązaniem, skoro tam, gdzie są już odpowiednie zasady, od organizacji zbiorowego zarządzania otrzymuję odpowiedź, którą mógłbym sprowadzić do: "miło, że dzwonisz, ale nie ma nas w domu, zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału" (por. Otrzymałem odpowiedź z KOPIPOL'u; KOPIPOL uznał, że nie może mi - chociaż jestem twórcą - wypłacić zbieranego w moim imieniu wynagrodzenia, gdyż ..."Wobec bardzo dużej liczby podmiotów uprawnionych do ich utrzymywania powstaje niebezpieczeństwo znacznej atomizacji wysokości wynagrodzeń należnych poszczególnym uprawnionym").
Jestem płodnym twórcą (niektórzy twierdzą, że zbyt płodnym, bo tekstów jest za dużo - Osiem tysięcy tekstów - i nie nadążają z ich czytaniem, a przecież poza tekstami tworzę grafiki, animacje, robię zdjęcia, montuję filmy, śpiewam ze studentami Akademii Ekonomicznej - por. komentarz Utwór audiowizualny i artystyczne wykonanie w Poznaniu..., etc.). Być może - stawiam taką ostrożną tezę - moje utwory są częściej wykorzystywane niż utwory noblistki Wisławy Szymborskiej (oglądalność tylko tego serwisu to nieco poniżej 100 tys unikalnych użytkowników i mniej niż milion odsłon w skali miesiąca, ale jednak co miesiąc). Piszę to mając w pamięci doniesienia Przeglądu z 2003 roku:
Poezja, jak wiadomo, sprzedaje się dużo gorzej niż proza. Przeciętny nakład wynosi od 500 do 1 tys. egz., a 3 tys. sprzedanych tomików to już bestseller. W ubiegłym roku miłośnicy poezji mieli powody do radości. Nasi najlepsi poeci wydali znakomite książki: Tadeusz Różewicz "Szarą strefę" (Wyd. Dolnośląskie, nakład 6 tys.), Wisława Szymborska "Chwilę" (Znak, 55 tys.), Czesław Miłosz "Drugą przestrzeń" (Znak, 13 tys.)
By nie być posądzony o megalomanię wspomnę, że mam świadomość, iż twórczość Szymborskiej, Różewicza i Miłosza jest też dostępna w Sieci, a - i tu przyznaję się do słabości argumentacji i szacowania zasięgu wykorzystania twórczości innych - nie wiem ile osób tak naprawdę czyta ich teksty. Jednak jestem autorem książki, która rozeszła się w ponad półtoratysięcznym nakładzie. Fakt jest faktem. Jestem twórcą. Jest tu zgoda? Jeśli zatem nie będę dostawał pieniędzy za swoją twórczość, to nie będę mógł tworzyć. Zaraz. Przecież ja nie dostaję pieniędzy za korzystanie z tych tekstów, a serwis działa od ponad 11 lat (za reprografię książki też nie dostałem nigdy złotówki, a jedynie wynagrodzenie od wydawcy, o które się umawialiśmy)... Mam wrażenie, że w tej dyskusji inaczej traktuje się "Twórców" a inaczej "twórców", chociaż ustawa ich nie rozróżnia (por. Kampania społeczna na rzecz certyfikacji Twórców), skoro Wisława Szymborska, a raczej jej wynagrodzenie, było (jest) koronnym argumentem ZAiKS w batalii o niepłacenie zaległego podatku VAT (przypominam, że chodzi nawet o 300 milionów złotych; por. Interpelacja w sprawie "potraktowania ZAiKS jak podmiot gospodarczy" i obciążenia podatkiem VAT). Prezes stowarzyszenia, kompozytor Edward Pałłasz zapytał publicznie na łamach Gazety Wyborczej:
Nie mam tych pieniędzy, który żąda fiskus. Zostały już dawno rozdane autorom polskim i zagranicznym. Czy zaległy podatek mają spłacać Wisława Szymborska, Tadeusz Różewicz, Sławomir Mrożek i Wojciech Kilar?
Czym się zatem różni - mam na myśli przepisy obowiązującego prawa autorskiego - twórczość Szymborskiej i Waglowskiego? Czy w moich utworach jest mniej utworowości niż w utworach noblistki? Ustawa dziś mówi, że "przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia". Czy jeśli przyjęliśmy rozwiązanie, zgodnie z którym w cenę czystych nośników i urządzeń reprograficznych wliczane są kwoty, które - zgodnie z przywoływanym przez autora polemiki art. 20 i art. 201 mają przypadać twórcom, to moje utwory magicznie nie chcą się zapisywać na tych dyskach, na których tak chętnie zapisują się utwory Szymborskiej, Różewicza i Mrożka? Czy moja książka nie poddaje się kserokopiarkom (tu cytat z barticza, który w serwisie Blip napisał w kwietniu: "książka Vagli w buwie wygląda jakby ją ktoś zjadł i wypluł")? Czy z tego rozporządzenia, które minister wydał na podstawie art. 201 ust. 5 ustawy, a które ma określać m.in. "podział opłat", wobec cytowanego brzmienia definicji utworu (dla której nie ma znaczenia ani wartość, ani postać ustalenia, ani przeznaczenie oraz sposób wyrażenia) może wynikać, że "Twórca" będzie dostawał więcej, chociaż jego utwory są wykorzystywane przez społeczność w mniejszym stopniu, a "twórca" mniej (albo wcale), chociaż jego "przejaw" jest częściej (?) wykorzystywany?
Dlatego opublikowanej w Rzeczpospolitej polemice autorstwa p. Jakuba Chwalby zarzucam, że - być może nieświadomie - różnicuje podmioty parające się twórczością, różnicuje (w sposób moim zdaniem nieuprawniony) utwory, które mogą być przedmiotem ochrony oraz różnicuje (chociaż nie ma tu podstaw do takiego różnicowania) sposoby elektronicznego korzystania z tych utworów. Mówiąc "utwór" - myśli "film". Mówiąc "film" autor polemiki myśli - być może - "najnowszy Batman" (ale już nie myśli o nagranym wczoraj telefonem komórkowym utworze dokumentującym spotkanie Zenka z Romkiem pod budką z piwem), mówiąc "twórca" - znów sobie spekuluję - myśli Warner Bros. Entertainment, albo Disney (chociaż to wydawcy, nie zaś twórcy - fakt, że globalni i udało im się przez te lata zebrać w swoich rękach sporo nadających się do przenoszenia praw), ale już nie myśli o tym, że w tym samym szeregu stoi Zosia Pomykała (imię i nazwisko wymyślone dla potrzeb tego tekstu) z gimnazjum w Tczewie, która pisze płomienne listy z wyznaniami miłości do Bronka z tego samego gimnazjum, ale - aby na pewno je dostał - przesyła je SMS-em, komunikatorem, w komentarzach w blogu. Autor polemiki - odnoszę takie wrażenie - wierzy wreszcie, że Zosia Pomykała dostanie złamany grosz za to, że provider umożliwia innym zapoznanie się z jej utworami - miłosnymi komentarzami w blogu. Chociaż nie. Cofam to ostatnie zdanie, gdyż przecież Zosia i jej listy były wyjęte poza nawias twórców i utworów, wiec logicznie myśląc przy tych założeniach jej się po prostu nie należy ten grosz.
Zosia go nie dostanie. Nie dostanie, chociaż prowadzimy właśnie debatę na temat reformy zbiorowego zarządzania (por. Projekt noweli prawa autorskiego - modernizujemy zbiorowy zarząd), a w tej dyskusji wypada odnotować stałe od pewnego czasu stanowisko Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji (PDF), która postuluje - po pierwsze:
Wpisanie do ustawy zakazu wykorzystywania przez organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi środków pochodzących z inkasowanych kwot, na cele [inne] niż związane z bezpośrednimi kosztami OZZ z tego tytułu oraz wypłacanych bezpośrednio twórcom wraz z należnymi podatkami. W szczególności powinien być wpisany zakaz sponsorowania jakichkolwiek osób lub działań, dofinansowywania oraz finansowania grantów dla osób fizycznych lub prawnych.
Wpisanie do ustawy, zobowiązania do corocznego (do 31 kwietnia) składania przez każdą organizację zbiorowego zarządzania sprawozdania finansowego, przedstawiającego wpływy (główne źródła i sumy), wydatki (koszty inkasa, liczba twórców uzyskujących wynagrodzenia, średnia wartość wynagrodzenia) oraz opłacone podatki. Sprawozdania te powinny być informacją publiczną (w rozumieniu ustawy o informacji publicznej) wyraźnie stwierdzoną w ustawie o prawach autorskich i pokrewnych oraz na wniosek Komisji Prawa Autorskiego powinny być poddawane zewnętrznemu audytowi.
Jest jeszcze trzeci postulat, który koresponduje z dyskusją prowadzoną przy okazji publicznego wysłuchania w Sejmie (por. Kilka luźnych zdań po publicznym wysłuchaniu). Mówimy "użytkownicy praw", a myślimy stacje telewizyjne, chociaż - kiedy doda się jeszcze jedno słowo i gdy będziemy się posługiwać określeniem "końcowy użytkownik praw" - sytuacja zmienia się radykalnie. PIIT, jako izba gospodarcza zrzeszająca takie a nie inne podmioty, postuluje, by do kandydowania do Komisji Prawa Autorskiego dopuszczono osoby reprezentujące podmioty teleinformatyczne zajmujące się między innymi wytwarzaniem, przekazem i dystrybucją treści multimedialnych. W tej samej dyskusji bibliotekarze będą postulowali dopuszczenie tam przedstawicieli bibliotek, a organizacje konsumenckie uznają, że to konsumenci są końcowymi użytkownikami praw i to ich przedstawicieli należy raczej dopuścić do KPA (por. komentarz użytkownicy przed KPA)...
Wracając do polemiki: Kolejny problem, jaki dostrzegam w tej dyskusji, to problem tytułowych "prowadnic" (bo o "obiektach" było wyżej). Nie wyjaśniłem jeszcze do czego to jest nawiązanie i już się poprawiam: to nawiązanie do programów graficznych, które pozwalają na umieszczanie w "przestrzeni roboczej" specjalnych "linijek", do których można przyciągać rysowane obiekty, tak jak na poniższym rysunku:
Prowadnice i obiekty w programie Inkscape
Mam wrażenie, że robiąc porządki na desktopie kilka osób wyrywa sobie jedną myszkę. System działa wadliwie, bo chociaż obiekty mają zadeklarowane takie same właściwości (np. przyciąganie do prowadnic), to jednak traktuje się je inaczej. Mam też wrażenie, że gdzieś umyka istotna myśl: wśród możliwych operacji, poza zmianami właściwości obiektów, istnieje też możliwość zmiany położenia prowadnic. W Polsce dziś możemy już tylko dostosowywać prawo krajowe do wymogów prawa Unii Europejskiego. Tak to się w globalnym świecie porobiło, że już tylko pozornie obywatele decydują o tym, jakie prawo będzie w danym kraju obowiązywać. Wszystko się zaczyna ustalać dwa lub trzy piętra ponad nimi. Czasem w sposób "demokratyczny" (jak dyskusje w Parlamencie Europejskim), czasem się zaś przeskakuje również parlamenty (por. O tym się mówi: Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA)).
Podobnie jest w przypadku debaty o dozwolonym użytku - mamy się dostosować do prawa międzynarodowego - jednak takie podejście wyklucza całkiem debatę o krajowym porządku prawnym. Przenosi poziom dyskusji w kierunku kosmicznej abstrakcji, w obszary poza zasięgiem "zwykłego obywatela". Na globalnym rynku są jednak globalni gracze, którzy mają dość silną rękę, by przesunąć również te wirtualne prowadnice po "globalnym pulpicie", do tych prowadnic "muszą" się potem dostosowywać inni. Kiedy więc autor polemiki pisze w tekście opublikowanym w Rzeczpospolitej:
Problem nie leży w trudnościach interpretacyjnych ustawy, ale w tym, że przepisy stworzone w erze przedinternetowej obowiązują od 1994 r. w niemal niezmienionym kształcie i nie przystają do cyfrowej rzeczywistości. Ustawa pozwala na pobieranie utworów z sieci p2p, nie zapewniając twórcom rekompensaty z tego tytułu. Stan taki jest sprzeczny z dyrektywą o prawie autorskim w społeczeństwie informacyjnym (2001/29/WE) i w tym zakresie nie została ona implementowana do naszego prawa.
...to tylko pozornie zakłada możliwość wpływania w Polsce na kształt stanowionego prawa. Cokolwiek zrobimy w Polsce z ustawą - będzie oceniane przez pryzmat ponadnarodowych norm prawnych: dyrektyw, konwencji międzynarodowych, etc. Jednak dyskusji na temat podstawowej aksjologii przyjmowanych norm prawa międzynarodowego nie słychać, a przynajmniej - takie odnoszę wrażenie - "prowadnice z opcją przyciągania" umieszczane są w nieco innym pomieszczeniu (dobrze wytłumionym, z wygodnymi siedzeniami i z przyjemnym oświetleniem), niż znajdują się walczący o myszkę "masowi graficy" rysujący w "obszarze roboczym" swoje kółka i gwiazdki utworów.
Dochodzi przy tym do coraz bardziej jaskrawych paradoksów. Oto Gazeta Prawna publikuje relację z właśnie ogłoszonego wyroku Sądu Apelacyjnego (Sygn. akt VI ACa 1658/07): Aby wykorzystać zdjecia filmowe nie wystarczy zgoda producenta. O co tu chodzi? Chodzi o teledysk do piosenki "Marusia" (i teraz - czy naruszę prawa autorskie, gdy podlinkuję do tego teledysku, który opublikowany jest w YouTube?):
W opisie sporu można przeczytać, że p. Maryla Rodowicz uzyskała zgodę (dlaczego ona o nią występowała? czy obok wykonywania, śpiewania piosenki, występowała tu również w roli producenta klipu?) na wykorzystanie fragmentów serialu "Czterej pancerni i pies" w przygotowywanym teledysku do wspomnianej piosenki. Podpisano nawet umowę licencyjną (kto z kim podpisał? p. Maryla Rodowicz z Telewizją Polską, która przejęła prawa do serialu od zespołu Syrena?). Warunkiem zgody na wykorzystanie fragmentów filmu miało być uzyskanie zgody również od "innych współtwórców dzieła filmowego", ale - jak pisze Gazeta Prawna - "wykonawczyni piosenki Marusia nie wywiązała się jednak z powyższego obowiązku". Efekt? "wdowa po zmarłym scenarzyście serialu pozwała ją o naruszenie praw autorskich, gdyż jej mąż nie został wskazany jako współtwórca teledysku i zażądała 35 tys. zł tytułem zadośćuczynienia". W sprawie - jak wynika z przywołanego wyżej cytatu - będzie orzekał jeszcze sąd niższej instancji, ale już teraz pojawia się kilka pytań...
Czy aktywnie biorący udział w dyskusji o kształcie prawa autorskiego postawią teraz Marylę Rodowicz w jednym szeregu z piratami, złodziejami i (proszę wstawić dowolny epitet wykorzystywany w tej dyskusji), którzy okradają biednych twórców? Dotychczasowa logika dyskusji kazałaby ją napiętnować, ale przecież Maryla Rodowicz sama jest twórcą. Czy to znaczy, że "można być jednocześnie twórcą i tworzywem"? Czy granice odgrywanych ról są takie ostre? Jak piosenkarz może być pozwany za przygotowanie teledysku ilustrującego jego śpiewanie (nie zapominajmy, że w przygotowanie słów i muzyki były zaangażowane jeszcze inne osoby - bodajże Jacek Cygan i Marcin Nierubiec). Dlaczego pozowano wykonawcę, skoro - jak się wydaje - p. Maryla nie montowała klipu? A nawet jakby montowała (przygotowywała), to samo stworzenie opracowania jeszcze nie jest poddane szczególnym rygorom (dzięki - i tu robimy woltę - dozwolonemu użytkowi właśnie), a jedynie rozporządzanie i korzystanie z niego wymaga zgody (art. 2 ustawy). Nikt nie tworzy w próżni, a są tacy, którzy głośno mówią o "kulturze remiksu". A na świecie - będę to uparcie powtarzał - na świecie są miliardy twórców.
Jeśli nie postawi się Maryli Rodowicz w jednym szeregu z "piratami", to czy można postawić w tym szeregu piętnastolatka, który napisał do mnie właśnie w poszukiwaniu pomocy, bo już dwa razy był przesłuchiwany przez policję i właśnie od tej policji usłyszał: "Prawnicy to będzie twój największy wróg", "Wiesz co to RSW? Nie? Ratuj swoją dupę". Policja uprzejmie dała do zrozumienia przesłuchiwanemu chłopakowi, że nie ma po co się bronić, gdy jego sprawa trafi już do sądu rodzinnego, gdyż wszystkie firmy, które są właścicielami praw do znalezionego na jego dysku oprogramowania (ktoś kiedyś i z jakiegoś powodu zdecydował, że programy komputerowe wyłączone są z dozwolonego użytku osobistego) maja doskonałych prawników...
Na zakończenie tego, przydługiego wywodu (mówiłem, że jestem płodnym twórcą? mogę przestać pisać jak mi zapłacicie!) odnotuję, że Tomek Rychlicki zwrócił uwagę na interesujący fragment wypowiedzi p. Iwony Radziszewskiej, rzecznika prasowego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wypowiedź można znaleźć w tekście Polski hymn znieważony w grze komputerowej "Pekin 2008"?, a który stanowi odpowiedź do tezy wypowiedzianej przez przedstawiciela producenta pewnej gry komputerowej, stwierdzającego: "na oryginały nie mamy licencji"" (dlatego zmodyfikowano w grze polski hymn). Rzeczniczka ministerstwa odpowiada w przywołanym tekście:
Prawa autorskie do hymnu są własnością ogólnonarodową, przez co brak jest obowiązku uzyskiwania zgody na jego wykorzystanie. Ale to nie znaczy, że może być ono dowolne.
Interesująca i nowa chyba(?) kategoria prawnoautorska: "ogólnonarodowa własność prawa autorskiego". Mnie się wydawało, że prawa autorskie (osobiste) należą do twórcy (słów, muzyki), zaś majątkowe do mazurka i tekstu już wygasły; a hymn jako taki nie jest przedmiotem prawa autorskiego na mocy art. 4 ust. 4 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych (por. zresztą "Oda do radości" i prawa autorskie oraz Banknotowa dyskusja prawnoautorska; zgodnie z art. 12 ustawy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych: zarówno tekst literacki hymnu państwowego jak i "tekst muzyczny hymnu państwowego w układach: na jeden głos, na fortepian oraz na głos i fortepian" są załącznikami do wspomnianej ustawy; oczywiście - z racji szczególnej roli tych utworów - są one w sposób szczególny traktowane, ale nie w kategoriach prawnoautorskich, tylko w kontekście godności i szacunku dla organizacji państwowej, którą reprezentują). Nie ma się co czepiać wypowiedzi prasowej, bo różnie z nimi bywa (czasem ktoś przekręci, czasem celowo, "bo nasi czytelnicy lepiej zrozumieją"), jednak na tym przykładzie widać, jakie praktyczne problemy pojawiają się wobec braku dobrze widocznych "prowadnic" i nadawaniu różnych właściwości takim samym "obiektom", lub takich samych właściwości różnym "obiektom".
Całość tej dyskusji przypomina mi coraz bardziej taki hipotetyczny dialog: Wykluczam cię! Nie możesz mnie wykluczyć, bo to ja cie wykluczam! Obaj jesteście wykluczeni! Ktoś kiedyś mając za sobą wielotysięczny, milczący tłum osób z zaciętymi twarzami i determinacją wyrysowaną na czołach stanie obok kłócących się o wykluczenie ludzi i stanowczym ruchem położy na stole kartkę, na której będzie krótki ustalony utwór literacki: "Ja oraz koledzy, którzy stoją za moimi plecami, również ten wielki z siekierą w ręku, uznaliśmy, że od dziś prawo autorskie przestaje obowiązywać. Są jakieś pytania?".
« Rzecznik pyta w sprawie bezpieczeństwa krytycznej infrastruktury | Kara dla robota, czy odpowiedzialność producenta oprogramowania? »
Ja mam. W swoich tekstach
Pt, 2008-08-22 09:24 by moron. (niezweryfikowany)
W swoich tekstach wskazujesz nieprawidlowosci w dzialaniu systemu praw autorskich. Ciagle pytania bez odpowiedzi. Bylbym wdzieczny za podanie przykladowych rozwiazan zastapienia aktualnych instytucji. Co zrobic zeby nikt nie byl pokrzywdzony - ani Wislawa Szymborska ani Zosia Pomykała ani ty czy ja...
Do Senatu będę mógł kandydować dopiero w przyszłym roku
Pt, 2008-08-22 12:39 by VaGla
Do Senatu będę mógł kandydować dopiero w przyszłym roku, bo tam trzeba mieć 35 lat. Odpowiadając bardziej poważnie: To oczywiste, że nie znam wielu odpowiedzi (ogólnie wiem coraz mniej), tak jak nie mam pełnego obrazu wielorakich stosunków społecznych, które mają być regulowane przez prawo. A trzeba pamiętać, że obserwowany system zmienia się dynamicznie (i to zarówno jeśli chodzi o relacje społeczne poddane regulacji, jak i same regulacje). Gdy mnie uwiera, to sprawdzam: a to zapytam czy mi przysługują pieniądze, a to zapytam, czy policja zarejestrowała serwis internetowy. Wskazuje (jeśli istotnie tak się dzieje) nieprawidłowości w działaniu systemu, bo... bo chyba zastanawiam się po prostu nad działaniem systemu (a mam wrażenie, że niewiele osób się nad jego działaniem zastanawia). Zastanawiając się nad jego działaniem staram się (chociaż to coraz trudniejsze) przynajmniej znać stanowiska środowisk, które również się nad tym zastanawiają, a że relacje i stosunki społeczne są skomplikowane, to każdy ciągnie w swoją stronę. Może kiedyś, jak uda się poznać wszystkie ograniczenia, wszystkie wektory wpływu, wszystkie oczekiwania, czyli zrobi się taką mapę tych problemów, to ktoś będzie potrafił objąć to całościowym spojrzeniem. Ale to jest bardziej skomplikowane. Właśnie z ministerstwa dostałem przyjęty przez KERM projekt stanowiska rządu w sprawie przedłużenia czasu trwania praw do fonogramów i dla artystów wykonawców. I można tam przeczytać, że rząd popiera wydłużenie czasu trwania ochrony. Tylko nie wedle propozycji nowelizacji dyrektywy, bo tej propozycji jest przeciwny (czyli takie jesteśmy przeciw a nawet za). W stanowisku zignorowano całkowicie tezy podesłane Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego przez środowisko bibliotekarskie, zignorowano również stanowisko ISOC POlska.
Odnotowanie faktu ignorowania formułowanych i przesyłanych w konsultacjach społecznych tez również jest pewną wiedzą. Być może ktoś chciałby to wykorzystać kiedyś, gdy będzie chciał uzyskać wpływ na proces stanowienia prawa. Ja nie mam takich aspiracji, ale mam prawo przyglądać się temu, co "w moim imieniu" robią inni.
Wisława Szymborska i Zosia Pomykała i ja i Ty jesteśmy (powinniśmy, bo to wynika z aksjologii obowiązującego dziś prawa) traktowani przez prawo dokładnie tak samo. Jak mam postulować zmiany prawa, jeśli nie trzeba zmieniać prawa, by zacząć stosować to, które jest dziś, a którego się nie stosuje. Jak mam na to zwrócić uwagę nie zwracając na to uwagi (sam napisałeś: "W swoich tekstach wskazujesz nieprawidłowości w działaniu systemu praw autorskich. Ciągle pytania bez odpowiedzi")? Przykład KOPIPOL-u jest tu chyba najbardziej wyrazisty. Po prostu OZZ uznaje wprost, że nie reprezentuje wszystkich i robi to całkiem bez podstawy. Może próbować iść do sądu, można próbować apelować do ministra sprawującego nadzór, żeby zamknął kramik, ale lepiej dla wielu, by kramik działał wadliwie, niż był zamknięty. Jeśli nikt nie będzie stosował prawa w praktyce, to się nie dowiemy co by było, gdyby ktoś poszedł do sądu, albo skarżył ministra za brak nadzoru. To taki hacking systemu prawnego, który wymaga działań, nie tylko rozważań teoretycznych, przeprowadzanych wewnątrz głowy.
A ja jestem jedynie podwórkowym komentatorem. Nie ma odpowiedzi? No to niech ktoś, kto ma taki obowiązek, te odpowiedzi przedstawia.
Ignorowanie jest w zwyczaju...
Pt, 2008-08-22 16:56 by Tomasz Rychlicki
W stanowisku zignorowano całkowicie tezy podesłane Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego przez środowisko bibliotekarskie, zignorowano również stanowisko ISOC POlska.
List wysłany przez profesora Bernta Hugenholtza do Jose Manuela Barroso:
The Institute for Information Law (IViR) of the University of Amsterdam is a leading research institute in the field of European copyright law. In 2006 and 2007, IViR produced two major studies on EU copyright law and policy:
Copies of this letter will be sent to Mr. C. McCreevy (Commissioner DG Market and Services), the European Parliament and the Council of the EU. This letter will also be publicly posted on our website at www.ivir.nl.
Gdy dywaguje sobie o sposobach stanowienia prawa w UE zawsze na myśl przychodzi mi Weberowska teoria biurokracji a bardzo rzadko nachodzi mnie podstawowe skojarzenie z koncepcją demokracji.
Pt, 2008-08-22 17:36 by RadekK (niezweryfikowany)
Przykład KOPIPOL-u jest tu chyba najbardziej wyrazisty. Po prostu OZZ uznaje wprost, że nie reprezentuje wszystkich i robi to całkiem bez podstawy. Może próbować iść do sądu (...)
To ja się osobiście dziwię że tej sprawy dalej nie pociągnąłeś. W końcu te pieniądze należą Ci się jak psu kość. A może nie o wszystkim wiemy :)
Pt, 2008-08-22 19:39 by incognitus (niezweryfikowany)
Wprowadzić wymóg posiadania ISO przez OZZ'ty. Utrata certyfikatu - utrata statusu OZZ.
Nie po to, żeby był porządek (bo tego ISO nie gwarantuje), tylko po to, żeby każdy zainteresowany mógł im przeprowadzić audyt w zakresie dotyczących go procedur.
Banalne. Skuteczne.
Pt, 2008-08-22 11:22 by ksiewi
Po pierwsze, brawa dla VaGli za "mogę przestać pisać jak mi zapłacicie!"
Po drugie, brawa dla J. Chwalby za pomysł "uzależnienia możliwości korzystania z utworu od uzyskania kopii z legalnego źródła". Proponuję iść za ciosem i wprowadzić uzależnienie możliwości przebywania w danym miejscu od wykazania się skutecznym upoważnieniem prawnego właściciela nieruchomości. Ograniczyłoby to korki w mieście, bo prosta droga do pracy wymagałaby uzyskania kilku zaświadczeń (z pieczątkami!).
W kontekście "strat ponoszonych w związku z funkcjonowaniem sieci", polecam następujący cytat z Chakiera:
"Nie rozprowadzamy ich, składujemy o tam, w kącie - przestał się śmiać i wzruszył ramionami - Zresztą, po co rozprowadzać? Cała sprawa by się wydała i mielibyśmy nieprzyjemności. A tak - jak tylko taki Novell zaczyna nam podskakiwać - dotłaczamy kilka milionów płyt z ich płatną wersją Suse i znów mają straty. Buahahahahaha.... Sam to wymyśliłem!
Pokiwałem głową. Nie na darmo to właśnie ten człowiek kierował tą korporacją. Z nim na czele MS skazany był na sukces."
Po trzecie, jeżeli prawa autorskie do hymnu są własnością ogólnonarodową, to mam nadzieję, że naród polski otrzyma jakąś rekompensatę za straty poniesione w wyniku publicznych odtworzeń hymnu na ostatniej Olimpiadzie - jakoś jeszcze nikt nie zgłosił się do mnie moimi tantiemami z tego tytułu... Tymczasowo apeluję niniejszym do sportowców - mniej złotych medali, bo każdy Wasz medal ostro bije nas wszystkich po kieszeni :)
Pt, 2008-08-22 12:01 by adammada
A jeśli ktoś taki weźmie to na poważnie?
Słysząc o kolejnych
Pt, 2008-08-22 13:08 by BoBsoN
Słysząc o kolejnych debatach nad prawem autorskim i przesłankach z nich płynących ciągle zastanawiam się dlaczego za aksjomat uważa się, że twórcy przysługuje jakakolwiek odpłatność w przeliczeniu "od kopii".
Jeszcze bardziej absurdalne wydaje mi się roszczenie o tantiemy związane z publicznym wykonaniem, remiksem, wykorzystaniem w innym utworze, wykonaniem kopii na xero, itd.
Zastanówmy się - czy piosenkarz płaci autorowi programu muzycznego lub gitary za każdorazowe użycie na estradzie? Czy płaci się za publiczne używanie młotka? Lub za wykonanie samemu kopii jego rączki?
Wydaje się, że płaca należy się za wykonaną pracę. Piosenkarz wykonuje pracę podczas koncertowania - gdy jestem na koncercie, to wiem, że pracuje on także dla mnie i chętnie go za to wynagrodzę. Pisarz wykonuje pracę podczas tworzenia książki. Wydawca podczas jej wydruku i dystrybucji.
Kopiując utwór z sieci/z cd/powielając na papierze to powielający wykonuje pracę. Co więcej to on ponosi koszty materiałowe.
Ciągle prowadzone są parce mówiące o poprawianiu i zmianie prawa autorskiego, a nikt chyba nie zastanawia się na poważnie nad tym, że być może cały model bazuje na błędnych założeniach - dowolna poprawka zaś tylko pogłębia jego błędność. Czasami przypomina to utrzymywanie chorego w jak najdłuższym stanie choroby z równoczesnym zapobieganiem śmierci - by osiągnąć jak największe korzyści z procesu jego "leczenia" i czasu jaki on zajmuje.
Re: Słysząc o kolejnych
Pt, 2008-08-22 14:05 by xpert17
dlaczego za aksjomat uważa się, że twórcy przysługuje jakakolwiek odpłatność w przeliczeniu "od kopii".
Może dlatego, żeby inne wynagrodzenie otrzymał pisarz, który przez miesiąc napisze poczytną książkę, która jako bestseller rozejdzie się w stutysięcznym nakładzie; a inne grafoman, który przez rok będzie tworzył w bólach dzieło, które ostatecznie kupi 200 czytelników?
Zadanie tego pytania jako
Pt, 2008-08-22 18:48 by BoBsoN
Zadanie tego pytania jako odpowiedzi jest to doskonałą ilustracją jak silnie w naszej kulturze osadzone jest myślenie "od kopii" - i oczywiście muszę uczciwie przyznać rację - (potencjalnie) doprowadzi ono do większego uposażenia autora lepiej sprzedawanej książki. Tylko czy słusznie?
Ilość sprzedanych książek/płyt nie przekłada się na jakość/pracę. Myślenie "od kopii", a nie "za wykonaną pracę" powoduje wyższe uposażenie autora Harlequina od uposażenia autora potrzebnego opracowania naukowego, nad którym trzeba się bardziej pochylić. Pominę fakt, że autorem Harlequina może być mój PeCet. Paradoksalnie zaś autorzy największych "bestsellerów" publikowanych na stronach WWW pozbawiani są prawa do swoich 5 gr - pod pretekstem zbytniej "atomizacji"(?!) dostępnych środków.
Z drugiej strony - od grafomana wydawca nie kupi - a jeśli kupi, to jest to sprawa między grafomanem i wydawcą. Czy "stateczny autor z doświadczeniem" ma prawo wetować warunki umowy wydawca-grafoman jeżeli grafoman otrzyma więcej niż on? Przecież on też może negocjować z wydawcą - skoro zgodził się na mniej, znaczy że niżej się ceni. A jeśli grafoman sam wyda swoją książkę, to wtedy wykonuje także pracę wydawcy.
Pisarz pracuje, gdy pisze. Wydawca pracuje przy wydaniu i dystrybucji - ponosi koszty nakładu, dostawy - za to ma wynagrodzenie w wytworzonych "kopiach". Ale nie ponosi żadnych kosztów ani nie wykonuje żadnej pracy przy kopiach wykonanych przez inne podmioty.
Dlaczego sięga się po pieniądze na które się nie zapracowało? Odpowiedzą jest chciwość i nadawanie wartości wartości tworowi zwanemu "autorskie prawa majątkowe".
Owszem - konieczne do tego jest przestawienie myślenia w tryb, w którym to praca ma wartość tylko podczas jej wykonywania. I drugie "owszem" - myślenie takie jest nożem w plecy podstaw biznesowych gigantów rozrywki. Ale czasy się zmieniły, twórców są miliony (o ile już nie miliardy), wykonanie kopii nie narzuca już konieczności budowania drukarni. Prawo należy dopasować do rzeczywistości i możliwości, a nie rzeczywistość do prawa. Niestety potrzebna jest zmiana myślenia na poziomie całego globu - zmiany w jednym kraju prawdopodobnie nic nie dadzą. Może potrzebujemy kolejnego skosu w ewolucji cywilizacyjnej i zdefiniowania różnych aspektów jej działania od nowa?
Alternatywy dla myślenia "od kopii" są bardzo ładnie pokazane w "GOOD COPY BAD COPY" (który to myślę, że większość czytelników tego serwisu zna).
Pt, 2008-08-22 21:32 by incognitus (niezweryfikowany)
... i oczywiście muszę uczciwie przyznać rację - (potencjalnie) doprowadzi ono do większego uposażenia autora lepiej sprzedawanej książki. Tylko czy słusznie?
Słusznie. Z ekonomicznego punktu widzenia lepsze jest to, co się lepiej sprzeda. I przynajmniej ja nie mam podstaw, by twierdzić, że w erze sprzed praw autorskich jakiś wielki artysta zarabiał więcej od całkiem przeciętnego, anonimowego i zapomnianego przez historię grajka śpiewającego codziennie wieczorem królowej ballady o wielkiej nieszczęśliwej miłości. Być może było właśnie odwrotnie. I co z tego, że ów wielki artysta musiał się bardziej natrudzić.
Sztuka zawsze była finansowana w formie mecenatu. Sprzedaż kopii to nawet niezła forma mecenatu, biorąc pod uwagę, że pozwalała na masowy i rozproszony mecenat w czasach, kiedy metody komunikacji na odległość były drogie i... analogowe, możliwość dokonania zapłaty bez konieczności fizycznego przemieszczenia się ze środkami pieniężnymi była w powijakach albo nie istniała, podobnie zresztą jak możliwość przedstawienia w tym samym czasie tego samego utworu dla dwóch różnych osób oddalonych od siebie o więcej niż kilkadziesiąt metrów. Ot taki mecenat, w którym jeżeli ktoś chciał to wydawał jakąś małą kwotę pieniędzy i wspierał twórcę (i twórca zarabiał tym więcej, im więcej osób chciało dotrzeć do jego twórczości). Natomiast, jak ktoś nie chciał to danego twórcy nie wspierał. Tak, czy inaczej miał szanse zapoznać się z jego twórczością "za friko", np. pożyczając książkę od znajomego.
Teraz raczej niewiele, jeśli o to chodzi, się zmieniło. W dalszym ciągu, jako twórca mogę powiedzieć, że nie napiszę kolejnego komentarza, dopóki ktoś nie postawi mi piwa. Rozproszony i masowy mecenat jest ciągle możliwy, bo nic nie stoi na przeszkodzie, by pozostali czytelnicy (czyli jakieś 100000 osób) zrobili zrzutkę po 0,005 grosza i mi to piwo postawili. Jest to nawet prostsze, niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu, bo teraz nie dość, że mogą się łatwiej umówić na tę zrzutkę, to jeszcze mogą mi te pieniądze przelać na konto, czyli nie muszą ich dostarczać osobiście. No ewentualnie, jeżeli jakaś część osób nie jest zainteresowana moją grafomanią, to reszta będzie musiała się zrzucić po więcej albo ja sam sobie będę musiał dołożyć do tego piwa. W skrajnym przypadku, gdy nikt nie będzie chciał zapoznać się z moją grafomanią, to nie napiję się piwa. Nośnik informacji nie ma tu żadnego znaczenia, bo jakbym wydał ten mój komentarz w formie książkowej, to też mogliby tego nie chcieć kupić i też nie miałbym na piwo. Praktycznie to samo ryzyko. No może za wyjątkiem tego, że teraz wieść (ploty) szybciej się niesie, więc moi odbiorcy szybciej mogą usłyszeć o mizerii mojej twórczości. No i łatwiej jest pożyczyć utwór od znajomego. A najgorsze jest chyba, to, że twórczość potaniała i teraz prawie każdego na nią stać, a przez to rywalizuję o to piwo z większą ilością ludzi. Cóż, mówi się trudno, coś za coś, takie czasy :-) Zawsze można uciec w niszę i tworzyć w dziedzinach, gdzie konkurencja jest stosunkowo niewielka, oczywiście potrzeba wtedy włożenia większego wysiłku w akt kreacji, ale z drugiej strony można oczekiwać też większego wynagrodzenia.
myślenie "od kopii"
Pt, 2008-08-22 23:09 by xpert17
Ilość sprzedanych książek/płyt nie przekłada się na jakość/pracę.
Będę się upierał, że jednak ilość sprzedanych książek (czy inaczej: ilość osób, które są gotowe zapłacić kwotę X za możliwość skorzystania z dzieła danego twórcy - nieważne, czy to będzie egzemplarz książki, bilet na koncert czy może kod umożliwiający ściągnięcie MP3 na iPoda) jest najlepszą oceną tego, ile warta była praca danego artysty. Uwaga - warta w sensie finansowym.
To czy ktoś jest artystą wielkim, czy miernym osądzą krytycy i historia. To, ile pieniędzy powinien otrzymać za swoją pracę - osądzi niewidzialna ręka rynku. Nie wydaje mi się, żeby istniał lepszy mechanizm tej wyceny.
Oczywiście smutne jest, że czasem ktoś poświęci 5 lat życia na pracę nad swoim opus magnum, a rynek bardziej doceni "śpiew" Dody z playbacku. Ale tak akurat jest we wszystkich dziedzinach życia, nie tylko w "prawach autorskich".
Trzeba jeszcze uwzględnić lans
Pt, 2008-08-22 23:28 by VaGla
Być może przykład podany w ostatnim akapicie (a ja niedawno miałem możliwość obejrzenia filmu dokumentalnego z wizyty zespołu Iron Maiden w Polsce w latach osiemdziesiątych i widać na tym filmie, że Bruce Dickinson śpiewał tam z playbacku, co znacznie zmieniło moje nastawienie do tego zespołu) można tłumaczyć nie uwzględnianą jeszcze w tym wątku siłą, tj. wsparciem marketingowym. Który artysta się lepiej lansuje (sam lub ktoś mu pomaga), ten może śpiewać kiepsko a i tak się go będzie "kupowało". A takie podejście burzy nieco - mam wrażenie - argumentację wyrażoną powyżej.
burzy, ale w jakim sensie?
So, 2008-08-23 12:16 by incognitus (niezweryfikowany)
W jakim sensie miałoby to zburzyć tę argumentację? Klient zapłaci za to, co wedle jego oceny bardziej mu odpowiada. To działa w każdym segmencie rynku. Sztandarowym przykładem jest odpowiedź na pytanie Pepsi-Cola, czy Coca-Cola?. To jest właśnie marketing - chodzi w nim również o to, by klient stając przed półką w sklepie i przed wyborem jaki makaron wybrać, wybrał ten dla nas odpowiedni. Czasem wystarczy bazować na jego niewiedzy o faktycznych różnicach między poszczególnymi produktami, bo wtedy zapewne wybierze ten, o którym już słyszał. Co z tego, że słyszał o nim jedynie w reklamie - ważne, że o innych nie słyszał, więc ten jest mu najbardziej znany. Jeżeli natomiast zna inne podobne produkty, to wtedy najlepiej jest mu wbić do głowy, że ten jest bardziej unikalny, niż jest w rzeczywistości. To tylko zwykła strategia wyróżnienia, jedna z możliwości budowania przewagi konkurencyjnej.
W dalszym ciągu jednak, nie widzę w tym jakiegoś szczególnego powiązania, ze sprzedażą od kopii. Tak jest zawsze i wszędzie. W modelu mecenatu zaproponowanym np. przez serwis Jamendo - czyli rozproszonym mecenacie po dostępie do danych utworów (na marginesie przy obecnym stanie rzeczywistości, sprzedaż książek, czy płyt uważam, za tę samą formę mecenatu) - również na większe wsparcie mogą liczyć Ci artyści, którzy są bardziej lubiani. I również tutaj możliwy jest marketing. Ot wystarczy popromować się trochę po znajomych serwisach branżowych lub doprowadzić do tego, że trafi się na stronę główną lub do newslettera. Być może wtedy użytkownikom nawet nie będzie chciało się wyszukiwać innych zespołów, które chociaż być może w ich mniemaniu będą grały nawet lepiej, to jednak przez to, że się nie wybiją, to mój zespół będzie miał większe szanse na dofinansowanie.
A na marginesie, to uważam, że Pan Panie Piotrze lansuje się całkiem dobrze. 100000 unikalnych userów biorąc pod uwagę tematykę serwisu to bardzo dużo. Istnieje nawet duża szansa na to, że w przypadku, gdyby organizował Pan kolejne spotkanie kółka miłośników Vagli i zapomniał zabrać portfela, to ktoś by Panu postawił to piwo (czy cokolwiek Pan przy takich okazjach spożywa). I nawet mógłby później nie mieć pretensji, że Pan mu tych paru zł nie oddał. No albo, gdyby Pan postanowił otworzyć sklepik z kubkami Vagli, to pewno znalazłaby się jakaś klientela :-). Miałby Pan większe szanse, niż ja - incognitous.
PS: Napisałem ten komentarz, chociaż nikt jeszcze nie postawił mi piwa - znajcie gest Incognitousa :-D
Kiedy uwzględni się lans
So, 2008-08-23 12:27 by VaGla
Kiedy uwzględni się lans może się okazać, że to nie "przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze" (kupowany potem na kopie) jest tu przedmiotem ochrony w tej dyskusji pop-prawno-autorskiej, a spocone czoło marketerów, którzy przekonują kupujących kopie do kupowania, chociażby na sprzedawanych nośnikach (w sprzedawanych kopiach) nie było "zbyt twórczej twórczości". To miałem na myśli.
Kolejne spotkanie trzeba by pewnie zrobić (chociaż istotnie nie pije piwa, a kubek jest wyłącznie wirtualny :) I takie spotkanie nawet nie w celu (mam nadzieje dobrze pojmowanego) lansu, a żeby stymulować podnoszenie kultury dyskusji (którą - mam wrażenie zwiększa się, gdy ludzie poza cyfrowymi komentarzami i awatarami wiedzą, że rozmawiają z żywym człowiekiem, który tak albo inaczej reaguje :)
chroniona jest całość
So, 2008-08-23 19:19 by incognitus (niezweryfikowany)
Hmm... a może prawo autorskie chroni miejsca pracy prawników zajmujących się tym prawem i właśnie po to istnieje :-). Tzn. tak, oczywiście zgadzam się z tym twierdzeniem, że efekt pracy marketerów jest chroniony np. poprzez ochronę znaków towarowych, a jeżeli potraktujemy nazwę danego zespołu, jako markę, to również zapewne dałoby się w to wciągnąć i prawo autorskie. No jednakże nie uważam, by prawo autorskie zostało stworzone tylko i wyłącznie w celu ochrony pracy speców od marketingu. Chroniona jest całość produktu (usługi). Na całość składa się zarówno ta część, w której ktoś coś tam śpiewa (jeżeli w chociaż minimalnym stopniu się do tego indywidualnie-twórczo przykłada) jak i ta część, dzięki której my, jako klienci dowiadujemy się, że śpiewa to właśnie persona X, a nie Y, czy też, że właśnie kupiliśmy produkt B, a nie C. Marka stanowi tylko wartość dodaną do właściwego produktu, czyli (w przypadku piosenki) tej drugiej części. A wszystko jest sprzedawane jako niepodzielna całość.
W kwestii tych speców od marketingu to może zaczynając od początku. Zdaje się, że marketing powstał w odpowiedzi na to, że w pewnym momencie towarów na rynku zrobiło się na tyle dużo, iż nie wystarczyło już tylko coś wyprodukować, by klienci to kupili. Wtedy ktoś stwierdził, że powiedzenie "Klient nasz Pan" jest święte, a klientów trzeba dodatkowo zachęcać. Czym większy jest danego dobra nadmiar, tym więcej pracy mają spece od marketingu. I tym większe znaczenie ma ich praca. Dlatego zapewne spece od marketingu cieszą się z faktu, że twórczość stała się taka tania i teraz prawie każdego stać na to, żeby kupić sobie aparat, robić fotki i jeszcze je publikować. Bo będą teraz coraz bardziej potrzebni. Oczywiście dla postronnego widza, może wyglądać to w ten sposób, że światem w coraz większym stopniu zaczynają rządzić spece od marketingu.
Z drugiej strony marketing nie polega tylko na wylansowaniu czegoś. Trzeba potem jeszcze ten lans utrzymać. Dlatego ciągle okresowo można obejrzeć reklamy marek, które są znane. Reklamy te są robione tylko po to, by ludzie nie zapomnieli o tym, że jakaś marka istnieje (a zapominają szybko). Dlatego też praca speca od marketingu jest pracą ciągłą.
Powyższe nie tłumaczy za to np., dlaczego w interesie speców od marketingu miałoby być przedłużanie w nieskończoność czasu trwania praw autorskich, skoro w znacznej większości będzie dotyczyć to praw do "marek", które "umarły" (w sensie biznesowym).
Więc raczej pozostałbym przy twierdzeniu, że prawa autorskie służą ochronie interesów dysponentów tymi prawami albo ochronie produktów i usług (nie wiem, gdzie zakwalifikować działalność twórczą), które produkują firmy prowadzone przez tych dysponentów. Nieważne kim są Ci dysponenci z zawodu, ważne że są (mogą być) podmiotami biznesowymi. A każdy podmiot biznesowy najbardziej boi się konkurencji, czy to legalnej, czy to nielegalnej. Fajnie by było, gdyby każda konkurencja była nielegalna. A najlepiej, żeby jej w ogóle nie było. A jeszcze lepiej, żeby konkurencji nie było, a każdy kto chciałby zacząć się bawić w robienie tej konkurencji miał jak najtrudniej. A żeby miał jak najtrudniej, to można np. iść do ustawodawcy i poprosić go o to, żeby w jakiś sposób przy pomocy prawa zwiększył poziom utrudnień lub coś zdelegalizował. Oczywiście z drugiej strony dla konsumentów najlepiej jest, jak konkurencja jest duża, bo wtedy ich głos ma większe znaczenie.
Natomiast spece od marketingu, podobnie zresztą jak prawnicy, spece od przerabiania wycia w znośny dla uszu śpiew, spece od przerabiania wizerunku na bardziej sexy (czy to w realu, czy to wirtualnie przy pomocy photoshopa), czy też dowolni inni tylko pracują dla tych, czy innych firm. I nikt nie będzie płacił ich dzieciom za to, że kiedyś zajmowali się promocją (obsługą prawną, retuszem) tej, czy innej marki, czy też gwiazdy. No może tym specom od obróbki audio-video ktoś zapłaci, ale specom od marketingu i prawnikom to chyba jeszcze nikt. Dlatego być może należałoby stworzyć kolejne OZZty zrzeszające prawników i speców od marketingu, no i producentów rekwizytów na plan filmowy i sprzętu grającego i jeszcze zapewne kilka innych grup społecznych, gdyż Ci wszyscy ludzie również mają znaczący wkład w twórczość danego twórcy - przynajmniej z punktu widzenia konsumenta. :-)
...powoduje wyższe
N, 2008-08-24 02:11 by Marcin Gryszkalis
...powoduje wyższe uposażenie autora Harlequina od uposażenia autora potrzebnego opracowania naukowego, nad którym trzeba się bardziej pochylić...
Kto ma decydować co jest potrzebne i nad czym trzeba się pochylić? Harlequiny potrzebne są milionom czytelników utrzymując ich psychikę w odpowiedniej kondycji. Dać władzę krytykom? Szyborska vs Waglowski? Ministerstwo Dobrego Gustu? Moim zdaniem nie tędy droga...
Pt, 2008-08-22 15:10 by Nemo (niezweryfikowany)
Pozostaje jednak pytanie. A co z prawem autora np. książki do swojej części kasy za książkę? Przecież gdyby nie praca autora książki, to "powielający" nie miałby co powielać!
Co do kosztów materiałowych, to wydawca ponosi również koszty tantiem dla autora/ów. Wydawca będący "powielającym" także powinien płacić takowe tantiemy! Wtedy szanse rynkowe wydawców czy też powielających będą prawie takie same. Nie sztuka jest bowiem sprzedawać coś taniej niż ma konkurencja, gdy konkurencja zapłaciła autorowi za pracę.
No jeśli się będziemy
So, 2008-08-23 09:13 by BoBsoN
No jeśli się będziemy upierać przy tantiemach należnych _zawsze_, to nigdy nie dojdziemy do broniących się logicznie bez dużej gimnastyki rozwiązań.
Autor otrzymał zapłatę za książkę od wydawcy. Nic nie stoi na przeszkodzie by "koncertował" w terenie promując jej wydanie (czyli wykonał jakąś pracę) i zarobił więcej. Nic nie stoi na przeszkodzie by w umowie z wydawcą miał udział procentowy w zyskach (umowy między podmiotami winny być święte) - ale od kopii wykonanych przez wydawcę(!).
Wymuszanie takich zachowań w prawie w dzisiejszych czasach nie broni się logicznie, bo nie zapewnia poszanowania interesów wszystkich stron (śmiem twierdzić, że prawo autorskie nigdy nie szanowało interesów wszystkich stron) - kilka moich tekstów jest w sieci i oczekuję nie obciążania nikogo kosztami przy wykonywaniu ich kopii, ale jakieś rządowe agentury okradają kogoś podatkami tłumacząc się m.in. moim "interesem".
btw... wszyscy "broniący" aktualnego systemu wskazują, że zmiany spowodują spadek uposażenia twórców, itd. A dlaczego niby - tylko dzięki preferującym go zapisom prawnym (które przy okazji godzą w dobra innych osób) - piosenkarz/pisarz/kompozytor/aktor ma zarabiać więcej niż górnik/wytwórca młotka?
Pt, 2008-08-22 15:07 by incognitus (niezweryfikowany)
Powszechny podatek od p2p i legalność pobierania dowolnych utworów z sieci? Wiem, nie przejdzie...
Odnoszę wrażenie (dziwne, prawda?), że w rezultacie otrzymamy podatek "od internetu" i kary "za piractwo".
Skończy się zapewne minimalizacją piractwa i... sprzedaży. Za dużo ludzi będzie obrażonych.
A wystarczyło by tylko obniżyć ceny.
So, 2008-08-23 02:26 by maniak713
Skoro już mnie wywołano niczym wilka z lasu, będę pisał długo. Zacznę od pewnych stwierdzeń historycznych...
Pierwsze stwierdzenie: przez kilka tysięcy lat cywilizacja obchodziła się bez prawa autorskiego w jakiejkolwiek postaci i mimo tego strasznego braku - rozwijała się.
I drugie: pierwsze nowożytne prawo autorskie, "statut królowej Anny", wprowadzono w Anglii, zaś jego celem było ułatwienie pracy królewskim cenzorom. W tym celu stworzono monopol wydawniczy, uzyskując pojedynczy punkt kontroli nad wszelkimi publikacjami. Autorzy skorzystali tyle, że mieli otrzymywać jednorazową zapłatę od wydawcy.
Wniosek z tych stwierdzeń oraz obserwacji późniejszych wydarzeń jest jeden. System praw autorskich (czy to w wersji europejskiej czy anglosaski copyright) wyrządza ludzkości szkody, które ma zrekompensować zwiększona produkcja sztuki i nauki. Tyle, że nie bardzo rekompensuje, za to szkodliwości trudno mu odmówić.
Formy monopolu mają dopingować do dalszej twórczości, jednak w obecnej formie już tego nie robią i przerodziły się w przywileje podobne do feudalnych nadań. Nie żebym się upierał przy "dobry autor to głodny autor", ale dopingowanie do dalszej pracy najskuteczniej osiąga się właśnie przez stworzenie sytuacji, w której obecne wpływy i zarobki mają wyraźnie widoczny koniec - więc zaczyna się pracować nad czymś na przyszłość. Natomiast według obecnych praw i propozycji, autor (i inni zamieszani w okolicy dzieła) ma odcinać kupony dożywotnio a nawet pośmiertnie. Gdzie tu zachęta do dalszej pracy? Jedyna zachęta jest dla wydawców, którzy sprawnie przechwytują prawa i trzymają pod kluczem całe obszary kultury.
Do tego dochodzą rozszerzenia. Kiedyś możliwe było np kontynuowanie serii rozpoczętej przez jakiegoś twórcę po jego śmierci. Tak powstała większość tomów przygód Conana. Dziś? Zakazane, płać albo wujek Staszek cię pożegna. Próbuje się wyciągnąć do ostatniego złamanego centa wszelkie potencjalnie możliwe zyski z czegokolwiek nawet mętnie powiązanego z oryginalnym utworem - przy tym drastycznie ograniczając możliwości przetworzenia go w nową twórczość. Gdyby takie prawa obowiązywały w przypadku utworów sprzed wielkiego zaboru wolności twórczej, to Disney byłby malutkim studiem robiącym filmy animowane z myszką i kaczorkiem (przecież ich imperium powstało z zysków z filmowania starych bajek).
Ciekawa kwestia to także sposób opłacania twórczości. Gdyby była równość wobec prawa (konstytucja? jaka konstytucja?), to powinienem dostawać parę groszy za każdą rozmowę przez centralę, którą pomogłem instalować, za każde uruchomienie aplikacji na serwerze, który skonfigurowałem, za każdy pakiet przesłany po kablu, który z wielkim wysiłkiem ciągnąłem i tak dalej. Dlaczego właściwie twórca ma płacone od kopii, jeśli nie jest to spowodowane wykonaniem dodatkowej pracy (ani nie jest wynikiem umowy określającej jego udział w dochodach wg liczby sprzedanych egzemplarzy)?
Nie jestem wrogiem twórców i bynajmniej nie jest moją świętą misją odebrać im dochody, wpędzić w głód i ubóstwo. Strasznie mi natomiast przeszkadza, gdy pod pretekstem ochrony ich praw odbiera się prawa wszystkim i kieruje kasę szerokim strumieniem do kieszeni spryciarzy, którzy zajęli się pośrednictwem między autorem a odbiorcą, przechodząc w krótkim czasie do przejmowania praw autora i optymalizacji dochodów przez inwestycje w nowe prawa. Problemy z OZZ, DRM, polowania z nagonką na internautów - to wszystko to tylko efekt podstawowego problemu: zakres praw autorskich rozrasta się jak rak a żerują na tym ludzie mający uzdolnienia twórcze wyłącznie w zakresie zgarniania kasy.
A teraz właśnie kwestie fundamentalne, czyli pytania które powinniśmy sobie zadać i przeanalizować głęboko odpowiedzi na nie.
1. Czy w ogóle potrzebujemy autorskich praw majątkowych? (w odróżnieniu od praw "moralnych" czyli np przypisania dzieła do autora)
Zakładając odpowiedź choćby trochę pozytywną...
2. Jaki zakres ochrony jest niezbędny, by zabezpieczyć rozsądnie interes twórcy jednocześnie nie odbierając wolności innym?
3. Jak i za co konkretnie powinien być twórca wynagradzany - i dlaczego tak, a nie inaczej?
4. Czy prawa te powinny być zbywalne w ogóle?
5. Czy należy hurtem obejmować pełną ochroną każdy, dowolnie mało istotny przejaw twórczości?
6. Jak długo powinna trwać ochrona?
I nie zapominając o innych elementach "Imaginary Property"...
7. Czy patenty są niezbędne dla rozwoju techniki?
8. Co i w jakim zakresie, także czasowym, powinny chronić patenty by przyśpieszać a nie spowalniać rozwój?
9. A co z ochroną znaków towarowych?
10 (bonusowe ;-)). Dokąd jedzie ten pociąg?
Teraz moje odpowiedzi, które pewnie parę osób doprowadzą do irytacji.
1. Wbrew pozorom, uważam że pewien zakres ochrony może być korzystny.
2. Przede wszystkim autor powinien mieć możliwość udzielania (lub nie) zgody na wykorzystanie komercyjne, szczególnie masowe. Próby poddawania takim samym rygorom niekomercyjnego wykorzystania doprowadzają do niedobrych efektów i są w ostateczności i tak nader mało skuteczne.
Z drugiej strony zakres powinien się ograniczać do utworu właściwego i dzieł pochodnych o minimalnym wkładzie drugiego twórcy.
3. Za uczciwą pracę uczciwa zapłata. Za uczciwą zapłatę uważam to, co sobie autor zdoła wynegocjować - jeśli da komuś licencję na nieograniczone użycie za jednorazową opłatę to tyle dostanie i koniec, jeśli wynegocjuje sobie opłatę w stylu abonamentowym albo od kopii to tyle będzie dostawał. Ale od tego, komu sprzedał licencję. Sytuacja, w której raz kasuje od zespołu muzycznego za granie jego kawałka, potem drugi raz od radia za nadanie i na koniec trzeci raz od fryzjera, który nieopatrznie włączył radio w zakładzie - jest chora.
4. Tu uważam, że nie - prawa autorskie nie powinny być zbywalne w ogóle. Licencje tak, przekazanie nie. W ten sposób, wbrew pozorom, korzysta twórca, bowiem żadna korporacja go nie wyroluje skutecznie i trwale, odbierając mu prawa sprytnie skonstruowanym kontraktem.
5. Obecne sformułowanie przepisów jest po prostu chore. Chociaż można twierdzić, że każdy przejaw twórczej działalności jest cenny, to jednak w rzeczywistości tak nie jest. Oczywistą trudnością jest zdefiniowanie jakiejś granicy, od które zaczyna się dzieło warte ochrony. Obecna sytuacja może łatwo prowadzić do absurdów, np. jeśli napiszę "juzek jest gupi" na płocie - to jest to utwór chroniony (jak każdy przejaw to każdy) a gdy cieć go zamaluje, to w zasadzie mógłbym go pozwać za naruszenie integralności artystycznej owego wiekopomnego wykwitu twórczej weny.
6. Tyle, żeby autor sobie przyzwoicie zarobił i ani dnia więcej. To oznacza okres na poziomie 10-20 lat od chwili publikacji. Po 10 latach tylko pojedyncze utwory mają jeszcze wartość handlową (o wartości artystycznej wypowiedzą się historycy sztuki za lat 50, o ile ktoś będzie jeszcze w ogóle pamiętał autora i jego dzieło). Jaki jest więc sens ograniczać ich użytkowanie przez okres 5, 7 czy 9 razy dłuższy (nie licząc pozostałego autorowi życia)?
Pewną metodą, stosowaną kiedyś w USA, jest odpłatne przedłużanie ochrony na kolejne umiarkowanie długie okresy (10 lat? u nich było 14 bazowo+14 za dopłatą) - od razu okazuje się, że większość autorów nie przedłuża, bo nie ma już perspektyw na zyski z danego utworu.
7. W zasadzie nie, w obecnej formie nawet szkodzą - ale mogłyby być przydatne.
8. Pierwszą i podstawową zmianą powinno być wprowadzenie instytucji "niezależnego odkrycia" tzn jeśli ktoś udowodni, że nie znając danego patentu samodzielnie doszedł do tego samego wynalazku - powinien móc go używać na własne potrzeby. Druga sprawa to sama treść patentów, obecnie jest to notorycznie bełkot, z którego nawet specjaliście trudno często dojść, czego właściwie dotyczy dany patent. I trzecia zmiana, którą bym wprowadził, to wymaganie, by posiadacz patentu faktycznie go używał (patent trolls must die).
9. To chyba jedyna część "IP", która uważam za korzystną dla wszystkich, dla właściciela znaku, bo go odróżnia na rynku i dla klienta, bo pozwala mu kupić (jeśli ma takie życzenie) towar dokładnie oznaczony. Oczywiście przepisy nie są idealne, ale łatwiej naprawić coś lekko zepsutego niż kompletną katastrofę.
10. Ekspres "Lobbysta Megakorporacji" wita na pokładzie. Według rozkładu wkrótce dojedziemy do stacji Zamordyzmowo Korporacyjne. Na innych stacjach pociąg nasz zatrzymuje się tylko dla zmyłki i załadowania praw użytkowników końcowych, którymi palimy pod lokomotywą.
Osobną kwestią jest to, że niestety co byśmy tu nie wymyślili, to i tak odpowiednie dyrektywy piszą lobbyści przy znikomej kontroli demokratycznej a z lokalnymi implementacjami jest nie lepiej. (Swoją drogą, zastanawiam się jak się ma wyższość przepisów UE nad prawem krajowym do koncepcji typu niepodległość albo suwerenność.). W efekcie przyjdzie taki dzień, że ten duży puści siekierę w ruch i tam będzie płacz i zgrzytanie zębów - a im bardziej będą przesadzać, tym większa się ta siekiera zrobi.
"juzek jest gupi" na płocie
So, 2008-08-23 19:34 by VaGla
Odnośnie mazania po płocie zachęcam do zapoznania się z artykułem opublikowanym w Journal of Intellectual Property Law & Practice, a zatytułowanym Legal questions about illegal art (T. Rychlicki, Legal questions about illegal art, Journal of Intellectual Property Law & Practice 2008 3(6):393-401). Artykuł traktuje właśnie o graffiti i o tym, że również graffiti jest twórczością, a zatem powinno(?) podlegać ochronie...
N, 2008-08-24 02:31 by Marcin Gryszkalis
5. Czy należy hurtem obejmować pełną ochroną każdy, dowolnie mało istotny przejaw twórczości? [...] Obecne sformułowanie przepisów jest po prostu chore. Chociaż można twierdzić, że każdy przejaw twórczej działalności jest cenny, to jednak w rzeczywistości tak nie jest. Oczywistą trudnością jest zdefiniowanie jakiejś granicy, od które zaczyna się dzieło warte ochrony.
Nikt tego nie jest w stanie zrobić - powtarzając co pisałem wyżej. Może się okazać za 10, 50, 1000 lat. Może być tak, że notka encyklopedyczna o namalowanej puszce zupy jest dłuższa od notki o naszej noblistce. Czy namalowanie puszki zupy to jest istotny przejaw twórczości?
jeśli ktoś udowodni, że nie znając danego patentu samodzielnie doszedł do tego samego wynalazku - powinien móc go używać na własne potrzeby
Czyli to co teraz - musisz mieć lepszych prawników?
wymaganie, by posiadacz patentu faktycznie go używał (patent trolls must die).
Czyli firma specjalizująca się w badaniach - powiedzmy chemicznych - ale nie posiadająca własnej fabryki (tylko sprzedająca swoje wynalazki) nie ma w Twoim modelu racji bytu?
N, 2008-08-24 10:44 by Makdaam
Przedpiszcy najprawdopodobniej chodziło o wykorzystanie samego patentu, a czy będzie to robić wynalazca czy licencjobiorca, to już sprawa drugorzędna. Są dziedziny przemysłu, gdzie firmy patentują wszystkie możliwe sposoby wykonania jakiejś czynności, aby zablokować konkurencję (IT jest tu dość nowa).
N, 2008-08-24 13:59 by maniak713
Chodziło mi o popularne w USA (szczególnie) firmy, które wykupują patenty od bankrutujących przedsiębiorstw i następnie żyją tylko i wyłącznie z pozywania o odszkodowanie kogo popadnie. Dodając do tego popularne tam wątpliwej sensowności patenty na oprogramowanie, robi się z tego nieciekawa czasem sytuacja.
Problem u nas (chyba) nie występuje.
Natomiast firma zajmująca się tylko działalnością badawczą to nie ta kategoria. Tworzy własne patenty i zazwyczaj jeśli kogoś pozywa w sądzie, to z dobrego powodu.
N, 2008-08-24 17:08 by Marcin Gryszkalis
Nie mówię "na oko" tylko formalnie, jak zdefiniujesz trolla, żeby nikt uczciwy nie był pokrzywdzony?
tym pytaniem zostałem zabity
N, 2008-08-24 21:16 by maniak713
Wątpię, żebym był w stanie wymyśleć taką definicję, żeby tylko troll był eksterminowany a żaden uczciwy nie odniósł szkody. Jeszcze nie widziałem prawa, które by dawało całkowita gwarancję na taki efekt w dowolnej dziedzinie (pomijając proste rozwiązanie by każdego uczynić przestępcą co znika nam problem ukarania niewinnego).
Kluczowym elementem byłoby to, że troll nic nie tworzy ani nie produkuje (poza pozwami). Nie prowadzi badań i nie ma odkryć (wykluczamy z kategorii trolli firmy zajmujące się wyłącznie badaniami) ani nie korzysta z patentów do produkcji czegoś (to na przypadek gdy ktoś zostaje właścicielem patentu nie będąc odkrywcą ale przejmując go w celu wykorzystania danego odkrycia). W uproszczeniu, troll patentowy to firma/organizacja, która nie uzyskała sama patentu prowadząc badania i wykorzystuje go jedynie do uzyskiwania odszkodowań i wymuszania licencji.
Nic lepszego nie wymyśliłem, z drugiej strony, nie widzę jakiejś ewidentnej dziury.
sztuka, jaka jest, każdy widzi
N, 2008-08-24 14:28 by maniak713
Może być tak, że notka encyklopedyczna o namalowanej puszce zupy jest dłuższa od notki o naszej noblistce. Czy namalowanie puszki zupy to jest istotny przejaw twórczości?
Najwyraźniej jest, przynajmniej w ocenie autorów tej encyklopedii. Co jest wartościowe a co nie to w dużym stopniu subiektywna ocena, dla jednego "jeleń na rykowisku" to sztuka, dla drugiego obleśny produkt beztalencia żerującego na ciemnym narodzie... Dlatego "oczywista trudność". Natomiast myślę, że każdy zgodzi się, że nie wszystkie przejawy twórczości są wartościowe, pozostając w sporze które konkretnie.
Tu podobał mi się niegdysiejszy sposób, czyli zgłaszanie. Autor zgłasza to, co uznaje za wartościowe a nie zgłasza tego, co sam uznał za nieistotne. Dziś możnaby to zorganizować w sposób szybki, prosty i nie wymagający wysiłku - powiedzmy wysłanie kopii pracy do jakiegoś centrum rejestracji.
Z "niezależnym odkryciem" to sytuacja, o ile wiem, wygląda tak, że nie pomoże i wagon prawników, bo jedyna możliwość obrony przed patentem to wykazanie że patent jest nieprawidłowo wydany, czyli jego obalenie. Nieskuteczne jeśli patent został wydany prawidłowo. Chyba że się mylę, bo z prawem patentowym miałem niewielką styczność.
N, 2008-08-24 20:26 by Marcin Gryszkalis
Natomiast myślę, że każdy zgodzi się, że nie wszystkie przejawy twórczości są wartościowe, pozostając w sporze które konkretnie.
Ja się nie zgodzę. Nie uda ci się zdefiniować wartościowe w ogólnym sensie. Są ludzie zafascynowani napisami na murach i nie mówie o efektownym graffiti ale o zwykłych napisach - ba, mam nawet w postaci drukowanej książkę poświęconom napisom na murach. Myślę, że wielu autorów napisów nie myślało o tym, że ich twórczość zostanie określona mianem sztuki - co też jest sprzeczne z kolejnym pomysłem.
Autor zgłasza to, co uznaje za wartościowe a nie zgłasza tego, co sam uznał za nieistotne. Dziś możnaby to zorganizować w sposób szybki, prosty i nie wymagający wysiłku - powiedzmy wysłanie kopii pracy do jakiegoś centrum rejestracji.
Jaki byłby skutek istnienia w takiej bazie? Procent od podatku od urządzeń kopiujacych? W jakim stosunku? Od zgłoszonego dzieła? Od litery się nie da bo co z grafikami, może piksel przeliczeniowy?
definicja i rejestracja
Wt, 2008-08-26 00:10 by maniak713
Nie uda ci się zdefiniować wartościowe w ogólnym sensie.
W ogólnym sensie albo w jakiejś absolutnej skali - zgadzam się, nie da się tego zrobić sensownie.
[...]mam nawet w postaci drukowanej książkę poświęconom napisom na murach. Myślę, że wielu autorów napisów nie myślało o tym, że ich twórczość zostanie określona mianem sztuki - co też jest sprzeczne z kolejnym pomysłem.
Możliwe, że nie pomyślało. I co z tego? Jeśli autor nie uznał swojego utworu za sztukę wartą ochrony i kontroli, to taka jego wola. Ja np nie uważam tego komentarza za tak wiekopomne dzieło, żeby istniała konieczność kontrolowania jego użycia i możliwość żądania opłat przez kilkadziesiąt lat. A jeśli ktoś go uzna za kwintesencję dyskusji internetowej i wzór niedościgły (biada mu, biada) - to jego zdanie i ma święte prawo tak sobie uważać, niech sobie kopiuje na zdrowie.
Skutkiem rejestracji byłoby podleganie ochronie prawnej, bo wszystko niezarejestrowane byłoby albo w domenie publicznej albo w tajemnicy u autora. Tak - te procenty również (co do stawek to już KOPIPOL się wypowiedział, że autorom internetowym się nie należy).
Tu idea polega na zmianie z "domyślnie chronione" na "domyślnie publiczne, chronione z wyboru". Ma tez "bonusy": łatwiejsze ustalanie autora znalezionego gdzieś dzieła oraz tworzenie zbioru archiwalnego twórczości (niekompletnego, ale lepszy taki jak żaden).
A moze by tak uporzadkowac problem?
Cz, 2008-08-28 14:01 by Maciej_Szmit
Tak sobie bardzo luźno myślę, że w zasadzie należałoby uporządkować całość zagadnienia. Przede wszystkim dlaczego program komputerowy, który właśnie piszę w ramach współpracy z bratnią uczelnią ma być chroniony tak samo jak moja książka która ukaże się w przyszłym miesiącu (to tak a propos lansu ;)), tak samo jak niniejsze luźne rozważania, tak samo jak wiersz, który ułożyłem dla córki, tak samo jak projekt architektoniczny budynku, w którym właśnie siedzę, i muzyka, która leci sobie zza ściany? To są na prawdę _różne_ dobra i powinny być chronione w różny sposób. Kupując program komputerowy od dużej firmy otrzymuję nie tylko kawałek softu ale dokumentację, wsparcie techniczne, prawo do update'ów, od czasu do czasu szansę udziału - w tym i darmowego - w jakiejś konferencji, jakieś maile z informacjami o nowych wersjach, konto na serwerze firmy z dostępem do działu porad technicznych czy forum użytkowników. A kiedy zlecam napisanie kawałka programu Jasiowi Kowalskiemu interesuje mnie, żeby ktoś zmusił tę upartą maszynę do szybkiego i być może kilkukrotnego wykonania zadania, którego do tej pory nie robiła.
Kiedy idę do kina na premierę to dlatego że mam ochotę obejrzeć efekty pirotechniczne na dużym ekranie i popsuć sobie słuch w systemie Dolby_cos_tam, zagryzając przy tym colę popcornem, a później w pubie przedyskutować to z towarzystwem z którym do kina się wybrałem, a kiedy mam ochotę na intelektualną rozrywkę w zaciszu domowym to kupuję sobie ambitny film na płycie DVD i delektuję się nim z lampką dobrego wina w ręce. Kiedy słucham w samochodowym radio disco polo to na prawdę różni się od tego kiedy wybieram się do opery. Et caetera.
Traktowanie wszystkich "dzieł" jednakowo jest, jak mi się luźno wydaje, zbyt wysokim poziomem uogólnienia. Jak wiadomo wraz ze wzrostem zakresu pojęciowego zmniejsza się precyzja używanego słowa. W końcu dochodzimy w ten sposób do pojęcia "bytu" i dalej popadamy w metafizykę :) Niewątpliwie jest to ciekawa nauka, ale do konkretnych zastosowań lepiej nadają się nauki szczegółowe. I jeśli ma sens osobny kodeks ruchu drogowego, osobne prawo morskie a osobne regulacje lotnicze (choć zapewne kusząca jest koncepcja pojedynczej ustawy "o przedmiotach w ruchu") to może inne powinny być zasady regulujące stosunki społeczne pomiędzy poetą, jego spadkobiercami, wydawcą i czytelnikiem a inne - pomiędzy programistą i jego klientem. Bo rozważania czy chronić program komputerowy przez 50 czy przez 75 lat brzmią dla informatyka tak jak dla kierowcy rozważania o wyporności rejestrowej albo dla marynarza dywagacje o długości pasa startowego.
Z drugiej strony zastanawiam się czy nie byłoby rozsądnie zróżnicować stopień prawnej ochrony dzieł na żądanie autora. Tak żeby np każdy tekst miał ochronę "podstawową" (obejmującą np autorskie prawa osobiste plus część majątkowych - np nie można bez zgody autora pobierać opłat za reprodukcję tekstu etc. - do przemyślenia), natomiast jeśli zależałoby mi na "wyższym stopniu" ochrony (w tym np dłuższym okresie "panowania" nad moim dziełem) kupowałbym "winietę" i "naklejał" ją na dzieło. Oczywiście im większa ochrona tym droższa "winieta". W ten sposób z jednej strony to autor określałby na czym mu zależy, z drugiej byłoby miejsce na działanie praw rynkowych (grafoman życzący sobie restrykcyjnej ochrony swojej twórczości poszedłby z torbami), z trzeciej sądy, policja i organizacje chroniące prawa autorskie miałyby uproszczone zadanie: wszedł Pan nielegalnie w posiadanie utworu posiadającego winietę niebieską - grzywna 100 zł ale rozpowszechnił Pan nielegalnie utwór z winietą czerwoną - idzie Pan siedzieć na 2 lata i płaci milion złotych odszkodowania. Oczywiście trzeba by to wszystko przemyśleć i porządnie opracować, ale wydaje mi się (tak na roboczo) że innej drogi nie ma - trzeba rozróżnić (przedmiotowo) różne rodzaje dzieł z uwzględnieniem "specyfiki branż", po wtóre koniecznie trzeba rozróżnić różne kategorie ich znaczenia - od luźnych zapisków poczynając na arcydziełach kończąc. Bez tego paradoksy będą się mnożyły jak króliki: Czy twórcy zakazanego oprogramowania z art 269b KK przysługuje ochrona prawnoautorska jego dzieł? Czy przysługuje ona osobie, która wytworzyła zdjęcia podpadające pod art 202 KK? Czy biegły powinien otrzymywać tantiemy od publicznego odczytania swojej opinii pisemnej na sali sądowej? Czy architekt może spróbować odtworzyć plany istniejącego budynku (a historyk - zaginiony tekst zmarłego rok temu pisarza)... i tak dalej jak wyżej...
Porządkujmy więc
Cz, 2008-08-28 14:54 by adammada
Przede wszystkim dlaczego program komputerowy, który właśnie piszę w ramach współpracy z bratnią uczelnią ma być chroniony tak samo jak moja książka która ukaże się w przyszłym miesiącu (to tak a propos lansu ;)),
Przecież doskonale Pan wie, że nie będą tak samo chronione, ze względu na dozwolony użytek osobisty. Zostało już dostrzeżone, że programy komputerowe to co innego niż inne utwory i istnieje zróżnicowanie w traktowaniu.
Kupując program komputerowy od dużej firmy otrzymuję nie tylko kawałek softu ale dokumentację, wsparcie techniczne, prawo do update'ów, od czasu do czasu szansę udziału - w tym i darmowego - w jakiejś konferencji, jakieś maile z informacjami o nowych wersjach, konto na serwerze firmy z dostępem do działu porad technicznych czy forum użytkowników.
Ja bym to rozdzielił. Kupując licencję (zawierając umowę) z dużą firmą, umawia się Pan, że dostanie ileś kB kodu - to jest program, a dodatkowo wsparcie, dokumentację, zaproszenia. Zaproszenie na konferencję nie jest częścią programu.
Typowym przykładem, że jest to rozłączne są tutaj oferty komercyjne oparte na GPL. (np. Red Hat Enterprise Linux). Można mieć sam system bez dodatków za darmo, można też zakupić cały pakiet dodatkowy.
to może inne powinny być zasady regulujące stosunki społeczne pomiędzy poetą, jego spadkobiercami, wydawcą i czytelnikiem a inne - pomiędzy programistą i jego klientem.
Z pewnością powinny być inne, ale mam wrażenie że już tak jest. W końcu podstawą są zawierane umowy. Co powinno być zróżnicowane już w ustawie?
W ten sposób z jednej strony to autor określałby na czym mu zależy, z drugiej byłoby miejsce na działanie praw rynkowych (grafoman życzący sobie restrykcyjnej ochrony swojej twórczości poszedłby z torbami),
To bardzo pozytywnie brzmi - "autor", ale najczęściej byłyby to firmy zajmujące się wyzyskiwaniem autorów. Niestety, problem w tym,że:
a) to co teraz wydaje się być dziełem grafomana za 10 lat może okazać się arcydziełem
(czy choćby przykład z "Władcą Pierścieni" - ponieważ wydawca uważał, że książka się kiepsko będzie sprzedawała, więc zdaje się, że Tolkien w umowie miał procent od zysków, dzięki czemu ostatecznie zarobił dużo więcej)
b) to co jest naprawdę gniotem może być wypromowane i chronione, a jakaś perełka początkującego niekonieczne.
z trzeciej sądy, policja i organizacje chroniące prawa autorskie miałyby uproszczone zadanie: wszedł Pan nielegalnie w posiadanie utworu posiadającego winietę niebieską - grzywna 100 zł ale rozpowszechnił Pan nielegalnie utwór z winietą czerwoną - idzie Pan siedzieć na 2 lata i płaci milion złotych odszkodowania.
No i zacznie się problem. Np. ktoś wykupi maksymalną ochronę Harrego Pottera (stać ich)- i za pdfa do więzienia...
Wtedy wyszłoby, że jednak trzeba w ustawie jakoś rozgraniczyć jaka kara za co. Tylko, że tak już jest...
Myślę, że tym co tak naprawdę jest potrzebne to rzeczywiście zróżnicowanie ochrony w zależności od woli autora - a dokładnie uszanowanie jego woli, gdy nie chce chronić (tutaj problemy licencji Creative Commons), oraz rzeczywiście jakiś spis tego co kto chroni (dlaczego to ktoś puszczający muzykę na licencji CC ma udowadniać, że ją puszcza? - to chyba OZZ powinno udowadniać, co konkretnie jest w jego zarządzie i kiedy było użyte).
Czy twórcy zakazanego oprogramowania z art 269b KK przysługuje ochrona prawnoautorska jego dzieł?
Skoro nie ma napisane, że nie, to chyba powinna. W końcu skoro jest karany za bycie autorem, to nie można mu jednocześnie odmawiać bycia nim. Ciekawie się robi, gdy weźmiemy pod uwagę to, że programy mogą być wytwarzane i sprzedawane poza granicami Polski. Czy program napisany w Rosji, będący takim "zakazanym oprogramowaniem" w Polsce nie będzie chroniony prawem autorskim? Czy jeśli Polak napisze na zamówienie z innego kraju (gdzie to jest legalne) taki program, to nagle traci do niego prawa autorskie?
Czy przysługuje ona osobie, która wytworzyła zdjęcia
podpadające pod art 202 KK?
Tutaj podtrzymam swoje zdanie - skoro skazujemy za bycie autorem... Które konkretnie aspekty ochrony prawnoautorskiej w tym wypadku kłócą się z KK i zdrowym rozsądkiem?
Czy biegły powinien otrzymywać tantiemy od publicznego odczytania swojej opinii pisemnej na sali sądowej?
A opinia nie jest materiałem urzędowym? Napisana z całą świadomością, że jest dla urzędu? (chyba było jakieś rozstrzygnięcie w tej sprawie). No chyba, że chodzi o zapłatę za artystyczne wykonanie...
Czy architekt może spróbować odtworzyć plany istniejącego budynku (a historyk - zaginiony tekst zmarłego rok temu pisarza)... i tak dalej jak wyżej...
Odtworzyć - na pewno. Rozpowszechniać - pewnie zależy od procentu wkładu własnego :).
program jako dzieło i prawna ochrona czynu bezprawnego
Pn, 2008-09-01 16:55 by Maciej_Szmit
No dobrze będę ścisły - programy są nieco inaczej chronione niż książki. Niemniej sądzę ze powinny być chronione jeszcze inaczej. Nota bene program o jakim tu mówimy to "kod źródłowy" a nie od wykonywalny. Jak mi się zdaje dziełem jest przede wszystkim ten pierwszy (kolejna ciekawostka: czy jeśli skompiluję te same źródła różnymi kompilatorami to wytworzyłem dwa różne dzieła???) Jakkolwiek polskie prawo nie do końca te rzeczy odróżnia. Inna rzecz, że takie "Windowsy" to w ogóle nie jest program a system (oprogramowanie). Już tu kiedyś zastanawialiśmy się czy taki system to jedno dzieło czy kilka (właśnie mi się szykuje pisanie opinii na ten temat... może zrobię jakąś ankietę wśród czytelników Vagli...).
Co do praw autorskich z tytułu wytwarzania dzieł zakazanych to miałbym wątpliwość (halo? Czy jest tu jakiś prawnik?) czy prawo pozwala na czerpanie w majestacie prawa korzyści z czynu zabronionego. Przecież jeśli dajmy na to napadłem na bank i zrabowałem milion to nie traktujemy tego osobno jako przestępstwa kradzieży z włamaniem a osobno jako nabycia prawa własności do gotówki poprzez jej zawłaszczenie...
prawa autorskie przysługują twórcy
Pn, 2008-09-01 17:10 by VaGla
Co do zasady prawa autorskie (majątkowe i osobiste) przysługują twórcy (są wyjątki, np. w przypadku utworów, które powstają w ramach stosunku pracy - tu autorskie prawa majątkowe mogą w określonych sytuacjach przysługiwać pracodawcy; majątkowe prawa można również przenosić, w przeciwieństwie do osobistych); nie inaczej będzie w sytuacji, gdy ktoś zrobi zdjęcie zawierające treści pedofilskie, albo napisze program służący do popełniania określonych w kodeksie karnym przestępstw. Ochrona prawnoautorska, a posiadanie albo "produkowanie" "materiałów", co do których system wprowadza pewną reglamentacje to dwie różne sprawy.
przemyślenia na bardzo gorąco :-)
Cz, 2008-08-28 16:43 by incognitus (niezweryfikowany)
Na wstępie, oczywiście zgadzam się z tym, że może rozsądne byłoby dokonanie większego rozróżnienia pomiędzy oprogramowaniem, a różnymi rodzajami sztuki. Jednakże poniższy przykład skojarzył mi się z pewnym problemem.
I jeśli ma sens osobny kodeks ruchu drogowego, osobne prawo morskie a osobne regulacje lotnicze (choć zapewne kusząca jest koncepcja pojedynczej ustawy "o przedmiotach w ruchu") to może inne powinny być zasady regulujące stosunki społeczne pomiędzy poetą, jego spadkobiercami, wydawcą i czytelnikiem a inne - pomiędzy programistą i jego klientem.
Z tymi osobnymi regulacjami (wynikającymi akurat często z różnej specyfiki poszczególnych gałęzi transportu) to jest tak, że wszystko jest w miarę ok, tak długo, dopóki nie zapragnie się połączyć dwóch lub więcej gałęzi transportu w ramach przewozu jednego ładunku. Jak już zapragnie się je połączyć to zaczynają się problemy. Może się np. okazać, że soft (aplikacja e-logistyczna), który potrafi obsłużyć dwie gałęzie transportu na raz jest dość drogi :-). A wracając z tematyki transportowej na prawno-autorską, to oczywiście zapewne zrodzi się pytanie: co będzie, gdy będzie chciało się zmieszać dwie różne dziedziny sztuki (np. grać w operze z radio disco-polo :-) ). Co z demosceną? Czy pojawią się konferencje o tematyce interoperacyjności prawno-autorskiej?
Oczywiście moim zdaniem to tylko drobny mankament w tym pomyśle.
opłaty dla STOART itp. a oglądanie telewizji w pokoju gościnnym
Pt, 2008-09-26 17:56 by Grażyna (niezweryfikowany)
Pół dnia dziś przesiedziałam nad czytaniem różnych for dot. opłat na STOART itp... Niestety na nurtujące mnie pytanie nie znalazłam odpowiedzi...
Wynajmuję kilka pokoi gościnnych (mam zgłoszoną oficjalnie działalność w tym zakresie). Nie mam żadnej stołówki, żadnego holu, gdzie każdy słuchałby jakiegokolwiek dźwięku. Teoretycznie działalność przez cały rok, w praktyce wiadomo: albo ktoś pojawi się, albo nie, no ale w internecie się reklamuję, więc mnie "namierzyli".
Otrzymałam od STOART "Licencję-umowę o korzystanie z artystycznych wykonań (dla hoteli, pensjonatów; pole eksploatacji: publiczne odtwarzanie)", zakreślona rubryka: "odtwarzanie VIDEO w pokojach".
Zadzwoniłam, powiedziałam, że w pokojach nie mam ani odtwarzaczy CD, ani video, nawet radiomagnetofonów, tylko radia i telewizory. I tu zaskoczenie: telewizory udostępnione dla gości traktowane są jako urządzenia do "publicznego odtwarzania wykonań muzycznych".
Myślałam, że jeśli radio lub TV nadaje jakąś muzykę, to opłaca za to odpowiednie tantiemy, a przysłowiowy Kowalski może słuchać czy oglądać bezpłatnie i u siebie w domu, jak też w wynajętym gdzieś na weekend pokoju...
Po zapytaniu, czy gdyby w pokojach nie było telewizorów, a goście sami by przywozili ze sobą (oczywiście paranoja...), usłyszałam odpowiedź, że w takim przypadku oczywiście ja bym nie płaciła, bo wówczas goście używaliby TV prywatnie, a ja im udostępniam TV w ramach prowadzonej działalności.
Czy ktoś może mi podpowiedzieć, jak tak naprawdę z tym jest? Powinnam płacić? I też tym wszystkim firmom, o których się dziś naczytałam? Przecież to przekroczy mój miesięczny przychód z wynajmowania pokoi...
Czy ktoś ma jakieś rozsądne rozwiązanie?