Source: http://pawelpollak.blogspot.com/2015/03/robiac-redakcje-nie-poprawiy-sie-bedy.html
Timestamp: 2017-05-30 09:10:56
Legal References Found: art. 56
 art. 286
 art. 286
 art. 286
 art. 286
 art. 286

Document Content:
Paweł Pollak - o tym i owym: Robiąc redakcję nie poprawiły się błędy Paweł Pollak - o tym i owym
Magda Bitner23 marca 2015 10:07To wszystko w zasadzie trzyma się kupy. Pseudowydawnictwo, pseudoautor, to i redaktor musi być pseudo. Inaczej by do siebie nie pasowało. Wydawnictwa tego typu są zapewne nadawcami tajemniczych ogłoszeń o pracę dla redaktora, w których jedynym wymaganiem jest dobra znajomość polszczyzny (podstawowa matura czy certyfikat na B2?). Do tego pewnie mają bardzo niskie stawki albo wręcz zapraszają studentów na staż. OdpowiedzUsuńOdpowiedziPaweł Pollak23 marca 2015 10:56Słuszna konkluzja z tym „pseudo”, trudno się było spodziewać czegoś innego. Dobra znajomość polszczyzny pozwoliłaby poprawić ten tekst w znacznie większym stopniu. Myślę raczej, że redakcję robi ten z pracowników, który ma akurat wolną chwilę, np. ta „uczciwa” pani od promocji albo ta, która odpisuje na zgłoszenia. Wątpię, by widzieli potrzebę odrębnego płacenia komuś za redakcję, nawet niskich stawek.UsuńOdpowiedzAnonimowy23 marca 2015 12:38Panie Pawle, tam mogło nie być redakcji. Poprawki mogła zrobić sama autorka przed wysłaniem tekstu do Psychoskoku.Jeszcze jedno, miał Pan rację. Autor, który pracuje nad warsztatem, rozwija się, znajdzie normalnego wydawcę. Niekoniecznie po wysłaniu pierwszej powieści, ale drugiej, trzeciej, jak najbardziej. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i cały czas próbować, a nie płacić hienom, wydającym książki za pieniądze autorów. OdpowiedzUsuńOdpowiedziPaweł Pollak23 marca 2015 15:10Bardzo wątpię, by ktoś o takiej zerowej świadomości językowej, jaką prezentuje Nasiłowska, zatrzymał się w tekście na zwrocie „nieść za sobą” i zaczął rozważać, czy nie będzie lepiej „nieść ze sobą”. Podobnie nie widzę możliwości, by sama poprawiła błędy interpunkcyjne czy pisownię. To wymaga wiedzy, korzystania ze słownika, a nic nie wskazuje na to, by jedno czy drugie było w użyciu przy tworzeniu tego tekstu. Poza tym udostępniony fragment pochodził z tekstu, który został posłany do Psychoskoka, bo pieniądze Nasiłowska zbierała po otrzymaniu kosztorysu wydania. A wątpię, żeby jakikolwiek grafoman po posłaniu książki do „wydawnictwa” i dostaniu informacji, że mu ją wydadzą, wpadł na pomysł, żeby tę książkę poprawiać. Skoro wydadzą, znaczy się dobra, po co poprawiać. Te poszlaki moim zdaniem przemawiają za tym, że wskazane zmiany zostały wprowadzone przez osobę trzecią. Zgoda, że do wydania może się nadawać dopiero druga czy trzecia książka, ale jednak z tym zastrzeżeniem, że w przypadku niektórych żadna książka nie będzie się nadawała do publikacji. Trzeba mieć predyspozycje do pisania, a nie każdy je ma. UsuńOdpowiedzAnonimowy23 marca 2015 12:57Wygląda na to, że takich wpadek Psychoskok zaliczył znacznie więcej więc nie można tego potraktować jako wypadku przy pracy. OdpowiedzUsuńOdpowiedziPaweł Pollak23 marca 2015 15:24Właśnie o to chodzi, że to nie jest wypadek przy pracy, że taka redakcja nie jest żadną anomalią czy niedopatrzeniem, tylko wynika z modelu działania tych firm. Jakość tekstu jest bez znaczenia, bo zarabia się nie na jego sprzedaży, tylko na skubaniu autorów. Skoro bierze się tragiczny tekst, to po co poprawiać go w większym zakresie, niż pozwalającym pokazać autorowi, że miał redakcję, czyli dostał to, za co zapłacił. Dlatego też recenzje mówiące o błędach wzbudzają taką wściekłość tych „wydawnictw”, bo ujawniają autorowi, że wcale nie dostał tego, za co zapłacił.UsuńAnonimowy23 marca 2015 15:55Z całym szacunkiem, ale czy redagował Pan kiedyś powieść grafomana? Tego nie da się dobrze zrobić. Taką powieść trzeba byłoby napisać na nowo, a to kosztowałoby bardzo dużo. Jeśli płacą takiemu redaktorowi dajmy na to tysiaka, to robi redakcję wartą tej ceny. Innej się robić nikomu nie opłaca.UsuńPaweł Pollak23 marca 2015 16:57Oczywiście, że powieści grafomana zredagować się nie da. Co więcej, jej redagować nie należy, tylko delikatnie grafomana uświadomić, że się swoim tekstem ośmieszy. Pytanie więc, dlaczego ktoś podejmuje się zadania, które jest niewykonalne i nieetyczne. Dla tysiaka? Z całym szacunkiem, ale są dziesiątki prac, gdzie można zarobić tysiaka, zachowując twarz. Zgoda, poprawienie błędów w tej książce by jej nie uratowało, ale jednak poprawienie było możliwe, tymczasem redaktor zamiast poprawiać, dopisywał nowe.UsuńOdpowiedzAnonimowy23 marca 2015 16:33Potwierdzam, WSZYSTKIE wydawnictwa-krzaki żerują na naiwności autorów. Redakcję mają zerową, a prawdopodobnie jedynym zatrudnionym u nich korektorem jest word. Na domiar złego większość autorów nie potrafi ocenić jakości rzekomej korekty i redakcji.Sprawą powinien się zająć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, bo to wciskanie klientom nieprofesjonalnej usługi, i to za ciężkie pieniądze.A teraz z perspektywy upierdliwego autora zdradzę, jak to wygląda od kuchni.Tekst trafia do korekty, wraca po trzech dniach. Otwieram plik, przeglądam i... poprawek kilkanaście, właściwie same przecinki.Hmmm... albo jest tak dobrze, albo ktoś się nie przyłożył.Dochodzę do wniosku, że jednak ktoś się nie przyłożył.Wysyłam do wydawcy mail:"Dlaczego w tekście jest tak mało poprawek? Czy tekst na pewno ktoś sprawdzał? Czy zwrócił uwagę na interpunkcję, powtórzenia i ewentualne błędy merytoryczne?"Wkrótce otrzymuję odpowiedź, od korektorki:"Oczywiście zrobię jeszcze drugą korektę, ale jest Pani tak poprawna gramatycznie i językowo, że tu nie ma czego poprawiać".Wydało mi się to dziwne, ale że moje doświadczenie z rynkiem wydawniczym było zerowe, więc przyjęłam do wiadomości, że widocznie faktycznie wszystko jest okej.Drugi etap. Skład do druku.Dostałam plik po "fachowym" składzie. Na tym również się nie znałam, ale to akurat mogłam ocenić na oko, no i na oko wyglądał źle. Posłałam mail z uwagami do składu. Uwzględniono je, ale nadal powieść nie wyglądała na fachowo złożoną. Po miesięcznej wymianie maili i po naniesieniu niesamowitej ilości poprawek szlag mnie trafił. Wysłałam plik do znajomej, która składa książki dla dużego niemieckiego wydawcy. Pytam ją:"Co z tym składem można zrobić, by wyglądał przyzwoicie?"Odpowiedź:"Nic się nie da zrobić. Składamy od nowa".Poinformowałam wydawcę, że dostarczę swój skład. Zgodził się, ale wyznaczył termin - trzy dni, bo książka miała trafić do drukarni.Znajoma uznała, że zdążymy. Po godzinie dostałam do akceptacji projekt typograficzny jednego rozdziału. Był idealny.Pracowałyśmy nad tym trzy dni i dwie noce, ona składała, ja robiłam korektę po składzie. W trakcie okazało się, że korektę zrobiono po łebkach, korektorka nie ogarniała interpunkcji. Musiałam w ciągu dwóch nocy przyswoić poradnik interpunkcyjny, więc niestety parę przecinków mi umknęło, trudno.Wysłałam nasz skład, z naszymi nazwiskami na stronie redakcyjnej. I zaczęły się schody.Opóźniono wydanie, bo rzekomo nie można puścić do druku powieści bez korekty. No jasne, ze spieprzonym składem i korektą można puścić, ale poprawionej już nie.Dostałam plik po drugiej korekcie, zaznaczono jeden nadprogramowy przecinek, ale zaznaczono coś jeszcze - sceny seksu, że muszę coś z nimi zrobić, bo oni tego nie wydrukują.Ha, ha, ha... wcześniej były cudowne, subtelne, napisane z wyczuciem i nagle przestały się podobać :) Na szczęście archiwizuję maile, więc nie miałam problemu z udowodnieniem absurdalności ich żądań, za to zaszufladkowano mnie jako upierdliwego autora i do tej pory mam rzucane kłody pod nogi.Dziwią mnie autorzy, którzy nie mają wymagań, przecież płacą za konkretną usługę. Dziwi mnie ich naiwność i wiara w to, że w innym krzaku będzie lepiej. A najbardziej dziwi mnie, że nie ma instrumentów prawnych, by ukrócić takie praktyki wydawnicze. Tym bardziej, że brak dbałości o jakość nie jest jedyną nieprawidłowością, jakiej dopuszczają się te firemki.Pozdrawiam,Pola PaneOdpowiedzUsuńOdpowiedziPaweł Pollak23 marca 2015 16:59Dzięki za tę relację, bardzo cenne są takie informacje, jak to wygląda od środka, bo towarzystwo generalnie jest milkliwe. Niestety, ale wygląda na to, że mamy do czynienia z przekrętem doskonałym, kantowani są ludzie, którzy chcą być kantowani. UsuńAnonimowy23 marca 2015 17:51Ta relacja to tylko ułamek procenta całej tej historii. O tym można by powieść napisać.Autorzy milczą nie bez powodu, straszeni są pozwami.A przekrętów doskonałych nie ma, tak jak i nie ma morderstwa doskonałego.Pola Pane UsuńAnonimowy23 marca 2015 18:08I jeszcze jedna ciekawostka, która sprawia, że przekręt jest doskonały. Dostał Pan chyba od nich wzór umowy licencyjnej. Więc proszę przeczytać punkt 2, paragraf 5 (Wynagrodzenie), czyli za co de facto płaci autor. Pola PaneUsuńPaweł Pollak23 marca 2015 18:52Chodzi Pani o to, że autor płaci za książkę, którą otrzyma do „swobodnego rozporządzania”? Ale niżej jest zapis, że jeśli przekaże ją wydawnictwu, to ono musi ją sprzedawać przez swoją stronę internetową, co tak właściwie unieważnia to pierwsze rozwiązanie. UsuńAnonimowy23 marca 2015 19:45Nie do końca :) Chodzi o to, że autor płaci za X egzemplarzy, za które wydawca otrzyma zapłatę Y. Zatem autor płaci za ileś tam egzemplarzy, a nie za korektę, redakcję czy skład. Ot, taki mały haczyk :)Pola PaneUsuńAnonimowy23 marca 2015 20:01Ale jakie "instrumenty prawne"? Jesteście dorosłymi ludźmi, odpowiedzialnymi za siebie i często za innych (dzieci itp.). I co, i chcecie, by ktoś was chronił przed wami samymi? Przecież to absurd. Kapitalizm jest najlepszym systemem nie bez powodu - ktoś ma za dużo forsy, np. urodził się jako synalek/córcia bogatego tatuśka, nigdy nie musiał o nią dbać, nie zna jej wartości? To powinien ją stracić. Właśnie padając ofiarą naciągaczy. Jak za kilka lat skończy z wyzerowanym kontem to to będzie właśnie dobre.Awdar.UsuńAnonimowy23 marca 2015 20:16No jasne, po cholerę jakiekolwiek instrumenty prawne, po co w ogóle prawo. Niech sklepy sprzedają felerny sprzęt elektroniczny, klient sam sobie winien, że kupił. Przecież mógł rozkręcić w sklepie, by sprawdzić, czy wszystko w środku jest dobrze polutowane. Weź się kolego Awdar. puknij w głowę!Pola PaneUsuńEviva23 marca 2015 20:21Spokojnie, Pola, nie ma co nerwów tracić. Zawsze będą tacy, co stwierdzą, że winien jest okradziony, a nie złodziej - bo przecież okradziony mógł nie zostawiać laptopa w aucie lub nie nosić portfela w kieszeni.UsuńAnonimowy23 marca 2015 20:24Jeżeli byłoby widać, że sprzęt jest nie w porządku albo jeśli kupuje się go w ciemnej ulicy (to jest właśnie sytuacja analogiczna do wydawania za pieniądze po tym, jak wcześniej wszyscy normalni wydawcy odrzucili tekst) to taki ktoś nie powinien, w oczywisty sposób, być chroniony.AwdarUsuńAnonimowy23 marca 2015 20:29Nie wiem, skąd wniosek, że wszyscy normalni wydawcy odrzucili tekst? Chyba że niezapoznanie się normalnego wydawcy z tekstem uznamy za odrzucenie.Pola PaneUsuńPaweł Pollak23 marca 2015 20:34Dyskusja poszła w inną stronę, ale ja do tego haczyka w umowie. Nie wydaje mi się, żeby umieszczono go tam świadomie. Raczej wziął się stąd, że zastosowano niewłaściwy rodzaj umowy z punktu widzenia relacji między stronami. Oparto się na pozornej (wydawnictwo – autor), a nie rzeczywistej (klient – zleceniobiorca) i wzięto wzór umowy wydawniczej, do której dosztukowano punkty, że to autor płaci za wydanie. Z tego względu jest, że wydawnictwo ma „prawo” wykonać redakcję, kiedy powinno być, że ma „obowiązek”. UsuńAnonimowy23 marca 2015 20:39Czyli, że jest pani przekonana, że to, że nikt nie chciał wydać pani powieści wziął się stąd, że wszyscy wydawcy (lub choćby istotna ich część) nie zapoznała się z nią? Ok., ale w takim razie już naprawdę muszę prosić, by nigdy węcej nie nazywała mnie pani "kolegą", to serio bardzo poważna obraza.Tak czy owak to już zupełnie inny temat od "powinny istnieć instrumenty prawna, służące do chronienia ludzi przed nimi samymi".AwdarUsuńDzikowy23 marca 2015 20:39W sumie przydałaby się jedna sprawa sądowa. Taki McProces, w trakcie którego pozywający zostałby porządnie prześwietlony przez ekspertów z branży wydawniczej, biegłych itd.UsuńAnonimowy23 marca 2015 20:41Sądzę, że taki zapis był celowy. Bo dziwne, że w mailu każdy autor dostaje szczegółową rozpiskę kosztów wydania, a w umowie jej brak. Nie wiem, ja już we wszystkim węszę podstęp :)Pola PaneUsuńAnonimowy23 marca 2015 20:45Koleżko Awdar, nie jestem przekonana, ale ja to teraz wiem.Pola PaneUsuńAnonimowy23 marca 2015 20:56Jeżeli coś się wie, to jest się co do tego przekonanym.To jest właśnie ten problem - jest x osób, które wiedzą, że są świetnymi pisarzami, ale istnieje spisek, którego celem jest to, by nie wydawali książek. Tak samo jak x osób wie, że to, że nie dostali się na studia jest wynikiem spisku, albo, że to że nie mogą znaleźć dobrej pracy, bo przecież są genialni, więc to jest spisek. I wy to wiecie. A rozwiązanie problemu? Urynkowmy to wszystko. Wtedy wydawcy będą czytali książki, by wyłowić te dobre, bo to one przyniosą im zysk. Te popularne większy, te bardziej niszowe mniejszy, ale bardziej pewny (bo kupi je mniej osób, ale za to zakup będzie bardziej pewny). Więc zlikwidujmy państwowy monopol wydawniczy i po problemie. A jeśli nie ma czegoś takiego, jak państwowy monopol wydawniczy, to... A nieważne, nie mam już siły tłumaczyć.AwdarUsuńPaweł Pollak23 marca 2015 21:02Oj, przydałby się proces. Dlatego wyrażałem nadzieję, że Nasiłowska się zreflektuje, że została zrobiona w bambuko, i zażąda zwrotu kasy. Jeśli pierwszy wpis jej nie przekonał, to może ten. Oczywiście jeśli to klasyczna grafomanka, to nie przekona jej i dziesięć wpisów, trzeba będzie szukać dalej :-)UsuńAnonimowy23 marca 2015 21:04Ale na czym miałaby polegać szkoda?AwdarUsuńPaweł Pollak23 marca 2015 21:24Na zatajeniu przed autorką, że jej powieść „nie spełnia norm przyjętych dla tego rodzaju utworów wydawanych w formie książkowej”. Gdyby miała tego świadomość, może nie chciałaby przeznaczać kasy na publikowanie książki, którą się skompromituje. UsuńAnonimowy23 marca 2015 21:27Standardy przyjęte przez firmy selfpublishingowe - spełnia. To, że sa one inne niż te z normalnych wydawnictw, to nie tajemnica.AwdarUsuńAnonimowy23 marca 2015 21:46Awdar, Pola ma częściowo rację, proces selekcji u poszczególnych wydawców może się różnić. Często tekst jest odrzucany, bo autor nie trafił w profil wydawcy. Aby w miarę luźno poruszać się po rynku, potrzeba praktyki ;). Wysyłanie tekstu do kilkudziesięciu wydawców jest bez sensu. I tak wydawnictw, które będą nim zainteresowane, jest zazwyczaj dwa, trzy. Trzeba orientować się w profilach wydawnictw, powiedziałabym nawet, że niuansach. Sama wiedza, że wydawnictwo A wydaje np fantastykę może nie wystarczyć.UsuńAnonimowy23 marca 2015 22:13To wysyłasz i nie jesteś wydany. Nic to nie kosztuje. I naprawdę jest to zupełnie inny problem niż, cytuję dosłownie: "Koleżko Awdar, nie jestem przekonana, ale ja to teraz wiem." (że wydawnictwa nie wydały jej, bo jej nie czytały, a nie dlatego, że kiepsko pisze).AwdarUsuńAnonimowy24 marca 2015 09:11Co to jest: małe, tchórzliwe, wypowiada się w komentarzach anonimowo i nie na temat, a na fb ukrywa się za awatarem?Sposób, rodzaj i ton wypowiedzi są jak odcisk palca.Bardzo łatwo ustalić jej autora, szczególnie gdy to nie pierwsza taka potyczka słowna.I zgadza się, nie jesteś moim kolegą i nigdy nie będziesz. Nie szanuję osób, które nie mają odwagi, by podpisywać komentarze.Aaaa... Awdar, nie zapomnij zablokować mnie na fb :)Który raz już to będzie? Trzeci? Czwarty?Pozdro,Pola Pane UsuńAnonimowy24 marca 2015 10:17Nie wiedziałam, że z WFW takie cyrki, mało opinii na ich temat jest dostępnych. Pola, a próbowałaś po prostu zakończyć z nimi współpracę jakoś polubownie?UsuńAnonimowy24 marca 2015 10:31Zakończyłam współpracę w grudniu 2013, wypowiadając umowę z art. 56 ze względu na swoje istotne interesy twórcze. Pola PaneUsuńAnonimowy24 marca 2015 10:32@ PP - Nigdy nie blokowałem pani na fb. Swoją drogą - dlaczego ten ktoś musiał to robić kilka razy, tak bardzo mu się pani narzuca?No i dla porządku tylko powiem, że pisanie o osobie per "cos", nie "ktoś" jest... jest pani osobą emocjonalnie upośledzoną i to się rzuca w oczy.AwdarUsuńPaweł Pollak24 marca 2015 13:33Początkująca autorka zgłosiła się do wydawnictwa Psychoskok, a nie do firmy self-publishingowej Psychoskok. Nie musi wiedzieć, że wydawnictwo Psychoskok nie jest normalnym wydawnictwem, ani tego sprawdzać. Nie musi wiedzieć, jak pisze, i ma prawo oczekiwać od wydawnictwa, że otrzyma od niego miarodajną informację. UsuńPaweł Pollak24 marca 2015 13:41Wysyłanie tekstu do kilkudziesięciu wydawców zdecydowanie ma sens. Właśnie po to, żeby wyłuskać te dwa czy trzy, które tekst wezmą. Szanse, że się je samemu z góry wytypuje, są minimalne. Wydawnictwa wcale nie mają takich sztywnych profili, że czegoś na sto procent nie wezmą. Na coś pokrewnego mogą się skusić. Poza tym decyzja o wydaniu książki jest zależna od tylu zmiennych, że naprawdę nie ma co przewidywać i zgadywać, tylko trzeba słać gdzie się da. UsuńAnonimowy24 marca 2015 15:24Co do pierwszej wypowiedzi: Jaś i Staś chcą być pisarzami. Jaś jest mądry i pracowity a Staś głupi i leniwy. Jaś sprawdza jak się wydaje książkę, stara się dowiedzieć jak najwięcej, a Staś nie, bo po co? Jaś, dzięki swej zapobiegliwości nie traci forsy, a Staś - owszem. A potem pojawia się ktoś, kto krzyczy: "No jak to, ludzi mądrych i głupich, pracowitych i leniwych trzeba tratować tak samo, przecież to niesprawiedliwe, by pracowity miał w życiu lepiej niż leniwy i to niesprawiedliwe, by mądry miał lepiej niż głupi!" No, przecież to jest absurd. No przecież Polska nie będzie się rozwijać, nie bedzie stawać się coraz lepszym krajem, jeśli zaczniemy tak myśleć. No i jeszcze kwestia czysto praktyczna - otóż to wcale nie jest tak, że polskie sądy mają za mało pracy, że za krótko czeka się na rozstrzygnięcia spraw i że w związku z tym istnieje dramatyczna potrzeba, by poszukać rzeczy, którymi jeszcze mogłyby się zajmować.Tyle argumentacji pozadogmatycznej, a prawna? Podział na umowy starannego działania i umowy rezultatu istnieje w naszym porządku prawnym tylko o tyle, o ile wprost jest przewidziany przez ustawę. Stąd np. kodeksowy podział na umowy o dzieło i zlecenia. Tego, że umowa o redakcję powieści nie jest umową rezultatu tego chyba jakoś szczególnie udowadniać nie trzeba (czy jednak?).AwdarUsuńAnonimowy24 marca 2015 15:31Panie Pawle, żaden autor wydający krzaku nie zaskarży takiego pseudo wydawnictwa, ponieważ jego tekst „nie spełnia norm przyjętych dla tego rodzaju utworów wydawanych w formie książkowej”. Ci, którzy by mogli się na to zdobyć, nie mają tak tragicznych tekstów jak Jolanta Nasiłowska. Mogą co najwyżej zaskarżyć pseudo wydawcę za brak redakcji i korekty, do których się ten zobowiązał, biorąc pieniądze. A piszący fatalnie nadal będą uważać, że są geniuszami, tylko ci źli wydawcy... UsuńPaweł Pollak24 marca 2015 16:51Źli wydawcy i źli krytycy. Pewnie ma pan rację, ale miałem cichą nadzieję, że Nasiłowska jest takim grafomanem, który będzie w stanie przejrzeć na oczy. Właśnie dlatego, że pisze tak prymitywnie, a nie „z polotem”.UsuńPaweł Pollak24 marca 2015 16:52To, że Staś sam jest sobie winien, że go oszukano i że nie ma co mu współczuć, w niczym nie zmienia faktu, że do oszustwa doszło i Staś ma prawo domagać się, by oszusta ścigano i by ten oddał, co ukradł. Ewentualny pozew byłby w celu odzyskania pieniędzy, a nie przysporzenia sądowi pracy. Argument „praktyczny”, że skoro sądy są przeciążone, to należy rezygnować z dochodzenia swoich praw, jest bzdurny. Nie postulowałem ani przez moment, by autorka dochodziła odszkodowania za źle wykonaną redakcję (nawiasem mówiąc, że działanie było niestaranne, to widać jak na dłoni). Prawdopodobnie zapisy umowy są podobne jak u Poli, a co za tym idzie, nie ma ku temu podstaw. Firma doprowadziła autorkę do zapłacenia jej siedmiu tysięcy, wprowadzając autorkę w błąd co do poziomu przedłożonej powieści (co w ogóle wyczerpuje znamiona art. 286 kodeksu karnego). Gdyby firma powiedziała uczciwie: proszę pani, to jest kiepskie, a nawet bardzo kiepskie, ale jak pani chce, to wydrukujemy, bo nam nie robi różnicy, tylko proszę mieć na uwadze, że może być pani ostro krytykowana – nie byłoby sprawy (z prawnego punktu widzenia, nie literackiego). Tyle że firma tego nie powie, bo wtedy autor z urażonym ego pójdzie do drugiej, gdzie mu powiedzą, że pisze rewelacyjnie. UsuńAnonimowy24 marca 2015 17:06To, że Staś jest sam sobie winny, owszem, ma znaczenie dla faktu, czy należy penalizować (choćby tylko cywilnie) jego sprawę. Twierdzenie, że każde oszustwo jest godne ścigania karnego jest absurdalne. Nie każde.Przysporzenie pracy sądowi byłoby jednym ze skutków uznania, że Stasia należy chronić. Takie rzeczy (przysporzenie pracy sądowi) należy przewidywać. I nie idzie mi o rezygnację z realizacji praw, tylko konsekwentnie o to, czy należy tak kształtować prawo, by można tu było mówić o realizowalnych prawach.Kwestia wprowadzenia w błąd to w tym wypadku również absurd - Krzyś i Zdziś są ekspertami od rynku pomidorów. Pierwszy przewiduje, że ich cena będzie rosła, drugi, że malała. Cena maleje, a ludzie, którzy na podstawie przewidywań Krzysia kupili zapas pozywają go. Absurd? Tak, dokładnie taki sam, jak pozwania wydawnictwa czy pseudowydawnictwa za ocenę jakości tekstu.AwdarUsuńAnonimowy24 marca 2015 18:13Panie Pawle, w wielu sprawach się z Panem zgadzam, ale niestety co do kwalifikacji opisanej przez Pana sytuacji pod przepis art. 286 kk z prawnego punktu widzenia nie ma Pan racji. Nie będę się mądrzyć i opowiadać o znamionach tego czynu, zamiarze bezpośrednim kierunkowym, rozumieniu pojęcia błędu itd., nie chcę też byś posądzona o obronę Psychoskoka czy WFW, ale ponieważ jestem Pana stałą czytelniczką uznałam, że muszę na to zwrócić uwagę. Czasem patrząc na literalne brzmienie przepisu wydaje się, że niby wszystko pasuje, ale to tylko pozory, bo każde ze znamion i elementów przestępstwa, w tym wypadku oszustwa, ma swoje znaczenie wypracowane w doktrynie i orzecznictwie. UsuńAnonimowy24 marca 2015 18:35I żeby było jasne, za żenujące uważam wciskanie przez WFW autorowi formułki, że obniżają cenę z uwagi na dobry tekst, jak to miało miejsce w przypadku "Komisaża".UsuńPaweł Pollak24 marca 2015 21:19W porządku, nie upieram się, nie jestem prawnikiem, a z tekstu wnioskuję, że Pani (w przeciwieństwie do Awdara) jest. Ale interesowałoby mnie choćby pokrótkie wyjaśnienie, dlaczego nie. UsuńAnonimowy25 marca 2015 10:32Oczywiście, jestem akurat w trakcie podróży, ale wieczorem uzasadnię, możliwie zwięźle, swój komentarz :)UsuńAnonimowy26 marca 2015 11:55Opadłam wczoraj ze zmęczenia jak ten liść i dlatego dopiero dziś odpowiadam ;)Wydawnictwo czy podobnego rodzaju firma usługowa nie ma prawnego obowiązku poinformowania autora o poziomie jego utworu, a więc nie można postawić firmie zarzutu (podkreślam, z prawnego - nie etycznego - punktu widzenia) z tego powodu, że oferuje jego wydanie. Z samego faktu wydania książki (przy założeniu zaniechania poinformowania autora, że jego książka jest kiepska) nie można wnioskować, że autor został wprowadzony w błąd co do wartości swojego utworu. Wprowadzenie w błąd w celu doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, w rozumieniu przepisu art. 286 kk wymaga kierunkowego zamiaru sprawcy (czyli „aktywnego”, czynnego wprowadzenia w błąd), a więc zaniechanie udzielenia takiej informacji nie spełnia tego kryterium.Rozważmy teraz sytuację odmienną, a mianowicie pomimo, że tekst jest ze wszech miar kiepski, wydawnictwo wprost oświadcza autorowi, że książka jest dobra, jakiego to zaszczytu dostąpił Adam Sobieski. Brzmi to brutalnie, ale WFW może swobodnie uznać kierując się swoimi kryteriami lub ich brakiem, że „Pszygody” to dobra książka i że ma potencjał sprzedażowy. Oczywiście wpływa to na ich wiarygodność i podlega naszej ocenie, ale nie jest nielegalne. Jeżeli więc autor otrzymuje świadczenie wzajemne (nie wchodzę w kwestię ekwiwalentności świadczeń) w postaci wydania przez wydawnictwo książki, to nie występuje żadne ze znamion oszustwa. Ocena tego utworu przez autora czy wydawnictwo pod kątem dobry/zły nie jest elementem istotnym umowy ani świadczeniem z niej wynikającym. Tak jak opinia nie podlega ocenie w kategorii prawda/fałsz tak i opinia na temat utworu może być mniej lub bardziej trafna. Reasumując, działanie sprawcy musi być celowe i jednocześnie zmierzać do uzyskania bezprawnej korzyści majątkowej, a nie ma bezprawności, jeżeli zobowiązanie do wydania książki zostało zrealizowane. Nie ma przy tym żadnego znaczenia, że np. autor spodziewał się, że książka będzie bestsellerem i zarobi milion, bo żadne wydawnictwo tego nie zagwarantuje. Innymi słowy, przestępstwo oszustwa można popełnić tylko z winy umyślnej, a lekkomyślność i niedbalstwo nie wystarczą do przypisania oszustwa.Najłatwiej chyba zobrazować granice płaszczyzny cywilnoprawnej i karnoprawnej przykładem wydawnictwa, któremu podobno zdarzało się brać od autorów pieniądze na poczet wydania książek, a których następnie nie wydawało. Zastrzegam, że znam tę sprawę tylko z relacji internetowych, więc jak było w rzeczywistości, nie wiem. Jeśli natomiast tak było, to autor, którego umowa nie została wykonana, może z powodzeniem dochodzić zwrotu uiszczonej kwoty i ewentualnego odszkodowania w drodze powództwa cywilnego. I bez problemu wygra. Rozważmy teraz możliwość zastosowania art. 286 kk do takiego stanu faktycznego. Otóż jest to możliwe, ale będzie wymagało wykazania, że wydawnictwo w chwili zawierania umowy (nie później) z autorem wiedziało, że nie wyda tej książki, czyli wzięło pieniądze ze świadomością, że jej nie wyda i nie tylko godziło się na to (zamiar ewentualny, który nie wystarczy w przypadku przestępstwa oszustwa), tylko właśnie na to było ukierunkowane jego działanie. Jest to trudne, ponieważ wymaga sięgnięcia do sfery motywacyjnej i świadomości reprezentantów wydawnictwa, ale nie jest to niemożliwe, ponadto można ten stan wykazywać za pomocą innych okoliczności dotyczących np. stanu majątkowego. Nie będę tego wątku rozszerzać, chociaż to dobry przykład, ale nie chcę czegoś przypadkiem podpowiedzieć takiemu wydawnictwu. cdn.UsuńAnonimowy26 marca 2015 11:56Głośna też była sprawa blogerki, której „zapożyczone” przez inną autorkę treści wydała inna osoba w Bellonie. Sprawa karna została umorzona i zapanowało jakieś powszechne przekonanie w społeczności internetowej, że w takim razie to koniec, skandal, co to za prawo itd. Nic bardziej mylnego, pokrzywdzona autorka uzyska ochronę prawną w sądzie cywilnym i tam, jeśli doszło do naruszenia jej autorskich praw (w tym wypadku majątkowych i osobistych) ma wszelkie podstawy do uzyskania odszkodowania, zadośćuczynienia, przeprosin i satysfakcji. To, jak szybko to się stanie, to niestety inna sprawa.Chciałam na końcu dodać, że szanuję Pana między innymi właśnie za to, że jest Pan otwarty na dyskusję i jeśli jakieś argumenty Pana przekonają to po prostu je Pan przyjmuje. Pozdrawiam :)UsuńAnonimowy26 marca 2015 14:13Konsekwentnie stawia pani wnioski przed przesłankami. Miała pani wykazać, czemu przestępstwa oszustwa nie można dokonac w zamiarze ewentualnym, tymczasem pani głównym, konsekwentnie, acz na różne sposoby powtarzanym argumentem jest "przestępstwa oszustwa nie można dokonac w zamiarze ewentualnym".AwdarUsuńAnonimowy26 marca 2015 15:15Pozywanie "wydawnictwa" za zatajenie przed autorką, że jej powieść „nie spełnia norm przyjętych dla tego rodzaju utworów wydawanych w formie książkowej” jest wg mnie naciągane. Osoba odpowiedzialna za wydanie może przecież powiedzieć, że jej się powieść podobała i dostrzegła w niej potencjał.Pozywanie za brak redakcji i korekty też nie ma sensu, jeśli w umowie nie ma na ten temat wzmianki.Za to można chyba pozwać na podstawie ustawy o nieuczciwej konkurencji.Dz.U. 1993 Nr 47 poz. 211 USTAWA(z dnia 16 kwietnia 1993 r. o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji)Rozdział 1Przepisy ogólneArt. 1.Ustawa reguluje zapobieganie i zwalczanie nieuczciwej konkurencji w działalności gospodarczej, w szczególności produkcji przemysłowej i rolnej, budownictwie, handlu i usługach – w interesie publicznym, przedsiębiorców oraz klientów.Art. 3.1. Czynem nieuczciwej konkurencji jest działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta.Rozdział 2Czyny nieuczciwej konkurencjiArt. 16. 1. Czynem nieuczciwej konkurencji w zakresie reklamy jest w szczególności:2) reklama wprowadzająca klienta w błąd i mogąca przez to wpłynąć na jego decyzję co do nabycia towaru lub usługi;W zależności od rodzaju czynu wydawca może być pociągnięty do odpowiedzialności cywilnej lub karnej.Wg mnie reklama na stronach internetowych tych firm jak najbardziej pod taki czyn podpada. W szczególności obietnica profesjonalnej korekty i redakcji.Pola PaneUsuńAnonimowy26 marca 2015 15:25Nie, bo reklama zachęca do zawarcia umowy, a o zakresie odpowiedzialnosci decyduje już rzeczona umowa.AwdarUsuńAnonimowy26 marca 2015 15:27Awdar, bo tego przestępstwa nie można popełnić z zamiarem ewentualnym, tylko z bezpośrednim kierunkowym, a wynika to z brzmienia przepisu, a nie mojej interpretacji :) Taki opis zamiaru w doktrynie i orzecznictwie jest nazywany „bezpośrednim” (w tym wypadku dodatkowo „kierunkowy”), w odróżnieniu od ewentualnego. Jest to fakt, a nie moja opinia. Czyli nie jest to mój wniosek, tylko fakt, z którego wyprowadzam inne: ponieważ zaistnienie tego czynu wymaga zamiaru bezpośredniego to nie można go popełnić z ewentualnym. Nie rozumiem skąd wniosek, że miałam wykazać dlaczego nie można popełnić tego oszustwa z zamiarem ewentualnym, tego wykazywać nie trzeba. Zamierzałam wyjaśnić dlaczego sytuacja opisana w komentarzu Pana Pawła nie wypełnia znamion konkretnego przestępstwa oszustwa i po krótce opisać jakie są jego znamiona i jak należy je rozumieć. Celem rozwiania Pana wątpliwości:Wyrok SN z dnia 11 lutego 2009 r., sygn. III KK 245/08Określone w art. 286 k.k. przestępstwo oszustwa jest przestępstwem umyślnym, zaliczanym do tzw. celowościowej odmiany przestępstw kierunkowych. (…) Powyższe ujęcie znamion strony podmiotowej wyklucza możliwość popełnienia oszustwa z zamiarem ewentualnym, zamiar bezpośredni winien obejmować zarówno cel, jak i sam sposób działania zmierzający do zrealizowania tego celu.UsuńPaweł Pollak26 marca 2015 15:48Ale właśnie Pani argumenty nie do końca mnie przekonują :-) Pisze Pani „z samego faktu wydania książki nie można wnioskować, że autor został wprowadzony w błąd co do wartości swojego utworu”. No właśnie można, bo wydawnictwa działają w ten sposób, że teksty drukowalne (celowo nie używam słowa „dobre”) przyjmują, a niedrukowalne odrzucają. I jeśli dana firma przedstawia się jako wydawnictwo, to osoba do niej się zgłaszająca takiej selekcji się spodziewa. I przyjęcie utworu do wydania traktuje jako potwierdzenie swoich literackich kwalifikacji. A firma wie, że kandydat spodziewa się selekcji i że pozytywną odpowiedź tak odczyta. Czy w takiej sytuacji wyrażenie zgody na wydanie niedrukowalnego tekstu, ze świadomością, jak ta zgoda zostanie przez autora odebrana, nie jest takim czynnym działaniem? „WFW może swobodnie uznać kierując się swoimi kryteriami lub ich brakiem, że „Pszygody” to dobra książka i że ma potencjał sprzedażowy. (…) opinia na temat utworu może być mniej lub bardziej trafna”. Przy książce drukowalnej, to, czy ona jest zła, czy dobra, jest rzeczywiście kwestią opinii. Ale przy książce niedrukowalnej to kwestia obiektywnych kryteriów. Biegły literaturoznawca bez trudu wykaże, że np. książka Nasiłowskiej tych kryteriów nie spełnia. I jeszcze pytanie, bo zakwestionowała Pani możliwość złożenia przeciwko „wydawnictwu” zawiadomienia o przestępstwie. A co z drogą cywilną? Czy żądanie Nasiłowskiej, by Psychoskok oddał jej pieniądze, byłoby w Pani opinii tak samo bez szans?UsuńAnonimowy26 marca 2015 18:11@Awdar, w umowie nie ma jedynie wyceny korekty i redakcji, za to jest zobowiązanie wydawcy do zrobienia redakcji i dwóch korekt, więc jak najbardziej można pozwać wydawcę za wprowadzenie w błąd co do fachowości tej usługi. Wystarczy powołać biegłego, by ocenił jej poziom.@Paweł Pollak, dobry redaktor może zdziałać cuda nawet z beznadziejnym tekstem :) Co prawda, najczęściej sprowadza się to do napisania powieści od nowa, ale jest to możliwe. Historia notuje podobne przypadki. Tyle że taki zabieg jest opłacalny w przypadku znanego nazwiska.Pola PaneUsuńAnonimowy26 marca 2015 19:39Oczywiście nie zakładałam z góry, że przekonam Pana zanim przedstawię swoje argumenty, ale miałam na myśli to, że jest Pan na dyskusję otwarty, czemu kilkakrotnie wcześniej dał Pan wyraz i nie upiera się Pan bezwzględni przy swoim. Proszę też nie odbierać moich wypowiedzi jako zmierzających do przekonania Pana za wszelką cenę, raczej uzasadniam swoje stanowisko żeby nie być gołosłowną :) Pana interpretacja wydania książki jako równoznacznego z uznaniem, iż osiągnęła ona, posługując się Pana sformułowaniem, poziom „drukowalności”, jest w zasadzie logiczna. Inną rzeczą jest, że poziom drukowalności to pojęcie nieostre i to kolejny znak zapytania, ale do rzeczy. W mojej ocenie wyrażenie zgody na wydanie książki w opisywanym przez Pana przypadku nie spełnia warunku aktywnego czy też czynnego wprowadzenia w błąd. Niepoinformowanie autora o poziomie utworu to zaniechanie więc nie może być traktowane jako wprowadzenie w błąd co do tegoż właśnie poziomu. Podstawową zaś przeszkodą jest to, że przekazanie takiej informacji autorowi nie stanowi prawnego obowiązku firmy, a co więcej firma może sobie ten poziom ustawić jak chce, co widać po niektórych publikacjach. Osobiście należę do tych, którzy chcieliby zobaczyć jak biegły literaturoznawca opiniuje Greya, ale nie skrytykowałabym nikogo za to, że lubi co innego, niż ja i jeśli komuś ta książka sprawia przyjemność to bardzo dobrze. Natomiast sprytnie i logicznie przekuł Pan to zaniechanie w czynność czyli „wyrażenie zgody” , które ma implikować, że tekst został uznany za dobry, a tym samym autor wprowadzony w błąd. Ewentualnie i przy dużej dozie wyobraźni prawniczej ;) można w najlepszym przypadku uznać, że w opisanej przez Pana sytuacji mamy do czynienia z czymś na kształt czynności konkludentnej czyli takiej, do której doszło sposób dorozumiany (tzw. per facta concludentia). Jednakże taka czynność również nie spełnia przesłanki tego „czynnego” wprowadzenia w błąd bo nastąpiło to w sposób dorozumiany. Zaznaczam, że moja interpretacja jest i tak naciągana :) Jak zauważył Awdar, umowa wydawnicza nie jest umową rezultatu, tylko starannego działania. Proszę też pamiętać, że wszystkie znamiona czynu muszą wystąpić kumulatywnie, a jeśli strona uzyska wzajemne świadczenie to nie ma bezprawności, innymi słowy ten błąd - nawet gdyby wystąpił - jest irrelewantny. cdn.UsuńAnonimowy26 marca 2015 19:40Jeśli chodzi o płaszczyznę cywilnoprawną to nie chciałabym się wypowiadać na konkretnym przykładzie, ponieważ żeby odpowiedzieć na Pana pytanie dotyczące relacji Pani Nasiłowskiej i Psychoskoka w sposób odpowiedzialny musiałabym znać treść łączącej strony umowy. Mogę więc tylko wypowiedzieć się jak to generalnie i w dużym uproszczeniu wygląda. W przypadku stosunku zobowiązaniowego jakim jest umowa cywilnoprawna rozpatrujemy więc obowiązki jakie spoczywają na jej stronach. Jeżeli zobowiązania umowne nie zostały wykonane to przepisy kodeksu cywilnego oczywiście dają możliwość wytoczenia powództwa np. o naprawienie szkody. Czasem strony w umowie modyfikują tę odpowiedzialność (na co kc zezwala) np. przewidując kary umowne, więc każdy przypadek musi być rozpatrywany indywidualnie na podstawie konkretnej umowy przynajmniej w zakresie skutków danego naruszenia i konsekwencji przewidzianych w umowie bo mogą być one różne. Strony mogą w pewnych sytuacjach nabyć uprawnienie do odstąpienia od umowy i wówczas (jeśli umowa nie stanowi inaczej) zwracają swoje wzajemne świadczenia. Tych scenariuszy jest kilka dlatego w oderwaniu od umowy nie można wyciągnąć wniosków innych niż tylko ogólne. Ze znamionami przestępstwa jest łatwiej, nie ma aż tylu możliwości :) Natomiast gdyby pytanie miało dotyczyć tylko tego, czy w mojej opinii wystarczającym do żądania przez autora zwrotu pieniędzy byłby wyłącznie fakt niepoinformowania przez wydawnictwo autorki o poziomie jej utworu, to uważam, że nie byłoby to wystarczającą przesłanką aby wygrać sprawę na gruncie cywilnoprawnym. Uważam, że przy wyborze każdego kontrahenta, niezależnie czy jest to wydawnictwo czy telewizja kablowa, należy kierować się rozsądkiem, zrobić rozeznanie i dwa, albo i trzy razy się zastanowić jeśli ktoś na etapie negocjacji oferuje rzeczy niemożliwe lub wciska inne, oczywiste kity ;) UsuńAnonimowy26 marca 2015 19:43A teraz jak na kobietę przystało idę ugotować zupę ;)UsuńPaweł Pollak26 marca 2015 20:35Skoro tak mnie Pani chwali, że przyjmuję cudze argumenty, to nie pozostaje mi nic innego, jak przyjąć tę argumentację :-)UsuńOdpowiedzEviva23 marca 2015 20:08Ten komentarz został usunięty przez autora.OdpowiedzUsuńOdpowiedziAnonimowy23 marca 2015 20:12Jest internet, pewne rzeczy sprawdza się googlem w kilka minut. Nie ma niedoinformowania. I naprawdę lepiej nie porównywać czegoś naturalnego (chęć zostania matką) z realizacją swojej zachcianki.AwdarUsuńEviva23 marca 2015 20:19Uhm, tak można skwitować każde wielkie pragnienie - zdobycie ośmiotysięcznika, samotny rejs przez ocean itd.UsuńOdpowiedzEviva23 marca 2015 20:13To nie jest tak, że "kantowani chcą być kantowani". Wcale tego nie chcą. Przeważnie są ofiarami własnego niedoinformowania i cudzej reklamy. Wyjąwszy może recydywistów, takich jak ja. Ale ja to sprawa osobna i temat na osobne opowiadanie.Pragnienie ujrzenia swej książki drukiem jest porównywalne do przemożnego pragnienia zostania matką, które popycha niektóre kobiety do rozpaczliwych czynów. Niech mnie Borg zasymiluje, właśnie odkryłam czemu to przeważnie kobiety korzystają z vanity press! Ja być gieniuś!OdpowiedzUsuńOdpowiedziPaweł Pollak23 marca 2015 20:59Czy pani się upiła? Bo jeśli nie, to trzeba przyznać, że ma pani niezły tupet. Notorycznie mnie pani obraża, zarzuca hejtowanie i inne cudowne rzeczy bez silenia się na pół zdania uzasadnienia, rozpowszechnia kłamstwa, czego to niby o Grzebule nie napisałem, a potem pojawia się jakby nigdy nic na moim blogu i bierze sobie udział w dyskusji. Aha, zapomniała pani napisać, że recenzja książki Nasiłowskiej to plucie jadem wynikające z moich problemów psychiatrycznych. Czy też Nasiłowska w przeciwieństwie do Grzebuły nie jest pani koleżanką, więc ma pani gdzieś, co się o jej książce pisze? UsuńEviva24 marca 2015 09:42Nie piję, jak co poniektórzy. I to, co piszę, jest daleko grzeczniejsze niż Pana wypowiedzi Jakie to niby kłamstwa rozpowszechniam? Że Jaśnie Pan cierpi na przerost ego i niezdrową fascynacje życiem innych? To akurat prawda. I nie, pani Nasiłowska akurat moją koleżanką nie jest i nie znam jej książki - a książki Marty znam. Zaś plucie jadem - mój Boże! To dla Pana charakterystyczne, po co mam się powtarzać? Gdybym to ja zaczęła na swym blogu notorycznie obrabiać dupę jakiemuś pisarzowi, byłby powód do zdziwienia, ale że Pan to robi? Normalka. Równie dobrze mogłabym mieć pretensję do gza, że kłuje.UsuńPaweł Pollak24 marca 2015 15:29Tak, kultura pani wypowiedzi to aż bije po oczach. Jakie kłamstwa pani rozpowszechnia? Ano takie, że posuwałem się wobec Grzebuły do gróźb typu „wykończę tę grafomankę”. To, że przejawiam „niezdrową fascynację życiem innych”, też jest kłamstwem. A właściwie potwarzą. Wygłoszoną w typowym dla pani stylu, czyli gołosłowne stwierdzenie bez cienia cytatu czy kawałka uzasadnienia. Dobrzyńska nie musi nic uzasadniać, Dobrzyńska jest sędzią najwyższym i ona po prostu feruje wyroki. A jak poproszę o wskazanie postu, w którym zajmowałem się życiem innych, to pani po prostu zabierze dupę w troki, nie przepraszając za kalumnię i nie podejmując polemiki, bo tak się pani właśnie zachowuje. Pani ma bardzo silnie rozwinięty mechanizm projekcji, bo notorycznie oskarża pani innych o swoje zachowania. To właśnie pani, nie potrafiąc odpowiedzieć merytorycznie na krytykę, zajmuje się ustalaniem, jak wygląda życie prywatne „hejterów”. Pani poziom intelektualny jest tak żenujący, że nie potrafi pani dostrzec, że nie zajmuję się życiem innych, tylko tą częścią ich działalności, która z definicji jest publiczna. A może się mylę? Może dla was, grafomanów… przepraszam, self-publisherów wprowadzono jakieś nowe reguły? O waszych pseudopowieściach wolno pisać tylko pozytywnie, a jeśli ktoś dostrzeże i punkt po punkcie wykaże, że to dno, jest hejterem, pluje jadem i obrabia dupę? Tak? Przez aklamację uznajemy, że książki grafo… self-publisherów są wybitne i koniec tematu? Proszę mi wyjaśnić te nowe standardy w krytyce literackiej, bo ja nie rozumiem, ani skąd się wzięły, ani dlaczego mają obowiązywać. A jeśli te wasze książki są tak świetne, to jak to się dzieje, że pani nie potrafi w obronie swojego opowiadania czy tekstów Grzebuły napisać pół zdania merytorycznej polemiki? Wykazać, że wytknięte błędy wcale nie są błędami? Jak to się dzieje, że jedyna odpowiedź na jaką panią stać, to personalna napaść na krytyka? UsuńFenrir25 marca 2015 17:30"Pragnienie ujrzenia swej książki drukiem jest porównywalne do przemożnego pragnienia zostania matką, które popycha niektóre kobiety do rozpaczliwych czynów. "I chyba tu kończy się możliwość w ogóle podjęcia dyskusji z tą panią...UsuńPaweł Pollak26 marca 2015 19:20No i się nie pomyliłem. Kłamliwa [proszę sobie samemu wstawić niecenzuralne określenie] nie ma najmniejszego zamiaru udowadniać swoich oszczerstw ani za nie przepraszać. UsuńOdpowiedzJasiek Burski24 marca 2015 11:44Tylko niestety nie widzi Pani, Pani Evivo, różnicy między obrabianiem komuś dupy, a krytykowaniem czyjejś twórczości.Obrabianiem dupy jest to, co Pani pisze o Panu Pollaku (obrabiacz dupy, plujący jadem z przerośniętym ego), a krytyka jest tym, co pisze Pan Pollak o twórczości Nasiłowskiej - rzeczowe wytknięcie błędów.Na potrzeby Pani retoryki można jednak przyjąć, że Paweł Pollak obrabia dupę Nasiłowskiej - wytykając jej błędy. Co znamienne, Pani de facto zgadza się we wcześniejszych komentarzach z tym co Pan Pollak o tym napisał...To jak to jest? Obrabia pani te dupy czy nie? A może obrabia je Pani po prostu grzecznie?OdpowiedzUsuńAnonimowy26 marca 2015 15:27Pomijając praktyki firm oferujących wyroby książkopodobne, jest jeszcze coś, o czym nie należy zapominać, mianowicie nastawienie klientów tego typu firm. Wyraża się ono w stwierdzeniu: "A co mi tu będzie jakiś ciul poprawki wprowadzał w moim doskonałym tekście." Myślę, że nie tylko z braku doświadczenia i z powodu nieznajomości realiów, tej redakcji nie ma. Do głosu dochodzi rozbudowane ego. Reagowanie na recenzje tak, jakby ktoś szanownemu autorowi wetknął pod ogon cebulę, jest tylko potwierdzeniem tej teorii. Na pewno brak jakiejkolwiek redakcji, szczególnie, gdy ktoś za nią zapłacił, jest oszustwem. Ale istnieje też ta druga strona medalu.Shirin KaderOdpowiedzUsuńAnonimowy26 marca 2015 23:33Dziękuję, że opisuje Pan disco-polo literatury. I nie tylko ze strony pisaniny autorów, co najłatwiej wytknąć, ale również od strony redakcji, itp. Nie jest Pan w środku tego wszystkiego, ale potrafi Pan wyciągnąć ciekawe wnioski. Żal mi tylko ludzi tam pracujących, bo być może nie mają wyjścia i pracują, gdzie mogą, a sami widzą jaka jest "zastana rzeczywistość". To trochę mi przypomina wiele firm, w tym ta o której było głośno jak Empik, gdzie sposób prowadzenia biznesu zaniża standardy właśnie tego, czego oczekujemy, że będzie na wysokim poziomie.Jeśli takie wydawnictwa (celowo nie powielam nazwy, bo chodzi o ogólny problem) zarabiają, mają finansową rację bytu to jedyne co można robić to ostrzegać. Nie o konkretnych firmach, bo nazwy się zmieniają, ale o znanym mechanizmie. Z iluzoryczną korektą, dziwnie skonstruowanymi umowami, płaceniem za własną pracę czy też żałosny marketing. Oczywiście część autorów i tak pójdzie do nich, z różnych powodów - najczęściej będą to grafomani, ale reszta przynajmniej nie straci czasu, nerwów i będzie potrafiła zawczasu ominąć to całe towarzystwo. Dlatego uważam, że robi Pan dobrą robotę. Podobają mi się Pana pobudki, zna Pan swoją wartość i jeśli nawet Pana nazwisko jest bardziej rozpoznawalne dzięki tym wpisom to jestem, że ryzyko jaki Pan ponosi jest duże. Od miłości do nienawiści droga niedaleka i znajdą się ludzie, którzy nie rozumiejąc meritum sprawy będą przylepiać Panu niesprawiedliwe etykiety.Sądzę jednak, że na dłuższą metę Pana działanie przyniesie mnóstwo pożytku i trzymam kciuki za dalsze chęci.Zwykły czytelnik PawełOdpowiedzUsuńOdpowiedziPaweł Pollak27 marca 2015 12:06Dziękuję za ten głos.UsuńOdpowiedzAnonimowy27 marca 2015 12:57Panie Pawle, dziękuję bardzo za świetne, przemyślane i rzetelne teksty. Właśnie zostałem Pana fanem.Z szacunkiem Tłumacz literatury anglojęzycznejOdpowiedzUsuńOdpowiedziPaweł Pollak28 marca 2015 07:58Miło mi :-)UsuńOdpowiedzAnonimowy27 marca 2015 16:54Jak ukrócić te praktyki? Punkt 2 "Wydanie bez przejmowania autorskich praw majątkowych na wyłączność (opublikowanie dzieła ze współfinansowaniem Autora)." http://novaeres.pl/publikuj_w_novae_resWspółfinansowanie? Przecież oni żyją z pieniędzy naiwniaków.I granda: "Autor otrzymuje wynagrodzenie tantiemowe w wysokości 20% od ceny każdego sprzedanego egzemplarza książki drukowanej oraz 25% książki elektronicznej," Dwadzieścia procent może wynegocjować poczytny autor bez płacenia za wydanie. Jeśli ktoś dał się nabrać na podobną ofertę i nadal korzysta z usług podobnych firm, zamiast wydawać kolejną książkę, powinien wybrać się na wizytę do psychologa. Mówię całkiem poważnie.OdpowiedzUsuńOdpowiedziAnonimowy9 kwietnia 2015 10:30Mniej histerii, więcej rozumu, przecież nikt nikogo nie zmusza do przyjęcia jakiejkolwiek oferty. Nie chcesz to nie przyjmujesz, proste. UsuńOdpowiedzAnonimowy27 marca 2015 23:36He, he, he... z nimi też rozmawiałam swego czasu. I tu też jest haczyk :) Dają autorowi 20% nie ceny okładkowej, ale ceny zbytu. Czyli 10% okładkowej.Wszędzie haki.Pola PaneOdpowiedzUsuńAnonimowy6 kwietnia 2015 02:00Toż mówię, że ludzie podpisujący podobną umowę powinni mieć pretensje do siebie. Płacą za wydanie książki i firma-hiena łaskawie odpala im 20% od egzemplarza, za którego przygotowanie do wydania i druk przecież zapłacili (+ ich marża), i to no powinien im kapnąć niewielkim procencikiem za fatygę. OdpowiedzUsuńMarre S29 czerwca 2015 11:34Niby jestem świadoma takich zjawisk, ale... o jejku, tak można?! Tak pisać w ogóle można i sądzić, że ktoś będzie w stanie to czytać?! (Wymiękłam gdzieś w połowie czytania).OdpowiedzUsuńDodaj komentarzWczytaj więcej...