Source: http://www.aferyprawa.eu/Prawo/Szczygiel-niezawislosc-sedziowska-SADY-NIEZAWISLE-CZY-SKORUMPOWANE-opracowanie-analityczne-obnazajace-patologiczne-mechanizmy-polskiego-sadownictwa-1290
Timestamp: 2020-07-12 18:07:53
Legal References Found: Art. 79

Art. 39

Art. 79
 Art. 45
 Art. 23
 Art. 386
 Art. 178
 Art. 22
 Art. 22
 Art. 23
 Art. 4
 Art. 105
 Art. 231
 Art. 115
 Art. 5
 Art. 13
 Art. 6
 Art. 17
 Art. 18
 Art. 32
 Art. 1
 Art. 30
 Art. 3
 Art. 231
 Art. 54
 Art. 13
 Art. 2
 Art. 13
 Art. 58
 Art. 58
 Art. 230
 Art. 22
 Art. 45
 Art. 79

Document Content:
Aferyprawa - Szczygieł - niezawisłość sędziowska SĄDY NIEZAWISŁE CZY SKORUMPOWANE? - opracowanie analityczne, obnażające patologiczne mechanizmy polskiego sądownictwa.
Aferyprawa.com Prawo Szczygieł - niezawisłość sędziowska SĄDY NIEZAWISŁE CZY SKORUMPOWANE? - opracowanie
AFERY PRAWA ADAM SZCZYGIEŁ OPRACOWANIE ANALITYCZNE PATOLOGICZNY MECHANIZM POLSKIEGO SĄDOWNICTWA
W treści:* Odkrywamy tajemnice niezawisłości
* Niezawisłość administracyjna i absolutna
* Jak zabezpieczono nas, a jak układy?
(odkrywamy sędziowski system zamkniętego koła)
* W niezawisłość można też łaską
(wgląd w państwo... w państwie)
* Niezawisłość od obywatela
* Prawdziwi sędziowie a dzisiejsi
* Mechanizmy rzeczywistego sądownictwa
* Czas destylacji - jak naprawiać?
* Przyglądajmy się praktyce
* Wynikowa formuła niezawisłości
Kiedy ma się świadomość patologicznego stanu polskiego sądownictwa, a wciąż słyszy z ust różnych osób publicznych - i to nawet takich, względem których miałoby się podstawy do zgoła innych oczekiwań - notorycznie pojawiające się, a czasami nawet wręcz dumne podkreślanie, jak to rzekomo mamy w kraju niezawisłe sądy, to problem w końcu musi dotrzeć do stadium wymuszającego głębsze się nim zajęcie... I tu na samym starcie, ta różnorodność głosów biorących udział w rozpowszechnianiu tak szkodliwej społecznie propagandy, wskazuje na przynajmniej trzy powody jej pojawiania się. Są to: ślepe naśladownictwo, wymuszona dostosowalność i... własny interes... Czy jednak za te ułomności życia publicznego musi płacić zwykły obywatel? Ile potrzeba czasu, aż takim zjawiskom zostanie położony kres? I czy w ogóle, bez odpowiedniej interwencji społeczeństwa jest to realne? Jedno jest pewne, aby każdy obywatel mógł z dostateczną dozą pewności siebie, w ogóle myśleć o przeciwstawianiu się takim publicznym wynaturzeniom, musi posiadać odpowiednią wiedzę. Spróbujmy więc właśnie, wyjść temu naprzeciw...
Roznoszone mity okazywane są w dwóch podstawowych ujęciach zlewających się w jedną formę. Pierwszym jest właśnie bezpośrednie wbijanie społeczeństwu w głowy, że sądy w Polsce są niezawisłe, a drugim wmawianie, że wyroków sądowych się nie komentuje. W sumie tworzy to bajkową renomę sądom, ale tajemnicze środki za pomocą których uzyskano tak niesamowite efekty, kreują się tylko gdzieś w sferach naszych podświadomości, bezpodstawnie umacniając nas w tym narzuconym, fałszywym przekonaniu. Jednakże już praktyczny kontakt z tymi "sądowymi aniołami", nawet przy urodzeniu w czepku może zaszczepić wątpliwości, przy mniejszym szczęściu... zrujnować legendę. Jednak wobec tego, że Sądy nie zwykły okazywać swoich chorób w obliczu kamer, a te kamery z kolei nie zwykły bezinteresownie - a tym bardziej na wymaganą skalę - zajmować się niewpływowymi obywatelami, fikcja upowszechniała się na dobre. W takiej więc sytuacji, długo prawdę znały w zasadzie tylko same ofiary wymiaru niesprawiedliwości, które wprawdzie - w rozsianych po całym kraju zaciszach sądowych - coraz intensywniej zwiększały swe grono, jednak jako pojedyncze, a szczególnie niezorganizowane jednostki, nie miały wiarygodnego głosu. Zasada jest prosta: najpierw układ odbiera ci możliwości obronne, a później "przegrany" nie może przecież podważać takich "autorytetów"! I dlatego m. in. właśnie, "sądy wciąż są niezawisłe", a "wyroków wciąż się nie komentuje". Ustawione na sprzyjającą falę wyobrażenie większości, jest jakby podstawą do spokojnej egzystencji każdego takiego, karygodnego procederu. Tej większości, która wprawdzie nie zetknęła się z prawdziwą - tutaj sądową - rzeczywistością, ale za to spotkała się z "rzeczywistością" medialną. A w tej sferze, nawet jeszcze wspieraną fikcyjną, ale dogodną teorią prawną (np. kodeksy etyczne). Później wystarczy dbać o byt mitu, a zarażony nim ogół, jeszcze dopomoże w jego rozwoju... No cóż, na wszystko przychodzi jednak też kres, a autor - oszczędzając już Państwu rozczarowań praktycznych - postara się tę "mitologię" doszczętnie zburzyć i w założeniu dać mocny sygnał w stronę eliminacji takich i tym podobnych zjawisk...
SĄDY CZY SĘDZIOWIE?
Zanim jednak zaczniemy drążyć temat, proponuję zastanowić się nad pewnymi rozbieżnościami, aby jednoznacznie ustalić, o czym dokładnie tu mówimy czy myślimy? O niezawisłości sądów czy niezawisłości sędziego? Okazuje się bowiem, że niewłaściwe zrozumienie tej zależności może właśnie szczególnie dopomagać temu niepożądanemu zjawisku. Odnosi się bowiem wrażenie, że raczący nas wskazanymi przekonaniami niektórzy ludzie mediów, jakby myśleli o drugim, a mówili o pierwszym. A tymczasem prawdziwa niezawisłość sądowo-sędziowska sprowadza się do jednego wspólnego mianownika, ale we właściwym zrozumieniu. Chodzi o to, że niezawisłość (niezależność) strukturalna sądów - nawet jakby działała - jest błahostką w problemie jakim jest sama niezawisłość sędziowska, do której sprowadza się cały problem. Sądy mogą bowiem być teoretycznie niezależne administracyjnie czy też niezależne politycznie (co jak pokazało życie, nie zawsze jest jednak wskazane), ale niezawisłość sędziowska może nie działać i robić szkodę. Jeśli jednak ta niezawisłość będzie działa, to dopiero sądy będą niezawisłe w prawdziwym tego słowa znaczeniu... i to nawet jakby niezależność strukturalna nie działała. Tak więc, kluczem do wszystkiego jest ta elementarna niezawisłość sędziego, od której w zasadzie wszystko zależy! Czyli więc, używając zwrotu "niezawisłe sądy", powinniśmy mieć na myśli wyłącznie takie sądy, w których sędziowie są niezawiśli, gdyż bez tego, inna niezawisłość czy niezależność, nie ma dla nas praktycznie żadnego znaczenia...
ODKRYWAMY TAJEMNICE SĘDZIOWSKIEJ NIEZAWISŁOŚCI
I tu właśnie powstaje problem. Okazuje się bowiem, że we współczesnej Polsce niezawisłych sędziów - w globalnym znaczeniu - nigdy nie mieliśmy, a wyroki powinno się komentować wręcz hurtowo, przy każdej sposobności. O prawdziwej niezawisłości nie mogliśmy nawet pomarzyć, ponieważ najwyraźniej "zapomniano" o to w ogóle zadbać. Po prostu, wstawiono to sobie do Konstytucji i w kółko powtarzano, że mamy - w złudnym sensie - niezawisłe sądy... i tyle. Jednak wobec tego, że te jakoś same nie chciały się nimi stać - a nawet wręcz przeciwnie - to też bez odpowiedniego nadzoru, coraz bardziej się od tego jeszcze oddalały. Tak, aż w końcu osiągnęły dzisiejszy stan, zupełnej - choć wciąż publicznie utajnionej - degeneracji... Spróbujmy więc, to sobie konkretnie wyjaśnić, najpierw poszukawszy odpowiedzi na elementarne pytanie: co to w ogóle jest niezawisłość sędziowska?
Encyklopedia multimedialna PWN z 1998 roku podaje nam, że jest to:
"... zasada wymiaru sprawiedliwości, wg której sędzia rozstrzygając sprawę podlega wyłącznie ustawie i swemu wewnętrznemu przekonaniu; nie może być krępowany administracyjnymi instrukcjami."
Natomiast w internetowej Wikipedii w 2005 roku mogliśmy spotkać się z taką oto jej definicją:
"... konstytucyjna zasada wymiaru sprawiedliwości, zgodnie z którą sędzia rozstrzygając sprawę podlega wyłącznie ustawie i nie może być uzależniony od żadnej władzy administracyjnej."
Czy tak właśnie wyobrażają sobie Państwo sędziowską niezawisłość, która miałaby służyć zwykłym obywatelom do sprawiedliwego rozstrzygania ich spraw? Otóż, obie formułki mają istotne braki i niosą zmylne przesłania. Pierwsza byłaby nawet, choć pozornie bliska wymogom, ale dostawione - ponadto o zagadkowym sensie (np. patrz: Art. 79 Prawa o Ustroju Sądów Powszechnych) - zdanie o administracji, wypacza całość. Drugiej - która jeszcze wyraziściej opiera się na trendzie administracyjnym - nawet jeszcze dalej do ideału. Zanim jednak to sobie lepiej wyjaśnimy, zajrzyjmy może przedtem ostrożnie do Konstytucji RP, aby sprawdzić czy czasem już na tym etapie nie zostaliśmy załatwieni...
Uff, mamy szczęście. Wychodzi na to, że ustawodawca jednak wiedział jakiej niezawisłości potrzebuje obywatel. Nie precyzując interesującego nas pojęcia, jednocześnie wyraża go w sposób jednoznaczny i bezwzględny. Czy już dostrzegli Państwo na czym polega kluczowa różnica? Otóż...
... sędzia ma być niezawisły od wszystkiego (!!!), a nie tylko od administracji!
I to jest dopiero podstawa do prawdziwego wypełniania zadań sądów. Istnieją bowiem istotniejsze pola niezawisłości, do których powinni być przystosowani (uodpornieni) sędziowie. A w ten sposób, jak byśmy na dobre rozwikłali nieporozumienie. Otóż jak widzimy, ta cała huczna propaganda dotycząca polskich sądów opierała się wyraźnie na podłożu "niezawisłości administracyjnej", czyli od struktur aż po samych sędziów, miała na myśli wyłącznie taki wymiar. Oczywiście, tej prawdziwej niezawisłości i tak nikt nie mógł głosić, bo jej po prostu nie było. Jednak trzeba tu mocno podkreślić, że szkodliwość problemu tej propagandy polega właśnie na tym, że atakuje umysły ludzkie w sensie niezwykłej wagi otrzymanego dobrodziejstwa. Tak więc, samoistnie wmawia społeczeństwu, że to coś niezwykle ważnego i wielkiego, coś co niejako załatwia problem, a w ten sposób po prostu, podszywa się pod tę oryginalną niezawisłość, a więc taką, jaka by nas satysfakcjonowała, ale która wciąż może pozostawać jedynie w sferze marzeń.
I ten nurt jak widać, tak się rozpowszechnił, że nawiedził nawet typowe - wydawać by się mogło, że bezinteresowne - źródła wiedzy, które w ten sposób wspomagają proceder. Każda formułka ubarwiona w nawiązanie do administracji bez wyraźnego wskazania prawdziwej istoty niezawisłości, będzie dalece zmylna, gdyż taka niezawisłość, to tylko cząstka problemu, a jeszcze musiałaby działać. A bez zadbania o elementarne podstawy, jakie są potrzebne do zbudowania w ogóle jakiejkolwiek niezawisłości, nie można przecież myśleć o skutecznym funkcjonowaniu nawet tej kamuflażowo wyróżnianej, administracyjnej... Doprecyzowań wymagają też nawiązania do postępowania sędziego na podstawie jego wewnętrznego przekonania. Oczywiście, niezawisłość polega przede wszystkim na tym, że sędzia nie może ulegać naciskom zewnętrznym, ale to też nie oznacza, że może sobie wydać wyrok, jaki jemu akurat pasuje. Musi się to odbywać na bazie odpowiednich reguł nie omijających prawa i nie uciekających od rzeczywistej istoty sprawy. Ktoś kto nie zna prawdziwych realiów sądowych, mógłby sobie w tym miejscu pomyśleć, że jest to przecież oczywiste. No właśnie, to rzeczywiście jest oczywiste, ale - jak się okazuje - tylko dla nas, bo niestety, zbyt powszechnie nie dla sędziów. Tak zaawansowana - wspierana bezkarnością - sądowa patologia, dawno pozbyła się bowiem granic, choćby tylko przyzwoitości, w obchodzeniu najczytelniejszych nawet zasad, a motywem może tu być nawet zwykła korporacyjna solidarność. Jedno wiąże się z drugim, a więc przede wszystkim właśnie z układami, ale przecież również z nieodpowiedzialnością i niekompetencją...
Szczególnie w takim właśnie patologicznym stanie, zespół różnorodnych form wypaczonych informacji - m. in. utajniający największe zagrożenia, jakie stale czyhają na zwykłego obywatela - ma także swój udział we wspomaganiu przyzwolenia dla ludzi korporacji do korzystania z tych niecnych możliwości. Dlaczego np. społeczeństwo jest oficjalnie motane fikcyjnie zbawienną, teoretyczną niezależnością sędziego od administracyjnej władzy, skoro uzależnienie sędziów od np. adwokatów, bogatych przedsiębiorców, różnych znajomych czy też kolegów po fachu, stanowi znacznie obszerniejsze i istotniejsze zło, przed którym należałoby zabezpieczyć obywatela, a tymczasem takie - niezwykle ważne dla nas - pola, pozostają gdzieś daleko poza kadrem? A w ten sposób, obywatel po cichu jest ogołacany z potrzebnych i należnych mu ochron. Należy tu przecież pamiętać, że niezawisłość sędziowska nie powstała dla ochrony sędziego, lecz właśnie obywatela! Sędzia, zasadzie niezawisłości tylko podlega. Jednak ta podstawa tej zasady jest dzisiaj przewrotnie wykorzystywana... Tak czy inaczej, wprawdzie proste encyklopedyczne formułki nie przedstawiły należycie tematycznego pojęcia, ale na pewno otworzyły nam szerzej oczy na ten problem...
NIEZAWISŁOŚĆ ADMINISTRACYJNA
Zanim jednak, zaczniemy brać się za najistotniejsze aspekty zagadnienia, najpierw postaramy się prześledzić również tę "słynną", niezawisłość administracyjną. Po prostu, sprawdzimy czy rzeczywiście sędzia nie jest "krępowany administracyjnymi instrukcjami" i nie jest uzależniony "od żadnej władzy administracyjnej", jak podały nam to zacytowane źródła. Rozpoczynając od wstępnego przyjrzenia się strukturze powszechnego sądownictwa, dostrzeżemy, że to w zasadzie to samo, co w innych pionach. Łącze od ministra sprawiedliwości - a w zasadzie od premiera, a nawet prezydenta - prowadzi aż do samego dołu. Oczywiście, konieczne jest tu odnotowanie, że w międzyczasie - po ostatnich, przeciwstawnych wręcz przeobrażeniach na samej górze (zmiana partii rządzącej z SLD na PiS) - zmieniły się zasadniczo realia dotychczasowych zależności, jednak nie zmienny pozostaje fakt, że spośród istniejących możliwości, zawsze przede wszystkim należałoby sprawdzić grubość tej podstawowej nici niezawisłości, jaka przebiega pomiędzy sędziami a ich najbliższymi przełożonymi...
Aby czytelniej zrozumieć problem, zajrzyjmy na chwilę do standardowego biura i odpowiedzmy sobie na pytanie dotyczące podstawowej różnicy, jaka występuje pomiędzy taką właśnie działalnością a działalnością obecnego, teoretycznie niezawisłego sądu... Otóż, w zasadniczym ujęciu powinna ona polegać przede wszystkim na tym, że w przeciwieństwie do klasycznych urzędników, sędziowie są odrębnymi jednostkami, więc prezes czy przewodniczący wydziału nie mogą pełnić nad nimi roli kierowniczej w zakresie przedmiotowym (sądowym), lecz tylko na ew. polu administracyjnym (służbowym). Inaczej mówiąc, przełożony administracyjny (służbowy), teoretycznie nie może ingerować w prowadzenie sprawy przez sędziego... Na tym tle zapoznajmy się więc, z takimi oto dwoma przepisami z Prawa o Ustroju Sądów Powszechnych, a więc ustawy, która reguluje zasady funkcjonowania pospolitych sądów.
Art. 39. Czynności z zakresu nadzoru nad działalnością administracyjną sądów nie mogą wkraczać w dziedzinę, w której sędziowie są niezawiśli.
Art. 79. Sędzia nie może, powołując się na zasadę niezawisłości sędziowskiej, uchylić się od wykonania poleceń w zakresie czynności administracyjnych, jeżeli z mocy przepisów ustawy należą do obowiązków sędziowskich, a także poleceń dotyczących sprawności postępowania sądowego; może jednak domagać się wydania polecenia na piśmie.
Już na pierwszy rzut oka możemy ocenić, że pomiędzy tymi dwoma artykułami przebiega bardzo wątła nić, a w którą stronę zwykle przechyla się szala w takich sytuacjach - czyli w relacjach przełożony/podwładny - moglibyśmy na razie ostrożnie powiedzieć, że się domyślamy. Oczywiście, nasze spekulacje szybko rozwiewa skupienie uwagi na narzucie podporządkowania się sędziego do tajemniczych poleceń z zakresu "sprawności postępowania sądowego"? No bo, co to znaczy? Najpierw zrób to, a potem tamto i pośpiesz się? Czy może wyraziściej: odrzuć ten dowód, a ten wniosek oddal, tamtemu każ zapłacić, a jeszcze innego wreszcie zamknij...? Każdy, kto zna realia sądowe i zakresy omijania prawa przez to środowisko, wie co to znaczy. To znaczy... "wszystko"! Jednak nie bądźmy znów tacy energiczni. Zapoznajmy się teraz z takim oto artykułem z tej samej ustawy, ale przeczytajmy go bardzo uważnie...
§ 1. Sędziego w jego czynnościach może zastąpić sędzia tego samego sądu, a także delegowany sędzia sądu równorzędnego lub bezpośrednio wyższego albo bezpośrednio niższego.
§ 2. Zastąpienie, o którym mowa w § 1, może nastąpić na podstawie zarządzenia przewodniczącego wydziału lub prezesa sądu, wydanego na wniosek sędziego albo z urzędu, w celu zapewnienia sprawności postępowania.
Jeśli ktoś miał jeszcze dotąd wątpliwości, to te dwa paragrafy zawarte w Art. 45, właśnie powinny jednoznaczne je rozwiać. Jak widzimy każdego sędziego "o każdej porze dnia i nocy" może zastąpić dowolny inny sędzia. A to wespół z wcześniej okazanym przepisem stanowi już możliwość zupełnie dowolnej ingerencji w sędziowską niezawisłość. Jak bowiem przychodzi "nagła potrzeba" zmiany kierunku postępowania, to wówczas dla "zapewnienia jego sprawności", może śmiało zostać przydzielony swój sędzia, jeśliby np. jego poprzednik nie chciał należycie go "usprawniać". A jak kroi się coś większego i trzeba jeszcze bardziej "usprawnić postępowanie", to może nim być choćby sam przewodniczący wydziału, któremu zresztą to stanowisko powierzył wcześniej prezes sądu, a który notabene swoją funkcję zawdzięcza zasadniczo też kolegom (np. prześledźmy sobie samodzielnie paragrafy dotychczasowego Art. 23 Prawa o Ustroju Sądów Powszechnych), niekoniecznie tylko po fachu. Jak widzą Państwo naprawdę trudno, aby takie przepisy, wsparte takimi zależnościami, mogły służyć jakiejkolwiek niezawisłości, a najistotniejszym problemem jest tu przecież fakt, że okazanym zagrożeniom w skutecznej realizacji nikt nie przeszkodzi, gdyż praktycznie wszyscy są tu nietykalni, a już na pewno względem zwykłego obywatela...
To tylko tematyczny urywek "złych omenów", a warto jeszcze dodać, że w zanadrzu istnieją takie przepisy jak np. Art. 386 Kodeksu Postępowania Cywilnego, który może być przewrotnie wykorzystywany dla podobnego efektu, a co wymagałoby osobnych wyjaśnień. Jednak w takich kwestiach należy zawsze przede wszystkim pamiętać, że sądy i tak nie przestrzegają prawa - szczególnie tego, które ich dotyczy - więc i bez sojuszniczych przepisów mogą sobie doskonale poradzić. Zresztą w podobnych relacjach ważnym kluczem do wszystkiego jest stosunek osobisty. A należy się spodziewać, że wobec istniejących realiów, nawet uczciwi sędziowie - będący niestety, na widocznym wymarciu - muszą stawić czoła istotnemu dylematowi, związanemu z ochroną sumienia i... nie narażaniem się przełożonym. Tak więc, gdyby nawet bezpośrednia elastyczność "sprawności postępowania", okazała się niewystarczająca, ostatecznie sędzia może sobie np. "zachorować" czy też pójść na urlop, a co przecież właśnie także objawiała nam praktyka...
Podsumowując wewnątrzsądową sferę niezawisłości administracyjnej, trzeba zaznaczyć, że autor odnosiwszy się do przepisów, które stwarzają możliwości ingerencji w tę niezawisłość, nie szukał sposobów ich korygowania - ponieważ sądownictwo wymaga bardziej zaawansowanych modyfikacji, do czego nawiążę dalej - lecz za ich pomocą starał się okazać, że nawet w przepisach prawa trudno dopatrzyć się działania niezawisłości, która z takim rozmachem jest publicznie eksponowana. Oczywiście - jak wspominałem - sfera teoretycznej niezależności strukturalnej jest tu mało istotna, bo wszystko opiera się przede wszystkim na niedostępności do samych sędziów, którzy mają być po prostu niezawiśli hermetycznie, ale wszelkie powszechne możliwości ingerencji łączy ta sama główna zależność, którą za chwilę się zajmiemy... Natomiast skonfrontowanie teorii z głębią patologicznej rzeczywistości, której tu jeszcze nie zdążyłem okazać, mogłoby przynieść dosadniejszą odpowiedź na postawione wcześniej - nie do końca porównywalne, ale sugestywne - pytanie "biurowo-sądowe". Otóż, odpowiedź ta mogłaby się np. zawrzeć w pozornym paradoksie, okazującym, że brak bytu teoretycznej zasady niezawisłości w klasycznych biurach ogranicza ilość nadużyć, bo w ten sposób urzędnicy spoza kierownictwa mają znacznie mniejsze możliwości osiągania nieuprawnionych korzyści! Dziś w polskim sądzie, warunki do "kręcenia lodów" mają niemal wszyscy, bo mamy tutaj do czynienia z układami znacznie bardziej rozwiniętymi i otoczonymi znacznie mocniejszym murem bezkarności. Proszę pamiętać, że nacisk kładliśmy tu właściwie tylko na przełożonych, a przecież niezawisłość sędziego w samym sądowym obrębie musi stawić czoła także innymi zagrożeniom. W końcu stałe otoczenie stanowią tu również inni sędziowie, a także np. adwokaci, prokuratorzy i inni z tej sfery, którym bardzo zależy na konkretnym wyniku, a to ich wspólny chleb...
NIEZAWISŁOŚĆ ABSOLUTNA
Tak więc, jak widać nawet ta "najzwyklejsza" niezawisłość administracyjna jest mitem, mimo że ona i tak nie stanowi wiodącego problemu w sferze skuteczności tego najistotniejszego dla nas zabezpieczenia. A skuteczna niezawisłość, to zapewnienie każdemu członkowi naszego społeczeństwa, optymalnej ochrony przed wszelkimi nieuprawnionymi wpływami na sędziów! Przy czym należy tu pamiętać, że w skład tych wpływów może wchodzić również samo przygotowanie sędziego do zawodu oraz określone użytkowanie przez niego nabytych doświadczeń względem własnej osobowości. Sędzia musi bowiem reprezentować całkowicie neutralne stanowisko, a więc powinien być niezawisły także od różnorodnych sfer poglądowych i uprzedzeń (np. od religii, filozofii, polityki i światopoglądów czy też dyskryminacji), ale także od opinii publicznej i krytyki, nie wspominając już o szantażach i podobnych formach perswazji. Tym niemniej, w obecnej codzienności najpowszechniejsze niebezpieczeństwa, którym przede wszystkim trzeba się przeciwstawić, sprowadzają się głównie do sfery układowej i materialnej. A czy domyślają się więc Państwo, co jest największym naszym wrogiem? Otóż...
Największym wrogiem każdej niezawisłości w systemie jest... ZNAJOMOŚĆ, bo to ona tworzy niepożądane ścieżki łączące ludzi, organizacje i struktury!
Znajomość niweczy wszystko, a więc nawet niezawisłość (niezależność) strukturalną. Aby to sobie uświadomić, wystarczy odpowiedzieć na jedno z wielu równorzędnych i prostych pytań, np.: jaki wpływ na decyzje sędziego Kowalskiego i efekty prowadzonej przez niego sprawy, może mieć przykładowo prezydent miasta Iksowo? Ano tak duży, jak duża jest jego znajomość, np. z prezesem sądu (niekoniecznie tego właściwego)! Dalszą drogę w zasadzie już poznaliśmy, ale istotę problemu znajomości - mimo jej niechlubnej sławy - trzeba jednak postarać się głębiej zrozumieć...
Już sami, na bazie codziennego życia, powinniśmy dostrzec, że nawet jednorazowe, krótkotrwałe zapoznanie się dwójki ludzi, może stanowić przesłankę, że kiedyś ktoś z tej znajomości skorzysta. Jednocześnie powinniśmy też zauważać, że obecne współżycie cywilizacyjne - a szczególnie to w sferze publicznej - jest tak patologicznie ukształtowane, że w ogóle osobom, które chcą efektywnie realizować jakieś swoje aspiracje czy potrzeby, nawet trudno jest nie popaść w jakąś negatywną zależność. To czyha na każdym kroku, więc nawet wybitnie uczciwy człowiek - w obliczu różnorodnych nieprzewidywalności i wymuszeń takiego życia - może znaleźć się w tak trudnych sytuacyjnie okolicznościach, że np. nie będzie mógł komuś czegoś tam odmówić. I już taka, zupełnie elementarna wiedza, podpowiada nam bardzo dużo. Otóż, sędzia obowiązkowo powinien zostać odizolowany od wszelkich możliwości kuszenia losu, czyli przede wszystkim od niepożądanych kontaktów! A w obliczu tego, od razu narzuca się tu konkretny wniosek, który wskazuje nam, że np. adwokat, prokurator czy inni z tego środowiska, nie powinni mieć w żaden sposób - poza niezbędnymi oficjalnymi spotkaniami, co do których i na których powinny być zachowane specjalne, rygorystyczne wymogi - jakiegokolwiek z nim kontaktu... Trzeba pamiętać, że np. adwokat, to oficjalne łącze ze światem zewnętrznym. Do niego przychodzą ludzie, płacą, wymagają... Tymczasem, jeśli nie są zachowane odpowiednie rygory, to adwokat prędzej czy później zaznajomi się - a w końcu nawet może i zaprzyjaźni - z sędzią. Wszystko jest kwestią czasu, a przecież uzyskanie istotnego dla efektów postępowania wpływu, może się już w zasadzie opierać na paru telefonach, kilku rozprawach, kilku rozmowach... A jeżeli adwokat i sędzia są odmiennej płci, to takie automatyczne oddziaływanie może szczególnie szybko przerodzić się w istotny wymiar, ponieważ może zbudować naturalną sympatię, która przy pojawieniu się sposobności, może nie umieć odmówić (zaznaczę, że tu nie chodzi o jakieś np. zakochanie, lecz o to swoiste oddziałowywanie, jakie zachodzi pomiędzy osobnikami płci przeciwnej)... Nawet spotkanie na prywatnym polu, to też tylko kwestia czasu i sposobności. "Wydrukowanie" jednej sprawy, to przedsionek do kolejnej, a biegnący czas, to zwiększająca się i utrwalająca ilość kontaktów oraz postępujące uzależnianie się sędziów...
I jeżeli teraz zajrzymy teoretycznym okiem do jakiejś tam pojedynczej grupy znających się nawzajem np. adwokatów, przykładowo po rodzinie - co w tej branży jest niestety, powszechną szkodliwością - czy po prostu z kancelarii, to wówczas możemy lepiej ogarnąć umysłem ten zgrozowy obraz rzeczywistości, jaki powstaje w przypadku nie zadbania tu o odpowiednie rygory. Mianowicie, jeśli każdy z tych adwokatów na bazie wieloletniej praktyki i dziesiątek czy nawet setek spraw, wypracował sobie wachlarz takich sędziowskich znajomości, to oznacza to tym samym, że wszyscy mają dostęp do wszystkich źródełek. Natomiast znajomość tylko jednego z tych adwokatów z reprezentantem innej grupy adwokatów, to kolejne oczka siatki, itd... itd... Tak więc, nie trzeba być nawet jasnowidzem, aby móc zasadnie założyć, że w takich warunkach sędzia, który po latach praktyki zostaje np. prezesem sądu, zabiera na to stanowisko zbiór uzależnień od sędziów, adwokatów i innych z tej branży, których łączy wspólny garnuszek. Jednak zanim Państwo sami odpowiedzą sobie, co może z tego ostatecznie wynikać, proponuję zaczekać na dalsze porcje informacji, które uściślą nasze rozważania.
W każdym bądź razie - jak pokazało nam życie - jeśli tak działające wspólne źródło dochodów, nie napotka na odpowiednie przeciwdziałania, to z biegiem czasu przyćmiewa cały sens egzystencji dziedziny do tego stopnia, że w końcu zwycięstwo w sprawie przestaje zależeć od jej realiów, zasad prawnych czy umiejętności adwokata, lecz tylko od siły układu i majętności klienta... Jednak powoli, nie zapędzajmy się, przedtem sprawdźmy dokładniej czy faktycznie obecna rzeczywistość może przedstawiać się aż tak czarno?
JAK NAS ZABEZPIECZONO?
Na tym tle, musimy przede wszystkim zastanowić się, co zrobiło państwo polskie, aby zabezpieczyć nas przed takimi właśnie zagrożeniami, opartymi na znajomościach budowanych na bazie niepożądanych kontaktów? Nie od dziś przecież wiadomo, że czyhają one na każdym kroku i mają w sobie ogromny potencjał infekcyjny, a więc wyjście naprzeciw zabezpieczeniu tego pola, musiało stanowić elementarną podstawę w zakresie budowy niezawisłości sędziowskiej. Naturalnie, jeśli ma ona rzeczywiście nam służyć, a nie tylko na papierze udawać swoje istnienie. No cóż, i tu właśnie natrafiamy na kolejne olśnienie, gdyż wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że nie tylko nie zrobiono nic w tym względzie, to jeszcze dokładnie odwrotnie!!!
Wypada zacząć od tego, że nawet wśród takiej gamy różnorodnych zasad prawnych, nie widać konkretnych przepisów, które by to odpowiednio regulowały, a szczególnie właśnie na polu kontaktów pomiędzy samymi członkami korporacji i przede wszystkim w strefach pozapublicznych i pozasądowych. Zresztą nawet te bajkowe kodeksy etyczne - mimo, że ogólnie okazują niemałą świadomość co do sędziowskich rygorów - uciekają od tego co najistotniejsze. Oczywiście, to tylko tak na marginesie, bo w obecnej sytuacji, istnienie nawet najlepszych przepisów nie będzie stanowiło żadnej drogi do rozwiązania problemu, ponieważ musiano by je jeszcze przestrzegać, a to w przypadku tego środowiska, sprawa na dzisiaj nie do wyegzekwowania. A tym bardziej, że byt nie praktykowanych przepisów, stanowi jeszcze większe zło niż ich brak! Za przykład mogą posłużyć tu właśnie wspomniane kodeksy etyczne, które stanowią dziś niezwykle szkodliwe oszustwo społeczne, ponieważ nie będąc przestrzeganymi, spełniają w ten sposób tylko rolę populistycznego kamuflażu. Przed takimi zjawiskami trzeba szczególnie przestrzegać, ponieważ z przepisami prawa może zapoznać się każdy, ale z faktem ich nie przestrzegania w zasadzie tylko ofiary. To istotnie wypacza rzeczywistość, gdyż dochodzi do nierównowagi pomiędzy wiedzą oficjalną a praktyczną, a języczkiem u wagi są tu media, które w dobie obecnej aż do bólu pogłębiają powstałą z tego fikcję. Oczywiście trudno nie dodać, że aktywnie wspomagają to ludzie korporacji, którzy w środkach masowego przekazu - wykorzystując wylansowane mity i niewiedzę społeczną - publicznie udają niewiniątka, a w zaciszu sądowym dalej robią swoje, bo tego niestety, już nie widać... Jakby przeciwstawną a dopełniającą częścią problemu jest z kolei istnienie przepisów, które bezpośrednio sprzyjają lub mogą sprzyjać temu polu, bo te - jak wiadomo - będą z kolei aż nadto przestrzegane czy też po prostu, odpowiednio wykorzystywane. Niektóre już sygnalizowałem, o innych będzie jeszcze dalej, ale ich repertuar jest szerszy. Teraz natomiast chociaż jeszcze dopowiem, że nawet w przepisach etycznych, dotyczących zawodów urzędniczych, które tworzą lub dopełniają obszar sądowy (np. adwokackich), możemy znaleźć zapisy, które idą w kierunku dopomagania tej układowej patologii.
W sumie więc, nawet gołym okiem widać, jak skrajnie daleko od tego stoją nasze oczekiwania. To oczywiście nic nowego, ponieważ strefa przepisowa nie tylko w środowisku sądowym zagubiła swój sens. Każdy, kto aktywniej chciał coś zdziałać w ogóle na niwie urzędowej, powinien doskonale wiedzieć, że posiadająca decydujący głos patologia i tak - bez żadnych zahamowań i granic - wszystko wytłumaczy sobie na jej korzyść, a przeciwko zwykłym obywatelom... Wobec więc tego wszystkiego, na problem poszukania tych niezbędnych dla nas zabezpieczeń - już i tak raczej tylko z punktu formalnego - powinniśmy spojrzeć przede wszystkim z perspektywy praktycznej. Czyli mianowicie, co rzeczywiście członkowie korporacji reprezentują sobą na co dzień i do jakich granic mogą ew. zawiązywać i wykorzystywać znajomości? No cóż, i tu właśnie wyłania się dopiero dramatyczny obraz...
po sędziach jakoś nie widać, aby byli w tym zakresie specjalnie uodporniani, a nawet znów wręcz przeciwnie. Komunistyczne sposoby prowadzenia spraw (np. stosowanie metody naprowadzania w przesłuchaniach i inne zabiegi z ideą wykreowania sztucznej rzeczywistości pod nastałe zapotrzebowanie), a więc przede wszystkim stronniczość i czytelna przychylność stronom płatnie - ew. "silniej" - reprezentowanym, są na porządku dziennym i świadczą o zwykłej chałturze w sferze umysłowego przygotowania. Przygotowania, po którym bądź co bądź, mielibyśmy przynajmniej prawo oczekiwać, wpojonego do umysłu... reżimu uczciwości! A tymczasem - jakby temu na przekór - sędziowie do osiągania swych celów, potrafią chwytać się różnorodnych patologicznych sztuczek, zaglądających w swej rozpiętości aż do demoralizacyjnego dna. Jednocześnie, wbrew rozpowszechnianym mitom, problem nie dotyczy wcale też jednostek - a więc jakiś tam pojedynczych, tzw. "czarnych owiec" - lecz sfery powszechnej! Trzeba tu dostrzec, że jeden sędzia sprawy nie wygra. I dlatego środowisko to, wychodząc naprzeciw potrzebom, wykreowało sobie kluczowy środek do celu, który umożliwia funkcjonowanie nawet ogólnopolskiego źródła przekrętów, a w tym oczywiście - co trzeba dodatkowo podkreślić - m. in. nieuprawnionego zarabiania i naciągania stron. Tym środkiem jest sędziowska zasada solidarności, stosowana przeciwko odwołaniom stron-ofiar (bez względu na wszystko, popieramy kolegę)! I to właśnie ona przede wszystkim demaskuje prawdziwą rzeczywistość sądową, nie pozostawiając w gruncie rzeczy jakichkolwiek przesłanek do pałania zaufaniem do sędziów... Taka skrajnie daleka od potrzeb, globalna postawa sędziowska, jest wypadkową zespołu zaniedbań i niewłaściwych mechanizmów, w skład których m. in. wchodzą fakty okazane w dalszych wyszczególnieniach (dla lepszego rozeznania, przy okazji polecam tu inny swój artykuł, zatytułowany "Wkraczamy w świat patologii", z którym proponuję zapoznać się po lekturze niniejszego opracowania)...
już orientacyjne spojrzenie na pole kontaktów pomiędzy członkami korporacji, może skonsternować i zbulwersować, jednak kiedy sondowana rzeczywistość wręcz naśmiewa się ze zwykłego obywatela, po prostu opadają ręce. Sygnalizowałem już w innych materiałach, jak to na podstawie internetowych informacji można było ku zdziwieniu dowiedzieć się, że sędziowie wraz z reprezentantami innych zawodów prawniczych - zupełnie oficjalnie - jeżdżą sobie na wspólne wycieczki zagraniczne (sami ogłaszają się w sieci jako organizator - sędziowie!!!) oraz uczestniczą w korporacyjnym porozumieniu czy też tworzą własne organizacje! Tymczasem - jak mogliśmy się już zorientować - zasady organizacji są przeciwstawne potrzebom niezawisłości, która wymaga izolacji, a nie współdziałania (bezczelne łamanie Art. 178 ust. 3 Konstytucji RP). Nieukrywanego, wspólnego wycieczkowania nawet nie ma co komentować, bo to superskandal, który jakby przy okazji alarmująco wyrabiał nam też wyobrażenie o korporacyjnym potencjale patologicznym w zakresie "podziemnej" działalności. Nie od dziś także wiemy, że środowisko prawnicze, to również szeroko zakrojone więzi rodzinne w najgorszym tego zjawiska znaczeniu, co oczywiście jest jednym ze skutków ubocznych zbyt długiego egzystowania takiej "wolno stojącej", zwyrodniałej formy. Do tego dochodzą znajomości zawierane i utrwalane pod pretekstem różnych seminariów i tym podobnych spotkań oraz w ogóle wobec wszelakich szkodniczych form nawiązywania współpracy (do tej ważnej - a dość zakamuflowanej - sfery problemowej, nawiążę jeszcze w podsumowaniu ogółu zagadnienia)... Jednakże okazane - chyba aż nadto oburzające - realia, można niestety podsumować jeszcze dosadniejszym przykładem, który jakby właśnie wynikał z tej, jak widać zupełnie niekontrolowanej swobody, która już na niwie jawnej tak wymownie nas przestrzegała. Otóż należy tu odnotować, że ugrupowanie "Prawo i Sprawiedliwość" w swoim programie 2005 z pewnością nie bez pokrycia dopowiada nam, jak to sędziowie i prokuratorzy potrafią sobie "grillować" czy biesiadować w najlepsze - już nawet nie z korporacyjnymi kolegami i typowymi znajomkami, lecz po prostu - z najzwyklejszymi... przestępcami... W sumie te wskazania mimo, że stanowią tylko powierzchowną próbkę, dość znacząco powinny otworzyć nam już oczy na cały problem niezawisłości, która - jak widzimy - nawet nie dostała zadatków do działania, jakże więc miałaby nas skutecznie chronić? Tak czy inaczej, obserwując w odpowiedni sposób otaczającą rzeczywistość, możemy przekonać się sami, że na drążonym polu - zamiast koniecznych, zabezpieczających nas rygorów - panuje kompletna "wolna amerykanka"...
legalnie - za pomocą przepisów prawa - prokurator, adwokat, radca prawny, notariusz, dowolny profesor (ale także m. in. w tym, np. magister prawa) oraz doktor habilitowany nauk prawnych - z odpowiednimi stażami pracy w (np.) swoich specjalnościach - mogą zostać sędziami i to nawet Sądu Najwyższego (np. Art. 22 § 1 pkt 6 oraz Art. 22 § 2 Ustawy o Sądzie Najwyższym), co związane jest przecież z ekstremalnie niedopuszczalnym przenoszeniem układów! Np. adwokat może zostać takim sędzią, jeśli m. in. spełnia warunek co najmniej 10-letniego stażu pracy w swoim zawodzie. A więc znów dokładnie odwrotnie względem ogólnospołecznego zapotrzebowania. Zanim zostanie sędzią, najpierw musi dostatecznie szeroko zapoznać się, zarówno z wpływowymi klientami - a w tym ze zwykłymi przestępcami - jak i m. in. ze swoimi kolegami z branży. Tak, tak, nic za darmo! Aby móc w Sądzie Najwyższym pożytkować układy, najpierw trzeba zbudować - gotową do obiegu - ich własną kolekcję! Tak to wynika z przepisów. Czy tradycyjne określenie "zgroza", jest tu wystarczające? W mechanizmie tym możemy dostrzec szczególnie egoistyczną troskę o interesy całej śmietanki możnych (a więc oczywiście, nie tylko członków korporacji) przy zupełnej ignorancji reszty społeczności... Warty wyraźniejszego uzmysłowienia jest tu fakt, że to przeforsowane do prawa wynaturzenie, oparte jest na banalnej złudzie jaką stanowi tu staż pracy. No cóż, nie po raz pierwszy społeczeństwo jest mamione usilnie lansowanymi - a niedziałającymi lub działającymi niezgodnie z oczekiwaniami - stereotypami. W tym przypadku rozmiar stażu pracy - w przeciwieństwie do wielu zawodów powszechnych - nie tylko nie stanowi żadnego pozytywu, lecz jest wartością odwrotnie proporcjonalną. Jest po prostu, źródłem uszczuplania niezawisłości, która jest podstawą urzędu sędziego, a którą zupełnie wykluczają tryb i realia pracy np. właśnie adwokata (do tego problemu nawiążę jeszcze dalej)... Na podobnych podłożach - a więc niewspółmiernych do rzeczywistych wymogów - opiera się również dobór na inne istotne stanowiska, choćby np. tak kluczowe jak prezesów sądów powszechnych. Otóż - jak wynika z przepisów prawa (np. Art. 23 Prawa o Ustroju Sądów Powszechnych, ze wskazaniem na § 4) - na ten urząd mógł dotychczas dostać się jedynie sędzia, który przede wszystkim musiał wypracować sobie poparcie innych sędziów. Gdyby więc wyróżniał się, tak istotnym dla nas, przeciwpatologicznym nastawieniem - co względem zaobserwowanej rzeczywistości, musiałoby się w praktyce przekładać na regularne przeciwstawianie się, przede wszystkim wpływowym kolegom - nie tylko nie stanowiłoby to atutu dla pozyskania tej funkcji, a nawet przecież wręcz przeciwnie. I dlatego wiedząc o tym, mamy jeszcze mocniejsze podstawy przypuszczać, że wyłoniony prezes sądu, automatycznie zabiera na swój stołek gro uzależnień, które wnet mogą stać się podstawowymi nośnikami sądowych przekrętów. Po prostu, w obliczu zespołu takich realiów, wytypowaną na to stanowisko osobę, nawet już teoretycznie nie można posądzać o zależnościowe nieskalanie... Jak widzimy, jest to konstrukcja zbudowana na czysto przeciwko nie wpływowym obywatelom, bo ci po prostu, nie mają mocy, aby się jej przeciwstawić. A w ten właśnie sposób, korporacja coraz intensywniej zwiera rodzinne szeregi i oddala się od swojej rzeczywistej roli, która wciąż jednak stanowi dla procederu skuteczną przykrywkę...
najbardziej żywy patologiczny symbol stanowią dzisiaj adwokaci, których pazerność i arogancja, to już dobrze przypięte - choć wciąż jeszcze nie zbyt "docenione", no i naturalnie nie jedyne - wizytówki. A te naganne atrybuty nie wzięły się oczywiście z powietrza. Na tym polu musimy przede wszystkim pamiętać, że bez układu sędziowskiego i innych wspomagających, nie tylko za wiele nie mogliby wskórać, lecz nie sprzyjałoby to też kreowaniu takich postaw. Te prawdziwe źródła sukcesów - które w obliczu takich realiów dotyczą co najmniej, przede wszystkim tych adwokatów, których zbyt powszechnie uważa się za "dobrych", a za czym kryje się niewspółmierna skuteczność - są znane nie od dziś, teraz jednak przyszła pora, aby lepiej uświadomić sobie wymiar tego zła. I tu najpierw właśnie odnotujmy coraz intensywniej pojawiające się przecieki pochodzące od samych adwokatów, którzy np. na korytarzach sądowych potrafią chwalić się przed ofiarami, kogo to oni nie znają. Otóż, kiedy te okoliczności zestawimy z wyłowionym, tak bulwersującym przepisem, jak np. paragraf 18 pkt 2 Zbioru Zasad Etyki Adwokackiej i Godności Zawodu '98...
... który zamiast zakazu budowania układów, najzwyczajniej w świecie nakazuje je tylko maskować (!), to mamy kolejny, szczególnie dobitny przykład, który wychodzi naprzeciw naszym dociekaniom. W ten bowiem sposób, sami zainteresowani nie tylko potwierdzają nam istnienie tej znajomościowej patologii, ale okazują również jej skalę oraz przyczyny takiego stanu rzeczy. Jak więc widzimy, głównym problemem nie jest już tu nawet sam czysty fakt istnienia luźnych kontaktów pomiędzy różnorodnymi członkami szeroko pojętej korporacji, lecz fakt, że są one aż tak zaawansowaną normalnością, że Naczelna Rada Adwokacka - jakby obawiając się skutków ich nadmiernego eksponowania - bez żenady wstawia sobie do uchwały specjalny przepis ochraniający ten stan wynaturzenia, zupełnie lekceważąc okoliczność, że w ten właśnie sposób, nie tylko oficjalnie obnaża, ale i akceptuje, to największe zło, jakie w tej sferze może w ogóle zaistnieć i działać na szkodę zwykłych obywateli. Tych obywateli, którzy w końcu w tej całej zabawie w państwo, powinni stanowić najważniejsze, a więc na pewno pełnoprawne ogniwa, a tymczasem okazana ignorancja, po prostu z pogardą z góry przyznaje im status ofiary. Rzecz tak bezczelna, że aż niepojęta: organ państwowy wymusza na swoich urzędnikach utwierdzanie obywateli w fikcji, aby to masowe wywracanie na lewą stronę - mających nas chronić - wszelkich niezawisłości, odbywało się pod jak najbardziej szczelną maską... To są właśnie efekty długoletniego rozpuszczenia ludzi systemu za pomocą bezkarnej swobody, której budulcem jest tzw. "niezależność", która wnet staje się niezależnością tylko od zwykłego obywatela, a która wciąż służy do fałszywego podpierania zasadności istnienia osiągniętego w ten sposób zwyrodniałego stanu...
Aby to sobie jeszcze lepiej uświadomić, przełóżmy to na jeszcze bliższy Polakowi język, a więc zauważmy, że w ten sposób adwokatowi zabrania się, np. chwalić faktem, że dany sędzia jest jego kumplem, a za takie demaskowanie uszczerbionej niezawisłości może nawet ponieść konsekwencje, jednak może śmiało pić z nim wódkę, aby tylko oczywiście - co już wypływa z poprzedzającej części zdania - nikt niepożądany o tym się nie dowiedział... Tak to wynika ze wskazanego przepisu, który nie tylko afiszuje się ogołacaniem nas z niezawisłości, ale właśnie również pokazuje autodyskredytujące podejście adwokackich nadzorców, którzy najwyraźniej przyjęli sobie w normy szkodnicze zjawiska rozwijane przez podległe im, jakże rodzinne środowisko... Trzeba tu kategorycznie podkreślić, że w żadnym wariancie - niezależnie od innych aktów prawnych - takie przepisy nie mają zupełnie racji bytu w naszym prawie. A dla uzupełnienia należy dopowiedzieć, że strefę tę dopełnia punkt pierwszy okazanego paragrafu, który nakazuje maskowanie pozostałego rodzaju układów... Tymczasem zapamiętajmy, że...
Bezpośrednie i pośrednie stosunki osobiste, a już szczególnie te dotyczące zażyłości ze sędziami, prokuratorami, adwokatami i innymi odpowiednio powiązanymi ze sprawą osobami, nie podlegają ukrywaniu, lecz... eliminują tych ludzi od udziału z postępowań!
jak dotąd, nie było w kraju jakichkolwiek organów, do których ofiara - nawet najbardziej podłych i czytelnych - przekrętów układowych (itp. systemowych nieprawidłowości), mogłaby skutecznie zgłosić swoją krzywdę, a co wiąże się z kolejnym składnikiem problemu. Dotychczasowe instytucje, które teoretycznie miały nieść tę pomoc - z urzędem Rzecznika Praw Obywatelskich włącznie - w praktyce służyły tylko ochronie układów. W najlepszym więc przypadku, mętnie spławiały oponenta, w gorszym nawet zastraszały. Jednak znane są znacznie dalej idące scenariusze, gdy ofiara zbyt mocno i głośno decydowała się bronić swoich praw. Tak więc, na papierze i w mediach takie instytucje - podobnie zresztą jak wspomniane, różne bajkowe przepisy - sobie istniały i symulowały spodziewane przez społeczeństwo działanie, ale w niedostępnej dla ogółu praktyce, wszystko było sprzysiężone przeciwko poszkodowanym. W ogóle cała ta ogólnokrajowa fikcja systemu skarg i wniosków, to ważny temat na osobny materiał, ale do niektórych jego składowych - np. w zakresie wypaczania rzeczywistości - jeszcze nawiążę dalej...
ALBO SĄDZENIE, ALBO UCZENIE
Jak widzimy - podsumowując całą sferę, ostatecznie bezskutecznych, poszukiwań zabezpieczeń dla obywatela przed zagrożeniami wynikającymi z niepożądanych, korporacyjnych znajomości - sytuację mamy tu aż nadto klarowną. Wszystko bowiem wskazuje jednoznacznie, że nie tylko nie zrobiono nic w tym kierunku, to jeszcze tolerując wszelakie szkodnicze formy służące ogólnopolskiemu rozbrajaniu niezawisłości, po cichu zupełnie pozbawiono zwykłych obywateli wymiaru sprawiedliwości. Niekontrolowana swoboda członków korporacji stworzyła konstrukcję dokładnie przeciwstawną ogólnospołecznemu zapotrzebowaniu, która - co w takiej sytuacji wypada regularnie, aż do znudzenia podkreślać - swoją wierzchnią, publiczną powłoką symuluje istnienie bajkowo-filmowego sądownictwa, któremu wizerunek niby psują tylko, jakieś tam pojedyncze "czarne owce", podczas gdy ukryta w cieniu praktyka, służy wyłącznie korporacyjnym interesom, stanowiąc niemal dokładne przeciwieństwo tej wizji...
Spośród wielu czynników biorących udział w tej stronie procederu, chciałem osobno zwrócić jeszcze uwagę na zjawiska, których negatywne oblicze jest szczególnie mało wyeksponowane, a do czego oczywiście stale przysłuża się - podążająca w swoim kierunku - korporacja. Chodzi tu o napomknięte już, różnorodne spotkania, dotyczące rzekomego rozwijania wiedzy prawnej czy też wymiany doświadczeń. W tej kwestii należy pamiętać, że żaden pretekst do jakiegokolwiek pozaprocesowego spotkania prawniczego - pomiędzy jakimikolwiek aktywnymi sądowniczo lub mającymi wpływ na to pole uczestnikami - nie ma zupełnie racji bytu! Z takich - szczególnie dla nas niebezpiecznych - spotkań, wypływają bowiem przede wszystkim dwa morały. Pierwszy, to oczywiście - jak dotychczas jednak skutecznie schowany w cieniu pierwszoplanowej złudy - rozwój znajomości, a więc zwyczajne doplatanie oczek siatki. Natomiast drugi, to możliwość naginania przepisów prawa i rozpowszechniania fałszywych przekonań. A tu trzeba zauważyć, że takowi prawnicy nawet w popularnych programach telewizyjnych - przy okazywaniu ewidentnych patologii - nie potrafią wyjść na przeciw prawnej prawdzie, a co tu dopiero mówić, gdy poczucie odpowiedzialności za słowo, może nawet nie mieć skąd zaczerpnąć bodźca? Do sądów i trybunałów należy sprawiedliwe osądzanie, a do ew. upowszechniania wiedzy prawnej i tym podobnych zakresów, adekwatne są inne środki i rozwiązania, które powinny autentycznie działać dla nas, a nie przeciwko nam. Rozwiązania niezależne i odpowiedzialne, realizowane przez właściwych ludzi, którzy przede wszystkim właśnie, nie mogą mieć w żaden sposób aktywności sądowo-trybunałowej, bo wówczas poza wspomnianymi niebezpieczeństwami - a więc, tak bardzo szkodliwym rozwojem znajomości i możliwością naciągania sensów przepisów - mogą jeszcze sobie przy tym budować sztuczny autorytet, który potem może stanowić dodatkowy parasol ochronny dla ich niecnych działań. Jak wiadomo, na razie środowiska prawniczego nie nauczono jeszcze jednobrzmiącego prawa - mimo, że przecież w takiej formie zostało już zapisane - a więc tym bardziej wynikające z tego bezprawie, nie powinno dostawać szans na pogłębianie problemu. Problemu, który w decydującym ujęciu sprowadza się do bezczelnego okradania nas z użytkowej roli tych przepisów, które nas chronią, pomagają lub w inny sposób działają na naszą korzyść... A nie naszą jest winą, że nierzadko mogą skutkować przeciwko korporacji...
W ogóle - mając nadzieję, że nie jest jeszcze za późno - należy w tym miejscu apelująco przestrzec przed dostrzeżonymi, niebezpiecznie rozwijającymi się, nieuprawnionymi prawniczymi kontaktami międzynarodowymi (np. choćby adwokackimi), które działają przeciwko całej społeczności, gdyż stanowią budulec zwyczajnej międzynarodowej mafii. I nie można opierać się tu na pałaniu nadzieją, że inne kraje podobna patologia nie nawiedziła, bo nawet jakby tak było, to bez odpowiedniego przeciwdziałania w końcu ta polska zostałaby i tak przeniesiona, choćby właśnie najpierw na płaszczyznę europejską, z groźbą okradzenia nas, nawet z tej ostatniej deski ratunku, jaką mogłoby stanowić przynajmniej sądownictwo międzynarodowe... Rozbudowa układów - które przede wszystkim rozmnażają dojścia do sędziów oraz rozwijają i akceptują coraz niższe stany patologiczne, które w następstwie są utrwalane i przyjmowane jako normy - nigdy nie posłuży sprawiedliwemu rozpatrywaniu spraw obywatela, a szczególnie wtedy, gdy w grę wchodzą środki materialne. Należy tu bowiem dostrzec, że w obecnej sytuacji, poszukiwanie i odwzajemnianie przydatnych kontaktów jest w finansowym interesie np. adwokata, a więc on ich będzie szukał. Tymczasem realia prawdziwego wymiaru sprawiedliwości, nie powinny nawet dopuszczać takich myśli, a co dopiero na nich bazować. Proszę zauważyć, że w zafundowanych nam warunkach, adwokat (i to nie tylko taki działający z urzędu) staje się nieobliczalny, a więc niebezpieczny nawet dla własnego klienta, ponieważ regularnie będzie się stykał z okazjami do działania na jego szkodę, nie mając przy tym argumentów - a nawet wręcz przeciwnie - aby z nich nie korzystać. No i to przecież również drastycznie potwierdza nam praktyka...
A to wszystko konsekwentnie okazuje nam, jak pole sądowe - w porównaniu do innych sfer - kategorycznie potrzebuje ludzi odizolowanych, nieskażonych innymi "doświadczeniami". Sędzia powinien wykonywać wyłącznie zawód sędziego, adwokat adwokata, teoretyk teoretyka, a obywatel - któremu ma to służyć - rolę obywatela, który z ramienia Narodu sprawuje nad tym wszystkim władzę zwierzchnią (np. Art. 4 ust. 1 Konstytucji RP), aby dopilnować naszego, wspólnego interesu. Tak w dużym uproszczeniu powinno to wyglądać, a tymczasem jest zupełnie inaczej, gdyż obywatel został z tego nieodzownego nadzoru po prostu, zwyczajnie... wyłączony! Kiedy właśnie skupimy uwagę na swobodzie specjalnościowego mieszania się członków szerokiej korporacji, wspartej efektami żądzy rozbudowywania znajomości, oraz także całkowicie nieuzasadnionym monopolem na rozumienie prawa, i kiedy względem tego wszystkiego co już zostało powiedziane, ogarniemy umysłem mechanizm tak zbudowanej sieci, to chyba aż nadto wyraźnie zobaczymy z jaką to łatwością i perfidią, jesteśmy na bieżąco, coraz grubszym murem, odcinani od normalnego świata! A więc, od tak nieodzownej w ludzkich wspólnotach - do zgodnego, uczciwego życia - sprawiedliwości społecznej, której teraz sztucznym wyznacznikiem stał się pieniądz i układ, a więc kluczowe "dobra", które okazały się wystarczającą podstawą dla kręgu możnych, aby - pod osłoną otrzymanych przywilejów i wylansowanych powszechnie wyobrażeń - w pogoni za własnymi interesami, bezczelnie wyrzucić z gry... nas, najważniejszych...
JAK ZABEZPIECZONO UKŁADY?
No cóż, na pewno już w tej chwili mamy na tyle zobrazowaną sytuację, aby mieć pewność, że nie tylko nie zagalopowaliśmy się w swoich wstępnych rozważaniach, lecz że aż strach drążyć to dalej... No właśnie, jeśli teraz poprzez nabytą dotąd wiedzę i może jakieś bezpośrednie doświadczenie czy choćby zapoznanie się z obnażoną na stronach internetowych - wspartych tradycyjnymi mediami - lawiną nikczemności i przekrętów, a może poprzez pryzmat bezpośredniego uzależnienia życia od sfery sądowej, zaczniemy studiować Konstytucję, Prawo o Ustroju Sądów Powszechnych i inne współdziałające przepisy, to będziemy kondensowali w sobie tylko - gryzący się ze zdumieniem - narastający dramatyzm. Tu niestety, przede wszystkim zauważymy, że w sądownictwie samoistne zmiany na lepsze w ogóle nam nie groziły. No, ale w tym mogliśmy się już zorientować, kiedy wskazywałem na czynniki towarzyszące powoływaniu sądowych prezesów - czyli kluczowej w tym zakresie funkcji - bo to już pozwala bezradnie rozłożyć ręce... Natomiast winny na pewno jestem prześledzenia sytuacji związanej przynajmniej z sędziowską bezkarnością. Jeżeli bowiem niezawisłość jest tak bezwiednie wystawiona na tacy do szabrowania - to pomimo takich problemów z wyegzekwowaniem typowo własnych praw - wypada jednak sprawdzić jak wyglądają realia w zakresie pociągnięcia sędziego do odpowiedzialności. Oczywiście już wiemy, że nie należy spodziewać się tu kokosów - bo gdyby było inaczej, to w efekcie niniejsze opracowanie mogłoby nie dostać przesłanek do powstania - ale tworzące tę antyspołeczną układankę ważne klocki, trzeba jednak wyodrębnić i odnotować. A tym bardziej, że - jak się zaraz przekonamy - prowadzi to, do niezwykłej eureki, co pozwoli nam lepiej zrozumieć główny problem. Po tym naprowadzeniu, być może jednak trochę lżej będzie - chociaż części z Państwa - przyjąć do świadomości, że niestety sędziowie zostali okopani niezwykle solidnym murem bezkarności. Przebicie się przez niego, to nie tylko konieczność złamania zabezpieczeń prawnych (zabezpieczeń, nie prawa), ale również - jakże mogłoby być inaczej - układowych. Te bariery prawno-układowe w rezultacie sprowadzają problem do tego, że na swoim stanowisku sędziowie - nawet wobec rażącego łamania prawa - są praktycznie nietykalni, natomiast "w życiu" mogą pozostawać bezkarni nawet w razie popełniania typowych przestępstw. Zapoznajmy się z paroma istotnymi przepisami Konstytucji RP...
Te przepisy wsparte dalszymi, w świetle pełniejszego zobrazowania tematu, wymagałyby obszerniejszych nawiązań, ale oczywiście ten materiał jest w założeniu skierowany do szerszej grupy odbiorców, więc nie będę mniej wybrednych z Państwa zniechęcał do dalszej lektury i tak już nadto pojemnego opracowania. Niestety, nawiązania do tej sfery nie będą też znowu takie krótkie... Tak czy inaczej, już na pierwszy rzut oka widzimy, że pozostającego na bakier z prawem sędziego może ochronić, albo bezpośrednio przepis, albo też pomoc kolegów z branży w postaci, np. sądowych prezesów czy innych sędziów, np. tych zakamuflowanych pod mianem "sądu określonego w ustawie", którym w pierwszej instancji są Sądy Apelacyjne, a w drugiej Sąd Najwyższy. I tu od razu trzeba kategorycznie oznajmić, że byt takich przepisów w naszym prawie, a szczególnie wobec zgotowanej nam - poprzez rażące zaniechania i nadużycia - tak brutalnej rzeczywistości, nie ma jakiegokolwiek racjonalnego wytłumaczenia. Prawda jest taka, że przyzwolenia na tworzenie prawnych barykad idących naprzeciw całkowitej, nie tylko nawet bezkarności, ale wręcz nietykalności sędziego-przestępcy, nie wytłumaczy żadna teoria. Jakiekolwiek fałszywe założenia służące do mydlenia oczu, upadają tu od razu, jeśli tylko nie damy odciągnąć sobie uwagi od jedynej uzasadnionej - we właściwym zrozumieniu - istoty sędziowskiego immunitetu, którą można zawrzeć w takiej oto prostej formule...
Idea immunitetu winna stanowić ochronę sędziego, a nie ochronę sędziego-przestępcy.
I tu można by było nawet zakończyć nasze rozważania o tej stronie problemu, jednak aby mocniej uświadomić Państwa w perfidii dosięgłego nas rozwiązania oraz lepiej okazać pewne szczególne mechanizmy, m. in. napędzające cały układowy proceder, postaramy się wręcz na siłę doszukać jakiś pozytywnych intencji, jakimi mógłby kierować się ustawodawca przy tworzeniu takich przepisów. No cóż, a tu niestety będziemy stąpać po bardzo kruchym lodzie. Trudno np. jest przyjąć do świadomości uzasadnienie - wypływające tu przecież samoistnie - że tworzył je pod taką sytuację, w której jest oczywiste, że zarówno sądowi prezesi, jak i inni sędziowie w razie zetknięcia się z sędzią-przestępcą, nie patrząc na nic, będą zawsze bezwzględnie podejmować jedyne właściwe, uczciwe decyzje. Takie bowiem założenie nasuwa nam automatyczne podejrzenie matactwa, nawet bez innej wiedzy, bo niby dlaczego w takim razie nie zaufać po prostu od razu policji i prokuraturze? Czyżby mieli być pieczeni w gorszym piecu? Czy tak trudno jest przewidzieć, że do przysłowiowego statusu anielskiego będzie daleko zarówno jednym jak i drugim, więc dla takich sytuacji lepiej skłaniać się ku niezależności niż kumoterstwu? No oczywiście pod warunkiem, że podchodzimy do problemu z uczciwymi intencjami, a w ten sposób niestety, obnażyliśmy tylko "wewnątrzsędziowski" mechanizm zamkniętego koła, który podąża w zgoła odmiennym kierunku. Otóż, jeśli uświadomimy sobie, że ta nieuzasadniona osłona przepisowa dotyczy wszystkich sędziów, to powinniśmy także zauważyć, że każde - nawet dalece bezprawne - sędziowskie ochronienie sędziego-przestępcy, może również pozostawać bezkarne! Tak więc, "na upartego" konstrukcja ta może zapewnić każdemu sędziemu uniknięcie każdej odpowiedzialności. No oczywiście, jeśli nie podpadł możnym tego pola. To takie sędziowskie perpetuum mobile, napędzane energią mobilizującą zainteresowanych do trzymania się razem. I co ciekawe, tak się "dziwnie" jakoś składa, że praktyka jest bardzo bliska ideałowi. My już oczywiście wiemy, że skoro sędziom nie stworzono nawet elementarnych warunków, które mogłyby dawać choćby jakieś nadzieje na ich globalne, uczciwe i sprawiedliwe postępowanie, więc wynikłe z tego skutki połączone z okazanymi przepisami - które już przecież samodzielnie stanowią dostateczny patologiczny budulec - nie mogły również i na tym polu dawać nadziei na inne efekty. Jednak dlaczego tego wszystkiego nie widział ustawodawca? Czy mogła przyświecać mu inna idea niż ta reprezentująca ciemne oblicze, skoro już ta okazana - zaledwie wstępna - wiedza, obala wszelkie argumentacje, które chciałyby cokolwiek tu zdziałać?
No cóż, spróbujmy iść dalej, pomimo że przecież całością rządzi tu wspólny mianownik, który eliminuje choćby np. sens ugryzienia problemu od drugiej strony, czyli nie od strony koleżeńskiej ochrony, a od strony nieskalaności samych sędziów i ew. czyhających na nich zagrożeń. Dalece bowiem bezcelowym jest już szukanie podstaw, na których można by oprzeć założenie, że sędzia będzie sterylnym niewiniątkiem, więc w ogóle nie będzie szkodził społeczeństwu, natomiast to - zupełnie przecież bezsilne w tej sferze - społeczeństwo, będzie tak niezwykle groźne dla niego, że wstawione zabezpieczenia stają się nieodzownym, skutecznie uzasadnionym, chroniącym go narzędziem... Szukając natomiast zagrożeń jeszcze z innych stron, należy pamiętać, że gdyby nawet istniały, stanowiłyby problem z zupełnie innej półki. Problem nie tylko niezależny od takich przepisów, ale przede wszystkim problem, który nie byłby w stanie dorównać wymiarowi społecznemu, a ten zawsze musi stanowić priorytetowe odniesienie. Tak więc, zupełną niepoważnością i pogardą dla obywateli byłoby np. powoływanie się na względy polityczne czy podobną demagogię. Jest bowiem karygodnie niedopuszczalne, aby w cywilizowanym państwie, pretendującym do miana demokratycznego, jego możni mogli urządzać sobie jakieś egoistyczne - niewspółmierne do skali społecznej - igrzyska, których skutki uboczne spadałyby po cichu na masową szkodę obywateli, a do tego niestety sprowadza się nasz problem i takie zachodziłyby tu zależności.
Wyjaśnijmy to sobie trochę lepiej. Proszę zauważyć, że zagrożenia - mogące mieścić się w zakresie tych rozważań, względem specyfiki okazanych przepisów - jakie teoretycznie mogłyby bezprawnie nastawać na sędziego, można w zasadzie sprowadzić do dwóch przypadków. Pierwszym jest ograniczona do tych realiów, ew. próba zemsty, a drugim - znacznie bardziej prawdopodobnym - zamysł ingerencji w prowadzoną przez niego sprawę. W obu przypadkach narzędziami musiałyby być więc zatrzymania oparte na prowokacjach. I tu musimy właśnie, najpierw uświadomić sobie, że tylko odpowiednie organizacje czy służby mogłyby posiąść możliwości do skutecznych wybiegów i innych niecnych działań wymierzonych w sędziów, ale przecież realnie, też ew. tylko w wybiórczym wymiarze. Dlatego właśnie, dalece nieuprawnione byłoby tworzenie zapobiegawczych zabezpieczeń pod pretekstem teoretycznej ochrony, w sumie ew. jakiś tam pojedynczych sędziów (spraw), które jednocześnie zapewniałyby ich pełnemu zespołowi bezkarną działalność na masową szkodę obywateli. A jeszcze tym bardziej, kiedy wiadomo, że dla takich sił - w przeciwieństwie do nas - te przepisowe zabezpieczenia nie miałyby argumentów, aby móc stanąć im skutecznie na drodze. A choćby dlatego, że, jeśli ktoś ma potrzebę i moc, aby np. bezprawnie zaaresztować sędziego, to ma również moc, aby ignorować nakazy sądowych prezesów. Jeśli natomiast, aresztowanie jest zasadne, to nie może być możliwości, aby ktokolwiek mógł za pomocą dyktatorskiego dotknięcia różdżką zwalniać przestępców i niweczyć trud włożony przez innych, a więc choćby przez tych, którzy doprowadzili do ich ujęcia...
Te spekulacje są oczywiście zwykłym absurdem, doskonale bowiem wiemy, że wszelkie zagrożenia pochodzą właśnie z tej strony, którą próbuje się prawnie ochraniać. I tu przecież wyraźnie widzimy, że... jest to zwyczajne zabezpieczenie serca układu - czyli zdemoralizowanego sądownictwa - przed... uczciwymi organami ścigania, a więc po prostu, przed nami (!), co jeszcze lepiej wyjaśni się za chwilę. A teraz warto jeszcze zwrócić mocniejszą uwagę, że - jak wspominałem - najbardziej prawdopodobnym teoretycznym celem, jakiś tam zorganizowanych, niecnych sił, byłaby potrzeba ingerencji w sprawę sądową, a do tego jak wiemy, wystarczy przecież mieć dojście do właściwego prezesa, który i tak może dosłownie wszystko, a jeszcze Konstytucja zafundowała mu tak niezwykły - boski wręcz - przywilej (szczególnie dotyczy to prezesa Sądu Apelacyjnego danej strefy, ale oczywiście nie tylko) wyciągania z dowolnych opresji swoich kolegów. W takich realiach, w których nawet adwokat potrafi przymusić do określonego działania, zarówno sędziego jak i prezesa, jakim problemem mogłoby to być, dla odpowiednich służb? Wystarczy choćby tylko dojście do tego adwokata... I z takim właśnie układem mamy tu do czynienia. Z układem, który stanowi niebezpieczeństwo dla każdego, kto nie ma w nim udziału. A te przepisy zabezpieczają całość w sposób hermetyczny, a więc chronią bezpośrednio przed tymi, którzy należą do możnych, ale nie zamierzają należeć do układu - choćby np. właśnie przed odpowiednimi prokuratorami - co przekłada się na ochronę przed każdą odpowiedzialnością... Warto dodać, że jeśli w obliczu takich aktów prawnych, które prowadzą do ochrony sędziego-przestępcy, dostrzegliśmy teraz, że tak naprawdę, to nawet nie sam sędzia potrzebuje ochrony, lecz przede wszystkim prowadzona przez niego sprawa, to chyba tym czytelniej możemy uzmysłowić sobie, na czym to wszystko polega...
Nie można dać tu sobie odwrócić realiów. Sądy miały być uczciwe i sprawiedliwe, ale takie nie tylko nie są, lecz nawet okazują się wielką, ogólnokrajową przestępczą machiną. Tak więc, to nie je należy ochraniać, lecz przede wszystkim, właśnie nas... Dla podsumowania tej strony problemu, oceńmy jeszcze taką oto sytuację: w czasie zmiany politycznej, jakiś tam drobny ułamek sędziów zajmuje się sprawami, które dotyczą domniemanych przestępstw jakiś - dla uproszczenia, nie chronionych immunitetem - członków ugrupowania nowej władzy, która z kolei ma teoretyczny wpływ na prokuraturę, choćby np. poprzez prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie. Oczywiście już wiemy, że nawet taka sytuacja nie daje jakichkolwiek podstaw do zaistniałych rozbojów prawnych, chociażby dlatego, że stanowi niewspółmierną społecznie skalę problemu, a jeszcze wykłada na pulę lawinowe następstwa skutkowe wymierzone w zwykłych obywateli. I można by tu znów omówić wynikłe z tego warianty, lecz teraz już czas, aby przede wszystkim powrócić do rzeczywistości i nie dać sobie właśnie odwrócić realiów. Wszystko bowiem zaczyna się od nieskazitelności sędziów. Jeśli jej, tak dalece nie ma, to ich osądzanie po prostu nie ma sensu. Przestępcy nie mogą sądzić, ani innych przestępców, ani tym bardziej tworzyć ich z niewinnych ludzi. Najpierw sami powinni doczekać się sądów, bo to problem wyższej rangi. Sądy oparte na układach nie są obojętne politycznie, a choćby dlatego, że ze strony każdej uczciwej władzy grozi im ingerencja w ten układ, a więc nie są nawet kompetentne do osądzania członków takiego rządzącego ugrupowania. Natomiast w sytuacji, w której sądownictwo zostałoby doprowadzone do stanu zbliżonego do naszych oczekiwań, znacząco zmieniłyby się realia różnych pól życia (np. media, polityka, edukacja, korporacja prawnicza, itd.) oraz co najmniej zubożałyby układy, a to dopiero mogłoby być wyznacznikiem do ew. dalszych adekwatnych kroków w tych zakresach, a nie jakaś tam nieprzenikniona, bajkowa fikcja (o wpływie sądów na kształt życia systemowo-społecznego napiszę w dalszej części)...
Tak czy inaczej, musimy pamiętać, że w jakiejkolwiek sytuacji nie może być przyzwolenia na to, aby dokonane przestępstwa mogły zostać całkowicie pozostawione środowisku, z którego wywodzi się przestępca. Tak więc, bez względu na cokolwiek, sądowi prezesi nie powinni otrzymywać absolutnego prawa do zwalniania zatrzymanych sędziów-przestępców i to samo dotyczy orzecznictwa "sądów koleżeńskich". Zawsze bowiem lepszym rozwiązaniem będzie, gdy o winie sędziego będą decydowały organy - choćby nawet tylko trochę - niezależne, niż zwyczajni koledzy i to jeszcze po tak specyficznym fachu... W przeciwnym razie, postępująca na tej bazie - przy wydatnej pomocy różnych przepisów wspomagających - patologia, nie da sobie zrobić krzywdy. Jeśli nastanie władza jej sprzyjająca, to antyspołeczna maszyneria będzie działała sobie na naszą szkodę bez zakłóceń, a jeśli nastąpi władza uczciwa, to może skończyć się tylko na ew. zgrzytach, które nic nie wniosą, bo nie będzie naprawczych dojść, a ich wywalczenie może potrzebować znacznie większych "mocy"... Proszę na tym przykładzie dostrzec analogie do innych branż, opartych na tzw. "niezależnościowych" mechanizmach, które właśnie w podobny sposób, rozwijają wewnętrzną demoralizację i hamują rozwój dziedziny, co niestety najczęściej pozostaje w utajnieniu, bo silne media tak jakoś lubują się w fikcji, bezmyślnie aprobując i wspomagając wystawione na pokaz powłoki... Natomiast przeciwdziałanie okazanym zjawiskom - a więc bezprawnym naciskom na sędziów czy prezesów - to przecież właśnie nasz wspólny problem, którego jednak rozwiązania należy szukać w innym miejscu. Miejscu bardzo dalekim - od przynajmniej takich - przepisów, bo te właśnie, niezwykle istotnie to pole wspomagają. O mechanizmach prawdziwych sądów, a więc takich, których te problemy nie będą już dotyczyć, również napiszę w dalszej części.
Jak widzimy, były to w sumie dziecinne rozważania, które - w moim odczuciu - pokaleczyły konstrukcję materiału, ale zdecydowałem się wziąć je na warsztat, aby wyraźniej odsłonić kulisy tego zaaplikowanego do prawa... bezprawia, które to wraz z innymi "niedopatrzeniami" przekłada się na swoisty ogólnokrajowy bandytyzm. W ten bowiem sposób wyraźniej widzimy, że ogólnie ustawodawca - nie wnikając tu w przekonania pojedynczych jego składowych - po prostu, wyraźnie z premedytacją, postarał się zadbać o przestępczą bezkarność sędziów (a także - w mniej groźnych wersjach - posłów oraz osób zajmujących inne ważne państwowe funkcje), a czego skutki spadły na głowę zwykłych obywateli. I mimo, że autor wie, że wśród winowajców są tacy, którzy dzisiaj publicznie przyznają się do popełnionych błędów, to naprawdę trudno jednak takie oczywistości, zrzucać na bark np. zbiorowej bezmyślności, a szczególnie w sytuacji, kiedy teraz jakoś nie ma komu odkręcić sprawy i zatrzymać tego, niezmiennie przysługującego się elicie możnych, obywatelskiego rozboju... Na końcowe efekty składa się oczywiście, cały zespół przepisów i ich respektowanie. A tu, odpowiednie przemyślenie problemu, nie mogło przede wszystkim pozwolić na umożliwienie swobodnego budowania międzysędziowskich zawisłości, które praktyka - w sytuacji jednoczesnego nie zadbania, choćby tylko o niezawisłość od legalnie mogących się sprzedawać adwokatów - musiała przekładać na okradanie nas ze środków odwoławczych i czynić postępowania instancyjne zwykłą fikcją. Przecież oczywistością dla każdego powinno być - a szczególnie w takich realiach - że, aby poszczególne instancje mogły właściwie spełniać swoje zadanie, powinny być od siebie całkowicie niezależne! Tymczasem cała ta konstrukcja, praktycznie nie okazuje w ogóle myśli w tych kierunkach, a nawet - jak wiemy - wręcz przeciwnie (to sobie jeszcze doprecyzujemy). Dla każdego więc fachowca nie powinno być żadnym zaskoczeniem, że praktyka zadziałała dokładnie w przeciwną stronę niż społeczna potrzeba, a szczególnie właśnie wtedy, kiedy całość okopuje się jeszcze tak absolutnym murem bezkarności. No cóż, a i tak poza kadrem pozostaje cała reszta "niedomówień"?
Koniecznie trzeba tu jednak dodać, że podobne przepisy dotyczące np. posłów (np. Art. 105 ust. 5 Konstytucji RP), niosą jednak dla nas zdecydowanie mniejsze zagrożenia. Oczywiście, nie można zapomnieć, że to przecież właśnie posłowie - wraz z senatorami - składają się na władzę ustawodawczą, a ta grupa przepisów sygnalizuje nam po prostu, że wykorzystując sytuację, postarano sobie wspólnie zadbać o swoje interesy. Karygodną, pretekstową inspirację, stanowiły tu najwyraźniej stare pomysły - pochodzące co najmniej z czasów dawnej RP (1921) - i dotyczące raczej posłów. Jednak nieuczciwy jednostkowy poseł, nie jest tak groźny dla obywatela, jak nieuczciwy, jednostkowy (pozornie jednostkowy) sędzia, który oficjalnie - jako to decydujące ogniwo sprawiedliwości - powinien właśnie stać na straży naszych praw i wolności. Zabezpieczenie w ten sam sposób, nie zweryfikowanych i nie wybieranych przez społeczeństwo w wolnych, demokratycznych wyborach - a za to zarażonych skutkami chorobowo-układowymi - sędziów, stworzyło niezwykle haniebne realia, okupione przede wszystkim kosztem uczciwych i biednych...
Natomiast, jak właśnie istotnie uderza to w zwykłego obywatela, stanie się zaraz jeszcze bardziej oczywiste, gdy dodam, że w ramach - nie tylko nawet samego przestępstwa, ale wręcz - przyłapania sędziego na gorącym uczynku, mieści się bezpośrednio również nieuprawnione działanie na szkodę strony w sprawie sądowej, np. Art. 231 - poprzez Art. 115 § 13 pkt 3 - Kodeksu Karnego. Należy przy tym zawsze właśnie pamiętać, że żaden - nawet dalece przesadzony - immunitet, nie może zwalniać chronionego z odpowiedzialności za naruszanie praw innych osób. Jeżeli natomiast sędzia nadużywając swojej funkcji, uderza w interes osób prywatnych, stanowi to czyn karalny z wyższych półek, np...
A dowody na to, zapisane są zwykle w aktach. I to nie tylko nawet przecież tych będących w posiadaniu sądu, lecz także - a może przede wszystkim - tych zasilających domowe archiwa ofiar. Zapewne przeciwko niewielu "tradycyjnym" przestępcom można by zebrać tak silny materiał dowodowy, jaki istnieje przeciwko nieuczciwym sędziom i zapewne niewielu przestępcom udałoby się zebrać tak pokaźną sumę kar, jakich powinni doczekać się ów sędziowie, którym przez lata w podłych intrygach nikt w zasadzie nie przeszkadzał. Tymczasem jeszcze zapewne dość długo pozostaną bezkarni, bo zapewniono im przestępczą nietykalność, mimo że ta wyklucza sens istnienia takiego sądownictwa i utożsamiania ich z tym szyldem. Natomiast takim dobijającym nas uzupełnieniem poruszanego wątku, jest przepis, który - mówiąc najprościej - pieczętuje fakt odgórnego przyznania nam statusu ofiary, a który swego czasu zasilił Prawo o Ustroju Sądów Powszechnych...
Jak więc widzimy, sędzia może nas do woli oszukiwać i naciągać finansowo - co w zasadzie zawsze towarzyszy zamataczonym postępowaniom - nierzadko niszcząc nam życia, a my nawet nie mamy rzekomo prawa do samodzielnego sporządzenia dopuszczalnego wniosku o... zaledwie zezwolenie na pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej. Odpowiedzialności, która ma tak istotny wpływ na prawidłowość każdego postępowania. No tak, najlepiej jak mafia sama zadecyduje o tym w swoim gronie, bo w końcu i tak sami nic byśmy tu nie wskórali. Zarysowuje się jednak tu pytanie: skoro więc nie możemy nic zrobić sędziemu, a ten nie ma z nas żadnego interesu, to jaka w takim razie siła miałby zmusić go do sprawiedliwego rozpatrywania naszych spraw, szczególnie w sytuacji, gdy drugą stronę reprezentuje kolega po układzie? Odpowiedzią są skutki, jakie możemy zobaczyć na każdym kroku. Są zarejestrowane w stertach dokumentów, przesączonych demoralizacją, bezczelnością czy po prostu, najzwyklejszą głupotą, a wszystko to właśnie przekłada się na coraz energiczniej postępujący chaos społeczny i stały spadek poziomu cywilizacyjnego...
To naturalnie, nie jedyny przepis w naszym prawie, który za pomocą podobnej idei może sprzyjać ochranianiu przestępstw czy innych uchybień członków korporacji, a co w rezultacie najczęściej sprowadza się do bezpośredniego działania na szkodę obywatela. Trzeba tu jednak także wskazać, że ta grupa przepisów zawiera w sobie jeszcze jedną złą stronę, która wchodzi w skład ich niecnych skutków, a którą obowiązkowo należy też wyodrębnić. Otóż, takie wątpliwej wartości "prawo", wymusza przecież na obywatelu - nierzadko jeszcze poprzez jego własną gotówkę - potwierdzanie sztucznej przydatności adwokatów, którym musisz dać zajęcie, do którego nie są ci wcale potrzebni... W tej sferze istnieją nawet bardziej wyraziste przykłady, takie jak choćby poniższy przepis Kodeksu Postępowania Cywilnego...
Banałem byłoby pytanie, czy dążący do uskuteczniania sprawiedliwości społecznej człowiek, mógłby zapisać w prawie tak haniebny pomysł? Za pomocą tego przepisu - i jak trzeba mataczenia wspomagającego - Sądy potrafią sobie wyeliminować z gry taki środek odwoławczy, jakim jest np. skarga kasacyjna oparta na rażących naruszeniach przepisów postępowania, a w tym uchybieniach adwokata. Nie sposób nie przypomnieć tutaj o klasycznej roli, jaką odgrywa w takich sytuacjach korporacyjna solidarność (dlaczego nie była skuteczna apelacja?). Jest to oczywiście, całkowicie sprzeczne z sensem sądownictwa, a co za tym idzie z sensem prawa, a więc stanowi jego - niezwykle niewdzięczne dla nas - łamanie. Jednak nasze żale i naiwne poszukiwania sprawiedliwości mogą już w tym miejscu w Polsce natrafić na swój kres. A tymczasem, przepis ten mógł powstać co najwyżej dla takiej teoretycznej sytuacji, w której Sądy Powszechne wydają uczciwe - oparte na istocie prawa - wyroki, a więc dalsza potrzeba odwoławcza, mogłaby wynikać głównie z zaawansowanych niuansów prawnych, do których podniesienia i bronienia, adekwatny byłby odpowiednio wyszkolony adwokat. Kiedy jednak ta teoria nie ma odniesienia do praktyki - np., kiedy właśnie Sąd jest na bakier z prawem, a adwokat jest daleki od wypełniania swojego powinnictwa - to konsekwencje odchyłek od tych założeń nie mogą być oczywiście zrzucane na skarżącego. I dlatego właśnie wówczas ożywa prawo nadrzędne (np. Art. 5 Kodeksu Cywilnego czy też Art. 13 - poprzez Art. 6 - oraz Art. 17 i Art. 18 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, obowiązującej oczywiście również w Polsce), ale tego niestety Sąd nie będzie chciał dostrzec, nawet przy pomocy naszych podpowiedzi... Jednakże podstawowa nieuczciwość podobnych przepisów wypływa już bezpośredniego z samego faktu ich zainstalowania w prawie. Po prostu, przede wszystkim nie mogły one sobie powstać dla interesu korporacji, lecz wyłącznie dla dobra obywatela. Tak więc, nikt uczciwy nie mógłby z góry jednoznacznie założyć, że adwokat będzie zawsze stanowił mocniejszy punkt od samej strony. Takie założenie jest dyskryminujące (np. Art. 32 Konstytucji RP czy Art. 1 Protokółu nr 12 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności) i szczególnie uderza w godność osób predysponowanych (np. Art. 30 Konstytucji RP), mających potencjał do własnej obrony, dla których jest nie do przyjęcia osłabianie tej obrony, zawsze wątpliwej wartości adwokatem, nie wspominając już nawet o motywie płacenia za niego, co przecież stanowi zwyczajne, bezczelne naciąganie. Oczywiście, atut siły układowej adwokata - nawet gdyby stał po naszej stronie - nie może być w ogóle brany pod uwagę, a tutaj właśnie jakby poprzez przepis i współuczestniczące realia, próbował się w tle odzywać. Ten temat też wymagałby dokładniejszego omówienia, w każdym bądź razie, takie - godzące w nasze wolności, okradające ze środków obronnych czy też wyłudzające pieniądze - przepisy, powinny z naszego prawa zniknąć natychmiast i bezpowrotnie. Póki co, możemy jednak na razie tylko odnotować, że w tych sferach panuje jakby cisza, więc jeśli się sami o to nie postaramy, to raczej nikt za nas tego nie zrobi...
Oczywiście, nie musimy się już nawet domyślać, że samo złożenie - nawet dopuszczalnego i dalece zasadnego - wniosku o zezwolenie na pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności, leży jeszcze dość daleko od jego przedmiotowej skuteczności, ale zajrzyjmy na chwilę do publicznie udostępnionych liczb. Jak podała pod koniec 2005 roku TVP1, w ostatnich pięciu latach wszczęto ponad 700 spraw dyscyplinarnych przeciwko sędziom, ale tylko w 23 przypadkach zgodzono się na uchylenie immunitetów. Naturalnie, można już na tej podstawie próbować wskazywać, że to zaledwie ok. 3,3 procenta, ale przecież będzie to i tak dalece niewymierny wynik. Aby uzyskać bardziej obrazowe dane, należałoby przynajmniej jeszcze dociec, ile w ogóle takich przypadków zostało zgłoszonych, co jest szczególnie istotne dla takiej właśnie sytuacji, kiedy znając realia, trudno nam nawet zakładać, aby w grupie tej mogła znaleźć się jakaś znacząca ilość wniosków niezasadnych. Natomiast dla pełnej orientacji należałoby jeszcze spróbować ustalić, ile takich przypadków w ogóle nie zgłoszono, a wedle odnotowanych znaków, to właśnie te dane mogłyby stanowić najistotniejszą wielkość w problemie. Wielkość, która miała przecież możliwość spotkania się z wystarczająco skutecznymi motywami do pozostawania poza kadrem, choćby za przyczyną istotnych ograniczeń okazanego wcześniej przepisu czy też zniechęcającej wiedzy powszechnej na temat skuteczności, jak i przecież obaw, względem takich zamysłów. Nie bez znaczenia jest tu więc także majętność zainteresowanego... Nic nie wiemy tu również o ilości pojedynczych sędziów zawartych w tych 700 sprawach, a takie rozróżnienie również mogłoby podnieść obrazowość. Wprawdzie być może dotyczą one przede wszystkim sfer pozasądowych, a te raczej nie pretendują do tak obfitych plonów jak typowo sądowe zakresy, ale nie można wykluczyć, że nawet już sama ta liczba kryje w sobie wymowniejszą zawartość. Cały czas musimy bowiem zdawać sobie sprawę, że w zaserwowanych nam warunkach, jedna sądowa ofiara zwykle przekłada się na wielu współudziałowców przekrętu, więc gdyby chciano uczciwie ich wyodrębnić na pełnym obszarze zaistniałych przypadków, to w rezultacie na tym tle przedstawiona wielkość wyjściowa mogłaby wyglądać bardzo mizernie. A taka przecież jest konieczność, gdyż sądownictwo oparte na zawisłościach, nie jest żadnym sądownictwem...
To wszystko oczywiście traci na znaczeniu wobec najważniejszego miernika wszelkich danych, jaki stanowiłaby tu dopiero odpowiedź na pytanie, ilu sędziów - na tle tych wszystkich przekrętów jakie w ogóle zaistniały, wspartych wypadkami typowo cywilnymi - doczekało się zasłużonych kar. Chodzi tu oczywiście przede wszystkim o odpowiedzialność karną - bo ona np. z przekrętu, wynika w zasadzie samoistnie - a nie o jakieś tam ew. dyscyplinarne pozory. Tak więc, interesowałyby nas efekty przede wszystkim te po uchyleniach immunitetów. Z tym, że jak widzimy, dla 5-letniego odcinka czasowego, maksymalnym punktem wyjścia jest tu kpiąca sobie z nas liczba 23, co automatycznie potwierdza nasze wcześniejsze wnioski. Nie zapominajmy, że to wciąż tylko zaledwie pretendenci do kar, a i przecież o sędziach np. siedzących w więzieniach - nawet w tej najmniejszej skali - też jakoś nie słychać. No cóż, teraz właśnie szczególnie wskazane jest przypomnienie sobie o systemie zamkniętego koła i wczucie się w sytuację tych sędziów, którzy ostatecznie mieliby decydować o konsekwencjach karnych dla swojego kolegi po fachu. Czym mieliby się kierować, skoro nie dość, że sami zawsze muszą liczyć się z perspektywą znalezienia po drugiej stronie - a chociażby dlatego, że na bazie określonych realiów zawodowo-korporacyjnych, są skazani na łamanie prawa i skażenie się choćby np. tym samym co osądzany - to jeszcze za nieuzasadnione odpuszczenie czy łagodne potraktowanie kolegi nic im nie grozi, a do tego nad ich głowami stoi swój, wszechukładowy prezes? Oczywiście, takie oblicze sądownictwa skłania nas ku wnioskowi, że jeśli w ogóle jakiś sędzia odsiedział czy odsiaduje odczuwalną karę w więzieniu, to już na pewno nie na skutek prawidłowo wykonywanej pracy aparatu sprawiedliwości, lecz co najwyżej za przyczyną jakiś specyficznych okoliczności, które akurat wyszły temu naprzeciw. Na razie póki co, stopień unikalności takich okazji m. in. podkreśla nam fakt, że nawet sędziowie, którzy pod patronatem dawnego systemu, wręcz seryjnie zabijali wyrokami ludzi, też jakoś od lat nie potrafili doczekać się prawomocnych orzeczeń. I jakiej by to nie poddawał z daleka teraz ocenie, musi jednak odpowiednio dawać do myślenia. A tym bardziej, jeśli zestawimy te wskazania z kolejnymi, które przedstawię nieco dalej...
W każdym bądź razie, o ile skuteczne i miarodajne osądzenie sędziego w sferze "tradycyjnych" przestępstw, to jeszcze temat do połudzenia się, to już na pewno trudno liczyć nawet na cuda w zakresie sądowych przekrętów, a niestety, ta przecież strona jest najistotniejszą w całym problemie. Oczywiście, ostatnie zatrzymania (2006) - traktowane jako symbole zmian na lepsze - mogłyby nawet w takiej sytuacji cieszyć, ale nie mogą w żaden sposób wpływać jeszcze na jakąkolwiek ocenę tego obszaru. Nie możemy bowiem dawać sobie odciągać uwagi od decydujących efektów końcowych i ogromnego, czarnego urodzaju tego pola. W takich okolicznościach mniej znaczącą jest np. wiedza o praktycznym stosowaniu w globalnym ujęciu samych kar dyscyplinarnych, bowiem przestępstwo dotyczące działania na szkodę strony w sprawie sądowej, nie może być bagatelizująco sprowadzane do przewinienia czy wykroczenia. Tak więc sam ten fakt - że pretendenci do kar dyscyplinarnych, stanowiliby tylko nieuzasadniony "odrzut sfery karnej" - jest już dyskredytujący, a jak widzimy do tego musiałaby sprowadzać się większość przypadków w tym najbardziej interesującym nas zakresie. Tym niemniej na pewno lepsze nawet kary symboliczne niż zupełny ich brak, ale wciąż jakoś nie widać, skąd koledzy sędziowie mogliby wydobyć motywację nawet do zastępczego udobruchania nas. Jednak już nieraz też przekonaliśmy się, że zbyt daleko posunięta demoralizacja i pewność siebie ludzi układów, może przynosić nam teraz również nieocenione korzyści. Na tej właśnie bazie, sytuację sędziowskiej odpowiedzialności dyscyplinarnej najlepiej przybliży nam, sam wielki odpowiedzialny za osiągnięte nazbyt skuteczne funkcjonowanie przeciwobywatelskiego sądownictwa, fałszywy stróż sędziowskiej niezawisłości, czyli...
Działalność tego organu, oczywiście też wyraźnie opiera się na podłożu przewrotności. No cóż, gdyby było inaczej, to cały ten sądowy temat, też wyglądałby co najmniej lepiej. Jak Państwu już wiadomo, Krajowa Rada Sądownictwa m. in. powinna stać na straży właśnie sędziowskiej niezawisłości, a tymczasem wykreowała się na ochroniarza jej naruszeń. Obecnie nie wymaga to nawet silenia się na jakieś specjalne udowadnianie, a chociażby dlatego, że na podstawie szerokiej wiedzy praktycznej, wiemy nie od dziś, że różnorakie konfiguracje zawisłości oszukały masy obywateli, podczas gdy napiętnowane przypadki zupełnie nie współgrały z tym obrazem, a do czego za chwilę dojdziemy. Z reakcji Rady wynikało, że - wykorzystując niewiedzę społeczną - świadomie myli ona w swoich działaniach (zaniechaniach), pojęcie ochrony sędziowskiej niezawisłości z ochroną sędziów (w tym oczywiście, przede wszystkim tych nieuczciwych). Tymczasem sędziów miał i tak chronić przesadzony immunitet, a niezawisłość... winna stanowić zabezpieczenie obywatela. A to właśnie "drobne nieporozumienie", ma kluczowe znaczenie dla naszych wolności i sądowych szans na sprawiedliwość. Szans, których w ten sposób do reszty nas pozbawiono. Jeśli wziąć jeszcze pod uwagę kodeks etyczny (Zbiór Zasad Etyki Zawodowej Sędziów) stworzony właśnie przez Krajową Radę Sądownictwa, która poprzez ten fakt okazuje nam niemałą świadomość w zakresie potrzeb co do sędziowskich rygorów (w tym niezawisłości absolutnej, np. § 9 pkt 1: "Sędzia nie może ulegać jakimkolwiek wpływom naruszającym jego niezawisłość, bez względu na ich źródło lub przyczynę."), a które to w praktyce jak wiemy, pozostają tylko bajką, to fałszywa rola tego organu wypływa tu samoistnie. A dobitne potwierdzenie tego mogliśmy znaleźć nawet na stronie internetowej samej Krajowej Rady Sądownictwa, która po 15 latach swojej działalności (utworzenie 1989/90) - ustami rzecznika prasowego (również sędziego), kpiąc sobie ze społeczeństwa - m. in. nie omieszkała się pochwalić, jak to ona, cytuję:
"... Piętnowała każde, nieliczne przypadki nagannego zachowania sędziów, inicjując wszczynanie postępowań dyscyplinarnych bądź skarżąc orzeczenia zapadłe w postępowaniu dyscyplinarnym...".
I to jest tupet z najwyższych półek oraz nikczemna pogarda dla obywateli naszego kraju, a szczególnie tych rzesz pokrzywdzonych, którzy uzyskiwali negatywne rezultaty w swoich sprawach na skutek łamanej niezawisłości, ale nie mieli nawet dokąd skutecznie zgłosić swojej krzywdy, bo - nawet w mniemaniu ówczesnego urzędu, teoretycznego Rzecznika Praw Obywatelskich - sędziów rzekomo chroniła ta naruszona, a więc nieistniejąca niezawisłość. Nie oszukujmy się, wprawdzie kto jak to, ale szczególnie instytucje mające chronić praw człowieka powinny być zdolne do samodzielnego myślenia, to jednak trzeba też być świadomym, że to Krajowa Rada Sądownictwa jako "niezawisłościowy autorytet" dawała przykład, przenosząc swoje - a jak to pokazała otaczająca rzeczywistość, fałszywe - stanowisko, automatycznie na innych, a w ten sposób obezwładnianie nas postępowało już aż do bólu. Tak czy inaczej, należy tu ponownie zauważyć - a raczej już może zagrzmieć - że ani Krajowa Rada Sądownictwa, ani niezawisłość, nie mają chronić sędziego, lecz... obywatela! Zasadzie niezawisłości sędzia tylko podlega! I mam nadzieję, że nowsze ew. mutacje podobnych ciał nie dostaną już możliwości, aby o tym nie pamiętać. Nasze dobro musi być zawsze na pierwszym miejscu i tych pojęć nie można mylić, a tym bardziej wykorzystywać w drugą stronę. A wyraźnie tak właśnie działała Rada, która potrafiła podejmować interwencje w sytuacjach zagrożenia, ale dla sędziowskich... zawisłości. Proszę zwrócić tu także uwagę, jak określenie "każde, nieliczne przypadki" nie współgra nawet z tymi siedmiuset wszczętymi sprawami, które należałoby jeszcze pomnożyć przez trzy, bo przypomnę, że dotyczyły 5-letniego okresu. Oczywiście, to nam w pewnej mierze potwierdza rodzaj tych przypadków, a zarazem stanowi przykład, jak to sędziowie dbają o innych sędziów, zamiast służyć społecznej sprawiedliwości...
Warto tu przypomnieć, że sędziowską zawisłość jest stosunkowo łatwo wykazać, ponieważ zostaje to odnotowane po prostu w aktach, lecz trzeba tylko chcieć to odczytać, a Krajowa Rada Sądownictwa dysponowała ku temu stosownymi środkami prawnymi (np. Art. 3 Ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa). Ponadto - co już też sygnalizowałem - w jednej pojedynczej sprawie sprzeniewierzanie się niezawisłości jest zwykle okazane przez wielu sędziów, ponieważ łączą ich co najmniej zależności solidarnościowe, a brak odpowiedniego nadzoru złamał im tak dalece bariery moralne, że są w stanie poprzeć nawet największą podłość i bzdurę, co podnosi czytelność zawisłości. Oczywiście, w takich sytuacjach nie ma potrzeby rozpoznawania istoty sprawy. Takie układy są szczególnie niebezpieczne i uciążliwe dla obywatela, ponieważ mogą mu na długie lata blokować życie - a przy tym wyłudzać pieniądze - choć docelowe środki mogą opierać się na bardzo prymitywnych instrumentach, a właśnie te instrumenty najlepiej okazują tę zawisłość. Czyżby Krajowa Rada Sądownictwa została tak dalece niedouczona, że nie wie, iż aby instancyjność sądów mogła spełniać swoje rzeczywiste zadanie, to te instancje powinny być wzdłuż i wszerz od siebie niezależne (!), a nie - jak pod jej ojcowskim okiem - powiązane przeróżnymi formami zawisłości, a w tym prężnie rozwijającym się współdziałaniem (zawisłości organizacyjne, specjalizacyjne, branżowo-układowe, rodzinne, znajomościowe, towarzyskie, itp.). Trudno pohamować się tu od podsunięcia Radzie szyderczej wskazówki, aby może jeszcze wsparła organizację "IUSTITIA" jakąś intensywniejszą pomocą w zakresie organizowania prawniczych wycieczek, to może wówczas za pośrednictwem "niezawisłych dyskusji" podkrapianych jakże "niezawisłodajnym eliksirem alkoholowym", można będzie jeszcze dokładniej ogołocić obywateli z tak ważnego dla ich życia zabezpieczenia? No cóż, nie ma strażnika, nie ma niezawisłości...
A w ten sposób - czyli przede wszystkim właśnie poprzez sugerowanie opinii publicznej, że przez 15 lat miały miejsce zaledwie nieliczne przypadki nagannego zachowania sędziów - Krajowa Rada Sądownictwa sama doszczętnie się skompromitowała i zdyskwalifikowała, zwyczajnie przyznając się, że ochraniała sędziów, a nie ich niezawisłość, która - co przypomnę jeszcze raz - to nas powinna chronić! No cóż, jeśli sędziowie przez 15 lat nie byli karani nawet dyscyplinarnie (a już na pewno nie z inicjatywy KRS) - bo epizody, jeśli w ogóle występowały, są tu przecież bez znaczenia - to co tu więc mówić o należnych karach z wyższych półek (np. Art. 231 Kodeksu Karnego) i mobilizacji sędziów do niezawisłego postępowania?
Dla pełniejszego obrazu, winny jestem jeszcze wskazanie, że sędziów powołuje prezydent RP, ale robi to na wniosek - składającej się "oczywiście" w zdecydowanej większości z sędziów - właśnie Krajowej Rady Sądownictwa. Postępowanie wybrańców na pewno więc, obarcza ją też odpowiedzialnością. Gdyby więc nawet zabrakło tej układowej siły wyższej, to już sama ta zależność ma przecież podstawy do odciskania piętna na ocenie ich pracy... Po zmianie lewicowej władzy, która konsekwentnie, bez umiaru popierała patologiczne sądownictwo, należy z utęsknieniem czekać na zrobienie decydujących porządków przede wszystkim także właśnie z tym tworem. Tworem, którego działalność objawia nam się tu, jako najczarniejszy żart, który przecież sprowadza się do tego, że... ni mniej ni więcej, tylko akurat sędziowie zostali sobie wyznaczeni do ochrony obywateli przed przekrętami innych sędziów. A, że na cuda znów nie można było liczyć, interes sobie kwitnie, a my za niego płacimy. I znowu powraca banalne pytanie, czy przewidzenie tego mogło stanowić tu dla uczciwie myślącego człowieka jakąś trudność?
ŁASKĄ W NIEZAWISŁOŚĆ
Zapewne prezydenckie prawo łaski najpowszechniej kojarzyło się nam przede wszystkim z tą ostatnią deską ratunku dla nieszczęśników skrzywdzonych niezasłużonymi czy też nieżyciowymi wyrokami. Na pewno też jednak, zaburzenie takiego postrzegania mogło zaszczepić się już co najmniej od czasów p. Lecha Wałęsy. Jednak, to co wyszło na światło dzienne pod koniec 2005 roku, pozwala - na bazie zdobytej dotąd wiedzy i okoliczności dodatkowych - zastanowić się już nad diametralną zmianą spojrzenia w tym zakresie. Wówczas to właśnie prawo łaski, wystarczająco jednoznacznie objawiło się nam, jako kolejne narzędzie pomocnie ochronie układów oraz jako jeszcze jeden - tym razem pośredni - sposób ingerowania w sędziowską niezawisłość (gdy zawodzą inne środki). Tę przewrotną możliwość publicznie podpowiedział nam ustępujący wówczas prezydent RP, p. Aleksander Kwaśniewski, kiedy to bez widocznych podstaw okazał wolę skorzystania z tego instrumentu w stosunku do postaci bardzo kontrowersyjnej w sensie takich zamysłów. Osobą tą był kolega prezydenta z popieranego przez niego - do niedawna rządzącego - lewicowego ugrupowania. Ugrupowania, które - zupełnie się z tym nie kryjąc - ochraniało układową patologię, a dawało temu wyraz przy każdej sposobności, bez zauważonej żenady publicznie udając, że nie widzi tej całej mistyfikacji oraz krzyczących potrzeb naprawczych. Wiedząc, że ta - związana z prawem łaski - kontrowersja, ujrzała tak silne światło dzienne przede wszystkim za sprawą dużego nagłośnienia niezwykle bulwersującego przedmiotu sprawy, to w połączeniu z naszą dotychczasową wiedzą oraz wiedzą uzupełniającą, a dotyczącą pewnych zjawisk minionego okresu, wysunęły się na celownik dwa niezwykle intrygujące wątki schodzące się w jedną całość. Pierwszy elementarny, dotyczący wątpliwości, czy czasem po tym wszystkim, nie byłoby już naiwnością myśleć, że prawo łaski mogło w ogóle istnieć dla zwykłych ludzi? Natomiast drugi generalny, pozwalający jednoznaczniej skierować uwagę w stronę, która coraz wyraźniej objawia nam się jako - przenoszone pokoleniowo i wciąż ewoluujące - źródło układów. W stronę, która je chroni i która z jego dobrodziejstw do tej pory korzysta...
No cóż, jeśli wiemy, że sądy w Polsce nie zostały zupełnie przygotowane do pełnienia swojej roli - co w tej całej chronionej bezkarnością układowej karuzeli, doprowadziło je w końcu do zupełnej degeneracji - a ktoś bezczelnie i bezprawnie, próbuje nieprzerwanie narzucać wszystkim wkoło nie krytykowanie ich wyroków (np. Art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, ale także np. Art. 13 ust. 1 Prawa Prasowego, który swoją formą sam podsuwa nam krytykę sądowych orzeczeń), to czytelnie okazuje nam to, że ten ktoś przewidując ich nieprawidłowości, dla dobra wynikającego z tego interesu, taką fałszywą propagandą próbuje zabezpieczyć się przed ich ofiarami, a co w rezultacie niestety, sprowadza się do skutecznego przeciągania na swoją stronę ogółu społecznego. A kto to taki?
Zanim spróbujemy to wyraźniej odsłonić, musimy pamiętać, że wskazane propagandowe treści w zestawie patologicznych zasłon nie są oczywiście odosobnione, a więc stanowią tylko raczej takie znaczące symbole tego pola. Musimy teraz także umieć wyłowić tych, którzy poprzez częstotliwość powtarzania samoczynnie ulegli mitom i - z przyzwyczajenia, dla mody czy może nawet chwilowego interesu - również sami je teraz powielają. Swoją drogą, to zauważalnie zbyt dużo ludzi sfery publicznej nieświadomie wspomaga tę przestępczą machinę. No cóż, w końcu w zakresie założeń tego opracowania, leży również idea dotarcia do takich osób... Tak więc, najlepiej po prostu aktywnie zastanowić się, kto publicznie zbyt uporczywie i regularnie - a może i hazardowo - dążył czy dąży do utrzymywania tak karygodnego stanu. W trakcie tworzenia tego materiału, był w tym zakresie szczególnie urodzajny okres, ponieważ do władzy doszło wreszcie jakieś ugrupowanie okazujące dostrzeganie problemu i które dość znacząco wypowiedziało mu wojnę, a to zaraz musiało spotkać się z reakcjami przeciwnika... Naturalnie, korporacja sądowo-prawnicza, która jest podstawową bazą zła, "od zawsze" dawała nam do zrozumienia - rażąc przy tym dziecinną wręcz demagogią - że nie interesuje ją żadna sprawiedliwość, lecz po prostu tylko własny interes. A takie bezwstydne stanowisko, napędzane niepohamowaną demoralizacją, wynikało oczywiście przede wszystkim z pewności co do - wspomaganego przez siebie - fałszywego postrzegania tego pola przez ogół społeczeństwa. Cały jednak problem nie wziął się, ot tak sobie z powietrza. A tu ścieżki naszej syntezy prowadzą przede wszystkim do okresu międzyepokowego, bowiem wyraźnie to ówczesny zespół zaniechań i błędnych posunięć przeniósł rozwinięte wcześniej źródła zła do teraźniejszych czasów, a po drodze jeszcze nawet wzmocnił...
Chyba jest wystarczająco oczywiste, że podjęcie się leczenia zgnilizny zamiast jej amputacji - a szczególnie przy niedostatecznym stanie wiedzy w tym kierunku - stanowi nikłą nadzieję na jakiś znaczący efekt, choć zawsze nadzieję. Jeśli jednak nie robi się, ani jednego, ani drugiego, a zepsucie podpina tylko pod inny szyld, to oprócz swobodnego, dalszego rozwoju choroby, nie można już liczyć na nic. Jeśli np. sędziowie, od samego początku nie byli odpowiednio przygotowani do wypełniania swojej misji - a więc przede wszystkim do uczciwego postępowania - no i specyfika minionego systemu nie zezwalała na stworzenie ku temu odpowiednich warunków, a po drodze w nowych realiach nie zostali nawet poddani odpowiedniej weryfikacji czy demokratycznym wolnym wyborom na określoną kadencję, to chyba jest oczywiste, że wykreowane różnorodne niepożądane efekty musiały zostać przeniesione do naszych czasów i w następstwie rozwinięte. Wobec tego, że takim najbardziej właśnie niepożądanym skutkiem międzyepokowych zaniechań, było przeniesienie - zbudowanych na komunistycznych podwalinach - różnorodnych układów (zależności), które dzięki tzw. "demokracji" zostały jeszcze obdarowane wspomagającymi prezentami, to wciąż rządziła, choć nieoficjalnie, komuna, która mogła sobie tylko szyderczo drwić z nieszczęsnych bojowników o równość wobec prawa i sprawiedliwość, którzy - dorywając się do źle rozumianej wolności - nie zadbali o najważniejsze ich napędy. A takim prezentem były nadludzkie zabezpieczenia, właśnie najistotniejszych ogniw układów czyli przede wszystkim sędziów. Innym podarunkiem było przyzwolenie na upraktycznienie przewartościowanej (przeszacowanej) wolności słowa, która miast służyć obywatelom do wyrażania swoich sprzeciwów, dała przede wszystkim majętnym ludziom układów "prawo" do szerzenia zła. Przecież wielu z nich dorobiwszy się na "cichych działalnościach" i wyzyskiwanym ludzie, miało teraz środki do skutecznego ogłupiania i skłócania, tak samego społeczeństwa, jak i stawających im na drodze działaczy. I mogli przecież jeszcze teraz śmiało występować pod fałszywym szyldem głosu społecznego. A to specyficzne współdziałanie - zamkniętej szczelnie przed uczciwą ingerencją - korporacji sądowo-prawniczej, odpowiedniego fragmentu mediów, stosownych służb i kręgów politycznych, części ludzi tzw. "nauki" oraz szeregu osób znanych, wpływowych i bogatych (sport, showbiznes, biznes, itp.) - a więc w głównej mierze nie wystarczająco skompromitowanej pokomunistycznej schedy - wsparte typowym światem przestępczym, mogło w osobliwej konspiracji bezkarnie dalej sobie kwitnąć i dobudowywać fałszywe autorytety. A poprzez wyznaczanie sprawiedliwości społecznej układami i kasą, wypaczać całą rzeczywistość i popychać kraj w kierunku chaosu. I właśnie przede wszystkim te sfery najczytelniej obnażyły nam swoje rzeczywiste oblicza, gdy poczuły takie zagrożenie jak właśnie naprawa państwa. Nawet bezwstydnie potrafiąc (widocznie na bazie adekwatnej desperacji) kłaść na pulę swoje sztuczne - aczkolwiek nawet te najbardziej wylansowane - autorytety...
Oczywiście, byli również tacy, którym przemiany otworzyły szerzej naiwne dotąd oczy czy też tacy, dla których był to upragniony czas uwolnienia się spod nacisku komunistycznego jarzma, ale byli też tacy, którzy poczuwszy znakomite warunki kontynuacyjne, chcieli - a nie często nawet musieli - grać dalej. Nie zamknięcie drogi partiom, które - wywodząc się z fałszywych źródeł ideologicznych i splamionych już przeciwobywatelską działalnością - były przede wszystkim zarażone chorobą układową, stanowiło kolejne istotne niedomówienie nieprzemyślanej instalacji systemu demokratycznego. Ich działalność mogła teraz stanowić bowiem doskonałą ochronę interesów układowego podziemia. Po prostu, dostali możliwość "legalnej" walki o... zło! Oczywiście, napływ ludzi młodych do takich partii, nie tylko nie mógł zmienić szkodliwych jej kierunków, ale wręcz przeciwnie, pośredniczył w ich rozwoju. A jest to o tyle istotna uwaga dla naszych czasów, aby nie dać zwieść się jakiemuś kolejnemu repertuarowi fałszywych argumentów, mających np. na celu pozorowanie nam rzekomo innej lewicy. Fakt, że młodzi ludzie fizycznie mogą nawet nie pamiętać tamtych czasów, pozostaje całkowicie bez znaczenia. Po prostu, groźny układowo-ideologiczny wirus przenosił się i rozmnażał, a oni - nawet, jeśli ich wyjściowe intencje oparte były na dobrej wierze, choć podległej zaślepieniu - stopniowo stawali się jego aktywnymi, coraz liczniejszymi nosicielami. Oczywiście, z adekwatnymi następstwami musiały spotkać się również inne istotne grupy systemowo-branżowe (itp.), które bazowały na starych fundamentach (np. przenoszenie układów i filozofii postępowania)...
Znając odpowiednio, wynaturzone realia machiny sądowo-prawniczej, która stanowi decydujący napęd opajęczonych na cały kraj układów, a słuchając pozytywów, wstawiennictw czy wręcz pochwał kierowanych w tę stronę na forum publicznym przez różne osoby reprezentujące, np. wskazane sfery - a jak się właśnie okazuje, m. in. poukrywane pod szyldami różnych "autorytetów", znanych postaci, czy wręcz "gwiazd" - i kiedy to wszystko jeszcze jest rażąco wsparte niezwykle szczelnymi klapkami na oczach w zakresie rzeczywistego problemu... mogliśmy i wciąż możemy odnotowywać do jakiego stopnia zostało to wszystko rozwinięte, przemieszane i zakorzenione... To m. in. przecież tacy właśnie ludzie, swoimi różnorodnymi - mniej czy bardziej publicznymi - zachowaniami, sami napisali nam okazywany scenariusz... Tym niemniej jednak, najistotniejszą odsłonę stanowił okres trochę wcześniejszy i dotyczący dojścia do władzy właśnie partii wywodzącej się z omawianego obszaru, co było przecież jakby zwieńczeniem tych międzyepokowych niedociągnięć i ogólnego niedoinformowania - które oczywiście, jeszcze wspomożono - a cała reszta stanowiła tu tylko rolę dopełniacza. No i w ten sposób, nie dość, że nie naprawiono tych najbardziej szkodliwych mechanizmów systemu, to jeszcze ponownie dopuszczono do niego ich wyznawców... Znając jednak w tym czasie mechanizmy zła, można było chociaż klarowniej dostrzec, komu one właśnie służą. I tak np. ówcześni działacze (np. ministrowie "sprawiedliwości"), zupełnie nie kryli swoich szkodliwych społecznie intencji i bez zauważonej żenady, zwyczajnie na żywca, publicznie chronili układ. Nie widzieli potrzeb naprawczych, nie widzieli nic złego nawet w klanach rodzinnych, które zdominowawszy to pole były najczytelniejszą plagą układów... W ogóle w różnych okresach ludzie powiązani z tymi sferami, wymownie obnażali nam swoje intencje, plecąc bajki o względach politycznych, siejąc niecną propagandę w zakresach sędziowskich czy w ogóle prawniczych, a przy tym twardo narzucali nam (nawet ustami samego - aczkolwiek oczywiście, "swojego" - prezydenta) mit o nie komentowaniu wyroków - nie wiadomo jak stworzonych - rzekomo niezawisłych sądów, a obywatele wciąż za wszystko musieli płacić. Tracili czas, nerwy, środki finansowe i marnowali sobie życia... Jeśli dodamy do tego przewrotną działalność urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich i jeśli weźmiemy pod uwagę wiele elementów, pochodzących z nie tak dawno minionego okresu, które należałoby jeszcze opisowo wymienić, a odnoszących się np. do serii afer, jakie raz po raz wychodziły na wierzch, a które bezpośrednio dotyczyły członków rządzącej lewicy oraz obnażały właśnie pola układów (w tym np. pewne elementy związane z głośną, tzw. "aferą Rywina"), to można zauważyć jak klocki układanki dopasowują się i zbiegają w jedną budowlę, jawiącą się jako...
Dostępne dla wybrańców, nadrzędne państwo w państwie,
egzystujące pod osłoną Rzeczpospolitej Fikcyjnej.
Kontrowersyjne zachowanie Pana prezydenta A. Kwaśniewskiego w końcowym stadium jego urzędowania - odnośnie okoliczności związanych z prawem łaski - jest jakby publicznym podstemplowaniem okazanych mechanizmów. Niestety, dalsze przyglądanie się rzeczywistości jeszcze dosadniej obnaża nam jej brutalność... Jeśli Pan prezydent nie chce zauważać patologicznego stanu polskiego sądownictwa - będąc przy tym zwolennikiem głoszonego mitu o nie komentowaniu wyroków - i jednocześnie, jakby nie było niweczy prawem łaski w mniejszym czy większym stopniu postępowania w... bagatela ok. 4800 sprawach, co sprowadza się do tego, że przez 10 lat trwania swojej długometrażowej kadencji, codziennie anuluje czy łagodzi co najmniej jeden wyrok (powtórzmy: tak rzekomo przecież dobrze działających sądów, że aż ich orzeczeń nawet nie wypada komentować), to już w tym punkcie zderzamy się z takim objawieniem przewrotności, które podpowiada nam, że kryteria jakie przyświecały korzystaniu z tego narzędzia, z dużą dozą prawdopodobieństwa też mogły na niej się opierać. Jednak nie znając szczegółów tych wszystkich przypadków, moglibyśmy nawet na razie w dobrej wierze - choć przy takiej ilości, dalece optymistycznie i na pewno już naiwnie - przyjąć, że te tysiące ułaskawień, to przede wszystkim efekty nagrodowych możliwości prawa łaski, a nie sprzeciwiania się akurat tym w miarę prawidłowym - bo np. "przypilnowanym" medialnie - wyrokom, w ramach co najmniej układowej solidarności. Niestety, wystawiony na światło dzienne przypadek znacząco uwiarygodnia nam jednak ten mniej przyjemny wariant, a wobec tego, że Pan prezydent jeszcze publicznie (nawet telewizyjnie) wyznaje, że dany wyrok był - według niego - za wysoki, popadamy już nawet jakby w konsternację. No bo nie dość, że objawiają nam się tu - w sposób tak jakoś zbyt oficjalny - te najbardziej niecne intencje, to jeszcze mamy tu do czynienia nie tylko z fizycznym, ale i z tym najzwyklejszym komentarzem wyroku, co w sumie - mówiąc łagodnie - stawia prezydenta w nieciekawym świetle. Stanowi to jednocześnie, kolejną obnażoną formę pogardy skierowaną w stronę zwykłych obywateli...
Gwoli formalności należy jeszcze dodać, że taka sytuacja na pewno też definitywnie detronizuje ew. zasłonę argumentem - który można było już wyłowić z publicznych głosów - że jakoby prezydent nie musi się ze stosowania prawa łaski tłumaczyć. Po pierwsze, tu chodzi o coś znacznie poważniejszego, a więc takie tłumaczenie mogłoby jedynie służyć jako prezydencki pogrążacz, a po drugie, takie sytuacje będą zawsze pozostawać pod nadzorem zasad moralno-etycznych, jakimi to powinni na bieżąco kierować się wybrańcy społeczeństwa, aby dawać nam jeszcze przykład... Natomiast przewrotność stanowiąca aż taką ignorancję obywateli, od których - w przeciwieństwie do własnych faworytów - próbuje się odsuwać prawo do krytyki wyroków i to wyroków o tak wątpliwej wiarygodności, na pewno nie przystoi, ani prezydentowi, ani jakimkolwiek innym działaczom, a tym bardziej, jeśli wynikają z tego powiązania z tą najciemniejszą stroną procederu. Przypomnę: sądy nie zostały zupełnie przygotowane do swej - pożądanej społecznie - roli, stanowiąc zarazem główny nośnik układów, jakże więc miały prawidłowo działać? A kto o tym najlepiej powinien wiedzieć?
Tu być może niektórych z Państwa nurtuje pytanie, jaki wobec tego wynik mogłoby przynieść prześwietlenie tych tysięcy ułaskawień? No cóż, z góry na pewno nie rokuje to najlepiej, a naprawdę należałoby życzyć i Panu prezydentowi i nam wszystkim, aby w tym zestawie znalazła się jednak jakaś istotna ilość miejsc dla tych, którzy uzyskali to dobrodziejstwo bez pomocy mediów, środków finansowych i układów, bo to okazałoby chociaż jakąś tam krztę przyzwoitości niedawnej głowy naszego państwa... Jednak nie możemy zapominać tu o głównym przedmiocie opracowania. Nikt bowiem nie jest w stanie przebić zła wyprodukowanego przez fałszywych strażników naszych praw czyli sędziów, przy istotnej odpowiedzialności sądowych prezesów i innych wspomagających urzędów, do których właśnie można by zaliczyć też prezydenta kraju, jeśli jego "prawołaskowe" dotknięcia różdżką, podążałyby w analogicznych kierunkach... Oczywiście fakt, że Pan Aleksander Kwaśniewski jako prezydent RP, długotrwale akceptował patologię polskiego sądownictwa, popierał nie komentowanie sądowych wyroków i jeszcze do tego w obliczu tak kontrowersyjnych okoliczności uchronił od więzienia, co najmniej jednego lewicowego kolegę, już pozwala widzieć w nim, nie tylko jednego z odpowiedzialnych, ale przecież nawet nadzorcę całego procederu. Jednak autor nie chce w tym materiale narzucać Państwu końcowych wniosków w tym zakresie, ponieważ już wstępna analiza wykazała, że ta sfera wymagałaby osobnego, obszernego opracowania (tu m. in. należałoby przyjrzeć się również dokonaniom na tym polu, wcześniejszym władnym instrumentu prawa łaski), a my musimy iść dalej. Na pewno jednak wypada choć ogólnikowo dodać, że przecieki nawiązujące do ułaskawionych przez Pana prezydenta sygnalizowały m. in. kolejne kontrowersje, a ogólne zestawienia mogły nawet przerażać. Mówiły bowiem o poważnych liczbach morderców, gwałcicieli, bandytów oraz złodziei, a w takich okolicznościach, nie ma racjonalnych podstaw, aby móc zakładać, że zwykli - w tym skrzywdzeni - ludzie, mogli w jakiejś znaczącej wielkości wejść do składu, szczególnie takiej "elity". Natomiast pojedyncze - teoretycznie pozytywne i szczególnie te najgłośniej propagowane - przypadki (a był taki przynajmniej jeden), nie mogą odciągać uwagi od istoty problemu i wpływać na jego generalną ocenę. Do tego należy dodać, że kancelaria Pana prezydenta, podobnie jak fikcyjny urząd Rzecznika Praw Obywatelskich, też należała do tych, którzy spławiali interesantów, m. in. fałszywym powoływaniem się na niezawisłość sędziowską... Tak czy inaczej, jestem daleki od przedwczesnego jednoznacznego oceniania kogokolwiek i zamysł materiału nie zmierzał w takich kierunkach, jednak w trakcie tworzenia z przerwami opracowania, okazały swoje oblicze i takie fakty, więc nie sposób było opuścić wskazania objawionej publicznie, tak specyficznej - choć pośredniej - możliwości ingerencji w sędziowską niezawisłość, która właśnie wespół z obnażonymi okolicznościami, wykazywała silne łącze z sercem problemu...
Jednak z drugiej strony, nie może to też podlegać zbyt miękkiej ocenie - szczególnie w tych najbardziej drażliwych sferach - ponieważ obrażalibyśmy już też inteligencję Pana prezydenta i spółki. Przecież tej nie trzeba dużo, aby wiedzieć, że nikomu - nawet choćby tylko jednemu oszukanemu sądowym wyrokiem człowiekowi - nie można odbierać możliwości wytłumaczenia się. Nawet w znacznie, znacznie lepszym systemie będą zdarzały się pomyłki i oszustwa. Medialne propagowanie niczym nieuzasadnionych twierdzeń (szczególnie w postaciach autorytatywnych), które narzucają nie komentowanie sądowych wyroków - co przecież sugeruje m. in. nieomylność, fachowość i bezwzględną uczciwość, przynajmniej sędziów - wbijało i wbija gwoździe do trumien uczciwych ludzi. To przecież także takie publiczne udawanie, że niby nie ingeruje się w kompetencje sądów, co przy jednoczesnym upowszechnionym systemie układów i działań poza widownią, stanowi szczególne wypaczenie rzeczywistości. Okoliczności dotyczące nieuczciwych wyroków, poniewierają psychikę i godność, wzbudzają bojaźń. Sprawy są różne, ale zespołowi takich czynników, nierzadko towarzyszy strach przed zwykłym wyjściem na ulicę. Takie podjudzanie tych stanów i nasilanie bezbronności, przez samych ludzi "prawa" i władzy, jest szczególnie zwyrodniałą formą podłości, co jeszcze czytelniej obnaża ich niekompetencje i nieuczciwość, a tym samym pogłębia potrzebę komentowania wyroków. A tu jeszcze mieliśmy do czynienia z przyłapaniem na dwulicowości... No cóż, i dlatego właśnie, zasygnalizowałem ten obszar problemu w takiej akurat formie...
Tak więc - jak zauważyliśmy to wcześniej - prezes czy też przewodniczący wydziału mogą "swojemu" sędziemu narzucić konkretny wyniku sprawy, a sędziego niesfornego ew. wymienić. Teraz odkryliśmy jeszcze jedną możliwość zwierzchniej ingerencji w wyrok. Kiedy z jakiś tam specyficznych powodów wskazane byłoby ogłoszenie w miarę prawidłowego orzeczenia - a mogłoby do tego dojść, choćby np. za przyczyną zbyt silnego nagłośnienia medialnego, aby w razie czego rozczarowana opinia publiczna nie dostała okazji do zbytniego skupienia uwagi na realiach sądownictwa - to można go sobie jeszcze spróbować w miarę po cichu odkręcić, np. już po ustaniu zamieszania. Tym razem nie było czasu (prezydent kończył urzędowanie), sprawa wyszła na wierzch i tak przybył nam kolejny klocek układanki. No cóż, sposób sobie istnieje i jest bardzo skuteczny... Być może dla niektórych z Państwa, zasugerowana idea wyrokowania na pokaz, wygląda tylko na czysto teoretyczny scenariusz, jednak proszę zwrócić uwagę, że taki mniej więcej schemat pomaga wynaturzonemu sądownictwu budować sobie sztuczną wiarygodność, która później w zaciszach sądowych działa przeciwko nam wszystkim. Uczestnictwo aferzystów w publicznych przedstawieniach, to właśnie zło, które wprowadza w błąd podświadome przekonania opinii publicznej... Wyraźnie według podobnej idei, ówczesny Rzecznik Praw Obywatelskich był nawet w stanie podjąć działania dla obrony odwrotnych - jak się okazało - racji, byleby tylko właśnie móc publicznie pokazać, że coś takiego istnieje i działa niby dla ludzi. Takim właśnie mistyfikacjom musimy położyć kres. Różnorodne organy mają działać pod każdego pojedynczego obywatela, a nie pod masową publikę... Tak więc reasumując, mogę z dużą dozą pewności zasugerować, że - poznawszy realia krajowego sądownictwa - nie widziałbym większych szans na analogiczny wyrok w przedmiotowej sprawie, gdyby toczyła się ona bez takiego nagłośnienia i zainteresowania. No cóż, zamierzające przywrócić "stan normalności" i biorące na siebie opinię publiczną, prawo łaski, zapewne też nieźle musiało "nagimnastykować się" w dążeniu do jak najłagodniejszego odbioru swoich zamysłów...
Z okazanego sygnału zagadnienia, musimy umieć wyciągnąć odpowiednie wnioski. Sądownictwo, to główny procesor państwa, który steruje poprawnością jego działania w całym zakresie systemowo-gospodarczo-społecznym. Praktycznie wszystkie - rozwinięte w różnych wersjach - patologie, mają swoje źródło właśnie w niewłaściwie działających sądach. Jeśli taki procesor działa tylko we własnym interesie - a więc, zamiast budowania sprawiedliwości społecznej tylko progresywnie ją rujnuje - to absurdem byłoby nieustannie grzebać się w coraz gorzej działającym systemie, lecz przede wszystkim należałoby wymienić procesor (ten typ niesprawności, praktycznie wyklucza skuteczną jego naprawialność). Nie ma więc, większego sensu babrania się np. w aferach piłkarskich, bankowych czy w lustracjach (szczególnie tych dokonywanych za pomocą sądów), nie wspominając już o zgrozowym - w takich realiach - pomyśle eliminowania z istotnych funkcji państwowych, ludzi, którzy mają za sobą tzw. "prawomocne" wyroki karne, dopóki bezwzględnie nie naprawi się priorytetowego sądownictwa. O statusie przestępcy nie może decydować przecież przestępca, który nie doigrał się tylko dlatego oficjalnego wyroku, gdyż chroni go - dość dobrze już nam poznana - przestępcza machina, zbudowana na schedzie dawnego systemu oraz rażących niedociągnięciach i nieodpowiedzialności instalatorów nowego. I co najistotniejsze, przestępca, w którego zwyrodniałym interesie jest przecież nie dopuszczanie do władzy uczciwych ludzi...
Należy też nasilić baczenie na ugrupowania, które swoimi programami lub/i medialnymi wypowiedziami wykazują szkodliwość (a więc, odmienność) poglądową w tych zakresach i pod żadnym pozorem nie dopuszczać do władnych funkcji!!! Obojętnie czy ich działalność mieści się "tylko" w zakresie zagrożeń społecznych, czy też sięga bardziej rozwiniętych, przestępczych form, to w żadnym wypadku takie twory, nie tylko nie powinny nawet zbliżać się do jakichkolwiek urzędów w państwie, lecz powinny zostać jak najszybciej rozwiązane. Istnienie zjawisk eliminujących globalną sprawiedliwość społeczną, wyklucza przepis nadrzędny polskiego prawa w postaci Art. 2 Konstytucji RP (patrz również: Art. 13 i Art. 58 ust. 2 Konstytucji RP), a tej sprawiedliwości nie idzie uzyskać bez nieskazitelnych i prawdziwie niezawisłych sądów. Jeśli zaś ich nie ma, to cały szereg przepisów Konstytucji stanowi zwyczajną drwinę z ludzi. Taka sytuacja - która przy okazji obnażyła kolejny samoobronny mechanizm zamkniętego koła (patrz np. drugie zdanie Art. 58 ust. 2 Konstytucji RP) - gwałcąca konstytucyjny ustój państwa, upoważnia więc na bazie prawa (np. Art. 230 Konstytucji RP) do skorzystania ze specjalnych możliwości naprawczych... Tak czy owak, partie, które będą starały się sprzyjać tak groźnej chorobie państwa, powinny bez zmrużenia oka, jak najszybciej stracić legalność działania...
Póki co, na razie trzeba pamiętać, że elektorat takich ugrupowań, będą tworzyć i tworzą przede wszystkim ludzie, którzy przez lata w różnych formach korzystali z układu. Wobec tego, że rozkwit trwał w czasie, a oni zasadniczo nie pomarli, więc jest on jeszcze spory, a nawet przecież raczej rosnący. Dla niejednego z takich wyborców, dojście do władzy swojej partii, to szansa na uniknięcie odpowiedzialności i lepsze życie. Zaobserwujmy, jak takie ugrupowania zachowują się np. w sejmie w stosunku do ustaw, które mają wychodzić naprzeciw różnym formom naprawy czy rozliczeń? W połączeniu z "ich" postępowaniem w czasie, gdy same miały władzę - a co jak wspominałem, charakteryzowało się przede wszystkim, akceptowaniem i ochranianiem patologicznych mechanizmów, a więc dbałością o swobodne funkcjonowanie układu - nie możemy mieć wątpliwości, że mamy do czynienia tu z działalnością dalece przestępczą, skutkującą przeciwko całej społeczności. Ważnym jest więc teraz, aby zwyczajni, uczciwi ludzie nie dali się nabierać na różne populistyczno-demagogiczne chwyty i jeszcze nie zwiększali tego elektoratu. A tu wystarczy właśnie tylko, nie dać sobie odciągnąć uwagi od tego głównego problemu, z którym musimy uporać się wszyscy razem. Nie jest bowiem ważne, czy jesteśmy emerytami, rolnikami, robotnikami, czy tzw. "inteligentami". Nie jest ważne, czy mieszkamy na wsi, w małym czy dużym mieście. Czy dzielą nas życiowe potrzeby czy może cele. Dla każdego z nas, sądownictwo stanowi wspólną podstawę do prawidłowego funkcjonowania państwa, a więc i naszej egzystencji. Dopiero poprzez nieskazitelne, prawdziwie profesjonalne sądy, można to państwo przywracać do właściwego ładu, bo wówczas może to nawet robić każdy z nas, we własnym zakresie. Tylko takie sądy potrafią zahamować postępującą demoralizację, wyprostować medialne przekazy czy wypaczenie całej listy różnorodnych wartości. Tylko takie sądy mogą wybijać z głowy ludziom systemu okradanie Narodu na wszelkich frontach. I tylko takie sądy mogą odkręcić zalewająca nas fikcję. Dzisiejsze sądownictwo samo jest zdemoralizowane. Sterowane układami i kasą wywraca do góry nogami cały kraj. Jak długo jeszcze, pojęcie "wymiar sprawiedliwości", będzie stanowiło szyld dla korporacyjnego biznesu, stojącego w tak dalekiej sprzeczności z odpowiedzialnymi zadaniami misji rzeczywistej...?
Zalecam więc nam wszystkim - a już specjalnie, działającym w dobrej wierze mediom - przyglądanie się zamysłom partii pojawiających się na horyzoncie - zanim te dobiorą się do rządzenia - aby móc niszczyć zło już w zalążku. Nie ma bowiem takiej uczciwej opcji, aby dana działalność mogła mieścić w sobie jakiekolwiek popieranie utrzymywanego dotąd stanu czy niezbyt przekonujące intencje naprawcze! I w globalnym znaczeniu nie ma też na dzisiaj bardziej priorytetowych potrzeb, które mogłyby zasadnie uzurpować sobie przyzwolenie do odciągania uwagi od tego problemu.
Na pewno w chwili obecnej problem stanowią też ludzie, którzy mogą poczuwać się do winy, że pomimo możliwości, odpowiednio nie zareagowali wcześniej w tych kierunkach, a zapewne też niektórzy z nich mają na sumieniu korzystanie z układu i dopomaganie procederowi. To wszystko właśnie doskonale widać z daleka! Tu jednak najważniejsze jest zło nadrzędne, przeciwstawienie się któremu jest priorytetem najwyższym. W obecnym czasie, władza układowa została już wymieniona, teraz czas wymienić korporację. Proszę tu zauważyć, że na "dzień dobry" wystarczy odebrać układowi tylko dojście do sędziów, aby zmienić w odczuwalny sposób naszą rzeczywistość. A można to zrobić w stosunkowo prosty sposób, choć dość trudny technicznie (to się nie wyklucza) i z pozoru drastyczny. I naprawdę nie zalecałbym czekać, żeby zrobiły to - samoistną koleją rzeczy - same ofiary, które na bieżąco są skupiane w siłę przez produkującą ich bez opamiętania układową machinę, bo wówczas nie życzyłbym być skórze, nie tylko samych głównych winowajców. Ofiary najlepiej widzą i odczuwają, kto okazuje dobrą wolę w tych kierunkach, a kto uczestniczy w procesie pogrążania ich losu...
O wpływie sądów na całą rzeczywistość oraz o mechanizmach i krokach, jakie trzeba by poznać i podjąć w celu transformacji wymiaru niesprawiedliwości w wymiar oczekiwany napiszę dość obszernie - jak już wspominałem - w dalszej części, a teraz jeszcze pozostało nam uzupełnić wątek podstawowy...
SPLECENI ZAWISŁOŚCIĄ
Do tej pory w temacie uszczuplania sędziowskiej niezawisłości, odnosiłem się raczej w formie ogólnej, przede wszystkim do znajomości sędziego z kolegami po korporacji, takimi jak np. adwokaci, mający swój niebotyczny wkład w ogołacanie obywateli z tej ochrony. Jednak nadszedł czas, aby wyraźniej podkreślić, że najważniejszą stronę problemu stanowią tu jednak stosunki osobiste pomiędzy samymi sędziami, które były już oczywiście wielorako przywoływane, ale teraz chciałbym bardziej skonkretyzować ten problem. Mechanizm zamkniętego koła już oczywiście poznaliśmy, ale okazany był głównie dla sytuacji, w której to sędziowie popadają w teoretyczne kłopoty, a nie kiedy, to oni robią innym kłopoty, choć w generalnym ujęciu zlewa się to naturalnie w jedną całość. Podstawą jest ten sam solidarnościowy układ, który ponosi największą odpowiedzialność za zespół krzywd wyrządzonych - i to przecież nie tylko tym "najzwyklejszym" - członkom naszej społeczności. Tak więc, jeśli w jakiejś naszej sprawie, instancje nadrzędne wciąż oddalają czy odrzucają nasze pisma obronne (np. odwołania czy wnioski), pomimo zupełnej absurdalności zaskarżanych rozstrzygnięć (i takich kroków) - będących zresztą często konsekwencją nafaszerowanych matactwami postępowań - to po którymś tam negatywnym postanowieniu, odrzućmy dosięgające nas myśli, że widocznie druga strona przekupiła wszystkich sędziów. To po prostu ,"tylko" układ!!! Czy jest więc np. możliwe, aby trójka sędziów danego sądu wyłączyła ze sprawy - bez udziału mediów - na podstawie nawet najbardziej jednoznacznie zasadnego wniosku złożonego przez szarego obywatela, innego sędziego-kolegę, nie wspominając już o przewodniczącym wydziału? Co, niemożliwe? A drogą pocztową? Żart? No właśnie, jeśli ktoś odnotuje taki przypadek, niech oprawi sobie dokument w ramki, bo z pewnością będzie to unikat niezwykłego kalibru. Takie brutalne stwierdzenia serwuje nam niestety dosięgła nas rzeczywistość... Jeśli sędzia zrobi przekręt, to jego koledzy "nie mogą" także - ot tak sobie po prostu - zmienić orzeczenia, bo musieliby obnażyć jego nieuczciwość, a to pociąga zaraz za sobą różne - choć oczywiście, na razie raczej tylko teoretyczne - następstwa. Kto poświęci autorytet klanu sędziowskiego dla nic nie mogącego, a więc często i niezamożnego obywatela? A tym bardziej w takich realiach, w których nawet największa sędziowska durnota może stać się "niepodważalną mądrością". Przecież, żeby uzyskała taki status, wystarczy właśnie, aby została solidarnie zaakceptowana przez kolesiowską unię sędziowską. I tak zaczyna się zabawa w głupiego, w której musimy czytać coraz bardziej niedorzeczne pisma, prosić się o uzasadnienia orzeczeń, a nawet o samą treść wyroku, której wówczas nikt nie ma ochoty, nie tylko nam dostarczyć, ale w ogóle ujawnić, aby za to w zamian ochoczo i bezprawnie naliczać terminy i aby tylko niezasłużone konsekwencje jak najszybciej spadły na ofiarę, bez możliwości kolejnego odwołania. Takie właśnie i tym podobne działania na szkodę strony w sprawie sądowej - mam nadzieję, że pozostające w bezkarności już niedługo - stanowią działalność przestępczą, choć nierzadko właśnie mogą opierać się na niezwykle prymitywnych środkach, potrafiących w swojej perfidii zniżać się do poziomu, który dalece nie przystoi osiągniętemu stanowi cywilizacyjnemu, z jakim np. mamy do czynienia na co dzień, w życiu cywilnym. Który sędzia powziąłby się ukarania za takie - dla nich "normalne", a dla nas oraz prawa... przestępcze - praktyki, swoich kolegów? A jeśli tego nie ma komu zrobić, to nie ma sądownictwa. To wolna ręka w wyborze ofiary czyli zupełne bezprawie. A tym bardziej, że przecież - odwracając sytuację - dobrze wiemy, iż nasze realia w każdej niemal sprawie, miałyby możliwości od początku być inne, gdybyśmy np. opłacili "odpowiednio ułożonego" adwokata, nazywanego potocznie - jak już wiemy - "dobrym adwokatem", mimo, że ten wcale nie musiałby znać się na prawie i przykładać do naszej sprawy... Czy konstrukcję o takich regułach można nazywać wymiarem sprawiedliwości?
Abyśmy mieli pełniejszy obraz tej karygodnej budowli, odnotujmy teraz, że prezes sądu nadrzędnego sprawuje nadzór nad działalnością administracyjną sądów niższej instancji w danej strefie (w tym jest administracyjnym przełożonym prezesów tych sądów; np. Art. 22 § 2 Prawa o Ustroju Sądów Powszechnych), a następnie w obliczu tego przypomnijmy sobie, choćby o "legalnym" dostępie do niezawisłości sędziowskiej poprzez Art. 45 i Art. 79 Prawa o Ustroju Sądów Powszechnych. Nie zapominajmy również, że sędziowie, oprócz luźnych kontaktów bezpośrednich, są bezprawnie powiązani w "legalne" organizacje, spotykają się na różnych posiedzeniach (np. zgromadzeń ogólnych), zmieniają sądy, specjalności czy stanowiska, jeżdżą na wspólne wycieczki, porozumiewają się telefonicznie, a do tego przecież dochodzi - owiana już nawet legendą - sfera rodzinna, połączona przecież z samym dojściem do zawodu, jak i szkoła. Po prostu, wszyscy w mniejszym czy większym stopniu się znają, a trzymając się razem są bezkarni. Jak więc mają skutecznie działać nasze środki odwoławcze, skoro sami sędziowie są tak swobodnie powiązani więzami zawisłości, nie wspominając już o standardowych uzależnieniach od adwokatów i innych członków korporacji? Jak długo uczciwi ludzie mogą tolerować wyznaczanie "sprawiedliwości" przez tak haniebne monstrum? Dlatego, podsumowując tę stronę problemu, należy zapamiętać przede wszystkim, że...
Aby instancyjność sądów mogła rzeczywiście spełniać swoje zadanie, to instancje powinny być hermetycznie niezależne od siebie. W przeciwnym wypadku taka struktura - jako wymiar sprawiedliwości - nie będzie miała zupełnie sensu istnienia... W zafundowanych nam realiach, kiedy sąd danej instancji robi przekręt, to automatycznie cały organ sądowniczy staje się stroną w sprawie, bo po prostu, składa się on ze splecionych - na różne sposoby - nićmi zawisłości, sędziów i prezesów, którzy nie mają zupełnie interesu w przyznawaniu się do uchybień członków sędziowskiego przymierza, szczególnie względem nic nie mogącego obywatela... No cóż, i tak właśnie wygląda napęd siły złego na jednego, czyli instancyjny mit!
NIEZAWISŁOŚĆ OD OBYWATELA
No i teraz właśnie, znając już dość dobrze realia polskiego wymiaru niesprawiedliwości, proszę podsumowująco ogarnąć umysłem rolę niemajętnego, szarego obywatela naszego kraju, którego niby powinna chronić - tak nachalnie propagowana - niezawisłość, a tymczasem jest ubezwłasnowolniony i nie ma żadnych środków przeciwstawiających się, a te, które rzekomo miały zabezpieczać niezawisłość, stały się ochroną zawisłości... Puenta tworzy więc takie oto pytanie...
Jeśli więc sędzia jest tak nietykalny i za nic nie odpowiada, jeśli nie ma elementarnych podstaw właściwego przygotowania, szczególnie w zakresie uczciwości postępowania, jeśli w dowolny sposób może sobie odczytywać lub omijać prawo, jeśli ma tak wolną rękę w nawiązywaniu znajomości, a szczególnie tych niewskazanych z prawniczego grona, jeśli nie był weryfikowany, ani narodowo wybierany, jeśli całość struktury sądowej jest zablokowana przed zewnętrznymi czynnikami naprawczymi, to jaki to - nie odkryty przez inne dziedziny - niewidzialny, cudotwórczy środek pozwala zmusić go do uczciwego postępowania? I jak można mówić tu w ogóle o jakiejkolwiek niezawisłości? O przepraszam, to niedokładnie stwierdzenie... Współczesny sędzia jest niezawisły, ale od... prawa, zwykłego człowieka i od wszystkiego, co mogłoby ten stan zmienić! I chyba najwyższa pora, aby ta ciemiężąca obywateli, przestępcza konstrukcja, została wreszcie unicestwiona...
Początkowo materiał planowałem przedstawić od razu w całości. Jednak wobec przedłużającego się - z różnych przyczyn - czasu opracowania, zdecydowałem się na takie rozwiązanie, uznając, że zwłaszcza pierwsza część, może istnieć zupełnie samodzielnie. Na następny odcinek - mimo, że jest już w zaawansowanej formie - trzeba będzie niestety, jeszcze trochę poczekać. Będzie on jednak szczególnie interesujący, ponieważ okaże m. in. mechanizmy działania prawdziwych sądów oraz sądów dalszej przyszłości, co jeszcze bardziej obnaży, to dzisiejsze chałturnicze oszustwo społeczne, które podszywa się pod niezawisłe sądownictwo. Gorąco polecam cały materiał, bo tę wiedzę powinien naprawdę posiąść każdy, by dalszy czas nie pozwolił już na tworzenie podobnych mistyfikacji. Trudno jednak powiedzieć, kiedy skończę to opracowanie. Proponuję szukać go za jakiś czas pod następującymi adresami: http://www.bezprawie.dl.pl/, http://www.rylikagn.republika.pl/index2 oraz /. Kontakt z autorem można uzyskać pisząc na adres: adamszczygiel@wp.pl, przy czym proszę o wyrozumiałość, jeśli moja reakcja będzie znacząco opóźniona. Po prostu, autor nie ma stałego dostępu do internetu, a to i tak nie jeden problem. Czekam również na opinie i uwagi Państwa. Z góry przepraszam za może - dla niektórych - zbytnie aptekarstwo w pewnych kwestiach, ale chciałem po prostu jak najbezwzględniej przedstawić temat i odpowiednio dotrzeć do jak największej ilości odbiorców, co oczywiście też może nie zawsze działać na plus... Dziękuję za uwagę.
Uwaga! Opracowanie zostało stworzone dla interesu ogólnospołecznego, może być więc w całości do woli kopiowane i rozpowszechniane w celach zgodnych z intencjami autora oraz oczywiście z zachowaniem praw autorskich... Wszelkie, ew. zmiany prawne na stałe w międzyczasie są naturalnie bez znaczenia dla istoty przekazu. (AS)
Kołobrzeg, 2005-2006
Strona PRAWDY o polskim sądownictwie
05-01-2011 / 11:18
Materiał cudo! Oświecenie XXIw. Dobra robota. Niezbędna. Konieczna! Dzięki. Ja już pewnie nie doczekam efektów tego znakomitego początku... Szkoda. Dzieło uzdrowicielskie powinno być kontynuowane. Za każdą cenę. Stawka jest zbyt wysoka! :) Trzeba zniszczyć tego potwora. Póki jeszcze nie jest za późno. Przydał by się aspekt "sądów rodzinnych" i wpływu porąbanych organizacji feministycznych na "sądy rodzinne". Masa łez, krzywd, bezkarności, łamania prawa, matriarchat jak z filmu Seksmisja, bezprawie, samosądy i samosądziny. Pozdrawiam serdecznie. Tyko tak dalej. Nie dajcie się! Nie zniechęcajcie się! Cieszy, że są jednak wśród nas, Polaków, buntownicy przeciw złu, uzdrowiciele. Demaskatorzy. Wiwat dla Was!!!
05-01-2011 / 10:01
Panie Adamie. Szczególne podziękowania, glorię i wyróżnienie - należą się Panu. Za wzorcową postawę obywatelską, za przyjęcie tak wzorcowej, nie skorumpowanej postawy dziennikarskiej, w tak bardzo ważnej, podstawowej dziedzinie życia narodu polskiego, toczonego rakiem, degrengoladą, unicestwieniem. Dla mnie - jest Pan - Misjonarzem, Przewodnikiem, Powszechnej Naprawy, podstawowej, w tym zagubionym, oszukiwanym narodzie polskim. Najwyższy szacunek dla Pana i ukłony, za zajęcie się tak trudnym kierunkiem w Pańskiej działalności, za odwagę, za możliwości, za postawę prospołeczną (a nie koteryjną i klikową, powszechną na dzień dzisiejszy - ma Pan rację), na koniec: za uczciwość, na którą niewielu dziś stać! Moje życzenie: Niech Pan stanie się zarzewiem ruchu, w którym usłyszymy o Panu wkrótce, w mas-mediach, na szeroką skalę! Tego Panu najserdeczniej życzę, z oczekiwanymi profitami dla całego narodu polskiego (poza sądownictwem), z tytułu Pańskiej dalszej działalności - jako nieskazitelnemu społecznikowi. (którym w swoim czasie byłem ja sam...) :) Wszelkiej pomyślności! W Pańskich działaniach... Dzięki, za JUŻ... ;)))
05-01-2011 / 09:58
05-01-2011 / 09:37
05-01-2011 / 09:20
05-01-2011 / 08:37