Source: http://grudzien70.solidarnosc.gda.pl/magazyn/archiwum_ms/magazyn1_04/magazyn1_04_03.htm
Timestamp: 2017-10-19 23:32:15
Legal References Found: art. 469
 art. 463
 art. 263
 art. 463
 art. 263
 art. 463
 art. 463
 art. 476
 art. 263
 art. 463
 art. 263
 art. 11
 art. 463
 art. 11
 art. 3
 art. 14
 art. 11
 art. 32
 art. 32
 art. 32

Document Content:
„Magazyn Solidarność” on-line - 1 styczeeń)/2004
by „Magazyn Solidarność” 2004
Magazyn Solidarność on-line – 1 (styczeń)) 2004
Seminarium w Akwenie
Za mało mówimy o Grudniu
„Grudzień 1970 – nierozliczona zbrodnia” – pod takim hasłem odbyło się 16 grudnia 2003 r. w siedzibie ZR Gdańskiego NSZZ „Solidarność” seminarium poświęcone tamtym dramatycznym wydarzeniom.
Seminarium, zorganizowane przez ZR Gdańskiego NSZZ „Solidarność” oraz Stowarzyszenie „Solidarni z Kolebki”, poprowadził Bogusław Gołąb. Honory gospodarza, otwierając uroczystą imprezę, pełnił Krzysztof Dośla, przewodniczący ZR Gdańskiego NSZZ „S”.
Obecni na sali usłyszeli relację przedstawiającą przebieg wydarzeń grudniowych w Gdańsku oraz ich ocenę, których autorem był Henryk Jagielski. W 1970 r. Jagielski był pracownikiem Stoczni im. Lenina (dzisiejsza Stocznia Gdańska). Kończąc swój referat przypomniał również, że 17 grudnia stoczniowcy pod groźbą zbombardowania zakładu zostali zmuszeni do jego opuszczenia.
– Pragnę jednak zaznaczyć, że nie wyszliśmy ze stoczni jako pokonani – podkreślił dobitnie Jagielski. – Byliśmy dumni z tego, że nie jesteśmy głupimi „robolami”, jak nas nazywała partia, lecz polskimi robotnikami żądającymi poszanowania naszej godności. Pokazaliśmy, że w jedności całego narodu jest ogromna siła mogąca przełamać terror komunistów.
Adam Gotner natomiast opowiadał o wydarzeniach w Gdyni. Pracował wtedy w Stoczni im. Komuny Paryskiej (dzisiejsza Stocznia Gdynia). Tragicznego 17 grudnia, idąc do pracy, został postrzelony koło pomostu w Gdyni Stoczni. Dzisiaj nie pragnie zemsty, ale chce ujawnienia prawdy dotyczącej tamtych wydarzeń. W swoim referacie odwołał się do wyobraźni młodych słuchaczy seminarium – uczniów liceów, opowiadając o ich rówieśnikach, którzy w grudniu 1970 r. zostali pobici, postrzeleni i zamordowani.
– Za mało mówimy o Grudniu i puszczamy w niepamięć i zapomnienie tych, którzy naprawdę zasługują na wspomnienia – powiedział Gotner. Wymienił nazwiska oraz wiek postrzelonych i pobitych chłopców. Mieli od 14 do 17 lat. Później opowiadał o zabitych. Nie byli starsi.
– Ta młodzież zapłaciła najwyższą cenę. Ta młodzież szukała prawdy, dyskutowała wówczas o błędach władzy, zacofaniu, o upokorzeniach – podkreślił Gotner.
O wypadkach w Elblągu opowiadał z kolei Józef Gburzyński. W seminarium wzięli również udział przedstawiciele IPN. Słowo wprowadzenia wygłosił Janusz Krupski, wiceprezes IPN, a Sławomir Cenckiewicz z gdańskiego oddziału IPN opowiadał o tajnych współpracownikach SB w Stoczni Gdańskiej.
– Myślę, że liczba ofiar na Wybrzeżu była większa (oficjalnie mowa jest o 44 osobach) – powiedział Krupski. – Z drugiej jednak strony, nie przyjmuję stanowiska niektórych osób, że były to setki zabitych. W 1981 r. Krupski był koordynatorem komisji historycznej przy ZR Gdańskiego NSZZ „S”, która zbierała relacje uczestników wydarzeń grudniowych. Zebrany materiał posłużył do wydania w paryskiej „Kulturze” książki pt. „Grudzień 1970”. Krupski podkreślił konieczność zbierania dalszych relacji uczestników i świadków. Tym bardziej jest to konieczne, ponieważ większa część dokumentów dotyczących Grudnia została zniszczona przez ówczesne władze.
Zadzwonił do naszej redakcji jeden z czytelników, pracownik Stoczni Gdańskiej, z uwagami, że przedstawione przeze mnie kalendarium wydarzeń grudniowych z 1970 r. jest nieprawdziwe. Był oburzony, że napisałam, iż 16 grudnia rano stoczniowcy przeskakiwali przez płot, a tymczasem pracownicy wychodzili przez otwartą bramę. Informuję, że opracowując kalendarium oparłam się na tekście zamieszczonym w książce „Grudzień 1970”, wydanej w Paryżu w 1986 r. pod redakcją Piotra Jeglińskiego. Zamieszczone w książce kalendarium powstało dzięki zebranym materiałom przez sekcję historyczną, która została powołana w 1981 r.
Świadkowie. Sławomir Grześkowiak
Tam się rodziła wtedy „Solidarność”
Wchodził w skład siedmioosobowej delegacji, która podpisywała historyczny protokół porozumiewawczy 15 grudnia 1970 r. w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni. Było to pierwsze porozumienie między społeczeństwem a władzą w socjalistycznej Polsce. Dwa dni później był na pomoście w Gdyni Stoczni, na którym strzelano do robotników idących do pracy. Miał wtedy zaledwie 16 lat.
Mówi, że to, czego był świadkiem w grudniu 1970 r., odcisnęło na jego psychice piętno na całe życie. Nigdy nie zapomni krzyku i płaczu niewinnych ludzi, zbrodni, jaką Polak wyrządził Polakowi. Wspomnienia są szczególnie dotkliwe, kiedy zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wtedy też ludzie kupowali choinki i cieszyli się, że obdarują najbliższych prezentami.
– Wybaczyć można kradzież, ale nie zabójstwo. Nie można akceptować aktów ludobójstwa – mówi. – Nie chcę zemsty, ale przynajmniej jakiegoś zadośćuczynienia moralnego. Bo nie można zabijać, nawet w imię idei. Kara jakaś powinna być. Choćby symboliczna, bo przecież życia nikt już nie zwróci. Uważa, że odpowiadać za tragedię powinni zarówno ci, co strzelali, jak i ci, co wydawali rozkazy.
– Człowiek nie powinien strzelać do drugiego człowieka. A wtedy strzelano do niewinnych ludzi. Przecież można było wykonać rozkaz strzelając Panu Bogu w okno – przekonuje. – Ci, co strzelali, nie wahali się. Mam nadzieję, że do dziś pamiętają, iż nie zadrżała im ręka, kiedy naciskali na spust. Oby nie zaznali spokoju do końca swoich dni. Czułem też wściekłość. Strzelali do nas, jak mogli to robić? Przecież wiedzieliśmy, że to nie „Ruscy”. To paskudztwo nie urodziło się w Polsce. To przyszło ze Wschodu. Śmierdziało „kacapem” na odległość. Wiedzieliśmy, że to się urodziło w ZSRR. Śmierdziało konfidentami, ubolami, tajniakami, agentami.
Cała nasza agresja była skierowana przeciwko tym, co strzelali. Nie przeciwko tym, co wydali rozkaz. Wszyscy byli w mundurach wojskowych. I żołnierze, i milicjanci.
Przypomina, że przez czternaście lat trwania procesu nie zdołano nikogo ukarać za popełnioną zbrodnię. Jego przebieg nazywa kpiną.
– Niestety, wielu sędziów i prokuratorów jest związanych z tamtym reżimem. I to oni dzisiaj pociągają za sznurki. Dlatego tak często szukamy mitycznych winnych. A to absurd. Nie można przerzucać odpowiedzialności na strasznego wujka ze Wschodu. Nie można zasłaniać się groźbą inwazji radzieckiej.
Jego zdaniem, ujawnienie prawdy o tamtej tragedii zaprzepaściła „gruba kreska” Mazowieckiego. Dzięki niej dawni aparatczycy nadal funkcjonują zawodowo i nawzajem się chronią.
– Na „grubą kreskę”, tak jak wielu Polaków, się nie godziłem – opowiada oburzony. – Dzisiaj wiem, że cała prawda nigdy nie zostanie ujawniona. Obowiązuje solidarność byłych „uboli”. A jeden będzie bał się mówić coś na drugiego.
Nie chodzi mu jednak o piętnowanie każdego człowieka, który należał do PZPR. Jego ojciec też był partyjniakiem.
– Ale był uczciwym człowiekiem – mówi dobitnie. – Nigdy nie skrzywdził innego człowieka, nie kradł i nie czerpał korzyści z tego, że należał do partii. Nawet kiedy rozdawał pracownikom talony na różne dobra, jak pralki czy telewizory, nam do domu nigdy nie przyniósł. Byłem wtedy młody, głupi i kiedyś miałem o tę jego uczciwość pretensje.
Mówi, że największą tragedią naszego narodu było to, że Polak strzelał do Polaka. Nie zdali egzaminu człowieczeństwa ci, co wydawali rozkazy i ci, co strzelali. Jednak po drugiej stronie byli ci, do których strzelano, i oni go zdali. Jeszcze dzisiaj wzrusza się, kiedy przypomina sobie niezwykłą, bezinteresowną, często bohaterską, postawę ludzi, którzy pomagali innym. On też niósł rannych. Bał się, ale czuł solidarność ze wszystkimi na pomoście.
Z narażeniem życia. Nikt się nad tym wtedy nie zastanawiał. Nie miał czasu o tym myśleć. Że coś komuś grozi. Trzeba było pomagać innym. To było spontaniczne.
– Wkoło wszyscy płakali – opowiada. – Zastanawiali się, dlaczego do nas strzelają. Czuli bunt, agresję. Pamiętam niezwykłą solidarność ludzką. Ludzie zupełnie inaczej się zachowywali, niż na co dzień. Byli dla siebie życzliwi. Jeżeli komuś coś się stało, trzeba mu było po prostu pomóc. Myślę, że wtedy, tam, na pomoście, rodziła się pierwsza „Solidarność”. Piękne to było, że ludzie tak spontanicznie reagowali. Czuli, że to wspólny kraj, jeden naród. Pamiętam taksówkarzy, kierowców jadących prywatnymi samochodami, którzy zabierali rannych i odwozili ich do szpitala. Nie myśleli wtedy, że siedzenia będą brudne od krwi. Bo wtedy trzeba było pomagać innym. To brzmi dzisiaj euforycznie, ale wtedy płynęło z serca.
Przypomina, że niezwykły zryw solidarności ludzkiej miał miejsce w czasach, kiedy nie było można mówić głośno tego, co się myślało.
– Całe życie trzeba było na wszystkich uważać, bać się milicji, „uboli” – mówi. – Słyszało się, że ludzie szli do więzienia, tracili pracę. O tym się wiedziało, ale o tym się nie mówiło. Ludzie nauczyli się z tym żyć. Przyzwyczaili się. Ale wtedy w grudniu ludzie czuli, że to wspólny kraj, jeden naród. Ale jednocześnie mieli przeświadczenie, że muszą walczyć z czymś, co nie jest nasze, polskie. Każdy miał poczucie doznanej krzywdy, żalu, że nie jesteśmy wolni.
Nauka Grudnia
Zastanawia się, jakie znaczenie miały tamte wydarzenia dla historii demokratycznej Polski.
– Był to wyraźny sygnał dla władzy, że ludzie nie są stadem baranów, którym można dowolnie kręcić. Społeczeństwo poczuło się silne. Wtedy widać było poczucie wspólnoty. Czuliśmy, że jesteśmy razem, wszyscy przeciwko temu, co się dzieje.
Sądzi, że we współczesnej historii naszego kraju były dwa ważne momenty – Grudzień 1970 r. i Sierpień 1980 r. Dzięki tamtej tragedii, w Sierpniu 1980 r. opozycjoniści zrozumieli, jak trzeba z władzą walczyć, jak się organizować. Dlatego w Sierpniu nikt nie wyszedł na ulice. Robotnicy zamknęli się w zakładach pracy. Nie tak jak w Grudniu.
– Zapłaciliśmy za tamtą naukę. Grudzień był może przedwczesnym zrywem. Bo, jeśli ma zginąć choćby jeden człowiek, to trzeba się zastanowić, czy warto. Trzeba też pamiętać o rannych i pobitych, którzy chorowali latami. Jest zdania, że w 1980 r. ludzie mieli już inną świadomość. Nawet partyjny beton zaczynał rozumieć, że socjalizm nie jest ustrojem wszechstronnego dobrobytu. I mimo Grudnia ludzie nie bali się zaprotestować, ale zrobili to rozsądniej.
Dzisiejsze refleksje
– W upadek komunizmu i ZSRR nikt nie wierzył. Nawet w najśmielszych marzeniach. Dzisiaj mamy państwo prawa, demokrację, a tymczasem afera goni aferę – denerwuje się. – Mordercy z Grudnia, kopalni Wujek i inni chodzą bezkarnie, w glorii chwały. Ludzie byłego reżimu są teraz u władzy. A to przecież oni wydawali rozkazy, wtedy w 1970 r. rządzili państwem. Powinni być szczęśliwi, że przewrót nastąpił w aksamitny sposób. Że ich nikt nie rozstrzelał. Że ich nikt nie pozamykał. Powinni cicho jak myszy siedzieć. Całą władzę wzięli i teraz się śmieją.
Trudno nie zrozumieć jego rozgoryczenia, bo przecież spadkobiercy dawnej PZPR, przebrani w garnitur socjaldemokracji, sprawują obecnie władzę w kraju.
– Znajdźcie, proszę, dzisiaj człowieka partii, który wtedy coś znaczył, a dzisiaj nie ma co jeść. Nie ma takiego – dodaje Sławomir Grześkowiak.
Ucichły już kontrowersje wokół werdyktu jury ubiegłorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Dzisiaj sami możemy stwierdzić, czy było o co kruszyć kopie. Okazuje się, że „Warszawa” to film niepoddający się łatwo zaszufladkowaniu, niepokorny na wiele sposobów. To także wnikliwy obraz nie tylko Warszawy, ale i Polski.
Do stolicy w zimowy poranek przyjeżdżają cztery osoby. Kamera będzie podążała za nimi, przeplatając cztery wątki opowieści. Ot, niby nic szczególnego. Konstrukcja mało oryginalna i niby niezapowiadająca niczego szczególnego. Wyjątkowość tego filmu widzimy jednak już po pierwszych minutach. Rzecz w rozłożeniu akcentów, w sposobie filmowania, tempie narracji.
Gdyby jednak chodziło tylko o pokazanie losów czterech osób w obcym mieście, tytuł filmu byłby nieporozumieniem lub pomyłką. Tak jak był nią zarzut jednego z recenzentów, który po przyznaniu „Warszawie” Złotych Lwów pisał, że akcja tego filmu mogłaby się rozgrywać w dowolnym polskim mieście. Twierdzenie o tyle uprawnione, że wszystkie niemal polskie duże miasta są sypialniami obcych ludzi, wydziedziczonych i wykorzenionych, nietworzących prawdziwych społeczności (nie mówiąc już o wspólnotach). Jednak Warszawa jest najbardziej chyba jaskrawym przykładem takiego miasta, gdzie nie tylko mieszkańcy nie czują się z nim związani, ale ono samo nie ma wiele wspólnego z historią miejsca, z którego wyrasta.
Miasto, a właściwie jego mieszkańcy ukazani są w bardzo wielu niewiele z pozoru znaczących epizodach. Razem budują one zbiorowy portret warszawiaków. O ile to określenie ma jakiś sens, bo Gajewski wydaje się temu zaprzeczać. Ludzie przyjeżdżają tu i zamieszkują – by robić karierę, zarabiać pieniądze, być „w centrum”. Sami jednak nie wiedzą dobrze, gdzie mieszkają, po co i dlaczego właśnie tu. Zatomizowanie społeczeństwa i chaos, który w nim istnieje, znajduje swoje odbicie w bałaganie i chaosie urbanistycznym stolicy. Metafizyka?...
W „Warszawie” główną rolę gra wbrew pozorom nie współczesność, a historia. Nie liczyłem, ile razy pojawiają się tam odniesienia do powstania warszawskiego, ale jest ich naprawdę sporo. Film rozpoczyna się od spotkania ze starym powstańcem, który błądzi po ulicach z biało-czerwoną opaską na ramieniu, niczym wyrzut sumienia tego miasta. Objawia się bohaterom filmu mówiąc im rzeczy bardziej lub mniej ważne, zawsze jednak znaczące.
Nikt go jednak nie słucha, nikt nie chce tutaj słuchać historii. Wydaje się, że przeszkadza ona temu miastu, tym ludziom w pędzie naprzód. Naprzód, ale dokąd? To pytanie zadaje nam właśnie „Warszawa”.
„Warszawa”, reż. Dariusz Gajewski, scenariusz Dariusz Gajewski, Mateusz Bednarkiewicz, występują m.in. Agnieszka Grochowska, Dominika Ostałowska, Łukasz Garlicki, Lech Mickiewicz, Katarzyna Bujakiewicz, Grażyna Szapołowska
„Nigdzie w Afryce”, reż. Caroline Link – „Pożegnanie z Afryką” inaczej. Kenia w czasie II wojny światowej, czyli kraina wydawałoby się jak z bajki. Jednak nie jest to bynajmniej bajka, w której wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Polecam nie tylko wielbicielom afrykańskich plenerów.
„Gdzie jest Nemo”, reż. Andrew Stanton – Kariera, jaką zrobiła ta mała, czerwona rybka, przeszła nawet najśmielsze oczekiwania producentów. Jeśli wasza pociecha jeszcze nie obejrzała tego filmu, to czas najwyższy by sprawić jej poświąteczny prezent. I, jak to zwykle bywa w pełnometrażowych filmach dla dzieci, także towarzyszący im w kinie dorośli odnajdą pewną warstwę w dubbingu, która skierowana jest właśnie do nich.
„Pod słońcem Toskanii”, reż. Audrey Wells – Film z pozoru lekki, łatwy i przyjemny. W sam raz na styczniowe niepogody, co sugeruje wręcz tytuł.
Szkoda na to czasu:
„Kocham cię”, reż. Paweł Borowski – Ten krótki metraż poprzedza często projekcje innych filmów, m.in. „Żurku”. Konia z rzędem temu, kto powie mi, jak ten amatorski filmik trafił do normalnej kinowej dystrybucji.
„Snowboarder, reż. Olias Barco – Kinomani doskonale wiedzą, że nawet z najgorszego filmu można zmontować doskonały zwiastun, po którym do kin będą walić tłumy. Co zatem sądzić o filmie, który zwiastun miał fatalny? Lepiej się nie przekonujcie. Nie mam najlepszego zdania o repertuarze naszych kin, jednak rzadko osiągają one takie dno.
Wyrzeźbili Lecha
Lech Wałęsa stylizowany na biblijnego Dawida wyrzeźbionego przez Michała Anioła czy Wałęsa o czterech twarzach jako prasłowiański Światowid – co wam się bardziej podoba? Od 16 grudnia 2003 roku w jednej z sal wystawy „Drogi do Wolności” możemy oglądać pięć ogromnych rzeźb w styropianie.
Dla upamiętnienia 20 rocznicy przyznania Pokojowej Nagrody Nobla, Stowarzyszenie im. Lecha Wałęsy, Fundacja Centrum Solidarności oraz Termo Organika – największy producent styropianu w Polsce, zorganizowały konkurs rzeźby w styropianie.
Do konkursu zaproszeni zostali studenci Akademii Sztuk Pięknych z Krakowa, Warszawy i Gdańska. Niestety, gdańska ASP postawiła wymóg przedstawienia przez organizatorów zgody Lecha Wałęsy na piśmie na przeprowadzenie konkursu, której niestety nie mogli uzyskać z powodu nieobecności noblisty w kraju. Wcześniej Wałęsa dał konkursowi swoje błogosławieństwo, pod warunkiem, że „będzie poważny”. – Tę powagę właśnie i stosowną rangę chcieliśmy zapewnić poprzez zaproszenie do udziału trzech akademii sztuk pięknych – podkreśla Bogdan Lis, prezes Fundacji Centrum Solidarności.
Efekty pleneru konkursowego zaprezentowano w jednej z sal wystawy „Drogi do Wolności”, mieszczącej się w historycznej sali BHP Stoczni Gdańskiej. Znacznych rozmiarów prace powstały z bloków styropianowych wysokości 3 m i szerokich na 1,5 m, przygotowanych specjalnie dla celów konkursu.
Młodzi artyści mają różne wyobrażenie Lecha Wałęsy. Organizatorzy cieszą się, że w wystawionych pracach widać dystans do politycznych sporów wokół jego osoby, jakie jeszcze kilka lat temu rozgrzewały Polaków. Lech Wałęsa jest tu raczej symbolem polskich przemian i walki o realizację narodowych aspiracji.
Prace będą oceniane przez widzów odwiedzających wystawę do 20 stycznia 2004. Każdy gość wraz z biletem dostanie kartę do głosowania umożliwiającą wybranie najciekawszej, jego zdaniem, pracy. Autor rzeźby, która uzyska najwięcej głosów, otrzyma nagrodę główną w wysokości 4000 zł. Przewidziano atrakcyjne nagrody rzeczowe również dla biorących udział w głosowaniu. Finał konkursu odbędzie się w ostatnim tygodniu stycznia.
Zabraknie miliarda
W nadchodzącym roku polskiej oświacie może zabraknąć miliarda złotych. Spotkanie „Solidarności” oświatowej z Regionu Gdańskiego z przedstawicielami samorządów terytorialnych, które odbyło się 9 grudnia 2003 r. w siedzibie Związku, zdominowała trudna tematyka finansowania zadań edukacyjnych.
Wydatki samorządu na oświatę wynoszą zazwyczaj od około 30 procent budżetu w dużych miastach do 70 procent w gminach wiejskich. Można więc powiedzieć, że dla samorządu zaplanowanie wydatków na oświatę, to tak naprawdę w dużym stopniu zaplanowanie całego budżetu. Tymczasem, jak zauważył jeden z dyskutantów na spotkaniu, w roku 2004 „tak nam dołożono pieniędzy na zadania edukacyjne, że mamy ich znacząco mniej”. Chociaż środków będzie o 3,13 proc. więcej niż w roku 2003, to kwota ta nie bierze pod uwagę zwiększonych zadań samorządów, m.in. przejęcia szkół artystycznych, wzrostu wydatków związanych z awansem nauczycieli czy obowiązkiem szkolnym dla sześciolatków. Szacuje się już, że w 2004 roku oświacie w Polsce zabraknie około jednego miliarda złotych.
W szkołach przeprowadza się właściwie prawie wyłącznie remonty nakazane przez sanepid, gdy stan budynku zagraża zdrowiu lub życiu uczniów. Tymczasem, podobnie jak polska służba zdrowia, oświata nie może doczekać się określenia pewnych standardów, czyli „koszyka usług”. Bez niego nigdy nie będziemy wiedzieli, ile tak naprawdę w Polsce kosztuje kształcenie. Jeśli tak dalej będzie, stwierdził jeden z przedstawicieli lokalnego samorządu, „rząd nadal będzie się troszczył o oświatę, a my będziemy się martwili o jej sfinansowanie”.
Sprawdzian dla samorządów
W czasie spotkania zaprezentowano założenia konkursu „Samorząd przyjazny oświacie”, który chce ogłosić Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” we współpracy z Sejmikiem Województwa Pomorskiego oraz Pomorskim Kuratorium Oświaty. Konkurs miałby być przeprowadzany co dwa lata, a wyniki podawane w oparciu o ankietę wypełnianą przez organy samorządowe. Finał pierwszej edycji miałby nastąpić do kwietnia 2004 r. W projekcie ankiety padają m.in. pytania o środki własne samorządu przeznaczane na cele edukacyjne w stosunku do subwencji państwowych, wysokość dodatków płacowych dla nauczycieli, a także wpływ wyników egzaminów zewnętrznych na politykę oświatową organu prowadzącego szkołę.
o 16 proc. mniej płacili Polacy za nowe auta niż mieszkańcy strefy euro.
O 1,2 proc. od stycznia do września 2003 r. wzrosły nakłady inwestycyjne w polskim przemyśle w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Najwięcej, bo aż o 70 proc., wzrosły nakłady w przemyśle meblowym.
Coraz więcej barier
Coraz mniej krajów chce otworzyć swój rynek pracy dla Polaków po rozszerzeniu Unii Europejskiej. Wygląda na to, że jedynie w Wielkiej Brytanii i Irlandii Polacy będą mogli swobodnie pracować po 1 maja. Większość krajów, które wcześniej rozważały możliwość otwarcia swoich rynków pracy, wycofuje się z tych deklaracji. Szwecja i Dania, chociaż od 1 maja otworzą rynki pracy, postanowiły wprowadzić utrudnienia w zatrudnianiu Polaków. Niedawno holenderscy deputowani zażądali od swojego rządu wprowadzenia dwuletnich restrykcji w zatrudnianiu Polaków. Finlandia prawdopodobnie także zdecyduje się na dwuletni okres przejściowy, podobnie jak Belgia, Francja, Grecja, Hiszpania, Luksemburg, Portugalia i Włochy. Nie wszystkie z tych krajów podjęły już decyzję.
Najdłużej swoje rynki pracy chcą chronić Niemcy i Austria. Prawdopodobnie skorzystają z możliwości wprowadzenia siedmioletnich okresów przejściowych.
Zanikający Europejczycy
Według ONZ, w 2300 r. na ziemi będzie 9 mld ludzi, pod warunkiem że utrzyma się tendencja małych rodzin. Jeśli poziom płodności w krajach rozwijających się pozostanie taki sam, to liczba ludzi na ziemi wzrośnie w 2150 r. do 244 mld, a do 2300 do 134 bln. ONZ ostrzega, że w Europie, Japonii, Australii i Kanadzie rodziny są za małe. Jeśli utrzyma się obecna tendencja, że na jedną rodzinę przypada 1,4 dziecka przy niewzrastającej imigracji, to za 100 lat z każdego 1000 Europejczyków obecnie, będzie tylko 232 ludzi. Jeśli w Rosji, we Włoszech i Hiszpanii nie wzrośnie populacja, to liczba ludności do roku 2300 wyniesie 1 proc. obecnej. W Niemczech będzie tyle ludzi, ile obecnie żyje w Berlinie. Zaludnienie zmniejszy się również w Azji, z 61 proc. populacji świata do 55 proc.
Konsumpcyjni patrioci
Tylko 12,4 proc. Europejczyków kupuje towary albo usługi poza granicami swoich krajów. Wyjątkiem jest Luksemburg, którego 48 proc. obywateli wydaje pieniądze w innym kraju. Najbardziej przywiązani do swoich sklepów są Hiszpanie. Tylko 2,6 proc. obywateli tego kraju wydaje pieniądze poza granicami swojego państwa. Zwykle Europejczycy robią zakupy w innych krajach przy okazji wyjazdów turystycznych. Badania przeprowadzone przez Eurobarometr pokazują, że wprowadzenie wspólnej waluty nie było czynnikiem jednoczącym UE. Tylko 14,8 proc. badanych stwierdziło, że wprowadzenie euro zachęciło ich do robienia zakupów poza granicami własnego państwa.
Korupcja najgroźniejsza
Korupcja, przywłaszczenie majątku firmy, nieuzasadnione zakupy i manipulowanie przetargami to najczęstsze formy nadużyć, jakie występują w polskich firmach. Takie wyniki pokazuje przeprowadzony przez firmę audytorską Deloitte sondaż wśród tysiąca polskich przedsiębiorstw. Za najniebezpieczniejsze dla gospodarki badani uznali: łapownictwo (82 proc.), przestępczość zorganizowaną (61,5 proc.) i sprzeniewierzenie majątku firmy (43 proc.). Około 60 proc. ankietowanych w ciągu ostatnich trzech lat odnotowało we własnej firmie przynajmniej jeden przypadek nadużycia gospodarczego. Badani podkreślają, że znacznej części nieprawidłowości nie udaje się w ogóle wykryć. Nie udaje się też odzyskać wartości strat spowodowanych przestępstwami. Co czwartej firmie nie udaje się to wcale. 40 proc. odzyskuje poniżej jednej czwartej utraconych kwot. Zdaniem ankietowanych (kadra kierownicza), odpowiedzialni za nadużycia są pracownicy (60 proc.), zdecydowanie rzadziej menedżerowie niższego szczebla (35 proc.) i klienci (30 proc.).
W naszym kraju rocznie wprowadza się do obiegu od 3 mld do 9 mld USD pochodzących z działalności przestępczej. Na świecie rocznie „pierze” się prawie 3 bln USD, z czego ponad jedną trzecią w Stanach Zjednoczonych.
Ufamy NBP
Według badań TNS OBOP, 66 proc. ankietowanych spośród instytucji finansowych najbardziej ufa NBP. Podobnym zaufaniem (64 proc.) darzymy banki państwowe. Najwięcej nieufności wzbudzają: ZUS (48 proc.), urzędy skarbowe (45 proc.) i fundusze emerytalne (41 proc.).
Kto zarabia minimalnie
Przeciętna minimalna stawka za godzinę pracy w krajach Unii Europejskiej wynosi 5,08 euro. Z tego powodu europejscy pracownicy obawiają się napływu Polaków. Z kolei nasz kraj jest wymarzonym miejscem do pracy dla obywateli Ukrainy i Rosji. Płaca minimalna jest tam odpowiednio ośmio- i piętnastokrotnie niższa niż w Polsce.
Płaca minimalna (w euro za godzinę)
Pijemy więcej
Badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych pokazują, że Polacy piją o 25 proc. więcej wódki niż rok wcześniej. Odwróciła się trwająca do kilku lat tendencja zastępowania mocnych alkoholi słabszymi. Od kiedy rząd obniżył akcyzę na alkohol jego spożycie wzrosło o 15 proc. Przeciętnie wódkę Polacy piją aż 37 razy w roku (w poprzednim badaniu 26 razy), a piwo 79 razy (przed rokiem 75 razy).
Niestety, najsilniejszy wzrost spożycia alkoholu zanotowano wśród uczniów i studentów. W ubiegłym roku 5,8 proc. z nich piło ponad 12 l czystego spirytusu rocznie. Na walkę z problemami zdrowotnymi i społecznymi związanymi z piciem alkoholu Narodowy Fundusz Zdrowia przeznacza około 100-120 mln zł.
Chorują najczęściej
Odsetek pracowników przebywających na zwolnieniu lekarskim w 2002 r.
Jerzy Szmajdziński, minister obrony narodowej:
– Leszek Miller to twardy człowiek. Spędził trzy lata na łodzi podwodnej i tego się trzymajmy.
(6 stycznia br. – komentarz do dyskusji nad możliwością ustąpienia Millera z funkcji premiera)
2 mln nadgodzin wypracowali funkcjonariusze służby więziennej, a 500 tys. funkcjonariusze Straży Granicznej. Powodem takiej sytuacji jest brak pieniędzy na dodatkowe etaty.
33 proc. Polaków czyta prasę codzienną.
70 proc. Niemców czyta gazety.
176 lat temu powstał w Stanach Zjednoczonych pierwszy związek zawodowy.
18,2 proc. pracowników w Polsce zrzeszają związki zawodowe.
Prawo: Postępowanie przed sądem pracy
W zakresie rozpatrywania sporów z tytułu prawa pracy mają zastosowanie specyficzne dla tego postępowania reguły. Z zasady ma być możliwie odformalizowane. Dlatego kodeks postępowania cywilnego przewiduje w tym przypadku wiele nieznanych zwykłemu postępowaniu procesowemu rozwiązań.
Niezwłocznie po wniesieniu sprawy przewodniczący lub wyznaczony przez niego sędzia dokonuje jej wstępnego badania. Dotyczy to jednak tylko tych spraw, w których z powództwem występuje pracownik, a pracodawca jest stroną pozwaną.
Wstępne badanie sprawy polega na ustaleniu, czy pismo
wszczynające postępowanie sądowe spełnia niezbędne wymagania, pozwalające nadać mu dalszy bieg. W ramach wstępnego badania sprawy mieści się także podejmowanie czynności umożliwiających rozstrzygnięcie sprawy na pierwszym posiedzeniu.
Po wstępnym badaniu sprawy przewodniczący wzywa do usunięcia braków formalnych pisma tylko wówczas, gdy braki te nie dadzą się usunąć w toku czynności wyjaśniających. Chodzi tu o braki, które mają istotne znaczenie dla dalszego toku sprawy.
Czynności wyjaśniające nie są obligatoryjne. Sąd podejmuje je, jeżeli przemawiają za tym wyniki wstępnego badania sprawy, a także gdy sprawa nie była przedmiotem postępowania przed komisją pojednawczą, chyba że czynności te nie przyśpieszą postępowania lub są oczywiście niecelowe z innych przyczyn.
Czynności wyjaśniające mają na celu:
usunięcie braków formalnych pism procesowych, w tym w szczególności dokładniejsze określenie zgłoszonych żądań
w sprawach z zakresu prawa pracy – wyjaśnienie stanowisk stron oraz skłonienie ich do pojednania i zawarcia ugody
ustalenie, które z istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy okoliczności są sporne między stronami oraz czy i jakie dowody należy przeprowadzić w celu ich wyjaśnienia
wyjaśnienie innych okoliczności, mających znaczenie dla prawidłowego i szybkiego rozstrzygnięcia sprawy.
Dążenie do ugodowego załatwienia sporu nie może pomijać interesu pracownika. Dlatego też w myśl art. 469 kpc sąd uzna zawarcie ugody, cofnięcie pozwu, sprzeciwu lub środka odwoławczego oraz zrzeczenie się lub ograniczenie roszczenia za niedopuszczalne także wówczas, gdyby czynność ta naruszała słuszny interes pracownika lub ubezpieczonego.
Termin rozprawy powinien być wyznaczony tak, aby od daty zakończenia czynności wyjaśniających, a jeżeli nie podjęto tych czynności – od daty wniesienia pozwu lub odwołania, do rozprawy nie upłynęło więcej niż dwa tygodnie, chyba że zachodzą niedające się usunąć przeszkody.
Również i ten przepis stosuje się tylko w sprawach, w których to pracownik a nie pracodawca występuje z powództwem. W praktyce przepis ten, ze względu na ogromną liczbę wpływających do sądów pracy spraw, nie ma specjalnego znaczenia.
Niewykonanie postanowień sądu
Jeżeli strona bez usprawiedliwionych powodów nie wykona w toku postępowania postanowień lub zarządzeń, sąd może skazać ją na grzywnę według przepisów o karach za niestawiennictwo świadka i odmówić przyznania kosztów lub zastosować jeden z tych środków. Nie może jednak nakazać przymusowego sprowadzenia jej do sądu.
Skazanie na grzywnę może dotyczyć tylko konkretnej osoby fizycznej. Tak więc gdy stroną tą jest jednostka organizacyjna, grzywnie podlega pracownik odpowiedzialny za wykonanie postanowień lub zarządzeń, a w razie niewyznaczenia takiego pracownika lub niemożności jego ustalenia – kierownik tej jednostki.
Zarządzając należność pracownika w sprawach z zakresu prawa pracy, sąd z urzędu nadaje wyrokowi przy jego wydaniu rygor natychmiastowej wykonalności w części nieprzekraczającej pełnego jednomiesięcznego wynagrodzenia pracownika.
Wyrok sądu pierwszej instancji zasądzający świadczenia na rzecz pracownika w stosunku do którego sąd drugiej instancji oddalił apelację zakładu pracy, podlega natychmiastowemu wykonaniu także w części, w której sąd nie nadał mu rygoru natychmiastowej wykonalności. Przepis ten stosuje się do wyroków sądu drugiej instancji zasądzających świadczenia na rzecz pracownika.
Przez koszty sądowe w sprawach cywilnych należy rozumieć:
opłaty (opłatami sądowymi są wpis i opłata kancelaryjna)
zwrot wydatków związanych z czynnościami podejmowanymi w toku postępowania.
Zasady i tryb pobierania kosztów sądowych w sprawach cywilnych określa ustawa o kosztach sądowych w sprawach cywilnych.
W myśl art. 463 kpc pracownicy dochodzący roszczeń z zakresu prawa pracy nie mają obowiązku uiszczania opłat sądowych. Wydatki związane z czynnościami podejmowanymi w toku postępowania w sprawach z zakresu prawa pracy – o roszczenia pracownika – ponosi tymczasowo Skarb Państwa. Sąd w orzeczeniu kończącym postępowanie w instancji rozstrzyga o tych wydatkach, stosując odpowiednio przepisy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych, z tym że obciążenie pracownika tymi wydatkami może nastąpić w wypadkach szczególnie uzasadnionych.
W sprawach o roszczenia pracownika ze stosunku pracy postępowanie jest wolne od opłat sądowych (art. 263 kp). Oznacza to, że w sprawach o roszczenia ze stosunku pracy wolne od opłat sądowych są obie strony postępowania, tj. pracownik i pracodawca.
Przepisy art. 263 kp i art. 463 kpc pozostają w częściowej sprzeczności. Odmiennie regulują bowiem zwolnienia od opłat sądowych. Przepis art. 263 par. 1 kp stanowi, że postępowanie w sprawach o roszczenia pracownika ze stosunku pracy wolne jest od opłat sadowych. Natomiast przepis art. 463 par. 1 kpc stanowi, że pracownik dochodzący roszczeń z zakresu prawa pracy nie ma obowiązku uiszczania opłat sądowych. Pierwszy przywołany przepis zwalnia więc obie strony procesu od wnoszenia opłat, drugi – tylko pracownika.
Rozwiązaniem tej sprzeczności zajął się SN w uchwale z 20 stycznia 1985 r. Stwierdził on, że wspomniana sprzeczność jest tylko częściowa. Dotyczy tylko spraw o roszczenie pracowników ze stosunku pracy, które stanowią przeważający, ale nie jedyny rodzaj spraw objętych przepisem art. 463 par. 1 kpc dotyczących spraw o roszczenia pracowników z zakresu prawa pracy. Sprawy z tego zakresu obejmują bowiem w świetle art. 476 par. 1 kpc nie tylko sprawy o roszczenia pracowników ze stosunku pracy, lecz także sprawy o roszczenia związane ze stosunkiem pracy, sprawy o roszczenia z innych stosunków prawnych, do których z mocy odrębnych przepisów stosuje się przepisy prawa pracy.
Jak z powyższego wynika, art. 263 par. 1 kp dotyczy węższej materii niż art. 463 par. 1 kpc, co pozwala uważać ten pierwszy przepis za szczególny w porównaniu do drugiego. Zatem w sprawach o roszczenia pracowników ze stosunku pracy ma zastosowanie art. 263 par. 1 kp, który daje stronom uprawnienia w postaci zwolnienia pozwanego zakładu pracy od ponoszenia opłat sądowych oraz zwolnienia obu stron od rozliczenia nieuiszczonych opłat sądowych w trybie art. 11 ustawy o kosztach w sprawach cywilnych. Natomiast w pozostałych sprawach o roszczenia pracowników z zakresu prawa pracy opłaty sądowe reguluje wyłącznie art. 463 par. 1 kpc, zawierający podmiotowe zwolnienie od opłat tylko pracownika, w związku z czym pozwany zakład pracy ponosi obciążające go w toku postępowania opłaty sądowe, nieuiszczone zaś przez powoda opłaty sądowe podlegają rozliczeniu w orzeczeniu kończącym sprawę w instancji na ogólnych zasadach określonych w art. 11 ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych.
Zniknie pętla zadłużenia
Właściciele mieszkań w gdańskich budynkach komunalnych otrzymują od pewnego czasu do podpisania umowy, których treści nie mogą zrozumieć. Jedną ze stron jest bank Kommunalkredit Austria A.G. z siedzibą w Polsce.
Pani Zofia rozkłada bezradnie ręce: – Dostałam w zeszłym tygodniu ten druk, mam go podpisać do poniedziałku, a niczego tu nie rozumiem. Nikt mi nic nie wyjaśnił, dlaczego mam podpisywać jakąś umowę z austriackim bankiem? – pyta. Pani Zofia jest nieufna i boi się, że mogą z tego wyniknąć jakieś kłopoty. W umowie figuruje jako „sprzedający”, mimo że niczego nie zamierza sprzedawać Austriakom. – Przecież ja nie mam co sprzedać. A co będzie, jak upomną się o moje mieszkanie? Z bankami nigdy nic nie wiadomo – obawia się.
Cała sprawa jest skutkiem porozumienia, jakie władze Gdańska zawarły 8 września 2003 roku z austriackim bankiem. Dotyczy ono nabycia przez bank wierzytelności Gdańskiego Zarządu Nieruchomości Kommunalnych wobec wspólnot mieszkaniowych oraz wykonawców robót i usług, co faktycznie oznacza, że Kommunalkredit spłaci należności miasta wobec wspólnot mieszkaniowych, istniejących w budynkach komunalnych.
– Musieliśmy zlikwidować pętlę zadłużenia, która pojawiła się w miejskich finansach – mówi Szczepan Lewna, wiceprezydent Gdańska zajmujący się polityką mieszkaniową i komunalną. Lokatorzy mieszkań komunalnych są winni Gdańskiemu Zarządowi Nieruchomości Komunalnych ok. 120 mln złotych, GZNK z kolei było winne swoim kontrahentom ok. 90 mln. Długi te, w sposób pośredni, przechodziły z kolei na wykonawców remontów. – Ta pętla skutkowała już bardzo negatywnymi zjawiskami i trzeba było znaleźć jakieś rozwiązanie, by ją zlikwidować. Budżetu nie było bowiem stać na spłatę tego zadłużenia bez uszczuplenia innych wydatków – podkreśla wiceprezydent.
Długi wzięły się oczywiście z tego, że część najemców lokali komunalnych nie płaci czynszu. Skutkuje to z kolei zadłużeniem GZNK wobec wspólnot, czyli właścicieli lokali w tych budynkach. To oni są ostatecznie stroną zainteresowaną szybkim spłaceniem długów, to na ich konta trafią pieniądze, które przeleje bank austriacki.
– Dlatego umowę podpisać ma w naszym przypadku pani Zofia, bo to ona jest tak naprawdę stroną i wierzycielem, to jej, jako członkowi wspólnoty, powinno zależeć na spłaceniu przez GZNK zadłużenia. Nie ma więc zupełnie czego się obawiać – tłumaczy Szczepan Lewna.
Obawiać nie muszą się także lokatorzy mieszkań komunalnych, którzy zalegają z czynszem. Bank austriacki nie może podejmować żadnych środków egzekucyjnych, których nie przewiduje polskie prawo.
Austriacki bank Kommunalkredit Austria A.G. skupił od wierzycieli miasta długi wartości ok. 40 mln zł z 48-milionowego zadłużenia Gdańska.
Miasto natomiast spłaca bankowi odsetki o ok. 10 proc. niższe, niż musiałoby zapłacić, gdyby dłużnicy wyegzekwowali przeterminowane należności przez sądy. Miasto spłaciło też ok. 8 mln zł wierzycielom, którzy nie zgodzili się na cesję przysługujących im zobowiązań miasta na bank.
Długi Gdańska wynoszą:
12 mln zł wobec spółek komunalnych (głównie SAUR Neptun i GPEC), 36 mln zł wobec ok. 2000 wspólnot mieszkaniowych (w tym 2 mln zł kosztów sądowych).
Ochrona pracowników pełniących funkcje z wyboru
Zmiany w zasadach ochrony pracowników pełniących funkcje z wyboru w zarządach zakładowych lub międzyzakładowych organizacji związkowych wprowadzone zostały na mocy art. 3 ustawy z dnia 26 lipca 2002 r. o zmianie ustawy – Kodeks pracy oraz o zmianie niektórych innych ustaw. (Dz. U. Nr 135, poz. 1146 z dnia 28 sierpnia 2002 r.). Artykuł ten wprowadza zmiany w ustawie z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych (Dz.U. z 2001 r. Nr 79, poz. 854, Nr 100, poz. 1080 i Nr 128, poz. 1405).
Od kiedy obowiązują nowe zasady ochrony
Nowe zasady na mocy art. 14 ust 2 ustawy z dnia 26 lipca 2002 r. o zmianie ustawy – Kodeks pracy oraz o zmianie niektórych innych ustaw. (Dz U. Nr 135, poz. 1146 z dnia 28 sierpnia 2002 r.)
obowiązują od dnia 1 lipca 2003 r.
Należy jednak zauważyć, że na podstawie art. 11 ustawy z dnia 26 lipca 2002 r. o zmianie ustawy – Kodeks pracy oraz o zmianie niektórych innych ustaw. (Dz.U. Nr 135, poz. 1146 z dnia 28 sierpnia 2002 r.)
Osoby chronione na podstawie dotychczasowych przepisów zachowują tę ochronę do 1 lipca 2004 roku.
Do dnia 1 lipca 2004 zarząd organizacji związkowej musi podjąć uchwałę, w której z imienia i nazwiska wymieni osoby podlegające ochronie oraz czas trwania tej ochrony.
Na czym polega ochrona w myśl nowych przepisów
W myśl nowych przepisów ustawy z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych. (Dz.U. 79. Poz. 854 z 2001 r. z uwzględnieniem zmian w ustawie, o której mowa wyżej)
2) zmienić jednostronnie warunków pracy lub płacy na niekorzyść pracownika, o którym mowa w pkt 1, z wyjątkiem gdy dopuszczają to odrębne przepisy.
1. Pracodawca nie może zwolnić pracownika objętego ochroną z pracy bez zgody zarządu organizacji związkowej; wyjątek likwidacja zakładu
2. Pracodawca nie może zmienić warunków pracy i płacy na niekorzyść pracownika objętego ochroną bez zgody zarządu organizacji związkowej; wyjątki: likwidacja stanowiska pracy (w tym przypadku wymóg konsultacji z organizacją związkową o przeniesieniu na inne stanowisko), zmiana systemu wynagradzania całej załogi.
W myśl art. 32 ust. 1 i 9 ustawy z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych. (Dz.U. 79. Poz. 854 z 2001 r.. z uwzględnieniem zmian w ustawie, o której mowa wyżej)
ust. 9. Ochrona przewidziana w ust. 1 przysługuje pracownikowi pełniącemu z wyboru funkcję związkową poza zakładową organizacją związkową, korzystającemu u pracodawcy z urlopu bezpłatnego lub ze zwolnienia z obowiązku świadczenia pracy. Ochrona przysługuje w okresie tego urlopu lub zwolnienia oraz przez rok po upływie tego okresu.
Ochronie podlegają imiennie wskazani w uchwale zarządu organizacji związkowej członkowie tego zarządu lub inni członkowie organizacji związkowej upoważnieni do reprezentowania organizacji związkowej wobec pracodawcy (pracodawców).
Ochronę tracą członkowie komisji rewizyjnej, ale mogą tej ochronie podlegać, jeżeli zostaną uchwałą zarządu wpisani jako osoby chronione;
Organizacja związkowa obowiązana jest powiadomić pracodawcę na piśmie o tym, że dany pracownik jest chroniony i określić czas trwania tej ochrony (w załączeniu najlepiej przesłać kopię uchwały).
Ochrona z urzędu przysługuje pracownikowi wybranemu do pełnienia funkcji poza zakładową organizacją związkową (np. przewodniczącemu zarządu regionu) jeżeli został oddelegowany do pracy w związku lub korzysta z urlopu bezpłatnego u swojego pracodawcy z racji pełnienia tej funkcji.
Jak długo trwa ochrona
W myśl art. 32 ust. 2 ustawy z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych. (Dz.U. 79. Poz. 854 z 2001 r. z uwzględnieniem zmian w ustawie, o której mowa wyżej)
ust. 2 . Ochrona, o której mowa w ust. 1, przysługuje przez okres określony uchwałą zarządu, a po jego upływie – dodatkowo przez czas odpowiadający połowie okresu określonego uchwałą, nie dłużej jednak niż rok po jego upływie.
Ochrona ta wygasa nie później niż rok po upływie okresu w trakcie którego, zgodnie z uchwałą, pracownik podlegał ochronie.
Brak jest wskazania, że ochrona trwa przez cały okres kadencji, co oznacza, że termin ochrony może być skrócony lub wydłużony, ale wymaga to „nowej” uchwały zarządu organizacji związkowej.
Co się stanie, jeżeli zarząd organizacji związkowej nie podejmie uchwały i nie powiadomi pracodawcy o osobach podlegających ochronie
W myśl art. 32 ust. 8 ustawy z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych. (Dz.U. 79. Poz. 854 z 2001 r. z uwzględnieniem zmian w ustawie, o której mowa wyżej)
ust. 8. W przypadku gdy właściwy organ nie dokona wskazania, o którym mowa w ust. 3, 4, 6 albo 7, ochrona przewidziana w ust. 1 przysługuje – w okresie do dokonania wskazania – odpowiednio przewodniczącemu zakładowej organizacji związkowej bądź przewodniczącemu komitetu założycielskiego.
Oznacza to, że jeżeli zarząd organizacji związkowej nie wykona wyżej opisanych procedur ochronie będzie podlegała tylko osoba pełniąca funkcję przewodniczącego organizacji związkowej do czasu kiedy procedury te zostaną wykonane.
Budżet ogrodu zoologicznego
Na polski sport nie przeznacza się nawet siedem setnych procent budżetu państwa. Jest to finansowanie na poziomie tego, co otrzymują ogrody zoologiczne. Ważne staje się więc, aby rozsądnie spożytkować każdą złotówkę.
Sportowe przedstawicielstwo narodu
W Polsce tylko trzy do pięciu procent młodych ludzi bierze czynny udział w pozaszkolnych zajęciach sportowych. W województwie pomorskim liczba ta wynosi dwa procent ogółu ludności. Wśród tych dwóch procent tylko jedną czwartą stanowią kobiety. W Sopocie ponad połowa dziewcząt w wieku szkolnym nie ćwiczy na zajęciach wychowania fizycznego. Zgodnie z danymi podanymi przez Ryszarda Zieniawę, trenera klasy mistrzowskiej, od 2000 roku regularnie spadają środki przeznaczone na sport zarówno w skali kraju, jak i samorządów terytorialnych. Jak stwierdził Adam Giersz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej i Sportu, dużą część pieniędzy przeznaczonych na rozwój kultury fizycznej pochłaniają przygotowania kadry olimpijskiej. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby za dotowaniem olimpijczyków szedł harmonijny rozwój kultury fizycznej całego społeczeństwa. Tymczasem w naszym kraju rodzi się show-business w stylu NBA – kreuje się gwiazdy sportu i na tym poprzestaje. W niektórych drużynach sportowych większość zawodników to zakupieni za duże pieniądze obcokrajowcy. Taka strategia nie ma więc nic wspólnego z budowaniem polskiego sportu. Gdyby jednak chcieć nastawić się jednocześnie na wyniki olimpijskie i umasowienie sportu, potrzebny byłby budżet państwowy w wysokości co najmniej 1,5 w miejsce obecnych 0, 068 proc. wydatków państwa (w r. 2003). Dla porównania: administracja państwowa pochłania około 55 procent tego budżetu, czyli około 7,5 mld zł.
Dobrze rozdzielić
W sytuacji niedostatecznego finansowania sportu ważny staje się racjonalny rozdział środków. Pomorski sport potrzebuje więc diagnozy obecnej sytuacji oraz sprawdzenia tego, czy pieniądze trafiają w odpowiednie miejsca i dają wymierne efekty. Do takich wniosków doszli uczestnicy konferencji „Budowa strategii kultury fizycznej województwa pomorskiego”, na którą 6 grudnia 2003 r. do siedziby gdańskiej „Solidarności” zaprosili przedstawicieli środowisk sportowych Jan Kozłowski, marszałek województwa pomorskiego oraz Krzysztof Dośla, przewodniczący ZRG NSZZ „Solidarność”.
Ze względu na to, że o rozdziale środków na kluby sportowe decydują lokalnie urzędnicy często niemający wiele do czynienia ze sportem, uczestnicy konferencji wnioskowali o powołanie rad sportu, które mogłyby pełnić rolę opiniodawczą i doradczą na wszystkich szczeblach samorządu terytorialnego województwa pomorskiego. Dzięki obiektywnym danym można by kontrolować zasadność przydzielania środków ze względu na wyniki osiągane przez poszczególne organizacje. Obecnie nie ma np. zależności między wysokością środków płynących z urzędów marszałkowskich a wynikami w sporcie młodzieżowym.
Dla środowisk sportowych, uczestniczących w konferencji, najważniejszą sprawą stało się opracowanie na szczeblu samorządu naszego województwa strategicznych planów rozwoju kultury fizycznej.
W trakcie debaty padła propozycja, aby stan pomorskiego sportu zbadała gdańska Akademia Wychowania Fizycznego i Sportu, posiłkując się grantem z Urzędu Marszałkowskiego.
Dla środowisk sportowych ważna stanie się wchodząca w życie od 1 stycznia br. nowa regulacja prawna związana z wolontariatem. Sport masowy opiera się bowiem na działalności ludzi dobrej woli.
Nową szansą dla działaczy szerzących kulturę fizyczną jest również dobre wykorzystanie funduszy europejskich. Uczestnicy spotkania zgodzili się z tym, że Pomorze ma możliwość odnieść w tym względzie sukces. Biorący udział w zebraniu otrzymali materiały na temat możliwości pozyskiwania środków pomocowych z Unii Europejskiej przez polskie stowarzyszenia kultury fizycznej, sportowe spółki akcyjne i inne podmioty zajmujące się sportem. Uczestnicy konferencji poparli program aktywizacji sportowej dzieci i młodzieży województwa pomorskiego przedstawiony przez Jana Kozłowskiego.
Sport. Piłka halowa
Puchar przewodniczącego dla drużyny ZTS
Piłkarze Zakładu Transportu Samochodowego Poczty Polskiej w Gdańsku po zaciętym pojedynku pokonali drużynę Siarkopolu i wygrali już po raz trzeci finał Halowego Turnieju Piłki Nożnej o Puchar Przewodniczącego KK NSZZ „Solidarność” rozegrany 20 grudnia 2003 roku w Pruszczu Gdańskim. W trzeciej edycji turnieju brało udział 16 zespołów organizacji zakładowych „S”.
Finałowy mecz rozpoczął się od festiwalu strzeleckiego w wykonaniu piłkarzy ZTS, którzy zdobyli trzy gole. Wydawało się już, że wynik meczu jest przesądzony, wtedy jednak do kontrataku przystąpili związkowcy z Siarkopolu. Nie zdołali jednak doprowadzić nawet do remisu. Ostatecznie rozgrywka zakończyła się wynikiem 3:2. Już w czasie wręczania nagród kapitan Siarkopolu zapowiedział jednak, że w przyszłym roku odbiorą puchar obecnym zwycięzcom. ZTS poza Pucharem Przewodniczącego KK „S” otrzymał także nagrody od Jana Kozłowskiego, marszałka województwa pomorskiego. Trzecie miejsce zdobyła drużyna Polpharmy ze Starogardu Gdańskiego, zaś czwarte związkowcy z PKP Cargo Gdynia.
Najlepszym piłkarzem turnieju okazał się Michał Sałamowski z drużyny ZTS, który otrzymał nagrodę ufundowaną przez Janusza Wróbla, burmistrza Pruszcza Gdańskiego. Królem strzelców został Jakub Szczodrowski z Polpharmy, nagrodzony przez Krzysztofa Doślę, przewodniczącego Zarządu Regionu Gdańskiego „S”. Wyłoniono także drużynę, która miała na swym koncie najmniej fauli. Otrzymała ona Puchar Fair Play, ufundowany przez Teresę Krystman, prezesa SM Maćkowy.
Jak podkreśla Roman Stegart, prezes Pomorskiego Stowarzyszenia Kultury Zdrowotnej i Sportu NSZZ „Solidarność”, poziom turnieju był bardzo wysoki i wyrównany. Zwycięzcy mieli do pokonania wielu trudnych rywali. Ostatecznie jednak w finale znaleźli się piłkarze, którzy co roku zdobywają w turniejach piłkarskich czołowe miejsca.
Minął już okres świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku, ten magiczny czas, w którym ludzie łagodnieją, stają się dla siebie milsi i składają sobie nawzajem moc dobrych, serdecznych życzeń.
W tym świątecznym czasie ochoczo składamy życzenia pomyślności swym najbliższym, w rodzinnym kręgu, naszym przyjaciołom, współpracownikom, kolegom i znajomym. Staramy się też być mili dla nieznajomych i winszujemy pogodnych i zdrowych świąt ekspedientce podającej nam świeżego karpia w supermarkecie, czy też zmarzniętemu panu sprzedającemu choinki na osiedlowym targowisku.
Jednak dla wielu osób składanie życzeń, a mówiąc ogólniej wyrażanie pozytywnych uczuć, jest sprawą trudną i stanowi nie lada problem. Unikają więc one zwyczajowych spotkań świątecznych w miejscu pracy, z niechęcią myślą o chwilach, w których są zobligowane do powiedzenia innym kilku miłych słów na tradycyjnym spotkaniu opłatkowym. Szczególnie w tak obfitującym w spotkania rodzinne i towarzyskie okresie przełomu roku doświadczają one specyficznych problemów.
W rozmowie z psychologiem osoby takie, analizując swe emocje, podają liczne powody uzasadniające kłopoty z ich ekspresją. Najczęściej mówią wówczas o tym, że uczucia to sprawa bardzo delikatna, intymna i wymagająca skupienia, a częste, głośne ich wyrażanie powoduje – ich zdaniem – że znikają. Często wyrażanie pozytywnych emocji powoduje pewien rodzaj zobowiązania – człowiek nimi „obdarowany”, może przyjąć je zbyt poważnie, przecenić ich znaczenie, czy przenieść na inne sytuacje z życia. Bywa, że rodzaj blokady w wyrażaniu pozytywnych emocji jest spowodowany przekonaniem, że ci, których nimi możemy obdarzyć, „i tak o tym wiedzą”.
Takie i inne tłumaczenia mają uzasadniać ograniczenie zdolności do swobodnego wyrażania pozytywnych uczuć, dzielenia się nimi z innymi ludźmi w formie miłego słowa czy choćby uśmiechu.
Kłopoty z ekspresją pozytywnych emocji miewają często swe źródło w dzieciństwie, w którym ważna dla dziecka, bliska mu osoba, nie potrafiła przyjmować objawów dziecięcej serdeczności, ucząc w ten sposób powściągliwości w ich wyrażaniu. Tak „zimno” wychowane osoby w dorosłym życiu muszą z trudem odbudowywać swą umiejętność czerpania radości z otrzymywania pozytywnych przekazów od innych ludzi i z obserwowania, jak inni „rozkwitają” – w społecznym sensie tego słowa – w cieple ich miłych słów i gestów.
Pamiętajmy zatem, że pełne, swobodne wyrażanie naszych pozytywnych emocji wobec innych ludzi, nawet w sytuacjach, w których nie jesteśmy do tego zmuszeni, to krok w kierunku budowania lepszego świata, tego z naszych świątecznych życzeń i marzeń.
Delikatniej i ciszej
Na podstawie materiałów gromadzonych podczas powstawania wywiadów z ojcem Janem Grande z Wrocławia, które ukazały się w bestsellerowej książce (ok. 500 tys. sprzedanych egzemplarzy) „Ojca Grande przepisy na zdrowe życie”, publikujemy dalszy ciąg porad i refleksji słynnego zakonnika.
– Rozpoczyna się karnawał, czas wizyt i przyjęć. Jak dziś – zdaniem ojca Jana – urządzać przyjęcia w domach?
– Ze względu na niedostatek materialny nasze stoły są coraz skromniejsze. I pewnie jest to zdrowsze od charakterystycznych dla czasów PRL-u mocno zakrapianych libacji przy głośnej muzyce. Obecnie Polacy powinni spotykać się rodzinnie i towarzysko w nieco innym stylu. Nie silmy się na wielkie przyjęcia. Niech to będzie smaczna, dobrze zaparzona herbata, lampka wina, ciasto własnej roboty według oryginalnego przepisu.
– Na przykład, proszę ojca?
– Dajmy na to, taki sernik grodzieński na nietypowym, bo drożdżowym spodzie, jaki piekło pokolenie mojej babki. Wszyscy dziś robią kruche spody, tymczasem stokroć smaczniejszy jest sernik na warstwie dość twardego waniliowego ciasta drożdżowego. Rozrabiamy je na mleku waniliowym, które uzyskujemy gotując w nim dwie lub trzy posiekane laski wanilii. Nawiasem mówiąc, trzeba koniecznie wprowadzić na powrót do naszych polskich kuchni wanilię, która nie tylko daje nadzwyczajny smak i aromat, ale też jest substancją leczniczą, działającą ściągająco i przeciwzapalnie... Ażeby spód do sernika był nieco twardszy, bierzemy na kilogram mąki 5 dkg drożdży i dodatkowo, przed samym pieczeniem, wklepujemy w ciasto pół kilograma mąki i pół kostki masła. Kiedy już trochę zaczyna rosnąć, rozwałkowujemy je na blasze na grubość palca i wstawiamy do piekarnika. Po upieczeniu smarujemy ciasto roztrzepanym białkiem i nakładamy warstwę tłustego sera, który w przeddzień wygnietliśmy ręką (nie przepuszczając przez żadną maszynkę) i zostawiliśmy, by leciuteńko zgliwiał. Naturalnie dodajemy do sera żółtka (może być kilka ugotowanych na twardo i przepuszczonych przez maszynkę), gruboziarnisty cukier, trochę posiekanej wanilii, zapachy. Wierzch obsypujemy rodzynkami, migdałami, grubym cukrem z cynamonem, układamy na nim kratownicę z ciasta. Pieczemy wyłączając grzanie od spodu. Zapach, smak, walory odżywcze i energetyczne takiego ciasta są nieporównywalne z sernikiem produkowanym na skalę przemysłową.
– Jaki alkohol można podać do takiego sernika?
– Generalnie chciałbym, aby na polskich stołach – w miejsce bylejakich wódek i tanich win – pojawił się zdrowy alkohol w postaci nalewek owocowych czy ziołowych na spirytusie, własnej produkcji. Naturalnie, trzeba o tym pomyśleć w lecie, w porze zbiorów malin, jeżyn, czarnej porzeczki... Zasypujemy umyte owoce cukrem w szklanym naczyniu i czekamy, aż puszczą sok i zaczną fermentować. Dodajemy wówczas czysty spirytus w proporcji 1:5 i wlewamy do butelek, najlepiej ciemnych. I niech sobie czekają aż do sylwestra. Im starsze nalewki, tym większą mają moc.
– A słynna staropolska śliwowica?
– Sekret jej klarowności polegał na tym, że robiło się ją ze śliwek lekko niedojrzałych. Wedle najdawniejszych przepisów należało wrzucić do butli wiadro jeszcze twardych owoców (miękkie i dojrzałe dają trunek ciężki, mazisty), wlać 30 litrów przegotowanej wody, w której uprzednio zostało rozpuszczonych ok. 10 kg cukru oraz 15 dkg drożdży winnych lub piwnych. Zamykało się butlę korkiem z rurką fermentacyjną. Po dwóch tygodniach, kiedy ustawał proces fermentacji, należało wino sfiltrować i rozlać do butelek. Amatorzy mocnych napitków dodawali na tym etapie czystego spirytusu wedle uznania. Śliwowica była zdrowym, krzepiącym, „męskim” trunkiem.
– Dziś w sklepach kupujemy szampany i wina oznakowane – aż trudno dać temu wiarę – terminem przydatności do spożycia.
– Jest to najlepszy dowód, że nabywamy w miejsce prawdziwego alkoholu produkt chemiczny. Takim trunkiem można skutecznie potruć gości, których zaprosiliśmy na przyjęcie.
Rozmawiali Marzena i Tadeusz Woźniakowie
Słupskie MZK
Ciągłe zmiany ciągły bałagan
W słupskim MZK sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Prezes nie uznaje układu zbiorowego, związki nie uznają wprowadzonego przez zarząd regulaminu wynagradzania. Czarę goryczy przelało zamieszanie, jakie wprowadziła zakrojona na wielką skalę restrukturyzacja. Pochłonęła gigantyczne pieniądze nie zwiększając przychodów.
Regulamin zamiast układu
Problem stosowania układu zbiorowego zaczął się w czerwcu 2002 r., gdy funkcję prezesa objął January Semko. MZK z zakładu komunalnego powstałego w 1991 r. przekształcił się w spółkę prawa handlowego w marcu 2001 r. Przed tym zdarzeniem Zarząd Miasta, któremu Rada Miasta – właściciel firmy – zaleciła przeprowadzenie prywatyzacji, podpisał ze związkami porozumienie. Przewidywało ono między innymi przyjęcie i stosowanie układu zbiorowego. Układ ten był honorowany do zmiany prezesa.
Zdaniem prezesa Semki, układ przestał obowiązywać rok po przekształceniu. Powołując się na wcześniejszą umowę związkowcy wszczęli spór zbiorowy, którego głównym punktem było żądanie przywrócenia układu. W zamian prezes zaproponował nowy regulamin wynagradzania. Pomimo że związki jednogłośnie odrzuciły regulamin, prezes go wprowadził. Ponieważ od 5 lat w firmie nie było podwyżek, a nowy regulamin dawał wyższe pobory, 80 proc. pracowników podpisało nowe umowy o pracę. Skutkiem tego obowiązują dwa systemy wynagrodzeń. Semko traktuje to jako poparcie dla swoich działań, ale związkowcy mówią, że to tylko chęć poprawy domowych budżetów.
Włodzimierz Smolak – przewodniczący NSZZ „Solidarność” w MZK – jest zwolennikiem dialogu. Sam fakt nieotrzymywania przez 5 lat podwyżek traktuje jako dowód, że związki roszczeniowymi nazwać nie można.
– Gdy przyszedł nowy prezes daliśmy mu czas, mówi Smolak. – Nie chcieliśmy, aby traktowano nas jak tych, którzy ze względu na opcję polityczną podnoszą raban. Jeśli ktoś działa dla dobra firmy, to nie ma znaczenia spod jakiego jest koloru. Ale pan Semko zaczął traktować nasze przedsiębiorstwo jak prywatny folwark. Zaczął sprowadzać swoich ludzi. Utworzył nikomu niepotrzebny dział marketingu, który wymyślił taką reformę połączeń, że do dziś nie idzie się połapać.
– Po co marketing w zakładzie komunikacji miejskiej? pyta Mirosław Sochaczewski, sekretarz komunikacyjnej „S”. – MZK ma tanio i dobrze przewozić pasażerów w mieście, a nie pozyskiwać nie wiadomo jaką inną pracę.
Zdaniem związkowców, marketing stał się miejscem zatrudniania „swoich”, m.in. Brandta. Według wielu pracowników zakładu, jest on głównym źródłem konfliktów. Ogromne zamieszanie wprowadzone reformą połączeń wielu pracowników przypisuje właśnie jemu.
Bałagan na życzenie
Przeprowadzona w ostatnich miesiącach restrukturyzacja, używając dużego uproszczenia, miała polegać na tym, żeby autobusy jak najmniej jeździły po tych samych trasach, a te raczej powinny się przecinać niż ze sobą pokrywać. Powinno to teoretycznie bez obniżenia jakości świadczonych usług dać zmniejszenie liczby przejechanych kilometrów oraz liczby autobusów obsługujących trasy. Tymczasem, choć liczba autobusów nieznacznie się zmniejszyła, to liczba kilometrów jest taka sama.
Na spotkaniu ze związkowcami – odnosząc się do skutków finansowych zmian – prezes stwierdził, że zadowolony jest z jej wyników, gdyż przychody się nie zmniejszyły. – To po co te zmiany? – pytają związkowcy. Kosztowały ogromne pieniądze, np. budowa nowej pętli autobusowej, zakrojone na dużą skalę badania sondażowe, zatrudnieni za duże pieniądze konsultanci i to tylko po to, by wpływy się nie obniżyły? To absurd! Najgorsze jednak jest to, że trasy i rozkład jazdy są ciągle zmieniane, a większość nowych rozwiązań zastępowana jest poprzednimi. Ciągłe zmiany – ciągły bałagan.
Związkowcy nie postulują o zmiany personalne, chcą zmiany stylu zarządzania. Przypominają, że przez wiele lat rezygnowali dla dobra firmy z wielu rzeczy – jak choćby podwyżek. Brak dialogu, zmiany i bałagan traktują jak marnotrawienie tego wysiłku.
Smolak z oburzeniem mówi, że prezesi się zmieniają, a firma i ludzie to jedno, i ludzie właśnie to największe dobro tej firmy.
Kaufland Słupsk i Wejherowo
Bandyci z „Solidarności”
Zastraszanie i grożenie śmiercią współpracownikom i dostawcom zarzuciło kierownictwo słupskiego Kauflandu zwalniając dyscyplinarnie Andrzeja Śliwińskiego i Romana Malaka. Oto, jakiego argumentu użył pracodawca, żeby pozbyć się tych, którzy ośmielili się założyć związek.
Przypomnijmy. Śliwiński i Malak w Kauflandzie w Słupsku pracowali od 1 sierpnia 2002 r. Byli magazynierami. Do założenia związku podeszli bardzo ostrożnie. Od nieudanej próby we wrocławskim Kauflandzie, gdzie osoby biorące udział w zebraniu założycielskim zostały natychmiast zwolnione, postanowili założyć od razu komisję międzyzakładową. O powstaniu związku powiadomili pracodawcę w końcu listopada. Fakt ten spowodował istną burzę. Każdy z pracowników był po kilka razy wzywany na dywanik do szefa. Zmuszano ich do podpisania stosownych oświadczeń. Odbyły się też liczne zebrania w mniejszych grupach, gdzie bezpośredni przełożeni grozili zwolnieniem z pracy za przynależność związkową. Ostatecznie do związku należy dziś kilkadziesiąt osób głównie z dwóch marketów: w Słupsku i Wejherowie.
Przypadek Piotra L.
Piotr Lipski, kierownik zmiany w Kauflandzie w Wejherowie, do związku zapisał się na początku grudnia. Dwa dni później został zwolniony. Nie wie, jak pracodawca dowiedział się o jego przynależności związkowej.
– Wszędzie ma swoich szpiegów – stwierdza po namyśle.
– Razem z nim zwolniono jeszcze dwóch kolegów. Formalnym powodem były błędy w dokumentacji, choć, jak twierdzi, błędy były drobne i dotyczyły raczej jego kolegi. Poza tym zawsze się zdarzają i nigdy z tego powodu nie było żadnych komplikacji. Dyrektor wejherowskiego marketu Arkadiusz Rajek wręczył mu najpierw – trzymając w drugiej ręce dyscyplinarkę – zwolnienie za porozumieniem stron. Jednak Lipski nie przyjął ani jednego, ani drugiego. Po paru dniach do jego domu przyszło pocztą zwolnienie w trybie ustawowym.
– Byłem na zwolnieniu lekarskim. Nie miał prawa wręczać mi wtedy wypowiedzenia, tym bardziej że był też tam ujęty siedmiodniowy zaległy urlop – uważa Lipski.
Powody wstąpienia do związku były dla pana Piotra identyczne jak kolegów w Słupsku. Jego zdaniem permanentna rotacja zatrudnienia to normalne funkcjonowanie tej firmy. Umowy są na czas określony, bardzo często na 3/4 lub 1/2 etatu. Tymczasem pracuje się po kilkanaście godzin, a często zdarza się i ponad 20. Potem ludziom nie przedłuża się umowy i zatrudnia nowych.
Państwowa Inspekcja... Pracodawcy
Piotr Lipski udał się z przysłanym mu wypowiedzeniem do wejherowskiego oddziału Państwowej Inspekcji Pracy. Odbył blisko czterogodzinną rozmowę z jednym z inspektorów, który poradził mu, aby dał sobie spokój.
– Wie pan, to wiele miesięcy w sądach, a jak nawet pana przywrócą, to i tak zaraz zwolnią. Wie pan, odszkodowanie i owszem, ale to są grosze. Więc lepiej dać sobie spokój.
Cytat z pamięci, ale dokładny. Porażające, że państwowa instytucja mająca chronić pracowników przed nieprawnymi działaniami pracodawców nie ma nic więcej do zaoferowania. Niestety, inspektor powiedział prawdę, ale to w niczym go nie usprawiedliwia. Z relacji związkowców wynika, że wiele patologii, które występują w ich marketach, dałoby się skontrolować i zwalczać. Potrzeba tylko chcieć wypełniać swoje obowiązki.
Zwolnienia związkowców wszyscy się spodziewali. Zarówno sami zainteresowani, jak i Region Słupski „S”, który od samego początku pilotuje sprawę Kauflandu, doskonale zdawali sobie sprawę z ryzyka. Stanisław Szukała, szef Zarządu Regionu, udzielił związkowcom wszelkiego możliwego wsparcia. Do ich dyspozycji są prawnicy i zaplecze techniczne. Szukała zdaje sobie sprawę, że procesy sądowe trwają, dlatego Region systematycznie organizuje pikiety i akcje medialne. Pierwsza odbyła się 26 listopada, druga 22 grudnia.
– Takie akcje będą permanentnie organizowane – mówi Szukała. Nie tylko w Słupsku. Chcemy, aby kierownictwo tej firmy zaprzestało antyzwiązkowej działalności i rozpoczęło z nami rozmowy.
Sprawa zwolnionych związkowców została skierowana do Państwowej Inspekcji Pracy, sądu pracy i prokuratury. Sprawą zajmie się też wiceprzewodniczący Rady Miasta Wejherowa Henryk Jarosz. Jest zaskoczony tym, co usłyszał o postępowaniu kierownictwa Kauflandu w Wejherowie. Jeśli kierownictwo marketu będzie skore do rozmów, Jarosz zadeklarował gotowość do mediacji.
Zwolnienie związkowców pod absurdalnym zarzutem grożenia śmiercią pokazuje, że rozmów nie będzie. O dziwo, pracodawca nie zwrócił się do prokuratury o ściganie tego – bądź co bądź – przestępstwa kryminalnego. Tymczasem zwolnionym i ich rodzinom na święta i nowy rok zafundowano wielomiesięczny dramat.
Blisko pięćdziesięcioosobowa grupa strażaków z „S” Regionu Słupskiego, brała udział w warszawskiej manifestacji służb mundurowych, która odbyła się 16 grudnia ub.r. Związkowcy protestowali przeciwko pogarszającym się warunkom pracy. Domagają się również poprawy warunków płacowych. Strażacy zwracają uwagę, że pracują średnio ponad 200 godzin miesięcznie, co ich zdaniem nie ma odzwierciedlenia w uposażeniu.
Opłatek w Regionie
Na modlitwie, śpiewaniu kolęd i dzieleniu się opłatkiem spędzili czas w siedzibie Zarządu Regionu Słupskiego „Solidarności” związkowcy z tutejszych zakładów pracy. Modlitwę poprowadził ks. Jan Gieriatowicz, od samego początku blisko związany z „Solidarnością”. Choć związkowcy nie mieli wielu powodów do radości w ubiegłym roku, a 2004 zapowiada się równie ciężko, patrzą w przyszłość z nadzieją. – Zawsze będziemy robić to, co do nas należy – powiedział po spotkaniu szef Regionu Stanisław Szukała.
Obchody Pamięci ofiar Grudnia ’70
Wydarzenia, które rozegrały się w Grudniu 1970 r. na Wybrzeżu, stały się jednym z najważniejszych momentów w najnowszej historii Polski. Od 1989 r. ich rocznica jest obchodzona bardzo uroczyście i z czcią należną bohaterom tamtych dni.
W tym roku uroczyste msze i spotkania pod pomnikami wzniesionymi ku czci pomordowanych stoczniowców odbyły się w Gdańsku i Gdyni. Metropolita gdański ks. abp Tadeusz Gocłowski 16 grudnia 2003 r. koncelebrował mszę św. w bazylice św. Brygidy. Uczestniczyli w niej przedstawiciele władz miasta, NSZZ „Solidarność” oraz ludzie, którzy byli świadkami i uczestnikami tamtych pamiętnych wydarzeń.
Po zakończeniu mszy odbył się przemarsz pod pomnik Poległych Stoczniowców przy Stoczni Gdańskiej. Nastąpiło złożenie kwiatów i zapalenie zniczy. Wśród zebranych pod pomnikiem dało się wyczuć rozgoryczenie z powodu wciąż odkładanego w czasie zakończenia procesu winnych zbrodni Grudnia ’70. Na jednym z transparentów widniał napis: „Norymberga dla komuny! Grudzień 70 – pamiętamy!”.
W Gdyni uroczystości miały nieco inny przebieg. O godz. 6 rano 17 grudnia odbył się przy alei Solidarności Apel Poległych. W ciszy wymieniano nazwiska zamordowanych 33 lata temu przez milicję i wojsko. Na pomoście oraz na drodze prowadzącej do pomnika Ofiar Grudnia stały zapalone znicze. Ich chybotliwe płomyki wywierały bardzo przejmujące wrażenie.
Po południu odbyła się msza św. w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa. Potem był przemarsz ulicami Armii Krajowej, Świętojańską oraz aleją Piłsudskiego pod pomnik Ofiar Grudnia przy Urzędzie Miasta. Delegacje z wielu zakładów pracy złożyły kwiaty i wieńce. Odbył się Apel Poległych i modlitwa za pomordowanych. Okolicznościowe przemówienia wygłosili Janusz Śniadek, przewodniczący NSZZ „Solidarność” oraz Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni.