Source: http://cyfroteka.pl/ebooki/Dzieciobojczynie-ebook/p02015394i020
Timestamp: 2020-07-02 19:59:43
Legal References Found: art. 226
 art. 149
 art. 149
 art. 149
in dubio
 art. 1469
 art. 1516
 art. 1516

Document Content:
Dzieciobójczynie [Przemysław Słowiński, Bogdan Lach] << KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
00276 006539 18632278 na godz. na dobę w sumie
Dzieciobójczynie - ebook/epub
Autor: Przemysław Słowiński, Bogdan Lach Liczba stron: 240
ISBN: 978-83-7835-353-9 Data wydania: 2014-08-20
Redakcja Anna Seweryn-Sakiewicz Projekt okładki Pracownia WV Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej Grzegorz Bociek Korekta Urszula Bańcerek Wydanie I, Chorzów 2014 Wydawnictwa Videograf SA 41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35 fax 32-348-31-25 office@videograf.pl www.videograf.pl Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o. 01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21 tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl tekst © Bogdan Lach, Przemysław Słowiński © Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014 ISBN 978-83-7835-353-9
Wstęp Przestępstwo dzieciobójstwa należy do tzw. uprzywilejowanych typów zabójstwa1. Nazwa tego typu przestępstwa jest przez autorów niektórych publikacji krytykowana jako nietrafna z uwagi na fakt, że w przepisie prawnym odnosi się ona nie do każdego dziecka, a jedynie do noworodka. Tego typu czyn w społecznościach ludzkich był dokonywany od najdawniejszych czasów. Już we wspólnocie pierwotnej o życiu lub śmierci noworodka decydowali rodzice. Analiza przesłanek etnologicznych wskazuje, że zabicie dziecka przez któregokolwiek z rodziców – zwłaszcza gdy nowo narodzone dziecko było słabe lub wykazywało cechy niemieszczące się w ramach wyobrażeń rozwojowych – było dozwolone, a przynajmniej nie wiązało się z karą czy potępieniem ze strony członków plemienia. Szansę na przeżycie miały przede wszystkim noworodki mogące być w przyszłości pożyteczne dla grupy, o ile ich liczba nie była zbyt wielka. Zatem o życiu noworodka decydował aspekt społeczny, który przyczynił się do tego, że naganne było jedynie zabicie noworodka, który rokował na przyszłość normalny, zdrowy rozwój i tym samym mógł być pożyteczny dla wspólnoty. W jednym z pierwszych kodeksów (Kodeks Hammurabiego) przestępstwo dzieciobójstwa, choć niewyróżnione w nim specjalnie, podlegało surowej karze. W księgach Starego Testamentu życie noworodka nie wszędzie traktowano z jednakową troską i nie zawsze uznawano je za tak samo cenne, jak życie dorosłego człowieka, np. w II Księdze Królewskiej i w V Księdze Mojżeszowej istnieją opisy zjadania noworodków i dzieci w okresie wielkiego głodu. W starożytnym Babilonie dzieciobójstwo było karane odcięciem piersi matce, a w tym samym czasie w Egipcie matka, która dokonała takiego czynu, była karana przymusem trzymania zabitego dziecka przy piersi przez trzy dni i noce. W starożytnej Grecji o poglądach i praktykach dotyczących dzieciobójstwa można przeczytać w pismach filozofów. Platon dopuszczał możliwość zabijania dzieci ze względu na dobro państwa, choć musiały to być dzieci słabe i z wadami rozwojowymi. Natomiast Arystoteles twierdził, że dzieci z wadami zdrowotnymi nie należy wychowywać, a liczbę dzieci należy ograniczać stosownie do potrzeb państwa. W starożytnej Sparcie nadzór państwa nad wychowaniem dzieci, w szczególności chłopców, rozpoczynał się od chwili urodzenia. Każdy ojciec był zobowiązany do przedstawiania dziecka eforom (pięciu najwyższym urzędnikom spartańskiego polis), którzy po obejrzeniu go decydowali o jego dalszym losie. Jeśli dziecko było słabe lub posiadało wady rozwojowe, skazywano je na śmierć głodową w górach Tajgetu. Z tego miejsca mógł je jedynie zabrać litościwy helot (gr. jeniec) i wychować na niewolnika. W starożytnym Rzymie prawo decydowania o życiu lub śmierci noworodka mieli jedynie ojcowie, którzy nie byli karani za zabicie nowo narodzonego dziecka. Stan ten uległ zmianie w późniejszym okresie rozwoju państwa i dzieciobójstwo zaczęto karać śmiercią. Zgodnie z zapisami tzw. prawa dwunastu tablic dopuszczalne było jedynie zabicie dziecka do lat trzech, jeśli występowały u niego poważne wady rozwojowe. W takich przypadkach wymagane było zaświadczenie obywateli, iż dziecko urodziło się i jest „potworkiem”. W średniowieczu pod wpływem chrześcijaństwa powszechnie przyjęta została zasada ochrony życia ludzkiego w każdej postaci. Kary stosowane wobec dzieciobójczyń były takie same jak te wymierzane zabójcom – zazwyczaj była to kara śmierci. Udział biegłego lekarza w procesie dochodzeniowym po raz pierwszy w historii znaleźć można w Konstytucji Kryminalnej Karolina, ogłoszonej w 1532 roku przez króla Francji, Karola V. Zapis ten dotyczył przypadków, gdy domniemana dzieciobójczyni twierdziła, że dziecko urodziło się martwe. W okresie tym chrześcijaństwo miało istotny wpływ na kształtowanie się przepisów prawa karnego. W Europie zaczęto rozróżniać dzieciobójstwa dokonane na dzieciach ślubnych i nieślubnych. W tym drugim przypadku kary były surowsze, ponieważ zbrodnia dzieciobójstwa dodatkowo łączyła się z grzechem współżycia seksualnego bez ślubu oraz pozbawiania dziecka chrztu, a tym samym uniemożliwiania zbawienia jego duszy. W kolejnym okresie kary za dzieciobójstwo stopniowo łagodzono, a przestępstwo to zostało wyodrębnione w kodeksach poszczególnych państw: Austrii w 1852 roku, Belgii w 1867 roku, Niemiec w 1871 roku, Meksyku w 1871 roku, Paragwaju w 1880 roku, Holandii w 1881 roku i Rosji w 1903 roku. W średniowiecznej Polsce, podobnie jak w innych państwach Europy, dzieciobójstwo karano śmiercią. Karę tę jednak różnicowano w zależności od przynależności matki do określonej klasy społecznej. Kobiety z niższych warstw karano zakopaniem żywcem lub wbiciem na pal, a niekiedy utopieniem. Dzieciobójczynie szlachetnie urodzone karano poprzez ścięcie mieczem. Kolejne wzmianki dotyczące kary za dzieciobójstwo w Polsce można odnaleźć w Kodeksie karzącym Królestwa Polskiego z 1818 roku. Wyróżniono w nim trzy stany faktyczne dzieciobójstwa: dzieciobójstwo dziecka ślubnego, nieślubnego oraz bierne dzieciobójstwo dziecka nieślubnego. Dwa ostatnie typy stały się przestępstwem o złagodzonym wymiarze kary. Za istotną przesłankę dokonania zabójstwa dziecka pochodzącego spoza związku małżeńskiego uznano lęk przed wstydem i hańbą ze strony otoczenia oraz związane z nią konsekwencje społeczno-religijne. W uregulowaniu tym nie było jeszcze mowy o porodzie i jego wpływie na rodzącą matkę jako czynniku decydującym o łagodniejszym potraktowaniu sprawczyni. W czasach rozbiorów na ziemiach polskich obowiązywało ustawodawstwo państw zaborczych. I tak, w zaborach rosyjskim i pruskim za dzieciobójstwo uprzywilejowane uznawano jedynie to dokonane na nieślubnym noworodku. W zaborze austriackim dzieciobójstwo traktowano w sposób uprzywilejowany niezależnie od rodzaju związku, z jakiego pochodziło dziecko. Od 1932 roku w II Rzeczypospolitej zaczął obowiązywać bardzo nowoczesny kodeks karny. Przestępstwo dzieciobójstwa zostało w nim uregulowane w art. 226, który otrzymał następujące brzmienie: „Matka, która zabija dziecko w okresie porodu, pod wpływem jego przebiegu, podlega karze do lat pięciu, natomiast matka zabijająca dziecko poza okresem porodu ponosi odpowiedzialność karną jak za zabójstwo”. Sformułowany artykuł nie zawierał dolnej granicy sankcji, umożliwiając sądowi dowolność w określaniu jej wymiaru. Aby zabójstwo to mogło być zakwalifikowane jako przestępstwo popełnione pod wpływem przebiegu porodu, musiało pozostawać w związku przyczynowym ze stanem psychicznym rodzącej. Uchwalony 19 kwietnia 1969 roku, a obowiązujący od 1 stycznia 1970 roku kodeks karny przyjął tę samą definicję prawną dzieciobójstwa, jaką zawierał kodeks z 1932 roku, umieszczając ją w art. 149. Jednocześnie wprowadził zaostrzenie odpowiedzialności karnej, ustalając granice sankcji od 6 miesięcy do 5 lat. Obecnie w polskim prawie karnym (regulacja z 6 czerwca 1997 roku) dzieciobójstwo zostało spenalizowane2 w art. 149 kodeksu karnego. Ten typ zabójstwa jest zagrożony karą od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Zarówno w doktrynie, jak i w orzecznictwie posiada powszechnie uznaną nazwę „dzieciobójstwo”. Odnosi się do zabójstwa dziecka przez matkę w okresie porodu, pod wpływem jego przebiegu. Typizacja tej formy zabójstwa bazuje na kilku dodatkowych przesłankach, które muszą być dodatkowo spełnione i występować łącznie. Przestępstwo to posiada indywidualny charakter, a jego sprawcą w każdym przypadku może być jedynie kobieta będąca matką konkretnego dziecka. Tutaj należy podkreślić, iż może się zdarzyć sytuacja, gdy kobieta zostanie skazana za dzieciobójstwo, którego ofiarą będzie dziecko innej kobiety. Sytuacja takowa miała miejsce w jednej z klinik położniczych, gdzie przebywało kilka matek wraz z noworodkami, a matka jednego z nich dokonała zabójstwa w warunkach błędu, tzn. pomyliła dzieci. Kolejną istotną przesłanką jest specyficzny stan psychiczny sprawczyni, określony w przepisie szczególną formułą zabijania – „pod wpływem przebiegu porodu”. Ustawodawca wskazał, że musi istnieć związek przyczynowy pomiędzy zabójstwem a wywołanym przez poród stanem psychicznym rodzącej. Ostatnią przesłanką, która musi zaistnieć w opisywanej kwalifikacji czynu, jest konkretny czas popełnienia przestępstwa, tj. w okresie porodu. Publikacje dotyczące „okresu porodu” wskazują, że okres ten w prawie nie jest utożsamiany ze znaczeniem medycznym3, lecz rozumiany jest szerzej – także jako okres następujący bezpośrednio po zakończeniu porodu, w którym mogą wystąpić istotne zakłócenia równowagi psychicznej matki, np. gdy wskutek wstrząsu wywołanego porodem stan psychiczny kobiety rodzącej w wysokim stopniu odbiega od jej uprzedniego funkcjonowania psychicznego. W publikacjach B. Michalskiego okres ten trwa maksymalnie trzy dni. Zdaniem A. Gubińskiego, który bazuje na orzecznictwie, czas ten obejmuje dwa dni, natomiast w publikacjach M. Cieślaka mówi się nawet o ośmiu dniach. Faktyczny okres utrzymania się wpływu porodu na procesy psychiczne matki zależy od indywidualnych predyspozycji kobiety, na których kształt wpływ mają okoliczności zewnętrzne: czas trwania porodu oraz jego przebieg. W psychiatrii przyjęto, że okres wpływu porodu na kobietę rodzącą trwa od kilku do kilkunastu godzin, ale w niektórych przypadkach może się wydłużyć nawet do kilku dni. Jak wskazują badania nad tym procesem, dzieciobójstwo dokonywane jest najczęściej w III okresie porodu w ujęciu medycznym, który rozpoczyna się w momencie urodzenia dziecka, lub we wczesnej fazie połogu, wkrótce po odejściu łożyska. Autorzy komentarzy do art. 149 k.k. wskazują, że bez znaczenia jest tutaj fakt, czy poród odbywa się siłami natury, czy za pomocą cesarskiego cięcia. Zatem z dzieciobójstwem mamy do czynienia, jeśli decyzja o pozbawieniu życia własnego dziecka jest nagła i zostaje podjęta pod wpływem przebiegu porodu i w okresie jego trwania. Inaczej przedstawia się sytuacja, w której ciężarna nie podejmuje działań zmierzających do właściwego przygotowania się do opieki nad noworodkiem: nie zgłasza się na wizyty lekarskie, mające na celu kontrolę stanu zdrowia poczętego dziecka, nie kupuje ubranek oraz akcesoriów koniecznych do pielęgnacji noworodka, ukrywa swój stan przed innymi osobami, podejmuje zachowania ryzykowne, niekorzystnie wpływające na poczęte dziecko. Tego typu postępowanie wskazuje zazwyczaj na brak akceptacji ciąży, co w tym przypadku jest ściśle związane z powstaniem patologicznego stanu psychicznego matki, pod wpływem którego dokonuje ona dzieciobójstwa. Sytuację tę obrazuje poniższy przykład. Anna B. pochodzi z rodziny pełnej, prawidłowo funkcjonującej, bez wyraźnie istniejących dysfunkcji i patologii. W ostatnim okresie przed ujawnieniem zdarzenia w funkcjonowaniu rodziny wskazała na istnienie poważnych zmian, związanych z zajściem w ciążę. Na tym tle doszło w jej odczuciu do nieporozumień i konfliktów. Skutkowały one nagromadzeniem negatywnych emocji oraz reakcjami spustowymi4, objawiającymi się podjęciem zachowań autoagresywnych. Zamierzała ona popełnić samobójstwo poprzez podcięcie sobie żyletką naczyń krwionośnych kończyn górnych. Analizowane obrażenia z psychologicznego punktu widzenia miały charakter odreagowujący, spustowy. Dziewczyna zamieszkuje w środowisku o wysokiej jawności życia, w którym dość łatwo dochodzi do napiętnowania odbiegających od przyjętych norm zachowań. Podobnie na takowe zachowania reaguje środowisko szkolne, w którym funkcjonuje. Rodzinie bardzo zależy na pozytywnej opinii w środowisku lokalnym. Stanowi to swoisty wyznacznik w podejmowaniu decyzji oraz uruchamianiu działań. Anna jest najstarszym dzieckiem w rodzinie. Obecnie ma 17 lat. Posiada młodszego o rok brata. Jej dom rodzinny składa się z dwóch pokoi, kuchni oraz łazienki. W trakcie zdarzenia zamieszkiwała wspólnie z bratem w jednym z pokoi. Jej rodzice zajmują drugi pokój, znajdujący się za ścianą. Matka Anny aktualnie pracuje jako pracownik fizyczny, posiada wykształcenie zawodowe. W okresie dzieciństwa oraz w czasie dorastania Anna nie poszukiwała u niej wsparcia. Matkę określiła jako osobę religijną, mocno uzależnioną od opinii środowiska lokalnego, podatną na jego wpływy. W procesie wychowania matka względem jej osoby dość często przyjmowała postawę oceniającą, była tą osobą, która narzucała jej reguły funkcjonowania, wychodzenia z domu i powrotu do niego, akceptowała lub nie jej udział w imprezach w środowisku rówieśniczym. Postawa matki powodowała u Anny skrytość, zatajanie informacji, a w ostatnim czasie często uruchamiała tendencję do kłamstwa oraz zniekształcania faktów. W przekonaniu Anny kłamstwa te przynosiły zakładane efekty. W gronie osób znaczących poza chłopakiem, z którym stanowią parę, nie posiada ona osoby, z której wsparcia by korzystała. Zazwyczaj w sytuacjach trudnych zamyka się w sobie, kumuluje napięcia, tłumi przeżywane emocje. Ojciec Anny posiada wykształcenie zawodowe i aktualnie przebywa na rencie. W procesie wychowania pełnił rolę osoby egzekwującej postanowienia matki. Opisywana przez ostatni czas nie utrzymywała z nim zażyłych relacji. Ojciec ani raz nie zapytał o jej stan zdrowia związany z ciążą. Unikał rozmów na ten temat. W trakcie wywiadu psychologicznego Anna beznamiętnie, bez zabarwienia emocjonalnego wspominała atmosferę panującą w domu w okresie dzieciństwa oraz dorastania, gdzie jej podstawowe potrzeby bytowe były w pełni zaspokojone. Odcina się od teraźniejszych emocji wynikających z aktualnego położenia życiowego. W wypowiedziach wskazała jedynie, że poprzez swoje zachowanie ponownie zawiodła rodziców oraz że będzie ono miało wpływ na negatywne postrzeganie rodziny w lokalnym środowisku. Pierwsze kontakty Anny z alkoholem miały miejsce w okresie adolescencji5. W 15 roku życia doznała pierwszego upojenia atypowego6. W jej odczuciu wówczas rodzice bardzo zawiedli się na niej, kiedy po spotkaniu z rówieśnikami wróciła do domu pijana. Był to jedyny w dotychczasowej linii życiowej epizod związany z nadużyciem alkoholu. W ostatnim okresie stroniła od alkoholu, nie pali papierosów. Nie miała też kontaktu z narkotykami. W domu rodzinnym rodzice prowadzili z nią rozmowy dotyczące ogólnych kwestii. Nie rozmawiano z nią o seksie. Ten temat stanowił swoiste tabu. Wiedzę na temat zachowań seksualnych czerpała z czasopism, Internetu, książek, programów telewizyjnych oraz rozmów z chłopakiem. W trakcie nauki w szkole, zarówno podstawowej, jak i gimnazjum, nie powtarzała klas. Systematycznie realizowała obowiązek szkolny. Poza jednym przypadkiem w gimnazjum, nie uczęszczała na wagary. O tej sytuacji nie powiedziała rodzicom, którzy dowiedzieli się o niej na wywiadówce. Otrzymała za to karę, którą pamięta do dnia dzisiejszego. Stwierdziła, że wówczas rodzice kolejny raz zawiedli się na niej. Ocenia, że w tym czasie, jak i we wstępnym okresie nauki w szkole średniej była bardzo dobrą uczennicą. Trudność sprawiała jej nauka matematyki. W czasie wakacji nawiązała bliskie kontakty ze swoim obecnym chłopakiem. Dobrze jej się z nim rozmawiało. Oboje mieli przekonanie, że takiego związku nie zaakceptują jej rodzice, więc zaczęli się spotykać w tajemnicy przed nimi. Wykorzystywali do tego celu m.in. mieszkanie Anny pod nieobecność rodziców. Zaczęli ze sobą współżyć płciowo. Używali zabezpieczenia w postaci prezerwatyw. Odczuwała przyjemność ze współżycia, choć nie stanowiło ono najważniejszego celu znajomości. Po około roku, w trakcie wakacji stwierdziła brak miesiączki, co na początku nie bardzo ją niepokoiło. Jednak już we wrześniu zaczęła coś podejrzewać i utwierdzać się w przekonaniu, że zaszła w ciążę. „Oczywiście rozmawiałam na ten temat z Piotrem, który również był tą sytuacją zaskoczony i wystraszony” – mówi. Po wykonaniu testu ciążowego podjęli wspólną decyzję ukrywania tego faktu przed innymi osobami. Prowadzili rozmowy dotyczące przyszłości oraz możliwych rozwiązań tej kwestii. Oboje uznali, że Anna donosi ciążę i wtedy odda dziecko do adopcji, że nie będzie przerywać nauki. Zamierzała urodzić dziecko, jednocześnie pragnąc, żeby nikt się o tym nie dowiedział. Miała zamiar rodzić w mieście oddalonym o 30 km od jej miejsca zamieszkania, nie zastanawiała się nad szczegółami tego porodu ani nad tym, co powie matce, gdy będzie musiała jechać do szpitala. Myślała, że gdy już rozpoczną się bóle porodowe, zadzwoni do Piotra, sama pojedzie albo busem, albo wezwie pogotowie ratunkowe, a chłopak zorganizuje jej pobyt w szpitalu. Przez cały okres ciąży starała się ukrywać ją przed innymi osobami, które jej zdaniem podejmowały próby skonfrontowania jej z zaistniałą sytuacją. Próby takowe podjęła matka, koleżanka z klasy oraz nauczyciel. Były one nieskuteczne z uwagi na całkowite wypieranie ciąży przez Annę. Aby zataić fakt bycia w ciąży przed innymi osobami, bandażowała swój brzuch. Należy w tym miejscu dodać, że Anna jest szczupłą osobą. Widocznym symptomom wskazującym na ciążę nadawała inne znaczenie. W okresie tym w jej funkcjonowaniu występowały symptomy takie jak: nudności, wymioty, powiększanie się brzucha, krwawienie poporodowe. Do czasu zatrzymania przez policję nie podała innym osobom personaliów chłopaka, z którym zaszła w ciążę, stwierdzając, że jest to jej tajemnica. Chłopak akceptował tę sytuację. Przesuwał w czasie podejmowanie decyzji odnośnie do przyjmowanego rozstrzygnięcia. W rozmowach z Anną wskazywał, że chciałby w tej sytuacji pozostać anonimowy. Nie angażował się emocjonalnie w sytuację i położenie Anny, każdorazowo w rozmowach stwierdzał: „Wszystko będzie dobrze”. W chwili rozwiązania, pomimo kilkakrotnego nawiązania kontaktu z Anną, pozostawił ją samą w momencie porodu. Podkreślał swoje trudne położenie, zaplanowaną na drugi dzień rozmowę kwalifikacyjną. Anna w trakcie przesłuchania oraz prowadzonych badań psychologicznych mówiła, że sytuacja, w jakiej się znajdowała, wywoływała u niej obawy o przyszłość, komplikację jej planów życiowych, generowała przewidywanie odrzucenia jej przez rodzinę oraz nawarstwianie się w środowisku negatywnych opinii na jej temat. Jednocześnie w rozmowie wskazała na podobny przypadek w swoim środowisku lokalnym, który zakończył się pozytywnie. Inicjację seksualną podjęła w 15 roku życia. Jej jedyny partner seksualny jest w podobnym wieku. Do chwili obecnej intymne kontakty podejmowała jedynie z nim. Jej chłopak w tamtym czasie kończył szkołę zawodową. Intymne kontakty między nimi miały miejsce co jakiś czas w mieszkaniu Anny pod nieobecność innych członków rodziny. Ich znajomość, o której wiedziało niewiele osób przed zajściem w ciążę, trwała około roku. Anna do tej pory utrzymuje kontakty z tym chłopakiem. Nie planowała zajścia w ciążę. Był to epizod, którego nie brała pod uwagę w trakcie podejmowania intymnych relacji. Wskazała na prawdopodobne okoliczności zajścia w ciążę: „W sierpniu lub wrześniu odbyłam stosunek płciowy z Piotrem. Oboje tego chcieliśmy”. Partner Anny po jej zajściu w ciążę nie naciskał na jej usunięcie. Gdy go poinformowała o tym fakcie, odcinał się od tematu związanego z przyszłością, pozostawiając ją samą z dalszymi decyzjami. W listopadzie uczestniczył z nią w wizycie w gabinecie ginekologicznym, której celem było upewnienie się co do jej stanu. Miała ona charakter diagnostyczny po uprzednio wykonanym teście ciążowym. Od tego czasu Anna pojawiała się na wizytach lekarskich, obawiając się ujawnienia swojego stanu zdrowia przez lekarza lub przekazania tej informacji innym osobom. W trakcie pierwszej wizyty wykonano badanie USG. Po tej wizycie zażywała jedynie leki przeciwbólowe. W trakcie ciąży czuła się dobrze. W tym czasie jedynym wsparciem dla niej był chłopak. Obawiała się powiedzieć rodzicom o ciąży, przewidując reperkusje, wyrzucenie jej z domu, opinii środowiska lokalnego, odwrócenia się od jej osoby. Decyzję o podaniu informacji o ciąży ciągle odkładała w czasie. Ostatecznie nikogo z rodziny nie poinformowała o tym fakcie. Rodzice myśleli, że ma większy brzuch, bo przytyła, nie dociekali przyczyny tych zmian. Matka kilkakrotnie zadała jej pytanie dotyczące jej stanu. Anna podobnie reagowała na pytania związane z ciążą, zadawane jej przez koleżanki oraz nauczyciela. Nikt jednak nie próbował zgłębić tematu. Z tamtego czasu nie posiada żadnych zdjęć. Stwierdziła, że nie miała „typowego brzuszka”. Zakładała, że gdy nadejdzie pora, to urodzi dziecko i odda je do adopcji. Nie poczyniła jednak żadnych ustaleń w tej kwestii. Nie znała nawet adresu szpitala, w którym zamierzała urodzić dziecko. Adres ten miał znać jej chłopak. Systematycznie uczęszczała na zajęcia w szkole, do końca ciąży uczestniczyła nawet w lekcjach WF-u. W jej ocenie zmiany w wyglądzie były mało wyraźne. W tym czasie robiła również zakupy w sklepie w swojej miejscowości, uczęszczała do kościoła, sporadycznie spotykała się ze znajomymi oraz z rodziną. Na pytanie dotyczące wzrostu jej masy ciała udzielała wykrętnych odpowiedzi. Wskazywała w rozmowach, że ma problemy żołądkowe lub że choruje na zapalenie jajników. Przed porodem ostatni raz w szkole była w dniu poprzedzającym poród, a na zajęcia wróciła po jednym dniu przerwy. W trakcie ciąży nie przygotowywała się do porodu. Nie myślała o tym, kto ją zawiezie do szpitala, komu o tym powie. Nie przygotowywała żadnych ubranek dla dziecka, miejsca, w którym będzie ono przebywać, łóżeczka, przedmiotów do pielęgnacji. Nie starała się otrzymać od lekarza informacji o płci dziecka. Nie czytała żadnych książek dotyczących tematyki porodu, pielęgnacji dziecka po porodzie. Nie wykonywała żadnych zdjęć w trakcie trwania ciąży. Termin porodu miała wyznaczony przez lekarza na koniec marca. Pamięta, że całe zdarzenie związane z porodem miało miejsce 19 marca. W mieszkaniu w trakcie akcji skurczowej byli rodzice oraz przebywający w tym samym pokoju brat. W nocy zaczęły się bóle porodowe. Trwały one około pięciu godzin. Na ich początku Anna kilkakrotnie podjęła kontakt telefoniczny ze swoim chłopakiem, ale nie udzielił jej żadnej pomocy. Pomimo posiadania telefonu komórkowego nie skontaktowała się z żadną instytucją typu pogotowie ratunkowe lub ze służbami medycznymi. Nie poinformowała o rozpoczęciu porodu rodziców przebywających w drugim pokoju. Wyszła nad ranem z mieszkania i w drodze do parku urodziła na śniegu córkę. Warunki pogodowe w tym czasie były bardzo niekorzystne, było mroźno. Miejsce, w którym rodziła, było oddalone od zabudowań. Po urodzeniu się dziecka oderwała pępowinę przy użyciu paznokci. Urodzone dziecko płakało jakieś 5 minut, po tym czasie jego płacz ucichł. Po odbytym porodzie ubrała się i zaniosła dziecko w stronę zarośli, w miejsce oddalone około 100 m od miejsca porodu. Pozostawiła nagie dziecko na śniegu, na łące obok zarośli. Wykonała telefon do swojego chłopaka, któremu opowiedziała, co się wydarzyło. Następnie samodzielnie wróciła do domu. Powiedziała matce, że zakrwawione spodnie, mokre ubranie oraz buty to efekt miesiączki, którą dostała w drodze do szkoły. W domu w tym czasie prócz matki, z którą rozmawiała, przebywał jej ojciec oraz młodszy brat. Matka nakazała jej zdjęcie całego ubrania. Obserwowała jej stan. Następnie opiniowana wykąpała się i położyła się spać. Matka oprócz pytań związanych z samopoczuciem nie zadawała pytań dodatkowych. Po rozmowie udała się do pracy na drugą zmianę. Pomimo posiadania informacji o odnalezieniu martwego dziecka oraz dotyczących tego faktu ogłoszeń w kościele Anna nie podjęła żadnych działań związanych z przekazaniem wiadomości na ten temat. Podobną postawę przyjął jej chłopak, który zdawał sobie sprawę z faktu, że urodziła dziecko. Lękała się reakcji środowiska, kary, napiętnowania w środowisku szkolnym, obawiała się o przyszłość (szkoła, praca). Zależało jej na pozytywnej opinii. Działania policji, a także wykonane badania doprowadziły do aresztowania Anny. Badania psychologiczne wykazały zaburzenia osobowości typu mieszanego: niedojrzałej, zdezintegrowanej, cechującej się egocentryzmem, infantylizmem, brakiem gotowości do samodzielnego funkcjonowania, z dominującą potrzebą uznania i akceptacji ze strony otoczenia. Anna wykazuje skłonność do tłumienia i nieokazywania na zewnątrz negatywnych emocji. Dzięki sprawnemu mechanizmowi świadomej kontroli intelektualnej jej zewnętrzne reakcje i zachowania są dostosowane do występujących sytuacji. Charakteryzuje ją niski próg empatii. W związku z faktem, że na matce dziecka ciąży szczególny prawny obowiązek pieczy nad urodzonym dzieckiem, przestępstwo dzieciobójstwa może też zostać popełnione przez zaniechanie. Z sytuacją taką mamy do czynienia w przypadkach, w których matka porzuca dziecko w skrajnie niekorzystnych warunkach, równoznacznych ze skazaniem go na śmierć, a również w takich formach zaniechania jak: brak zapewnienia dziecku należytego okrycia i spowodowanie jego śmierci przez wychłodzenie organizmu, zagłodzenie dziecka poprzez niedostarczanie mu pokarmu czy też nieodcięcie pępowiny skutkujące powstaniem zaburzenia krążenia. Badania przeprowadzone za okres 1946–1973, obejmujące 343 przypadki dzieciobójstwa, wykazały, że aż w 141 przypadkach dzieciobójstwo zostało dokonane przez zaniechanie działania mającego na celu utrzymanie dziecka przy życiu. W ostatnim czasie najczęstszym sposobem podejmowanym przez sprawczynie tego typu przestępstwa jest uduszenie gwałtowne lub uraz mechaniczny. Badania wykonane pod kierownictwem prof. J.M. Stanika, obejmujące lata 1970–1997, wskazują, że prawie połowa sprawczyń dzieciobójstwa (43,6%) była w wieku 15–20 lat i w przeważającej części (74,5%) były to bezdzietne panny. Prawie 3/4 z nich posiadało wykształcenie podstawowe i zawodowe, a połowa z nich to pracownice fizyczne lub kobiety będące na utrzymaniu konkubenta. W większości sprawczynie te pochodziły z miast i nie były uprzednio karane za inne przestępstwa. W przeciwieństwie do badań prowadzonych w wyżej wskazanym okresie w przeważającej ilości przypadków dzieciobójstwo było popełniane przez działanie (87,2%). Przestępstwo przez zaniechanie, do którego dochodziło w wyniku niewykonania podstawowych czynności pielęgnacyjnych (podwiązanie pępowiny, odśluzowanie, zabezpieczenie przed wychłodzeniem, karmienie itp.), wystąpiło w znacząco mniejszej liczbie przypadków (12,8%). Jako najczęstsze sposoby popełnienia dzieciobójstwa wskazywano kolejno: zaduszenie, zakneblowanie, wyrzucenie do śmietnika lub dołu kloacznego, utopienie, porzucenie, zadzierzgnięcie7, rany kłute lub urazy mechaniczne (np. rozbicie główki). Zwykle dochodziło do niego w takich miejscach jak: pokój we własnym mieszkaniu, ubikacja/łazienka, inne zabudowania przyległe do domu, las, łąka, pole. Powyższe rozważania wskazują, że jeśli wymienione przesłanki dla dzieciobójstwa nie są spełnione, mamy do czynienia z innym typem zbrodni, a mianowicie z zabójstwem dziecka. W prowadzonych sprawach dotyczących dzieciobójstwa nader istotną kwestią staje się ustalenie tych przesłanek, a więc ocena psychologicznego położenia życiowego matki. Jak wskazują statystyki badań nad przestępczością, w większości krajów kobiety popełniają zdecydowanie mniej przestępstw z użyciem przemocy niż mężczyźni. Kobiety są sprawcami około 10% zabójstw (ok. 2% z nich to dzieciobójstwa) i około 14% rozbojów. Kobiety popełniają najczęściej drobne przestępstwa, jak kradzieże, oszustwa finansowe itp. Badania psychologiczne nad agresją w trakcie dokonywania przestępstw wskazują, że już w najmłodszym wieku występują znaczące różnice w formie ujawnianej agresji wśród dziewcząt i chłopców. U dziewcząt częściej występują jej formy pośrednie, jak: złośliwe plotkowanie, izolowanie niektórych rówieśników i inne formy manipulacji społecznej, zaś chłopcy częściej stosują agresję fizyczną; nie stwierdzono natomiast różnic w poziomie agresji werbalnej. Z innych badań wynika, że w przypadkach, kiedy kobiety ujawniają agresję fizyczną wobec swoich heteroseksualnych partnerów, to jej formy różnią się od aktów agresji fizycznej występującej w analogicznej sytuacji u mężczyzn. Stwierdzono, że u kobiet częściej występuje popychanie, rzucanie przedmiotami, kopanie, uderzenia otwartą dłonią, dźgnięcie ostrym narzędziem; mężczyźni natomiast częściej stosują duszenie, dławienie, uderzenie pięścią. Kenney i Hide na podstawie analizy zabójstw seryjnych dokonanych w USA w latach 1972–1992 przez 14 kobiet doszli do wniosku, że również w tego typu zabójstwach występują znaczne różnice pomiędzy działaniem kobiet i mężczyzn. Kobiety z reguły nie śledziły wcześniej swoich ofiar, nie torturowały ich przed zabójstwem, a po jego dokonaniu nie znęcały się nad ciałem ofiar. Motywacja dokonywania przez kobiety zabójstw seryjnych nie była związana z ich fantazjami seksualnymi, co, jak wiadomo, jest czynnikiem motywującym seryjnych zabójców. Wystąpiły też różnice w sposobie zadania śmierci: kobiety najczęściej stosowały metody, które nie wymagały bezpośredniego kontaktu z ciałem ofiary – przede wszystkim było to otrucie, następnie duszenie poprzez przykrycie ciała ofiary, np. poduszką, i jeszcze rzadziej użycie broni palnej. Mężczyźni jako sprawcy zabójstw seryjnych najczęściej dokonywali duszenia własnymi rękami, ponadto używali noża lub tępego narzędzia. Za mniejszym udziałem kobiet w przestępstwach z użyciem przemocy przemawiają wyniki badań prowadzonych w tym obszarze oraz teorie odwołujące się do biologicznych i społeczno-kulturowych uwarunkowań agresji. Przedstawiciele pierwszego z wymienionych podejść – Maccoby i Jacklin – na podstawie dokonanego w 1974 roku przeglądu badań na temat różnic płciowych utrzymują, że powiązane z płcią różnice w zachowaniach agresywnych mają w dużej mierze podłoże biologiczne. Ich zdaniem wskazują na to cztery fakty: Mężczyźni są bardziej agresywni od kobiet we wszystkich przebadanych przez naukowców społeczeństwach. Różnice pomiędzy płciami są widoczne już we wczesnym okresie życia dziecka, kiedy trudno jeszcze uznać, aby były one wynikiem działań wychowawczych. Podobne różnice płci stwierdzono również u człekokształtnych naczelnych. Poziom agresji wiąże się z poziomem hormonów, głównie testosteronu. Inni przedstawiciele nurtu biologicznego na podstawie badań prowadzonych w 1998 roku podkreślają, że różnice w ujawnianiu agresji pomiędzy kobietami i mężczyznami związane są także z różnicami w budowie ich mózgu, głównie układu limbicznego, oraz poziomem neuroprzekaźników – serotoniny i noradrenaliny. Zwolennicy poglądu społeczno-kulturowego wskazują na pewne niekonsekwencje w wynikach badań eksperymentalnych nad zwierzętami oraz w badaniach międzykulturowych i dowodzą, że czynniki takie jak społecznie uwarunkowane systemy nagród i kar, metody wychowawcze oraz kulturowe wierzenia i zwyczaje mogą uwypuklać lub eliminować różnice międzypłciowe w zachowaniu agresywnym. Ich zdaniem różnice w sposobie ujawniania agresji są związane przede wszystkim z tradycyjnym podziałem ról społecznych, w którym mężczyźnie przypisuje się rolę wojownika i obrońcy stada, zaś kobiecie rolę opiekunki dzieci oraz strażniczki ogniska domowego. Konsekwencją tego podziału jest niemal powszechna akceptacja agresji mężczyzn i dezaprobata dla ujawniania agresji przez kobiety. Różnice te są widoczne już od „czasu piaskownicy”. Jednocześnie dopuszcza się możliwość agresywnego zachowania kobiet w sytuacjach zagrożenia tych wartości. Jak wynika z badań Z. Majchrzyka, sytuacja rodzinna sprawczyń zabójstw miała istotny związek z motywacją ich działania. Inne badania, wykonane w 1977 roku przez A. Frodi, J. Macaulay i P. Thome, wskazują, że kobiety są równie skłonne jak mężczyźni do wyrażania agresji czy wrogości jako reakcji na sytuację prowokującą. Kobiety jednak częściej się powstrzymują, co spowodowane jest przeżywaniem poczucia winy i lęku, związanych z oczekiwaniem kary za zachowania agresywne. Według Wernera i Smitha tendencja do powstrzymywania się od agresji fizycznej u kobiet wzrasta wraz z wiekiem, co jest skutkiem zarówno oddziaływań procesu socjalizacji, jak i zmian fizjologicznych dokonujących się podczas rozwoju biologicznego. W latach 1996–2011 zbudowałem 168 profili psychologiczno-kryminalistycznych. Analiza danych formalnych dotyczących sprawczyń wykazała, że ich średni wiek wynosił 31,8 lat, a zatem były one nieco młodsze (średnio ok. 2 lata) od sprawców mężczyzn (33,1 lat). Rozpiętość wiekowa sprawczyń zabójstw mieściła się w przedziale 16–63 lata. W chwili popełnienia czynu większość z nich (65%) pozostawała w związkach małżeńskich, w konkubinacie, tylko jedna nie miała stałego partnera. Poziom wykształcenia sprawczyń zabójstw był nieco niższy, miały one najczęściej wykształcenie zawodowe. Kobiety te wychowywały się w nieco gorszych warunkach materialnych niż mężczyźni, jednak atmosfera domu rodzinnego w ich dzieciństwie była znacznie lepsza niż w rodzinach sprawców. Bardziej pozytywny też był stosunek rodziców, zarówno matek, jak i ojców, do sprawczyń oraz sposób ich traktowania przez rodziców w dzieciństwie. Sprawczynie nie sprawiały w dzieciństwie poważniejszych trudności i problemów wychowawczych, co również różni tę grupę w sposób istotny, statystycznie, od grupy sprawców. Kobiety w analizowanej populacji w większości przypadków (ok. 70%) dokonały zabójstwa swoich stałych partnerów, mężów i konkubentów. W pozostałych przypadkach ofiarami sprawczyń były ich dzieci (14%) oraz osoby znajome (15%). Jak z tego wynika, ofiary sprawczyń nie tylko w większości były osobami bliskimi dla nich, ale również przebywały z nimi stale pod jednym dachem, zamieszkując wspólne gospodarstwo. Celem niniejszej publikacji jest przybliżenie problematyki pozbawiania życia dzieci przez kobiety, nie tylko poprzez przestępstwa zabójstwa w uprzywilejowanej jego formie dzieciobójstwa (art. 149 k.k.), ale również zabójstwa dziecka (art. 148 k.k.). Główna treść opracowania prezentuje wybrane przypadki z Polski i innych krajów, ilustrujące najbardziej charakterystyczne okoliczności zabójstw dzieci dokonanych przez kobiety. Zróżnicowanie opisanych przypadków wskazuje, że pomimo zarysowujących się pewnych ogólnych właściwości, sprawczynie zabójstw dzieci nie stanowią grupy całkowicie homogenicznej. Przedstawione w książce przykłady zaczerpnięte z historii zdają się wybitnie potwierdzać tę tezę. Bogdan Lach I. Fabrykantki aniołków Wiktoria Szyfers, Marianna Szymczak, Marianna Skublińska i inne (koniec XIX wieku) Okna życia to specjalnie przygotowane miejsca, otwierane z zewnątrz i wentylowane, umożliwiające matkom bezpieczne i anonimowe pozostawienie tam noworodka, którym nie mogą bądź nie chcą się opiekować. Po otwarciu uruchamia się sygnalizacja dyskretnie alarmująca opiekunki, zazwyczaj siostry zakonne. Noworodek umieszczany jest w inkubatorze do czasu przyjazdu karetki, która zabiera go do szpitala. Stamtąd po przebadaniu dziecko kierowane jest do pogotowia opiekuńczego. Natychmiast rusza również procedura badań i nadania tożsamości, a następnie procedura adopcyjna, która w takim przypadku jest znacznie krótsza od tradycyjnej. Idea systemowej ochrony podrzutków znana jest już od czasów średniowiecza (najstarsze zachowane okno życia pochodzi z roku 1198 i znajduje się w Rzymie, przy powstałym z inicjatywy papieża Innocentego III szpitalu Ducha Świętego – Santo Spirito in Sassia). W dziewiętnastowiecznej Europie niechciane dzieci stały się przedmiotem zyskownego procederu, którym zajmowały się niejednokrotnie dobrze zorganizowane szajki. Pierwsze okno życia po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, otwarto dopiero 19 marca 2006 roku u sióstr nazaretanek w Krakowie, przy ulicy Przybyszewskiego 39. Oznaczono je herbem Jana Pawła II oraz logo organizacji Caritas. Do 31 lipca 2013 roku poprzez istniejące w naszym kraju 51 okien życia przyjęto i uratowano 64 noworodki. Jednak pod koniec XIX stulecia, w czasie, którego dotyczy poniższa opowieść, wszystko wyglądało zgoła inaczej… W Europie trwała jeszcze la belle époque, czas pomyślności, beztroski i optymizmu, przynajmniej dla tych, którzy w społecznej przestrzeni znaleźli dla siebie stosunkowo wygodne miejsce. Cały kontynent drzemał, grzejąc się w cieple trwałego – przynajmniej jego zdaniem – bezpieczeństwa, aliansów, zamożności i dobrobytu. We wszystkich dziedzinach dokonywał się postęp. Elektryczność rozpraszała mroki, samoloty i samochody fascynowały wyobraźnię ludzi. Stolice tętniły życiem. Pospiesznie budowano miejskie pałace o wysokich i obszernych bramach wjazdowych, luksusowe hotele, solidne banki i instytucje użyteczności publicznej. Wzmagał się ruch uliczny. Stare, wąskie, zbyt ciasne szlaki komunikacyjne przebudowywano na szerokie arterie dla licznych pojazdów konnych i coraz częstszych automobili, zastępujących stopniowo konne powozy, od których zresztą – na początku – zapożyczały kształty. Pruto dawne dzielnice Paryża, burzono niepotrzebne już wały obronne Wiednia. Wypiętrzał się elegancki Budapeszt. Wokół zabytkowego centrum czeskiej Pragi stawiano drogie hotele na wzór paryskich pałaców. W Warszawie powstawały wielkomiejskie Aleje Jerozolimskie. Gigantyczne kapelusze z pękami kwiatów romantycznie ocieniały delikatne, blade twarzyczki o naiwno-dziecięcych oczach. Czar kobiety, czar powozu, czar wiejskiej sielanki. Bajeczna, kolorowa i sielsko piękna la belle époque… Wiek XIX nazwano również erą pary i elektryczności. Jego początek to łuczywo i świece, dyliżanse i żaglowce, gołębie pocztowe i konni posłańcy. Kilkadziesiąt lat później ludzkość znała już żarówkę, linie kolejowe, parowce, profesjonalne elektrownie, silniki trójfazowe, fotografię, kino, telegraf i telefon. Znała i powszechnie stosowała. Maszyna parowa, urządzenia elektryczne i inne wynalazki odmieniły życie milionów ludzi na całym świecie. Wilhelm II Hohenzollern, ostatni niemiecki cesarz i król Prus, określił ten czas mianem wspaniałego. Niewątpliwie był to okres, w którym ludzki geniusz sięgnął szczytu. Był tak doskonały jak nigdy wcześniej. Był tak wszechstronny, iż objął wszystkie dziedziny życia. Był tak dociekliwy, że poszukiwał odpowiedzi na wszelkie zadawane pytania. Ten piękny obraz miał jednakże swoje drugie, całkiem odmienne oblicze… W XIX stuleciu rewolucja przemysłowa ogarnęła cały kontynent. Do obrastających fabrykami miast, jak ćmy do światła ściągali w poszukiwaniu bardziej dostatniego życia mieszkańcy wsi. Rozwarstwienie majątkowe osiągnęło rozmiary nigdy dotąd niespotykane. Wyrastające przemysłowe fortuny sąsiadowały z niewyobrażalną wprost biedą. Był to również czas szczególnej pruderii i surowości moralnej, kojarzonej do dziś z zasiadającą wówczas na brytyjskim tronie królową Wiktorią Hanowerską. Europa XIX wieku to świat, w którym dziecko tuż po urodzeniu oddawało się na wychowanie obcej kobiecie, zaś aborcję potępiało głośniej niż mord na narodzonym już niemowlaku. Ten uroczy dla jednych, a straszny dla innych klimat stworzył zbrodniarki, które usuwają w cień wyczyny współczesnego im Kuby Rozpruwacza. * * * Pod koniec 1899 roku warszawska policja zwróciła uwagę na pojawiające się w różnych punktach miasta trupy niemowląt. Pod płotem cmentarza Powązkowskiego znaleziono martwą dziewczynkę. Kilka dni później w kanale przy torach Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej ujawniono zwłoki chłopczyka. Kolejnego martwego noworodka płci męskiej znalazł policjant patrolujący rejon w okolicach ulicy Wspólnej. Początkowo policja prowadziła w każdej z wymienionych spraw odrębne śledztwo, wkrótce jednak okazało się, że za wszystkim stoi jedna i ta sama osoba. Stało się tak dzięki donosowi, jaki pewnego mroźnego styczniowego dnia 1880 roku pojawił się wraz z codzienną pocztą na biurku komendanta. Anonimowa informacja dotyczyła zniknięcia ciała dziecka, które w podejrzanych okolicznościach zmarło u niejakiej Marianny Szymczakowej, zamieszkałej wraz ze swoim kochankiem, Andrzejem Stępniakiem, przy ulicy Grzybowskiej 66. Komendanta uderzył dziwny zbieg okoliczności, że chłopczyk Szymczakowej zniknął akurat w przeddzień znalezienia wspomnianych wyżej zwłok przy ulicy Wspólnej. Nie zastanawiając się wiele, wysłał na ulicę Grzybowską ekipę śledczą, którą obarczył zadaniem bliższego przyjrzenia się działalności owej Szymczakowej. W wyniku podjętych czynności ustalono, że pani Szymczakowa zarabia na życie jako mamka, biorąc od akuszerki Wiktorii Szyfers dzieci do wykarmienia. Po kilkanaście na raz. Ówczesne matki, szczególnie te z wyższych sfer, często nie utrzymywały bliskich emocjonalnych relacji ze swymi nowo narodzonymi dziećmi, rzadko też karmiły je piersią. Ponieważ w XIX stuleciu nie znano jeszcze tak rozpowszechnionych dziś pokarmów zastępczych, ktoś musiał podawać niemowlakom pierś. Zajmowały się tym właśnie mamki. Był na nie olbrzymi popyt, szczególnie wśród bogatych Żydówek, które prawie nigdy nie karmiły niemowląt same. Szukano mamek za pomocą ogłoszeń w prasie bądź też przez wyspecjalizowane kantory, które również ogłaszały się w gazetach. Pośredniczkami w tym biznesie były najczęściej akuszerki. Żeby mieć pokarm, trzeba jednak mieć również dziecko, takie już są nieubłagane prawa biologii. Wynagrodzenie za wychowanie dziecka nie było wprawdzie wysokie, lecz najczęściej karmicielki miały po kilkoro wychowanków. Ale pracodawcy stawiali zwykle jeden warunek: przyjmowana pod ich dach karmicielka nie mogła wprowadzić się tam z własnym dzieckiem. Tu z pomocą przychodziły akuszerki, właściwe organizatorki całego interesu. Własne dziecko stawało się dla mamki zbędnym balastem. Zostawało więc u akuszerek, te zaś oddawały je do sierocińców. Tymczasem gwałtowny przyrost porzucanych dzieci sprawił, że w przytułkach zaczęło dla nich brakować miejsc. W związku z powyższym akuszerki zmuszone były same zajmować się dziećmi bądź oddawać je „na wychowanie” kolejnym kobietom. W ten sposób zaczęły powstawać liczne „fermy dzieci” (ang. baby-farms). Niemowlaki były tam często głodzone, a pozbawione podstawowej opieki medycznej marły jak muchy. Znaczna część trafiających w takie miejsca podrzutków nie przeżywała okresu niemowlęctwa. Powszechnie postrzegano „fermy” jako grobowce. Koszty utrzymania dzieci akuszerki ściągały z nawiązką z położnic, którym również zależało, aby jak najszybciej przestać płacić. Oddając swoje potomstwo akuszerkom zaraz po urodzeniu, zwykle nie zdołały z nim nawiązać prawdziwie matczynej więzi. Swoje uczucia przenosiły raczej na obce dzieci, którym teraz za pieniądze dawały ssać swoją pierś. Nic więc w tym dziwnego, że na ogół z radością przyjmowały wyjaśnienie, że niemowlę rozchorowało się i zmarło, nie próbując dociekać, dlaczego tak się stało. Jak łatwo policzyć, im mniej wydawało się na dzieci, tym więcej zostawało w kieszeni uczestników tego rodzaju procederu. Od początku XIX wieku liczba porzucanych dzieci rosła więc w zastraszającym tempie. W 1799 roku w krakowskim zakładzie opiekuńczym przebywało 529 niemowląt, dwa lata później już ponad tysiąc. Natomiast w samym tylko roku 1844 przyjęto tam 1666 noworodków. W 1846 roku w Warszawie znaleziono 1715 porzuconych niemowląt. Z identycznym problemem można się było spotkać we wszystkich większych miastach ówczesnej Europy, szczególnie we Francji i w Anglii, czyli w krajach, w których rewolucja przemysłowa osiągnęła najszybsze tempo wzrostu. Gwałtowny wzrost liczebności podrzutków spowodował wprowadzenie zarządzenia zabraniającego nadawania tym dzieciom nazwisk znanych i szanowanych rodzin. O personaliach decydował więc przypadek bądź fantazja zwierzchnika placówki, do której dziecko oddano. W latach dwudziestych XIX wieku przyjęto zasadę, że nazwiska będą wiązały się z miesiącem, w którym znaleziono dane dziecko. Imiona natomiast nadawano alfabetycznie. Przykładowo Anna Marzec była pierwszą dziewczynką znalezioną w marcu. W 1818 roku w Krakowie w szpitalu św. Łazarza, przy ulicy Kopernika (obecny Szpital Uniwersytecki), zainstalowano pierwsze okno życia, zwane wtedy kołowrotem. Działało w sposób niemal identyczny jak obecne. Niemowlaki wkładano do obrotowej kołyski, co powodowało automatyczne uruchomienie dzwonka. Czuwające przez całą dobę siostry zakonne odbierały dziecko, dokonując oficjalnego przyjęcia. Wszystko odbywało się prosto, szybko i bez pytań. Niestety, liczba istniejących „kołowrotów” stanowiła tylko kroplę w morzu potrzeb. O wiele prościej było dziecko zagłodzić lub po prostu zamordować i dalej pobierać za nie opłaty. Nie wiadomo, w jakich dokładnie okolicznościach powstał termin „fabrykantka aniołków”, którym z upodobaniem posługiwała się ówczesna prasa. Podobno jako pierwszy użył tej definicji „British Medical Journal” już w 1867 roku, chociaż wcześniej jeszcze znana była w Niemczech jako Engelmacherin. Tak czy inaczej, nazwa ta chyba najlepiej oddaje zarówno charakter, jak i przyczyny opisywanego straszliwego procederu. Jak ustalono w czasie śledztwa i późniejszego postępowania przed sądem, w latach 1871–1879 Wiktoria Szyfersowa oddała do Domu Podrzutków przy warszawskim szpitalu Dzieciątka Jezus8 1258 dzieci. Od 1 czerwca 1879 roku, w związku z zaostrzeniem kryteriów przyjmowania dzieci do tego rodzaju placówek, zaczęła korzystać z usług Marianny Szymczakowej, płacąc jej za ich utrzymanie 4 ruble miesięcznie. W ten sposób praktycznie skazywała dzieci na śmierć głodową… Niemowlęta posiadające metryki urodzenia grzebane były legalnie – resztę Szyfersowa polecała porzucać w różnych miejscach, zgodnie z wyznawaną przez siebie zasadą: „Rząd znajdzie, rząd pochowa”. Ile dzieci oddała, tego nie chciała powiedzieć. Po ujawnieniu procederu od Szymczakowej zabrano do szpitala czwórkę niemowląt. Z tego dwoje – dwie dziewczynki, półtora- i dwumiesięczna – zmarły bardzo szybko z powodu wycieńczenia i niedożywienia. Były tak wyniszczone i wychudzone, że nawet nie ssały pokarmu. Podczas rozprawy sądowej sąsiedzi Szymczakowej zeznali, że mieszkała ona przy ulicy Grzybowskiej, wraz z Andrzejem Stępniakiem, w prawie nieopalanej suterenie, w której było zimno do tego stopnia, że wisząca w kuchni bielizna tężała od mrozu. Natomiast składające się z dwóch pokoi mieszkanie Szyfersowej, w którym przebywały mamki, położnice i dzieci, było ciemne i brudne. Kontrola ksiąg, które miała obowiązek prowadzić, wykazała liczne braki i przekłamania. „Karygodna jest niedbałość policyjnego lekarza miejskiego, do którego obowiązków należała kontrola przebywających w mieszkaniu dzieci!” – grzmiał prokurator w mowie oskarżycielskiej. Proces Szymczakowej, Szyfersowej i Stępniaka toczył się przez trzy dni, w czerwcu 1880 roku, przed warszawskim Sądem Okręgowym, wywołując ogromne zainteresowanie prasy. Prokuratorem był Andrzej Markow, obrońcami oskarżonych: adwokaci Teodor Wedeman i Stanisław Szyfer. Obie strony wykorzystywały postępowanie do odsłonięcia mechanizmu i społecznych korzeni tego odrażającego procederu, chociaż każda robiła to nieco inaczej i w innym celu. Urzędowa liczba podobnych kantorów „stręczenia mamek” sięgała w Warszawie w opisywanym czasie około czterystu, nie licząc nielegalnych, usytuowanych w różnych ciemnych zaułkach miasta. Ile ich było, sam Bóg raczył wiedzieć. Prokurator Markow oceniał, że kilka tysięcy. Wniesiony przez prokuratora akt oskarżenia zarzucał podsądnym utopienie chłopczyka o nieustalonych personaliach, znalezionego za okopami przy nasypie kolejowym, oraz uduszenie chłopca znalezionego przy ulicy Wspólnej, którego nazwisko udało się podczas śledztwa ustalić. Powołani przez sąd biegli medycy widzieli jednak całą sprawę w odmienny sposób. „Nie da się ustalić przyczyny zgonu – oświadczyli zgodnie – ale z pewnością nie było nią utopienie”. Profesor Dymitr Kotielewski dowodził nawet przed sądem, że jedno z niemowląt zmarło na skutek kataru przewodu oddechowego, „który wywołał przekrwienie mózgu, a następnie asfiksję9”. Badając z kolei zwłoki chłopczyka ze Wspólnej, odkrył przy tej okazji oznaki hipotermii. „Śmierć z uduszenia i przekrwienia mózgu mogła nastąpić bez gwałtu mechanicznego, wskutek choroby” – napisał w swoim raporcie i to samo powtórzył potem przed sądem. Jeżeli chodzi o ustalanie przyczyn zgonu, dziewiętnastowieczna medycyna stąpała po bardzo śliskim gruncie. Z jednej strony z powodu braku odpowiedniej wiedzy, z drugiej – wskutek karygodnych zaniedbań. Istniał jeszcze dodatkowy powód, który mógł wpływać na zeznania biegłych. Toczący się proces był bardzo niewygodny dla Urzędu Lekarskiego, rodzący się skandal stawiał w nieciekawym świetle całą działalność tej „szacownej” instytucji… Nietrudno zgadnąć, iż takie postawienie sprawy umiejętnie wykorzystali obrońcy. W prawie karnym istnieje przecież zasada in dubio pro reo, nakazująca tłumaczyć wszelkie wątpliwości na korzyść oskarżonych. Prokurator Markow w trakcie trwania procesu został zmuszony do odstąpienia od oskarżania podsądnych o zabójstwo dwojga dzieci. W miejsce tego wniósł i podtrzymał tylko oskarżenie o pozostawienie dzieci w „położeniu narażającym ich życie na niebezpieczeństwo”. Do tego dodał jeszcze zarzut „pozostawienia bez opieki dwojga innych dzieci, wskutek czego nastąpiła ich późniejsza śmierć, już w szpitalu”. Nie da się ukryć, iż całe postępowanie przygotowawcze w sprawie zostało dokumentnie sfuszerowane. Tego już nie da się wytłumaczyć ani brakami ówczesnej medycyny sądowej, ani niedoskonałością ówczesnych technik śledczych. Zabrakło po prostu zwykłej staranności w śledztwie spętanej biurokratyzmem policji, która dała prokuratorowi tak licho przygotowany materiał. Prokurator Markow oskarżał więc podczas procesu bardziej same mechanizmy zbrodni niż konkretne osoby i „ślizgał” się po faktach, bezskutecznie próbując ułożyć je w zwartą i spójną syntezę winy oskarżonych. Umożliwiło to mecenasowi Wedemanowi użycie na końcu jego mowy obrończej następującego stwierdzenia: „Wina oskarżonych jest żadna. Gdyby chciano należyty dać tytuł tej sprawie, to należałoby ją raczej nazwać walką o byt”. Swoje wystąpienie adwokat umiejętnie poparł skrzętnie gromadzonymi wcześniej danymi: W Szpitalu Dzieciątka Jezus w pewnych okresach jedna mamka miała do wykarmienia nie pięcioro, lecz ośmioro dzieci. Działalność placówki, w której szczytne idee założyciela stały się z czasem mitem, była rzeczywiście szokująca. W 1877 roku, jak donosiły „Kłosy”, w słynnym szpitalu umierało rocznie około dwóch tysięcy dzieci. Trzy lata później pisano już o trzech tysiącach… Wcześniej mecenas Wedeman przytoczył dane dotyczące śmiertelności niemowląt w zakładach dla podrzutków w Paryżu (80%) i Sankt Petersburgu (90%). „Mowa obrońcy na zebranej publiczności i na samych sędziach bardzo silne zrobiła wrażenie” – odnotował reporter „Gazety Sądowej Warszawskiej”. Teodor Wedeman powiedział również: „Przyjmujemy zazwyczaj mamkę za nędzne pieniądze, więzimy ją przy potomku naszym tak, że nigdzie jej wychodzić nie wolno, a gdy przyniosą chore jej dziecko, zamykamy przed nim drzwi. Nie, panie prokuratorze, nie moja klientka jest winna w tej sprawie, lecz winien jest pański zwykły klient, dumny i rzadko kiedy współczujący, winne jest społeczeństwo. Oczekuję, że po tej sprawie obudzą się z letargu obojętności siły woli, co nawoływać zacznie do pracy w tym względzie dla dobra ogółu. Stojąc na tym ostatnim punkcie, powiedzieć muszę to, co kiedyś przy innej powiedziano okoliczności: Gdyby nie było tej sprawy, należałoby ją stworzyć”. Zasądzone wyroki okazały się zdumiewająco łagodne: Wiktoria Szyfers skazana została na podstawie art. 1469 Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych z 1847 roku na cztery miesiące zamknięcia w wieży oraz na pokutę kościelną, według uznania zwierzchności duchownej. Podstawą odpowiedzialności nie było zabójstwo, lecz „przestępcza nieostrożność”, polegająca na „oddaniu do wykarmienia jednej kobiecie takiej liczby dzieci, których nie mogła wykarmić, wskutek czego niektóre z nich zmarły”. Marianna Szymczak została potraktowana przez sąd dużo surowiej. Zastosowano wobec niej art. 1516 Kodeksu – „pozostawienie dzieci bez opieki, skutkiem czego nastąpiła ich śmierć”. Skazano ją na trzy lata zamknięcia w Domu Wyrobnym, a następnie oddanie na cztery kolejne lata pod dozór policji oraz pozbawienie wszystkich szczególnych praw i przywilejów. Andrzeja Stępniaka, za niezawiadomienie o przestępstwie, sąd skazał na zamknięcie w wieży przez okres trzech miesięcy. Od wyroku zaprotestował – jak to się wówczas mawiało – prokurator, żądając podwyższenia kary dla Szyfersowej. Apelację złożyli też obrońcy, wnosząc o uniewinnienie skazanych. Cztery miesiące później sprawa znalazła się na wokandzie II Departamentu Izby Sądowej, który oddalił wszystkie protesty, utrzymując w mocy zaskarżone wyroki. Wydawało się, że wszystko jest „pozamiatane”, ale nie był to jeszcze koniec całej afery. Niewspółmierny do oczekiwań opinii publicznej, wyjątkowo łagodny wyrok w stosunku do Szyfersowej został uchylony na skutek zabiegów prokuratora. Sprawa ponownie trafiła do II Departamentu Izby Sądowej, który po dokładnej analizie postępowania przeprowadzonego w Sądzie Okręgowym uznał za właściwe zastosowanie wobec Szyfersowej również art. 1516, na mocy którego skazał ją na dwa i pół roku pobytu w Domu Wyrobnym. Najprawdopodobniej Wiktoria Szyfers nie trafiła jednak do więzienia, z całą zaś pewnością nie odbyła zasądzonej kary w całości. Złożywszy poręczenie w wysokości stu rubli, odpowiadała ona z tak zwanej wolnej stopy, a na odczytanie wyroku nie stawiła się, o czym jest w aktach sprawy stosowna adnotacja. Półtora roku później Maria Konopnicka, zbierając materiały do cyklu reportaży o kobiecym więzieniu na Pawiaku, zwanym popularnie „Serbia”, odnalazła tam jedynie Szymczakową. Wszystkie więźniarki pogardzały nią i trzymały się od niej z daleka. O Szyfersowej znana literatka napisała tylko, że „wcześniej jakoś umiała uwolnić się z więzienia”. Proces Szyfersowej i Szymczakowej ujawnił z całą wyrazistością nędzę kobiet: służących, robotnic, wiejskich dziewczyn. Pozbawione jakiegokolwiek wsparcia i opieki państwa, niepotrafiące finansowo udźwignąć wychowania nieślubnego dziecka, decydowały się na usługi „fabrykantek aniołków”. Liczby, którymi podczas posiedzeń sądu szafowano, pokazały ogrom zjawiska. Nadany procesowi rozgłos nie zapobiegł jednak popełnianiu w przyszłości podobnych zbrodni na bezbronnych dzieciach. Panowało powszechne zgorszenie tym tematem, ale wszystko szybko wróciło do normy, czyli porzucania niechcianych dzieci, których ówczesne panny rodziły mnóstwo. Niemowląt pozbywały się zresztą i mężatki, gdy głód zaglądał do domów, w których na ogół było już wiele gąb do wyżywienia. Przypisy 1 Uprzywilejowany typ zabójstwa to taki, w którym mimo popełnienia zbrodni sprawca ponosi niską odpowiedzialność karną w stosunku do charakteru przestępstwa. 22 Penalizacja to uznanie przez ustawodawcę określonego czynu za czyn zabroniony (przestępstwo), wykroczenie. Dla prawa karnego penalizacja czynu jest podstawą odpowiedzialności karnej i zasądzenia przez sąd kary. 3 W znaczeniu medycznym czas porodu zamyka się w procesie wydalania dziecka, błon płodowych i łożyska z macicy matki na zewnątrz jej organizmu, zapoczątkowany jest fazą tzw. rozwarcia. 4 Reakcje spustowe powstają w związku z nagromadzeniem wielu bodźców, które przekraczają zasoby umożliwiające osobie poradzenie sobie z sytuacją. 5 Okres adolescencji, nazywany także wiekiem dorastania, trwa od 11–12 r.ż. do 18–20 r.ż. 6 Sytuacja, w której osoba spożywająca alkohol wprowadzi się w taki stan, który skutkuje niepamięcią wydarzeń. 7 Mechanizm zadzierzgnięcia – termin z zakresu kryminalistyki i medycyny sądowej, określający specyficzny rodzaj uduszenia, w którym ucisk na narządy szyi wywiera pętla zaciskana ręcznie przez człowieka. Zadzierzgnięcie jest najczęściej czynem zbrodniczym, sporadycznie spotyka się samobójstwa popełnione tą metodą. 8 W roku 1732 roku misjonarz ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy, Piotr Gabriel Baudouin (1689–1768), założył Dom Podrzutków przy ulicy Krakowskie Przedmieście. Następnie został on przeniesiony do nowej siedziby na ówczesnym placu Wareckim (obecnie: plac Powstańców Warszawy), gdzie na mocy dekretu króla Augusta III w 1758 roku została zmieniona jego nazwa na „Szpital Generalny Dzieciątka Jezus”. Szpital w założeniu pełnił dla miasta funkcje lecznicze i opiekuńcze dla ubogich i ciężarnych kobiet, jako schronienie dla starców, ale i dla kalek, zwłaszcza po stłumieniu konfederacji barskiej. 9 Asfiksja (inaczej: zamartwica) – niedobór tlenu we krwi w stosunku do zapotrzebowania. Jeśli nie podejmie się natychmiastowych czynności ratowniczych, prowadzi do szybkiej utraty przytomności, a następnie śmierci.
Autor: Przemysław Słowiński, Bogdan Lach
<a href="http://cyfroteka.pl/ebooki/Dzieciobojczynie-ebookRO/p02015394i020" target="_blank" title="Dzieciobójczynie [Przemysław Słowiński, Bogdan Lach] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE" > <img src="http://cyfroteka.pl/images/BRD.png" style="border:none;background:none transparent;box-shadow:none;-webkit-box-shadow:none;-webkit-border-radius:0;border-radius:0;" alt="Dzieciobójczynie [Przemysław Słowiński, Bogdan Lach] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE"/></a>