Source: http://ferengis.blox.pl/2013/05/Trzy-pieczenie-na-jednym-ogniu.html
Timestamp: 2019-04-23 06:23:21
Legal References Found: art. 22
 art. 49
 art. 25
 art. 33
 art. 33
 art. 12

Document Content:
« Dilectissimo poetae
Słoń a sprawa polska »
Dziś będzie mały przerywnik od kultury wysokiej. Jeżdżąc i chodząc mianowicie sobie po Krakowie doszłam do wniosku, że istnieje niezwykle prosty sposób uzdrowienia polskiej gospodarki i dziedzin przyległych, a przynajmniej dania temu wszystkiemu potężnego kopa energetycznego finansowego. Wymagałoby to wprawdzie wytężonej pracy jednej grupy społecznej, ale długofalowe korzyści powinny zrekompensować nawet duże premie poszczególnych osób za skuteczność.
Mianowicie mamy w Polsce dość sensowny i zarazem bardzo szczegółowy kodeks drogowy (nazywa się to konkretnie "Ustawa prawo o ruchu drogowym﻿", co jak dla mnie nie brzmi po polsku, ale prawnicy tak mają i trzeba się z tym pogodzić, bo się ich nie zmieni), którego przepisy jednakowoż są nagminnie łamane przez wszystkich użytkowników ruchu uliczno-drogowego, jacy istnieją. I nawet nie mówię tu o przekraczaniu prędkości czy też wymuszaniu pierwszeństwa, mówię o całej masie zdroworozsądkowych ustaleń, które nawet nie powinny być przedmiotem regulacji prawnych, ale właśnie pomyślunku. Ale są w kodeksie - i słusznie, bo Polska niestety nie Anglia, gdzie widziałam żart o tym, że kiedy kilku kierowców wjeżdża na rondo w tym samym czasie, to stoją tam do dziś, ponieważ każdy ustępuje pierwszeństwa temu z lewej.
Weźmy na przykład taki przepis, który każdemu kto robił prawo jazdy w czasach, kiedy jeszcze na kursach uczono rozsądnej i przepisowej jazdy, a nie wygibasów między pachołkami, wyda się on oczywisty: "Kierujący pojazdem jest obowiązany zawczasu i wyraźnie sygnalizować zamiar zmiany kierunku jazdy lub pasa ruchu oraz zaprzestać sygnalizowania niezwłocznie po wykonaniu manewru." (rozdz. 5, oddz. 4, art. 22, ust. 5)
N. zapytała mnie kiedyś, czy z ulicy Zacisze w Krakowie da się jechać na wprost, bo jeśli nie, to wszyscy kierowcy, których zaobserwowała podczas kilku minut czekania tam na mnie, złamali przepisy, nie sygnalizując kierunku, w którym zamierzali skręcać. Zaczęłam wówczas obserwować to zjawisko - i bingo! Ok. 2/3 do 3/4 krakowskich kierowców (a sądzę, iż jest to trend ogólnokrajowy) nie uznaje za stosowne poinformować innych, że zmieniają pas, będą skręcać, zamierzają zjechać na pobocze itd. Są też tacy, którzy najpierw bez kierunkowskazu zjeżdżają na pas do skrętu, stoją następnie na światłach również nie migając, a następnie włączają na parę sekund kierunkowskaz, kiedy już znajdują się na łuku skrętu. Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości co do ich zamiarów.
Z kolei rozdz. 5, oddz. 2, art. 49 określa bardzo jasno, gdzie i w jakich warunkach nie wolno zatrzymywać samochodu, i są tam między innymi wymienione wszelkie sytuacje blokowania ruchu kołowego przez taki zatrzymany pojazd. Wystarczy zaś przejść się lub przejechać po dowolnym mieście, żeby naliczyć dziesiątki przypadków, kiedy ktoś na dłużej lub krócej zostawia sobie samochód po prostu na środku ulicy i idzie do sklepu albo w ogóle znika. Czasem zostawia taki samochód na migających światłach - że to niby tak na chwilkę, no i w ogóle przecież ostrzega, że stoi.
Przytoczę jeszcze jeden paragraf: "Kierującemu pojazdem zabrania się ... wjeżdżania na skrzyżowanie, jeżeli na skrzyżowaniu lub za nim nie ma miejsca do kontynuowania jazdy" (rozdz. 5, oddz. 7, art. 25, ust. 4). No z tego malutkiego przepisu to chyba by trzeba zrobić osobny kurs z osobnym egzaminem, którego zaliczenie byłoby warunkiem przystąpienia do egzaminu na prawo jazdy...
﻿Przyjrzyjmy się teraz drugiej grupie, rowerzystom. "Kierujący rowerem, korzystając z drogi dla rowerów i pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustępować miejsca pieszym.﻿" (rozdz. 5, oddz. 11, art. 33, ust. 1, powtórzone w bardzo podobnym brzmieniu w par. 6). Doświadczenie zwracania uwagi osobom na rowerach podpowiada mi, że ich reakcja na odczytanie im tego paragrafu streszczałaby się następująco: "Ustąpić miejsca? Ja, rowerzysta?? Chyba was p*o!"
I jeszcze to: "Korzystanie z chodnika lub drogi dla pieszych przez kierującego rowerem jednośladowym jest dozwolone wyjątkowo, gdy, 1) opiekuje się on osobą w wieku do lat 10 kierującą rowerem; 2) szerokość chodnika wzdłuż drogi, po której ruch pojazdów jest dozwolony z prędkością większą niż 50 km/h, wynosi co najmniej 2 m i brakuje wydzielonej drogi dla rowerów lub pasa ruchu dla rowerów; 3) warunki pogodowe zagrażają bezpieczeństwu rowerzysty na jezdni (śnieg, silny wiatr, ulewa, gołoledź, gęsta mgła)." (rozdz. 5, oddz. 11, art. 33, ust. ﻿5). O tym staram się uprzejmie informować spotykanych na chodnikach rowerzystów, ale w odpowiedzi dostaję do wyboru: udawanie głuchego; wiązankę bluzgów; wymijające "wiem" (w domyśle: i co z tego).
Najbardziej kontrowersyjne są oczywiście regulacje dotyczące pieszych, bo tu zgadzam się z Brytyjczykami, którzy pieszym pozwalają robić co im się żywnie podoba - ale na własną odpowiedzialność. Wolno ci wbiec przed jadące szybko ruchliwą ulicą samochody, ale jeśli nie będziesz dość szybki i zwinny, żeby przebiec na drugą stronę, to sam jesteś winny swojemu stanowi po konfrontacji z ruchem kołowym. Pieszych więc penalizowałabym wyłącznie za wykroczenia przeciwko przepisom dotyczącym "kolumn pieszych" (rozdz. 5, art. 12), ponieważ tu mamy do czynienia z narażaniem życia innych, zwłaszcza grup dzieci itp.
Dobra, poprzytaczałam sobie paragrafy, ale o co mi właściwie chodzi? Otóż, gdyby na rok, dwa lata zaprząc do porządnej codziennej żmudnej roboty policyjną drogówkę, a nie tylko kazać jej stać z radarem w dni wzmożonego ruchu oraz jeździć do kolizji i wypadków, to codzienne wpływy do kasy policyjnej przekraczałyby zapewne to, co obecnie na mandatach zarabia przez miesiąc. Zwłaszcza gdyby wprowadzić fiński system mandatowania, w którym płaci się odpowiedni procent od dochodów (czy przychodów - to nawet byłoby lepsze) wykazywanych w zeznaniach podatkowych. Chodzi o to, żeby mandat uderzał po kieszeni każdego, bo przecież jeśli facet w służbowym czarnym audi czy bmw ma zapłacić 200 czy nawet 500 zł za parkowanie poza dozwolonym obszarem czy wjazd na krakowski Rynek, nie mówiąc już o takich bzdurach jak zablokowanie ruchu tramwajowego, to jemu się to bardziej opłaca niż szukanie miejsca parkingowego w centrum miasta albo kłopotanie się z ustawieniem limuzyny poprawnie na chodniku. Ale jakby parę razy zapłacił kilka lub kilkanaście tysięcy, to może jednak by w końcu zaczął myśleć.
Podobnie zresztą niepotrzebne byłyby wszelkie debaty o ograniczeniu ruchu samochodowego w ścisłym centrum Krakowa, gdyby z kolei Straż Miejska konsekwentnie pilnowała tego, żeby do stref o ograniczonym ruchu nie wjeżdżały pojazdy nieuprawnione. Przydałoby się również zmniejszenie liczby abonamentów wydawanych "na firmę" oraz urzędnikom, ale to osobna sprawa.
﻿Wracając do moich pieczeni. Wyobraźmy sobie, że przez ten rok, dwa a może i trzy drogówka ciężko pracuje i konsekwentnie, nieustępliwie daje mandaty wszystkim tym, którzy wyraźnie naruszyli któryś z przytoczonych przeze mnie paragrafów. Liczba kierowców niesygnalizujących zmiany kierunku ruchu, wjeżdżających na skrzyżowanie na samych Alejach Trzech Wieszczów w Krakowie, mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że zablokują w ten sposób przejazd z ulic prostopadłych, a także rowerzystów śmigających po chodnikach jest tak wielka, że wpływy do budżetu będą ogromne. Wpływy te powinny następnie zasilić finanse policji oraz budowy dróg, zwalniając wielkie sumy w budżecie państwa na finansowanie nauki, kultury, zdrowia i innych skandalicznie niedofinansowanych dziedzin, które niestety nie mają na wyciągnięcie ręki tak łatwego i stałego źródła dochodów. Mamy więc już dwie pieczenie: dodatkowe pieniądze w budżecie i możliwość dofinansowania w związku z tym innych sfer. Powiedzmy, że za mandaty budujemy drogi i finansujemy badania naukowe.
Oczywiście należy założyć, że ten model się w końcu wyczerpie, to znaczy po tych kilku latach wychowamy wreszcie użytkowników dróg i dochody się zmniejszą. Ale pamiętajmy, że w międzyczasie dofinansowaliśmy innowacyjne badania naukowe, w związku z czym de facto dostajemy nawet cztery pieczenie. Trzecia: przestrzegające przepisów drogowych społeczeństwo (co dodatkowo zwiększa bezpieczeństwo, pieczeń trzecia i pół). Czwarta: wzrost gospodarczy dzięki dofinansowaniu badań i innowacji, nowe miejsca pracy, i tak dalej i tak dalej. Policyjna drogówka zostaje bohaterem narodowym.
PS 1. Oczywiście nie można po tych kilku latach zrezygnować z kontroli, co zapewne wymyśliłby ktoś światły w Polsce. Prawo Kopernika-Greshama zadziała i tu: zły kierowca wyprze dobrego.
PS 2. Korzystałam z Kodeksu drogowego, Ustawa prawo o ruchu drogowym, Stan prawny: styczeń 2013 r
PS 3. Jeżdżąc dużo po całej Europie, jeżdżę wszędzie jak kameleon, tzn. dostosowuję się do panującego w danym kraju wzorca. I ze smutkiem zauważyłam, że jak w Wielkiej Brytanii czy Niemczech jeżdżę przepisowo, a w Grecji - po wariacku, tak w Polsce mam skłonności przede wszystkim do jazdy nieuprzejmej, bo wiem na przykład, że zasada "na zamek błyskawiczny" nie działa i wpuszczenie jednego samochodu chcącego włączyć się do ruchu skutkuje wymuszeniem tego samego przez cały sznurek stojący na podporządkowaniu... Skądinąd, uprzedzając pewne argumenty czy zarzuty oraz czyniąc uwagę w kwestii schamienia społeczeństwa: obserwacja i trochę statystycznego pomyślunku upewnia mnie, że wśród kierowców i rowerzystów jest dokładnie taki sam odsetek chamów, ponieważ obie te grupy odzwierciedlają ogólny stan społeczny. Tylko że kierowców jest po prostu znacznie więcej i nie mają za sobą ekologicznego lobby. ﻿
PS. 4. Dzisiejszy obrazek dedykuję polskiemu lobby rowerowemu właśnie, które wmawia nam, że w krajach takich jak Wielka Brytania, czyli przyjaznym rowerom, rowerzystom wolno wszystko i w związku z tym u nas też tak powinno być. Nie, nie wolno. Głównie ze względu na bezpieczeństwo wszystkich zainteresowanych, zwłaszcza jednak pieszych.
PS 5. Tak, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę chodzi o coś, o co różne światłe umysły w Polsce upominają się od XVII jeśli nie XVI w. - egzekucję praw...
środa, 15 maja 2013, drakaina
Tagi: ruch drogowy
http://ferengis.blox.pl/2013/05/Trzy-pieczenie-na-jednym-ogniu.trackback
konstatanty
2013/06/05 08:12:44
A gdzie dygresja historyczna? Czy jest jakiś zapis w prawie rzymskim lub na babilońskich tabliczkach dotyczący ruchu drogowego ówczas? Tudzież parkowania słoniami bojowymi Hannibala?
2013/06/05 16:19:17
:) No, zabrakło... Ale historycznie z ruchem drogowym kojarzy mi się głównie Kodeks Napoleona.
Co do słoni zaś, moja ulubiona anegdota o idiotycznych pomysłach wybitnych skądinąd ludzi, jest następująca (nie o ruchu drogowym, ale dygresja historyczna niewątpliwie): niejaki Pyrrus, król Epiru, kiedy już przekonał się, że z Rzymianami nie da rady, bo to są cybermeni starożytności, postanowił podbić kawałek Hellady i zabrał się za Peloponez. Umówił się w związku z tym z władzami Argos, że poddadzą mu miasto bez walki, a on cichcem wejdzie w nocy i władzę obejmie. Tylko że Pyrrus miał słonie (skądinąd to właśnie on je pokazał Rzymianom po raz pierwszy, nie Hannibal). A słonie nie mieściły się w bramie. Pyrrus kazał więc bramę rozebrać. Po nocy. Pół miasta się zbudziło i wkurzyło na urzędników, że bez ich wiedzy władzę przekazali. Finał: Pyrrus oberwał doniczką (albo dachówką, a te w starożytności były piekielnie ciężkie), a następnie nadgorliwy żołnierz Demetriusza go dobił. Sic transit gloria mundi.
Gość: mlaskot, *.free.aero2.net.pl
2013/06/24 03:04:01
Przecież dokładnie to się robi. Fotoradary to dodatkowy podatek i z tym rząd sięnie kryje.
A policja? Zdemoralizowana krakowska policja ściąga podatki od pieszych przechodzących w o mało co niedozwolonym miejscu obok przejścia, poluje wręcz na takich; podobnież na pijanych rowerzystów, robiąc kontrolę na kładce na Kazimierz... (wyobraźmy sobie taką na moście Dębnickim); zajmuje się też patrolowaniem bulwarów wiślanych oraz plant, jeżdżąc przez nie w radiowozach, spychając pieszych.
2013/06/25 17:02:07
@mlaskot - ależ policję/straż miejską, które działają tak jak działają, należałoby opisać jako osobną kategorię osób odpowiedzialnych za to, że w Polsce nie da się cywilizowanie chodzić/jeździć. Mój postulat jest zupełnie inny: regularne, sensowne patrole, które na celu mają przede wszystkim wychowanie użytkowników dróg, a przy okazji naprawdę duży wpływ do budżetu. A nie wybiórcze łapanie tam, gdzie wygodnie. Jestem za pilnowaniem miejsc, gdzie nieprzestrzeganie przepisów jest niebezpieczne lub uciążliwe dla innych, no i za regularnością i powszechnością, a nie złośliwością i iściem na łatwiznę. Np. skrzyżowanie, które mnie szczególnie doprowadza do białej gorączki, bo w godzinach szczytu nie da się przejechać w poprzek głównej na zielonych światłach (kierowcy na głównej blokują przejazd pchając się przed siebie) natychmiast by się ucywilizowało, gdyby regularnie były tam patrole. Podobnież niepotrzebne byłyby idiotyczne pomysły zrobienia ruchu w jedną stronę na obwodnicy krakowskich Plant, gdyby straż miejska łaskawie regularnie wywalała stamtąd tabuny ludzi, którzy nie mają uprawnień, żeby tam jeździć... W tej chwili ryzyko, że się zostanie złapanym, jest minimalne, więc opłaca się łamać przepisy. Chodzi o to, żeby było na odwrót.