Source: http://pawelpollak.blogspot.com/2016/10/kupies-marsjanina-oddaj-bubla.html
Timestamp: 2017-11-22 08:59:01
Legal References Found: art. 556
 art. 568
 art. 568
 art. 557
 art. 556
 art. 556

Document Content:
Paweł Pollak - o tym i owym: Kupiłeś „Marsjanina”? Oddaj bubla
Skuteczne zareklamowanie książki z powodu złego tłumaczenia nie miało chyba jeszcze w Polsce miejsca, a zatem z „Marsjaninem” udała mi się rzecz bez precedensu. Zwłaszcza że wydawnictwo i księgarnia stanęły okoniem i z początku reklamacji nie chciały uznać. Ale nie dlatego, że nie zgadzały się z oceną, że tłumaczenie jest fatalnie wykonane, tylko uważały, że nie stanowi to podstawy do zwrotu pieniędzy. Przyjęło się, że książkę można reklamować, jeśli ma usterki techniczne, natomiast warstwa edytorska może być dowolnie zła, czytelnik niech się zżyma do woli, że go wydawca lekceważy. Księgarniom zaś wydaje się, że nadal trwa PRL (owszem, PiS przywraca pod nazwą Polska Rzeczpospolita Narodowa, ale przez dwie i pół dekady była przerwa) i nie one ponoszą odpowiedzialność za sprzedawane przez siebie książki, tylko wydawnictwa. Z przepisów prawa wynika coś innego: jeśli wydawca nie dochowuje wydawniczych standardów, czytelnik może książkę reklamować, a księgarniom nie wolno brać dowolnego szajsu z wydawnictw i umywać rąk. Do tego uzyskanie przeze mnie zwrotu pieniędzy za „Marsjanina” pokazało, że nie jest to martwe prawo, działa w praktyce. Nie ukrywam, że mam nadzieję, że inni pójdą w moje ślady i reklamowanie książek rażąco źle przetłumaczonych, niezredagowanych czy w ogóle będących parodią książek (jak produkcje np. Psychoskoka) stanie się normą. Nie ma innej możliwości, by wymóc na wydawcach dbanie o właściwy poziom edytorski. W sprawie „Marsjanina” zwróciłem się też do UOKiK-u, wskazując, że praktyki wydawnictw i księgarni, oferujących w pełni świadomie fatalne tłumaczenia, naruszają zbiorowe interesy konsumentów: ci zazwyczaj nie są w stanie zweryfikować poziomu przekładu, gdyż wymaga to znajomości języka źródłowego i porównania z oryginałem, a jeśli nawet są świadomi, że przekład jest zły, to nie mają możliwości nabycia konkurencyjnego. UOKiK odpisał mi, że nie naruszają i że gwarantem jakości przekładów powinien być dobrowolny kodeks etyczny wydawców. Gdzie wydawnictwa i księgarnie mają etykę, pokazały dobitnie Akurat i Publio po mojej krytyce: zamiast wycofać efekty translatorskiej nieudolności Marcina Ringa ze sprzedaży, zorganizowały na tego bubla promocję.
Dla tych, którzy chcieliby nie tylko odzyskać trzydzieści parę złotych, ale i przyczynić się do tego, że wydawnictwa zaczną na nowo dbać o odpowiedni poziom przekładów, zamieszczam krótki przewodnik, jak zareklamować „Marsjanina”.
Jak można było zobaczyć na skanie przelewu, pieniądze za książkę zwróciło mi wydawnictwo, a nie księgarnia, ale to są wewnętrzne ustalenia między nimi, jak wskazała mi urzędniczka z miejskiego biura konsumentów, zgodnie z art. 556 kodeksu cywilnego to sprzedawca ponosi odpowiedzialność za sprzedaną rzecz, a więc z reklamacją zwracamy się do księgarni. Reklamację zgłaszamy z tytułu rękojmi, a nie gwarancji. Ile mamy na to czasu? Zgodnie z art. 568 § 1 kc dwa lata od chwili zakupu. Tyle że tu jest haczyk. Wcześniej był rok, a przedłużenie do dwóch lat weszło w życie dopiero 25 grudnia 2014 r. Ponieważ „Marsjanin” został wydany 19 listopada 2014 r., wydaje mi się, że osoby, które zakupiły książkę między 19 listopada a 24 grudnia 2014 r. utraciły już prawo do rękojmii. „Wydaje mi się”, bo nie jestem prawnikiem, na co proszę brać poprawkę, z tego względu będę też wdzięczny za uwagi prawników do moich porad. Co w przypadku osób, które natkną się na ten wpis za kilka lat? Tu zastosowanie znajdzie art. 568 § 6 „Upływ terminu do stwierdzenia wady nie wyłącza wykonania uprawnień z tytułu rękojmi, jeżeli sprzedawca wadę podstępnie zataił”. Czyli osoba, które zakupiła „Marsjanina” po zamieszczeniu mojej krytyki (co nastąpiło 21.03.2016 r.) może go z tytułu rękojmi reklamować dowolnie długo (a na pewno w Publio), bo od tej chwili wiedzieli tam, że sprzedają bubla, a mimo to nadal go sprzedawali. Wyjątkiem będzie sytuacja, że ktoś kupił książkę, znając moją krytykę, ale np. chcąc sprawdzić, czy mam rację, bo wtedy znajdzie zastosowanie art. 557. § 1 „Sprzedawca jest zwolniony od odpowiedzialności z tytułu rękojmi, jeżeli kupujący wiedział o wadzie w chwili zawarcia umowy”.
Ktoś powie „co z tego, że mogę reklamować książkę przez dwa lata, przecież nie trzymam przez tyle czasu paragonu, ba, wywalam go zaraz po zakupie”. Swego czasu UOKiK pogonił sieć Auchan za umieszczanie na paragonach informacji, że są niezbędne do złożenia reklamacji. Nie są. Możemy przedłożyć inny dowód zakupu, np. potwierdzenie przelewu z rachunku, e-mail, a nawet zeznanie świadka.
Pismo (e-mail) do księgarni może wyglądać następująco:
niniejszym zgłaszam reklamację zakupionej książki Andy’ego Weira pt. „Marsjanin” w oparciu o rękojmię z powodu rażąco złego tłumaczenia. Fatalna jakość tłumaczenia została wykazana przez zawodowego tłumacza literatury Pawła Pollaka w jego wpisie blogowym pt. „Siejemy ziemniaki, czyli kosmiczna fuszerka” w dniu 21.03.2016 r. (http://pawelpollak.blogspot.com/2016/03/siejemy-ziemniaki-czyli-kosmiczna.html), a następnie potwierdzona przez wydawcę w korespondencji mailowej („Dziękuję za uwagi dotyczące przekładu książki. Z przykrością muszę przyznać, że w ogromnej większości są całkowicie uzasadnione”) oraz przez fakt zwrotu pieniędzy za rzeczoną książkę po interwencji Miejskiego Rzecznika Konsumentów we Wrocławiu (oba fakty zreferowane przez Pawła Pollaka we wpisie z dnia 19.09.2016 r. pt. „Siejemy ziemniaki, czyli jak oddawałem bubla”; http://pawelpollak.blogspot.com/2016/09/siejemy-ziemniaki-czyli-jak-oddawaem.html).
Należy wskazać, że rażąco złe tłumaczenie powieści mieści się w definicji wady fizycznej rzeczy sprzedanej w rozumieniu art. 556(1) k.c., gdyż źle przełożona książka nie ma właściwości, które powinna mieć. Oferując przekład zagranicznej powieści, wydawca niejako automatycznie zapewnia czytelnika, że tłumaczenie zostało wykonane co najmniej poprawnie i że dzięki temu będzie mógł się on zapoznać z dziełem, mającym te same walory i właściwości co oryginał. Przy czym jakość przekładu nie jest kategorią subiektywną jak np. ocena, czy akcja książki jest ciekawa, czy nie, lecz podlega obiektywnej weryfikacji.
Należy również wskazać, że zwyczajowe przerzucanie odpowiedzialności za stronę edytorską książki na wydawcę i ograniczanie odpowiedzialności księgarni do usterek technicznych jest w świetle obecnie obowiązujących przepisów nieuprawnione, gdyż zgodnie z art. 556 k.c. wyłączną odpowiedzialność za sprzedany towar ponosi wobec kupującego sprzedawca, w tym wypadku księgarnia, która z kolei ma możliwość na zasadach regresu dochodzić swoich roszczeń od wydawcy (art. 576(1) k.c.).
W związku z tym, że wymiana produktu na wolny od wad czy usunięcie wady jest bezprzedmiotowe, skoro powieść została już przeze mnie przeczytana, wnoszę o zwrot należności za książkę zakupioną w Państwa księgarni w dniu xx.xx.xx (dowód zakupu w załączeniu) w kwocie xx,xx na rachunek:
[Alternatywnie]: Poniżej kategorie błędów wskazanych przez Pawła Pollaka z przykładami, należy podkreślić, że błędy występują praktycznie na każdej stronie powieści:
1) opuszczenia (np. na str. 107 passus „but I only needed the probe itself”) lub dopiski (np. na str. 352 zdanie „Muszę pogodzić się z tą myślą”), zmieniające znacząco treść oryginału;
2) nieuzasadnione skracanie opisów (np. na str. 109 część opisu budowy rampy została zastąpiona skrótem itd.);
3) zastępowanie tekstu oryginalnego autorskim tekstem tłumacza (np. scena oglądania bakterii pod mikroskopem, str. 52);
4) anglicyzmy (np. guess – zgaduję zamiast chyba, przypuszczam, comfortable – komfortowy zamiast wygodny, epic – epicki zamiast pełen przeszkód, ekscytujący);
5) niezachowanie stylu oryginału (np. wulgarne zwroty są tłumaczone neutralnie i odwrotnie; zwykłe kwestie oddawane są podniosłym językiem, np. „dzięki, że po mnie przybywacie” zamiast „dzięki, że po mnie wracacie”, str. 349);
6) niezrozumiała polszczyzna (np. „Tak wspominam” na str. 7, bohater nic nie wspomina i nie wiadomo, o co chodzi);
7) nieporadna polszczyzna (np. na str. 56 „Tam jest niemalże cała misja w zapasach na powierzchni” zamiast „Niemal całe zapasy misji są na powierzchni”);
8) błędy językowe (np. „stawka toczy się” zamiast „gra toczy się” albo „stawką jest”, str. 136, 212; „dwie pary drzwi” zamiast „dwoje drzwi”, str. 29);
9) pomylone fakty, bo tłumacz nie zrozumiał oryginału (np. na str. 37 bohater nie łamie na pół narzędzia, tylko rozpoławia komorę), przez co tekst traci sens;
10) pomylone fakty w wyniku zwykłego niechlujstwa tłumacza (np. na str. 48 temperatura w Habie wynosi plus, a nie minus pięć stopni, na str. 62 łazik stoi tyłem, a nie przodem do Habu), przez co tekst traci sens;
11) opuszczenie nawiązań kulturowych (na str. 43 pominięcie nawiązania do „Star Treka”);
12) przekłamania w stosunku do oryginału (bohater ma dwanaście ziemniaków nie „na początek”, tylko w ogóle, str. 28; astronauci odbywają nie „trudne ćwiczenia lądowania”, tylko ćwiczą twarde lądowanie, str. 105; sysop to nie dodatkowa specjalność Johanssen, tylko główna, str. 134, itd.).
Gdyby księgarnia nie chciała nam oddać kasy, możemy poprosić o interwencję miejskiego rzecznika konsumentów. Zwracamy się do rzecznika w swoim mieście (jeśli mieszkamy na wsi, to w mieście, pod które ta wieś podlega). Nie ma za to żadnych opłat i muszę powiedzieć, że w kontaktach z wrocławskim biurem rzecznika naprawdę miałem poczucie, że moje podatki są dobrze wydawane. To poczucie zresztą błyskawicznie zniwelowały panie z dolnośląskiego urzędu wojewódzkiego, które, kiedy odbierałem paszport, zajęte były podziwianiem książeczki do kolorowania z taką ostentacją, że petent (czyli ja) nie mógł mieć żadnych wątpliwości, w jakiej części ciała panie urzędniczki mają jego sprawę.
Niniejszym zwracam się z prośbą o interwencję w księgarni X, która odmawia uznania reklamacji książki pt. „Marsjanin” w oparciu o rękojmię z powodu rażąco złego tłumaczenia (treść reklamacji poniżej).
kubalubo 4 października 2016 16:30
Ciekawe czy jest przetłumaczona gorzej niż Euforia Lily King - taki komentarz napisałem kiedyś na fb:
kierując się sugestiami radiowymi, kupiłem i otworzyłem książkę Lily King pt. Euforia. W zasadzie nie wiem, czy zgodnie z reklamą (jedną z wielu, które wydawnictwo Rebis zamieszcza na pięciu stronach poprzedzających właściwy tekst) 'powieść kąsa niczym tropikalny insekt', bo mnie już na pierwszej stronie pokąsała tłumaczka, choć nie jestem pewien czy słowo to nie powinno być wzięte w cudzysłów i nie chodzi mi wcale o słowo pokąsała. Miałem tego pecha, że tego samego dnia, zanim zacząłem Euforię, skończyłem 'Dziwną myśl w mojej głowie' równie świetnie napisaną co przetłumaczoną powieść Pamuka. Mądrą i delikatną. Tym silniejsze i bardziej destrukcyjne było zderzenie z katastrofą przekładu Euforii. Jest w tym tłumaczeniu jakaś dramatyczna nieudolność, powodująca, że czytanie tekstu sprawia prawie fizyczny ból. Czułem się trochę jakbym czytał dostarczane mi przez studentów koślawe opisy wyników ćwiczenia z analizy chemicznej, które mam przyjemność prowadzić na kierunku chemia jednej z warszawskich uczelni.
Tłumaczenie zabija powieść. Mord ten jest tym bardziej przykry, że sama książka może być naprawdę wartościowa, ale tego nie jestem niestety w stanie sprawdzić w oparciu o polski tekst. Jeśli komuś zdarzyło się napić na imprezie coli, z puszki, którą palacze dyskretnie przekształcili w popielniczkę wie co mam na myśli mówiąc o przykrej niespodziance. Żeby nie być gołosłownym warto podać parę przykładów:
'dostrzegła mężczyznę, całkiem prawdopodobnie wyższego od choinki, który dotykał palcami gałązek.'
'Bez okularów mogła widzieć moją twarz najwyżej jako jedna z wielu rozmazanych plam, ale zdaje się, że kiedy podniosłem głowę, dostrzegła w niej - mnie'
'-Twoja matka ma takie same poglądy?
-Jak Stalin przy Leninie. Dochodzę trzydziestki, a jestem całkiem na jej wodzy. Ojciec zadysponował w testamencie, że to ona pociąga za portfelowe sznurki'
i wiele innych, ale najbardziej męczący jest ten dziwaczny szyk wielu zdań:
'chwyciłem ich dwa marynarskie worki i natychmiast ruszyłem',
'Miałem tutaj gości, kolegów po fachu, którzy przebywali, choć o tym nie wiedziałem, w moim regionie prawie tyle samo czasu, co ja, małżeństwo.'
No, proszę powiedzieć czy to są zdania, które może napisać ktoś z odrobiną wyczucia językowego? To jest przecież surowy tekst z tłumacza google
Jacek Slay 4 października 2016 21:24
Przydałoby się - obok tych cytatów - podać jeszcze odpowiedniki z oryginału, bo może ten "brak wyczucia językowego" świadczy właśnie o kongenialności tłumaczenia.
Tak tylko strzelam, bo nie czytałem "Euforii".
W Rebisie miały miejsce także inne ciekawe wpadki, szczególnie przetłumaczenie tytułu serialu na "Gwiazda Bojowa Galaktyka". :)
kura z biura 4 października 2016 20:30
Może nie należy sądzić wydawnictwa po dwóch książkach, ale czytałam swego czasu dwie rzeczy z wydawnictwa Sonia Draga i obie były fatalnie przetłumaczone. Gdybym wiedziała, że można, to poszłabym reklamować! W jednej, tłumaczonej z angielskiego, trafiały się takie kwiatki jak "Chcesz zobaczyć moje miejsce?" (my place), w drugiej, z niemieckiego - wciąż potykałam się o słowo "akrybicznie" (ktoś na przykład akrybicznie coś przeszukiwał). Oczywiście to tylko przykłady, zgrzytów było dużo więcej.
Artur Jachacy 4 października 2016 21:38
W Virtualo Marsjanin właśnie pojawił się w nowościach. Przeglądam próbkę i widzę, że dokonano w nim pewnych zmian. Na przykład fragment ze str. 9 (przytaczam za notką „Siejemy ziemniaki…”:
„(…) dotarliśmy na Marsa sto dwadzieścia cztery dni później (…) / Stamtąd dostaliśmy się przy użyciu MDV-a (Mars Descent Vehicle) na powierzchnię”
„(…) dotarliśmy na orbitę Marsa sto dwadzieścia cztery dni później, nie zabijając się nawzajem.
Stamtąd dostaliśmy się przy użyciu MDV-u (Mars Descent Vehicle) na powierzchnię.”
„Przyłożyłem zestaw do łatania do dziury i uszczelniłem skafander, który dopełnił brakujące powietrze większą ilością czystego tlenu”
„Przyłożyłem zestaw do łatania do dziury i przykleiłem. Skafander dopełnił brakujące powietrze większą ilością czystego tlenu.”
Fenrir 5 października 2016 18:35
Osobiście drugi fragment w obu wersjach uważam za niezrozumiały bełkot...
Wojciech 7 października 2016 00:00
nie jestem tłumaczem i tylko zwykłym czytaczem, Marsjanina kupiłem w publio, przeczytałem, dobra to była lektura i jakoś nie miałem problemu ze zrozumieniem fabuły. Durak ze mnie bom nie zauważył tych wszystkich fatalnych błędów tłumacza. Kilka dni temu dostałem maila, że jest nowa wersja pliku, nie mam zamiaru czytać drugi raz tej książki.
Dziękuję za ten wpis, proszę o informację czy mogę wykorzystać te oficjalne wzory pism do zareklamowania i domagania się zwrotu pieniędzy za książkę Pana autorstwa Zbyt krótkie szczęście? To jest wg mnie bubel, towar niskiej jakości, słaby i nudny. A kosztuje 40 zł!!! ebook. Droższy od Marsjanina! Co dla Pana jest bublem dla innych jest książką do poczytania i odwrotnie.
Paweł Pollak 7 października 2016 08:53
Ależ oczywiście, że może Pan wykorzystać, wystarczy, że listę błędów w tłumaczeniu zastąpi Pan listą z przykładami niedochowania przeze mnie bądź Oficynkę wydawniczych standardów.