Source: https://liberalis.pl/2009/02/18/krzysztof-sledzinski-wlasnosc-intelektualna-to-kradziez/?shared=email&msg=fail
Timestamp: 2020-02-25 19:10:28
Legal References Found: art. 1
 art. 16
 art. 140
 art. 64
 Art. 54
 art. 31

Document Content:
Krzysztof Śledziński “Własność intelektualna to kradzież” – Liberalis
by Krzysztof Śledziński 18 lutego 2009 5 lipca 2019
Istota własności intelektualnej
Własność intelektualna jako taka jest formą niematerialnej „własności”, która daje „właścicielowi” wyłączne prawo do kontroli nad produkcją i sprzedażą danego produktu. W przypadku prawa autorskiego tym produktem jest utwór, to jest „każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia” (art. 1 § 2 Ustawy o prawie autorskim). Jak zauważa Roderick Long, prawo autorskie stanowi swoisty przywilej nadany jednostce przez państwo; zwraca również uwagę na etatystyczne korzenie prawa własności intelektualnej: „Drukarni można było przyznać prawo do kopiowania przez królewski dekret, oznaczający, że tylko ona mogła drukować książki lub gazety w pewnym dystrykcie”4. Według definicji sformułowanej przez Murraya Rothbarda5, każda forma własności intelektualnej, z prawem autorskim włącznie, jest monopolem, to jest „przyznaniem przez państwo specjalnego przywileju rezerwującego pewną sferę produkcji dla jednostki lub grupy (…) ograniczającym konkurencję w produkcji lub sprzedaży. (…) Wejście na rynek uprzywilejowanej działalności jest uniemożliwione przez państwo; logicznie, żaden taki monopol nie mógłby zaistnieć na wolnym rynku”6.
Własność intelektualna a własność
Czy tych samych argumentów nie można wystosować wobec prawa własności? Czy prawo własności również nie jest przywilejem nadanym jednostce przez państwo? Czy nie można zastosować do niego definicji monopolu podanej przez Rothbarda? Dlaczego mielibyśmy uznawać jedne wytwory pracy, a inne ignorować? Odpowiedzi udziela Stephan Kinsella: czynnikiem decydującym jest tutaj „rzadkość dóbr – możliwość wystąpienia konfliktu o te dobra między ludźmi”7. Celem zaś prawa własności jest rozstrzyganie tych właśnie konfliktów o użytkowanie środków występujących w naturze, funkcją zaś – wyłączenie (ekskluzja) innych z korzystania z dóbr należących do właściciela. Przykładowo, gdy A ukradnie kosiarkę B, to w ten sposób uszczupli inwentarz będący na posiadaniu B – B nie ma przedmiotu, który wcześniej posiadał. Rzadkość polega na tym, iż dane dobro „nie może być jednocześnie zatrudnione przez wszystkich”8. Zgodnie z powszechnie przyjętą zasadą nabycia własności (homestead principle), do powstania własności przyczyniamy się, w ślad za Lockiem, dzięki pracy. Można więc mówić o laborystycznej teorii apropriacji, zgodnie z którą ten, kto zawłaszczył dane dobro, zmieszawszy jako pierwszy z nim pracę, może mienić się jego właścicielem. Oczywiste jest, że w naturze mamy do czynienia z rzadkością dóbr; „jeśli środki występują w ilości nieograniczonej, nie stają się obiektem zainteresowania danej osoby”9. Jedynie, jak często zaznaczają ekonomiści ze szkoły austriackiej, w rajskim ogrodzie, w którym wszystkie dobra występują w nieskończonej obfitości, nie mielibyśmy do czynienia z rzadkością, stąd też sama idea własności pozbawiona byłaby jakiegokolwiek znaczenia i sensu. Z drugiej strony, patrząc na prawo autorskie, jego przedmiotem są obiekty abstrakcyjne, dobra idealne. Nie mają one tej wyróżnialnej dla własności cechy, jaką jest rzadkość; nie powstaje więc tutaj żaden konflikt o używanie przedmiotów abstrakcyjnych: ktoś, kto użyje wymyślonego przeze mnie utworu (jak w przypadku prawa autorskiego) niczego mnie nie pozbawi, jako że „wiele osób może czynić pożytek z tej samej idei w tym samym czasie, niezależnie”10; zarówno on, jak i ja będziemy mogli z niej korzystać. Spór jest więc nieistniejący; nie może być konfliktu, bo „skorzystanie przez kogoś z danej idei nie pozbawia jej autora możliwości jej użycia”11. Prawo autorskie nie spełnia więc podstawowej przesłanki stawianej prawu własności, to jest rzadkości.
Jak zauważa Wendy McElroy, kolejną cechą własności jest możliwość jej przeniesienia na inną osobę. Własność jest zbywalna – właściciel może swojego prawa się pozbyć. „Wydający czy sprzedawca rozstaje się z nią [tzn. ze swoją własnością], przenosząc ją. Ta cecha odróżnia własność od umiejętności i informacji”12. Przykładowo, A nie może wyzbyć się informacji; może się nią podzielić z B tak, że zarówno A i B będą jej „posiadaczami”. „Człowiek, który otrzymuje ode mnie jakiś pomysł, otrzymuje przepis, nie pomniejszając mojego własnego – podobnie jak ten, kto odpala swoją świeczkę od mojej, zyskuje światło bez uszczerbku dla mojego”13. Tymczasem, zgodnie z obowiązującą w doktrynie interpretacją, autorskich prawa osobistych nie można się zrzec: są one niezbywalne, co podkreśla fakt, iż nie mogą stanowić one własności podmiotu uprawnionego.
Obiekty idealne
Przedmiotem praw autorskich jest ciąg słów, nut, pikseli, układ ruchów itd.; kombinacja najmniejszych cząstek (symboli), z jakich złożyć się może dany utwór. Sama idea konkretnego ich ułożenia istniała już wcześniej; jedyne, co działająca jednostka może uczynić, to daną kombinację odkryć. Istota wcześniejszego istnienia sprowadza się do stwierdzenia, że dana idea „potencjalnie istniała zanim została odkryta”14 – żaden człowiek nie może odkryć więc czegoś, co nie było dane do odkrycia i co nie mogło zostać odkryte przez kogoś innego. Co więcej, odkrycie to może być dokonane niezależnie przez nieskończoną liczbę jednostek w tym samym czasie. Podejście takie można nazwać prawem natury; idee, zupełnie jak prawa fizyczne (np. grawitacja) czy matematyczne (np. twierdzenie Pitagorasa) istniały, zanim zostały odkryte przez człowieka. Jak pisze Roderick Long, „jeśli prawem natury jest fakt, że miedź przewodzi elektryczność, to nie mniej prawem natury jest, że miedź w takiej konfiguracji, połączona z takim materiałami, tworzy baterię”. Sytuacja ma się tak samo z prawem autorskim: jeśli prawem natury jest wyrażone słownie twierdzenie Pitagorasa, to takim samym prawem natury jest wyrażony słownie utwór literacki. Tym bardziej, że w odkrycie i jednego, i drugiego trzeba włożyć pracę; wracamy w tym punkcie do pierwotnej przesłanki, czyli rzadkości dóbr. Jak widać, odkrycie idei nie jest wystarczającą przesłanką do jej zawłaszczenia.
Również „używanie” idei nie powoduje jej zawłaszczenia. Jak napisał John Beverley Robinson: „Czym jest idea? Jest ona zrobiona z drewna, żelaza czy kamienia? Idea nie jest niczym obiektywnym, to znaczy – idea nie jest częścią produktu, jest częścią producenta”15. Według niego, idea powstaje z pracy, tak samo jak mięśnie są rezultatem ćwiczeń. Absurdem jest więc twierdzenie, iż mięsień czy idea są produktami niezależnymi od producenta. Ujmując to od innej strony, jeśli A rości sobie własność do układu symboli w głowie B, sprowadza się to do niewolnictwa, roszczenie do idei jest bowiem roszczeniem do jej przedstawienia w umyśle B, czyli do pewnych aspektów jego ciała.
Powyższe rozważania dotyczące rzadkości można by próbować podważyć twierdzeniem, że wykorzystanie przez A pomysłu odkrytego przez B doprowadzi do zmniejszenia się wartości własności posiadanej przez B, co stanowi naruszenie samego prawa własności. Jednakże, argument ten sprowadza się do posiadania przez B nie tylko fizycznie wyodrębnionego zasobu dobra, ale także jego wartości. Trzeba zadać pytanie: czy można posiadać wartość dobra? Hans Herman Hoppe twierdzi, że jest to niemożliwe: ustalenie czy dane działanie narusza wartość dobra „leży nie w gestii działającej osoby, ale innych ludzi i ich subiektywnych ewaluacji”16; roszczenie więc do wartości swojej własności jest roszczeniem do posiadania umysłów innych ludzi. Wartość oznacza bowiem, ile inni ludzie są skłonni zapłacić za dane dobro. „Wartość istnieje w umysłach poszczególnych ludzi”17. Zatem B posiadając dane dobro nie jest właścicielem tego, co inni ludzie zdecydują się kupić za daną cenę. Ludzie wartościują – uszeregowują poszczególne cele na skali wartości lub skali preferencji. Takie skale różnią się dla każdego człowieka, więcej – zmieniają się przy każdym dokonywanym wyborze, którego istotą jest zastąpienie mniej satysfakcjonującego stanu bardziej satysfakcjonującym. Takim samym wyborem jest ustalenie ceny danego dobra: dla A wyżej na skali wartości będzie jego kupno za 50 jednostek pieniężnych, nie za 100, bo, zgodnie z prakseologicznym prawem, nabywca zawsze kupi to samo dobro po najniższej możliwej cenie. Tak samo, aplikując zastosowany wyżej argument za prawem autorskim do fizykalnych przedmiotów, jeśli B oferuje dokładnie takie samo dobro jak A, to oczywiste jest, że wartość dobra A spadnie, bo nie będzie on już jedynym sprzedawcą na rynku, pojawi się konkurencja, przez co cena dobra obniży się. Nie jest to po pierwsze naruszenie mojej własności, posiadam bowiem jedynie fizyczne dobro, nie jego wartość, po drugie, co jest tego implikacją, – powód, żeby ograniczyć B możliwość sprzedaży jego dobra i uczynić A jedynym sprzedawcą dobra na rynku. Widać więc wyraźnie, że zarówno wartość, jak i cena jakiegokolwiek dobra nie są zawarte w samym dobrze, są one uzewnętrznieniem preferencji działających jednostek.
Sztuczna rzadkość
W myśl ustawy o prawie autorskim, idee stają się jednak swoistą „własnością” odkrywców. Tworzona jest w ten sposób tzw. sztuczna rzadkość (artificial scarcity). Ten ekonomiczny termin oznacza stan, w którym mimo potencjalnej możliwości nieograniczonej konkurencji konkurencja ta nie występuje albo stan, w którym pomimo braku naturalnej rzadkości, czego implikacją jest brak konfliktu o dobra, rzadkość ta jest nienaturalnie tworzona, powodując tym samym konflikt o zasoby. „Rzadkość danego dobra tylko wtedy możemy uznać za naturalną, jeśli istniała przed nawiązaniem jakichkolwiek ludzkich, instytucjonalnych czy kontraktowych stosunków. Z takich stosunków wynika właśnie sztucznie wytworzona rzadkość. Trudno uznać, że mogłaby ona uzasadniać te same ramy prawne, które powołały ją do życia, byłoby to bowiem błędnym kołem (błędem idem per idem)”18. Termin ten jest jednak stopniowalny; można sztucznie rzadkość nie tylko stworzyć, ale także ją pogłębiać. W przypadku własności intelektualnej możemy mówić o powstaniu absolutnie sztucznej rzadkości, to jest nadania rzadkości czemuś, co wcześniej jej nie miało. Niezależnie od stopnia sztuczności, zawsze działanie takie prowadzi do stworzenia monopolu; w przypadku prawa autorskiego jest to monopol twórcy (czy, według naszych definicji, odkrywcy) na używanie, wykorzystywanie, sprzedaż i ciągnięcie zysków z nadanego mu przez państwo prawa.
Każda szkoła ekonomiczna zgadza się, że monopolizacja danego sektora gospodarki prowadzi do niekorzystnych ekonomicznie skutków, niezależnie czy będzie to błędna alokacja zasobów, stworzenie barier wejścia, powstania cen monopolistycznych, czy ograniczenie podaży. Prawo autorskie stanowi bardzo wyraźny przykład takiego monopolu: następuje sztuczne ograniczenie podaży; autor, nieskrępowany konkurencją, może wprowadzić ceny wyższe od rynkowych; wejście na rynek jest uniemożliwione, jako że autor posiada ekskluzywne prawo do korzystania z utworu. „Możemy być pewni, że konkurencja jest zmniejszona przez ten rodzaj monopolu i że zasoby nie są tak efektywnie alokowane, jeśli chodzi o konsumentów, jako że rządowy monopol ogranicza prawnie zarówno wejście na rynek i, co za tym idzie, wybór konsumenta”19. Jednak, co jest charakterystyczne wyłącznie dla monopolu własności intelektualnej, „próba stworzenia możliwości zarobku poprzez legislacyjne ograniczenia dostępu do pewnych idealnych dóbr, i stąd – naśladowania procesów rynkowych rządzących alokacją dóbr materialnych, zawiera fatalną sprzeczność: podważa same prawa do dóbr materialnych, te prawa, które stanowią prawne podstawy, na których opiera się rynek”20.
Na czym to podważenie pierwotnych praw własności ma polegać? Prawo autorskie daje twórcy roszczenie do własności innych ludzi; autor chroniony na mocy ustawy staje się częściowym właścicielem majątku wszystkich osób, które posiadają zdefiniowany w art. 1 § 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych i należący, zgodnie z legislacyjnym ograniczeniem, do niego utwór. Jest on tym samym uprawniony do zabronienia wykonywania przez te jednostki określonych działań i przeciwdziałania im. „Przykładowo autor X może zabronić drugiej osobie Y zapisania jej własnym atramentem określonych słów na jej własnych, pustych kartkach”21, dodajmy, własnym długopisem. Zgodnie z tym, nie można w ogóle mówić o własności, bowiem niespełniona zostaje jej funkcja: wyłączenie (ekskluzja) innych z korzystania z dóbr należących do właściciela. W tym przypadku, Y nie może wykluczyć X z korzystania z jego dóbr; X również posiada prawo własności do dóbr Y, jednak to prawo dotyczy pewnych tylko aspektów owych dóbr: X może decydować, jak Y korzysta ze swojej własności tak, żeby nie naruszać jego praw. Idąc dalej, X wpływa w ten sposób nie tylko na samą własność Y, ale również rości sobie prawo do jego umysłu. Przedmiotem praw autorskich, jak było wspomniane, są informacje, które zarezerwowane są dla ludzkiego umysłu. Dlatego uprawnienie X do pewnego, ściśle określonego zbioru symboli stanowi daleko posunięte naruszenie prawa człowieka do jego własnego ciała; okazuje się bowiem, że Y nie ma całkowitego do niego prawa, gdyż musi dzielić je z X, który posiada konkretną informacje w mózgu Y i w ten sposób może wpływać na jego działania.
Można więc mówić o drugiej zasadzie zagospodarowania. Pierwsza tworzy własność poprzez pracę i przenosi ją drogą umowy. Ta druga, pomimo jej wtórności, ma dzięki państwowemu wsparciu zdecydowanie większą siłę: daje „właścicielowi” prawo nie tylko do tego, co on sam posiada, ale również przyznaje mu uprawnienie do własności (dóbr materialnych) osób trzecich. Brzmi ona tak: „Osoba, która wpadnie na jakiś pomysł, który może być użyty do utrwalenia pewnego wzorca na swojej własności, tym samym natychmiast otrzymuje prawo kontrolowania każdej innej materialnej własności na świecie, która może zostać użyta w ten sam sposób”22.
Jednakże, prawo autorskie nie narusza jedynie własności do dóbr fizykalnych; ogranicza również wolność wypowiedzi. Posiadacz prawa według ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych może decydować o wykorzystaniu przez osobę trzecią informacji, jest bowiem uprawiony do, zgodnie z art. 16 pkt 5, „nadzoru nad sposobem korzystania z utworu”. Nie można więc wyrażać swoich poglądów w dowolny sposób, jeśli to wyrażanie narusza w jakikolwiek sposób prawa autora, np. bezprawne jest umieszczenie bez pozwolenia twórcy na plakacie określonej fotografii, nie jest to więc korzystanie z rozpowszechnionego utworu w zakresie użytku osobistego (art. 23 § 1).
Prawo autorskie a Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej
Przeanalizujmy teraz jak przedstawia się prawo autorskie w świetle Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Przyjrzyjmy się regulacji dotyczącej prawa własności. Zgodnie z artykułem 21 „Rzeczpospolita Polska chroni własność i prawo dziedziczenia”, a w artykule 64 § 1 napisane jest: „Każdy ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia”. Co więcej, „[w]łasność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności” (art. 64 § 3). Ową istotą ma być, zgodnie z art. 140 KC, możliwość, z wyłączeniem innych osób oraz w granicach określonych przez ustawy i zasady współżycia społecznego, korzystania z rzeczy zgodnie ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem swego prawa oraz rozporządzania rzeczą. Jak widać, definicja prawa własności w polskim prawie jest tak skonstruowana, że dopuszcza obwarowane jedynie formą ustawową ograniczenia własności. Brzmi ona bowiem następująco: „własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności, to znaczy w granicach określonych przez ustawy”. Dlatego też postulat, iż prawo autorskie narusza art. 64 Konstytucji należy odrzucić.
Co jednak z wolnością wypowiedzi, która, jak pokazaliśmy, również jest naruszona? Art. 54 głosi: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Ograniczanie tego prawa jest potraktowane bardziej restrykcyjnie. Zgodnie z art. 31 § 3 „Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw”. Jednakże, w tym przypadku to ustawa jednocześnie ogranicza wolność wypowiedzi i nadaje innym jednostkom prawa, które ją ograniczają. Czyli ustawa nadaje prawa, które ma chronić. Jest to idem per idem, a zatem prawo autorskie jest w tym punkcie sprzeczne z Konstytucją.
Z powyższej analizy jednoznacznie wynika, że prawa autorskie mają negatywne ekonomicznie skutki. Po pierwsze, są monopolem, pozwalającym pobierać autorom monopolistyczne zyski z utworu. Po drugie, nie spełniają definicji własności, jednocześnie podważając samą istotę własności jako takiej. Po trzecie, stanowią roszczenie autora do informacji w umysłach innych ludzi, a więc również do nich samych. Po czwarte, sprowadzają się do posiadania wartości, a tej nie można posiadać bez posiadania osób trzecich. Po piąte, są przywilejem nadanym przez państwo, tworzącym sztuczną rzadkość. Po szóste, dają twórcy roszczenie do słusznie nabytej własności innych ludzi. Po siódme, naruszają wolność wypowiedzi. Po ósme wreszcie, „prawa własności intelektualnej powodują zmianę status quo przez przeniesienie własności jednej klasy jednostek (posiadaczy dóbr materialnych) na inną (autorów i wynalazców). (…) Dla uznania praw IP konieczne jest uzasadnienie tej inwazji i redystrybucji majątku”23. Jako że w literaturze żadne satysfakcjonujące uzasadnienie praw autorskich nie pojawiło się, nie da się ich obronić na gruncie czysto ekonomicznym.
1 Według definicji legitymizacji Gabriela Almonda i Binghama Powella.
2 Prawo – zespół reguł ustanowionych przez państwo, które państwo to może egzekwować dzięki przysługującemu mu przymusowi; wynika to z funkcji państwa, jaką jest zapewnienie porządku publicznego.
3 Samuel Edward Konkin III, Copywrongs,
http://web.archive.org/web/20070816184241/http://members.aol.com/vlntryst/wn20.html
Z powodu niemożliwości adekwatnego przetłumaczenia, cytat pozostaje w oryginale.
4 R. Long, The Libertarian Case Against Intellectual Property Rights,
5 Choć sam Murray Rothbard nie popierał takiego podejścia do prawa autorskiego. Patrz: MES, s. 844-853.
6 D. Armentano, A Critique of Neoclassical and Austrian Monopoly Theory, http://mises.org/story/1800
7 S. Kinsella, Przeciw własności intelektualnej, http://www.mises.pl/255/255/
8 M. Machaj, O własności intelekualnej, http://www.opcja.pop.pl/?id_artykul=1595
9 M. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku, t. 1, s. 116.
10 S. Kinsella, W obronie Napstera i przeciwko Drugiej Zasadzie Zagospodarowania,
https://liberalis.pl/2007/09/14/stephan-kinsella-w-obronie-napstera-i-przeciwko-drugiej-zasadzie-zagospodarowania/
11 S. Kinsella, Przeciw własności intelektualnej, http://www.mises.pl/255/255/
12 W. McElroy, Contra Copyright, www.voluntaryist.com/backissues/016.pdf
13 S . Kinsella, Przeciw własności intelektualnej, http://www.mises.pl/255/255/
14 B. Tucker, Instead Of A Book, By A Man Too Busy To Write One,
http://fair-use.org/benjamin-tucker/instead-of-a-book/ergo-and-presto
15 W. McElroy, Intellectual Property: The Late Nineteenth Century Libertarian Debate,
16 H. Hoppe, A Theory of Socialism and Capitalism, www.hanshoppe.com/publications/Soc&Cap.pdf , s. 65.
17 M. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku, t. 1, s. 228.
18 S. Kinsella, Przeciw własności intelektualnej, http://www.mises.pl/255/255/
19 D. Armentano, A Critique of Neoclassical and Austrian Monopoly Theory, http://mises.org/story/1800
20 T. Palmer, Are Patents and Copyrights Morally Justified?,
http://tomgpalmer.com/wp-content/uploads/papers/morallyjustified.pdf
21 S. Kinsella, Przeciw własności intelektualnej, http://www.mises.pl/255/255/
22 S. Kinsella, W obronie Napstera i przeciwko Drugiej Zasadzie Zagospodarowania,
23 S. Kinsella, Przeciw własności intelektualnej, http://www.mises.pl/255/255/
1. Armentano D., A Critique of Neoclassical and Austrian Monopoly Theory, http://mises.org/story/1800
2. Cole J., Patents and Copyrights. Do Benefist Exceed the Costs?, http://mises.org/journals/jls/15_4/15_4_3.pdf
3. Hoppe H., A Theory of Socialism and Capitalism, www.hanshoppe.com/publications/Soc&Cap.pdf
4. Kinsella S., Przeciw własności intelektualnej, http://www.mises.pl/255/255/
5. Kinsella S., W obronie Napstera i przeciwko Drugiej Zasadzie Zagospodarowania,
6. Konkin Samuel Edward III, Copywrongs,
7. Long R., Owning Idead Means Owning People,
http://www.cato-unbound.org/2008/11/19/roderick-long/owning-ideas-means-owning-people/
8. Long R., The Libertarian Case Against Intellectual Property Rights,
9. Machaj M., O własności intelekualnej, http://www.opcja.pop.pl/?id_artykul=1595
10. McElroy W., Contra Copyright, www.voluntaryist.com/backissues/016.pdf
11. McElroy W., Intellectual Property: The Late Nineteenth Century Libertarian Debate,
12. Palmer T., Are Patents and Copyrights Morally Justified?,
13. Palmer T., Intellectual Property: A Non-Posnerian Law and Economics Approach,
http://tomgpalmer.com/wp-content/uploads/papers/palmer-non-posnerian-hamline-v12n2.pdf
14. Tucker T., Instead Of A Book, By A Man Too Busy To Write One,
Kodeks cywilny z dnia 23 kwietnia 1964 r., Dz. U. z 1964 r. nr 16 poz. 93
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r., Dz. U. z 1997 r. Nr 78, poz. 483
Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., publikator: Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2000, nr 80, poz. 904
43 thoughts on “Krzysztof Śledziński “Własność intelektualna to kradzież””
18 lutego 2009 o 17:54
18 lutego 2009 o 18:34
„Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie (..) dla ochrony środowiska,”
18 lutego 2009 o 21:53
Chodzi o to, że ustawa jednocześnie nadaje prawa osobom i ma te prawa chronić, co, jak sądzę, jest sprzeczne z wykładnią doktryny.
19 lutego 2009 o 22:47
Nie zgadzam się… Prawo autorskie jest potrzebne i uzasadnione ekonomicznie. Chroni twórcę – każdego z nas. Zapewne nie chciałbyś, aby ktoś wziął Twój artykuł i opublikował go jako swój. Jestem przekonany, że uznał byś to za kradzież. ?
19 lutego 2009 o 23:01
Trikster nie pisze o prawie autorskim – zobowiązaniu do sygnowania dzieła osoby X w sposób wybrany przez nią – tylko o własności intelektualnej.
Artykuł bardzo mi się podoba, kawał solidnej roboty – prekarium 2? :>
19 lutego 2009 o 23:54
Ależ właśnie artykuł jest o prawie autorskim. Odwołuję się zresztą do samej ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Jednakże, argumenty przeciwko własności intelektualnej per se odnoszą się również do prawa autorskiego w polskim wydaniu. Dzięki za miłe słowa. 🙂
Nie zgadzasz się, ale dlaczego? Co to znaczy, że prawo autorskie jest “potrzebne” i “ekonomicznie uzasadnione”?
Oczywiście, że chroni. Ale wiesz, na tej samej zasadzie, można powiedzieć, że każde działanie państwa kogoś chroni, ale to chyba nie znaczy, że działanie to jest “dobre”?
Oczywiście, żebym nie chciał, ale:
a) nie uznałbym tego za kradzież,
b) nie stosowałbym do egzekucji swojego “prawa” państwa.
Właśnie, prawo autorskie to roszczenie jednej osoby do własności innej, dlatego nie bez podstaw mogę określić je jako należące do trzeciej generacji praw człowieka, jak prawo do pomocy socjalnej.
20 lutego 2009 o 09:53
Chodziło mi o rozróżnienie między własnością intelektualną (którą opisałeś w tym tekście) a prawem autorskim, to jest prawem do podpisywania swoich dzieł. Tak rozumiane prawo autorskie zobowiązuje jedynie do jawnego oświadczenia, kto jest rzeczywistym autorem danego dzieła – nie oznacza zaś czerpania z tego korzyści. Innymi słowy, gdybym chciał przekopiować ten artykuł na moją stronę, musiałbym zaznaczyć że autorem jest Krzysztof Śledziński – i nic więcej, nie miałbyś “prawa” do żadnych tantiem czy innych wymysłów. Chodzi o nieprzywłaszczanie sobie autorstwa: “posiadać” samego zestawu dźwięków czy znaków oczywiście nie można, bo równie dobrze spadkobiercy Einsteina mogliby domagać się opłat od każdej bomby i elektrowni atomowej jako naruszających własność intelektualną ich przodka :>
20 lutego 2009 o 12:37
Cóż, Antek chybił w korwinijskim stylu, czyli: zakładamy sytuację hipotetyczną i jest bam, bam. Cały problem w tym, że zjawisko twórczości istniało od dawien dawna i od dawien dawna NIE POTRZEBOWAŁO prawa autorskiego, bo jest to jedna z gałęzi praktyk społecznych, która sama się reguluje (że są wyjątki, to już nie ma znaczenia; wszędzie są wyjątki). I teraz trzeba zauważyć, że zinstytucjonalizowane prawo autorskie osobiste może być szkodliwe dla samego siebie. W dotychczasowej sytuacji osoba, która dopuściła się zmiany, “kradzieży” utworu, zostawała wykluczona ze środowiska, padała ofiarą ostracyzmu. Instytucjonalizując prawo dajemy sygnał, że “o ile nie naruszasz prawa, wolno ci działać”, “dopóki nie naruszasz prawa, wolno ci działać”, ale też “wszelkie sankcje kończą się na wyroku sądowym”, co samo w sobie nie jest niczym złym, ale prowadzi do kolejnego przekonania, mianowicie: “wolno ci działać i jest naturalną regułą działania, że poddaje się weryfikacji prawnej”. Jest to dziwny proces zaniku etyki na rzecz świadomości prawa rzymskiego, charakterystycznej dla naszych społeczeństw i zajebiście fajnie przedstawionej w środowisku niektórych pokerzystów w przekonaniu, “oszukiwanie należy do reguł gry” i piłkarzy “faulowanie należy do reguł gry”. W gruncie rzeczy, zawdzięczamy prawu państwowemu i dyskursowi o praworządności zanikanie kulturowego fair play.
Na szczęście wciąż jeszcze w środowisku pisarskim, podpisanie się pod kogoś dziełem podlega nieformalnemu prawu zakazu uprawiania zawodu.
Cała reszta praw autorskich skupiona na czerpaniu zysków z twórczości to państwowe wymuszenie (podobnie jak i samo prawo własności), czyli nieodłączna cecha systemu kapitalistycznego. Nie mówiąc o tym, że kapitalizm jakby naturalnie prowadzi do rozwoju świadomości rzymskiej, ale tego libertarianie zwykle nie zauważają.
Tak czy owak, poza przywołaniem Kinselli, artykuł bardzo fajny. Jest to jedna z tych gałęzi myśli libertariańskiej, która zdecydowanie stoi po stronie lewicy i socjalizmu wolnościowego. Swoją drogą przypomniał mi się Castells i jego stwierdzenie o tym, że informacja stała się najważniejszym surowcem. Logiczną konsekwencją (gdyby Castells miał rację) zniesienia praw patentowych byłoby zaistnienie prawdziwego socjalizmu. Takie rzeczy, panowie 🙂
20 lutego 2009 o 13:04
co to jest “świadomość rzymska”, którą “wytwarza” kapitalizm? I co jest nie tak z Kinselą?
20 lutego 2009 o 14:16
Jestem najwspanialszym przedstawicielem pretensjonalnego słowotwórstwa, Filipie, w moim przepięknym wywodzie wszystko było wyjaśnione.
Cóż, Kinsela został przywołany w obronie prawa własności (sratytaty o tym, że dobra niematerialne są nieskończone, a materialne skończone) i ogólnie ma rację w sensie opisowym, ale postulaty, które z nich wyciąga są bez sensu. A postulat jest taki, że prawo własności musi istnieć (mam tu na myśli to prawo własności, które tak forsują neoliberałowie i libertarianie, czyli wyłączność jednego człowieka do rozporządzania dobrem), a moim zdaniem nie musi istnieć i powinno podlegać ciągłym negocjacjom ludzi wokół dobra skupionych. Tu nawiązanie oczywiste do Proudhona.
Świadomość rzymska to rodzaj algorytmu myślowego, które oświeceniowe (a w istocie, potoczne przekonania zachowują ciągłość po oświeceniu) społeczeństwo uznaje za oczywistość. Przejawia się w “naturalnym” dążeniu do zachowania status quo (niezmiennych reguł, cudownie zarządzających relacjami społecznymi) i przyjmowaniu konwencji prawnej za nadrzedną wobec wrażliwości, sympatii i człowieka w ogóle. Jak wytwarza ją kapitalizm? To złożony proces (znów Marks się pojawia, ale w gruncie rzeczy też z pozycji indywidualistycznych można to wywnioskować), którego zwieńczeniem i objawem jest właśnie neoliberalne (i libertariańskie niestety) rozumienie prawa własności.
Czyli w uproszczeniu świadomość rzymską można streścić w relacji: uczucie – wytyczne racjonalizmu, gdzie zawsze wygrywa racjonalizm (w tych czasach obudowany oczywiście utylitaryzmem jako kolejną oczywistością europejskiego kręgu kulturowego). Przykładem w ogóle są prawa naturalne (dwóch pierwszych się nie czepiam, bo są zgodne z pozaracjonalnym przekonaniem wychodzącym z wrażliwości, ale trzecie jest już skrajnie racjonalistyczne).
>Jak wytwarza ją kapitalizm? To złożony proces (znów Marks się pojawia, ale w gruncie rzeczy też z pozycji indywidualistycznych można to wywnioskować), którego zwieńczeniem i objawem jest właśnie neoliberalne (i libertariańskie niestety) rozumienie prawa własności.
20 lutego 2009 o 15:59
Ależ nie, Ty piszesz o prawie autorskim osobistym, ale wyróżniamy jeszcze prawa autorskie majątkowe. Oba zbiorczo zostały potraktowane w tym artykule, głównie z tego powodu, że polska ustawa opisuje je w jednym ciągu.
Ogólnie zgoda, ale parę uwag:
1. “Świadomość rzymska” – jak dla mnie trochę naciągany zbitek wyrazów. Szczególnie nie pasuje mi drugi człon: “rzymska”; nie wiem bowiem w czym ta “rzymskość”, odróżnialna od innych tradycji prawnych, miałaby się objawiać. Co więcej, według mnie określenia tego nie można zastosować do prawa jako takiego.
2. Ale dlaczego wnioski wyciągane przez Kinsellę są bez sensu? Nie za bardzo widzę poza tym jakikolwiek punkt, w którym teoria Kinselli, przynajmniej w stopniu, w jakim przedstawiona została w tekście, sprzeczna byłaby z teorią własności Proudhona. Chyba, że znasz Proudhona od innej strony niż ja.
20 lutego 2009 o 17:08
“Celem zaś prawa własności jest rozstrzyganie tych właśnie konfliktów o użytkowanie środków występujących w naturze, funkcją zaś – wyłączenie (ekskluzja) innych z korzystania z dóbr należących do właściciela.”
Dobra, nie znam Kinselli w całości i popełniłem może pewien błąd. Chodziło przede wszystkim o to, że jeżeli uznamy to, co mówił Kinsella (a co zostało przywołane w tekście), to jakąś pokrętną logiką, w myśl libertarianizmu, mamy dojść do powyższego stwierdzenia. Być może rzeczywiście, problem nie tkwi tu w samym Kinselli, a tylko we wnioskach, które się z niego wyciąga. Co zaś do Proudhona, to własność miała być w wizji proudhonowskiej stale negocjowana, a funkcja właściciela miała zostać zredukowana do funkcji użytkownika. Prawo własności właściwie już z samej nazwy temu przeczy. Przyczepiłem się Kinselli, ale już odpuszczam; tak naprawdę idzie o prawo własności.
Teraz świadomość rzymska.
Przede wszystkim wizja prawa jako statycznego i logicznego ciągu zakazów i nakazów strzegących życia społecznego pojawia się w starożytnym Rzymie. A zatem chodzi tu o utożsamienie tego, co prawnie dozwolone z tym, co dobre. Prawo wyznacza etykę. Jest to pewien ewenement, bo np. etykę muzułmańską wyznacza religia (przy czym etyka traci swój logiczny charakter), etykę chińską (zbiorcza nazwa) mniej lub bardziej konfucjanizm, etykę średniowiecza wyznaczał Kościół, (ot, choćby ciekawie funkcjonowało prawo własności), zawsze to sacrum dyktowało profanum, natomiast w Rzymie profanum dyktuje profanum (z czasem to zostało przefiltrowane przez chrześcijaństwo, które do myślenia rzymskiego było pewną opozycją). Chodzi więc o relację prawa do etyki. W świadomości rzymskiej etyka to odbicie prawa, gdzie indziej prawo to odbicie etyki. Z czymś takim mamy do czynienia tylko w starożytnym Rzymie (i od oświecenia, kiedy to zaczęto się tym tak cholernie interesować).
Żeby nie było, nie twierdzę, że prawo szariatu to coś lepszego niż prawo rzymskie. To, co piszę, ma charakter tylko opisowy.
20 lutego 2009 o 17:28
Nie mam zamiaru tu pisać książki. W uproszczeniu – handel wymaga prawa własności, własność jest nieregulowana prawnie, z czasem zaczyna być regulowana prawnie, z czasem regulacja prawna jest obudowywana ideologią. Najlepszą ideologią do utrzymania istnienia prawa własności jest rzymska wizja prawa i neoliberalizm z całą swoją propagandą kapitalistycznego urodzaju. I tu następuje przemiłe sprzężenie tych dwóch systemów myślenia. Pierwszy wzmacnia drugi i na odwrót. I tak to mniej więcej wygląda. W uproszczeniu, bo dalej nie chce mi się pisać.
20 lutego 2009 o 18:37
Czemu więc kapitalizm najwcześniej i najpełniej rozwinął się w krajach z systemem anglosaskim?
>Logiczną konsekwencją (gdyby Castells miał rację) zniesienia praw patentowych byłoby zaistnienie prawdziwego socjalizmu.
Taki socjalizm to i mnie się podoba.
20 lutego 2009 o 20:15
Można na to spojrzeć w kontekście przemian technologicznych. Jak piszą w Poliarchia: manifest:
Ja osobiście nie wybielałbym tak początków kapitalizmu, jak to robią autorzy tego tekstu. Ale jak na to nie patrzeć, rewolucja informatyczna może zmieść kapitalizm, jaki znamy, z powierzchni ziemi. To jednak nie znaczy, że nie pojawią się znowu jakieś uprzywilejowane grupy społeczne.
Ok, to znamy tego samego Proudhona. 🙂 Tylko z tego, co wiem koncepcja mutualistyczna Proudhona również zakładała wyłączność tym razem użytkownika na korzystanie i decydowanie o tym, kto korzysta z użytkowanego przezeń dobra. Co więcej, zgodnie z moją wiedzą, Proudhon nie przeciwstawiał się własności jako takiej, albo raczej własność definiował jako pewien kontrakt zawarty przez jednostkę z państwem. Odróżniał od tego użytkowanie (czy posiadanie), które opierało się na pracy (stąd można mówić o laborystycznej teorii “własności”). Tak samo jak Hodgskin, który wyróżniał naturalne i sztuczne prawo własności odpowiadające użytkowaniu i własności u Proudhona. Mój wniosek jest więc taki: niezależnie czy mówimy o własności w koncepcji lockeańskiej czy (co dla mnie również jest własnością) mutualistycznej, moja analiza jest tak czy inaczej zasadna.
Dobra, mi przede wszystkim chodzi o precyzję tego wyrażenia. Jako że w historii prawa rzymskiego możemy wyróżnić wiele okresów, z których każdy charakteryzował się innymi cechami, zbyt dużym jak dla mnie uogólnieniem jest mówienie o jednej świadomości “rzymskiej”. Przykładowo, zupełnie inne było postrzeganie prawa w okresie archaicznym w Rzymie, a zupełnie inne w klasycznym.
20 lutego 2009 o 22:26
“Świadomość rzymska”, “prawo rzymskie”… czarna magia jak dla mnie. ;P
20 lutego 2009 o 22:33
rząd to czarna magia?
http://www.liberalia.com/htm/fr_government_black_magic2.htm
20 lutego 2009 o 22:58
Komp mi nawala i Triksterowi odpowiem jutro dopiero.
@ Dobrze urodzony:
Nie mam pojęcia. Wyraźnie napisałem, że kapitalizm nie wziął się z prawa rzymskiego, ale znalazł w nim oparcie (dlatego kapitalizm niejako wytwarza ten rzymski sposób myślenia, albo inaczej – odgrzewa go). Swoją drogą to właśnie angielscy liberałowie najczęściej sięgali do tradycji utopijnego prawa rzymskiego i hec w rodzaju panopticonu.
21 lutego 2009 o 11:43
Odnośnie Proudhona. Właściwie to ja się z tobą zgadzam chyba. Bo chodzi, rozumiem, o to (i tylko o to), że argumenty przeciw istnieniu prawa własności intelektualnej nie mogą być argumentami przeciwko prawu własności w ogóle? I pewnie rzeczywiście tu nawet pewna część myśli Proudhona do tego pasuje. Natomiast sam Proudhon moim zdaniem wpada w sprzeczność, kiedy rozróżnia użytkowanie i własność, robiąc z tego drugiego słuszną opcję. I to zwłaszcza w kontekście sławetnego eseju (a ten rozumiem, że nawiązuje?). Więc tak – w gruncie rzeczy i użytkowanie pozostaje “kradzieżą”, natomiast własność jest już kradzieżą zakontraktowaną. Gdyby tylko Proudhon był konsekwentny, odszedłby od paradygmatu własności (że coś się komuś należy z jakiegoś powodu) i uznał użytkowanie za tymczasową (albo dynamiczną) wyłączność, przy czym tej wyłączności każdy może być pozbawiony. Jednak skoro jest tymczasowa i wciąż negocjowana, odchodzimy od dzisiejszego pojmowania własności i w tym kontekście rzeczywiście, gdyby ktoś rościł sobie prawo do wyłączności nad, powiedzmy, zakładem przemysłowym, uznano by to za kradzież. Samo zaś “pozbawienie wyłączności” byłoby czymś zupełnie normalnym. I moim zdaniem, tu przebiega najbardziej wyraźna granica między socjalizmem (społeczna kontrola śr. prod.) i kapitalizmem (prywatno-państwowa kontrola) Cholera, rozpisałem się, a nie wiem nawet, czy o to ci chodzi.
Jestem lewak radykalny, więc przeciw prawu własności niejako z urzędu 😉
Myślę, że ten cały zwrot technologiczny, rzekome zwycięstwo informacji to jednak bujda. Zresztą nawet dość niebezpieczna bujda. Oczywiście uwolnienie informacji byłoby krokiem naprzód, niestety refleksja nad nią odpycha nas od problemu gospodarek industrialnych (których wciąż jest od cholery). Anarchiści bodaj najsmutniej to odczuwają w zarzutach o staroświeckość i takich tam.
Jest jednak faktem, że np. w przypadku praw patentowych można zawiązać szeroką koalicję anarchistyczno-libertariańsko-socjalistyczną, bo w tym konkretnym problemie się wszyscy zgadzamy.
21 lutego 2009 o 14:03
Ale jeśli zarządzanie informacją zaczyna odgrywać coraz większą rolę, to inne działy ludzkiej aktywności staną się jej podporządkowane. Powszechne zastosowanie dla kryptografii może otworzyć drogę do światowej dyktatury informatyków. A wtedy droga wolna dla takich reform przemysłu, jakie sobie wymarzysz. Ale nie będzie to już miało takiego wielkiego znaczenia – podobnie, jak reformy rolnictwa nie mają dużego wpływu na gospodarki krajów silnie uprzemysłowionych, mimo, że każdy przecież musi jeść.
Sceptycy technologiczni mogą mieć wątpliwości, czy jedyne rozwiązanie to ucieczka do przodu, stworzenie nowej rzeczywistości, którą możesz kontrolować. Z pewnością jest wiele nie rozwiązanych problemów w dobrach ekonomicznych już istniejących – po co więc tworzyć nowe? Aby mieć siłę potrzebną do objęcia kontrolą również tych pierwszych. Tak, jak to zrobili kapitaliści w XIX wieku. Uczmy się ich strategii, która okazała się tak skuteczna.
21 lutego 2009 o 14:52
Ale jeśli zarządzanie informacją zaczyna odgrywać coraz większą rolę
Jeśli zaczyna, to głównie dlatego, że fizyczna produkcja została przesunięta do tzw. krajów peryferyjnych i półperyferyjnych. Co wymagało zaangażowania środków politycznych na skalę nie mniejszą, niż w krajach starego Centrum u zarania kapitalizmu. Reżim własności intelektualnej odgrywa tu bardzo ważną rolę, wszak korporacje z krajów wysokorozwiniętych (głównie zachodnich), posiadają circa 97% wszystkich patentów na technologie produkcyjne. Choć powszechne są również bardziej tradycyjne praktyki, jak zabór ziemi uprawnej, zmuszający chłopów – i tak już wynędzniałych przez polityki lokalnych reżimów – do pracy w sweatshopach (analizy tego kontekstu u Norberga i innych zaczadzonych ideologicznie apostołów globalnego neoliberalizmu już niestety nie uświadczysz).
21 lutego 2009 o 17:23
Zgoda, ale z tego nie wynika, że rewolucja informatyczna jest czymś niepotrzebnym, jakimś zbytkiem wymyślonym przez wyzyskujących inne narody bogaczy. Zauważa się, że rozwój technologii informacyjnych ma wpływ na życie nawet bardzo biednych społeczności. Na przykład w Somalii – niby po co pustynnym obdartusom internet i komórki? Aby móc mieć chociażby łączność z krewnymi w dalekim, lepszym świecie. To ma bardzo duże znaczenie, jeśli chcemy się odnaleźć we współczesnym świecie, nie możemy tego ignorować. Informacja rządzi, niezależnie, czy nowoczesnych technologii używa rząd, terroryści, czy normalni, wyzyskiwani ludzie.
22 lutego 2009 o 12:03
Proudhon, z tego co wiem, dopiero w późniejszym okresie życia, gdy już odszedł od anarchizmu i przeszedł na pozycje federalistyczne, uznał, że “własność to wolność”, popadając tym samym niejako w sprzeczność, ale też nie do końca. Ta nowa definicja własności Proudhona odpowiadała w znacznym stopniu wcześniejszemu użytkowaniu.
Nie za bardzo rozumiem też, dlaczego nawet “użytkowanie” pozostaje kradzieżą w Twoim rozumieniu. Nie widzę też sprzeczności w mutualistycznym pojmowaniu użytkowania przez Proudhona. Dla mnie jest to, jak zresztą i lockeanizm, bardzo spójna koncepcja.
Poza tym, nawet w socjalistycznym pojmowaniu własności (tj. kolektywna własność środków produkcji) występuje jakieś wykluczenie, więc niezbyt rozumiem Twój argument przeciwko własności jako takiej.
22 lutego 2009 o 12:28
Poza tym, informatycy uwolnili społeczeństwo od praw autorskich – czemu nie mieli by zrobić tego samego z patentami?
23 lutego 2009 o 12:56
A ja mam pytanie do Was.
Załóżmy, że wymyśliłem jakąś piosenkę. Jak rozumiem na wolnym rynku nikt nie będzie zabraniał mi nagrania jej i sprzedawania w formie dwustronnego kontraktu:
Ja “Tfurca” sprzedaję Tobie “Użytkowniku” ten oto krążek pod warunkiem, że:
– będziesz go słuchał tylko u siebie w domu, samochodzie itp (na własny pożytek) a nigdy w miejscu publicznym
– nie będziesz go udostępniał innym osobom
– jeżeli się nie zastosujesz do powyższego zobowiązujesz się zapłacić karę taką to a taką, i jej egzekwowanie będzie nadzorowane przez sąd taki to a taki.
No i gdzie jest problem? Czemu nikt nie może tak postępować? Nie jestem biegły w tych sprawach ale właśnie tak rozumiem obecne prawo autorskie, przy czym kontrakt nie jest jawny (załączany w ulotce przy płytce) tylko ukryty w prawie obowiązującym w danym państwie. Nikt nie ściga za korzystanie z materiałów które autorzy umieścili w internecie za darmo i bez takiego kontraktu w nadziei że zyskają uznanie dużej rzeszy ludzi (i być może wiążące się z tym korzyści materialne w postaci wywiadów i koncertów).
23 lutego 2009 o 14:45
Oczywiście, że można tak postępować, ale wtedy w grę wchodzi naruszenie umowy, a nie żadnego prawa własności, i nie dotyczy osób, które umowy nie zawarły (tj. tych, którym łamiący umowę użytkownik udostępni i umożliwi zrobienie kopii).
23 lutego 2009 o 14:46
Natomiast oczywiście obecnie obowiązujące prawo autorskie tak nie działa – zakaz obejmuje każdego, a nie tylko tego, kto zawarł umowę.
23 lutego 2009 o 17:47
Takiej umowy nie uznaję. Nie tak się zawiera umowy. Jak pisze, cytowany wyżej, Boudewijn Bouckaert:
Naturalnie rzadkość wywodzi się z relacji człowieka z przyrodą. Rzadkość danego dobra tylko wtedy możemy uznać za naturalną, jeśli istniała przed nawiązaniem jakichkolwiek ludzkich, instytucjonalnych czy kontraktowych stosunków. Z takich umów wynika właśnie sztucznie wytworzona rzadkość. Trudno uznać, że mogłaby ona uzasadniać te same ramy prawne, które powołały ją do życia, byłoby to bowiem błędnym kołem (błędem idem per idem).
Umowa, którą, jak rozumiem, zawieram w momencie kupienia płyty, jest dobrowolna w kontekście takiego właśnie błędnego rozumowania. Dlatego, że dobrowolność ta opiera się na wymuszonych przez istnienie tego prawa warunkach. Czy jeśli sklepy mogły by sprzedawać nielegalne kopie, nie robiłyby tego, aby mieć większy wybór i nie obawiać się, że jakiegoś nagrania zabraknie? Idąc dalej – czy tak samo nie robiłyby hurtownie – i – koniec końców – sam artysta, który dostaje do podpisania kontrakt, a w zamian otrzymuje możliwość kampanii promocyjnej i realnego zaistnienia na rynku? Częstym błędem potocznego libertarianizmu jest postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości jako rezultatu dobrowolnych akcji, gdy w rzeczywistości kolosalne znaczenie ma zorganizowana w przeszłości niesprawiedliwa koncentracja kapitału, która sprawia, że musimy akceptować porządek rzeczy przez nią stworzony. Co następnie można uznać za “wolny wybór”. Jak w piosence Clan of Xymox: “Ten świat nie jest stworzony dla mnie i dla Ciebie. Jest zbudowany na krwi i milionie kłamstw.”
23 lutego 2009 o 18:02
Swoją dominację nad społeczeństwem koncerny nagraniowe mogą utrzymać dzięki istnieniu prawa własności intelektualnej, którego egzekwowanie jest wspomagane przez państwo. Gdyby nie było, zawieranie takiego kontraktu byłoby równie sensowne, jak zobowiązywanie nabywców wódki o nie spożywanie jej we większej ilości niż kieliszek dziennie. Dlatego, że koszty wyegzekwowania należności były by zbyt duże, gdyby nie istniała jedna, centralna organizacja egzekwująca wyroki sądowe.
Takie tłumaczenie nie jest, zapewne, zbyt kompatybilne ze Szkołą Austriacką, ale trzeba wyjść poza to, bo jeśli uznaje się prawowitość pierwotnej umowy nabywcy legalnego nośnika, to mamy na myśli świat niewiele lepszy od tego, który jest – wymiana plikami może być co najwyżej nieformalnym procederem.
23 lutego 2009 o 19:07
“Takiej umowy nie uznaję. Nie tak się zawiera umowy”
Zawiera się. Na przykład tzw. NDA, gdzie strony zobowiązują się do nieujawniania wzajemnie uzyskanych od siebie informacji. W ten sposób np. można zabezpieczyć się przed nieuczciwym wykorzystaniem własnego pomysłu na biznes. Tej sfery prawo autorskie nie chroni, więc jest to powszechnie stosowana praktyka.
Można podejrzewać, że w braku prawa autorskiego twórcy stosowaliby podobne umowy.
“Umowa, którą, jak rozumiem, zawieram w momencie kupienia płyty, jest dobrowolna w kontekście takiego właśnie błędnego rozumowania. Dlatego, że dobrowolność ta opiera się na wymuszonych przez istnienie tego prawa warunkach.”
Właśnie nie. Przy obowiązywaniu prawa autorskiego w postaci “własności intelektualnej” takie umowy są zbędne. A w braku tego prawa byłyby całkowicie dobrowolne i nie można by tu nawet mówić o “przymusie ekonomicznym” – wszak muzyka czy film nie są dobrami niezbędnymi do życia.
23 lutego 2009 o 22:04
>Przy obowiązywaniu prawa autorskiego w postaci “własności intelektualnej” takie umowy są zbędne.
Nie rozumiem. Przecież nie ma przymusu obejmowania swoich produktów prawem autorskim. Jeśli ktoś chce, to może sobie wymyślić inną licencję, może zastrzec tylko prawa do modyfikacji albo potwierdzenie autorstwa, może też ograniczyć prawa autorskie tylko do hurtownika i detalisty, a dalszym posiadaczom pozwalać na wszystko.
Chodziło mi o to, że zawieram umowę, której treść może być egzekwowana przez władze państwowe. Mniejsze znaczenie, moim zdaniem, ma fakt, czy umowa ta dotyczy tylko pierwszego nabywcy, czy również dalszych, zresztą próbowałem też wykazać, że trudno ustalić, kto jest tak naprawdę tym pierwszym.
Jeśli byłoby powiedziane, że na taki temat umów zawierać nie wolno, to mogłoby to coś zmienić, inną opcją jest anarchokapitalizm – możesz wymyślić sobie wszystko i sam to egzekwujesz, o ile jest to opłacalne.
“Przymus ekonomiczny” nie jest według mnie w jakikolwiek sposób związany z niezbędnością przeżycia, ale ze zmianą preferencji rynkowych spowodowaną istnieniem prawnych przywilejów egzekwowanych przez państwo. O ile można go nazwać w ten sposób.
23 lutego 2009 o 22:06
@Dobrze Urodzony #31
A dlaczegóż to taka umowa nie miałaby sensu?
Od strony sprzedającego: spędziłem dużo czasu nad skomponowaniem piosenki, fajnie by było coś za to dostać, bo wtedy mógłbym robić to co lubię na “pełny etat”. Ale by mieć z tego jakieś sensowne pieniądze chcę sprzedawać piosenki za niewielką kasę ale tylko na własny użytek. (Oczywiście są inne możliwości zarobku – np. udostępnić wszystko darmo i żyć z koncertowania ale ja akurat wolę ten sposób bo np. boję się tłumu :D).
Od strony kupującego: znam poprzednie piosenki tego gościa, przesłuchałem wycinki dostępne za darmo na jego stronie internetowej i chciałbym móc słuchać całości, więc bulę kasę i godzę się na warunki stawiane przez gościa.
Obie strony dobrowolnie wchodzą w ten układ. Nikt nie zmusza kupującego.
23 lutego 2009 o 22:39
W normalnym życiu z reguły musimy być odpowiedzialni za własne decyzje. Ponosimy konsekwencje tego, że nie przewidzieliśmy jakichś zbiegów okoliczności albo tego, że źle oceniliśmy kogoś innego, zaangażowaliśmy się za bardzo albo zbyt mało we współpracę z daną osobą. Istnienie państwa sprawia, że są pewne zasady, czy to zupełnie absurdalne, jak okres przydatności do spożycia serka topionego, czy to uważane za naprawdę fundamentalne, jak potrzeba obrony przed napaścią, które dostajesz za darmochę, i nie musisz nawet wiedzieć, kto je finansował. Nie obchodzi Cię to, Tobie wystarczy poszanowanie twojej, z pewnością słusznej zasady.
Jeśli usuniemy państwo, własność intelektualna może istnieć – ale będzie to miało inne konsekwencje. W ładzie naturalnym sam musisz przewidzieć, że nie wszystkie umowy, jakie sobie wymyślisz, będą przestrzegane, mimo, że ktoś może się na nie zgodzić, wiedząc, że i tak nie będziesz mógł doprowadzić do ich wyegzekwowania. Będziesz więc zawierał tylko takie umowy, które naprawdę mają sens, bo nie będziesz chciał się ośmieszać, ustalając z wieloma ludźmi rzeczy kompletnie fikcyjne.
Do takich umów nie należy, moim zdaniem, zakaz kopiowania danych, jak również jakakolwiek inna forma własności intelektualnej. Czemu nie? Sądzę, że zyski w naprawdę zdemonopolizowanej gospodarce byłyby zbyt małe, a koszty egzekucji zbyt duże – zabawa przestałaby się opłacać. Byłoby tak dlatego, że ograniczenie komuś dostępu do jakejś informacji to gra o sumie ujemnej – zmniejsza to możliwości społeczeństwa jako całości. Nie chcę się bawić w utylitaryzm, ale to oznacza, że zyskuję kosztem większej straty kogoś, a potem może on zyskać kosztem mojej straty. A to jest dylemat więźnia. O ile z reguły uzasadnia się nim potrzebę istnienia państwa, to tu można sobie pomyśleć odwrotnie. Anarchia może uchronić społeczeństwo przed obniżeniem efektywności w wymianie wiedzy.
23 lutego 2009 o 22:55
A tak poza tym, nie mam nic przeciwko artystom – introwertykom, finansowanym ze sprzedawania własnych płyt, ale bez zmuszania do tego wszystkich, którym podoba się ich muzyka. Nikt ich dobrowolnie nie kupi? To może słuchacze uważają, że dany artysta już się skończył i nie warto go dalej wspomagać. Może to, co stworzył do tej pory, jest tak doskonałe, że dalsza twórczość będzie na pewno gorsza, a zatem może powinien się zająć czym innym? Zwróćmy uwagę, co w rzeczywistości dzieje się na rynku muzycznym czy wydawniczym: istnieją różne tak zwane hity. Bestsellery. Czy rzeczywiście przez swą niepowtarzalną treść zawsze zasługują na status, który uzyskały? Czy raczej jest to po prostu korporacyjna maszynka nakręcania zysków – dobrze się sprzedaje -> finansujemy reklamę -> jeszcze lepiej się sprzedaje -> dawajcie jeszcze więcej reklamy.
23 lutego 2009 o 23:13
“Przecież nie ma przymusu obejmowania swoich produktów prawem autorskim”
Właśnie że jest – prawo autorskie dotyczy z mocy prawa wszystkich utworów. Dlatego twórca nie musi zabezpieczać się umowami po to, by ograniczyć rozpowszechnianie bez jego zgody.
Notabene, wg polskiego prawa twórca nie może wygasić swoich autorskich praw majątkowych. Może je co najwyżej przenieść na inne osoby. Czyli nie ma nieodwołalnego przeniesienia utworu do public domain przed upływem przewidzianego czasu. Twórca (posiadacz praw autorskich) może zezwolić na rozpowszechnianie, ale w każdej chwili on albo jego spadkobierca może tę zgodę cofnąć.
24 lutego 2009 o 01:25
Wydawało mi się, że można porzucić swoje prawa; w rzeczywistości w systemie anglosaskim nie jest to takie jasne. Ale nawet jeśli jest tak, jak piszesz, to nic to nie zmienia dla interakcji między ludźmi – nadal mogę tego nie egzekwować, nie donosić na prokuraturę, zgadzać się na wszelkie przeróbki czy podróbki, czy chociażby skorzystać, w przypadku książki, z licencji FDL. Nie wiem, jak jest z nagraniami; to nie zmienia faktu, że problem tkwi w istnieniu przywileju gwarantującego wydawcy lub autorowi dominację, z której korzystają dlatego, bo przynosi im to korzyść, a nie dlatego, że ktoś im nie pozwala z niej zrezygnować.
Pingback: Wiktor Wojtylak: „Własność intelektualna to kradzież” - czy aby na pewno? | Liberalis
eltango pisze:
Nie będę zabierał glosu na temat własności intelektualnej, ponieważ jestem laikiem w tych zagadnieniach. Czytając komentarze doszedłem do wniosku, że może ktoś zorientowany w tych sprawach podpowie mi co mam uczynic, aby zastrzec swoje prawa do rozwiązań know-how, które chciałbym wykorzystać do działań komercyjnych. Swoje pomysły i projekty sprawdziłem i mam pewność, że “działają”.
Dotyczą one wprowadzenia nowych, dodatkowych przepisów do gry w piłkę nożną oraz zupełnie nowych “mechanizmów ” klasyfikacji drużyn w rozgrywkach ligowych.
Czy jest możliwe zastrzeżenie własności intelektualnej w tym obszarze i kto mi może w tym pomóc?
Pragnę dodać, że jestem teraz w trakcie zakładania firmy, która, między innymi, będzie zajmowac się organizacją imprez sportowych. Czy zorganizowanie oficjalnego turnieju piłkarskiego z zastosowaniem innowacyjnych rozwiązań może mieć wpływ na uzyskanie stosownych certyfkatów potwierdzających prawa autorskie do nowego “produktu sportowego”?
Proszę o odpowiedzi i podpowiedzi. Pozdrawiam.
4 kwietnia 2009 o 17:57
znaczy… nie rozumiem, czemu ma zastrzeżenie takie służyć?
Pingback: Jacek Sierpiński » Blog Archive » Odpowiedź na zaproszenie do debaty