Source: http://www.aferyprawa.eu/Sady/Szczygiel-Czy-pozostala-nam-tylko-rewolucja-1661
Timestamp: 2019-12-12 22:27:27
Legal References Found: Art. 2
 Art. 30
 Art. 871
 Art. 203
 Art. 30
 Art. 180
 Art. 181
 Art. 30
 Art. 5
 Art. 231

Document Content:
Aferyprawa - Szczygieł - Czy pozostała nam tylko rewolucja?
Aferyprawa.com Sądy Szczygieł - Czy pozostała nam tylko rewolucja?
AFERY PRAWA OSZUSTWA ADWOKATÓW SĘDZIÓW STRONA PRAWDY O POLSKIM SĄDOWNICTWIE Szczygieł - Czy pozostała nam tylko rewolucja?
....sądy będą wciąż przekręcać, ale za to... szybciej
....o wyrokowaniu "na szablon"...
....apel nie tylko do ojców...
....papierowa godność a żelazna nietykalność...
....gdyby małpy były bystrzejsze...
....o liczeniu na siebie...
Reprezentując witrynę "Strona PRAWDY o polskim sądownictwie", a więc mocno utożsamiając się z potrzebą naprawy państwa, a w szczególności oczywiście zdegenerowanego sądownictwa, jest mi dość niewdzięcznie podejmować krytykę w tym kierunku. Jeszcze bowiem nie zdążyłem dostatecznie dosadnie wypowiedzieć się na temat działań obrońców bezprawia - a więc typowych przeciwników reform - a już przychodzi czas na wyrażenie oburzenia wobec posunięć samych, teoretycznych naprawiaczy. W materiale tym zabierając zaległy głos wymuszony zdarzeniami bieżącego roku - a szczególnie okresem marzec-maj 2007 - podniosę jednocześnie również inne ważne kwestie z tego zakresu. Gorąco zachęcam wszystkich do przeczytania tego materiału, a szczególnie osoby poszkodowane przez chory system, które mają ambicje skutecznie mu się przeciwstawić.
Dotąd było tak, że pomimo coraz intensywniej pojawiających się - mówiąc dyplomatycznie - dyskusyjnych poczynań PiS-owskiej władzy, miała ona wciąż u mnie spory przydział kredytu na swoją "remontową" działalność. Po prostu, była przedstawicielem jedynego zauważonego na horyzoncie ugrupowania, które okazywało intencje obywatelskie, więc wypadało dać mu pełną szansę. Nie można było też przecież wspomagać tych wszystkich, którzy oficjalnie działają na tym polu w złej wierze i dla których utrzymywanie istniejącego stanu pozostaje wartością kluczową. I naprawdę byłem w stanie przeżyć nawet największe przeciwności rozsądku władzy rządzącej, dla doczekania się chociażby tylko, tej najbardziej wymaganej inicjatywy, a więc przystąpienia do naprawy sądów. Sądów, które - przypomnę - hurtowo i na żywca oszukują przede wszystkim najbiedniejszych obywateli... Sądów, które są odpowiedzialne za wynikłe z tego nieszczęścia, takie jak np. samobójstwa czy morderstwa... Sądów, które ponoszą odpowiedzialność za niemal wszystkie - rozwijające się dzisiaj bez zahamowań - patologie... Czy też w ogóle sądów, które zrujnowały do reszty sprawiedliwość społeczną, a więc czyniąc nadrzędny przepis ustawy zasadniczej, narzucający kluczowe zasady funkcjonowania państwa - czyli Art. 2 Konstytucji RP - dalece nieprawdziwym. I naprawdę trudno było cokolwiek tu wynaleźć, aby złamać moją wyrozumiałość - a tym bardziej odwrócić uwagę - w imię tego nadrzędnego, tak istotnego dla naszej egzystencji celu...
Jednak nawet tak szeroko rozumiana tolerancja musiała zakończyć swoje funkcjonowanie w chwili, kiedy minister tzw. "sprawiedliwości", Pan Zbigniew Ziobro - a więc, wielka nadzieja poszkodowanych Polaków - zaczął coraz wyraziściej publicznie okazywać, to samo patologiczne, przeciwobywatelskie stanowisko, jakie demonstrowali jego lewicowi poprzednicy! Naprawdę, byłem jeszcze skłonny nawet przetrawić szybkie sądy, uruchomione - o zgrozo (!) - bez uprzedniego ich naprawienia!!! Co już przecież stanowiło niepojętą sprzeczność interesu "naprawczo-obywatelskiego". Zamiast bowiem NATYCHMIASTOWEGO uniemożliwienia zdemoralizowanym sędziom dalszego swobodnego niszczenia ludzkich bytów i wywracania do góry nogami całego kraju, jeszcze "na dzień dobry" postanowiono ich dozbroić... Tak więc, trudno było już nie zareagować w sytuacji, w której, nie dość, że zgotowano zwykłym, biednym ludziom - nie wspominając już o tych, co wyrażają głośny sprzeciw systemowej patologii - nowe, niezwykle niebezpiecznie rokujące zagrożenia, to jeszcze usłyszeliśmy od Pana ministra oklepane wersje ściemniaczy, okazujących problem od - poznanej nam już dobrze - fikcyjnej strony. Ta sama chora nuta brzmiąca w tonie, jakby sądy - nie wiadomo skąd - były w zasadzie nieskazitelne, a problem stanowili tylko obywatele... To samo przewrotne reklamowanie nieistniejącej niezawisłości... Te same bajki z cyklu "czarnych owiec"... Te same "szkoleniowe" odwracacze uwagi od priorytetowych - a wciąż pomijanych - elementów, które powinny tworzyć fundament rzeczywistego sądownictwa, a więc uczciwości i prawdziwej niezawisłości... Mówiąc więc krótko, to samo fałszywe okazywanie sądowej rzeczywistości...
Naturalnie, że fakt otaczania się przez Pana ministra ludźmi korporacji, od początku nie wróżył najlepiej. Tu np. trzeba wiedzieć, że tak jak kiedyś istniało hasło "dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie", które wskutek podniesienia przez społeczeństwo świadomości prawnej i przy jednoczesnym nieuzasadnionym wspomożeniu bezkarności sędziów, zostało w końcu - jak już też kiedyś wspominałem - skondensowane nawet do postaci "dajcie mi człowieka", tak obecnie niezwykle dla nas istotna staje się maksyma: "dajcie mi doświadczonego sędziego, a znajdę mu przekręt"! Tyle że naturalnie, to ostatnie hasło - w przeciwieństwie do "przodków" - reprezentuje akurat uczciwe przesłanie. Oczywiście, nie ma już nawet sensu, aby po raz kolejny to wyjaśniać (patrz np. materiał "Niezawisłe czy skorumpowane?", dostępny na mojej stronie oraz innych)... Chodzi o to, że jeśli Pan minister z jednej strony otacza się ludźmi, którzy sami podlegają "naprawie", a z drugiej jest atakowany przez media, które jadą na tym samym wózku, a więc nie reprezentują naszej obywatelskiej strony, to - bez odpowiedniego przeciwdziałania - trudno było oczekiwać tu innych efektów. Młody minister wyraźnie nie sprostał zadaniu, zamiast się przeciwstawić, po prostu się dostosował...
Tu ważnym jest dostrzec, że środki masowego przekazu, które dostają się na pierwszy plan, osiągają to zwykle za pomocą gotówki i układów. W większości nie są naszym głosem, bo ich specyfika jest po prostu bliższa drugiej stronie, dbają więc głównie o własne interesy. Ogólnie na ten stan składa się powiązany zespół przyczyn, m. in: status społeczny, majętność, układy, ale także patologiczne zwyczaje i... bezmyślność, którą osobiście nazywam - dla podniesienia czytelności tego zjawiska - "myśleniem bezwariantowym" i która jest przede wszystkim wskaźnikiem braku NATURALNYCH kwalifikacji. No i właśnie, nastałe zdarzenia potwierdzają wyraźnie, że Pan minister uzależnił się od otoczenia i nie myśli grać po naszej stronie, bo my po prostu mamy za krótkie rączki, aby dać mu teraz po łapkach... Proszę zwrócić tu uwagę na wyłaniający się schemat. Najpierw dane ugrupowanie - pod jakimś tam szlachetnym hasłem, np. choćby właśnie "prawo i sprawiedliwość" - szuka głosów poparcia, od których jest zależna jego realizacja. Kiedy jednak te głosy dostaje - bo akurat zapotrzebowanie na realizację danej dewizy jest ogromne - to ten "życiodajny elektorat" otrzymuje w zamian... knebel w usta, a o realizację "troszczą się" już zupełnie inni, niekompetentni sytuacyjnie ludzie, których intencje mijają się z potrzebami wyborców. Później tenże elektorat znów jest potrzebny, ale wobec tego, że nie ma już o czym mówić, to też do władzy dochodzą inni... Dochodzą, aby się nachapać, zgromadzić wachlarz znajomości, wejść w jakiś biznes i... przynajmniej na jakiś czas odejść w tzw. polityczną dal...
Czy PiS chce też tak skończyć? Czy już się poddał? Czy może nigdy nie miał takich zamiarów, jakimi nas mamił? Jest bowiem właśnie ciekawe, że nawet - tak hucznie rekomendującym się - rzekomym "monterom" państwa, nie mogło też jakoś przyjść do głowy, że jeśli chce się reperować system, to wypadałoby raczej otoczyć się obywatelami, dla których to państwo ma działać i którzy najlepiej wiedzą co spotyka ich w sądowych zaciszach i innych urzędach, gdzie nie docierają kamery, a rozgłos nie jest towarzyszem? Stosowna, różnorodna wiedza jest również dostępna w internecie, bo sami obywatele - widząc, że na media komercyjne nie ma co liczyć - zostali zmuszeni stworzyć własne środki przekazu, a więc wystarczy tylko je czytać, wyciągać wnioski, no i oczywiście... chcieć. No tak, ale jeśli ten kluczowy - aczkolwiek nie najbardziej doniosły - głos społeczny, nie rokuje zbyt atrakcyjnie dla budowy wizerunku, więc wygodniej zadawalać silne media komercyjne i wrogą publikę, to coraz trudniej przypominać już sobie, że w kraju istnieje jeszcze jakieś tam wielomilionowe społeczeństwo, które potrzebuje pomocy. Zamiast więc podążania linią ducha społecznego, lepiej - za wydatną pomocą samodzielnie zafundowanych sobie stresów - dostosowywać się do brukowców, które miast interesowania się priorytetami społeczno-państwowymi, wolą raczej poświęcać nasz wspólny czas na dochodzenie, kto z kim śpi, czy też zajmować się szeregiem innych głupot. Internetowe pisanie, to wciąż peryferia mediów bez decydującego głosu, więc autorzy takich stron zamiast na dostosowywanie się do nich państwowej władzy, mogą co najwyżej liczyć na... bezkarne nasyłanie na nich układowych sił systemu oraz oszołomów, którzy będą wypisywać debilizmy na forach. Nie jeden z nas tego doświadczył i doświadcza w przeróżnych konfiguracjach i jak się okazuje zamiast choćby teraz krzty praktycznej wdzięczności, wciąż może tylko oczekiwać raczej, na coraz to wykwintniejsze zagrożenia. A o taką fizyczną wdzięczność nie upomniałem się przez przypadek, bo przecież nie dość, że normalnie taka społeczna pomoc dla władzy zmierzającej w obywatelskim kierunku byłaby nieoceniona, to jeszcze przecież sam prezydent Pan Lech Kaczyński, nawoływał do współpracy w przedmiotowej sferze... A tymczasem niedoszli - przynajmniej jak na razie - naprawiacze, rzeczywiście korzystają ze współpracy, lecz tej wypływającej z przeciwnej strony...
Tak więc, albo naprawiamy państwo, albo dalej gnębimy obywateli? Jeśli gnębimy, to faktycznie korzystanie z doradztwa np. sędziów jest tu akurat na miejscu. Jeśli jednak rzeczywiście mamy inne zamiary, to wybór pomiędzy rowerzystą po browarze - który i tak zapewne doczekałby się kary - a zdemoralizowanym sędzią nie istnieje! Szkodliwość społeczna jest tu nieporównywalna i będzie nieporównywalna nawet wówczas, jeśli na pulę postawimy najpoważniejszego rzekomego bandytę, a chociażby dlatego, że przy takich sędziach zawsze może on liczyć, że zostanie bezpodstawnie wypuszczony lub drżeć, że zostanie niesłusznie skazany. Oczywiście, negatywne skutki pozostawienia w bezkarności takich "strażników naszych praw i wolności", są znacznie, znacznie bardziej rozwinięte... Czy takie rozpieszczanie najistotniejszych członków najszkodliwszej polskiej mafii, to jakaś nowa, niekonwencjonalna forma kary za ich matactwa i przekręty? Za podłe i bezczelne niszczenie ludzkich bytów? Wskazywałem już niejednokrotnie, że aby przyłapać sędziego na przekręcie, nie trzeba robić zasadzek czy prowokacji, bo wszystko jest zapisane w aktach. Można nawet - ot tak w biegu - wybierać sobie w ciemno na chybił trafił i nie będzie to bynajmniej totolotek, lecz raczej audiotele. Znamy ten wachlarz bezczelnych sposobów i wiemy z jaką potwornością i nagminnością skutkują przeciwko obywatelom, nie mając przy tym skrupułów dla nikogo. I, jeśli nie dorobimy się tu organu, który stanąłby twardo na straży tego, czego sędziemu nie wolno, to wolny wybór ofiar i wymierzanie sprawiedliwości kasą i układem oraz chorymi procedurami, wykreowanymi długoletnią bezkarnością, będzie dalej na porządku dziennym, a teraz już - jak się okazuje - nawet może... nocnym czy wieczornym. To jedna z najbardziej elementarnych konieczności, od której m. in. wypadało zacząć, bo - jak wiemy - skutki wypływające z tego mają przełożenie na całą resztę...
Takie więc, stanowisko akurat Pana Ziobro jest szczególnie obezwładniające, bo nie tylko, że on sam najlepiej powinien wiedzieć na czym to wszystko polega, to ponadto wiedza w tych kierunkach jest już tak obszernie objawiona, że nawet wybitny niefart nie mógłby rzeczywistemu naprawiaczowi państwa, pozwolić jej przegapić. Sami poszkodowani obnażyli to wszystko przecież w aż nadto dosadnej formie, przedstawiając generalnie cały problem w skargach do państwowych urzędów, w listach do redakcji czy też w formach internetowych... Natomiast autor tych słów - tracąc czas za całą tę śmietankę sztucznych "mędrców" naprodukowanych przez lata i poukrywanych pod różnymi szyldami, którzy jakoś nie pałali i nie pałają ochotą do wykazywania obywatelskich kierunków, ani tych teoretycznych, ani tych praktycznych (zobaczymy co będzie jak Naród zrobi Wam lustrację z pożytku Waszej pracy) - wystawił jak na tacy, m. in. wskazywane już analityczne opracowanie, obnażające wzdłuż i wszerz mistyfikację sądownictwa, a Ci dalej swoje (druga część jest jeszcze w przygotowaniu)... A wspominam o tym znów nie przez przypadek. Jest to bowiem o tyle zastanawiające, że jeszcze niedawno otrzymałem e-korespondencję od senatora RP, Pana Zbigniewa Romaszewskiego z PiS-u - za którą tą drogą chciałbym przy okazji podziękować - w której to dziękując za opracowanie, wyraża on swoją chęć wykorzystania tego materiału w pracach nad reformą wymiaru sprawiedliwości. Odebrałem to jako dobry znak, bo przecież nie musiał tego robić, też mógł to przemilczeć, a różnica pomiędzy wskazaniami tego materiału, a tym czym nas dotychczas raczono, jest przecież diametralna i kluczowa. Tymczasem okazane stanowisko Pana ministra sprawiedliwości nie okazuje nawet błysku w tych kierunkach. No cóż, przecież praktycznie jest przeciwstawne...
EGZOTYCZNA NIEZAWISŁOŚĆ
Oczywiście, nie ma tu sensu robić jakiś pełniejszych wyszczególnień i nawiązań do - decydujących w głównej mierze o mojej reakcji i wciąż powiększających swoją zasobność - "niefortunnych" wypowiedzi Pana Ziobro, bo nie ma też sensu w kółko tłumaczyć tego samego, ale chciałem zwrócić uwagę na parę kwestii, które wespół zwiastują nam niestety, nadzwyczaj zatrważającą perspektywę... Otóż np., mogliśmy od Pana ministra usłyszeć coś w tym tonie, że jednak nic złego się nie stało z powodu szybkich sądów, jak to niektórzy sugerowali... i że po pewnym czasie ich funkcjonowania, przedstawi ich ocenę. Trudno spekulować, w jakim stopniu zostało to już zrealizowane w tym momencie, gdy czytają Państwo te słowa. Wiadomo natomiast, że z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej oraz znajomości patologii sądowej, należałoby pod tym rozumieć, że zdążył już przepytać i dalej będzie przepytywał przede wszystkim osądzonych - aby oczywiście przeciwdziałać przekrętom - i będzie to robił zawsze, nie tylko pod media, ale również wtedy, gdy proceder całkiem spowszednieje, bo przecież na tym polega tu główny problem. Skoro ktoś powierza tak odpowiedzialne zadanie, tak nieodpowiedzialnej instytucji, to wymusza to na nim specjalne obowiązki. Tymczasem okazane stanowisko, oczywiście temu zupełnie przeczy, co już nawet bezpośrednio wynikało z tych relacji. Ponadto, np. wspomniana idea fałszywej "niezawisłości" - której działanie tak dobrze już poznaliśmy, szczególnie jako poszkodowani i którą nie tylko Pan Ziobro, ale również inni jego partyjni koledzy, zaczęli niepokojąco coraz intensywniej przywoływać - wyglądała sobie dotąd dla Ministerstwa Sprawiedliwości tak:
Ministerstwo nie wtrąca się do przekrętów sądów,
choć te są zawisłe od wszystkiego "co się rusza",
a nie jest zwykłym obywatelem...
I to jest właśnie ta podła "niezawisłość", która wyraźnie ma tendencje jak gdyby już dziedziczne, a co daje po prostu sądom przyzwolenie do dowolnego przekręcania ludzi wedle "kaprysu dnia". Oczywiście, na tej samej zasadzie działały sobie dotąd również inne organy, takie jak np. Rzecznik Praw Obywatelskich czy Krajowa Rada Sądownictwa, które dopełniały tę konstrukcję, a więc istniały sobie praktycznie tylko dla kamuflażu i własnych korzyści, bo wszystkie w komplecie nie wtrącały się do przekrętów sądów, a to nie wtrącanie się, nazywały sobie właśnie "niezawisłością". Oczywiście, jeśli ma się władzę, to nie tylko kineskop może udawać księżyc, ale może też nie działać siła grawitacji (celowo używam tu nie tak dawnego odniesienia samego Pana Ziobro) i pojedynczy, zwykły obywatel, sam takich "boskich" narzutów nie zmieni... Jednak dla przypomnienia wypada znów zauważyć, że niezawisłość sędziowska ma przede wszystkim służyć ochronie obywatela. Sędzia jej tylko podlega, a chroni go - dalece przegięty - immunitet, który normalnie powinien chronić sędziego, a nie sędziego-przestępcę, ale to dalszy, choć współbieżny problem. I dopiero wówczas władza publiczna mogłaby odcinać się od ingerencji w sądownictwo (w sądownictwo, nigdy nie w przekręty, które zawsze podlegają interwencjom), nazywając to niezawisłością, kiedy bazowa niezawisłość działałaby dla obywatela, a więc kiedy byłby on zabezpieczony przed ingerencją wszelkich nieuprawnionych sił w jego sprawy. Tymczasem w naszym sądownictwie ta podstawowa niezawisłość w ogóle nie występowała, bo właśnie państwo nigdy o to nie zadbało. To wszystko już obficie wyjaśniałem. W ten sposób, rzucono nas po prostu na pożarcie. Państwo działa sobie tylko dla państwa, a więc jakaś tam wąska grupa ludzi - oczywiście, wąska w odniesieniu do ok. 40-milionowego społeczeństwa - wchodząca w skład systemu lub mająca na niego wpływ, urządza sobie gry, których skutki uboczne spadają na masową szkodę zwykłych obywateli. Tych obywateli, którzy albo pracują na ich utrzymanie, albo zostali z tego - najczęściej jeszcze pod piętnem fałszywego obarczenia winą - systemowo wyłączeni, tworząc wespół Naród, którym właśnie możni zupełnie się nie przejmują, no może za wyjątkiem okresów przedwyborczych czy jakiś tam marginalnych medialnych nagonek lub ew. strajków konkretnych środowisk...
Jeśli więc, ta oszołomowa "niezawisłość" wciąż ma funkcjonować, oznacza to, że Pan Ziobro w kwestii prawidłowości funkcjonowania przyspieszonych sądów, będzie konsekwentnie zwracał się o opinię raczej do tej zupełnie niekompetentnej strony, czyli sędziów i innych członków korporacji, a więc przekręty i ciemiężenie biednych i bezbronnych obywateli, będą dalej sobie szły w najlepsze, tyle że w... szybszym tempie, a opinia publiczna będzie się dowiadywała o rzekomo pozytywnych tego stronach, wspieranych specjalnie dobranymi, potwierdzającymi przykładami. Autor tych słów bardzo chciałby się mylić, ale taka wizja z każdym dniem staje się coraz mocniejsza, a m. in. właśnie dlatego, że zarówno Panu Ziobro, jak i innym członkom PiS-u, zbyt często zdarza się już nawiązywać do herezji o niezawisłych polskich sądach, a prawdziwemu uzdrowicielowi państwa, nie powinno to nawet przejść przez usta, gdyż jest to jeden z kluczowych niedomogów naszego sądownictwa. Sądownictwa, które - przypomnę - odpowiada za poprawność działania państwa w całym zakresie systemowo-gospodarczo-społecznym...
PRZEWLEKŁOŚĆ A PRZEWLEKŁOŚĆ
Niestety, to jeszcze nie wszystko. Składowe okoliczności powstawania szybkiego sądownictwa w zaistniałych, "nie wyremontowanych" realiach i wobec zademonstrowanego stanowiska ministra sprawiedliwości, wyzwalają tu znacznie bardziej zaawansowane obawy... No cóż, kiedy Pan Ziobro nie upatruje najistotniejszych niedociągnięć obecnego stanu w nieistniejącej niezawisłości czy w nieuczciwości, aby w zamian widzieć je np. w przewlekłości postępowań, to po plecach mają prawo już przejść ciarki. Po pierwsze, sugeruje to, że Pan Ziobro dał się tu otumanić nie w jakiś tam powierzchowny sposób, lecz że raczej przeszedł już poważne pranie mózgu. Po drugie, wmówienie ministrowi akurat takiej argumentacji, może oznaczać, że rozkapryszonym sędziom zaczęło już zupełnie poważnie przeszkadzać, że ofiary ich przekrętów mają czelność tak długo się bronić. I tylko czekać, kiedy doczekamy się ekspresowego sądownictwa typowo cywilnego i dalszego, a to wieje już zupełną grozą. Wyjaśnijmy to sobie może trochę lepiej...
Przede wszystkim - nawiązując oczywiście do sądownictwa w ogólnym ujęciu - trzeba tu wiedzieć, że NIEUZASADNIONA przewlekłość postępowań, była zawsze WYŁĄCZNĄ winą sądów, choć oczywiście przy wydatnym współudziale reszty szeroko pojętej korporacji. Każdy kto zna realia sądowe wie przecież, że zwykły obywatel nie przedłuży postępowania nieuczciwymi środkami, bo on nie jest w stanie nawet wyegzekwować tych najoczywiściej należnych mu praw. Natomiast adwokat, nawet w imieniu najmożniejszego klienta, też nic nie wskóra, jeśli tylko sędzia będzie chciał stanąć na wysokości zadania. Oczywiście, takie realia dotyczą różnych elementów, takich jak np. powołania świadków itp., ale także przecież niewiarygodnych zwolnień lekarskich, z których zresztą wyraźnie korzystają też sami sędziowie... Do tego należy dodać, że terminy jakie mają strony na środki odwoławcze - takie jak np. zażalenia czy apelacje - są i tak za krótkie... I dotychczas funkcjonowało to w ten sposób, że biednego - lub nie zainteresowanego kupowaniem sprawiedliwości - aż do bólu poniewierano, odbierając mu każde prawo, jakie stawało na drodze do uskutecznienia przekrętu, a nawet potrafiono dać mu właśnie do zrozumienia pretensje, że jako ofiara śmie się w ogóle bronić.... A co za tym więc idzie, nie tylko choroba, ale nawet i kalectwo nie mogły stanowić dla niego gwarancji przywileju, a - jak wiemy - raczej nawet wręcz przeciwnie... Natomiast adwokatowi czy innemu członkowi korporacji dawano zupełną swobodę manipulacyjną, poczynając od pierwszego złożonego pisma. Np. pomimo tego, że pozew aż promieniował matactwem, był przyjmowany i w tej tonacji realizowany. Ponadto Sądy nie od dziś dysponują narzędziami do karania, np. finansowego, adwokatów (m. in.) i nie naszą jest winą, jeśli w imię branżowej solidarności z tego nie korzystały (oczywiście same finansowe kary, w obliczu np. zamożności, mogą nie stanowić wyczerpującego środka). Jak wiemy, owszem potrafiły ukarać, ale właśnie zwykłego obywatela, np. za wniesienie zasadnego wniosku o wyłączenie sędziego... Jak więc, już po tym pobieżnym okazaniu sytuacji widać, właściwe rozwiązanie problemu nie leży w przyspieszaniu czy skracaniu procedur - bo to uderzy tylko w zwykłych obywateli, którzy i tak nic nie mogą, a będąc najobficiej oszukiwanymi, hurtowo spotykają się z odwrotną potrzebą, a więc ZASADNEGO przedłużania postępowań - lecz przede wszystkim w uczciwości i dobrze rozumianej zaradności sądownictwa. To przecież głównie w jego kompetencji leży rozwiązywanie problemów, np. związanych z nagromadzeniem spraw i tym podobnych, a co jest m. in. przecież też skutkiem ubocznym nagminności przekrętów. Gdyby sądownictwo miało zacne intencje, to w stosownym czasie postarałoby się chociażby o odpowiednie zwiększenie ilości sędziów, co wyraźnie stanowiło tu konieczność naturalną i do czego jeszcze nawiążę dalej. Oczywiście, w tej chwili można tylko w powietrze państwowe zasugerować, że najlepiej w oparciu o nasz cywilny świat i metamorfozę systemową, gdyż ponad wszystko najistotniejsza jest tu uczciwość, a ta u dzisiejszych tzw. "zawodowych" sędziów niemal w ogóle nie występuje, a właśnie ten istotny mankament w szczególności narobił tego bałaganu... No właśnie, tymczasem zamknięte sędziowskie koło wolało postawić na interes korporacji i na najpodlejszą z metod, czyli wyrokowanie "na szablon", za które kiedyś sędziowie odpokutują najprzeraźliwszym płaczem...
WYROKOWANIE NA SZABLON
Może teraz wyjaśnię czym jest "rozpoznawanie" spraw za pomocą szablonów, bo obserwując pewne walczące o swoje prawa środowiska, odnoszę wrażenie, że podjęły one walkę prowadzącą do nikąd, a to z tej przyczyny, że nie wyłowiły istoty swoich problemów. Autor tych słów też oczywiście, nie od razu był "taki mądry", ale pewnego dnia przyszła pora i na to przerażające odkrycie... Otóż, sędziowie - fundując sobie coraz to większy nawał spraw - wyraźnie aby ułatwić sobie pracę i chociaż teoretycznie podołać zadaniu, zaczęli coraz drastyczniej sprowadzać sprawy do wspólnego mianownika. Tak aż w końcu doprowadzili proceder do kresu możliwości. Dzisiaj więc, pewnej - dość szerokiej - grupy spraw w ogóle nie rozpatrują, a ogólnie przyjęty już szablon, z góry wyznacza im przegranego! W takich przypadkach nie interesuje ich więc zupełnie istota sprawy, lecz tylko dążenie do jak najszybszego jej zakończenia za pośrednictwem wszelakich dostępnych (czyt. nieuprawnionych) środków. Rozprawy odbywają się tu tylko dla odnotowania faktu, a ofiara generalnie jest zupełnie pozbawiana swoich praw. W zamian Pan sędzia nie traci czasu na zajmowanie się sprawą w zakresie przedmiotowym. Prawdziwe rozpoznanie potrzebuje stałego pomyślunku, a po co myśleć, jeśli w stosunku do stron, które wnoszą nikłe (czyt. żadne) ryzyko konsekwencji, wynik można śmiało wyznaczać z góry, a później wystarczy tylko - po trupach - go przepychać? Po prostu, przegranego wyznacza tu głównie typ i układ sprawy, a nie jej okoliczności. Szablon ukształtował sobie kierunki, idące w stronę jak najmniejszego ryzyka i mniejszej szkodliwości - co jednak oczywiście, w zestawieniu ze skutkami z tego wynikłymi, przekłada się na czarny żart - a z czasem wszedł w krew i stał się normą. To niezwykle podła odmiana słynnej patologicznej formy "sztuka, to sztuka" i właśnie typowy skutek nie wtrącania się państwa w postępującą demoralizację nie przygotowanego do swej roli sądownictwa...
Jak to wygląda w praktyce? Otóż tak, że np. każdy powód zwolniony od kosztów sądowych - w określonych typach spraw - ma przegrane od razu "z urzędu", o czym oczywiście nie wie. W takich sytuacjach zatem, sędziego wielce nie interesuje co jest w sprawie. On ma już "odgórną diagnozę", więc teraz tylko wszelkimi środkami dąży do jak najszybszego jej zakończenia. Konkretne sposoby są zależne od indywidualnych przypadków (np. przebiegłości ofiary), ale generalnie najpierw stara się tak ogłosić wyrok, aby nie była obecna przy tym ofiara, z ideą potajemnego jego uprawomocnienia. Dalsze współdziałające elementy tej procedury, to wykręcenie się od sporządzenia uzasadnienia wyroku i próba wyeliminowania odwołania. Wpadnięcie w tę pułapkę charakteryzuje fakt, że wszystko jest skierowane przeciwko nam. Co byśmy nie zrobili zawsze będzie źle, a Sąd tak kombinuje, aby tylko na czymkolwiek - wedle jego miar - móc nas przyłapać. Przy czym właśnie forma absurdu jest tu dowolna, więc nawet jeśli wciąż stajemy na wysokości zadania, to zostają uruchamiane coraz to bezczelniejsze środki. Są to działania bez ryzyka dla Sądu, bo powód nie ma kasy i nic nie zrobi (Sąd zna jego oświadczenie majątkowe i sytuację rodzinną), a od wszystkiego jak wiemy, odcinają się organy, które powinny stać na straży naszych praw. Powoda też wygodniej załatwić niż pozwanego, bo skutki wnoszą mniejsze ryzyko krzywdy - choć oczywiście w kontekście tysięcy różnorodnych spraw, jest to argument, mówiąc delikatnie, daleki od doskonałości - oraz łagodniejszy stopień negatywnego odbioru społecznego. Powód może jednak wygrać, a "wystarczy", że kupi sprawiedliwość poprzez opłacenie adwokata. W takiej sytuacji, z reguły przegrane ma już - nie dysponujący takim atutem - pozwany... Jednak, jeśli ten dysponuje zasobniejszą kieszenią lub/i po prostu skorzysta z możniejszego adwokata, może te realia znów odwrócić, itd... itd... Jak widzimy, wszystko jest tu zależne od zespołu prostych czynników, do których jednak nie zalicza się sfera merytoryczna sprawy, ale to jest właśnie ich sposób, m. in. na obronienie się przed nawałem spraw - do którego sami doprowadzili - przy jednoczesnym zadbaniu o branżowy (czyt. swój) interes... Trzeba tu zauważyć, że sądy mogłyby ew. odrzucać pozwy i nie narażać biednych ludzi na straty czasowe i pieniężne - nie wspominając już o zszarganych nerwach i ludzkiej godności - a tymczasem one wolą zaliczać sobie sztuki i udawać, że każdy obywatel ma możliwość walki w sądzie. Jak więc widzimy, szkody jakie wyrządzają tym ludziom są dla nich bez znaczenia i to dopiero okazuje stopień ich perfidii, zupełnie dyskwalifikując ich moralnie z tego zawodu...
Można też na bazie liczbowej wykazać, że przeciętny sędzia nie jest zupełnie w stanie poprowadzić na odpowiednim poziomie, nawet części swoich spraw, jakimi został obarczony... nawet jakby naprawdę chciał i był do tego właściwie przygotowany, co w obecnych realiach jest przecież zupełną sferą science fiction. Bezmyślne realizowanie pism według ustawionego z góry azymutu, to chory sposób na wyrobienie norm dla całej sędziowskiej unii, splecionej - jak wiemy - na wszelakie sposoby nićmi zawisłości, ale również dla innych członków korporacji, biorących jeszcze za to pieniądze... Proszę tu zwrócić także uwagę, że np. taka działająca samodzielnie i zawzięcie ofiara, w pewnej fazie sprawy musi skorzystać - z wymuszenia prawno-sądowego, notabene sprzecznego z Art. 30-32 Konstytucji RP - z pełnomocnika (np. Art. 871 § 1 Kodeksu Postępowania Cywilnego), a ten pełnomocnik w nastałym stanie sprawy, nie będzie miał interesu, aby np. wykazywać uchybienia Sądu, a więc i działać na korzyść reprezentowanej strony. W ten więc sposób, ofiara jest niejako zmuszana do podcięcia gałęzi, na której siedzi, pomimo, że ta i tak ledwo się trzyma, a trzyma się tylko dzięki cudownemu uczestnictwu jej (ofiary) siły motywacji... Nie należy jednak też zapominać o wygodnictwie, które bezkarność może zawsze zamienić w normę, a tu wystarczy, że sędzia to zauważy i się przyzwyczai. A przecież nie dość, że ma od kogo czerpać wzorce, to jeszcze skąd dostawać wymuszające naciski (np. starsi sędziowie oraz bezpośredni przełożeni i Ministerstwo Sprawiedliwości)... Nie muszę też chyba szerzej tłumaczyć, jaka jest różnica, kiedy taki zestaw - przykładowo kilkudziesięciu spraw (choć znam źródła, wskazujące, że można by tu użyć obfitszego zbioru) - zanalizujemy każdą z osobna (przy czym stosowna kontrola umysłowa musi tu towarzyszyć każdej fazie postępowania), co w rezultacie da różnorodne wyniki, a kiedy przelecimy je po prostu pod sznurek, czyli we wszystkich przypadkach "martwiąc się" tylko o zbycie strony skazanej obligatoryjnie na porażkę?
Tak więc zamykając to w ogólne ramki, można powiedzieć, że w dzisiejszym sądownictwie, poziom postępowania jest wprost proporcjonalny do ważności uczestników i nagłośnienia medialnego oraz spodziewanego odbioru społecznego, a odwrotnie proporcjonalny do stopnia bezbronności ofiary. Sprawiedliwość wymierza tu kasa i układ oraz chore, dziedziczone procedury, wykreowane czasem i bezkarnością... Jak brutalny i podły jest to sposób, trudno nawet słowami wyrazić... Morderstwa, samobójstwa, ruina ludzkich bytów, to chyba najdrastyczniejsze tego efekty, od których wypadałoby zacząć... Dzieci, inwalidzi, ludzie bez środków do życia, to z kolei najbardziej wymowne ofiary, tego - pozbawionego jakichkolwiek skrupułów - zezwierzęconego rozboju... Tu może choć zarysowo wskażę - bo to wymagałoby oczywiście, osobnego opracowania - że morderstwo, samobójstwo czy też akt tzw. terroryzmu, dla sądowej ofiary stanowią tylko naturalny efekt prawidłowego funkcjonowania inteligencji! Inteligencji, która dla utrzymywania nas w życiowej grze, na bieżąco poszukuje rozwiązań. Standardowy umysł człowieka na tym polu nie jest więc obwarowany ograniczeniami i kiedy kończą się środki cywilizowane, poszukiwanie trwa dalej, bo problem musi zostać rozwiązany. Poczucie niesprawiedliwości i brak możliwości normalnej walki na drodze prawnej, podsuwają fizyczne rozwiązania, bo po prostu, nie znajdują innych. Winę więc, ponoszą tu WYŁĄCZNIE ci, którzy doprowadzają dany umysł do takiego stanu. W przypadku akurat Sądu, który powinien być dla nas tą najważniejszą ostoją chroniąca naszych praw i wolności, stanowi to odpowiedzialność spotęgowaną... Jak znajdę czas, to wyjaśnię to lepiej, a tym bardziej byłoby to wskazane, że dzisiaj niepokojąco rozwijają się - oparte na tym podłożu - prowokacje, które stanowią dla nieuczciwych i nieodpowiedzialnych, niestety skuteczny i bezkarny środek niszczący uczciwych i najspokojniejszych nawet ludzi.
Tak czy inaczej, jest więc chyba oczywiste, że każdy normalnie myślący człowiek, który zostanie potraktowany w ten sposób, będzie przede wszystkim do upadłego starał się bronić swoich praw, z których najbardziej ogołocił go Sąd, i że przesłanki do - co trzeba jeszcze raz podkreślić - ZASADNEJ przewlekłości postępowań, będą dotyczyć przede wszystkim spraw osób najbardziej BEZBRONNYCH. I to właśnie w te osoby będzie głównie uderzało ew. skracanie procedur i kierowanie się w stronę szybszego - a zupełnie nie przygotowanego do swej roli - sądownictwa. I to jest właśnie wiedza, która zwiastuje nam - sygnalizowaną wcześniej - przerażającą przyszłość, bo nie jest tu istotne, jakie są proporcje względem poszczególnych typów sądów, istotne jest to, że całe sądownictwo łączą te same mankamenty. I jeśli ma się uczciwe intencje, to najpierw trzeba zadbać o normalny - a więc, uczciwy, niezawisły i sprawiedliwy - Sąd, bo inaczej wszystko będzie sprzysiężone przeciwko zwykłym obywatelom, którzy będą coraz drastyczniej eliminowani z gry. Jeśli ktoś, kto miał naprawiać państwo, idzie tak ostro w przeciwną stronę, to mając tę wiedzę, co można o tym w ogóle sobie myśleć...?
OJCOWIE W MALINACH?
Jednak tę sferę problemową, nie poruszyłem - w takiej, trochę szerszej formie - tylko dlatego... Kiedy poznali już Państwo zasady wyrokowania pod szablon, chciałbym więc zadać następujące pytanie: jeśli mamy w rozgrywce matkę i ojca, a walka jest o dziecko, to kto... przegra? No właśnie, czy myślą Państwo, że bezkarny, rozleniwiony i zawalony sprawami Sąd, będzie rozpoznawał każdy problem z osobna? Czyż nie wygodniej lecieć po prostu, pod jedną matrycę? A jeszcze tym bardziej, kiedy można proceder istotnie zakamuflować, np. delegując do spraw sędziów w spódnicach, aby zrzucić patologię na feminizm i dla - nie znającej szczegółów - opinii publicznej, zbudować wrażenie, dyskusyjności (co najwyżej dyskusyjności) problemu...? Z reguły unikam okazywania problemów, gdy dostatecznie ich nie zbadam, ale docierając do tej sfery i po zapoznaniu się z podstawowymi danymi, z góry było widać, że walczący o prawa ojców jeszcze nawet sami - w pewnych istotnych zakresach - wspomagają ten proceder. Dlatego właśnie, staram się uprzedzić wypadki, aby Panowie mogli szybciej skonfrontować to z konkretną wiedzą praktyczną... Ażeby nie było tak, że np. będziecie przez lata walczyli o męskich sędziów, aż wreszcie "ktoś się zlituje" i spełni Wasze zabiegania w całej okazałości, tyle że Wasza sytuacja, ani trochę się nie zmieni. I nie widzę dlaczego miałaby się zmienić, skoro przekręty na różnych sądowych polach są zarówno dziełem kobiet jak i mężczyzn. Dzieje się tak, bo podstawowym problemem dzisiejszego sądownictwa nie jest dyskryminacja czy feminizm, lecz ogólna patologia oparta na szkodniczych mechanizmach. My, proszę Panów, mamy tu do czynienia z najpodlejszą mafią, a nie z sądownictwem wymagającym poprawek. Obszar typowego wyszkolenia, doświadczeń życiowych, predyspozycji czy właśnie kwestia płci, są w takim stadium zupełnie nieistotne. O takich rzeczach moglibyśmy mówić dopiero wtedy, kiedy byłby zbudowany w ogóle jakiś, choćby tylko przyzwoicie rokujący system sądowy, a od takowego niestety jesteśmy na dzień dzisiejszy bardzo daleko...
Jeśli więc, np. z danych okazanych na Waszych stronach wynika, że w prawie 100 procentach ojcowie przegrywają spory o pozostanie opiekunem dzieci - nierzadko zresztą w zadziwiających okolicznościach - to po co kolejne Sądy miałyby rozpoznawać z osobna takie problemy, jeśli cały czas wychodzi im na jedno? Jest chyba więc oczywiste, że sędziowie konsekwentnie opierają się tu na dawno już wyciętym szablonie. Jednak przyczyną wyjściową nie jest męska dyskryminacja - która z tego ubocznie wypływa i zaślepia problem - lecz wygodnictwo sądowe zbudowane na okazanych już podłożach i m. in. osłonięte właśnie mniejszym prawdopodobieństwem sprzeciwu społecznego... A tej kamuflacji wyraźnie Panowie jeszcze dopomagają, bo tu wystarczy właśnie choćby tylko publicznie domagać się sędziów w męskim wydaniu, aby znacząco wspomóc przeniesienie istoty problemu w inne - jakże wygodniejsze dla takiej patologii - miejsce. Po prostu, nie można decydującego i ogólnospołecznie napiętnowanego bandytyzmu sądowego zamieniać na indywidualne pole problemowe - a szczególnie, gdy stanowi ono złudę - bo to atak w samych siebie... Przecież w ten sposób nie tylko osłabiacie, lecz nawet odsuwacie od siebie poparcie standardowej opinii publicznej, a i przecież także innych grup poszkodowanych. Jest bowiem różnica, kiedy społeczeństwo myśli, że kobiety-sędzie bronią tu po prostu swojego (np. matczynego czy kobiecego), a kiedy ma świadomość, że jest to tylko podły, patologiczny sposób sądów, na ułatwienie sobie pracy i wyrobienie norm!
I tu już chciałem wstępnie zaapelować do wszystkich, a więc, nie tylko do poszkodowanych ojców. Jeżeli naprawdę chcemy to wynaturzenie - mające tak istotny wpływ na nasze życia - zwalczyć, to poszczególne jednostki osobowe i różne grupy poszkodowanych, nie mogą wciąż dawać sobie odwracać uwagi różnorodnymi mistyfikacjami propagowanymi przez korporacyjne środowisko i bezmyślnie powielanymi przez osoby trzecie oraz indywidualnie rozumianym poczuciem krzywdy, które wprawdzie stanowi dużą siłę, ale zaciemnia obraz i zupełnie niepotrzebnie nas rozdziela. Tylko ogólnospołeczne zjednoczenie sił może cokolwiek tu zmienić, a tu musimy skutecznie dostrzec, że wszystkich nas poszkodowanych łączy... jeden, NIEPODWAŻALNY wspólny mianownik. I nie ma innych przyczyn naszych nieszczęść...
To samo dotyczy walki o różne zapisy prawa. Jeśli wraz z zaistnieniem przepisów nie umiemy wywalczyć właściwego ich egzekwowania, to takie zmagania nie tylko nie mają sensu, ale jeszcze prowadzą do pogorszenia sytuacji. Wskazywałem już niejednokrotnie, że z przepisami prawa może zapoznać się w zasadzie każdy, ale z faktem ich nie przestrzegania zwykły zapoznawać się tylko ofiary. Te ofiary, które później nie mają głosu. W ten sposób kreowana jest - działająca przeciwko nam wszystkim - fikcja, gdyż dochodzi do nierównowagi pomiędzy wiedzą ogółu a rzeczywistością. Gdyby dzisiaj usunąć z prawa te przepisy, które miały działać na naszą korzyść, a które stanowią tylko fikcję, to dopiero wówczas mielibyśmy prawdziwy obraz "demokracji" i "państwa prawa". Jak zubożona zostałaby tylko sama Konstytucja, nie muszę chyba dopowiadać...? Proszę też zauważyć, ile czasu, nerwów i pieniędzy, zaoszczędziliby np. niemajętni powodowie, gdyby przepisy prawa... NIE GWARANTOWAŁY im możliwości zwolnienia od kosztów sądowych? Natomiast w poruszanej sferze szybkich sądów, wypada tu właśnie podkreślić, że w takich realiach nie jest istotne, co zawierają w sobie ustawy - nawet przy założeniu dobrej(?) wiary samych ustawodawców - bo stały problem stanowią tu prawni egzekutorzy, którzy samodzielnie kształtują sobie wygląd prawa, a co przekłada się właśnie na zwyczajne bezprawie. Z drugiej więc strony nie zapominajmy, że przy uczciwych sędziach dobre jest każde prawo, tyle że tacy są dla nas niedostępni. Kiedy więc, dążymy do zmiany jakiegoś przepisu szczególnego, który np. rzekomo ma wpływ na działanie Sądu na niezasłużoną szkodę stron, to może to jeszcze przysłużać się do budowania sędziom alibi wobec prowadzenia takich - często po prostu, przestępczych - postępowań (w ostatniej chwili pojawił się na forum publicznym znaczący przykład z tego zakresu, a więc Art. 203 Kodeksu Postępowania Karnego). Tymczasem wina z reguły zawsze leży tylko po ich stronie...
Inna sprawa jest z przepisami, które np. dotyczą przywilejów możnych, a które są oczywiście, aż nadto przestrzegane (czyt. wykorzystywane). Tu dochodzimy do kolejnej wątpliwości co do zamiarów obecnej władzy - a przynajmniej jakiejś jej części - która chciała niedawno wzbogacać Art. 30 Konstytucji RP ("Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych."), podczas gdy ten artykuł jest chyba najbardziej godzącą w nas fikcją. Tak więc, nie tylko namiastka człowieka nie miałby szans na wyegzekwowanie swoich praw, ale nie ma takowych nawet dorosły osobnik, a choćby właśnie dlatego, że nie działa sądownictwo i inne organy, które powinny stać na straży naszych praw i wolności. Dlaczego więc przedtem, nie wystawiono pod głosowanie, np. zmian dotyczących Art. 180 i Art. 181 Konstytucji RP, które właśnie mają bezpośredni wpływ na... NIE DZIAŁANIE Art. 30, a co jednocześnie podążałoby w naprawczym kierunku programowym, który pozwolił PiS-owi wygrać wybory? Dlaczego także nie usunięto lub nie skorygowano np. przepisów, które okradają obywateli z wolności wyboru obrony, nie wspominając już o wolności do samodzielnego sporządzania pism? A co za tym m. in. idzie, dlaczego przedtem nie uczyniono, aby np. ustawa o Trybunale Konstytucyjnym stała się wreszcie chociaż zgodna z... Konstytucją (odnośnie tej nie kojarzonej powszechnie kwestii, przygotowuję osobny artykuł)? No tak, ale kto w ogóle zwraca na to uwagę, jeśli uderza to tylko w zwykłych ludzi...? No i wreszcie dlaczego... aż tak się przejęto (m. in. rezygnacja marszałka Sejmu), kiedy nie udało się rozbudować tej fikcji? Czy mamy tu do czynienia ze szczeniactwem, ciemnotą czy nieuczciwością? No cóż, pozwolą Państwo, że na razie odpuszczę sobie dalszy komentarz w tej sferze...
W każdym bądź razie, bardzo liczę na środowisko poszkodowanych ojców w imię naszego wspólnego celu. Szczególnie, że są liczną "rodziną", a dzisiaj liczebność, to jeden z niewielu niestety naszych atutów. Byłoby więc szczególnie niewskazane, abyście Panowie w razie czego stracili czas na walkę nie prowadzącą do celu, skoro można go wykorzystać we właściwszy sposób. Reasumując, nie widzę możliwości, aby po "załatwieniu" męskich sędziów i zmianie przepisów, Wasza sytuacja mogła się jakoś zmienić. No bo, jaka to niby siła miałby zmusić sędziów do rozpoznawania każdego problemu z osobna? A przede wszystkim, jaka to siła miałaby zmusić ich do uczciwego postępowania? No cóż - odnośnie poruszanego zakresu - mogliby jeszcze przejść sobie np. na metodę losowania, ale tu już by znacząco ryzykowali, bo odzew związany z automatycznie powstałym tak również licznym krzywdzeniem matek niesie nieporównywalnie większe zagrożenia. Oczywiście, nie tędy droga... ani dla nich, ani dla Was... Wystarczająco dobrze poznaliśmy już temat sądowy, aby wiedzieć, że jeśliby sędziowie w męskim wydaniu byli kluczem do racjonalnych postępowań sądów rodzinnych, to w innych działach takie postępowania funkcjonowałyby już od dawna. Tymczasem na dzisiaj jest to zupełnie nierealne, bo nie tylko, że nie istnieją jakiekolwiek mechanizmy, które zmuszałyby sędziów do uczciwego postępowania, to nawet jest - jak szczegółowo już to wykazywałem - wręcz przeciwnie... Aby - przynajmniej na początek - chociaż w części to uzyskać, należałoby odebrać im możliwość stosowania nieuprawnionych środków, za pomocą których osiągają swe chore cele. A do tego - jak wspominałem - byłby potrzebny ktoś władny, kto twardo stanąłby tu na straży tego, czego sędziemu nie wolno, a co względem zaistniałych realiów nie jest wcale takie proste... Dlatego też, aby przeciwstawić się tej całej mistyfikacji, potrzeba odpowiedniego podejścia... Istotnym jest tu też zauważyć z innej strony, że ten niemal 100 procentowy wynik wskazywałby, że w tej konkretnej sferze problemowej trudno jest nawet kupić wygraną, a więc tym bardziej - a może przede wszystkim - proceder mógł tak dobrze się trzymać pod tą fałszywą zasłoną. W dalszych zakresach jest już wyraźnie inaczej, więc być może należałoby zweryfikować też myślenie o wynaturzonych sędziach jako skończonych idiotach... Kończąc ten wątek przypomnę jednak, że - w ramach tego konkretnego pola - oparłem się tylko na zasadach ogólnych i powszechnie dostępnych danych statystycznych, które dla decydujących wniosków wymagałyby jednak odpowiedniego uwiarygodnienia... Natomiast pełniejszą wiedzę w generalnym zakresie działania rzeczywistych sądów, zamieszczę - jak już wcześniej obiecywałem - w drugiej części wspomnianego materiału, który mam już zresztą dawno napisany, ale wymaga jeszcze doprecyzowania... Tak czy inaczej, za pośrednictwem tego przekazu, chciałbym zwrócić się do wszelkich grup poszkodowanych z apelem o samodzielne zmierzenie się z problemem, który zasygnalizowałem tu tylko w formie podstawowej. Mogłoby to znacznie przyspieszyć uściślenie dalszej wiedzy oraz efektywniej nas połączyć, a szczególnie, że ten proceder może być głównym kluczem do dobrania się zdemoralizowanemu sądownictwu do skóry...
Tak więc, w zgotowanych nam realiach przewlekłość postępowania, to sfera zależna przede wszystkim od samego Sądu, a skracanie procedur, to dobijający atak w zwykłych obywateli. Trzeba tu odróżnić bezzasadną przewlekłość wynikłą z winy Sądu, od przewlekłości zasadnej wynikłej z potrzeby obrony. Wobec jednak tego, że ta ostatnia powstaje również głównie z winy Sądu, to wówczas ten nie ma interesu, aby sprawa trwała. Tak więc, różne przyspieszające formy są mu na rękę, stanowiąc kolejne przeciwobywatelskie narzędzia (środki) do wybiórczego użycia... To realia ogólne, ale cały problem opiera się tu po prostu na naprawie sądownictwa. Jeśli jej nie ma, to wszelkie środki będą zawsze odwracane przeciwko szarym ludziom... Biorąc teraz pod uwagę niektóre twory pochodzące z wcześniejszego okresu (kadencji) - np. majstrowanie przy takich przepisach jak Art. 5 Kodeksu Postępowania Cywilnego czy choćby Ustawę o Kosztach Sądowych w Sprawach Cywilnych (co wymagałoby osobnego wyjaśnienia; gwoli uczciwości trzeba jednak dodać, że tę ustawę zmodyfikowano) - które wespół uderzają w zwykłego obywatela i wychodzą naprzeciw sądowemu bezprawiu, stanowiąc wyraźny symbol nieuczciwych intencji sędziowskich, zauważymy, że klocki biegną ku jednej budowli... Jeżeli obecne pomysły i preteksty pod jakimi są przedstawiane, mają te same znamiona, stąd m. in. właśnie wypływa wniosek, że najwyraźniej nienasyceni sędziowie mają już dosyć tak długich postępowań w zakresie forsowania swoich przekrętów i tylko czekać na kolejne ruchy realizacyjne. I na pewno szkoda, ale wyraźnie został wciągnięty w to, również Pan Ziobro... A tu pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że już w chwili obecnej, uczciwi ludzie mają zbyt silne podwaliny do życia pod presją, gdyż mogą - poza oczywiście, innymi systemowymi niebezpieczeństwami - w dowolnym momencie i pod byle pretekstem, dostać się do natychmiastowego więzienia, a choćby np. dlatego, że wchodzą w drogę sądowej patologii...? Niech więc Pan Ziobro okaże nam wszystkim, KTO I JAK w takiej sytuacji im pomoże, skoro do tej pory nikogo takiego nie było, a Ministerstwo Sprawiedliwości kontynuacyjnie głaszcze zdemoralizowane sądy i nie przeszkadza w gnębieniu zwykłych ludzi, a co przecież skrywa się po tą głoszoną "egzotyczną niezawisłością"...?
ILOŚĆ A SPRAWIEDLIWOŚĆ
Tymczasem, jakby tego było mało, jeszcze pisząc ten artykuł doczekałem się kolejnej publicznej samooceny działalności szybkich sądów, która potwierdziła moje obawy. Najbardziej bulwersował komentarz byłego sędziego, stanowiącego dzisiejsze otoczenie Pana Ziobro, który nie wstydził się chlubić tym, ile to spraw rocznie będzie teraz można załatwić i ile się na tym zaoszczędzi pieniędzy. Dumnie przy tym podkreślając, że to nie Skarb Państwa będzie płacił np. za "obrońcę", lecz skazany. No i właśnie, my o ochronie naszych praw, a oni o przeliczaniu spraw na sztuki i o kosztach, które wyraźnie coraz obszerniej będą naciągały przede wszystkim najbiedniejszych... To jest właśnie dobitne zatwierdzenie tego do czego przed chwilą nawiązywałem. Ta tendencja oceniania sądów pod względem szybkości i ilości rozpatrywanych spraw, pojawia się nie od dziś i wyraźnie to ona namawia do takiej perfidii jak szablonowe ich traktowanie. Wypada więc tu Panu ministrowi i reszcie zwrócić łaskawie uwagę, że puste przeliczanie spraw na sztuki i traktowanie obywateli jak powietrze i ciemną masę, to przelicznik niegodny człowieka, nawet jeśli ten człowiek z winy państwa jest tak biedny i bezbronny...
Wykładnikiem właściwej pracy sądownictwa może być wyłącznie sprawiedliwość,
a więc stosunek ilości spraw rozpatrzonych do ilości prawidłowych wyroków!
W tym zakresie jednak mamy milczenie, a przecież w obecnym stanie, każda pojedyncza sprawa, to zwiastun ludzkiego dramatu. No oczywiście lepsze to, niż gdyby pod tym właściwym przelicznikiem miano sprzedawać fałszywe dane, ale to niewielkie pocieszenie... Pan Ziobro najwyraźniej zaakceptował przestępczą formę sądownictwa jako normę, więc raczej nie będzie jej burzył, lecz - jak widzimy - udoskonalał. Niestety obawiam się, że lekarstwa na taki stan umysłu, może już nie być. I raczej nie pomogą tu już nawet jakieś silne nim wstrząśnięcia, np. przez tych jego kolegów, którzy nie dali się jeszcze zepchnąć ze słusznej drogi. W tym miejscu należy odnotować też, dość mętne zachowanie Pana premiera J. Kaczyńskiego, który potrafi wygłaszać mowy niosące obywatelskie nadzieje, ale jednocześnie popiera działalność swojego ministra... Tymczasem, gdyby nawet Panu Ziobro porwano kogoś z rodziny i pod taką presją wymuszano tę karygodną strategię, to i wówczas trudno wyobrazić sobie, aby człowiek o zacnych intencjach mógł z takim zdecydowaniem i pewnością w głosie obwieszczać przeciwobywatelskie racje. Trudno też wyobrazić sobie, jak poważny naprawiacz państwa - w dobie szkodniczego funkcjonowania zespołu nieprzemyślanych mechanizmów systemu, kreujących każdego dnia na różnych polach, tysiące przekrętów - mógłby zwoływać konferencje prasowe, aby ogłaszać sukcesy po złapaniu na korupcji jakiegoś pojedynczego prokuratora czy innego systemowca...?
NAJPIERW PRZYCZYNY, NIE SKUTKI
Czy odnotowali Państwo co naprodukowała tzw. "niezależność" w piłce nożnej? A czy dostrzegli Państwo, że w różnych dyscyplinach sportowych, przekręty sędziowskie pojawiają się nawet w "biały dzień" na oczach milionów ludzi, a co szczególnie dobitnie okazała nam np. Olimpiada w Seulu (1988)? Czy potrafią więc sobie Państwo wyobrazić skalę takiego problemu, powstałego na podziemnym luźnym polu, choćby tylko właśnie samych - wspartych nietykalnością i bezkarnością - sędziów sądowych? Otóż, gdyby nawet dzisiaj znalazła się taka ambitna władza, która chciałaby naprawdę wreszcie pomóc ofiarom tego bezprawia, to pomijając inne przeszkody i tak typowymi środkami nic wielkiego nie mogłaby tu wskórać, bo nadążenie za tym - co bezpośrednio i pośrednio naprodukowały i wciąż produkują sądy - wyraźnie nie mieści się w granicach realności (tu przypomnijmy sobie też, że patologia wymiaru sprawiedliwości ma przełożenie na wszelkie inne pola życia). W takiej sytuacji bowiem, należy przede wszystkim machinę tę zatrzymać, usuwając źródła chorobowe i sprzyjające im konstrukcje. Próba wyłapywania pojedynczych osobników - na fizycznych łapówkach - jest niepoważna i dla obywateli pogardliwa. Niejednokrotnie już np. podkreślałem, że jeden sędzia sprawy nie wygra. Tu decyduje cały zespół pomocników (np. jego przełożeni, współuczestniczący sędziowie czy inne organy i osoby, które powinny, a nie stają na przeszkodzie procederu). I to samo dotyczy prokuratora czy adwokata. O przekręcie decyduje cały mechanizm, oparty na zakorzenionych szkodniczych procedurach, który trzeba po prostu w całości unieszkodliwić, a więc wyeliminować również możliwość odrodzenia. Podstawową "płatnością" jest tu przede wszystkim układ, którego nie idzie wziąć do ręki, ale który idzie rozbroić. I od tego trzeba w ogóle zacząć, że do przekręcenia szarego obywatela, typowo nielegalne środki materialne często nie są w ogóle potrzebne (choćby np. w sytuacji, gdy przekręt powstaje z idei wyrobienia sądowych norm), a już na pewno wielkie, więc tą drogą nie można nam pomóc. Tam gdzie duża kasa, tam rozgrywki możnych. Jeśli więc, organy państwa będą szukały "najdroższych", pojedynczych łapówkarzy - których bezpośrednio da się jeszcze w ogóle przyłapać - dla zrobienia wrażenia, to wszystko będzie uderzało tylko w nas, bo główny proceder będzie pozostawał poza kadrem... i to nawet jeśli łapownik sam w nim uczestniczył. Tu chodzi o prawa człowieka i prawdziwe sądy, a nie o pokazowe zabawy w dobrych prokuratorów czy najpowszechniejsze nieuprawnione rozgrywki, chlubnie nazywane - dla sztucznego przypisania im legalności - "politycznymi"... I na dzień dzisiejszy wydaje się, że PiS-owi - bo przecież sam p. Ziobro jako minister rzekomej sprawiedliwości, jest tu i tak w zasadzie tylko symbolem - zabrakło odwagi w zmierzeniu się z rzeczywistością i przeważył ten sam bodziec, jaki poprowadził sędziów na tak haniebną drogę, czyli nasza bezbronność...
UBEZWŁASNOWOLNIANIE NARODU
Co ciekawe, kolejne pomysły o jakich można raz po raz zdawkowo gdzieś tam usłyszeć z mediów - nie tylko takie typowo sądowe wspomagacze, jak np. dostarczanie pism z pominięciem poczty, ale w ogóle różne idee prawne - z reguły idą w tym samym przeciwobywatelskim kierunku. No oczywiście, zaskoczenia to nie wnosi w sytuacji, kiedy bezkarni recydywiści, którzy zamiast wielokrotnego odpowiadania z co najmniej Art. 231 Kodeksu Karnego - za nieuprawnione działania na szkodę stron w sprawach sądowych - będą sobie nadal w najlepsze, w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, wydawać... przekręty. Jednak właśnie w takich okolicznościach przynajmniej wskazany byłby jakiś umiar... A co można powiedzieć o np. kontynuacyjnym wzbogacaniu - pod różnymi pretekstami - monitoringu "ulicznego", zanim dostatecznie nie wzbogacono nim urzędów i innych wymagających stałego dozoru placówek systemowych (np. szpitali) czy choćby rozpraw sądowych oraz w sytuacji dalece niedopracowanego, niosącego różne zagrożenia systemu? Przykładowo: jak teraz w takich okolicznościach, dyskretnie i bez ryzyka konsekwencji, rozplakatować informacje obnażające oszukiwanie obywateli czy szkodzenie im przez władzę rządzącą, czy też dotyczące obalenia chorego sądownictwa? Otóż, w takich realiach na horyzoncie pojawił się nawet taki czarny scenariusz, że możemy teraz za to - ale np. pod innym pretekstem - dostać wyrok, który zrobi z nas przestępcę i uniemożliwi "legalną" walkę o nasze prawa i rehabilitację, bo o eliminacji skazanych z życia politycznego (na razie sejmowego i senatorskiego) możni mówią zatrważająco coraz głośniej, a w zakresie rzeczywistej naprawy sądownictwa wciąż panuje niemal idealna cisza... Tworzy to więc tylko perspektywę oczekiwań na rozwój dalszych niebezpieczeństw...
Czy to jest takie trudne do pojęcia, że najpierw wypadałoby stworzyć jakiś uczciwy system, aby poprzez ten fakt nabyć dopiero prawa do wymagania tego samego od obywateli? A przecież, gdyby system w miarę prawidłowo działał, to i z obywatelami nie byłoby większego kłopotu. Nie musieliby np. mordować z poczucia niesprawiedliwości, nie musieliby kraść aby przeżyć, spać na dworcach, dożywotnio pić - najpierw dla zapomnienia, a później z musu - czy też brać lub sprzedawać narkotyków... a w następstwie skutkami obarczać następne pokolenia... To wszystko powstaje przede wszystkim z winy państwa, a jest zrzucane na pojedynczych, bezbronnych obywateli. I co gorsza, system już stanowczo za bardzo przyzwyczaił się do obarczania społeczeństwa różnorodnymi skutkami swojej nieudolności i niewydolności (tu trzeba jeszcze np. wskazać na tzw. "bezrobocie" czy też na skutki wynikłe z niewłaściwego urzeczywistniania idei praw autorskich w stosunku np. do oprogramowania komputerowego /tworzenie sztucznej przestępczości na bazie uczciwych, biednych ludzi/, jak i choćby ostatnio na problem z nie wymienionymi dowodami osobistymi, itp.). Tu należy zauważyć, że to oczywiście również problemy innych państw, więc warto to sobie uświadomić, aby nie ulegać przewrotnemu ich wykorzystywaniu (np: u nich tak jest, więc u nas też może)...
Dlaczego wciąż jeszcze istnieje straż miejska, typowy przeciwobywatelski twór do egzekwowania bezprawia, a nie widać np. jakoś chęci do stworzenia straży obywatelskiej (narodowej) dla ochrony obywateli przed systemem...? Co można powiedzieć o próbie narzucenia kolejnych sztucznych kwalifikacji dla różnych zawodów, co nie tylko uderza w wolność obywatelską, ale jednocześnie stawia na fikcję, przeciętność i kontynuacyjne udawanie fachowości państwa? Jak widzimy, wszystko to wyraźnie zmierza do zwykłego obywatelskiego ubezwłasnowolnienia oraz umocnienia państwa dla wybranych. Państwa, które np. wciąż przypisuje sobie prawo do nadawania przywilejów, mimo że nie nadąża za cywilizacją, a więc składa się z coraz to bardziej niekompetentnych ludzi, a napraw systemu jak nie widać tak nie widać... No cóż, błędy można naprawiać różnymi środkami, ale z lekarstwem na głupotę jest już gorzej. To uwaga przede wszystkim do pomysłodawców tego niepoważnego projektu, którzy są żywym potwierdzeniem jego szkodliwości. Np. jeden z winowajców chwalił się, że jest po studiach i dlatego ma kwalifikacje. To w zasadzie nie powinno dziwić, że osoby niepredysponowane mają taki problem z dostrzeżeniem tak oczywistej weryfikacji jak... KWALIFIKACJE RZECZYWISTE (!), które mogą być przecież jedyną podstawą do czegokolwiek. Kwalifikacje papierowe dla cywilizowanych działalności w obecnych realiach nie mogą stanowić żadnej wartości. Dotychczas służyły jako skuteczna zasłona niekompetencji, ale chyba już tego dość? Najwyższy poziom danej dziedziny może wykreować - szczególnie przy aktualnym stanie wiedzy państwowej - wyłącznie selekcja naturalna... To przede wszystkim eliminuje wszelkie problemy związane z nieprzewidywalnościami życiowymi oraz różnorodnością człowieka, czemu dzisiaj sztuczna kwalifikacja - bez uszczerbku dla nas - nie jest w stanie sprostać. Tu przecież chodzi też o godność i wolności człowieka. Np. co z ludźmi, którzy skończyli jakąś tam szkołę (ew. nie kończyli w ogóle), ale w swoim zawodzie zupełnie się nie udzielali - więc, szczególnie po latach nie mają o nim pojęcia - ale za to są fachowcami w zupełnie innej branży i to takimi, że hipotetycznym państwowym egzaminatorom nie wypadałoby nic innego, jak najpierw się u nich podszkolić? Nie zapominajmy tu też o błędach komuny i o loterii życiowej 15-latka, który ma wybierać swoją dorosłą drogę nie mając odpowiedniego pojęcia o swoich możliwościach i ogólnych realiach. I w końcu nie zapominajmy o internecie, który odebrał monopol na wiedzę wszelakiemu szkolnictwu... Aby system państwowy mógł uzurpować sobie prawo do nadawania przywilejów, to najpierw sam musiałby powstać na odpowiednio wykrystalizowanej bazie, a nie na jakiejś komunistycznej chałturze i rozwijanych przez lata układach, obniżających z dnia na dzień ogólny poziom predyspozycyjny. Ujmując to prościej, powinien precyzyjnie szukać najlepszych, a nie tworzyć ich sztucznie, m. in. za pośrednictwem tradycji rodzinnych oraz mediów... Jeśli chcemy się dzisiaj prawidłowo rozwijać, to fikcja nie może nam dyktować warunków, bo to zwyczajny debilizm, stanowiący samobójczy zamach na cywilizację! Jak na razie - gdy piszę te słowa - uchronił nas od tego niebezpiecznego zamysłu "PiS-owski Senat", co po raz kolejny jakby objawiało nam sprzeczność myślenia pomiędzy obozem, który wyraźnie nie dorósł do swej roli a ludźmi bardziej doświadczonymi i co oczywiście można uznać za nutkę optymizmu. Generalnie, sfera edukacji wymaga oczywiście szerszego omówienia, a - wobec notorycznego prania mózgów przez przesiąknięte dotychczasowym podłożem edukacyjnym wpływowe media - tak naprawdę powinienem napisać tu obszerną książkę. No cóż, teraz wypada chociaż okazać ten temat w podstawowym zarysie...
Najpierw trzeba się tu po prostu obudzić i uświadomić sobie, że dzisiaj wiedza (informacja) jest ogólnie dostępna i każdy, kto umie z niej korzystać i ma chęci, nie potrzebuje łaski jakiegoś pokomunistycznego, zacofanego i niekompetentnego z natury, systemowego tworu, który usilnie wciąż próbuje nam rozdawać absurdalne prawa do sztucznej mądrości, co naturalnie robi nam wszystkim tylko kłopoty. Kwalifikowanie ludzi po umiejętnościach rzeczywistych, to stan, w którym o przydatności decydują bezpośrednio klienci na podstawie efektów praktycznych oraz pośrednio pracodawcy, np. na bazie rozmów kwalifikacyjnych, konkursów, testów, okresów próbnych czy castingów (nie zapominajmy też o formach rankingowych, ale nie wypaczających idei kwalifikacji rzeczywistych). Nigdy nie papierowa fikcja. Każdy człowiek w dowolnym okresie życia może wzbogacić swoje umiejętności czy posiąść lub rozwinąć dowolną wiedzę za pomocą dowolnych środków i nie potrzebuje jakiegokolwiek "namaszczenia", ponad to jakim może być, choćby późniejsze zadowolenie klienta... Jest to właśnie ciekawe, że my obywatele, będąc klientami systemu, jesteśmy z niego do bólu nie zadowoleni, a on sobie dalej tak działa. I to jest właśnie nienormalne, a podyktowane tymi chorymi realiami... Jeśli nikt z zewnątrz w taką - nieprzemyślaną i rozwiniętą na bazie układów oraz różnych tradycji - strukturę odpowiednio nie zaingeruje, to wciąż obniżający poprzeczkę świat przeciętności, który narzuci społeczeństwu swój poziom myślenia i wiedzy jako wybitność, będzie po prostu cofał cywilizację. Rzeczywista edukacja potrzebuje na stałe ludzi predysponowanych, którzy będą tę wiedzę na bieżąco korygowali i właściwie rozwijali, a nie naśladowniczo przenosili różne błędy i niedorzeczne teorie na kolejne pokolenia po wszechczasy. Podstawę winny więc tu stanowić przede wszystkim kwalifikacje naturalne (wrodzone), a jeśli system nie tylko, że ich nie wyodrębnia, ale jeszcze swoim monopolem blokuje na tym polu wolności obywatelskie, to staje się producentem wybitnego zła. Wówczas bowiem powstaje takie dziwne państwo, w którym różne pożądane wartości są zastępowane układem i fikcją... Dzisiaj więc, autorytetami zostają nawet aferzyści, co jest oczywiście powiązanym skutkiem niewydolności zgniłego systemu. Społeczeństwo w zabieganiu z reguły nie zauważa przyczyn swoich różnych problemów - bo oddziałowywanie korzystających z tego dziedzictwa mediów, robi swoje - ale niestety boleśnie to odczuwa...
W sumie m. in. sens takiej edukacji doprowadza się do tego, że gdyby małpy były trochę bystrzejsze, to one zapewne byłyby dzisiaj najbardziej "wykształcone", bo to one najbardziej potrzebowałyby takiej sztucznej inteligencji... Tymczasem nie ma ludzi gorszych czy lepszych. Wszyscy jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, lecz chodzi oto, aby ludzie trafiali w odpowiednie miejsca... Np. niepredysponowani w sferze intelektualnej, urodziwszy się w dowolnych okresach dziejowych, z reguły zawsze swoją egzystencję będą sprowadzać do zaakceptowania istniejącego stanu, nie dostrzegając lub nie wierząc w możliwość realizacji, nawet tych narzucających się kierunków postępowych, więc zawsze istotne jest odpowiednie wyjście temu naprzeciw... Jeśli tego system nie umie robić, tym bardziej nie ma prawa narzucać monopolu na swoją fachowość czy mądrość, bo to przede wszystkim niepotrzebna szansa na "mądrość dla głupców", którzy zamiast zasłaniać się miotłą czy łopatą (oczywiście, bez jakiejkolwiek urazy do tych zawodów i samych ludzi) mogą nawet do końca życia zasłaniać się - w takim stanie nieistotne nawet jak zdobytym - papierowym (np.) dyplomem (czyt. rozumem). I nikt nie poniesie odpowiedzialności za wynikłe z tego szkody, a przecież wielu z nich będzie pod różnymi postaciami także nauczać czy choćby tylko dawać przykład... Nikt tych szkód - w odniesieniu jednostkowym - nawet nie zauważy, bo składający się z takich samych, niemiarodajnie sklasyfikowanych, przypadkowych czy podsuniętych ludzi, świat systemowo-publiczny, będzie właśnie jednym wielkim światem - dyktującej warunki - przeciętności i fikcji, dla którego wszystko to będzie normalne. Mimo, że sam będzie potrafił się dziwić: "skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle"...?
Dzisiaj nie mamy czasów z jedną książką na klasę czy tym bardziej na szkołę - a więc szkołę, która tym samym stanowiłaby jedyne źródło wiedzy - a mimo to próbuje się ciągnąć tę dziedzinę, jakby wciąż tak było! Pozostawiona sama sobie sfera edukacyjna stworzyła i rozwinęła swój własny świat, z którego musimy umieć się teraz także wyzwolić, bo - niekoniecznie w przenośni - powrócimy do jaskiń. Wizytówką tego są właśnie coraz niższe umiejętności osób publicznych, co pomimo medialnej maski, zapewne jest i dla Państwa wystarczająco czytelne, choć być może jeszcze niedostatecznie "docenione"... Dzisiaj młodzi ludzie nie idą na studia, aby stać się fachowcami, bo to można osiągnąć przecież w bardziej ekonomiczny lub/i skuteczniejszy sposób, lecz głównie po to, aby dostać przydział od systemu na szansę zaistnienia w życiu. A warto tu dopowiedzieć, że taki przydział w przeciwieństwie do umiejętności rzeczywistych, można przecież też kupić, podrobić lub uzyskać inną nieuprawnioną drogą. I najgorsze nie jest jednak to, że masowo będzie dawało to sztuczne kwalifikacje nieodpowiednim osobom, lecz to, że sztucznie zablokuje i wykluczy z gry ludzi właściwych, którzy zamiast podnoszenia poziomu cywilizacji, będą jeszcze traktowani - przez stworzoną tak śmietankę przeciętności - jako gorszy stan. To taka bezmyślna, samobójcza eliminacja konkurencji, niosąca oczywiście niebezpieczeństwa zarówno w zawodach umysłowych, jak i fizycznych. Ogólnie szkodzi to naturalnie nam wszystkim - a więc również i tym, którzy z tego niby korzystają - gdyż ma to przełożenie na całą naszą płaszczyznę życiową...
Z innej strony muszę tu dla pewności też dodać, że oczywiście nie każdy posiadacz sztucznej kwalifikacji na nią nie zasłużył, a nawet nierzadko przecież wręcz przeciwnie. System wprawdzie nie szuka najlepszych, ale też przecież od zalążka w komplecie kandydatów nie eliminuje... I dlatego trzeba cały czas pamiętać o budowie tej systemowej fikcji, opartej m. in. na zasadzie: "albo jesteś z nami, albo jesteś nikim". Droga do zaszczytów i upadków bywa więc różna i różne zawierają się w tym wartości, a kwalifikacje rzeczywiste pozostają zawsze na swoim miejscu...
SAM NIE POMOŻE, INNYM NIE DA
Do jakiego blamażu zaprowadziła ta droga, można czytelnie zobaczyć obserwując choćby "nasze" prawniczo-sądowe podwórko na niwie publicznej. Oczywiście, o poziomie standardowego prawnika nawet nie ma co się tu znów rozwodzić, bo jest to po prostu kpina. A do jakiej bezczelności posunięto się już nawet za pomocą zapisów prawa, aby wcisnąć nam ich "usługi", które tak często są - nawet nie skrywanym - działaniem przeciwko nam, wszyscy chyba dobrze wiemy? To m. in. również efekty wyłączenia obywateli z nadzoru nad tym wszystkim... Jednak demoralizacja nie może przesłaniać nam tak znaczących braków intelektualnych zainteresowanych, które najczytelniej obnażają się właśnie za pośrednictwem wypowiedzi publicznych, które w swoich chorych przesłaniach potrafią nawet sięgać zwykłej dziecinności. Nie wstydzą się tego, bo albo sami wierzą w to co mówią, albo myślą, że dany fałsz - choć przejrzysty - jest niewykrywalny. Osoba na stosownym poziomie - nawet dając się zdemoralizować - pewnych granic w tym zakresie jednak nie przekroczy, bo tego pilnuje po prostu... wstyd! Przypomnę, że mówimy tu o wypowiedziach na forum publicznym, a nie o debilizmach zawieranych w pismach. Wprawdzie to się ze sobą także łączy, ale niejawność, pośpiech i taktyka szablonowa - wspierane naciskiem przełożonych - mają tu jednak też swoje znaczenie... Tymczasem gdzie jak gdzie, ale przecież do sfer wymiaru sprawiedliwości powinny trafiać osoby o szczególnych walorach umysłowych. No cóż, nikt ich nie szuka, bo tu weryfikatory są od dawna ustawione na inne fale - np. choćby rodzinne - a dalszy scenariusz już znamy...
I teraz znów patrząc z drugiej strony, jeśli obywatel uczestniczy kilka, a nawet kilkanaście lat i więcej w procesach sądowych - a szczególnie w tych typowo patologicznych - to dzięki silnej motywacji i ogólnemu dostępowi do informacji, zwykle nabywa w danym zakresie wiedzę prawną nie mniejszą niż dowolny "specjalista". Wiedzę, której nie będzie mógł jednak wykorzystać nawet dla siebie, bo państwo na siłę stara się utrzymywać monopol na fachowość, a Sąd oczywiście ochoczo fikcję tę wspomaga. Jak wiemy, w swoich patologicznych postępowaniach Sąd upokarzająco ignoruje - nawet najbardziej dosadne - wskazania prawne zwykłego obywatela, konsekwentnie podtrzymując mit o bezwzględnym prawniczym znawstwie. Jest to oczywiście nie tylko niepoważne, ale przede wszystkim nas dyskryminuje, uderzając z wielką siłą w naszą godność i wolności. Zresztą trzeba sobie uświadomić, że obywatel próbuje tu stosować po prostu prawo, a w sądach niestety obowiązuje - wykreowane niekontrolowanym życiem korporacji - zaawansowane bezprawie, które bez specjalnej demoralizującej aplikacji jest rzeczywiście trudne do pojęcia przez człowieka cywilizowanego... Ta kluczowa różnica, to oczywiście wskaźnik dyskwalifikujący tę przestępczą maskaradę, która na bieżąco demoluje sprawiedliwość społeczną i wypacza przeróżne wartości... Wykonana indywidualna praca jaka zostaje włożona w takie sprawy i zasiliła nasz umysł jest naszą wartością i nie powinna go tylko bezproduktywnie zaprzątać. Jeśli sądy będą normalnie działały, a prawnicy wypełniali należycie swoje obowiązki, to nikt nie będzie musiał dodatkowo zgłębiać wiedzy prawnej. W sytuacji, kiedy tak jednak nie jest, wszelkie takie obywatelskie ubezwłasnowolnienia są szczególną podłością...
I niech nie zdziwią się np. lekarze, kiedy ludzie zaczną coraz powszechniej sami się leczyć i wspomagać innych, bo oprócz potrzeb, nie jeden z tych ludzi dysponuje tu znacznie większym potencjałem, ale wówczas pojawią się pretensje i kombinacje, aby tylko to uniemożliwić. I zresztą życie już to też odnotowało. A przypomnę, że nie tak dawno takie pomysły przychodziły dziennikarzom systemowym - oczywiście, z całą pewnością nie wszystkim - którzy chcieli sobie wyeliminować konkurencję, podczas gdy jak wiemy, wielu z nich nie powinno w ogóle udzielać się w tym zawodzie, a już na pewno być dopuszczanym, np. do państwowych konferencji prasowych, które notabene powinny też wreszcie zadbać o jakiś poziom. No chyba nie ma tu wątpliwości, że nie powinny być, ani przytułkiem dla nieudaczników i nierzetelnych, ani też meliną do załatwiania własnych interesów i rozwijania intryg... Proszę zwrócić tu uwagę, że tworzy to taką sytuację, że gdzieś tam z jednej strony cierpią ludzie, którzy oczekują od możnych konkretnych działań, a np. z drugiej, jakaś tam "dziewczynka" - która zamiast dbać według przeznaczenia np. o czystość podłóg - zabiera czas najwyższym władzom bezmyślnymi pytaniami czy wręcz dziecinadami i buntuje tym jeszcze ogół społeczny. A władza się tłumaczy... I to są właśnie - prosto wyrażone - efekty tej niezwykłej "edukacji" i "profesjonalizmu" państwa, gdzie sztuczna kwalifikacja i układ dają właściwie wieczne przyzwolenie na wyrządzanie systemowo-społecznych szkód... Prawnicy nawet na forum publicznym, konsekwentnie nie potrafią okazać jednomyślnej wykładni prawnej do niemal każdego przepisu czy problemu, pomimo że bazują na prawie, które zostało dla wszystkich już zapisane w jednobrzmiącej formie, a oni chodzili do rzekomo specjalistycznych szkół w tym zakresie. Natomiast matematycy - w jeszcze wymierniejszej dziedzinie - nie potrafią rozwiązać najbardziej elementarnego działania i to też w odniesieniu zbiorowym, do czego zresztą nawiążę w osobnym, specjalnym artykule (tu zapewne narażę się niemal całemu matematycznemu światu)... A ludzie boksu całkiem "legalnie" - no i oczywiście również pod fikcyjną zasłoną wybitności - robią sobie z ludzi kaleki, ale system - za pomocą swoich naczyń połączonych - nikogo nie dopuści, aby sprowadził ich na cywilizowaną Ziemię, podszkolił i uporządkował tę całą mistyfikację, o której już też pisałem w innych miejscach, choć i tu przydałaby się obszerniejsza publikacja... W mediach, coraz intensywniej objawiają się nam osoby publiczne na coraz to niższym poziomie, które później są utrzymywane w grze właśnie wypromowaniem - złudnie zastępującym wartości rzeczywiste - a co ma oczywiście, niezmiernie szkodliwe przełożenie na cywilizację... Tymczasem tu recepta jest prosta, albo spełniacie należycie swoje zadania, albo spłodzicie sobie konkurencję i zostajecie wyeliminowani z gry. Tak w każdym bądź razie, powinny wyglądać uczciwe zasady, szczególnie w obecnej sytuacji (bo w ogóle, to ziemski świat powinien się organizować, a nie konkurować, ale to jeszcze nie ten etap). Tymczasem utrzymywanie dotychczasowego stanu sztuczności, a w tym blokowanie wolności obywatelskich - i to jeszcze z realną perspektywą dalszego rozwoju - do nich nie należy, stanowiąc właśnie tylko potwierdzenie Waszych "kwalifikacji". Pewnego dnia zostanie to Wam na pewno wypomniane, bo chyba nie myślicie, że ten stan może pretendować do wiecznej egzystencji...? Podsumowując jednym zdaniem strefę edukacyjną, trzeba zdecydowanie podkreślić, że w nastałych realiach sektor prywatny potrzebuje wolności, a sektor systemowy skutecznego oczyszczenia i daleko idących reform. Tyle że na razie - jak widzimy - władze szukają dróg prowadzących w przeciwną stronę... To tak w skrócie, kiedyś - mam nadzieję - wyjaśnię to znacznie dokładniej (również względem pola medialnego)...
UCZCIWOŚĆ I NIEZAWISŁOŚĆ, TO PODSTAWA
Tak czy inaczej - powracając do głównego wątku - niech każda władza teraz pamięta, że my problem znamy już dobrze. Zarówno uprawianie polityki nie ingerowania w przekręty sądów - co bezczelnie nazywacie sobie "niezawisłością" - jak i tym bardziej różnorodne dozbrajanie zdegenerowanego sądownictwa, stanowi współudział w szczególnie podłej zdradzie Narodu. Narodu, który prędzej czy później wystawi Wam stosowny rachunek. Niech więc ci wszyscy, którzy zamierzają kreować przeciwobywatelskie działania, pamiętają, że od tego na pewno nie uciekną, bo każde społeczeństwo ma swoje granice cierpliwości, a te polskie granice - jak okazała przecież historia - należą do tych najniżej położonych...
Na dzień dzisiejszy, nie możemy jednak dawać sobie odwracać uwagi i musimy pamiętać, że kluczowymi czynnikami do prawidłowej pracy sędziów nie są żadne tam standardowe szkolenia - nawet gdyby reprezentowały odpowiedni poziom, a tak dalece nie jest i nie widać, że będzie - ani żadna tam wiedza prawna czy życiowa, ani też jakieś - tym bardziej odbywane w skażonym otoczeniu - aplikacje...
Najważniejszymi składowymi funkcji sędziego jest UCZCIWOŚĆ oraz
NIEZAWISŁOŚĆ oparta na bazie odpowiednich warunków funkcjonowania,
gdzie m. in. instancje są od siebie CAŁKOWICIE niezależne!
I dopiero po spełnieniu tych priorytetowych warunków, można myśleć o wymienionych wcześniej dodatkach, które same w sobie dla utrzymywania stanu sprawiedliwości społecznej, są bezwartościowe. Gdyby Sądy bez takiego - brakującego, a najistotniejszego - przygotowania, egzystując w takiej bezkarności, potrafiłyby wywiązywać się ze swoich odpowiedzialnych zadań, to w gruncie rzeczy nie byłyby w ogóle potrzebne, bo to by znaczyło, że - egzystująca na podobnej zasadzie - pozostała część społeczeństwa, tym bardziej umiałaby samodzielnie uczciwie i zgodnie żyć. A spodziewam się, że nasi możni, począwszy od tych co dziś nauczają, a skończywszy na samej władzy, o prawdziwej budowie tych najważniejszych składników, nie mają nawet, tzw. "zielonego pojęcia". No cóż, nie oznacza to jednak, że mają lekceważyć problem i nie przeciwdziałać. W takim stadium chorobowym bowiem, "każdy środek jest dobry". Gdybyśmy dzisiaj ściągnęli prosto z ulicy stosowną ilość wybranych losowo ludzi i wymienili ich - jak leci - za sędziów, to przynajmniej obywatele pozyskaliby możliwość uzyskania uczciwego wyroku. Obecnie takiej szansy zupełnie nie mają, gdyż egzystująca bezkarnie od lat i spleciona na wszelkie sposoby nićmi zawisłości korporacja, konsekwentnie wymierza sprawiedliwość po prostu - co należy wytykać aż do skutku - kasą i układem oraz wykreowanymi przez siebie patologicznymi procedurami, wspieranymi bezczelnym tłumaczeniem przepisów prawa pod nastałe zapotrzebowanie, co przekłada się na zupełne bezprawie. Takie to są właśnie efekty tej niezwykłej - pochłaniającej więc tylko niepotrzebnie środki - "edukacji". No, a wobec tego, że to wszystko jest okraszone wyrokowaniem pod publikę, a więc tam gdzie telewizja i odpowiednie nagłośnienie, tam palenie głupa i utrzymywanie - przynajmniej w miarę - fasonu, taki przede wszystkim obraz dociera do głów ogółu społecznego, jako fałszywa wizytówka, grubych tysięcy czy nawet dziś milionów przekrętów. Przekrętów, które w różnych zakątkach kraju, naturalnie na bieżąco zwiększają swoją objętość, z obecną realną perspektywą znaczącego wzrostu tempa. Oczywiście nie sposób tu nie dodać o samej roli dziennikarzy z wpływowych mediów, którzy - wychowani na tym samym podłożu - powszechnie przyjęli filmowy wymiar sprawiedliwości jako rzeczywistość i przede wszystkim w ogóle w tej tonacji prowadzą przekazy... Być może niektóre osoby, które wygrały sprawy w sądach, a później nie miały okazji naciąć się na postępowanie, w którym przydzielono im odgórny status ofiary (np.), nabyły przekonania, że jednak w sądach można doczekać się sprawiedliwości. No cóż, wprawdzie od reguł zwykły istnieć wyjątki, ale wyłączając je, niech wiedzą, że takiej możliwości w polskich sądach nie ma! Jeśli uzyskali taki efekt, to tylko dlatego, że albo nieświadomie kupili sprawiedliwość opłacając adwokata o wystarczającej mocy lub zadecydował tu inny związek przyczynowy. W światku, któremu przypisano monopol na decydowanie co oznacza dla innych prawo, gdzie w grę wchodzą środki materialne i który jest otoczony grubym murem bezkarności, nie ma nic za darmo. Jeśli więc wynik zgadza się z prawdziwym stanem sprawy, to nie dlatego, że to jest normalne, lecz że tak zadecydował zespół specjalnych czynników (m. in. właśnie układy i środki materialne, wykreowane procedury i zwyczaje, ważność uczestników, zainteresowanie medialne, itd.)... I ci ludzie ściągnięci z ulicy, też dość szybko doprowadziliby się do tego samego, jeśliby przynajmniej nie zadbano o funkcjonowanie ich w izolowanych, rzeczywiście niezawisłych warunkach. No cóż, nie muszę już chyba dodawać, jak bardzo wskazane byłoby, aby przedtem nie zdołała dosięgnąć ich dzisiejsza "specjalizowana edukacja", nie wspominając już osobno o praktyce - o zgrozo (!) - w zdemoralizowanych sądach... Nie szukajmy więc, indywidualnych czy grupowych przyczyn swoich sądowych - czy w ogóle urzędowych - "porażek", lecz dostrzeżmy, że jest to problem generalny. Starajmy się więc znajdować czas, aby również przede wszystkim pod tym kątem jemu się przeciwstawiać, bo to przecież jedyna droga do celu...
No cóż, jeśli nie widać ruchów możnych w tych kierunkach, a nawet rejestrujemy stałe działania pogłębiające tę patologię, to nasza najbliższa rzeczywistość wygląda naprawdę nie do pozazdroszczenia. Szczególnie, kiedy się doda cały komplet wychwyconych faktów do siebie, a więc również tych, do których tu nie nawiązywałem. Chcąc jak najwymierniej przedstawić sytuację, trudno tu nawet w oparciu o naiwność dostrzec jakieś plusy czy nadzieje, które w tych okolicznościach byłyby godne odnotowania. Autor w każdym bądź razie nic takiego nie zarejestrował, ponad to, co wtrącił do artykułu... Natomiast, jeśli chodzi o ostatnie zmiany - a raczej ich projekty - dotyczące np. "Prawa o Ustroju Sądów Powszechnych" i m. in. szybkiego rozpoznawania wniosków o uchylenia sędziowskich immunitetów, to sprawa ta ożyła dopiero w ostatniej fazie pisania tego artykułu (ustawa miała dopiero trafić do Senatu, a jeszcze grożono Trybunałem Konstytucyjnym). Jeśli więc, będzie coś istotnego do poruszenia, to ew. odniosę się do tego w innym materiale. Musimy tu jednak stale pamiętać o wielkości problemu sądowego, a więc... i o wielkości potrzeb naprawczych, i o priorytetowym ich charakterze. I chociaż każdy drobny detal, który miałby w czymś nam pomóc, może w takich okolicznościach nawet cieszyć, to jednak nie może wpływać na ogólną ocenę sytuacji. I nie zapominajmy przede wszystkim o problemie tworzenia przepisów, które muszą być podparte warunkami do działania, a już szczególnie kiedy dotyczą one np. obowiązków i odpowiedzialności możnych. A na chwilę obecną wygląda to tak, że oczywiście szybkie sądownictwo będzie sobie "aż za skutecznie" działało wobec obywateli, ale w stosunku do sędziów będzie tylko atrapą. Zresztą swoje zdanie dopowiada nam tu też - przeczący wychodzeniu naprzeciw prawdziwym potrzebom - fakt odwrotnej kolejności realizowania tych zamysłów... No cóż, pożyjemy zobaczymy, ale tak niestety przedstawia się nasza obecna rzeczywistość, której - jak by nie patrzył - i tak generalnie musimy sami pomóc...
AUTORSKIE INTENCJE I ZALECENIA
Na koniec może więc uściślę, że tak jak różne inicjatywy, takie jak np. "Afery Prawa", które m. in. umożliwiają poszkodowanym swobodne wypowiadanie się na swoich łamach czy też w inny sposób starają się doraźnie ich wspomagać, tak moja działalność ze względu na określoną specyfiką osobistych realiów, opiera się przede wszystkim na dążeniu do głównego finału, a więc do całkowitego unicestwienia tej patologii. To jednak nie stanie się w pięć minut, a tym bardziej właśnie, że coraz trudniej liczyć tu na władzę rządzącą. Tak czy inaczej, najpierw dla tego celu zamierzam zbudować i przedstawić publicznie stosowną wiedzę w całym tym zakresie, opartą na materiałach wnikliwych, ogólnych i formułowych. Pewna część tej wiedzy znajduje się już w internecie, ale to dopiero cząstka, która będzie jeszcze modyfikowana. Zdecydowana większość wciąż znajduje się na razie w mojej głowie oraz w wersjach surowych w cyfrowych brudnopisach. Zamierzam podnieść jak najwyżej społeczną świadomość w tych zakresach - a to przecież wiąże się m. in. też z bardzo trudnym odkręceniem wielu błędnych, a tak silnie upowszechnionych przekonań - następnie zjednoczyć w miarę wszystkie inicjatywy i ofiary, aby w końcu decydująco uderzyć z gotowymi, możliwie jak najbardziej zoptymalizowanymi receptami na nową rzeczywistość. Jest to nieodzowne, ponieważ wyraźnie nikt jakoś dotąd takiej wiedzy nie raczył nam zbudować. Dzisiaj cała sfera systemowa oparta jest na zwykłej chałturze, jakiś wyrywkowych zamysłach, fobiach czy stereotypach, bo w ogóle podstawę do wszystkiego stanowi tu ślepe naśladownictwo. Cały system zauważalnie nie został nigdy pod kątem obywatela - we właściwym zrozumieniu - przemyślany, więc stanowi dzisiaj zwykłą fikcję, której świadome utrzymywanie jest oczywiście oszustwem, a mimo to nie widać, aby ktoś z możnych raczył się tym znacząco przejąć. Na naszym typowo przedmiotowym, prawniczo-sądowym polu, proszę zauważyć, że jeśli nawet zdarzy się osoba z branży, która potrafi uczciwie publicznie dostrzec różne problemy, które uderzają w nas, a które są najczęściej tajone, to już okazywane przez nią recepty nie potrafią wyzwolić się z pewnego zakorzenionego myślenia... No cóż, zacofana edukacja, a w tym dalece nie zweryfikowana wiedza oraz fikcyjne kwalifikacje, podparte wielką siłą wszędobylskiego ślepego naśladownictwa (zaufania) i w kooperacji ze skutkami komunistycznego reżimu, robiły i wciąż robią swoje... To wszystko teraz trzeba zatrzymać, ale najpierw właśnie krok po kroku wyjaśnić, aby nikt nie miał tu wątpliwości. Jest to dość trudne, bo są to rzeczy bardzo silnie wkomponowane w nasze życie, oczywiście za szczególnie wydatną pomocą aż kipiących od fikcji i innych przypadłości mediów... Tak więc, to jeszcze sporo pracy, ale jeśli nawet nie zdążę zrealizować w pełni swoich zamierzeń, to wiedza - którą uda mi się przekazać - pozostanie i w stosownym czasie zapewne zbierze jednak swoje żniwo...
Natomiast wszystkich, którzy już dzisiaj zamierzają w dobrej wierze - w celach antypatologicznych - organizować się, namawiam, aby przede wszystkim odrzucili tym samym wszelkie opcje mogące powodować konflikty czy w ogóle dzielić, takie jak np: religie, rasizm, czy też jakieś indywidualne poglądy, będące pozostałością jakiś wpływów czy uwarunkowań, a nie służące ogółowi społecznemu. Dotyczy to oczywiście również sfery typowo tematycznej... Aby wyplenić poszczególne upośledzenia systemu musimy przede wszystkim definitywnie zlikwidować centralne źródło zła. Tym źródłem jest oczywiście patologia najistotniejszego ogniwa wymiaru sprawiedliwości czyli sądownictwa. Jej unicestwienie spowodowałoby niemal natychmiastowe skutki wiązane względem innych chorób systemu i w obecnych realiach nie ma też bardziej racjonalnej strategii na ich wyeliminowanie. A kluczem do prawdziwego sprostania problemowi i rozwiązania naszych udręk, może być w nastałej sytuacji tylko wielka obywatelska siła, która zgodnie zrealizuje odpowiednią taktykę działania. Tymczasem społeczeństwo - głównie przez tępotę wpływowych mediów - jest zarażone różnorodnymi, nierzadko zupełnie absurdalnymi, ale przede wszystkim dzielącymi go zjawiskami (w tym oczywiście jak wspomniałem, typowo przedmiotowymi), które są trudne do wyperswadowania, ale wskazane byłoby chociaż je właśnie wyłączyć. Na pewno ciężar ten powinno udźwignąć odpowiednie zrozumienie problemu wsparte silną motywacją, tyle że najpierw trzeba ten zespół uaktywnić...
A tutaj m. in. trzeba sobie dostatecznie uświadomić, że nie może nas również rozdzielać indywidualność i różnorodność poszczególnych spraw systemowych, jakie z osobna każdego z nas przytłaczają. Jeżeli poszkodowani obywatele nie zrozumieją, że sędzia, prokurator czy adwokat działający w sposób nieuprawniony na naszą szkodę, to ten sam problem, kiedy w tę niecną rolę wciela się komornik, policjant, dowolny urzędnik czy jeszcze inny systemowiec - a więc, że jest to problem o wspólnym mianowniku, który można tylko wspólnie rozwiązać - to będą tylko potęgowali swoje utrapienia za pośrednictwem straty bezcennego czasu, nerwów, pieniędzy, a nawet rodziny i samego życia, bez odpowiednio rokującej perspektywy na zmianę sytuacji. Tu trzeba m. in. zrozumieć, że w takich realiach - nieważne czy działając w pojedynkę czy może w jakiejś grupie - za pośrednictwem klasycznych metod demokratycznych, nic naprawdę znaczącego nie można ugrać, bo za przeciwnika nie mamy tu innej demokracji czy choćby złej demokracji, tu rywalem jest bazująca na bezprawiu wszechpotężna mafia! Natomiast na państwowy przewrót czy choćby skuteczny protest, będziecie o dużo za mali, a i tak kierowanie się motywami tematycznymi i w oparciu o zdeprawowane zasady podyktowane przez chory system i jego propagandę, nie mogłoby stanowić drogi do celu. No właśnie, dlaczego to niby akurat Wasze sprawy miano by wyprostować, skoro to problem masowy? Powtarzam, on w generalnym ujęciu nie polega na zmianach prawa, lecz wyłącznie na jego prawidłowym egzekwowaniu! Kto np. poświęci dla Was, systemowych winowajców, skoro do Waszych kłopotów przyczynia się zwykle cały szereg ludzi kierujących się chorymi zwyczajami, które często są normami również dla innych, a więc np. także dla tych, którzy mieliby wyciągać z tego konsekwencje? Jak mogłoby dojść do zdecydowanego napiętnowania przez sam system jakiegoś nawet tylko fragmentu takiego naczynia połączonego - w zakresie osobowym i proceduralnym - skoro automatycznie obnażałoby to ogólną niewydolność, a więc musiałoby pobudzić do upomnienia się o swoje również dalsze grupy poszkodowanych...? Dlatego właśnie walcząc w tradycyjny sposób, można liczyć co najwyżej na tradycyjne udobruchacze, które w niczym nie zmieniają sytuacji. Na polu naszych pojedynczych spraw oczywiście, zawsze można zostawić jakiś mikroskopijny margines dla cudownych wyjątków, ale tylko raczej tak dla zasady, bo w sprawach, które przede wszystkim mam tu na myśli - a więc w takich, które przeszły już jakąś tam odmowną drogę - za każdym urzędnikiem stoi po prostu wielka systemowa machina, która jest zorganizowana i to zorganizowana na zasadach przeciwobywatelskich. Tak więc, tu pozytywów ot tak po prostu - bez dodatkowych wspomagań (np. układy, środki materialne, media) - nie uzyskuje się. Swoją drogą, nie dajmy się zwodzić, kiedy zdarzy się, że jakimś tam poszkodowanym pomogą skutecznie wpływowe media, bo one także tworzą ten upośledzony system, a w ten sposób właśnie odwracają tylko uwagę od istoty problemu, a w tym od jego masowości. A m. in. dlatego są kreatorami tego systemu, że nie kierują się prawdą sytuacyjną, lecz np. takim stereotypowym założeniem, że prawnik to jedyny prawny fachowiec, a więc jego chore tłumaczenia podlegają bezkrytycznej akceptacji. To bezpośrednio dyskwalifikuje takie media jako obywatelskiego sojusznika, a przecież do tego jeszcze utwierdza w fałszywych przekonaniach ogół społeczny... Boje każdego z osobna szarego człowieka czy poszczególnych organizacji, przekładają się więc na tysiące potyczek odbywanych na zasadzie JEDNOSTKA KONTRA SYSTEM. To skrajnie nierówna walka, szczególnie właśnie wtedy, gdy ten system jest tak chory...
Przewagę systemu można dopiero zrekompensować - a nawet wyjść na deklasujące prowadzenie - poprzez odpowiednie zespolenie się. Aby to jednak osiągnąć, trzeba m. in. właśnie najpierw zgodnie zrozumieć, że dysponujemy wspólną możliwością prawdziwego wyjścia naprzeciw ogółowi naszych kłopotów. Definitywne zabranie się za główne źródło problemu, czyli zdegenerowane sądownictwo, to najwartościowszy ruch, ale oczywiście nie jedyny potrzebny. Musimy zrozumieć, że nierealnym jest, aby od razu bezpośrednio móc skutecznie zająć się naszymi niezliczonymi pojedynczymi sprawami. Tego nie jesteśmy w stanie wynegocjować nawet od siebie, więc tym bardziej nie moglibyśmy tego np. żądać od najuczciwszej nawet władzy, bo bez uprzedniego naprawienia tej zdezelowanej maszynerii taka próba byłaby niewykonalnym bezsensem. Klasyczną drogą nie moglibyśmy też od razu podołać regeneracji całego systemu, ale istnieją narzędzia za pomocą których można ten niezwykle pożądany stan osiągnąć i to proporcjonalnie dość szybko. Najpierw trzeba jednak zrobić te najpotrzebniejsze pierwsze kroki... Kiedy na straży naszych praw i wolności stanąłby prawdziwy Sąd, to - wobec wiszącej nad każdym systemowcem (i innymi) rzeczywistej odpowiedzialności - nie byłoby zbyt wielu chętnych do działania na naszą szkodę, a toczące się sprawy i nasze różne problemy zaczęłyby się automatycznie naprostowywać. I wprawdzie to dość uproszczony schemat, a na całość składa się wiele elementów, ale na tym ogólnie to polega. Natomiast, jeśli ktoś nie wierzy w prawdziwy Sąd, to autor niebawem postara się wyprowadzić go z tego przekonania, okazując to pole w odpowiednio precyzyjny sposób. Już teraz jednak dodam, że wymaga to przede wszystkim właśnie wyzwolenia się z niepoważnych narzutów tego szkodniczego, a wciąż niestety panującego systemu...
Autor nikogo też oczywiście, nie zamierza odciągać od indywidualnej walki - bo taka walka jest zwykle nieunikniona - ale też stanowczo odradzałby bazowanie na liczeniu, że ktoś się nad Wami zlituje i to Waszą sprawę w końcu zrealizuje jak należy, bo system nie zna pojęcia litości i życie dostarczyło nam już tu wystarczającej ilości dowodów. Sprawy są różne, ale wielu z Was może zupełnie bezproduktywnie stracić nawet kilkanaście i więcej lat życia. Gdybyście nawet stali się w tym względzie jakimiś cudownymi szczęśliwcami, to musicie pamiętać, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a tym bardziej, jeśli ta jaskółka przyleci sobie spóźniona o te ładnych parę lat. Za jakiś czas doczekacie się innej systemowej bariery, a limit cudów wyczerpany. Zauważmy, ile my wszyscy mamy zupełnie niepotrzebnych problemów, którymi musimy sobie zaprzątać głowy i tracić czas? A ile jest problemów z tych zupełnie niepojętych półek...? To po prostu nasz jeden wielki, wspólny problem, do którego nie powinniśmy się przyzwyczajać, lecz powinniśmy go rozwiązywać. Dlatego też najwyższy czas skorzystać z istniejącej alternatywy, póki ją jeszcze mamy. A podstawowy scenariusz jest tu prosty: angażując się w swoją indywidualną systemową potyczkę, jednocześnie poświęcamy się również walce generalnej... Tak więc, jeśli tworzycie organizacje tematyczne (itp.), jednocześnie nie zapomnijcie o działalności zmierzającej w tym kierunku, bo inaczej Wasza inicjatywa będzie mijała się z celem. Wiedzcie również , że typowe organizacje pozarządowe - które nie posiadają stosownej samokontroli i wiedzy użytkowej - działając według dyktatu zdegenerowanego systemu, z czasem stają się takie jak on i działają w przeciwną stronę... Proszę się rozejrzeć i wyciągnąć wnioski... Podsumowująca prawda jest też taka, że bezprawie niemożliwym jest zwalczyć klasyczną demokracją, w sytuacji kiedy to bezprawie jest legalne, bo stanowione przez państwowe ciało, które na dodatek w swej przestępczej działalności wszystkim wkoło okazuje, że po dobroci w żaden sposób nie ustąpi... W okolicznościach, w których nasi niedoszli naprawiacze państwa, nie tylko że nas wyraźnie zignorowali, ale jeszcze przy tym starają się pogłębiać problem, tym bardziej trudno już liczyć na skuteczność grzecznego proszenia się czy innego cackania z tym wynaturzeniem... I to wszystko właśnie trzeba głęboko wziąć sobie do serca, a na szczegóły przyjdzie czas... Natomiast w ogóle dla potrzeb cywilizacji zachęcam wszystkich do całkowitego wolnego myślenia, nie uwarunkowanego jakimikolwiek narzutami ogółu, dążącego do wyszukiwania prawd sytuacyjnych, bo to jedyna droga do właściwego unormowania życia na Ziemi. Dokładniej to także z czasem postaram się wyjaśnić...
Naturalnie, wciąż oczekuję na głosy poparcia oraz na głosy zdecydowane przyłączyć się do realizacji przedstawionej tu tylko w zarysie idei generalnego rozwiązania tego problemu. Jednocześnie apeluję, abyście nigdy o tych problemach nie zapominali, a szczególnie wtedy, gdy zmienią się Wasze życiowe realia... Jeśli więc macie urzędowy osobisty kłopot, oczywiście walczcie, piszcie do inicjatyw obywatelskich (naturalnie, tych prawdziwych), czytajcie i zgłębiajcie swoją wiedzę oraz w różnoraki sposób organizujcie się - bo to zawsze powinno ułatwić też zjednoczenie ogólne - ale przede wszystkim bierzcie aktywnie pod uwagę to wszystko, co starałem się tu przekazać. Odnotowujcie również tych wszystkich, których Wasza świadomość - na niwie publicznej czy w ogóle urzędowej - przyłapie na przeciwobywatelskich działaniach (dziennikarze, politycy, urzędnicy, itd...), bo to też przyda się na przyszłość. Ogólnie jednak nie dajcie sobie odwracać uwagi pojedynczymi aferami, lecz skupcie się na mechanizmach, które aferzystów rodzą hurtowo i dlatego właśnie tylko ingerencja w te obszary może nam wszystkim pomóc... Naturalnie, zaglądajcie też co jakiś czas na moją stronę - w sferze nowości artykułowych zawsze zalecam cierpliwość, gdyż materiały będą pojawiać się w pewnych odstępach czasowych - a w założeniu pewnego dnia wystąpię do wszystkich z wnikliwie rozpracowaną receptą na nową rzeczywistość (w tym wyjaśnię szczegóły Narodowego Systemu Kontroli Państwa, a więc - wynikłego z naturalnej konieczności - mechanizmu kontrolnego systemu państwowego, opartego na stałym dozorowaniu go przez Naród, o którym wspominałem wcześniej w materiale "Wkraczamy w świat patologii") i z decydującą inicjatywą globalnego zjednoczenia się. Po to, aby zbudować normalną wspólnotę opartą na sprawiedliwości społecznej, a hołotę, która zamiast stać na straży naszych praw i wolności (m. in.), tak potwornie nas zdradziła, wsadzić do specjalnych więzień i... aby zło nie mogło już więcej powrócić... Jeśli natomiast mają Państwo możliwości i chcą zrobić coś szybciej, uzyskacie moje co najmniej poparcie, jeśli spełnicie odpowiednie warunki w zakresie wolności, uczciwości i racjonalności myślenia, co zawsze powinno poprowadzić w dobrym kierunku, jeśli będzie poparte konsekwencją... Osobiście szukam też osób i organizacji, które chciałyby wziąć już teraz na siebie część obowiązków przygotowawczych...
Z nadzieją, że wytrzymam to psychicznie i sam w końcu nie zdecyduję się na opuszczenie tego niepoważnego świata, zamierzam więc dalej robić swoje, odsuwając w danej chwili na dalszy plan liczenie na władzę rządzącą, a co najwyżej licząc jeszcze po cichu na jej pojedynczych członków oraz doświadczenie i rozsądek Senatu. No cóż, w powietrzu stale wiszą wybory, a na widoku nie ma w tej chwili żadnej normalnie czy chociażby przyzwoicie rokującej partii (przynajmniej autor takowej dotąd nie dostrzegł). Chyba wszyscy też zauważyliśmy, że niepoważne posunięcia PiS-u, dały już nawet poważne podstawy do powrotu na scenę polityczną ludziom, którzy znacząco przyczynili się do tej chorej sytuacji. I co najgorsze, w danych okolicznościach - w których powstawały te słowa - nawet trudno było jednoznacznie oceniać, która perspektywa zwiastuje dla nas mniejszą szkodliwość. Dlatego myślę, że oczywiście można sobie wybrać i głosować na mniejsze zło, ale zarazem najwyższy czas przestać się tym irytować i po prostu postawić wyłącznie na... siebie!
Na sam koniec przypomnę jeszcze o tematycznym apelu do poszkodowanych (wyrokowanie na szablon), a ponadto z góry pragnę przeprosić, jeśli ew. użyłem w tekście jakiś niefortunnych zwrotów czy niedomówień (różne sploty problemowe wciąż odsuwały w czasie ukończenie tego materiału, więc zrobiłem to w trochę szybszym tempie niż normalnie) oraz podziękować za cierpliwe dotarcie do tego miejsca.
Data publikacji: sierpień 2007