Source: http://doczz.pl/doc/11842/www-.in-grem-io.org---szczeci%C5%84ska-izba-adwokacka
Timestamp: 2018-04-21 11:20:31
Legal References Found: art. 51
 art. 5
 art. 358
 art. 148
 art.
355
 art. 358
 art. 49
 art. 49
 art. 505
 art. 824
 art.
825
 art. 840
 art. 840
 art. 825
 art. 825

art. 505
 art.
840
 art. 505
 art. 505
 art. 824
 art. 825
 art. 189
 art. 359
 art. 759
 art. 359
 art. 822
 art. 820
 art. 759
 Art. 505
 art. 777

art. 505

Document Content:
www .in grem io.org - Szczecińska Izba Adwokacka - Społeczeństwo
miesięcznik szczecińskich środowisk prawniczych
cena 0,0 PLN
ISSN 1732-8225
nr 7/8 (39/40)
www.ingremio.org
Uchwała IX Dorocznej Konferencji
Koleżanki i Koledzy, prokuratorzy powszechnych
i wojskowych jednostek prokuratury, Instytutu Pamięci Narodowej!
Do najważniejszych ustawowych zasad ustroju
polskiej prokuratury należy zakaz przynależności
partyjnej prokuratorów oraz zakaz brania udziału w
jakiejkolwiek działalności politycznej, a także obowiązek kierowania się zasadą bezstronności i równego traktowania wszystkich obywateli. Obliguje to nas
do działania ponad wszelkimi politycznymi układami
i oczekiwaniami. Zawód prokuratora to również pewne zobowiązanie. Zobowiązanie do bycia uczciwym,
prawym, to jednocześnie poddanie się stałej ocenie
nie tylko tych, z którymi spotykamy się w ramach
swojej pracy, ale również znajomych, sąsiadów oraz
szeregu anonimowych osób.
Nic nie może zdjąć z prokuratorów obowiązku pracy rzetelnej, obiektywnej i opierającej się wyłącznie
na przepisach ustawowych, bezstronnej i wolnej od
spełniania politycznych czy partyjnych oczekiwań.
Takiej też prokuratury oczekuje społeczeństwo. Stąd
krytyczne oceny wszelkich działań lub zaniechań,
które sytuują polską prokuraturę w roli wykonawcy
partyjnych programów i politycznych decyzji.
Olbrzymią większość środowiska stanowią prokuratorzy, którzy nie sprzeniewierzyli się zasadom
obiektywizmu, niezależności, bezstronności i apolityczności, jednakże w chwili obecnej, z uwagi na
istniejące uwarunkowania prawne i polityczne, prokuratura postrzegana jest jako instytucja pozbawiona społecznego zaufania. Jest krytykowana i lekceważona.
Pragniemy podkreślić, że jesteśmy prokuratorami
Rzeczypospolitej Polskiej, a nie partii, rządów czy
ministrów. Zdajemy sobie sprawę, że naturalną cechą
ludzką jest doskonalenie się i dążenie do awansów.
Nie może to jednak odbywać się za cenę rezygnacji
z tożsamości zawodowej i z naruszeniem ludzkiej
godności. Nigdy nie możemy zapominać o celach,
jakie ma realizować Prokuratura – strzeżenia praworządności i czuwania nad ściganiem przestępstw. Nie
można sprzeniewierzać się - w imię doraźnych korzyści - naszej etyce zawodowej, standardom wskazanym
w Zbiorze Zasad Etyki Prokuratora, treści złożonego
ślubowania prokuratorskiego. Twórzmy wszyscy Prokuraturę fachową, obiektywną, nie ulegającą wpływom, wolną od koniunkturalnych interesów politycznych, pracującą w duchu zaufania, koleżeństwa
i wzajemnego szacunku, która rzetelnie i bezstronnie
będzie realizować postawione przed nią przez prawo,
zadania. Jesteśmy zobowiązani dbać i strzec prokuratorskiej niezależności przed naruszającymi tą wartość
zachowaniami.
Wzywamy prokuratorów do konsolidowania, a nie
antagonizowania środowiska zawodowego, zachowania godności i troski o dobre imię prokuratury, będących podstawą do uzyskania przez prokuraturę wizerunku właściwego dla praworządnego i niezależnego
organu oddanego służbie sprawiedliwości w naszym
Poznań, dnia 23 czerwca 2007 roku
Uczestnicy IX Dorocznej Konferencji
Stowarzyszenia Prokuratorów
egzaminy • aplikacje • egzaminy • aplikacje • egzaminy • aplikacje • egzaminy • aplikacje • egzaminy • aplikacje
Czerwiec to czas egzaminów. Zacznijmy od egzaminu adwokackiego. W bieżącym roku przystąpiła do
niego 4 aplikantów: Grzegorz Dutkiewicz, Monika
Kowalczyk, Marta Lis i Mikołaj Marecki. W dniach
14, 15, 16 czerwca 2007 roku odbyła się część pisemna
z prawa cywilnego, karnego i gospodarczego. Natomiast 30 czerwca odbył się egzamin ustny przed komisją z udziałem przedstawiciela Naczelnej Rady Adwokackiej. Wszyscy aplikanci, którzy przystąpili do
egzaminu zdali go pomyślnie i pewnie w najbliższym
czasie podejmą praktykę adwokacką.
tów osiągnęło dziesięcioro kandydatów. W rezultacie
do części ustnej dopuszczono 47 kandydatów.
W ostatnim tygodniu czerwca zakończono procedurę
związaną z przeprowadzeniem konkursu na aplikację sądową w obszarze właściwości Sądu Apelacyjnego w Szczecinie. Limit przyjęć aplikantów sądowych
obszaru szczecińskiej apelacji został wyznaczony na
poziomie 22 miejsc, dla porównania apelacja warszawska dysponowała 45 miejscami, wrocławska 32,
zaś rzeszowska już tylko 15 miejscami. Sądy Apelacyjne w Łodzi i Lublinie dysponowały porównywalnym
ze szczecińskim limitem przyjęć – liczbą 20 etatów
aplikanckich.
Maksymalna liczba punktów, jaką można było uzyskać w trakcie całego konkursu wynosiła 120 punktów, zaś z największym powodzeniem egzamin ukończyli Ewa Klimczewska (92 pkt), Jacek Targoński
i Marta Zawadzka (po 89 pkt) oraz Magdalena Rozwałka (87 pkt). O przyjęciu na aplikację, w tym roku,
decydowała liczba punktów nie mniejsza niż 75.
Egzamin przeprowadziła pięcioosobowa Komisja,
której przewodniczył Tadeusz Julian Haczkiewicz
– Prezes Sądu Apelacyjnego w Szczecinie, zaś w jej
składzie zasiedli także SSA Ryszard Iwankiewicz (wiceprzewodniczący Komisji), SSA Jolanta Hawryszko,
SSA Danuta Jezierska, SSO Halina Zarzeczna.
Chęć uczestniczenia w procedurze kwalifikacyjnej
wyraziło 169 osób. Do pierwszego etapu przystąpiło
już tylko 147 zainteresowanych.
Do części ustnej zostają dopuszczeni kandydaci,
którzy uzyskali co najmniej 60 punktów z części pisemnej, gdyby jednak tego minimum nie uzyskała
mniejsza liczba kandydatów niż dwukrotność limitu
przyjęć, do części ustnej dopuszczeni zostają kandydaci, którzy otrzymali kolejno największa liczbę
punktów. Tak też było w omawianym przypadku,
gdyż wynik na poziomie nie mniejszym niż 60 punk-
Procedurę konkursową z wynikiem pozytywnym
przeszły 23 osoby. W związku z zakwalifikowaniem
się na ostatnich miejscach kilku osób ex aequo, a tym
samym koniecznością zwiększenia planowanego limitu przyjęć, jak czytamy na stronie internetowej Sądu
Apelacyjnego w Szczecinie, Prezes Sądu Apelacyjnego wystąpi do Ministra Sprawiedliwości o przyznanie
dodatkowego jednego miejsca na aplikację.
Do konkursu na aplikację prokuratorską zgłosiło się
40 osób. Do części ustnej przystąpiły już tylko 34 osoby. Wynik pozytywny uzyskało 20 osób. Z naszych
informacji wynika, że od wielu lat nie odnotowano
tak niskiej frekwencji wśród zdających. Zastanawiające jest jaka jest przyczyna regresu wśród chętnych
do objęcia funkcji prokuratora. Warto by było zastanowić się nad tymi przyczynami.
W dniu 30 czerwca 2007 roku odbyły się egzaminy na
aplikację adwokacką, notarialną i radcowską. Do konkursu na aplikację adwokacką przystąpiły 82 osoby.
Niezbędne minimum uzyskało 42 kandydatów.
Chęć zostania notariuszem wyraziły 42 osoby, które
przystąpiły do egzaminu. Wymaganą liczbę punktów uzyskało 21 osób.
Korporację radcowską pragnęło zasilić 163 kandydatów. Z tego grona o wpis na listę aplikantów radcowskich mogą ubiegać się 82 osoby.
Wszystkim egzaminowanym gratulujemy. [ ]
06 • Operacja ISAF - aspekty prawne, rola, zadania.
Ppłk Adam Tokarczyk, Dowództwo Wojsk Lądowych
Szczecińska Izba Adwokacka,
pl. Batorego 3; 70-207 Szczecin
Redaktor Naczelny: adw. Roman Ossowski
Redaguje: adw. Roman Ossowski z zespołem
10 • Zespół zmęczenia i wypalenia.
dr n. med. Ewa Kramarz, specjalista psychiatra, biegła sądowa
12 • R
zym i Watykan - pielgrzymka, nie tylko duchowa
16 • Jeszcze o eutanazji. Nieco inaczej.
prof. dr hab. Ireneusz Kojder
20 • Tykać etykę?
Zygmunt Chorzępa
Marian Falco
Dziekan Okręgowej Izby Radców
Prawnych w Szczecinie
Mirosław Kido. prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku
24 • „ Chotieli egzotiki wot i imiejetie”
adw. Kazimierz Maszało
28 • Prywatne nagrania z sali rozpraw
Grzegorz Szacoń, Sędzia Sądu Rejonowego w Szczecinie
Tadeusz Haczkiewicz
30 • Połączmy
Prezes Sądu Apelacyjnego w Szczecinie
Leszek Pietrakowski
adw. Dariusz Jan Babski, adw. Elżbieta Nowak (polemika)
Prezes Izby Notarialnej w Szczecinie
32 • Skutki utraty mocy nakazu zapłaty
dla postępowania egzekucyjnego.
tel. 091 434 01 15
do skracania i adiustacji tekstów
Maciej Ławrynowicz, Sędzia Sądu Rejonowego w Szczecinie
Projekt i przygotowanie do druku: Artur Tokarski
Druk: Angraf, ul. Wojska Polskiego 43, Piła
tel. (067) 352 20 24
ISSN: 1732-8225; Nakład 2500 egzemplarzy
34 • Prawo
turystyczne - nowa dziedzina prawa?
Maciej J. Nowak, doktorant w Zakładzie Prawa i Gospodarki
Nieruchomościami na Akademii Rolniczej w Szczecinie,
36 • Kioto
40 • Fritz Köhfleis, czyli ostatni (?)
średniowieczny proces o aborcję
miesię
ińskic
h środ
cz ych
Maciej Strączyński,, Przewodniczący III Wydz. Karnego
cena 0,0
nr 7/8 (39/40
lipiec/sie
eń 200
ISSN 17
32-822
44 • Sędzia
ppłk Kazimierz Stojanowski
Radosław Ptaszyński (IPN)
w w w.in
47 • Galicyjska Prokuratoria Skarbu we Lwowie
i jej Ekspozytura w Krakowie
dr Marek Tkaczuk, Katedra Historii Prawa,
48 • U
rzędnicy Trybunału Kościelnego
biorący udział w procesach o stwierdzenie
nieważności małżeństwa
ks. dr Grzegorz Harasimiak, Katedra Prawa
Karnego Materialnego WPiA US
50 • Darzbór!
Czyli ogary poszły w las.
Para–Graf
Dni Prawnicze
Pod patronatem honorowym Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Jerzego Stępnia, w dniach 24-27 maja
br. w Warszawie odbyły się XIV Ogólnopolskie Dni Prawnicze pod hasłem:
„Prawnik XXI wieku”
W założeniu swoim Dni Prawnicze
stanowią forum dla wymiany poglądów oraz wypracowania stanowiska
polskiego środowiska prawniczego
w podstawowych kwestiach związanych ze stanowieniem i stosowaniem
Jest to najważniejsza doroczna impreza Zrzeszenia Prawników Polskich
nawiązująca do tradycji przedwojennych Zjazdów Prawników Polskich.
W Warszawie uczestniczyli: sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, radcowie prawni, notariusze, komornicy. W
powitalnym wystąpieniu dr Ludwik
Sobolewski, prezes Zarządu Głównego ZPP wyraził nadzieję, iż obrady
zaowocują zrozumieniem reform wymiaru sprawiedliwości, które są przygotowywane z myślą o zwiększeniu
dostępu społeczeństwa do sądu.
Dr Ludwik Sobolewski uważa, że
w tym roku powinniśmy skoncentrować się na dyskusji o tym, jaki powinien być nowoczesny prawnik, jakie
powinien mieć walory, kwalifikacje i
umiejętności, niezależnie od tego, czy
pracuje dla klienta indywidualnego,
Wyborcze zgromadzenie
Zgromadzenie wyborcze członków
organów OIRP w Szczecinie na VII kadencję odbyło się w dniu 23 czerwca
br. w sali Izby Skarbowej w Szczecinie.
Z 88 delegatów na Zgromadzenie
stawiło się 75 osób i te osoby wybierały członków organów samorządu.
Zebranie zostało zdominowane
przez wybory bo chętnych do pracy w
samorządzie było wielu i koniecznym
było przeprowadzanie wyborów uzupełniających.
Dziekanem OIRP w Szczecinie został wybrany na drugą kadencję radca
prawny Marian Falco.
czy dla przedsiębiorcy i gospodarki.
Niezależnie od hasła prawniczego,
należy się zastanowić, czy nowoczesny prawnik może poprzestać
tylko na prawniczym wykształceniu
i znajomości przepisów, czy może
powinien mieć również wielorakie
doświadczenie zawodowe i wiedzę
z takich dziedzin, jak ekonomia czy
Nowoczesny prawnik, to ktoś, kto
w pełni rozumie sytuację i położenie
swojego klienta korporacyjnego, czy
indywidualnego i dzięki temu może
rozwiązać jego problem. Prawnik XXI
wieku musi być bardziej skupiony na
rozwiązywaniu problemów, niż na
stosowaniu przepisów. Do tego potrzebne jest zrozumienie rzeczywistości wykraczające poza akademicko
pojmowane prawo.
Usługi prawnicze są tak ważne dla
ludzi i gospodarki, że powinni je wykonywać najlepsi, a temu służy konkurencja. Na rynku znajdują miejsce
najlepsi, a najsłabsi z niego wypadają.
ZPP organizuje szkolenia, kursy,
specjalistyczne seminaria dla prawników. Ważną częścią działalności jest
integracja środowiskowa. ZPP skupia
przedstawicieli wszystkich zawodów
Ministra sprawiedliwości reprezentowała – wiceminister Małgorzata Manowska, która w swoim wystąpieniu
wyraziła nadzieję, że rozpoczynające
się obrady zaowocują zrozumieniem
reform wymiaru sprawiedliwości, które ministerstwo przygotowuje z myślą
o zwiększeniu dostępu społeczeństwa
do sądu i obsługi prawnej.
Wykład inauguracyjny wygłosił
prof. dr hab. Jacek Kurczewski z Uniwersytetu Warszawskiego.
Oprócz obrad plenarnych, dyskusje
odbywały się pod przewodnictwem moderatorów w następujących panelach:
Panel I - Model edukacji prawniczej
w trakcie studiów.
Panel II - Modernizacja prawa cywilnego.
Panel III - Aplikacje – poszukiwanie
optymalnego modelu kształcenia zawodowego.
Panel IV - Zawody prawnicze w
świetle Dyrektyw Unijnych i Orzecznictwa SN.
Panel V - Rozprawa karna przy wykorzystaniu elektronicznych nośników
Panel VI - Dlaczego prawnicy powinni polubić mediacje?
Do Okręgowej Rady wybrani zostali
następujący radcowie prawni:
Piotr Marcinkowski – otrzymał
najwięcej głosów i został Wicedziekanem, Magdalena Iwaszkiewicz
(Skarbnik), Ewa Krzysztoporska (członek Prezydium Rady), Małgorzata
Michalak (Sekretarz), Hanna Durka
(Kierownik Szkolenia Aplikantów),
a także Katarzyna Bartanowicz, Agnieszka Dąbrowska, Artur Doskocz,
Marcin Filipowicz, Agnieszka JaroszWalas, Rita Jaworska-Stankiewicz,
Robert Kornecki, Andrzej Lubiniecki,
Stefan Mazurkiewicz, Paweł Szcześniewski.
Rzecznikiem Dyscyplinarnym została wybrana radca prawny Żaneta
Chustecka a Zastępcami Rzecznika
– Grażyna Klincewicz, Michał Olechnowicz i Beata Poniatowska.
Sędziami Sądu Dyscyplinarnego
zostali radcowie prawni: Aleksandra
Czarkowska, Elżbieta Dąbrowska,
Maciej Konwisarz, Józef Korzeniewski, Alicja Kujawa, Agnieszka Matwiejczuk, Eliza Nahajowska-Miłosz,
Jerzy Rawski, Krzysztof Skarbek,
Ewa Sołowińska, Jolanta Styszyńska
i Mirosława Tórz.
Przewodniczącą Komisji Rewizyjnej pozostała radca prawny Krystyna
Bodnar a członkami wybrano radców
prawnych Danutę Kordonowską-Głowę i Franciszkę Pisańską.
Dniom prawniczym towarzyszyły
imprezy kulturalne z uroczystym balem i recitalem piosenek Hanki Ordonówny.
Wiceprezes Zarządu Oddziału
Operacja ISAF
aspekty prawne, rola, zadania.
Środkowoazjatyckie państwo Afganistanu jest
państwem wyjątkowo niejednorodnym pod względem religijnym, etnicznym oraz językowym.
Trwające od kilku dekad wojny doprowadziły Afganistan na skraj cywilizacyjnej przepaści, niemalże
cofając go w czasy średniowiecza.
W kraju w zasadzie nie istnieje żadna infrastruktura, nawet komunikacja do dzisiaj w zasadzie nie
funkcjonuje (szacuje się że ok. 80% powierzchni kraju
to góry i wyżyny).
Za rządów Talibów upadły resztki przemysłu, podstawą utrzymania ludności stało się indywidualne
rolnictwo, w tym uprawa maku i konopi.
Prowadzone z przyzwoleniem międzynarodowej
społeczności operacje wojskowe wydają się być jedyną szansą na wyprowadzenie tego państwa z głębokiego kryzysu. Doświadczenia z przeszłości wyraźnie
wskazują, że wycofanie w tym momencie społeczności międzynarodowej z rejonu Afganistanu skutkować
będzie jedynie ponownym wywołaniem krwawych
konfliktów wewnętrznych, przy udziale bojówkarzy
wspieranych przez wszelakie ugrupowania terrorystyczne.
Położenie geograficzne, zacofanie cywilizacyjne
i balansowanie niemalże na granicy klęski humanitarnej w połączeniu z trudną dostępnością terenów w
państwie stanowią wyjątkową gratkę dla kolejnych
grup przestępczych planujących stworzyć na terenie
Afganistanu bazy szkoleniowe i ośrodki planowania
kolejnych zamachów terrorystycznych o zasięgu globalnym.
Wydarzenia z dnia 11 września 2001 r. bezsprzecznie potwierdzają, jak bardzo niebezpieczne dla pokoju na świecie a nawet całej ludzkości mogą być takie
miejsca jak Afganistan, pozostawione bez zewnętrznej pomocy, zwłaszcza humanitarnej. Mimo że kraj
był pilnie obserwowany przez społeczność międzynarodową już od czasów okupacji Związku Radzieckiego, nie doceniono jego walorów jako siedliska najgroźniejszych światowych organizacji terrorystycznych.
Dopiero tragiczne wydarzenia w Stanach Zjednoczonych uwidoczniły, jak brzemienne w skutkach mogło
być dalsze tolerowanie sytuacji panującej w tym państwie.
Charakterystyczne jest, że w odróżnieniu od sytuacji związanej z rozpoczęciem działań wojennych
w Iraku, w przypadku Afganistanu od samego początku wystąpiła powszechna zgoda społeczności międzynarodowej co do tego, że rządy Talibów i w efekcie
panująca w Afganistanie sytuacja polityczna stanowią zagrożenie dla światowego bezpieczeństwa.
Rada NATO (North Atlantic Council), bezpośrednio po zamachu terrorystycznym na Światowe Centrum Handlu (World Trade Center) zinterpretowała
ten zamach jako atak na Stany Zjednoczone Ameryki
przyjmując jednocześnie w oparciu o Traktat Północnoatlantycki że była to napaść na wszystkich członków Sojuszu. Tworząca się wówczas Koalicja anty-
terrorystyczna znalazła szerokie poparcie nie tylko
wśród samych członków Sojuszu, ale nawet w takich
krajach jak Rosja, Pakistan (dotychczas wspierający
Talibów), Egipt i Arabia Saudyjska.
Już w ostatnim kwartale 2001 r. w Afganistanie ruszyła operacja „Enduring Freedom”, zapoczątkowana
w oparciu o art. 51 Karty Narodów Zjednoczonych
i art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Przewodnictwo w operacji od samego początku objęły Stany
Zjednoczone Ameryki. Rzeczpospolita Polska niemalże natychmiast zadeklarowała chęć udziału, co
następnie spowodowało skierowanie Polskiego Kontyngentu Wojskowego w rejon misji.
Bardzo ważne jest podkreślenie, że do chwili
obecnej bezpośrednie operacje zwalczania terroryzmu prowadzone jako bojowe wsparcie prawowitych
władz Afganistanu pozostają nadal w wyłącznej jurysdykcji wojsk Koalicji (w ramach operacji „Enduring Freedom”), nie powinny być prowadzone przez
wojska ISAF, ani pod dowództwem ISAF. Wszelkie
pojedyncze przypadki prowadzenia takowych działań będą wyraźnie zlecone przez Radę NATO.
Jednak wbrew powszechnym opiniom, wojska Koalicji nie tylko prowadziły agresywne działania zbrojne mające na celu zniszczenie wszelkich ośrodków
terrorystycznych, ale także organizowały wstępne
działania ukierunkowane na odbudowę kraju. Już
w czasie trwania tej operacji na terenie Afganistanu
zaczęły powstawać Prowincjonalne Zespoły Odbudowy (Provincial Reconstruction Teams – PRT) których
podstawowym zadaniem było niesienie pomocy humanitarnej ludności cywilnej.
Należy podkreślić, że operacja Międzynarodowych
Sił Wsparcia Bezpieczeństwa (International Security
Assistance Force - ISAF) w Islamskim Państwie Afganistanu jest również w pełni zgodna z obowiązującym
prawem międzynarodowym.
O zgodności z prawem tej operacji decyduje istnienie odpowiednich rezolucji Rady Bezpieczeństwa
Organizacji Narodów Zjednoczonych – tworzących
mandat ISAF.
Pomimo powyższego, wojska ISAF nie mogą być
rozumiane jako wojska Organizacji Narodów Zjednoczonych – ta ostatnia nigdy nie posiadała i nie posiada
własnych sił zbrojnych.
Ciężar dowodzenia operacją spoczywa obecnie na
Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego (NATO).
Pierwotna decyzja o udziale sił międzynarodowych w operacji ISAF została podjęta na podstawie
Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ Nr 1386 z 2001
r. Następnie mandat był rozszerzany i przedłużany
na podstawie kolejnych rezolucji, między innymi Nr
1413, Nr 1444, Nr 1510, Nr 1563, Nr 1623, Nr 1659 oraz
najnowszej rezolucji Nr 1707.
Podstawą funkcjonowania wojsk ISAF jest również
Porozumienie z Bonn, podpisane w grudniu 2001 r.
Porozumienie to dostarcza dodatkowych wskazówek
dotyczących prowadzenia operacji ISAF. Konferencja
na której podpisano przedmiotowe porozumienie od-
była się już po upadku rządów Talibów. Przywódcy Afgańskiej opozycji uczestniczący w tej konferencji rozpoczęli proces odbudowy kraju poprzez ustanowienie
nowej struktury rządowej, nazywanej wówczas Przejściowymi Władzami Afganistanu. Już wtedy zrodziła
się koncepcja wykorzystania sił międzynarodowych
pod auspicjami ONZ, które miały wspierać nowo
utworzony rząd w celu zapewnienia bezpieczeństwa
w samym Kabulu i jego okolicach oraz szeroko rozumianej odbudowie państwa.
Powyższe porozumienie utorowało drogę do stworzenia trójstronnego partnerstwa pomiędzy władzami
Afgańskimi, Misją Narodów Zjednoczonych Wsparcia
w Afganistanie (United Nations Assistance Mission in
Afganistan – UNAMA) oraz wojskami ISAF.
Stanowisko Rady Bezpieczeństwa wyrażone w rezolucji Nr 1386 z dnia 20 grudnia 2001 r. wyraźnie
potwierdziło, że ówczesna sytuacja w Afganistanie
stanowiła poważne zagrożenie dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa.
W związku z tym, działając w oparciu o rozdział
VII Karty Narodów Zjednoczonych (operacje wymuszania pokoju – Peace Enforcement), Rada Bezpieczeństwa ONZ podjęła decyzję o ustanowieniu
Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa
(ISAF) których zadaniem było wspieranie tymczasowych władz Islamskiego Państwa Afganistanu w
utrzymaniu bezpieczeństwa w Kabulu i otaczających
go pobliskich terenach, aby umożliwić władzom tymczasowym jak również personelowi ONZ operowanie
w bezpiecznym środowisku.
Rada Bezpieczeństwa w powyższym mandacie
uprawniła wszystkie państwa biorące udział w operacji ISAF do użycia wszelkich niezbędnych sił i
środków („all necessary means”) w celu wypełnienia
mandatu. Zgodnie z dokumentami normatywnymi
misji ISAF, zwrot „wszelkie niezbędne siły i środki”
obejmuje również użycie broni palnej, w sytuacji gdy
jest to konieczne. Oczywiście powyższy zwrot należy
interpretować z uwzględnieniem zasad proporcjonalności i konieczności wojskowej – siła i użyte środki
powinny zapewnić właściwą realizację zadań (wypeł-
nianie celów misji) bez powodowania zbędnych strat i
przysparzania zbędnego cierpienia ofiarom.
Od 9 sierpnia 2003 r. ISAF jest wspierany i dowodzony przez NATO, co umożliwiło również współfinansowanie operacji przez państwa biorące w niej
udział. Sojusz obecnie jest odpowiedzialny za dowodzenie, koordynację i planowanie działań wojsk operujących w ramach ISAF.
Wojska NATO stanowią kluczowy komponent operacji międzynarodowej społeczności w Afganistanie
wspomagając władze Afganistanu w zapewnianiu
bezpieczeństwa i stabilizacji na terenie całego państwa, umożliwiając jego rekonstrukcję (również w
sensie ekonomicznym), jego rozwój oraz efektywne
działanie władz rządowych.
Przejęcie dowodzenia operacją przez NATO pozwoliło przezwyciężyć problem ciągłego poszukiwania
nowych państw chętnych objąć odpowiedzialność za
dowodzenie misją, jak również problem tworzenia nowej kwatery dowodzenia co każde 6 miesięcy. Ciągły
proces dowodzenia NATO (i przekazywanie dowodzenia przy każdej rotacji wojsk) umożliwia nie tylko
zapewnienie ciągłości działań, ale również ułatwia
małych państwom, które nie miałyby możliwości samodzielnego odgrywania poważnej roli w Afganistanie odegrać znaczącą rolę w ramach wielonarodowej
Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ Nr 1510 z
dnia 13 października 2003 r. rozszerzyła mandat ISAF
na tereny poza Kabulem w celu umożliwienia legalnej
władzy Afganistanu jak również personelowi misji
ONZ kontynuowania odbudowy państwa w bezpiecznym otoczeniu. To rozszerzenie utorowało możliwość
coraz szerszego prowadzenia operacji. Zainteresowanie w pierwszej kolejności położone zostało na PRT
zlokalizowane na północy kraju.
W związku z powyższą rezolucją, dnia 10 lutego
2005 r. NATO ogłosiło dalsze rozszerzenie prowadzonej operacji, swoim zakresem działania obejmując
zachodnią część Afganistanu. W wyniku tej decyzji,
w Afganistanie zaczęło w sumie funkcjonować 9 PRT
na północy i zachodzie, a obszar operacji pokrył prawie połowę kraju. W dalszym ciągu Sojusz przygotowywał się do dalszego poszerzenia działań, których
kolejnym etapem miało było południe kraju.
We wrześniu 2005 r., NATO wysłało także tymczasowo 2000 żołnierzy w celu zabezpieczenia prowincjonalnych i parlamentarnych wyborów.
Dnia 8 grudnia 2005 r. w NATO podjęta została decyzja o rozszerzeniu operacji na południe, co miało
nastąpić w 2006 r. Decyzja została wcielona w życie
31 lipca 2006 r., kiedy to ISAF przejął dowodzenie nad
południową częścią Afganistanu od wojsk Koalicji.
Zakresem działania objęto 6 prowincji, na których
funkcjonowało już 4 PRT.
W tym okresie znacznie wzrosła liczebność wojsk
osiągając poziom ok. 20 tyś.
Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ Nr 1707 z
dnia 12 września 2006 r. przedłużyła mandat ISAF do
dnia 13 października 2007 r. i całkowicie objęła jego
działaniem cały obszar państwa Afganistanu.
Ostatecznie dnia 5 października 2006 r., ISAF
wprowadził w życie ostatni etap operacji przejmując
od wojsk Koalicji dowodzenie siłami wielonarodowymi operującymi we wschodniej części Afganistanu.
Dodatkowo Sojusz położył znaczny nacisk na realizację kolejnego zadania – szkolenia Narodowej Armii Afganistanu (Afgan National Army). W rejon misji zostały wysłane zespoły profesjonalistów których
zadaniem jest nie tylko szkolenie czysto operacyjne,
ale również motywowanie nowo tworzonej armii. Te
zespoły profesjonalistów działają jako małe grupy doświadczonych oficerów i podoficerów i są rozmieszczone w miejscach stacjonowania afgańskiej armii.
Obecnie misja Sojuszu pokrywa całe terytorium
Islamskiego Państwa Afganistanu. Dowodzony przez
NATO ISAF tworzy ok. 32 tyś wojsk z 37 państw. Na
terenie całego państwa funkcjonuje 25 PRT.
Każdorazowi Dowódcy operacji ISAF na mocy rezolucji zobowiązani są do składania Radzie Bezpieczeństwa ONZ poprzez Sekretarza Generalnego ONZ
okresowych meldunków o postępie (osiągnięciach)
Na podstawie udzielonego mandatu, wojska ISAF
mają za zadanie nieść pomoc ludności Afganistanu,
a nie administrować krajem.
Obecnie do podstawowych zadań ISAF zalicza się:
operacje zwalczania terroryzmu, szkolenie Narodowej Armii Afganistanu oraz wprowadzenie Programu
Rozbrajania Demobilizacji i Reintegracji. Program
ten dotyczy głównie dzieci oraz kobiet wykorzystywanych w przeszłości do prowadzenia działań zbrojnych. W przeszłości Afganistan został zaliczony do
grupy 15 państw, w których dzieci w wieku poniżej
15 lat były rutynowo wykorzystywane w działaniach
bojowych (Save the Children Fund 1999).
Na podstawie powyższego mandatu ONZ rolą ISAF
jest nadal zapewnienie stabilnej sytuacji pod względem bezpieczeństwa w celu umożliwienia właściwego funkcjonowania nie tylko Organizacji Narodów
Zjednoczonych, ale przede wszystkim władz Islamskiego Państwa Afganistanu.
Nie bez znaczenia z punktu widzenia międzynarodowej społeczności jest rola jaką odgrywa ISAF w odbudowie kraju zniszczonego przez długoletnie wojny.
Aby w pełni skutecznie wypełniać to zadanie, na
szczeblu politycznym ISAF bardzo ściśle współpracuje z władzami Afgańskimi, misją ONZ – UNAMA, poszczególnymi agencjami Organizacji Narodów Zjednoczonych, międzynarodowymi i pozarządowymi
organizacjami. W celu ściślejszej wymiany informacji, ISAF stworzył komórki łącznikowe we władzach
Afganistanu oraz w misji UNAMA.
W celu wsparcia odbudowy, na terenie całego
państwa ISAF prowadzi szeroko zakrojone projekty
wsparcia realizowane przez specjalistów z zakresu
współpracy cywilno wojskowej. Projekty skupione są
na zabezpieczaniu podstawowych potrzeb ludzkich
takich jak zaopatrzenie w świeżą wodę, żywność,
elektryczność, budowa domów oraz na usprawnianiu
istniejącej infrastruktury zniszczonej przez ponad
20-letni okres konfliktów.
Operacje współpracy cywilno wojskowej zorientowane są również na odbudowę infrastruktury medycznej oraz renowacji i budowaniu szkół.
Jak to zostało już wyżej wspomniane, już wkrótce
po rozpoczęciu operacji „Enduring Freedom” wojska
Koalicji zorganizowały Prowincjonalne Zespoły Odbudowy. Dopiero w późniejszym czasie ISAF sukcesywnie przejmował nad nimi dowodzenie.
Dzisiaj to właśnie zadaniem tych zespołów (pod
dowództwem ISAF) jest ocena potrzeb ludności cywilnej w powierzonym im rejonie odpowiedzialności
oraz koordynacja działań humanitarnych i realizacji
projektów współpracy cywilno-wojskowej.
Prowincjonalne Zespoły Odbudowy to małe zespoły z cywilnym i wojskowym personelem działające na
terenie Afgańskich prowincji, których podstawowym
zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa dla personelu niosącego pomoc i zajmującego się odbudową
Zespoły odbudowy, działając na najniższym
szczeblu wśród ludności lokalnej, spełniają kluczową
rolę w wypełnianiu zobowiązań podjętych w ramach
porozumienia z Bonn: bezpieczeństwo, odbudowa
i polityczna stabilność. [ ]
Ppłk Adam Tokarczyk
Bardzo dziękujemy Panu płk Piotrowi Kuternodze
- Szefowi Oddziału Prawnego w Dowództwie Wojsk
Lądowych - za pomoc przy realizacji tego artykułu.
Zespół zmęczenia i wypalenia.
Do pracy jesteśmy powołani od chwili poczęcia.
Wykonujemy ją w okresie życia płodowego a przyjście
na świat to wysiłek szczególny.
Okres niemowlęcy, wczesnodziecięcy jest walką
z przeważającymi siłami wroga, czyli z otoczeniem.
Szkolny – to bój o przywództwo w klasie, ścieranie się
z rolą kozła ofiarnego, bycie dobrym w nauce i sekowanym z tego powodu, opinia brzydala w konfrontacji z urodą. Liceum, matura, studia to dążenie, aby być
dobrym, nie zostać wyrugowanym, ukończyć naukę.
Nie zawsze wybraną z wewnętrznej potrzeby, a pod
wpływem mamusi, tatusia, otoczenia, tradycji lub nie
możności opuszczenia miejsca. Co jeszcze bardziej
zmusza do wysiłku.
Potem zakładamy rodziny i pracujemy. Nosimy
akta, siedzimy na lekcjach, podpatrujemy kolegów
– dydaktyków. Jako absolwenci medycyny robimy
wypisy, piszemy recepty, “podbijane” przez starszych,
święta spędzamy w miejscach zatrudnienia. W okresach letnich dyżurujemy non stop bo utytułowani
koledzy udają się na odpoczynek, chwytamy dodatkową pracę, z rodziną mijamy się w przelocie. Po
kilku latach szukając w zawodzie satysfakcji i chęci
naprawiania rzeczywistości – odczuwamy zmęczenie. Stajemy się drażliwi, zasypiamy, ale sen jest płytki, przerywany, rano czujemy się rozbici, zmęczeni
jak po nieprzespanej nocy. Wszystko, co nas otacza
jest za głośne. Ujawniamy nadwrażliwość na hałasy.
Radio, telewizor zbyt intensywnie grają, dzieci nadmiernie krzyczą, współmałżonek za głośno mówi. W
pracy wszystko irytuje. Sterty akt przyprawiają o bóle
głowy, wyjaśnienia oskarżonych, stron, świadków powodują zniecierpliwienie, kolejny dyżur z trudem pełnimy, dolegliwości chorych niechętnie wysłuchujemy
itd. Czujemy się zmęczeni, nie jesteśmy się w stanie
skupić, efektywnie funkcjonować, pójście do pracy
napawa wstrętem, boli nas głowa, mięśnie, stawy, tracimy apetyt albo bezmyślnie objadamy się. Mamy potrzebę oderwania się od tego, co czynimy codziennie.
Liczymy dni do urlopu.
I tak funkcjonowaliśmy latami, okresowo reagując
zespołem zmęczenia.
Zespół zmęczenia – F 48 obejmuje w międzynarodowej “Klasyfikacji zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania ICD-10” zaburzenia nerwicowe. W
zespole zmęczenia dominują dwie grupy objawów.
Pierwsza to skargi na wzmożone zmęczenie po wysiłku umysłowym, często z towarzyszącym obniżeniem
sprawności zawodowej i efektywności w wykonywaniu codziennych zadań. Wzmożone zmęczenie czyli
męczliwość psychiczna najczęściej opisywana jest
dr n. med. Ewa Kramarz,
specjalista psychiatra, biegła sądowa
jako nieprzyjemne dla przeżywającego pojawienie się
rozpraszających skojarzeń czy wspomnień, trudności w koncentracji uwagi, mniej efektywne myślenie.
W drugiej grupie osoby podkreślają cielesne uczucie
osłabienia fizycznego i wyczerpania nawet po minimalnym wysiłku. Towarzyszą temu bóle mięśniowe i
niemożność odprężenia się. W obu grupach występują też inne nieprzyjemne doznania fizyczne, takie jak
zawroty i napięciowe bóle głowy, poczucie ogólnego
rozchwiania. Nadto martwienie się pogarszaniem
samopoczucia psychicznego i fizycznego, drażliwość i anhedonia czyli utrata zdolności odczuwania
przyjemności, satysfakcji, jakie towarzyszą czynnościom lub przeżyciom dostarczającym zazwyczaj tych
uczuć. W zespole zmęczenia pojawia się też obniżony nastrój, pesymistyczna ocena rzeczywistości, niska samoocena, lęk, zaburzona pierwsza i środkowa
faza snu albo nadmierna senność czyli hipersomnia,
obniżone łaknienie z niestrawnością lub mechaniczne spożywanie pokarmów w nadmiarze, na zasadzie
Zespół zmęczenia próbujemy niwelować zmianą
miejsca pobytu, stylu bycia, życia, oderwaniem się od
mediów, wyłączeniem telefonów, unikaniem używek,
delektowaniem się naturą. I dystansujemy się uzmysławiając sobie, że po nas przyjdą inni.
Po urlopie wracamy do poprzednich obowiązków,
przychodzą nowe, ponownie wpadamy w błędne koło
zwane pracą a więc zajmujemy się klientami, petentami, uczniami, pacjentami itd. Czynimy to przez kolejne miesiące, lata, przerywane odpoczynkiem. Do czasu wejścia w “smugę cienia”. Ze zdziwieniem, że teraz
my jesteśmy tymi doświadczonymi prawnikami, nauczycielami, lekarzami, że teraz nas młodzież pyta o
zdanie, oczekuje pomocy, wsparcia. Oddech młodości
na naszych plecach uzmysławia nam, że w hierarchii
zawodowej zajmujemy i może górne pozycje ale po
nich pozostaje nam już tylko tzw. zespół wypalenia.
Zespół wypalenia, wypalenie się (burn-out syndrome - ang.) w międzynarodowej “Klasyfikacji zaburzeń
psychicznych i zaburzeń zachowania ICD-10” ma swoje miejsce w aneksie, w grupie pt.: “Inne stany klasyfikowane w ICD-10 często towarzyszące zaburzeniom
psychicznym i zaburzeniom zachowania. Wypalenie
się odnotowane jest jako Z.73 w problemach związanych z trudnościami w kierowaniu życiem.
Pod pojęciem zespołu wypalenia rozumie się niekorzystne zmiany wzorców zachowań i nastroju, które mogą wystąpić u personelu instytucji sprawujących
bezpośrednią opiekę nad przewlekle chorymi. Zespół
wypalenia cechuje się obniżeniem poziomu pracy,
niechęcią do podnoszenia kwalifikacji, kształcenia
się, niekorzystnymi zmianami postaw wobec chorych, petentów, klientów (kontakty stają się bezosobowe, pozbawione ciepła i szacunku). Subiektywnie
zespół wypalenia cechuje zmęczenie, przygnębienie,
rozdrażnienie, niezadowolenie z pracy, stałe rozważania o zmianie miejsca zatrudnienia a nawet o zmianie
zawodu. Narasta absencja, pojawiają się dolegliwości
psychosomatyczne.
Zespół wypalenia nie ogranicza się jednak wyłącznie do personelu placówek lekarskich. Ujawniają go
także prawnicy, osoby zatrudnione w wojsku, policji, w brygadach antyterrorystycznych, w aresztach
śledczych, zakładach karnych itd. W tych miejscach
praca z człowiekiem pozbawianym lub pozbawionym
wolności, wykonywana nierzadko z użyciem siły,
przemocy, szantażu, stawiania warunków jest – po
pewnym czasie – nie do strawienia. Towarzyszy jej
nadto nieznośna maniera zależności, regulaminów,
podwładności, poleceń, rozkazów, atmosfera mobbingu, monitoringu, manipulacji, raportów, zbierania tzw. kwitów (straszne określenie – nie mogę tego
słuchać). A także konieczność podporządkowania się
nie zawsze sensownym przełożonym, nepotyzm, karuzela stanowisk, “utrącanie” osób nie pasujących do
krajobrazu firmy. Stąd także podświadoma niechęć
do tej pracy, wykonywanej w aurze odbierania drugiej osobie swobody, ścigania jej, zamykania, przesłuchiwania, karania. Nikt nie lubi oglądać człowieka
nieszczęśliwego, pozbawionego wolności. M.innymi
w placówkach psychiatrycznych i w wymienionych
jednostkach – z takimi osobami spotykamy się. Dlatego po latach pracy reagujemy chłodem, zobojętnieniem na cierpienie, pracujemy stereotypowo, bez
widocznego zangażowania emocjonalnego, traktując
ludzi przedmiotowo, anonimowo. Odczuwa się zniechęcenie do siebie i wykonywanej pracy. Gardzi się
sobą, miejscem zatrudnienia i współpracownikami.
Odlicza się czas do odejścia, emerytury, zakończenia
służby, ostatnie dni korzystając ze zwolnienia lekarskiego, w dniu rozstania dosłownie zatrzaskując za
sobą drzwi. I przyrzekając sobie – nigdy więcej. Wypaliliśmy się. W nowej rzeczywistości staramy się
znaleźć pomysły na wypełnienie życia, uprawiamy
ogród, podróżujemy, kontemplujemy. Po to, aby burn
out – syndrome nie tkwił w nas długo, nie napawał
cierpieniem i reminiscjencjami.
Nadchodzący okres to u większości z nas – zespół
zmęczenia, jeżeli także wypalenia to – czas na zastanowienie się nad swoim dalszym życiem. [ ]
– pielgrzymka, nie tylko duchowa
Na Bezrzeczu jest kamienno–ceglany kościółek
pod wezwaniem MB Różańcowej. Osoby tu mieszkające lub przejeżdżające doskonale znają jego profil
na wzgórzu. Parafią tą kieruje ks. Andrzej Rasiński.
Z naszym Pasterzem bardzo dobrze się rozmawia,
bo mimo, że ciepły i serdeczny, to zasady ma w wielu
sprawach nieugięte. Pamiętam, gdy wczesną jesienią
ubiegłego roku spotkałem go wieczorem i rozmawialiśmy o organizowanej w naszej Parafii pielgrzymce do
Rzymu i Watykanu. Gdy dowiedziałem się, że są wolne miejsca, zaczęły miotać mną sprzeczne uczucia,
ponieważ przez kilka lat mieszkałem w Częstochowie
i pamiętam ciągnące się Alejami ku Jasnej Górze tłumy pielgrzymów. Ale ten kwietniowy wyjazd do Rzymu i Watykanu przeszedł wszelkie oczekiwania moje
i żony. Kilka lat temu byłem samochodem w Rzymie
i Watykanie, ale lipcowe temperatury i brak przewodnika nie dały mi obrazu Wiecznego Miasta.
Gdy autokar dowiózł nas na lotnisko Berlin Schőnefeld mieliśmy trochę czasu na poranną kawę i rozmowy z uczestnikami pielgrzymki. Po trwającym
prawie 2 godziny locie samolot wylądował na położonym na południu Rzymu lotnisko Ciampino. Kiedy
kołowaliśmy w kierunku terminalu kapitan pożegnał
nas również w języku polskim, życząc udanego pobytu. Po godzinnej jeździe autokarem znaleźliśmy się w
sercu Rzymu przy Via V. Monti 1, gdzie znajduje się
Dom Pielgrzyma Polskiego „Sursum Corda”, którego
Dyrektorem jest Ojciec Konrad Stanisław Hejmo, co
rano odprawiający mszę dla sióstr tego Domu. Ośrodek jest położony na wzgórzu, w sąsiedztwie uroczych
uliczek, pełnych kwitnących o tej porze drzew i krzewów. Otrzymaliśmy przytulne pokoje w dzielnicy
Trastevere, z klimatyzacją, z łazienkami, z przepięknym widokiem na Rzym. Około godziny 13.00 została
odprawiona krótka msza i zaraz po jej zakończeniu
udaliśmy się na spacer po Rzymie. Okazało się, że nasza Pani przewodnik jest Polką, od lat mieszkająca w
Kupiliśmy tygodniowy bilet uprawniający do przejazdów wszelkimi środkami komunikacji, tj. autobusami, tramwajami, metrem i pociągiem. Ten bilet kasuje się tylko raz i po podpisaniu go można swobodnie
przemieszczać się wszystkimi liniami, a jest ich sporo
i doskonale łączą poszczególne dzielnice Rzymu.
Wsiedliśmy do tramwaju, po czym przejechaliśmy
kilka przystanków z przejazdem przez most nad brudnym Tybrem i zatrzymaliśmy się przy jednym z najbardziej malowniczych placów w Wiecznym Mieście,
tj. przy Piazza della Rotonda. W samym centrum tego
placu stoi XVIII wieczna fontanna z wysokim obeliskiem, a obok niej najbardziej imponująca antyczna
budowla w Rzymie – Panteon. Swój obecny wygląd
Panteon zawdzięcza gruntownej przebudowie dokonanej przez cesarza Hadriana, którą to przebudowę
ukończono około 125 r. n.e. Z tyłu, za Panteonem
znajduje się niewielka statua słonia (chyba najsympatyczniejsze dzieło Berniniego). Szliśmy malowni-
i daty trwania pontyfikatów wszystkich papieży. Podświetlony jest plafon z twarzą Benedykta XVI i z datą
rozpoczęcia Jego pontyfikatu. Następnie udaliśmy się
w kierunku Santa Maria Maggiore, która wzniesiona
została w V w. po Soborze w Efezie, na którym przyjęto dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej
Marii Panny. Jak głosi legenda w nocy z 4 na 5 sierpnia 350 roku n.e. papieżowi Liberiuszowi ukazała się
we śnie Matka Boska i nakazała postawienie świątyni na Eskwilinie, w miejscu, gdzie następnego dnia
będzie padał śnieg. Stąd wzięła się nazwa pierwszego
sanktuarium Santa Maria della Neve ( Matka Boska
Śnieżna).
Autobusem przemieściliśmy się do Koloseum i po
skręcie w prawo za Łukiem Tytusa dostrzegliśmy
Pallatyn, gdzie w czasach Republiki najznakomitsi
Rzymianie budowali swe rezydencje, a w okresie cesarstwa najzamożniejsi wznosili swe reprezentacyjne
siedziby. Idąc w pełnym słońcu główną drogą weszliśmy na Forum Romanum i oglądaliśmy pozostałości
po jednej z najwspanialszych rezydencji – Domus Flavia. Dalej na krawędzi wzgórza podziwialiśmy ostatnią zachowaną kondygnację gigantycznego Domus
Augustyna, zaś po drugiej stronie termy spojrzeliśmy
na Septymiusza Sewera, na pozostałości stojącej naprzeciwko Świątyni Kastora i Polluksa oraz Domu
Westalek pochodzący z II w. Westalki były dziewicami i miały nimi pozostać przez 30 lat swojej służby,
a zwykle rozpoczynały ją w wieku 10 lat. Ze względu
na swoją niezwykle ważną rolę Westalki miały wiele
przywilejów. Zajmowały wybrane atrakcyjne miejsca w Koloseum. Tylko one oprócz małżonki władcy
mogły poruszać się w granicach miasta pojazdami
na kołach. Przysługiwało im także prawo ułaskawienia każdego złoczyńcy, któremu udało się zbliżyć do
którejkolwiek z nich i błagać o łaskę. Niedaleko była
Świątynia Westy. To najstarsze sanktuarium związane z kultem władców zastępowało ognisko domowe
królewskiego domu stając się z potrzeby „ogniskiem
państwowym”. Wychodząc z Forum Romanum weszliśmy na Kapitol, który przesłania wspomniany już
Pomnik Wiktora Emanuela. Warto wspomnieć, że od
czymi, wąskimi uliczkami, a obok nas Japończycy,
Anglicy, Amerykanie, Francuzi i Rosjanie. Wszyscy
byli uśmiechnięci, biegali z aparatami fotograficznymi i kamerami, aby uwiecznić spływające kaskady
kwiatów z balustrad i balkonów obok domu Keatsa
i Shelleya. Gdy dotarliśmy do Schodów Hiszpańskich
(Scalinata di Spagna) usiedliśmy i degustowaliśmy
wspaniałe włoskie lody, popijając dobrze schłodzonym włoskim piwem. Warto przypomnieć, że schody
te podobnie, jak i cały plac właściwie powinny nosić
nazwę „francuskie”, gdyż zostały zbudowane z inicjatywy Francuzów. Mają one swoją symbolikę religijną,
bowiem trzy grupy stopni i trzy podesty, to nawiązanie do Trójcy Świętej patronującej Kościołowi usytuowanemu na ich szczycie.
Ruszyliśmy powoli w kierunku ogromnej barokowej Fontanny di Trevi. Woda tryskająca ponad posągami i skałami wbudowanymi w tylną ścianę renesansowego pałacu pochodzi z tego samego źródła, z
którego jest zasilana Barcaccio na Piazza di Spagna.
Pierwsza fontanna, znacznie mniejsza stanęła tutaj
już w XV w. Tę obecną ukończono około 1760 roku.
Tradycja nakazuje wrzucić do wody monetę, by w ten
sposób zagwarantować sobie powrót do Rzymu. Nie
należy jednak wskakiwać do fontanny, tak jak zrobiła
to Anita Ekberg w filmie Feliniego „Słodkie Życie”, bo
czuwający praktycznie przez całą dobę policjanci nie
okażą Wam pobłażania.
Zaczął padać deszcz. Można powiedzieć, ze było
to pełne zaskoczenie przy słonecznej pogodzie. Kupiliśmy parasole, bo deszcz stawał się coraz bardziej
intensywny. Zmęczeni, ale zasłuchani w przewodniczkę przeszliśmy na Piazza Venezia. Najbardziej
charakterystyczną budowlą wokół placu jest ogromny biały pomnik króla Wiktora Emanuela II zwany
Vittoriano – Ołtarz Ojczyzny. Złośliwi mówią o nim
„maszyna do pisania”. Jest to budowla poświęcona
pierwszemu królowi Zjednoczonych Włoch. Do jego
budowy wykorzystano materiały z antycznych ruin
Kapitolu. W zachodniej części placu usytuowany jest
renesansowy pałac będący w XVI w. i później ambasadą Republiki Weneckiej. Gdy Mussolini objął rządy
we Włoszech z małego balkonu wychodzącego na
Plac Wenecki wygłaszał swe patetyczne przemowy do
tłumów, jakie gromadziły się na dole. Przewodniczka
przekazała nam ciekawą informację, że zajmujący pałac kardynał włoski użyczył tutaj schronienia matce
Napoleona Bonapartego, gdy ten przebywał na Elbie.
Obok Piazza San Marco, przy Via delle Botteghe Oscure stoi kościół św. Stanisława wzniesiony staraniem
kardynała Hozjusza i będący ośrodkiem polskości w
Rzymie. Przemoczeni wiosennym, ciepłym deszczem
wsiedliśmy do zatłoczonego autobusu, aby powrócić
do Domu Pielgrzyma, gdzie czekał na nas obiad i dla
orzeźwienia dzban dobrze schłodzonego wina.
Następnego poranka po mszy i śniadaniu wraz z
przewodniczką przeszliśmy szlakami największych
bazylik Rzymu. Zaczęliśmy od Św. Pawła. Tam w
mozaikowych sklepieniach można dostrzec twarze
stojącej niegdyś na Wzgórzu Kapitolińskim Świątyni
Junony Monety, gdzie mieściła się rzymska mennica,
wziął swą nazwę pieniądz metalowy. Wsiedliśmy tym
razem w zupełnie luźny autobus i ruszyliśmy do Bazyliki Św. Jana na Lateranie. Pamiętaliśmy odprawiane
tutaj przy ołtarzu msze przez papieża Jana Pawła II.
Obok znajdował się kościół i „Święte schody”. Tłumy
pielgrzymów posuwały się po stopniach na kolanach.
Modląc się, wolno przemieszczały się ku górze, by
zejść już zupełnie swobodnie boczną nawą. Stamtąd
wróciliśmy do Domu Pielgrzyma na kolację.
W środę rano wyjechaliśmy do Watykanu na Audiencję Generalną. Wsiedliśmy do pociągu i po przejechaniu dwóch przystanków byliśmy na stacji Św.
Piotra. Każdy z nas posiadał żółtą kartę wstępu z oznaczoną datą audiencji i numerem, co pozwoliło nam
zająć miejsca siedzące dla grup, na wprost ołtarza
papieskiego. Po szczegółowej kontroli przeszliśmy do
sektora, który dowolnie wybieraliśmy. W momencie
rozpoczęcia audiencji na placu znajdowało się około
150.000 ludzi. Papież przywitał pielgrzymów w języku włoskim, hiszpańskim, angielskim, niemieckim
i polskim. Niesamowita była reakcja młodzieży, która
w momencie wywoływania miejscowości, z których
pochodzą reagowała żywiołowo. Na placu znajdowały się grupy z całego świata m.in. olbrzymia liczebnie
pielgrzymka z Toskanii, którą papież szczególnie gorąco witał. Wszyscy jej uczestnicy byli ubrani w żółte
stroje. Kapłan przybliżający w języku polskim homilię papieża pozdrawiał poszczególne parafie przybyłe
z Polski. Mieliśmy tę olbrzymią przyjemność, że również i my zostaliśmy odczytani, co świadczy o tym,
że organizacja Watykanu w zakresie pielgrzymek jest
rzeczywiście doskonała. Około godziny 13.00 papież
odjechał do swoich apartamentów, a plac Św. Piotra
powoli opustoszał. Całą grupą poszliśmy w kierunku
Muzeów Watykańskich, w skład których wchodzą
cztery główne budynki: od strony placu Św. Piotra
Pałac Watykański – najstarsza część kompleksu, po
północnej stronie Pałac Belvederski oraz dwie długie
galerie zbudowane na początku XVI w., aby ułatwić
przejście między pałacami. Otrzymaliśmy słuchawki,
od tego momentu stanowiły one łącznik z naszą przewodniczką, która przeprowadzając nas przez kilka
godzin wśród zbiorów muzeum informowała nas o
wszystkim za pomocą połączonego z nami mikrofonu. Udało nam się rozpocząć zwiedzanie od Pinakoteki, stanowi ona jedną z najlepszych galerii obrazów
w Rzymie, w której zgromadzono dzieła z różnych
epok – od wczesnego renesansu aż po XIX w. Doszliśmy także do galerii map, które zostały usytuowane
na długości 120 metrów. Jest ona uważana za jedną
z najpiękniejszych galerii w muzeach watykańskich.
Zakończyliśmy zwiedzanie w Kaplicy Sykstyńskiej,
gdzie freski na sklepieniu szokują artyzmem i kolorem, a Stworzenie Adama namalowane przez Michała
Anioła jest tak realistyczne, że wydaje się przeniesione z przestrzeni. Część centralną nad ołtarzem wypełnia fresk, także namalowany przez Michała Anioła,
a obrazujący Sąd Ostateczny. Wyszliśmy pełni wrażeń, aby po powrocie sięgnąć do przewodników i starać sobie ugruntować, to wszystko, co obejrzeliśmy w
Muzeach Watykańskich. Samą Kaplicę Sykstyńską
trzeba obejrzeć bardzo szczegółowo, a to wymaga jednak sporo czasu, którego nam zabrakło.
W czwartek pojechaliśmy do Grot Watykańskich,
w których pochowano wielu papieży. Zaprojektowana przez Vacchiniego kaplica polska poświęcona jest
Matce Boskiej Częstochowskiej. Łożoną na starej głowicy rzymskiej kolumny płytę ołtarza zdobi obraz
Czarnej Madonny.
Doszliśmy do grobu, w którym spoczywa Jan Paweł
II. Pochowano Go kilka metrów od grobu św. Piotra, w
miejscu, w którym do 2001 r. znajdowały się szczątki
papieża Jana XXIII. Mogliśmy przystanąć, bo w godzinach rannych zwiedzających było mało i patrząc na
płytę z białego marmuru kararyjskiego, która przykrywa grób, zastanawiałem się nad czasem przemijania. Po wyjściu można było wjechać windą na dach
i podziwiać piękny widok na Watykan i Rzym. Poszliśmy w kilka osób w kierunku ogromnej okrągłej bryły
Zamku św. Anioła, który zaprojektował i zbudował cesarz Hadrian, jako własne mauzoleum. Pod względem
stylistycznym przypominała ona mauzoleum Augusta. Zmiana nazwy obiektu miała związek z cudem,
jaki wydarzył się za pontyfikatu Grzegorza Wielkiego.
Modlącym się o koniec zarazy Rzymianom ukazał
się św. Michał Archanioł chowający miecz i wkrótce
panująca w mieści dżuma wygasła. Ponownie nałoży-
liśmy słuchawki na uszy, aby kontaktować się z przewodniczką, ponieważ weszliśmy do Bazyliki św. Piotra. Zbudowana pod koniec XV w. przez Bramantego
została ukończona po sporych modyfikacjach ponad
100 lat później przez Carla Madernę. Powstała w miejscu zniszczonej budowli wzniesionej na początku VI
w. przez Konstantyna nad grobem św. Piotra. Oficjalnie nie jest to największa świątynia katolicka, bowiem
ten tytuł należy do Kościoła Matki Boskiej Pokoju na
Wybrzeżu Kości Słoniowej. Baldachim i konfesja zaznaczają miejsce usytuowania grobu św. Piotra. Pomimo, że byłem tu przed laty szokuje nie tylko Pieta
Michała Anioła, którą stworzył nie mając 24 lat.
W świątyni znajduje się jeden z najbardziej czczonych obiektów – brązowy posąg św. Piotra z prawą
stopą wygładzoną dłońmi pielgrzymów. Wykonana
w XIII w. przez Arnolfa di Cambia rzeźba podczas
uroczystości jest ubierana w papieskie szaty i tiarę.
Kolejne wspaniałe dzieło to 26-metrowy baldachim
wykonany z brązu przez Berniniego, brąz został zerwany z dachu Panteonu. Rzeźby Berniniego zdobią
także absydę. On jest tez wykonawcą grobowca Urbana VIII. Wszyscy, którzy ją zwiedzili potrafią odebrać
jej piękno i niesamowite oświetlenie, a tym, którzy
planują wyjazd do Rzymu proponuję, aby poświęcili
na jej zwiedzenie kilka godzin, podobnie, jak na Kaplicę Systyńską.
Na zakończenie chciałem przypomnieć tylko, że
zarówno w Bazylice św. Pawła, jak i św. Piotra znajdują się święte drzwi, które są każdorazowo otwierane
przy obchodach, natomiast na co dzień są zamurowane od wewnątrz.
W przedostatni dzień pielgrzymki mogliśmy powrócić do tych miejsc, które szczególnie utkwiły nam
w pamięci. Niektórzy wrócili do Watykanu i na Plac
św. Piotra uznawany za jeden z najpiękniejszych placów miejskich na świecie, inni do Koloseum, czy tez
na Forum Romanum. Piątek i sobota, to także dni, kiedy można było zapuścić się w boczne uliczki od jednej
z głównych arterii handlowych miasta Via Marconi,
gdzie pita w małych kafejkach doskonała kawa i lody
pozwoliły popatrzeć na spacerujące bez pośpiechu
włoskie dziewczyny cały czas rozmawiające przez telefony albo między sobą. W sobotę po przygotowanym
specjalnie dla całej grupy, polskim obiedzie około godziny 17.00 wyruszyliśmy z Domu Pielgrzyma na lotnisko, by przed 22.00 wylądować w Berlinie.
Przyznać muszę, że ten pełny 6-cio dniowy pobyt
pozwolił nie tylko mnie poznać zupełnie spokojnie
piękno Rzymu i Watykanu, a słoneczna pogoda dała
nam szansę rozkoszowania się kwitnącymi tak wcześnie kwiatami, krzewami i drzewami.
Myślę, że przygotowana trasa pielgrzymki pozwoliła w sposób doskonały dotrzeć do wszystkich tych
miejsc w Rzymie i Watykanie, które winno się zobaczyć, natomiast systematyka zwiedzania spełniła
oczekiwania każdej z osób.
Na zakończenie przyznam się, że niestety, ale pizza i lasagne, którą kilkakrotnie jedliśmy w Rzymie
ustępowały tym naszym szczecińskim. [ ]
W XXI wieku w najbogatszym i najbardziej rozwiniętym technologicznie państwie
na świecie doszło w imieniu prawa do zabójstwa
osoby, która nie była sądzona za jakiekolwiek czyny – była niewinna, była żywą osobą ludzką.
Co wobec tego uczyniła? „Miała uszkodzony mózg
i jej mąż nie mógł nawiązać z nią kontaktu” - tak w
skrócie brzmiało orzeczenie sądu wydane w procesie
spowodowanym przez męża. Doszło więc w ogóle do
deliberacji sądowej na temat czy można zabić człowieka, który inaczej niż my postrzega i kontaktuje się ze
Odkładając na bok emocje możemy istotę zjawiska
jakie nastąpiło opisać następująco: pani Sciavo Thierry – bo tak nazywała się ofiara, cechowała się gorszą
odmiennością w oczach męża, następnie części społeczeństwa, w końcu sądu. Więc „gorsza odmienność”
w kraju szczycącym się demokratyczną równością
wszystkich obywateli, która to prawna idea równości
wprowadzana jest nawet zbrojnie przez te Stany Zjed-
Jeszcze o eutanazji. noczone w wielu krajach świata, stała się winą zasługującą na śmierć.
Zdziwienie jakie może temu czy owemu Czytelnikowi towarzyszyć powinno jednak być opatrzone
refleksją, tym samym bowiem w USA doszło do precedensu eutanatycznego.
Eutanazja: ”skrócenie mąk pacjenta w przedłużającej się agonii za pomocą śmiertelnej dawki środka
uśmierzającego ból” (Słownik Wyrazów Obcych. PWN,
W-wa 2003). Żeby więc można mówić o eutanazji zaistnieć muszą trzy cechy: 1. nieuleczalność choroby,
2. proces agonii więc stałe pogarszanie się stanu, 3.
cierpienie chorego.
Pani Sciavo nie czuła bólu a stan jej był stacjonarny tj. nie zmieniał się. Nie poddana została więc eutanazji. Czemu przeto?. Pani Sciavo przestano podawać
pokarm doprowadzając do śmiertelnego wyczerpania energetycznego organizmu. Znany jest z nieodległej historii ten sposób pozbawiania życia.
Ten sam słownik prezentuje znaczenie terminu: Ortotanazja - „zaniechanie sztucznego podtrzymywania życia pacjenta”. Grecy
przedrostek Orthos odnoszą do: prosty,
słuszny, prawdziwy. Medycyna w Polsce
sztuczne podtrzymywanie życia odnosi
z reguły do sztucznego oddechu. W swej
34-letniej praktyce żadnemu, na pewno
umierającemu choremu, nie odmówiłem żywienia dojelitowego czy bezle-
kowych płynów dożylnych. Więc, pomijając fałsz kryjący się za określeniem „słuszny” w ortotanazji, czy
„dobra śmierć” w eutanazji nie znajdujemy nazewniczych aplikacji obu tych terminów do tego co zdarzyło się pani Therri Sciavo.
Istnieje społeczna akceptacja pozbawienia człowieka życia: można to uczynić w obronie własnej lub
społeczeństwa. W wymiarach jednostkowych robi
to bohater, potencjalna ofiara, policjant, kat a wojsko
różnie masowo w wojnie obronnej!
Myśleć i mówić o bliźnim z deprecjonującą emocją
to cecha bardzo bliska człowiekowi. Wynika z egoistycznej postawy w walce o własny image; jest to najekonomiczniejsza droga do wywyższenia własnej
osoby i do ewaluacji tak potrzebnej dla skutecznego
wzrastania. W akceptacji deklarowanej społecznie ist-
nieje tak zwana zdrowa rywalizacja; ona też ma swój
rodowód w pragnieniu umocnienie swej pozycji.
Wielekroć, żeby nie rzec ustawicznie, pielęgnujemy
i kultywujemy w myślach obraz wad bliźniego. Znane
to zjawisko ganione np. przekazem ludowym: „w oku
brata źdźbło widzieć a w swoim belki nie dojrzeć”. Tak
się dzieje zarówno w relacjach w najbliższym otoczeniu a szczególnie względem tych , którzy w ziemskim
postrzeganiu spraw i wartości przewyższają nas. Św.
Katarzyna z Sieny - Doktor Kościoła doceniając tę postawę względem kapłana – tego pomazańca wśród owczarni – przestrzegała aby nie warunkować swego do
Boga odniesienia ułomnościami widzianymi u księdza. (Św. Katarzyna ze Sieny: „Dialog” przekł. L. Staff,
wyd. „W Drodze” Poznań 1987 r.).
Dwa są główne źródła aktywności ludzkiej; zwalczać przeciwnika wroga wyszukując nieraz nawet
tam gdzie go nie ma, oraz działać na rzecz drugiego.
Deprecjonując w myślach bliźniego automatycznie i bez wysiłku, który trzeba by włożyć we własne
doskonalenie, więc atrakcyjnie w naszym oglądzie
podnosimy własne wartości. Silne to zwłaszcza gdy
rzeczywistość zgoła jest odmienna na korzyść tego
drugiego. Wtedy nasza walka o „naszość” jest intensywniejsza. Józef został sponiewierany przez braci
swych i sprzedany Izmaelitom bo charakteryzował
się swoiście gorszą odmiennością jak prześmiewali
się zeń: „ten który miewa sny”. (Księga Rodzaju). Kain
posunął się do bratobójstwa bo Abel był zasadnie wyżej ceniony przez Rodziców.
W każdym człowieku jest dobro i zło od zarania
dziejów. Księga Wyjścia: Dekalog + Księga Przymierza: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, Ewangelia św. Jana: „Przykazanie nowe wam daje abyście się
wzajemnie miłowali” nakazując, wskazują na gorszą
odmienność przypisywaną przez nas bliźnim i wskazują drogę życia właściwą. Jan Paweł II nigdy nie potępiał człowieka widząc w nim obraz i podobieństwo
Stwórcy gdy ganił czyny ludzkie i dawał tego dowody
nawet w sytuacjach, zwłaszcza obecnie, niewyobrażalnych gdy żegnał znakiem krzyża podążający za
nim samochód z bezpieką lub gdy chodził do potencjalnie odmiennie gorszych w celu pozyskania domu
dla Seminarium, a wierny Jego uczeń Abp Majdański
gdy budował patriotyczną wizję regionu konstruując
ją z ówczesną władzą PRL np. spotykając się z gen.
Jaruzelskim.
Nie bardzo lubimy osoby, które obdarzyły nas swoją łaską bowiem one z konieczności w tym akcie są
lepsze od nas. Stąd porzekadło: cóżem mu takiego dobrego uczynił, że tak mnie nienawidzi?. Lubimy też
ludzi, którzy doznali od nas dobra bo to jest dowodem
naszej wartości. Czasem powód ten przyczynia się do
wielkiej charytatywności i działań społecznych o
szerokiej skali. Nie bacząc na motywy skutek ten jest
chwalebny. Osobliwie a często nie darzymy sympatią
ludzi których skrzywdziliśmy bowiem krzywdą ową
świadczą oni przeciw nam. Często też staramy się
usprawiedliwić tę bolesność wytykając im fałszywie
sprawczość naszego działania.
Kiedy traktowanie bliźniego jako gorszej odmienności wydostanie poza obszar myśli o nim zaczyna się marsz przeciw. „…byle się zerwać do biegu… potem już pędzi sama. Nienawiść. Nienawiść…”
(W. Szymborska).
To coś co cierpi w nas w efekcie to godność, którą każdy ma człowiek. Godność postrzegana i miana
przezeń a nie przywoływana jako pojęcie filozoficzno-psychologiczne odnośnie idei jakiegoś bliźniego
człowieka . To ona urażona jest źródłem działań odwetowo roszczeniowych. Poniżanie godności gminu
przez liczne przypadki nadużyć arystokratów zostało
wykorzystane do zbrodniczego ludobójstwa w czasie
rewolucji francuskiej. Represje hitlerowskie w odniesieniu do podbitych narodów przyczyniły się do
cierpienia Narodu Niemieckiego po II Wojnie Światowej a stalinowskie są przyczyną poglądów i działań
niejednego z obecnych gremiów rządzących. I to też
od wieków znane bo opatrzone przestrogą: „kto mieczem wojuje od miecza …”. A przecie na zaniechaniu
rewanżyzmu wyrosła potęga Indii, Hiszpanii, Anglii.
Żyj i pozwól żyć chciałoby się powtórzyć za M. Buberem. (M. Buber. „Problem człowieka” przeł. R. Reszke,
Warszawa 1993 r.)
Systemowe represje względem osób określonych
jako gorsza odmienność nie są możliwe bez udziału
dużej liczby indoktrynowanych wykonawców. Osób
których samodzielny ogląd świata zawiera się w sprawach chleba powszechnego. Potrzebne do ich wzniesienia ponad jednostkowe gorsze postrzeganie bliźniego są igrzyska. Dlatego tak ważnym w sprawowaniu
władzy, rządu umysłów, są media i eliminowanie elit
tj ludzi samodzielnie myślących i rozważających o
drugiej stronie księżyca a nie tylko o palcu wskazującym nań. (wg. Saint d’Exupery). Rozumieli to i realizowali Hitler i Stalin. W ich „katyniach”, „KLach”
i kazamatach bezpieki ginęli w pierwszej kolejności
oficerowie, lekarze, księża, prawnicy itp. W końcu ci,
którzy znali może lepsze, zdrowe realia innych systemów społecznych.
Dziś kiedy otwieram gazetę codzienną (każdą!),
programy radiowe i telewizyjne (każdy!) nie mam
dnia bez bardzo głośnego anonsu afery dotyczącej prawników, lekarzy, księży, sądu najwyższego, nauczycieli... oraz apologetów innego systemu
postrzeganych jako gorsza odmienność. Wyjątek
stanowi tu program II PR . Ale o dziwo akurat ten
właśnie program zostanie ograniczony w zakresie
nadawania do większych miast (sic!) Na razie. Po rosyjsku „na razie”to: „pa ka”. Stalin zapytany o to jaki
hymn ma mieć Polska powiedzieć miał: „Mazurok
Dombrowskowo – choroszaja pieśnia, puść budzie”.
I dodał: „pa ka” (mazurek Dąbrowskiego – dobra
pieśń – niech będzie – na razie). Tenże Stalin wydał ukrywaną skrzętnie w biurze Bieruta instrukcję NK/003/47 zawierającą zalecenia jak urządzić
państwo polskie aby zniewolić Naród. Spośród 45
punktów ledwie kilka straciło aktualność.
Instrukcja została opublikowana w Kanadzie
wkrótce po wojnie dzięki wykradzeniu jej z sejfu, a u
nas przywołał ją tygodnik Morze i Ziemia w grudniu
ostatniego roku swej edycji (sic!) (6-12.12.1989). Jest
tam min pkt 14. spowodować aby wszystkie akty prawne, gospodarcze, organizacyjne (z wyjątkiem wojskowych) nie były precyzyjne, lub pkt 15. spowodować aby
dla każdej sprawy powoływano kilka komisji, urzędów,
instytucji społecznych, ale żadne z nich nie powinno
mieć prawa podejmowania ostatecznej decyzji bez
konsultacji z pozostałymi.
Albo: doprowadzić do tego, żeby pracownicy na stanowiskach państwowych z wyjątkiem służb ścigania
i pracowników przemysłu wydobywczego) otrzymywali niskie pobory. Dotyczy to szczególnie służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości, oświaty i kierowników
różnych szczebli. (Morze i Ziemia nr 49(366) 1989 r.)
Itd. itd. odsyłam do smutnej lektury.
Pani T.S. została zabita z powodu tego iż charakteryzowała się gorszą odmiennością. Gorszą odmiennością w oglądzie Kaina charakteryzował się Abel
a Józef w ocenie braci gdy zostawiali go na pustyni.
Gorszą odmiennością w oglądzie ideologów III Rzeszy Niemieckiej cechowali się Romowie, Żydzi i Słowianie. Gorszą odmiennością wg Chorwatów cechują
się Serbowie i v-ce versa. Gorszą odmiennością wg panów z ugrupowania politycznego X w Sejmie kolejnej
Rzeczpospolitej charakteryzują się panowie ugrupowania Y.
Za daleko się posuwam? Czyżby?
Dopiero w 2005 r. minister zdrowia cofnął zarządzenie nie zalecające radioterapii nowotworów u osób po
65 r.ż. Do dziś też NFZ nie pokrywa kosztów leczenia
nowocześniejszymi i droższymi lekami przeciwnowotworowymi u osób w wieku podeszłym.
A emerytury i renty w wysokości uniemożliwiającej wykup leków i jakie takie życie - wiadomo że dotyczy to osób starszych a więc charakteryzujących się
odmiennością ja nie uważam, że gorszą ale... dzieje
się tak w wyniku regulacji prawnych systemowych.
Czy nie jest to pełzająca eutanazja?.
Jestem lekarzem od 33 lat i kieruję bardzo ciężkim
i poważnym oddziałem . Co mam robić gdy na cztery
stanowiska do sztucznego oddychania muszę przyjąć
5-6 chorych, którzy bez tych aparatów natychmiast
umrą. Czy to nie jest wymuszanie na lekarzu działań
ortotanazji?.
Nie ma pieniędzy na leczenie ludzi starych, na emerytury pozwalające podróżować po świecie tak jak
cudzoziemskim pensjonariuszom czy przynajmniej
nie wymuszać skrócenia życia przez mizerię terapeutyczną i socjalną. Na wózki elektryczne i podjazdy dla
inwalidów. Dla tych, którzy budowali Ojczyznę przez
pracę w niej niezależnie od koloru jej władzy, bo czas
życia każdego człowieka nie ma przerw. To nie teatr
z antraktami. Czy ci wszyscy to gorsza odmienność?.
kierownik Katedry Neurochirurgii Pomorskiej Akademii Medycznej,
redaktor naczelny Wydawnictwa Pomorskiej Akademii Medycznej,
członek licznych organizacji międzynarodowych, m. in. Ethicolegal Committee of the European Association of Neurosurgical Societies, współautor kodeksu Good Practice: a Guide For Neurosurgeons, przyjętego przez Światową
Federację Neurochirurgów (World Federation of Neurosurgical Societies).
Tymczasem są pieniądze na inne potrzeby: wojny
zamorskie, międzynarodowe awantury. W jesieni
ubiegłego roku do centrali NFZ na żądanie jego prezesa odprowadzono ze Szczecina 50 mln zł, z tych które
miały być przekazane na leczenie.
„Cokolwiek tym najbiedniejszym uczyniliście mnieście uczynili” - ktoś powiedział - nie wiesz Czytelniku
przypadkiem Kto? Może też cieszył się sławą gorszej
odmienności w czyimś umyśle.
W Hiszpanii dwie zwalczające się śmiertelnie siły
zaprzestały walki i zaniechały bratobójczej wojny. Nie
przeszkodziło to mimo złowieszczącym dziś zwolennikom miecza u nas, porosnąć państwu na półwyspie
iberyjskim w dużą siłę gospodarczą. Tam też spektakularne sukcesy państwowotwórcze odnosi Opus Dei,
w którym Jan Paweł II upatrywał jednego z remediów
na cierpienia XX wieku i beatyfikował rychło bł. Escrivę.
Czy Polak Katolik jest mniej rozumny niż Hiszpan
Katolik? Czy musi tak łatwo dawać się manipulować
i w efekcie u tamtego zbierać truskawki?
Bo wszystko zaczyna się w pojedynczym umyśle:
…”wszelki możliwy nonsens / Wszelkie zło / Bierze się z naszej wojny o górowanie nad bliźnim..” (Cz.
Miłosz „Wiersze Ostatnie” Znak. 2006 Kraków); czyli
widzenie go jako gorszej odmienności . Potem wystarczy wyeliminować elity i dać igrzyska aby zbudować
W Sparcie eliminowano chromych po urodzeniu
systemowo. Bliżej nas – ustawa w III Rzeszy O uwolnieniu społeczeństwa od ciężaru osób niepełnowartościowych, którą przyjęto min. w wyniku poglądów
głoszonych przez K. Bindinga i A. Hoche dwóch Bawarczyków – neurologa i prawnika (A. Hoche, K. Binding: ”Eliminowanie zbędnych istnień. Wielkość i forma” wyd. Felix Meiner Lipsk 1920).
Teraz w USA nastąpił precedens i przyczynek do
wprowadzenia eutanazji do systemu prawa.
O eutanazji i ortotanazji powiedziano wiele ale
z uwagi na to iż sprawa dotyczy zjawisk ostatecznych
stanowisko ma obowiązek mieć każdy. Bowiem tak
życie każdego człowieka jak i śmierć jego jest zjawiskiem unikalnym. Więc mam prawo pisać i ja. Nie
może też żaden poseł układać w system prawa stanowionego coś tak indywidualnego jak kres życia
człowieka zwłaszcza obcego mu. Ten poseł za sprawą
którego powstaje tyle regulacji jakże ułomnych. A dotyczy to wszystkich ugrupowań o skraju do skraju.
Niestety może tak się zdarzyć, że postrzeganie bliźniego jako gorszej odmienności skieruje się w stronę
i tych, którzy nie mają głosu. Jako lekarz uważam, że
wykonawstwo powinno być zlecone „fachowym” osobom. A takowe zawsze pod ręką bo odsiadują wyroki
za fachowo popełnione morderstwa. Protestuję aby
obarczać tym lekarza. To dopiero byłoby pomieszanie
pojęć. [ ]
Tykać etykę?
Serce mówi – tykać, rozsądek – nie tykać.
Z jednej strony przypomnieć, dać świadectwo, z drugiej… w dzisiejszych czasach…
któryś z możnych tego świata zechce te
uwagi wziąć do siebie i nowy pasztet gotowy. Wybrać więc ostrożne milczenie,
postawę prof. Sonnenbrucha (oj, wielbiciele Litwosa mogą mieć problem), czekać
innych czasów? Przecież zawsze są jakieś
„dzisiejsze czasy” i zawsze są jacyś „możni”, do których ja, z powodu pewnych wad
charakteru, nigdy nie będę należał.
Zatem – tykam (to serce) ale bez negatywnych ilustracji ( jednak rozsądek).
Na wstępie pragnę zastrzec, że szkic ten nie będzie miał charakteru komparatystycznego, będzie
natomiast przypominał elementarne pojęcia, niektóre
kierunki i poglądy filozoficzne, wybrane przez autora
absolutnie subiektywnie, czyli absolutnie niedoskonale. I ostatnia uwaga – warunek zwięzłości narzuca
tekstowi formę ściągi, by nie powiedzieć – bryku.
Termin „etyka” pochodzi z greki – „ethos” znaczy
„zwyczaj”.
Jest to dział filozofii zajmujący się badaniem moralności i tworzeniem systemów myślowych, z których
można wyprowadzić zasady moralne i dyrektywy postępowania. Podwaliny tej nauki tworzyli Anaksymenes, Epikur, Platon i Arystoteles. Na tego ostatniego
bardzo często powołuje się Tomasz z Akwinu, zwąc
go „Filozofem” w swoim wielkim scholastycznym
dziele egzegetycznym „Wykład Listu do Rzymian” z
ok. 1265 r. Do Akwinaty, a także do autora Listu, św.
Pawła, będę odwoływał się w dalszej części swoich
wywodów, a to zarówno przez wzgląd na ich wagę i
znaczenie, jak i w nadziei, że w dzisiejszych czasach,
w których kwestionuje się doniosłość dorobku Dostojewskiego, Gombrowicza, Goethego czy Kafki, głos
tych świętych zabrzmi odpowiednio mocno i przekonywująco.
Kiedy wspomina się o etyce, nie sposób nie przywołać takich wielkich filozofów jak Baruch Spinoza,
Kartezjusz, Hegel, Jean-Jacques Rousseau, św. Augustyn, Kant, John Stuart Mill, Arthur Schopenhauer,
Rudolf Carnap, a także Fryderyk Nietzsche i Karol
Marks. Swoje miejsce wśród nich ma Tadeusz Kotarbiński, twórca systemu etyki niezależnej, autor
pojęcia “spolegliwość”, przysparzającego tak wielu
problemów pragnącym uchodzić za wykształconych.
Nieszczęśnicy ci uparli się, że termin ten oznacza
człowieka potulnego, coś w rodzaju przyzwoitego
popychadła, i w tym znaczeniu, z błyskiem dumy w
oku (pierwszy w rodzinie, znający takie słowo) epatują nim zachwyconych słuchaczy, podczas gdy pod
terminem tym kryje się człowiek, na którym można
polegać, godzien zaufania, solidny, słowny.
Kotarbiński, w odróżnieniu od znakomitej większości swoich poprzedników, konstruując model dobrego człowieka, twierdził, że wzorzec ten „nie spadł
z zaświatów, ani nie jest jakimś echem niezmiennego
ideału bytującego w rejonach czystych idei”. Do przyzwoitego zachowania nie jest, wg niego, potrzebna
wiara w ideał transcendentalny, ale zwykła wrażliwość, której kryteria zmieniają się w czasie. Etyka,
twierdził filozof, powinna być niezależna od poglądu
filozoficznego lub religijnego, bo przykazanie miłości
bliźniego, wywodzone z etyk chrześcijańskich może
całkowicie stracić sens w momencie utraty wiary
w Boga. W tej perspektywie jego etyka niezależna, to
etyka świecka, niezależna od wszelkiej ideologii.
Zainteresowanych szczegółowym wykładem n. t.
naszej etyki zawodowej, niepomiernie szerszym, głębszym i ciekawszym od niniejszej pracy, odsyłam do
dzieła prof. Romana Tokarczyka „Etyka prawnicza”.
Wspomnę tylko, że autor stawia tezę, iż charakter
i treść reguł i zasad etyki zawodowej w dużej mierze jest pochodną uwarunkowań konkretnej kultury
prawnej. Twierdzi nadto, że etyka jako przedmiot odrębnego wykładu jest nagminnie pomijana w programie studiów prawniczych oraz aplikacji, wobec czego
istnieje potrzeba naprawienia tego stanu rzeczy.
Podkreśla, że działanie etyczne nie kończy się na
zgodności postępowania z kodeksami, lecz polega
na rozwoju moralnych dróg osobistego życia, zespolonych nierozłącznie z moralną zawodową praktyką
prawniczą.
Etyki nie należy mylić z moralnością. Jej celem
jest dochodzenie źródeł powstawania moralności, ba-
prokurator Prokuratury
Apelacyjnej w Gdańsku
bez wartości i nawet nie mogłoby zostać nazwane dobrem.
Teoria ta obowiązywała w Kościele katolickim
przez 700 lat, aż do soboru trydenckiego, dokładnie
do jego trzeciego etapu w latach 1562-63, kiedy przyjęto doktrynę Tomasza z Akwinu, aktualną zresztą w
Kościele katolickim do dziś.
Niemal równolegle kształtował się we Włoszech
kierunek zwany humanizmem renesansowym, przeciwstawiający się teocentryzmowi, a nawiązujący szeroko do antyku. Jego hasłem był aforyzm Terencjusza
„nic co ludzkie nie jest mi obce”. Nowe zasady etyki
skupiały się na poszanowaniu wolności i godności
człowieka i zainteresowaniu się jego kondycją, naturą. „Człowiek jest miarą wszechrzeczy” – to twierdzenie Protagorasa oddaje doskonale ducha tej teorii.
Nikt nie ma prawa zwać się człowiekiem mądrym (vir
sapiens), jeśli nie staje do walki w obronie sprawiedliŚw. Tomasz z Akwinu
danie efektów jakie moralność lub jej brak wywiera
na ludzi oraz szukanie podstawowych przesłanek filozoficznych, na podstawie których dałoby się w racjonalny sposób tworzyć zbiory nakazów moralnych.
W takim sensie definiuje etykę „Wikipedia”.
Pierwszy wielki system etyczny stworzył uczeń
Platona, Arystoteles, w IV w p.n.e.
Wywodząc teorie bytu z teorii poznania (wszyscy
jego poprzednicy czynili akurat odwrotnie), doszedł
do wniosku, że dobro jest wartością indywidualną,
a nie absolutną. Etykę utożsamiał z cnotą, a tę dzielił na dianoetyczną (intelektualną, będącą skutkiem
doświadczenia) i etyczną (moralną, będącą skutkiem
przyzwyczajenia). Sformułował zasadę „złotego środka” polegającą na odrzuceniu skrajnego rygoryzmu
moralnego i uwzględnianiu (umiarkowanym) żądz
cielesnych, ponieważ są one komunikatem potrzeb
ciała dla silnie zależnej odeń duszy. Cnota, twierdził,
to stały proces przezwyciężania żądz i kontrolowania
ich, co nie jest nikomu dane raz na zawsze, ale jest
skutkiem podążania za nakazami rozumu i bez znaczenia jest, czy zostało to wpojone przez wychowanie,
czy uzyskane w drodze własnych przemyśleń.
Dobro i cnota to doskonalenie własnej formy, czyli
duszy, a ponieważ te ostatnie są niepowtarzalne, to
oznacza, że wszystko co dobre dla jednego człowieka,
nie musi być dobre dla drugiego.
Oczywiście takie poglądy były nie do pogodzenia
z etyką chrześcijańską, która, siłą rzeczy, pojawiła się
później. Augustyn z Hippony, żyjący w IV w n.e. święty, Ojciec i Doktor Kościoła katolickiego sformułował
odmienną koncepcję filozoficzną, upatrującą, również
w dziedzinie etyki, źródła ludzkich zachowań w woli
boskiej. Próby takie przeprowadzali przed nim chrześcijańscy filozofowie Pelagian i Orygenes, ale dopiero
Augustyn uporządkował i rozbudował tę doktrynę,
tworząc pojęcia iluminacji, łaski i teodycei. Augustyn
utrzymywał, że nic nie dzieje się bez woli Boga, … „nawet listek z drzewa nie spada”, lecz by uniknąć logicznego paradoksu, którego nieuchronnym skutkiem byłoby obciążanie Boga złem występującym obficie na
świecie, stworzył teorię teodycei. Otóż, wywodzi ów
doctor gratiae, Bóg wyposażył ludzi w wolną wolę, po
to by mogło wystąpić i dobro i etyka, w opozycji do
zła, będącego wytworem woli człowieka. W świecie
idealnym, dobro, jako pozbawione kontrastu, byłoby
wości, prawdy i honoru (pro iustitia, pro veritate, pro
honestia). W obrębie tego nurtu mieściły się poglądy
potępiające monastycyzm, jako ucieczkę od życia, i
wyrażające przekonanie, że droga do doskonałości
człowieka wiedzie przez pracę, życie rodzinne i obywatelskie. Idący jeszcze dalej epikurejczyk Loggio
atakował mnichów, jako „obłudnych i obskurnych pasożytów” włóczących się po świecie w poszukiwaniu
jadła. Krytykowano też celibat, wywodząc, że od cnoty
celibatu większą wartość społeczną ma małżeństwo,
od cnoty posłuszeństwa – umiejętność dowodzenia,
kierowania i zarządzania, od życia w odosobnieniu
– aktywne życie w społeczeństwie. Matteo Palmieri
w traktacie „O życiu obywatelskim”, wyrażając aprobatę dla bogacenia się, twierdził: „ten zasługuje na
pochwałę, kto nie szkodząc nikomu, w uczciwy sposób
powiększa swoje dziedzictwo”. Przywrócono ideę braterstwa wszystkich ludzi, wyrażoną słowami Seneki
Młodszego... „Homo res sacra domini”, czyli … „człowiek, rzecz święta dla drugiego człowieka”, zarzuconą
i zapomnianą w dobie krucjat.
Innymi tropami podążała myśl św. Tomasza.
Akwinata chciał by człowiek, znosząc zło i czyniąc dobro, nie szukał tego co doczesne, lecz tego co
wieczne. „Najpierw szukajcie Królestwa Bożego” (Mt
6, 33). Dobroć, etyczne, czyli zgodne z nakazami bożymi postępowanie, przypisywał ingerencji Ducha
Świętego, a wszystko co płynie ze słabości traktował
jako sprzeciwienie się woli Ojca i nazywał grzechem.
Winą przeciwko Bogu jest wszelka bezbożność, natomiast winą przeciwko człowiekowi jest nieprawość.
Grzechem zatem jest każde nieetyczne postępowanie, bowiem „sprawiedliwością jest to, dzięki czemu
stosunki między ludźmi i udzielanie się są rozumne...”
To nowoczesna myśl, znacznie wyprzedzająca czas,
kiedy uznano, że cel uświęca środki, a w stosunku do
wrogów (dowolnie zdefiniowanych), można, a nawet
czasem trzeba, dopuszczać się nieprawości.
Warto przytoczyć obszerniejszy cytat z „Wykładu
Listu do Rzymian” bowiem ilustruje on wprost poglądy
Tomasza z Akwinu na przedmiot naszych rozważań.
Otóż omawiając fragment listu św. Pawła zawierający
przykazanie „Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego” (Kpł 19, 18 ), pisze: „po pierwsze (…) siebie i bliźniego powinniśmy miłować ze względu na Boga. Po wtóre,
w aspekcie formy miłowania, że podobnie jak kochając
siebie, chcemy dla siebie dobra, tak kochając bliźniego,
chcemy dobra dla niego. Kto zaś kocha bliźniego tylko
dlatego, żeby mieć z niego korzyść, lub żeby zawładnąć jego miłością, nie chce dobra dla bliźniego, lecz
raczej z bliźniego chce dobra dla siebie. (…) Po trzecie,
w odniesieniu do skuteczności miłowania, mianowicie
bliźniemu należy przychodzić z pomocą podobnie jak
sobie i nie wolno z miłości bliźniego popełnić żadnej
niegodziwości, podobnie jak nie wolno tego z miłości do
siebie.(…) Kto kocha bliźniego nie wyrządza mu żadnego zła. Otóż do tego zmierzają wszystkie przykazania
Prawa, żeby powstrzymać człowieka od zła. Zatem ten,
kto kocha bliźniego, wypełnia Prawo”.
Zwracam uwagę, że w całym tekście Wykładu autor
nie próbuje zawęzić pojęcia bliźniego, więcej – za św.
Pawłem dzieli bliźnich na znających Prawo (Żydów)
i innych (Greków i Rzymian, czyli pogan) nie znających Prawa i od tych pierwszych wymaga znacznie
więcej. O sądzie Bożym ..„ powiada Apostoł (św. Paweł – przyp. mój ): najpierw na Żyda, potem na Greka,
bo Żydom należała się większa kara ze względu na znajomość woli Bożej, a to dzięki Prawu. Sługa, który znał
wolę Pana swego, a nie wypełnił jej, słusznie otrzyma
wielką chłostę (Łk 12, 47). Podobnie chrześcijanie za
taki sam grzech, cudzołóstwa lub kradzieży, zostaną
ukarani cięższą karą niż niewierzący. Pomyślcie, na ile
cięższą karę zasługuje ten, kto podeptał Syna Bożego.
( Hbr 10, 29) …”
Minęło 8 stuleci od wyartykułowania tej tezy, na
podstawie jeszcze starszego tekstu, a ciągle znajdują
się tacy, którzy bliźniego widzą wyłącznie we współplemieńcu, lub, co nierzadkie, w członku tego samego
ugrupowania – w najgorszym razie – w zdeklarowanym zwolenniku. Inni to w tym postrzeganiu poganie,
zasługujący na pogardę, odrzucenie i wykluczenie.
Ci współcześni Torquemadowie za nic sobie mają
słowa Apostoła, który wskazując na godność pogan,
pisał: „chociaż Prawa nie mają, sami sobie są prawem,
bo spełniają wobec siebie zadania Prawa, poprzez pouczanie się wzajemne i prowadzenie ku dobru”. I dalej
już Akwinata :… „prawo jest słowem, które zawiera w
sobie przymus pochodzący z roztropności i zrozumienia. Toteż powiedziano, że Prawo nie jest ustanowione
dla sprawiedliwego (1 Tm 1, 9), mianowicie sprawiedliwy nie postępuje pod przymusem zewnętrznego prawa, ale ustanowione jest ono dla niesprawiedliwych,
którym potrzeba zewnętrznego przymusu. A na tym
polega najwyższy stopień godności ludzkiej, że nie pod
wpływem innych, ale sam z siebie człowiek zwraca się
ku dobru. Stopień drugi dotyczy tych, którzy zwracają
się ku dobru pod wpływem innych, ale bez przymusu.
Stopień trzeci dotyczy tych, którzy do tego, aby stać
się dobrymi, potrzebują przymusu. Czwarty – tych,
których nawet pod przymusem nie da się skierować
ku dobremu. (Na próżno karałem synów waszych, nie
przyjęli nauki – Jr 2, 30)”.
Autor podkreśla, że sama znajomość Prawa (a zatem i zasad etyki) jest niewystarczająca do przyjęcia
miana sprawiedliwego (czy – odpowiednio – etycznego) i cytuje za Ewangelią „Kto słucha słów moich, a
nie wypełnia ich, podobny jest do człowieka głupiego”
(Mt 7, 26) i „Kto słucha słowa, a nie wypełnia go” (Jk
1, 23).
W wielu miejscach św. Tomasz tłumaczy, że ewangeliczny termin „sprawiedliwy” odnosi się często do
prawości czynów, do darów łaski, które poruszają ludzi ku dobru.
Twierdzeń tych nie trzeba nawet przekładać na język współczesny, są bowiem uniwersalne i zrozumiałe nawet dla „pogan”. Otwartym natomiast pozostaje
pytanie, dlaczego nauki Ojca i Doktora Kościoła pozostają dla wielu pustym dźwiękiem, dlaczego tak ła-
two ci, którzy przemawiają do innych „znikczemnieli
w myślach swoich”. Czyż nie pamiętają, że „kto zna
dobro, a nie czyni go, grzeszy” (Jk 4, 17) , „..przeto nie
możesz się wymówić od winy” (Rz 2, 1) ?
To pytanie bez odpowiedzi …chociaż… w/g definicji świętego Tomasza z Akwinu grzech śmiertelny, to
postępowanie wbrew przykazaniu miłości Bożej, albo
miłości bliźniego (Summa theologiae, I-II, 88, 2). Niektórzy, zaabsorbowani bieżącymi rozgrywkami zapominają o eschatologicznym aspekcie życia. Niech to
wystarczy za odpowiedź.
Za burtę tych rozważań, z uwagi na szczupłość
miejsca, wypadli i Kant i Rousseau ze swymi systemami subiektywno - emotywistyczno - motywistycznym i obiektywistyczno - naturalistyczno - motywistycznym, a także materializm dialektyczny Marksa,
czy etyka nominalistyczna Carnapa. Nietzsche np.
uważał, że wszelkie poznawane zjawiska i obiekty
są postrzegane z pewnej perspektywy, a nie znikąd,
z boskiego punktu widzenia, i że wszystko osadzone
jest w kontekście, w tym oczywiście etyka jako część
Ciekawe, właśnie w kontekście naszych doświadczeń zawodowych, są rozważania Platiny dot. relacji
cnoty do szczęścia w znaczeniu zmienności losu (relacja virtu – fatum – fortuna), jako czynnika umożliwiającego mężne znoszenie odmian „koła fortuny” i
zachowania równowagi (tranquillita) duchowej. Jego
zdaniem w pokonywaniu wartkiego potoku życia,
z jego kaskadami, mieliznami i zakrętami, ważną
rolę odgrywają także wiedza i inne cnoty naturalne:
spokój, opanowanie, zdolność trafnej oceny sytuacji,
umiejętność podejmowania adekwatnych do zagrożeń decyzji oraz chęć przychodzenia sobie wzajemnie
z pomocą. To ostatnie należy, w najczystszej postaci,
do, jakże aktualnych, zagadnień etyki. Najbliższy mi,
nie tylko ze względów plemiennych i temporalnych,
Tadeusz Kotarbiński, powiedział kiedyś do swoich
studentów, że jeśli nie wiedzą jak się w danej sytuacji
zachować, niech zachowają się przyzwoicie. To chyba
najkrótsza i najtrafniejsza dyrektywa etyczna.
Bo z etyką jest, jak powiada mój kolega, jeszcze nie
klasyk - tak jak z seksem – tego nie można się nauczyć,
to trzeba praktykować. [ ]
Rajdoeskapada „Bajkał 2007”. VII Późnowiosenny Rajd Sympatyków Kancelarii Adwokata Kazimierza Maszało
„Chotieli egzotiki wot i imiejetie”
VI Dzień rajdu
W piątek 22 czerwca 2007 roku około godziny
18:30 wodolot typu Rakieta z dużą szybkością przecinał wody zalewu Angary w rejsie z Bolszych Kotów
do Irkucka. Stanąłem w bocznych drzwiach wodolotu
patrząc na styk jasnobłękitnych wód Angary i zielonej tajgi. Zlewające się kolory wody i lasu tworzyły
niepowtarzalny melanż zmuszając natychmiast do
zadumy i rozważań. W kabinie wodolotu siedzieli
współuczestnicy mego rajdu, część z nich to już „nastojaszczyje sybiraki”, odpoczywali, rozmawiali i z
pewnością oczekiwali na uroczystość zakończenia
rajdu. Zastanawiali się czy będą wspominać rosyjską
eskapadę z jak najlepszej strony? Czy też będą żałować straconych dni?
Pomysł wyprawy i rajdu nad Bajkałem zrodził się
jak zwykle przypadkiem. Nikt jeszcze nie robił sam
rajdu na Syberię. Pomyślałem, że ja mogę to zrobić,
zwłaszcza, że zawsze gnał mnie tam sentyment do
moich bliskich, którzy nie z własnej woli przechodzili
przez Irkuck. Mój zamiar podchwycili inni uczestnicy późnosezonowych rajdów i wkrótce ukształtowała
się silna grupa gotowa na podbój Bajkału na przekór
wszelkim przeciwnościom. Rozpoczęły się zatem zabiegi i przedsięwzięcia mające na celu zorganizowanie tygodniowego pobytu nad Bajkałem w oparciu
o bazę w Irkucku. Setki telefonów, emaili, sms-ów,
a także bezcenna pomoc Iriny Paluszek doprowadziły do tego, że dnia 16 czerwca 2007 roku o godz. 5.30
przed moją kancelarią zebrało się 11 osób gotowych
zmierzyć się z wyzwaniem. Toboły załadowano do
mikrobusika i tym transportem dojechaliśmy do Berlina, by z lotniska Shoenefeld wystartować do Moskwy. Lot przeszedł bez większych wrażeń. Trochę
więcej było ich na lotnisku, gdyż dowiedzieliśmy się,
że musimy w Rosji meldować się w miejscu zamieszkania i że karteczkę z zameldowaniem należy troskliwie przechowywać i oddać przy wyjeździe z Rosji.
Po transferze na Szeremietiewo 2 i poznaniu tam astronomicznych cen na piwo i posiłki w restauracjach
lotniska z nadzieją weszliśmy na pokład Tu-154. Po
zajęciu miejsc okazało się, że osoby o wzroście powyżej 180 centymetrów nie mieszczą się w fotelach tzw.
economy class, gdyż fotele były zbyt blisko usytuowane i na dobrą sprawę nie mieli co zrobić z nogami.
Samolot wystartował, podano posiłek i napoje, a ja
i mój kolega Ryszard przyjmowaliśmy coraz dziwaczniejsze pozycje siedzące. Prawie siedmiogodzinny lot
dał nam należyte przygotowanie do czekających nas
trudów. Zabawne tez było jedzenie posiłków w pozycji stojącej, gdyż od czasu do czasu samolot wpadał
w mała turbulencję. W czasie naszego lotu dane nam
było obejrzeć niecodzienne zjawisko astronomiczne.
W pewnym momencie mogliśmy prawie jednocześnie
zaobserwować zachód i wschód słońca! Coś wspaniałego i jedynego! Po wylądowaniu w Irkucku przy
odbiorze bagażu pasażerowie nie byli zorientowani,
co to są bilety bagażowe, które umożliwiały wyjście z
bagażem. Powstało zamieszanie, Panie bagażowe żądały od wszystkich biletów bagażowych i wtedy zde-
nerwowana pasażerka Rosjanka głośno narzekała, że
w Europie czegoś takiego już nie ma. Wówczas jedna z
bagażowych wypowiedziała sentencję o egzotyce, co
od razu stało się mottem naszego rajdu. Autobusikiem
dojechaliśmy do hotelu „Uzory”, gdzie jedynym cywilizowanym elementem były prysznice z ciepłą wodą
umiejscowione w suterenie. Niezrażeni oceną hotelu
ruszyliśmy na Irkuck zwiedzając jego najstarszą oraz
najnowszą część, a także przypominając sobie nazwiska rosyjskich i międzynarodowych rewolucjonistów
i komunistów, albowiem tylko takie nazwy noszą ulice. Nam najbardziej było znane nazwisko Dzierżyńskiego, gdyż nazwiska Kamniew czy Suche Bator nie
wszystkim dawały coś do zrozumienia. W poniedziałek 18 czerwca 2007 roku wynajętym autobusikiem
udaliśmy się na największą wyspę Bajkału „Olchon”.
Po 40 kilometrach skończył się asfalt, a zaczęła się
droga szutrowa. Od razu zrozumieliśmy dlaczego w
naszym i innych autobusikach są popękane szyby przednia i boczne. Nasz kierowca na nic jednak nie
zważał i pędził po wertepach, jakby startował w rajdach WRC. W pewnym momencie na wyjeździe na
kolejne wzgórze po raz pierwszy zobaczyliśmy błękitny Bajkał. Wszyscy raźno wyskoczyli z autobusiku,
trzaskały aparaty, robiliśmy zdjęcia indywidualne
i grupowe. Po dalszej jeździe wzdłuż Bajkału dotarliśmy do przystani promowej i przeprawiliśmy się na
wyspę, dojeżdżając po pewnym czasie do miejscowości Chużir, gdzie w bazie turystycznej Nikity Bienczarowa otrzymaliśmy kwatery i posiłek. Tu też po raz
pierwszy mieliśmy możliwość przećwiczyć w tzw. sławojce pozycję kuczną z chwytem jedną ręką. Zabawne? Spróbujcie poćwiczyć sami, może Wam się uda...
Tego dnia, po południu zawieziono nas do pobliskiej wsi Buriackiej, gdzie w domu drewnianym
zbudowanym na wzór jurty oczekiwała nas, Słowian
wielopokoleniowa rodzina Buriacka, to jest kobiety
i dzieci, gdyż mężczyźni w Buriaccy albo łowią ryby i
polują, albo piją na potęgę (nie wiem co było przyczyną ich nieobecności). Po poczęstunku ceremonialnym
mlekiem ugoszczono nas małymi naparstkami wódki
pędzonej z serwatki. Coś strasznego! Potem pokazano nam wnętrze domu, stroje i część obrzędów. Nauczono nas tańca miejscowego, a małe dziewczynki
zaśpiewały piosenkę buriacką i ku naszej konsternacji zaśpiewały też piosenkę o wielkim Putinie. Trochę
zdegustowani opuszczaliśmy buriackie domostwo,
mimo, że na koniec Buriatki poczęstowały nas buriacką odmianą żubrówki.
We wtorek 19 czerwca 2007 roku kilku członów
męskiej części grupy udała się nad brzeg Bajkału,
gdzie po zdjęciu szatek i wypiciu kieliszka wódki
równym krokiem pomaszerowała do wody o temperaturze +4 stopni. Nie zważając na chłód zanurzyliśmy
się w niej, przepłynęliśmy kilka metrów i szybko wyskoczyliśmy na brzeg. Było tak zimno, że przymioty
męskości odzyskaliśmy dopiero po kilkunastu godzinach. Po porannych oblucjach i śniadaniu udaliśmy
się z powrotem do Irkucka. Inny kierowca mikrobusu
pobił kolejny rekord brawury, bowiem na drodze szutrowej wyprzedzał autobus pomiędzy zwałami materiału przeznaczonego na remont tej drogi. Zamykaliśmy oczy, chwytaliśmy się za głowy ale szczęśliwie
dojechaliśmy do Irkucka. Czas wolny poświeciliśmy
w dalszym ciągu na poznawanie miasta i z tego powodu na ul. Karola Marksa znaleźliśmy lokal „U Szwejka” serwujący dobre pilzneńskie piwo, sało i golonki.
W środę 20 czerwca 2007 roku udaliśmy się na
dworzec kolei żelaznej w Irkucku, by stać się pasażerami „Krugobajkalskowo Ekspresa”. Po dojechaniu
do Sludianki, gdzie mogliśmy podziwiać dworzec, w
całości zrobiony z marmuru, wjechaliśmy na ok. 140
kilometrowy odcinek Krugobajkałki do Listwianki,
który został wykuty w skałach nad południowym
brzegiem Bajkału.
Pani przewodniczka tłumaczyła wszystkim turystom po rosyjsku jak to car imperator nakazał generałowi zbudowanie tego odcinka, przy pomocy rosyjskich materiałów i rosyjskich ludzi.
Pani z dumą opowiadała, jak to ludzie rosyjscy
w latach 1902-1906 wykonali to niezwykłe zadanie.
Wspomniała przy okazji nawet o włoskich inżynierach, którzy pomagali przy wykonaniu 39 tuneli. Nie
wspomniała słowem o tysiącu naszych zesłańców,
którzy pracowali przy tym katorżniczym przedsięwzięciu. Syci niezapomnianych widoków i wrażeń
w pewnym momencie odczuliśmy ssanie w żołądkach
ale jak na życzenie pociąg zatrzymał się na stacji Połowinnyj, gdzie uzyskaliśmy informację, że można zjeść
co nieco w pobliskiej zielonej chatce, jednej z trzech w
tej okolicy. Ruszyliśmy żwawo i za chwilę nasza chaziajka pod gołym niebem podała nam borszcz sybiryskij i pielemienie. Nasyceni na wszelkie sposoby dotarliśmy do Listwianki, przeprawiliśmy się na drugi
brzeg Angary i przetransportowano nas z powrotem
do Irkucka.
Następnego dnia udaliśmy się do Bolszyje Gołoustnyje około 130 kilometrów od Irkucka. Droga prowadziła cały czas tajgą ale od czasu do czasu widzieliśmy spalone obszary zniszczone w pożarze w 2003
roku. Rozmiar strat katastroficzny, ale tam nikt się
tym nie przyjmuje, bo przecież tajga sama da radę
i odrośnie. Podróż umilały nam bogato ukwiecone
łąki na polanach w tajdze, pełne nieznanych nam
kwiatów. W Bolszyje Gołoustnyje, Pani Irina Paluszek
ma stację turystyczną Vilimówka. Przyjmuje tam naszych rodaków i pomaga im w załatwieniu większości
spraw. Tam też po raz pierwszy i ostatni w Syberii mogliśmy swobodnie usiąść w ubornoj.
W piątek wodolotem udaliśmy się do Bolszych Kotów – byłej polskiej wsi. Tam odbyliśmy kilkukilometrowy rajd wzdłuż górskiego strumienia, tak ślicznie
płynącego, że zachowywaliśmy się jak dzieci skacząc
po kamieniach i pryskając się wodą. Potem jednak
czekała nas mordercza wspinaczka na stromą górę z
punktem widokowym umieszczonym na wysokości
380 metrów nad poziomem Bajkału. „Sprint” na górę
bezapelacyjnie wygrał kolega „Misza”, a gdy tam do-
tarliśmy, spostrzegliśmy, że jest tam również drzewko
szamańskie. Prawdą jest, że w całej Buriacji odbudowuje się zniszczone przedtem prawosławne cerkwie.
Z punktu widokowego rozciągał się wspaniały widok
na błękitno-szafirowy Bajkał. Długo go uwidocznialiśmy aparatami, tak, by po powrocie móc jeszcze
raz popatrzeć na niego i porozkoszować się. Wodolot
odwiózł nas do Irkucka, a wieczorem u Szwejka spędziliśmy ostatnie wspólne chwile na jedzeniu i piciu.
Zaśpiewaliśmy tam również nasza piosenkę pt. „Pa
dikim stiepiam zabajkalie”, która wzbudziła aplauz
pozostałej części gości. Solista śpiewający w tym lokalu wykonywał dla nas światowe przeboje, tak wiec
ruszyliśmy do tańców, które trwały do północy. Tak
zakończył się nasz syberyjski rajd. Jakie będą inne?
Zamiary są coraz konkretniejsze.Najbliższy rajd we
wrześniu w tzw. Dolinie Miłości. Potem znów dziewiętnastogodzinna podróż via Moskwa, Berlin i z radością powitaliśmy nasze rodzime Kołbaskowo.
Podczas tego rajdu zweryfikowaliśmy kilka panujących mitów:
1. komarów i muszek w ogóle nie spotkaliśmy;
2. nasi zamówieni kontrahenci w Irkucku wywiązywali się z wcześnie dokonanych uzgodnień;
3. Buriaci nie są do nas tak serdecznie nastawieni,
jak piszą w przewodnikach (są już poddani silnej
indoktrynacji);
4. wódka nie jest już tak tania, jak mówiono i pisano,
podają ją ciepłą;
5 w całej Buriacji i Irkucku nie spotkaliśmy polskich
produktów, a były one z całego świata.
Z całego serca życzę tym, którzy podążą naszym
śladem, by nie lękali się podróży nad Bajkał. Zobaczą bowiem jedyny niepowtarzalny zbiornik słodkiej
wody okolony tajgą, oferujący swoją barwę i urok, tak,
że będziecie go długo wspominali. [ ]
wyjaśnienia obcych wyrażeń :
Nastajaszczyj Sybirak – to człowiek który wykąpał
się w Bajkale, wypił duszkiem szklaneczkę wódki,
jadł sało i zakąszał czosnkiem syberyjskim i czeremuszką.
Chaziajka – to gospodyni domu na Syberii, a jeżeli
jest przedsiębiorcza to karmi turystów borszczem,
uchą, pielemieniami i pozami.
Czosnek syberyjski – to są liście czosnku dzikiego po ich zjedzeniu czuje się w buzi piekło jak po najostrzejszej chili.
Czeremuszka – rodzaj syberyjskiej pietruszki, Europejczyk nie może tego zjeść w czystej formie, może to
zjeść np. wymieszane z serkiem.
Drzewo szamańskie – to drzewo w miejscu, uznanym
przez jakiegoś szamana za „zawierające moc”. Wtedy
taki szaman przywiązuje do niego kawałek materiału.
Inni szamani idą jego śladem i po kilku latach drzewo
jest okręcone szmatami.
Pozy – rodzaj polskich kołdunów z dziurką na wierzchu w cieście
Krugobajkałka – to odcinek kolei wokół Bajkału wykuty w skałach południowego brzegu Bajkału.
Chyba nie będzie przesadą, jeśli nagrywanie prywatnych lub półoficjalnych rozmów pomiędzy politykami, czy biznesmenami nazwiemy już pewnym obyczajem. Może i osobliwym, ale w powszechnym odczuciu normy tego co etyczne wyznaczają elity. Elity władzy
i biznesu lubią i potrafią wykorzystywać nagrania do własnych porachunków. Dają tym
samym sygnał, że jest to narzędzie skuteczne, a przede wszystkim atrakcyjne medialnie.
Prywatne nagrania z sali rozpraw
Sędzia Sądu Rejonowego w Szczecinie
Wydaje się, że na sale sądowe ten obyczaj także już
wkroczył. Podejrzenie, że niektóre strony dokonują
nagrań przebiegu rozpraw towarzyszyło z pewnością
niejednemu z sędziów. Wynikało to z nietypowego zachowania stron, dziwnego ukierunkowania wypowiedzi, czy zachowań wręcz prowokacyjnych. Można by
zbagatelizować problem, pytając po co komu nagranie
z sali sądowej. Wiemy jednak, że aktualne możliwości techniczne pozwalają z materiału “wyjściowego”
uzyskać efekt daleko odbiegający od rzeczywistego
sensu, czy kontekstu wypowiedzi. Nie wahajmy się
zatem zadać pytania: jakie są procesowe formy reakcji
na takie zachowanie uczestnika rozprawy?
W przypadku osób fizycznych, jeśli nagrania zostaną wykonane i upublicznione z zamiarem ośmieszenia, czy kompromitacji oczywistą jest możliwość wytoczenia powództwa o naruszenie dóbr osobistych.
Na drodze karnej możliwe jest oskarżenie o przestępstwo zniewagi lub nielegalnego uzyskania informacji
(art. 267 § 2 k.k.). To kwestia oceny osoby narażonej
na taką formę “inwigilacji” i sposobu użycia jej materialnych zapisów. Wiemy jednak, że przedstawiciele
zawodów prawniczych w większości wolą unikać stawiania siebie w roli powodów, czy pokrzywdzonych.
Czy zatem w samym momencie powstawania ukrytego nagrania możliwa jest jakaś reakcja sądu?
Procedura karna umożliwia stronie wykonanie
prywatnego nagrania przebiegu rozprawy. Jednak
zgodnie z art. 358 k.p.k. strona musi uzyskać zgodę
sądu na jej utrwalenie za pomocą urządzenia rejestrującego dźwięk. Chęć nagrania musi być przedstawiona
w formalnym wniosku sądowi, który ocenia dopuszczalność nagrania w konkretnych okolicznościach
procesowych. Przedstawiciele środków masowego
przekazu także muszą uzyskać zgodę na nagranie
(art. 357 § 1 k.p.k.), a sąd może określić warunki, które dziennikarz nagrywając powinien spełnić. Kodeks
postępowania cywilnego takiego prawa stron i dziennikarzy nie gwarantuje. Mimo to możliwość nagrywania rozprawy cywilnej przez dziennikarzy nie jest
kwestionowana1. Przewodniczący powinien jednak w
ramach kierowania rozprawą (art. 155 § 1 k.p.c.) odnotować w protokole fakt nagrywania, co jednocześnie
wyrazi akceptację dla takich czynności.
W obydwu procedurach nie sposób dostrzec żadnego uprawnienia uczestnika do dowolnego utrwalania
przebiegu rozprawy. Nagrywanie utajone nie jest objęte gwarancją jawności rozprawy i nieporozumieniem
jest wywodzenie go z norm art. 148 § 1 k.p.c. czy art.
355 zd. I k.p.k. Jawność rozprawy oznacza możliwość
obecności w czasie jej trwania nieograniczonego kręgu osób i wysłuchania orzeczenia. Utajone nagranie
przebiegu rozprawy nie służy celowi jakim jest zapewnienie najwyższej rzetelności procesu i sumienności zachowań uczestników. Właściwie nie można
mu przypisać żadnego celu kodeksowego. I już z tego
względu sądy powinny przeciwdziałać ich powstawaniu - choć powodów ku temu jest więcej.
Sąd jako gospodarz procesu ma obowiązek zadbać
o atmosferę powagi na sali sądowej2 . Mają temu sprzyjać wypowiedzi merytoryczne, związane z przedmiotem procesu. Wykonywanie prywatnych nagrań może
prowokować do przekształcenia procesu w forum wypowiedzi osobistych, albo odnoszących się do tematów nieistotnych dla sprawy.
Postępowanie sądowe (w obydwu procedurach)
musi umożliwiać stronom realizację ich interesów procesowych. Zeznający powinien mieć zagwarantowaną
swobodę wypowiedzi. Mogą zaistnieć sytuacje, w których strona lub świadek mając świadomość nagrania
rozprawy (lub obawiając się tego) nie będzie ujawniać
faktów zgodnie z prawdą. Prawo do obrony mogłoby
wówczas być fikcją. Natrafiamy tutaj na szczególnie
niebezpieczny aspekt nagrań wynoszonych z sali sądowej. Nagrania mogą służyć różnym celom sprzecznym z
prawem: ustalania wersji zeznań, szantażowi, czy chęci
zemsty za złożenie niekorzystnych zeznań. Mogą to być
potencjalne przyczyny odmowy zgody na nagranie, które musi rozważyć sąd karny na zasadzie art. 358 k.p.k.
Powierzenie sędziemu kierownictwa rozprawą ma
na celu umożliwienie przeprowadzenia jej w sposób
bezkonfliktowy. Ujawnienie w toku rozprawy faktu
nagrywania jej przebiegu z pewnością spotka się z reakcją pozostałych stron. W danym momencie proces
odbiegnie od swojej istoty. Takie zakłócenie rozprawy,
wprowadzanie sytuacji konfliktu, czy dezorganizacja
czynności również nakazuje podejmowanie działań
zapobiegawczych.
Ostatecznie należy wskazać, że skoro nawet dziennikarz - realizujący przecież społeczne prawo do informacji - ma obowiązek uprzedzenia o nagraniu, tym
bardziej nie jest dozwolone ukryte nagrywanie rozprawy przez jej uczestnika.
Niebezpieczeństwa są zatem określone, dlatego też
w przypadku ujawnienia się sytuacji, że ktoś na sali
rozpraw używa urządzenia nagrywającego właściwe
jest zastosowanie sankcji. Nagrywanie rozprawy stanowi naruszenie powagi czynności sądowych, czyli
przesłankę określoną w art. 49 § 1 Ustawy prawo o
ustroju sądów powszechnych. Na pytanie w jaki
sposób, odpowiedź nie wydaje się trudna: poprzez
samą niedopuszczalność takiego zachowania. Jak to
wykazano wyżej sąd, a także strony nie mogą być w
ten sposób “podsłuchiwane” bez swojej wiedzy i zgody. Zachowanie powagi czynności zakłada respekt
dla reguł konstytutywnych tej czynności, czyli tych
wszystkich, które pozwalają odróżnić, że mamy do
czynienia z ważnie toczonym procesem sądowym.
Negatywne konsekwencje nagrywania rozprawy
mogą doprowadzić do fikcyjności jego założeń i efektów, co oczywiście godzi w powagę aktu jakim jest
rozprawa sądowa.
Dopuszczalne jest zatem zastosowanie jednej
z sankcji przewidzianych w art. 49 u.s.p. Z uwagi na
sposób działania sprawcy z pewnością najwłaściwszą
byłaby grzywna. Oczywiście wystarczającą reakcją
może być samo upomnienie i pouczenie o niedopuszczalności nagrania osoby, która chciała go dokonać.
Należy mieć na względzie, aby nie przekroczyć pewnych proporcji sankcji z dziedziny policji sesyjnej3. Nie
wolno jednak pomijać, że zastosowanie tych środków
ma zadośćuczynić “postulatowi skutecznego i szybkiego karania sprawców naruszeń porządku postępowania” 4 i przeciwdziałać zagrożeniom dla procesu.
Samo ukaranie nie rozwiązuje problemu nagranej
taśmy. Wydaje się, że nie jest możliwe jej odebranie
wprost. Nie ma normy, z której można byłoby skorzystać, zobowiązując nagrywającego do wydania nagrania. Oddanie taśmy może jednak wpłynąć na wysokość grzywny, a być może całkowite odstąpienie od
jej wymierzenia.
Dostęp opinii publicznej do rozprawy powinien
być możliwie najszerszy. W należyty sposób zapewnia
to udział publiczności, czy dziennikarzy. Nagrywanie
przebiegu rozprawy bez zgody sądu jest wkroczeniem
w sferę zamkniętą dla nieograniczonego utrwalania
i upubliczniania. Stosowanie środków policji sesyjnej
w celu przeciwdziałania nieuprawnionym nagraniom
nie jest ich nadużyciem. [ ]
1) Dziennikarz relacjonujący spór cywilny nie musi
uzyskiwać na to zgody stron, które go toczą - postanowienie SN z dnia 26 czerwca 2003 roku, sygn. IV KK
84/03, OSNwSK 2003/1/1379;
2) “Komentarz do prawa o ustroju sądów powszechnych i ustawy o K.R.S.”, pod red. J.Gudowskiego, WP
W-wa 2002, s. 129;
3) Odnośnie proporcjonalności sankcji - postanowienie SA w Krakowie z dnia 14 marca 2005 roku, sygn.
II AKzw 119/05, publ. KZS 2005/3/38;
4) Wyrok TK z dnia 3 lipca 2002 roku, sygn. SK 31/01,
publ. OTK-A 2002/4/49;
Z uwagą przeczytałem w „Rzeczpospolitej” (24
maja 2007 r.) wystąpienie Piotra Sendeckiego, wiceprezesa Naczelnej Rady Adwokackiej. (Godna odnotowania jest również ilustracja wystąpienia: na tle
Słońca połączeni paragrafem kroczący obok siebie
dżentelmeni z teczkami.)
Nie zgadzam się z tezą, że połączenie dwóch korporacji: adwokackiej i radców prawnych, jest zamachem na samorządność w ogóle, a każdej z nich w
szczególności. Uważam, że zbyt wiele nas ł ą c z y,
aby utrzymywać, co do zasady, sztuczny podział. Łączy nas ogólna idea niesienia pomocy prawnej. Dzieli
zaś forma jej niesienia w części obejmującej niemożność pozostawania adwokata w stosunku pracy (radca prawny może pozostawać w stosunku pracy). I nic
więcej. Aha. Radca prawny nie może być obrońcą w
sprawach karnych. Ot i wszystko. Czyżby te dwie
różnice, możliwe do zniwelowania, miały na zawsze
dzielić rzesze prawników zawodowo trudniących się
niesieniem pomocy? Moim zdaniem: nie. Istnienie
dwóch korporacji, które zawodowo trudnią się niesieniem pomocy, a więc adwokatów i radców prawnych,
nie ma swego odniesienia do innych grup zawodo-
wych o charakterze prawnym. Notariusze mają jeden
samorząd. Sędziowie mają jeden samorząd. Prokuratorzy mają jeden samorząd. Komornicy mają jeden samorząd. Istnienie dwóch samorządów jest społecznie
nieczytelne.
Obawiam się, że nie względy merytoryczne stanowią prawdziwą przyczynę obawy „centralnych”
władz samorządowych adwokatów dla podjęcia decyzji o unifikacji zawodów adwokata i radcy prawnego.
Nie obawa przed powstaniem samorządu-molocha.
(Są korporacje liczniejsze.) Nie brak możliwości szybkiego reagowania na różnego rodzaju przewiny członków korporacji. To tylko kwestia rzeczywistej woli w
reagowaniu na dane zachowanie. Nie brak esprit de
corps. Ten zawsze jest wątpliwy. Nie brak lustracji.
Ta, choć kuleje, nadal postępuje. Nie brak równego
wykształcenia. (Co najmniej od 20 lat radcowie mają
egzaminy końcowe obejmujące zbliżoną materię co
egzaminy adwokackie). Nie zasady etyki wykonywania zawodu. Te są zbliżone do siebie w stopniu bliźniaczym.
Połączenie się w jedną korporację stworzy, przynajmniej na początku, przy dokonywaniu wyboru osób,
które będą wchodzić w skład organów samorządowych, liczebną „przewagę” radców prawnych nad adwokatami. Taki istniejący stan rzeczy, stwarza obawę
adwokatów, że dotychczasowi ich trybuni, nie będą
mogli dalej „sprawować” władzy, że władzę przejmą
Z uwagą zapoznałam się z publikacją „Połączmy się” autorstwa
adwokata Dariusza Babskiego.
Nie ze wszystkimi jej tezami
się zgadzam. To nie ambicyjki
naszych „samorządowców”, ale
chyba bardziej głębokie refleksje
niektórych kolegów spowodowały, że to, co wydaje
się być nieuchronne, może w efekcie przynieść więcej
strat niż korzyści na rynku usług prawniczych.
Spójrzmy jak długo utrzymuje się w Wlk. Brytanii
podział na „barristerow” i „solicitorow”. Czemuś to
służy. Przecież i jedni i drudzy uczą się tego samego
prawa. A jednak wykonują dwie różne profesje. Ten
podział w Wlk. Brytanii ma wprawdzie inne uzasadnienie, ale jest.
My - adwokaci niesiemy pomoc prawną w ramach wykonywania wolnego zawodu. Czy można
być wolnym kiedy jest się podległym pracownikiem?
Radcowie funkcjonują dwojako: maja własne kancelarie i równocześnie są związani umowami o pracę.
Uchylony został zakaz łączenia świadczenia pomocy
prawnej osobom fizycznym w ramach wykonywania
zawodu w kancelarii radcy prawnego lub w spółkach
z pozostawaniem radcy prawnego w stosunku pracy.
W praktyce trudno jest dzisiaj zapanować nad konfliktem interesów, które mogą istnieć, ale są skrzętnie
ukrywane w obawie przed utratą klienta i sprawy.
My nie możemy pozwolić sobie na jakąkolwiek podległość, gdyż sprzeciwia się temu deontologia naszej
profesji. Jakakolwiek podległość wynikająca z relacji
pracodawca - pracownik godziłaby w nieskrępowane
wykonywanie zawodu -reprezentacji klienta, który
powierza nam swoje najbardziej skryte tajemnice, ale
wymaga zaangażowania i rzetelnej obrony jego praw.
Wyobraźmy sobie adwokata, który jest pracownikiem
organu samorządowego lub państwowego czy spółki
z udziałem Skarbu Państwa i musi realizować określoną politykę reprezentując taki podmiot. Ten sam
adwokat reprezentując osobę fizyczną, której interes
jest słuszny, ale sprzeczny z reprezentowaną przez
pryncypała polityką, naraża się swojemu pracodawcy. Czy się narazi? Z pewnością wybierze interes pracodawcy, który narzuca określony sposób myślenia,
gdyż będzie się obawiał utraty stałego dochodu jakim
jest wynagrodzenie za pracę i licznych przywilejów
To jest niezmiernie ważne przede wszystkim
w sprawach karnych. Może w dobie demokracji nie
wydaje się być to tak istotne, ale demokracja lubi być
rys. Arkadiusz Krupa (Sędzia Sądu Rejonowego w Goleniowie)
osoby nie z adwokatury, a z radców prawnych. Taki
stan rzeczy jest nie do zaakceptowania dla adwokackiej „centrali”. (Jestem przekonany, że „w terenie” są
tendencje unifikacyjne). Ot i cała przyczyna. Zwykła
ludzka ambicja. Chęć dzierżenia władzy. Wątpliwego
splendoru.
Wzmocnienie kontroli państwa nad samorządami
jako zagrożenie samorządności ? Cóż. Nie można odebrać Państwu możliwości kontroli samorządów. Jesteśmy cząstką tego Państwa, a nie Państwem w Państwie. A jest ono tak skonstruowane, że każda cząstka
jego struktury, w tym struktura samorządowa, podlega kontroli. (Kwestia sporną może być nie tyle „czy”
kontrolować, ale „jak” szeroko ?).
Uważam, że zawarte w wystąpieniu Piotra Sendeckiego hasło, aby „nie dać się skłócić”, nie da się wcielić
w życie przez pryzmat zaproponowanej retoryki „starszego brata”. Teza, że połączenie zawodów wciągnie
nas w orbitę wygodnej dla rządzących zasady „dziel
i rządź”, sama zmierza do utrzymywania sztucznego
podziału, „dzięki” któremu środowisko prawnicze,
podzielone, coraz mniej czytelnymi granicami, jest słabe w walce o
utrzymanie i rozwój demokratycznych standardów na linii: Obywatel – Państwo. [ ]
adw. Dariusz Jan Babski
z czasem ograniczana i niekiedy przechodzi w lekką
dyktaturkę. Obrona klienta staje się trudna, wielokrotnie niewygodna władzy. A władza posiada instrumenty wpływów, chociażby w postaci intratnej umowy o pracę z adwokatem, który za cenę jej utrzymania
nie będzie z zaangażowaniem bronił racji jednostki.
Racji, które mogą okazać się w dłuższej perspektywie
jedynie słuszne, chociaż w danym momencie stanowią naruszenie prawa.
Dlatego mam wątpliwości czy na tym połączeniu
nie stracimy naszej niezależności. Nie patrzmy na
nasz zawód tylko przez pryzmat biznesu. To nie jest
jedyne poletko działalności adwokata.
Wbrew pozorom do prowadzenia obrony (myślę tu
o profesjonalnej obronie z zaangażowaniem adwokata, a nie o pozorowaniu obrony) w sprawach karnych
trzeba mieć mocny kręgosłup, nie bać się potępienia,
dezaprobaty prokuratora, sądu czy jakiejś instytucji.
Istnienie jednej korporacji znowu wymagałoby podziału: na tych co pracująw oparciu o umowy o pracę
i na tych, którzy wykonują wolny zawód. Czyli znowu
odrębności. Jednakże taki podział wydaje się być konieczny.
Jest wiele racji przemawiających za połączeniem ,
ale i wiele przeciw. Myślę, ze nie chodzi tu o stołki
w samorządzie. Co to za stołki? Kto chce dzisiaj poświęcać wolny czas na społeczną pracę?
A samorządy opłacane to nic innego jak zarządy
z udziałem menadżerów. I to przestaje mieć charakter samorządu. Adwokatura stanie się przedsiębiorstwem, a nie grupą zawodową. Chyba nie o to chodzi.
Dotychczasowa praktyka wskazuje, że wbrew naszym oczekiwaniom, obecnie panujący Minister Sprawiedliwości wcale nie będzie bardziej liczył się ze
zdaniem połączonych sił. Czy nas będzie 100 000 czy
200 000 to i tak zrobi to co w danym momencie uzna
za wygodne dla reprezentowanej przez siebie polityki
i podniesienia jeszcze o parę kresek jego popularności
Trudny temat, trudna decyzja. I tak przesadzi o tym
ktoś za nas, a nie my sami. Nie łudźmy się, ze połączenie nastąpiłoby na cywilizowanych warunkach, czyli
z wysłuchaniem i zrozumieniem (!) problemów obu
korporacji. Może zostać narzucone nam jakimś kolejnym bublem prawnym, z którym rozprawić się będzie
musiał Trybunał Konstytucyjny, by nie ucierpiał na
tym interes obywateli. Warto głębiej zastanowić się
nad tematem. [ ]
Skutki utraty mocy nakazu zapłaty
Stan faktyczny zagadnienia przedstawia się następująco:
Na wniosek wierzyciela Komornik wszczął postępowanie egzekucyjne przeciwko skarżącemu dłużnikowi. Tytuł wykonawczy stanowił nakaz zapłaty wpostępowaniu upominawczym, zaopatrzony w klauzulę
Sąd po rozpoznaniu na skutek sprzeciwu dłużnika od
nakazu zapłaty, sprawy z powództwa wierzyciela przeciwko dłużnikowi oddalił je wyrokiem, jednak uprzednio nakaz zapłaty zaopatrzony został w klauzulę wykonalności i jako prawomocny wydany wierzycielowi.
Dłużnik wniósł skargę na prowadzenie przez komornika postępowania egzekucyjnego, wskazując iż
wniósł sprzeciw od nakazu zapłaty w postępowaniu
upominawczym. Skarżący wywodził, iż sąd po rozpoznaniu sprzeciwu wydał wyrok oddalający powództwo wierzyciela, a mimo to komornik dokonał zajęcia
majątku dłużnika. Skarżący domagał się uchylenia
zaskarżonych czynności.
Komornik wnosił o oddalenie skargi, wskazując iż
postępowanie egzekucyjne prowadzone jest w oparciu o prawidłowy tytuł wykonawczy, a dłużnik dotychczas nie przedstawił prawomocnego orzeczenia
pozbawiającego tytuł wykonawczy wykonalności.
Zarysowany stan faktyczny wyłania problem przysługujących pozwanemu środków prawnych zmierzających do przeciwdziałania wszczęciu i prowadzeniu
egzekucji opartej na zaskarżonym sprzeciwem nakazie
zapłaty wydanym w postępowaniu upominawczym.
Rozważania należy rozpocząć od konstatacji, iż
stosownie do treści art. 505 § 1 k.p.c. w razie prawidłowego wniesienia sprzeciwu nakaz zapłaty traci
moc, a przewodniczący wyznacza rozprawę i zarządza doręczenie powodowi sprzeciwu razem z wezwaniem na rozprawę.
W zwykłym toku postępowania spór toczy się od
początku i obie strony są w takiej samej sytuacji procesowej jak przed wydaniem nakazu. Problem pojawi
się wówczas gdy, okaże się, że pomimo prawidłowego
wniesienia sprzeciwu przez pozwanego, nakaz zapłaty został zaopatrzony w klauzulę wykonalności i
wydany wierzycielowi, który skierował tak powstały
tytuł wykonawczy do egzekucji.
Przepis art. 824 § 1 pkt 2 k.p.c. stanowi, iż postępowanie umarza się w całości lub części z urzędu, jeżeli egzekucja jest ze względu na przedmiot lub osobę
dłużnika niedopuszczalna. Zgodnie natomiast z art.
825 pkt 2 k.p.c. organ egzekucyjny umorzy postępowanie w całości lub części na wniosek, jeżeli prawomocnym orzeczeniem tytuł wykonawczy został pozbawiony wykonalności.
Orzeczeniem pozbawiającym tytuł wykonawczy
wykonalności jest m.in. wyrok wydany na podstawie art. 840 k.p.c. pozbawiający tytuł wykonawczy
wykonalności lub ograniczający go, postanowienie
sądu drugiej instancji uchylające klauzulę wykonalności lub rygor natychmiastowej wykonalności, jak
też orzeczenie stwierdzające całkowite albo częściowe nieistnienie obowiązku objętego tytułem wykonawczym (gdy wytoczenie powództwa z art. 840
nie wchodzi w rachubę), np. wyrok uwzględniający
powództwo o ustalenie nieistnienia należności, wyrok uchylający lub zmieniający prawomocny wyrok
zasądzający świadczenie (wydany w wyniku skargi o
wznowienie).
Poprawnym wydaje się wnioskowanie, iż skoro nakaz
zapłaty będący podstawą egzekucji (art. 776 k.p.c.) utracił moc wskutek wniesienia sprzeciwu przez skarżącego,
to nie można prowadzić postępowania egzekucyjnego w
oparciu o nieistniejący prawnie tytuł egzekucyjny.
W piśmiennictwie wyrażony został pogląd, iż dyspozycja art. 825 pkt 2 k.p.c. nie obejmuje wypadków
pozbawienia wykonalności tytułów wykonawczych z
mocy ustawy, przy czym jako argument podano okoliczność, iż wymieniono przykładowo ustawy normują szczegółowo sposób pozbawienia tytułu wykonalności i umorzenia egzekucji i dlatego nie odnosi się
do nich regulacja art. 825 k.p.c. (por. E. Wengerek Postępowanie zabezpieczające i egzekucyjne, Wydawnictwo ZPP Warszawa 1994, tom I , str. 302 i nast.) Należy jednak zwrócić uwagę na okoliczność, iż przepis
art. 505 § 1 k.p.c. ogranicza się do stwierdzenia, że
nakaz zapłaty jest ex lege pozbawiony mocy prawnej,
nie odnosi się natomiast do tytułu wykonawczego,
który powstał na podstawie takiego nakazu wskutek
nadania mu przez sąd klauzuli wykonalności.
W literaturze przedmiotu wskazuje się, iż nie można za orzeczenie pozbawiające wykonalności uznać
wyroku ustalającego nieważność aktu notarialnego
lub ugody stanowiącej tytuł egzekucyjny, ponieważ w
takich wypadkach o pozbawieniu tytułu wykonalności może orzec wyłącznie sąd procesowy w trybie art.
840 k.p.c. Powstaje zatem pytanie czy dla osiągnięcia
korzystnego dla dłużnika (pozwanego) skutku stwierdzenia utraty mocy przez zaskarżony sprzeciwem
nakaz konieczne jest orzeczenie sądu procesowego
pozbawiające tytuł wykonawczy wykonalności, jak
również pytanie czy dopuszczalne jest prowadzenie
postępowania egzekucyjnego na podstawie tytułu wykonawczego w postaci nakazu zapłaty zaopatrzonego
w klauzulę wykonalności, w sytuacji gdy tytuł egzekucyjny utracił moc na podstawie art. 505 § 1 k.p.c.?
Utrata mocy przez nakaz oznacza, że orzeczenie
przestaje istnieć, a dalsze postępowanie toczy się na
drodze właściwego postępowania (zwykłego lub odrębnego) według przepisów o postępowaniu przed sądami pierwszej instancji. Z tych względów sprzeciw
od nakazu zapłaty w postępowaniu upominawczym
jest środkiem zaskarżenia o charakterze restytucyjnym albowiem sprawa powraca do początkowego etapu jak gdyby zaskarżone orzeczenie nie zostało wydane. Podzielić należy pogląd, że cofnięcie sprzeciwu
Przenosząc powyższe rozważania na grunt niniejszej sprawy za najbardziej przekonujące wydaje
się przyjęcie stanowiska, iż z wymienionych wyżej
przepisów art. 505 § 1 oraz art. 824 i art. 825 k.p.c.
wynika obowiązek umorzenia (z urzędu) postępowania egzekucyjnego, którego prowadzenie od momentu
utraty mocy przez tytuł egzekucyjny w postaci nakazu zapłaty w postępowaniu upominawczym jest niedopuszczalne.
Zbyt daleko idący jest pogląd, że dłużnik może się
bronić tylko w drodze powództwa o pozbawienie tytułu wykonawczego wykonalności (art. 840 k.p.c.) lub
o powództwa o stwierdzenie nieważności nakazu zapłaty (art. 189 k.p.c.). Nie jest racjonalne w takiej sytuacji odsyłanie dłużnika do powództwa o pozbawienie tytułu wykonawczego wykonalności chociażby z
tego względu, że o roszczenie będące przedmiotem
wystawionego tytułu toczy się już postępowanie procesowe. Po pierwsze pozwany dłużnik złożył już skuteczny i merytoryczny środek zaskarżenia w postaci
sprzeciwu od nakazu zapłaty we właściwym postępowaniu procesowym, przed którym toczy się spór dotyczący obowiązku objętego tytułem wykonawczym. Po
drugie dłużnik w stosunku do którego zapadł nakaz
zapłaty może nie wiedzieć o tym, że wierzyciel uzyskał klauzulę wykonalności i do chwili doręczenia
mu zawiadomienia o wszczęciu egzekucji najczęściej
nie wie także o postępowaniu klauzulowym. Wykonanie tytułu, jak wskazuje się w doktrynie, stanowi
przeszkodę do uwzględnienia powództwa o pozbawienie orzeczenia wykonalności. Wątpliwy jest interes prawny dłużnika w stwierdzeniu nieważności
nakazu zapłaty, gdyż jak wskazuje się orzecznictwie
Sądu Najwyższego, nie ma podstaw do uwzględnienia
powództwa z art. 189 k.p.c. tam, gdzie powód może
skutecznie zrealizować swój interes prawny w innym
Nie budzi wątpliwości kwestia iż egzekucja prowadzona na podstawie nakazu zapłaty, który utracił
moc, może doprowadzić do niepowetowanej szkody
Podkreślenia wymaga, iż utrata mocy nakazu zapłaty w postępowaniu upominawczym na skutek
wniesienia sprzeciwu następuje ex lege i czyni niedopuszczalnym wszelkie dalsze czynności zmierzające
do egzekwowania roszczenia, w tym nadanie klauzuli wykonalności.
W takich przypadkach zarówno sąd rozpoznający
sprawę jak i sąd nadzorujący egzekucję obowiązani są
do działania z urzędu i usuwania spostrzeżonych nieprawidłowości (por. art. 359 § 1 k.p.c. oraz art. 759 §
2 k.p.c.). Jeżeli nakaz zapłaty utracił moc sąd, który go
wydał nie powinien nadawać mu klauzuli wykonalności, a jeżeli już to uczynił, powinien postanowienie
w tym przedmiocie uchylić na podstawie art. 359 § 1
k.p.c. Wbrew pozorom nierzadkie są przypadki, kiedy
postępowanie egzekucyjne jest wszczynane i prowadzone po utracie mocy przez nakaz zapłaty. Typowa
sytuacja zachodzi wtedy, gdy sąd przywraca stronie
termin do wniesienia sprzeciwu od nakazu zapłaty,
po tym jak stwierdził już prawomocność nakazu i wydał tytuł z klauzulą wierzycielowi. Za zasługującą na
aprobatę uznać należy praktykę uchylania przez sąd
procesowy jednocześnie z postanowieniem o przywróceniu terminu także postanowienia w przedmiocie nadania klauzuli wykonalności lub stwierdzenia
prawomocności nakazu. Jeżeli sąd procesowy uchyli
klauzulę wykonalności, to takie rozstrzygniecie wiąże sąd nadzorujący egzekucję i komornika (art. 360
k.p.c.). Trudniejsza jednak sytuacja powstanie wtedy,
gdy z różnych względów sąd rozpoznający powództwo po wniesieniu sprzeciwu nie wyda postanowienia w przedmiocie uchylenia klauzuli powstałego już
Organ egzekucyjny nie może uwzględnić wniosku
dłużnika, który w postępowaniu egzekucyjnym powołuje się na wniesiony sprzeciw od nakazu zapłaty.
Komornik związany jest bowiem treścią tytułu wykonawczego oraz wnioskiem wierzyciela. Przepisy dotyczące postępowania egzekucyjnego nie stwarzają w
takich przypadkach możliwości wstrzymania się z dokonaniem czynności (por. art. 822 k.p.c.) zaś dyspozycja przepisu art. 820 k.p.c. pozwala na zawieszenie postępowania jedynie jeżeli sąd uchylił natychmiastową
wykonalność tytułu lub wstrzymał jego wykonanie.
W omawianym przypadku skutek niweczący tytuł egzekucyjny (ale nie klauzulę wykonalności) nastąpił z
mocy prawa i dłużnik nie jest w stanie przedstawić
orzeczenia sądowego spełniającego takie wymogi. Postępowanie komornika, który nie dysponuje z urzędu
wiedzą o utracie mocy przez nakaz zapłaty uznać należy za prawidłowe, niemniej sąd nadzorujący egzekucję działając z urzędu winien usuwać spostrzeżone
uchybienia organu egzekucyjnego. Podstawę takiej
interwencji stanowi przepis art. 759 § 2 k.p.c., zgodnie
z którym sąd może z urzędu wydawać komornikowi
zarządzenia zmierzające do zapewnienia należytego
wykonania egzekucji oraz usuwać spostrzeżone uchybienia.
Podstawą egzekucji jest tytuł wykonawczy, którym
jest tytuł egzekucyjny zaopatrzony w klauzulę wykonalności (art. 776 k.p.c.). Art. 505 § 1 k.p.c. przesądza
o utracie mocy przez nakaz zapłaty, który stanowił tytuł egzekucyjny stosownie do art. 777 § 1 pkt 1 k.p.c.
Niedopuszczalne jest zatem prowadzenie egzekucji
na podstawie tytułu egzekucyjnego, który utracił moc
ex lege. Przyjęcie innego poglądu prowadzi do niepotrzebnego mnożenia postępowań w jednej sprawie,
przy czym nie ulega wątpliwości, że stwierdzenie
utraty mocy przez zaskarżony skutecznym sprzeciwem nakaz zapłaty jest czystą formalnością. Trudno
przypuszczać, aby sąd badający sprawę na skutek
skargi na czynności komornika lub zażalenia na klauzulę wykonalności mógł zignorować fakt przyjęcia
przez sąd rozpoznający sprawę sprzeciwu i wyznaczenia rozprawy celem merytorycznego rozpoznania sporu. Nie wydaje się dostatecznie przekonujące
stanowisko, wedle którego stwierdzenie utraty mocy
przez nakaz zapłaty może nastąpić tylko w innym
procesie (postępowaniu merytorycznym). Wymaganie przedstawienia przez dłużnika, powołującego się
na nieważny z mocy prawa tytuł egzekucyjny, orzeczenia pozbawiającego tytuł wykonalności wydaje się
w takich sytuacjach nadmiernym, niepotrzebnym i
zbędnym formalizmem. Niezwykle istotnym elementem stanu prawnego jest bowiem właśnie utrata mocy
(wygaśniecie tytułu) z mocy samego prawa (ipso iure).
Oczywiście nie można abstrahować od okoliczności,
że tytuł wykonawczy w znaczeniu dokumentu stanowiącego podstawę egzekucji realnie istnieje i jest
formalnie poprawny, prawidłowy. Jednakże przepis
art. 505 § 1 k.p.c. expressis verbis tytuł taki pozbawia
mocy prawnej, i ustawodawca nie wymaga w takiej
sytuacji inicjowania odrębnego postępowania dla
stwierdzenia tej okoliczności, choć nie można a priori
dyskwalifikować poglądu, że dłużnik ma interes prawny w wytoczeniu powództwa o ustalenie nieważności
nakazu zapłaty (art. 189 k.p.c.)
W praktyce skutek utraty mocy przez nakaz zapłaty może zostać osiągnięty w rezultacie wniesienia
przez dłużnika skargi na czynności komornika lub
zażalenia na postanowienie o nadaniu klauzuli wykonalności. Zarzut utraty mocy przez nakaz zapłaty
w postępowaniu upominawczym ma charakter niweczący. Skutkiem stwierdzenia tego stanu rzeczy jest
konieczność umorzenia wszczętego postępowania
Powyższe rozważania prowadzą do wniosku, iż
postępowanie egzekucyjne prowadzone na podstawie nakazu zapłaty w postępowaniu upominawczym,
który utracił moc podlega umorzeniu jako niedopuszczalne, przy czym skutek ten winien stwierdzić sąd
także bez wniosku strony o ile wiadomość o okoliczności stanowiącej przeszkodę dla prowadzenia postępowania egzekucyjnego poweźmie z urzędu. [ ]
Istnieją różne teorie na temat wyodrębnienia
poszczególnych dziedzin prawa. Klasyczny podział na prawo cywilne, karne i administracyjne
(rozszerzany przez niektórych jeszcze o prawo finansowe) nie wyczerpuje całego problemu. Każda
bowiem z głównych dziedzin posiada wiele poddziedzin. Zwłaszcza w przypadku prawa administracyjnego ich określanie, nie zawsze potwierdzone długą tradycją, może przysporzyć sporo
problemów. Tym bardziej, że w różnych sferach
życia różnie kształtują się określone stosunki
społeczne, co zdaniem wielu rodzi konieczność
dostosowania sztywnych ram prawa do konkretnych sytuacji faktycznych. Otwartym pozostaje
w tym kontekście pytanie o to, czy w wyniku podjęcia jednej z takich prób można z powodzeniem
używać pojęcia „prawo turystyczne”.
Przywołane pojęcie funkcjonuje nie tyle w
klasycznej, głównej doktrynie prawniczej, ile
raczej ekonomicznej. To tutaj, przy okazji tematów związanych z turystyką, rekreacją mówi
się o „prawie turystycznym”. Tak też nazwane
przedmioty można spotkać na ekonomicznych
kierunkach wielu uczelni w Polsce. Tak rozumiane „prawo turystyczne” składa się jednak zarówno z elementów doktryny cywilnoprawnej,
jak i administracyjnoprawnej. Podobnie ujmują
to najważniejsze podręczniki M. Nesterowicza
oraz J. Gospodarka. Niewątpliwie najistotniejszym aktem prawnym jest tu ustawa z 29 sierpnia 1997 o usługach turystycznych1. W artykule
3 zdefiniowano usługi turystyczne jako usługi
przewodnickie, hotelarskie oraz wszystkie inne
świadczone turystom lub odwiedzającym. Dalej,
scharakteryzowano działalność przedsiębiorców
– organizatorów turystyki (łącznie z uwzględnieniem prowadzenia specyficznego rejestru
przedsiębiorców) oraz samych przewodników
turystycznych, bądź pilotów wycieczek (sprawy
związane z ich szkoleniami i egzaminami uprawniającymi do pełnienia zawodu). Osobną część
rzeczonego aktu prawnego poświęcono usługom
hotelarskim. Dokonano między innymi podziału
obiektów hotelarskich na hotele, motele, pensjonaty, campingi, domy wycieczkowe, schroniska
młodzieżowe, schroniska oraz pola biwakowe...
Ustawę uzupełniają rozporządzenia ministrów
doprecyzowujące i rozszerzające normy w niej
zawarte, a także związane z ubezpieczeniem na
rzecz klientów organizatorów turystyki, dotyczące Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych.
Na tym jednak nie koniec. „Prawo turystyczne” to także normy związane ze specyfiką funkcjonowania poszczególnych parków narodowych. A więc także regulacje dotyczące statusu
wchodzących w ich skład nieruchomości (w tym
kontekście dosyć ważna jest instytucja trwałego
zarządu) oraz zakres uprawnień strażników. Nie
doktorant w Zakładzie Prawa i Gospodarki Nieruchomościami
na Akademii Rolniczej w Szczecinie
Prawo turystyczne – nowa dziedzina prawa?
bez znaczenia są tutaj wewnętrzne regulaminy parków, często skrajnie różne ze względu na warunki
przyrodnicze. Specyfika niektórych parków wymagała powołania specjalnych organizacji. I tak, na podstawie ustawy o kulturze fizycznej oraz rozporządzenia
Rady Ministrów z 6 maja 1997 w sprawie określenia
warunków bezpieczeństwa osób przebywających w
górach, pływających, kąpiących się i uprawiających
sporty wodne2 działają obecnie Górskie Ochotnicze
Pogotowie Ratunkowe, Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe oraz Wodne Ochotnicze Pogotowie
Ratunkowe. Są to specjalistyczne stowarzyszenia o
zasięgu ogólnokrajowym, posiadające uprawnienia
specjalistycznych podmiotów ratowniczych, posiadające w wyjątkowych wypadkach uprawnienia władcze względem organizatorów turystyki i samych turystów.
Ostatnia część „prawa turystycznego” to... nazwane
i nienazwane umowy prawa cywilnego. Wśród tych
pierwszych doktryna omawia między innymi umowę
ubezpieczenia, umowę agencyjną, umowę leasingu,
darowizny, użyczenia, o dzieło, przechowania i przewozu, a przykładem tych drugich mogą być umowa o
korzystanie z kempingu, umowa o korzystanie z pola
biwakowego, czy umowa o usługi gastronomiczne3.
Trzeba tu podkreślić, że w kodeksie cywilnym można
odnaleźć również funkcjonującą w prawie od czasów
Starożytnego Rzymu umowę hotelową, charakteryzującą się przede wszystkim zwiększoną odpowiedzialnością osób prowadzących hotele za rzeczy wniesione
na ich teren.
Przedstawiony powyżej zbiór elementów pomimo
tego, że dotyczy jednego tematu, pod względem konstrukcji i cech charakterystycznych nie jest do końca spójny. Czy uzasadnione więc jest tu mówienie o
jednej, ukształtowanej dziedzinie prawnej? Wydaje
się, że można przynajmniej podjąć próbę porównania pod względem struktury prawa turystycznego do
prawa gospodarczego. Na pierwszy rzut oka, zasada
z jedną główną ustawą4 i uzupełniającymi ją innymi
aktami prawnymi w obu przypadkach może na upar1) Dz. U. Nr 133, poz. 884, ze zm.; 2) Dz. U. Nr 57, poz. 358; 3) Konstrukcja umów nienazwanych w tym kontekście nie powinna być
jednak z punktu widzenia prawników traktowana w sposób akademicki, gdyż konkretne zapisy umowy zależą po prostu od konkretnej sytuacji i mogą wyglądać zupełnie różnie; 4) W przypadku
prawa gospodarczego taką podstawową ustawą może być ustawa o
swobodzie działalności gospodarczej; 5) Rodzi się nawet pytanie,
czy duża część przepisów zaliczana do „prawa turystycznego” nie
jest po prostu prawem gospodarczym; 6) Tak właśnie zatytułował
swoją książkę Jerzy Gospodarek.
tego znaleźć zastosowanie. Tyle, że w przypadku prawa gospodarczego granica pomiędzy nim a innymi
dziedzinami prawnymi bywa jasna. W prawie turystycznym bezpośrednie odwołanie się do umów z kodeksu cywilnego trochę zaburza cały porządek 5. Tym
bardziej, że analiza wielu kolejnych zagadnień, chociażby norm związanych z ochroną środowiska, ale
także prawem międzynarodowym prywatnym rodzi
pytanie, z jakiego powodu i te normy nie są do „prawa
turystycznego” zaliczane. Dochodzimy tutaj do sedna
sprawy. O ile takie dziedziny (czy poddziedziny) prawa jak prawo gospodarcze, czy prawo budowlane są
skonstruowane według obiektywnych, powszechnie
akceptowanych przez świat prawniczy kryteriów, o
tyle dobór składników prawa turystycznego, choć dokonany przez wybitnych znawców tematu, jest czysto
subiektywny. Z tego też powodu na najbardziej nawet
rozwiniętych wydziałach prawniczych nie powstaną
katedry prawa turystycznego. Co nie zmienia faktu,
że sama turystyka pełni ważną rolę w życiu społecznym.
Pojęcie „prawa turystycznego” jako nieostre, niedoprecyzowane i co gorsza, niemożliwe do sumiennego doprecyzowania, jest z punktu widzenia doktrynalnego błędem. Znacznie trafniejszym byłoby
używanie w tym kontekście wyrażenia „prawa w turystyce”6 . Rzecz jasna w praktyce, czy z punktu widzenia dyscypliny ekonomicznej, różnice pomiędzy
jednym a drugim terminem okażą się na tyle subtelne,
że będą najprawdopodobniej zawsze ignorowane. Nie
zmienia to jednak faktu, że prawnicy powinni mieć
świadomość ich istnienia. [ ]
Kioto–Szczecin
Kioto, historyczna stolica Japonii, jest miastem kapłanów, artystów i uczonych. Tych pierwszych spotkamy w jednej z dwóch tysięcy tutejszych świątyń,
tych ostatnich – w jednym z czterdziestu tutejszych
uniwersytetów. W kulturze japońskiej różnica między stanem duchownym i światem nauki wydaje się
jednak nie tak wyraźna, jak w krajach europejskich.
Rozwój nauki idzie tu bowiem w parze z dbałością o
rozwój duchowy. Dotyczy to wielu społeczności akademickich, takich jak ta, którą tworzą nauczyciele i studenci Uniwersytetu Ryukoku. W uczelnię tę
tchnięty został duch – duch buddyzmu Shin. Studenci
tutejszego Wydziału Ekonomii, w przerwach między
zgłębianiem wiedzy o prawach rynku, zgłębiają mądrość mistrza Shinran Shonin. Siedemset lat temu
mistrz sam był uczniem, i pilnie studiując sutry, osiągnął stan prawdziwej mądrości - shinjin. Kto chciałby
podążać jego śladem, powinien pielęgnować w sobie
umiłowanie Prawdy, a dobrym sposobem na zbliżenie
się do Niej, będzie zapewne daleka podróż. Może to
być podróż w głąb samego siebie, praktykowana często w kulturach Dalekiego Wschodu, albo podróż do
dalekich krajów innych ludzi, praktykowana długie
lata głównie przez Europejczyków. Dziś, drogi prowadzące do Prawdy wydają się coraz bardziej wspólne.
Świadczą o tym coraz częstsze spotkania ludzi Wschodu i Zachodu, coraz częstsze, podejmowane wspólnie,
dalekie podróże. Choćby miała to być tylko podróż do
Szczecina, gdzie atrakcją turystyczną stanowią Wały
Chrobrego. Szczecin też może zbliżyć do shinjin. Doświadczenie to nie musi być olśniewające, ale zawsze
jest się o krok naprzód.
I tak też się stało. W pierwszych dniach marca tego
roku grupa studentów z Kioto - słuchaczy Wydziału
Ekonomii Uniwersytetu Ryukoku, wraz ze swoim profesorem historii społecznej Shinsuke Hosodą, odwiedziła Szczecin. Honory gospodarza pełnił Wydział Prawa
i Administracji US, reprezentowany przez dra Daniela
Bogacza i studentów z Akademickiego Koła Prawniczego Jurysprudencja. Pierwsze spotkanie z japońskimi kolegami odbyło się na dworcu Szczecin Główny. Stamtąd
udaliśmy się wszyscy razem do Domu Studenckiego
Kordecki, gdzie na gości czekały ich apartamenty. Po
wypełnieniu obligatoryjnych formularzy meldunkowych i wyjaśnieniu znaczenia słowa PESEL, w pobliskim centrum handlowym zjedliśmy śniadanie. Zaraz
potem nasi goście udali się na krótką drzemkę, by choć
trochę odespać nocną podróż Tanimi Liniami Kolejowymi. Pomysł z drzemką okazał się całkiem rozsądny.
Czekał nas bowiem dzień pełen wrażeń.
Aby przedstawić japońskim kolegom panoramę
Szczecina, zabraliśmy ich do Café 22, mieszczącej się
na dwudziestym drugim piętrze szczecińskiego drapacza chmur przy Placu Rodła. Gdy już znaleźliśmy
się w tej kawiarni, Igor Barcew z Jurysprudencji wyraził przypuszczenie, że widok z dwudziestego drugiego piętra nie będzie dla Japończyków niczym imponującym. W Kioto znajdą się zapewne liczne i znacznie
wyższe biurowce. Ku naszemu zdziwieniu, kolega
Takahiro Shimizu stwierdził jednak, iż w Kioto nie
buduje się wysokich biurowców, by nie zasłaniały widoku gór, otaczających miasto.
Po krótkiej wizycie w Café 22 znowu przyszedł
czas na niezbędne do życia kalorie. Na obiad udali-
śmy się do gospody staropolskiej, gdzie nasi goście
mieli okazję spróbować prawdziwie staropolskich
zrazów wieprzowych z sosem zbójnickim oraz mniej
staropolskich frytek i hamburgerów. Przed przystąpieniem do posiłku, Koichiro Arisato zmówił krótką
modlitwę dziękczynną. Buddyzm Shin przywiązuje
dużą wagę do modlitwy, gdyż - jak twierdził Shinran - pomaga ona odnaleźć w sobie niezbędną dawkę
pokory. Gdy już podziękowaliśmy Buddzie za staropolską wieprzowinę, profesor Hosoda wypowiedział
mniej pobożne kampai! (do dna!), zachęcając do skosztowania staropolskiego piwa. Gwoli ścisłości należy
jednak wspomnieć, że w kwestii piwa, u większości
naszych japońskich kolegów zauważalny był pewien
sceptycyzm, skłaniający ich w stronę oranżady i mrożonej kawy. Takahiro Shimizu rozbrajająco oświadczył: If I drink, then soon I have aaargh! „Słaba głowa”
- objaśnił profesor. Przyjęliśmy to ze zrozumieniem.
Nie można doprowadzić się do aaargh, mając jeszcze
przed sobą zwiedzanie egzotycznego miasta i naukową debatę.
Zwiedzanie Szczecina o tej porze roku nie mogło być szczególnie atrakcyjne. Wały Chrobrego robiły wrażenie opustoszałych i smutnych. Niektóre
z innych, ciekawszych obiektów, znajdowały się w
remoncie. Otoczone rusztowaniami, pokryte folią,
odstraszały zwisającymi rękawami, służącymi do
zrzucania gruzu. Honor szczecińskiego City ratował
Zamek Książąt Pomorskich ze słynnym zegarem i kurantami, zagłuszającymi nieraz koncerty, organizowane na zabytkowym dziedzińcu. Nasi goście znosili
spacer w uprzejmym milczeniu. W końcu, po obejrze-
niu jeszcze Baszty Siedmiu Płaszczy, Katedry Pod Wezwaniem Św. Jakuba i Bramy Portowej, dotarliśmy do
gmachu Wydziału Prawa i Administracji US przy ul.
Narutowicza.
W Katedrze Prawa Rzymskiego i Historii Doktryn
Polityczno-Prawnych dr Bogacz i prof. Hosoda przeprowadzili z nami dwugodzinne seminarium, poświęcone wybranym zagadnieniom z historii Kioto,
Szczecina i Pomorza Zachodniego. Przy filiżance ciepłej herbaty przystąpiliśmy do naukowej części spotkania dwóch, tak odległych od siebie uniwersytetów.
Po krótkim słowie wstępnym ze strony osób prowadzących, debatę rozpoczął Takahiro Shimizu, przedstawiając zwięzły szkic religijnych dziejów Japonii.
Interesujących rzeczy dowiedzieliśmy się o - praktykowanym do dziś - japońskim kulcie shintō, zgodnie
z którym niezliczone twory natury - począwszy od
człowieka, a skończywszy na źródle rzeki – posiadają
własną duszę. Podobno w samym Kioto znajduje się
ponad czterysta świątyń tego kultu. Wbrew pozorom,
liczba ta wydaje się dość skromna, jeśli uwzględnimy,
że starożytny shintoizm znał około ośmiu milionów
bóstw. Jednym z nich był Tennō – cesarz, który zrezygnował z boskości po uchwaleniu w 1947 r. japońskiej
konstytucji. Przestając być bóstwem, cesarz pozostał
jednak symbolem narodowej jedności Japończyków.
Zatrzymał też ograniczone kompetencje organu władzy wykonawczej.
Do zagadnień religijnych nawiązał też kolejny referent Keisuke Uneme, który przedstawił nam interesujące informacje o niektórych zabytkach Kioto. Dowiedzieliśmy się, że najpiękniejsza w Kioto jest właśnie
architektura sakralna. Na szczególną uwagę zasługuje
tu buddyjski Kinkakuji - Złoty Pawilon, którego nazwa
wiąże się z kilkoma milionami złotych płatków, pokrywających tę świątynię. Przy okazji, Keisuke Uneme wyjaśnił nam, że w słowie Kioto, zawiera się słowo
Kio, które oznacza zarówno stolicę jak i świątynię.
W związku z kolejnym referatem, wygłoszonym
przez kolegę Koichiro Arisato, wróciliśmy do tematu
Tennō. Profesor Hosoda podkreślił, iż japońska tożsamość narodowa silnie zrośnięta jest z symbolem władzy cesarskiej, choć autorytet cesarza poddawany był
wielu ciężkim próbom. Pierwsza z nich miała miejsce
w czasach politycznej dominacji szogunatu; następna
– już w epoce Meiji – wiązała się z dworskimi wpływami militarystów, którzy uwikłali Japonię w dwie
wojny światowe. Na ostatnią próbę autorytet Tennō
wystawili Amerykanie, sugerując - po wojennym
zwycięstwie nad Japonią - zastąpienie cesarza instytucją prezydenta. Cesarstwo przetrwało jednak - co
ciekawe - dzięki zimnej wojnie. Naciski Amerykanów
osłabły bowiem, gdy w Azji rozszalał się komunizm.
Utrzymanie w Japonii cesarskiego autorytetu okazało
się użytecznym zabezpieczeniem przed ewentualnym
romansem Japończyków z marksizmem. Profesor Hosoda dodał jednak, iż symbol japońskiego cesarstwa
pełnił użyteczną rolę nie tylko w walce z widmem
komunizmu. Nawet jeśli faktyczna władza Tennō pozostaje dziś istotnie ograniczona i nawet jeśli japońska lewica dostrzega w osobie cesarza tylko zwykłego
polityka, to w sensie symbolicznym cesarz łączy w sobie wartości absolutne i ponadczasowe. Jest on uosobieniem najwyższych cnót, określających standardy
życia społecznego, jednoczy naród japoński jako powiernik narodowej tradycji i gwarant specyficznie japońskiego obyczaju. Dr Bogacz przyznał, iż podobne
refleksje można by odnieść do doświadczeń niektórych narodów europejskich – wszak niedługo po tym,
jak Niemcy straciły cesarza, pojawił się Hitler.
W toku dalszej rozmowy kolega Masao Oyagi dowiódł nam, że mimo przeniesienia stolicy z Kioto do
Tokio czyli - wiernie odszyfrowując znaczenie obu
nazw - ze Stolicy do Na Wschód od Stolicy, Kioto nadal pozostaje religijnym, kulturalnym i naukowym
centrum Kraju Kwitnącej Wiśni. Starą stolicę Japonii
odwiedza najwięcej turystów. Tu kształci się najwięcej studentów. Wreszcie, z Kioto pochodzą niemal
wszyscy japońscy nobliści. Nie sposób było nie zauważyć, że Szczecin nie może się pochwalić własną
listą noblistów. Rodzinne miasto carycy Katarzyny
II (1762-1796) ma jednak całkiem interesującą, własną historią. Poparcie tej tezy znalazło się w referacie
Mariusza Murawskiego, który pokrótce objaśnił nam,
że polskość Szczecina jest dość umowna. W dziejach
tego miasta odnajdziemy zarówno wpływy słowiańskie, jak i niemieckie bądź szwedzkie. W czasach Napoleona Bonaparte Szczecin znalazł się przejściowo
również pod władzą Francuzów. Krótko mówiąc: miasto z syndromem kosmopolityzmu. Jak wynika z - koń-
czącego seminarium - referatu Michała Turajskiego,
dziś Szczecin jest także w pewnym stopniu ukraiński
- a to za sprawą powojennych repatriacji oraz tzw. Akcji Wisła.
Gdy herbata już definitywnie wystygła, nadeszła
pora zakończenia oficjalnej części naszego spotkania.
Przed nami był jeszcze wieczór przeznaczony na tzw.
część nieoficjalną. Z Wydziału Prawa i Administracji
US przenieśliśmy się do Rumba Student Club, gdzie
podjęliśmy bardziej swobodną próbę interkontynentalnego zbliżenia. A wszystko przy polskim piwie (teraz już można było pozwolić sobie na aaargh!) oraz
japońskich ciastkach z nadzieniem kasztanowym.
Pewien problem polegał na tym, że angielszczyzna
z akcentem polskim i angielszczyzna z akcentem japońskim to jednak dwa odrębne języki. Mimo wieczornej nieobecności prof. Hosody, który biegle włada
językiem polskim, udało nam się przezwyciężyć tę
trudność i wypracować w miarę zadawalające formy
porozumienia. Dzięki lingwistycznej dociekliwości
Igora Barcewa, nauczyliśmy się nawet niektórych
zwrotów w języku japońskim, np. „jestem Polakiem”
(porando-jin) albo „poproszę dziesięć piw” (gyu biru
onegai). Mariusza Murawskiego bardziej interesowała inna kwestia, gdy zwrócił się do Takahiro Shimizu
z pytaniem: Co im przyszło do głowy, że postanowili
wybrać się właśnie do Polski? Odpowiedź była elegancka i brzmiała całkiem przekonująco. Głównym
powodem były porando-women, very beautiful. Na tę,
zdecydowanie mniej naukową, choć być może równie
daleką podróż zabrakło jednak czasu. Nie wykluczone, że wrócimy do tego tematu przy okazji następnego
spotkania. W każdym razie, mamy nadzieję, że nasi
japońscy goście zachowają nas w tak samo życzliwej
pamięci, jak my ich. [ ]
Kioto i Szczecin – historia w oczach młodych
[ Maciej Strączyński ]
Przewodniczący III Wydz. Karnego Sądu Okręgowego w Szczecinie,
Wiceprezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”
Fritz Köhfleis,
czyli ostatni (?) średniowieczny proces o aborcję
Krótkotrwała wojna pomorsko-brandenburska za początków panowania Bogusława X była w istocie kontynuacją wojny
o sukcesję szczecińską i zarazem jej zakończeniem. Podpisany w 1477 r. układ pokojowy okazał się o tyle skuteczny, że obie strony do działań wojennych już nie wróciły,
choć o pełnej zgodzie między Pomorzem
a Brandenburgią trudno byłoby mówić.
Jednakże zawarty wówczas pokój został
przypieczętowany w sposób najbardziej
typowy dla średniowiecznych układów,
a mianowicie małżeństwem Bogusława X
z księżniczką brandenburską Małgorzatą.
Bogusław X był już w dzieciństwie zaręczony z
księżniczką meklemburską Anną: miał wówczas lat
zaledwie 7, a jego narzeczona 14. Los sprawił, że nie
musiał się zastanawiać nad perspektywą ożenku ze
sporo starszą od siebie panną, bo trzy lata po zaręczynach Anna zmarła. Potem Fryderyk II Hohenzollern
w okresie konfliktu o sukcesję szczecińską wysunął
projekt ślubu 11-letniego wówczas Bogusława i swojej
bratanicy Magdaleny, której matka zresztą była Gryfitką. Zamiast pierwszego ślubu był pogrzeb, zamiast
drugiego wojna. W końcu następca Fryderyka II, jego
młodszy brat Albrecht Achilles wpadł na pomysł ożenienia Bogusława X, który w międzyczasie dorósł, z
Małgorzatą, córką Fryderyka II. Sam Fryderyk II, który rozpętał wojnę z Pomorzem, wówczas już nie żył,
a kilka miesięcy przed śmiercią abdykował, złamany
zgonem jedynego syna. Albrecht Achilles widząc, że
szanse na zdobycie Szczecina maleją, szukał możliwości spowinowacenia się z Gryfitami, aby uzyskać
prawo do dziedziczenia po nich.
Pomysł owego małżeństwa Albrecht rzucił jeszcze
w 1472 r., ale wydarzenia, które nastąpiły dwa lata
później, zmobilizowały go jeszcze bardziej do wprowadzenia go w życie. W 1474 r. podczas zarazy zmarł
Eryk II i jego trzej synowie, bracia Bogusława X. Z dynastii pozostali tylko owdowiały i bezdzietny młodszy
brat Eryka, Warcisław X i właśnie Bogusław. Wprawdzie Warcisław X ożenił się ponownie w 1475 r., ale
kryzys rodu Gryfitów był aż nadto widoczny. Albrecht
znowu przystąpił więc do podsuwania Bogusławowi
Małgorzaty. Warcisław X, zaciekły wróg Brandenburgii, był temu zdecydowanie przeciwny, ale Bogusław
propozycję jednak przyjął, jako że Albrecht Achilles
równocześnie obiecywał zrezygnować z uzurpowania
sobie zwierzchnictwa nad Pomorzem. W maju 1476 r.
w Chojnie Bogusław zaręczył się więc z Małgorzatą,
a we wrześniu 1477 r. dwuetapowo, bo w Przecławiu
(dziś Prenzlau w niemieckiej części Pomorza) i Szczecinie, odbyły się uroczystości ślubne.
Typowo polityczne małżeństwo Bogusława od
początku rokowało nie najlepiej. Bogusław w chwili
ślubu miał lat 23, a panna młoda 27, zatem ze średniowiecznego punktu widzenia było to zamęście bardzo
późne. Nie bardzo wiadomo dlaczego, ale wcześniej
Małgorzata jakoś niczyjego zainteresowania nie wzbudzała. Zaręczana była na przestrzeni wielu lat dwukrotnie, za każdym razem bez powodzenia; pierwszy
kandydat na męża zmienił zdanie, drugi zmarł. Być
może nie grzeszyła urodą, a być może Albrecht Achilles niespecjalnie o nią dbał, bo miał dziesięć własnych
córek. Wkrótce po ślubie miało miejsce opisane w
poprzednim numerze „In Gremio” porwanie księcia,
a Małgorzata jako księżna uczestniczyła w pokaraniu
Koszalina. Później już jednak było gorzej.
Albrecht Achilles osiągnął zaś swój cel. Rok po
ślubie Małgorzaty i Bogusława zmarł Warcisław X,
do końca uparcie walczący z Brandenburgią. Bogusław pozostał jedynym żyjącym Gryfitą i Albrecht
przystąpił do natarcia. Króla Polski Kazimierza Jagiellończyka, który parokrotnie poprzez swoich posłów pośredniczył w łagodzeniu konfliktu, pozyskał
sobie, żeniąc swego syna z jego córką. Sam zaś, wykorzystując przewagę militarną, przycisnął Bogusława
X do muru. W sierpniu 1479 r. Bogusław nie miał już
wyjścia i zgrzytając zębami złożył elektorowi hołd – z
brandenburską żoną u boku.
Nietrudno się więc dziwić, że Małgorzata – prawdopodobnie niezbyt atrakcyjna, w rozumieniu średniowiecznym stara, a w dodatku reprezentująca rodzinę zaciekłego, a zwycięskiego chwilowo wroga
– nie budziła w Bogusławie głębszych uczuć. Książę
pomorski był wysokim, potężnym i bardzo atrakcyjnym fizycznie mężczyzną. Miał świadomość, że potrzebny mu jest następca tronu, bo na osierocenie Po-
morza czekał i stary Albrecht Achilles, i jego synowie.
W łożnicy na księcia czekała zaś ich bliska krewna
– i następcy tronu wciąż nie było. Bogusław po paru
latach miał więc dosyć brandenburskiej żony i znajdował pociechę wśród innych dam, czego owocem był
m. in. syn Krzysztof, zwany w zapisach „de Pomerania” któremu książę zapewnił później liczne godności
kościelne. Prawdopodobnie zresztą nie był jedynym
„naturalnym” potomkiem księcia.
Nieudane i bezpotomne małżeństwo trwało już
dziewięć lat, gdy w 1486 r. zmarł w końcu stary Albrecht Achilles. Psychiczna przewaga, jaką elektor
miał nad młodszym o 40 lat pomorskim księciem,
przestała istnieć. Na brandenburskim tronie zasiadł
syn Albrechta Jan Cycero, rówieśnik Bogusława X.
Nasz książę stanowczo więc oświadczył, że o złożeniu
nowemu elektorowi hołdu mowy nie ma.
Hołd hołdem, ale nie ulegało wątpliwości, że jeżeli
Bogusław X nie dochowa się następcy, Hohenzollernowie bez trudu zajmą Pomorze. Coraz częściej i książę, i jego otoczenie zaczęli podejrzliwie spoglądać na
bezdzietną Małgorzatę. Przecież brak potomka dawał
szanse, a praktycznie pewność zagarnięcia Pomorza
właśnie jej rodowi, jej stryjecznemu bratu. Uwagę zaczął na sobie skupiać osobisty lekarz Małgorzaty, który wraz z nią przybył z Brandenburgii – niejaki Fritz
Köhfleis.
Czy Małgorzata przy pomocy swego medyka broni
się przed ciążą? Czy stara się ułatwić Hohenzollernom zdobycie Pomorza? Nie wiadomo, czy zachowanie księżnej bądź jej stan na to wskazywał. W każdym
razie i sytuacja była dla Bogusława nie do zniesienia,
i podejrzenia narastały. Bez uchwalania ustawy antyaborcyjnej i bez zmieniania konstytucji, bo wszakże
to późniejsze wynalazki, książę zdecydował się więc
na wszczęcie śledztwa. Zlecił je w 1488 r. niezawodnemu Wernerowi von Schulenburgowi, który tak doskonale poprowadził ongiś postępowanie w sprawie
konfliktu księcia z Koszalinem.
Jak wyglądało śledztwo w średniowieczu, wiadomo. Ówcześni specjaliści od przesłuchań potrafili
z każdego błyskawicznie wydobyć dokładnie takie
zeznania, jakich życzył sobie przesłuchujący. Średniowieczne tortury rozwiązywały języki najbardziej
odpornym. W przypadku śledztwa prowadzonego
przez Schulenburga nie przetrwał żaden jego dokładny opis. Niewątpliwie książęcy prokurator musiał wypytywać całe otoczenie księżnej, co zapewne nie było
trudne. Jakiekolwiek podejrzenie o pomoc w zbrodni
czy choćby jej ukrywanie oznaczało tortury i zapewne wszystkie damy otaczające Małgorzatę na wyścigi
spełniały oczekiwania śledczego, który wreszcie dobrał się do samego Fritza Köhfleisa.
Śledztwo w dodatku dotyczyło nie tylko aborcji.
Werner von Schulenburg zdołał dowiedzieć się jeszcze tego i owego, po czym zabrał się do czynności operacyjnych. I w końcu, jak odnotowano to w dokumentach, przyłapał księżnę Małgorzatę in flagranti z jej
lekarzem. Co oznaczało to in flagranti? Też nie bardzo
wiadomo. Ale było oczywiście wystarczającym postępkiem, aby zawlec medyka siłą przed sąd książęcy. W końcu sama myśl o cudzołóstwie z koronowaną
damą, i to zamężną, groziła toporem kata.
Pozostawała jeszcze kwestia bezdzietności księżnej. Aborcja była w średniowieczu postępkiem znanym i kwalifikowanym jako ciężka zbrodnia. Wiele
było sposobów spędzania płodu ocenianych jako
skuteczne. Oczywiście żaden z nich nie był w istocie
sprawdzony i pewny. Niejednokrotnie poronienia, nie
będące w tych niehigienicznych czasach niczym nadzwyczajnym, usiłowano wiązać z czyimś działaniem:
od wiejskich znachorek-wiedźm po książęcych medyków. Szczególnie wchodziły w grę zbrodnie najstraszliwsze, karane stosem – czary.
Z zapisów historycznych nie wynika, by kiedykolwiek odnotowano u księżnej Małgorzaty poronienie,
w każdym razie w na tyle zaawansowanej fazie, by
było ono przez kogokolwiek dostrzeżone. Czyżby zatem Fritz Köhfleis wynalazł niezawodny, ziołowy środek antykoncepcyjny? Sposobem na uniemożliwianie
poczęcia było niewątpliwie lekkie podtruwanie organizmu i ciągłe osłabianie go. W każdym razie Werner
von Schulenburg przedstawił księciu sprawę z tym,
czego Bogusław oczekiwał: z niezbitymi dowodami
winy medyka księżnej. Jakimi – tego już nigdy się nie
dowiemy. Akta sprawy zostały jednakże sporządzone,
przygotowywał je Przybysław von Kleist (Kleszcz),
książęcy komornik wywodzący się ze starego pomorskiego rodu i rejent Szymon Lode. Nie zachowały się,
ale wiadomo, że miał do nich dostęp wielki pomorski
kronikarz Tomasz Kantzow, który historię procesu na
ich podstawie opisał.
Fritz Köhfleis był poddanym elektora brandenburskiego, człowiekiem z bliskiego otoczenia księżnej.
Skazanie go oznaczało dla księcia definitywne zerwanie z żoną i zarazem ryzyko kolejnego konfliktu
z silnym, wrogim sąsiadem. Bogusław X był jednak
zapewne zdesperowany i zdawał sobie sprawę, że dalsze pozostawanie w związku z Małgorzatą oznacza
koniec dynastii. Na podstawie wyników śledztwa
Schulenburga książę osobiście, jako najwyższy sędzia Pomorza, skazał Fritza Köhfleisa na karę śmierci
za cudzołóstwo z księżną i aborcję dokonywaną na
jej osobie. Według niektórych zapisów była to kara
śmierci głodowej, a medyk został zamurowany w
baszcie. Według innych został zaszyty w worku i utopiony w Odrze.
Małgorzatę, której wykazano w ten sposób zdradę,
Bogusław X oddalił od siebie i odesłał do Wkryujścia,
na tamtejszy zamek stanowiący swoistą zapasową rezydencję książąt pomorskich. Zamek ten w poprzednich latach szczęścia swoim lokatorom nie przynosił.
Zmarł w nim ostatni szczeciński Gryfita Otton III,
zmarła jego matka Elżbieta – teraz mieszkać tam miała jej krewniaczka Małgorzata. I ona też nie pożyła
długo. Zmarła już w następnym roku, 1489 i pochowana została w kościele w Wołogoszczy. Postępowanie
Bogusława X wobec żony należało uznać za wyjątkowo humanitarne: w końcu trzydzieści lat później król
Anglii Henryk VIII regularnie pozbywał się niechcianych żon przy pomocy katowskiego topora...
Bogusław wiarołomnej żony nie opłakiwał, jako że
już miał na oku następną. Po oddaleniu Małgorzaty,
jeszcze za jej życia, zaczął układy z królem Polski Kazimierzem Jagiellończykiem dotyczące Lęborka i Bytowa, ziem polskich oddanych Pomorzu w lenno. Wtedy powstał projekt małżeństwa księcia z Anną, córką
polskiego króla. Kazimierza Jagiellończyka nie trzeba
było przekonywać. Bogusław X był przecież synem
żyjącej jeszcze wówczas księżnej Zofii, kobiety, która
na królu Polski zrobiła tak ogromne wrażenie, że nawet w kronikach odnotowano jego zachwyty urodą i
inteligencją Pomorzanki i dyskretne westchnienia, że
oboje nie są już wolni... Krótko po śmierci Małgorzaty,
w marcu 1490 r. w Grodnie zawarto małżeństwo per
procura, a po niespełna roku odbył się właściwy ślub
Zaraz potem, hen nad Bosforem, upadł Konstantynopol i ogłoszono, że skończyło się średniowiecze.
Dzieci Bogusława X i Anny Jagiellonki rodziły się już
w czasach nowożytnych. Anna, ostatnia Polka na pomorskim tronie (następcy Bogusława X żenili się już
tylko z Niemkami) przeżyła z Bogusławem prawie
trzynaście lat, rodząc ośmioro dzieci. Przez niemal
półtora roku sprawowała też rządy, gdy mąż udał się
z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Jednak i ją dopadła
klątwa zamku we Wkryujściu. W 1503 r., gdy wskutek konfliktu z miastem Szczecinem książę czasowo
opuścił zamek, musiał umieścić żonę z dziećmi w owej
nieszczęśliwej rezydencji. Tam Anna zachorowała na
płuca i wkrótce zmarła. Dzięki niej jednak dynastia
Gryfitów przetrwała jeszcze półtora wieku.
Dziś Bogusław X Wielki i Anna Jagiellonka spoglądają na Szczecin ze stojącego obok zamku pomnika. Polska królewna jest na nim przedstawiona jako wyniosła
postać, wzrostu niewiele niższego od męża, który jak
wiadomo, był na swe czasy wręcz olbrzymem. W rzeczywistości żona sięgała mu wzrostem zapewne najwyżej do piersi. No tak, ale taka para prezentowałaby się
na pomniku dużo gorzej – a poza tym pomnik rzeźbiły
kobiety... (autorkami odsłoniętego w 1974 r. pomnika są
Leonia Chmielnik i Anna Paszkiewicz). [ ]
Staraniem radcy prawnego Andrzeja Hanusza,
naszego krakowskiego kolegi, Krajowa Rada Radców Prawnych podjęła uchwałę dotyczącą renowacji grobowca Juliusza Makarewicza. W zamyśle
kol. A.Hanusza, część kosztów renowacji grobowca powinny zapłacić poszczególne rady radców
prawnych. Okręgowa Rada Radców Prawnych w
Szczecinie podjęła tę inicjatywę i jednomyślnie
postanowiła przeznaczyć na renowację grobowca
kwotę 2.000,00 zł. (tyle ile każda z poszczególnych
izb powinna przeznaczyć na ten cel).
Nazwisko Juliusza Makarewicza jest znane. Prawnicy, którzy kończyli studia prawnicze do roku
1970 uczyli się prawa karnego w oparciu o kodeks
karny z roku 1932, którego współtwórcą był wraz
z prof. W. Makowskim właśnie prof. Juliusz Makarewicz. Współudział J. Makarewicza w tworzeniu
kodeksu musiał być znaczny, bo w powszechnym
użyciu było określenie kodeks Makarewicza.
Kodeks karny z roku 1932 – wprowadzony rozporządzeniem Prezydenta Rzeczpospolitej z 11 lipca 1932 roku obowiązywał do 31 grudnia 1969r.
Wówczas kodeks ten zamieniony został kodeksem
karnym z 19 kwietnia 1969r. obowiązującym od
1 stycznia 1970 roku. Ta zmiana powszechnie
uważana była za niekorzystną. Kodeks karny Makarewicza uznawany był za niedościgły wzór.
Juliusz Makarewicz był profesorem Uniwersytetu Lwowskiego im. Jana Kazimierza (chociaż był
absolwentem Uniwersytetu Jagielońskiego w Krakowie). Urodzony w roku 1872 w chwili wybuchu
II wojny światowej miał około 68 lat. Przeżył II
wojnę światową. Postanowił zostać we Lwowie,
gdy Lwów został za granicami Polski. Żył do 1955
roku. Obecny dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Lwowskiego doc. dr Andrij Bojko na spotkaniu powiedział, iż po 1945 roku Profesor pracował
na Uniwersytecie, ale nie miał prawa wygłaszać
wykładów i prowadzić ćwiczeń ze studentami. Został pochowany w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Łyczakowskim. Grobowiec usytuowany jest
naprzeciw mogiły Marii Konopnickiej. Byłem we
Lwowie i zrobiłem zdjęcia grobowca, w którym
pochowany został J. Makarewicz. To jest stan na
dzień 9 czerwca 2007r.
Grobowiec wymaga renowacji. Mam nadzieję, iż
koledze Andrzejowi Hanuszowi uda się doprowadzić inicjatywę do pozytywnego skutku. Pamięć
nasza powinna obejmować osoby zasłużone.
Wśród sędziów rozpoczynających po wojnie pracę na Pomorzu Zachodnim znalazła się specyficzna
grupa osób – sędziów wojskowych, skierowanych do
służby w szczególnym rodzaju sądów – wojskowych
sądach rejonowych, które z zasady objęły swoją jurysdykcją nie tylko funkcjonariuszy służb mundurowych, ale w dużej części osoby cywilne oskarżane
o przestępstwa polityczne. Warto dziś poznać drogi
życiowe tych osób, nie tylko po to by zapełnić pewna
lukę w wiedzy, ale także w tym celu, aby w kontekście
czasu historycznego, próbować zrozumieć jak z relacji pomiędzy ideologią, prawem i człowiekiem systemu powstaje system zbrodni sądowej.
Kazimierz Stojanowski urodził się 13 maja 1897 r.
w Folwarkach w powiecie złoczowskim (województwo tarnopolskie). Jego ojciec Jan był z zawodu cieślą.
Kazimierz ukończył szkołę powszechną i gimnazjum
państwowe w Złoczowie. W styczniu 1916 r. został
powołany do służby wojskowej w armii austriackiej.
dził w domu rodziców wykonując prace dorywcze i
przygotowując się do egzaminów. Udzielał się także
społecznie w Związku Oficerów Rezerwy, Związku
Strzeleckim i Towarzystwie Szkoły Ludowej. W październiku 1928 r. został przyjęty do przygotowawczej
służby sędziowskiej jako aplikant sądowy w Sądzie
Okręgowym we Lwowie. W tym czasie dwukrotnie odbywał ćwiczenia wojskowe – w latach 1928 i
1930. W czasie szkoleń rezerwy oceniano, iż posiada „charakter wyrobiony, usposobienie łagodne, jest
pracowity i bardzo obowiązkowy, dbały o swych podwładnych, w służbie lojalny, koleżeński, towarzysko
wyrobiony. Posiada dużo inicjatywy i samodzielności,
odporny na wpływy postronne”. Po odbyciu trzyletniej aplikacji sądowej w październiku 1931 r. złożył
egzamin sędziowski i rozpoczął pracę jako asesor sądowy, a potem sędzia grodzki w Sądzie Grodzkim w
Podhajcach. Od grudnia 1936 r., przez dwa lata był
sędzią grodzkim w Kosowie Huculskim, a następnie,
Sędzia ppłk Kazimierz Stojanowski
Początkowo skierowany na Węgry z 30 pułkiem piechoty, następnie w oddziale telegraficznym służył na
froncie włoskim. W czasie służby został ranny odłamkiem szrapnela w lewą rękę. W związku z tym wydarzeniem od sierpnia do listopada 1918 r. przebywał w
szpitalu polowym, domu rekonwalescentów i szpitalu
wojskowym w Bielsku. W wojsku austriackim otrzymał brązowy medal za długoletnią służbę. Po ucieczce ze szpitala przedostał się w rodzinne strony gdzie
w obawie przed Ukraińcami ukrywał się w lasach
wraz z innymi Polakami.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, przez
pół roku przebywał w domu rodziców. W czasie wojny polsko-bolszewickiej, w maju 1919 r., zgłosił się
ochotniczo do Wojska Polskiego i został skierowany
do Szpitala Wojskowego w Złoczowie, gdzie przez
kilka miesięcy pozostawał na leczeniu, a następnie,
do września 1920 r., pracował w kancelarii szpitala.
Od października 1920 r. szkolił się w Szkole Podchorążych Piechoty w Warszawie, a następnie w Szkole
Podchorążych Wojsk Łączności w Zegrzu pod Warszawą. W czerwcu 1921 r. w stopniu podchorążego
został przeniesiony do rezerwy. Do września tego
roku przebywał w domu rodziców, po czym wstąpił
na Wydział Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we
Lwowie, który ukończył bez uzyskania tytułu magistra. W tym czasie pracował w Biurze Polsko-Bałtyckiego Towarzystwa Transportowo-Handlowego we
Lwowie, a potem jako nauczyciel szkół powszechnych w okręgu Inspektoratu Szkolnego powiatu Kolno. Okres między 1924 r., w którym skończył studia,
a lipcem 1928 r., gdy uzyskał dyplom magistra na
Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, spę-
do września 1939 r. kierownikiem Sądu Grodzkiego
w Pruchniku. Wrócił na to stanowisko w listopadzie
1939 r. i pełnił swoją funkcje przez rok. Następnie
przez dwa lata dzierżawił sady w Pruchniku, a od
lipca do października 1942 r. pracował w fabryce
wody sodowej jako buchalter. Przez kolejne dwa lata
w miejscowości Bachów koło Przemyśla utrzymywał
się z gospodarstwa rolnego. We wrześniu 1944 r. powrócił na stanowisko kierownika sądu w Pruchniku,
ale pełnił je tylko do grudnia tego samego roku, kiedy
to został zmobilizowany i skierowany do rezerwy kadrowej Najwyższego Sądu Wojskowego.
W styczniu 1945 r. rozpoczął się najmniej chlubny
okres służby Stojanowskiego. Praca w Wojskowym
Sądzie Garnizonowym w Lublinie, skąd po dwóch
miesiącach został przeniesiony na stanowisko wiceprezesa Wojskowego Sądu Okręgowego w Lublinie, a
wreszcie delegowany do sprawowania sądownictwa
doraźnego w Sądach Okręgowych w Białymstoku,
Piotrkowie i Radomiu, świadczą o dużym zaufaniu
nowych władz wobec sędziego. Służba związana z
mordami sądowymi na członkach podziemia niepodległościowego spotkała się z uznaniem przełożonych
(Śladem ówczesnej działalności sędziego Stojanowskiego może być sprawa aresztowania, zbrodniczego
przesłuchiwania i skazania na karę śmierci w postępowaniu doraźnym w Radomsku 12 żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego straconych w Bąkowej
Górze na przełomie kwietnia i maja 1946 r.).
Służbę na Pomorzu Zachodnim rozpoczął w lipcu
1946 r. jako zastępca Szefa Wydziału Zamiejscowego
w Koszalinie Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie. Od listopada 1946 r., po odejściu na stanowi-
sko Wojskowego Prokuratora Rejonowego Tadeusza
Juśkiewicza był zastępcą szefa sądu, a po odejściu ze
stanowiska dr Filipa Felda, w lutym 1948 r., szefem
WSR w Szczecinie. Funkcję tą pełni do końca istnienia wojskowych sądów rejonowych. W czasie tej służby otrzymywał niemal entuzjastyczne opinie. Jego
przełożony mjr dr Filip Feld wnioskując o nadanie
Stojanowskiemu stopnia podpułkownika stwierdzał:
„Okazał się pierwszorzędnym oficerem. Poważny o doskonałej prezencji. Doskonały sędzia, wytrawny prawnik mający za sobą wieloletnią rutynę sędziowską o
zupełnie zdecydowanym demokratycznym obliczu”.
Sformułowanie „demokratyczne oblicze” pojawia się
w aktach sędziego Stojanowskiego regularnie. Oznacza ono oczywiście pozytywne ustosunkowanie do
zmian politycznych po 1945 r. i wejście w system podporządkowany w pełni partii robotniczej, wreszcie
udział w budowie polskiej wersji totalitaryzmu stalinowskiego.
Faktem jest utrzymywana do końca bezpartyjność
Stojanowskiego, która nie oznacza jednak w żadnym
wypadku niezależności od PPR/PZPR. Starał się on
o przyjęcie do PZPR w 1954 r. Zabiegi te, z nieznanych przyczyn, były jednak bezskuteczne, co odczuwał jako brak zaufania partii i przeszkodę w pracy.
Szef Zarządu Sądownictwa Wojskowego płk Oskar
Karliner tak oceniał postawę polityczną szefa WSR w
Szczecinie: „Mimo, iż jest bezpartyjny umie docenić
wagę współpracy z Partią, utrzymać ścisłą więź z kierownictwem KW, które ocenia go jako szefa sądu bezwzględnie pozytywnie”. Rok później ten sam przełożony stwierdzał: „Bezpartyjny umie jednak w praktyce
sądowej i w analizie zagadnień przeprowadzać linię
Partii. U władz partyjnych województwa cieszy się dużym zaufaniem. Bierze udział w szkoleniu partyjnym
i rozumie rolę partii”. Także współpraca z Wojskową
Prokuraturą Rejonową i Wojewódzkim Urzędem Bezpieczeństwa nie budziła zastrzeżeń przełożonych, a w
rozmowach i orzecznictwie miał dawać wyraz swojemu „wybitnie pozytywnemu stosunkowi do Polski
Ludowej i ZSRR”.
W opiniach w zasadzie przez cały okres służby
w sądownictwie wojskowym wymieniane są takie
cechy sędziego Stojanowskiego jak: pierwszorzędny
oficer i sędzia wojskowy, zdyscyplinowany, inteligentny, ambitny, wytrawny prawnik, stawiany za wzór, o
doskonałej prezencji, pracowity.
Umiarkowanie negatywna opinia pojawiła się w
podsumowaniu pracy w grudniu 1950 r. Stwierdzono wówczas: „[…] słaby organizator, co przejawia się
w wykonywaniu zadań, które mogą być wykonywane
przez podwładnych przy odpowiednich wymaganiach
ze strony opiniowanego […]. Praktyk niemający aspiracji do głębszych analiz teoretycznych zagadnień
prawnych […]. Zajmowanemu stanowisku odpowiada,
jednak wątpliwym jest czy mógłby pełnić służbę na równorzędnym stanowisku w bardziej ruchliwym sądzie”.
Podobne podsumowanie znalazło się w kolejnej opinii z grudnia 1951 r.: „z uwagi na stosunkowo niewielki
zakres pracy powierzonego sądu i trudności personalne nadaje się na zajmowane stanowisko”. Zauważono
także pogarszający się stanu zdrowia Stojanowskiego,
co miało m. in. skutkować brakiem panowania nad
całokształtem prac sądu i wymykaniem się spod jego
kontroli sekretariatu, a czasem nawet orzecznictwa.
W 1955 r. zaproponowano by w związku z reorganizacją sądownictwa wojskowego Stojanowski, jako sędzia bez perspektyw w wojsku, znalazł miejsce pracy
jako wiceprezes lub prezes Sądu Wojewódzkiego.
Zanim jednak to się stało, we wrześniu 1953 r.
Stojanowski uczestniczył w, być może najbardziej haniebnym procesie swojego życia – był członkiem składu orzekającego w Wojskowym Sądzie Rejonowym w
Warszawie, przed którym stanął znany z antykomunistycznej postawy biskup kielecki Czesław Kaczmarek. W procesie tym, zainscenizowanym po dwóch
latach pełnego tortur śledztwa, ordynariusz kielecki
został skazany na 12 lat więzienia za rzekomą faszyzację kraju i szpiegostwo na rzecz USA. Było to jednocześnie przygotowanie do późniejszego aresztowania
prymasa Wyszyńskiego.
Na wniosek Ministra Sprawiedliwości uchwałą
Rady Państwa z dnia 8 czerwca 1955 r. powołano Stojanowskiego na stanowisko Wiceprezesa Sądu Wojewódzkiego w Szczecinie. Osoby na tego typu stanowisko podlegały także zatwierdzeniu przez egzekutywę
Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej. Decyzja taka zapadła 5 grudnia 1955 r.
W kwietniu 1960 r. Stojanowski złożył podanie o
paszport na wyjazd do Stanów Zjednoczonych na pobyt czasowy. Wyjazd miał nastąpić 15 lipca 1960 r..
Zaproszenie wystosowała jego siostra mieszkająca w
Nowym Jorku. Nie udało się ustalić czy wyjazd ten
doszedł do skutku. Pewną ciekawostką jest, iż rodzina miała pokryć koszty podróży polskiego urzędnika
wysokiego szczebla. Jeśli jednak Stojanowski wyjechał za ocean, to z całą pewnością wrócił do kraju.
Samo zdobycie paszportu wiązało się z komplikacjami, albowiem Ministerstwo Spraw Wewnętrznych
uzależniło zgodę na wyjazd od opinii Ministerstwa
W czasie wykonywania funkcji wiceprezesa w
Sądzie Wojewódzkim w Szczecinie, Stojanowski
był także przewodniczącym Wydziału IVa Karnego,
a następnie Wydziału IV Karnego. Podobnie jak w
służbie wojskowej, także w sądownictwie cywilnym
był wysoko cenionym pracownikiem. We wniosku w
sprawie zmiany uposażenia prezes sądu oceniał, iż
Stojanowski pracuje ofiarnie, nie szczędząc sił i zdrowia. W późniejszych opiniach przewija się docenienie
jego zaangażowania w pracę pomimo pogarszającego
się stanu zdrowia. Jednocześnie podkreślano, iż takie
pozytywne cechy jak pracowitość, zdyscyplinowanie
i poczucie odpowiedzialności, wyniesione z sądownictwa wojskowego widoczne są w jego pracy w sądzie
cywilnym. Prezes Sądu Eustachy Huzar stwierdzał
wręcz: „jest wzorem pracowitości i oddania służbie
sędziowskiej”. Podobnie jak w okresie służby w WSR
w opinii znajduje się sformułowanie: „[…] umiejętność
prawidłowej z punktu widzenia społeczno-politycznego oceny przestępstwa […]”.
Oddanie czy nawet poświecenie wyłącznie pracy
zawodowej zauważalne przez całą karierę zawodową
Stojanowskiego narasta wraz wiekiem, szczególnie
po śmierci żony. Jednocześnie powoduje to pogorszenie się stanu zdrowia w tym zaawansowaną nerwicę.
W tym miejscu należy zaznaczyć, iż „specyficzna
praca” sędziów wojskowych bardzo często odciskała
negatywne piętno na ich psychice. Wystarczy wspomnieć choćby zdanie podwładnego Stojanowskiego z
WSR w Szczecinie Stanisława Wróblewskiego: „Praca
była bardzo ciężka i szarpiąca nerwy w stopniu może
większym niż na froncie w czasie wojny”, czy samobójstwo zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego
ppłk Antoniego Trelli, dokonane w następstwie szoku
po udziale w egzekucji 7 członków NSZ.
W grudniu 1963 r. Stojanowski zwrócił się do
ministra sprawiedliwości o zezwolenie na dalsze
wykonywanie „umiłowanego przeze mnie zawodu
sędziowskiego mimo osiągniętego wieku emerytalnego”. Minister przychylił się do prośby, odwołując go
jednak z funkcji wiceprezesa Sądu Wojewódzkiego.
Jeszcze kilkakrotnie składał prośby o pozostawienie
na stanowisku. W listopadzie 1966 r. zasłabł w czasie rozprawy, a po odwiezieniu do domu jego stan
się jeszcze pogorszył. Będąc już w szpitalu zwrócił
się do ministerstwa o przedłużenie terminu zwolnienia do 28 lutego 1967 r. Już po zakończeniu pracy w
Szczecinie przeniósł się do Wrocławia, gdzie zmarł
Kazimierz Stojanowski nie wszedł do wojskowego
systemu sprawiedliwości ochotniczo – został zmobilizowany. Nigdy jednak nie próbował z nim zerwać.
Także w momencie czystek, obejmujących prawników
przedwojennych, piął się po szczeblach kariery. Dzięki akceptacji systemu i umiejętnościom dostosowania
mógł sprawować wysokie stanowiska w wymiarze
sprawiedliwości. Poświęcił znaczną część swojego
życia pracy nie tylko dla idei, ale wręcz dla ideologii
– totalitaryzmu stalinowskiego. [ ]
dr Marek Tkaczuk, Katedra Historii Prawa, Wydział Prawa i Administracji US
Galicyjska Prokuratoria Skarbu we Lwowie
Prokuratoria Generalna Skarbu Państwa, powołana
ustawą z 2005 r. dla zapewnienia ochrony prawnej
praw i interesów Skarbu Państwa, swoją tradycję
ustrojową może wiązać nie tylko z działającą od 1919
r. Prokuratorią Generalną Rzeczypospolitej Polskiej,
ale także z utworzoną w 1816 r. Prokuratorią Generalną Królestwa Polskiego, czy jeszcze bardziej z funkcjonującą od 1850 r. w Galicji Prokuratorią Skarbu.
W roku 1784, dwanaście lat od dokonania zaboru
części ziem Rzeczypospolitej, władze austriackie
podjęły działania zmierzające do utworzenia na bazie funkcjonującego od 1775 r. Kolegium Fiskalnego
systemu organów państwowych w postaci Urzędów
Fiskalnych we Lwowie i w Krakowie, których podstawowym zadaniem, określonym przez późniejszy dekret nadworny z dnia 15 marca 1801 r. w sprawie instrukcji służbowej, był „nadzór nad przestrzeganiem
wszystkich ustaw krajowych”. W niedługim czasie
Urzędy Fiskalne we Lwowie i w Krakowie połączono
w jedną Prokuratorię Kamery. Do kompetencji Urzędów Fiskalnych, a później Prokuratorii Kamery należało udzielanie porad prawnych, zastępstwo prawne
Skarbu, Kościoła i szeregu funduszy oraz chronienie
interesu publicznego związanego z zastępstwem poddanych w sporach ze zwierzchnością gruntową, czy
w sprawach małżeńskich o rozwód lub unieważnienie małżeństwa. Prokurator Kamery i jego adiunkci
mogli też w związku z wykonywaniem obowiązków
służbowych brać udział z głosem doradczym w posiedzeniach wszystkich państwowych władz administracyjnych.
Na mocy cesarskiego rozporządzenia wydanego w
dniu 21 grudnia 1850 r. utworzono w Galicji Prokuratorię Skarbu. Prokuratoria była organem wchodzącym w skład 13 Prokuratorii Skarbu działających w
poszczególnych krajach koronnych. Utworzona w
1876 r. w Krakowie Ekspozytura Lwowskiej Prokuratorii Skarbu stanowiła 14 jednostkę systemu pomocy
prawnej Skarbu Państwa i podlegała lwowskiemu Prokuratorowi Skarbu. Prokuratorie Skarbu nie były ze
sobą powiązane w jednolitą strukturę organizacyjną.
Każda z osobna podlegała Ministrowi Skarbu. Strukturę wewnętrzną oraz zakres kompetencji Prokuratorii regulowała początkowo prowizoryczna instrukcja
służbowa wydana przez Ministra Skarbu w dniu 16
grudnia 1855 r., a następnie, wydana w związku z reformą sądownictwa, instrukcja całego ministerium z
dnia 9 marca 1898 r.
Na czele Prokuratorii Skarbu stał Prokurator Skarbu. W skład Prokuratorii wchodzili też zgrupowani
w 15 departamentach urzędnicy zajmujący stanowiska nadradców, radców, sekretarzy, adiunktów i
koncypistów. W Prokuratorii obowiązywała zasada
hierarchiczności. Kolegialność funkcjonowała w
ograniczonym zakresie i miała miejsce jedynie przy
rozpoznawaniu spraw istotnych. Uchwały podejmowane w tych sprawach nie wiązały Prokuratora Skarbu. Samodzielność Prokuratorii także była ograniczona. Realizując poszczególne agendy Prokuratoria
Skarbu obowiązana była stosować się do instrukcji i
poleceń zainteresowanych sprawą ministrów.
Galicyjska Prokuratoria Skarbu obejmowała swą
kompetencją terytorialną Królestwo Galicji i Lodomerii. Ekspozytura w Krakowie działała na terytorium
powiatu krakowskiego i chrzanowskiego, czyli b.
Rzeczypospolitej Krakowskiej. Kompetencja rzeczowa i funkcjonalna Prokuratorii Skarbu obejmowała
zastępstwo prawne i sądowe interesów majątkowych
Skarbu oraz czynności opiniodawcze i konsultacyjne w zakresie zobowiązań. Obok pomocy prawnej
świadczonej Skarbowi, Prokuratoria Skarbu powołana była także do udzielania pomocy prawnej innym
podmiotom prawa publicznego, m.in. Galicyjskiemu
Funduszowi Krajowemu, Krajowemu Funduszowi
Szkolnemu, Funduszowi Indemnizacyjnemu oraz
Kościołowi katolickiemu. Prokuratorie Skarbu w stosunku do kompetencji Urzędów Fiskalnych utraciły
pozycję organu stojącego na straży systemu prawa.
Ustawodawca austriacki widział Prokuratorie Skarbu
wyłącznie jako organy świadczące pomoc prawną w
zakresie spraw majątkowych.
Prokuratoria Skarbu nie przerwała swojej działalności w okresie I wojny światowej. W odrodzonej
w 1918 r. Rzeczypospolitej Prokuratoria Skarbu we
Lwowie i Ekspozytura w Krakowie funkcjonowały
do 1919 r., tj. do momentu podjęcia czynności urzędowych przez Prokuratorię Generalną Rzeczypospolitej
Polskiej. Z dniem 1 października 1919 r. na strukturze
dotychczas istniejącej Prokuratorii Skarbu utworzo-
no oddziały Prokuratorii Generalnej we Lwowie i
w Krakowie. Naczelnikiem (od 1923 r. prezesem)
oddziału lwowskiego został dr Wiktor Hemarski,
który kierował oddziałem przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Naczelnikiem oddziału
krakowskiego został dr Juwenald Rozwadowski,
którego w 1924 r. zastąpił dr Józef Windakiewicz.
Po jego śmierci w 1938 r. prezesurę oddziału objął dr Eugeniusz Dziurzyński, który ponownie od
1948 r. do końca istnienia Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej w 1951 r. kierował pracami
krakowskiej Prokuratorii. W latach 1945 – 1948
prezesem Prokuratorii w Krakowie był Stanisław
Hillbricht.
Prokuratorię Generalną Rzeczypospolitej Polskiej, co wynika z oświadczeń przedstawianych
w 1919 r. Sejmowi Ustawodawczemu, czy Ministrowi Spraw Wewnętrznych przez prezesa Prokuratorii Generalnej Stanisława Bukowieckiego,
w wysokim stopniu oparto na wzorcach austriackich i polsko-rosyjskich, uznając w ten sposób za
pozytywną działalność byłej Prokuratorii Skarbu
w Galicji i Prokuratorii Generalnej Królestwa
Polskiego. Zbieżność urządzeń ustrojowych Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej z jej poprzedniczkami była zamierzona. Świadczy o tym
chociażby dobór członków komisji tworzących
projekt dekretu w sprawie powołania Prokuratorii. W jej składzie znalazł się dr Jan Waygart były
wysoki urzędnik galicyjskiej Prokuratorii Skarbu, któremu minister skarbu Władysław Byrka, w
porozumieniu z premierem Jędrzejem Moraczewskim, powierzył przeprowadzenie wszelkich prac
przygotowawczych. Prokuratoria Generalna Rzeczypospolitej Polskiej, w przeciwieństwie do galicyjskiej Prokuratorii Skarbu, była powołana nie
tylko do ochrony praw majątkowych Skarbu Państwa, lecz także interesów publicznoprawnych
państwa. Z tego też względu stwierdzić można, że
obecna Prokuratoria Generalna Skarbu Państwa
bliższa jest, nie tylko z nazwy, ale także z zakresu kompetencji Galicyjskiej Prokuratorii Skarbu,
niż Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej
Polskiej. [ ]
W poprzednich numerach „In Gremio” starałem
się nakreślić dwie grupy uczestników procesów kanonicznych – adwokatów i pełnomocników. Skupiłem się
przede wszystkim na tym, kto może uzyskać takie miano i jakie musi spełniać wymogi. Co oczywiste, sprawy
przed trybunałami kościelnymi prowadzone są przez
konkretnych urzędników. Warto więc wspomnieć także o nich. Czynię to w kontekście spraw o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Stanowią one większość
spraw prowadzonych w sądach kościelnych i z reguły
budzą największe zainteresowanie.
Skład i funkcjonowanie instytucji jaką jest Sąd Kościelny regulują przede wszystkim postanowienia Kodeksu Prawa Kanonicznego (dalej skrót KPK). Niemniej
w sprawach o stwierdzenie nieważności małżeństwa
bardzo ważne znaczenie ma wydana 25.01.2005 roku
przez Papieską Radę ds. Autentycznej Wykładni Tekstów Prawnych instrukcja „Dignitas connubii” (dalej
skrót DC, pełen tekst w: Komentarz do Instrukcji procesowej „Dignitas connubii”, (red.) A. Dzięga, Sandomierz
2007). Na podstawie obu dokumentów można sformułować trzy generalne zasady dotyczące urzędników
sądów kościelnych. Pierwsza z nich, to konieczność
posiadania przez nich odpowiedniego merytorycznego
przygotowania i obowiązku stałego pogłębiania wiedzy
tak teoretycznej jak również w zakresie praktyki. Druga
zasada odnosi się do zakazu stałego łączenia sprawowanych urzędów tych samych w różnych trybunałach lub
w jednym, ale różnych. Nie może bowiem dochodzić do
konfliktu interesów. Wymóg ten nie jest bezwzględny.
Niekiedy łączenie staje się uzasadnione czy wręcz wymagane. Ograniczany został do wyraźnie wskazanych
przypadków. W końcu trzecia zasada dotyczy ograniczenia się tylko do wyraźnie wskazanych rodzajów
urzędników sądowych. Inaczej dochodziłoby do zatarcia zakresów kompetencyjnych i odpowiedzialności za
podejmowane działania.
Wśród wszystkich pracowników sądów kościelnych
można wyodrębnić pięć kategorii urzędników. Kolejno
stanowią je:
1. Wikariusze sądowi – oficjałowie. Biskup diecezjalny na poddanym sobie terenie może mianować tylko
jedną taką osobę. Jedynie do pomocy jemu może ustanowić nawet kilku pomocników nazywanych wiceoficjałami. W kontekście relacji sądu do instytucji kościelnych i biskupa diecezjalnego taki urzędnik nosi miano
ks. dr Grzegorz Harasimiak, Katedra Prawa Karnego Materialnego WPiA US
Urzędnicy Trybunału Kościelnego
biorący udział w procesach o stwierdzenie nieważności małżeństwa
wikariusza sądowego. Oznacza, że jest to osoba powołana do procedowania wszystkich spraw sądowych.
Nie jest on związany z konkretnym sądem, ale właśnie
biskupem, którego kompetencje zostały jemu powierzone i na ich mocy podejmuje wiążące decyzje. Wiąże się
to z pełnią władzy biskupa w zakresie ustawodawczej,
wykonawczej i sądowniczej. Z kolei w aspekcie funkcjonowania sądu można mówić, że chodzi o oficjała,
czyli o jego prezesa. Jest on bezpośrednim przełożonym
wszystkich osób będących pracownikami sądu, niezależnie od tego jaki urząd czy funkcję sprawują. Zgodnie
z przepisami prawa kościelnego z urzędem wikariusza
sądowego – oficjała powiązane są pewne kompetencje
2. Inni sędziowie. Jest to grupa, której przysługuje
władza sądzenia. Do nich należą także i osoby z wymierzonej powyżej grupy. Tylko sędziowie mogą wydawać
wyroki stwierdzające ważne lub nieważne zawarcie
małżeństwa. Nadużyciem jest autorytatywne wypowiadanie się w tej materii przez inne osoby czy urzędników.
Sędziwie rozstrzygają sprawy zawsze kolegialnie. Dobierani są według wyznaczonego turnusu. W konkretnym składzie orzekającym mogą spełniać różne funkcje (ponensa, sędziego w kolegium). Z urzędu mogą być
usunięci z powodu poważnej i prawnie przewidzianej
przyczyny. Wymogi stawiane osobom powoływanym
na ten urząd, kompetencje i obowiązki są ściśle określone w stosownych przepisach kościelnych.
3. Audytorzy i asesorzy. To dwie grupy urzędników
mających pełnić funkcje pomocnicze. W pierwszym
przypadku chodzi o możliwość mianowania przez sędziego lub przewodniczącego trybunału kolegialnego
osoby, która prowadziłaby instrukcję sprawy. W praktyce chodzi o urzędnika zbierającego materiały dowodowe w prowadzonym postępowaniu. Jest to swoisty
sędzia śledczy z pewnymi uprawnieniami decyzyjnymi. Z kolei asesor, to bezpośredni pomocnik sędziego
diecezjalnego. Nie ma on władzy jurysdykcyjnej w prowadzonych sprawach. Jego obecność jest szczególnie
istotna, gdy sędzia podejmuje decyzję nie kolegialnie,
ale jednoosobowo.
4. Obrońcy węzła małżeńskiego i rzecznicy sprawiedliwości. Istnieje obowiązek, aby w każdej diecezji na stałe mianowana była co najmniej jedna osoba
pełniąca takie funkcje. Nie ma zakazu sprawowania
ich przez tę samą osobę. Obrońcy węzła małżeńskie-
go mają stać na straży przedstawienia wszystkich argumentów przemawiających za ważnością zawartego
małżeństwa. Wiąże się z tym szereg konkretnych obowiązków procesowych (np. wniesienia apelacji). Z kolei
rzecznicy sprawiedliwości stoi niejako na przeciwnej
stronie – mogą zaskarżać ważność małżeństwa. Oczywiście chodzi o przypadki, gdy można domniemywać
istnienie przyczyny powodującej nieważne zawarcie
małżeństwa. Wówczas takiemu urzędnikowi przysługują analogiczne prawa jak stronie powodowej.
5. Kierownik kancelarii i notariusze. W zasadzie w
przepisach prawa kościelnego Dotyczących prowadzenia spraw małżeńskich wymagana jest obecności tylko
notariusza. Sygnuje on dokumenty czyniąc je prawnie
ważnymi, do każdej sprawy sporządza i porządkuje pisma, dba o prawidłowy obieg spraw a następnie odpowiednie ich archiwizowanie. Szeroki zakres prowadzonych w sądzie kościelnym czynności kancelaryjnych
spowodował, że możliwe jest powołanie nowej osoby
– właśnie kierownika kancelarii. Jego kompetencje nie
wykraczają poza to co robi notariusz. Niemniej stanowi
on swoistego przełożonego sprawującego nadzór nad
całością pracy kancelarii sądowej.
Na koniec warto jeszcze powiedzieć o jednym.
Wspomniane na wstępie dokumenty umożliwiają posłużenie się w konkretnej sprawie i czynności, osobami
je spełniającymi (np. sędziego delegowanego z prawem
dobrania notariusza). Decydują o tym względy pragmatyczne (np. konieczność przesłuchania świadka poza
siedzibą sądu). [ ]
czyli ogary poszły w las
Było o rybach było, o grzybach, będzie o najnowszej pasji jaka ogarnęła nasz kraj i rozpala emocje do
białości. Chodzi mianowicie o myślistwo. Nikt chyba
nie zaprzeczy, że to prawda: dzielimy się na myśliwych, zwierzynę i tych co chodzą w nagonkach. Bardziej precyzyjnie byłoby powiedzieć: podziału tego
dokonano... no właśnie jak? Kto? Kiedy? Nie oczekuję
odpowiedzi, wszyscy ją znamy. Przyjrzyjmy się jak to
Obecnie trzy koła myśliwskie wiodą prym nadając
ton i dyktując warunki pozostałym. Podzieliły pomiędzy siebie obwody łowieckie, czyli ustaliły, które
z nich gdzie, kiedy i na jaką zwierzynę może polować.
Łączy je umiłowanie bliźniego według reguły: człowiek człowiekowi - no kim jest? Lupusem oczywiście!
Rozważane jest przyjęcie wspólnego hymnu (muszą
mieć wspólny, są przecież w koalicji), pod uwagę
brana jest znana pieśń zaczynająca się od słów: „Pojedziemy na łów, na łów towarzyszu mój...”. Spór idzie
o tego towarzysza. No, ale hymn to tylko symbol. Podstawa wspólnoty zasadza się na metodach polowania.
I tak, wszystkie koła polują przy użyciu psów. Psy te
dzielimy na psy gończe, psy tropiące i psy aportujące.
O psach aportujących była już kiedyś mowa, przypomnijmy krótko. Ich zadaniem jest przywlec pod nogi
pana upolowaną zwierzynę – często jeszcze żywą.
Omówmy rolę psów gończych i tropiących. W zasadzie tych rasowych, wyszkolonych, zaprawionych w
polowaniach jest niewiele. Te co były zostały w większości rozpędzone i grasują teraz samopas. Podobno
szkolono je w niewłaściwych ośrodkach i przez to są
skundlone. Do tego założyły ponoć w najgłębszej tajemnicy własny związek kynologiczny, którego celem
było wykończenie nie tylko myśliwych ale i całego
lasu. Nie było wyjścia orzekł, pykając z fajki, jeden z
najbardziej znanych treserów, trzeba było je rozgonić,
a właściwie to należało je uśpić ale niech biegają, dodaje wspaniałomyślnie. Przyszło więc naszym achotnikom (przyznacie, że to zapożyczenie z bratniego języka pasuje jak ulał) dokonywać w pośpiechu nowego
naboru w konsekwencji, oprzeć się na szczeniakach
no, co najwyżej na nadszczeniakach. Ćwiczy się je
intensywnie za pomocą kija i marchewki bez oczekiwanych efektów Są one mało skuteczne ale za to głośno ujadają. Dobre i to na początek. Te tropiące, węszą
zawzięcie i ryją gdzie się da. Za nimi idą psy gończe.
Ta sfora tropi przede wszystkim lisy, oczywiście farbowane, wytresowano je bowiem tak, że dla niej inne
nie istnieją. To przecież lisy okradły niemal wszystkie
kurniki i i przez to właściciele zostali pozbawieni nie
tylko kur ale i jaj. Parafrazując mistrza można rzec,
że gdyby cena na lisie skóry wzrosła to winne byłyby
lisy, bo takie chytre. Takie jest ich myślenie. Koło, które się nimi najczęściej posługuje nazwało się, wyraźnie na wyrost, ligą psów rasowych. Jako najmłodsze,
sięga do najdalszych tradycji i oficjalnie deklaruje, że
dąży do tego, aby w jego sforze służyły same charty
polskie. Dogi niemieckie czy syberiany wykluczone.
Na razie są jednak na etapie ratlerków.
Inna cecha łącząca wszystkie koła, to polowania z ulubioną nagonką. Tu ważny wtręt: aby zostać
członkiem koła, absolutnie konieczny jest, w okresie
kandydackim, udział w minimum pięciu nagonkach.
Wprawki można robić w najbliższej sobie okolicy,
a nuż któreś z kół zauważy i pozwoli wyjść na szersze
pole. A wtedy droga do uzyskania upragnionego pozwolenia na broń otwarta.
W trakcie takiego polowania wielki, mały łowczy
w porozumieniu z małym, wielkim łowczym, rozstawia myśliwych na stanowiskach zastrzegając, aby
nikt nie wychodził przed szereg bo wyciągnie konsekwencje. Sprawdza czy wszyscy mają stroje maskujące. Najczęściej każdy ma ale co z tego, skoro i tak
wiadomo kto jest kto. Odczytywany jest regulamin
łowów, ciągle zresztą zmieniany. Temu się nie podoba
stanowisko bo za nisko a on zasługuje na wyższe, inny
zaś chce powiększenia swojego rewiru i zwiększenia
limitu na odstrzał, a także większej ilości amunicji.
Grożą, że jak ich żądania nie zostaną spełnione to
opuszczą swoje pozycje i powstanie luka w kordonie,
a wtedy z dalszego polowania nici. Z decyzji dowodzącego większość uczestników nic sobie nie robi i na
boku, pociągając z piersiówki, knuje jak się pozbyć
łowczego. Jak trafią to kulą w płot, a i kolano nie jeden
sobie przestrzelił. Większość z nich obładowana flintami, nabojami stroi groźne miny, a ja patrząc na nich
widzę Stefcia Burczymuchę. Tylko nagonka, wspierana psami nagania bez wytchnienia. Zdarza się, że któryś z myśliwych znajdzie się na linii ognia własnego
kolegi. Kiedyś sprawca takiego ekscesu zaklinał się,
że widział koziołka i dlatego pociągnął za cyngiel. Nie
przekonywały go argumenty, że koziołki nie chodzą
po lesie z dwururką na plecach. Uparcie trwał przy
swoim. Komisja dyscyplinarna orzekła, po wizycie
przed jej obliczem poszkodowanego, że strzelający
miał prawo się pomylić. Więcej z tego śmiechu niż
szkody, bo ci polowacze o których tu mowa posługują się amunicją na zwietrzałym prochu robioną. Nosy
osmalą albo i co jeszcze... Inna sprawa, że niektórzy
członkowie, szczególnie jednego z kół z powodzeniem
mogliby brać udział w strzelaniu do biegnącego dzika
- robiąc oczywiście za dzika.
Nie zawsze jest jednak tak wesoło. Nie mówiłem
jeszcze o innych metodach używanych nagminnie.
Jedna z nich polega na wykorzystaniu konstrukcji
zwanej amboną (niech mi będzie wybaczone) tak naprawdę jest to wieżyczka w której siedzi człowiek (?)
ze sztucerem zaopatrzonym w lunetę i noktowizor.
Widząc ofiarę, celuje „na komorę” tzn. tak aby zabić
za pierwszym strzałem. Na szczęście wcześniej musi
uzyskać zgodę na odstrzał od małego, wielkiego łowczego. Ten rzadko odmawia, bo jak twierdzi, konieczny jest odstrzał selektywny sztuk słabych czy chorych
np. na czerwonkę. Tych – twierdzi łowczy – jest u nas
stanowczo za dużo, więc ognia Panowie! Weterynarzy, którzy stwierdzą czerwonkę u każdego wskazanego nie brakuje.
Dla uporządkowania pojęć. Tych z prawdziwych
ambon obława też nie omija, są tropieni i zaganiani
pod lufy, jak wielu innych. Ma to być dowód na istnienie równości i sprawiedliwości. Jak demokracja to dla
Wracając do metod. Główne koło łowieckie na
sztandarach ma szlachetne i wzniosłe hasła o ochronie lasu i jego mieszkańców. Tymczasem nie brzydzi
się używać technik klasycznie kłusowniczych. Zastawiane są sidła i wnyki, rozstawiane są potrzaski i żelaza. Wszystko co w nie wpadnie obdzierane jest ze
skóry a - oczywiście przypadkowo - obecna przy tym
telewizja pokazuje to niemal natychmiast. Jednym na
postrach, innym dla uciechy.
Jeszcze inną, wspólną cechą naszych bohaterów
jest zamiłowanie do kuchni polskiej. Gdzie tylko
mogą zaraz narobią bigosu albo grochu z kapustą i nawarzą piwa, które karzą pić innym. Taka staropolska
gościnność. Czasami, dla pokazania ludzkiej twarzy,
ogłaszają okres ochronny np. dla ptactwa wodnego,
słoni czy pingwinów. To przecież nic nie kosztuje i nie
zakłóca bieżących działań. Jedno z kół lubuje się w dokarmianiu. Stawia paśniki i karmniki z tym, że tylko
jego członkowie z nich żrą. To oni jeżdżą po wsiach
i obiecują odszkodowania za szkody łowieckie - oczywiście z cudzych pieniędzy. Włóczą się po lesie, jak
te pastowane kabany, usiłują zwerbować chętnych do
nowych nagonek lub do stawiania wież strzelniczych.
To, jak by ktoś nie wiedział jest polowanie na jelenia.
Nie tak dawno, jeden z tych werbowników, co to torbę ma większą od fuzji, uganiał się za młodą łanią ku
uciesze całego lasu.
Stare żubry, także obszczekiwane i osaczane z zażenowaniem wycofały się w najdalsze ostępy kniei
i tylko czasami głos lub szarża któregoś z nich stopuje
nieco harcowników. Niestety na krótko. Okazało się,
że żubry to największe szkodniki, okres na ich odstrzał trwa permanentnie. Takich czasów dożyliśmy.
Do niedawna były naszą chlubą a teraz – poszukiwane żywe lub martwe.
Istnieją pomniejsze koła, kółka i kółeczka. Wszystkie wyrażają głośno dezaprobatę dla metod stosowanych przez hegemonów i deklarują, że gdyby im oddać
w arendę obwody łowieckie to żadnych nagonek by
nie było a oni wraz ze zwierzyną wspólnie posprzątali
by las. Niektóre z nich już miały taką szansę, polowały w tym samym a może i gorszym stylu. Szczególnie
jedno bractwo tuskowe... kurkowe oczywiście, bryluje w tych zapewnieniach, ale ja wiem: co innego się
mówi będąc zwierzyną, a co innego gdy jest się myśliwym.
Kanikuła rozpoczęta, miało być wesoło, a wyszło jak zawsze. Nie martwcie się jednak, są i dobre
informacje. Otóż, jak wykazały najnowsze badania
wszystkich pracowni, populacja rogaczy i szaraków
nie zmniejszyła się. Osły i barany także mają się dobrze. Badania przeprowadzono na reprezentatywnej
grupie wilków.
Teraz pakujcie walizki i zmykajcie długimi skokami w bory i lasy. Zabezpieczcie swoje mateczniki
a z ostrożności rozejrzyjcie się za jakąś bezpieczną
gawrą. Nigdy nie wiadomo kiedy staniecie się zwierzyną. [ ]
P.S. A ja wołam na puszczy: Panie Wojski natenczas chwyć ... na taśmie przypięty / swój róg bawoli,
długi, cętkowany, kręty / ...ęty... ęty...ęty...
[ Para - Graf ]
ustrój państwa i system wyborczy
Vox Medici 5/2011 - Okręgowa Izba Lekarska w Szczecinie
Potencjał inwestycyjny Afganistanu
Podręcznik mierniczych międzynarodowych
Koszty, oszczędności oraz efekty zewnętrzne