Source: https://oko.press/morawieckiemu-uda-sie-zablokowac-uruchomienie-art-7-mission-impossible-potrzebuje-poparcia-najmniej-szesciu-panstw-ue/
Timestamp: 2020-03-29 06:59:50
Legal References Found: art. 7
 art. 7
 art. 7
 art. 7
 art. 7
 art. 7
 art. 7

Document Content:
Tomasz Bielecki 3 stycznia 2018
Wniosek o uruchomienie art. 7 wobec Polski musi poprzeć na Radzie UE ds. Ogólnych minimum 22 spośród 27 reprezentantów państw członkowskich (bez Polski). By to zablokować rząd PiS musi zdobyć poparcie co najmniej sześciu. Pewne są tylko Węgry. Czechy raczej się wstrzymają, podobnie republiki bałtyckie. Reszta Europy stanie po stronie Komisji
Unijne postępowanie na postawie artykułu 7. Traktatu o UE to długa droga. Głosowanie w sprawie Polski może się odbyć wiosną. Ale jedynym, poza Węgrami, sprzymierzeńcem rządu PiS może być czas – czyli odwlekanie decyzji co dalszych kroków. Może się skończyć tylko na podważeniu reputacji Polski jako wiarygodnego członka Wspólnoty. Skutki polityczne i finansowe mogą być jednak równie dotkliwe co na razie mało prawdopodobne teoretycznie grożące kary – zawieszenie prawa głosu czy kary finansowe.
Przypomnijmy, że Komisja Europejska uruchomiła 20 grudnia 2017 wobec Polski pierwszy, niesankcyjny, etap artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Czyli złożyła wniosek do Rady UE (ministrowie krajów Unii) o stwierdzenie „wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia praworządności przez Rzeczpospolitą Polską”.
Treść art. 7
Chodzi o Radę UE ds. Ogólnych, w której Polskę zwykle reprezentuje minister ds. europejskich Konrad Szymański, a rzadziej jego przełożony – szef dyplomacji Witold Waszczykowski.
Rada UE dla przyjęcia takiej deklaracji o Polsce potrzebuje głosów minimum 22 krajów Unii (to 4/5 z 27 członków Rady UE, bo Polska jest wyłączona z głosowania i wyliczania wymaganej większości). Reszta może być przeciw lub wstrzymać się od głosu.
Ponadto do decyzji Rady UE trzeba uprzedniej zgody Parlamentu Europejskiego udzielonej większością 2/3 oddanych głosów europosłów, którzy jednocześnie stanowią ponad połowę pełnego składu izby.
Najbliższe posiedzenie 27 lutego
Unijne przepisy nie określają terminu, w jakim musi zostać rozpatrzony ten wniosek Komisji Europejskiej. Z formalnego punktu widzenia decyduje o tym Bułgaria, która w tym półroczu przewodniczy Radzie UE i układa program jej posiedzeń. Najbliższe posiedzenie Rady UE ds. Ogólnych, na którym mógłby zostać postawiony temat Polski, odbędzie się 27 lutego 2018, ale Bułgaria jeszcze nie ogłosiła programu tych obrad.
Rada UE, zgodnie z traktatem, przed decyzją o stwierdzeniu „wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia” wartości podstawowych powinna wysłuchać argumentów Polski.
A to może oznaczać, że głosowanie odbyłoby się dopiero na jednym z kolejnych posiedzeń (zwłaszcza, że trzeba też czasu na uprzednie głosowanie europarlamentu).
Rada UE nie musi czekać na wejście polskich ustaw o SN i KRS w życie (vacatio legis ustawy o Sądzie Najwyższym kończy się na początku kwietnia), ale nawet gdyby zastosowała najszybsze możliwe tempo procedowania w ramach artykułu 7., to
głosowanie odbyłoby się być może dopiero w marcu bądź kwietniu.
Kto poprze Polskę
Czy rząd Mateusza Morawieckiego ma szansę na zebranie grupy sześciu krajów UE, które zniweczyłby postępowanie z artykułu 7. poprzez odmowę poparcia dla wniosku w sprawie Polski? Komisja Europejska przez wiele miesięcy zastrzegała (nieoficjalnie), że uruchomi art. 7., jeśli zyska pewność co do wymaganej większości 22 krajów. Ale potem przeważył pogląd, że zmiany w polskim sądownictwie nie pozostawiają żadnego wyboru – KE musi reagować bez względu na to, co z jej wnioskiem stanie się w Radzie UE.
I nie wycofa tego wniosku, nawet gdyby Polska poczyniła spektakularne ustępstwa w UE w innych dziedzinach (np. przyjmowanie uchodźców), na co – pomimo takich sugestii ze strony ojca premiera Morawieckiego – i tak się nie zanosi.
Teraz w Brukseli dominuje przekonanie, że uzyskanie większości 22 krajów jest dość prawdopodobne, ale nie jest gwarantowane.
Za pewny uchodzi sprzeciw Węgier. Wlk. Brytania ma ochotę na wstrzymanie się od głosu, by – z racji negocjacji brexitowych – nie konfliktować się ani z Brukselą, ani z Warszawą. Pozostaje pytanie, czy z racji regionalnej solidarności nie zechce wstrzymać się także Słowacja, Czechy i któryś lub któreś z trzech krajów bałtyckich.
Europoseł Jacek Saryusz-Wolski przekonywał niedawno na Twitterze, że Czechy nie poprą użycia art. 7., i powoływał się na wypowiedź czeskiego ministra ds. europejskich Aleša Chmelařa, że Czechy „nie popierają dziś uruchomienia art. 7.”. Chmelař jednak odpowiedział – także twitterowo – że jego słowa pochodzą z września, „kiedy był jeszcze czas na zastanowienie się nad wetami prezydenta Dudy i mieliśmy nadzieję na szczęśliwe rozstrzygnięcie. Teraz jest to mniej jasne”.
Czescy dyplomaci w Brukseli jeszcze nie sygnalizowali, jak ich kraj zagłosuje w sprawie Polski, ale wpis Chmelařa sugerowałby co najmniej wstrzymanie się od głosu. Natomiast publicysta czeski Luboš Palata – powołując się na rozmowy z wysokim czeskim dyplomatą – pisał w „Gazecie Wyborczej” na kilka dni przed decyzją KE o art. 7., że „Czechy prawdopodobnie poprą użycie wobec Polski artykułu nr 7.”.
Niektórzy politycy PiS przekonują, że – ze strachu przed precedensem w „mieszaniu się Brukseli w sprawy wewnętrzne” – przeciw byłaby także Malta i Hiszpania. Pierwsza jest bowiem krytykowana na forum UE – także w aspekcie praworządności – po morderstwie dziennikarki śledczej Daphne Galizii, a druga wzbudza kontrowersje swym postępowaniem wobec Katalonii.
Jednak raczej byłoby przeciwnie –
Maltańczycy i Hiszpanie swym głosowaniem na „tak” chcieliby potwierdzić, że ich problemy są zupełnie innej natury, niż rozmontowywanie trójpodziału władz w Polsce.
Niektórzy dyplomaci przekonują, że podobny efekt (głosowanie na „tak”, by podkreślić swą odmienność wobec PiS-owskiej Polski) zadziała też w przypadku Rumunii przeprowadzającej teraz również kontrowersyjne zmiany w wymiarze sprawiedliwości. Ale Bukareszt na razie nie wysyła żadnych sygnałów w sprawie swego stanowiska w głosowaniu Rady UE.
Rumunia i Bułgaria, przyjęte do UE w 2007 roku nieco na kredyt, do dziś są objęte skrojonym tylko pod te dwa kraje mechanizmem „współpracy i weryfikacji” (teoretycznie tylko tymczasowym), czyli unijnym monitorowaniem reform wymiaru sprawiedliwości i administracji. Znoszą to dość cierpliwie, bo jedną z oczekiwanych nagród jest przyjęcie ich do strefy Schengen.
Ale to sprawia, że stawianie Polski na cenzurowanym w Brukseli nie jest dla nawykłych do kontroli Bułgarów łamaniem żadnego suwerennościowego tabu. Sofia sugeruje poparcie dla Komisji Europejskiej co do Polski.
Szarganie reputacji
Pierwszy, „prewencyjny” etap art. 7, który zainicjowała Komisja Europejska, ma głównie wymiar reputacyjny. I nie można dziś wykluczyć, że kraje Unii będą rozciągać postępowanie w Radzie UE i odwlekać głosowanie w sprawie Polski, by w ramach kolejnych „dialogów” i „konsultacji” wydłużać w czasie swą presję polityczną na Warszawę.
Kolejny etap, który przewiduje Traktat, grozi już sankcjami (ogólnikowy w tej kwestii Traktat o UE określa tylko, że jedną z nich może być zawieszenie prawa głosu w Radzie UE, ale do pomyślenia jest i odbieranie funduszy UE), ale do tego trzeba by uprzedniej jednomyślnej zgody unijnych przywódców w Radzie Europejskiej.
Premier Viktor Orbán już od 2016 roku obiecuje swe weto, ale nie tylko o Węgry tutaj chodzi.
W istocie sankcyjnego zaostrzenia w relacjach Brukseli z Warszawą obecnie nie chciałyby ani Niemcy, ani Francja, ani wiele krajów z młodszej części Unii.
Artykuł 7. pozostaje zatem narzędziem nacisku reputacyjnego – zawstydzania i wytykania palcem, na co jednak PiS-owskie władze były dotychczas zupełnie odporne.
Chudsza koperta dla Polski
Natomiast znacznie dotkliwszą, choć pośrednią, „karą” dla Polski może być kształt przyszłego, wieloletniego budżetu UE po 2020 roku – poprzez chudszą kopertę dla Polski (wskutek fatalnej reputacji, a zatem i pozycji negocjacyjnej), a być może także poprzez – rozważane obecnie przez Brukselę i kraje płatników – mechanizmy zawieszania funduszy dla krajów Unii, które podważają niezawisłość wymiaru sprawiedliwości.
Ponadto Komisja Europejska zdecydowała w grudniu o zaskarżeniu ustawy o ustroju sądów powszechnych do Trybunału Sprawiedliwości UE (władnego do nakładania olbrzymich grzywn). A niewykluczone, że także w sprawie ustaw o Sądzie Najwyższym i o KRS rozpocznie procedury dyscyplinujące prowadzące przed Trybunał. Jeśli sędziowie Trybunału w Luksemburgu zdecydowaliby się na precedensowe rozstrzyganie, czy przepisy kraju UE (w tym wypadku Polski) są zgodne z traktatowym obowiązkiem utrzymywania sprawnego (a zatem i niezawisłego) wymiaru sprawiedliwości, to właśnie skargi do Trybunału, a nie artykuł 7. okazałyby się najpotężniejszym narzędziem w rękach Brukseli w obronie praworządności. Tyle że na werdykty Trybunału Sprawiedliwości UE trzeba czekać co najmniej po kilka-kilkanaście miesięcy.
Polityka zagraniczna, Sądownictwo, Mateusz Morawiecki, Unia Europejska,