Source: https://issuu.com/galada/docs/miesi_cznik_policja_997
Timestamp: 2017-03-28 08:50:53
Legal References Found: art. 244
 art. 228
 art. 12
 art. 155
 art. 155

art. 155
 art. 155
 art. 70
 art. 13
 art. 70
 art. 70

art. 22
 art. 244
 art. 244
 art. 244

art. 244
 art. 244
 art. 75
 art. 244
 art. 244
 art. 63
 art. 64
 art. 69
 art. 71
 art. 72
 art. 73
 art. 79
 art. 93
 art. 103
 art. 110
 art. 121
 art. 6
 art. 121
 art. 121

Document Content:
Miesięcznik Policja 997 by Andy Gall - issuu
01.11:1.01
Nowelizacja ustawy o Policji (2)
Nowe mundury cd.
nr 11 (56), listopad 2009 r.
cena 3 zĹ&#x201A; (w tym 7% VAT)
Czytaj na s. 6 i 18
03.11:1.04-05
s. 38 Co i dlaczego się zmienia – nadal trwają intensywne prace
legislacyjne nad uwagami zgłoszonymi do projektu ustawy
zmieniającej ustawę o Policji
.KRAJ.
.PAMIĘĆ.
s. 4 Zmiany w kadrach; Wybierz najlepszego dzielnicowego; Turniej piłki
nożnej w Środzie Śląskiej; Ustawa radarowa w koszu; Śledztwo
umorzone; HIV a praca w Policji; Strzelanina w Szamotułach
s. 22 Dodatki dla ksc; Sukces PaT-a
s. 28 Łzy Krystyny – wojna już na początku zabrała 3,5-letniej
dziewczynce ojca...
.PROWOKACJE.
.STRZAŁ OSTRZEGAWCZY.
Niewinni, i co z tego
s. 6 Rachunek za krzywdy – dwaj policjanci z Leszna domagają się
rekompensaty za bezpodstawne oskarżenia
s. 18 Zarządzanie strachem – po raz pierwszy samobójcza próba
policjanta wywołała głośny na cały kraj protest podwładnych
przeciwko komendantowi
s. 10 Oszczędności na nieruchomościach – o wynikach audytu
gospodarki nieruchomościami w Policji rozmawiamy
z nadkom. Piotrem Kucią, p.o. dyrektora Biura Logistyki
Policji KGP
s. 13 Nowe mundury – dlaczego płatne?
s. 16 Badacze kłamstw – dla maszyny jest bez znaczenia, czy
mówimy logicznie, liczy się tylko reakcja organizmu
s. 25 Pytania i odpowiedzi – pytania o praktykę służby można
kierować na p.kacak@policja.gov.pl
W wielkim mieście nocą
s. 26 Wywiadowcy – podstawą ich sukcesów jest doświadczenie,
zgranie działań i... niewidzialność
s. 31 Przestępstwa z nienawiści – w Policji zostanie
zrealizowany międzynarodowy program w celu
przeprowadzenia szkoleń o zapobieganiu i przeciwdziałaniu
tego typu zjawiskom
s. 36 Podsumowanie – głównym zadaniem czerwonej taktyki jest
umiejętność reagowania w sytuacjach, gdy wpadniemy
w zasadzkę, czyli radzenie sobie samemu
s. 23 Sułkowice po raz 12.
s. 32 1582 problemy – póki nie zostanie zmieniony art. 244 k.k.,
policjantom i prokuratorom pozostaje tylko głowić się i naginać
.POLICYJNY PITAWAL.
Dusił, gwałcił, zabijał
s. 34 „Wampir” z Warszawy – stołeczni milicjanci już po dwóch
miesiącach od pierwszej zbrodni złapali zwyrodnialca
Mistrzostwa w Szczytnie
s. 12 Cztery w jednym – ze względu na koszty w jednym terminie
rozegrano cztery zawody w randze mistrzostw Polski Policji
s. 42 Aby uczcić pamięć – co roku w rodzinnej miejscowości
poległego na służbie sierż. Grzegorza Załogi organizowany jest
bieg przełajowy z udziałem policjantów
Policja na deskach
s. 44 Warto żyć marzeniami – trzeba mieć w życiu pasję, nawet jeśli
jest się twardym gliną z wydziału zabójstw – mówi nadkom.
Pokazać dramat człowieka – rozmowa z Marcinem Kwaśnym,
współautorem sztuki „Kto dogoni psa?” i odtwórcą głównej roli
w tym spektaklu
s. 48 Awans? Same kłopoty – fragment powieści kryminalnej
Konrada T. Lewandowskiego „Perkalowy dybuk”
s. 50 Patos i szacunek – o zgubnych skutkach służby pisze
.90 LAT POLSKIEJ POLICJI.
s. 14 Bohaterowie obowiązku – polegli na służbie
projekt okładki Krzysztof Zaczkiewicz
04-05.11:Layout 6
14 października prezydent Lech Kaczyński wręczył
nominację na stanowisko ministra SWiA Jerzemu Millerowi, dotychczasowemu wojewodzie małopolskiemu.
Zastąpił on Grzegorza Schetynę, który został przewodniczącym klubu parlamentarnego PO.
Z CBŚ odszedł natomiast jego dyrektor mł. insp. Paweł
Wojtunik, który został powołany na stanowisko p.o. szefa
CBA (na miejsce Mariusza Kamińskiego). Komendant
główny Policji powierzył więc pełnienie obowiązków dyrektora Centralnego Biura Śledczego dotychczasowemu
zastępcy Wojtunika insp. Adamowi Maruszczakowi.
To nie koniec zmian kadrowych w Policji: 15 października ze stanowiskiem zachodniopomorskiego komendanta wojewódzkiego pożegnał się nadinsp. Tadeusz
Pawlaczyk. Funkcję tę objął jego dotychczasowy pierwszy zastępca insp. Jacek Fabisiak. Również Biuro Ruchu
Drogowego KGP ma nowego szefa – został nim insp. Marek Fidos, ostatnio komendant
rejonowy Warszawa IV KSP. Do tej pory p.o. dyrektora BRD KGP był nadkom. Rafał Kozłowski, zastępca dyrektora tego biura. I
zdj. Grzegorz Rogiński (MSWiA)
Turniej piłki nożnej w Środzie Śląskiej
Na stadionie miejskim w Środzie Śląskiej 2 października odbył się turniej piłki nożnej
o Puchar Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu. Do turnieju zgłosiły się reprezentacje dolnośląskiej KWP i komend powiatowych oraz komisariatu kolejowego we Wrocławiu.
Organizatorem imprezy był Zarząd Terenowy NSZZ Policjantów w Środzie Śląskiej –
obrońca tytułu mistrza z ubiegłego roku. Zespoły zagrały w składach siedmioosobowych,
a zwycięstwo, po rzutach karnych, odniosła
drużyna z KPP w Oławie. Najlepszym strzelcem został Piotr Jurków z wrocławskiego
komisariatu kolejowego, a najlepszym bramkarzem – Krzysztof Żelem z oławskiej KPP.
Na zakończenie turnieju zorganizowano piknik dla policyjnych piłkarzy i ich kibiców. I
zdj. KPP w Środzie Śląskiej
Trwają właśnie plebiscyty na najpopularniejszego policjanta pierwszego kontaktu:
w większości województw wybierają go
obywatele, korzystając m.in. z internetu,
esemesów i kuponów zamieszczanych w lokalnej prasie. W woj. kujawsko-pomorskim
do prowadzącej konkurs „Gazety Pomorskiej” przyszło ponad 5 tys. esemesów
i 2 tys. kuponów, w woj. warmińsko-mazurskim na 59 dzielnicowych oddano niemal
108 tys. głosów (ponad 14 tys. dostał zwycięzca), a w ciągu 10 dni trwania konkursu
mieszkańcy powiatu głogowskiego (woj.
dolnośląskie) wysłali ponad 2 tys. esemesów
Plebiscyty na najlepszych dzielnicowych
trwają jeszcze w województwach podlaskim,
lubuskim, opolskim i zachodniopomorskim.
Zachęcamy do głosowania na swoich dzielnicowych! I
Ustawa radarowa
Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z konstytucją nowe przepisy ustawy o ruchu drogowym, które miały wejść
w życie w maju 2010 r. Nowelizację tej
ustawy skierował do TK prezydent Lech
Kaczyński, uznając, że proponowane w niej
zmiany są bardzo niekorzystne dla obywateli. Nowelizacja zakładała m.in. wyższe
mandaty i zabieranie samochodu za ich
niepłacenie oraz powstanie nowej sieci
fotoradarów. Przewidywała też utworzenie
Centrum Automatycznego Nadzoru nad
Ruchem Drogowym, rejestrującego naruszenia przepisów ruchu drogowego, w tym
przekraczanie przez kierujących dozwolonych prędkości. I
Prokuratura Okręgowa w Ostrowie
Wielkopolskim po prawie dwóch latach
umorzyła śledztwo w sprawie oceny działań Policji i funkcjonariuszy Służby Więziennej podczas akcji w Zakładzie Karnym
w Sieradzu. Chodzi o strzelaninę z 2007 r.,
podczas której strażnik więzienny Damian
Ciołek zabił trzech policjantów i ciężko ranił aresztanta.
Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wlkp.
na zlecenie Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi miała sprawdzić, czy działania podjęte
wówczas przez policjantów i straż więzienną były prawidłowe oraz czy okoliczności
związane z zatrudnieniem strażnika nie
budzą wątpliwości. Przesłuchano funkcjonariuszy uczestniczących w akcji, zabezpieczono dokumentację oraz uzyskano
specjalistyczne opinie. Po prawie dwóch latach śledztwo wykazało, że odstąpienie
w początkowej fazie zdarzenia od użycia
broni wobec strażnika było decyzją trafną.
Podobnie oceniono brak użycia chemicznych środków obezwładniających. Prokuratura nie miała też zastrzeżeń co do sposobu
negocjacji prowadzonych ze strażnikiem,
rozpoczętych bezpośrednio po oddaniu
przez niego strzałów. – Właściwe i w pełni
profesjonalne były także działania podjęte
wtedy przez funkcjonariuszy oddziału
antyterrorystycznego oraz negocjatorów
z komendy wojewódzkiej Policji w Łodzi –
poinformował Janusz Walczak, zastępca
prokuratora okręgowego w Ostrowie Wlkp.
Podobnego zdania są dwa zespoły resortowe, powołane przez dyrektora okręgowego Służby Więziennej i komendanta
wojewódzkiego Policji w Łodzi. Oba zespoły nie zakwestionowały działań podjętych
podczas akcji w więzieniu.
Postanowienie prokuratury nie jest
prawomocne. Były strażnik Damian Ciołek
został prawomocnie skazany na karę dożywotniego więzienia. Ówczesny komendant
powiatowy Policji w Sieradzu, insp. Jan
Matusiak, który dowodził akcją, w lutym
odszedł na emeryturę. I
HIV a praca w Policji
23 listopada Trybunał Konstytucyjny
rozstrzygnie, czy zarażeni wirusem HIV
policjanci powinni być automatycznie
zwalniani z Policji. – To rażąca dyskryminacja – uważa policjant, który z tego powodu został ze służby zwolniony.
TK rozpozna pytanie prawne Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gdańsku,
który nabrał wątpliwości, czy rozporządzenie MSW z 1991 r. jest zgodne z Konstytucją RP i Międzynarodowym Paktem Praw
Obywatelskich i Politycznych. Zgodnie
z rozporządzeniem policjanta, u którego
stwierdzono nosicielstwo wirusa HIV, uważa się za całkowicie niezdolnego do służby.
Zdaniem adwokatów zwolnionego policjanta rozporządzenie narusza m.in. konstytu-
cyjny zakaz dyskryminacji ze względu na
O sprawie pisaliśmy w styczniu 2008 r.
Policjant w ramach badań proﬁlaktycznych
poddał się nieobowiązkowemu badaniu na
obecność wirusa HIV. Gdy okazało się, że
jest nosicielem, musiał odejść ze służby.
Policjant zaskarżył decyzję do WSA
Jak podkreśla Helsińska Fundacja Praw
Człowieka, która monitoruje sprawę, wyrok
TK pozwoli na jednoznaczną odpowiedź,
czy zakażenie HIV może być bezwzględną
przesłanką odsunięcia od służby. Pośrednio
wyrok TK będzie miał znaczenie także dla
innych służb mundurowych. I
W nocy z 16 na 17 października br. w Szamotułach pod Poznaniem doszło do strzelaniny między bandytami a policjantami. Gdy
policyjny patrol usiłował zatrzymać busa
do rutynowej kontroli, z samochodu wyskoczyło dwóch mężczyzn, z których jeden
strzelił do policjanta z długiej broni. Funkcjonariusz upadł, jego kolega zdążył oddać
strzał do bandyty, po czym został uderzony
kolbą. Bandyci wciągnęli do auta rannego
kolegę i odjechali. Policjant zdołał powiadomić dyżurnego, który natychmiast zorganizował pomoc dla rannych funkcjonariuszy
i pościg za przestępcami. Policjanci traﬁli
do szpitala. Okazało się, że strzał był
oddany gumowym pociskiem, obydwaj
policjanci po kilku dniach opuścili szpital.
Natomiast bandyci zostali schwytani jeszcze tej samej nocy w wyniku pościgu
Zatrzymanymi okazali się trzej członkowie tzw. grupy szczecińskiej. Czwarty
z nich nie żył, postrzał, który dostał, okazał
się śmiertelny. Sprawę prowadzi Prokuratura Apelacyjna w Poznaniu i Centralne Biuro
Śledcze. Policyjny patrol prawdopodobnie
udaremnił napad na samochód z transportem papierosów. I
06-08.11:Layout 6
STRZAŁ OSTRZEGAWCZY Niewinni, i co z tego?
Około pół miliona złotych oraz comiesięczna renta wyrównawcza w wysokości 2 tys. złotych dla każdego –
to cena, jakiej domagają się dwaj byli policjanci z Leszna za doznane krzywdy: bezpodstawne oskarżenie
o korupcję, pół roku za kratami aresztu śledczego, utratę pracy i dobrego imienia, pogorszenie stanu zdrowia
i rozłąkę z rodziną.
ak kończy się jeden z najgłośniejszych w ostatnich
latach w regionie leszczyńskim procesów, w którym uczestnikami, a zarazem pokrzywdzonymi –
jak orzekł sąd – było m.in. kilku policjantów. Jednak
tylko dwaj z nich: 52-letni dziś mł. insp. Maciej Kowalski, naczelnik Wydziału PG z Komendy Wojewódzkiej
Policji w Poznaniu, oraz jego odpowiednik z KMP
w Lesznie, 43-letni podinsp. Marek Matyla, zostali zatrzymani i osadzeni w areszcie śledczym.
– W jednej chwili załamał mi się świat – mówi podinsp.
Marek Matyla, dziś już w stanie spoczynku. – To był
13 grudnia 2005 r., okres przedświąteczny, Wigilia za pasem, Boże Narodzenie, najbardziej rodzinne ze świąt,
a ja w kajdankach na rękach traﬁam za kraty! I do tego
z czystym sumieniem. Początkowo sądziłem, że to jakaś
fatalna pomyłka, że za godzinę, dwie wrócę do domu.
I wtedy usłyszałem zarzut popełnienia przestępstwa
z art. 228 par. 1 k.k. w zw. z art. 12 k.k.: kto w związku
z pełnieniem funkcji publicznej przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat. Później dowiedziałem
się, że ten sam zarzut postawiono mojemu byłemu przełożonemu Maciejowi Kowalskiemu, naczelnikowi wydziału pg z Poznania. Razem mieliśmy przyjąć przeszło
180 tys. zł łapówek. Absurd!
Tego samego jeszcze dnia, na podstawie rozkazu personalnego wielkopolskiego komendanta Policji, obaj oﬁcerowie zostali zawieszeni w czynnościach służbowych.
Niedwuznacznie dano im też do zrozumienia, że dla dobra służby powinni raczej pomyśleć o zmianie zawodu
albo skorzystać z przysługujących im uprawnień emerytalnych.
– Po 20 latach nienagannej służby, która była moim
drugim życiem, jednym pociągnięciem pióra zniszczono
mój autorytet, dobre imię, dotychczasowe osiągnięcia,
z których byłem dumny, i perspektywę dalszej kariery
zawodowej – żali się Marek Matyla. – Z szanowanego
obywatela stałem się w oczach opinii publicznej szumowiną, wyrzutkiem społecznym, skorumpowanym gliną.
Na nic się zdały moje zapewnienia, że jestem niewinny.
Dla Prokuratury Okręgowej w Katowicach, która wszczęła to śledztwo, bardziej wiarygodne były pomówienia niejakiego Jarosława Ł., leszczyńskiego przedsiębiorcy
zamieszanego w nielegalny handel paliwami, niż wyjaśnienia oﬁcera Policji o nieposzlakowanej opinii. Temu
człowiekowi, nieznanemu mi zupełnie, było wszystko
jedno, kogo pomówi. Byleby tylko wyjść na wolność,
oskarżyłby zapewne własną matkę. To on zeznał w śledztwie i podczas procesu, że opłacał się policjantom,
aby uchronić się przed aresztowaniem i kryć swoich
Z aktu oskarżenia przeciwko Markowi Matyle: W okresie od czerwca 2002 r. do września 2003 r. w Lesznie będąc
funkcjonariuszem KMP i pełniąc funkcję naczelnika sekcji
do walki z przestępczością gospodarczą, działając w krótkich
odstępach czasu, w wykonaniu z góry powziętego zamiaru,
w związku z pełnieniem funkcji publicznej, kilkakrotnie
przyjął wręczoną przez Jarosława Ł., za pośrednictwem Dariusza W. (kolega Jarosława Ł. i jego wspólnik w interesach – przyp. J. Pac.) korzyść majątkową w łącznej
wysokości 110 tys. zł, w zamian za obietnicę złożoną Jarosławowi Ł., iż nie zostanie on zatrzymany i tymczasowo
aresztowany w związku z prowadzonym śledztwem przez
Prokuraturę Okręgową w Poznaniu (…) w sprawie prowadzenia przez Jarosława Ł. sprzecznej z prawem działalności dotyczącej handlu paliwami.
Maciejowi Kowalskiemu postawiono ten sam zarzut.
Tylko suma łapówek była mniejsza – 73 800 zł.
NACIĄGANE OSKARŻENIA
Pomówienia Jarosława Ł. wystarczyły, aby Sąd Rejonowy
w Katowicach wydał postanowienie o tymczasowym aresztowaniu obydwu oﬁcerów Policji. Najpierw na trzy miesiące, po czym przedłużył areszt o następne trzy, do
13 czerwca 2006 r. Katowicka prokuratura domagała się dla
policjantów bezwzględnej izolacji aż do czasu procesu, sąd
na szczęście był innego zdania i po półrocznym aresztowaniu Maciej Kowalski i Marek Matyla wyszli na wolność.
Przedtem jednak ich rodziny musiały się zadłużyć, aby
wpłacić 40-tysięczne poręczenia majątkowe.
Akt oskarżenia przeciwko leszczyńskim policjantom traﬁł do Sądu Rejonowego w Lesznie w sierpniu 2006 r.
W tym czasie (od kwietnia) obaj byli już emerytami, co lokalne media złośliwie im wytknęły, informując nie tylko
o ich „ucieczce” z Policji, ale i o wysokich apanażach, które będą z tego tytułu otrzymywali do końca życia. Nawet
jeśli zostaną skazani prawomocnym wyrokiem. W rzeczywistości Marek Matyla pobiera dziś emeryturę w wysokości 1700 zł, a Maciej Kowalski, po blisko 30 latach służby
i zajmowanym wysokim stanowisku, otrzymuje około
Proces przeciwko leszczyńskim policjantom oraz przedsiębiorcy Dariuszowi W. rozpoczął się 4 września 2006 r.
przed Sądem Rejonowym w Lesznie, w Wydziale II Kar-
Marek Matyla, podinspektor
w stanie spoczynku: – Krzywda,
której doznałem, jest jednak tak
niewyobrażalnie wielka, że zastanawiam się ciągle, czy w ogóle
istnieje coś, co jest w stanie
w jakiś sposób ją zrekompensować. Czy jest jakaś cena, która
wyrówna cierpienia moich bliskich, upokorzenia, których doznawali na każdym kroku,
na ulicy, w domu, w szkole,
w sklepie czy też w pracy –
te ciche szepty, nagłe
milczenie znajomych itp. W mojej ocenie to
straszna, niewybaczalna
i nierekompensowalna.
Człowiek sam
potraﬁ znieść
wiele, ja dałem radę.
Sześć miesięcy na
9 metrach
kwadratowych z przestępcami
Niewinni, i co z tego? STRZAŁ OSTRZEGAWCZY
różnego rodzaju jest dla policjanta złem
niewyobrażalnym, zdeptaniem wszystkich
ideałów, w które wierzyłem. Te minuty
ciągnące się jak guma, beznadziejnie
powtarzający się rytm dnia, od porannego
do wieczornego szczęku klucza w zamku.
Horror, którego nie zrozumie nikt, kto tego
nie przeżył. Dlaczego i za co? Powiedział
ktoś, „iż lepiej, by stu winnych uniknęło odpowiedzialności karnej niż jeden niewinny
został niesłusznie skazany”. Na zasadzie
analogii stosowane to powinno być
do tymczasowych aresztowań.
Zdeptano moje życie, stosując tzw. areszt wydobywczy. Niech chociaż nasz
tragiczny przykład spowoduje, że jakiś prokurator czy też sędzia
uważniej przeczyta
akta i zastanowi się
nad rzeczywistymi
dowodami, nim złoży
podpis na dokumencie, który decyduje
o życiu, szczęściu,
karierze, a przede
wszystkim wolności
nym. Na wyrok trzeba było czekać aż do 21 grudnia 2007 r.
Odbyło się jedenaście posiedzeń. Przez salę sądową przewinęło się 40 świadków, w tym 17 z Policji.
– Na nasze szczęście – mówi Marek Matyla – sąd nie
dał wiary naciąganym oskarżeniom katowickiej prokuratury. Zostaliśmy uniewinnieni ze wszystkich zarzutów.
W uzasadnieniu przewodniczący składu, sędzia Tomasz
Momot, powiedział wprost, że gdyby w oparciu o takie dowody ludzie mieliby być w Polsce skazywani, to sąd jest
przerażony takim stanem rzeczy.
Zdaniem sądu prokuratura nie poparła swego oskarżenia żadnym twardym dowodem. Dowody nie mogą być
chwiejne, muszą być logiczne i stanowcze. Osoba pomawiająca o tak poważny zarzut jak łapownictwo nie może być zainteresowana procesem i pogrążeniem oskarżonych. Jej
zeznania muszą być ujawnione spontanicznie, a nie dopiero
po kilku latach. Zebrany przez prokuraturę materiał dowodowy w sposób elementarny nie spełnia stawianych przez Sąd
Najwyższy wymogów. W ten sposób nie można wykańczać
ludzi w normalnym państwie – napisał w uzasadnieniu wyroku sędzia Tomasz Momot.
Na nic się zdała apelacja katowickiej prokuratury.
24 września ubiegłego roku Sąd Okręgowy w Poznaniu
uznał ją za „oczywiście bezzasadną” i w majestacie prawa odrzucił w całości. Oskarżeni policjanci po trzech latach zmagań z Temidą odzyskali wreszcie dobre imię
i status niewinnych.
– W swojej naiwności sądziłem – mówi Marek Matyla
– że skoro sąd oczyścił mnie ze wszystkich oskarżeń, nie
będę miał trudności z powrotem do służby. Na początku grudnia 2008 r. zwróciłem się więc do wielkopolskiego komendanta Policji z prośbą o przywrócenie mnie
do pracy na podstawie art. 155 k.p.a. Niestety, w styczniu br. otrzymałem odpowiedź, że brak jest przesłanek
wzruszenia decyzji o zwolnieniu mnie ze służby w Policji,
a przepis art. 155 k.p.a. w sprawie zmiany lub uchylenia
decyzji o zwolnieniu ze służby w Policji nie może zostać wykorzystany, gdyż byłoby to obejście prawa, a tym samym doszłoby do naruszenia interesu służby, a więc i interesu
Dziwne, bo opinia Biura Prawnego KGP (patrz Biuletyn Prawny KGP nr 27, s. 8–11) jednoznacznie stwierdza, że w przypadku niewadliwej decyzji o zwolnieniu
ze służby istnieje możliwość jej uchylenia na podstawie
art. 155 k.p.a.: w przypadku zastosowania trybu uchylenia decyzji o zwolnieniu ze służby na podstawie art. 155
k.p.a. policjant „wraca” na to samo lub równorzędne stanowisko, a co więcej takie „przywrócenie” nie wywołuje skutków ﬁnansowych. Z tej możliwości powrotu
skorzystało wielu funkcjonariuszy, m.in. podinsp. Grażyna Biskupska z KSP (oskarżona po akcji w Magdalence,
a później oczyszczona z zarzutów). Podinsp. w stanie
spocz. Markowi Matyle odmówiono powrotu do służby,
Maciej Kowalski sam zrezygnował, ze względu na stan
– W tej sytuacji – tłumaczy Marek Matyla – postanowiliśmy dochodzić swoich roszczeń przed sądem. Polskie prawo daje nam możliwość ubiegania się
o odszkodowanie i zadośćuczynienie za niesłuszne
aresztowanie. Chcemy z tego prawa skorzystać.
Krzywda, której doznałem, jest jednak tak niewyobrażalnie wielka, że zastanawiam się ciągle, czy w ogóle
istnieje coś, co jest w stanie w jakiś sposób ją zrekompensować. Czy jest jakaś cena, która wyrówna cierpienia
moich bliskich, upokorzenia, których doznawali na każdym kroku, na ulicy, w domu, w szkole, w sklepie czy
też w pracy – te ciche szepty, nagłe milczenie znajomych itp. W mojej ocenie to krzywda straszna, niewybaczalna i nierekompensowalna – mówi Marek Matyla.
– Człowiek sam potraﬁ znieść wiele, ja dałem radę.
Sześć miesięcy na 9 metrach kwadratowych z przestępcami różnego rodzaju jest dla policjanta złem niewyobrażalnym, zdeptaniem wszystkich ideałów, w które
wierzyłem. Te minuty ciągnące się jak guma, beznadziejnie powtarzający się rytm dnia, od porannego
do wieczornego szczęku klucza w zamku. Horror, którego nie zrozumie nikt, kto tego nie przeżył. Dlaczego
i za co? Powiedział ktoś, „iż lepiej, by stu winnych uniknęło odpowiedzialności karnej niż jeden
niewinny został
niesłusznie skazany”. Na zasadzie
analogii stosowane
do tymczasowych
aresztowań. Zdeptano moje życie,
stosując tzw. areszt
wydobywczy. Niech
chociaż nasz tragiczny przykład spowoduje, że jakiś prokurator czy też sędzia
o życiu, szczęściu, karierze, a przede wszystkim wolności człowieka.
Adwokaci leszczyńskich policjantów złożyli już pozew do Sądu
Okręgowego w Poznaniu. Domagają się w nim
po 2 tys. zł zadośćuczynienia za każdy dzień
spędzony za kratami
aresztu, za rozłąkę z rodziną, utratę pracy i dobrego
imienia, poniesione straty moralne, traumatyczne
przeżycia, częściową utratę zdrowia (łącznie po
0,5 mln zł każdy). Wnioskują też o przyznanie dożywotnio tzw. renty wyrównawczej (po 2 tys. zł miesięcznie dla każdego z nich), argumentując, że na skutek
wcześniejszego przejścia na emeryturę i braku możliwości zarobkowania ich standard życia uległ gwałtownemu obniżeniu. I
10-11.11:Layout 6
TYLKO SŁUŻBA Logistyka
W ostatnich tygodniach Policja liczyła swój stan posiadania i szacowała możliwości oszczędzania na kosztach
utrzymania nieruchomości. Komendanci wojewódzcy, komendant stołeczny i komendanci szkół Policji
zadeklarowali, że w latach 2009 i 2010 będą w stanie oszczędzić prawie 16 mln złotych –
blisko 10 procent tych kosztów.
O wynikach audytu gospodarki nieruchomościami w Policji rozmawiamy
z nadkom. Piotrem Kucią, p.o. dyrektora Biura Logistyki Policji KGP.
Ile nieruchomości ma Policja (własność,
najem, dzierżawa i inne formy)?
– Jednostki Policji władają nieruchomościami na podstawie prawa trwałego zarządu
(dotyczy to nieruchomości z zasobu Skarbu
Państwa) oraz na podstawie prawa zobowiązaniowego (najmu, dzierżawy lub użyczenia).
Przez nieruchomość należy rozumieć zarówno grunt wraz z naniesieniami budowlanymi,
jak też działki niezabudowane i nieruchomości lokalowe stanowiące odrębny przedmiot
własności. Obecnie Policja ma w dyspozycji
około 1,9 tys. kompleksów, na których zlokalizowanych jest około 5,5 tys. obiektów.
Jakie były dotychczasowe koszty utrzymania wszystkich tych nieruchomości?
– W 2008 roku było to 194 mln złotych.
16 mln złotych oszczędności, które zadeklarowali komendanci, w dużej mierze związane
są z planem pozbycia się nieruchomości, których Policja nie potrzebuje.
Ile obiektów jest zbędnych?
– Komendanci wskazali 137 nieruchomości o łącznej powierzchni użytkowej 80 829
mkw. na działkach o łącznej powierzchni 448 196 mkw. To około 300 budynków.
Zostaną one przekazane starostom albo
Agencji Mienia Wojskowego do końca 2010
roku. To jest czasochłonna procedura.
Komendy wojewódzkie występują do komendanta głównego z wnioskiem o opinię w sprawie wygaszenia trwałego zarządu daną
nieruchomością na rzecz starosty albo przekazania jej Agencji Mienia Wojskowego. Komendant główny wydał już 50 takich opinii,
pozostałe będą do końca roku.
Starosta może nie zgodzić się na przejęcie
– Przepisy ustawy o gospodarce nieruchomościami obligują starostów do przejęcia
nieruchomości zgłoszonych jako zbędne
przez jednostki Policji. Decyzja o wygaśnięciu trwałego zarządu powinna zostać wydana w ciągu 18 miesięcy od dnia złożenia przez jednostkę wniosku, po uzyskaniu możliwości zagospodarowania nieruchomości.
A Agencja Mienia Wojskowego może
– Agencja Mienia Wojskowego jest zainteresowana przede wszystkim przejmowaniem nieruchomości, które może zagospodarować w drodze sprzedaży lub wydzierżawienia.
W związku z powyższym odmawia przejmowania m.in. nieruchomości, w których
znajdują się lokale mieszkalne zajmowane
przez uprawnionych najemców, jak również
nieruchomości wymagających rekultywacji
czy regulacji stanu prawnego. W takich
przypadkach zbędna nieruchomość może
zostać przekazana do dyspozycji starosty.
Ewentualna sprzedaż lokali mieszkalnych
osobom uprawnionym (z boniﬁkatą) może
być dokonana przez starostę albo przez jednostkę samorządową – jeśli nieruchomość
zostanie przekazana z zasobu Skarbu Państwa na rzecz tej jednostki.
– Komendanci decydują, który wariant
będzie dla nich bardziej korzystny. Wygaszenie trwałego zarządu nieruchomości przez
starostę przynosi często taką korzyść, że samorząd przekazuje środki ﬁnansowe na Fundusz Wsparcia Policji albo użycza Policji
lokal. Wtedy ponosimy tylko koszty eksploatacji. Nie płacimy podatków ani czynszu.
Czasem w zamian za niepotrzebną nam nieruchomość dostajemy od samorządu działkę
pod nową siedzibę jednostki itp. Agencja
Mienia Wojskowego sprzedaje przekazane
obiekty, a 93 procent uzyskanych w ten sposób środków przekazuje na Fundusz Modernizacji Bezpieczeństwa Publicznego. Te
pieniądze wracają do Policji z przeznaczeniem na inwestycje. W ostatnich trzech latach było to ponad 7 mln złotych.
Co się Policji bardziej opłaca? Zrzeczenie
się nieruchomości na rzecz samorządu czy
przekazanie AMW?
Jakich obiektów pozbywa się Policja?
– To najczęściej puste działki albo stare
siedziby jednostek. Rezygnujemy z lokali
Logistyka TYLKO SŁUŻBA
zajmowanych przez posterunki Policji, z garaży. Wśród obiektów do przekazania są też
stacje obsługi pojazdów, stadion, budynki gospodarcze. Kilka komend wojewódzkich,
m.in. Wrocław, Łódź, Rzeszów, Białystok czy
Kielce, oddaje po kilkanaście obiektów. Niektóre, na przykład Bydgoszcz, pozbyły się
zbędnego mienia już wcześniej. Efekty ﬁnansowe tych operacji będą znane najwcześniej w połowie przyszłego roku.
Garnizon pomorski zamierza pozbyć się
sześciu posterunków Policji i jednego
komisariatu. To znaczy, że te małe
miejscowości zostaną pozbawione policji?
– Nie pozbywamy się niczego, co jest Policji niezbędne. W odniesieniu do ww. jednostek szczebla podstawowego (rewiry
dzielnicowych, zespoły prewencji) oraz komisariatu – podjęto działania zmierzające
do zamiany z gminami obecnych siedzib,
które są zbyt duże w stosunku do stanów
osobowych tych jednostek, na obiekty dostosowane do potrzeb.
Z danych zebranych przez BLP KGP wynika,
że najwięcej – ponad dwa miliony złotych –
oszczędności przyniosą opał i energia.
Wymiana kotłowni na nowe nie podlega
dyskusji, ale to oznacza też wydatki, choć
z innych paragrafów budżetu.
– Przechodzenie z opału stałego (węgiel,
koks) na paliwo płynne (gaz) powinno dać
aż 20 procent oszczędności. To prawda, że
modernizacja wymaga wydatków na remonty.
Wiele z nich i tak musielibyśmy przeprowadzić. W każdym uwzględnia się termomodernizację, tj. zmianę kotłowni, wymianę okien,
ocieplanie stropodachu. Na te inwestycje
dostajemy dotacje z narodowego albo wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska.
Co do energii cieplnej i elektrycznej, to komendanci przewidzieli pewne oszczędności,
ale tego nie możemy precyzyjnie zaplanować
w związku ze zmianami cen tych dóbr.
Jedne komendy pozbywają się pomieszczeń,
a inne, jak nowosądecka KMP, bez dyskusji
płacą czynsz ustalony w dolarach…
– Budynek KMP w Nowym Sączu został
odzyskany przez właściciela i wszelkie kroki
prawne podjęte przez Policję okazały się bezskuteczne. Trwa budowa nowej siedziby, ale
to inwestycja o wartości 50 mln złotych, rozłożona na lata. Dotąd zrealizowano połowę.
Szczecińska KWP zadeklarowała, że – choć
nie może zmodernizować ogrzewania –
zmniejszy koszty, obniżając temperaturę
w pomieszczeniach do 18 st. C. Nie
zazdroszczę policjantom i klientom
zachodniopomorskiej policji.
– To „genialny” pomysł. Skończy się tym,
że ludzie będą przychodzić na służbę z farelkami. To kompletny brak zrozumienia i zupełnie nie o to nam chodzi. Na szczęście
były i mądrzejsze pomysły na oszczędzanie
energii, np. zmniejszanie temperatury
w weekendy czy w nocy. W ogóle dzięki
temu audytowi kosztów wielu komendantów
naprawdę pochyliło się nad swoim stanem
posiadania. Niektórzy wykazali się wielką
operatywnością. W ostatnim tygodniu lubelski komendant wojewódzki w ciągu dwóch
dni zdobył 2 miliony złotych na budowę komendy powiatowej w Łęcznej. Po milionie
od starosty i od burmistrza. Naprawdę wiele
zależy od współpracy Policji z samorządami.
Tym bardziej że z 483 mln złotych, które
w ubiegłym roku przeznaczyliśmy na remonty i inwestycje, pochodzących z Programu
modernizacji Policji..., na przyszły rok zostało nam już tylko 49 mln złotych.
Dziękuję za rozmowę. I
Insp. Andrzej Trela, zastępca komendanta głównego Policji ds. logistyki:
– Koszty utrzymania nieruchomości to drugi pod względem wielkości wydatek rzeczowy Policji. Transport pochłonął w ubiegłym roku ponad 300 mln zł, nieruchomości – prawie 200 mln zł.
Cele audytu są dwa. Pierwszy – to racjonalne określenie potrzeb: czego rzeczywiście
potrzebujemy, a czego mamy za dużo i co można oddać Skarbowi Państwa. Pozwoli to na wykorzystanie nieruchomości w inny sposób, a nam zmniejszy obciążenia
ﬁnansowe. Drugi cel – to opracowanie takich projektów, które pozwolą zoptymalizować koszty zarządzania nieruchomościami. Te projekty nie mają sprowadzać się
do wyznaczania np. limitów zużycia energii, ale mają wskazywać, jak używać jej racjonalnie.
Po tej analizie podzielimy się uwagami i spostrzeżeniami, by przyjąć dokument strategiczny, by określić strategie krótko- i długoterminową zarządzania nieruchomościami. Powinno to nastąpić do końca roku.
służbowych Policji
w 2008 roku kosztowało
194 425 904 zł
w latach 2009–2010 planuje się
uzyskać oszczędności w kwocie
15 881 684 zł, w tym:
2009 r. – 6 946 621 zł, w tym:
 3 115 847 zł – obiekty
KWP/KSP/SP
 3 830 774 zł – obiekty KPP –
2010 r. – 8 935 063 zł, w tym:
 3 441 032 zł – obiekty
 5 494 031 zł – obiekty KPP –
Do jednostek, które planują uzyskać
największe oszczędności w zakresie
kosztów utrzymania obiektów, należy
zaliczyć KSP – 2 mln zł,
KWP w Poznaniu – 1,69 mln zł,
KWP w Gdańsku – 1,59 mln zł,
KWP we Wrocławiu – 1,12 mln zł oraz
KWP w Białymstoku – 1,07 mln zł.
W szkołach Policji największe
oszczędności w zakresie kosztów
utrzymania planują uzyskać
SP w Katowicach – 0,46 mln zł oraz
SP w Pile – 0,43 mln zł.
Opał (węgiel, koks, olej opałowy,
drewno, paliwa zastępcze)
w 2008 r. kosztował 10 326 283 zł
w latach 2009 i 2010 planuje się
uzyskać oszczędności w łącznej
kwocie 2 069 822 zł, w tym:
 2009 r. – 749 846 zł
 2010 r. – 1 319 976 zł
Najwyższa kwota oszczędności to
KWP w Poznaniu – łącznie 766 000 zł
Zakup energii (m.in energia cieplna,
energia elektryczna, woda, ścieki,
w 2008 r. kosztował 116 993 000 zł
kwocie 2 506 803 zł, w tym:
 2009 r. – 607 170 zł
 2010 r. – 1 899 633 zł
KSP – łącznie 689 168 zł.
12-13.11:Layout 6
SPORT Mistrzostwa w Szczytnie
dniach 9, 10 i 11 października br.
w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie rozegrano cztery zawody o randze mistrzostw Polski Policji.
Z uwagi na koszty w jednym terminie zorganizowano: Otwarte Mistrzostwa Policji
w Karate Kyokushin, Pięcioboju Policyjnym,
Lekkiej Atletyce i Dwuboju Policyjnym.
W kategorii seniorów triumfował Janusz Miketa (KWP w Katowicach) – wicemistrz klasyﬁkacji ogólnej, za którym uplasowali się
Krzysztof Polak (KPP w Stalowej Woli) i Józef Hoffman (KPP w Jarocinie). Drużynowo
wygrała KWP w Szczecinie przed SP w Katowicach i WSPol. w Szczytnie.
Wśród karateków najlepsi okazali się: Aleksandra Bakun z WSPol. w Szczytnie, która
W pentathlonie policyjnym, na który składały się: pływanie, strzelanie, skok w dal,
pchnięcie kulą i bieg przełajowy, wystartowało 17 sportowców, w tym trzy panie. Wśród
mężczyzn mistrzostwo wywalczył Krystian
Doleżek (KWP w Szczecinie). Wicemistrzem Policji został Janusz Miketa (KWP
w Katowicach), a trzecie miejsce zajął
Krzysztof Jenorowski (KWP w Białymstoku).
Mistrzynią Polski Policji w pięcioboju została Aneta Trojanowska (WSPol. w Szczytnie),
która pokonała Martynę Cal (SP w Katowicach) i Darię Węgrowską (SP w Katowicach).
W duathlonie policyjnym, składającym się
z biegu i strzelania w klasyﬁkacji indywidualnej pań, zwyciężyła Ewelina Pelc (WSPol.
w Szczytnie). Wśród mężczyzn triumfował
Maciej Wojciechowski (WSPol. w Szczytnie).
W klasyﬁkacji MASTERS (powyżej 40 lat)
zwyciężył Janusz Miketa (KWP w Katowicach).
Drużynowo pierwsze miejsce wywalczyła
reprezentacja WSPol. w Szczytnie w składzie
Maciej Wojciechowski i Adam Piwowarski,
która pokonała parę z KWP w Białymstoku –
Krzysztofa Jenorowskiego i Roberta Kuligowskiego. Trzecie miejsce zajęli Janusz Miketa
i Rafał Jankowski, reprezentujący KWP
wygrała klasyﬁkację OPEN pań (startowały
tylko trzy zawodniczki, wszystkie ze Szczytna), Marcin Orzechowski (KWP w Lublinie)
w kategorii 70 kg, Marcin Krupa (WSPol.
w Szczytnie) w wadze do 75 kg, Artur Lutostański (WSPol. w Szczytnie) – do 80 kg,
Mariusz Cielepa (KMP w Zielonej Górze) –
do 85 kg i Andrzej Ogonowski (Straż Miejska w Rudzie Śląskiej), który został mistrzem kategorii OPEN.
Zacznĳmy od pań. Na 100 m zwyciężyła Ewa
Nowakowska (KP w Gdyni-Karwinach), która w świetnym stylu wywalczyła także mistrzostwo w pchnięciu kulą. Bieg na 400 m
wygrała Agnieszka Witkowska (SP w Katowicach), a skok w dal Martyna Cal (SP w Katowicach).
Zwycięscy panowie to: Adrian Moszczyński
(KWP w Białymstoku) – 100 i 400 m, Janusz
Miketa (KWP w Katowicach) – 1500 m, Mieczysław Kotowski (KWP w Białymstoku) –
skok w dal i Mirosław Regin (KWP w Olsztynie), który najdalej pchnął kulą.
Mistrzostwa były kilkakrotnie przesuwane,
głównie z uwagi na małą liczbę chętnych. I nie jest tak, że ludzie nie chcą ćwiczyć i startować. Policjantów zwyczajnie nie
stać, aby przejechać na drugi koniec Polski,
zmierzyć się z najlepszymi i wyłonić mistrza
Policji. Obecnie, zgodnie z poleceniem komendanta głównego, zawodnicy startują
w zawodach na własny koszt.
Gdyby nie policjanci ze Szczytna (słuchacze i wykładowcy), październikowa impreza mogłaby w ogóle nie dojść do skutku.
W większości konkurencji lekkoatletycznych
startowały po trzy, cztery osoby. W biegu
na 400 m kobiet wzięła udział jedna policjantka, na 100 m dwie. W dal skakały trzy panie…
Całe szczęście szkoła zapewniła zawodnikom nocleg i wyżywienie, za start jednak
sportowcy musieli wyłożyć 40 zł z własnej
kieszeni (start w drugiej dyscyplinie kosztował 20 zł). I
zdj. Tomasz Muraszko
Sprawa nowych mundurów i tzw. mundurówki budzi niesłabnące zainteresowanie policjantów. „Policja 997”
stara się pomagać w wyjaśnianiu wątpliwości z tym związanych. Dowodem niech będzie poniższy list i odpowiedź,
jaką uzyskaliśmy.
Nowe mundury –
W ostatnim numerze Waszego pisma przeczytałem artykuł „Ruch w mundurach”, gdzie napisaliście o decyzji
BLP KGP, które poinformowało, że policjanci, którzy
dostali nowe mundury, będą mieli zmniejszoną przyszłoroczną mundurówkę. Pytanie moje brzmi, dlaczego tak
ma być, jeżeli art. 70. 1. ustawy o Policji mówi, że policjant otrzymuje umundurowanie bezpłatnie.
W przypadku, kiedy będę zmuszony do wymiany np:
kurtki (wyblaknie, przebarwi się, porwie, różnie w służbie bywa), nie będę miał pieniędzy na jej wymianę, bo
już mi potrącili z mundurówki. Dodam, że ze zniszczonymi elementami munduru powstałymi w trakcie interwencji jest już wielki problem, bo za darmochę nie chcą
wymieniać. Trzeba się nachodzić, pogrozić notatkami,
swoje wypłakać u przełożonych, wtedy jest szansa, że
Ponadto art. 13. 1. naszej ustawy mówi: „Koszty
związane z funkcjonowaniem Policji są pokrywane
z budżetu państwa”. Nie mam więc pojęcia, dlaczego de
facto ze swojej kieszeni mam płacić za swój nowy mundur. Sprawa ta bulwersuje całą rzeszę policjantów, a dodawać już chyba nie muszę, co znaczy mundurówka dla
zwykłego „patrolowca”. Mam wielką nadzieję, że sprawy nie potraktujecie po macoszemu i przynajmniej
dostanę logiczną odpowiedź, jeżeli się mylę co do niesłuszności w zabieraniu nam tego, co się nam należy, bo
rozmowa z przełożonym na ten temat to jak walenie
Odnosząc się do Twoich wątpliwości związanych
z wypłatą przyszłorocznej mundurówki, uprzejmie
informuję, że zgodnie z art. 70 ust. 1 ustawy
z dnia 6 kwietnia 1990 r. o Policji (Dz.U. z 2007 r.
nr 43, poz. 277, z późn. zm.) policjant otrzymuje bezpłatne umundurowanie. Policjantowi, któremu nie
wydano w naturze przysługujących przedmiotów umundurowania wypłaca się równoważnik pieniężny w za-
mian za umundurowanie (na podstawie art. 70 ust. 2
ustawy o Policji).
W Policji przyjęto zasadę, że pierwsze umundurowanie funkcjonariusz otrzymuje w naturze, następnie
należność jest realizowana corocznie w formie równoważnika pieniężnego. Podstawą do określenia wysokości
równoważnika są normy umundurowania przysługującego policjantowi, określone w przepisach o umundurowaniu policjantów (różne dla funkcjonariusza służby
przygotowawczej i stałej). Wysokość równoważnika wypłacanego raz w roku jest roczną wartością ww. norm.
Taka zasada pozwala na coroczne zabezpieczenie środków finansowych, niezbędnych do uzupełnienia tych elementów umundurowania, które uległy zużyciu.
Normy umundurowania obejmują asortyment wchodzący w skład ubioru: służbowego, wyjściowego i galowego, więc równoważnik pieniężny jest wypłacany
również w zamian za te przedmioty.
Wejście w życie rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z dnia 20 maja 2009 r.
w sprawie umundurowania policjantów (Dz.U. nr 90,
poz. 738) spowodowało zmianę wzoru i asortymentu
wchodzącego w skład ubioru służbowego. Przedmioty te
jako nowy element umundurowania zostały wydane nieodpłatnie w naturze części policjantów.
Funkcjonariuszom, którzy otrzymali nowe umundurowanie służbowe, zostanie wypłacony więc równoważnik pieniężny w zamian za pozostałe (przysługujące im
zgodnie z normą) przedmioty ubioru wyjściowego i galowego. Nie jest bowiem możliwe dublowanie należności
w danym roku zaopatrzeniowym, tj. wydanie w naturze
i wypłacenie za te przedmioty równoważnika.
Odczucie policjantów, że za otrzymane nowe umundurowanie służbowe muszą zapłacić, wynika z faktu, że
ta grupa funkcjonariuszy otrzyma równoważnik mniejszy, ponieważ będzie on kalkulowany jedynie za przedmioty ubioru wyjściowego i galowego (czyli należne,
a nie wydane w naturze). Pozostali policjanci, którym
nie wydano w naturze żadnych elementów umundurowania, otrzymają równoważnik pieniężny za przedmioty ubioru służbowego, wyjściowego i galowego. I
14-15.11:Layout 6
6 sierpnia 1919 r., niespełna dwa tygodnie po utworzeniu Policji
Państwowej, zginął posterunkowy Jan Szczepański. Był pierwszym
funkcjonariuszem tej formacji, który poległ na służbie, biorąc udział
w obławie na bandytów w pow. sierpeckim (woj. warszawskie).
astępną śmiertelną oﬁarą obowiązku
był st. post. Tomasz Stolarski z
Komendy m.st. Warszawy. Zginął 31
sierpnia pod kołami tramwaju, pełniąc służbę patrolową w centrum stolicy. Policjant
stracił obie nogi, nim nadeszła pomoc, zmarł
z upływu krwi.
2 września st. post. Józef Cywiński
i post. Józef Zagalski, patrolując nocą trakt
nadwiślański w pobliżu wsi Secemin, pow.
sochański (woj. warszawskie), wpadli w zasadzkę przygotowaną przez bandę rabunkową. Pierwszy padł Zagalski, Cywińskiemu
zaciął się karabin. Bandyci bez skrupułów podziurawili go kulami.
Tego samego dnia post. Stanisław Kuba,
patrolując szosę w pobliżu folwarku Janów,
koło Mińska Mazowieckiego, zauważył
dwóch podejrzanych mężczyzn prowadzących konia. Postanowił ich wylegitymować.
W trakcie przeglądania dokumentów jeden
z nich zaatakował policjanta nożem. Na
skutek obrażeń posterunkowy po kilku godzinach zmarł. Zmarł również jeden z bandytów, postrzelony przez broniącego się
15 września post. Antoni Krawczyk
z woj. kieleckiego został zabity podczas pełnienia służby wartowniczej przy magazynach
17 września przod. Wiktor Sztorc, idąc
ul. Konstantynowską w Łodzi, obrzucony
został gradem kamieni przez kilkunastu
niezidentyﬁkowanych napastników. Na skutek odniesionych obrażeń policjant zmarł
5 października na ul. Ewangelickiej w Bełchatowie, pow. piotrkowski, dokonano zamachu na przodownika PP Antoniego
Flaka. Jak wykazało śledztwo, zbrodni dokonano z zemsty za bezkompromisowość
funkcjonariusza w stosunku do kryminalistów i komunistycznych wywrotowców.
Do końca 1919 r. zginęło jeszcze siedmiu
policjantów. Wszyscy na służbie, wszyscy
na skutek postrzału. Jedynie post. Piotr
Fałczyński z posterunku w Brzozie, pow.
kozienicki, został bestialsko zatłuczony mo-
tykami i łopatami przez mieszkańców wsi
i rodzinę dezertera, którego polecono mu zatrzymać i doprowadzić do posterunku. Policjant zmarł, nim przybyła pomoc.
Rok 1920 był jeszcze bardziej tragiczny dla
młodej formacji policyjnej. W kraju tworzyły
się dopiero zręby państwowości, szalała inﬂacja, anarchia i korupcja były wszechobecne. Panował głód, który był jedną z przyczyn
narastającej przestępczości. Rozboje, zabójstwa i napady były na porządku dziennym.
Specjalizowały się w tym liczne, dobrze zorganizowane bandy, dla których życie ludzkie
nie miało większej wartości.
Stan bezpieczeństwa dodatkowo jeszcze
pogarszała sytuacja na Kresach Wschodnich,
w tym aktywność ukraińskich terrorystów,
a później wojna z bolszewicką Rosją.
Policyjne statystyki odnotowały w tym
roku 70 oﬁar śmiertelnych. Najwięcej w województwach lwowskim i tarnopolskim
(po 10), białostockim (8) oraz warszawskim
(7). W bezpośredniej walce z bandytami zginęło 23 policjantów, w skrytobójczych zamachach – 9, podczas legitymowania – 8,
w czasie interwencji – 3.
Pierwszą śmiertelną oﬁarą 1920 r. był post.
Józef Teofil Kostrzewa z posterunku
w Tłuszczu koło Warszawy. Zginął 15 stycznia z rąk niezidentyﬁkowanych bandytów
podczas służby patrolowej. Ostatnią – post.
Stefan Stefanowski z Warszawy, który poległ 30 grudnia, uczestnicząc w obławie
na bandytów na osiedlu Targówek.
Daninę krwi złożyli także funkcjonariusze
PP podczas wojny polsko-rosyjskiej 1920 r.
Zginęło ich 26, ale nie we frontowych okopach, tylko w potyczkach z przeważającymi
siłami wroga, kiedy bronili swych jednostek
lub zabezpieczali ewakuację urzędów państwowych. Padli od kul bolszewickich i kozackich szabel.
28 lipca szwadron kozaków napadł na posterunek PP w Chołojowie, w pow. radziechowskim (woj. tarnopolskie). Jego załoga:
st. post. Antoni Chorostecki oraz poste-
runkowi Stanisław Grabczyński, Jan Jabłoński i Stanisław Łukasiewicz bronili
się do ostatniego naboju. Komendant Chorostecki zginął od kuli, pozostałych przy życiu
policjantów związano, po czym zasieczono
szablami.
W taki sam bestialski sposób zamordowano w lipcu i sierpniu 1920 r. st. przod. Mariana Staruchowicza z posterunku
w Brodach (woj. tarnopolskie), post. Mariana Zergera z Komendy Powiatowej PP
w Bóbrce (woj. lwowskie), post. Wojciecha
Golca z posterunku w Tomaszowie (woj.
białostockie) i kilkunastu innych kresowych
policjantów. Bolszewicy jeńców nie brali.
TRAGICZNY ROK 1924
Najbardziej tragiczny dla Policji Państwowej był rok 1924. W walce z przestępczym
podziemiem straciło wówczas życie 77 policjantów, w zdecydowanej większości na
Kresach Wschodnich (w woj. poleskim – 14,
wileńskim – 13, nowogródzkim – 11, wołyńskim – 8, tarnopolskim – 7). Była to m.in.
konsekwencja wykonywania przez policję
obowiązków straży granicznej i zmagań z rosyjskimi dywersantami, którzy całymi bandami przenikali na terytorium Polski.
Wieczorem, 17 maja 1924 r., granicę państwową przekroczyła około 30-osobowa banda
uzbrojona m.in. w granaty i karabiny maszynowe. W czasie rabowania miasteczka Krzywicze
(woj. wileńskie) dywersanci ostrzelali posterunek PP, zabijając post. Jana Surowskiego.
Po napadzie, wycofując się w kierunku granicy,
sowieccy bandyci natknęli się na dwóch posterunkowych powracających z patrolu. W trakcie wymiany ognia zastrzelony został post.
Feliks Gralewski. Rannego post. Antoniego
Urbańskiego zmasakrowano kolbami karabinów, odarto z odzieży, po czym wrzucono
do rzeki. Policjant cudem przeżył, ale do służby już nie wrócił.
Jeszcze bardziej dramatyczny ﬁnał miał napad kilkudziesięcioosobowej, bardzo dobrze
uzbrojonej sowieckiej bandy na przygraniczne powiatowe miasteczko Stołpce w woj. nowogródzkim. Bandyci przedarli się do Polski
w nocy z 3 na 4 sierpnia. Najpierw poprzecinali wszystkie połączenia telegraﬁczne i telefoniczne, obstawili miasteczko patrolami,
po czym rozpoczęli planową akcję. Jej celem
było zdobycie i zniszczenie urzędów państwowych, w tym siedziby starostwa oraz komendy powiatowej i posterunku miejskiego
policji. Atak trwał godzinę. W nierównej walce zginął urzędnik starostwa i siedmiu posterunkowych: Bernard Foss, Ignacy
Korziuk, Kazimierz Kwaśniewski, Paweł
Lisiewicz, Ryszard Matyjaszkiewicz,
Lucjan Rostek i Stanisław Wojdcza.
W wyniku zorganizowanej natychmiast akcji pościgowej ujęto kilkunastu bandytów,
odebrano też furmanki z łupem, kilka karabinów maszynowych i wiele amunicji. Straty
były jednak niepowetowane.
W całym dwudziestoleciu międzywojennym
(od 24 lipca 1919 r. do 31 lipca 1939 r.) korpus Policji Państwowej stracił 646 funkcjonariuszy, którzy polegli śmiercią chwalebną,
na służbie. Ponad połowa z nich zginęła
w bezpośredniej walce z bandytami, około
10 proc. w skrytobójczych zamachach, co
piąty podczas interwencji (legitymowania,
rewizji, eskorty, przywracania zakłóconego
porządku). W statystykach tych ujmowano
także policjantów, którzy ponieśli śmierć
na służbie w wyniku nieszczęśliwego zdarzenia: najczęściej były to wypadki kolejowe, potrącenia przez samochody i utonięcia.
Do kategorii „inne okoliczności” zaliczano
przypadki jednostkowe, takie jak np. śmierć
podczas lotu służbowego czy nieostrożne obchodzenie się z bronią.
Kwaliﬁkowanie policjantów na „listę chwalebną” nie odbywało się automatycznie.
W 1931 r. rozkazem nr 520 komendanta
głównego PP płk. Janusza Jagryma-Maleszewskiego powołana została specjalna
komisja, która zweryﬁkowała wszystkie okoliczności zgonów, sprawdzając, czy dany przypadek zasługiwał na upamiętnienie. Jeśli
w toku dochodzenia stwierdzono jakieś „błędy w sztuce”, lekkomyślność, brawurę czy
złamanie przepisów służbowych przez kandydata, wniosek był odrzucany.
20 czerwca 1931 r. w siedzibie Komendy
Głównej PP, mieszczącej się wówczas u zbiegu ulic Świętokrzyskiej i Nowego Światu
w Warszawie, uroczyście otwarto salę honorową dla uczczenia pamięci po poległych
w służbie oﬁcerach i szeregowych Policji
Państwowej. W jej ściany wmurowano marmurowe tablice z wyrytymi nazwiskami
funkcjonariuszy oraz datami ich śmierci.
W dniu odsłonięcia tych tablic widniało
na nich 501 nazwisk „granatowych bohaterów”, jak określiła ich prasa. Tygodnik
„Na Posterunku” dodał jeszcze: Ich śmierć
i pamięć o ich bohaterskich czynach będzie bodźcem dla żywych do dalszej ofiarnej służby dla
dobra Rzeczypospolitej. I
16-17.11:Layout 6
TYLKO SŁUŻBA Wariograf cz.1
Wariograf nie analizuje treści wypowiedzi.
Dla maszyny bez znaczenia jest,
czy mówimy logicznie, przekonująco
i czy jesteśmy wiarygodni.
Liczy się tylko reakcja organizmu.
Czy się pocimy, szybciej oddychamy,
czy nasze tętno przyspiesza.
Urządzenia służące weryﬁkacji
prawdy konstruowano
i wykorzystywano od XIX wieku.
W średniowieczu opierano się
na przykład na próbie
chleba i sera.
rdalia, czyli sądy boże, miały dowieść
winy lub niewinności. Stosowano je
wtedy, gdy nie było żadnych innych
dowodów. Oskarżeni poddawani byli wówczas próbie, na przykład chleba i sera. Wierzono, że winny nie będzie w stanie
przełknąć nawet kęsa, co mogło mieć związek z obserwacją, że u osób zeznających nieprawdę występuje zjawisko „wysychania
w gardle”.
KŁAMSTWO I ODDECH
Próby rejestracji pobudzenia emocjonalnego
objawiającego się przyspieszonym odde-
chem, szybszym biciem serca i wzmożoną potliwością były kluczem do stworzenia urządzenia wykrywającego kłamstwa. Wiadomo
– zmiany w oddechu nie biorą się z niczego
i z czasem, po wielu eksperymentach, udało
się wykazać związek między zmianami aktywności organizmu a zmianami w oddychaniu. Jedną z takich prób podjął w 1914 roku
Włoch Vittorio Benussi, który mierząc oddech, próbował odróżnić prawdomówność
od kłamstwa. Jego eksperymenty polegały
na tym, że badani dostawali stos kartek, na
których zapisane były liczby i litery, oraz dodatkowo kartkę z rysunkiem konkretnego
kłams
przedmiotu. Połowa z nich była stemplowana czerwoną gwiazdką. Gdy tak zaznaczona
kartka traﬁła w ręce badanego, musiał sfałszować wynik i podać nieprawdziwe litery,
liczby czy rysunek. Na 160 prób Benussi bezbłędnie rozpoznał wszystkie szczere odpowiedzi, nieszczere, czyli fałszywe, traﬁł
w 97,5 proc. Był przekonany, że takie badanie będzie przydatne podczas przesłuchania.
Kilkanaście lat wcześniej Angelo Mosso też
badał zmiany oddechu, tyle że jego interesowały głównie zmiany w oddychaniu będące
Wariograf cz.1 TYLKO SŁUŻBA
zmiany objętości przedramienia powodujące
zmiany poziomu wody w tymże naczyniu.
Druga z metod stosowanych przez Mosso polegała na ważeniu głowy. Otóż badany kładł
się na specjalnej wadze, następnie stresowano go kłopotliwymi pytaniami, co miało powodować zmiany w ukrwieniu ciała. Krew
napływała do mózgu, głowa stawała się cięższa i przechylała wagę na swoją stronę.
Pierwszym, który eksperymentował z urządzeniem do mierzenia ciśnienia krwi i częstotliwości tętna, był włoski kryminolog
Cesar Lombroso. W 1885 roku skonstruował
maszynę mierzącą obie zmienne i skutecznie
wykorzystywał ją podczas badania podejrzanych w sprawach kryminalnych. Mówi się, że
w 1902 roku dzięki maszynie wykrył kłamstwo w sprawie o morderstwo 6-letniej
dziewczynki. Okazało się wówczas, że podejrzany jest niewinny. Podobnie było w sprawie
kradzieży 20 tys. franków. Lombroso wykazał, że podejrzany nie napadł na pociąg i nie
ukradł pieniędzy, ale jest winny kradzieży dokumentów i paszportów. Zdradziło go ciśnienie krwi, które skoczyło w górę, gdy zaczęto
mówić o tej drugiej kradzieży.
PIERWSZY POLIGRAF
skutkiem różnych emocji. Był jednym
z pierwszych, który opisał zmiany w oddechu
wywołane strachem, a później także to, jak
strach wpływa na układ krążenia i zmiany
w mózgu. Wychodząc z założenia, że ukrwienie poszczególnych narządów zmienia się
w zależności od siły przeżywanych emocji,
skonstruował urządzenie do badania zmian
objętości jednej z części ciała. Był to system
naczyń połączonych: cylindra wypełnionego
wodą oraz szklanego naczynia z podziałką.
Do cylindra uszczelnionego specjalnym kołnierzem osoba badana wkładała rękę. Urządzenie działało w ten sposób, że rejestrowało
Na początku XIX w. Amerykanin William
Marston, posługując się metodą mierzenia
ciśnienia skurczowego krwi, udowodnił, że
monitorując zmiany ciśnienia, można poznać, kiedy ktoś kłamie.
Zaczął więc badać skurczowe ciśnienie
krwi przesłuchiwanych osób, a w 1917 roku
próbował nawet namówić amerykański Departament Wojny do wykorzystywania tego
„wykrywacza kłamstw” przy przesłuchiwaniu jeńców i szpiegów. Jego propozycja nie
została przyjęta, ale odkryciem zainteresował się młody policjant John Larson. To on
ulepszył technikę Marstona i skonstruował
aparat, który prócz zmian ciśnienia krwi
i częstotliwości tętna rejestrował również
parametry oddychania. W pracach pomagał
mu jego student Leonard Keeler.
Poligraf, bo tak nazwali tę maszynę, był
wykorzystywany przez policję w Berkeley
w Kalifornii, a pierwsza sprawa, którą udało się dzięki niemu rozwiązać, dotyczyła
kradzieży w domu studentek uniwersytetu
kalifornĳskiego. Był rok 1923. Larson przebadał 38 studentek, żeby odkryć, która
z nich była złodziejką sklepową. Tylko
u jednej wynik wykazał zmiany. Kilka dni
później Larson powtórzył badanie i w kręgu podejrzanych znów była ta sama dziewczyna. Skonfrontowana z wynikami testu
przyznała się do kradzieży książek i ubrań
wartych 500 dolarów.
Kolejna sprawa też dotyczyła kradzieży dokonanej przez dziewczynę z college’u. Tym
razem podejrzanych było 90 dziewcząt,
a chodziło o serię kradzieży jedwabnej bielizny, pism i pierścionka z diamentem.
Dziewczyny przebadano za ich zgodą. Winną zdradziły ciśnienie krwi i oddech. Najpierw zaobserwowano u niej nieumyślne
wstrzymanie oddechu, potem spadek tętna,
po czym natychmiastowy wzrost jednego
i drugiego. Niestety testu nie dokończono,
ponieważ badana dziewczyna uciekła.
Do kradzieży przyznała się kilka dni później
i zapłaciła za wszystkie skradzione rzeczy.
Nie ma takiej rzeczy jak
wykrywacz kłamstwa. Jest to
instrument zapisujący zmiany
cielesne, takie jak ciśnienie
krwi, tętno, odruch
W 1926 roku Keeler ulepszył 2-kanałowy
poligraf o psychogalwanometr, czyli urządzenie do mierzenia elektrycznego przewodnictwa skóry. W 1931 roku, chwilę
przed tym nim poligraf traﬁł na stałe do wyposażenia policji, opatentował swoje urządzenie. On też w latach 30. opracował test,
czyli zestaw pytań, do stosowania podczas
badania. Kilkanaście lat później otworzył
pierwszą szkołę dla operatorów poligrafu.
Poligraf od samego początku został nazwany
„wykrywaczem kłamstw”. O tym, że to określenie nie jest trafne, pisał już sam Keeler:
„Nie ma takiej rzeczy jak wykrywacz kłamstwa. Jest to instrument zapisujący zmiany
cielesne, takie jak ciśnienie krwi, tętno, odruch galwaniczny; nie zasługuje on bardziej
na nazwę wykrywacz kłamstwa niż stetoskop, termometr, aparat do mierzenia ciśnienia i mikroskop na nazwę – wykrywacz
zapalenia wyrostka robaczkowego. W każdym przypadku diagnozę na podstawie danych dostarczonych przez aparat postawić
musi egzaminator”.
W Polsce propozycje nazewnictwa dla poligrafu były różne. W latach 60. prof. Paweł
Horoszowski, uważając, że nazwa „poligraf”
kojarzy się z poligraﬁą, zaproponował nazwę
„wariograf”. Dziś funkcjonują obie nazwy. I
zdj. Sebastian Pająk
fotograﬁcznym Europol Photo Competition 2009
18-21.11:Layout 6
STRZAŁ OSTRZEGAWCZY Tragedia w Gnieźnie
Rocznie kilkunastu policjantów popełnia
samobójstwo, drugie tyle usiłuje odebrać
sobie życie. Ale po raz pierwszy samobójcza
próba wywołała głośny na cały kraj protest
podwładnych przeciwko komendantowi
powiatowemu i zakończyła się jego
odwołaniem. Tak właśnie było w Gnieźnie.
września asp. sztab. Andrzej S., dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Gnieźnie, rozpoczynał służbę o 20.00. Przyszedł jak
zawsze nieco wcześniej. Pobrał broń, wszedł do łazienki i strzelił sobie w usta. Przeżył. Nadal przebywa
w szpitalu. Jest w stanie bardzo ciężkim.
Andrzej S. ma za sobą 24 lata służby. Solidny, pracowity, lubiany przez kolegów. W rozmowach o nim często
powtarza się słowo „porządny” i „poczciwy”. Bardzo religĳny.
Dlaczego głęboko wierzący człowiek, w dodatku jedyny żywiciel rodziny – żony i trójki dzieci, z których
jedno jest niepełnosprawne, decyduje się na tak dramatyczny czyn?
Odpowiedzi na to szukają prokurator, zespół Wydziału Kontroli KWP w Poznaniu i policyjni psychologowie.
Koledzy Andrzeja S. nie mają wątpliwości. Według nich
zasadniczy wpływ na tragiczną decyzję miała atmosfera panująca od wielu miesięcy w gnieźnieńskiej jednostce.
– Policjanci z ponaddwudziestoletnim stażem są u nas
wypychani na emeryturę przez komendanta Nejmana.
Andrzej też otrzymał taką propozycję nie do odrzucenia. Bardzo się tym gryzł, to oznaczało dla niego istotne
zmniejszenie dochodów – dywagują.
Młodszy inspektor Paweł Nejman objął kierowanie jednostką w Gnieźnie w 2007 roku. Od początku za punkt
honoru postawił sobie wprowadzić KPP w Gnieźnie
do wojewódzkiej czołówki pod względem bezpieczeństwa mieszkańców. I to mu się udało. Chwalił się tym
na sesjach samorządowych i odprawach służbowych.
A władze lokalne i przełożeni chwalili jego.
Wojewódzkie obchody Święta Policji odbyły się w tym
roku właśnie w Gnieźnie. Przyjechali minister spraw wewnętrznych i administracji, komendant główny, był wojewoda wielkopolski i wiele innych ważnych osobistości.
Policję chwalono, komendantowi Nejmanowi dziękowano, awansowano na stopień inspektora, odznaczono
Srebrnym Krzyżem Zasługi. Była gala, gratulacje, wzniosłe słowa. Jak to przy święcie.
– Szkoda, że nas nikt nie pytał, jak nam się na co
dzień tu pracuje – mówi asp. Robert Lewandowski,
przewodniczący zarządu terenowego NSZZ Policjantów
w Gnieźnie. – Zresztą i tak wątpię, żeby znalazł się odważny, który powiedziałby, jak tu jest – dodaje. – Bo te
dobre wyniki osiągnięto, niszcząc po drodze ludzi. Niszcząc atmosferę w jednostce.
– Wyniki, wyniki, wyniki… Tylko to się liczyło – mówi
nadkom. Krzysztof Hernacki, naczelnik wydziału ruchu
drogowego. – Ciągle słyszałem: za mało mandatów,
za mało przypadków ujawnionej korupcji, za mało akcji.
Nejman wyliczał policjantom co do minuty, ile czasu powinny trwać oględziny miejsca wypadku, ile czasu powinno się sporządzać taką czy inną dokumentację itp.
Żeby nie tracili ani minuty, żeby robili wyniki.
Policjanci z drogówki i patrolowo-interwencyjnego
skarżą się, że właśnie dlatego komendant zlikwidował
stołówkę, w której mogli zjeść ciepły posiłek podczas
przerwy w służbie, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Oznajmił im, że mogą sobie przynosić kanapki
i termos herbaty z domu.
– Mieli wyznaczony przez komendanta limit przyjmowanych zgłoszeń o przestępstwach, nie wolno było
przyjmować więcej. Bo to mogłoby popsuć statystykę –
mówi jeden z kolegów Andrzeja S.
– Ludzie nie wyrabiali nerwowo, coraz częściej korzystali z pomocy psychologów, a nawet psychiatrów –
mówi przewodniczący związku zawodowego.
– Ludzie się dla niego nie liczyli – mówi związkowiec.
– To był pan i władca. Przestawiał nas jak pionki na szachownicy, niczego nie konsultował, nikogo nie pytał
o zdanie. Zdarzało się, że ktoś wracał po urlopie do służby i dowiadywał się, że pracuje w innej sekcji, w innym
pokoju, na innym stanowisku.
– Szeregowego policjanta traktował jak powietrze –
mówi policjant z prewencji. – Nie odpowiadał na dzień
dobry, nie podawał ręki. Kiedy wchodził do pokoju,
w którym był oﬁcer i podoﬁcer, to witał się tylko z tym
pierwszym. Traktował nas z wyjątkową pogardą.
Inny policjant opowiada, jak przez rok pełnił obowiązki kierownika, po roku komendant przeniósł go ﬁkcyjnie na stanowisko wykonawcze, aby oszukać
przepisy i po kilku dniach znowu zrobił go pełniącym
obowiązki. Na pytanie policjanta, dlaczego odmówił
mianowania, odpowiedział: „jak ci się nie podoba, to
droga wolna”.
Sekretarce jednego z wydziałów komendant Nejman
nie podpisał zgody na urlop, mimo że miała wykupione
wczasy zagraniczne, a jej bezpośredni przełożony zgodę
wyraził. W efekcie kobieta straciła pieniądze i złożyła
przeciwko komendantowi pozew do sądu. Sprawę wygrała.
– Kontakt komendanta Nejmana z podwładnymi polegał na wygłaszaniu monologów, które zwykle kończyły się zdaniem: „Tak ma być! O żadnych problemach nie
chcę słyszeć!” – mówi przewodniczący związku Robert
Tragedia w Gnieźnie STRZAŁ OSTRZEGAWCZY
– Podnosił głos, naruszał naszą godność. Stosował politykę strachu – dodaje nadkom. Krzysztof Hernacki,
– Na odprawach panowała taka cisza, że słychać było
brzęczenie much – mówi oﬁcer z kryminalnego, 18 lat służby. – Nikt nie miał odwagi się odezwać. Komendant miał
na to sprawdzony sposób. Na początku odprawy zawsze
„zrąbał” kogoś podniesionym głosem, za cokolwiek, na przykład za to, że ktoś bierze do ust „tik-taka”. I od tego momentu miał spokój. Kiedyś w obecności wszystkich
policjantów zmieszał z błotem oﬁcera, który usiłował wyjaśnić mu jakąś kwestię.
Sierżant Piotr Kujawski pracuje w Policji niecałe 4 lata.
Kiedy rok temu ujawnił wykroczenie popełnione przez
urzędników starostwa w dokumentach i usiłował dojść prawdy, komendant kazał mu się z tego wycofać. Kujawski odmówił, stwierdzając, że od tego jest policjantem, żeby pilnować
przestrzegania prawa. Wygrał, bo przeprowadzono postępowanie w tej sprawie, ale od tej pory miał „przechlapane”.
– Zaczęło się polowanie na mnie – mówi sierż. Kujawski. – Wreszcie komendant złapał jakieś drobne uchybienie w sprawie, którą prowadziłem i wszczął mi
postępowanie dyscyplinarne. Zakończyło się wprawdzie
umorzeniem, ale i tak zabrano mi prowadzenie postępowań i przeniesiono mnie do patrolówki. Czyli na ulicę,
jak ostrzegał wcześniej komendant.
Kujawski skończył studia ekonomiczne,
robi doktorat. „Ten inteligencik” mówił
o nim komendant Nejman i kazał mu szukać
pracy gdzie indziej.
WYPCHNĄĆ „STARYCH”
Marek Lech, były naczelnik sekcji kryminalnej jest emerytem. Odszedł ze służby na początku tego roku, mimo że do pełnej wysługi
emerytalnej brakowało mu 6 lat.
– Wezwał mnie komendant Nejman i powiedział bez ogródek: „Przyszedł czas
na zmiany, starzy, zwłaszcza ci, co pracowali
jeszcze w milicji, muszą odejść. Więc albo
zrobisz to sam, albo ja ci pomogę. Na pewno
coś na ciebie znajdę…” – wspomina były policjant. – No i dał mi trzymiesięczny termin
na rozliczenie się i złożenie raportu o odejście. Na koniec ostrzegł: „Po tym terminie
zaczynam na ciebie polować!”.
Marek Lech nie kryje rozgoryczenia. Był
doświadczonym policjantem, chciał jeszcze
pracować. Ale nie kryje też, że po prostu nie
miał odwagi walczyć o swoje.
Podobnie wyglądała rozmowa „kadrowa”
z Krzysztofem Wojtkowiakiem – dziś już byłym naczelnikiem pg. On również uznał, że
„nie będzie się kopał z koniem” i odszedł
na emeryturę, mimo że nie miał pełnej wysługi i chciał pracować dalej.
– To była jego idée fixe: wypchnąć wszystkich „starych” – mówi o komendancie Nejmanie naczelnik gnieźnieńskiej drogówki
nadkom. Hernacki. – Mnie też próbował wysłać na emeryturę, ale się nie dałem. Z tego
powodu przez całe dwa lata byłem obiektem
szykan i zbierania haków.
Kiedy Hernacki przedstawił do awansu
9 policjantów z wydziału rd, komendant Nejman odrzucił wnioski dotyczące czterech
„starych” funkcjonariuszy. Argumentacja, że
to najlepsi policjanci, mający wiedzę i doświadczenie, na nic się zdała. Komendant nie
widział potrzeby awansowania starych, jako
jeden z powodów podał też, że za długo
przebywają na zwolnieniach lekarskich. Wezwał dwóch policjantów, którzy najdłużej
chorowali (jeden doznał złamania żeber, drugi przeszedł operację wycięcia guzków nowotworowych) i kazał im przynieść pełną
dokumentację lekarską. Przestudiował historię choroby i wypisy ze szpitala, przyznając
sobie tym samym prawo do wglądu w tajemnicę lekarską i do kontrolowania lekarzy.
Wreszcie zgodził się na podpisanie wniosków
awansowych w stosunku do tych dwóch po-
licjantów. O pozostałych nie chciał słyszeć.
Wtedy nadkom. Hernacki zwrócił się
do komendanta wojewódzkiego. Zbiegło się
to w czasie z samobójczą próbą Andrzeja S.
Nadinsp. Olbryś rozstrzygnął sprawę na korzyść policjantów, awansując tych, których
wskazał naczelnik.
Miejsce i czas samobójczej próby asp. sztab.
Andrzeja S. nie były według jego kolegów
przypadkowe: godzina 20.00, a więc zmiana służby, czyli podwójna liczba policjantów
w dyżurce, toaleta, a więc miejsce, gdzie nikt
postronny nie mógł zostać ranny.
– Według nas to była dramatyczna forma
protestu – mówi jeden z kolegów Andrzeja S.
Wieczorem 30 września w komendzie
zawrzało. Następnego dnia prawie 100 funkcjonariuszy i pracowników cywilnych demonstrowało przed budynkiem KPP, żądając
odwołania komendanta powiatowego. Publicznie zarzucali mu zastraszanie podwładnych i mobbing.
Związek zawodowy w imieniu policjantów
złożył do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie znęcania się psychicznego nad
podwładnymi przez komendanta Nejmana
– Po zmianie
poprawiła – mówią
(art. 207 par 1 k.k.), w efekcie czego jeden
z nich podjął próbę samobójczą (art. 207
par 3 k.k.).
Informacje o tym, że w gnieźnieńskiej komendzie źle się dzieje, komendant wojewódzki miał od wielu miesięcy.
Rok wcześniej doszło tam do protestu policjantów wydziału ruchu drogowego, których
komendant Nejman chciał przenieść do sekcji prewencji i referatu patrolowo-interwencyjnego. Atmosfera była tak napięta, że
większość policjantów korzystała z pomocy
psychologa lub psychiatry. W pewnym momencie 80 proc. funkcjonariuszy drogówki
było na zwolnieniach lekarskich. Naczelnik
Hernacki interweniował u komendanta wojewódzkiego, który przysłał do Gniezna swojego zastępcę, aby zbadał sytuację. W efekcie
wszystkie wnioski o przeniesienie zostały
Wtedy też komendant wojewódzki polecił
zespołowi psychologów zbadać atmosferę
w jednostce w Gnieźnie. Przeprowadzono
– Nikt nie zapoznał nas z ich wynikami – mówią związkowcy. – I nikt też nie słuchał, gdy
chcieliśmy mówić o tym, co tu się działo. Dopiero gdy doszło do tragedii….
– Nikt się do nas nie zgłaszał w sprawie tych
ankiet – mówi Wojciech Waraczyński, kierownik Sekcji Psychologów poznańskiej KWP. –
Od czasu ubiegłorocznej kontroli nie mieliśmy
też żadnych sygnałów z komendy w Gnieźnie,
że cokolwiek źle się dzieje.
O braku wcześniejszych sygnałów mówi też
komendant wojewódzki.
– Po ubiegłorocznej kontroli przekazałem komendantowi Nejmanowi na piśmie pewne zalecenia i oczekiwałem, że je wypełni – mówi
nadinsp. Olbryś.
Pisemne wyrażenie oczekiwań nie wystarczyło do rozwiązania problemu, skoro komendant
wojewódzki nie monitorował dalej sytuacji
Po ostatnich zdarzeniach insp. Paweł Nejman został delegowany do Wydziału Ruchu
Drogowego Komendy Wojewódzkiej Policji
w Poznaniu. Dalsze decyzje kadrowe komendant wojewódzki podejmie, gdy zakończą się
trwające postępowania wyjaśniające. Paweł
Nejman nie zgodził się na rozmowę z dziennikarzem „Policji 997”. Zapowiedział natomiast,
że gdy zakończy się postępowanie, wyda
oświadczenie dla mediów, w którym „obali
wszystkie kłamliwe i fałszywe oskarżenia”.
Żonie i dzieciom Andrzeja S. wojewódzki zarząd NSZZ Policjantów udzielił pomocy ﬁnansowej ze specjalnego funduszu, zapomogę
ﬁnansową przekazał też komendant wojewódzki. Cały czas trwa zbiórka pieniędzy wśród policjantów gnieźnieńskich zorganizowana,
podobnie jak akcja krwiodawcza, na apel zarządu terenowego NSZZ Policjantów w Gnieźnie.
Koledzy odwiedzają w szpitalu Andrzeja S.,
jego niepełnosprawnego syna wożą na rehabilitację, starają się pomagać żonie. I wciąż pytają:
czy musiało do tego dojść? I
Z nadinsp. Wojciechem Olbrysiem,
komendantem wielkopolskiego garnizonu
Policji, rozmawia Elżbieta Sitek
Jakie wyniki osiągnęła komenda Policji w Gnieźnie
w ostatnich dwóch latach i jak wypadła na tle innych
jednostek w województwie?
– Bezdyskusyjną sprawą dla każdego policjanta jest
dbać o bezpieczeństwo mieszkańców, nieść pomoc
w każdej sytuacji, która tego wymaga. Wszyscy funkcjonariusze wielkopolskiego garnizonu doskonale to rozumieją. Policjanci z Komendy Powiatowej Policji
w Gnieźnie wywiązują się z tego zobowiązania bardzo
dobrze. W czasie ostatnich dwóch lat swoją rzetelną pracą skutecznie ograniczyli liczbę najczęściej popełnianych przestępstw. Ustalili i schwytali większość
sprawców tych zdarzeń. Opinie mieszkańców Gniezna
są najlepszym tego dowodem. Osobiście słyszałem wiele pochwał pod adresem gnieźnieńskich policjantów.
Dziękowałem im za wyśmienitą służbę.
– Do tej pory nie miałem większych zastrzeżeń. Chociaż w przeszłości przekazałem mu kilka uwag na temat
poziomu pracy operacyjnej. Były to jednak zastrzeżenia
natury merytorycznej i nie dotyczyły stosunków interpersonalnych.
– Po wydarzeniach w Gnieźnie natychmiast poleciłem, żeby oﬁcerowie wydziału kontroli wyjaśnili sprawę. Spotkałem się też ze wszystkimi policjantami tej
jednostki. To, co od nich usłyszałem, nie najlepiej
świadczy o atmosferze, jaka tam była. Tego samego dnia
odsunąłem komendanta od służby w Gnieźnie i powierzyłem obowiązki pokierowania tą komendą innemu oﬁcerowi. Za kilka dni otrzymam sprawozdanie z kontroli.
Wtedy okaże się, gdzie tkwił błąd.
Czy po Pańskiej interwencji, która zażegnała konﬂikt
między komendantem Nejmanem a policjantami ruchu
drogowego w ubiegłym roku, atmosfera pracy w tej
komendzie się poprawiła? Czy docierały do Pana jakieś
– Psycholodzy zbadali wtedy relacje panujące pomiędzy policjantami a przełożonymi z Gniezna. Odbyło się
też u mnie spotkanie jednego z funkcjonariuszy z komendantem Nejmanem. Podali sobie ręce. Przekazałem
również komendantowi na piśmie zalecenia i oczekiwałem, że je wypełni. Kiedy byłem potem kilka razy
w Gnieźnie, rozmawiałem z policjantami. Naczelnik
drogówki chyba dwukrotnie powiedział mi, że jest w porządku. Tuż po tragicznym zdarzeniu na spotkaniu
z całą załogą komendy policjanci sami mówili mi, że wybierali się do mnie, chcieli przyjechać na początku października. Niestety nie zdążyli. I
Jak ocenia Pan jego predyspozycje kierownicze i styl
kierowania jednostką?
22-23.11:Layout 6
Zawody dla
16 października w łódzkim OPP odbył się ﬁnał
trzeciego już konkursu na
najlepszego pirotechnika
tego garnizonu. O pierwsze miejsce walczyło sześciu funkcjonariuszy realizujących zadania
z zakresu rozpoznania minersko-pirotechnicznego. Zwyciężył
asp. sztab. z KPP w Radomsku, na drugim miejscu znalazł się
mł. asp. z KPP w Zgierzu, a trzecie zajął mł. asp. z KMP w Łodzi.
Goście mogli natomiast obejrzeć sprzęt, jakim dysponują pirotechnicy z łódzkiego SPAP i zobaczyć przygotowany przez antyterrorystów pokaz neutralizacji „bomby” umieszczonej w pojeździe.
Zmaganiom pirotechników patronował marszałek woj. łódzkiego
Włodzimierz Fisiak. Finaliści konkursu otrzymali premie pieniężne
od łódzkiego komendanta wojewódzkiego i upominki od wicemarszałka województwa Witolda Stępnia. Najmilszym prezentem były
jednak pojazdy specjalistyczne zakupione dla Policji z funduszy samorządu województwa: łódzki garnizon dostał ambulans wyposażony w sprzęt dla pirotechników oraz samochód operacyjny, który
będzie użytkowany przez SPAP. Zakupiono także wideoskop wraz
z urządzeniami peryferyjnymi, zestaw luster inspekcyjnych dla pirotechników, wykrywacz metalu, aparat do ilościowej oceny DNA
z oprogramowaniem, celę diamentową z mikrofokusem, zestaw
do identyﬁkacji pojazdów i podzespołów oraz oświetlacz kryminalistyczny. Łącznie na policyjne zakupy łódzki urząd marszałkowski
przekazał milion złotych. I
Dodatki dla ksc
Zgodnie z uchwałą Rady Ministrów z 6 października br. w sprawie
procentowego podziału na poszczególne urzędy środków na
wynagrodzenia, przewidzianych na dodatki specjalne w służbie cywilnej
dla pracowników ksc zatrudnionych w Policji przyznany fundusz
wynosi średnio po 46,93 zł brutto.
Minister spraw wewnętrznych i administracji wprowadził w planie
wydatków budżetowych dla Policji zmiany zwiększające wynagrodzenia osobowe członków ksc, składki na ubezpieczenia społeczne
oraz składki na Fundusz Pracy. Policja otrzymała limit wydatków
w wysokości 7 871 003 zł, pochodzący z rezerwy celowej, przeznaczony na sﬁnansowanie dodatków specjalnych (wraz z pochodnymi) dla
członków korpusu służby cywilnej.
Dodatki będą wypłacane z wyrównaniem od stycznia.
Nadanie pierwszego w kraju patronatu
klasie humanistyczno-artystycznej I LO
Siemianowice Śląskie – 16.IX.2009
„Proﬁlaktyka a Harcerstwo”
Sokołów Podlaski – 2.X.2009
10. obsada spektaklu „Blackout” w Ostrołęce
Trasa mazowiecka PaT:
Sochaczew, Gostynin, Węgrów, Łosice
Druga edycja konkursu „Uczmy się PaTrzeć”
dot. bezpieczeństwa w ruchu drogowym
Szkolenie ogólnopolskiego zespołu liderów PaT
11. obsada spektaklu „Blackout” w Olsztynie
Więcej na: www.policja.pl, www.pat.policja.gov.pl
II edycja konkursu „Policjant, który mi pomógł” uroczyście zakończy się 3 listopada. Pięcioro funkcjonariuszy z całej Polski
zostanie uhonorowanych statuetkami i – w miarę możliwości ﬁnansowych – nagrodami pieniężnymi komendanta głównego
Policji, który jest patronem konkursu. Już po raz drugi organizuje go Ogólnopolskie Pogotowie dla Oﬁar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”. Tegorocznych laureatów prezentowaliśmy
w numerze wrześniowym „Policji 997”. I z pewnością wkrótce
do nich wrócimy. I
PaT 16 października gościł w Gostyninie (woj. mazowieckie). I nie
byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że tam jego skuteczność
okazała się natychmiastowa.
Piotr i Adrian, 15-letni gimnazjaliści, wracali właśnie z PaT-a.
83-letnia pani Zoﬁa wyszła z kościoła. A 27-letni bandyta zwietrzył
łup i postanowił ją napaść. Nic to, że w torebce miała tylko różaniec.
Bił i kopał, domagając się pieniędzy.
Gimnazjaliści ruszyli z pomocą. Dołączył do nich 16-letni Maciej,
uczeń technikum, też z PaT-a. Obezwładnili napastnika, a potem
doprowadzili go do Komendy Powiatowej Policji. – To było klasyczne obywatelskie zatrzymanie – mówił nam jeden z gostynińskich policjantów. – W dodatku ryzykowne, bo napastnik to nie byle ogryzek,
ale kawał chłopa.
Kiedy bohaterscy młodzieńcy składali zeznania, powiedzieli, że
byli uczestnikami PaT-a.
– I co? – zapytał policjant.
– Coś nam w tej głowie jednak zostało – odparł jeden z nich.
I o to chodzi. Gratulujemy. I
Kynologiczne Mistrzostwa Policji TYLKO SŁUŻBA
Na przełomie września i października przez trzy dni policyjni przewodnicy psów, wraz ze swoimi podopiecznymi, walczyli o tytuł najlepszego. Zwycięzcami XII Kynologicznych Mistrzostw Policji
Sułkowice 2009 zostali sierż. sztab. Arkadiusz Kaźmierczak i Talwa z KWP w Radomiu, zdobywając maksymalną liczbę punktów –
300. Drugie miejsce, z 285 punktami, zajęli mł. asp. Marek Boroń
i Titen ze śląskiej KWP, a trzecie mł. asp. Tomasz Kaszkowiak i Perkoz z KWP w Poznaniu (281 pkt.) – na zdjęciu nr 1 stoją od lewej.
Drużynowo najlepsi okazali się policjanci z katowickiej KWP, którzy
otrzymali 546 punktów. Skład reprezentacji na zdjęciu nr 2 od
lewej: kierownik asp. sztab. Marcin Siewiert, sierż. Patryk Jachimczak i Abes oraz mł. asp. Marek Boroń i Titen. Tuż za nimi, tylko
z jednym punktem mniej, znalazła się reprezentacja radomskiej
KWP: sierż. sztab. Arkadiusz Kaźmierczak i Talwa oraz st. sierż.
Piotr Żabka i Webin. Trzecie miejsce, z 526 punktami, zajęli przewodnicy z woj. kujawsko-pomorskiego: sierż. sztab. Radosław
Kwiatkowski i Ananas oraz sierż. Andrzej Nowicki i Zaltur.
W zawodach, zorganizowanych tradycyjnie w Zakładzie Kynologii
Policyjnej CSP w Sułkowicach, wzięło udział 17 dwuosobowych
drużyn. Zawodnicy – przewodnicy z psami patrolowo-tropiącymi –
startowali w trzech konkurencjach: posłuszeństwo ogólne psa,
ćwiczenia obrończe i praca węchowa. I
Sierż. sztab. Marek Sot z KWP
w Poznaniu z psem Olo
Sierż. sztab. Tomasz Kazimierski z KWP w Opolu z psem Karo
25.11:Layout 6
Wątpliwości policjantów TYLKO SŁUŻBA
Dlaczego dotychczasowa instrukcja dochodzeniowo-śledcza przewiduje konieczność uzyskania zgody na pobranie: odcisków palców, włosów, wymazu śluzówki policzków, śliny itd.
oraz wykonanie fotografii, skoro nie przewiduje tego k.p.k.?
Nie jesteśmy bardziej papiescy od papieża? Może by to zmienić w przygotowywanej wersji?
K.p.k. (art. 74 par. 3) stanowi, że: „w stosunku do osoby podejrzanej można dokonać badań lub czynności, o których mowa w par. 2
pkt 1” (odnosi się do oskarżonego), czyli pobrać odciski, fotografować
ją, okazać innym osobom, a także: „pobrać krew, włosy, wymaz ze śluzówki policzka lub inne wydzieliny organizmu” na takich samych
zasadach, jak w stosunku do oskarżonego, tzn. jest ona obowiązana poddać się takim badaniom i czynnościom, czyli nie trzeba od niej
uzyskiwać zgody. K.p.k. mówi jedynie o osobie podejrzanej. Skoro
nie są tu wymienione inne osoby – świadkowie, należy domniemywać, że ich zgoda jest konieczna. Z tym że mamy tu do czynienia tylko z domniemaniem – przyjmując zasadę racjonalności ustawodawcy
– bo nawet ze stenogramów z prac komisji sejmowej, po które sięgnęliśmy, przygotowując instrukcję, nie wynika to jasno. W doktrynie
funkcjonują dwa podejścia – są tacy, którzy uznają, że w przypadku
osób innych niż oskarżony i podejrzany uzyskanie zgody na takie badania i czynności jest konieczne; a są i tacy, którzy uważają, że nie.
Jest też ustawa o ochronie danych osobowych, która przewiduje
konieczność uzyskania zgody.
Zmienionej instrukcji jak nie ma, tak nie ma, a ja (po 3-miesięcznym stażu w dś) chciałbym wiedzieć, jak powinny wyglądać bezbłędnie przeprowadzone oględziny, na jakie ślady
przede wszystkim zwracać uwagę? Na IFP przeczytałem, że
biologiczne, daktyloskopijne i DNA, bo tych nawet najlepszy
adwokat nie obali. No, dobrze, ale wpierw DNA czy biologia?
Zaczynać w jakimś konkretnym miejscu, czy zgodnie z ruchem wskazówek zegara?
Nikt nie opisze, jak powinny wyglądać bezbłędnie przeprowadzone
oględziny, bo nie sposób przewidzieć każdej sytuacji, jaką może przynieść życie. Podobnie ze śladami – wszystkie, które doprowadzą
do sprawcy, są ważne. Zarządzenie KGP o metodyce wykonywania
czynności, siłą rzeczy, nie będzie regulowało takich spraw, podobnie,
jak kwestii, czy zaczynać od jakiegoś konkretnego miejsca, czy zgodnie z ruchem wskazówek zegara itd. To jest w programach szkoleń,
a elementy tego w programach szkoleń podstawowych, które przechodzą wszyscy policjanci. Pytanie do szkół Policji, w jaki sposób przekazują wiedzę policjantom? Zainteresowanym można polecić książkę
„Vademecum technika kryminalistyki” pod redakcją Jacka Mazepy, napisaną przystępnym językiem przez pięcioro praktyków „z linii” z Policji i Żandarmerii Wojskowej, obejmującą zarówno kwestie
podstawowe, jak i bardziej skomplikowane. Dobre źródło praktycznej
Regularnie odwiedzają nas stale kłócący się mąż i żona,
na przemian oskarżając się o zniesławienia i groźby karalne
(nie było dotychczas wezwania do domu bezpośrednio w trakcie awantury). Żadnej sprawy nigdy z tego nie było, bo zawsze
była jej wersja kontra jego, nigdy nie było świadków, brakowało dowodów. Staramy się im wytłumaczyć bezcelowość takich zachowań, ale oni wciąż żądają przyjmowania kolejnych
zawiadomień o „przestępstwach”? Możemy odmówić w takiej
sytuacji? On – były policjant, twierdzi, że nie. Grozi wręcz
skargą nawet do wojewódzkiego, jeżeli nie przyjmiemy, ale to
przecież robota głupiego.
Policjantom pozostaje tylko współczuć, ale – gdy chodzi o przestępstwo ścigane z urzędu, nawet wnioskowe – nie mogą decydować,
czy przyjmujemy zawiadomienie o nim, czy nie. Mają obowiązek je
przyjąć. Tam, gdzie w grę wchodzi zniesławienie, znieważenie, to
kwestia przyjęcia – na żądanie osoby pokrzywdzonej – ustnej skargi
o przestępstwie ściganym z oskarżenia prywatnego i przekazanie
skargi do sądu; przy jednoczesnym poinformowaniu, że taka jest procedura ze strony Policji, a osoba składająca skargę musi liczyć się
z tym, że trzeba będzie uiścić opłatę sądową. Jeśli natomiast mamy
do czynienia z zawiadomieniem o wystosowaniu wobec kogoś gróźb
karalnych, a więc przestępstwem ściganym z urzędu, nie możemy
decydować o celowości bądź bezcelowości zachowań. Dopiero postępowanie przygotowawcze wykaże, czy zaistniało przestępstwo, czy
nie. Policjant nie jest od tego, by o tym rozstrzygać, nie znając jeszcze dowodów, które mogą ewentualnie wypłynąć w trakcie postępowania. Musi przyjąć zawiadomienie.
W przedstawionym na IFP fragmencie (par. 82 pkt 5) nieopublikowanej jeszcze najnowszej wersji zarządzenia mowa
jest o „dążeniu” do tego, „aby przedstawiciele organów państwowych lub samorządowych, przedstawiciele innych służb,
poza prowadzącymi akcję ratowniczą, przedstawiciele inspekcji lub instytucji, mediów lub jakiekolwiek inne osoby nie
wchodziły na obszar oględzin”. Poprzednio zamiast „dążenia”
było sformułowanie: „dopilnowanie”; skąd takie – notabene
realistyczne (patrz: do czego dochodziło po zabójstwach Jaroszewiczów, a zwłaszcza Papały) – złagodzenie wymagań?
Projekt zmienionego zarządzenia jest przygotowywany z myślą
o policjancie – tak, by jak najbardziej odpowiadał temu, z czym na co
dzień się styka. Stąd dyskusja na IFP, konsultacje „w terenie” i włączanie rad innych. W tym przypadku jest to niewątpliwie „piorunochron” dla funkcjonariusza. Młody policjant raczej nie zdecyduje się
na kategoryczne zagrodzenie drogi swojemu komendantowi, choć ten
niekoniecznie jest potrzebny na miejscu zdarzenia, zwłaszcza w towarzystwie jakichś osobistości. Ale powinien próbować. O tym, jak to
bywa, najlepiej świadczą przytoczone w pytaniu przykłady spraw kryminalnych. I
z Wydziału Dochodzeniowego Biura Kryminalnego KGP przygotował
Uwagi do zamieszczanych w tym cyklu porad lub pytania o praktykę
służby (nie tylko pionu dochodzeniowo-śledczego i instrukcji) prosimy kierować pod adres: p.kacak@policja.gov.pl lub dzwonić:
22 60 131-43.
26-27.11:Layout 6
– Wiesz, czasami jest tak, że nic się nie dzieje, żadnych
podejrzanych typów na mieście – mówi Tomek. – Jakby
wszystkie szczurki postanowiły posiedzieć w domu z rodzicami przed telewizorem. Żadnych podejrzanych typów… Może zajechać gdzieś, gdzie nigdy nic się nie
I wtedy nagle przebłysk, szybka myśl, żeby zatrzymać ten
samochód przed nami. I jest. Zatrzymujemy, przeszukujemy… Pies znalazł marihuanę. W samochodzie jest duży
zapas. Okazuje się, że chłopaki mają narkotykowy przegląd tygodnia... – wywiadowca opowiada z satysfakcją. –
Czeka nas jeszcze papierkowa robota po zatrzymaniu
adowcy
kierowcy podejrzewanego o prowadzenie samochodu
pod wpływem narkotyku.
Potem chwila spokoju. Jedziemy dalej. Traﬁamy na rozróbę... – opowiada o kolejnej interwencji. – Przyspieszamy.
Trzech osiłków bije jakiegoś faceta. Na widok samochodu
uciekają. Wyskakujemy, na razie mamy jednego...
Tomek jest jednym z wywiadowców, należy do grupy policjantów Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego (WWP) KSP.
Jeżdżą po Warszawie nieoznakowanymi samochodami,
w cywilnych ubraniach, można powiedzieć: kręcą się. Łapią
przestępców na gorącym uczynku. Podstawą ich sukcesów
jest doświadczenie, zgranie działań i… niewidzialność.
28-30.11:Layout 6
PAMIĘĆ Losy przedwojennych policjantów i ich rodzin
Dzieciństwo Krystyny trwało krótko. Pierwsze łzy małej Krysi i jej młodszego braciszka
osuszali pocałunkami kochający rodzice. Potem przyszła wojna, która już na początku zabrała
trzyipółletniej dziewczynce ojca, a kilka lat potem matkę… Sześćdziesiąt lat później Krystyna
Brydowska mogła z satysfakcją stanąć nad grobem ojca w Miednoje. To ona koordynowała
prace związane z budową Polskich Cmentarzy Wojennych w Katyniu, Charkowie
i Miednoje. I znowu popłynęły łzy…
nadanie przez
prezydenta Medalu
Niepodległości ojcu
w 1938 r. Feliks
Miszczak vel Miszczuk
służył w Policji
Państwowej od 1922 r.
jca pamiętam jak przez mgłę – mówi Krystyna Brydowska, wiceprezes Zarządu Federacji Rodzin Katyńskich, członek
Zarządu Warszawskiego Stowarzyszenia Rodzina Policyjna 1939, na co dzień pracująca w Radzie Ochrony
Pamięci Walk i Męczeństwa. – Pamiętam wielkie pakowanie do olbrzymich kufrów, gdy opuszczaliśmy
w 1939 r. dom w Szereszowie. Pamiętam, że próbowałam do tych sakwojaży wcisnąć jedną z moich lalek
wraz z ubrankami, aby też mogła z nami jechać. Bardzo byłam do moich lalek przywiązana, to były „moje
dzieci”. Pamiętam, jak ojciec nachylił się, ucałował
nas i powiedział – „To już jadę”. Nigdy więcej go nie
Niepodległości i Brązowym Medalem za Długoletnią
– Nasza rodzina była bardzo piłsudczykowska –
mówi Krystyna Brydowska. – Pamiętam, że w domu
było mnóstwo książek. Polska, dobro ojczyzny zawsze
były na pierwszym miejscu. Zachowało się takie małe
zdjęcie z 1935 r., na którym tata z moją mamą wiozą
taczkami ziemię na kopiec Piłsudskiego w Krakowie.
Śmieję się, że też tę ziemię wiozłam, bo mama była
wtedy ze mną w ciąży.
OD I KORPUSU
DO POLICJI PAŃSTWOWEJ
Ojciec pani Krystyny Feliks Miszczak urodził się
15 stycznia 1896 r. w Zalesiu, niedaleko Konstantynowa w województwie lubelskim. Był jedynym dziecFeliks Miszczak poślubił
kiem Michała i Marianny z Sacharczuków. Wcześnie
Janinę Wąsowiczównę
cił matkę i właściwie wychowała go rodzina wuja.
w 1935 r. Po wizycie
W 1915 r. został powołany do wojska rosyjskiego,
NKWD w 1940 r. babcia
pani Krystyny zniszczyła w którym służył do 21 kwietnia 1917 r. Kilka miesięwszystkie zdjęcia zięcia cy później wstąpił do I Korpusu Polskiego, dowodzow mundurze
nego przez generała Józefa Dowbora Muśnickiego.
Walczył z Gwardią Czerwoną, zdobywając m.in. Bobrujsk. Po demobilizacji korpusu przedostał się z innymi dowborczykami na ziemie centralnej Polski.
Od 18 lutego 1919 r. był w Żandarmerii Krajowej
w Lublinie. Uczestniczył w bitwie warszawskiej
w 1920 r. W Wojsku Polskim służył do 11 marca
1922 r., po czym został skierowany do Policji Państwowej. Służbę pełnił w województwie poleskim, m.in.
w powiecie kobryńskim, na Posterunku Kolejowym
w Brześciu nad Bugiem. Był także komendantem posterunku w Tomaszówce w powiecie brzeskim, a do
września 1939 r. komendantem posterunku w Szereszowie w powiecie prużańskim.
Na stopień starszego przodownika (odpowiednik
starszego sierżanta) mianowano go w 1925 r. Odznaczony został m.in.: Brązowym Krzyżem Zasługi, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918–1921, Medalem
Rodzinna idylla – lipiec 1938 r. Pani Krystyna
pod czułą opieką rodziców
Losy przedwojennych policjantów i ich rodzin PAMIĘĆ
PO KRACH PRZEZ BUG
Pani Krystyna rosła w patriotycznej atmosferze.
W domu słuchało się „wywrotowych rozgłośni”. Babcia nie ustawała w poszukiwaniach zięcia. Dzieci
w oficjalnych dokumentach podawały, że był urzędnikiem samorządowym. Starały się o rentę po ojcu,
bez efektu. W urzędzie wystawiono akt zgonu, który informował, że Feliks Miszczak zmarł… 9 maja
1945 r.!
– Jakaś nadzieja się tliła – mówi Krystyna Brydowska. – Łudziliśmy się, że może wyszedł z Armią
Andersa, ale przecież dałby znać… Ciężko było wy-
chowywać się i bez ojca, i bez matki. Dobrze, że
mieliśmy babunię.
Pani Krystyna dostała się na politechnikę, gdzie
zaangażowała się w działalność opozycyjną.
– To był gorący 1956 rok – wspomina. – Chodziło
nam o uwolnienie kardynała Wyszyńskiego, ale również i Gomułki oraz o wyrzucenie Rokossowskiego.
Gdy w Budapeszcie było powstanie, oddawaliśmy
krew, chcieliśmy jechać na Węgry. To był dobry
okres, pełen nadziei. A później był wiec na placu Defilad, gdzie okazało się, że Gomułka nas sprzedał
i zapanowało ogromne rozgoryczenie.
Potem była praca. Pani Krystyna pogodzona, że ojciec nie żyje, szukała jednak wszelkich jego śladów.
W 1980 r. zaangażowała się w działalność opozycyjną.
Z jej balkonu na warszawskim Służewie Radio
Solidarność nadało jedną z audycji, w jej mieszkaniu
odbywały się spotkania opozycjonistów, przechowywano bibułę.
Na po cząt ku lat 90. do sta ła z PCK kart kę, że
ojciec zo stał za mor do wa ny 20 kwiet nia 1940 r.
w Kalininie (Twerze).
– Ta wiadomość zrobiła na mnie piorunujące wrażenie – pani Krystyna nie kryje wzruszenia. – Wewnętrznie zamarłam. Nie było już odwołania. Teraz
wiadomo było już na pewno…
Krystyna Brydowska działała już wtedy w Rodzinie Katyńskiej. W kościele św. Karola Boromeusza
na warszawskich Powązkach umieściła tabliczkę epitafijną ojca, wcześniej podobną zawiesiła na grobie
matki. Potem pani Krystyna trafiła do Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, gdzie koordynowała budowę cmentarzy ofiar zbrodni katyńskiej. Jak
sama mówi – był to dla niej dar od losu, mogła budować cmentarz dla ojca i jego towarzyszy niedoli.
Podczas jednej z jej wizyt podpatrzył ją rosyjski budowniczy, który napisał wiersz… Gdy wyjechał,
zostawił go kolegom na budowie, aby przekazali Krystynie. Utwór datowany jest: 27/28 czerwca 2000 r.,
a jego autor to O. A. Goriaczew. Nie znamy jego
imienia, ani „otczestwa”. Robotnicy opisywali bu-
1935 r. Państwo
Miszczakowie wiozą
ziemię na Kopiec
Idylla rodzinna nie trwała długo. We wrześniu
1939 r. nastąpiło gwałtowne rozstanie. Janina Miszczak z dwójką dzieci: trzyipółletnią Krysią i półtorarocznym Januszem przeniosła się do Brześcia, gdzie
mieszkała jej rodzina.
– Jeszcze w 1939 r. mama dostała z więzienia
w Brześciu gryps, że ojca złapano – wspomina pani
Krystyna. – Znam to z opowieści rodzinnych. Mama
zrobiła paczkę, zaniosła do więzienia, a tam jej powiedziano, że ojciec „wyjechał w nieznanym kierunku”.
Po miesiącach niepewności przyszła kartka z obozu w Ostaszkowie. Feliks Miszczak pisał, żeby się
o niego nie martwić, że tęskni, jest w niewoli i ma
nadzieję na rychłe spotkanie. Był początek 1940 r.
Pani Miszczakowa szybko odpisała. Gdy Sowieci
potwierdzili w ten sposób miejsce pobytu rodziny,
w mieszkaniu babci pani Krystyny zjawili się enkawudziści.
– Szczęśliwym trafem mama była wtedy ze mną
gdzieś w mieście – mówi córka przedwojennego policjanta. – Rodzina mojej matki to sybiracy, babunia
17 lat spędziła na zesłaniu. Wiedzieli, o co chodzi.
W domu był jeszcze mój brat. Siostra mamy powiedziała, że to jej dziecko. Babunia załatwiła nam przewodników i ja z mamą po drabinach przerzucanych
między krami przeszłyśmy na drugą stronę Bugu. Pamiętam, że bardzo ryczałam, że zatykano mi buzię
kostkami cukru. Mój braciszek był za mały na taką
przeprawę. Został, jako dziecko mojej cioci, siostry
mamy, po sowieckiej stronie rzeki. Potem, gdy zmieniał się front, wracałyśmy. W 1943 r. mama zabrała
z nami mojego brata. Mieszkaliśmy wtedy na przedmieściu Białej Podlaskiej. W tym domu była też osoba
umierająca na gruźlicę. Mama osłabiona przeprawami
przez Bug musiała się zarazić, bo w nocy dostała
krwotoku i zabrano ją do szpitala.
Do opieki nad dziećmi przyjechała ukochana babunia Władysława i to mimo że w tym czasie jej syn,
brat chorej Janiny, wpadł w ręce gestapo, a ona czyniła wszelkie starania, aby go stamtąd uwolnić.
– Wkrótce, mająca wtedy 56 lat, babunia straciła
dwoje dzieci – kiwa głową pani Krystyna. – Mama
umarła w lutym, a wujka, który działał w AK, rozstrzelano w marcu 1944 r. Babcia została z dwojgiem
wnucząt, bez dachu nad głową, bez pieniędzy. Całe
szczęście, że żyła jeszcze jedna z jej córek, która
dzieliła się z nami swoją skromną nauczycielską
PAMIĘĆ Katyń... ocalić od zapomnienia
Stoją żale
Gorzkich skrzepów –
Krystyna Brydowska (druga z lewej)
na pielgrzymce do Miednoje
downiczego poetę pani Krystynie, ale ta
nie mogła go sobie przypomnieć. Pewnie
rozmawiała z nim w Miednoje, on na pewno widział jej troskę o cmentarz. Publikujemy fragment jego wiersza. W całości
został on odczytany podczas uroczystości
posadzenia dębu pamięci ku czci Feliksa
Pod sinym, sinym
Rosyjskim niebem,
Bolesne i proste
Krzyże –
Tu po pierś
Rosyjskim sosnom
Trzymają się rękami
I szepczą głucho
„Nie zapomnij...”
Pani Krystyna zawsze obecna jest
na uroczystościach rocznicowych
przy obelisku przed KGP
Tutaj w niezrównanych
Rosyjskich szczytach
I topnieją w błękicie
Zapłakanej Krystyny,
Która pozostawiła
Łzy na trawie...
Feliks Miszczak, podobnie jak 6295 jeńców obozu w Ostaszkowie, ma już godne
miejsce spoczynku. Polski Cmentarz Wojenny w Miednoje został uroczyście otwarty
2 września 2000 r. Postanowieniem z 5 października 2007 r. prezydent RP mianował st.
przod. Feliksa Miszczaka na stopień aspiranta (pierwszy stopień oﬁcerski w PP). 29
września br. w ramach ogólnopolskiej akcji
„Katyń… ocalić od zapomnienia” Feliks
Miszczak otrzymał swój dąb pamięci przy
Zespole Szkół Transportowo-Komunikacyjnych im. Tadeusza Kościuszki w Lublinie.
Teraz stanie się częścią zbiorowej pamięci
uczniów i absolwentów tej szkoły. I
Dąb poświęcony asp. Feliksowi
Miszczakowi to 1245. drzewko
upamiętniające ofiarę zbrodni
katyńskiej. W połowie października br. w całej Polsce było już
takich dębów 1529. Do akcji
rozpoczętej przez Stowarzyszenie PARAFIADA oraz Urząd Miasta i Gminy Radzymin
włączają się szkoły, organizacje społeczne, kluby sportowe,
towarzystwa miłośników miast, instytucje samorządowe.
Program „Katyń… ocalić od zapomnienia” zakłada posadzenie
21 473 dębów na siedemdziesięciolecie zbrodni katyńskiej,
przypadające w przyszłym roku. Jedno drzewo upamiętnia
jednego człowieka zgładzonego przez Sowietów w zbrodni
katyńskiej. Akcja została objęta honorowym patronatem prezydenta RP.
Na stronie www.parafiada.pl w zakładce „Katyń… ocalić
od zapomnienia” znajdują się wszelkie informacje dla chętnych, którzy chcą uczcić pamięć polskich oficerów, policjantów i pograniczników zamordowanych na „nieludzkiej ziemi”
w 1940 r. Można stąd pobrać formularze zgłoszeniowe, formularze sprawozdania z uroczystości, a nawet wzory zaproszeń
na ceremonię sadzenia dębu oraz przykłady tabliczek informacyjnych, które powinny znaleźć się przy drzewku.
Uroczystość zasadzenia dębu odbyła się 29 września br.
Swoistymi „rekordzistami” programu są Stowarzyszenie
„Kielecka Rodzina Katyńska”, które zadbało o pamięć o 60 bohaterach i Starostwo Powiatowe w Łasku (65 drzewek!).
Policjanci chętnie włączają się do organizacji uroczystości,
zwłaszcza gdy dąb upamiętnia funkcjonariusza PP. Jednak
w wykazie instytucji, przy których posadzono dęby, nie natknąłem się na żadną komendę, komisariat czy szkołę Policji. I
31.11:Layout 6
Policja a prawa człowieka TYLKO SŁUŻBA
olskie społeczeństwo staje się coraz bardziej
różnorodne. Przybywa obcokrajowców osiedlających się czasowo lub na stałe w naszym kraju,
a także grup społecznych wyróżniających się na tle
ogółu odmienną rasą, narodowością, wyznaniem religĳnym, niepełnosprawnością, orientacją seksualną czy innymi cechami, które przejawiają się w ich wyglądzie
i zachowaniu. Zjawisku temu sprzyja członkostwo
Polski w Unii Europejskiej i streﬁe Schengen oraz związany z tym swobodny przepływ osób w ramach Wspólnoty.
PRZECIWDZIAŁAĆ ESKALACJI
Jako formacja służąca całemu społeczeństwu, Policja
również musi dostosować swoje działania do tej różnorodności i nowych wyzwań z tym związanych. Od kilku lat systematycznie rośnie liczba incydentów
o charakterze przestępczym, motywowanych uprzedzeniami i niechęcią do „innych” osób. Ostatnio takie
zdarzenie miało miejsce w Łomży, gdzie napadnięte
zostały dwie osoby narodowości czeczeńskiej. Ma to
bezpośredni związek z postawami rasistowskimi, ksenofobicznymi oraz innym rodzajem nietolerancji,
których przykładów nie brak na co dzień w życiu społecznym. Ze względu na charakter tych incydentów
oraz ich poważne, negatywne konsekwencje dla bezpieczeństwa i porządku w całym kraju bardzo istotne
jest, aby w porę przeciwdziałać eskalacji takich zdarzeń, a w przypadku ich zaistnienia skutecznie ścigać
ich sprawców i każdorazowo wnikliwie badać faktyczne motywy ich działania.
BO SĄ INNI
Tzw. przestępstwa z nienawiści (ang. Hate Crimes)
to czyny przestępcze wymierzone w ludzi i ich mienie, w wyniku których oﬁara, lokal lub inny cel przestępstwa są dobierane ze względu na ich faktyczne
bądź domniemane powiązanie, związek, przynależność, członkostwo lub udzielanie wsparcia grupie wyróżnionej na podstawie charakterystycznych cech
wspólnych dla jej członków, takich jak faktyczna lub
domniemana rasa, narodowość lub pochodzenie
etniczne, język, kolor skóry, religia, płeć, wiek, niepełnosprawność ﬁzyczna lub psychiczna, orientacja seksualna lub inne cechy.
Ze względu na poważne zagrożenie społeczne, jakie
niosą ze sobą tego typu przestępstwa (nienawiść
do danych grup może prowadzić do podziałów społecznych i zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego,
a nawet bezpieczeństwa państwa), problematyka ta
jest monitorowana przez wiele instytucji europejskich,
takich jak Agencja Praw Podstawowych UE czy Biuro
Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE
(ODIHR).
PROGRAM OBWE
Ta ostatnia instytucja, we współpracy z policyjnymi
ekspertami z sześciu krajów należących do OBWE,
stworzyła program szkoleniowy dla funkcjonariuszy
porządku prawnego, którego tematem jest zwalczanie
przestępstw z nienawiści.
Program ten, początkowo stworzony, opracowany
i prowadzony przez funkcjonariuszy policji dla funk-
cjonariuszy policji, został rozwinięty i obecnie obejmuje też szkolenia dla prokuratorów i sędziów.
Polska Policja co roku przygotowuje wkład do
raportu dla Agencji Praw Podstawowych UE na temat
stanu zagrożenia przestępczością związaną z uprzedzeniami w Polsce (raport Raxen). Wkład ten
stanowi przede wszystkim statystyka tego typu przestępstw wraz z krótkim opisem poszczególnych
czynów oraz przedsięwzięć, jakie podejmuje Policja
w celu przeciwdziałania i wykrywania takich przestępstw.
Ponadto w zaleceniach międzynarodowych instytucji praw człowieka (Komitet Przeciwko Torturom –
CAT, Komisarz Praw Człowieka Rady Europy)
skierowanych do rządu RP znalazły się również zalecenia dotyczące problematyki przestępstw z nienawiści
Mając na uwadze powyższe, komendant główny
Policji w porozumieniu z MSWiA podjął decyzję
o wprowadzeniu do realizacji w Policji programu szkoleniowego w zakresie przeciwdziałania i zwalczania
Program będzie realizowany dwuetapowo. Pierwszy
etap obejmuje szkolenie centralne, prowadzone w
formie 5-dniowego kursu specjalistycznego realizowanego w CSP w Legionowie dla trenerów, którzy
następnie, w drugim etapie, przeprowadzą szkolenia
dla policjantów w jednostkach terenowych w ramach
lokalnego doskonalenia zawodowego.
Celem programu jest dotarcie z tą problematyką
do policjantów, którzy, ze względu na charakter swej
służby, mają bezpośredni wpływ na postępowanie
Policji w reakcji na czyny przestępcze, w których zachodzi uzasadnione prawdopodobieństwo, że zostały popełnione z pobudek nienawiści do danej grupy
społecznej. Chodzi szczególnie o policjantów służby
kryminalnej w zakresie prawidłowego rozpoznawania (kwalifikowania) tego typu przestępstw oraz
prowadzenia procesu wykrywczego i gromadzenia
dowodów w ramach prowadzonych postępowań
przygotowawczych w celu skutecznego ścigania
ich sprawców, jak również policjantów służby
prewencji (dyżurni, dzielnicowi, policjanci służb
patrolowych), którzy najczęściej pierwsi stykają się
z informacją o takich zdarzeniach lub też nierzadko
są ich świadkami, np. w trakcie dyżuru interwencyjnego, służby patrolowej (obchodowej) czy zabezpieczania imprez masowych (szczególnie sportowych).
Harmonogram realizacji programu przewiduje przeprowadzenie kilku edycji szkolenia centralnego w CSP
w Legionowie (pierwsze planowane na początek listopada br., kolejne w przyszłym roku),
a następnie sukcesywną realizację szkoleń w ramach doskonalenia zawodowego lokalnego
w jednostkach terenowych
Policji, począwszy od 2010
roku. I
32-33.11:Layout 6
PROWOKACJE Zakaz stadionowy
1582 problemy
Od sierpnia obowiązuje znowelizowana ustawa o bezpieczeństwie imprez
masowych. Podtrzymała ona – istniejącą już w poprzedniej wersji –
instytucję tzw. zakazu stadionowego połączonego z obowiązkowym
stawiennictwem w jednostce Policji lub w określonym miejscu,
niekoniecznie jednak daje możliwość penalizacji naruszeń zakazu.
bowiązkowe stawiennictwo w określonym miejscu stało się źródłem zabawnej
historyjki, która niedawno obiegła internetowe fora. Dyżurny jednej z jednostek Policji
miał rzekomo wzywać na pomoc OPP, bo pseudokibice zwaśnionych drużyn stawić się stawili,
tyle że urządzili w dyżurce regularną bitwę.
ZA MAŁA ŚWIADOMOŚĆ
– Słyszałem o tym, ale nie udało mi się tej
wiadomości potwierdzić, to raczej jakaś internetowa plotka – mówi podinsp. Dariusz Dymiński, naczelnik Wydziału Operacyjnego
Głównego Sztabu Policji KGP. – Nie ma
zresztą takiej konieczności, by osoby z orzeczonym zakazem stawiały się w jednym miejscu o jednej porze. Mają one stawić się
w miejscu określonym przez właściwego komendanta. Mogą to być różne jednostki
Policji, niekoniecznie jedna. Mogą też to być
zupełnie inne miejsca, na przykład siedziby
władz samorządowych czy domy kultury.
– Już to widzę – ripostuje Marek, policjant
z Lublina. – Po pierwsze, gdyby kibole mieli
stawiać się w domach kultury, to ludzie tam
chyba poumieraliby ze strachu, a chuligani ze
śmiechu. Po drugie, brakuje świadomości tego,
że istnieje coś takiego, jak zakaz stadionowy,
obowiązek stawienia się w wyznaczonym miejscu, a nawet tego, że w warunkach nowej
ustawy „dymienie” na imprezie już nie jest
wykroczeniem, a przestępstwem. Prezydent
jednego z miast wojewódzkich, w którym
działają kluby: piłkarski i żużlowy, w ogóle nie
miał pojęcia o istnieniu zakazu stadionowego.
Nawet z sądami różnie bywa, na przykład
w Wałbrzychu za przestępstwo zagrożone karą pozbawienia wolności sąd ukarał zadymiarzy tylko grzywnami i to w dolnej wysokości,
po 2 tys. złotych, choć skoro już sięgnął po
tego rodzaju środek karny, powinno to być co
najmniej 180 stawek dziennych, czyli minimum 1800 złotych, a nawet do 360 tys. złotych.
Nie ukrywajmy, ustawa umożliwia zaangażowanie innych podmiotów, ale tak naprawdę
to tylko policjanci użerają się z kibolami
i tylko nam zależy na tym, żeby coś z nimi
Naczelnik Dymiński przyznaje, że jest
w tym sporo racji, ale nie do końca się zgadza.
– Przyjęło się w praktyce, że miejscami wyznaczanymi do stawiania się są jednostki Policji
i tak to funkcjonuje – mówi. – Osoba przychodzi, dyżurny odnotowuje ten fakt i osoba jest
wolna. Jeżeli pójdzie pod stadion „dymić”, będzie to przestępstwo. Jeśli ktoś się nie stawi,
Policja powiadamia sąd. Dobrze działa też zakaz
stadionowy. Obecnie objętych jest nim 1582
chuliganów. Organizatorzy imprez występują
o listy tych osób, otrzymują je i wychwytują sporadyczne próby naruszenia zakazu. Od wejścia
w życie nowej ustawy, tj. od 1 sierpnia br., odnotowaliśmy cztery takie przypadki, w tym dwóch
delikwentów, którzy usłyszą kolejne zarzuty, bo
usiłowali wejść na stadion nie na swoje dokumenty tożsamości. Cztery przypadki na 1582 ludzi, to naprawdę niewiele, widać, że zakaz
DEPENALIZACJA ZAKAZU?
Można by powiedzieć: i całe szczęście, że naruszeń zakazu było tak niewiele, gdyż nowa ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych
przysporzyła policjantom i prokuratorom kilka
Jej poprzednia wersja zawierała przepis
art. 22a, odnoszący się do naruszeń zakazu stadionowego. W nowej nie ma jego odpowiednika. Istnieje co prawda art. 244 k.k., ale
podciągnięcie pod ten przepis osób łamiących
zakaz stadionowy budzi wątpliwości, jakie
na Forum Dyskusyjnym Prokuratorów RP opisał prorator: „(...) Wobec kazuistycznego sformułowania art. 244 k.k. stanowiącego, iż karze
określonej w tym przepisie podlega ten, kto nie
stosuje się do orzeczonego przez sąd zakazu zajmowania stanowiska, wykonywania zawodu,
prowadzenia działalności, prowadzenia pojazdów
lub obowiązku powstrzymania się od przebywania w określonych środowiskach lub miejscach, zakazu kontaktowania się z określonymi osobami
lub zakazu opuszczania określonego miejsca pobytu bez zgody sądu albo nie wykonuje zarządzenia sądu o ogłoszeniu orzeczenia w sposób nim
przewidziany... nie sposób przyjąć, by przepis
ten ustanawiał normę prawną obejmującą swoją hipotezą także niestosowanie się do orzeczonego przez sąd wstępu na imprezę masową,
stanowiącego odrębny niż określone w art. 244
k.k. zakaz. (...) W związku z powyższym uznać
należy, że w aktualnym stanie prawnym doszło
do całkowitej depenalizacji naruszeń tzw. zakazów stadionowych”.
O tym, że nie jest on odosobniony w tym
osądzie, świadczy dyskusja na Forum Dyskusyjnym Prokuratorów RP. Posiłkowanie się
w przypadku naruszenia zakazu stadionowego
art. 244 k.k. budzi zresztą wątpliwości nie tylko prokuratorów: „(...) W Policji mamy bardzo
poważne wątpliwości, co do możliwości pociągnięcia łamiących zakaz stadionowy do odpowiedzialności karnej z art. 244 k.k. z uwagi
na enumeratywny katalog spenalizowanych zachowań objętych dyspozycją. Biorąc pod uwagę
obowiązek informowania sądu o naruszeniu zakazu, widzę jedynie możliwość wskazaną
w art. 75 k.k., ale co, jak zakaz orzeczono
w związku z wykroczeniem” – fragment wypowiedzi lawrala na tym samym forum.
Co ciekawe, jeszcze w projekcie zmian
kodeksu karnego z 2006 r. w art. 244 była mowa
stricte o zakazie stadionowym. W nowszym projekcie takiego zapisu nie ma.
Co prawda Komenda Główna Policji wystąpiła już do MSWiA z propozycją rozwiązania
problemu – zmiany art. 244 k.k., ale póki co policjantom i prokuratorom pozostaje tylko się
głowić. I naginać prawo. I
Msza za motocyklistów
Już po raz jedenasty przy kościele
paraﬁi pod wezwaniem Zesłania
Ducha Świętego w Starej Iwicznej
koło Warszawy odbyło się
nabożeństwo za motocyklistów.
października przed kościołem zaroiło
się od jednośladów napędzanych silnikami. Nabożeństwo oﬁarowane było za
wszystkich zmarłych motocyklistów, szczególnie jednak zwrócono uwagę na tych,
którzy zginęli w wypadkach drogowych.
W uroczystościach wzięli udział także policjanci jeżdżący na motorach, a Orkiestra
Reprezentacyjna Policji z KSP zapewniła
oprawę muzyczną. Sporą grupę stanowiły
rodziny i bliscy zmarłych.
Liturgię poprzedzono odczytaniem nazwisk motocyklistów, w których intencji
odprawiona została msza święta. Przy polowym ołtarzu ustawiono mapę Polski z nalepionymi klepsydrami i znakiem „STOP
ŚMIERCI”. Nabożeństwo tradycyjnie celebrowane było przez księży jeżdżących
na motorach, którzy przybyli do Iwicznej
Po mszy Warszawska Grupa Ratownictwa PCK zaprezentowała pokaz udzielania
pierwszej pomocy przedlekarskiej na miejscu wypadku. Wszyscy mogli się też posilić ciepłą strawą przygotowaną przez
miejscową Caritas. Dochód ze sprzedaży
posiłków przeznaczony został na pomoc
Nabożeństwa o podobnym charakterze
odbywają się od początku lat 80. w Niemczech. W Polsce inicjatorem takich uroczystości był ksiądz profesor Zbigniew Sareło,
sam jeżdżący na motocyklu. Pierwszą mszę
w intencji motocyklistów odprawiono w listopadzie 1998 r. w seminarium księży pal-
lotynów w Ożarowie koło Warszawy. Rok
później ksiądz Sareło przekazał tę ideę Stowarzyszeniu Motocyklistów Polskich, które
nawiązało kontakt z paraﬁą w Starej Iwicznej. Przy organizacji mszy bardzo pomagał
ówczesny proboszcz paraﬁi ks. Andrzej
Kwaśnik, kapelan OPP w Nowej Iwicznej
oraz Warszawskiego Stowarzyszenia Rodzina Policyjna 1939. Tegorocznej celebrze
przewodniczył obecny proboszcz ks. Dariusz Gocłowski.
Uroczystości te, oprócz wymiaru duchowego, mają uświadomić motocyklistom niebezpieczeństwa związane z ich hobby,
a innym kierowcom zwrócić uwagę
na obecność jednośladów w ruchu ulicznym. I
Drift Legal z Knight Riders
Swój sezon zakończyli też policyjni motocykliści Mundurowego Klubu Motorowego
Knight Riders, działającego w ramach łódzkiej grupy IPA.
17 października br. wspólnie z miasteczkiem ruchu drogowego „Motodrom”, KWP
w Łodzi i klubem „Drift Legal” mundurowi motocykliści zorganizowali zawody w jeździe ekstremalnej. Drift Legal, czyli odpowiedź na nielegalne wyścigi po ulicach miast,
organizowana w Łodzi jest już po raz kolejny. Patronatem objął ją prezydent miasta.
Na zamkniętych tego dnia łódzkich ulicach Dąbrowskiego i Puszkina miłośnicy szybkiej jazdy w poślizgu mogli do woli żyłować swoje maszyny. Były też pokazy jazdy ekstremalnej, jazdy na motocyklach enduro i parada „rycerzy” z Knight Riders. I
34-35.11:Layout 6
POLICYJNY PITAWAL Dusił, gwałcił, zabĳał
W 1950 roku stolicę obiegła wieść o atakującym kobiety „wampirze”. Nie miał on tylu przestępstw na sumieniu,
co późniejsi bandyci określani tym mianem – Marchwicki czy Tuchlin – ale cztery napady, w tym dwa zakończone
zabójstwami, wystarczyły, by na dobre przerazić warszawianki. Kobiety bały się same wychodzić wieczorami,
a w drodze z pracy do domów towarzyszyli im koledzy. Szczęściem MO szybko schwytała zwyrodnialca –
już po dwóch miesiącach od pierwszej zbrodni.
„Wampir” z Warszawy
kwietnia 1950 roku, rano. Idący do pracy robotnicy
natykają się w pobliżu ul. Podskarbińskiej na częściowo rozebrane zwłoki kobiety. Ma całkowicie
zmasakrowaną twarz, pokaleczoną szyję. Sukienka i bielizna są podarte. Obok głowy leży duży, zakrwawiony kamień z poprzyklejanymi kosmykami włosów denatki.
Śledczy ustalają, że oﬁarą jest 40-letnia pomoc domowa
Waleria Z., wdowa samotnie wychowująca dwójkę dzieci.
Sprawca dopadł ją poprzedniego dnia, gdy wieczorem wracała z pracy. Nie dał jej żadnych szans. Najpierw zadał
kilka ciosów rękami, później katował kamieniami. Obezwładnioną obnażył i zgwałcił. Następnie dobił kamieniem.
Przez pierwszy miesiąc milicjantom nie udało się praktycznie nic ustalić. W pobliżu ciała znaleziono co prawda
niemiecki pas wojskowy z klamrą z charakterystycznym
napisem „Gott mit uns”, ale w kilka lat po wojnie takie
pasy nie stanowiły rzadkości, ślad był więc mało wartościowy.
Zboczeniec uderzył jednak ponownie i tym razem
jego oﬁara przeżyła, a jej relacja pozwoliła na pierwsze
RATUNEK W JEZIORZE
Irena L. 6 maja wieczorem została zaczepiona przez młodego mężczyznę nieopodal własnego domu przy ul. Żymirskiego. Nie miała ochoty na przygodną znajomość, ale
natręt nie ustępował. W pewnej chwili chwycił ją wpół
i zaciągnął w pobliskie zarośla. Próbowała się bronić, lecz
on był silniejszy. Parokrotnie uderzył ją w głowę, powalił na ziemię, po czym ponownie bił po głowie, dopóki
nie straciła przytomności. Wówczas zerwał z niej sukienkę oraz bieliznę i zgwałcił.
Kiedy oprzytomniała, pozwolił się jej ubrać. Starał się
z nią porozmawiać, powiedział, że ma na imię Zygmunt,
zapytał, gdzie mieszka. Gdy wskazała mu swoją kamienicę, stwierdził, że mieszka w budynku Kazika Sz. Widać
było, że zna okolicę.
Próbowała się oddalić, ale na to już jej nie zezwolił.
Bezsilną i zastraszoną, bijąc od czasu do czasu, zmusił
do pójścia nad Jeziorko Gocławskie. Tu kazał się jej rozebrać i ponownie powalił na ziemię. Znowu bił, dodatkowo gryząc i dusząc. Znowu zgwałcił.
Zmęczony usiadł obok, jej kazał leżeć przed sobą
na plecach. Zaczął snuć wywody. Zapamiętała z tego tylko tyle, że „pracuje przy reﬂektorach”, ma ojca bez jednej
nogi, a zabije ją „przy barakach, gdzie kiedyś mieszkał”.
Zdołała mu się jednak dokładnie przyjrzeć – mógł mieć
najwyżej 25 lat, nosił prawdopodobnie wojskową bluzę
oraz rogatywkę z orzełkiem, u lewej dłoni brakowało mu
dwóch palców.
W pewnym momencie napastnik wyjął z kieszeni linkę, usiadł na oﬁerze i zaczął ją dusić. Gdyby dziewczyna leżała na brzuchu i miała zadzierzgniętą pętlę od tyłu,
prawdopodobnie nie miałaby szans. Oprawca dociskał jednak oburącz linkę do ziemi. Duszenie szło mu opornie,
tym bardziej że Irena L. rozpaczliwie walczyła, co rozdrażniło bandytę. Wstał, zrobił kilka kroków po najbliższy kamień. Ta chwila wystarczyła, by dziewczyna, nie bacząc
na panujące zimno, nie myśląc, czy wyczerpana nie utonie
– rzuciła się do jeziora. Zanurkowała, wypłynęła kilka metrów dalej. On na szczęście został na brzegu, złorzecząc:
„tylko jezioro cię uratowało”. Irena L. przepłynęła na drugi brzeg i tam w kępie sitowia przeczekała noc, dopóki
o świcie nie zauważyła zbliżających się wędkarzy.
BEZ DWÓCH PALCÓW
Jej spostrzeżenia były bardzo cenne dla milicjantów, którzy skojarzyli tę sprawę z zabójstwem na ul. Podskarbińskiej. Równie błyskawicznie natraﬁli na – jak im się
wydawało – sprawcę. Trop był faktycznie bardzo obiecujący, właściwie pewny. Ustalono bowiem, że tej samej
nocy porzucił dom rodzinny 19-letni chłopak. Dom był
położony nad jeziorkiem, niedaleko miejsca zbrodni,
a chłopak nie miał dwóch palców u lewej ręki... Okazało
się jednak, że wszystko jest tylko niesamowitym zbiegiem okoliczności. Gdy po kilku dniach zatrzymano go
i okazano Irenie L., ta nie rozpoznała w nim gwałciciela;
również jego ojciec nie był kaleką.
Zaczęto szukać mieszkańców baraków, o których
wspomniał przestępca. Tyle że zostały one zniszczone
jeszcze w 1939 r. Wydawało się, że śledztwo ponownie
utknie. Mimo wszystko udało się dotrzeć do jednego
z byłych lokatorów i dzięki niemu odtworzyć listę 12 rodzin zamieszkujących baraki.
Nim to nastąpiło, „wampir” znowu dał znać o osobie.
9 maja w typowy dla siebie sposób – bijąc i dusząc – zamordował 20-letnią ekspedientkę sklepową Marię W.,
uprzednio ją gwałcąc. 12 maja w Aninie napadł na 20-letnią Barbarę F., tuż pod jej domem. Dusił ją do nieprzytomności, po czym odciągnął w pobliskie zarośla,
zgwałcił i zostawił, myśląc, że nie żyje. Dziewczyna ocknęła się naga następnego ranka i w szoku traﬁła do szpitala. Pamiętała, że bandyta nie miał dwóch palców
u lewej ręki.
Milicjanci dowiedzieli się, że jedynym mieszkańcem baraków bez nogi był Józef Ołdak, ojciec trzech synów.
Dwóch – Jerzy i Tadeusz – mieszkało w Warszawie. Obu
wezwano na przesłuchanie, ale stawił się tylko pierwszy
z nich. Potwierdził, że brat nie ma dwóch palców u lewej
dłoni i nosi mundur wojskowy (pracował jako strażnik
więzienny). Wszczęto zatem poszukiwania Tadeusza Ołdaka; przeprowadzono też rewizję w jego mieszkaniu,
w którym znaleziono zieloną bluzę i takież spodnie oraz
rogatywkę z orzełkiem.
Dowody były, ale sam ścigany jakby zapadł się pod ziemię. Sposobem na odszukanie stała się niejawna kontrola w urzędzie pocztowym korespondencji adresowanej
do jego żony Zoﬁi. Faktycznie, już po kilku dniach przechwycono list od Ołdaka, w którym prosił małżonkę
o przyjazd do Bujał (ówczesny powiat Sokołów Podlaski).
Zaklejony ponownie list dotarł do adresatki, a do wspomnianej miejscowości dotarli milicyjni wywiadowcy. Rekonesans nie przyniósł jednak żadnych rezultatów.
Ołdakowa nie ruszyła się z Warszawy.
Uczyniła to pięć dni później, po drugim liście. Pojechała PKS-em do wsi Tchórznica (również ówczesny powiat Sokołów Podlaski). Wywiadowca, który ją śledził,
stwierdził, że weszła do domu Jana B., krewnego Tadeusza Ołdaka. Niedługo później do domu wkroczyła milicyjna ekipa, zatrzymując poszukiwanego.
„GRYZŁEM DO KRWI SWOJE PALCE”
Ołdak nie przyznał się do zbrodni, twierdząc, że ukrywał się z powodu niestawienia się w pracy między 7 a 12
maja, za co – według ówczesnej ustawy o dyscyplinie
pracy – groziło mu więzienie. Prokurator miał jednak
kilka dowodów rzeczowych, m.in.: jego ubrania zgodne
z opisem Ireny L.; zegarek, który należał do Barbary F.,
a który Ołdak wręczył swojemu znajomemu. Przede
wszystkim jednak był żyjący świadek – Irena L. rozpoznała w nim swojego oprawcę.
Wówczas przyznał się, składając obszerne zeznania.
O sobie mówił m.in.: „(...) Nauka szła mi marnie. Miałem słabą pamięć. Powtarzałem oddziały. Do pierwszego
uczęszczałem przez trzy lata, do drugiego oddziału –
dwa, do trzeciego też dwa, tylko do czwartego przez rok.
Szkoła dała mi niewiele. Kiepsko czytam i piszę. (...)
Mieszkaliśmy w barakach na Grochowie. Ojciec pracował w murarstwie. Co zarobił, to przepijał. Były awantury. Bił matkę. Mieszkaliśmy w jednej izbie. Wszystko
widziałem. Widziałem nawet, jak się kochali. Do tego
wszystkiego wybuchła jeszcze wojna (...)”.
W drugim roku wojny, mając 16 lat, Ołdak zaczął zdobywać pierwsze doświadczenia seksualne – z prostytutkami. Opłacał je, podobnie jak wódkę pitą z kompanami,
pieniędzmi uzyskiwanymi ze sprzedaży węgla kradzionego na kolei. Kilkakrotnie był zatrzymywany przez niemieckich strażników, udawało mu się jednak wymigać
od cięższych kar kosztem kilku siniaków. Pewnego razu
szczęście go opuściło – został zesłany do obozu karnego.
Na początku 1945 roku przeniesiono go do gospodarstwa
rolniczego, w którym zastało go wyzwolenie przez Amerykanów. Wrócił do kraju, gdzie żył na utrzymaniu rodziców, pijąc i hulając z prostytutkami. Pamiątką po tym
okresie była choroba weneryczna oraz brak dwóch pal-
Dusił, gwałcił, zabĳał POLICYJNY PITAWAL
ców, obciętych przez koła tramwaju, ze stopni którego
spadł po pijanemu.
„(...) W listopadzie 1949 r. ożeniłem się. Podobała mi
się. Lepiej nie mogłem dostać. Urodziła mi dziecko. Szybko jednak przestała mi odpowiadać ﬁzycznie. Spotykałem
się znów z prostytutkami. Ona o tym chyba wiedziała, bo
zaraziłem ją wenerycznie. (...) Dużo piłem i z tego te napady. Mocno się podniecałem widokiem kobiet, a to, że
nie mogłem nawiązać z nimi normalnego kontaktu, bardzo
mnie denerwowało. Po pierwszym zabójstwie, gdy wróciłem do domu, żona już leżała w łóżku. Nie spała. Spytała
mnie, czy nie spotkałem po drodze matki, bo była wieczorem w odwiedzinach. Gdy to usłyszałem, myślałem, że
mnie piorun strzeli. Opadłem na łóżko i beczałem. Darłem włosy z głowy, gryzłem do krwi swoje palce. Pomyślałem bowiem, że kobieta, którą zatłukłem kamieniem
i zgwałciłem, to mogła być moja matka.(...) Po drugim
gwałcie gadałem do kobiety o sobie. Wiedziałem, że ją zabiję i dlatego opowiadałem szczerze. Jedynie moje imię
zmyśliłem. Jak skoczyła, nie słyszałem chlupania wody. Byłem pewien, że utonęła (...)” – fragment zeznań Ołdaka.
ŁASKI NIE BYŁO
Im bliżej było do procesu, tym przestępca stawał się
mniej chętny do szczerych zwierzeń. Próbował przedstawiać siebie jako wariata, słał z więzienia grypsy, namawiające znajomych i rodzinę do załatwienia mu
świadków, którzy potwierdziliby jego szalone zachowania nawet po trzeźwemu.
Rozprawa – przy drzwiach zamkniętych – rozpoczęła
się 29 stycznia 1951 roku. Obrońca usiłował ratować go,
sugerując otępienie pourazowe i przejawy kiły mózgowej, mające decydujący wpływ na zachowania Ołdaka.
Biegli odrzucili jednak taką możliwość, stwierdzając, że
rozumiał on, co robi i był w pełni poczytalny w czasie popełniania zbrodni. Po dwóch dniach zapadł wyrok – kara
śmierci. Obrońca wniósł rewizję, ale Sąd Najwyższy podtrzymał wyrok. Bolesław Bierut, ówczesny prezydent
Rzeczypospolitej Polskiej nie skorzystał z prawa łaski.
Tadeusz Ołdak został stracony w wieku 25 lat – 10
kwietnia 1951 roku. I
Gocławskie –
drugiej oﬁary
36-37.11:Layout 6
TYLKO SŁUŻBA Czerwona taktyka (10)
W kilku ostatnich odcinkach
czerwonej taktyki zwracaliśmy
uwagę na problem, jaki może
zaistnieć w razie braku
pomocy medycznej lub
w sytuacji, gdy służby medyczne
nie są w stanie wejść w strefę
śmierci. Pora na podsumowanie
olicjant nawet z minimalną wiedzą
medyczną może pomóc swoim kolegom, gdy wpadną w zasadzkę lub
w chwili załamania szturmu, wykorzystując
do tego celu umiejętności posługiwania się
taktyką specjalną. Szkolenie policjantów
w tej dziedzinie stało się priorytetem
w ostatnim czasie – dzięki temu medycyna
pola walki stała się bardziej dostępna.
Sprzęt medyczny do ratowania życia poprzez tamowanie dużych krwawień tętniczych, choć niekupowany centralnie, jest
używany przez większość jednostek w naszym kraju.
Głównym zadaniem czerwonej taktyki jest
zdobycie wiedzy o reagowaniu w sytuacjach
po wpadnięciu w zasadzkę, czyli umiejętność radzenia sobie samemu. Równie ważne, jak umiejętność wyjścia z zasadzki, jest
udzielenie pomocy sobie samemu lub rannemu koledze.
Reasumując, po zaistniałym zagrożeniu
musimy wykonać odskok, aby odejść od strefy najmniej dla nas bezpiecznej, czyli strefy
działania wrogo nastawionych do nas formacji.
To jest tak, jak zejście z linii strzału. Następnie zbieramy siły albo to, co po nich zostało.
Nawiązujemy kontakt, nieraz tylko radiowy,
przeformowujemy się i planujemy kontratak.
Podczas kontrataku korzystamy z wiedzy
o ataku strategicznym – wykorzystującym
elementy zaskoczenia lub bezpośredniej walki przy użyciu samochodów opancerzonych
lub broni o dużo większym kalibrze.
Strefa śmierci.
Ratowanie osób ze strefy zagrożonej
albo, bardziej bezpiecznie, po nim, gdy brak
Oprócz strefy śmierci mówimy jeszcze
o streﬁe względnie bezpiecznej i bezpiecznej. W tej pierwszej zajmujemy się podstawowymi elementami medycznymi, czyli szybką
oceną poszkodowanego i, w przeciwieństwie
do ratownictwa cywilnego, zaczynamy od najmniej rannych. Później zajmujemy się tymi,
którzy krwawią.
Elementarz ratownika medycznego to
ABC, czyli udrożnienie dróg oddechowych,
sprawdzenie oddechu i tętna. Jednak na
polu walki ten schemat wygląda odwrotnie
– stosujemy kolejność CBA. W streﬁe
względnie bezpiecznej zajmujemy się głównie krwawieniami – czyli tym, co widać –
przy wykorzystaniu opatrunków uciskowych,
opaski zaciskowej oraz różnego rodzaju środków tamujących krwawienie (cliclot, combat
gaza, Hemcom itd.)
Trzecia ze stref, strefa bezpieczna, obejmuje środek lokomocji transportujący naszego rannego lub też szpital, w którym ranny
otrzymuje wykwaliﬁkowaną pomoc medyczną. Oprócz trzeciej strefy pierwsza i druga
mogą się często zmieniać i przechodzić
z jednej w drugą. I
Bogdan Serniak, Grzegorz „Cichy” Mikołajczyk
Zdjęcia dzięki uprzejmości strony internetowej
ONZ Kosowo
Ewakuacja rannych ze strefy śmierci może
odbywać się jednocześnie z kontratakiem
Strefa bezpieczna.
Segregacja rannych ze względu na rodzaj urazu
Czerwona taktyka (10) TYLKO SŁUŻBA
Strefa względnie bezpieczna.
Opatrywanie rannego policjanta w oczekiwaniu na transport
Jak już wielokrotnie wspominaliśmy w kolejnych odcinkach
czerwonej taktyki na łamach miesięcznika „Policja 997”, umiejętności paramedyka wymagają od niego ciągłego treningu
symulacyjnego, stawiającego przed nim jednocześnie zagrożenie i medyczne wyzwanie. Bardzo dobrym przykładem mądrego i pełnego zaskakujących scenariuszy szkolenia są
ogólnopolskie zawody służb mundurowych PARAMEDYK,
organizowane przez gdański SPAP w porozumieniu z Centrum
Treningu Symulacyjnego REAGO.
Mniej i bardziej ranni. Mniej urazów to większe prawdopodobieństwo
przetrwania i większa zdolność bojowa grupy
Bezpośredni ucisk na tętnicę. Jeśli to nie wystarcza, stosujemy
opaskę zaciskową i opatrunki homeostatyczne
Pierwszeństwo dla osób mniej poszkodowanych
Ciągła obserwacja osób poszkodowanych w oczekiwaniu
na ewakuację z miejsca zdarzenia
38-39.11:Layout 6
PRAWO Nowelizacja ustawy o Policji (2)
Trwają intensywne prace legislacyjne nad zgłoszonymi w trakcie uzgodnień uwagami do projektu ustawy
zmieniającej ustawę o Policji oraz niektóre inne ustawy, w szczególności odnoszące się do funkcjonowania
służb nadzorowanych lub podległych ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych. O wstępnym kształcie
tych regulacji zdecydują dalsze procedury rządowe, a ich zakończenie pozwoli Radzie Ministrów skierować
projekt do Sejmu.
owelizacja ustawy, poza omówionymi
przed miesiącem propozycjami, odnosi się również do sfery obowiązków
i praw policjantów regulowanych w rozdziale 7 ustawy o Policji.
Przewiduje się skrócenie do 5 lat okresu
przechowywania oświadczeń majątkowych
policjantów składanych przy przyjęciu i zwolnieniu ze służby, a także corocznie w okresie
trwania służby. Obecnie ustawa przewiduje
okres 10-letni. Mając jednak na uwadze, że
oświadczenia majątkowe składane między
innymi przez pracowników Policji na podstawie przepisów ustawy z 21 sierpnia 1997 r.
o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne – przechowuje się maksymalnie
przez 6 lat, a w celu porównywania treści kolejnych oświadczeń z poprzednimi nie jest
potrzebny tak długi okres przechowywania,
postanowiono znacząco go skrócić. Ma to
niemałe znaczenie choćby z przyczyn technicznych, gdyż ogranicza konieczne do przechowywania miejsce. O ile zobowiązani
do składania oświadczeń majątkowych są jedynie niektórzy pracownicy, o tyle oświadczenia majątkowe składają wszyscy
policjanci, co w skali całej formacji daje
ogromną liczbę dokumentów, które przez tak
długi czas należy w odpowiedni sposób przechowywać.
Zmiana w art. 63 przyznaje wprost prawo zezwalania policjantowi na przynależność
do organizacji lub stowarzyszeń zagranicznych albo międzynarodowych przełożonemu
policjanta. Obecna wyłączna kompetencja
Komendanta Głównego Policji w tym zakresie nie znajduje uzasadnienia.
Jednocześnie przewiduje się nałożenie
na policjantów obowiązku poinformowania
przełożonego o społecznym pełnieniu przez
nich funkcji. W obecnym stanie prawnym
istnieje obowiązek informowania przełożonego o przynależności do stowarzyszeń krajowych działających poza służbą. Pełnienie
społecznie różnych funkcji o innym charakterze, np. społecznego kuratora sądowego,
nie będących zajęciem zarobkowym, może
wywierać na czynności służbowe policjanta
czy jego postawę wpływ dalej idący niż przynależność do stowarzyszenia, stąd wskazane
jest, aby taki obowiązek nałożyć.
Za nieuzasadniony w dzisiejszej rzeczywistości uznano obowiązek uzyskiwania zgody
przełożonego na wyjazd zagraniczny, stąd też
zaproponowano jego zniesienie przez uchylenie art. 64.
Ze względu na wątpliwości dotyczące
sposobu przeliczenia uposażenia do celów
ustalenia składek na ubezpieczenie emerytalno-rentowe policjantów zwolnionych ze
służby, którzy nie nabyli uprawnień do zaopatrzenia emerytalnego oraz w celu usunięcia luki polegającej na braku obowiązku
naliczenia składek na ubezpieczenie za
okresy korzystania przez policjantów z urlopów wychowawczych postuluje się zmiany
w art. 69a ustawy o Policji usuwające te wady.
Innym problemem, któremu stara się zaradzić nowelizacja, jest właściwy status przepisów odnoszących się do bezpieczeństwa
i higieny służby w Policji. Przepisy te powinny mieć wyraźne umocowanie w akcie rangi
ustawowej. Wprowadzenie do ustawy art. 71a
pozwoli na uporządkowanie tych kwestii,
gdyż projekt wskazuje na odpowiednie stosowanie przepisów kodeksu pracy. Na skutek uwagi zgłoszonej przez Sąd Najwyższy
podjęto próbę wyczerpującego wyliczenia,
które z regulacji kodeksu pracy w zakresie
bhp nie będą miały zastosowania do służby
policjantów, pozostawiając Ministrowi Spraw
Wewnętrznych i Administracji określenie
w rozporządzeniu szczegółowych warunków
stosowania do policjantów przepisów kodeksu pracy w dziedzinie bezpieczeństwa i hi-
gieny pracy oraz właściwości organów Policji
W propozycji nowego brzmienia art. 72
dookreślono przesłanki przyznawania policjantom bezpłatnego wyżywienia bądź równoważnika pieniężnego z tego tytułu wiążąc je
z sytuacjami uzasadnionymi względami bhp
lub innymi szczególnymi warunkami pełnienia przez nich służby. Dotychczasowe dwa
upoważnienia do wydania rozporządzeń
wykonawczych zastąpiono jednym. Jednocześnie wypełniono dotychczasową lukę
w prawie polegającą na braku upoważnienia
do określenia wartości pieniężnej norm wyżywienia.
Określone w art. 73 obecnie obowiązującej
ustawy prawo policjanta i członków jego rodziny do przejazdu raz w roku na koszt właściwego organu Policji lub równoważnika
ceny biletu kolejowego na odcinku 1000 km
jest anachronizmem. Wartość tego świadczenia jest kilkakrotnie niższa od przewidzianej
w rozporządzeniu dopłaty do wypoczynku.
Analiza charakteru tych świadczeń prowadzi
do wniosku, że ten sam krąg uprawnionych,
socjalny charakter obu należności przemawia
za ich połączeniem w jedno ustawowe świadczenie określane jako „dopłata urlopowa”.
Przewiduje się, że jego wysokość będzie odpowiadała w przybliżeniu sumie obu dotychczasowych należności. Ograniczenie liczby
świadczeń uprości również procedurę samej
wypłaty i zmniejszy pracochłonność „obsługi” tych świadczeń.
Zmianą dostosowującą przepisy ustawy o Policji do standardów w zakresie uprawnień
związanych z rodzicielstwem lub wychowywaniem dzieci jest propozycja zmiany art. 79
przez normę odsyłającą do przepisów prawa
pracy. Dotychczas przepis ten dyskryminował policjantów ojców, którzy z formalnego
punktu widzenia z przedmiotowych upraw-
Nowelizacja ustawy o Policji (2) PRAWO
nień korzystać nie mogli, co spotkało się ze
słuszną krytyką m.in. Rzecznika Praw Obywatelskich. Wyjątkiem od przyjętych w powyższym zakresie zasad jest wyłączenie
możliwości złożenia przez policjanta wniosku o obniżenie wymiaru czasu służby
w okresie, w którym mógłby korzystać z urlopu wychowawczego. W przeciwieństwie
do stosunku pracy, w ramach którego strony
umowy o pracę mogą w sposób swobodny
kształtować wymiar czasu pracy, przepisy
o czasie służby wykluczają generalnie taką
możliwość, co jest podyktowane specyﬁką
realizowanych zadań. Biorąc pod uwagę
konieczność zapewnienia ciągłości i niezakłóconego toku służby, względy organizacyjne uniemożliwiają skrócenie wymiaru
czasu służby także i w tym szczególnym
Dotyczy to m.in. zasadniczej zmiany deﬁnicji miejscowości pobliskiej w stosunku
do miejsca pełnienia służby. Obecnie kryterium kwaliﬁkującym jest czas dojazdu środkami publicznego transportu zbiorowego.
Powodowało to wiele trudności praktycznych
w realizacji uprawnień policjantów związanych z prawem do lokalu mieszkalnego,
przede wszystkim ze względu na funkcjonowanie na rynku różnych przewoźników, powszechność transportu indywidualnego,
zmienność rozkładów jazdy, alternatywność
i dogodność połączeń także pod kątem pełnienia służby w różnych rozkładach czasu
służby. Czynniki te sprawiały, że w określonych okolicznościach faktycznych dana
miejscowość jednocześnie była i nie miejscowością pobliską. Dlatego też kryterium czasu dojazdu zastąpiono bardziej obiektywnym
w postaci odległości kolejowej lub drogowej
do miejscowości pełnienia służby, która nie
powinna przekraczać 50 km.
Bezpośrednio związaną z tym kwestią są
przepisy art. 93, które kompleksowo regulują prawo policjantów do zwrotu kosztów dojazdu z miejscowości pobliskiej do miejsca
pełnienia służby, określając w szczególności
negatywne przesłanki do nabycia przedmiotowego prawa związane z posiadaniem
w miejscu pełnienia służby odpowiedniego
lokalu mieszkalnego lub z jego opuszczeniem. Dotychczas prawo do zwrotu kosztów
dojazdu miało charakter bezwarunkowy.
Jednocześnie dodano w omawianym przepisie upoważnienie dla ministra właściwego
do spraw wewnętrznych do określenia szczegółowych warunków przyznawania i wypłaty
zwrotu kosztów dojazdu lub ryczałtu na ten
cel, co wyeliminuje lub przynajmniej poważnie ograniczy wątpliwości i spory na tle ustalania kwot należnego świadczenia wynikające
ze stosowania dotychczasowych zbyt ogólnikowych regulacji.
Ponadto kilka zmian w tych przepisach ma
charakter dostosowujący, porządkujący lub
uściślający terminologicznie obecne regulacje.
Podobny charakter mają również zmiany
przepisów odnoszące się do regulacji rozdziału 9 ustawy o Policji, tj. uposażeń i innych
świadczeń pieniężnych policjantów.
Spośród zmian merytorycznych dotyczących tego obszaru regulacji wskazać należy
na art. 103 ust. 2 dotyczący zachowania policjantowi mianowanemu lub powołanemu
na niższe stanowisko służbowe warunków
otrzymywania uposażenia zasadniczego należnego na poprzednio zajmowanym, wyżej
zaszeregowanym, stanowisku służbowym.
Proponowana zmiana przenosi kompetencje
do zachowania tych warunków z ministra
właściwego do spraw wewnętrznych na Komendanta Głównego Policji zgodnie z tendencją do przekazywania uprawnień, w miarę
możliwości, na niższe szczeble kierowania.
Na wspomnienie zasługuje także propozycja dodania ust. 8a w art. 110 uzupełniająca
zasady ustalania uprawnień policjantów
do nagrody rocznej. Regułą jest, że obniżenie lub pozbawienie uprawnień do nagrody
następuje za rok kalendarzowy, w którym policjant popełnił przestępstwo lub naruszył
dyscyplinę służbową. Ustalenie tych faktów
wymaga stosownego postępowania karnego
lub dyscyplinarnego. Dlatego też zasadne
jest wstrzymanie ustalenia prawa do nagrody rocznej do czasu zakończenia tego postępowania.
Zmiana w art. 121 jest powiązana ze zmianą w art. 6g ust. 3 ustawy. W roku 2006 wprowadzono do ustawy o Policji instytucję
przeniesienia policjanta do dyspozycji przełożonego (art. 37a). Do tego czasu miała ona jedynie zastosowanie do przedstawicieli kadry
kierowniczej jednostek Policji odwoływanych
z zajmowanego stanowiska. W ślad za tym
nie uregulowano jednak w sposób jednoznaczny kwestii płacowych policjanta pozostającego w dyspozycji, ponieważ art. 121
zachowywał prawo do uposażenia i innych
świadczeń należnych na ostatnio zajmowanym stanowisku policjantom pozostającym
bez przydziału służbowego. W celu ujednolicenia pozostawanie bez przydziału służbowego
proponuje się zastąpić pozostawaniem w dyspozycji przełożonego. Jednocześnie wymaga to
uchylenia normy dotyczącej statusu ﬁnansowego policjanta odwołanego ze stanowiska kierowniczego. Nie znajduje bowiem
w obecnej chwili uzasadnienia zachowanie
osobom odwołanym ze stanowiska jedynie
prawa do kwoty dotychczasowego uposażenia (bez możliwości podwyżek) i tylko przez
okres 6 miesięcy, podczas gdy w pozostałych
przypadkach pozostawania w dyspozycji policjant nawet przez 12 miesięcy posiada prawo do uposażenia na dotychczasowych
warunkach, tj. również z uwzględnieniem
wprowadzonych w tym czasie regulacji.
W celu pełnego zabezpieczenia statusu ma-
Prawo policjanta i członków
jego rodziny do przejazdu
raz w roku na koszt właściwego
organu Policji lub równoważnika
na odcinku 1000 km
terialnego policjantów odwołanych ze stanowiska, w omawianym przepisie gwarantuje
się im prawo do uposażenia na dotychczasowych warunkach także w przypadku mianowania lub powołania na niższe stanowisko
służbowe przed upływem 6 miesięcy od dnia
odwołania z poprzedniego.
Jednocześnie mając na uwadze kształt dotychczasowego fakultatywnego upoważnienia w art. 121 ust. 2, które dotychczas nie
zostało wydane, za celowe uznano zaproponowanie jego zmiany polegającej na wprowadzeniu bardziej odpowiedniej terminologii,
upoważnienie do określenia zasad potrąceń
dodatków do uposażenia podlegających ograniczeniom za okres choroby, urlopu okolicznościowego lub pozostawania w dyspozycji
przełożonego oraz rozszerzenie zbyt lakonicznych wytycznych do wydania aktu normatywnego przez wskazanie konieczności
uwzględnienia rodzajów i wysokości dodatków podlegających takim ograniczeniom,
uzależnienia zakresu ograniczeń od poziomu
otrzymywanego przez policjanta uposażenia
oraz przyczyn i długotrwałości niewykonywania przez policjanta obowiązków służbowych.
Pozwoli to na przykład wyłączyć przypadki
choroby pozostającej w związku wykonywanymi czynnościami służbowymi.
To oczywiście tylko niektóre z proponowanych zmian. Dalsze prace legislacyjne nad
omawianą nowelizacją, a zwłaszcza szczegółowe ustalenia co do zakresu uwzględnienia
zgłoszonych uwag, przesądzą wkrótce
o kształcie projektu ustawy, który traﬁ
do Sejmu. I
40.11:Layout 6
REAKCJE Listy od czytelników
Wady mundurów
Jestem policjantem od ponad 11 lat. Od kilku lat jestem
dzielnicowym. My jako szeregowi policjanci nie mamy
wielkiej siły przebicia, jednak przy Waszej pomocy możemy (mam nadzieję) wiele zdziałać. Ostatnio w gazecie,
którą staram się czytać całą, wiele piszecie na temat nowych mundurów. Jestem ich użytkownikiem od lipca br.
W ostatnim numerze tj. 10 (55), październik 2009 pisaliście na temat
uszkodzeń nowych mundurów i odsetka tych uszkodzeń w stosunku
do mundurów wydanych. Nie wiem, skąd macie dane, ale sam dokładnie wiem, że nie są to dane obiektywne. Tylko w mojej jednostce (posterunek 12-osobowy, w którym 9 osób użytkuje nowy typ umundurowania)
prawie wszyscy odnotowali uszkodzenia nap przy spodniach, które ulegają rozerwaniu. Z prostej przyczyny, tzn. dlatego, że wydano po jednej
ich parze, nikt tego nie reklamuje, gdyż aby to zrobić, trzeba taką odzież
zdać bez otrzymania w zamian innej jej sztuki. Wobec powyższego sam,
mając uszkodzony nap tylnej kieszeni, spodni nie reklamowałem. Uczynię to w listopadzie, kiedy po nadejściu okresu zimowego, z racji tego, że
spodnie są spodniami letnimi i wg obowiązujących przepisów ich noszenie po 1 listopada będzie niemożliwe. Namawiam do tego swoich kolegów. Przede wszystkim dlatego, żeby pokazać producentowi, że
wyprodukował bubel, a każda inna szanująca się firma odzieżowa dołącza do swoich produktów napy zapasowe, które mają prawo się zepsuć,
zwłaszcza, że spodnie nie kosztują mało.
Ponadto bardzo dziwi mnie fakt, że nasi przełożeni mają zamiar wydać policjantom ruchu drogowego dodatkowe pary spodni, czy półbutów
zamiennych. Przepraszam bardzo. Czym policjanci drogówki różnią się
od policjantów innych pionów, np. dzielnicowych. Czy oni pracują inaczej, w gorszych warunkach. Wydaje mi się, że wręcz odwrotnie. To oni
rzadziej wykonują pościgi piesze za sprawcami wykroczeń, czy przestępstw i to właśnie policjantom prewencji częściej grozi uszkodzenie noszonego umundurowania. Można by powiedzieć, że policjanci prewencji
na służbie noszą tzw. moro. W dużych jednostkach faktycznie tak to jest,
ale policjanci z posterunków, tak jak ja i moi koledzy nie mamy takiej
możliwości i to my na wszystkich zmianach, także nocnych, nosimy
umundurowanie nowego typu.
Poza komentarzem pozostawiam fakt, że na nadchodzący okres zimowy wydano nam jedynie czapki.
Proszę więc, aby Wasza redakcja poruszyła te zagadnienia nie tylko
na łamach gazety, ale z odpowiednimi przełożonym naszej instytucji.
Zwłaszcza, jeśli chodzi o ilości wydawanych sztuk opisanego umundurowania. Liczę, że przy waszym udziale nasz (mój) głos będzie słyszalny.
Z poważaniem Wasz wierny czytelnik
Poszukiwacz to nie hiena...
Dziwi mnie jedna rzecz, czemu Wy, jako ludzie myślący, dopuszczacie się czynów, w których oskarżacie
około 500 tysięcy (może i więcej) obywateli Najjaśniejszej RP za przestępców i margines społeczny. Artykuł,
który się ukazał w miesięczniku POLICJA nr 8 (53)
z sierpnia 2009 r. wrzuca wszystkich Poszukiwaczy
do jednego worka i miesza (jak to mówią Poszukiwacze) z „hienami
cmentarnymi”. Połowa hobbystów pragnie z całego serca współpracować
z WKZ i archeologami, ale czemu są Oni odepchnięci od tego, czemu
droga do uzyskania pozwolenia jest tak długa? Może lepiej pomóc w legalizowaniu poszukiwań, w końcu zwykły zardzewiały hełm jest dla
Nich czymś szacownym, a dla archeologów i WKZ jest to tylko zwykły
kawał starej blachy, który nadaje się na złom. Pisaliście, że miejsca,
w których można znaleźć militaria z okresu II wojny, mogą stać się
w przyszłości stanowiskami archeologicznymi, ale nikt nie pomyślał, że
metal rdzewieje w ziemi i w wodzie, więc nim stanie się takowe miejsce
stanowiskiem archeologicznym, z tych militariów zalegających w ziemi
zostanie tylko ślad. I proszę nie mylić poszukiwaczy z „hienami”, które
rozkopują stanowiska archeologiczne i cmentarzyska.
Pozdrawiam i życzę zmienienia zdania o poszukiwaczach
Oszczędności a WSPol. cd.
W nawiązaniu do listu Czytelnika „Oszczędności
a WSPol” (Policja 997, nr 9, s. 23), chcielibyśmy
odnieść się do poruszonych w tekście kwestii prowadzenia
przez Wyższą Szkołę Policji studiów dla osób cywilnych.
Przypomnijmy, że od 2005 r. WSPol. działa na podstawie ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym. Nowa ustawa
– stosownie do zaleceń deklaracji bolońskiej – standaryzuje oraz wpisuje polskie szkolnictwo w Europejski Obszar Szkolnictwa Wyższego. WSPol. od
tego momentu stała się uczelnią służb państwowych i została jej przyznana osobowość prawna. Podpisana w 1999 r. deklaracja bolońska zobowiązuje sygnatariuszy – w tym Polskę – do stworzenia ujednoliconego i porównywalnego
systemu szkolnictwa wyższego z innymi krajami europejskimi. Tym samym
swoiste otworzenie się Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie dla studentów
cywilnych jest wypełnieniem obowiązku wynikającego z ustawy.
Ustawa regulująca funkcjonowanie WSPol. zachowała podwójny
status szkoły – jako uczelnia wyższa podlega ministrowi spraw wewnętrznych i administracji, a jako jednostka organizacyjna Policji – komendantowi głównemu Policji.
WSPol. jako uczelnia wyższa zobowiązana jest prowadzić studia, studia podyplomowe, kursy dokształcające oraz badania naukowe. Jako jednostka szkoleniowa Policji przede wszystkim szkoli i doskonali zawodowo
policjantów oraz pracowników Policji.
Dodajmy, że rozwiązania tego typu stosowane są szeroko w krajach
europejskich – a docelowo mają objąć wszystkie państwa. Status uczelni
wyższej daje możliwość prowadzenia badań naukowych oraz pozyskiwania zewnętrznych, pozapolicyjnych środków finansowych będących w dyspozycji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Urzędu Komitetu
Integracji Europejskiej, Ministerstwa Rozwoju Regionalnego i innych,
a także – co zrozumiałe – funduszy unijnych. WSPol. jako naturalne zaplecze intelektualno-naukowe polskiej Policji ma dzięki temu możliwość –
bez naruszania budżetu resortu – wypracowywać oraz dostarczać nowoczesne rozwiązania, związane z ochroną bezpieczeństwa wewnętrznego, na potrzeby wszelkich podmiotów publicznych, które są za nie odpowiedzialne.
Funkcjonowanie Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie jako uczelni wyższej w żaden sposób nie koliduje z zadaniami jako jednostki szkoleniowej
Policji. Dzięki możliwości pozyskiwania środków zewnętrznych uczelnia
ma szansę rozwijać się zarówno pod kątem infrastrukturalnym, jak i badawczym. Zyskuje na tym proces szkoleniowy policjantów. Nieoceniona z punktu widzenia dydaktyki jest możliwość współpracy WSPol.
z innymi placówkami naukowymi – krajowymi i zagranicznymi, wymiana doświadczeń, wizyty studyjne, aktywna obecność WSPol. w europejskiej
sieci resortowych uczelni wyższych. Dzięki statusowi uczelni wyższej rusza
obecnie w WSPol. jedna z największych inwestycji w polskiej Policji – warta ponad 70 mln zł (fundusze pozaresortowe) – budowa nowoczesnego centrum badawczo-rozwojowego. W innym wypadku nie byłoby to możliwe.
Funkcjonowanie WSPol. jako uczelni kształcącej przede wszystkim
policjantów, a także osoby cywilne, jest zatem organizacyjnym sposobem
na pokonanie trudności związanych z oszczędnościami w Policji, nie zaś
nadwerężaniem jej szczupłego budżetu.
rzecznik prasowy WSPol.
List, który powyżej publikujemy, jest odpowiedzią na list Czytelnika, dotyczący WSPol. w Szczytnie, a wydrukowany na naszych łamach... dwukrotnie. Jest to oczywisty błąd redakcyjny, za który
42-43.11:Layout 6
SPORT Bieg Załogi
Start do biegu głównego. Pierwszy z prawej zwycięzca
w kategorii open Maciej Wojciechowski, pierwszy
z lewej zdobywca drugiego miejsca Janusz Miketa
Bieg przełajowy w Hutkach-Kankach
ma rangę mistrzostw Polski Policji
i choć zwycięstwo w nim nobilituje,
to najważniejszy jest udział
października br. na starcie przy kampingu leśnym im. sierż. Grzegorza Załogi w jego rodzinnej miejscowości
Hutki-Kanki stanęło 190 zawodników –
uczestników VI Mistrzostw Policji w Biegu
Przełajowym im. sierż. Grzegorza Załogi.
Najpierw na dystansie 2000 m rywalizowali młodzicy do lat 19, reprezentujący klasy
mundurowe szkół ponadgimnazjalnych. Potem rozegrano bieg główny (4000 m – kobiety i 6000 m – mężczyźni), w którym obok
policjantów i pracowników Policji wzięli
udział również przedstawiciele innych służb.
– Biegnę dla uczczenia śmierci naszego kolegi – mówi asp. sztab. Rafał Jankowski,
wiceprzewodniczący śląskich związków zawodowych policjantów. – To chyba obowiązek każdego policjanta garnizonu śląskiego,
który jest w stanie przebiec taki dystans. Nie
chodzi tylko o wyniki. Ze wstydem przyznam, że startuję tu po raz pierwszy, ale
Niektóre jednostki wystawiały po kilka
– Z Wodzisławia przyjechało nas dziewięciu, więcej do busa się nie zmieściło – uśmiecha się kom. Stanisław Kraski, zastępca
naczelnika Wydziału Prewencji KPP w Wodzisławiu Śląskim. – Biegną policjanci z patrolówki, biegną naczelnicy, biegnie
i komendant.
– Biegam rekreacyjnie – dodaje podinsp.
Sławomir Reclik, szef prewencji wodzisławskiej powiatówki. – Termin imprezy często
kolidował mi ze służbą, ale w końcu udało
się i jestem. Musiałem wystartować, sześć
lat temu byłem na pogrzebie Grzegorza
miał 23 lata, gdy zginął na służbie. Do Policji wstąpił jako dziewiętnastolatek. Służył w OPP w Warszawie, a następnie w Ogniwie Patrolowo-Interwencyjnym KPP w Będzinie.
Sumiennie traktował swoje obowiązki, był wyróżniany, na uroczystościach często chodził w poczcie sztandarowym będzińskiej policji.
Starszy posterunkwy Grzegorz Załoga pełnił służbę w nocy z 9 na 10
sierpnia 2003 r. Pojechał na, wydawałoby się, rutynową interwencję. Jeden z mieszkańców Będzina zgłosił najście na posesję. Gdy policjanci jechali na miejsce, otrzymali wiadomość, że sprawcy zbiegli. Na pustej ulicy zobaczyli dwóch mężczyzn. Postanowili ich
wylegitymować. Ci rzucili się do ucieczki. Pościg trwał kilkaset metrów, potem wywiązała
się strzelanina. Grzegorz Załoga został śmiertelnie postrzelony w głowę. Zginął na miejscu.
Zabójcę policjanta zatrzymano pięć dni później. W 2006 r. został skazany na 25 lat więzienia.
Grzegorz Załoga został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Zasługi za Dzielność i awansowany do stopnia sierżanta.
Na Śląsku pamiętają o policjancie. Jego imię nosi Szpital MSWiA w Katowicach, na budynku komendy w Będzinie umieszczono pamiątkową tablicę, jedną z ulic tego miasta
nazwano imieniem bohaterskiego policjanta. W pierwszą rocznicę śmierci zorganizowano bieg przełajowy w Hutkach-Kankach, rodzinnej miejscowości policjanta.
W tym roku Mistrzostwa Policji w Biegu Przełajowym im. sierż. Grzegorza Załogi odbyły
się po raz szósty.
Bieg Załogi SPORT
Górka przed metą dawała porządnie w kość.
Można ją było pokonać na różne sposoby.
Ważne, żeby dotrzeć do mety!
Wśród mężczyzn powyżej 40. roku życia złoto wywalczył Andrzej Stefański z KMP w
Elblągu, srebro Grzegorz Pogorzelski z KMP
w Wałbrzychu, a brąz Mariusz Palacz z KPP
Nagrody zwycięzcom wręczał zastępca komendanta głównego Policji nadinsp. Kazimierz
Szwajcowski. Wcześniej z komendantem śląskiej policji nadinsp. Dariuszem Bielem złożył
kwiaty na grobie Grzegorza Załogi.
– Dystans biegu jest ten sam co roku –
mówi Aleksandra Saraceń, która zwyciężyła
w klasyﬁkacji pań. – Trasa poprowadzona leśnymi duktami jest bardzo urozmaicona. Są
podbiegi, piach, przewężenia. Biegłam tu
po raz czwarty i za rok też się postaram. W
tych mistrzostwach bierzemy udział, aby oddać hołd i pamiętać, że może to spotkać każdego z nas. Taka służba... I
zdj. autor (3) i Krzysztof Chrzanowski
Wcześniejsze biegi pamięta Dawid Głuchowski, pracownik cywilny z WSPol.
w Szczytnie. – Reprezentując Policję, biegnę
po raz pierwszy – mówi. – Byłem tu już jednak kilka lat temu. Startowałem w biegu
młodzików do lat 19. Idea biegania jest piękna. Wspólny wysiłek na trasie zbliża ludzi.
Jest to więc forma sprawdzenia się, ale także
świetny pomysł na uczczenie pamięci naszego kolegi, który zginął na służbie.
W klasyﬁkacji drużynowej zwyciężyła
reprezentacja Samodzielnego Pododdziału
Antyterrorystycznego Policji KWP w Katowicach, wyprzedzając zawodników Śląskiego
Oddziału Straży Granicznej w Raciborzu
i biegaczy z Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Wśród kobiet triumfowała Aleksandra
Saraceń z KRP VII w Warszawie (jej sylwetkę przedstawiliśmy w czerwcowym numerze
„Policji 997”). Drugie miejsce zajęła Patrycja Cholewińska ze Szkoły Policji w Katowicach, a trzecie Agnieszka Krzysztoń ze Straży
Miejskiej w Gliwicach. W kategorii mężczyzn do 40. roku życia zwyciężył Maciej
Wojciechowski z WSPol. w Szczytnie. Za nim
przybiegł Janusz Miketa z Samodzielnego
Pododdziału Policji KMP w Częstochowie
(pisaliśmy o nim w październiku ub.r.),
a trzecie miejsce przypadło Adamowi Kurkowi ze Śląskiego Oddziału SG w Raciborzu.
Najlepsi biegacze w kategorii mężczyzn do
40. roku życia. Od lewej: Janusz Miketa,
Maciej Wojciechowski i Adam Kurek
Triumfatorki w klasyﬁkacji pań.
Od lewej: Patrycja Cholewińska, Aleksandra
Saraceń i Agnieszka Krzysztoń
Zwycięzcy biegu młodzików.
Od lewej: Patryk Falski (2), Oliwer Buła (1)
i Łukasz Kowalski (3)
Medaliści w kategorii panów powyżej 40.
roku życia. Od lewej: Grzegorz Pogorzelski,
Andrzej Stefański i Mariusz Palacz
Medalowe licealistki. Od lewej: Patrycja
Holecka, Marlena Gelata i Monika Felisiak
44-46.11:Layout 6
ROZRYWKA Policja na deskach
Opowieść (w pięciu aktach z prologiem i epilogiem) o tym, że trzeba
mieć w życiu pasję, nawet jeśli jest się twardym gliną z wydziału zabójstw.
PROLOG: gdy piątek z Pankracym,
to niedziela w pracy
„Łapy, łapy, cztery łapy, a na łapach pies kudłaty. Kto dogoni psa, kto dogoni psa?” – ten
dzwonek w komórce komisarza Marka Sakłaka doprowadza jego żonę Zoﬁę do białej gorączki. Piosenka z programu dla dzieci
„Piątek z Pankracym” oznacza bowiem, że
dzwonią z fabryki, jest robota i trzeba się
zbierać. Nieważne, że jest niedziela i że ma
się akurat (wyjątkowo!) wolne i całkiem
Tak zaczyna się sztuka „Kto dogoni psa?”
autorstwa nadkom. Marcina Skóry, naczelnika
Sekcji Kryminalnej KMP w Tarnowie i warszawskiego aktora Marcina Kwaśnego. Można ją obejrzeć w stołecznym Teatrze Ochoty.
się już przekonał, najlepsze pomysły na scenariusze podsuwa życie. Jego życie.
AKT DRUGI: jak urządzić inne
Zwykle jest tak: przemówienia, nominacje,
gratulacje, składkowy bankiet i do domu lub
na służbę. Chciał jednak pokazać, że można inaczej urządzić Święto Policji – i pokazał,
oczywiście na scenie. Z anegdot znanych w tarnowskim garnizonie stworzył kilka scenek
i do ich odegrania, za pośrednictwem Andrzeja Grabowskiego (poznanego na jednym z wernisaży) zaprosił Marcina Dorocińskiego
i Michała Kulę. Aktorzy zaprezentowali jego
tekst, wcielając się w swoje role z „Pitbulla”,
a on spełnił kolejne marzenie, zagrał bandziora. To zdarzenie z 2008 r. uważa za swój teatral-
ny debiut; w jego pokoju w komendzie, obok
innych pamiątek, wisi zdjęcie: on w dresie
przesłuchiwany przez Despero i Barszczyka.
– Oprócz pompy i nominacji było też coś innego, zupełnie inne święto, święto teatru –
wspomina Skóra. – Podejrzewam, że te scenki
poza nami nikogo innego by nie śmieszyły, ale
zależało mi, by zagrali je aktorzy z serialu, który, moim zdaniem, najbardziej zbliżył się
do tego, jak naprawdę wygląda nasza praca.
O tym, że Skóra lubi działać niekonwencjonalnie, mówi też inna historia: kiedy
po Tarnowie grasowała szajka napadająca
na kobiety, przebrał dwóch swoich wywiadowców za panie w średnim wieku. Ich charakteryzację zapewnili oczywiście pracownicy
teatru Solskiego. Przestępcy dali się nabrać
i to ich zgubiło. Byli mocno zaskoczeni, gdy
zaatakowaną damą okazał się krzepki gliniarz.
– Nie bądźmy schematyczni – mówi tarnowski policjant. – Dziwne na pozór metody,
jak widać, dają efekt. Na szczęście u przełożonego mam ogromne wsparcie dla tych szaleństw.
AKT TRZECI: jak przeżyć szum
A potem powstał tekst pt. „Fabryka”. Skóra
woli mówić „tekst” niż sztuka, bo, jak podkreśla, nie jest przecież dramaturgiem. Dyrektor Solskiego Edward Żentara (w „Fali
zbrodni” grał generała Policji Jerzego Sieradzkiego) powiedział mu, że jeśli chce wystawić „Fabrykę” u niego, musi najpierw
znaleźć sponsorów. I znalazł.
– To był dla mnie kolejny dowód na to, że
warto żyć marzeniami i je spełniać. Wytypo-
AKT PIERWSZY: jak przetrwać
Miał być kucharzem, ale po technikum gastronomicznym ledwo umie zrobić jajecznicę
i nie przypalić wody na herbatę. Sposobem
na przetrwanie w tej szkole był teatr, do którego miłość zaszczepiła mu polonistka. Robili przedstawienia i konkursy recytatorskie,
więc upiekło mu się to i owo. Nauczycielka
namawiała, by zdawał do szkoły aktorskiej,
ale się nie odważył. Strach, że umie za mało,
nie pozwalał spróbować.
– Nie miałem w sobie dość przebojowości,
nie zdecydowałem się na ten krok – mówi
nadkom. Marcin Skóra, policjant z 16-letnim
stażem, od czterech lat naczelnik tarnowskich kryminalnych.
Ale wciąż ciągnie go do sceny – trudno,
żeby było inaczej, skoro mieszka dwa kroki
od Tarnowskiego Teatru im. Ludwika Solskiego. Jest tam na każdej premierze, w garderobie czuje się jak u siebie i z aktorami ma
przyjacielskie stosunki. Za ich namową zaczął pisać, a ma o czym, bo, jak wielokrotnie
W Tarnowskim Teatrze im. Solskiego w sztuce nadkom. Skóry zagrali jego przyjaciele, aktorzy
Robert Żurek i Przemysław Sejmicki
Policja na deskach ROZRYWKA
wałem trzy ﬁrmy; w pierwszej, do której
po prostu poszedłem na rozmowę, od razu
dali mi pieniądze, i to więcej, niż się spodziewałem. Potem zgłosił się reżyser
Andrzej Prokop. Na scenie zagrali moi przyjaciele z tarnowskiego teatru i okazało się,
że na 10 spektaklach „Fabryki” w marcu
i kwietniu tego roku za każdym razem był
W Tarnowie przedstawienie odniosło komercyjny sukces i lawina medialna ruszyła,
porywając Skórę ze sobą. Przyznaje, że go to
przerosło, żałował potem, że nie pisał
pod pseudonimem. Nie spojrzano bowiem
na „Fabrykę” jak na debiut kogoś, kto chciał
spróbować swych sił na scenie, lecz opisywano zjawisko „policjant piszący”, jakby to był
nie wiadomo jaki ewenement.
– Sława mi niepotrzebna, kocham swoją
pracę i za cenę tego, że mnie gdzieś w telewizji pokażą, nie chcę jej stracić – mówi.
AKT CZWARTY: jak wydobyć
Jednak przed sławą trudno uciec. Do nadkom. Marcina Skóry zadzwonił aktor Marcin
Kwaśny z prośbą o tekst „Fabryki”. Przeczytał go i dostrzegł w nim potencjał.
Podobało mu się zwłaszcza to, że pokazuje, jak naprawdę wygląda praca policjantów.
Uznał, że warto z tego zrobić sztukę – ale
najpierw trzeba było wprowadzić w tekście
Po przeróbkach aktor, syn tarnowskiego policjanta w stanie spoczynku, wysłał tekst swo-
jemu tacie i autorowi – obu się spodobał. I tak
„Fabryka”, pod tytułem zmienionym na „Kto
dogoni psa?”, zawitała do stolicy. W głównego
bohatera, policjanta Marka Sakłaka, wcielił się
Marcin Kwaśny, jednocześnie producent
spektaklu. Pozostałe role grają: Krzysztof
Chudzicki, Edyta Herbuś i Bogusław Kaczmarczyk. Sztukę reżyseruje Marek Stacharski
– to jego debiut teatralny, do tej pory był reżyserem ﬁlmowym. Patronat medialny
nad projektem objął nasz miesięcznik.
– Szkielet, na którym zbudowałem tekst,
jest prawdziwy, to moja historia, która się wydarzyła niemal dziewięć lat temu – mówi
nadkom. Skóra. – Po tylu latach nadal ostatnie minuty zdarzenia jestem w stanie opisać
ze szczegółami. To jedna z większych moich
porażek zawodowych – bo piszę głównie
o porażkach.
Skóra prowadził sprawę zaginięcia pewnego małżeństwa, siostry i szwagra jednego
z tarnowskich policjantów. Gdy okazało się,
że zabójcą jest zgłaszający zaginięcie funkcjonariusz, ten, na oczach Skóry, strzelił sobie w głowę ze służbowej broni. Wcześniej
zabił z niej siostrę i jej męża.
– Pisanie jako rodzaj autoterapii? – zastanawia się nadkomisarz. – Pewnie tak, i prawdopodobnie dość nieudacznej. W moim
bohaterze, komisarzu Marku Sakłaku,
na pewno jest część mnie, moje przemyślenia i stany psychiczne podrasowane w jakiś
sposób. Ten tekst to nie laurka dla Policji,
pokazuje, że nie jesteśmy ani bohaterami,
ani zepsutymi draniami – jesteśmy zwykłymi ludźmi.
Prywatnie Skóra ma żonę, która go motywowała do pisania, gdy przychodziło zwątpienie, i 14-letnią córkę, która zagrała w jego
sztuce w Tarnowie. Po pracy siedzi w lochach, wyremontowanej własnoręcznie suterenie kamienicy, w której mieszka. Dobrze
się tam czuje, tam pisze i ogląda ﬁlmy, słucha
szczura, który skrobie, ale nigdy się nie pokazuje (rodzina i sąsiedzi chcą gryzonia truć,
ale Skóra im nie pozwala). I tylko czasem łapie się na tym, że, podobnie jak jego bohater, przed realizacją prosi Pana Boga o sukces,
obiecując, że potem podzieli się z Nim premią. – Ludziom się wydaje, że Bóg jest przekupny. Według mnie dał mi po prostu szansę,
a ja ją wykorzystałem.
EPILOG: bajka o Czerwonym
Leśniczy podczas bezpośredniego pościgu,
po oddaniu strzałów ostrzegawczych w powietrze, postrzelił wilka z pistoletu Glock 17. Oczywiście leśniczy, zanim doszło do strzelaniny,
prowadził krótkotrwałe obserwacje oraz zasadzki celem zatrzymania wilka na gorącym
uczynku popełnienia przestępstwa... (fragment
ze sztuki „Fabryka”). I
Pokazać dramat człowieka
Skąd dowiedział się Pan o „Fabryce”, sztuce napisanej przez
tarnowskiego policjanta Marcina Skórę?
– Zadzwoniłem do Marcina za namową znajomej Doroty Boguckiej, PR menedżera tego projektu. Od niej dowiedziałem się, że
taka sztuka była grana w Tarnowie i byłem ciekaw, co to jest za tekst.
Przeczytałem go i dostrzegłem w nim olbrzymi potencjał – przede
wszystkim to, że jest prawdziwy, mocno osadzony w życiu, pokazuje
nieoczywiste aspekty pracy policjantów, nie gloryﬁkuje ich i nie czyni z nich bohaterów, jak to oglądamy w serialach sensacyjnych. Pokazuje, że to normalni ludzie, z ich słabościami i dylematami. Wydawało
mi się, że warto z tego materiału zrobić sztukę. Zacząłem przerabiać
tekst i zmieniać trochę dialogi, ale jednocześnie chciałem zostawić
język, jakim Marcin się posługuje: surowy i bliski życia.
Wprowadził Pan wiele zmian do pierwotnego tekstu? W Warszawie
sztuka będzie wystawiana pod tytułem „Kto dogoni psa?”.
– Trzeba było trochę pozmieniać. Tekst Marcina ma w sobie duże
bogactwo językowe, ale, co stwierdzam z przykrością, musiałem
niestety wiele cennych rzeczy wyrzucić. Pierwotnie to był wielki
monodram, taka spowiedź policjanta z doklejonymi scenkami. Tymczasem chciałem, by ten tekst widza zaciekawił, dlatego musiał mieć
w sobie więcej dynamizmu, interakcji. W obecnej wersji jest dużo
więcej scen, a monologów mniej. Ale uważam, że jest to z korzyścią
dla tekstu i dla całej sztuki.
A jak z postaciami, czy zostały te same co w pierwowzorze?
– Tak, postacie są te same, tutaj niczego nie zmienialiśmy. Na
scenie pojawia się pięcioro bohaterów: komisarz Marek Sakłak, jego
żona Zoﬁa, sierżant Andrzej Żyła i jego siostrzenica oraz Młotek –
policyjny informator ze świata przestępczego.
Czy od razu widział Pan siebie w głównej roli – policjanta Sakłaka?
– Od razu wiedziałem, że to rola dla mnie – mój tato jest byłym po-
Rozmowa z Marcinem Kwaśnym, współautorem
sztuki „Kto dogoni psa?”, odtwórcą głównej roli
w tym spektaklu i jego producentem
licjantem. Żeby było śmieszniej, pracował
kiedyś przy jednej sprawie razem z Marcinem
Skórą. Dosłużył się w wydziale kryminalnym
stopnia nadkomisarza, potem przeniósł się
do innego wydziału. Kiedy dostałem tekst,
po przeróbkach wysłałem go tacie i Marcinowi – obu się podobał, ich opinia jest dla mnie
Konsultowaliście się Panowie w sprawie
obsady, pierwszy autor miał na nią jakiś
– Marcin zaufał mi w pełni, powiedział, że
w tej materii zdaje się całkowicie na mnie.
Do roli żony głównego bohatera, Zoﬁi,
zatrudniłem tancerkę Edytę Herbuś, ponieważ nieco inny jest kontekst tej postaci niż
to było w „Fabryce”. Tam, zanim się poznali, żona policjanta obracała się w półświatku.
W tej wersji też jest takie nawiązanie, ale
bardziej ukonkretnione, mianowicie okazuje
się, że Zoﬁa była tancerką go-go.
Kiedy czytałam pierwotną wersję tekstu, to
właśnie dialog komisarza i jego żony brzmiał
mi dość sztucznie, był przewidywalny,
szeleścił po prostu papierem.
– Według mnie to, co jest w życiu prawdziwe, nie zawsze sprawdza się na scenie. Chodzi o to, by w teatrze pokazać tylko wycinek
rzeczywistości, ale mocno skondensowany,
żeby to nie było, za przeproszeniem, takie
„żyćko” serialowe, czyli gadka o niczym, tylko aby między bohaterami był konﬂikt. Właśnie między żoną a głównym bohaterem jest
wielki konﬂikt: brak czasu dla siebie, ciągłe
zaganianie, przenoszenie pracy na dom.
Zarazem chcieliśmy jednak, by nie było tu
zbyt wielu oczywistości, staraliśmy się pogrzebać trochę w psychice bohaterów, aby
w ten sposób uświadomić widzowi, że ci policjanci tak naprawdę mają przeje...
Do kogo tak właściwie jest skierowana
sztuka? Do policjantów, którzy wiedzą,
jak ta robota wygląda naprawdę,
czy do zwykłego widza, który ma raczej
serialowe wyobrażenie o tym zawodzie?
– Nie chciałbym w tej sztuce prostować
żadnych wyobrażeń o policjantach czy pokazywać jakichś innych stereotypów na ich temat. Chodzi mi o to, by ukazać dramat
człowieka uwikłanego we własne słabości,
w pracę, od której jest uzależniony i bez której nie może żyć – Sakłak jest po prostu
pracoholikiem. I właśnie w tej pracy przydarzyła mu się tragedia – Marcin, jak mi się wydaje, do tej pory żyje z piętnem; na jego
oczach zastrzelił się inny policjant, kolega
z pracy. Mówi, że dla niego jest to porażka.
Kiedy zacząłem się zastanawiać, czemu
właściwie ten bohater zaczyna mówić, dla-
czego opowiada o tym zdarzeniu, czemu
w ogóle wychodzi na scenę – bo w teatrze
fundamentalne jest właśnie to pytanie:
dlaczego? – to stwierdziliśmy razem z reżyserem, Markiem Stacharskim, że dzieje się
tak dlatego, iż ta trauma ciągle gdzieś
w nim siedzi i on robi to po to, by się z niej
w jakiś sposób oczyścić. To spowiedź
przed samym sobą, zastanawianie się, czy
można było temu w jakiś sposób zaradzić. To mi się wydaje bardzo życiowe,
Nie obawia się Pan porównań sztuki
z serialami kryminalnymi, na przykład
z „Pitbullem”?
– Nie, porównań się nie boję, chociaż problemy, które poruszamy w sztuce, będą pewnie podobne. Zupełnie co innego jest
w teatrze, a co innego w serialu. Chcemy jednak robić ten spektakl metodą ﬁlmową, bo
jest to sztuka bardzo ﬁlmowa, choćby przez
to, że Marek Stacharski jest reżyserem ﬁlmowym, to będzie jego teatralny debiut. Jeśli
będą porównania do „Pitbulla”, to tylko
mogę się cieszyć.
W swojej aktorskiej karierze zagrał już Pan
policjanta – w serialu „Mrok”, u boku
m.in. Bronisława Cieślaka i Przemysława
Bluszcza.
– Tak, mam swoją odznakę z tego ﬁlmu
i legitymację: grałem młodszego aspiranta
Marcina Burhardta. Zostały mi na pamiątkę
i teraz służą mi do roli w „Kto dogoni psa?”.
Czy tamta rola pomogła w przygotowaniach
do sztuki?
– Bardzo mi pomogło to, że przed zdjęciami do serialu miałem praktyki w komendzie
na Bródnie. Tam policjanci nauczyli mnie
strzelać na strzelnicy z pistoletu Glock, miałem okazję porozmawiać z wieloma ludźmi
i wtedy uświadomiłem sobie, że policjant to
jest rzeczywiście zawód dla pasjonatów, którzy oddają się mu bez reszty. To robota dla
ludzi o mocnych nerwach, a nie dla tych, co
chcą udawać bohaterów.
Po tarnowskiej premierze „Fabryki”
pojawiły się różne recenzje, także
nieprzychylne. Większość z nich skupiała
się nie na tym, o czym jest sztuka, ale
na autorze, gliniarzu z wydziału zabójstw.
– Nie zastanawiam się nad tym, co napisze prasa po naszym spektaklu. Oczywiście,
że największą ciekawość budzi sam tekst –
bo został napisany przez policjanta i jest
oparty na prawdziwej historii. Natomiast
w Warszawie interesują się, czy pani Herbuś
poradzi sobie na scenie, przecież nie jest zawodową aktorką.
Marcin Kwaśny (ur. 1979 r. w Tarnowie)
w 2002 r. ukończył Akademię Teatralną
w Warszawie, gra w stołecznym Teatrze
Kwadrat i gościnnie w Teatrze Miejskim
w Gdyni. Współautor scenariusza ﬁlmu
„Rezerwat” (2007 r., reż. Łukasz Palkowski), w którym, u boku Soni Bohosiewicz, zagrał główną rolę – fotografa
Marcina Wilczyńskiego. W 2008 r.
na XI Międzynarodowym Festiwalu Filmowym „Golden Brig” w Odessie otrzymał za nią nagrodę.
Na warszawskiej Pradze-Północ Marcin
Kwaśny, razem ze znajomymi aktorami,
tworzy Teatr Praski – jest jego fundatorem i dyrektorem artystycznym. Natomiast po drugiej stronie Wisły,
w stołecznym Teatrze Ochoty, aktor
przygotowuje obecnie spektakl „Kto
dogoni psa?”. Premiera 30 października o 19.00.
Widzowie przyjdą po prostu na Herbuś...
– To wcale nie jest źle, że przyjdą z ciekawości, by zobaczyć, jak ona zagra – przecież
przy okazji poznają kawałek życia Policji,
więc akurat pod względem medialnym to
sztuce się przysłuży. Wszyscy przygotowujący ten spektakl wkładają w niego dużo
serca. Czy nasza energia udzieli się widzom,
to już inna sprawa. Jeśli uda nam się ich
wzruszyć, rozbawić nawet, bo są też momenty śmieszne w tej sztuce, jeżeli widz się zastanowi nad tym, że wcale w tej pracy nie
jest tak łatwo, jak on to sobie wyobraża
na podstawie różnych ﬁlmów, to już będzie
nasz sukces. Nieważne wtedy, co powie
prasa – najważniejsze jest to, co powie i pomyśli widz.
48-49.11:Layout 6
ROZRYWKA Kryminał retro
Awans? Same kłopoty
Fragment powieści kryminalnej retro
Konrada T. Lewandowskiego
„Perkalowy dybuk”.
7. SZABLA DŻINA
(…) Frau Pasztelan wydawała się zadowolona. Określenie „wydawała się” by��o w jej
przypadku bardzo na miejscu, gdyż wszelkie
uczucia, nawet wobec swojego idola, przejawiała tylko w przybliżeniu. Wyniosła i chuda, niemal bez biustu i bioder, o jasnych,
lekko już siwiejących włosach, gładko zaczesanych do tyłu, przypominała zasuszoną Walkirię. Mówiła szkolną polszczyzną, doskonale
poprawną, bez naleciałości regionalnych czy
kolokwializmów, aczkolwiek z wyraźnym niemieckim akcentem. Była fanatyczką sterylnej czystości. Pościel w pokoju Jerzego
wykrochmalono na pancerną blachę, świeże
ręczniki zachowały jeszcze ciepło magla.
(…) W większe zakłopotanie wprawił nadkomisarza wihajster tkwiący w dzióbku czajniczka na herbatę. Był to porcelanowy
kogutek z huśtawką. Mówiąc ściślej, ptak
trzymał w łapach huśtawkę z poprzeczką zrobioną z wałeczka czerwonego ﬁlcu, natomiast kuper miał wetknięty w czajnik, jakby
właśnie paskudził do środka.
(…) Nadkomisarz obawiał się, że w jego
rękach próba użycia tej aparatury skończyłaby się dla stołowej serwety totalną katastrofą. Gospodyni musiała dojść do tego samego
wniosku, gdyż wzięła na siebie trud dalszego
dolewania herbaty. Tylko Pan Bóg raczył wiedzieć, co sobie teraz myślała o prymitywnych
Słowianach.
Kiedy Drwęcki zszedł na podwórko, zastał
tam Maciewicza kończącego myć samochód.
Przodownikowi przydzielono służbowy pokój
na parterze oﬁcyny.
– I jak się spało na nowym miejscu? – zagadnął podwładnego na dzień dobry.
– Niespecjalnie, panie nadkomisarzu, ale
– Ano, że te kamienice musiało pobudować jakieś towarzystwo antyalkoholowe. Pan
nadkomisarz popatrzy – zatoczył ręką wokoło. – Te wszystkie gzymsy, ﬁtiﬂuszki...
a w środku stolarka, klamki, piece... Niczego
tu normalnie, po bożemu nie zrobili, prostego ze świecą szukać. Wszystko powykrzywia-
ne jak w pijanym widzie! Od samego patrzenia we łbie ćmi. Nie daj, Panie Boże, zobaczyć takie cóś na bani, bo rzyg gotowy albo
inna morska choroba. No, a skoro ludziom
wódkę aż tak bardzo obrzydzają, to musi być
robota tych od propagandy trzeźwości!
– To się, Maciewicz, nazywa secesja.
– Że niby co, panie nadkomisarzu?
– Taki styl architektoniczny. Sposób budowania i zdobienia.
– Pewnie bolszewicki?
– Nie, raczej już francuski.
– Ci też nie lepsi! Same, tfu, masony
i płciowe zboczeńce!
– Skądże wy, Maciewicz, takiej wiedzy
o świecie nabraliście?
– Czyta się trochę, panie nadkomisarzu.
Prenumeruję „Rycerza Niepokalanej”, jak mi
ksiądz dobrodziej doradził.
– Dobra – machnął ręką Drwęcki. – Traﬁcie do komendy na Kilińskiego?
– Traﬁę, panie nadkomisarzu. Na drogę
baczenie miałem, kiedy tu jechaliśmy.
– To jazda!
– Pan wsiada, a ja jeszcze szmatę i kubeł
cieciowi odniosę...
(…) Na komendzie na początek przyszło
Drwęckiemu złożyć kurtuazyjną wizytę szefowi nadkomisarza Weyera. Inspektor Nosek
nadskakiwał Jerzemu znacznie bardziej niż
jego podwładny. Do znudzenia zapewniał
o udzieleniu wszelkiej możliwej pomocy oraz
że gość ze stolicy może polegać na nim o każdej porze dnia i nocy. Bez wątpienia miał
sporo za uszami i dokładał wszelkich starań,
aby nie obgadano go w Belwederze. Z tym
akurat się spóźnił, ale miał dobry instynkt,
bo gdy wyczuł, że cierpliwość Drwęckiego
się kończy, nie czekał już na odpowiedź
na pytanie, jakże się panu nadkomisarzowi
podoba w mieście Łodzi, i czym prędzej wymówił się pilnymi obowiązkami.
Aleksander Weyer, jak wczoraj obiecał,
przygotował dla Jerzego całą dotychczasową
dokumentację śledztwa w sprawie Księżyka. Oprócz papierów w pokoju nadkomisarza czekał wysoki, szczupły, umundurowany
policjant. Miał około czterdziestki i aparycję melancholijnego tukana, co w połączeniu z brązowymi oczami i oliwkową cerą
jednoznacznie zdradzało narodowość. Na
widok Drwęckiego stanął na baczność i zasalutował.
– Posterunkowy Froim Breslauer – przedstawił go nadkomisarz Weyer. – Oddelegowany do pańskiej wyłącznej dyspozycji, panie
– Spocznĳcie, posterunkowy – Drwęcki
uśmiechnął się życzliwie i sam też się przedstawił. – Sądząc po nazwisku, pochodzicie
z Wrocławia? – zagadnął.
– Melduję posłusznie, że nie, panie nadkomisarzu. Ze wsi Łodzi pochodzę.
Nadkomisarz Weyer z ciężkim westchnieniem wzniósł oczy ku niebu.
– Chyba miasta Łodzi? – Drwęcki myślał,
że się przesłyszał.
– Nie, proszę pana nadkomisarza. Ze wsi
Łodzi, tej w Poznańskiem, koło Mosiny.
– I niech się pan teraz nie dziwi, panie kolego – wtrącił Weyer – dlaczego on mimo tylu
lat służby ciągle jest tylko posterunkowym.
Wszystkich nas tutaj skurczybyk bez końca
do szewskiej pasji doprowadza!
– Znam i byłem tam tej wiosny – Drwęcki
zignorował uwagę nadkomisarza. – Niedaleko, w Przytulicach.
– Naprawdę? – rozpromienił się posterunkowy. – A Mickiewiczaki żyją jeszcze?
– Żyją i mają się dobrze. A wy, Froim, skoro stamtąd jesteście, powinniście chyba nazywać się Poznański, nieprawdaż?
– Kiedyś tak się nazywałem, proszę pana
nadkomisarza, ale nazwisko zmieniłem, bo
mnie w tej Łodzi żyć nie dawali, że ja niby
z tych Poznańskich, co pałac i fabrykę przy
Ogrodowej mają. Ciągle tylko o protekcję
prosili, a jak nie żebrali, to wyśmiewali...
Nadkomisarz Weyer z miną człowieka,
który słyszał to już sto razy, wrócił za biurko
i zajął się swoimi papierami.
– A czemu zmieniliście akurat na Breslauer? – dopytywał się Jerzy.
– Z początku, proszę pana nadkomisarza,
to zamierzałem na Kochanowski, ale mi powiedzieli, że polskie nazwisko dadzą, jak się
wychrzczę, a ja nie chciałem. W mieście Breslau też mam rodzinę...
– Uważajcie, Breslauer – wycedził przez
zęby Weyer – bo jeśli znów zaczniecie opowiadać, że wasza cioteczna babka była z tych
Einsteinów, to pożegnacie się z nadzieją
awansu na następne pięć lat!
– Prosiłem o Żyda łódzkiego, a wy dajecie
mi poznańskiego... – głos Drwęckiego
stwardniał.
– Breslauer wprawdzie nie z miasta Łodzi pochodzi – odpowiedział z irytacją nadkomisarz Weyer – i traﬁł do nas, bo jakiś
dureń z carskiej intendentury, planując
służbowe przydziały, nie doczytał uważnie
jego miejsca urodzenia, o czym pan posterunkowy przypomina nam nieustannie, ale
właśnie skutkiem tego przypominania szlifuje bałuckie bruki już ponad dwadzieścia
lat, więc bardzo dobrze zna miasto i ludzi.
Na dodatek jego stryj jest tu rabinem.
Przedmiot tej barwnej rekomendacji zrobił minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale
zaraz najwyraźniej uznał, że tym razem lepiej będzie nie otwierać gęby.
– Froim, weźcie papiery i zaczekajcie
na mnie na korytarzu – polecił Drwęcki.
Odczekał, aż posterunkowy zamknie
– To niedopuszczalne, by policjant z takim stażem służby był tyle lat pomijany
w awansach – rzekł stanowczo. – Macie mu
jeszcze coś do zarzucenia, prócz tego, że
chłop ma charakter?
Weyer wstał zza biurka.
– On się nie skarży – odpowiedział.
– Ja mogę...
– To nie tak, panie nadkomisarzu –
zmieszał się gospodarz. – Breslauer jest
praktycznie niezastąpiony tam, gdzie jest.
Po awansie trzeba by go przenieść na inne
stanowisko, a z tego byłyby same kłopoty.
To, że koledzy go nie lubią, to inna rzecz,
choć nie najmniejsza. Ja posterunkowego
Breslauera sztorcuję, owszem..., ale to tak
bardziej pro forma, żeby ludzie nie zazdrościli, bo premii i nagród nigdy mu nie żałowałem.
– Mimo wszystko awans minimum o dwa
stopnie mu się należy – stwierdził Drwęcki. – Dla dobra służby.
– Obiecuję, że jeśli dobrze się sprawi
przy panu, awans będzie. Jeżeli po wszystkim rekomenduje go pan na piśmie, nie da
się tego zignorować.
– Umowa stoi – Jerzy sięgnął po kapelusz.
– Co pan nadkomisarz teraz zamierza?
– Obejrzeć mieszkanie Księżyka.
– Jest opieczętowane, adres i klucz ma
pan w aktach. W razie czego, proszę dzwonić.
– Do widzenia, panie kolego. I
Poziomo: 1 – chłodzący gasi pragnienie, 4 – oddarty kawałek, 7 – wskazujący lub serdeczny,
10 – awaryjne w kinie, autobusie, 11 – ze źrenicą, 12 – odwrotna strona medalu, 14 – strachy
na …, 15 – nietoperz z rodziny mroczków, 18 – w nim okulary, coś cennego, 19 – grecki bóg wojny, 20 – stracona – nie do obrony, 23 – Andrzej, aktor, grał m.in. nadkom. Krzysztofa Rysia w serialu „Oﬁcerowie”, 24 – brat matki lub ojca, 26 – odpowiada na pytania o kim? o czym?, 28 – jada
ponad miarę, 31 – podniebne podróże, ale też narciarskie, 32 – Emil, autor „Nany”, 33 – truskawkowy w słoiku, 34 – zbiór przepisów prawnych, 38 – uprawia żeglarstwo, wioślarstwo lub pływanie, 41 – poniżej kolana, 42 – teraz wykorzystywana wiatru, słoneczna, 43 – chleb z raz mielonej
mąki, 44 – sklejka.
Pionowo: 1 – świeża wiadomość, 2 – opera Ruggiera Leoncavalla, 3 – brat Placka, 4 – dawna gra
rekreacyjna, 5 – … równego szuka, 6 – niegdyś miara sukna, 7 – służba mundurowa, 8 – używane w czasach, gdy nie było kalkulatora, 9 – tekst do ćwiczeń szkolnych, 13 – Mikołaj z Nagłowic,
16 – drapieżne krewne delﬁnów, 17 – szkic literacki, 20 – wart pałaca, 21 – Leon z ﬁlmu gangsterskiego, 22 – ze stolicą w Santiago, 25 – kawa lub tytoń, 26 – urzędnik z teką, 27 – dymi, 29 – z premierem, 30 – Aleksander dla bliskich, 35 – kompres, 36 – narodowy demokrata, 37 – wielki
rozgłos, 39 – ubiór treningowy, 40 – krzew ozdobny.
Po rozwiązaniu krzyżówki należy odczytać hasło, które tworzą litery w kratach oznaczonych w prawym dolnym rogu cyframi od 1 do 23:
(……) (……..........................) (….….............................................) (….…................)
Konrad T. Lewandowski:
Perkalowy dybuk.
22 listopada 2009 r. Wśród Czytelników, którzy nadeślą prawidłowe rozwiązania, rozlosujemy
nagrody: książki Wydawnictwa Dolnośląskiego.
Rozwiązanie krzyżówki z hasłem nr 6 „(...) potraﬁ tylko komputer”. Nagrodę, książki wydawnictwa
Replika, wylosowali Bernard Krupski z Koszalina i Tomasz Zapłoch z Sanoka.
50.11:Layout 6
ROZRYWKA Okiem satyryka
Patos i szacunek
ielokrotnie zwracałem uwagę na niski
poziom „upatosowienia” naszych czasów.
I ogólnego braku szacunku.
Wulgaryzmy – owszem, pomówienia – bardzo proszę,
za przeproszeniem pierdoły
– ile kto chce, ale jak trzeba
coś z patosem i szacunkiem,
to już bieda. Jak tak dalej
pójdzie, za kilka lat nie
będzie co recytować na akademiach szkolnych, uroczystości wręczenia najwyższych
odznaczeń państwowych będą prowadzić didżeje. Żaden
współczesny poeta nie pochyla się nad trudem służby,
nie pisze poważnie o codzienności żołnierza, policjanta, strażaka. Kiedyś było
inaczej. Nawet literatura
dziecięca uczyła podziwu dla
munduru. Mam w swoich
zbiorach wiersz „O żołnierzu” autorstwa Lucyny Krzemienieckiej (to ta pani,
która napisała też „Z przygód krasnala Hałabały”).
„Styczeń drogę zaśnieżył
przed idącym żołnierzem.
Bucik w śniegu się turla,
idzie żołnierz na urlop.
Dostał urlop z kompanii
za dobre sprawowanie.
Z chaty siostra już bieży –
Witaj bracie żołnierzu!...
…Śnieg kotłuje, wiatr huczy,
a ja widzisz się uczę.
Żołnierz siostrę uścisnął –
Ucz się droga siostrzyczko,
Jam też w wojsku ludowym
do nauki gotowy.
Nie umiałem nic dawniej –
dziś maszyny naprawiam.
Mówią o mnie w kompanii:
Jaśko dobry mechanik…”.
I można? Niby lekko, ale
z patosem i szacunkiem. Postanowiłem zabrać się do roboty, żeby i po nas zostało
w literaturze coś poważnego.
Ostatnio dużo się mówi
o różnych służbach. Niepo-
ważnie się mówi. A to, że
jakiś zabójczo przystojny
agent wabi na pokuszenie
biedne kobiety, a potem
oddaje je prokuratorowi.
Że ktoś kogoś podsłuchuje.
Tymczasem codzienność
służb jest inna. I ją należy
opisać. Dlatego stworzyłem
„Pieśń o niełatwej służbie
i o tym, że służba jest ważna,
ale są rzeczy od niej ważniejsze” (na motywach i z cytatami z Majakowskiego oraz
innych autorów):
Praw stanowionych przez
Zajeździli kobyłę historii!
Kiedy silnik głośno huczy,
Gdy przepali się żarówka,
Kto przytuli? Kto pouczy?
Jeśli nie drogówka?
Zboża wór na plecach ma,
ABW i CBA.
Niech się dumny orzeł pręży,
Niech mu z dzioba zniknie
trwoga –
Demokracji nikt nie zwycięży!
Dobrze, że jest taka dzielna,
Dobrze, że jest taka śliczna
Nasza polska Służba Celna
I jej siostra – Straż Graniczna,
Gdyby Służba nie czuwała,
Straż nie pilnowała wizy,
Twoja stara by jarała
Szlugi bez akcyzy.
Nie śpiewa się o nich
w piosenkach,
Nie modli się za nich do Boga
Kto tam znów staje na
rękach?
Ma wywiad i Straż Więzienna
I toczy się, toczy się, toczy
A gdy nadchodzi czas na
Czas nagrody za wielkie
Wraca chłopiec w kominiarce
Do swojej dziewczyny.
I już orzeł pręży szpony,
Już namiętność zadmie
w róg…
Niestety, taki zmęczony,
Że nie czuje nóg.
Funkcjonariuszu! Posłuchaj
Masz to spisane na dłoni:
Niech ci miłość do służby
Życia nie przesłoni!
Bo kiedyś, po latach wielu
Westchniesz: Jak ten czas leci…
Spojrzysz na swoje dzieci,
Rzucisz okiem na syna
I obleci cię strach…
Bo syn ci przypomina
A ta istotka drobna,
Córka – ideał kobiety,
Jest łudząco podobna
Do szwagra geodety.
Nie używaj zwrotu z „mać”
Sam sobie jesteś winny,
O żonę trzeba dbać!
Jak nie to zadba kto inny!
A jak się ciągle podsłuchy
Szuka jakiejś mafii w zbożu,
To teraz nie ma co gadać
O nieprawym łożu.
Jak się w teczkach i menzurkach,
Grzebie w DNA Breżniewa,
To się nie ma co dziwić, że
Lewa! I
Numer zamknięto: 22.10.2009 r.
Gospodarstwo Pomocnicze KGP ,,Karat’’.