Source: http://sosnowiec.online/author/redaktor-naczelny/page/4/
Timestamp: 2020-08-12 08:56:22
Legal References Found: art.8
 art.86
 art. 8
 art. 25
 art. 33
 art. 91
 art. 8
 art. 67
 art. 110
 art. 111
 art. 116
 art. 7
 art. 29
 art. 95

Document Content:
Redaktor Naczelny Comments poniedziałek, 27 stycznia 2020
Podczas jednej z audycji telewizyjnych poseł PO Cezary Tomczyk spytał Marcina Horałę (od niedawna pełnomocnika rządu ds. budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego – do której to funkcji zdaniem jednego z posłów PiS w pełni się nadaje, ponieważ … pochodzi z Gdyni, w której przed wojną wybudowaliśmy port morski) czy ustawa, w której znalazłby się zapis mówiący, że Sejm liczy 500 posłów byłby sprzeczny z Konstytucją? Poseł Prawa i Sprawiedliwości lekko zmieszany odparł, że nie. Otóż z formalno-prawnego punktu widzenia poseł Horała się mylił. Dopóki bowiem niekonstytucyjności nie stwierdzi Trybunał Konstytucyjny, każdy przepis korzysta z domniemania konstytucyjności. Nawet gdy w oczywisty sposób widać, że jest inaczej. Inna sprawa, że wcale nie jest takie pewne, czy wyrok TK w tej sprawie potwierdziłby takie stanowisko. Niejednokrotnie orzeczenia tej instytucji kłóciły się oczywistym znaczeniem słów znajdujących się w kwestionowanych przepisów. Ale niezawiśli sędziowie mają prawo do własnej ich interpretacji. O ile orzeczenia sądów powszechnych podlegają kontroli instancyjnej, to w przypadku Trybunału Konstytucyjnego nie jest to możliwe. Podobnie w przypadku wyroków Sądu Najwyższego.
Spór o polski wymiar sprawiedliwości nie jest jednak sporem prawnym. Jest sporem czysto politycznym, w którym obie strony używają argumentów prawnych. Oczywiście takich, które w danym momencie są im na rękę. I co ciekawe często są one zasadne, mimo że konsekwencje ich przyjęcia są wzajemnie sprzeczne. Taka jest konsekwencja funkcjonującego od lat w Polsce systemu, a zwłaszcza konkurencyjności dwóch kluczowych organów – Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Znalazło to swoje odzwierciedlenie w obowiązującej od 1997 roku Konstytucji, która pozbawiając TK prawa do wydawania powszechnie obowiązującej wykładni prawa, spowodowała że nie ma w chwili obecnej w Polsce instytucji, która posiadałaby takie uprawnienie. Wbrew powszechnie powtarzanej mediach opinii (co ciekawe nawet przez uznanych prawników) nie jest do tego uprawniony Sąd Najwyższy – nawet uchwały otrzymujące moc zasad prawnych są wiążące wyłącznie dla składów orzekających SN, ale nie dla innych sądów.
Nie ulega wątpliwości, że Prawo i Sprawiedliwość chce uzyskać decydujący wpływ na wymiar sprawiedliwości. To, że robi to w sposób skrajnie nieudolny i konfrontacyjny, to już zupełnie inna sprawa. Podobnie jak to, że uzyskanie całkowitego podporządkowania sędziów nie udało się nawet komunistom rządzącym w Polsce prawie pół wieku. Nie uda się również w pełni obecnie rządzącej partii, co nie znaczy, że w niektórych sprawach wyroki wydawane przez zaufanych (czy to ze względu na poglądy, czy po prostu ze zwykłego konformizmu) sędziów mogą tak naprawdę zapadać w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości albo na Nowogrodzkiej, tak jak kiedyś zapadały w gmachu KC PZPR.
W toczącą się walkę polityczną uwikłani zostali sędziowie. Inna sprawa, że niektórych nie trzeba było do tego specjalnie namawiać. Mylące jest jednak wrażenie, że otwarty sprzeciw środowiska sędziowskiego jest powszechny. Większość sędziów, chociaż przeciwna wprowadzanym zmianom, ogranicza się raczej do grupowych form wyrażania swojego stanowiska – trudno zresztą odmawiać im prawa głosu w sytuacji, gdy proponowane rozwiązania prawne dotykają ich bezpośrednio. Ale na indywidualną walkę (np. żądanie ujawnienia podpisów pod kandydatami na członków nowej KRS) zdecydowali się nieliczni. Co innego bowiem podnieść rękę wraz innymi czy nawet maszerować w tłumie innych prawników, a co innego podjąć decyzję, za którą w całości ponosi się odpowiedzialność. A rzecznicy dyscyplinarni powołani przez Zbigniewa Ziobro są czujni.
Zwołanie posiedzenia trzech izb Sądu Najwyższego, który miał rozstrzygnąć kwestię legalności powoływania sędziów przez tzw. nową Krajową Radę Sądownictwa, było posunięciem całkowicie zrozumiałym. Wymusił to poniekąd niejednoznaczny listopadowy wyrok TSUE, który doprowadził do pogłębienia prawnego chaosu w naszym kraju. Niestety, uchwała połączonych izb nie dość, że niejasna i bardzo różnie interpretowana, nie tylko nie przecięła tego prawniczego węzła gordyjskiego, ale co gorsza podważyła fundamenty, na których opierała się opozycja wobec wprowadzanych w polskim sądownictwie zmian.
SN próbował pogodzić wodę z ogniem. Z jednej strony starał się uniemożliwić pełnieniu swoich funkcji przez nowo wybranych sędziów (chodziło głównie o sędziów SN, którzy wkrótce przystąpią do wyłaniania kandydatów na prezesa SN). Z drugiej nie mógł unieważnić dziesiątków tysięcy wydanych przez nich wyroków. I to nie tylko ze względów formalnych, ale także społecznych – w końcu setki tysięcy ludzi zostałoby bezpośrednio tym dotkniętych, a chaos w Polsce przekroczyłby wszystkie wyobrażalne granice. Dlatego formalnie nie podważono legalności powołania sędziów przez Prezydenta RP na wniosek nowej KRS i co najważniejsze uznano ważność orzekanych przez nich wyroków. Ale jeżeli ci sędziowie są sędziami, to o co od miesięcy toczy się spór?
Większość interpretatorów uchwały SN twierdzi, że w ogóle nie zajmował się on kwestią legalności powołania sędziów. Pozornie mają rację. Uchwała mówi jedynie o sądach czyli składach orzekających. Tyle, że kto wchodzi w ich skład? Sędziowie i w nielicznych już przypadkach ławnicy (w większości spraw w pierwszej instancji sędzia orzeka jednoosobowo). Z jakiego więc powodu skład orzekający może być uznany za nie spełniający warunku niezawisłości? Oczywiście z powodu udziału w nim sędziego wskazanego przez nową KRS, której sposób powołania nie daje gwarancji jej niezawisłego działania i tym samym wolnego od nacisków politycznych wskazywania kandydatów na sędziów przedstawianych następnie Prezydentowi RP. Jak więc można twierdzić, że uchwała nie zajmuje się oceną legalności powołania sędziów? Nie obrażajmy ludzkiej inteligencji.
Efekt końcowy prawnej ekwilibrystyki sędziów SN okazał się niestety, jak zwykle w przypadkach próby pogodzenia ognia z wodą, kuriozalny. Stworzona została kategoria sędziów, których wybór nie został zakwestionowany (a więc są legalnie wybranymi sędziami), ale jednocześnie nie powinni orzekać. Oczywiście teoretycznie mogą oni bez bezpośrednich konsekwencji nie dostosować się do uchwały SN, ale zarzut nieprawidłowego obsadzenia składu orzekającego powinien być z automatu uwzględniany przez SN w razie zgłoszenia skargi kasacyjnej. Mamy więc grupę już ponad 500 sędziów, którym „zafundowano” dobrze opłacane wakacje – miesięczny koszt ich utrzymania przekracza 5 milionów złotych. Jednocześnie ich powołani wcześniej koledzy będą musieli za takie samo wynagrodzenie orzekać nie tylko w „swoich” sprawach, ale także dodatkowych przejętych w wyniku wyłączenia z orzekania ich kolegów i koleżanek. Nie trzeba oczywiście dodawać, że przedłuży to i tak trwające niekiedy latami procesy sądowe.
Można oczywiście przyjąć inną interpretację uchwały SN według której każdy udział w orzekaniu sędziego wskazanego przez nową KRS będzie oceniany indywidualnie przez sąd wyższej instancji, a następnie (w razie skargi kasacyjnej) przez Sąd Najwyższy. Tyle, że do tego nie trzeba było uchwały połączonych izb Sądu Najwyższego. To się dzieje obecnie z mocy prawa. Po co więc było spektakularne widowisko, które poza podgrzaniem atmosfery i pogłębieniem poczucia narastającego chaosu w wymiarze sprawiedliwości, nie przyniesie żadnych praktycznych skutków?
Wszystko wskazuje na to, że obie strony polityczno-sądowego sporu okopały się na swoich pozycjach i nie zamierzają ustąpić. Zacietrzewienie jest tak wielkie, że nikt nie zwraca uwagi na ofiary tej walki. A są nimi nowo powołani sędziowie, zwłaszcza ci najmłodsi, którzy mieli pecha, że kluczowy moment wybranej przez nich drogi zawodowej – powołanie na sędziego – przypadł na czas wojny dwóch politycznych plemion, które jeńców nie biorą, a przypadkowymi ofiarami też się nie przejmują. Ale o wiele większą grupę stanowią zwykli obywatele, którym w ich sprawach toczonych przed sądem system losujący przydzielił sędziów powołanych na wniosek nowej KRS. Najczęściej kompletnie nie rozumieją zawiłości prawnych, a to czy Krajowa Rada Sądownictwa została wybrana zgodnie z Konstytucją czy też nie, w ogóle ich nie obchodzi. Zapewne często ogóle nie wiedzą, że taka instytucja istnieje i jaką pełni rolę. Chaos, który zapanował powoduje, że nie mogą oni być pewni np.: czy uniewinniający ich wyrok w sprawie karnej zostanie ostatecznie uznany, czy mogą przejąć część majątku spadkodawcy przypadającego im na mocy wyroku sądowego i w końcu czy mogą zawrzeć nowy związek małżeński, ponieważ stary został prawomocnie rozwiązany. Ale co to obchodzi polityków? Przecież oni walczą o imponderabilia, o praworządność, o dobro zwykłych ludzi. Do ostatniej kropli krwi. Ich krwi.
Spór ma także katastrofalny wpływ na autorytet organów wymiaru sprawiedliwości, który nigdy w Polsce nie był zbyt wysoki. Szeroko rozumiana praworządność, to nie tylko niezawisłość sędziowska i działanie innych organów władzy zgodnie z prawem. To także zaufanie obywateli do sądów i wydawanych przez sędziów wyroków. A tej nie buduje się poprzez wyniszczającą walkę. I nie jest w tym momencie najistotniejsze kto zaczął, ponieważ konsekwencje poniesiemy wszyscy.
Jest też oczywiście kwestia politycznych konsekwencji konfliktu. Jeżeli Jarosław Kaczyński nie oderwał się już całkowicie od rzeczywistości, to prawdopodobnie badania, które na bieżąco zleca Prawo i Sprawiedliwość wskazały, że ten spór rządzącej partii się opłaca i ułatwi reelekcję Andrzeja Dudy w nadchodzących wyborach. Wskazywałaby na to również postawa samego Prezydenta, który jednoznacznie, i jak w to jego przypadku jak zwykle emocjonalnie, zaangażował się w popieranie zmian idących dalej niż te, które jeszcze ponad dwa lata temu zawetował. Szkoda, że nikt z doradców Prezydenta nie uświadomił mu, że przemawianie w karczmie piwnej niebezpiecznie kojarzy się z innymi wydarzeniami z pierwszej połowy XX-wiecznej historii Europy, a miny które przy swoich przemówieniach prezentuje przypominają jej innego negatywnego bohatera.
Oczywiście opozycja, mimo że doświadczenie ostatnich lat wskazuje na coś innego, wierzy w dokładnie przeciwne konsekwencje konfliktu. Być może zresztą bardziej liczy na skuteczną interwencję organów UE (zwłaszcza TSUE), co rzeczywiście wcześniej przyniosło pewne ograniczone rezultaty. Czy jednak i tym razem Jarosław Kaczyński cofnie się przed naciskiem Brukseli (a raczej Luksemburga)? Na razie nic na to nie wskazuje. Narastający konflikt pozwala na dodatek uniknąć kłopotliwych pytań o stan służby zdrowia, narastającą zapaść demograficzną, której nie zapobiegł program 500+ czy skandale związane z działalnością służb specjalnych, które nie dość, że działają nieudolnie (sprawa Banasia), to jeszcze nie potrafią nawet zapobiec kradzieży swoich własnych pieniędzy. Może w końcu opozycja zrozumie, że władzę zdobywa się dzięki decyzjom podejmowanym przez wyborców przy urnach wyborczych, a nie na sali sądowej Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.
Redaktor Naczelny Comments sobota, 18 stycznia 2020
Redaktor Naczelny Comments czwartek, 9 stycznia 2020
Pierwsza edycja akcji okazała się wielkim sukcesem i cieszyła się dużym zainteresowaniem mieszkańców i osób odwiedzających województwo śląskie, dlatego zdecydowaliśmy się ją kontynuować. Z usług Kolei Śląskich skorzystało ponad 150 tysięcy osób, które miały okazję aktywnie spędzić czas, poznać bliżej nasz region i przekonać się o korzyściach niskoemisyjnego transportu. To oferta dla dzieci i młodzieży z województwa śląskiego, ale także dla ich rówieśników z całej Polski, którzy odwiedzą w czasie ferii nasz region – tłumaczy Jakub Chełstowski, marszałek województwa śląskiego. Warto przypomnieć, że podczas ubiegłorocznej edycji akcji jej uczestnicy pokonali łącznie ponad 9,3 mln kilometrów, to tak, jakby 230 razy okrążyli Ziemię na wysokości równika.
Redaktor Naczelny Comments wtorek, 7 stycznia 2020
Niniejszy artykuł jest odpowiedzią na apel pana Karola Winiarskiego, który w felietonie „Sądowe Batalie” wezwał w końcowych swoich słowach do przygotowywania propozycji naprawy polskiego systemu prawnego. Prawdopodobnie apel ten był skierowany do zawodowych prawników z certyfikatem. Jednakże moim zdaniem nie może w propozycjach czy też w dyskusji, zbraknąć głosu i opinii ludzi, którzy poznali system prawny z drugiej strony – czyli byli przez ten system, nękani i sądzeni.
Ja jako prezes organizacji pożytku publicznego tj. Związku Stowarzyszeń „Zielony Ring Przemszy”, przez ok. 10 lat byłem pozywany przed sady cywilne, karne i administracyjne w sprawach dotyczących dobra wspólnego. Wszystkie sądowe batalie wygrałem i to bez pomocy pełnomocnika prawnego. W związku z powyższym mam śmiałość i wiedzę aby w takich dyskusjach zabrać głos. W tym artykule nie będę pisał o moich konkretnych propozycjach naprawy systemu prawnego – z pozycji uczestnika wielu procesów sadowych – o nich napiszę w następnym artykule.
W niniejszym artykule pragnę odnieść się do felietonu Karola Winiarskiego z którego tezami w większości się zgadzam, niemniej moim zdaniem wymaga on uściślenia i uzupełnienia. Nie bez znaczenia jest miejsce i otoczenie tej dyskusji – czyli Polska. Polski system prawa zbudowany jest na fundamencie, którym jest Konstytucja z 1997 roku napisana przez postkomunistów i zbyt szczegółowa (nasza Konstytucja ma 243 artykuły a konstytucja USA 24 artykułów), co przy obecnym braku możliwości jej zmiany chroni nadal „elity” dawnego systemu, które umieściły w niej odpowiednie postanowienia.
Poza tym w Polsce stosowanie prawa w dużym stopniu wynika z zakorzenionych zwyczajów i sposobów rodem z PRL. To ułomne prawo stosują często potomkowie socjalistycznych sędziów i decydentów dla korzyści wąskiej grupy interesów, co ułatwia im chora rzeczywistość, sprawiająca, że w polskim systemie prawa nie decyduje duch prawa tylko decyduje duch homo sovieticus. Biorąc powyższe pod uwagę to dyskusja o naprawie polskiego systemu prawa najczęściej będzie poruszała się po manowcach i za podstawę będzie brała stwierdzenia i dywagacje polskich naukowych pseudoautorytetów, zamiast sięgnąć do źródeł tj. do prawa rzymskiego, na którym rzekomo oparte jest nasze prawo.
W prawie rzymskim funkcjonowały stałe zasady, które były bezwzględnie przestrzegane i tak np:
– prawo nie działa wstecz (Lex retro non agit. W naszym kraju raz się ją stosuje raz nie.
– w stosowaniu prawa w jego interpretacji musi być zachowana intencja ustawodawcy, duch prawa (Benignius leges interpretandae sunt,quo voluntas earum conservetur).
W Polsce bardzo rzadko tą zasadę się stosuje .
Za czasów urzędowania ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina wynikła nawet dyskusja wśród pseudoelit na ten temat i jej uczestnicy w niewybrednych słowach atakowali ministra za stwierdzenie, że należy interpretować prawo zgodnie z jego duchem. Wracając do fundamentów naszego prawa tj. Konstytucji to jest rzeczą naganną, że ciągle w Sejmie uchwala się nowe ustawy, (tzw. biegunka legislacyjna) a nie uchyla się niektórych przepisów z PRL. W moich bataliach z sądami spotkałem się nawet z przypadkiem powoływania się sądu na wyroki i orzeczenia Sądu Okręgowego sprzed uchwalenia Konstytucji i co kuriozalne, były one nawet sprzeczne z obowiązującą Konstytucją.
Nie można się zgodzić z stwierdzeniem pana Karola Winiarskiego, że „bezpośrednie stosowanie Konstytucji jest mocno naciągane” ponieważ zgodnie z prawną rzymską zasadą – „jasne teksty nie podlegają interpretacji”-wykładni, (Clara non sunt interpretanda) a zapis w Konstytucji art.8,ust.2 jest jednoznaczny i klarowny, a mianowicie: „Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba ,że Konstytucja stanowi inaczej”
W artykułach Konstytucji, których nie stosuje się bezpośrednio są odsyłacze do ustaw. Poza tym Konstytucja i realizacja jej postanowień należy nie tylko do organów państwa, ale również do zwykłego obywatela, co wynika z niezbywalnych praw człowieka do wolności. Przykładem niech będzie dbałość o środowisko naturalne zapisane w Konstytucji w art.86 „Każdy jest obowiązany do dbałości o stan środowiska i ponosi odpowiedzialność za spowodowane przez siebie jego pogorszenie. Zasady tej odpowiedzialności określa ustawa”. Tak więc każdy obywatel tj. wójt, premier, prezydent, urzędnik i zwykły Polak ma obowiązek dbać o środowisko stosując bezpośrednio zapis konstytucyjny i to mówi wprost Konstytucja.
Natomiast jakie kary mogą spaść na każdego, który skaża lub pogarsza naturalne środowisko, określa już ustawa, która jest kontynuacją postanowień Konstytucji. Wielość ustaw, brak ich rzetelnej kodyfikacji, nagminne błędne interpretowania prawa – łącznie z celową falandyzacją, powodują wręcz chaos prawny na którym cierpią zwykli obywatele, a zyskują prawnicy.
Tak zwana zasada domniemania konstytucyjności obowiązująca w polskim systemie prawnym jest szkodliwa i nie powinna w ogóle zaistnieć, ponieważ już na etapie tworzenia ustaw powinno się wykluczyć ich sprzeczność z Konstytucją wg. zasady, że ustawa jest tylko uszczegółowieniem jej postanowień, a Konstytucja jest prawem najwyższej rangi . (Lex superior derogat legi inferiori). W sporadycznych przypadkach w których by wystąpiły jakieś wątpliwości co do konstytucyjności zapisów ustawy ostatnie słowo należałoby do Sądu Najwyższego, a Trybunał Konstytucyjny nie powinien istnieć.
Gdyby w Polsce była kultura prawna z rzetelnym mechanizmem tworzenia prawa i z prawnikami, którzy zostają sędziami dopiero po dwudziestoletniej praktyce adwokackiej, a po kraju nie krążył duch socjalizmu, to nie bałbym się chaosu prawnego wynikającego z tego, że każdy sędzia w przypadku kolizji postanowień ustawy z Konstytucją zastosowałby przepisy konstytucyjne, gdyż są to przepisy najważniejsze.
Co od początku było wadliwe, nie może być uzdrowione. Quod ab initio est vitiosum non potest tractu temporis convalescere. Tak więc jestem za radykalną zmianą systemu prawnego w Polsce, który jest podstawą ustroju państwa.
Sosnowiec, dnia 3 stycznia 2020r.
Czy uniknięcie całkowitego chaosu w polskim „wymiarem sprawiedliwości” jest możliwe? O tym następnym felietonie.
Redaktor Naczelny Comments niedziela, 5 stycznia 2020
Na początek roku Teatr Zagłębia przygotował przedstawienie inspirowane wystawioną w 1937 roku i odnoszącą wielkie sukcesy rewią „Pins and Needles”(Szpileczki i Igiełki), pod tytułem „Przodownicy miłości. Rewia związkowo-robotnicza”. Co prawda na deskach sosnowieckiego teatru nie wystąpili autentyczni przedstawiciele klasy robotniczej, jak w oryginalnym przedstawieniu sprzed wojny, tylko zawodowi aktorzy, ale trzeba przyznać, że wcielenie naszych artystów w przedstawicieli ruchu związkowego wypadło przekonująco. Mniej barwna i nieco ascetyczna była scenografia, ale trzeba pamiętać, że i początki ruchu związkowego w Stanach Zjednoczonych w owym czasie nie były łatwe, tym bardziej, że tu i ówdzie miały wyraźne zabarwienie socjalistyczne, co w bastionie kapitalizmu nie było przez wielu mile widziane.
Jak to w rewii, dominująca była warstwa muzyczno-wokalna, a w niej zdecydowanie wyróżniała się pod tym względem Beata Deutschman i nie ma w tym nic dziwnego, bowiem dodatkowo jest absolwentką Policealnego Studium Wokalno-Baletowego w Gliwicach przy Gliwickim Teatrze Muzycznym – i to było słychać. Na duże wyróżnienie naszym zdaniem zasłużyła także (występująca gościnnie) Mirosława Żak w roli konferansjerki, choć i reszta zespołu stanęła na wysokości zadania.
Jako, że rewia „Pins and Needles” stanowiła tylko inspirację, to przy uwspółcześnieniu w polskich realiach musiał wyraźnie pojawić się (z przymrużeniem oka) etos pracy górników i stoczniowców. Natomiast odniesienie, aż do czasów babilońskich w wątku uczty Baltazara wydaje się chyba zbyt odległe i mało zrozumiałe. No chyba, że to zakamuflowana przestroga dla możnych, że jeżeli nie zaproszą do stołu prekariuszy, to może się to skończyć dla nich tak, jak dla Baltazara w końcu piątej Księgi Daniela. A może to tylko aberracje i wyssane z palca spekulacje pismaków z „tego mało poczytnego portalu” – jak mówi o nas prezydent Arkadiusz Chęciński -, ale solidnego uzasadnienia dla umieszczenia tej sceny nie znajdujemy.
Nieco dyskusyjna dla spójności przekazu może być również ubarwiająca przedstawienie scena z przywódcami Rosji, Turcji, Korei Północnej i Stanów Zjednoczonych, choć w ramach politycznie zaangażowanych musicali i rewii lat trzydziestych w Stanach Zjednoczonych, to uwspółcześnienie wydaje się jeszcze do przyjęcia. Z tym, że polityka zagraniczna w owym czasie była raczej na dalszym planie względem polityki wewnętrznej i praw pracowniczych.
Mimo, że wystawienie rewii w niemuzycznym z definicji Teatrze Zagłębia musiało stanowić spore wyzwanie dla aktorów, to poradzili oni sobie z tym zadaniem doskonale co potwierdza opinię, że dobry aktor jak trzeba, to profesjonalnie i zaśpiewa i zatańczy, a z takimi tylko aktorami mamy do czynienia, jak chodzi o Teatr Zagłębia.
Redaktor Naczelny Comments czwartek, 2 stycznia 2020
Redaktor Naczelny Comments piątek, 27 grudnia 2019
Redaktor Naczelny Comments poniedziałek, 23 grudnia 2019
W ostatnich latach narodziła się w Polsce nowa świecka tradycja. Przedświąteczne wzmożenie parlamentarno-narodowe. Z uporem godnym lepszej sprawy partia rządząca stara się w ekspresowym tempie forsować kontrowersyjne ustawy, które doprowadzają do histerycznych niekiedy reakcji opozycji i masowych demonstracji ulicznych. Niestety, coraz częściej obie strony uzasadniając swoje racje starają się pomijać niewygodne dla siebie fakty, przeinaczają i manipulują innymi, a nawet kłamią w żywe oczy. Nie inaczej było i w tym roku.
Komentatorzy wydarzeń politycznych (nie inaczej jest w przypadku wydarzeń historycznych) starają się racjonalizować powody decyzji podejmowanych przez polityków. To oczywiste i naturalne. Ale nie zawsze słuszne. Człowiek, wbrew założeniom wielu filozofów, myślicieli czy ideologów, nie zachowuje się zawsze w sposób racjonalny i w pełni przemyślany. Dotyczy to także polityków, w tym także rządzącej obecnie partii. Gdyby było inaczej, nie byłaby konieczna dziewiąta w ciągu ostatnich kilku lat nowelizacja ustaw sądowych. Świadczy to raczej o kompletnym braku profesjonalizmu i zdolności oceny skutków proponowanych rozwiązań, niż o odpowiedzialnym podejściu do problemu. Co oczywiście nie znaczy, że nie przyświeca im zasadniczy cel, do którego dążą. Ideał niepodzielnej, jednolitej władzy państwowej, w którym wszystkie organy znajdują się pod kontrolą jednego, centralnego ośrodka władzy. Można snuć tu pewne analogie nie tyle do czasów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, co raczej autorytarnego systemu władzy wprowadzonego formalnie przez Konstytucję Kwietniową. W końcu Marszałek Piłsudski, człowiek który zamachem majowym i późniejszymi działaniami zakończył w Polsce krótki okres demokracji parlamentarnej, pozostaje bohaterem narodowym dla większości Polaków bez względu na partyjną przynależność i obecnie prezentowane poglądy.
Najnowsza nowelizacja ustaw sądowych – nazywana potocznie represyjną, kagańcową czy dyscyplinującą ze względu na przepisy ograniczające możliwość publicznego wypowiadania się i częściowo również orzekania sędziów – najprawdopodobniej pierwotnie miała zupełnie inny cel. Chodziło o doprecyzowanie przepisów, które umożliwiłyby bezproblemowy wybór nowego Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego – kadencja Małgorzaty Gersdorf kończy się w kwietniu 2020 roku. Wyrok TSUE i będące jego konsekwencją orzeczenia wydawane przez niektórych sędziów spowodowały dopisanie do przygotowanej już nowelizacji nowych przepisów, które jak widać skutecznie przykryły zasadniczy cel przeprowadzanych zmian. Tylko, że ta sprytna manipulacja (z niektórych pomysłów zresztą się wycofano w trakcie prac w Sejmie) może przynieść z punktu widzenia władzy katastrofalne skutki w zbliżających się wyborach prezydenckich. Jednoznaczne poparcie Andrzeja Dudy dla proponowanych zmian i jak zwykle jego mało przemyślane wystąpienia publiczne, mogą zniechęcić do niego część bardziej umiarkowanego elektoratu. Sprawa niezależności sądownictwa nie doprowadzi do załamania się notowań Prawa i Sprawiedliwości. Ale w wyborach prezydenckich trzeba uzyskać poparcie większości głosujących, a o zwycięstwie mogą decydować nawet niewielkie przesunięcia w sympatiach wyborców. Andrzej Duda w swoim, jakże dla niego typowym emocjonalnym wzmożeniu, chyba o tym zapomniał.
Autorytarne zapędy obecnej władzy dążącej do zneutralizowania wszelkich mechanizmów kontrolnych funkcjonujących w polskim systemie ustrojowym nie oznaczają jednak, że argumentacja przytaczana przez zwolenników tych zmian jest całkowicie absurdalna, a słuszność stanowiska drugiej strony sporu nie podlega dyskusji. Niestety, polityczne emocje i rzeczywiste powody kolejnej nowelizacji ustaw sądowych nie sprzyjają racjonalnej dyskusji. A szkoda, ponieważ problem niezawisłości sędziowskiej nie ma wyłącznie czarno-białych kolorów.
Najczęściej podnoszonym przez opozycję zarzutem wobec wprowadzanych od kilku lat zmian jest naruszenie zasady trójpodziału władzy. Problem jednak polega na tym, że w systemie parlamentarno-gabinetowym taki trójpodział zarówno formalnie, jak i w rzeczywistości, w pełni nie funkcjonuje. Najważniejszy z punktu widzenia zakresu posiadanej władzy organ wykonawczy czyli Rada Ministrów może zostać zmieniona przez Sejm, ale sama nie ma możliwości skrócenia kadencji organów władzy ustawodawczej. Formalne zapisy konstytucyjne niewiele zresztą mają wspólnego z rzeczywistością. W praktyce bowiem to lider partii rządzącej będący najczęściej premierem (Polska oczywiście jest wyjątkiem) ma pełnię władzy, a posłowie jego partii bezrefleksyjnie i karnie naciskają odpowiednie przyciski w trakcie głosowań w parlamencie. Na dodatek trójpodział władzy nie jest jedyną zasadą demokracji, a nawet nie zawsze jest zasadą fundamentalną. W Szwajcarii na przykład nie obowiązuje, a trudno przecież uznać ten kraj za niedemokratyczny.
O wiele ważniejsza z punktu widzenia demokracji wydaje się zasada suwerenności narodu czyli sprawowania władzy przez obywateli w sposób bezpośredni lub przez przedstawicieli. Dlatego wybieramy posłów i senatorów oraz Prezydenta RP w wyborach bezpośrednich, natomiast Radę Ministrów pośrednio (powoływana przez Prezydenta i konieczność uzyskania wotum zaufania w Sejmie). A przecież w przypadku władzy sądowniczej w naszym kraju poza wyborem ławników w żaden sposób nie mamy wpływu na to kto zostanie sędzią (wyjątkiem jest wybór członków Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Stanu, którzy są wybierani przez Sejm). Paradoksalnie, to zmiany dokonane przez Prawo i Sprawiedliwość (wybór ławników przez Senat do dwóch nowych izb Sądu Najwyższego i sędziowskich członków Krajowej Rady Sądownictwa przez Sejm) oraz uzurpacja Prezydenta polegająca na przyznaniu sobie prawa odmowy powoływania sędziów przedstawionych mu przez KRS, idą w kierunku urzeczywistnienia tej zasady. Problem jednak polega na tym, że jej pełna realizacja (wybór, kadencyjność, a być może nawet i możliwość odwołania sędziego) rażąco narusza podstawową gwarancję zasady niezawisłości sędziowskiej – nieusuwalności z pełnionego urzędu do czasu przejścia w stan spoczynku. O jakości wyroków wydawanych przez tak uzależnionych od wyborców sędziów, trudno już nawet dyskutować. Prawo nie zawsze jest zgodne z ludowym poczuciem sprawiedliwości.
Niesłychanie kontrowersyjnym pomysłem, forsowanym przez niektórych profesorów prawa i część środowiska sędziowskiego, jest koncepcja tzw. rozproszonej kontroli konstytucyjności obowiązującego w Polsce prawa. To oczywiście efekt przejęcia i swoistej „neutralizacji” przez rządzącą partię Trybunału Konstytucyjnego. Wcześniej podobne dywagacje były raczej przedmiotem naukowej debaty w środowiskach akademickich niż zgłaszanym publicznie postulatem. W praktyce realizacja tej koncepcji oznaczałaby, że każdy sędzia mógłby przy wydawaniu wyroku sprawdzać, czy podstawa prawna, która w tym przypadku powinna zostać zastosowana, jest zgodna z Konstytucją RP. Problem polega na tym, że nie dopuszcza tego w sposób bezpośredni żaden z obowiązujących w Polsce przepisów prawa. Powoływanie się przez niektórych konstytucjonalistów na zapis art. 8, ust 2 naszej Konstytucji, który dopuszcza bezpośrednie stosowanie Konstytucji jest mocno naciągane, tym bardziej, że prawo stosują wszyscy uczestnicy życia społecznego, a nie wyłącznie sędziowie. Trudno przecież uprawnienie do kontroli konstytucyjności rozciągać na wszystkich obywateli. Zresztą możliwość złożenia skargi konstytucyjnej do Trybunału Konstytucyjnego przez każdego obywatela po wydaniu w jego sprawie przez sąd lub organ administracji publicznej ostatecznego orzeczenia (art. 79) oraz skierowania to tegoż organu zapytania przez każdy skład orzekający sądu w razie powstania wątpliwości co do konstytucyjności jakiegoś przepisu (art. 193), wskazuje pośrednio, że nasz sąd konstytucyjny ma monopol w tych sprawach.
Taka konstrukcja badania konstytucyjności polskiego prawa rodzi oczywiście szereg problemów związanych chociażby z długotrwałością orzekania w tych sprawach przez Trybunał Konstytucyjny i nieodwracalnością wielu zmian wynikających ze stosowania przepisów uznanych po latach za niezgodne z Konstytucją, co zresztą wynika często z samych orzeczeń Trybunału (przykładem może być uznanie za niezgodne z Konstytucją skrócenia kadencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w roku 2005, co nie oznaczało jej przywrócenia). A ponieważ istnieje zasada domniemania konstytucyjności stanowionego prawa do momentu wydania orzeczenia przez TK, to organy państwowe mogą w sposób całkowicie bezkarny i świadomy stanowić prawo w sposób jawnie sprzeczny z Konstytucją. Gdyby np. w Kodeksie Wyborczym został wprowadzony zapis, że głosy oddane na kandydatów jednej z partii liczą się podwójnie, to zgodnie z tą regułą należałoby przeprowadzić najbliższe wybory parlamentarne ze wszystkimi tego konsekwencjami. Z drugiej jednak strony uznanie, że każdy sąd może skutecznie badać konstytucyjność obowiązującego prawa może doprowadzić do całkowitego chaosu prawnego. Możliwość interpretowania niektórych zapisów Konstytucji, a zwłaszcza zawartych w rozdziale I podstawowych zasad ustrojowych, jest tak szeroka, że ocena każdego przepisu bardziej zależałaby od poglądów sędziego niż woli ustawodawcy. Inna sprawa, że dokładnie tak samo jest w przypadku sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Warto tu przytoczyć fragment jednego z najbardziej kuriozalnych orzeczeń tego organu dotyczących interpretacji zawartej w art. 25 zasady równouprawnienia kościołów i związków wyznaniowych.
„Zasada równouprawnienia kościołów i związków wyznaniowych nie zakłada identycznego traktowania wszystkich związków wyznaniowych. Stanowi ona gwarancję, że organy władzy publicznej stworzą ramy prawne, które umożliwią realizację równouprawnienia, w zależności od właściwości i cech poszczególnych kościołów i związków wyznaniowych.
Między kościołami i związkami wyznaniowymi mogą zachodzić różnice wynikające ze zróżnicowania faktycznej liczby wyznawców i stopnia ugruntowania poszczególnych wspólnot w dziejach państwa.”
I nie było to orzeczenie „PiS-owskiego” trybunału, ale tego którym kierował bohater opozycji prof. Andrzej Rzepliński. Nic dziwnego, że wkrótce potem uzyskał wysokie odznaczenie papieskie. Ciekawe czy zapis art. 33 o równych prawach kobiet i mężczyzn, ówcześni sędziowie zinterpretowaliby w ten sam sposób? W końcu rola mężczyzn w historii Polski była znacząco większa niż kobiet.
Dość powszechnie powtarzanym twierdzeniem przez przeciwników zmian przeprowadzanych obecnie przez PiS jest pogląd o wyższości prawa europejskiego nad krajowym. Rzeczywiście, z art. 91, ust. 3 naszej Konstytucji jednoznacznie wynika, że prawo stanowione przez UE ma pierwszeństwo przed ustawami. Nie jest jednak ważniejsze niż sama Konstytucja, co wynika z art. 8, ust. 1 zgodnie z którym Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej Polskiej. Potwierdziły to zresztą kilkakrotnie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, wydawane zanim organ ten został przejęty przez obecnie rządzącą partię. Nie inaczej uważają sądy konstytucyjne innych krajów, w tym przede wszystkim niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny. Nie ma też takiego zapisu w żadnym z traktatów założycielskich, a więc pierwotnym prawie UE, w tym także w Traktacie Lizbońskim. Inne zdanie w tej sprawie mają oczywiście w Luksemburgu i Brukseli, ale są to raczej pobożne życzenia instytucji europejskich, których opinii nie podzielają rządy krajowe.
Trudno też w pełni się zgodzić z twierdzeniem, że zakaz publicznego wypowiadania się sędziów na tematy polityczne jest ograniczeniem ich niezawisłości w zakresie orzekania. Można różnie oceniać pozasądową aktywność naszych sędziów. Jej ewentualne ograniczenie widziałbym raczej poprzez zapisy wewnętrznego Kodeksu Etyki niż regulacje ustawowe, ale nawet te niewiele mają wspólnego z niezawisłością czyli możliwością swobodnego orzekania zgodnie z prawem i własnym sumieniem. Ta rzeczywiście jest zagrożona poprzez działania rzeczników dyscypliny sędziów sądów powszechnych i natychmiastowym odwoływaniem z delegacji do sądów wyższej instancji w przypadku orzekania niezgodnego z poglądami Ministra Sprawiedliwości. Ale to zupełnie inny problem. Kwestia cofania delegacji jest zresztą przedmiotem kontrowersji trwających od wielu lat. Dla każdego logicznie myślącego człowieka stanowi ona ewidentne zagrożenie dla zasady niezawisłości sędziowskiej i naruszenie jej podstawowych gwarancji – nieprzenoszalności i nieusuwalności z urzędu. Trybunał Konstytucyjny w 2009 roku (a więc ten prawomyślny) miał jednak na ten temat inne zdanie i uznał ją za zgodną z Konstytucją. Trzeba przyznać, że stowarzyszenia sędziowskie od dawna ją krytykowały, ale jakoś obecna opozycja nie widziała wówczas problemu i nie mówiła o dyktatorskich zapędach władzy. Może dlatego, ze sama tą władzą wówczas była.
Byłoby też lepiej, gdyby przed stawianiem na piedestał nowych bohaterów walki z dyktaturą (ogłaszaną zresztą średnio co dwa-trzy miesiące, co już dawno przestało robić większe wrażenie na większości naszych rodaków, o czym świadczy malejąca frekwencja na kolejnych protestach), sprawdzono ich przeszłość. Przykładem może być sędzia Paweł Juszczyszyn, którego przypadek jest zresztą doskonałym przykładem instrumentalnego traktowania faktów przez polskich polityków. Niedługo po odwołaniu go z delegacji do Sądu Okręgowego w Olsztynie media rządowe zaczęły w swoim zwyczaju zwalczać nowego bohatera opozycji przytaczając jego co najmniej wątpliwe orzeczenie sprzed kilku lat, które doprowadziło do utraty całego majątku przez licytowanego za stosunkowo niewielkie długi rolnika (zmarł kilka miesięcy temu). Wiceminister Sprawiedliwości Michał Wójcik z upodobaniem przytaczał tą porażającą historię. Zapomniał jedynie wyjaśnić jak to się stało, że sędzia z tak skandaliczną jego zdaniem przeszłością, został przez Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro delegowany z sądu rejonowego do okręgowego? Oczywiście nikt z opozycji też tego nie podnosił, ponieważ musiałby przyznać, że bohater walki o niezawisłość sędziowską jest równie „nieskazitelny” jak Marian Banaś.
Polski system wymiaru sprawiedliwości z pewnością nie jest idealny. Poza przewlekłością, coraz poważniejszym problemem jest postępującą rozbieżność w orzecznictwie, której właśnie jesteśmy świadkami przy ocenie prawidłowości wyboru sędziów powoływanych przez Prezydenta na wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa (odmienny wyrok trzyosobowego składu Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego oraz dwóch składów orzekających Naczelnego Sądu Administracyjnego). Czy nie warto na przykład wprowadzić przepisu, że uchwały Sądu Najwyższego mające moc zasad prawnych będą miały rangę powszechnie obowiązującej wykładni prawa (obecnie wiążą jedynie wszystkie składy Sądu Najwyższego, a od czasu uchwalenia Konstytucji w polskim systemie prawnym nie ma żadnego organu, który miałby takie uprawnienia). Warto też zastanowić się nad instancyjną, sądową kontrolą pytań prejudycjalnych kierowanych przez sędziów do Sądu Najwyższego czy Trybunału Konstytucyjnego. Niekiedy bowiem trudno oprzeć się wrażeniu, że stoją za nimi pozamerytoryczne intencje, a efektem jest jedynie wielomiesięczne przedłużenie postępowania sądowego. I nie są to jedyne sprawy wymagające uregulowania.
Zmiany dokonywane przez obecną władze niewiele mają wspólnego z troską o naprawę polskiego wymiaru sprawiedliwości. Zasadniczym celem jest pełna kontrola nad całym systemem. To, że odbywa się to w sposób skrajnie nieudolny nie zmienia jednoznacznie negatywnej oceny tych działań. Ale też przeciwstawianie się tym próbom przez opozycję i środowiska sędziowskie nie może przyjmować jedynie histerycznych i mało skutecznych protestów przeciw kolejnym nowelizacjom ustaw sądowych. Zamiast czysto reaktywnie i histerycznie reagować na kolejne zmiany, należałoby przygotować własne propozycje sanacji polskiego wymiaru sprawiedliwości. I nie jest żadnym wytłumaczeniem, że w obecnych warunkach politycznych te zmiany i tak nie mają żadnych szans na realizację. Kiedyś rządy Prawa i Sprawiedliwości się skończą, a wtedy posiadanie całościowego i uzgodnionego z różnymi środowiskami (nie tylko sędziowskim) programu reform, umożliwi ich szybkie wprowadzenie w życie. O ile oczywiście opozycji rzeczywiście zależy na naprawie polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Redaktor Naczelny Comments wtorek, 17 grudnia 2019
Redaktor Naczelny Comments sobota, 14 grudnia 2019
W dniach od 8 lipca 2019 r. do 23 sierpnia 2019 r. inspektorzy Regionalnej Izby Obrachunkowej w Katowicach przeprowadzili kontrolę gospodarki finansowej Miasta Sosnowca za okres od 1 stycznia 2015 r. do 23 sierpnia 2019 r.
Wnioski po owej kontroli są porażające i to zarówno w zakresie zamówień publicznych (Zagłębiowski Park Sportowy w Sosnowcu, oświetlenie uliczne w Gminie Sosnowiec, przebudowa ścieżek rowerowych – Stawiki), jak i gospodarowania nieruchomościami Skarbu Państwa, gospodarowania nieruchomościami Miasta Sosnowiec, dochodów z tytułu podatku od nieruchomości, długu publicznego, zaciągania zobowiązań, rozliczeń z zakładem budżetowym, w zakresie księgowości, w zakresie gospodarki pieniężnej.
W sumie Regionalna Izba Obrachunkowa sformułowała aż 23 wnioski pokontrolne, które w sposób bardziej szczegółowy będą jeszcze omawiane na naszych łamach. Na razie kilka cytatów z ww. wystąpienia pokontrolnego:
„udzielono zamówienia na wykonanie dokumentacji projektowej w trybie z wolnej ręki na łączną kwotę 6.350.000,00 zł brutto, pomimo braku zaistnienia przesłanki do zastosowania tego trybu udzielenia zamówienia, wymaganej art. 67 ust. 1 pkt 2 ustawy z dnia 29 stycznia 2004 r. Prawo zamówień publicznych (Dz. U. z 2015 r. poz. 2164 z późn. zm.) w związku z art. 110, art. 111 ust. 1 i ust. 2, art. 116 ust. 1 i ust. 2 pkt 3 i 5 oraz art. 7 ust. 1 i art. 29 ust. 2 tej ustawy.”
„W zakresie przeprowadzonego w 2018 r. postępowania w trybie przetargu nieograniczonego o udzielenie zamówienia pn.: „Inwentaryzacja i audyt efektywności energetycznej oświetlenia ulicznego w Gminie Sosnowiec” stwierdzono nieterminowe zamieszczenie ogłoszenia o udzieleniu zamówienia w Biuletynie Zamówień Publicznych, czym naruszono art. 95 ust. 1 ustawy z dnia 29 stycznia 2004 r. Prawo zamówień publicznych (Dz. U. z 2017 r. poz. 1579).”
„Do dnia zakończenia kontroli nie przeprowadzono czynności weryfikacyjnych w stosunku do oddanych w użytkowanie wieczyste gruntów Skarbu Państwa, zajętych pod infrastrukturę kolejową, pod kątem ewentualnego zaliczenia tej infrastruktury do nieczynnej lub prywatnej w celu ustalenia czy istnieją przesłanki do stosowania zwolnienia z opłaty rocznej z tytułu użytkowania wieczystego ww. gruntów.”
„W sprawozdaniach z gospodarowania zasobem Skarbu Państwa sporządzonych za lata 2015 – 2018 wykazano nieprawidłowe dane w zakresie bezumownego korzystania z nieruchomości oraz w zakresie ilości sprzedanych nieruchomości i uzyskanych z tego tytułu dochodów Skarbu Państwa.”
„W latach 2015 – 2019 do dnia kontroli zaniechano dokonania prawidłowych czynności sprawdzających celem ustalenia stanu faktycznego w zakresie niezbędnym do stwierdzenia zgodności z przedstawionymi dokumentami oraz nie wezwano podatników do udzielenia w wyznaczonym terminie niezbędnych wyjaśnień lub uzupełnienia deklaracji, wskazując przyczyny podania w wątpliwość rzetelności danych w nich zawartych.”
„W latach 2015 – 2017 zaciągnięto zobowiązania na zadania w zakresie wspierania i upowszechniania kultury fizycznej oraz wspierania i upowszechniania kultury fizycznej oraz turystyki i krajoznawstwa, z terminem ich realizacji wykraczającym poza rok budżetowy, bez stosownego upoważnienia Rady Miejskiej w Sosnowcu.”
„Do dnia zakończenia kontroli, zaniechano określenia w formie pisemnej szczegółowości rozliczenia wykorzystania dotacji celowych przekazywanych w latach 2016 – 2018 z budżetu Miasta Sosnowca samorządowemu zakładowi budżetowemu, tj. Miejskiemu Zakładowi Zasobów Lokalowych w Sosnowcu, zwanego dalej MZZL w Sosnowcu.”
Podobnych cytatów z trzydziesto stronicowego raportu można by zamieścić znacznie więcej, ale jedno jest pewne. W miarę upływu czasu coraz bardziej upada mit o wzorowym zarządzaniu miastem i jego sukcesach, który to mit był i jest nadal lansowany przez własne źródła propagandy Urzędu Miejskiego – oraz te liczne zaprzyjaźnione – na skalę nieznaną w dotychczasowej historii naszego miasta. O innej rzeczywistości niż ta propagandowa świadczą nie tylko niezależne rankingi miast na prawach powiatu, dane GUS, ale i ten pokontrolny raport RIO.
Dziwić może natomiast nikła aktywność radnych opozycyjnych i komisji rewizyjnej. Chyba, że szanowni radni czekają, aż zadłużenie miasta dobije do 500 mln złotych, co po zakończeniu budowy Zagłębiowskiego Parku Sportowego i innych inwestycji wcale nie jest wykluczone. Chyba, że pośród nich nie ma w ogóle osób na tyle kompetentnych, aby dociec rzeczywistego stanu zadłużenia miasta po tym jak: „Zaniechano zaliczenia do tytułów dłużnych Miasta Sosnowca, a tym samym nie wykazano jako długu w Wieloletnich Prognozach Finansowych Miasta Sosnowiec na lata: 2017 – 2040, 2018 – 2040, 2019 – 2040 ze zmianami, zobowiązania wynikającego z zawartej umowy wsparcia o terminie zapłaty dłuższym niż rok, związanym z finansowaniem przedsięwzięcia inwestycyjnego realizowanego przez Sosnowiecki Szpital Miejski sp. z o.o., wywołującego skutki podobne do umowy pożyczki lub kredytu.”- cytat z ww. wystąpienia pokontrolnego.