Source: http://absolutnienieperfekcyjna.blogspot.com/2013/
Timestamp: 2017-06-23 12:00:27
Legal References Found: art. 5

art. 13

art. 28

art. 25
 art. 1

art. 1
de lege ferenda

Document Content:
absolutnie nieperfekcyjna: 2013
O. Woźniak "Brud", czyli wszystkiego brudnego w Nowym Roku!
czasy blog wyewoluował mi z lekka w stronę ekshibicjonistyczno-patetyczną, toteż gdy chodzi o kreowanie się na niezwykle mądrą
literaturoznawczynię, rok 2013 mogę spisać na straty.
więc z okazji, że oto zamieszczam ostatni post w tymże roku, dam jeszcze raz
upust targającym mną złym skłonnościom.
jeszcze byłam grzecznym dzieckiem płci żeńskiej, przyjęłam do wiadomości, że
należy myć.
ręce, nieco rzadziej zęby i całe ciało, zaś najrzadziej podłogi (najlepiej w
sobotę).
miarę jak dorastałam, dowiedziałam się także, że warto jest dodatkowo ścierać na
mokro kurze (mniej więcej tak samo często jak podłogi), prać (teoretycznie
rzadziej, ale praktycznie częściej) oraz ogólnie utrzymywać ład i porządek
(niby wystarczy tylko dwa razy do roku, przed świętami, ale tak naprawdę jest
to proces permanentny).
ile jednak myłam grzecznie i regularnie ciało przede wszystkim z uwagi na pogłoski, jakobym brudna nigdy miała nie znaleźć męża, jak przytrafiło się to Butenkowemu
Kopciuszkowi (wiem, że to już było, także u Aine, ale tego obrazka dla
mnie nigdy dosyć!),
tyle sama nie wiem, co skłaniało mnie do regularnego dbania o czystość w
całą pewnością nie była to książka „Brud”, bowiem powstała zupełnie niedawno.
trzydziestu pięciu stronach jej twórcy – autorka tekstu Olga Woźniak i
ilustrator Patryk Mogilnicki – przedstawili szereg mrożących krew w żyłach
informacji na temat potworów czających się w otaczającym nas świecie.
Im on brudniejszy, tym więcej potworów, rzecz to jasna. Sporo
dowiemy się więc o kurzu i sposobach jego usuwania, a jeszcze więcej o brudzie
na ciele. Większość tych informacji dla dorosłego nie stanowi żadnej nowości
(może poza tą o najbrudniejszym pępku świata), ale niejednemu dziecku zmrożą
krew (miejmy nadzieję, czystą) w żyłach. Podane naukowym, ale zrozumiałym
językiem, okraszone ciekawostkami oraz nietypowymi (głównie z uwagi na
kolorystykę) ilustracjami, mogą okazać się cenniejszym wkładem w proces
uhigieniczniania małoletnich niż wielokrotne strzępienie języka przez rodzica.
O ile oczywiście czytanie książki będzie odbywać się cyklicznie i po wielekroć,
tak aby prezentowane w niej treści dobrze się utrwaliły.
swojej strony muszę jednak wyrazić ubolewanie nad pominięciem szeregu istotnych
danych dotyczących na przykład ilości i rodzaju bakterii mieszczących się w
kozach z nosa. Skoro jest o kupie, powinno być i o kozach, to oczywiste. A
przynajmniej jest takowe dla matki dwóch notorycznie dłubiących w nosie synów.
się jednak ten, kto sądzi, że ekshibicjonizm tego posta będzie sprowadzał się
do wyznań na temat rogatych zwierzątek. W zanadrzu mam bowiem dużo bardziej
mrożącą krew w żyłach historię, ujawniającą brudną stronę mojej osobowości.
gdy przed Świętami podpierałam się nosem, usiłując jednocześnie okazać się
Pracownikiem Roku (czytaj: zakończyć przed świątecznym urlopem wszystkie pilne
sprawy), wytwarzającą przedświąteczną atmosferę Matką Roku (czytaj: pieczenie
pierniczków, klejenie łańcuchów) oraz Żoną Roku (nie pytajcie), okazało się, że
nijak nie da się być jednocześnie także Perfekcyjną Panią Domu Roku. Chociaż
bowiem mąż prawie regularnie odkurza i jeszcze bardziej prawie regularnie myje
podłogi (PPD powinna do perfekcji mieć opanowane także delegowanie obowiązków), to jednak od czasu do czasu warto byłoby poodkładać na swoje miejsce
to, co przewędrowało całkiem gdzie indziej, a także pozbyć się grubej na palec szarej warstwy
kurzu, ozdabiającej wszystkie półki i stojące na nich przedmioty. Niestety, dobry wynik w tej ostatniej konkurencji uznałam za całkiem niepriorytetowy, wskutek czego nie przebrnęłam
nawet przez kwalifikacje.
nie byłoby w tym nic godnego uwagi, gdyby nie fakt, że pewnej przedświątecznej nocy zostałam świadkiem bicia rekordu temperatury własnej,
wynoszącego dotąd w moim domu 40,2°C. Gdy okazało się, że żaden środek przeciwgorączkowy nie działa na Młodszego (bo on to był tym śmiałkiem), obkładając go lodem rozejrzałam się wokół, uświadamiając sobie, że oto trzeba będzie chyba za
chwilę wezwać pogotowie. Widok nie był budujący.
tam bowiem tak:
tak, w tym łóżeczku nikt nie śpi już od dawna, ale gdzie znajdę praktyczniejszy składzik?
także tak: o nie, tego nie pokażę!
najpierw pomyślałam sobie, że ależ jak to, nie można tu wpuścić nikogo obcego,
nawet z pogotowia, bo CO SOBIE O MNIE POMYŚLĄ?!, a zaraz potem zaczęłam
intensywniej mrozić Młodszego. Jemu pomogło od razu, a mi dopiero teraz.
też niniejszym chciałabym uroczyście złożyć sobie najlepsze noworoczne
sobie, aby w Nowym Roku spłynęła na mnie mądrość bycia wyrozumiałą dla siebie
samej, połączona z umiejętnością cieszenia się z tego, że życie – choć może i
brudne – jest piękne i generalnie dobrze sobie z nim radzę!
skoro Olga Woźniak w „Brudzie” napisała, że „Na szczęście nie wszyscy dorośli lubią sprzątać. Niektórzy wolą badać
brud i zostają naukowcami”, to dodatkowo życzę sobie, abym odkryła u siebie żyłkę naukowca.
Wam również życzę tego samego, o ile już nie jesteście szczęśliwymi twórcami doktoratu z brudologii.
Woźniak „Brud”, ilustracje Patryk Mogilnicki. Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa
2012. Autor:
J.Twardowski "Święta dobrych życzeń", czyli chodź gender, niech cię uściskam
Nie roszcząc nigdy pretensji do bycia katolicką publicystką, nie mając
teologicznych aspiracji i nie dążąc do sformowania równiutkiego rządku
blogowych dusz, nie przypuszczałam, że kiedykolwiek inspiracją do napisania
posta stanie się dla mnie list pasterski Konferencji Episkopatu Polski (w
skrócie: KEP) skrzyżowany z twórczością księdza Jana Twardowskiego. A
jednak. Są na tej ziemi rzeczy, o których nie śniło się momartom, KEP-om i
najtęższym filozofom.
– w wersji drugiej, uładzonej – przeczytałam zawczasu z uwagą i ze
zrozumieniem. Moim
zdaniem, wnioski płyną z niego dwa.
pierwszy i podstawowy: członkowie KEP nie odrobili lekcji i nie rozumieją tego,
co podpisali. Nie rozumieją tak bardzo, że nie potrafią wyłapać w tekście
oczywistych sprzeczności. W jednym zdaniu zapewniają bowiem, że dyskryminacja
ze względu na płeć to samo zło, po czym w drugim porównują gender do
wszystkiego co najgorsze, poczynając od marksizmu, przez niektóre ruchy
feministyczne, aż do rewolucji seksualnej. Absolutnie i ani trochę nie pojmują
przy tym najwyraźniej, że jedno wiąże się z drugim, przy czym nie chodzi tu
wcale o to, że to przez ten straszny gender na świecie występuje
jednak pierwszy akapit tego posta brzmiał jak brzmiał, bez dalszego wymądrzania
się przejdę czym prędzej do wniosku drugiego.
się z książką. Do tego dla dzieci.
ubiegłorocznej karencji postanowiłam bowiem w tegorocznym Adwencie wrócić do
pomysłu czytania dzieciom książki o tematyce choćby lekko religijnej,
pomagającej w przypomnieniu pierwotnego sensu Świąt Bożego Narodzenia.
na dzieło firmowane nazwiskiem księdza Jana Twardowskiego, które okazało się
być kompilacją tekstów pochodzących z jego kazań dla dzieci, wygłaszanych przez
szereg lat w Warszawie w kościele Sióstr Wizytek. Najstarsze z nich pochodzą z
roku 1962, zaś najnowsze – z 2002, co stanowi całą epokę i co – niestety –
które miałam w rękach („drugie, zmienione, poszerzone”) grzeszy bowiem objętością
i nadmiarem powtórzeń. Z księdzem Twardowskim wędrujemy niby tylko przez
kościelny czas Adwentu i Bożego Narodzenia, aż do święta Trzech Króli,
jednak po drodze zahaczamy o zbyt wiele „pasujących” wątków i zbyt często
wracamy do tych samych pomysłów, by nie znudzić się lekturą. I o ile takie
powtórzenia można by wybaczyć samemu księdzu Twardowskiemu, który kierował
swoje teksty do czterdziestu kolejnych roczników odbiorców, co roku nowych, o
tyle od trzymającej żelazną ręką prawa do spuścizny po księdzu Aleksandrze Iwanowskiej należałoby spodziewać się czegoś więcej.
strach pomyśleć, jak będzie wyglądało wydanie trzecie, skoro drugie w
porównaniu z pierwszym powiększono o szesnaście nowych tekstów. Ja w każdym
razie boję się tak bardzo, że na pewno tego nie sprawdzę.
chodzi natomiast o meritum, to – niezależnie od tego, że dzięki tej książce w ładny i bardzo
prosty, by nie powiedzieć prościutki, sposób przypomnieliśmy sobie parę ważnych prawd – pierwszoplanową bohaterką okazała się nieadekwatność i anachroniczność sporej części przekazu.
wypisz, wymaluj, jak z listu KEP-u.
z rozdziałów poświęcony jest bowiem świętemu Szczepanowi, oficjalnie
ogłoszonemu przez Kościół pierwszym męczennikiem (domyślam się, że tekst
pochodzi z kazania wygłoszonego 26 grudnia). O świętym Szczepanie nie znajdziemy
tam jednak wiele; osią historii jest odpowiedź na postawione na wstępie
pytanie: „Kto jest pierwszym męczennikiem w domu?”
szczerze. Nie wiem kto – po zapoznaniu się z odpowiedzią – zdębiał bardziej: ja
czy moje dzieci, ale stawiam, że raczej one.
Twardowski wyjaśnia bowiem, że prawidłowa odpowiedź brzmi: „mamusia”,
po czym szczegółowo uzasadnia:
„Budzi się rano, żeby przygotować
śniadanie, ustawić wszystko na stole, zaparzyć kawę.” -
„Potem troszczy się o obiad.”
„Dźwiga torby z kartoflami, marchwią,
kapustą, jabłkami i innymi owocami.”
„Mamusia gotuje, zmywa, pierze, szoruje,
zamiata.” Być
może powodem zdębienia było to, że w naszym domu przygotowywanie śniadania
należy do obowiązków tatusia.
może również i to, że także obiady zazwyczaj gotuje tatuś, a jedynie niekiedy
mamusia (w zasadzie należałoby też wspomnieć o przedszkolnym panu kucharzu i
szkolnych paniach kucharkach, którzy żywią nasze dzieci przez pięć dni w każdym cudownym
tygodniu w ciągu roku szkolnego).
można też wykluczyć, że doszło do zderzenia z przyjmowanym dotąd przez moje
dzieci za oczywisty poglądem, że mamusia owszem, robi zakupy, ale nie może dźwigać
ciężkich siat, a powinna każdorazowo zaprząc do tej roboty jakiegokolwiek
mężczyznę, który ma więcej niż trzy lata.
wspomnę również o tym, że akurat ta mamusia, którą mam na myśli, dysponuje
pisemnym zaleceniem lekarskim, na którym drukowanymi literami wypisany jest
zakaz zbliżania się do odkurzacza i mopa na odległość mniejszą niż metr.
„Jakaś głupia ta książka, mamo.” – wyznał
szczerze Starszy i nijak nie mogłam odmówić mu racji.
też na szczęście już sama doczytałam końcowy fragment rozdziału, w którym – w
jednym akapicie – dodano, że „męczennikiem
w domu jest też tatuś”, po czym wyjaśniono, że chodzi o to, że „stale go męczą, by kupił lepszy samochód, by
zabrał do kina. Wrócił z pracy chory, a i tak go męczą.”
ujmując nic księdzu Twardowskiemu, do którego poezji ciągle żywię sporo
sympatii, myślę, że to dobrze, że jego czasy, w których za oczywisty uznawano
taki tok myślenia, odchodzą bezpowrotnie.
tylko, że tak pomału, skoro w roku 2013 ktoś wydał książkę zawierającą takie
treści (pojawiają się one jeszcze parę razy, w innych miejscach).
I w ten to sposób koniecznym w tym miejscu stało się wyjawienie drugiego z wysnutych przeze mnie wniosków.
by to nie bluźnierczo zabrzmiało (osobiście wierzę w inteligentnego Boga, niech
się martwią ci, którzy wierzą w innego): dzięki Ci, Panie, za gender!
Jan Twardowski „Święta dobrych życzeń”, ilustracje Marcin Strzembosz.
Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2013. Autor:
NIezdrowo gorąco, czyli pięć razy życzenia
pokazuje, że ponoć zima i ponoć zaraz Święta.
Termometry – ten zewnętrzny, i ten wewnętrzny – pokazują jednak coś zupełnie innego.
zewnątrz pojawiają się bowiem pierwsze pączki i zdziwione tulipany.
szaleją zaś wirusy, wytwarzając – specjalnie dla moich dzieci – czterdziestostopniową temperaturę.
zasadzie nie wiadomo więc, dlaczego przydźwigaliśmy do domu choinkę zamiast
palmy. Nie jest też jeszcze do końca jasne, komu, kiedy i w jakim stanie uda
się pod nią podczołgać; pewne jest jednak, że droga tej osoby będzie znaczona
śladami kataru, a niepohamowane napady kaszlu na bieżąco będą wskazywać jej aktualne miejsce położenia.
katarem czy bez, świąteczna tradycja nakazuje, by złożyć życzenia.
ściąga, dla tych, którzy zawsze mają problem, czego by tu życzyć innym (ściąga pochodzi z książki „Dzień dobry”, napisanej przez Wandę Chotomską, a
zilustrowanej przez Bohdana Butenko):
teraz twórczość własna, luźno inspirowana rymami wprost z Częstochowy i
sponsorowana przez gorączkę:
książek jest na świecie,
ciastek w święta zjecie,
w karpiu będzie ości,
życzę Wam miłości!
Prezenty dla każdego, czyli o przedświątecznym (bez)sensie
Od paru dni przeżywam
jak na razie przygotowuję się do świąt w sposób raczej umiarkowanie
zaawansowany (kolejny raz powtarza ta się ta sama śpiewka: „jeśli chcesz wziąć
urlop dzień przed świętami oraz po nich, musisz najpierw na to bardzo ciężko
zapracować”), tym niemniej nawet ja nie jestem w stanie ignorować dobiegających
zewsząd sygnałów.
nic to, że wskazują one raczej na to, iż oto zbliżamy się
do szczytowego momentu obchodów Dnia Wielkiego Konsumenta niż do czegoś, co
kiedyś, bardzo dawno temu, zrodziło się na podłożu religijnym. Sygnał to
sygnał, trzeba przynajmniej drgnąć.
więc za każdym razem, ilekroć w którejś z gazet widzę wkładkę poświęconą
„najlepszym świątecznym prezentom”.
Może jestem dziwna, a może niegospodarna, jednakowoż nie tylko, że mnie na część
proponowanych prezentów nie stać (a według skali podatkowej zaliczam się podobno
do grupy najbogatszych osób w tym kraju), to jeszcze nie widzę sensu w
kupowaniu „dla niej, dla niego i dla dzieci” podarków za kilkaset lub kilka tysięcy złotych sztuka. Pomijając już moralność takiego
przedsięwzięcia, pojawia się bowiem pytanie: po co?
autorzy bezpłatnego dodatku do tygodnika „Polityka” przekonują, że „to denerwujące, gdy koleżanka ma taką samą
torebkę jak ty”, to jednak, patrząc na moją bardzo ładną skóropodobną
torebkę, nabytą w jednej z sieci obuwniczych za kilkadziesiąt złotych, nijak
nie mogę wzbudzić w sobie takiego poziomu zdenerwowania, który wywołałby u mnie
niedające się usunąć pragnienie znalezienia pod choinką wartej 420 złotych „szytej na zamówienie, unikatowej torby, a w
dodatku modnej i pojemnej”.
zaś widzę zdjęcie złotej zawieszki z cyrkoniami z informacją, że za jedyne 639
złotych wydane przez bliską mi osobę (wychodziłoby, że przez męża, z którym
mamy wspólne konto, bo bogatego kochanka, póki co, się nie dorobiłam, a
najwyraźniej powinnam) mogłabym podziwiać jak „światło odbija się we wnętrzu kamienia i powraca w postaci licznych
wiązek, iskrząc się i błyszcząc”, wiem, że mimo iż zapewnia się mnie, że „mało kto pozostanie obojętny na urok tego
zjawiska”, ja jestem nieczuła niczym głaz.
czasu przeczytania dodatku zadręczam się także, czy mój mąż nie obrazi się na
świętego Mikołaja, gdy nie znajdzie pod choinką szytej w Polsce koszuli
Agonista za jedyne 485 złotych. Jak przekonują twórcy dodatku, „mężczyzna, który ma ją na sobie, mówi (…)
światu: „Jestem pozytywny, przedsiębiorczy, świadomy własnej wartości i siły.
Nie jestem uprzedzony, raczej otwarty i wolny od stereotypów. Mam pasję. Nie
boję się zmian”.
I jak on ma żyć, nie mając takiej koszuli, jak żyć?
muszę wyznać, że czuję się nieswojo, że – mając na stanie ośmiolatka – nie
doszłam nawet do sugerowanego przez twórców dodatku etapu „pierwszego tabletu
dla dziecka”. Wystarczyło bowiem wydać 520 złotych, by maluszek mógł cieszyć
się „udanym, markowym i niedrogim”
tabletem „z 7-calowym ekranem oraz kamerami
z przodu i tyłu (…), który bez zadyszki uruchomi filmy, gry, programy
edukacyjne i zamruczy czysto kołysankę przez głośniczki Beats Audio”. Aż
boję się pomyśleć, co wyrośnie z mojego dziecka, któremu kołysanki mruczeli
wyłącznie rodzice, przy czym nie zawsze czysto i rzadko w stereo.
jednak o dysonansie poznawczym.
pierwsze, można było go odczuć już przeglądając listy potrzeb rodzin, którym
pomagano w ramach akcji „Szlachetna paczka”. Może gdyby takie listy zawczasu
rozesłać po redakcjach „opiniotwórczych” gazet, choć kilka zawstydziłoby się i
dałoby spokój z drukowaniem takich głupot, jak te wyżej przytoczone.
osób aktywnie zaangażowanych w tegoroczną „Szlachetną paczkę” wiem ponadto, że w mojej
okolicy co najmniej kilku darczyńców okazało się umiarkowanie szlachetnych (co wyszło na jaw gdy rozpakowano dostarczone przez nich w glorii chwały prezenty, dla których bardziej adekwatną nazwą byłyby jednak "ochłapy"). Być
może stało się tak dlatego, że po tym, jak już, z przywołanym poradnikiem w ręku, zakupili wszystkie niezbędne prezenty dla najbliższych, postanowili jednak zaoszczędzić, wobec czego dokonali cięć w puli „na
dobroczynność”.
drugie, w piątek otwierano w moim mieście czwarty kolejny dyskont spożywczy jednej
z dwóch najpopularniejszych w Polsce marek (oprócz tego są jeszcze dwa inne,
innych marek). Kiedy przejeżdżałam obok o godzinie ósmej rano, przed wejściem
stał zbity tłum, a samochody klientów nie tylko, że zajmowały cały, dość duży,
parking sklepowy, to jeszcze stały we wszystkich możliwych (i niemożliwych
także) do zaparkowania miejscach w promieniu 50 metrów. Nie wiem, czy
tego dnia do zakupów dodawano gratisowe baloniki czy też stwarzano możliwość
kupienia pomidorów za pół ceny, jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że powinnam
się zdecydować na którąś z opcji:
albo jesteśmy bardzo bogatym społeczeństwem, któremu poprzewracało się w
głowach,
albo jesteśmy bardzo biednym społeczeństwem, które dla zaoszczędzenia paru złotych
gotowe jest stoczyć bój w kłębiącym się tłumie.
jednak od tego czy za prawidłową uznamy pierwszą czy drugą odpowiedź, myślę że
największe zyski społeczne przyniosłoby zlikwidowanie świąt. Autor:
"Wszyscy ludzie rodzą się wolni", czyli Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka
poddania się impulsowi i zamieszczenia ledwie wczoraj poprzedniego,
nieplanowanego wpisu, aktualny post – zaplanowany już wcześniej – umieści mnie niewątpliwie
w grupie tych, których kryzys blogerski się nie ima, a płodność pisarska budzi
wszak nie poradzę na to, że Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka przypada 10, a nie 11 czy 12 grudnia.
zasadzie dobrze się jednak złożyło, bowiem prawa człowieka nierozerwalnie wiążą
się z tematyką poruszoną w poprzednim poście i tym, o czym rozmawialiśmy w
komentarzach (zwłaszcza z uważną Anonimową czytelniczką, dziękuję!). Dlatego będzie znów nieco patetycznie.
Za znakomite wprowadzenie niech posłuży cytat z wypowiedzi Eleonory Roosevelt, przywołanej
w przedmowie do książki, o której będzie dzisiaj.
o to, gdzie zaczynają się powszechne prawa człowieka, pani Roosevelt
„Niedaleko domu – tak blisko, że nie widać
tego na żadnej mapie świata. Jest to świat pojedynczego człowieka, okolica w
której mieszka; szkoła czy uniwersytet, na który uczęszcza; fabryka,
gospodarstwo czy biuro, w którym pracuje. W takich miejscach każdy mężczyzna,
każda kobieta i dziecko potrzebują równych praw, równych szans i godnego życia
bez dyskryminacji. Jeżeli prawa człowieka nie będą tam respektowane, nie będą
też miały znaczenia nigdzie indziej. Bez troski obywateli o ochronę praw
człowieka w najbliższym otoczeniu, daremnie będziemy oczekiwać postępu w skali
globalnej.”
ukrywam, że takie podejście jest mi bardzo bliskie.
bowiem wrażenie, że jeśli odpuścimy sobie walkę o to, aby w naszym najbliższym
otoczeniu poziom przestrzegania praw człowieka był jak najwyższy, nieprędko
uda się realnie poprawić warunki bytowania tych, którzy żyją znacznie dalej
niż my. Skupieni na własnych problemach, może mniej dramatycznych niż te, z
którymi borykają się ludzie po drugiej stronie globu, ale ciągle jeszcze często
sprowadzających się do prostych pytań o to, za co i jak przeżyć, jak nie
stracić resztek godności, z trudem przyjmujemy do wiadomości, że i my
możemy, a nawet powinniśmy komuś pomóc.
A kiedy widzę z jakim trudem przychodzi żyjącym w Polsce dorosłym,
pozornie wykształconym ludziom wprowadzanie standardów, które w innych krajach
od dawna wydają się oczywistością (wystarczy zerknąć na przygotowany z okazji
dzisiejszego dnia raport polskiej Rzecznik Praw Obywatelskich i ranking problemów, które stanowią jej zdaniem aktualnie największe zagrożenie z punktu widzenia przestrzegania praw człowieka i obywatela w naszym kraju), jestem
pewna, że trzeba zaczynać jak najwcześniej. Sama nie dalej jak w ubiegłym
tygodniu znalazłam się bowiem w sytuacji, w której okazało się, że moja
światłość nie jest wcale taka świetlista jak mi się wydawało, gdyż gdzieś z
tyłu mojej głowy chichoczą poglądy, których mogę się tylko wstydzić.
będziemy tłukli dzieciom do głów, że są pewne rzeczy, z którymi się nie
dyskutuje, takie jak prawo do życia, wolności, bezpieczeństwa, równości – DLA
WSZYSTKICH, może za dwadzieścia lat będzie choć trochę lepiej. A za kolejnych
dwadzieścia - jeszcze lepiej. Moim
skromnym zdaniem nie zaszkodziłoby, gdyby wydana dzięki inicjatywie Amnesty
International ilustrowana Powszechna Deklaracja Praw Człowieka (w Polsce pod
tytułem „Wszyscy ludzie rodzą się równi”) była obowiązkową lekturą w szkole
podstawowej. Lektura
samego tekstu Deklaracji nie sprawia bowiem zazwyczaj nadmiernej przyjemności
(a wiem co mówię, gdyż od pewnego czasu dzięki Radzie Europy zgłębiam sprowadzającą
się w zasadzie do tego samego, tyle że europejską Konwencję o Ochronie Praw
Człowieka i Podstawowych Wolności). Śmiem nawet twierdzić, że wielkość
populacji, której kiedykolwiek udało się ze zrozumieniem przeczytać wszystkie
trzydzieści artykułów można określić w promilach (albo nawet w promilach
promili).
tego właśnie powodu „Wszyscy ludzie rodzą się równi” uważam za strzał w
dziesiątkę. Z
okazji 60 rocznicy powstania Deklaracji (która przypadała w roku 2008) Amnesty
International poprosiła znanych artystów o zilustrowanie każdego z trzydziestu postanowień
tego aktu prawnego.
prace bardzo różne, tak jak różni są owi artyści.
Niestety, większości z nich
nie znam (do tej pory, o ile dobrze kojarzę, zetknęłam się z
ilustracjami tylko dwóch z nich: Niemca Axela Schefflera, który przepięknie
narysował Gruffalo oraz Anglika Chrisa Riddella, który zilustrował chociażby
wydaną u nas dosłownie przed chwilą książkę Neila Gaimana „Na szczęście mleko”)
i – także niestety – nie ma wśród nich żadnego Polaka czy Polki.
Wspólnym
mianownikiem każdej ilustracji jest prostota, która pozwala nie zgubić
Jedni stworzyli przy tym kolorowe rysunki, pełne detali:
(widoczny na obrazku pomnik przedstawia Nelsona Mandelę, którego pogrzeb odbył się dzisiaj)art. 3, ilustr. Nicky Daly (RPA)
Inni wybrali wersję prostą,
w plakatowy sposób dosadną:
art. 5, ilustr. Jane Ray (Wielka Brytania)
Niektóre ilustracje są
bardzo artystyczne:
art. 13, ilustr. Alan Lee (Wielka Brytania)
Inne mniej, za to bardziej
art. 28, ilustr. Chris Riddel (Wielka Brytania)
choć wątpliwości może budzić gust osoby odpowiedzialnej za wybór czcionek,
którymi wypisano streszczenia poszczególnych norm,
art. 25, ilustr. Brita Granström
pewnym jest, że jeśli nasze dzieci za oczywistość uznają treść przepisu art. 1
Deklaracji, zgodnie z którym „wszyscy
ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw. Są oni
obdarzeni rozumem i sumieniem i powinni postępować wobec innych w duchu
braterstwa”, będą miały spore szanse, by stać się lepszymi od nas ludźmi.
art. 1, ilustr. John Burningham (Wielka Brytania)
ludzie rodzą się wolni. Ilustrowana Powszechna Deklaracja Praw Człowieka”, wprowadzenie Lecha Wałęsy, tłumaczenie Agnieszka Szymczak. Wydawnictwo Arkady we współpracy z Amnesty International, Warszawa 2009. Autor:
W. Tochman "Eli, Eli", czyli dalej jest gorzej, ale blisko też nie najlepiej
z rzeczy, którą lubię najbardziej zarówno w czytaniu książek, jak i pisaniu bloga, jest
nieprzewidywalność. Moje
codzienne życie w zasadzie – z małymi wyjątkami – bywa porządne i
poukładane; mniej więcej wiem, co będzie się w nim działo za tydzień czy miesiąc.
na razie nie potrafię jednak przewidzieć tego, co będę za tydzień czytać, ani
tego o czym zechcę napisać.
książki Wojciecha Tochmana nie planowałam czytać. W dużej mierze było to spowodowane
wrażeniami ze spotkania z tym autorem, podczas którego nieco zraziła mnie
przybrana przez niego poza. Nie przepadam za osobami sprawiającymi wrażenie, że
patrzą na wszystkich rozmówców z góry. I nawet jeśli wiem, że to raczej
nieprawda (a sądzę, że tak jest w przypadku Tochmana), to trudno wykrzesać z siebie
więcej niż tylko odrobinę sympatii.
jednak stało się tak, że niespodziewanie, pod wpływem impulsu, przeczytałam
„Eli, Eli”, nie wydawało mi się, abym mogła o tej lekturze cokolwiek w
najbliższym czasie napisać. Niekompatybilność tej pozycji z choinkami, bombkami
i Mikołajami wydaje się bowiem być aż nadto wyraźna.
okazało się, że jest zupełnie inaczej.
„Eli,
Eli” z estetycznego punktu widzenia znakomicie nadaje się na prezent
gwiazdkowy. To
książka pięknie wydana, z przemyślaną kompozycją i cudownymi, artystycznymi
zdjęciami. Gdy dodać do tego nietypowy format i wysoką jakość papieru, aż żal nie położyć jej pod choinką.
zasadzie zresztą, przeglądając ją pobieżnie w księgarni, można nie zorientować się, że
to o filipińskich slumsach i ich mieszkańcach. O potwornej, w zasadzie
niewyobrażalnej dla nas nędzy, ludzkim okrucieństwie i bezduszności. O
nieszczęściu i braku perspektyw. O cierpieniu.
każdy, w tym i ja, zrozumie dlaczego powinien interesować się tym, co na co dzień dzieje się w Filipinach. Zwłaszcza, że liczba ludzkich tragedii w Polsce ciągle wydaje się
być wysoka.
dlaczego tym tematem zainteresowali się i Tochman, i Wełnicki (autor zdjęć);
zostało to dokładnie wyjaśnione w ostatnim rozdziale i w dołączonych
„podziękowaniach”. Dalej jednak nie wiem, czy i po co i ja muszę to wszystko
żałuję, że przeczytałam tę książkę, ale trochę dziwię się, że tak mało mnie
obeszły opisane w niej historie.
każda z nich jest niezwykle dramatyczna. Wstrząsająca. Każdy
rozdział opowiada inną historię. Punktem wyjścia jest za każdym razem zdjęcie. Najbardziej
spektakularna historia to opowieść o „dziewczynie z perłą”, Josephine, chorej
na rzadką i nieuleczalną chorobę skóry.
Bohaterami innego rozdziału jest dwójka żyjących w szafie malutkich dzieci, które –
gdyby nie pojawiły się na drodze twórców tej historii – być może dziś już by nie żyły.
się też opowieść grozy, o ludziach żyjących na cmentarzach.
i o bezmyślnych zachodnich turystach, wybierających się do slumsów na rodzaj
safari, i o wykorzystujących ich głupotę tubylcach.
o tym, jak ciężko jest w filipińskich slumsach zarobić tyle, ile w Polsce uznalibyśmy za marne grosze, a co tam stanowi kwotę pozwalającą na przeżycie.
miejsca zajmuje jednak opis beznadziei. I widmo wszechobecnej śmierci.
opowiada o wszystkim pozornie beznamiętnie, nie ukrywając swojej pozycji piszącego książkę reportera z dalekiego kraju.
Przez pierwszych kilka rozdziałów nie zachęca to do lektury. Autor stosuje
bowiem dość tanie chwyty, kontrastuje historie w sposób, który daje wrażenie
moralizatorstwa.
między naszym a tamtym światem jest olbrzymia. Jeśli jednak w przypadku Chin
czy chociażby Bangladeszu, mogę wykrzesać z siebie rodzaj poczucia winy,
chociażby z uwagi na kupowanie taniej odzieży i napędzanie koniunktury na
towary produkowane przez bezwzględne zachodnie koncerny, o tyle z Filipinami idzie mi znacznie gorzej.
nie podróżuję bowiem w tamte strony, nie zatrzymuję się w luksusowych hotelach,
że o nieuprawianiu seksturystyki nie wspomnę.
że na świecie jest mnóstwo miejsc, w których jest bardzo źle, ale na co dzień
widuję za dużo potwornej polskiej biedy i okropnych ludzkich nieszczęść, które
dzieją się na wyciągnięcie ręki, aby wzruszać się wystylizowanymi historiami o
jeszcze gorszych nieszczęściach w jeszcze czarniejszych miejscach. Nawet jeśli
są znakomicie napisane.
choć mniej więcej w połowie tej, dość krótkiej, opowieści, zrozumiałam (tak mi
się przynajmniej wydaje) cel przyjęcia przez Tochmana takiej, a nie innej maniery
pisarskiej, to jednak nie zaczęłam dzięki temu bardziej współodczuwać.
to mój defekt, może brak wrażliwości, a może nic w tym złego. Jedni spełniają
się globalnie, inni zaś lokalnie.
jednak, teraz, tuż przed Świętami, dostrzegłam jedną ważną rzecz, o której
pisze Tochman.
Hipokryzję
pomagających.
jest sztuką rzucić dolara na ulicy, albo dać banana głodnemu dziecku (które za
chwilę może umrzeć wskutek zadławienia się nim), po czym odwrócić się na pięcie
i odejść w glorii wielkiego dobroczyńcy.
też trzeba umieć, a przede wszystkim trzeba robić to z pokorą.
nie kryje zresztą, że sam nie okazał się mistrzem w tej dyscyplinie. W książce
napisał o tym w sposób, który jednak trochę mnie zirytował, może przez to, że
nie do końca zaakceptowałam wspominaną wyżej manierę. Na szczęście przeczytałam także rozmowę z nim, zamieszczoną w 41 numerze tegorocznych „Wysokich obcasów”, a przeprowadzoną przez Dorotę Wodecką, w której mówił o tym w
sposób dużo bardziej dla czytelnika strawny, gdyż niewystylizowany.
A napisałam dziś post o tej książce dlatego, że wczoraj pewna daleka znajoma, pracująca dla dużej korporacji, otrzymała od
swojej szefowej maila.
wiadomości zawarta była informacja o tym, że otóż – chwalmy Pana! – zarząd
korporacji, której ma zaszczyt być trybikiem, postanowił przed świętami pomóc
wybranej przez siebie ubogiej rodzinie. Ze strony zarządu pomoc sprowadza się
do rzucenia szczytnego hasła oraz zarządzenia wśród trybików obligatoryjnego uczestnictwa w
zbiórce pieniędzy. Wszystko podlane świątecznym sosem, pełnym
haseł o miłości bliźniego.
znajoma pracuje dla tej korporacji od kilku lat, ciągle na podstawie kolejnych umów zlecenia,
zarabiając aktualnie niewiele ponad tysiąc złotych miesięcznie, a wykonując w zasadzie pracę na pełen etat. Jej sytuacja rodzinna i życiowa
jest trudna, by nie powiedzieć, dramatyczna.
trzeba jechać do Filipin, by zrozumieć, że ten świat nie jest najlepszym z
możliwych.
Tochman „Eli, Eli”, fotografie Grzegorz Wełnicki. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec
2013. Autor:
Gdzie Mikołaj z Ksawerym się biją, tam DPS w Niegowie może skorzystać, czyli Robótka 2013
dniu, w którym wszystkie oczy zwrócone są ku niebu, a czai się w nich lęk o to,
kto wyjdzie zwycięsko ze śmiertelnego pojedynku: Mikołaj (święty) czy Ksawery
(orkan), warto pomyśleć o kimś innym niż tylko o sobie.
nawet jeśli rano okaże się, że wygrał Ksawery, wskutek czego nietknięte ciasteczka nadal tkwią na
talerzykach, na których dziecięce rączki położyły je wieczorem, a pod
poduszkami tylko pustka, nie musi być to powodem do smutku.
nie zapomnieć o tym, że grudzień to dopiero od niedawna czas zaciągania
świątecznych pożyczek i wydawania bajońskich sum na coraz to bardziej wymyślne
i drogie prezenty, natomiast znacznie dłuższą tradycję ma wykorzystywanie
długich grudniowych wieczorów na robienie czegoś przyjemnego. Dla siebie i dla
wspólnie upiec ciasteczka i poczęstować nimi Mikołaja, Ksawerego lub sąsiada.
posiedzieć z dziećmi lub znajomymi przy stole w kuchni lub gdziekolwiek bądź i porozmawiać, chrupiąc orzechy albo klejąc
świąteczne łańcuchy.
Można też zastanowić się nad tym, czy możemy sprawić komuś w jakiś sposób radość.
razie braku pomysłów na to jak to zrobić, podsuwam ten oto:
kliknąć TUTAJ, przeczytać w czym rzecz, a potem czym prędzej kupić lub zrobić kartkę
świąteczną, wypisać na niej serdeczne życzenia i wysłać.
tyle. Radości będzie znacznie więcej.
– Kaczka i Bebeluszek – od czterech lat wykonują naprawdę fantastyczną robotę,
czy raczej Robótkę. Ciągle potrzebne są jednak nowe ręce do pracy.
zachęty mogę jedynie dodać, że właśnie dziś święty Mikołaj w przebraniu
listonosza nieoczekiwanie dostarczył nam wspaniały prezent prosto z Niegowa.
wiem, czy bardziej podoba nam się przepiękny kalendarz, czy kartka z życzeniami.
Pozornie zwykła, wydrukowana na drukarce, jednak gdy się jej przyjrzeć, okaże
się, że ktoś – specjalnie dla nas – własnoręcznie pokolorował obrazek.
te pięć minut, które ktoś znalazł i przeznaczył tylko dla nas, jest
niespodziewanym i bardzo wzruszającym prezentem. Wypisanie
i wysłanie kartki do Niegowa też nie zajmie więcej niż pięć minut. Radość
będzie jednak trwała znacznie dłużej.
A.H.Janowska "Wariacje jesienne", czyli grudniowi na przekór
zasadzie to głupio, żeby na początku grudnia, gdy wystawy sklepowe skrzą się
już od starannie wystylizowanych choinek, a zewsząd słychać dźwięki
anglojęzycznych świątecznych piosenek, pisać o książce, która w tytule ma
przymiotnik „jesienne”.
drugiej jednak strony, gdy wyjrzeć przez okno, jasno (choć dziś to akurat
ciemno) widać, że pogoda zdecydowanie jesienna, nie zaś zimowa. Dżdżyście, wietrznie
i szaro, brr!
takie dni książka Anity Janowskiej nada się jak znalazł. Opowieść snuta z
perspektywy bohaterów znajdujących się w jesieni swego życia jest bowiem
zasadniczo pogodna, momentami zabawna, chwilami ironiczna, a tylko niekiedy
trochę smutna.
powieść z kluczem, gdyż większość pojawiających się w niej postaci ma swoje pierwowzory
wśród faktycznie żyjących kiedyś, a niekiedy i nadal, osób. Podejrzewam, że
ktokolwiek nieco lepiej ode mnie zorientowany nie będzie miał większych
problemów, by odgadnąć kto jest kim. Tu co
nieco podpowiada sama autorka, jednak tak naprawdę znajomość nazwisk i faktów nie jest
moim zdaniem niezbędna do tego, by cieszyć się lekturą. Można
potraktować tę historię, pełną różnorakich wątków, wtrętów, postaci,
powracających niczym w prawdziwych muzycznych wariacjach, jako opowieść o
miłości w wieku dojrzałym. Gdy bohaterowie nie tylko, że dawno mają już za sobą
pierwsze kroki w chmurach, ale i są już niekiedy na tyle boleśnie doświadczeni,
że już nigdy więcej nie powinni chcieć błąkać się gdziekolwiek ponad ziemią. Niejeden
młody człowiek odkryje być może po tej lekturze ze zdumieniem, że takie miłości
wcale nie są w niczym gorsze od romantycznych uniesień dwudziestolatków o
gładkich twarzach. Nie ulega jednak
wątpliwości, że im człowiek starszy, tym droga, którą musi pokonać, by dać
szansę miłości, coraz bardziej kręta. Bo choć nasza wiedza o niej wraz z
wiekiem staje się coraz pełniejsza, to jednak coraz trudniej jest odrzucić cały
bagaż przeżyć i dać się ponieść, bez oglądania się za siebie oraz na boki.
także skupić się na tym, że to powieść o literatach, wiodących spokojne życie w
Domu Pracy Twórczej w Oborach. Pojawi się więc wiele erudycyjnych wzmianek,
błyskotliwych myśli czy literackich tropów.
mnie, osoby, która żyje w zupełnie innym świecie, w wiecznym rozkroku i pogoni
za uciekającym czasem, uderzające było całkowite oderwanie bohaterów powieści
Janowskiej od takiej jak moja rzeczywistości. Wydają się bowiem być zawieszeni
poza czasem i oderwani od jakichkolwiek trosk (poza zdrowotnymi).
wychodzi im to na dobre? Jedna z bohaterek zauważa ironicznie, że są „atrapami uczuciowymi”, gdyż żyją dla
obserwacji i są tak naprawdę złodziejami, którzy okradają „bliźniego: z ważnych sytuacji jego życia, z jego wzruszeń, z jego słów.
A czy złodziej może szczerze kochać kogoś, kogo okrada?”
przypomniała się natomiast zamieszczona w 42 numerze tegorocznego Newsweeka
rozmowa z Joanną Bator, która – odnosząc się do życia osób ze środowiska
akademickiego – mówiła: „Mogłam żyć na
tej wyspie akademickiej i mieć w nosie, co dzieje się poza nią, lecz nie byłam
w stanie tego wytrzymać. Moi znajomi są wykształceni, mówią pięknym językiem,
słuchają wyrafinowanej muzyki i jest miło. Można zamknąć drzwi i włączyć operę
Haendla. Ale można też coś robić na małą skalę: uratować parę kotków, spędzić
parę godzin w hospicjum. Albo napisać książkę. Czy wystarczy, że piszę książki,
których bohaterka angażuje się w życie? Nie wiem.”
wiem, że opisany w książce Janowskiej świat nie jest moim światem i raczej
nigdy nim nie będzie. Zbyt wiele jest różnic między mną a jej bohaterami,
przynajmniej na tym etapie, na jakim teraz się znajduję. Nie zmienia to
jednak tego, że przyjemnie było na parę godzin wsiąknąć w całkiem inną rzeczywistość.
z drugiej strony, nie można zapomnieć o tym, że mottem swojej historii Janowska
uczyniła cytat z artykułu arcybiskupa Józefa Życińskiego „Nikodem Dyzma dla
intelektualistów”:
„…Ironizowanie, jako podstawowa forma dialogu
ze światem, może przynieść nową syntezę, w której homo sapiens i homo ludens wydadzą potomstwo w postaci osoby wesołkowatej, która chroni się przed
rozpaczą, uciekając w absurd i autoironię…”
Mam wrażenie, że gdy dogłębnie to zdanie przemyśleć, może się okazać, że łączy nas wszystkich więcej niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. Anita
Halina Janowska „Wariacje jesienne”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011. Autor:
zakładał, że w listopadzie będę cyklicznie pisać o śmierci w książkach dla
dzieci oraz o potworach i strachach. Lubię
mieszać szyki planom.
poza tym listopad okazał się być wyjątkowo i złośliwie krótki, za to przerażająco napięty.
planowi nie było bardzo smutno, postanowiłam zamknąć chociaż cykl śmiertelny.
Postraszyć się wszak zdążymy, wieczory jeszcze długo będą czarne.
śmierci u mnie do tej pory było obrazkowo, dziadkowo i przyrodniczo. W zasadzie
warto byłoby się jednak dowiedzieć o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.
z trzech książek, o których napiszę nie jest moim zdaniem przeznaczona dla
dzieci, które właśnie doświadczyły śmierci. Dla dorosłych zresztą też nie.
Kiedy niedawno wróciłam z pogrzebu bliskiej mi osoby, wzięłam do ręki „Niebo”
Gilberta. Nie miałam wtedy ochoty czytać o fizjologii śmierci, o tym co dzieje
się z ciałem i jak w różnych kulturach celebruje się czyjeś odejście. W
odróżnieniu od dzieci znam odpowiedzi na większość prostych pytań, niekiedy aż
za dobrze, co nie znaczy, że w takich sytuacjach mam ochotę czynić z tej wiedzy
z trzech książek, które trafiły w moje ręce jest nieco inna.
„O Grzesiu, chłopczyku, który nie przestawał zadawać pytań”, traktuje o śmierci
jako tylko o jednym z wielu poruszanych problemów. Pomiędzy odpowiedzią na
pytanie o to „dlaczego trzeba chodzić o przedszkola?” i „gdzie byłem, kiedy
mnie nie było?”, autorzy próbują bowiem wytłumaczyć i to, „co to jest śmierć?”.
To raczej tylko muśnięcie tematu, bez szerszego rozwinięcia, ale na początek,
zwłaszcza dla młodszych dzieci, znakomicie moim zdaniem się nada.
pozostałe to pozycje prosto ze Szwecji, napisane i zilustrowane przez osoby
całkowicie pozbawione kompleksów. Do tej pory wydawało mi się, że ten kto
bazgrze jak kura pazurem (ja! ja!) powinien unikać pokazywania swoich rękodzieł
osobom trzecim. Zdaje się jednak, że jest to pogląd niesłuszny, bo chyba –
sądząc po sukcesie obu pozycji - można na tym sporo zarobić.
bowiem Jonathan Lindström, jak i Pernilla Stalfelt rysują moim zdaniem fatalnie
(gdyby któreś z nich miało wygrać w konkursie na najgorszego rysownika,
postawiłabym na Stalfelt), za to dosadnie.
próbka możliwości pani Stalfelt:
zaś pana Lindströma:
chodzi jednak o udzielanie odpowiedzi na różne nurtujące dzieci pytania, oboje
ile Stalfelt skupia się bardziej na kwestiach prozaicznych, takich jak
sam proces umierania oraz obrzędy i zwyczaje związane z pochówkiem, o tyle
Lindström więcej miejsca poświęca na rozważania naukowo-filozoficzno-religijne.
Stalfelt jest przy tym lakoniczna i politycznie poprawna, natomiast Lindström stara się ukazać całą złożoność
problemu, wielokrotnie podkreślając ludzką bezradność w podejmowanych próbach
wyjaśniania fenomenu śmierci i narodzin. Jeśli
kogoś oburza to, że dzieciom ośmio-dziesięcioletnim (bo taki chyba jest
właściwy krąg adresatów obu tych książek), chowanym w kraju, w którym
dominującym wyznaniem jest wyznanie rzymskokatolickie, podsuwa się pozycje, w
których poddaje się w wątpliwość to, czy aby na pewno człowiek jest obdarzony
nieśmiertelną duszą, na pewno nie powinien sięgać po żadną z tych
jednak, którzy dostrzegają, że żyjemy w świecie, w którym coraz więcej osób
wierzy w nic, a w każdym razie mocno wątpi, nie powinni się bać,
zwłaszcza książki Lindströma. Pisze on bowiem z dużym taktem i wyczuciem,
a z każdego napisanego przez niego słowa bije szacunek do drugiej osoby i jej poglądów. Z takim podejściem mamy zaś do czynienia zdecydowanie za rzadko, być może dlatego tolerancja nie jest naszą najsilniejszą stroną.
o ile nie jestem pewna czy sięgnę po kolejne pozycje napisane przez Stalfelt, wydawane
u nas w serii „Mała książka o…” (nie pociąga mnie zwłaszcza ta o kupie), o tyle
kupiłam już dwie pozostałe wydane w Polsce książki dla dzieci napisane przez
Lindströma. To on, a nie Stalfelt uświadomił mi bowiem nie tylko to, że jest wiele pytań, na które nie
znam odpowiedzi, ale – co gorsza – że są takie, o których dotąd nie wiedziałam, że powinnam je sobie postawić.
de Laubier, Marie Aubinais, Gwénaëlle Boulet, Catherine Proteaux “O Grzesiu,
chłopczyku, który nie prestawał zadawać pytań”, przełożyła Klementyna Suchanow.
Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
Stalfelt „Mała książka o śmierci”, przekład Iwona Jędrzejewska. Wydawnictwo
Czarna Owca, Warszawa 2008.
Lindström „Tajemnica śmierci”, tłumaczenie Magdalena Kostrzewska. Wydawnictwo
Czarna Owieczka, Warszawa 2011.
O koncertoterapii, czyli ustawodawcy pod rozwagę Od
pewnego czasu jestem zwolenniczką teorii, że w ramach prewencji rentowej oraz
szeroko rozumianej profilaktyki zdrowotnej ZUS i NFZ powinny każdemu ubezpieczonemu
przynajmniej raz w roku refundować koszty zakupu biletu na koncert muzyczny.
uzyskanie refundacji musiałoby zostać uzależnione od spełnienia szeregu
warunków, z których zasadniczym byłby stan zdrowia psychicznego osoby
ubiegającej się o taką ulgę.
stosownym kwestionariuszu powinny się więc znaleźć pytania o:
średnią długość snu na dobę w okresie ostatnich trzech miesięcy (wstępną fazę kwalifikacyjną przechodziłyby tylko osoby, u których długość ta nie przekraczałaby
sześciu godzin);
częstotliwość używania w mowie słów powszechnie używanych za obelżywe (tu nie
mogłyby liczyć na refundację osoby, u których ilość takich słów w przeliczeniu
na dzień nie przekraczałaby dziesięciu);
poziom głośności wypowiedzi kierowanych do najbliższych, ze szczególnym
uwzględnieniem małoletnich (z uwagi na brak powszechnego dostępu do dokładnych
urządzeń pomiarowych wystarczyłoby postawić krzyżyk przy jednej z dwóch opcji:
„drę mordę co chwilę” – „nie drę mordy, albo drę ją bardzo rzadko”).
Wskazanym
byłoby też, aby refundacji podlegały wyłącznie bilety na koncerty spełniające
ściśle określone kryteria:
po pierwsze: odpowiednio wysoki poziom decybeli w trakcie, powodujący
ogłuszenie i zagłuszenie natrętnych myśli o pracy;
po drugie: w grę wchodzić mogłyby tylko koncerty stojące, co za tym idzie,
wymagające wysiłku fizycznego, związanego z koniecznością utrzymywania stałej
pozycji pionowej w szalejącym, w tym także pogującym, tłumie;
po trzecie: konieczne byłoby każdorazowe badanie wyśpiewywanych podczas
koncertu treści; najwyższą refundację można byłoby bowiem uzyskać za koncerty
podczas których pojawiałaby się konieczność wykrzykiwania rzeczy, których za
żadne skarby świata uczestnik koncertu nie wykrzyczałby w innych
okolicznościach, a już na pewno nie przy świadkach. Dodatkowe punkty byłyby
przyznawane za dostarczenie zaświadczenia lekarskiego stwierdzającego
występowanie pokoncertowej chrypy.
są to na razie postulaty de lege ferenda,
tym niemniej liczę na to, że stosowne prace legislacyjne (zainspirowane być
może tym postem, kto wie?) zostaną podjęte już wkrótce.
co jednak, we własnym zakresie i za własne pieniądze zafundowałam sobie taką
właśnie terapię.
jednak nadmienić, że moje buty już nigdy nie odzyskają stanu wcześniejszej
świetności.
Grabaż to naprawdę znakomity gość. I jeden z najlepszych tekściarzy w tym kraju.
w tych czasach coraz trudniej o klienta, wokół tego,
którego się już ma, należy skakać i giąć się w ukłonach. Najlepiej, gdyby udało się czytać mu w myślach.
też, wychodząc naprzeciw słupkom blogowych statystyk, które niebiesko na białym
pokazują, że spore grono trafiających tu osób szuka jak najprostych odpowiedzi
na skomplikowane pytania, w tym zwłaszcza te dotyczące szkolnych lektur,
przygotowałam niniejszy post.
Pytanie 1: „O czym jest jesień liścia Jasia?”
(pasuje też do: „napisz streszczenie
książki „Jesień liścia Jasia”.) Odpowiedź:
ponieważ aktualnie preferowane są krótkie formy, najlepiej nie wymagające
czytania, najlepszą odpowiedzią będzie filmik z YouTube (to, że nie został on
wyprodukowany z myślą o YouTube jest nieistotnym detalem. Wszystko, co istotne
na świecie, pochodzi bowiem z YouTube albo z Facebooka).
nieznających angielskiego suplement: „Jesień liścia Jasia” opowiada o liściach,
które najpierw rosną na drzewie, a potem z niego spadają.
Pytanie 2: „Jak pokolorować ten obrazek z Lekturnika,
niezbędny do właściwego omówienia lektury z ośmio- i dziewięciolatkami?”
ładnie. Punktowana jest też (choć nieco niżej) odpowiedź druga: kredkami.
Pytanie 3: „Co czułaś/czułeś podczas słuchania opowieści
o liściu Jasiu?”
Podczas czytania opowieści o liściu Jasiu (czytania, a nie słuchania, bo umiem
już czytać, jestem w trzeciej klasie) najpierw nic nie czułem, bo dwa razy
zasnąłem. Kiedy jednak się obudziłem, poczułem zdziwienie. Zastanawiałem się,
dlaczego w szkole każą mi czytać książki dla przedszkolaków.
Pytanie 4: „Dlaczego uważasz, że wybranie tej książki
jako lektury dla trzecioklasistów nie jest mądrym pomysłem?”
(pełnym zdaniem, pełnym zdaniem!):
Uważam, że wybranie tej książki jako lektury dla trzecioklasistów jest głupim (nie używamy takich słów, fe!) pomysłem
dlatego, że trzecioklasiści się przy niej nudzą. Gdyby mieli pięć lat, z
pewnością byłby to lepszy pomysł, niestety reforma polskiego systemu oświaty na
razie nie przewiduje jeszcze posyłania pięciolatków do trzeciej klasy.
Podpowiedź rodziców, aktywnie zaangażowanych w proces edukacji dziecka: Niniejszym, w trosce o dostosowanie listy lektur szkolnych do faktycznych
potrzeb rozwojowych dzieci, i mając na uwadze fakt, że posłowie większością
głosów uznali, że maluchów nie należy ratować, poddajemy jednak pod
rozwagę możliwość wdrożenia reformy oświaty polegającej na umieszczaniu dzieci pięcioletnich w trzecich klasach.
(za tę odpowiedź można dostać 5 punktów z
uwagi na dużą ilość użytych w niej trudnych słów oraz kreatywność)
Pytanie 5: „Czy uważasz, że można by znaleźć lepszą
książkę na podobny temat, która zainteresowałaby ośmio- i dziewięciolatków?”
owszem. Na przykład taką:
Podpowiedź pierwsza (dla bojących się wrzucać dzieci na głębokie wody pełnego tekstu): stron jest
wprawdzie nieco ponad sto, za to druk rozstrzelony, a do tego poprzedzielany ilustracjami.
tekst „Jesieni liścia Jasia” zajmuje tak naprawdę cztery strony druku.
Nazywanie tego książką i „lekturą” dla dzieci wydaje się być więc
niezrozumiałe, zwłaszcza że (patrz: podpowiedź druga) nie można mówić o tym, aby wydawca przyłożył się do formy.
Podpowiedź druga (dla tych, którzy uważają, że edukujemy też przez kontakt z obrazem): książka
została przepięknie i adekwatnie do treści zilustrowana przez Emilię
Dziubak.
W odróżnieniu od „Jesieni liścia Jasia”, którą okraszono
łopatologicznymi i anonimowymi zdjęciami.
Podpowiedź trzecia (zarówno dla tych, którzy zetknęli się ze śmiercią w najbliższej rodzinie, jak i
dla tych, którzy nie wiedzą jak zachować się w obecności kogoś, kto właśnie
stracił bliską osobę): Barbara Kosmowska nienachalnie opowiada zarówno o uczuciach głównej
bohaterki, Andzi, której umarł tata, jak i o tym, jak ta śmierć wpłynęła na jej relacje z koleżankami z klasy.
„- Szkoda, że nie przyjdziesz na moje
urodziny. – Zosia patrzyła na Andzię ze współczuciem. – Masz żałobę, nie?
Andzia pochyliła się nisko nad
zeszytem, żeby nie widzieć Zosi.
- Jak chcesz, to możesz przyjść, ale
wtedy nikt się nie będzie bawił. Bo wiadomo…
- Nie chcę do ciebie przyjść. – Andzia
na końcu zeszytu malowała motyla. – Mogę, ale nie chcę.
-Ojejku, słyszycie? – Zosia rozejrzała
się po klasie. – Ona mówi, że nie chce do mnie przyjść! Na kulig! Kto by w to
uwierzył!”
Natomiast „Jesień liścia Jasia” opowiada w zasadzie tylko o tym, że życie płynie,
wszystko przemija, ale po nas będą inni i że każdy z nas kiedyś umrze, ale nie
ma się czego bać. Owszem, sporo i o ważnych sprawach, ale który z tych ogólników
przeciętne dziecko odniesie do realnych sytuacji z własnego życia?
Podpowiedź czwarta (dla tych, którzy upierają się, żeby było o przyrodzie, bo z uwagi na jej
cykliczność wszystko można dzieciom łatwiej wyjaśnić): jak sam tytuł wskazuje,
„Dziewczynka z parku” sporo czasu spędza w… parku. Historia toczy się zaś przez
rok; w sam raz, by pokazać cykliczność przyrody. Nie tylko na – dość prostym i
schematycznym – przykładzie liści i drzew, ale też w odniesieniu do – chociażby
– ptasich i zwierzęcych zwyczajów.
Podpowiedź piąta (dla tych, którzy chcą, aby za jednym zamachem upiec wiele pieczeni): w książce
Kosmowskiej, poza tematem śmierci, poruszonych zostaje jeszcze wiele innych, równie istotnych, choć trudnych spraw.
- o tym, że także dzieci chorują na przewlekłe i wcale niekoniecznie kończące się
śmiercią choroby, co może powodować szereg problemów w zwykłym życiu, również szkolnym;
podana jest jednak z umiarem, bardzo delikatnie, bez rozkrwawiania serca
czytelnika i wyciskania z niego ostatniej łzy.
moim zdaniem, „Jesień liścia Jasia” jest w zamierzony i bardzo amerykański
sposób po prostu ckliwa.
oczywiście, można powiedzieć, że nie w tym nic złego, skoro nawet Snoopy dał
się uwieść panu Buscaglia,
ja będę się upierać, że akurat w tym przypadku znacznie lepsze to, co polskie.
Buscaglia „Jesień liścia Jasia”, przekład Ewa Wojtych. Gdańskie Wydawnictwo
Psychologiczne, Gdańsk 2012.
Kosmowska „Dziewczynka z parku”, ilustracje Emilia Dziubak. Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2012. Autor:
O. Woźniak "Brud", czyli wszystkiego brudnego w No...
J.Twardowski "Święta dobrych życzeń", czyli chodź ...
Prezenty dla każdego, czyli o przedświątecznym (be...
"Wszyscy ludzie rodzą się wolni", czyli Międzynaro...
W. Tochman "Eli, Eli", czyli dalej jest gorzej, al...
Gdzie Mikołaj z Ksawerym się biją, tam DPS w Niego...
A.H.Janowska "Wariacje jesienne", czyli grudniowi ...