Source: http://www.aferyprawa.eu/Polityka/Leon-Kieres-8-czerwca-2000-r-Sejm-RP-wybral-go-na-stanowisko-Prezesa-Instytutu-Pamieci-Narodowej-220
Timestamp: 2020-01-23 06:01:47
Legal References Found: art. 1
 Art. 5
 art. 71
 art. 27
 art. 39
 art. 13
 art. 27
 art. 154
 art. 27
 art. 18
 art. 18
 art. 39
 art. 38
 art. 6
 art. 6

Document Content:
Aferyprawa - Leon Kieres -8 czerwca 2000 r. Sejm RP wybrał go na stanowisko Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.
Aferyprawa.com Polityka Leon Kieres -8 czerwca 2000 r. Sejm RP wybrał go na stanowisko Prezesa Instytutu Pamięci
Leon Kieres -8 czerwca 2000 r. Sejm RP wybrał go na stanowisko Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.
- Kieres: lustrować - tak, ale jak? - tak jak zrobiono to w Niemczech, czy Czechosłowacji, a nie byłoby tyle afer i przekrętów, tyle biedy i poniżania godności POLAKÓW !!! - tak od autora.
Życiorys oficjalny.
Urodził się 26 maja 1948 r. w Kolonii Zielonej w Białostockiem. Ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie pracował jako nauczyciel akademicki. W 1991 r. został profesorem na Uniwersytecie Wrocławskim. Od grudnia 1999 r. jest profesorem zwyczajnym. Należał do NSZZ "Solidarność" - brał udział w I Zjeździe "Solidarności" w Gdańsku jako doradca delegacji regionu Dolny Śląsk. W 1990 r. został radnym Rady Miejskiej Wrocławia i przewodniczącym Prezydium Sejmiku Samorządowego. Funkcje te sprawował przez dwie kadencje. Był także delegatem do Krajowego Sejmiku Samorządu Terytorialnego i członkiem Prezydium. W 1994 r. został powołany do Rady ds. Samorządu Terytorialnego przy Prezydencie RP. W 1993 r. był współprzewodniczącym Zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Od 1992 r. reprezentuje Polskę w Kongresie Władz Lokalnych i Regionalnych Europy w Strasburgu. W 1995 r. został wybrany wiceprzewodniczącym Izby Regionów Kongresu. Od 1998 r. w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy pracuje w Komisji Ochrony Środowiska, Planowania Regionalnego i Władz Lokalnych jako wiceprzewodniczący Podkomitetu Władz Lokalnych i Regionalnych.
W 1997 r. został senatorem IV kadencji Senatu RP.
W 1996 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 1998 r. otrzymał od Jana Pawła II Order św. Sylwestra.
Żona jest radcą prawnym. Kieresowie mają dwoje dzieci. Syn jest absolwentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, córka - uczennicą liceum.
Jaką rolę pełni instytut?
Czy miał tylko być "pomnikiem zamrożonych danych" o cwaniakach, agentach SB, którzy w łatwy sposób, bez pracy zdobyli kasę i skrzywdzili tysiące ludzi i teraz żyją w luksusie? Czy w końcu kapusie SB poniosą odpowiedzialność? -
Dziś, po 15 latach zakłamania wiadomo że lustracja musi się odbyć - załatwiła to lista Wildsteina. Popiera to partia która niedługo przejmie władzę - Prawo i Sprawiedliwość.
Jasne, że dopóki będzie trwał rząd SLD, czyli aparatczyków dawnej PZPR to nie ma szans - sami ustalili tzw. grubą kreską odcinając się od odpowiedzialności za te przekręty. To pozwoliło m.in. przejmować im majątek państwowy po upadku abstrakcyjnego pseudo-komunizmu w Polsce. Wyprowadzono już miliardy złotych wypracowane przez robotników, a obiecanych jeszcze przez Wałęsę ze sprzedaży majątku państwowego - przypominam, tak po 100mln zł dla każdego. Ale sprawiedliwości tylko w niebie można szukać.
Dzisiaj ten majątek przejęli aferzyści, kapusie SB, różne kliki lokalnej władzy. Za to większość społeczeństwa polskiego egzystuje poniżej minimum socjalnego.
Długo ukrywano, zmieniano, manipulowano danymi osób zajmujących się "szpiegostwem sąsiadów". Akta istotnych osób - Kwaśniewski, Wałęsa, Cimoszewicz i najwyższych urzędników władz, czyli kliki rządzącej niszczono głównie w latach 1989-90. Jednak w sprawie istotne jest, że dane osobowe agentów którzy donosili na obywateli są też w teczkach osób na których były te donosy - a te trafiły właśnie do IPN. Dlatego prominenci dalej obawiają się o rozszyfrowanie ich działalności. Dzisiaj kombinują jak oskarżyć IPN o upublicznienie tych danych.
Weźmy przykład "jeszcze" prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Propagandowa manipulacja działaczy partyjnych PZPR pozwoliła na ukrycie istotnych faktów z jego życiorysu, oszukanie społeczeństwa i wybranie go na prezydenta RP. Fakt, manipulacje doprowadziły do tego, że nie było kogo wybierać: miedzy jednym niedouczonym agentem Wałęsą, a drugim wyszkolonym w Moskwie agentem Kwaśniewskim. Fakt, inteligencja wolała nie brać udziału w tej zabawie, frekwencja mizerna - szkoła moskiewska okazała się lepsza.
Ale podobno mamy demokracje. Oburzony tym faktem obywatel polski mieszkający w Stanach Zjednoczonych Andrzej Lobrów jeszcze przez wykradzeniem listy agentów z IPN przez Wildsteina pisze do prof. Kieresa:
Instytut [nie]Pamięci Narodowej dawno już te dokumenty spalił i teraz spokojnie odpowiada:
Co będziemy ukrywać, mataczenia urzędników, ukrywanie faktów, manipulacja danymi wkurwiają A. Lobrowa, dlatego prawdę "mówi prosto z mostu":
Wszelkie uwagi pozostawiam czytelnikom.
Przepisy nie robią wyjątku dla IPN?
Przy okazji sejmowej debaty nad informacją prezesa IPN w sprawie ujawnienia listy katalogowej rozgorzał spór prawny o to, czy zbiory Instytutu podlegają ustawie o ochronie danych osobowych. Trudno jednak znaleźć przepis, który wyłączałby jej stosowanie przez IPN.
Z piątkowego wystąpienia Ewy Kuleszy, generalnego inspektora ochrony danych osobowych, wynika, że Instytut Pamięci Narodowej nie przestrzega przepisów ustawy o ochronie danych osobowych. Nie zgłoszono zbiorów do rejestracji i dopuszczono do pracy nad danymi nieuprawnionych pracowników Instytutu - to główne zarzuty GIODO. Tymczasem prezes IPN Leon Kieres uważa, że nie można mówić o złamaniu przepisów, gdyż IPN w ogóle nie podlega ustawie o ochronie danych osobowych (dalej: uodo). Jego zdaniem ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej (dalej: uipn) stanowi lex specialis wobec uodo i sama określa sposoby postępowania z danymi osobowymi. Rzeczywiście art. 1 pkt 3 uipn mówi, że "ustawa reguluje ochronę danych osobowych osób pokrzywdzonych". Niektórzy prawnicy odczytują ten zapis jako szczególny wobec uodo. Jednak nie można znaleźć przepisu, który wprost zwalniałby IPN ze stosowania uodp. Art. 5 uodo dopuszcza to jedynie, "jeżeli przepisy odrębnych ustaw, które odnoszą się do przetwarzania danych, przewidują dalej idącą ich ochronę, niż wynika to z ustawy, stosuje się przepisy tych ustaw". Trudno uznać uipn jako bardziej rygorystyczną, skoro brakuje w niej konkretnych zapisów regulujących postępowanie ze zbiorami danych. Nie wspomina ona nic o zasadach technicznych związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa danych, o administrowaniu nimi czy zgłaszaniu do rejestracji.W uipn można natomiast znaleźć przepisy odwołujące się do niektórych postanowień uodp. Np. art. 71 odnosi się do art. 27 ust. 1 uodp i pozwala na przetwarzanie danych dotyczących m.in. pochodzenia rasowego, poglądów politycznych czy przekonań religijnych bez zgody osoby, której dotyczą. Skoro więc ustawodawca zwolnił IPN ze stosowania niektórych konkretnych przepisów uodp, można domniemywać, że nie uczynił tego w stosunku do całej ustawy. W Sejmie pojawiły się już głosy, że skoro prawo nie zwalnia IPN ze stosowania uopd, należy je zmienić.
Obradujące wczoraj kolegium Instytutu Pamięci Narodowej odłożyło do 13 kwietnia br. przyjęcie tzw. dużej nowelizacji ustawy o IPN. Wcześniej kolegium zaaprobowało już wprowadzenie do ustawy przepisu przewidującego, by osoby, które nie dostały statusu pokrzywdzonego, bo akta wskazują, że współpracowały ze służbami PRL, były informowane, że właśnie to jest przyczyną nienadania tego statusu.
Także osoby, co do których nie zachowały się akta służb PRL, mają być informowane, że właśnie to jest powodem nienadania tego statusu. Wcześniej Sejm i Senat uchwalił tzw. małą nowelizację ustawy o IPN, umożliwiającą osobom, których nazwiska znalazły się na tzw. liście Wildsteina dowiadywanie się w ciągu 14 dni, czy to one figurują na liście czy jest to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk.
Jak poinformowało „GP” biuro prasowe IPN, wiadomo już, że do konkursu na prezesa IPN staną: obecny prezes IPN prof. Leon Kieres, płk prof. dr hab. Jan Pięta (emerytowany oficer Wojska Polskiego), Leszek Buller (były rzecznik Urzędu Ochrony Państwa) i Roland Łukasiewicz (pracownik Izby Celnej w Szczecinie).
IPN złamał ustawę -
Niedopełnienie przez 5 lat obowiązku zgłoszenia zbiorów do rejestracji, niepowołanie administratora informacji, dopuszczenie do zbioru danych osób bez upoważnień – to najpoważniejsze zarzuty generalnego inspektora danych osobowych wobec IPN po zakończeniu kontroli w instytucie w związku z tzw. listą Wildsteina.
GIODO przygotowuje zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez administratora danych, tzn. prezesa IPN. Poza protokołem kontroli znajduje się oświadczenie pracowników IPN, lokalizujących źródło wycieku danych osobowych w sprawie tzw. listy Wildsteina. Sugestia ta znajdzie się też w zawiadomieniu do prokuratury.
Dyskusja z prof. Kieresem
■ Panie profesorze, po burzy wywołanej ujawnieniem tzw. listy Wildsteina jedno wiadomo na pewno: archiwum IPN zamknąć się nie da.
-decyzja, czy lustrować, jak, a zwłaszcza kogo, nie należy, i zresztą nigdy nie należała, do Instytutu. To jest problem polityczny i decyzja o zakresie lustracji należy do polityków. Ja mogę powiedzieć jedynie, że od lustracji nie ma odwrotu. Zresztą trwa ona już piąty rok i zdaniem wielu znawców tej problematyki ustawa o IPN wymaga zmiany. Chodzi o poszerzenie zakresu dostępu do materiałów zgromadzonych przez IPN. Pięć lat temu nikt przecież nie był w stanie określić i opisać zawartości naszych zbiorów. Projekt nowelizacji ustawy o IPN przygotowany przez prof. Rzeplińskiego dotyczył m.in. tego właśnie poszerzenia dostępu. To nie jest tak, że ja chciałem być wielkim lustratorem, jak ktoś o mnie napisał. To nie jest tak, że myśmy chcieli zlustrować całą III Rzeczpospolitą. Propozycja nowelizacji ustawy była próbą precyzyjnego określenia skali tego zjawiska.
■ Albo, mówiąc inaczej, projekt prof. Rzeplińskiego ukazujący możliwy zakres lustracji pokazał obszary inwigilacji służb specjalnych PRL. Czy tak?
– Ta propozycja miała wywołać dyskusję o możliwych granicach lustracji. Wyznaczenie tych granic to już sprawa woli ustawodawcy i jego decyzja, co z tych propozycji wybierze. Czy okroi czy poszerzy zakres lustracji. Naszym obowiązkiem było ujawnienie możliwego zakresu lustracji. Bo kto lepiej niż IPN zna zasięg i skalę penetracji służb specjalnych w życie PRL? Dziś niektórzy mówią, że to był błąd, że lepiej było się tym nie zajmować. Nie zgadzam się z nimi, nie mogliśmy ukrywać naszej wiedzy. Nie zgadzam się też z tymi, którzy zarzucają mi, że jestem ubekożercą, zwolennikiem powszechnej lustracji. Nie jestem i nigdy nim nie byłem.
Decyzja, czy lustrować, jak, a zwłaszcza kogo, nie należy, i zresztą nigdy nie należała, do Instytutu. To jest problem polityczny i decyzja o zakresie lustracji należy do polityków. Ja mogę powiedzieć jedynie, że od lustracji nie ma odwrotu.
■ Mówi pan: „Nie mogliśmy ukrywać naszej wiedzy” – jaka to wiedza i co z niej wynika?
– Najkrócej mówiąc: inwigilacja i współpraca ze służbami specjalnymi PRL obejmowały nie tylko tych, którzy „idą” dziś do wyższych stanowisk w państwie. Dotyczyły nas, kolokwialnie mówiąc, setek tysięcy zwykłych ludzi.
Dzisiaj, gdy my mówimy, że pod koniec lat 80. ponad 90 tys. osób było uwikłanych w różne formy kontaktów i współpracy ze służbami specjalnymi, a przez cały okres PRL-u około 100-300 tysięcy, to ludzie są zszokowani.
■ Czy to przełomowy moment w dyskusji o lustracji?
– Zdecydowanie tak. Nic tak nie przemawia do ludzi jak fakty. To one zmieniają świadomość, pokazują, że lustracja to nie jest jakaś brudna gra teczkami, że to nie tylko polityka. I dlatego od jesieni o lustracji zaczęło się mówić, dużo mówić.
■ Tyle, że dzisiaj nie jest on już tylko w IPN i żyje własnym życiem.
– No, niestety. Ochrzczenie tzw. listy Wildsteina mianem listy ubeckiej było wielkim błędem. Ta lista jest tylko w tym sensie ubecka, że została sporządzona przez IPN na podstawie materiałów wytworzonych przez służby bezpieczeństwa w latach 1945-1989. Zarzuca się nam złe procedury udostępniania tej listy i brak ostrożności. Ja powiedziałbym tak: fakt, że lista trafiła do internetu, to nie tyle efekt braku ostrożności, ile zbytniego zaufania do tych, którzy mieli prawo dostępu do niej. Ale proszę pamiętać, że jeszcze nie wiemy dokładnie, w jakich okolicznościach ta lista wydostała się z IPN.
■ A jeśli ktoś nie otrzyma takiego statusu, a czuje się niewinny?
– Takiej osobie przysługuje odwołanie do prezesa IPN, a następnie skarga do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ci, którzy pełnili lub pełnią w III Rzeczpospolitej jakieś wysokie funkcje publiczne, mogą szukać oczyszczenia z zarzutów w Wydziale Lustracyjnym Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Ale to, oczywiście, musi potrwać.
■ A jakie są losy pomysłu, żeby osobom z listy Wildsteina szybko odpowiedzieć, czy wśród Janów Kowalskich na liście jest ten, który pyta? Chodzi o odpowiedź – czy pan to pan?
– Przygotowaliśmy projekt nowelizacji ustawy, który zakłada, że prezes IPN na wniosek zainteresowanej osoby będzie informował „w formie zaświadczenia, czy imię i nazwisko wnioskodawcy znajduje się w jawnych i dostępnych pomocach Instytutu”. W zaświadczeniu nie podano by statusu wnioskodawcy, nie można by się zatem dowiedzieć, czy było się osobą pokrzywdzoną przez SB.
■ To może chociaż IPN opublikuje prawdziwą listę katalogową, bo te, które krążą, są ponoć modyfikowane...
– Nie, w żadnym wypadku. Publikacja naszej listy firmowałaby to, co się zdarzyło. A zdarzyło się wiele złego. Wraz z upublicznieniem listy, która „wyciekła”, zostały naruszone procedury udostępniania materiałów przez Instytut, nie mówiąc już o tym, że nadużyto naszego zaufania.
■ A przed 1990 rokiem?
– Wszystkie dokumenty sprzed 1990 r. powinny znajdować się w zbiorze zastrzeżonym, na podstawie wniosków szefów służb specjalnych.
OPINIA: Tygodnik Głos - 06.16.2004 - Antoni Macierewicz
Kwaśniewski, Siemiątkowski i Kieres są odpowiedzialni za dziką lustrację i łamanie prawa.
Ostatnie wydarzenia związane z funkcjonowaniem instytucji odpowiedzialnych za proces lustracyjny oraz za udostępnianie dokumentów byłych komunistycznych służb specjalnych muszą budzić najwyższe zaniepokojenie. Sprawa jest tym bardziej szokująca, że instytucje te zostały wyposażone w bardzo szeroką niezależność, operują w sferze często objętej tajemnicą państwową i chętnie z tej zasłony korzystają, a wreszcie - dysponując tajnymi materiałami mogącymi kompromitować wielu przedstawicieli życia publicznego nie kryją swej przewagi nad innymi w debacie publicznej.
W obecnych polskich warunkach dochodzi jeszcze specyficzny czynnik, którego wagi nie sposób przecenić. Oto instytucje lustracyjne - czyli Rzecznik Interesu Publicznego i Prezes Instytutu Pamięci Narodowej - zostały powołane po długotrwałej walce antykomunistycznych środowisk niepodległościowych zmierzających do oczyszczenia polskiego życia publicznego z totalitarnej spuścizny i świadomych tego, że ukrywanie prawdy o rzeczywistości komunistycznej jest głównym źródłem dzisiejszej degradacji państwa polskiego.
To właśnie utrzymywanie w tajemnicy rzeczywistego zakresu represji z jednej strony, a przywilejów bezpieczniacko-partyjnego aparatu z drugiej, umożliwiło przejęcie władzy i majątku narodowego w Polsce przez środowiska postkomunistyczne. Po tym, gdy w czerwcu 1992 roku zablokowano lustrację rozpoczętą uchwałą z 28 maja tego roku, przez lata dążono do wprowadzenia mechanizmów lustracyjno-dekomunizacyjnych. Przyjęte w końcu lat 90-tych ustawy, choć bardzo kompromisowe, napotkały na olbrzymi opór środowisk postkomunistycznych. Po dziś dzień IPN, a zwłaszcza Rzecznik Interesu Publicznego, są przedmiotem ubecko-nomenklaturowych ataków za ich domniemany antykomunizm. Krytyka tych instytucji musi zatem uwzględnić to, czy aby przypadkiem nie służy złej sprawie. Z drugiej strony widać wyraźnie, że niektórzy przedstawiciele IPN chętnie wykorzystują parawan domniemanych ataków, by zyskać całkowitą nieodpowiedzialność przed opinią publiczną.
Wszystko to razem sprawia, iż rzeczywista kontrola publiczna nad działaniem IPN była nader ograniczona. Zapewne dlatego przechodzono do porządku dziennego nad widocznymi od dawna uchybieniami; tolerowano systematyczne utajnianie procedur związanych z lustracją, dwuznaczne postępowanie w sprawie lustracji prezydentów Wałęsy i Kwaśniewskiego, a przede wszystkim - systematyczne utajnianie akt komunistycznych zbrodniarzy przez IPN.
Imperium Dukaczewskiego
Ten stan rzeczy musiał doprowadzić do niebezpiecznego nagromadzenia nieprawidłowości, które prędzej czy później wybuchną. I tak właśnie stało się w ostatnim miesiącu. Najpierw okazało się, że szef Wojskowych Służb Informacyjnych gen. Marek Dukaczewski dysponował tajnymi materiałami wskazującymi na agenturalność zastępcy szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego płk. Pawła Tarnowskiego. Materiały te były przez lata ukrywane w archiwach WSI, choć powinny zostać przekazane do IPN, a wykorzystano je przeciwko Tarnowskiemu w ramach walki pomiędzy frakcjami WSI. Tarnowski miał być wieloletnim agentem służb wojskowych, o czym “zapomniał poinformować” swoich przełożonych z UOP (a następnie z ABW) i co zataił w oświadczeniu lustracyjnym, jakie składał w związku z objęciem funkcji zastępcy szefa UOP i ABW. Zapewne też złożył nieprawdziwe oświadczenie w kwestionariuszu dostępu do informacji niejawnej, gdzie w pkt. 11 trzeba stwierdzić czy przed 1989 roku było się (czy też nie było) współpracownikiem służb. Ale to nie wszystko...
Istota sprawy, to pytanie o archiwa IPN. Zarówno MON, jak szef WSI oraz prezes IPN, wielokrotnie w ubiegłych latach zapewniali, że proces przekazywania akt do IPN został zakończony. Jeżeli tak, to skąd w rękach Dukaczewskiego dokumenty kompromitujące Tarnowskiego? Ale też - jak mogło dojść do tego, że Dukaczewski materiały te wykorzystał do osobistej rozgrywki, zamiast skierować rzecz całą na drogę procedury lustracyjnej, czyli poprzez RIP?
Tajemnica IPN
Przy okazji całej tej afery przyłapano porucznika, który miał wynosić z gmachu WSI tajne dokumenty pochodzące sprzed 1989 roku, a więc takie, które powinny znajdować się w IPN, ale tam się nie znalazły.
Okazało się więc, że sprawa Tarnowskiego i jego dokumentacji zapewne nie jest jednostkowa. Przeciwnie: WSI wciąż bezprawnie dysponują obfitymi archiwami. Według “Rzeczpospolitej” szefowa archiwów IPN oświadczyła podczas posiedzenia sejmowej Komisji ds Służb Specjalnych, iż IPN praktycznie nie ma dostępu do akt WSI znajdujących się w tzw. zbiorze zastrzeżonym, co więcej - ani razu, jak dotąd, nie udostępniono tych akt Rzecznikowi Interesu Publicznego. To oświadczenie pani dr Bernadetty Gronek nie tylko przeczy publicznym deklaracjom prezesa Leona Kieresa, płk. Dukaczewskiego i ministra Jerzego Szmajdzińskiego, ale ukazuje głęboki stan bezprawia panujący w instytucjach zajmujących się lustracją i udostępnianiem tajnych dokumentów. Okazuje się, że choć teoretycznie IPN przejął dokumenty, to praktycznie zgodzono się na to, że są one dostępne wyłącznie dla WSI.
Czego nie zrobił prezes Kieres
Jeśli oświadczenie dr Gronek jest prawdziwe, oznacza to, że prezes Kieres złamał ustawę o IPN, a zwłaszcza jej zapisy zobowiązujące go do przejęcia wszystkich akt dotyczących lustracji oraz art. 39 ust. 3 i 5 o utworzeniu zbioru zastrzeżonego. Zgodnie z tym ostatnim przepisem to Prezes IPN wydaje zgodę na utworzenie zbioru zastrzeżonego i może w każdym momencie uchylić włączenie doń danych dokumentów. Tak więc to Prezes IPN odpowiada za ewentualne nieprawidłowości w udostępnianiu RIP dokumentów ze zbioru zastrzeżonego.
Prezes IPN ma też obowiązek zwracać się do służb (np. do WSI) o przekazanie dokumentów bezprawnie tam pozostających.
Czy wobec odmowy skierował sprawę do prokuratury?
Prezes Kieres uchyla się od odpowiedzi na te pytania. Czy w ten sposób nie naruszył art. 13 ust. 4 ustawy (stwierdzającego, że prezes IPN powinien ustąpić z chwilą, gdy złamał przepisy ustawy lub działał niezgodnie z interesem IPN)?
W tej sprawie tylko RIP zareagował właściwie i skierował rzecz do Prokuratora Generalnego. Tyle, że zgodnie z przepisami doniesienie o przestępstwie Dukaczewskiego trafi zapewne do prokuratury wojskowej, czyli do ludzi, którzy de facto odbierają polecenia od... Dukaczewskiego.
Choć złamano liczne przepisy ustawy lustracyjnej, ustawy o dostępie do informacji niejawnej i ustawy o IPN, wobec nikogo nie wyciągnięto konsekwencji. Gen. Dukaczewski nadal kieruje WSI i korzysta z ich tajnych archiwów, prezes Kieres taktownie milczy, wyrażając zadowolenie z nowej umowy z MON, a RIP jak nie miał, tak nie ma dostępu do akt byłych wojskowych służb specjalnych.
Belka - prapremiera
Tymczasem okazuje się, że nie tylko WSI i gen. Dukaczewski kpili sobie z prawa i z instytucji lustracyjnych. Identycznie działo się w służbach cywilnych, a prezes Kieres tak, jak godził się na łamanie prawa przez WSI, tak samo tolerował bezprawie w wykonaniu szefa wywiadu Zbigniewa Siemiątkowskiego. Rzecz wyszła na jaw przy okazji dzikiej lustracji prof. Marka Belki.
Najpierw okazało się, że mimo złożenia przezeń oświadczenia lustracyjnego, w którym stwierdzał, że nie był tajnym współpracownikiem służb specjalnych, przez 9 miesięcy nikt nie pofatygował się, by oświadczenie ówczesnego wicepremiera i ministra finansów zweryfikować. Nie wiadomo, czy mieliśmy tu do czynienia z zaniedbaniem RIP, czy też np. Kancelaria Premiera nie przekazała stosownych dokumentów sądowi lustracyjnemu. Tak, czy inaczej, nie podjęto procedury tzw. wstępnego sprawdzenia, do czego zobowiązuje ustawa. Nie ma wprawdzie jasności, gdzie wówczas znajdowała się dokumentacja dotycząca Belki - czy jeszcze w archiwum b. Zarządu Wywiadu UOP, czy już w IPN – ale według publicznych wypowiedzi min. Siemiątkowskiego, gdy w czerwcu 2002 roku objął on stanowisko szefa Agencji Wywiadu, materiały były już w IPN. W owym czasie wiedziano już o tym, że Belka był zarejestrowany jako tajny współpracownik wywiadu SB.
RIP nie podjął sprawdzeń, gdyż - jak twierdzi dziś sędzia Krzysztof Kauba - znowelizowana ustawa blokowała takie postępowanie wobec osób, które wycofały się z życia publicznego, a tak właśnie postąpił w lipcu 2002 roku wicepremier Belka.
Lustracyjny bałagan
Wiosną 2004 roku sprawa powróciła ze zdwojoną siłą, ale tym razem zakres nieprawidłowości jest dużo większy.
Okazuje się, że 29 kwietnia szef wywiadu polecił swym funkcjonariuszom dokonać sprawdzeń w zdeponowanej w IPN teczce Belki. Nie jest jasne, czy Siemiątkowski robił to na własną rękę, czy na polecenie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego - obaj składają w tej sprawie sprzeczne wyjaśnienia.
Sprawdzenie miało mieć charakter “rutynowy w związku z zamiarem powołania Belki na stanowisko premiera”. Działoby się to więc w trybie art. 27 ustawy o dostępie do informacji niejawnej. I co dalej?
Prezes IPN udostępnia funkcjonariuszom AW materiały Belki, a ci przekazują Siemiątkowskiemu informację, że “nie ma tam nic takiego”. Siemiątkowski przekazuje tę wiedzę prezydentowi, a ten uspokojony dokonuje nominacji Belki na premiera rządu RP. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że procedura ta nie ma nic wspólnego z obowiązującymi przepisami, a każdy z zamieszanych w te działania wysokich urzędników państwowych złamał prawo.
I rzecz nawet nie w tym - co napisała ostatnio “Rzeczpospolita” - że powoływany w trybie art. 154 i 155 Konstytucji kandydat na premiera nie podlega procedurze sprawdzenia z punktu widzenia dostępu do informacji niejawnej (art. 27 ust. 7 ustawy). Rzeczywiście tak jest i rzeczywiście w 2000 roku to SLD (a konkretnie: Siemiątkowski, jako jeden z liderów ówczesnej opozycji, obawiającej się, że w przyszłości kandydat SLD na premiera będzie sprawdzany) doprowadził do ustalenia takiej treści tego zapisu w ustawie o informacji niejawnej.
Okłamany prezes?
Ważniejsze jest to, że Siemiątkowski jako szef wywiadu nie miał żadnych uprawnień do dokonywania takich sprawdzeń, zaś prezes Kieres nie miał prawa udostępnić dokumentów Marka Belki wysłanym przez szefa AW i działającym w takim trybie funkcjonariuszom.
Kluczowe są tu przepisy dotyczące udostępniania dokumentów przez IPN. Nie ma wątpliwości, że na przełomie kwietnia i maja teczka Belki znajdowała się w IPN, i że to prezes IPN decydował o tym, kto może (a kto nie może) mieć do niej dostęp. Prezes w swych wypowiedziach publicznych sugeruje, że został okłamany, gdyż materiały udostępnione w ramach “dostępu operacyjnego” wykorzystano do “działań lustracyjnych”. Przepisy dotyczące tych spraw są następujące.
Po pierwsze, w sprawach lustracyjnych dostęp do dokumentów ma jedynie RIP i upoważnione przezeń osoby.
Po drugie, w sprawach sprawdzeń związanych z dostępem do informacji niejawnych występować może jedynie szef ABW (nie AW) i upoważnieni przezeń funkcjonariusze. W kwestiach związanych z lustracją i sprawdzeniami szef wywiadu nie ma prawa zwracać się o dostęp do dokumentów zdeponowanych w IPN - bez względu na to, czy stanowią one zbiór zastrzeżony, czy nie. To szef ABW stanowi krajową władzę i służbę ochrony państwa właściwą do ochrony informacji niejawnych (art. 2 ust. 3 ustawy) i to on zgodnie z art. 27 ust. 7 ustawy dokonuje na wniosek prezydenta, premiera itd. stosownych sprawdzeń.
Rutyna Siemiątkowskiego
Gdyby więc Prezes IPN udostępnił dokumenty (teczkę) Belki funkcjonariuszowi przysłanemu przez Siemiątkowskiego dla “dokonania rutynowych sprawdzeń”, popełniłby po prostu przestępstwo udostępnienia materiałów tajnych osobie nieupoważnionej.
Ale Siemiątkowski mówi o “działaniach rutynowych”, które jakoby zawsze były przezeń podejmowane przed mianowaniami na wysokie urzędy (stąd sugestia, że chodzi o tryb wynikający z ustawy o dostępie do informacji niejawnych) i powołuje się na art. 18 ustawy o ABW i AW. Otóż artykuł ten mówi, że “Szefowie Agencji, każdy w zakresie swej właściwości, przekazują niezwłocznie Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i Prezesowi Rady Ministrów informacje mogące mieć istotne znaczenie dla bezpieczeństwa i międzynarodowej pozycji Rzeczypospolitej Polskiej”. Należy się zgodzić z min. Siemiątkowskim, że agenturalność premiera ma takie właśnie znaczenie (choć mam wrażenie, że w innych wypadkach p. Siemiątkowski bywał odmiennego zdania). Rzecz w tym, że art. 18 ustawy o ABW i AW nie uprawnia szefa AW do dostępu do materiałów zdeponowanych w IPN celem sprawdzenia kwestii agenturalności - i w ogóle: do badania tej kwestii - a jedynie stwierdza, że gdyby szef AW powziął informacje o agenturalności (np. kandydata na premiera), to winien natychmiast wiadomość tę przekazać prezydentowi i premierowi.
Kto miał prawo do akt Belki?
Rzecz rozstrzyga przytaczany już art. 39 ust. 5 mówiący o dostępie do akt RIP oraz art. 38 ust. 1 ustawy o IPN stwierdzający, że “Funkcjonariusze służb specjalnych upoważnieni przez Szefa UOP i w ramach ich zadań ustawowych po zawiadomieniu Prezesa IPN mogą mieć wgląd do danych zawartych w dokumentach zgromadzonych w IPN” (zgodnie z przepisami przejściowymi z ustawy o ABW i AW przez słowa “szef UOP” należy zawsze rozumieć szefów ABW i AW). Rozstrzygające są słowa “w ramach ich zadań ustawowych”. Otóż ustawa o ABW i AW jasno precyzuje w art. 6 zadania szefa AW, które łączy cecha sprecyzowana w art. 6 ust. 3: “Zadania, o których mowa...są realizowane poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej.” Tę dyspozycję wzmacniają inne słowa ustawy: “Działalność AW na terytorium RP może być prowadzona wyłącznie w związku z jej działalnością poza granicami państwa...”.
Krótko mówiąc, można sobie wyobrazić najróżnorodniejsze sytuacje i cele, w jakich szef AW mógłby pragnąć zapoznać się z aktami pana Marka Belki, a Prezes IPN powinien mu je udostępnić. Zawsze jednak powinno to się dokonywać w związku z zagranicznymi działaniami Agencji Wywiadu. Gdyby np. szef AW pragnął wykorzystać Belkę do działań wywiadowczych, mógł poprosić o dostęp do jego akt. Podobnie, gdyby pozyskał wiadomość, że Belka jest agentem obcych służb lub, że obce służby pragną go pozyskać (czy też np. fakt jego mianowania na premiera wykorzystać). Są to bowiem sytuacje bezpośrednio związane z zadaniami szefa wywiadu. Nie jest jednak taką sytuacją sprawdzenie, czy kandydat na premiera podlega, czy też nie podlega lustracji lub ustawie o dostępie do informacji niejawnej. Ani prezydent państwa nie może zlecać szefowi wywiadu dokonywania takich sprawdzeń, ani Prezes IPN nie może w takiej sytuacji udostępniać tych materiałów. Zwłaszcza, że teczka Belki raz już podlegała sprawdzeniu przez służby w 2002 r. To wówczas Siemiątkowski miał powiedzieć Belce, że „nie ma tam nic takiego”. Dlaczego więc po dwu latach raz jeszcze sięgano do tych dokumentów i to w sposób sprzeczny z prawem? Prawo do działań lustracyjnych, a nawet obowiązek ich podjęcia, miał Rzecznik Interesu Publicznego. Cała reszta, to po prostu łamanie prawa, dzika lustracja i szalbierstwo.
Wyjaśnienia, jakich nam się w tej kwestii udziela, należy nazwać jasno: to cyniczna kpina z obywateli, bezradnych wobec ludzi nadużywających swej władzy i przypisujących sobie prawo do dysponowania tajnymi dokumentami według swego widzi mi się, a być może raczej według swych grupowych interesów.