Source: https://www.prawo-pracy.pl/o_prawie_pracy_praworzadnosci_i_nie_tylko-f-33.html
Timestamp: 2018-07-16 18:07:00
Legal References Found: in dubio
 art. 218
 art. 22
 art. 29
 art. 24
 art. 9

Document Content:
W dniu 13 czerwca 2011 r. miałam przyjemność przysłuchiwać się w Katedrze Prawa Pracy i Polityki Społecznej UJ referatowi, jaki zaprezentował Tadeusz M. Nycz na temat problemów praworządności w stosunkach pracy.
Autor w swym odczycie przedstawił najważniejsze zagadnienia wykładniowe, z jakimi przychodzi borykać się inspektorom pracy w ich codziennej pracy. Nie była to wyliczanka różnych problemów, ale przykładowe wskazanie kwestii charakterystycznych dla niemal każdego rodzaju stosunku pracy jaki łączy pracownika z pracodawcą.
Obowiązek przekazywania przez pracodawcę pracownikowi rozkładu czasu pracy na cały okres rozliczeniowy czasu pracy został podany jako reprezentant podstawowych dylematów dotyczących najbardziej typowych i powszechnych skarg wpływających od pracowników do Państwowej Inspekcji Pracy.
Zabieg referenta polegał na przytoczeniu poglądów przedstawicieli tej Katedry, zamieszczonych w oficjalnych, publikowanych komentarzach. I tak, prof. dr hab. Andrzej M. Świątkowski opowiada się za powinnością pracodawcy w tym zakresie, natomiast drugi przedstawiciel Katedry – dr hab. Arkadiusz Sobczyk uważa, że pracodawca takiego obowiązku nie posiada.
Na tle tych rozbieżnych poglądów autor starał się wykazać trudności praktyczne, z jakimi spotykają się inspektorzy pracy mający za zadanie dążyć do jednolitego, poprawnego stosowania prawa przez pracodawców.
Udowodnił argumentacyjnie, że brak możliwości ustalenia wiążącej wykładni nie pozwala praktycznie na ujednolicenie zachowań pracodawców i wprowadzenie poprawnego sposobu postępowania przez wszystkie podmioty zatrudniające.
Taki stan prawny, wynikający z naszej Konstytucji z 1997 r., która pozbawiła Trybunał Konstytucyjny prawa wydawania wiążącej wykładni ustaw, zdaniem referenta, jest główną przyczyną braku praworządności w stosunkach pracy.
Inspektorzy pracy, mimo wyposażenia ich w środki penalizacyjne i kary znacznie przekraczające wysokością grzywny powszechne (art. 281-283 K.p. przewidują grzywnę do 30 000 złotych), nie są w stanie doprowadzać do poprawnego stosowania przepisów, gdyż wszelkie wątpliwości, zgodnie z zasadą in dubio pro reo, zalicza się na korzyść obwinionego.
Podobnie rzecz wygląda w postępowaniu karnym toczonym o czyn przewidziany w art. 218 § 1 Kodeksu karnego – tutaj wszelkie wątpliwości zalicza się na korzyść oskarżonego. Mimo istnienia wskazanych środków sankcyjnych, brak jednolitego, wiążącego kierunku stosowania przepisów prawa pracy nie pozwala na skuteczne oddziaływanie inspekcji pracy.
Dowiedziałam się również, że w literaturze prawa konstytucyjnego w ciągu ostatnich kilkunastu lat nie pojawiło się żadne opracowanie na ten temat, mimo że problem realnie istnieje i stanowi – co tu dużo mówić – defekt ustrojowy.
Obok przywrócenia legalnej wykładni, referent widzi także potrzebę zmiany obowiązującego prawa pracy. Na przykładzie definicji stosunku pracy, która w art. 22 K.p. nie jest najtrafniej skonstruowana, Tadeusz M. Nycz przekonuje o potrzebie stworzenia jednoznacznego domniemania stosunku pracy wraz z przerzuceniem ciężaru dowodu na pracodawcę w zakresie wykazania, że legalnie zawarł kontrakt niepracowniczy.
Wyjaśniał też wnioski legislacyjne płynące ze strony Państwowej Inspekcji Pracy, która wielokrotnie proponowała, aby zmienić art. 29 K.p. i zobowiązać pracodawcę do doręczania pracownikowi umowy o pracę przed dopuszczeniem go do pracy.
Zakres powinności pracodawcy uległby niewielkiej zmianie, gdyż obecnie prawo wymaga, aby umowa na piśmie była doręczona najpóźniej pierwszego dnia zatrudnienia, jednakże te 24 godziny zwłoki mają istotne znaczenie w zakresie kontroli legalności zatrudnienia, które to obowiązki nałożono na PIP od dnia 1 lipca 2007 r.
Niestety legislacja w III RP nie wykazuje poprawności oraz spójności i zdaje się świadczyć o tym, że dyletanci a nie prawnicy są autorami finalnego tekstu ustaw uchwalanych przez parlament.
Przy okazji warto przypomnieć, że w II RP Prezydent miał prawo wydawania rozporządzeń z mocą ustawy. Projekty aktów prawnych sporządzała funkcjonująca przy Prezydencie Rada Legislacyjna złożona z wybitnych prawników.
Wydane w tym czasie przepisy prawa pracy w postaci m.in. dwóch rozporządzeń z 1928 r. o umowie o pracę robotników i o umowie o pracę pracowników umysłowych z legislacyjnego punktu widzenia były znacznie lepiej i jednoznacznej skonstruowane aniżeli obecny Kodeks pracy.
Dzisiejszy zaś zbiorowy ustawodawca wprowadza rzekomo korzystne dla pracownika rozwiązania, dopuszczając stosowanie różnych instytucji prawa pracy za zgodą, czy po uzgodnieniu z pracownikiem, zapominając o tym, że pracodawca jest silniejszą stroną stosunku pracy i w dobie znacznego bezrobocia taką zgodę pracownika bez trudu wymusi.
Historia, jak widać, naszych polityków niczego nie nauczyła. Dość przypomnieć, że pierwsze międzynarodowe konwencje zakazujące pracy dzieciom również powstały na tle stanu faktycznego, w którym opiekunowie dzieci wyrażali zgodę na ich pracę w fabrykach, kopalniach czy hutach. Konwencje nie tworzyły więc iluzji, ale rzeczywistą praworządność.
Czas jest po temu najwyższy, aby ustawodawca stworzył prawny, spójny model funkcjonowania organów państwa, dający możliwość rzeczywistego nadzoru nad warunkami pracy, zapisanego w art. 24 Konstytucji RP, gdyż jak dotychczas zasada ta ma raczej charakter fasadowy.
Na koniec referatu jego autor przedstawił tezy do dyskusji, stawiając pytanie o zgodę na pogląd w zakresie potrzeby przywrócenia legalnej wykładni ustaw, jak również o ewentualne odmienne logicznie uargumentowane poglądy.
Ponadto postawił pytanie, dlaczego powszechnie widoczny defekt praworządnościowy nie jest przedmiotem dyskusji literaturowej w dziedzinie prawa konstytucyjnego, a także zapytał, czy istnieją jakieś dyskusje na ten temat wśród przedstawicieli akademickich ośrodków, np. w ramach dorocznych zjazdów katedr prawa pracy.
W dyskusji zabierali głos przedstawiciele różnych pokoleń prawniczych, miałam więc nadzieję na racjonalne podejście do prezentowanego tematu, który mnie wydał się dość klarowny, zważywszy na codzienne odczucie przeciętnego pracodawcy czy pracownika w zakresie niejednolitości stosowania przepisów prawa pracy.
Tymczasem dyskusja zeszła na manowce. Niektórzy usiłowali filozoficznie podejść do problemu przywrócenia wiążącej wykładni, wskazując na system prawa unijnego, który takiej wykładni nie przewiduje.
Nie przedstawiano przy tym żadnych argumentów prawniczych świadczących o jakichś przeszkodach w zakresie przywrócenia legalnej wykładni ustaw. Autor referatu wzmiankował o konsultacji tego zagadnienia w Katedrze Prawa Konstytucyjnego UJ, której przedstawiciel – prof. dr hab. Paweł Sarnecki wskazał na skomplikowany legislacyjnie charakter tego zabiegu, nie widząc jednak systemowych przeszkód do przywrócenia legalnej wykładni.
Kolejne głosy zmierzały do wykazania, że obecny system prawny dający pracownikowi prawo do sądu pracy, a sądom możliwość kształtowania poprawnej wykładni i z czasem jej jednolitości, jest wystarczający dla zapewnienia praworządności w stosunkach pracy.
Gdzieś w tle tej dyskusji rysowała się przyczyna takiego sposobu rozumowania, oparta być może na obawie przed utratą przedmiotu pracy przez rzesze absolwentów wydziałów prawa i administracji.
Przysłuchując się tej wymianie zdań, zastanawiałam się nad tym, czy prezentowane poglądy o miałkim logicznym i prawniczym uzasadnieniu wywodzą się z ogólnej degrengolady nauki polskiej, czy też stanowią pozorowane przyczyny uzasadniające niechęć do porządku w zakresie stosowania prawa.
Kiedy usłyszałam wypowiedzi na temat tego, że praktycy prawnicy, a także przedstawiciele nauk prawnych są dzisiaj wykorzystywani do poszukiwania sposobów obejścia przepisów prawa i tego rodzaju proceder ma nabierać pozytywnych cech, to zaczęłam się zastanawiać, w jakim świecie ja żyję!
Dokąd zmierza nauka polska, obniżając poziom nauczania w sposób wręcz katastrofalny? Jeszcze parę lat temu, aby ukończyć Podyplomowe Studium Prawa Pracy UJ trzeba było napisać pracę dyplomową i zdać egzamin końcowy, dzisiaj praca dyplomowa już nie jest potrzebna.
Ostatnio czytałam zmiany w Prawie o szkolnictwie wyższym zamieszczone w Dzienniku ustaw z 2011 r. Nr 84 i zdumiał mnie system parytetu naukowego tam przewidziany. Okazuje się, że od 1 października 2011 r. jednego profesora lub jednego doktora habilitowanego można zastąpić na wyższej uczelni dwoma doktorami, a jednego doktora dwoma magistrami (sic! por. art. 9a Prawa o szkolnictwie wyższym).
Przed przeczytaniem tego przepisu uśmiałam się z anegdoty, jakoby jakieś grono profesorskie zwróciło uwagę swojemu ministrowi na to, że zapomniał jeszcze o tym, iż jednego profesora może zastąpić 100 przedszkolaków!
Dzisiaj nie jest mi jednak do śmiechu. Tak sobie myślę, czego to jeszcze nie wymyślą ludzie patrzący wyłącznie na koniec swojego nosa. Łatwo jest przecież filozofować o praworządności, o przywróceniu legalnej wykładni ustaw w sytuacji, gdy ma się stałą pracę i stałą płacę.
Wtedy dyskusja o tych sprawach nic nie kosztuje i niczym się nie ryzykuje. Jeden z dyskutantów stwierdził bowiem, że problem nie polega na braku wiążącej wykładni, ale na tym że inspektorzy pracy powinni lepiej wykonywać swoje obowiązki.
Argumentował w ten sposób, że jeżeli aktualnie większość czy spora część pracodawców prywatnych oszukuje pracowników w zakresie czasu pracy i wynagrodzenia za pracę, to sprawa jest prosta. Należy przeprowadzić stosowne postępowanie dowodowe, przesłuchać pracowników i ustalić rzeczywisty stan, a następnie ukarać pracodawcę.
Tego rodzaju teorie wyrażają osoby pozbawione wiedzy o rzeczywistych stosunkach zatrudnieniowych. Teoretycy nie wiedzą o tym, że przeciętny pracownik boi się składać zeznania przeciwko swojemu pracodawcy, bo może stracić pracę.
A jak straci pracę, to dojdzie do zachwiania podstaw jego egzystencji. Nawet jeśli w pewnej długoletniej perspektywie czasowej wygra spór sądowy z pracodawcą, to i tak utraci bieżące dochody potrzebne do zapewnienia egzystencji. A w razie gdy posiada kredyty, to bank szybko go zlicytuje i wyląduje pod przysłowiowym mostem, jeśli jeszcze mostów dla takiej liczby osób wystarczy.
Z tego powodu, a przede wszystkim ze względu na tajemnicę skargową wynikającą z Konwencji Nr 81 MOP w sprawie inspekcji pracy..., inspektor pracy nie może bez zgody osoby skarżącej się do jego urzędu dokonywać postępowania dowodowego, opierającego się na zeznaniach tego czy innego pracownika.
Rozwiązanie problemów praworządności w stosunkach pracy nie leży więc głównie w rękach inspekcji pracy, ale w pierwszym rzędzie należy do ustawodawcy, który powinien stworzyć spójny system prawa, pozwalający na jednakowe jego stosowanie.
Zakładając natomiast, że legalna, wiążąca wykładnia ustaw nie jest potrzebna, a rozbieżne orzecznictwo sądowe w analogicznych sprawach stanowi poprawny system funkcjonowania prawa, można dojść do jedynego logicznego wniosku, że zamiast stanowić opasłe tomy dzienników ustaw, lepiej poprzestać na prawie naturalnym i prawie zwyczajowym.
W konsekwencji zwolni się od zbędnej pracy w zakresie legislacji i stosowania prawa setki tysięcy ludzi, dotychczas kręcących się w kółko wobec braku jasnego drogowskazu i tym sposobem może zmniejszymy zadłużenie rosnące na warszawskim zegarze elektronicznym.