Source: http://alikwoty-prawo.blogspot.com/
Timestamp: 2017-07-23 00:52:21
Legal References Found: art. 85
 art. 2
 art. 86
 Art. 81
 art.25

Art. 23
 Art. 34
 art.6
 art. 29
 art.34
 Art.29

Document Content:
Sztuka ludowa i prawo autorskie
Ponieważ rok 2014 był rokiem Oskara Kolberga, a folk jest ważną dla mnie inspiracją, zdecydowałam się na omówienie ochrony sztuki ludowej prawem autorskim w swojej pracy magisterskiej. Źródeł na ten temat jest niezwykle mało, mimo, że problem jest wyraźnie doniosły w praktyce.
Cała historia o ochronie sztuki ludowej zaczyna się od ustawy o prawie autorskim, zgodnie z którą pod ochroną pozostaje każde artystyczne wykonanie dzieła sztuki ludowej [1]. Prawo do artystycznego wykonania chroni tym samym działania m.in. instrumentalistów, wokalistów i aktorów, a zatem nie twórców a wykonawców. Istotę tej ochrony starałam się przedstawić wcześniej na przykładzie kazusu Krystiana Zimermana.
Zamieszczone w ustawie określenie "dzieła sztuki ludowej" bardzo mnie zainteresowało. Zaczęłam zadawać sobie pytania o to, czym w ogóle sztuka ludowa jest? Co intuicyjnie rozumiemy pod tym pojęciem? Ustawodawca miał na myśli ochronę dzieł tradycyjnych, jednak sztuka ludowa to przecież także twórczość współczesna - stylizowana (neoludowość) i autentyczna (prymitywizm). Wychodząc poza ochronę artystycznych wykonań nie sposób nie zauważyć, że tradycyjne melodie ludowe są powszechnie wykorzystywane przez twórców, a "cytat" w muzyce to temat rzeka, w której folk płynie własnym nurtem.
"Utwór" ludowy
Muzyka Kapeli ze Wsi Warszawa, Babooshek i Mazowsza to przykłady utworów, które są chronione prawem autorskim, choć w dużej mierze bazują na melodiach i tekstach tradycyjnych. Z tradycyjnych dzieł ludowych można korzystać zupełnie swobodnie, nie trzeba się nawet do tego przyznawać przy podpisywaniu utworu. Tradycjami możemy się bawić bez ograniczeń i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jednak powstałe na ich bazie utwory są chronione ze względu na zawarte w nich twórcze harmonizacje, instrumentacje, układ, opracowania tekstu.
"Ludowym", choć w inny sposób, będzie także utwór, który nie bazuje na dziele tradycyjnym, ale pozostaje w stylistyce prymitywnej. Wiersze Papuszy i obrazy Nikifora Krynickiego są chronione niezależnie od tego, że ich twórcy nie mieli wykształcenia i pochodzili z najniższych warstw społecznych.
Artystyczne wykonania dzieł sztuki ludowej
Ustawodawca poszerzył ochronę artystycznych wykonań o ochronę artystycznych wykonań dzieł sztuki ludowej, niebędących "utworami", dopiero w 2000 roku [2]. Wcześniej chronione były wyłącznie artystyczne wykonania "utworów" (o utworach pisałam już na przykładzie fotografii). Ochrona taka trwa przez 50 lat od samego wykonania [3]. I tu zaczynają się schody. Wejdziemy na nie śledząc kazus "Piejo kury piejo".
W zamieszczonym niżej nagraniu słuchamy autorskiego utworu, w którym wykorzystano ludową pieśń "Piejo kury piejo". Nie ma z tym problemu, ponieważ, jak wspomniałam wyżej, tradycyjne dzieła sztuki ludowej nie podlegają ochronie. Ale jednocześnie w nagraniu mamy także śpiew (a zatem artystyczne wykonanie) Anny Malec - słynnej ludowej wokalistki.
Grzegorz Ciechowski nagrał płytę "OjDADAna", zawierającą powyższą piosenkę, w 1996 roku, nie pytając nikogo o zgodę na wykorzystanie wykonania. Ówczesny stan prawny (przed 2000 r. wykonanie tradycyjnych pieśni nie było chronione) takiej zgody nie wymagał. Wykonania Anny Malec pochodzą z początku lat 70' i zyskały ochronę dopiero w roku 2000. Jednak jeżeli korzystanie z artystycznego wykonania rozpoczęło się przed 21 lipca 2000 r. i było według przepisów sprzed tej daty dozwolone, natomiast po tym dniu wymaga zezwolenia, to może ono być dokończone pod warunkiem, że uprawniony otrzyma stosowne wynagrodzenie [4]. Cóż, tym sposobem nagrania zawierające wykonania muzyków i śpiewaków ludowych są chronione od prawie 15 lat - nawet, jeżeli dokonano ich wcześniej.
Nie wiemy, czy Polskie Radio (które posiada prawa do wykorzystanego nagrania "Piejo kury piejo") upomniało się o przysługujące mu z tego tytułu wynagrodzenie od EMI Music Poland (wydawcy płyty). Sama Anna Malec zmarła przed wydaniem płyty Ciechowskiego, jej spadkobiercy zmieniali zdanie w pierwszej chwili oburzając się na samowolne wykorzystanie nagrania, później mówiąc, że śpiewaczka "by tego Ciechowskiemu nie broniła".
Kwestię podmiotową wyjaśniłaby analiza umowy między Polskim Radiem a Anną Malec. Jeżeli wokalistka przeniosła prawa pokrewne majątkowe, Radio jest dysponentem jej artystycznych wykonań, a spadkobiercy mogą zarzucić EMI jedynie naruszenie dóbr osobistych, jeżeli ani na okładce płyty ani w inny sposób nie wskazano Anny Malec jako wykonawcy utworu [5].
Problem nagrań jest jednak złożony. Z jednej strony grozi im wykorzystywanie w celach komercyjnych (często bez konsekwencji, ponieważ prawo autorskie to wciąż nierzadko "wiedza tajemna"). Z drugiej, niezwykle wartościowe nagrania, których ochrona wciąż trwa, nie mogą być wydawane w wersjach oryginalnych mimo, że nie przynoszą żadnego dochodu, a mają jedynie (aż!) walor dziedzictwa kulturowego. Osobiście mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie ani muzyków ludowych, ani osób, które ich wspierają. Także prawnie.
[1] art. 85 ust. 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych
[2] Nowelizacja z 9 czerwca weszła w życie 21 lipca 2000 r.
[3] Chyba, że w czasie 50 lat od wykonania nastąpiła publikacja utrwalenia lub jego publiczne odtworzenie.
[4] art. 2 ust. 2 ustawy z dnia 9 czerwca 2000 r. o zmianie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych
[5] art. 86 ust. 1 pkt 1 lit. a ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych
Prawo do artystycznego wykonania
W czerwcu zeszłego roku Krystian Zimerman, słynny polski pianista, przerwał swój koncert i zszedł ze sceny, protestując w ten sposób przeciw nielegalnemu nagrywaniu i rozpowszechnianiu jego gry na fortepianie w internecie, czyli przeciw łamaniu praw artystów wykonawców.
Artysta w trakcie gry zauważył kątem oka, że ktoś na widowni nagrywa koncert aparatem, po czym zdenerwowany przerwał grę i zszedł ze sceny. Wielu z nas kojarzy pewnie zwycięzcę Konkursu Chopinowskiego z 1975 roku, któremu Witold Lutosławski dedykował swój wspaniały Koncert Fortepianowy. Często zapominamy, że praca instrumentalisty, czy śpiewaka to codzienne, żmudne godziny ćwiczeń, góra wyrzeczeń, ciężka, zarówno intelektualnie jak i fizycznie, praca. Jej cenne owoce są dziś nagrywane i bez refleksji wrzucane do internetu przez tzw. "fanów". Czarnych fanów.
Argumenty "działania dla dobra ogółu" i "powszechności sztuki" brzmią tu groteskowo. Artyści wykonawcy mają swoje prawa i należy mówić o tym otwarcie. Rozpowszechniając ich wykonania bez ich zgody, działamy na ich szkodę i na szkodę sztuki. Krystian Zimerman tłumaczył później, że stracił w przeszłości wiele kontraktów, ponieważ producenci mówili mu, że proponowany przez niego repertuar jest już dostępny (w jego wykonaniu) na YouTube. Pianista powiedział otwarcie: "YouTube ogromnie niszczy muzykę".
Możemy sobie wyobrazić, ile miesięcy (a nieraz lat!) może zająć przygotowanie repertuaru, składającego się z utworów mistrzów takich, jak Szymanowski, Lutosławski, czy Chopin. Wyobraźmy sobie, że coś, na co pracujemy od kilku lat, jest bez naszej wiedzy rozdawane za darmo. Ja bym się zdenerwowała.
Ochrona "wykonań"?
Dotąd pisałam zazwyczaj o prawie autorskim. "Prawo autorskie" to prawo, przysługujące twórcy choreografii, piosenki, czy scenariusza sztuki teatralnej. Utwory te są tworzone w celu ich zaprezentowania przez aktora, piosenkarza, czy tancerza. To ich "prezentowanie" (wykonanie) jest chronione, ale nie prawem autorskim, a prawem pokrewnym, jakim jest prawo do artystycznego wykonania. Prawo to trwa 50 lat od dokonania nagrania, albo (w zależności od tego, czy takie miały miejsce i od ich kolejności) od publikacji utrwalenia lub publicznego odtworzenia artystycznego wykonania.
Często mówiąc o "prawie autorskim", myślimy o jakimś abstrakcyjnym bycie, stojącym na straży wszelkich owoców ludzkiej kreatywności. Tymczasem prawo autorskie to nie koniec ochrony twórczości, co podkreśla sam tytuł ustawy "o prawie autorskim i prawach pokrewnych". Wbrew pozorom nie chodzi tu o uprawnienie do wykonania utworu (ono wynika, lub nie, z praw autorskich), a o ochronę samego wykonania. Wyobraźmy sobie fugę Jana Sebastiana Bacha - zmarł w połowie XVIII wieku, zatem jego utwory należą do domeny publicznej i możemy je swobodnie rozpowszechniać, publikować i... grać na koncertach. To nasze granie jest artystycznym wykonaniem fugi i samo w sobie podlega ochronie.
Czy każde wykonanie jest "artystyczne"?
Zgodnie z ustawą, każde artystyczne wykonanie utworu lub dzieła sztuki ludowej pozostaje pod ochroną niezależnie od jego wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. Uznaje się jednocześnie, że wykonanie "artystyczne", to każde wykonanie utworu, lub dzieła sztuki ludowej - nie musi ono mieć wiele wspólnego z artyzmem. Dla przykładu przytacza się mechanicznie odtworzenie zapisu nutowego (utworu) przez komputer - to też wykonanie "artystyczne"!
Prawo do artystycznego wykonania, czyli do... czego?
Po pierwsze, artysta wykonawca ma prawo do ochrony swoich dóbr osobistych. Jest to bardzo szerokie pojęcie, ustawa przykładowo wymienia prawo do wskazywania go jako wykonawcy (chyba, że pominięcie jest zwyczajowo przyjęte), decydowania o sposobie oznaczenia wykonawcy (w tym zachowania anonimowości albo posłużenia się pseudonimem), oraz do sprzeciwiania się jakimkolwiek wypaczeniom, przeinaczeniom i innym zmianom wykonania, które mogłyby naruszać jego dobre imię. Pamiętajmy, że wykonawcą jest nie tylko solista, ale i zespół, który jest reprezentowany przez kierownika zespołu (dyrygenta, lidera, baletmistrza). Publikowane nagrania należy zatem podpisywać nie tylko nazwiskiem kompozytora, ale i nazwiskiem (lub nazwą) wykonawcy utworu - orkiestry, solisty, chóru, aktora, tancerza.
Po drugie, prawo do artystycznego wykonania obejmuje wyłączne prawo do korzystania z niego i rozporządzania prawami do niego - w zakresie wymienionym w ustawie. Zgodnie z nią, zgoda wykonawcy jest konieczna do utrwalenia i zwielokrotniania artystycznego wykonania (przez nagranie i rozpowszechnianie nagrania), do obrotu egzemplarzami, na których artystyczne wykonanie utrwalono, oraz do rozpowszechniania artystycznego wykonania przez: nadawanie, reemitowanie, odtwarzanie (chyba że egzemplarz z wykonaniem jest już w obrocie, wtedy pozostaje kwestia wynagrodzenia), a także udostępnianie go w internecie.
Po trzecie, artysta wykonawca ma prawo do wynagrodzenia (określonego w umowie albo przyznanego w przepisach ustawy) za korzystanie z artystycznego wykonania lub za rozporządzanie prawami do takiego wykonania. Ma także prawo do stosownego wynagrodzenia w przypadku nadawania, reemitowania lub odtwarzania artystycznego wykonania za pomocą wprowadzonego do obrotu egzemplarza.
A prawa autorskie kompozytora?
Prawo do artystycznego wykonania jest prawem niezależnym od prawa autorskiego (do wykonywanego utworu). Jeżeli chcemy wykonać publicznie utwór, który nie znajduje się jeszcze w domenie publicznej, potrzebujemy zgody autora. Problem ten rozwiązuje umowa z ZAiKS-em, która powinna być zawarta przez właścicieli miejsc, w których odbywają się koncerty i recitale, lub przez innych organizatorów koncertu. Prawo do artystycznego wykonania jest jakby kolejną warstwą, można powiedzieć, że wariacją na temat utworu - w nagraniu mamy jednocześnie artystyczne wykonanie (tu prawo wykonawcy do artystycznego wykonania) i wykonywany utwór (tu prawo autorskie twórcy).
Praktyka z Mistrzynią
Sprawa jest prosta - artyści powinni dbać i upominać się o swoje interesy, a odbiorcy, do upływu 50 lat od nagrania, bezwzględnie nie mogą go rozpowszechniać bez zgody wykonawcy. Tymczasem z tego, co udało mi się wyliczyć, 50 lat minęło od mistrzowskiego wykonania Habanery z opery "Carmen" Georgesa Bizeta (1838-1875, zatem domena publiczna) przez Marię Callas i Orkiestrę Royal Opera House pod batutą Georgesa Prêtre'a w londyńskiej Royal Opera House Covent Garden w grudniu 1962 roku. 50 lat liczy się od końca roku, w którym utrwalono lub udostępniono nagranie, zatem od 1963 - od początku stycznia 2014 poniższe nagranie nie jest więc chronione. Libretto: Henri Meilhaca i Ludovic Halévy. Miłego, legalnego słuchania! Brak komentarzy:
Czy prawo w sieci nie przeszkadza sztuce?
Thomas Eakins (1844-1916), "Swimming Hole"
Zgodnie z prawem autorskim, autor (lub ktoś, na kogo przeniósł on prawa autorskie majątkowe) ma wyłączne prawo do rozpowszechniania swojego utworu. Co to znaczy? Z grubsza można powiedzieć, że rozpowszechniając czyjś utwór bez jego zgody łamiemy prawo, nie łamiemy go jednak "ściągając" plik na swój komputer. W praktyce jednak nie jest to ani proste, ani oczywiste.
Mało który użytkownik Facebooka nie słyszał o Sztucznych Fiołkach. Jest to artystyczny fanpage, na którym prezentowana jest sztuka najwyższej klasy, opatrzona w nietuzinkowe komentarze. Fiołki najczęściej promują obrazy mistrzów z wklejonymi tekstami, tak jak po prawej. Naniesione teksty jednocześnie korespondują z obrazem i nawiązują do wydarzeń współczesnych, tworząc zabawną całość.
W tym celu wykorzystywane są najczęściej utwory, będące w domenie publicznej z powodu upływu 70 lat od śmierci autora. Jednak możemy tam też znaleźć dzieła m.in. Picassa (zm. 1973), czy Chagalla (zm. 1985), a także wrzucone nielegalnie nagrania utworów choćby Andrzeja Panufnika (zm. 1991), czy Arnolda Schoenberga (zm. 1951), w których do ochrony praw autorskich dochodzi ochrona artystów wykonawców (co do zasady 50 lat od nagrania) - z Glennem Gouldem na czele.
Podobnie na profilu Juliana Tuwima (zm. 1953), administratorzy umieszczają jego wiersze i duże fragmenty prozy - są to bez wątpienia utwory chronione. Takie przykłady można mnożyć.
Powyższa paremia Tuwima nie jest chroniona prawem autorskim, bo nie jest "utworem" w rozumieniu ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych
Autorzy podobnych profili często działają nielegalnie, naruszając prawa autorskie twórców lub ich spadkobierców (podmiotów praw autorskich) poprzez rozpowszechnianie chronionych prawem utworów bez zgody uprawnionych. Bagatelizują oni fakt, że do momentu wejścia utworu do domeny publicznej służy on w pierwszej kolejności podmiotowi praw autorskich, a dopiero potem reszcie świata. Jest to zresztą zrozumiałe. Po co ktoś miałby kupić tomik poezji, skoro wszystko jest w internecie? Po co kupować płytę, skoro jej zawartość jest na YouTube?
Jak jest i jak wiele rodzi to wątpliwości
"Rozpowszechnianie" to nie tylko wydrukowanie w gazecie, czy pokazanie w telewizji, ale także wrzucanie na YouTube, publiczne dzielenie się na Facebooku, udostępnianie na blogu itd. Do legalnego rozpowszechnienia utworu zawsze konieczna jest zgoda jego autora (lub innego podmiotu, posiadającego prawa autorskie majątkowe do utworu), niezależnie od tego, czy rozpowszechniamy komercyjnie, czy niekomercyjnie.
Dodatkowo przypomnę o dozwolonym użytku prywatnym. W przeciwieństwie do "dzielenia się" w sieci, ściąganie plików na własny użytek jest jak najbardziej legalne, o ile zostały one legalnie udostępnione. Możemy zatem ściągnąć sobie na komputer piosenkę, którą wrzucono do internetu z oficjalnego konta... artysty, wytwórni... no właśnie, skąd możemy wiedzieć, kto ma prawa do utworu? Czy mamy obowiązek badania tego za każdym razem? Jedni prawnicy mówią, że tak, inni, że nie. Podobne wątpliwości dotyczą też plików, co do których nie ma wątpliwości, że są rozpowszechnione nielegalnie. Czy można je sobie ściągnąć?
Ciekawym zjawiskiem jest udostępnianie przez artystów na ich oficjalnych profilach na Facebook-u plików, wrzuconych na YouTube nielegalnie (przez osoby nieuprawnione). Czy mamy to rozumieć jako "zgodę" na rozpowszechnienie (od tego momentu zatem utwór staje się legalnie rozpowszechniony? ex tunc, czy ex nunc?), czy jako nowe, właściwe rozpowszechnienie, niezależne od pierwszego? Powyższe pytanie jest trochę skomplikowane, ale bardzo istotne. Gdyby przyjąć, że jest to "zgoda" następcza, moglibyśmy sobie ten legalnie rozpowszechniony plik nie tylko ściągnąć na własny komputer, ale też udostępniać znajomym. Pamiętajmy bowiem, że nie powinno się udostępniać (także na Facebooku) utworów wrzuconych do internetu nielegalnie.
Frédéric Bazille (1841 - 1870), "Edmond Maître"
Ponad wszystkie wątpliwości, fiołkowe publikacje powinny być wzorem, szczególnie gdy chodzi o podpisywanie obrazów i innych dzieł. Zawsze zawierają one imię i nazwisko autora (ale i wykonawcy, gdy udostępniają muzykę), lata jego życia, tytuł utworu (że o przytaczanych kontekstach nie wspomnę!). Niestety, nad czym ubolewam, jest to dziś rzadkością. Mało kto przejmuje się jakimś tam autorem, tymczasem udostępnianie chronionej prawem sztuki bez podpisania autora i wykonawców, a także bez umieszczenia tytułu, świadczy o kompletnym braku szacunku do twórcy i godzi w jego osobiste prawa autorskie, które nigdy nie wygasają.
Podobne działania usprawiedliwia się edukacyjną wartością takich stron internetowych, która jest zresztą bezsprzeczna. Sama odkryłam kilku malarzy właśnie dzięki Fiołkom. Dodatkowo, w takich miejscach można spotkać ludzi o podobnych fascynacjach i upodobaniach artystycznych. Niepokoić powinien jednak fakt, że mało kto zastanawia się nad tym co wrzuca do internetu i co udostępnia na Facebooku. Możemy sobie tylko wyobrazić, że gdybyśmy wszyscy przestali korzystać z utworów rozpowszechnionych nielegalnie, przestałyby się one pojawiać. Obawiam się jednak, że raczej mało kto skusi się na analizę prawną każdego swojego kroku w sieci.
Podkreślmy, że problem dotyczy nie tylko osób korzystających ze sztuki, ale także twórców. Gdyby dbali oni chociaż o zamieszczenie informacji o swoim stosunku do praw autorskich na swojej stronie, byłoby dużo prościej. Trudno mieć pretensje do odbiorców twórczości, gdy autor przemilcza różne naruszenia, a do tego sam udostępnia nielegalnie rozpowszechnione pliki. Jako wzór jasnego podejścia polecam profil fotoreportera Jakuba Szymczuka, który pisze otwarcie: ZDJĘCIA CHRONIONE PRAWAMI AUTORSKIMI WKM GN, Udostępnianie zdjęć w ramach portalu Facebook dozwolone za pomocą przycisku "Udostępnij".
Szansą na uniknięcie kłopotów może być wyrobienie sobie dobrych nawyków w korzystaniu z internetu, oraz wypracowanie pewnej kultury korzystania z dzieł, które są, lub choć wydają się być, "utworem" w rozumieniu ustawy. Może dobrym rozwiązaniem byłoby zaproponowanie interpretacji wątpliwych prawnie reguł przez samych twórców (w odniesieniu do ich utworów)?
Tekst nie dotyczy programów komputerowych.
Ochrona fontów
Czy czcionka może być oprogramowaniem komputerowym? Czy nie wolno używać jej komercyjnie, ani kopiować? A jeżeli wykorzystam jedną literkę, to czy popełniam przestępstwo?
Kwestia czcionek i typografii interesuje mnie od dawna. Od lat ściągam czcionki, instaluję je na swoim komputerze, wykorzystuję w grafikach i najczęściej taką kompozycję w końcu publikuję. Ściągając czcionkę prawie zawsze natkniemy się na tzw. "licencję" - zastrzeżenie, że można ją (czcionkę) wykorzystać jedynie do użytku niekomercyjnego, czasem także można się spotkać z zastrzeganiem praw autorskich.
Oto typowa rada grafika: Jeśli chodzi o licencję możesz dołączać plik txt z prawami autorskimi i prawami użytkowania. [ciekawe rozgraniczenie... - J.Sz.] Czcionka może być na Powszechnej Licencji Publicznej GNU ale możesz też stworzyć czcionki, które do zastosowań komercyjnych będą wymagały uiszczenia opłaty. Wszystko już zależy od Ciebie, czy chcesz udostępniać za darmo czy za pieniądze. Dodatkowo możesz zaznaczyć, że czcionek nie można stosować do działań komercyjnych, zmieniać ich nazw, czy modyfikować.
Z tej wypowiedzi wynika, że wszystko zależy od autora i wszystko bezwzględnie podlega jego władzy... no, tak dobrze to nie jest.
Żeby było weselej, ze strony kentype.pl dowiedziałam się, że czcionki to "oprogramowanie komputerowe".
Powiedzmy szczerze - czcionka to nie jest program komputerowy. To zestaw obrazków, które są zapisane w odpowiednim formacie, dzięki czemu odrębny program komputerowy może je odpowiednio odczytać i wykorzystać.
Taki zestaw obrazków stosunkowo rzadko będzie chroniony prawem autorskim. Nie wszystko, co jest "ładne" jest chronione! Chronione prawem autorskim z mocy samego prawa są przejawy działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalone w jakiejkolwiek postaci (art.1 ust.1 prawa autorskiego).
Przy ściągnięciu czcionki za zaakceptowaniem licencji następuje jednak zawarcie umowy - a zatem w razie jej złamania wchodzi odpowiedzialność deliktowa za niewykonanie lub niewłaściwe wykonanie zaciągniętego zobowiązania. Czy wyobrażam sobie sprawę sądową, w której autor czcionki pozywa użytkownika o odszkodowanie za niewłaściwe wykonanie umowy przez wykorzystanie czcionki do celów komercyjnych, gdy nie dopuszczała tego licencja? Hmm... nie takie rzeczy się w sądach dzieją :) Aczkolwiek widzę tu wiele nieoczywistych, a zatem interesujących dla prawnika, zagadnień kontraktowych :) Miejmy jednak na uwadze jakże prozaiczny walor zwykłego straszenia zrobieniem "czegoś złego", a straszenie skutkuje - nomen omen do niedawna nawet podręczniki prawnicze straszyły zakazami ("przestępczego") kserowania.
W końcu - istnieje możliwość rejestracji wzoru przemysłowego, czyli nowej i posiadającej indywidualny charakter postaci wytworu lub jego części, nadanej mu w szczególności przez cechy linii, konturów, kształtów, kolorystykę, strukturę lub materiał wytworu oraz przez jego ornamentację (art.102 ust.1 prawa własności przmysłowej). Zwracam uwagę, że w ustępie 2. określono bezpośrednio, że wytworem jest każdy przedmiot wytworzony w sposób przemysłowy lub rzemieślniczy, obejmujący w szczególności opakowanie, symbole graficzne oraz kroje pisma typograficznego, z wyłączeniem programów komputerowych. Jeżeli wzór taki jest nowy i ma indywidualny charakter, wystarczy złożyć w Urzędzie Patentowym odpowiednio udokumentowany wniosek. Przy odrobinie szczęścia uzyskamy w ten sposób prawo z rejestracji wzoru przemysłowego, czyli prawo wyłącznego korzystania z wzoru przemysłowego w sposób zarobkowy lub zawodowy na całym obszarze Rzeczypospolitej Polskiej (art. 105 ust. 2 pwp).
Zatem, tworząc czcionkę polecam albo nie udostępniać jej bezpłatnie, albo - jeżeli jest ona dla nas tak cenna - zarejestrować ją w Urzędzie Patentowym, albo potraktować ją jako wkład w promocję własnej twórczości ;) A dla korzystających - jeżeli czcionka to po prostu ładne ale klasyczne litery albo banalny kwiatek, to, cytując mojego promotora, "ja bym się nie przejmował"-a... 4 komentarze:
Zdjęcia a prawo
Jak to jest ze zdjęciami? Czy trzeba podpisywać pod nimi ich autora? Czy są chronione prawem autorskim? A jak ma się do nich ochrona wizerunku?
Prawa autora fotografiiNa pewno spotkaliście się z podpisami pod zdjęciami, na zdjęciach, z dodatkiem tytułu jakiegoś wydawnictwa, itp. Są to tzw. "noty copyrightowe", autor zastrzega w nich swoje prawa autorskie bezpośrednio/pośrednio. Taki zwyczaj wywodzi się z prawa amerykańskiego. W Polsce noty copyrightowe nie mają żadnego znaczenia prawnego, a jedynie informacyjne - dzięki nim wiadomo, kto jest autorem zdjęcia. Jak jednak pisałam już nie raz - prawo autorskie chroni jedynie utwory, a utworem jest dzieło spełniające ustawowe warunki. Innymi słowy to, czy zdjęcie jest chronione, zależy wyłącznie od tego, czy jest ono "utworem" w rozumieniu ustawy. Jeżeli jest - należy podpisać autorstwo i uzyskać jego zgodę twórcy na rozpowszechnianie fotografii.
Zgodnie z ustawą "utwór" to każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. Ochrona przysługuje niezależnie od jakichkolwiek formalności i obejmuje wyłącznie konkretny sposób wyrażenia, a nie sam pomysł.
Nie każda fotografia jest utworem. Zdjęcie musi wynikać z twórczej działalności i mieć indywidualny charakter. Europejski Trybunał Sprawiedliwości wyjaśnił to na przykładzie fotografii portretowej tłumacząc, że może ona być chroniona prawem autorskim, pod warunkiem że jest twórczością intelektualną autora odzwierciedlającą jego osobowość i przejawiającą się swobodnymi i twórczymi wyborami dokonanymi przezeń w trakcie realizacji tej fotografii (sprawa C-145/10).
Sąd Apelacyjny w Poznaniu w jednym ze swoich orzeczeń zaznaczył, że "naruszenie praw majątkowych do utworu fotograficznego polega zwykle na wykorzystaniu go wprost w całości lub we fragmentach. Ochronie może też jednak podlegać, w przypadku zdjęć pozowanych, ich szczególna kompozycja, w twórczy sposób wykorzystująca odpowiedni układ osób, przedmiotów, elementów krajobrazu itp. Natomiast, co do zasady, nie podlega ochronie, również w przypadku fotografii »pozowanych«, samo wykorzystanie w niej konkretnych osób, rekwizytów itp." (sygn. I ACz).
Fotografie wiążą się także z innym prawem, o którym wspomina ustawa o prawie autorskim, mianowicie o prawie do wizerunku. Art. 81 mówi, że rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. W braku wyraźnego zastrzeżenia zezwolenie nie jest wymagane, jeżeli osoba ta otrzymała umówioną zapłatę za pozowanie. Zezwolenia nie wymaga także rozpowszechnianie wizerunku osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych (w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych) oraz osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.
Takiego zezwolenia nie można domniemywać. Jeżeli zrobiłeś komuś zdjęcia, nie powinieneś wrzucać ich na Facebooka bez zgody tej osoby. Nikt jednak (przynajmniej teoretycznie) nie może zabronić Ci zrobienia mu zdjęcia. Możesz robić zdjęcia komu (czemu) chcesz, nie ich tylko rozpowszechniać (wrzucać do internetu, oplakatować nimi miejsc publicznych itp.). Obróbka graficzna Czy obróbka zdjęcia - analogicznie do tłumaczenia tekstu - jest chroniona prawem autorskim? To zależy. Samo podkręcenie kontrastu i inne czynności techniczne raczej nie wystarczą. Ma to znaczenie wtedy, kiedy autorem zdjęcia jest ktoś inny niż autor "obróbki" zdjęcia, no i o ile zdjęcie oryginalne można uznać za "utwór".
MorałNa koniec wspomnę o robieniu zdjęć w muzeach. Otóż, teoretycznie żadne muzeum nie może zabronić robienia w nim zdjęć eksponatów. Może zabronić używania lampy błyskowej i rozpowszechniania zdjęć zrobionych, ale samo robienie zdjęć nie może być zabronione. Taki zakaz został uznany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów za niedozwoloną klauzulę umowną.
Odkrywszy ten jakże wspaniały fakt, wybrałam się na Wawel i... nie mam zdjęcia na tle Damy z gronostajem. Na Zamku Królewskim nie ma miejsca na argumentację prawną.
Niektóre rozmowy nie-prawników z prawnikami wydają mi się dobrym kabaretem. Wygląda to mniej więcej tak, że o danym problemie dyskutuje dziennikarz, trzech zainteresowanych, dwóch prawników i ktoś łamiący konwencję. Dyskusja, chcieć nie chcieć, dzieli się na dwie warstwy - 1) dyskusja nie-prawników: zainteresowanych, dziennikarza, innych osób, które widzą problem; ta część jest zrozumiała dla widza, opiera się na myśleniu "słusznościowym", intuicyjnym itp.; 2) dyskusja prawników - nikt oprócz nich samych (i widzów-prawników) nie ma pojęcia o co w niej chodzi, kłócą się o jakieś dziwne słowa i przerzucają orzecznictwem, "jakby to miało jakieś znaczenie". Nie ma na to żadnego remedium, po prostu rzeczywistość prawna a rzeczywistość faktyczna to dwie równoległe sobie warstwy. Prawnik myśli innymi kategoriami, myśli praktycznym zastosowaniem konkretnych norm prawnych, które ma przed oczami, a nie-prawnik wymyśla jak powinno być, chociaż sam do końca nie wie, jak jest. Inna sprawa, że na sali sądowej wygląda to niekiedy podobnie, tylko jakoś śmiać się nie wypada..
Kolejnym obiektem obserwacji tego typu stał się dla mnie odcinek Czy w sieci coś do kogoś należy? programu Hala Odlotów na TVP Kultura (dostępny na vod.tvp.pl). Przy dużym (kwadratowym..;) ) stole zastanawiali się tam nad prawem autorskim artyści, prawnicy, przedstawiciele instytucji kulturalnych. Polecam ten odcinek, bo można tam zauważyć ciekawe zestawienie różnych punktów widzenia, jednak na tym - na pokazaniu, że problem istnieje - rola takiego programu się kończy. Niestety, rozwiązania w kwestiach prawnoautorskich są zależne od konkretnego przypadku.
Mimo takich trudności w "tłumaczeniu" prawa autorskiego, trzeba o nim rozmawiać, uświadamiać ludzi. Dla prawnika przejście na język nieprawniczy jest trudne, z uwagi chociażby na jego (jęz.nieprawniczego) nieprecyzyjność (zdecydowanie łatwiej używać jęz.prawniczego, bo np. mówiąc o "rozporządzaniu" prawnik ma w głowie szerokie orzecznictwo i doktrynę, ale zwykły człowiek krzywi się bo wydaje mu się, że tamten jest przemądrzały i dlatego używa branżowego języka), ale zbawienne.
Niemniej, nie chciałam tu analizować psychologii międzyludzkich kontaktów werbalnych ;) Chciałam w nawiązaniu do wyżej wspomnianego programu spróbować wyjaśnić, czym jest "dozwolony użytek" - słowo klucz, zdawałoby się, słuchając specjalistów z dziedziny IP.
Określenie to oznacza WYJĄTKI od generalnego zakazu korzystania/rozpowszechniania chronionych prawem utworów (o tym, czym jest utwór, pisałam w poprzednim poście).
Dozwolony użytek (d.u.) może być prywatny lub publiczny, tu zajmę się tym pierwszym, ale na początek zestawmy ze sobą oba:
D.u. prywatny dotyczy korzystania z utworu na własny użytek - to na jego podstawie możemy kopiować/kserować/pożyczać książki, muzykę, nuty, etc.
D.u. publiczny dotyczy korzystania z utworu w inny sposób, niż tylko na własny użytek - dzięki niemu m.in.: a) nikt nie może mieć do nas pretensji, gdy opublikujemy gdzieś swoje zdjęcie na tle budynku, który jest utworem; b) właściciel obrazu Picassa może rozpowszechniać te obraz bezpłatnie bez zgody uprawnionych z tytułu praw aut.do tego obrazu; c) na apelu szkolnym, czy na mszy w kościele można zagrać utwór bez zgody jego autora.
Chociaż w doktrynie pojawiają się ostatnio co do tego wątpliwości (w zw. z art.25a ustawy o muzeach), warto pamiętać, że zgodnie z ogólną zasadą formy dozwolonego użytku są wymienione enumeratywnie w Oddziale 3 Rozdziału 3 Prawa Autorskiego (art.23-35), czyli są tam wymienione wszystkie możliwe formy d.u., nie ma ich więcej poza w/w ustawą, ani nie można ich sobie domniemywać.
Wracam do d.u. prywatnego:
Art. 23. 1. Bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego.(...) 2. Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego.
3) utworem rozpowszechnionym jest utwór, który za zezwoleniem twórcy został w jakikolwiek sposób udostępniony publicznie Art. 34. Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Podanie twórcy i źródła powinno uwzględniać istniejące możliwości. Twórcy nie przysługuje prawo do wynagrodzenia, chyba że ustawa stanowi inaczej.
Zatem możemy korzystać nieodpłatnie z utworu w ramach dozwolonego użytku prywatnego pod warunkiem, że:
- utwór ten został wcześniej rozpowszechniony przez uprawnionego (art.23 w zw. z art.6 ust.3),
- korzystamy z (oryginalnego) egzemplarza utworu, którego (egzemplarza!) właścicielem jest osoba z którą jesteśmy w jakimś związku osobistym (rodzina, znajomi - ci, z którymi mamy kontakt, którym chcemy udostępnić utwór), oraz
- podamy imię i nazwisko twórcy, oraz źródło (skąd mamy utwór). To właśnie na tej podstawie możemy kserować książki (uznaje się, że wypożyczenie książki z biblioteki, kiedy pani bibliotekarka zgadza się wypożyczyć ją nam "do skserowania" też mieści się w ramach takiego korzystania), przegrać płytę od koleżanki, czy ściągnąć oficjalnie udostępnioną mp3, itp. Zaciekłe spory dotyczą natomiast korzystania z utworów udostępnionych (gł. wrzuconych do sieci) nielegalnie.
Tutaj możliwe są dwie opcje:
1) nielegalne udostępnienie kopii wcześniej rozpowszechnionego (legalnie) utworu;
2) nielegalne udostępnienie utworu wcześniej niepublikowanego legalnie.
Innymi słowy: czy można korzystać np. z plików wrzuconych na youtube'a nielegalnie?
Należy rozróżnić 2 różne czyny: udostępnienie i korzystanie. Nielegalne wrzucenie utworu do internetu (zob.pkt.2 i 1) jest przestępstwem w rozumieniu prawa karnego i deliktem w rozumieniu prawa cywilnego. Nielegalność korzystania z takich plików jest problematyczna z uwagi na fakt, że czasem trudno stwierdzić, czy źródło jest legalne, czy nie. Jednak najczęściej można się domyślić, a wtedy wydaje się że podpadamy pod paragraf...
Czyli co? Nie słuchać youtube'a???
I tutaj osobiście odnoszę wrażenie, że problem legalności ściągania plików z nielegalnych źródeł wynika po części też z postawy twórców. Nikt nie pozwał o to nikogo, nie było spraw, ani orzeczeń, zatem teoretycznie wszystko jest możliwe. Sami uprawnieni często nie tylko nie dbają o usuwanie z serwerów utworów umieszczonych tam nielegalnie, ale nie tak rzadko sami udostępniają na swoich stronach pliki wrzucone, np.na yt, przez nieuprawnionych. Teoretyczne dywagacje prawników oparte na złożonym wnioskowaniu to jedna rzecz, a orzeczenia sądów, które w jakiś sposób kształtują praktykę, to drugie.
Trzeci warunek wydaje się nie pasować do tej prywatnej formy dozwolonego użytku, ale ustawa zastrzega go ogólnie do d.u. - zatem np. kserujmy książkę razem z I stroną, na której jest tytuł i autor (wynika to zresztą z osobistych praw autorskich, co do których nie ma wyjątku, autor nie traci ich gdy utwór jest używany w ramach dozwolonego użytku). Kwestia "dozwolonego użytku" jest bardzo ciekawa i bardzo głęboka - nie udało mi się jej tutaj przedstawić tak jasno, jak planowałam, ale cóż, i mi język nieprawniczy potrafi rzucać kłody pod nogi. 4 komentarze:
Złamałam prawo?
Niespełna rok temu zaczęłam uczestniczyć w seminarium z prawa autorskiego. Kolejne zajęcia i wykłady dotyczące własności intelektualnej były często szokujące - moje pokolenie, przyzwyczajone do youtube'a i facebooka nagle dowiaduje się, że to wszystko co można znaleźć w internecie nie do końca jest takie "wspólne". Nawet więcej: ono NIE jest wspólne, ono jest czyjeś. Ktoś jest autorem anonimowych grafik, ktoś jest właścicielem praw majątkowych do nielegalnie udostępnionych utworów muzycznych. Małymi kroczkami próbowałam i próbuję to sobie wszystko w głowie poukładać i znaleźć jakąś na to wszystko radę. Jednak, wciąż się ucząc i obserwując, sama balansuję na granicy. Przygotowując się do wrześniowego egzaminu jakoś ogarnęłam cały ten temat (powiedzieć więcej niż "ogarnęłam" ośmielę się raczej nie wcześniej niż po kilku latach praktyki) i doszłam do wniosku, że w swoim poście "CYTAT Z WARHOLA" mogłam naruszyć kilka istotnych zasad.
Czy ZACYTOWAŁAM "Dyptyk Marylin" Andy Warhola? Po pierwsze, nie jest to fragment "Dyptyku Marylin" z 1962 r., ale bezimienny utwór A.Warhol'a z 1967. Znamy wszyscy serię przetworzeń zdjęcia M.M. zabarwionego techniką sitodruku przez A.W. Pierwotne zdjęcie to fotografia prasowa - czy zatem grafika Warhola to utwór zależny? Nie wydaje się, żeby zdjęcie było oryginalne, a jeżeli odbija czyjąś osobowość, to zdecydowanie nie jest to osobowość fotografa. Utworem byłby ciąg kadrów - może fragment zdjęć filmowych, a zapewne cały film. Nie wydaje mi się, żeby zdjęcie twarzy znanej osoby, nie odznaczające się niczym znamiennym, można było uznać za utwór w rozumieniu ustawy.
Czy jednak dzieło Warhola to utwór? Nie każde dzieło sztuki jest utworem - nie jest nim choćby wspaniały "Kwadrat" Malewicza (per analogiam, gdyby nie amerykańskie zwyczaje polubownego załatwiania sporów, sąd nie uznałby pewnie za utwór "4:33" Johna Cage'a). Grafika Warhola jednak zdecydowanie spełnia warunek oryginalności - specyficzna maniera "niedokładnego" nakładania barw na zdjęcie jest zamierzona i dokładnie zaplanowana. Pomysł był oryginalny i korespondował z dotychczasowym stylem mistrza pop-artu.
Zatem, skoro dzieło Warhola uznajemy za utwór (jeżeli byłoby inaczej, można by przedrukowywać tą grafikę ile dusza zapragnie, bez żadnych dylematów) można zacząć mówić o cytacie.. Cytat, to forma dozwolonego użytku publicznego, o którym mówi art. 29 (w zw. z art.34 i 35) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Art.29.1. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.
Czy przytoczyłam cytat w zakresie uzasadnionym prawami gatunku twórczości?
W niniejszym poście nie ma problemu - wyjaśniam, etc. Ale tam? Wyczytałam , że: konieczne jest, by nowy utwór "na tyle zmieniał sens i sytuację przejmowanego utworu, by było wiadomo, że przedstawiają własne spojrzenie na problematykę zawartą w utworze inspirującym i nie są zwykłym naśladownictwem" (SN z 23 listopada 2004 - za: J.Barta, R.Markiewicz, "Prawo Autorskie", Warszawa 2010). Profesorzy Barta i Markiewicz zwracają dalej uwagę, że wytyczną w ocenie dopuszczalności uznania cytatu za uzasadniony prawami gatunku twórczości, powinno być "akceptowanie »praw« w znaczeniu »przyjętych zwyczajów« w sferze cytowania w poszczególnych gatunkach twórczości" (j.w.). Czy w moim dziełku utwór Warhola zmienia sens? Oczywiście, że tak! W oryginale portret Marylin to portret Marylin, u mnie staje się on portretem Warhola. Czy zmienia się jego sytuacja? Naturalnie, że tak. Wyniosłam go na wysokości - w moim "tabernakulum" siedzi nie Marylin M., a twórczość i geniusz Warhola. Czy przedstawiłam własne spojrzenie na jego problematykę? Tak, tak, tak. Warhol skupił się na tragedii Marylin Monroe, na jej samobójstwie, na pięknie niosącym za sobą nieszczęścia. Ja mówię o prawdzie, którą głosił i którą ratował od naiwności. I czy istnieje zwyczaj "cytowania" obrazu w innym dziele? Tego nie wiem, ale... per analogiam... w muzyce chociażby dzieje się to na porządku dziennym ;)
Pozostaje jedna mała wątpliwość... czy moje dzieło to utwór? Bo cytować wolno tylko w utworze. A, tak. Vide nieśmiertelny 1.1.ustawy: działalność moja wtenczas należy zdecydowanie uznać za twórczą - części są ułożone w zamierzony, specyficzny sposób, nie są przypadkowe, wspólnie nawiązują do tej samej postaci, kontekst jest wzmocniony tytułem "Cytat z Warhola". Istnieje raczej małe prawdopodobieństwo, aby ktoś wpadł na taki sam pomysł.
Jak widać na zdjęciu, w swoim koncepcie (nie wiem jak to inaczej nazwać) zainstalowałam ulotkę reklamującą wystawę Andy Warhol. Konteksty., która miała miejsce w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie (INFO TUTAJ). Jakkolwiek utwór Warhola jest chroniony, ulotka też wydaje się być utworem. Zastanawiam się, czy fragment ulotki, jakim jest utwór pierwotny jest chroniony podwójnie? To byłoby dziwnie, autor ulotki nie może nabyć prawa do dzieła pierwotnego przez wykorzystanie go w swoim utworze zależnym. Jednak na moim zdjęciu widać fragment ulotki pod grafiką Warhola - dokładnie widać fragment napisu na ulotce: "ANDY". Jednak samo ujęcie 4 liter w jakimś pomyśle kolorystycznym trudno moim zdaniem uznać za utwór, a nawet jeżeli, to tutaj prawo cytatu również powinno zadziałać.
Specyficznie wykaligrafowany napis Coca-Cola (zarówno sam napis, jak też biały napis na czerwonym tle) to zarejestrowany w Urzędzie Patentowym znak towarowy - zyskane przez rejestrację prawo ochronne na znak towarowy uprawnia do wyłącznego używania znaku towarowego w sposób zarobkowy lub zawodowy na całym obszarze Rzeczpospolitej Polskiej (art.153.1. ustawy Prawo własności przemysłowej). W swoim - jak już ustaliłam - utworze nie wykorzystałam znaku Coca-Coli w żaden z tych sposobów. Co istotne, w ustawie mowa o wykorzystaniu w sposób zarobkowy/zawodowy, rozumiem, że chodzi o sposób na który wskazuje bezpośredni skutek i bezpośrednie intencje wykorzystującego. Jeżeli brat kupi mi ciastka w podzięce za rozrywkę której niewątpliwie doznał przy lekturze niniejszego posta, nie znaczy, że wykorzystałam znak towarowy Coca-Coli w sposób zarobkowy. Mam nadzieję :D
Nareszcie i wreszcie chyląc się ku końcowi moich pierwszych kroków na polanie IP - nawet jeżeli mogłam niechcący naruszyć czyjekolwiek prawo, wierzę, że następcy prawni pana Warhola, oraz inni uprawnieni, zlitują się i nie pozwą mnie do sądu za kleine Münze* (niem. drobne monety, drobniaki).
*Pointa warta milion drobnych dolarów ;)
Stenographische Berichte des Reichstages 1989–1900
„Prawniczy umysł zna się na sztuce i estetyce, jak słoń na graniu na flecie”