Source: http://doczz.pl/doc/397/mo%C5%BCe-mie%C4%87-z-geniusza-i-jego-s%C5%82awy
Timestamp: 2020-06-04 14:45:27
Legal References Found: art. 31
 art. 32
 art. 212
 art. 212
 art. 212
 art. 212
 art. 212
 art. 31

art. 31
 art. 31

art. 31

art. 31
 art. 212

Document Content:
może mieć z geniusza i jego sławy - Aktualności
bezwierszówki
nr 1-3 (103-105)
Co Olsztyn
ISSN 1732-7327
może mieć z geniusza
i jego sławy
Pagina na górze lewa
Lubię rocznice, oczywiście
za wyjątkiem rocznicy
własnych urodzin.
A już szczególnie cieszy
mnie rocznica, której
poświęcam ten tekścik.
tóż równo dziesięć lat temu, w marcu
2004 roku Zarząd olsztyńskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy
Polskich podjął uchwałę o wydawaniu własnego pisma, adresowanego do dziennikarzy.
Wówczas byłam prezeską tego Oddziału – i od
razu „kupiłam” pomysł, z którym przyszedł
do mnie Tadeusz Prusiński. Tytuł urodził się
sam: mieliśmy pisać do naszej gazety jedynie
z potrzeby serca, za darmo, a więc pismo
nazwaliśmy „Bez Wierszówki”.
Był to czas kiedy wielu naszych dziennikarzy
lądowało na bruku, zamykano bowiem kolejne
tytuły prasowe. Stołek redaktora naczelnego
miał być przechodni, przeznaczony bowiem
był dla dziennikarza, który powiększał grono
bezrobotnych. Tak zapisaliśmy w uchwale. To
go miało podtrzymywać na duchu, bo nie ma
nic gorszego jak znalezienie się z dnia na dzień
w pustce (czytaj: na bezrobociu), w czarnej
dziurze, z której nie widzi się wyjścia.
Pierwszym naszym naczelnym został Tadeusz Prusiński, a po znalezieniu pracy pałeczkę przekazał Jurkowi Pantakowi, ten z kolei
Ryśkowi Borkowskiemu. Niedługo potem
zwolnił on stołek naczelnego dla Krzysztofa
Panasika, który też czuł się wyobcowany, jak
to każdy świeżo upieczony emeryt. Każdy
z nich odcisnął własne piętno zmieniając
nieco charakter pisma. Tego żeby wychodziło pismo pilnował Zbyszek Wytrążek,
facet z przysłowiową głową na karku, który
w największych zapaściach finansowych
potrafił zdobyć pieniądze by kolejne numery
mogły ujrzeć światło dzienne. A był to nie
lada wyczyn skoro pojawiały się i znikały jak
meteoryty różne dzienniki, tygodniki, miesięczniki, padając niekiedy już po pierwszym
czy dziesiątym numerze.
A my trwaliśmy.
I dobrze, bo przecież nagłaśnialiśmy na
łamach naszego pisemka („miesięcznika,
koleżanko, miesięcznika społeczno-kulturalnego” – poprawiał mnie Wytrążek), a więc
nagłaśnialiśmy wszystkie procesy wytaczane
nam, dziennikarzom. Relacjonowaliśmy ich
przebieg, organizowaliśmy obronę dziennikarzy sięgając niekiedy po pomoc prawników
z Zarządu Głównego SDP i opisywaliśmy
nasze starania. Pisaliśmy o marnowanym
potencjale demokracji obywatelskiej, czyli
wycinaniu w pień gazetek lokalnych przez
agresywne duże wydawnictwa prasowe. I ani
jak nie chcieliśmy przyjąć do wiadomości, że
takie są prawa wolnego rynku. Opisywaliśmy
nasze projekty realizowane z funduszy przewidzianych dla organizacji pozarządowych,
w tym szkolenia dla liderów tych organizacji
w występowaniu przed kamerami telewizyjnymi, mikrofonami radiowców. To wtedy
oddaliśmy – aczkolwiek z bólem, lecz nie za
darmo – naszą rozkładówkę dla Rady Organizacji Pozarządowych, z którą nawiązaliśmy
współpracę. Pisaliśmy o naszych nagrodach
i konkursach. I o przyjmowanych do Stowarzyszenia nowych dziennikarzach. Mało?
Jeśli mało to kłaniam się potencjalnym
sponsorom. Możemy pisać więcej i dłużej.
Nawet przez kolejne dziesięć lat.
Wszystkim im, jak też kolejnym redaktorom
naczelnym, serdecznie dziękuję.
• 70. urodzin - Krzysztof Panasik (8 stycznia) • 65 urodzin - Andrzej Badurek (9 stycznia)
• 60 urodzin - Zbigniew E. Połoniewicz (24 stycznia), Tamara Jesionowska (11 września)
• 55 urodzin - Grzegorz Radzicki (11 lutego), Jacek Hopfer (30 kwietnia),
Wiesław Brzozowski (9 grudnia) • 50 urodzin - Mariusz Wadas (5 lipca)
• 30-lecie pracy dziennikarskiej - Ewa Domaradzka-Ziarek, Ireneusz St. Bruski
• 20-lecie pracy dziennikarskiej - Andrzej Pawlik
olejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni przed
nami. W ich kontekście snujemy plany,
wyznaczamy cele, myślimy z nadzieją... Co
dobrego przyniosą, czym zaowocują w naszym
życiu osobistym i zawodowym? Co przyniosą
całemu Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, oraz tej jego części, którą stanowią
dziennikarze Warmii, Mazur i Powiśla...
W skali ogólnokrajowej, jesienią 2014
roku czeka nas Zjazd Krajowy SDP. Oddział
olsztyński reprezentować będzie czworo delegatów. Będziemy dyskutować, wyznaczać
kierunek Stowarzyszeniu na kolejne lata
i wybierać nowych reprezentantów dziennikarskiego środowiska na szczeblu krajowym.
Obyśmy tylko umieli się pięknie różnić...
W skali regionalnej, kontynuujemy pierwszy rok działalności nowych władz kadencji
2013-2016. Poprzeczkę chcemy postawić
wysoko. Mamy wiele planów, m. in. rozpoczynamy dwa projekty. Pierwszy, którego celem
są media lokalne naszej małej ojczyzny oraz
drugi – niezwykle ważny we współczesnej
polskiej rzeczywistości – dotyczący dziennikarstwa obywatelskiego.
Pragniemy stworzyć prężny Oddział, mówiący odważnie o sprawach, które nurtują nasze
środowisko. Zatem Koleżanki i Kolegów –
dziennikarzy Warmii, Mazur i Powiśla, którzy
oprócz codziennej pracy zawodowej pragną
poświęcić swój czas, zdolności i pasję na rzecz
środowiska dziennikarskiego, zapraszamy
do współpracy w ramach Stowarzyszenia
Dziennikarzy Polskich.
Zapraszamy również do współtworzenia
„Bez Wierszówki”. Nasz miesięcznik po wizualnym liftingu, ma być nadal pismem, którego
cele zostały określone przed dziesięcioma laty
przez jego Twórców. Ma być czasopismem
tworzonym przez dziennikarzy, dla dziennikarzy, o sprawach, które dziennikarzy nurtują;
tworzonym – jak podkreśla prezes Joanna
w tekście „Rocznica” – „z potrzeby serca,
za darmo”. Stąd takie i dzisiaj jest podejście
wszystkich, począwszy od autorów tekstów
i fotografii, członków Kolegium redakcyjnego,
a na redaktorze naczelnym kończąc, wszak
tytuł pisma zobowiązuje!
Wszystkim Czytelnikom, nie tylko przedstawicielom mass mediów, z życzeniami pomyślności i szczęścia w 2014 roku oraz satysfakcji
z lektury miesięcznika SDP
W numerze: Rocznica (J. Wańkowska-Sobiesiak) – s. 3 • Rok 2014 (I. St. Bruski) – s. 3 • Nagrody SDP 2013 – s. 4 • Konkurs SDP im. Seweryna Pieniężnego
2013 – s. 5 • Sprostowanie na ślizgawce (A. Dramiński) – s. 6 • Obarek vs. Socha – s. 7 • „Naczelny na niby” i na bruku – s. 8 • Z pomocą ukraińskim
dziennikarzom – s. 8 • Część większej całości (S. Truszczyński) – s. 9 • Obieg zamknięty (J. Rosłan) – s. 9 • Nasz Cześka (J. Wańkowska-Sobiesiak)
– s. 10 • Pamiętamy o Niemenie (U. Bogobowicz) – s. 11 • Co Olsztyn może mieć z geniusza i jego sławy? (A. Dramiński) – s. 12 • Przeminął cały
Wiek! (E. Karaśkiewicz) – s. 14 • Andrzej Pieślak – taka działalność jest potrzebna (A. Zb. Brzozowski) – s. 15 • Czy jeszcze jest – i jaka – prasa lokalna?
(J. Pantak) – s. 16 • Ostródzkie media (Zb. E. Połoniewicz) – s. 17 • Opowiedz mi swoją historię (M. Sokołowski) – s. 18 • Niewiedza czy manipulacja?
(J. Rosłan) – s. 19 • Okiem satyryka (A. Zb. Brzozowski) – s. 19 • Piętrowe życie (A. Wołos) – s. 20 • Ani to damy, ani to huzary (B. Ulewicz) – s. 21 • Bilet
Olsztyn – Chicago (E. Mierzyńska) – s. 21 • Z życia Oddziału – s. 22 • Oddział w fotoobiektywie. Styczeń 2014 – s. 23 • Nagrody SDP za rok 2013 – s. 24
Konkurs SDP im. Seweryna Pieniężnego 2013
rzydziestego stycznia Stowarzyszenie
Dziennikarzy Polskich po raz dwudziesty pierwszy przyznało nagrody
za najlepsze prace w polskiej prasie, radiu,
telewizji i Internecie, w tym roku również za
fotografię prasową. Konkurs miał charakter
otwarty i mogli w nim uczestniczyć dziennikarze oraz fotoreporterzy bez względu
na przynależność organizacyjną, także niezrzeszeni.
W konkursie oceniono prace 191. dziennikarzy, którzy łącznie nadesłali 397. prac.
Zgłoszone prace publikowane i emitowane
były w 50. tytułach prasowych, 11. rozgłośniach radiowych, 12. stacjach telewizyjnych,
18. portalach internetowych i 2. wydawnictwach. Laureatów wyłoniło jury pod
przewodnictwem prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego.
elem Konkursu o Nagrodę SDP im.
Seweryna Pieniężnego, organizowanego corocznie przez olsztyński Oddział
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, jest
promowanie dziennikarstwa Warmii, Mazur
i Powiśla, zachęcanie do dbałości o przestrzeganie zasad etyki zawodowej, wolność
słowa, profesjonalizm oraz podnoszenie
umiejętności warsztatowych.
Do 5. edycji Konkursu za rok 2013 zgłoszono sześcioro kandydatów w czterech kategoriach: dziennikarz prasowy, telewizyjny,
radiowy i publikujący w mediach elektronicznych. Nominowani reprezentują następujące mass media: redakcje prasowe („Debata”,
„Gazeta Olsztyńska”, „Gość Niedzielny”),
rozgłośnie radiowe (Radio Olsztyn S.A., Radio Plus Olsztyn), stacje telewizyjne (TVP 2),
Laur Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za dorobek całego życia powędrował
do szefa działu Kultura w „Gazecie Polskiej”
Bohdana Urbankowskiego. W laudacji wygłoszonej przez Stefana Truszczyńskiego –
sekretarza generalnego SDP, padły piękne
słowa pod adresem laureata jako pisarza
i publicysty, filozofa i poety.
Od początku trwania konkursu nagrodą
wiodącą jest Główna Nagroda Wolności
Słowa, fundowana przez Zarząd Główny SDP.
Dotyczy publikacji w obronie demokracji
i praworządności, publikacji demaskujących
nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw
obywatelskich, praw człowieka.
W tym roku przyznano dwie równorzędne
nagrody. Pierwsza trafiła do rąk Joanny
Lichockiej i Jarosława Rybickiego za film
dokumentalny „Prezydent”, przybliżający
sylwetkę śp. Lecha Kaczyńskiego, drugą
nagrodę dostał Leszek Ciechoński za film
dokumentalny „Tumult nad Łodzią”. Laureaci otrzymali 20 tysięcy złotych.
Stowarzyszenie jest również fundatorem
Nagrody Watergate, przyznawanej za najlepszą pracę z zakresu dziennikarstwa śledczego. Otrzymali tę nagrodę ex aequo: Anita
Gargas z „Gazety Polskiej” za głośny film
„Anatomia upadku”, w którym zobaczyliśmy
zacieranie przez Rosjan śladów katastrofy, niebywałą bierność i niekompetencję
polskich śledczych i wypowiedzi świadków
tragedii, których zeznania zaprzeczały tym
oficjalnym, Edyta Krześniak – reporterka
programu „TVN Uwaga” za materiał „Mięso
na receptę” oraz Wojciech Surmacz i Nissan
Tzur – dziennikarze magazynu „Forbes Polska” za artykuł „Kadisz za milion dolarów”,
mówiący o wyprzedaży przez gminy żydowskie w Polsce nieruchomości odzyskanych
wcześniej m. in. od Skarbu Państwa.
FOT. © ISB
Dziewięć Nagród
W konkursie SDP przyznano także nagrody
za materiały dziennikarskie w dziewięciu
innych kategoriach.
Jedną z najstarszych nagród konkursu jest
Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie. Za rok 2013 nagroda
trafiła do Witolda Gadowskiego i Macieja
Grabysa za film „Mitzvah” w TV Planet oraz
Macieja Grabysa i Michała Króla za film „Być
Koptem” w TVP Kraków.
otrzymuje autor materiałów popularyzujących wiedzę o współczesnej cywilizacji
i kulturze. W tym roku w tej kategorii uhonorowana została Violetta Rotter-Kozera za
film „Please Find. Henryk Mikołaj Górecki”.
Dziennikarz tygodnika lokalnego „Pałuki”, autor publikacji „Pieniądze z wiatru jak
placki ze śniegu” Marian Kawka otrzymał
Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne.
Nagroda im. Stefana Żeromskiego za
publikacje o tematyce społecznej powędrowała do Mariusza Pilisa, autora filmu „Bunt
stadionów”, zamieszczonego w Internecie.
Nagrodą im. prof. Stefana Myczkowskiego za materiały o problemach ochrony
środowiska wyróżniono dziennikarza „Niezależnej Gazety Obywatelskiej” w Opolu,
autora publikacji „Lewicka masakra piłą
łańcuchową” Tomasza Kwiatka.
Ponadto przyznano nagrody dla fotoreporterów. Nagrodę im. Erazma Ciołka za
fotografię społecznie zaangażowaną otrzymał
autor fotoreportażu „18. rocznica masakry
w Srebrnicy” Adam Guz, a Nagrodę im.
Eugeniusza Lokajskiego za fotografię
sportową przyznano fotoreporterowi Polskiej
Agencji Prasowej, autorowi fotoreportażu
„Remek” Jackowi Turczykowi.
W tym roku przyznano trzy nowe nagrody.
Reportażystka Polskiego Radia, autorka materiału „Szczęśliwy żywot Michała Wysockiego” Patrycja Gruszyńska-Ruman otrzymała
Nagrodę im. Janusza Kurtyki za publikacje o tematyce historycznej.
Nagrodą Inicjatywy za podejmowanie
tematów ważnych dla społeczności lokalnych
uhonorowano Annę Bogdanowicz, autorkę audycji radiowej „Jadą wozy” w Polskim
Radiu Białystok, natomiast Nagrodę im.
Kazimierza Wierzyńskiego w kategorii
dziennikarstwo sportowe przyznano Bartkowi
Dobrochowi i Przemysławowi Wilczyńskiemu
za cykl tekstów „Broad Peak: piekło i niebo”
publikowanych w „Tygodniku Powszechnym”.
Ponadto w poszczególnych kategoriach przyznano 25. wyróżnień honorowych. Pełna lista osób wyróżnionych
znajduje się na stronie www.sdp.pl.
Podczas gali na Foksal wręczono również
wyróżnienia polskim dziennikarzom zaangażowanym w relacjonowanie wydarzeń na
Ukrainie. Otrzymali je Paweł Bobołowicz
z założonego przez red. Krzysztofa Skowrońskiego Radia Wnet i Bartłomiej Maślankiewicz
z TV Republika.
SDP przyznało dwie antynagrody Hiena
Roku. Otrzymał ją przewodniczący rady
nadzorczej Ringier Axel Springer Polska
i reprezentujący wydawcę magazynu „Forbes Polska” Ralph Buechi za ingerowanie
„w niezależność redakcji i dziennikarza”
w czasie pracy nad publikacją „Kadisz za
milion dolarów”.
Natomiast właściciel „Rzeczpospolitej”
Grzegorz Hajdarowicz otrzymał Hienę Roku
za „łamanie zasad etyki środków masowego przekazu poprzez pozbawienie opieki
prawnej dziennikarzy wydawanych przez
jego spółkę Presspublikę tytułów prasowych
w sprawach dotyczących okresu ich pracy
w jego wydawnictwach”. Chodzi o publikację
w „Rzeczpospolitej” z 2011 roku o śladach
trotylu na wraku samolotu Tu-154M w Smoleńsku. Prokuratura wojskowa zaprzeczyła,
że są takie ustalenia. Hajdarowicz pozbawił
ochrony prawnej trzech dziennikarzy gazety.
Cała trójka musiała za własne pieniądze
bronić się w procesach, które wytoczono im
za teksty publikowane w dzienniku.
ISB / SDP, PAP
portale internetowe (www.debata.olsztyn.pl,
www.mazgal.wm.pl, www.naszlidzbark.pl).
Spośród uczestników Konkursu zostanie
wyłoniony Laureat Nagrody Głównej, który
otrzyma statuetkę oraz nagrodę pieniężną
w wysokości 2500 złotych, ufundowane przez
Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy
Polskich. Ponadto Kapituła może przyznać
dodatkowe nagrody i wyróżnienia honorowe. Laureaci otrzymają także upominki od
Hotelu Dyplomat.
Zgodnie z regulaminem Kapituła Nagrody
może również dokonać wyboru „Antylaureata” czyli napiętnować postawy niegodne,
sprzeniewierzające się etyce zawodowej, a tym
samym godzące w dobre imię dziennikarzy.
„Antylaury” mogą być przyznawane także
wydawcom oraz zespołom redakcyjnym.
W skład Kapituły oceniającej materiały,
które wpłynęły na Konkurs za rok 2013,
wchodzą: ks. dr Ireneusz St. Bruski (SDP)
– przewodniczący Kapituły, Elżbieta Mierzyńska (SDP), Tadeusz Prusiński (SDP)
– sekretarz Kapituły, prof. dr hab. Marek
Sokołowski (SDP, UWM), prof. zw. dr hab.
Krystyna Stasiewicz (UWM), Irena Telesz-Burczyk (Teatr im. S. Jaracza) i Joanna
Wańkowska-Sobiesiak (SDP).
Ogłoszenie wyników oraz wręczenie nagród nastąpi 24 lutego 2014 roku, w ramach
obchodów rocznicowych związanych z osobą
Seweryna Pieniężnego – patrona olsztyńskiego Oddziału SDP. Gala konkursowa
odbędzie się w Sali Konferencyjnej Hotelu
Dyplomat w Olsztynie.
Nominowani do Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Seweryna Pieniężnego za rok 2013
Krzysztof Guzek, dziennikarz, publicysta radiowy, redaktor „Palikot: Marihuana Polityki?”), artykuły z cyklu „Portrety” – „Stawiam życiu
Radia Plus Olsztyn
piątkę” („Gazeta Olsztyńska”, 2 VII 2013), „Nawet w Ameryce tęskniłem
Materiały konkursowe: Programy cyklu radiowego „Portrety Plusa” – „Szla- do Olsztyna” („Gazeta Olsztyńska”, 2 V 2013).
chetna Paczka” (Radio Plus Olsztyn, 28 XI 2012), „Życie Konsekrowane”
Andrzej Pieślak, redaktor naczelny i wydawca gazety
(Radio Plus Olsztyn, 30 I 2013), „Praca z niepełnosprawnymi” (Radio Plus
internetowej „Nasz Lidzbark”
Olsztyn, 13 II 2013), „Naprotechnologia” (Radio Plus Olsztyn, 22 V 2013). Teksty konkursowe: „Lidzbark Warmiński uzdrowisko termalne czyli strzał
Krzysztof Kozłowski, dziennikarz prasowy, redaktor
w kolano”, „Nocne zrzuty ścieków przez Polmek w Lidzbarku Warmiń„Gościa Niedzielnego”
skim”, „Quo vadis Lidzbarku Warmiński”, „Studium wykonalności term
Teksty konkursowe: „Brama do nieba”, „Wszystko nam się pozmieniało”, warmińskich, wyliczenia, płace i cennik usług”, „Komunikacja społeczna
„Modlitwa między skokami Małysza”, „A wszystko rośnie pięknie”, „Z serca w Lidzbarku Warmińskim” (artykuły zamieszczone w 2013 roku na portalu:
jak ze skarbca”, „Właśnie idę do kościoła”, „Rowerem z naszym Jakubem”, www.naszlidzbark.pl).
„Aniu, co ty robisz?”, „Bije we mnie warmińskie serce”, „Koloratka na muAdam Jerzy Socha, dziennikarz, publicysta miesięcznika
rawie”, „Żyjemy jak na wsi”, „Odpusty skończone” (artykuły zamieszczone
regionalnego „Debata” i portalu www.debata.olsztyn.pl,
na łamach „Gościa Niedzielnego” – „Posłańca Warmińskiego”).
redaktor witryny internetowej Radia Olsztyn
Adam Krzykowski, dziennikarz telewizyjny, redaktor TVP 2 Teksty konkursowe: „Barbarzyńcy w ogrodzie II. Po trupie dyrektora CyMateriały konkursowe: Sprawa domniemanych tajnych więzień CIA, które gańskiego do zamkowej fosy” („Debata”, nr 2/2013), trzy cykle artykułów:
miały znajdować się na terenie Warmii i Mazur – „Odtajnienie dokumen- I – „Praca doktorska Piotra Obarka odnaleziona. Teraz pytamy o pracę habilitów” (Panorama TVP 2, 5 II 2013), „Raport” (Panorama TVP 2, 13 VI 2013), tacyjną” („Debata”, nr 6/2013), „Kto jest autorem pracy habilitacyjnej Piotra
„Więzienia CIA” (Panorama TVP 2, 5 III 2013); Sprawa wypadku rehabili- Obarka?” („Debata”, nr 9/2013), „Moja rada dla ujeżdżanych professores”
tantki Beaty Jałochy – „Ofiara samobójcy” (Panorama TVP 2, 3 VI 2013). (portal www.debata.olsztyn.pl, 29 IX 2013), II – „Dlaczego prezesem OZK
Ewa Mazgal, dziennikarka, redaktorka „Gazety Olsztyńskiej” został Targoński?” (portal www.debata.olsztyn.pl, 15 III 2013), „Kto zgari autorka bloga
nie 12 milionów złotych z olsztyńskiego rynku odpadowego?” („Debata”,
Teksty konkursowe: Blog prowadzony przez autorkę (www.mazgal.wm.pl – nr 3/2013); III – „Minister Bieńkowska broni term” (portal www.debata.
teksty „Żydokomuna z naszej klasy”, „Dzień bez Smoleńska? To niemożliwe”, olsztyn.pl, 26 III 2013), „Ocean lidzbarski” („Debata”, nr 4/2013).
Laureaci konkursu 2009-2012
Obchody Dnia Patrona Oddziału
I – Rok 2009 • Nagroda Główna: Wacław Brudek SDP w Olsztynie 24 lutego 2014
(Gazeta On-line Olsztyn24) • Wyróżnienia Honorowe: Piotr Owczarski (TVP Olsztyn) i Alicja Kulik
(Radio Olsztyn) • Wyróżnienie Dziekana Wyższej
Szkoły Pedagogicznej TWP w Olsztynie: Urszula
Aniela Mikulewicz (TVP Olsztyn)
II – Rok 2010 • Nagroda Główna: Iwona Trusewicz
(„Rzeczpospolita”) • Wyróżnienia Honorowe:
Adam Krzykowski i Tomasz Sklinsmont (TVP Olsztyn)
III – Rok 2011 • Nagrody Główne: Adam
Krzykowski (TVP) oraz Wojciech Ogrodziński
i Marek Koter (Radio Olsztyn) • Wyróżnienia
Honorowe: Joanna Wilengowska (TVP Olsztyn)
i Anna Minkiewicz-Zaremba (Radio Olsztyn)
IV – Rok 2012 • Nagroda Główna: Mariusz
Borsiak (Radio Olsztyn) • Wyróżnienia Honorowe: Iwona Pacholska (TVP Olsztyn), Mirosław Sochacki (Radio Olsztyn) i Tadeusz Prusiński (SDP)
Godz. 10.30 – Złożenie kwiatów przy pomniku Seweryna Pieniężnego obok Olsztyńskich
Zakładów Graficznych (ul. Towarowa 2)
Godz. 11.00 – Złożenie kwiatów na grobowcu Rodziny Pieniężnych na Cmentarzu
Komunalnym w Olsztynie (ul. Poprzeczna)
Godz. 12.00 – Msza święta w intencji śp. Seweryna Pieniężnego (+ 24 II 1940) w bazylice
konkatedralnej św. Jakuba w Olsztynie pod
przewodnictwem bp. Jacka Jezierskiego
Godz. 13.00 – Złożenie kwiatów przy głazie
upamiętniającym Seweryna Pieniężnego
obok Domu „Gazety Olsztyńskiej” (od strony
ul. Feliksa Nowowiejskiego)
Godz. 18.00 – Gala Konkursu SDP im. Seweryna Pieniężnego w Sali Konferencyjnej
Hotelu Dyplomat (ul. Dąbrowszczaków 28)
ryzyko spotkania z prawem
Sprostowanie na ślizgawce
Na sprostowaniu
„łatwo się przejechać”.
To znaczy skutki
niezamieszczenia go przez
redakcję, a zwłaszcza
odpowiedzialnego za to
mogą być daleko dalej
idące i groźniejsze niż
pisaliśmy w „Bez Wierszówki”
(6-7/2012) przypadek redaktora
Przemysława Kaperzyńskiego szefa
„Iławskiego Tygodnia”. P. Kaperzyński
i Tomasz Więcek napisali artykuł „Uwaga! Ta bomba może wybuchnąć”: „Bomba
ekologiczna wisi nad gminą Iława. Powodem jest ponad 200 tysięcy metrów sześciennych ścieków, które prawdopodobnie
trafiają do ziemi, zamiast do zlewni. Roman Paluszuk pokazał nam miejsce, gdzie
przez długi czas ktoś nielegalnie wylewał
nieczystości”. W ramkach zamieszczono
wypowiedź wójta gminy Krzysztofa Harmacińskiego: „Nie można powiedzieć, że
to wina władz gminy, bo wiemy jaka była
sytuacja i jakie jest to drogie przedsięwzięcie”. Dziennikarze zakończyli artykuł
interwencyjny: „Potrzebne są duże inwestycje, ale ich realizacja widać przerasta
możliwości obecnego wójta, choć kończy się
druga kadencja jego rządów. I tak błędne
koło niemocy się zamyka... mamy jednak
nadzieję, że Krzysztof Harmaciński wraz
ze swą ekipą dostrzeże w końcu niebezpieczeństwo... wierzymy gorąco, że w końcu
przybędzie mu odwagi i determinacji, aby
kontynuować dzieło rozpoczęte przez jego
poprzednika Henryka Lisaja. Zatem, panie
wójcie, czas zabrać się do roboty”.
Jak wójt
zabrał się do roboty ?
I wójt Harmaciński zabrał się do roboty
i żądał sprostowania kierując pismo z powołaniem się na art. 31 ust. 1 i art. 32 Prawa prasowego.
Wójt Harmaciński przesłał do redakcji
pismo na trzy strony. Wymieniał w nim
na stronie drugiej i trzeciej jakie w ogóle
podejmowano działania. A dodatkowo na
trzeciej co w programie rozwoju lokalnego
gminy na lata 2007-2012 Rady Gminy
Iława uchwaliła w sprawie inwestycji dotyczących kanalizacji sanitarnej.
Przemysław Kaperzyński mówił, że to nie
było sprostowanie dotyczące tej konkretnej
publikacji. A raczej ogólna wypowiedź, która
nie spełniała wymogów zawartych w prawie
prasowym. Ponadto nie zawierała wyodrębnionej części, co jest tym sprostowaniem.
I trzeba napisać jasno. Dziennikarzom i ich
informatorom chodziło o to, by władza zareagowała od razu, by zapobiegła zakażaniu
i dewastacji gruntów z dnia na dzień. By
załatwić, a nie załatwiać. A władza swoje,
że zrobi w przyszłości to i to. Czyli de facto
urzędnicy niczego pożytecznego nie zrobili.
Niezależnie od tych wątpliwości naczelny
i tak chciał odpowiedź wójta opublikować.
Ale głowę zajęła mu codzienna krzątanina
redakcyjna, nikt mu nie przypomniał i... nic
się nie ukazało. Wójt poczuł się zlekceważony
i skierował sprawę do sądu karnego powołując
się na art. 212 Kodeksu karnego, gdzie mowa
o zniesławieniu. Oczywiście sąd mając do
czynienia wyłącznie z dokumentami skazał
go na karę 80. godzin ograniczenia wolności,
w zawieszeniu na 2 lata oraz podanie informacji do publicznej wiadomości w Urzędzie
Gminy Iława. Zakazał prawa wykonywania
zawodu dziennikarza przez dwa lata. Nie na
darmo starożytni mówili „twarde prawo, ale
prawo”. Przemysław Kaperzyński nie wrócił
do czynnego zawodu. Jest rzecznikiem prasowym w jednej z olsztyńskich spółek.
Z tym osławionym art. 212 k.k. by go znieść
od lat dosłownie walczy Stowarzyszenie
Dziennikarzy Polskich. Trudno policzyć ile
było apeli, wezwań, dyskusji na kilku zjazdach
delegatów SDP. I nic. Dosłownie nic, jak walenie grochem o ścianę. W 2012 roku Helsińska
Fundacja Praw Człowieka, Izba Wydawców
Prasy, Stowarzyszenie Gazet Lokalnych oraz
Stowarzyszenie Wolnego Słowa zaapelowały
do prezydenta Bronisława Komorowskiego
o zniesienie odpowiedzialności karnej za
zniesławienie, tj. usunięcie art. 212 z Kodeksu
karnego. Artykuł ten przewiduje za zniesławienie m. in. karę do roku więzienia. Dotyka
on nie tylko dziennikarzy, lecz w znacznej
mierze zwykłych obywateli, którzy komentują
otaczającą ich rzeczywistość
Potwierdzają to statystyki. W 2000 roku
skazanych za zniesławienie było 44, w 2006
liczba ta urosła do 176, a w 2008 ogłoszono
194 wyroków skazujących. W roku 2010
liczba osób skazanych oraz tych, wobec których warunkowo umorzono postępowanie
na podstawie art. 212 k.k. wyniosła 246.
Autorzy apelu pisali: „Ten wzrost liczby
skazanych jest wynikiem coraz częstszych
procesów o zniesławienie wytaczanych przez
polityków lokalnych, jak również przedsię-
biorców i urzędników”. A dalej odwoływano
się: „W świetle orzecznictwa Europejskiego
Trybunału Praw Człowieka odpowiedzialność
karna za słowo jest, co do zasady uzasadniona jedynie w najbardziej drastycznych
przypadkach nadużycia swobody wypowiedzi
tj. np. w przypadku tzw. mowy nienawiści
czy podżegania do przemocy, a te karane
są na podstawie odrębnych przepisów karnych” – napisano. Kładziono nacisk na to, że
wystarczająco skuteczna jest droga złożenia
cywilnego pozwu.
Kampanię „Wykreśl 212 k.k.” prowadzono
w okresie wyborów. Wybory się skończyły
o apelach zapomniano. A art. 212 k.k. jak
obowiązywał, tak obowiązuje.
Jak ktoś to obserwuje z boku, to wydawać
się to może bardzo łatwe, przecież władza
jest dla ludzi. Nic bardziej błędnego. W tym
samym 2012 roku toczono batalię o nowy
zapis art. 31 Prawa prasowego o sprostowaniach. Najpierw w Sejmie, a potem
w Senacie. Na początku maja 2012 roku
opublikowano dramatyczny apel redaktorów
naczelnych do Senatorów RP „Senat zabija prasę”: „Reagując na wyrok Trybunału
Konstytucyjnego, który orzekł, że ustawowe zapisy regulujące kwestię sprostowań
i odpowiedzi prasowych są nieprecyzyjne,
senatorowie RP postanowili całkowicie
skasować instytucję sprostowania, wprowadzając w jego miejsce odpowiedź prasową.
Ta pozornie drobna zmiana może mieć
dramatyczne konsekwencje. Sprostowanie
odnosi się do faktów i publikowane jest
wówczas, gdy dany artykuł zawiera fałsz,
który można wykazać. Obowiązek jego zamieszczenia jest dla nas oczywisty i wynika
z dążenia do prawdy. Uważamy, że gazety
nie mają prawa kłamać, a gdy zdarza im
się popełnić niezamierzone błędy — powinny je sprostować i przeprosić. W przeciwieństwie do sprostowania odpowiedź
prasowa nie musi odnosić się do faktów.
Mogłaby ją wysłać do redakcji każda osoba
w jakikolwiek sposób dotknięta publikacją.
Odpowiedź mogłaby mieć objętość dwukrotnie większą od publikacji, do której
się odnosi, a redakcja miałaby obowiązek
ją wydrukować. Nie można jednak odbierać prasie prawa do formułowania opinii.
Nie można też zmuszać żadnej redakcji do
propagowania poglądów, z którymi się nie
zgadza – a właśnie do tego zmierza projekt
senatorów”. Czy taki projekt, jak przykład
redaktora Przemysława Kaperzyńskiego to
nie kneblowanie prasy, wolnej wypowiedzi?
Wszyscy zapomnieli, że dziennikarz występuje w imieniu opinii publicznej. Narzędziem
jest właśnie gazeta, jaką był w tym przypadku
„Iławski Tydzień”. Wydająca go spółka cywilna, po opisanej wyżej sprawie sądowej,
przestała go wydawać. Przegranym jest miejscowa społeczność, która straciła w ten sposób
narzędzie kontrolowania gminnej władzy. Bo
prasa to czwarta władza. Przemysław Kaperzyński wygrał dopiero przed Europejskim
Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu.
Bez radykalnych
Senatorowie nie zdecydowali się na radykalny krok. Na mocy wskazanego wyroku
TK (sygn. akt K 411/07), w dniu 14 czerwca
2012 roku stracił moc obowiązującą przepis
art. 31 Prawa prasowego. Regulował istnienie
dwóch form reakcji na materiał prasowy,
tzn. rzeczowego i odnoszącego się do faktów
sprostowania wiadomości nieprawdziwej
lub nieścisłej oraz rzeczowej odpowiedzi na
stwierdzenie zagrażające dobrom osobistym.
W ocenie Trybunału Konstytucyjnego, ustawodawca nie określił kryteriów pozwalających
na rozróżnienie pojęć sprostowania i odpowiedzi prasowej. Jako wynik nie udało się
w sposób precyzyjny i nie budzący wątpliwości
określić, co to jest sprostowanie, a dokładnie
czym odpowiedź prasowa.
Zmiana – gdyż obecnie jest to art. 31a
Prawa prasowego – oznacza zostawienie
sprostowania, jako jedynej formy przeciwdziałania na nieścisłą lub nieprawdziwą
wiadomość zawartą w pracy dziennikarza. Sprostowanie powinno zostać nadane
przez zainteresowaną osobę na poczcie lub
złożone w siedzibie właściwej redakcji na
piśmie, maksymalnie w ciągu 21. dni od
dnia opublikowania danego materiału. Co
jeszcze? Tekst sprostowania nie powinien
przekraczać dwukrotnej objętości fragmentu
publikacji, której dotyczy ani zajmować
więcej niż dwukrotność czasu antenowego, jaki zajmował fragment przekazu medialnego. Sprostowanie powinno zawierać
podpis wnioskodawcy, jego imię i nazwisko
lub nazwę oraz adres korespondencyjny.
W przypadku publikacji w drukach periodycznych, sprostowanie powinno być
opublikowane w tym samym dziale oraz taką
samą czcionką, co materiał prasowy, będący
przedmiotem sprostowania. Natomiast gdy
chodzi o przekaz radiowy lub telewizyjny
sprostowanie powinno być wyraźnie zapowiedziane oraz nastąpić w przekazie tego
samego rodzaju i o tej samej porze.
Tekstu sprostowania nie można komentować w tym samym numerze pisma, czy tego
samego dnia w przekazie elektronicznym.
Nie wyklucza to jednak prostej zapowiedzi
polemiki lub wyjaśnień, które chciałaby złożyć
redakcja lub autor tekstu, do którego odnosi
się sprostowanie. Nowelizacja wprowadza
także przesłanki odmowy publikacji sprostowań (np. gdy sprostowanie jest nierzeczowe
lub nie odnosi się do faktów albo gdy zostało
nadane lub złożone po upływie terminu).
Jeżeli redaktor naczelny pisma odmówi
opublikowania sprostowania albo nie ukaże
się ono w odpowiednim terminie, zainteresowana osoba będzie mogła w ciągu roku od
dnia publikacji wytoczyć powództwo o sprostowanie. Takie sprawy będą rozpatrywane
w ciągu 30. dni od dnia wniesienia pozwu
przez sąd okręgowy właściwy ze względu na
siedzibę odpowiedniej redakcji. Natomiast
od wyroku sądu okręgowego przysługiwać
będzie apelacja do sądu drugiej instancji,
którą należało będzie wnieść w terminie 7. dni
od dnia doręczenia wyroku z uzasadnieniem.
Trzeba koniecznie zaznaczyć, że tak długie
spory w Sejmie i Senacie spowodowały, że
art. 31 Prawa prasowego nie obowiązywał
między 14 czerwca a 2 listopada 2012 roku.
Ustawa nowelizująca zakłada, że na podstawie
nowego zapisu, czyli art. oznaczonego jako
art. 31a będą rozstrzygane spory do których
doszło w tym okresie. Gdyż inaczej, w razie
opublikowania nieprawdziwych informacji,
przysługiwałoby jedynie powództwo cywilne
o ochronę dóbr osobistych lub prywatny akt
oskarżenia o zniesławienie.
Wciąż nas mogą
zakneblować?
Czytelnik zapyta, i słusznie, a co z art. 212
k.k., który może być przecież stosowany, gdy
ktoś chce zakneblować usta dziennikarzowi,
jak to się stało z Przemysławem Kaperzyńskim. Widocznie są siły, grupy, a może sitwy,
które na to nie pozwalają. Nowego prawa
prasowego (było kilka projektów, w tym na
zlecenie SDP) też do dziś nie ma. Obowiązująca ustawę uchwalono pół roku po zniesieniu
stanu wojennego, bo 26 stycznia 1984 roku.
I w roku 25-lecia odzyskania Niepodległości
nic nie zapowiada by zostało zastąpione przez
nowe prawo prasowe.
Temida contra
vs. Socha
dniu 11 grudnia 2013 roku sędzia
Przemysław Jagosz z Sądu Okręgowego w Olsztynie Wydział I Cywilny ogłosił wyrok w sprawie z powództwa Piotra
Obarka przeciwko Adamowi Sosze, Fundacji „Debata” w Olsztynie, Dariuszowi
Jarosińskiemu i Łukaszowi Adamskiemu
o ochronę dóbr osobistych i zadośćuczynienie. Pozew został oddalony w stosunku
do Łukasza Adamskiego i Dariusza Jarosińskiego w całości.
Natomiast Sąd nakazał Adamowi Sosze
i Fundacji „Debata” w Olsztynie opublikowanie na portalu internetowym www.
debata.olsztyn.pl, w formie wyskakującego
okienka pop-up o wymiarach 300x400
pikseli, przez okres 30. dni od daty uprawomocnienia się wyroku wspólnego oświadczenia o treści:
„Adam Socha, jako autor artykułów
z dnia 23-04-2012 r. pt. «Obarek kłamie!»
i z dnia 27-04-2012 r. pt. «Jednak plagiat!»,
umieszczonych na portalu internetowym pod
adresem www.debata.olsztyn.pl, którego
jest redaktorem naczelnym, oraz Fundacja
«Debata» w Olsztynie, jako podmiot prowadzący wskazany portal internetowy, przepraszają Pana Piotra Obarka za naruszenie
jego dobrego imienia i godności osobistej
dokonane w wymienionych wyżej artykułach. Stawiając w nich zarzuty w odniesieniu
do wykładu kwalifikacyjnego Pana Piotra
Obarka na I stopień oraz twierdzeń Pana
Piotra Obarka na ten temat, Adam Socha
dysponował bowiem tylko anonimowym
listem z załączonym tekstem, który miał być
wykładem Pana Piotra Obarka oraz różniącą
się od tego tekstu pracą, co do której nie
może obecnie stwierdzić, że z całą pewnością
jest ona autorstwa Pana Piotra Obarka i że
była ona przedmiotem jego wykładu kwalifikacyjnego na I stopień w 1996 r.”.
Sąd także nakazał pozwanym: Adamowi Sosze i Fundacji „Debata” w Olsztynie usunięcie
z portalu internetowego pod adresem www.
debata.olsztyn.pl artykułów Adama Sochy
z dnia 23-04-2012 r. pt. „Obarek kłamie!”
i z dnia 27-04-2012 r. pt. „Jednak plagiat!”
wraz z towarzyszącymi im komentarzami.
Wyrok nie jest prawomocny. Pozwany dziennikarz wniósł apelację w sprawie I C 334/13.
Całe pisemne uzasadnienie wyroku
można przeczytać na portalu
www.debata.olsztyn.pl pod tytułem:
„Wyrok w sprawie Obarek vs. Socha”. Pod
tym samym tytułem jest też zamieszczony film z ustnym uzasadnieniem wyroku.
Temida contra dziennikarze
Widziane z Warszawy...
„Naczelny na niby” i na bruku
iktor Jaworski, redaktor naczelny
„Głosu Nidzickiego” od 1 grudnia
2013 roku pełni tę funkcję, a zarazem
jej nie wykonuje. Jak to jest możliwe?
W końcu listopada otrzymał pismo „rozwiązanie umowy za wypowiedzeniem” od
zatrudniającego go bezpośrednio Zespołu
Obsługi Oświaty i Sportu podpisane przez
dyrektor Małgorzatę Sawicką. Natomiast
na takie stanowisko powołuje i odwołuje
Rada Miejska w Nidzicy.
Jednocześnie dostał pisemną informację, że
jest zwolniony z wykonywania obowiązków
do końca upływu trzymiesięcznego okresu,
czyli do końca lutego 2014 roku. Na papierze
pozostaje naczelnym, choć w redakcji w ogóle
się nie pojawia. Taki „naczelny na niby”, bo
znalazł się z dnia na dzień na bruku, choć
wszystko jest zgodne z prawem. Sprawował
tę funkcję, ku zadowoleniu swoich mocodawców, od 1 czerwca 2008 roku. Co się stało po
przeszło 5 i pół roku?
Redaktor Wiktor Jaworski twierdzi, że
przyczyną było zamieszczenie przez niego
artykułu „Uderzył mnie policjant” w numerze
z 20-26 listopada 2013 roku. W laedzie naczelny napisał: „19-letni Robert, mieszkaniec
jednej z podnidzickich wsi twierdzi, że został
trzy razy uderzony przez policjanta, który
założył w tym celu specjalną rękawicę aby
wymusić na chłopaku zeznania, że posiadał
i handlował narkotykami”. Chłopak miał
kontakty z uczniami jednej ze szkół w Nidzicy,
którym miał dostarczać środki odurzające.
Dziennikarz dowiedział się o tym, od rodziców i samego pobitego, którzy byli oburzeni
takim postępowaniem i stanem fizycznym
pobitego syna. Któż z prowadzących gazetę
by nie chciał liczyć na tak wielkie zaufanie
czytelników, zwłaszcza w takiej sytuacji? Tym
bardziej, że w zakresie obowiązków naczelny miał zapisane by zachował uprzejmość
i życzliwość w kontaktach z obywatelami.
Dziennikarz napisał też o jaką szkołę w Nidzicy chodziło, co mu pracodawca zarzucał, że
nie powinien tego robić. I nic dziwnego pismo
jest finansowane ze środków publicznych
i jest dla wszystkich.
Swój artykuł Wiktor Jaworski kończył
wypowiedzią chłopaka: „Boję się, że chcą
mnie wrobić w posiadanie i handel narkotykami. Jeden z policjantów, który mnie
przesłuchiwał powiedział mi, że jak widziałem, jak ktoś sprzedaje narkotyki, to jestem
tak samo winny, bo nie zareagowałem. On
widział jak mnie bito. Chciałem się spytać,
czy nie czuje się winny, że nie zareagował?
– pytał chłopak”.
Policja prowadzi odrębne postępowanie
wyjaśniające. Natomiast naczelny otrzymał
pismo o rozwiązaniu umowy za wypowiedzeniem z datą 27 listopada 2013 roku z tak
opisanymi przyczynami: „nieefektywne i nierzetelne działania, które nie dają gwarancji
realizacji działań statutowych «Głosu Nidzickiego», realizacja własnej wizji pisma, która
jest sprzeczna z wyznaczoną przez organ
założycielski, lekceważący stosunek do ustalonego porządku i organizacji pracy ZOOiS
oraz notoryczne łamanie podstawowych
obowiązków pracownika” i jednocześnie do
końca lutego ma się nie pojawiać w redakcji.
Następnego dnia odbyła się sesja Rady
Miejskiej w Nidzicy i 12. głosami odwołano
naczelnego z jego funkcji. Marek Kierzkowski,
przewodniczący Rady Miejskiej w Nidzicy
w wypowiedzi do kamer telewizyjnych przyznał, że naczelny został zwolniony właśnie za
ten artykuł. Dziennikarza wezwała do siebie
dyrektor M. Sawicka i w obecności wicedyrektor Joanny Dobroń ZOOiS i wicedyrektora szkoły Marka Nachtygala, pod którą był
19-letni Robert i próbował nawiązać kontakt
z uczniami, mówili, że fakty przedstawione
w artykule są nieprawdą.
Pierwsza rozprawa sądowa z odwołania
redaktora Wiktora Jaworskiego, który żąda
odszkodowania w wysokości trzykrotnej miesięcznej pensji (w takiej sytuacji jaką stworzył
pracodawca nie chciał walczyć o przywrócenie
do pracy) odbyła się przed Sądem Rejonowym w Szczytnie w grudniu. Obecny na niej
redaktor Leszek Tekielski z „Radia Olsztyn”
zamieścił w audycji fragment zarzutów wobec
pracodawcy, iż takie działania to stosowanie cenzury wobec dziennikarza. Na koniec
stycznia 2014 roku wyznaczono kolejny termin rozprawy. Mają zeznawać świadkowie
obu stron sporu. O jego wyniku będziemy
informować czytelników. Chociaż już teraz
można stwierdzić, że w tak małym środowisku trudno będzie Wiktorowi Jaworskiemu
znaleźć pracę na etacie dziennikarza. Taki
jest los zatrudnionych w pismach lokalnych.
I takich przykładów jest wiele jak chociażby
redaktora naczelnego z „Iławskiego Tygodnia”
o czym pisaliśmy na tych łamach.
Z pomocą ukraińskim dziennikarzom
Na Ukrainie ucierpiało już 150 dziennikarzy! Stowarzyszenie
Dziennikarzy Polskich ogłasza zbiórkę publiczną w celu finansowego
wsparcia poszkodowanych ukraińskich dziennikarzy. Zebrane środki
zostaną przeznaczone na pokrycie następujących wydatków:
• kosztów leczenia pobitych dziennikarzy
(w tym pobyt w szpitalu, koszty leków i środków medycznych);
• kosztów związanych z procesami sądowymi dziennikarzy (w tym
m. in. wynagrodzenie prawników, koszty sądowe);
• kosztów naprawy uszkodzonego sprzętu dziennikarskiego oraz
zakupu nowego sprzętu (m. in. kamery, aparaty fotograficzne,
mikrofony itp.);
• kosztów zapomóg dla dziennikarzy, którzy w wyniku wykonywania swojej pracy na tzw. „Euromajdanie” zostali pozbawieni pracy
i środków do życia (m. in. zwolnieni dyscyplinarnie).
Pieniądze zostaną przekazane naszemu partnerowi ukraińskiemu
– Niezależnemu Związkowi Zawodowemu Mediów Ukrainy (członek m. in. Europejskiej Federacji Dziennikarzy), który od początku
wydarzeń wokół tzw. „Euromajdanu” prowadzi rejestr poszkodowanych dziennikarzy i poniesionych przez nich szkód.
Pieniądze można wpłacać na specjalnie otwarte w tym celu konto
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich:
PKO BP 30 1020 1097 0000 7202 0257 4606
Nie zostawiajmy naszych kolegów samych. Pokażmy, że potrafimy
być solidarni i że nie dajemy zgody na przemoc wobec dziennikarzy w dużym europejskim kraju!
Warszawa, 4 lutego 2014 roku
atrzę do góry: Warmia – Mazury. Prowincja, ale wszyscy ją lubią. I pogryzieni
przez komary i śledzący niegdysiejsze wakacyjne wędrówki Naszego Ojca Świętego,
ekolodzy, Osiecka, poszukiwacze dobrych
opon, miłośnicy fromborskiego Wzgórza
i głuptasy zastanawiający się czy kanonik
Kopernik był kobietą. Kuszą jeziora, bunkry
podziemne Wilczego Szańca i kacykowskie
stanice. Więc j e d ź c i e t a m... Warmia
i Mazury to CUD NATURY!
Mnie, staruszka z SDP cieszy nowy Zarząd
olsztyńskiego Oddziału naszej organizacji. Że
w końcu powstał. Trochę tam w środowisku
i w mieście wrzało, ale w końcu się dogadano.
Pax, pax między redaktorami...
Dobrze, że corocznie przypomina się postać
redaktora Pieniężnego, który walczył o Polskość. Trzeba też pamiętać zawsze o Wańkowiczu, który dłutem Andrzeja Renesa
stanął w Piszu nad pięknym kanałem. A sam
rzeźbiarz zamieszkał i tworzy w Nowych
Gutach nad jeziorem Śniardwy koło Orzysza.
Tam zaś ziemia poorana gąsienicami czołgów i zroszona potem żołnierzy ćwiczących
na poligonach pancernych wojsk. Trochę
potu wylali też warszawscy studenci ganiani w czasie obozów wojskowych po polach
wokół Bartoszyc, a wśród nich profesor Król
– filozof, ambasador Meller, przemądrzały
Korwin-Mikke, paryski eseista Karpiński,
kucharz Adamczewski, wreszcie „Marek
i Wacek”, których kadra Czarnych Beretów obwoziła z koncertami po okolicznych
remizach, by mieć okazję podszczypywać
miejscowe dziewoje. Niestety również z tamtych koszar ciężkie zagony czołgów poszły
w grudniu siedemdziesiątego roku na stoczniowców Gdańska i Gdyni. A dzięki Bogu
nigdy jednak nie pognały na Kopenhagę,
jak to było onegdaj przymierzane.
Tak było! Ale będzie na pewno lepiej. I to
z udziałem m. in. dziennikarzy z naszego
Stowarzyszenia, którzy – przynajmniej na
zdjęciach ze 101. numeru „Bez Wierszówki” – zjednoczyli się pięknie. To ważne bo
obecnie, żurnaliści niestety się kłócą – a to
ani ładnie, ani pożytku nie przynosi.
Na kłótnie zresztą szkoda czasu. Lepiej pilnie zająć się takimi sprawami jak zamierające
zakłady przemysłowe. Co prawda tak jest
w całej Polsce, ale szczególnie drastycznie
wygląda np. w rejonie Zalewu Wiślanego.
Zbudowano wprawdzie wspaniałą marinę
w Krynicy Morskiej natomiast padły przetwórnie ryb w Tolkmicku, zioną pustką ma-
gazyny w Suchaczu, choć na remont nabrzeży
wydano tam rzeczywiście dużo pieniędzy.
Tablice informacyjne głoszą, że pomogła
Unia. Jeśli jednak z tych funduszy mają powstawać głównie inwestycje infrastruktury,
jeśli mydli się oczy ścieżkami rowerowymi
i aquaparkami – to chyba nie tak miało być.
Kormorany, które z wielkim zadęciem
wprowadzono do nas nie wiadomo skąd,
miały wzbogacić faunę. Miało ich być od
10. do 20. tysięcy gniazd. Rozpanoszyły się
jednak w rejonie ujścia Wisły na dobre. Jest
tam co najmniej 200 tysięcy ich lęgowisk
i zniszczyły swoimi odchodami całe hektary
lasu. Stado foki szarej, którą również nie
wiadomo po co sprowadzono, liczy ponad
sto kilkadziesiąt osobników. Zwierzęta te,
których tak naprawdę nigdy nie było w tych
regionach Bałtyku, wyżerają ryby (jedna foka
do 30 kg dziennie) pozbawiając rybaków
połowów i ogołacając nasze jedyne morze.
Szykuje się dramat. Po stoczniach, flocie
handlowej z torbami pójdą rybacy.
Jest więc sporo spraw niezałatwionych
pięknego regionu. A więc koledzy – do piór
Szczęść Boże w tym dziele.
Piórem Jana Rosłana
d czasów Edwarda Gierka do roku
1989 ukazywały się w Polsce tak zwane
wydawnictwa podziemne przez innych określane prasą i książkami drugiego obiegu.
Czasami nawet oficjalna prasa polemizowała
z niektórymi publikacjami bezdebitowymi,
ale tak naprawdę ich oficjalnie nabyć nie
było można. Radio Wolna Europa upowszechniała te wydawnictwa, a za ich posiadanie i kolportaż można było wylądować
w więzieniu, szczególnie w stanie wojennym.
Trzeba było być wtajemniczonym albo mieć
znajomego kolportera, aby czytać „Biuletyny
KOR” czy „Zapis”.
Dziś wydawniczego podziemia już raczej
nie ma, ale też są wydawnictwa o których
wiemy, że istnieją, ale zdobyć ich nie sposób.
Oglądałem pięknie wydany album Przyroda
ziemi nidzickiej, ale jak wiem, rozdawany jest
tylko notablom przez lokalne władze. Nawet
przygotowujący do druku tę publikację jej
nie otrzymał, bo dziś wydawcy nie zawsze
przestrzegają dobrych obyczajów.
W roku ubiegłym ukazał się starannie
wydany Przewodnik turystyczny po gminie Purda. Byłem nim zainteresowany, ale
nie wiedziałem gdzie można go nabyć. Na
szczęście podczas odsłonięcia i poświęcenia kolejnych głazów przy Trakcie Biskupim
w Bałdach przewodnik (egzemplarz bezpłatny,
jak wydrukowano na okładce) wręczył mi wójt
gminy i członek komitetu redakcyjnego Jerzy
Laskowski, za co mu publicznie dziękuję.
Wdzięczny też jestem Leszkowi Janowi Rogalskiemu, który przysłał mi tomik poetycki
Ziemia pamięcią z Nazaretu z fotografiami
z Izraela. Jest to już szósty tomik poetycki
autora. Przed rokiem spotkaliśmy się po raz
pierwszy (i niestety jak do tej pory ostatni)
i mimo, że interesuję się literaturą regionalną, do czasu spotkania nie wiedziałem
o istnieniu tego olsztyńskiego poety.
Mamy coraz więcej publikacji o przeróżnej
tematyce, ale niestety ich kolportaż jest bardzo ograniczony. Dużo z tych wydawnictw
nie jest przeznaczonych do sprzedaży, gdyż
korzysta z różnych publicznych dofinansowań. Niestety, czasami takie publikacje
przez lata zalegają w magazynach urzędów
i instytucji albo są prezentami przeznaczonymi na nagrody w szkolnych konkursach,
a osoby zainteresowane ich tematyką albo
w ogóle nie wiedzą o ich istnieniu, albo też
nie mogą ich otrzymać.
Ostatnio w jednym z salonów samochodowych wziąłem elegancki magazyn zatytułowany „Made in Warmia & Mazury”. Był to
już drugi numer lifestylowego magazynu,
o którym wydawca we wstępie napisał, że
„stworzyliśmy magazyn, po lekturze którego dopada choćby przelotna myśl: Wow!
W świetnym miejscu żyję”. Ja nigdy nie myślę
w stylu „wow”, bo nie cierpię głupich i niepotrzebnych makaronizmów, ale magazyn ma
ciekawą szatę graficzną, a co do jego zawartości, to jak zwykle kwestia gustu. Jednak
należy zaliczyć go do bardziej ambitniejszych
przedsięwzięć. Tylko, że znów kolportaż jest
w obiegu zamkniętym, skoro tylko przez przypadek na niego trafiłem.
Czasami mam wrażenie, że niektóre instytucje przyjęły zasadę wydawcy Kalendarza
Pirelli: opublikujemy coś, czego kupić nie
można, a tylko otrzymać w prezencie. Ale czy
ten kaprys powinien być normą dla innych
wydawców? Chyba nie. Wyszliśmy z socjalizmu, a pewne problemy zostały te same,
nabrały tylko innego kolorytu. Trzeba znów
mieć układy i znajomości, aby posiadać interesujące i potrzebne wydawnictwa.
zdolnym człowiekiem. Naprawiał wszystkim
we wsi zegary, radia i stroił w całej okolicy
fortepiany. Cześka urodził się w lutym 1939
roku tutaj, czyli w Polsce, a już po kilku miesiącach był to już Związek Radziecki. Cześka
nie za bardzo się uczył. Ze średniej szkoły
muzycznej w Grodnie wyrzucono go za brak
postępów w nauce. Jego interesowała tylko
muzyka i jeszcze rysunek.
Dwa sztandarowe obiekty odwiedzane bardzo licznie przez turystów, to zamek w Nieświeżu i w Mirze, należące przed wojną do
Radziwiłłów, odbudowano dzięki UNESCO.
Do odbudowy zamku w Mirze przyczyniła
się też Jacqueline Kennedy, której siostra
wyszła za mąż za Radziwiłła. Jacqueline jadąc do Moskwy zatrzymała się w Mirze. Była
tu incognito.
Również w Lidzie odbudowano z ruin
średniowieczny zamek. Jeden z kościołów
katolickich przejęli tu prawosławni, co prak-
po jakiś dwudziestu minutach wrócił Cześka.
Okazało się, że wrócił po portret Marysi,
dziewczyny w której się kochał. Ten portrecik
sam narysował. Odjechał na motocyklu przyciskając go do serca. Jej rodzina też później
wyjechała do Polski. To była pierwsza żona
Cześki, z którą zarejestrowali się po kryjomu
jako małżeństwo w naszej gminie.
Siedzimy całą grupą na podwórku przy
chałupie Wydrzyckich i słuchamy opowieści
mężczyzny oprowadzającego po muzeum.
– Dom postawiono w 1910, a może 1909
roku, i mieszkali w nim dwaj bracia Wydrzyccy: bezdzietny Witold – rymarz i Antoni
– ojciec Czesława, który był organistą i bardzo
Muzeum Niemena
Lokalna dziennikarka, która kiedyś była na
koncercie Niemena i zrobiła z nim wywiad,
uparła się, żeby założyć to muzeum. Doprowadziła do tego, że w 2010 roku otwarto je. Od
tej pory muzeum odwiedziło 1200 turystów.
– Przyjeżdżają z całego świata: z Izraela,
z Ameryki, z Polski i wielu innych krajów,
Dwór Rejtanów
Czy opisywane miejsca i postacie, to są świadkowie historii na których zależy władzom Białorusi? Jak widać niekoniecznie, w zasadzie
tylko z pietyzmem podeszły one do dworku
Elizy Orzeszkowej w Grodnie, adaptując go na
muzeum. Orzeszkowa ma też w Grodnie swoją
ulicę. Z całą pewnością nie będą jednak ratować
drewnianego dworu Rejtanów w Hruszówce, do
którego jedzie się kilkanaście kilometrów niebrukowaną drogą i rzadko zaglądają tu turyści.
To tu, w rodzinnym domu odebrał sobie życie
Rejtan, którego każdy z nas pamięta z lekcji
historii, nieodmiennie kojarząc go z obrazem
Matejki. Niewykluczone, że byliśmy jednymi
z ostatnich, którzy oglądali dwór przed zawaleniem. To samo grozi neogotyckiej kaplicy
grobowej Rejtanów, zbudowanej w pobliskim
lesie, do której prowadzi z dworu piękna aleja,
biegnąca skrajem lasu.
1 Wyprawę na Białoruś odbyłam latem 2013 r.
w ramach pielgrzymki zorganizowanej przez
Siostry Nazaretanki z Warszawy i Stowarzyszenie Przyjaciół Nowogródka i Ziemi
Nowogródzkiej. Jego członkowie, głównie
osoby urodzone na Nowogródczyźnie i ich
potomkowie, od kilkunastu lat co roku odwiedzają Nowogródek.
Pamiętamy o Niemenie
17 stycznia mija dziesięć lat od śmierci Czesława Niemena, 16 lutego zaś to dzień urodzin
tego Wielkiego Artysty. Gdyby żył obchodziłby
w bieżącym roku 75. urodziny. Właśnie w tym
czasie w Kalinowym Sercu na warszawskim
Żoliborzu, dzięki gospodarzom Klubokawiarni
Maciejowi Zakościelnemu i Zbigniewowi
Dzięgielowi oraz życzliwości żony i starszej
córki Artysty: Małgorzaty i Natalii Niemen,
odbywać się będzie swoisty „miesiąc z Niemenem” – cykl wydarzeń artystycznych, pod
wspólnym hasłem „Pamiętamy o Niemenie”.
W programie m. in. 2 lutego – „SPOTKANIE PRZYJACIÓŁ”. Artystę wspominać będą:
Marianna Wróblewska – wokalistka jazzowa,
która ujawni mało znane fakty z życia Niemena
z okresu trójmiejskiego, Sławomir Piwowar
– gitarzysta, który w latach 70. ubiegłego wieku współpracował z Czesławem Niemenem
w „Niemen Aerolit”, żona Małgorzata Niemen,
która opowie o Niemenie „domowym” i przeczyta niepublikowane teksty męża oraz Natalia
Niemen, która przedstawi „swój” obraz ojca.
16 lutego koncert „NIEMEN MNIEJ ZNANY”,
podczas którego Natalia Niemen zaśpiewa
utwory ojca z towarzyszeniem pianisty. Niecodzienny miesiąc zamknie recital Stanisława
Soyki „W HOŁDZIE MISTRZOWI”.
Spotkaniom towarzyszyć będzie wystawa
Małgorzaty Niemen pt. „CZESŁAW NIEMEN
W OBIEKTYWIE ŻONY”.
– wieś w której urodził się Czesław Wydrzycki czyli Niemen. W jego rodzinnym,
drewnianym domu działa poświęcone mu
mini-muzeum. Miejscowi nie mówią inaczej
o Niemenie niż „nasz Cześka” i z rozrzewnieniem wspominają wyjazd rodziny Wydrzyckich do Polski w 1958 roku.
– Cześka jechał przodem na swoim motocyklu, a za nim reszta rodziny ciężarówką
załadowaną meblami. Żegnała ich cała wieś.
Ale ludzie jeszcze nie zdążyli się rozejść, jak
Kaplica rodziny Rejtanów
FOT. © JW-S
myślą o turystach odnawiane są niektóre
zabytki, jak chociażby obydwa zamki
w Grodnie. Co nie oznacza, że nie sięga
się po środki zagraniczne. Dworek Mickiewiczów w Nowogrodku odbudowano przy pomocy
Polski, parafianie z Polski łożą na remont kościoła w Nowogródku, w którym ochrzczono
Adama Mickiewicza, a synagoga w Grodnie
właśnie jest remontowana przy pomocy dotacji
członków dawnej gminy żydowskiej.
tykowane jest dość często na Białorusi. Po
adaptowaniu go na cerkiew, pop wyrzucił
tablicę poświęconą Narbutowi i nie pomogły protesty miejscowych Polaków. Miasto
zapamiętane przeze mnie z lat 80. XX wieku
– zmieniło się bardzo na korzyść. Odnawiane
są domy. Powoli wkracza obcy kapitał. Browar
w Lidzie zbudowany w 1893 roku wykupił Fin
i miejscowi nie mogą mu darować, że jako
dyrektora zatrudnił Litwina. Ale zmiana ta nie
posłużyła lidzkiemu piwu – nie jest najlepsze.
– Niedługo wszystko wykupią Rosjanie
i Kazaki – wzdycha nasza przewodniczka,
mieszkająca w Lidzie1. Dodaje jednak, że
padają główne zakłady pracy w mieście –
producenci maszyn rolniczych i farb. – Mało
jest pracy i z roku na rok ubywa ludzi w Białorusi, bo wyjeżdżają za granicę. Niskie zarobki
i emerytury sprawiają, że Białoruś wyludnia
się. W Lidzie za to przybyło Wietnamczyków.
Te trzy miejscowości to obowiązkowe przystanki dla turystów z Polski, którzy coraz
częściej odwiedzają też
Ojciec Czesława nie adoptował się w Polsce
i zmarł po dwóch latach. – Tu był ważną
osobą, w Polsce nikim. Nie przesadza się
starych drzew. Siostra Cześki nigdy tu nie
przyjechała, ale Cześka był dwa razy. Pierwszy raz kiedy tu wokół rosły tylko burzany
a w domu był sklep. Cześka wyglądał jak
hippis w podziurawionym kożuszku. I miejscowi mu mówią: „Cześka, czy ty nie masz co
odziać? To my ci damy!”. Drugi raz przyjechał w latach dziewięćdziesiątych, kiedy miał
koncerty w kilku miastach. Wziął taksówkę
i przyjechał do nas. Dał półgodzinny koncert
w szkole w Wasiliszkach, w której się uczył.
nawet z Japonii. Co prawda był tu tylko jeden
Japończyk, ale był! Druga żona Niemena
nigdy tu nie była. Za to napisała dwa pisma
przypominając konieczność przestrzegania
praw autorskich. To była jej odpowiedź na
naszą propozycję zrobienia w drugiej części
domu muzeum regionalnego. Tam przecież
mieszkał jedynie wujek Cześki.
– Sami zrobiliśmy muzeum Cześkowi. Nasze ministerstwo nie dołożyło się. Ale my
honorujemy się naszym Cześką. No i jeszcze
panem Wojciechem Muchlado, który mieszkał w Olsztynie i był znanym choreografem.
I my też się szczycimy Cześkiem, w każdym
bądź razie ja. Bez wątpienia był on największym piosenkarzem-kompozytorem w dziejach powojennej Polski, którego muzyka
i interpretacje się nie starzeją. Są ponadczasowe. Siedemnastego stycznia 2014 roku
mija dziesięć lat od jego śmierci.
ostatnio stawia na
turystykę, autokary
z polskimi i niemieckimi
turystami bez większych
kłopotów przekraczają
granicę Polski i Białorusi.
Nasz Cześka
Bez wątpienia był
on największym
piosenkarzem-kompozytorem w dziejach
powojennej Polski,
którego muzyka
i interpretacje się nie
starzeją. Są ponadczasowe. Siedemnastego
mija dziesięć lat
od jego śmierci.
Stare Wasiliszki – dom rodzinny
FOT. © M. NIEMEN
z Grodu nad Łyną
Co Olsztyn może mieć
z geniusza i jego sławy
ie wspominamy o małym fałszerstwie, że owa baba to w rzeczywistości mężczyzna-wojownik i to
z tamtych, sprzed olsztyńskich czasów i Jana
z Łajs, zasadźcy Olsztyna (na Starówce na
wschodniej ścianie tylko jedna kamienica jest
nieotynkowana — celowo, bo to domniemane
miejsce zamieszkania Jana, opisane stosowną
tablicą). Czyli wszystko na opak.
Fałszerstw było więcej. Jak chociażby
z herbem Olsztyna, że to nie św. Jakub
Starszy, a jakiś anonimowy wędrowiec podpierający się laską. Quo vadis chciałoby się
powiedzieć ówczesnym pomysłodawcom
próbującym grzebać, ba „kręcić” dziejami
Grodu nad Łyną? A dokąd zmierzał ten, kto
we wnęce Wysokiej Bramy chciał zmieścić
figurę św. Jakuba Starszego?
Przed wojną umieszczony był tam wizerunek
Matki Boskiej i tak powinno być, jeśli szanujemy samych siebie i przeszłe dzieje, w końcu
nasze korzenie. Nie tak, jak myślano w latach
80. XX wieku: wszystko „unowocześniamy”,
to, co stare ma odejść, mamy nowe, świeższe
pomysły. Na szczęście dzieje jedynej i słusznej
partii szybko minęły.
Dzięki Bogu chciałoby się powiedzieć, że
umieszczono w tejże wnęce mozaikę poda-
rowaną przez Ojca Świętego Jana Pawła II,
honorowego obywatela Olsztyna, z dedykacją:
„Niech Maryja Królowa Pokoju strzeże bram
Olsztyna i jego mieszkańców /Jan Paweł II/
Rzym 18-02-2004” .
A co ze statuą? Przecież już ją przygotowano. Postawiono ją na małym cokole na
Targu Rybnym, w sąsiedztwie Domu „Gazety
Olsztyńskiej”. Patron miasta jest obok budynku, gdzie rozbrzmiewała polska mowa, a na
placu warmińska gwara. A z tyłu dyskoteki
i klub nocny. Taka mieszanina historyczna.
Wracając do baby, to jakby jej czasy minęły,
nawet władze miejskie już jej nie eksponują.
Nie ma kilkunastu jej dużych figur na Rynku
Starego Miasta, jak było rok wcześniej. Może
to i dobrze, że te fatalne „postacie” nie były
oblegane przez turystów robiących sobie z tym
nieprawdziwym symbolem grodu zdjęć. Owszem, umieszczono je przed nowym ratuszem
jako figury szachowe, ale jakby z braku innego
pomysłu, bo i ten „szachowy”, mało udany
pomysł szybko się już wytarł.
Czym ma Olsztyn wabić
Jaki symbol ma się z miastem kojarzyć i by
chcieli nad Łynę wracać? Cały czas odstawiamy Kopernika do kąta. A to przecież on
stanowi o historii Olsztyna. Kopernik jest
do niej kluczem. Czy to tak trudno odkryć?
Dlatego wspomnieliśmy kapitułę warmińską, ciało doradcze biskupa, bo ona wysłała
Kopernika do Olsztyna jako administratora
swoich dóbr. A on wykorzystał to jak potrafił:
stąd mamy na zamku jedyną na świecie (bo
drugiej takiej na kuli ziemskiej nigdzie nie
ma!) odręczną tablicę astronomiczną z badania zjawiska równonocy, tu zaczął pisać pierwszy rozdział „De revolutionibus...”. Zajmował
się lokowaniem licznych wsi, sądownictwem
(jako administrator kapituły był drugą instancją po wójcie, a przed organem odwoławczym
całą kapitułą in corpore), zajmował się złym
i dobrym pieniądzem, wreszcie leczył i to
dobrze, i skutecznie.
Wydawałoby się, że wystarczy pomysłów
na Rok Kopernika 2013. A szczególnie na
lato, gdy u nas nad Łyną najwięcej turystów,
a sława Kopernika może pofrunąć daleko,
A tymczasem w Roku Kopernika 2013, tak
jak w poprzednich latach, mieliśmy stałe
ekspozycje w salach zamkowych, czwartkowe
spotkania aktora jako Kopernika, pokazy
nieba w Planetarium... Nigdzie w Olsztynie,
Krytykowaliśmy w 2012
roku, na tych łamach,
pomysł promocji Olsztyna
za pomocą pruskiej
baby. Właściwie historii
naszego grodu nic ona
nie przynosi. Po co baba
i to jeszcze pruska, czyli
odnosząca się do czasów
sprzed założenia miasta
31 października 1353 roku?
I gdy jego dzieje wiązane
są tak mocno z kapitułą
warmińską, bo przecież
zamek też do niej należał.
nawet na najbliższej zamkowi Starówce nie
ma astronoma w innej formie, jak chociażby
Letniej Akademii Kopernika w postaci wykładów, czy prelekcji na staromiejskich scenach
poświęconym astronomii oraz postaci, która
dokonała rewolucji w sposobie pojmowania
świata w średniowieczu i tak żywej do dziś.
Wielu moich znajomych dopiero z nocnych
rozmów dowiadywało się kim był dla Olsztyna
Kopernik. Właśnie tak, dokładnie. Przecież
kierował obroną Olsztyna w 1520 roku, bardzo umiejętnie administrował, czyli rozwijał
południe Warmii i to wtedy, gdy centrum było
na północy we Fromborku, czy Braniewie.
Byłem w informacji turystycznej w Wysokiej
Bramie, mówią, że strona internetowa poświęcona Kopernikowi będzie za dwa miesiące
(uwaga! w Roku Kopernika: w 540. rocznicę
urodzin, 470. rocznicę śmierci, 470. rocznicę
wydania „De revolutionibus...”, 510. rocznicę
uzyskania doktoratu z prawa kanonicznego na
Uniwersytecie w Ferrarze – dopiero wtedy,
gdy jubileusz się kończy!), a w Ratuszu mają
tylko dawno już wydane broszurki.
Co można mieć z czyjegoś
geniuszu i sławy?
W tym roku w Liverpool odbył się Beatle
Week (tydzień muzyki beatlesów) w 50-lecie
Beatlemanii. Na Mathew Street, gdzie zaczęli
swoje występy tablica „to oni zaszokowali
świat”. Gdy wychodzi się z lotniska Liverpool
John Lennon Airport (lotnisko ma nazwę
w środku z nazwiskiem leadera zespołu),
duża makieta żółtej łodzi podwodnej (jeden
z ich sławnych przebojów to „Yellow Submarine”). Na ścianach lotniska w hali przylotów
i odlotów fragmenty tekstów opowiadające
o miłości i nie stosowaniu przemocy, tole-
rancji. W hali po odprawach duże zdjęcia
i ich wypowiedzi dotyczące sławy. Na piętrze
pomnik Lennona, który w 2002 roku odsłaniała Królowa Elżbieta II i wdowa po nim
japońska, awangardowa artystka Yoko Ono.
Przy klubie „The Cavern”, który był ich mekką pełno sklepów z pamiątkami, przeważają
Japończycy i Rosjanie (tak, tak). Sprzedają
się one świetnie, wciąż są tam tłumy. Obok
hotel nazwany jak jeden z ich przebojów
(Harddaysnight). Nad rzeką Mersey w odbudowanych dokach Alberta muzeum „The Beatles
Story” i mnóstwo zwiedzających i kupujących
w sklepie. Japońska inwazja, bo aż trzy zespoły
(z 50), wspaniale ustawione głosy. I bardzo
dużo Rosjan (robią wielkie zakupy), gdzie
w „tamtych” czasach ich muzyka była zakazana.
U nas też robiono złą propagandę Beatlesom,
„długie włosy krótki rozum”. A tu proszę do
ich miasta i tej muzyki ściągają tłumy.
– miastem Kopernika
A nad Łyną w Roku Kopernika ani baby
(pruskiej), ani astronoma. Na dworcu nie
witają plakaty „Jesteś w mieście Kopernika”
(nazwę ukradło nam lotnisko we Wrocławiu,
które nosi jego imię). Nie ma specjalnego
(czytaj: osobnego) sklepu poświęconego
tylko „kopernikanom”: książki, gadżety,
plakietki, czapeczki (ale bez tego nieudanego
Che Guevary). Tak by każdy, zwłaszcza latem
wiedział, byłem w mieście Kopernika, tu to
widać na każdym kroku. W Anglii wiedzą
jak zarabiać na geniuszach i sławie. Czy
nie możemy i my tak zrobić: zarabiać! Czas
się spieszyć. W 2016 roku 500. rocznica
przybycia Kopernika do Olsztyna!
Przeminął cały Wiek!
nie żyje!”. Doznałam szoku! Nie wiem, czemu, szukałam wtedy jakiegoś szczególnego
znaczenia w fakcie, że tak przeżywałam swoje
pierwsze kroki właśnie w tym Jego Teatrze;
czemu nie zostałam zaproszona do każdego
innego, wszak w Warszawie jest ich bez liku.
Ale nie – to był właśnie ten Teatr!
FOT. © ANA
zasami wydaje mi się, że zdarzenia,
które rejestruję, są jakoś naznaczone
i odbieram je w kategorii znaku, choć
nie potrafię tego przekazu nazwać. Nie sądzę
też, by to było tylko moim przywilejem; innym zapewne też coś podobnego się zdarza,
ale może nie zauważają, lub po prostu nie
dostrzegają w zdarzeniu żadnych elementów
godnych zastanowienia.
Wyjechałam do warszawskich przyjaciół dla
żartu, a tu niespodziewane spotkanie z osobą,
której nie widziałam od lat, niespodziewana
obecność innego znajomego – nagle spotkanie
jakby pośrodku naszych miejsc zamieszkania
– i w końcu przyjazd jeszcze innego znajomego
z bardzo oddalonego zakątka Polski, i zaproszenie do Teatru Polskiego na „Bolesława
Śmiałego”. No i niby nic nadzwyczajnego,
a jednak ja chcę wierzyć, że to nie tylko zbiegi
okoliczności, przypadki, ale że jest w tym jakiś
metafizyczny przekaz, choć nie wiem, co mi
mówi i jak go odczytać, a jednak przez to moje
odczuwanie czuję się jakoś „wyróżniona”, choć
nie wiem po co, dlaczego i przez kogo.
iedyś w podobny sposób zostałam zaproszona do Teatru Narodowego na
jakąś sztukę. Była to moja pierwsza bytność
w tym teatrze i czułam się jakoś szczególnie
uradowana, że jestem w Teatrze Gustawa Holoubka i już przez ten fakt, miałam wrażenie,
że jestem w jakimś sensie wyróżniona i tak
właśnie się czułam. Mistrz nie występował
tego wieczoru, to nie był Jego repertuar, ale
wystarczyła mi sama świadomość, że przecież
chodził po tej scenie i grał na tych deskach.
Znałam Holoubka w stopniu, w jakim inni,
jak ja, spoza Warszawy, do której przyjeżdżając
nie zawsze gna się do teatru z różnych przyczyn. Znałam Go z przekazów telewizyjnych,
z recenzji w prasie, z rozmów ze znajomymi,
którzy widzieli Go na żywo i to wystarczyło,
bym tego wieczoru odczuwała szczególność
mojej obecności w Jego Teatrze.
Następnego ranka pięknie i ostro zaświeciło
słońce w moje okno u przyjaciół i pierwsze
słowa z jakimi weszli do pokoju to: „Holoubek
eraz poranny telefon jeszcze z trasy, ale
już w drodze do Warszawy z zaproszeniem
do Teatru Polskiego – przyjęłam i w tej samej
chwili wiadomość o śmierci pani Niny Andrycz.
To nic, że Ona już dawno nie była na scenie, że
czytałam w prasie Jej osobiste i z pewną dumą
przyznanie się do manipulacji datą urodzenia,
a teraz wyznanie, że przekroczyła sto lat, bo
urodziła się w 1912 roku, w dniu 11 listopada.
Jechałam na spektakl z pewną tremą i lękiem,
że jeżeli będzie jakaś okolicznościowa chwila,
to na pewno się rozpłaczę.
Zawiodłam się! Spektakl był mało interesujący, nikt z aktorów godny uwagi, ze zdziwieniem
stwierdzałam, że mimo dużej koncentracji nie
mogę wiele z tekstu wyłowić w tej „zaszarganej” dykcji, że krzyk jest wrzaskiem, a szept
zupełnie niesłyszalny; pewnie też sam temat
nie porywał, choć chciałam szukać w nim
uaktualnienia z dzisiejszymi problemami. Ale
to w żadnym wypadku nie fachowa recenzja,
tylko mój cichy głos dla samej siebie.
Spektakl się skończył i nadal nic, a ja czekałam, że ktoś coś powie; że uszanujemy tę Wielką
Polską Aktorkę w Jej Teatrze chociaż minutą
ciszy, chociaż jednym głosem, że właśnie ten
Teatr mógł się cieszyć Jej grą i Jej nazwiskiem
na swoich afiszach przez pół wieku, że była
temu Teatrowi całkowicie oddana i tu święciła
swoje osobiste i grupowe zwycięstwa na scenie
– właśnie tej Scenie. Ale niczego takiego nie
doczekałam się i jako nic nieznaczący widz
poczułam się do głębi zawiedziona. Po wyjściu
z Teatru, w lewej gablocie zobaczyłam zdjęcie
Niny Andrycz z podpisem: „Żegnamy Heroinę
Teatru Polskiego”. A jednak czegoś bardzo żal...
Odchodzą Wielcy Naszej Polskiej Kultury,
odchodzą aktorzy, kompozytorzy i wszyscy inni, tak bez reszty związani z teatrami
każdego typu, filmem czy filharmonią. Domyślam się, że pogrzeb będzie nadzwyczaj
wyeksponowany i z honorami. Każdy wie,
kto to była Nina Andrycz...
ja znów w myślach uciekam do dziwnego zdarzenia...
Będąc już solistką w Teatrze Wielkim w Łodzi bez żadnego szczególnego powodu pojechałam do Bytomia i poszłam na poranną
próbę do „mojej” Opery Śląskiej. Zapytałam
dyrektora Napoleona Siessa, czy mogę być
obecna na próbie; wyraził zgodę i usiadłam
w loży prosceniowej. Opera wróciła właśnie
z tournée w Ameryce ze spektaklem „Halki”;
wieczorem zaplanowany był spektakl „Toski”,
a Dyrektor robił próbę właśnie z „Halki” –
dziwne – i był jakiś szczególnie rozdrażniony.
Śpiewałam pod Jego batutą dwanaście lat
i nigdy nie widziałam Go w takim stanie.
W pewnym momencie zarządził przerwę.
Wszyscy wyszli, a Dyrektor pozostał oparty
o ścianę orkiestronu. Chciałam nawet podejść
i coś ciepłego powiedzieć, ale przejście na widownię było zamknięte, uczyniłam więc to, co
inni i poszłam do bufetu. Myślałam, że potrzebował ciszy i izolacji. Przerwa się przedłużała,
aż w końcu gruchnęła wiadomość, że Dyrektora
zabrało pogotowie. Po południu już nie żył.
Byłam, jak wszyscy, zrozpaczona i zadawałam
sobie pytanie: co to za siła pchała mnie tutaj
do mojej Opery akurat w taki czas, jakbym
„musiała” być obecna przy Kimś, kto w moim
zawodowym życiu tak ogromnie wiele znaczył,
a z batutą w dłoni był najważniejszy!
Wieczorem siedziałam na widowni. Podniosła
się kurtyna. Na scenie stał cały zespół będący
obsadą „Toski”, wśród nich wezwany z Krakowa dyrektor Roman Mackiewicz, który miał
w zastępstwie zadyrygować, orkiestra siedziała
już w orkiestrionie i wtedy ktoś z dyrekcji,
nie pamiętam nawet kto, oznajmił publiczności tę tragiczną wiadomość. Wszyscy wstali
i w grobowej ciszy uczcili pamięć Mistrza batuty i wieloletniego Dyrektora Opery Śląskiej.
Spektakl się nie odbył – został odwołany!
ie znam się na prawnych przepisach dotyczących takich sytuacji, ale myślę tylko sercem, że tak podobnie powinna w dniu śmierci
zostać uhonorowana w swoim Teatrze Wielka
Heroina tej sceny i Wielka Polska Aktorka.
To oczywiście mój subiektywny sąd, ale myślę, że każdy gest jest miarą jakiegoś przekazu
dla młodych adeptów tej sztuki. Kiedyś nie
odważyłabym się sama podejść do Nestorów
w teatrze bez wyraźnego przyzwolenia, teraz
czapka w teatrze na głowie młodego aktora,
czy śpiewaka nie robi na nikim wrażenia
i jakby każdy wstrzymywał się od zwrócenia
mu uwagi. Są pewne kanony zachowania w tej
świątyni sztuki i dlatego żal, że tak niewiele
było trzeba tego wieczoru w Teatrze Polskim,
a jednak się nie stało.
Świat coraz szybciej gdzieś pędzi; rodzą się
sezonowe gwiazdki i celebryci, ale czy rodzą się
Tuzy, Wielcy, Giganci na miarę swoich czasów?
Podobno żyjemy tak długo, jak długo istniejemy w pamięci pokoleń. Nasi Wielcy, którzy
odeszli za mojej świadomości, pozostaną w pamięci następców, w pamięci tych, którzy Ich
podziwiali, tych, którzy o Nich słyszeli i tych,
którzy o Nich napiszą. Będą żyć tak długo, jak
długo ktoś będzie wertował kartki starych książek i czasopism, pism i notatek w bibliotecznych
zbiorach i pewnie dlatego tak bardzo brakowało
mi takiego przyczynku pro memoria.
A jednak wierzę, że jest w tym jakiś sens i jakiś
znak – może tylko dla mnie – że niespodziewanie znajdowałam się w konkretnym miejscu
i w tym szczególnym czasie, gdy LOS właśnie
spełniał swoje kolejne, Ważne Zadanie...
– taka działalność
Rozwój Internetu przyczynił się w dużej mierze
do powstania dziennikarstwa obywatelskiego,
uprawianego w interesie społecznym, przeważnie
przez niezawodowych dziennikarzy.
atwość i szybkość zamieszczania
materiałów prasowych powoduje rosnącą popularność tego typu działań
w społecznościach lokalnych. Dziennikarzom
obywatelskim przysługują takie same prawa
i obowiązki co zawodowym dziennikarzom
i w świetle polskiego prawa prasowego są
uznawani za dziennikarzy.
Prawo prawem, a rzeczywistość kreuje często
własne zasady. Na terenie Warmii, Mazur
i Powiśla ukazuje się kilka pism i serwisów
internetowych redagowanych właśnie przez
takie osoby.
O potrzebach i problemach dziennikarstwa
obywatelskiego rozmawiam z redaktorem naczelnym i wydawcą internetowego dziennika
„Nasz Lidzbark”.
Andrzej Zb. Brzozowski: Skąd się bierze
zapotrzebowanie na tego typu działalność dziennikarską?
Andrzej Pieślak: Przede wszystkim dlate-
go, że przyczynia się ona do przejrzystości
i jawności działania lokalnej władzy, funkcjonowania aparatu urzędniczego. Ludzie
widzą i odczuwają na co dzień, że nie
wszystko wygląda tak pięknie i kolorowo
jak to się niektórym wydaje.
Wynika to z tego, że nie zawsze, zwłaszcza
w mniejszych miejscowościach istnieje społeczna kontrola działalności lokalnej władzy.
Czuje się ona bezkarna, a to w konsekwencji
odbija się na decyzjach i złym zarządzaniu.
Często władza jest ponad prawem. Ludzie nie
mogą żyć w przeświadczeniu i przekonaniu,
że urzędnik państwowy jest panem i władcą.
Czy dziennikarstwo obywatelskie powstało i istnieje tylko po to, aby patrzeć
władzy na ręce i ją rozliczać?
Nie tylko, ale myślę, że na tym etapie to jest
taki młody ruch, który jest odpowiedzią na to, co
się dzieje w prasie mainstreamowej. Dziennikarstwo obywatelskie porusza problemy małych, lokalnych społeczności. Rzadko kiedy dziennikarz
prasy ogólnopolskiej zainteresuje się tym, co się
dzieje na przykład w moim urzędzie miasta. Nie
napisze o tym, bo to są regionalne problemy,
a dziennikarstwo obywatelskie jest właśnie
od takich mikro spraw i w tym się sprawdza.
Kiedy i w jakich okolicznościach powstał
redagowany przez ciebie portal „Nasz Lidzbark”?
Portal powstał w 2011 roku. To jest już jego
druga odsłona. Wcześniej prowadziłem w Internecie galerię zdjęć (bo fotografia to moje
hobby) i coś na kształt bloga. Zrozumiałem
jednak szybko, że tak się działać nie da. Jako
nie dziennikarz i osoba niezarejestrowana
w sądzie okręgowym do tego typu działalności,
miałem drzwi zamknięte przed informacjami, do których chciałem dotrzeć. Rzecznicy
prasowi różnych państwowych instytucji
nie chcieli ze mną rozmawiać, ponieważ nie
byłem dziennikarzem. To się jednak zmieniło,
od 15 marca 2013 roku „Nasz Lidzbark” jest
wpisany do rejestru dzienników i czasopism.
W jaki sposób zdobywasz materiały do
swojego portalu?
Prowadzę to całkowicie samodzielnie, chociaż pomaga mi trochę moja przyjaciółka,
która robi korektę tekstów. Nie jestem wyspecjalizowany w dziennikarstwie śledczym,
ale szczerze mówiąc to większość materiałów
przychodzi sama. Obserwuję życie miasta
i opisuję to, czego niektórzy nie chcą zauważyć, lub chcą wręcz ukryć.
Co uważasz za swój dotychczasowy największy dziennikarski sukces?
Myślę, że fakt informowania mieszkańców
mojego miasta o rzeczach, o których nie dowiedzieliby się z innej prasy. Opisuję to, co nasza
lokalna władza robi, jak działa, co przekłada się
na podnoszenie świadomości obywatelskiej.
Brzmi to może trochę górnolotnie, ale tak to
wygląda w rzeczywistości. Wielu mieszkańców
do mnie dzwoni i prosi o interwencje w różnych sprawach. Z wymiernych rzeczy, takim
sukcesem może być na przykład pozytywne
rozprawienie się z zanieczyszczaniem rzeki
Łyny (przepływającej przez Lidzbark Warmiński) przez miejscowy zakład pracy.
Ile osób odwiedza Twoją stronę w Internecie?
Kilka tysięcy dziennie, chociaż zależy to
w dużym stopniu od aktualnych tematów,
które poruszam. Świadczą o tym komentarze
zamieszczane przez mieszkańców pod artyku-
FOT. © NASZ LIDZBARK
łami. Zdarza się, że jest ich czasami kilkaset.
Ciekawostką jest fakt, że społeczny odbiór
niektórych artykułów zmusza też lokalną,
zawodową prasę do zajęcia się tematem.
Jesteś nie tylko redaktorem naczelnym
portalu, ale i wydawcą. Finansujesz to
z reklam, czy własnej kieszeni?
Na dzień dzisiejszy wygląda to tak, że dokładam do tej działalności. Nie mam z tego
żadnych profitów, nie mam reklam. Utrzymanie
serwera i domeny, to może nie jest aż tak dużo,
ale na opłaty sądowe wydałem już kilka tysięcy,
chociaż muszę przyznać, że wygrałem wszystkie
sprawy, które miałem o informację publiczną.
To w takim razie, skoro masz tyle kłód pod
nogami, po co to wszystko robisz?
Czuję po prostu taką potrzebę robienia czegoś
dla ogółu. Może to truizm, ale czuję, że należy
coś zmienić w lokalnym środowisku, zwłaszcza
kiedy widzę marnotrawstwo społecznych pieniędzy. Przecież pochodzą one z naszych podatków.
Czy masz jakieś potwierdzenie, że to co
robisz ma sens i jest potrzebne?
Zdecydowanie tak. Na każdej imprezie na
której jestem, a staram się w miarę możliwości
brać udział we wszystkich zdarzeniach, które
mają miejsce w Lidzbarku, spotykam się z ludźmi odwiedzającymi portal „Nasz Lidzbark”
w Internecie. Mam więc możliwość weryfikowania mojej pracy na bieżąco. Utwierdza to
mnie w przekonaniu, że taka działalność jest
potrzebna. Oprócz spraw interwencyjnych,
zamieszczam też informacje i relacje z życia
miasta, wydarzenia sportowe, ogłoszenia.
Zgłosiłeś akces wstąpienia w szeregi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Czego
w związku z tym oczekujesz, czy SDP może
Ci w czymś pomóc?
Przede wszystkim otworzy się przede mną
możliwość rozmawiania z dziennikarzami,
przebywania w środowisku dziennikarskim,
doskonalenia warsztatu. Nie ukrywam, że
jest to też sprawa prestiżowa. Będę inaczej
postrzegany i może niektórzy (na co liczę)
będą bardziej się ze mną liczyć.
Rozmawiał ANDRZEJ ZB. BRZOZOWSKI
projekt: media lokalne
Czy jeszcze jest –
i jaka – prasa lokalna
prezentację mediów
lokalnych Warmii, Mazur
i Powiśla najłatwiej jest
rozpocząć od mediów
z własnego terenu
– z miejsca stałego
zamieszkania – Ostródy
i powiatu ostródzkiego.
FOT. © JJP
Członkowie ZGWM z zaciekawieniem studiowali dwa ostatnie numery „Bez Wierszówki”
i integracji regionu”. Postanowiliśmy zebrać
podstawowe dane o wszelkich lokalnych mediach (nie tylko drukowanych). Informacje
te posłużą także do umożliwienia spotkania
i poznania się wydawców i redaktorów tej
prasy, wymiany informacji i upowszechniania
lokalnych dobrych praktyk w całym województwie.
Zająłem się więc szperaniem w internetowych stronach gmin wiejskich, Grzegorz
– miejsko-gminnych, a Zbyszek – miejskich
i powiatowych. Wyszukujemy prywatnych
i społecznych wydawców czegokolwiek prasopodobnego, także w Internecie. Rozsyłamy
też do gmin ankietę z pytaniami, co i jak
wydają. Pierwsze odpowiedzi już mamy.
Ostródzkie media
Kiedy podczas Walnego Zebrania Oddziału SDP w ubiegłym roku Grześ Radzicki
zaproponował, żeby zebrać dane o lokalnej prasie, łatwo się zgodziłem. Nie
wiedziałem, co mnie czeka, bo nowy Zarząd wniosek Grzegorza potraktował serio
i powołał zespół do tego zadania. Do naszej dwójki dołączył Zbyszek Połoniewicz.
moim przypadku jest to powrót do
tematu sprzed dziesięciu lat, czyli
do narodzin „Bez Wierszówki”. Bo
w latach 2004-2006 na jej łamach zamieściłem cykl 14 publikacji pt. „Prasa lokalna”.
Był to swoisty encyklopedyczny przegląd
kilkudziesięciu ówczesnych wydawnictw
gminnych, powiatowych, stowarzyszeniowych i parafialnych.
Zajrzałem więc do internetowego „Leksykonu Kultury Warmii i Mazur” (wspaniała
inicjatywa Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych), by sprawdzić, czy „moje” tytuły
jeszcze istnieją. Figuruje w nim kilkanaście,
niestety, archiwalnych – niewiele aktualnych.
A może są na półkach czytelni Uniwersytetu albo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej
w Starym Ratuszu, bo przecież każdy wydawca powinien tam przesyłać obowiązkowe
egzemplarze?
W katalogu UWM znalazłem ledwie kilka;
i to starych egzemplarzy. W czytelni WBP
aż... osiem: gminny dwutygodnik (!) „Gazeta
Gietrzwałdzka” (wydawcą jest GOK), „Biuletyn Gminy Kętrzyn”, olsztynecki miesięcznik
„Albo”, „Biuletyn Informacyjny Gminy Bisztynek”, miesięcznik powiatu olsztyńskiego
„Przegląd Warmiński”, powiatowy tygodnik
„Życie Kętrzyna” (wydawca prywatny), miniaturowe (w formacie A5) nieregularnie
ukazujące się „Zapiski Zalewskie” (wydawca:
Towarzystwo Miłośników Ziemi Zalewskiej),
biuletyn Zespołu Parków Krajobrazowych
„Uroczysko” (ukazuje się 3 razy w roku) i…
puste miejsce z napisem „Biuletyn Gminy
Orzysz”. Tylko tyle?
A przecież są świetne lokalne (komercyjne)
tygodniki, jak choćby „Nowy Kurier Iławski”,
czy szczycieński „Kurek”. Zapewne przybyły
też nowe: czasopisma drukowane, lokalne
portale i gazety typowo internetowe, blogi,
telewizje kablowe, radiostacje. Kto – oprócz
wytrawnego internauty – wie, że takowe istnieją i warto do nich zaglądać, słuchać, oglądać? Ale gdzie ich szukać, skoro nie wszystkie
da się „wyguglować”?
Czy nie warto mieć bazę takich adresów?
Wszak to ważny element naszego współczesnego dziedzictwa kulturowego! I tak narodził
się projekt, szumnie nazwany „Media lokalne
Warmii, Mazur i Powiśla bodźcem rozwoju
Pomysł spodobał się dyrektorowi CEiIK
oraz kierownictwu Związku Gmin Warmińsko-Mazurskich. Obiecali wesprzeć
nas w dalszych poczynaniach (np. CEiIK
lokalem na spotkania, a ZGWM ufundowaniem nagrody na konkurs prasy lokalnej).
Miałem też szansę przedstawić nasz projekt na walnym zgromadzeniu ZGWM 15
stycznia br., zyskując przychylność wójtów
Pozostaje nam jeszcze zadanie dotarcia do
struktur Kościołów różnych wyznań. Może
Czytelnicy nam w tym pomogą? O efektach
naszej pracy będziemy informować na łamach
„Bez Wierszówki”.
ykl ten realizowany będzie w ramach
złożonej Zarządowi Województwa
Warmińsko-Mazurskiego oferty realizacji zadania publicznego Stowarzyszenia
Dziennikarzy Polskich Oddział w Olsztynie
pod nazwą „Media lokalne na Warmii, Mazurach i Powiślu bodźcem rozwoju i integracji
Pierwsza prezentacja to zaledwie przyczynek
do obszernego opracowania, które powstanie w wyniku dogłębnych badań i kwerend
czekających realizatorów zadania, głównie
i redakcjami. Można powiedzieć, że na terenie
powiatu ostródzkiego istnieje szeroka paleta
mediów lokalnych – trzy tygodniki: „Gazeta
Ostródzka” i „Gazeta Morąska” (bezpłatne
dodatki do „Gazety Olsztyńskiej”) oraz „Nasz
Głos”, miesięcznik „Rozmaitości Ostródzkie”,
telewizje: Telewizja „Mazury” i Telewizja
„Morąg”, rozgłośnia radiowa Radio „Mazury” oraz media elektroniczne: naszaostroda.
pl i OstrodaOnLine.pl. Na uwagę zasługują
także tytuły prasy konfesyjnej wydawanej
w kilku parafiach rzymskokatolickich, m.
in. „Posłaniec Niepokalanej” w ostródzkiej
parafii Niepokalanego Poczęcia NMP.
Nie można pominąć również zjawiska wydawania szkolnych pism w ostródzkich szkołach
wszystkich poziomów, w tworzenie których
zaangażowani są uczniowie najczęściej pod
kierunkiem nauczyciela polonisty. Są to głównie pisma, tzw. „nieregularniki”, wydawane
z ważnych dla społeczności szkoły okazji czy
uroczystości. Redagowaniu kolejnych numerów towarzyszą działania edukacyjne nauczycieli-redaktorów – dla przykładu organizowane
są warsztaty dziennikarskie na które zapraszani
są dziennikarze z lokalnych mediów.
W kolejnych częściach prezentowanych na
łamach miesięcznika SDP „Bez Wierszówki”
przybliżymy wydawnictwa prasowe, zarówno te znajdujące się w tradycyjnym obiegu,
jak i te wydawane przez Kościoły i związki wyznaniowe oraz placówki oświatowe,
ośrodki telewizyjne i rozgłośnie radiowe,
a także media elektroniczne.
– tygodnik wydawany w formacie „Gazety
Olsztyńskiej”, o objętości 24. stron, skierowany
wiejskiej Dąbrówno,
Łukta, Grunwald, miasta i gminy wiejskiej
Miłomłyn oraz miasta i gminy wiejskiej
Ostróda. Nazwy tych miejscowości wymienione są w winiecie tygodnika. To sześć na
dziewięć samorządów gminnych w granicach
powiatu ostródzkiego co nie oznacza, że redakcja nie zajmuje się życiem pozostałych gmin.
Połowa stron wydawana jest w kolorze
(opis na podstawie wydania nr 4[989], 2430.01.2014). Wymienione wydanie zawiera działy: Z naszej strony (s. 2), Wydarzenia
(s. 3), Wokół Ostródy (s. 4-7), Region (s. 8),
Wieści z powiatu (s. 9-15), Plebiscyty (s. 16),
Po godzinach (s. 17), Gazeta familijna (s. 18),
Rozmaitości (s. 19), Przed niedzielą (s. 20),
Ogłoszenia drobne (s. 21), Sport (s. 22-24).
Drugą stronę otwiera krótki „wstępniak” redaktor naczelnej. Tygodnik zajmuje się lokalnym
życiem społeczności gmin i powiatu, znajduje
również miejsce na kwestie religijne. Na stronie tytułowej duże kolorowe zdjęcie (akcja
strażaków w Miłomłynie) oraz zapowiedzi
ciekawszych tematów wewnątrz numeru.
Redaktor naczelną jest Barbara Chadaj-Lamcho, sekretarzem redakcji Marcin Tchórz.
Dział reklam stanowią: Natalia Luczek oraz
Łukasz Lamcho. Wydawca: Edytor Sp. z o.o.
(10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5), prezes Jarosław Tokarczyk. Tygodnik drukowany jest
w Drukarni Prasowej Spółki Edytor w Olsztynie (ul. Tracka 7, tel. 89 5397421). W stopce
redakcyjnej znajdujemy również nazwisko
projektanta graficznego – Monikę Burzyńską-Myć. Adres redakcji: 14-100 Ostróda, ul.
Jana III Sobieskiego 3A/3, tel. 89 6420820, 89
6420816; tel./fax 89 6428310. Redakcja posiada swoją stronę internetową: www.ostroda.
wm.pl (e-mail: [email protected]).
Pierwszy numer „Gazety Ostródzkiej” ukazał
się 1 marca 1996 roku.
to siostrzany „Gazety
Ostródzkiej”, również 24. stronicowy
tygodnik, ukazujący
się w pozostałych
ostródzkiego: Morągu, Miłakowie,
Małdytach oraz
w mieście i gminie
Zalewo, leżącej na
terenie powiatu iławskiego. Połowa stron w kolorze. Identyczny układ graficzny.
Redaktor naczelną jest Wiesława
Witos. Wydawca ten sam. Adres redakcji: 14-300 Morąg, ul. Jana Pawła
II nr 2, kontakty: tel./fax 89 7575257;
www.morag.wm.pl. Kolportaż: sieć własna, kolporter i sprzedaż „z ręki” na ulicy
(opis na podstawie wydania nr 5[384],
31.01-6.02.2014). Pierwszy numer „Gazety Morąskiej” ukazał się w lipcu 1996 roku.
Łączny nakład „Gazety Ostródzkiej”
i „Gazety Morąskiej” na dzień 31 stycznia 2014 roku wynosi 13 227 egzemplarzy
(za informacją z winiety „Gazety Morąskiej”).
„Nasz Głos” –
Niezależny Tygodnik Lokalny
Regionu Ostródzkiego. Ukazuje się
na terenie wszystkich gmin powiatu
ostródzkiego z wyjątkiem gminy Miłakowo, co nie oznacza,
że o Miłakowie redakcja nie pisze.
Tygodnik ukazuje się w formacie A3 o objętości 32. stron (opis na podstawie wydania nr
04[122], 23.01.2014). Połowa stron wydana
w kolorze. Brak działów tematycznych, aczkolwiek zawartość czytelnie została podzielona
na sprawy społeczno-kulturalne, poradnictwo
i zagadnienia religijne (s. 3-12; 14-17 i 20-22),
ogłoszenia drobne (s. 19) i sport (s. 27-32). Jest
też wywiad z ostródzkim samorządowcem (s. 13)
oraz strony reklamowe (s. 2, 18, 23, 24-26 i 32).
„Nasz Głos” zajmuje się głównie społeczno-kulturalnym życiem gminnych społeczności.
Nie porusza tematyki regionalnej. Brakuje
„wstępniaka”, za to wyróżnia się felieton „Z babskiej perspektywy” Kasi. Strona tytułowa tabloidalna – miejsce centralne, pod winietą,
zajmuje duży, krzykliwy czerwono-czarny tytuł wiodącego tematu wydania. Pod nim dwa
zdjęcia obrazujące zapowiadany temat. Na
innych zdjęciach kilkuwyrazowe zapowiedzi
ciekawszych tematów wewnątrz numeru. Moduł
reklamowy przy winiecie. Co tydzień czytelnik
znajduje wewnątrz numeru wkładkę (insert)
w postaci dodatku TV, natomiast co drugi tydzień dodatkowy insert – gazetę „Dobry znak”.
Nakład tygodnika wynosi 6000 egzemplarzy.
Redaktor naczelną jest Monika Burzyńska.
Współredaguje zespół (brak w stopce redakcyjnej imiennego składu redakcji). Wydawca: PM
TRANS PRESS (brak adresu); adres redakcji:
14-100 Ostróda, ul. Jana Pawła II nr 3, tel./
fax 89 6420013; tel. kom. 603916740; e-mail:
[email protected]; profil: www.facebook.com/naszglosostroda. Cena egzemplarza:
2,20 zł. Pierwszy numer ukazał się 18 sierpnia
2011 roku. Tygodnik „Nasz Głos” należy do
Stowarzyszenia Prasy Lokalnej.
Ciąg dalszy na s. 18
lektury medioznawcy
Książka, której lekturę polecam Czytelnikom „Bez Wierszówki”,
nie ma charakteru naukowego, dlatego też przyznaję, iż mając spore
zaległości w lekturze wciąż nowych książek, jakie pojawiają się na
wydawniczym rynku z zakresu nauk o mediach, które od 2011 roku
„wybiły się na niepodległość” i figurują na oficjalnej liście dyscyplin
naukowych, sięgnąłem po nią z pewnym niedowierzaniem, chociaż
nazwisko jej autora powinno wystarczyć za najlepszą rekomendację.
o Krzysztof Mroziewicz, którego zapewne specjalnie nie należy przedstawiać,
z recenzenckiego obowiązku jednak
przypomnę, iż jest to wieloletni korespondent
PAP w Indiach, korespondent wojenny w Nikaragui, Afganistanie i Sri Lance, od 1990 roku
dziennikarz tygodnika „Polityka”, komentator
prasowy, radiowy i telewizyjny. Co ciekawe,
jeden z nielicznych czynnych dziennikarzy
mający w swojej biografii (w latach 1996-2001)
karierę dyplomatyczną, jako były ambasador
RP w Indiach, Sri Lance i Nepalu.
Czym zatem obdarzył nas Krzysztof Mroziewicz na koniec 2013 roku?
Opublikował – sięgając do swoich wieloletnich doświadczeń reportera, dziennikarza
i korespondenta wojennego – autorską książkę
Korespondent, czyli jak opisać pełzający koniec
świata (Zysk i S-Ka, Wydawnictwo, Poznań
2013, ss. 297). A zatem, wykorzystując metaforę podpowiedzianą przez samego Autora, jak
opisał ów tytułowy pełzający koniec świata?
Odpowiadając najkrócej, wypada stwierdzić,
że niezmiernie ciekawie, swoim specyficznym stylem, wypracowanym przez wiele lat
czynnego uprawiania zawodu. Jak stwierdza
w „Przedmowie” Stefan Bratkowski: „W książce Mroziewicza znajdzie Czytelnik wiele tajników sukcesu w tej profesji, ale nie piszę
tego wstępu dla reklamy tylko tej publikacji.
Piszę z szacunku dla całego grona kolegów,
którzy w najtrudniejszych warunkach pisali,
a przynajmniej robili wszystko, co w ich mocy,
by opisać prawdę. To jest książka o dziennikarstwie, nie o samych jedynie reporterach
i korespondentach zagranicznych. Proszę
jednak nie widzieć w niej tylko błyskotliwego podręcznika dziennikarstwa. Jeśli ktoś
chce obudzić w sobie pasję do tego zawodu,
zetknąć się z wyzywającą przygodą dziennikarstwa – polecam. A jeśli ktoś po prostu chce
poczytać coś bardzo interesującego, polecam
tym bardziej” (s. 8-9).
I rzeczywiście, książka skonstruowana z niewielkich rozmiarów dwunastu rozdziałów,
czasami o intrygujących tytułach w rodzaju
„Czy można polubić dziennikarstwo”, „Bieganie a pisanie”, „Śmierć reportera” jest swego
rodzaju przewodnikiem po zagadkowym, ale
i fascynującym świecie specjalnego rodzaju
dziennikarstwa, jakim jest bycie korespondentem wojennym, stale narażonym na śmierć.
Dziennikarze uprawiający ten zawód w krajach dotkniętych działaniami wojennymi, rewolucjami, wojnami domowymi, przewrotami
i długotrwałymi protestami społecznymi (vide:
obecne wydarzenia na Ukrainie), bywają nie
tylko przypadkowymi ofiarami, ale są też ofiarami celowymi, w latach 1992-2007 zginęło na
świecie 636 dziennikarzy, gdyż byli niewygodni
dla władzy, reżimów, których upadek relacjonowali, ujawniając często okrutne zbrodnie
i makabryczne praktyki. To wszystko opisuje
Mroziewicz nie po to, aby epatować śmiercią,
zbrodnią i przemocą, ale by przestrzec innych,
czytelników, widzów, radiosłuchaczy, a zatem wszelkiego typu odbiorców medialnych
informacji, którzy z taką łatwością wierzą
w dziennikarskie newsy, filmowane częstokroć
z okien luksusowego hotelu.
Jakie rady, wskazówki, ale też życiowe mądrości podpowiada Mroziewicz (rocznik 1945),
który niejedno w życiu widział, opisując wiele
z tego, co go we współczesnym świecie spotkało,
w swoich wcześniejszych książkach, by wymienić tylko Kabul w okresie postu, Dziennikarz
w globalnej wiosce czy Prawdy ostateczne
Ryszarda Kapuścińskiego (z którym się przyjaźnił). Oto próbka owego stylu, który może
służyć za wzorcowy, zarazem wielka mądrość
„obywatela świata”, który zechciał nam, częstokroć podróżującym jedynie palcem po mapie
lub przemieszczającym się w cyberprzestrzeni
Internetu, „opowiedzieć swoją historię”.
Mroziewicz stwierdza: „Sama obserwacja
dziennikarzowi nie wystarczy. Bez czytania
nie ma pisania. Trzeba mieć własną bibliotekę, własne archiwum, a archiwum pisarza
to wielkie śmietnisko. Gromadzenie książek
i materiałów archiwalnych, często bardzo
osobistych, to praktyka trwająca całe lata.
Trzeba umieć rozmawiać, pytać, zapamiętywać, kojarzyć, robić notatki, sprawdzać, co na
ten temat już napisano. Trzeba umieć jeździć
niewygodnie, spać byle gdzie, jadać byle co,
czasami pijać niesmaczne płyny o dużej mocy.
I nie bać się ryzyka” (s. 20).
Brzmi to jak przesłanie do młodych adeptów dziennikarstwa, marzących o dalekich
podróżach, światowej sławie na miarę Ryszarda Kapuścińskiego. Ale współczesny
mistrz, autorytet dla korespondentów zagranicznych, jakim niewątpliwie jest Krzysztof
Mroziewicz, sugeruje jednoznacznie: „bez
czytania nie ma pisania”. A zatem zapraszam
do fascynującej lektury, wobec której trudno
jest pozostać obojętnym.
Ostródzkie media. Ciąg dalszy ze s. 17
„Rozmaitości Ostródzkie” –
Miesięcznik Powiatu Ostródzkiego. Wydawany jest w formacie
A4, w pełnym kolor, na papierze
błyszczącym, w objętości 24. stron
(opis na podstawie wydania nr
11[75]/2013). Działy tematyczne: Zamiast felietonu (s. 3), Kronika miesiąca (s. 4-5), Wywiad (s. 6-8), List
otwarty (s. 9), Powiat (s. 10-11,15),
Historia (s. 12-13), Pitaval (s. 16-17), Turystyka
(s. 18-19), Promocja (s. 20-21,23), Ciekawe
miejsca (s. 22). Strony reklamowe: 2,
14, 23 i 24. „Polityczny” felieton oraz
zawartość działu „Powiat” wskazują
na sympatię redakcji wobec określonej opcji politycznej. Brak natomiast
tematyki społecznej – informacji
o akcjach społecznych, problemów
i tematów przeciętnych ludzi z gmin
powiatu ostródzkiego.
Redaktorem naczelnym jest Włodzimierz Godlewski. Adres redakcji: 14-100
Ostróda, ul. H. Sienkiewicza 9. Kontakty: tel.
89 6428269, tel. kom. 500037495; e-mail:
[email protected] Wydawca: Wydawnictwo Drwęca Ryszard Bogucki, tel. kom.
505259749. Druk: ArtPrint, 10-670 Olsztyn,
ul. Ciechocińska 2, tel. 89 5339495. Cena
egzemplarza: 1,70 zł. Redakcja prowadzi internetowe wydanie magazynu „Rozmaitości
Ostródzkie” – Serwis Informacji Lokalnych:
naszaostroda.pl.
Zarówno o tym portalu, jak i innych mass mediach powiatu ostródzkiego, w następnej części.
ZBIGNIEW E. POŁONIEWICZ
sztuka pisania - sztuka czytania
czy manipulacja
W „Rzeczpospolitej” z 24 stycznia br. ukazała się relacja Piotra Kowalczuka z Rzymu
zatytułowana „Uczniowi nie wolno się przeżegnać”. Artykuł informował o zachowaniu
się „postępowego” nauczyciela religii, który „zbeształ uczennicę za to, ze przeżegnała
się na widok karetki pogotowia na sygnale”. Nauczyciel poradził uczennicy trzeciej
klasy gimnazjum, aby w takich wypadkach stukała w niemalowane drewno, bo
przeżegnanie się może urazić niewierzących lub wyznawców innych religii.
łoskie media były raczej oburzone
zachowaniem się nauczyciela, zalecającego zabobonne zachowanie
się, bo we Włoszech czymś oczywistym jest
przeżegnanie na widok pogrzebowego konduktu lub jadącej na sygnale karetki, jak u nas
czymś normalnym było to, że mężczyźni przechodzący obok kościoła zdejmowali czapki.
Dziennikarz „Rzeczpospolitej” przypomniał
jeszcze o sytuacji, która wydarzyła się przed
rokiem w przedszkolu w Rovedzie, gdzie
dyrektorka zabroniła dzieciom wykonywania
znaku krzyża i modlenia się przed jedzeniem.
Zaprotestowali przeciwko temu zakazowi
wszyscy rodzice dzieci z przedszkola i dyrektorka wycofała swoje zarządzenie po interwencji przewodniczącego prowincji Trydentu.
Dziennikarz artykuł zakończył stwierdzeniem, które tu przytaczam w całości. Jest to
samodzielny akapit tekstu. „Sprawa nie jest
jednak błaha również z tego powodu, że za
krzyż w szkole dyrekcja może słono zapłacić. W 2009 r. Europejski Trybunał Praw
Człowieka rozpatrywał skargę niewierzącej
Finki mieszkającej w Italii i uznał, że krzyż
na szkolnej ścianie gwałci prawo rodziców
i dzieci do wychowania zgodnie z ich przekonaniami”. I na tym stwierdzeniu artykuł
się zakończył. Czy jest to jednak uczciwe
i rzetelne przedstawienie problemu?
Rzeczywiście Trybunał w Strasburgu taki
wyrok wydał, ale rząd włoski złożył od wyroku apelację. Poparło tę apelację dziesięć
państw europejskich w tym Bułgaria, Litwa
i Rosja. Polska, mimo wniosków niektórych
stowarzyszeń katolickich adresowanych do
rządu, aby poprzeć włoska apelację, tego nie
uczyniła. Rządy te przystąpiły do procesu
w charakterze trzeciej strony, a reprezentował je przed Trybunałem profesor prawa
międzynarodowego z uniwersytetu w Nowym
Jorku, wyznawca judaizmu Josef Weiler.
Wyrok Wielkiej Izby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (czyli wydany w pełnym
składzie) z 18 marca 2011 roku uznał apelację
rządu włoskiego i dziesięciu innych krajów.
Trybunał uznał, że obecność krzyża w szkole
nie jest złamaniem prawa rodziców do wychowania dzieci według ich przekonań i nie
narusza prawa dziecka do wolności religijnej,
bo krzyż nie narzuca religii, a jego obecność
nie może być traktowana jako indoktrynacja
ze strony państwa, bo krzyż jest symbolem
zasadniczo pasywnym i nie można porównać jego wpływu na uczniów do działalności
dydaktycznej nauczycieli. Zdaniem sędziów,
z obecności krzyża nie wynika obowiązek
nauczania religii chrześcijańskiej.
Wyrok ten zapadł stosunkiem głosów 15
do 2. Dlaczego jednak o tym wyroku nie
wspomniał dziennikarz „Rzeczpospolitej”?
W swoim artykule sugeruje, że niektórzy
włoscy wychowawcy zabraniając czynienia
znaku krzyża kierują się orzeczeniem Trybunału w Strasburgu z 3 listopada 2009 roku.
A przecież to pierwsze orzeczenie zostało
zmienione po apelacji włoskiego rządu. Brak
wiedzy u dziennikarza, świadome pominięcie czy też zaistniały inne przyczyny tego
Kiedyś w redakcji „Rzeczpospolitej” pracowała dobra znawczyni spraw kościelnych
Ewa Czaczkowska. Dziś w redakcji nikt nie
pamiętał o głośnej przecież w mediach sprawie o krzyż w szkołach włoskich toczonej
przed międzynarodowym trybunałem. Nawet włoski korespondent gazety. Trochę to
dziwni albo może świadczyć tylko o braku
wykwalifikowanych redaktorów.
W tym samym numerze gazety zamieszczono wywiad Jacka Nizinkiewicza z rzeczniczką rządu Małgorzatą Kidawa-Błońską
zatytułowany „Historia przyzna rację Tuskowi”.
Dziennikarz zadał pytanie: „Czy z alkotestami
będzie jak z chemiczną kastracją pedofilów?”.
Pani rzeczniczka potwierdziła, że kierowcy za
brak alkotestu będą karani tak samo jak za
brak trójkąta ostrzegawczego i powołała się na
Francuzów, którzy „wprowadzili parametry,
które takie urządzenie musi spełnić”.
Francuzi, jako jedyni w Europie, a chyba i na
świecie, wprowadzili obowiązek posiadania
przez kierowców alkotestów, ale prowadzący
wywiad dziennikarz i pani rzeczniczka zapomnieli o jednym (a może o tym nie wiedzieli?):
Francja po trzech miesiącach obowiązywania
tego przepisu zawiesiła jego wykonywanie.
Tak więc dziś we Francji nie ma obowiązku
posiadania alkotestu przez kierowcę auta. Stąd
będziemy jedynym krajem na świecie, który zapowiada wprowadzenie tak głupich przepisów,
choć jak znam życie, na zapowiedziach znów
może się skończyć. Jednak pani rzecznik jest
w pełni przekonana do pomysłu pana premiera
i twierdzi, że „historia przyzna Tuskowi rację”.
Pewność gubi. I dziennikarzy. I rzeczników.
I polityków. Ale to już zupełnie inna kwestia.
Przyszły mrozy, przyszła zima,
Co tu robić, gdy mróz trzyma?
Wicepremier przeuroczy,
Prawdę nam wygarnął w oczy.
Sprawa dziwna niesłychanie,
Znikło gdzieś piętnaście baniek.
Żadna kasa nie rozpruta,
Sejfem karton był po butach.
Buty wziąć na przesłuchanie?
Piętrowe życie
Był to rok akademicki 1954/1955, gdy zaledwie paroletnia Wyższa Szkoła Rolnicza
w Olsztynie, wchodząca w piąty rok swego istnienia, była jeszcze w stanie
elementarnej rozbudowy. Panował bowiem niedostatek zarówno obiektów
dydaktycznych, jak i domów studenckich. Aby pomieścić niemal sto procent
studentów naszej uczelni (z wyjątkiem nielicznych miejscowych Olsztyniaków),
kwaterowano nas w sześcioosobowych pokojach z piętrowymi żelaznymi łóżkami.
okresie, o którym będzie ta opowieść, byliśmy już studentami
drugiego roku, lecz nadal mieszkaliśmy w tych piętrowych warunkach, aczkolwiek w innym składzie osobowym, aniżeli
w poprzednim roku akademickim, gdyż w tej
sprawie nikt nas wówczas nie pytał o zdanie.
Były to czasy, gdy nikt z nas zbytnio się nie
chwalił ani swoim pochodzeniem, ani swoją przeszłością. Każdy z nas miał mniej lub
bardziej wyraziste nawyki i zainteresowania,
ale dzięki wzajemnej tolerancji, pomimo
arbitralnego doboru mieszkańców naszego
pokoju, stanowiliśmy zgodną społeczność.
Najstarszy z nas Rysiek Ambros, kuty na cztery
kopyta chłop po wojsku (w stopniu kaprala), ze
stoickim spokojem traktujący słabości kolegów,
chadzał najczęściej własnymi ścieżkami. Janek
Charytoniuk, poczciwy chłopak z Hajnówki, był
zawsze gotów do łagodzenia drobnych sporów.
Choć był on pozbawiony prawej dłoni, to ze
wszystkimi czynnościami radził sobie dobrze.
Nie pamiętam, by ktoś z nas pytał go o przyczynę tego kalectwa, ale ponieważ byliśmy
pokoleniem przedwojenno – wojennym, więc
mogliśmy się domyślać...
„Mieszkający” na piętrze nade mną Zdzisiek
Burak, wstawszy z łóżka, miał często zwyczaj
paradować długo po pokoju w kalesonach
(mało kto z nas miał wówczas piżamę). Pewnego razu narysowałem go w takim stanie
piórkiem. Zenek Rak natomiast lubił wylegiwać się. W takiej pozycji, Zenka wkuwającego
wiedzę z jakiegoś przedmiotu, namalowałem
białą plakatówką na czarnym kartonie. Niestety, mimo swojej pilności w nauce, Zenek
wykruszył się w trakcie zimowego semestru.
Władek Kostkiewicz, pochodzący z Wileńszczyzny sierota, zapewne dlatego, że był wychowankiem domu dziecka, z nas pozostałych
miał największe zamiłowanie do porządku
i estetyki w naszym pokoju. Z jego inicjatywy
wykonaliśmy m. in. firanki z bibułki, by upiększyć nasze okno... Władek był uzdolniony muzycznie, więc często umilał nam życie grając na
swoich skrzypcach, zaś my podśpiewywaliśmy
niekiedy w takt jego muzyki. Władka namalowałem, także białą plakatówką, na okładce
mego albumu do zdjęć. Nie jestem wprawdzie
muzykalny, lecz mechanicznie nauczyłem się
rzępolić kilku melodii na jego skrzypcach.
Z powodu mego plastycznego hobby,
blokowałem często nasz wspólny mebel
– kwadratowy, tzw. świetlicowy, stolik.
Na szczęście, moi współmieszkańcy byli
tolerancyjni nie czyniąc mi z tego powodu
wyrzutów. Przy tym to stoliku, pewnej nocy
(w tajemnicy przed kolegami, by „nie zapeszyć”), wykonałem rysunek uśmiechniętego Giordana Bruna na konkurs ogłoszony
przez tygodnik „Po prostu”, o czym pisałem
wcześniej („Bez Wierszówki”, nr 6/2013).
W owym czasie przeczytałem biograficzną
książkę o Niccolo Paganinim. Pod wrażeniem tej lektury namalowałem, z wyobraźni,
akwarelowy portret tego genialnego artysty.
Nie pamiętam, niestety, co się z tym obrazem potem stało...
Ani to damy,
ani to huzary
łaśnie z najwyższą przyjemnością,
że nie powiem z rozrzewnieniem,
obejrzałam w Teatrze Telewizji
„Damy i Huzary” Aleksandra Fredry, z 1973
roku, w reżyserii Olgi Lipińskiej. Kostium,
scenografia, gest i sposób podawania scenicznego słowa dopasowane do klimatu epoki
i fredrowskiej wizji komedii. Perfekcyjne role
Szaflarskiej, Hanin, Kucówny, Walczewskiego
czy Pawlika. Perełka – drugoplanowa rola
Grzesia w wykonaniu Czesława Roszkowskiego. No i jak bym mogła jeszcze pominąć Jana
Kobuszewskiego jako kapelana! Całość – po
prostu kwintesencja klasyki.
Dwa miesiące wcześniej, pokusiłam się, żeby
obejrzeć ten cymesik Fredry w olsztyńskim
Teatrze. Znając upodobanie naszej sceny do
burzenia tradycji i modernizujących zabiegów
na wszystkim co się rusza, szłam z duszą na
ramieniu. Aliści do końca miałam małą nadzieję, że tym razem będzie normalnie. W końcu,
wystawiając tę sztukę z okazji 220-lecia urodzin
Fredry, olsztyńska scena świętowała powrót do
starej siedziby po blisko trzyletniej rewitalizacji.
Jubileusz sugerował godną oprawę.
Pierwsze wrażenie po tym jak kurtyna poszła
w górę było takie, że remont tak dalece wyczerpał
budżet Teatru, iż nie starczyło już na kostiumy.
Panowie huzarzy witali publiczność w trampkach, pepegach, rozciągniętych swetrach, gaciach
z second handu. Jeden Ilczyna w roli rotmistrza jakimś kostiumem usiłował nawiązywać do
estetyki bodajże ułanów dwudziestolecia międzywojennego. Tyrlik grający już nie imć ordynansa
Rembo, ale jakiegoś weterana wojen afgańskich,
może nawet Ramba, zaprezentował się w mundurku polowym jakby świeżo powrócił z daleko
wysuniętej placówki na azjatyckich kresach.
Krótko mówiąc obciach do kwadratu. Potem
zajechały damy, nieco lepiej oporządzone przez
kostiumologa, bo widać było jakąś spójną myśl
krawiecką. Scenografia adekwatna do całości.
Odniosłam wrażenie, że największą frajdą w tym
spektaklu było w zasadzie pokazanie obrotowej
sceny, pierwszej w naszym wojewódzkim mieście.
Nie mam większych pretensji do poszczególnych ról. Wystąpili naprawdę dobrzy i dobrze
grający aktorzy, ale szkoda mi było, że dla paru
z nich reżyserka narzuciła jakąś wariacką manierę. Major tarzający się po scenie, zupełnie
nie a propose, robił z siebie infantylnego kretyna. Nie wiem dlaczego grające z krańcową
nadekspresją panny służące, pozą, wrzaskiem
zachowały się jak tanie kurtyzany. Gdyby nie
pani Orgonowa grana przez Joannę Fertacz
rzec by można, że w tym spektaklu dam po
Czy można zrobić z komedii Fredry groteskę
i wystawić ją w kostiumie i ekspresji mieszającej
epokę jaskiniowców z tingel-tanglem? Można.
Od czasu kiedy Bożena Dykiel (skądinąd słodka
Zosia w spektaklu Lipińskiej) wjechała na scenę
Teatru Narodowego na motorze jako super-hiper
Balladyna budząc powszechną ekstazę krytyki
i mieszane odczucia publiczności – można. To
tylko kwestia reżyserskiej fantazji i wizji dyrektora artystycznego, czasami nieokiełznanych.
Jakże jednak niewinne były te sceniczne rewolucje Adama Hanuszkiewicza w porównaniu
z tym, co dzisiaj np. pokazuje chociażby Jan
Klata w krakowskim Teatrze Starym. Nie mogę
nie oprzeć się wrażeniu, że co drugi, a może co
trzeci polski artysta usiłuje zdobyć szczyt Parnasu
wypychając pakułami zdechłą szkapę, co urosło
już do rangi symbolu twórczej hucpy.
„Swoje intencje i realizacyjne tropy” – w folderze Teatru tłumaczyła reżyser Julia Wernio
następująco: „Jestem kobietą żyjącą w XXI wieku – epoce walczącego feminizmu, parytetów
i równouprawnienia «w domu i w zagrodzie».
Kobiety zawłaszczają sobie coraz większe obszary tzw. «męskich zawodów». Patrzę, jak
tlą się jeszcze niewielkie ogniska męskiego
patriarchatu i myślę sobie, że już niedługo świat
zmieni się bezpowrotnie”.
Pewnie i zmieni się ten świat mniej lub bardziej bezpowrotnie, ale czy wrzaskiem, szpetotą,
złym obyczajem zrobimy go lepszym i piękniejszym? Nie sądzę. Nie można zadawać gwałtu
tradycji dla samej przyjemności gwałtu, który
zawsze będzie synonimem zła. Forma musi
współgrać z treścią, epoką utworu, przekazem
autora, którego w tym wypadku potraktowano
obcesowo. Opowieść o sercowych perturbacjach,
w których to trzy damy usiłują w ramach zdroworozsądkowej transakcji wepchnąć młodą
dziewczynę w ramiona starszego wuja, ma się
tak do dzisiejszych czasów jak pięść do nosa.
W tym bałaganie inscenizacyjnym gdzieś bezpowrotnie zagubił się dobry smak i finezyjny
dowcip Fredry. Nic dziwnego, że tym razem,
tak skłonna do fetowania artystów poprzez
standing ovation olsztyńska publiczność nawet
nie siliła się na okazanie entuzjazmu.
Nie chcę uchodzić za jakąś zapiekłą tradycjonalistkę. Do tej pory nie zapomnę wrażenia,
jakie wywarła na mnie wystawiona na deskach
Jaracza sztuka Bernarda-Marie Koltèsa „Roberto Zucco” w reżyserii Castellanosa. Było to
mocne widowisko o ludzkim okrucieństwie,
bezduszności i poszukiwaniu miłości opowiedziane współczesnym językiem, pokazane
w adekwatnej formie. Potraktowanie w podobny
sposób Fredry jest grafomańskim zabiegiem.
Żałuję olsztyńskich aktorów, że nie dane im było
zagrać Fredry w klasycznej konwencji i prawdziwym kostiumie. Żałuję tym bardziej, bo drugi
raz ta okazja już się im najprawdopodobniej
nie przydarzy. Szkoda dobrych aktorów, szkoda
zacnego autora, którego z okazji 220. rocznicy
urodzin ufetowano kwaśnym węgrzynem.
Bilet Olsztyn-Chicago
lsztyńskie Planetarium, 17 stycznia 2014
roku, o godzinie 18 ruszyła premiera projektu „Bilet Olsztyn – Chicago” Elżbiety i Andrzeja „Andymiana” Mierzyńskich. Muzyka
z Olsztyna, obrazy z Chicago. Mała podróż do
wielkiego miasta. Wiązka artystycznej i bezinteresownej współpracy między Polakami,
których dzieli ocean. 59 minut wrażeń dla
uszu i oczu pod kopułą planetaryjnego nieba.
Opowiem to od siebie. Wszystko zaczęło się
rok temu. Szary, niedobry dzień. Nic nie szło jak
trzeba. Każdemu kiedyś zdarza się taki dzień...
Szukałam czegoś w Internecie i nagle zobaczyłam Chicago. Otworzyłam kilka zdjęć, które
rozwijały się do różnych stron i jedna z nich skierowała mnie do Polskiego Radia WNVR 1030
AM Chicago. Usłyszałam energetyczny głos.
Napisałam e-maila z pozdrowieniami z zimnego
Olsztyna, podałam adres swojej strony w necie.
Na drugi dzień, gdy w drodze z pracy do domu
staliśmy – klnąc jak szewcy – w nieznośnym korku, zadzwonił telefon z Chicago – z tego radia!
Zaraz potem powstał cykl sześciu audycji na
temat naszej – mojej i Andrzeja – niezależnej
twórczości (nigdy dotąd tego nie mieliśmy
w lokalnych mediach!). Oczywiście audycje
były z pytaniami po co, za co, komu, za ile, jak
to się udaje i dlaczego chce się to robić oraz
co inni na to i jak tam w alternatywie jest, co
to za świat jednym słowem.
W rozmowach przy naszej muzyce wszystko
toczyło się wartko, zaciekawienie nami rosło i doprowadziło do nadesłania nam około 2 tysięcy
zdjęć z Chicago do wykorzystania w prezentacjach połączonych z muzycznymi kompozycjami.
Wybraliśmy 400 zdjęć. Podzieliliśmy na 12
sekwencji tematycznych. Powstała muzyka,
a do niej teksty inspirowane wymianą myśli
między nami – z Olsztyna, a nimi – z Chicago.
O czym te teksty? O życiu oczywiście. Nikomu
nigdzie nie jest łatwo, ale trzeba iść, wciąż iść,
szanować wolność i prawo do tworzenia, kochać
życie – to było główne nasze motto, którego nikt
z nas nie układał, a zrodziło się samo.
„Bilet Olsztyn – Chicago” – tak nazwaliśmy
ten projekt roboczo i potem nie wymyślaliśmy
już nic innego. Publiczność na olsztyńskiej
premierze wypełniła salę, część osób nie weszła z braku miejsc (może dla nich zagramy
ze specjalną dedykacją?). Graliśmy bardzo
wzruszeni, ponieważ w Olsztynie nie mieliśmy
okazji (a nawet szans) pokazać się przez dwa
lata, a wcześniej też nie często.
Dziękujemy wszystkim, dzięki którym premiera projektu z nurtu sztuki niezależnej,
a więc tej spoza mainstreamu, doszła do skutku. Ślemy ukłony polskiemu radiu w Chicago,
ekipie Olsztyńskiego Planetarium, przyjaciołom z Radia Zet Gold za duchowe wsparcie,
a przede wszystkim Polakom z Chicago, którzy
uratowali nasz dzień. Pomysł na projekt powstał bowiem w dniu, w którym wydawało się,
że świat wali się nam na głowę. Wystarczyło
spotkać pozytywnie zakręconych ludzi, a słońce wzeszło – ciekawe, że znaleźliśmy ich aż
w Chicago, ale to temat innej bajki...
Kolegium redakcyjne – 31 grudnia decyzją prezesa Oddziału zostało powołane
Kolegium redakcyjne miesięcznika „Bez
Wierszówki” w składzie: Krzysztof Panasik
– redaktor naczelny, dr Ireneusz St. Bruski, Andrzej Zb. Brzozowski, Jerzy Pantak,
Bożenna Ulewicz, Grzegorz W. Wadowski,
Joanna Wańkowska-Sobiesiak, dr Aleksander Wołos. Zadaniem Kolegium będzie
„troska o kształt i linię programową oraz
właściwy poziom merytoryczny czasopisma
dziennikarskiego wydawanego przez Oddział
SDP w Olsztynie”.
Skreślenie z listy członków – 31 grudnia
zapadła uchwała o skreśleniu Izabeli Jabłonowskiej z listy członków SDP w związku ze
złożeniem rezygnacji przez Koleżankę z dalszego uczestnictwa w pracach Stowarzyszenia.
Za dotychczasowy udział w SDP dziękujemy!
4. Posiedzenie Zarządu kadencji
2013-2016 – 3 stycznia w siedzibie KŚT
odbyło się pierwsze w 2014 roku posiedzenie
członków Zarządu z udziałem przedstawicieli
Komisji Rewizyjnej i Sądu Koleżeńskiego oraz
przewodniczącego Komisji Członkowskiej.
Podsumowano pierwsze miesiące obecnej
kadencji Zarządu oraz omówiono bieżące
sprawy Oddziału, m. in. kwestie dotyczące
reformy czasopisma Oddziału, w tym zmian
przygotowania technicznego oraz druku.
Projekty SDP w Urzędzie Marszałkowskim – 7 stycznia w kancelarii głównej
Urzędu Marszałkowskiego zostały złożone
dwie oferty w ramach realizacji zadania publicznego „Kultura i ochrona dziedzictwa
kulturowego”. Pierwszy z wniosków nosi tytuł:
„Dziennikarstwo obywatelskie – warsztaty dla
uczniów liceum o profilu humanistycznym”,
drugi zaś: „Media lokalne Warmii, Mazur
i Powiśla bodźcem rozwoju i integracji regionu”. Było to możliwe dzięki zaangażowaniu
i wytężonej pracy Elżbiety Mierzyńskiej, przy
współpracy Adama J. Sochy („Dziennikarstwo
obywatelskie...”), i Jurka Pantaka (oferta
„Media lokalne...”).
Nowe oblicze „Bez Wierszówki” –
15 stycznia w „Staromiejskiej” odbyło się
pierwsze posiedzenie Kolegium redakcyjnego, w którym uczestniczyli również
członkowie władz statutowych Oddziału;
zaproszeni zostali także wszyscy dotychczasowi redaktorzy naczelni „Bez Wierszówki”.
Omówiono zmiany zaproponowane przez
prezesa Oddziału oraz zatwierdzono nowy
4. Spotkanie Członków Oddziału –
29 stycznia w „Staromiejskiej” odbyło się
pierwsze w 2014 roku spotkanie członków
olsztyńskiego Oddziału SDP. Gościem spotkania był red. Zenon Złakowski, autor nowowydanej książki Stało się (ElSet, Olsztyn
2013). Autor, w rozmowie poprowadzonej przez Adama J. Sochę, zaprezentował
pierwszy tom dzieła zatytułowany „Karol”.
Podczas Spotkania powitano również nowo
przyjętych członków Oddziału SDP w Olsztynie – Bolka Uryna i Jacka Zawadzkiego.
Omówiono także bieżące sprawy Oddziału
oraz podjęto uchwały o skreśleniu z listy
członków SDP: Przemysława Kaperzyńskiego, Katarzyny Enerlich i Jarosława
Puszko, którzy złożyli rezygnację z przynależności do Stowarzyszenia, oraz Bogumiły
Nowak i Jerzego Chodkowskiego z uwagi
na niepłacenie składek członkowskich.
Aktualny stan personalny Oddziału SDP
w Olsztynie to 56. członków zwyczajnych
i troje kandydatów: Joanna Cortes, Ewa
Karaśkiewicz i Andrzej Pieślak.
Wysokość rocznej stawki członkowskiej,
zgodnie z wytycznymi Zarządu Głównego SDP, wynosi: składka normalna – 77 zł
(od osób pracujących; 6 zł miesięcznie
+ 5 zł rocznie na IFJ), składka ulgowa – 41 zł
(od emerytów, rencistów i studentów
studiów dziennych; 3 zł miesięcznie
+ 5 zł na IFJ). Zwolnieni w 100 % są
członkowie honorowi SDP oraz osoby,
które ukończyły 70. rok życia. Składki
należy wpłacać na konto Oddziału
(SDP Oddział w Olsztynie, 10-162 Olsztyn,
ul. F. Nowowiejskiego 5): Bank Pekao S.A.
nr 40 1240 5598 1111 0000 5031 6164.
3 stycznia – Posiedzenie
15 stycznia – Kolegium Redakcyjne
Podpisanie ofert w ramach
„Kultura i ochrona
dziedzictwa kulturowego”
Członkowie Kolegium redakcyjnego i władz statutowych
Oddziału podczas pierwszego posiedzenia w „Staromiejskiej” dyskutują nad nowym obliczem „Bez Wierszówki”
29 stycznia – Spotkanie Członków Oddziału
Pierwsze spotkanie Oddziału w 2014 roku połączono z wieczorem autorskim
red. Zenona Złakowskiego, autora niedawno wydanej książki Stało się...
Informacje dotyczące działalności Oddziału
SDP w Olsztynie – tel. 531 507 527,
Redaktor naczelny: Ireneusz St. Bruski, tel. 531 507 527, e-mail: [email protected] • Kolegium redakcyjne: Andrzej Zb. Brzozowski, Tamara Jesionowska,
Jerzy Pantak, Bożenna Ulewicz, Grzegorz W. Wadowski, Joanna Wańkowska-Sobiesiak, Aleksander Wołos • Stała współpraca: Andrzej Dramiński, Elżbieta Mierzyńska,
Jan Rosłan, Adam J. Socha, Marek Sokołowski, Stefan Truszczyński • Adres redakcji (do korespondencji): 11-041 Olsztyn, ul. kard. Hozjusza 12/3 •
DTP: Marcelina Gorzka • Druk: Przedsiębiorstwo Poligraficzne „ArtPrint” Zbigniew Adamowicz, 10-670 Olsztyn, ul. Ciechocińska 2, tel. 89 533 94 94
FOT. © ZEP
Nowi członkowie SDP – Uchwałą Zarządu
z dnia 3 stycznia do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Oddział w Olsztynie przyjęto
dwóch nowych członków zwyczajnych: Bolesława A. Uryna i Jacka Zawadzkiego.
Bolesław A. Uryn – reporter, fotografik,
pisarz; dr nauk przyrodniczych. W latach
1970-1990 pracownik naukowy Instytutu Rybactwa Śródlądowego ART, a następnie UWM.
W dorobku m. in. sześć książek (ostatnia:
W świecie jurt i szamanów, Muza, Warszawa
2013), cztery e-booki, dziesiątki ilustrowanych
artykułów w miesięcznikach geograficznych,
turystycznych, wędkarskich, przyrodniczych,
survivalowych i wojskowych; dziewięć wystaw
fotograficznych w kraju i zagranicą; trzy nagrody w konkursach fotograficznych.
Jacek Zawadzki – fotografik; specjalizuje
się w fotografii czarno-białej oraz krajobrazowej i przyrodniczej; wykładowca w Centrum Sztuk Wizualnych Miejskiego Ośrodka
Kultury w Olsztynie; autor zdjęć publikowych/sprzedawanych w Polsce i zagranicą
(USA). Członek Warmińsko-Mazurskiego
Towarzystwa Fotograficznego (1981-1990),
obecnie Stowarzyszenia Fotoklub Olsztyński. Współautor albumu Polska Fotografia
Amatorska w latach 1944-1984. W dorobku
m. in. osiemnaście wystaw fotograficznych.
układ miesięcznika. W związku z rezygnacją
Krzysztofa Panasika z udziału w pracach
Kolegium i pełnienia funkcji redaktora
naczelnego, decyzją zgromadzonych obowiązki naczelnego powierzono Ireneuszowi
St. Bruskiemu, autorowi wprowadzonych
zmian w edycji czasopisma. Równocześnie
zatwierdzono plan pierwszego w 2014 roku
numeru „Bez Wierszówki” (nr 103-105),
którego promocja nastąpi podczas uroczystości Patrona Oddziału dnia 24 lutego.
Spotkanie Opłatkowe – 19 grudnia
w siedzibie Klubu Środowisk Twórczych odbyło się tradycyjne spotkanie w świątecznym
nastroju... było kilka słów ks. prałata Jana
Rosłana o polskiej Wigilii i święcie Bożego
Narodzenia oraz pobłogosławienie Opłatka.
Były życzenia i dzielenie się Opłatkiem oraz...
prezenty. Nie zabrakło rozmów przy skromnym, ale świątecznym stole, o specjały na
który zadbał gospodarz miejsca p. Alfred Prusik i Elżbieta Mierzyńska. Natomiast dzięki
sugestywnym opowieściom Jana Rosłana
z jego wypraw do Ziemi Świętej uczestnicy
mieli niecodzienną okazję poznać mało znane
fakty z codziennego życia współczesnych
mieszkańców Betlejem i Nazaretu. I tak
dwie godziny szybko minęły...
Podsumowano również dotychczasowe prace
nad ofertami, które w najbliższym czasie
zostaną złożone w Urzędzie Marszałkowskim.
Nowy Skarbnik Oddziału – 12 grudnia
2013 roku obowiązki skarbnika Oddziału
SDP w Olsztynie po Janie Dąbrowskim, który
zrezygnował z przynależności do SDP, przejął
Tadeusz Prusiński, pełniący od początku
obecnej kadencji funkcję sekretarza.
oddział w fotoobiektywie
FOT. © AJS
Nagrody SDP za rok 2013
FOT. © SDP
Bohdan Urbankowski – pisarz i publicysta, filozof i poeta
i Jarosław Rybicki
– „Prezydent”
Leszek Ciechoński –
„Tumult nad Łodzią”
(Krakowski Festiwal
Filmowy)
Anita Gargas – „Anatomia upadku” (Gazeta Polska)
Edyta Krzesniak – „Mięso na receptę” (TVN Uwaga!)
Wojciech Surmacz i Nissan Tzur – „Kadisz za milion dolarów”
(Forbes Polska)
Więcej o innych nagrodach i nagrodzonych – s. 4
Kliknij TU aby pobrać cały tekst .
Kliknij TU aby ściągnąć plik czasopisma.
Kuriera z Warszawy, polityka a równocześnie pisarza i dziennikarza, redaktora BBC i wieloletniego dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE, który w 2001 roku za niezależność, służbę prawdzie i społeczeństw...
Nominację z rąk prezesa Jacka Kurskiego odebrał 8 marca. Nowy dyrektor pracował m. in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Trybunie Śląskiej”. Publikował także na łamach „Dziennika. Polska E...
tutaj - Olsztyn24
Maciej Łukasiewicz Zawód i powołanie
Pierwsze wydanie „Słownika…” dostępne jest tutaj.
Nr spec. 8. FMB - Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie