Source: http://samcik.blox.pl/html/1310721,262146,14,15.html?3,2014
Timestamp: 2018-10-17 10:48:50
Legal References Found: art. 815
 art. 834
 art. 815
 art. 834
 art. 833
 art. 833

Document Content:
"Nabici" prawomocnie wygrali z mBankiem! I co? Prawdziwa "zabawa" dopiero się zaczyna
Wygląda na to, że - po pięciu latach walki - największy w historii Rzeczypospolitej bunt konsumentów przeciwko instytucji finansowej dobiegł wreszcie szczęśliwego końca. Sąd apelacyjny odrzucił w środę odwołanie mBanku i podtrzymał wyrok, z którego wynika, że "Nabici w mBank" rzeczywiście zostali nabici. A raty ich kredytów były zawyżone wskutek nielegalnych zapisów, które bank wpisał do umów. Przypomnę pokrótce, że chodzi konkretnie o zapis, który pozwala bankowi zmieniać oprocentowanie kredytu decyzją zarządu. Dziś już takich rzeczy do umów się nie wpisuje (rządzi model, w którym oprocentowanie zależy od stawki WIBOR albo LIBOR i dodawanej przez bank marży), ale kiedyś były na porządku dziennym. Bank był pazerny, czerpał pełnymi garściami z możliwości uprawiania procentowej samowolki i chciał wycisnąć klientów, jak cytryny. Lecz ci się nie dali: najpierw skrzyknęli się w internecie i zaczęli szargać dobre imię banku, potem wyszli na ulicę i "ubarwiali" mBankowcom życie pikietami, aż wreszcie złożyli pozew. I wygrali w dwóch instancjach. Zwycięzców jest 1247 plus kancelaria Wierzbowski Eversheds i Małgorzata Rothert, warszawska rzecznik konsumentów.
Tak naprawdę zwycięstwo to ma na razie wymiar bardziej symboliczny, niż brzęczący. Jeśli przyjrzeć się wyrokowi i jego konsekwencjom, to okaże się, że przed "Nabitymi" jeszcze długa droga, nim zobaczą jakiekolwiek pieniądze. I nie będą to zbyt wielkie fortuny (o tym napiszę za chwilę). Najważniejszą zaletą ich sukcesu jest to, że teraz już nikt nie będzie miał wątpliwości, że w sądzie można wygrać nawet z potężnym bankiem, który zatrudnia tabuny świetnie opłacanych prawników i zawsze się wydawało, że może robić z klientami, co chce. Dziś ta era się skończyła i to z wielkim hukiem. Wielu kredytobiorców z innych banków też ma kredyty z nieprecyzyjnymi zapisami mówiącymi o zmianach oprocentowania i teraz mogą nabrać wiatru w żagle, by powalczyć o stosowne rekompensaty. Przykłady znacie z blogu: "Nabici w Citi? Klienci twierdzą, że oprocentowanie rosło w kółko, a bank źle informował i wpisał do umów zakazane klauzule". Albo: "Powtórka z Nabitych? Setki osób składają pozew przeciwko Aegonowi!". Niedługo grubo ponad tysiąc osób złoży pozew grupowy przeciw Bankowi Millennium. Jeśli im się uda, może to oznaczać jeszcze większe trzęsienie ziemi, bo klienci de facto walczą w tym przypadku o przymusowe przewalutowanie ich kredytów z frankowych na złotowe.
Tak blog "Subiektywnie o finansach" komentował wyrok I instancji w sprawie mBank vs "Nabici".
Przechodząc do wnikliwej analizy konsekwencji wyroku w sprawie "Nabitych", wypada już nieco spuścić z tonu. Choć przecież na pierwszy rzut oka orzeczenie sądu wygląda z punktu widzenia konsumentów świetnie oraz rewelacyjnie: sąd uznał odpowiedzialność banku za nieprawidłową, niezgodną z prawem konstrukcję umów kredytowych. Uznał też klauzulę określającą warunki zmiany oprocentowania za nieprecyzyjną. A wreszcie uznał, że klauzula ta nie wiąże konsumentów. A więc nigdy nie obowiązywała i należy ją traktować jako niebyłą. Zdaniem sądu posiadacze kredytów hipotecznych mają prawo żądać od banku anulowania wszystkich zmian oprocentowania, które wynikały z zakwestionowanej klauzuli. A więc jeśli ktoś miał na początku kredyt oprocentowany na 2%, to może żądać zwrotu wszystkich nadpłat wynikających z wyższego oprocentowania obowiązującego w trakcie umowy. Ile kasy jest do "wyjęcia"? W pozwie napisano, że w okresie od początku 2009 r. do początku 2010 r. - ten okres obejmuje sprawa - przeciętna strata każdego klienta wyniosła ponad 6000 zł. To oznacza, że bank być może będzie musiał oddać ponad 7 mln zł. Oczywiście: są i tacy klienci, którzy w oparciu o wygraną sprawę będą żadali zwrotu kilkunastu tysięcy złotych.
Gdzie mieści się cienkość? Przede wszystkim w tym, że mimo prawomocności wyroku mBank się z nim nie zgadza i już zapowiedział wniosek o kasację do Sądu Najwyższego. A to oznacza, że nie można mieć nadziei na to, iż wystarczy przyjść do placówki z orzeczeniem w ręce, by dostać te przysłowiowe 6000 zł. Każdy z "wygranych" dziś "Nabitych" będzie musiał najpewniej złożyć drugi pozew - o zapłatę. I cierpliwie czekać kilka lat na jego prawomocne rozstrzygnięcie. A niekoniecznie będą to proste sprawy, bo o ile kwestia wyliczenia nadpłaty za lata 2009-2010 jest banalna, to sąd będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: co dalej z samą umową kredytową. Bo po dzisiejszym wyroku rzecz wygląda tak, że w jednym punkcie umowy jest napisane, iż oprocentowanie kredytu jest zmienne, w drugim - że wynosi na dzień podpisania umowy tyle-a-tyle, a trzeci punkt, mówiący o tym od czego zależy zmiana oprocentowania, został prawomocnie urżnięty. Prawnicy mBanku zapewne zwrócą sądowi uwagę na fakt, że umowa jest lekko "dziwna" i zanim zacznie się cokolwiek liczyć w oparciu o nią, to trzeba by ją naprawić. Nie chciałbym być w skórze sędziów, którzy będą musieli "naprawiać".
Oczywiście, jest też druga strona tego medalu. Przedstawiciele mBanku mówią, że są gotowi do polubownego załatwienia sprawy. O ile więc najpewniej odeślą z kwitkiem każdego, kto po prostu przyjdzie po pieniądze z wyrokiem grupowym w ręku, o tyle już po złożeniu przez konkretnego "Nabitego" pozwu o zapłatę - będą wnioskowali o ugodę. Nie wiem jak daleko będą w stanie się posunąć (dziś proponują "Nabitym" przejście na oprocentowanie LIBOR plus marża 2,5-2,7%), ale w interesie obu stron będzie się dogadać. Niewykluczone więc, że jeśli klient zgodzi się "naprawić" umowę po myśli banku, to nie będzie miał problemu z odzyskaniem swoich przysłowiowych 6000 zł. A jeśli będzie hardy? To poczeka na pieniądze jeszcze kilka lat. Ale i "Nabici" nie mają pustego kołczanu. Proces grupowy obejmował tylko lata 2009-2010, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w procesie o zapłatę wystąpić o nadpłaty również za lata 2011-2014. W niektórych przypadkach oznaczałoby to znaczne zwiększenie wierzytelności klienta. A to może być argument zmiękczający stronę bankową - klient może powiedzieć: "zapomnę o tym, że kantowaliście przez sześć lat, a nie przez dwa, ale pieniądze za te dwa lata chcę dostać teraz, zaraz".
Nie tylko grupowo można wygrać z bankiem: wygrał proces o odsetki i... jest w kłopocie
Paradoks sytuacji polega na tym, że wielkie, prestiżowe zwycięstwo konsumentów, które przejdzie do historii i za które założyciele ruchu "Nabitych" powinni dostać jakiś order od szefa UOKiK-u - tak naprawdę dopiero uchyla im drzwi do negocjacji z bankiem na temat tego, jak umowa kredytowa ma wyglądać w przyszłości. Bo tak, jak po dzisiejszej kastracji, umowa kredytowa na dłuższą metę wyglądać raczej nie powinna (czyli: kredyt o zmiennym oprocentowaniu bez określenia od czego zależą jego zmiany). Elementem tych uzgodnień - bardzo trudnych, bo każdy z 1247 klientów odrzucił już co najmniej kilka propozycji ugodowych banku - będzie kwestia łatwiejszej lub trudniejszej z punktu widzenia klienta procedury dochodzenia wypłaty pieniędzy z tytułu nadpłat za lata 2009-2010. Z całą pewnością klienci z "grupy 1247" będą mieli znacznie lepszą pozycję negocjacyjną w porównaniu do tych, którzy poszli na ugodę z mBankiem wcześniej. I to jest ich "urobek" z pięcioletniej walki.
(27) Pokaż komentarze do wpisu „"Nabici" prawomocnie wygrali z mBankiem! I co? Prawdziwa "zabawa" dopiero się zaczyna”
środa, 30 kwietnia 2014 17:22
Przejdź do wpisu „"Nabici" prawomocnie wygrali z mBankiem! I co? Prawdziwa "zabawa" dopiero się zaczyna”
Dodaj komentarz do wpisu „"Nabici" prawomocnie wygrali z mBankiem! I co? Prawdziwa "zabawa" dopiero się zaczyna” i/lub któregoś z (27) komentarzy
Państwo wydaje za ciebie 18.300 zł rocznie. Na co? I czy Kulczyk powinien płacić więcej?
Dzisiaj ostatni dzień rozliczania podatku PIT. I tej właśnie okazji FOR, czyli fundacja Leszka Balcerowicza, znów podsumowała wydatki polskiego państwa. A więc sprawdziła na co idą nasze pieniądze. Rzecz wygląda w skrócie tak, że rząd oraz jego przyległości (również samorządowe) w sumie wydały 682.000.000.000 zł. A ponieważ państwo utrzymuje się z podatków, płaconych tak na koniec dnia przez obywateli (w formie bezpośredniej, pośredniej lub bardzo mocno pośredniej), to łatwo obliczyć, że przeciętny Polak włożył do państwowego worka bez dna 18.301 zł, a więc 207 zł, niż rok wcześniej. Ciekawy jestem, czy Wasze pensje też wzrosły, żebyście mogli oddać te kilkanaście złotych miesięcznie więcej. Największą część z tej kasy państwo wydało na emerytury, renty, zasiłki - w sumie 5694 zł na każdego podatnika (a ponieważ część z nas jest tylko "biorcami", to zapewne realnie każdy pracujący obywatel dokłada się do emerytur, rent i świadczeń znacznie większymi pieniędzmi. Na edukację publiczną (państwowe przedszkola, żłobki, szkoły podstawowe, średnie i wyższe) każdy Polak dokłada 2220 zł, zaś na utrzymanie przychodni, szpitali, lekarzy i pielęgniarek - 1980 zł.
Na tory, drogi i transport dajemy po 1233 zł rocznie (nie licząc biletów na autostrady ;-)). Na wojsko, straż pożarną i policję wydajemy po 1126 zł na łebka, zaś na odsetki od długu państwa zaciągniętego w naszym imieniu - 1168 zł. Gdyby chcieć go spłacić i pozbyć się tych odsetek, każdy Polak musiałby wyjąć z kieszeni 25.038 zł. Ale chyba to nie byłby dla nas dobry interes, bo politycy natychmiast znowu by nas zadłużyli. Tylko w 2013 r. powiększyli dług Polski, który będziemy musieli w przyszłości spłacić podatkami, o kolejne 1225 zł na głowę. No i jeszcze 973 zł rocznie dajemy na urzędników i administrację państwową (czyli utrzymanie Pana Premiera, Prezydenta (p)osłów i senatorów, ich samochodów, telefonów, wyżywienia, ochroniarzy oraz boisk, żeby to całe towarzystwo miało gdzie haratać w gałę ;-)). Gdyby ktoś miał ochotę popatrzeć dokładniej na co idą pieniądze tych, którzy płacą podatki, to pełna wersja rachunku od państwa jest na stronie www.for.org.pl. Oraz poniżej:
Mam nadzieję, że większości z Was wiodło się dobrze w zeszłym roku i że w związku z tym przekroczyliście jakiś próg (a przekracza się go po przekroczeniu 85.000 zł rocznego dochodu). To z jednej strony miłe, a z drugiej - musi boleć, bo podatki w Polsce są progresywne - im więcej zarabiasz, tym większą część swoich dochodów oddajesz (18% albo 32%). I Polacy oficjalnie ten system kochają, co nie powinno nikogo dziwić, bo przecież w każdym społeczeństwie więcej jest biednych, niż bogatych. A ci biedni przeważnie uważają, że ich bieda wynika z niesprawiedliwości społecznej, którą powinien im rekompensować system podatkowy. Żelazna logika. Ale jeśli zerknąć na wyniki badań, które zlecili znani podatkożercy, czyli Centrum im. Adama Smitha, a wykonał Dom Badawczy Maison, to teza o tym, że Polacy kochają progresywne podatki okazuje się być... fałszywą. Całych badań szczegółowo omawiał nie będę, bo tylko się można niepotrzebnie zdenerwować. Otóż 88% Polaków uważa, że podatki w Polsce są za wysokie, w tym 42%, że są zdecydowanie za wysokie. Rodacy uważają ponadto, że sami wiedzieliby co zrobić z pieniędzmi, które zostałyby im po obniżeniu podatków (89% by wiedziało).
Samcikowa reforma emerytalna: dłuższa praca i... podatek od bezdzietności
Nic to. Polacy są też przekonani, że za wpłacone pieniądze rząd nie zapewnia porządnych usług publicznych, tylko wszystkie fundusze przejada i wydaje na haratanie w gałę (tak uważa 78%, zaś 22% Rodaków wierzy, że kasa budżetowa z podatków jest zarządzana poprawnie). Z powyższych odpowiedzi jasno wynika, że tylko jeden na dziesięciu obywateli uważa, iż jego kasa wpłacana w podatkach jest dobrze wydawana, zaś pozostali twierdzą, że wydaliby ją lepiej. Tylko jak? Dałbym sobie rękę uciąć, że po zlikwidowaniu wszystkich podatków, które nie idą na wojsko, policję i sądy (bo na te trzy rzeczy obywatele nawet najbardziej liberalnego państwa muszą się zrzucać), co najmniej trzech na czterech z obdarowanych wzięłoby kasę i kupiło sobie mercedesa, zamiast oszczędzać i inwestować z myślą o emeryturze albo innych dalekosiężnych celach. A potem tych trzech na czterech zgłosiłoby się do pomocy społecznej, żeby ich utrzymywała, bo "są biedni". Jako były korwinista od razu napiszę, że gdyby wtedy rząd pozwoliłby im dokończyć żywota w stanie żebraczym, to wszystko byłoby OK. Ale niestety rząd by się ugiął i zaczął im pomagać z podatków tych, którzy byli bardziej rozsądni i nie wydali kasy, którą dostali po zlikwidowaniu wszystkich zbędnych podatków.
Uwaga: Minister może zabrać nawet 100% twojego zysku z odsetek od lokaty!
Ale to na marginesie. Jedyną naprawdę ciekawą rzeczą w badaniach Centrum im. Adama Smitha jest weryfikacja tezy, iż Polacy radują się na myśl, że bogaty powinien płacić proporcjonalnie większy podatek od dochodów, niż biedny. Kiedy ankieterzy spytali, czy im więcej ktoś zarabia, tym większy procent dochodów powinien oddawać, zgodziło się z tym 46% ludzi. Ale zaraz potem zapytali, czy jeśli Marek zarobił 4000 zł, a Piotr 2000 zł, to czy Marek powinien zapłacić 600 zł, a Piotr 200 zł podatku (a więc proporcjonalnie więcej). Z tak postawioną tezą zgodziło się już tylko 16% pytanych! A aż 74% odpowiedziało, że Marek powinien zapłacić 400 zł podatku, czyli oddać skarbówce taką samą część dochodów. Czy wynika z tego, że 74% podatników wyrzuciłoby dotychczasowy system progresywnych podatków na śmietnik? Nie do końca: przecież tylko kilka procent Polaków przekracza pierwszy próg podatkowy, więc de facto dla prawie wszystkich Rodaków obowiązuje już podatek liniowy. Ale zawsze miło usłyszeć, że tych ponad 90% płacących 18% podatku wstawia się za kilkoma procentami najbogatszych, którzy wpadli w 36% ;-).
Co ciekawe, wraz z konkretyzowaniem pytań o podatki wyraźnie rośnie odsetek zwolenników najprostszego możliwego systemu podatkowego, czyli podatku pogłównego - każdy płaci tyle samo, niezależnie od dochodów. Dopóki przedstawiamy taką sytuację jako abstrakcyjną, zwolenników pogłównego jest tylko 3%. Jeśli spytamy, czy jeśli Marek zarabia 4000 zł, a Piotr 2000 zł, to obaj powinni zapłacić po 200 zł podatku, zgodzi się z tym już 9% ludzi. A jeśli zapytamy czy obaj powinni zapłacić po tyle samo - liczba zwolenników rośnie już do 12% (choć pewnie wynika to z faktu, że te 3% nie zrozumiało istoty pytania ;-)). Podatek pogłówny nie wchodzi więc na razie w grę jako realne rozwiązanie. A najwięcej jego zwolenników jest w gronie osób będących u szczytu kariery zawodowej - mających 35-44 lata (aż 15%).
(8) Pokaż komentarze do wpisu „Państwo wydaje za ciebie 18.300 zł rocznie. Na co? I czy Kulczyk powinien płacić więcej?”
środa, 30 kwietnia 2014 14:41
Przejdź do wpisu „Państwo wydaje za ciebie 18.300 zł rocznie. Na co? I czy Kulczyk powinien płacić więcej?”
Dodaj komentarz do wpisu „Państwo wydaje za ciebie 18.300 zł rocznie. Na co? I czy Kulczyk powinien płacić więcej?” i/lub któregoś z (8) komentarzy
Gdy klient jest pod ścianą, bank zażąda kasy nawet za... wysłanie e-maila. PIT last minute
Kto jeszcze nie złożył PIT-a za zeszły rok, ma na to raptem kilkanaście godzin. Spieszcie się, bo złożenie zeznania po terminie często oznacza kilkaset złotych kary. Prawdopodobnie oprócz stresu okołoporodowego (bo "rodzenie" zeznania to - według badań - dość bolesna czynność) czeka Was pewnie dopłacenie paru groszy w rozliczeniu ze "skarbówką" (gdyż jeśli nie spodziewalibyście się tej przykrej okoliczności, rozliczylibyście PIT-a już w marcu ;-)). Jeśli chcecie mieć wygodnie, to możecie użyć programu, który pomoże Wam rozliczyć się online i bez biegania na pocztę, ale trzeba będzie zapłacić "w naturze". ;-). Ale najgorsze jest to, że czasem nie tylko urząd skarbowy czyha na Wasze pieniądze, ale i instytucje finansowe. Pisałem jakiś czas temu o gigantycznych opłatach za zaświadczenia potrzebne do rozliczenia starej ulgi mieszkaniowej - banki za jednozdaniowego kwita liczą sobie tyle kasy, że czasem ulga przestaje się opłacać. Mają prowizję od ministra finansów, czy co? ;-). Miałem też na stole historię jednego z czytelników, który potrzebował duplikatu PIT-u od biura maklerskiego i okazało się, że nie ma opcji, żeby taki duplikat wyprodukować. A jeśli nawet, to będzie to słono kosztowało. Ech, gdzie te czasy, kiedy banki wypełniały za nas PIT-y ;-)... Dziś kolejna historyjka z cyklu opowieści o finansistach, którzy nie przepuszczą żadnej okazji do dodatkowego zarobku. Napisał jeden z czytelników, który mimo najlepszych chęci nie mógł wcześniej rozliczyć się z urzędem skarbowym. Wszystko przez to, że jego żona inwestuje pieniądze na giełdzie i w zeszłym roku coś-tam sprzedała i coś-tam kupiła, osiągając w dodatku zysk.
Chory przepis? Umorzą ci raty kredytu i... wyślą PIT-a. Albo oddadzą kasę za trefną polisę. A potem... wyślą PIT-a. Czy tak powinno działać państwo prawa?
"Moja żona nie dostała dotąd PIT-a 8C, który zwykle już na początku marca przysyłało jej biuro maklerskie mBanku. Zadzwoniła więc na mLinię, gdzie dowiedziała się, że pod koniec lutego biuro wysłało do niej przesyłkę listem poleconym. Do nas oczywiście nic nie trafiło. Nie dostaliśmy awizo, nie przyszedł doręczyciel. Biuro maklerskie posiada numer nadawczy przesyłki, ale informacji, czy wróciła ona do biura, czy też całkiem zaginęła, nam nie udzielono" - opowiada czytelnik. W tej sytuacji nie pozostało mu nic innego, jak złożenie wniosku o ponowne przesłanie PIT-a. Klient złożył taki wniosek, motywując to faktem, że poprzednia przesyłka najwyraźniej zaginęła. Biuro maklerskie odpowiedziało, że kwita może wysłać jeszcze raz, ale bynajmniej nie za darmo. "Uprzejmie informuję, że w celu złożenia dyspozycji ponownej wysyłki PIT 8C konieczny jest kontakt z mLinią. (...) Opłata za ponowne przesłanie dokumentu wynosi 30 zł". Biura maklerskiego nie obchodzi, że poprzednia wysyłka nie dotarła do czytelnika nie z jego winy, więc jeśli ktoś powinien płacić 30 zł, to Poczta Polska.
"Żona zamówiła "ponowne przesłanie". I teraz, uwaga, bank zgodził się wysłać PIT 8C za pośrednictwem e-maila. Nowoczesność jednak nie przeniosła się na rabat w cenie. Opłata za przesłanie PIT-a, niezależnie od tego, czy ma on być przesłany papierowo, czy elektronicznie, w formie pdf-a, wynosi 30 zł" - skarży się klient. Oj, drogo. Jakie jest uzasadnienie tej drożyzny? Trudno powiedzieć, bo w mBanku niczego uzasadniać nie muszą. Koszt wygenerowania dokumentu, koperty, znaczka pocztowego i czas potrzebny na przygotowanie przesyłki jest wyceniany tak samo, jak koszt sporządzenia pdf-a i wysłania go e-mailem na wskazany adres. Dziwne. Ale w tej dziedzinie niestety trzeba przyznać bankowi prawo do względnie dowolnego ustalania prowizji (choć można by poprosić UOKiK o sprawdzenie zasadności takich praktyk). Mojego czytelnika trapi inne pytanie: "Skoro mają sygnał od klienta, że przesyłka nie doszła, to powinni złożyć reklamację u swojego dostawcy pocztowego. Ale nie złożą, bo to się opłaca. Zarobią na nas trzy dychy" - gorzko konkluduje czytelnik. Dlaczego finansiści zawsze w takich sytuacjach stają nie po stronie klienta, tylko tam, gdzie stało ZOMO?
JAK JUŻ WYPEŁNISZ PIT-a, PRZECZYTAJ! Jak poradzić sobie z dziurą budżetową powstałą po zapłaceniu podatków, jak nie dać się wpuścić w pułapkę przy ubezpieczaniu życia i majątku, jak nie dać się okraść przez internet, co zrobić z lewą polisą inwestycyjną, jak przygotować się do wzięcia kredytu, jak "poprawić" sobie BIK, jak odróżnić dobry kredyt od kredytu-pułapki - takie porady znajdziesz w mojej najnowszej książce "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Jeśli ktoś z twoich znajomych nie wie gdzie się podziewa kasa, którą zarabia - to książka właśnie dla niego. Mówiłem o niej niedawno w "Dzień Dobry TVN" (żeby obejrzeć, kliknij w ten link)
O książce - oraz o tym, że w zarządzaniu naszymi portfelami najważniejsze są dobre nawyki - opowiadałem też kilka dni temu w "Radiowej Czwórce". Audycja do wysłuchania i do przeczytania - tutaj. Subiektywnie i potwornie było również w "Radiu Dla Ciebie", w którym red. Grzegorz Chlasta pytał mnie o różne dylematy finansowe, m.in. o możliwość anulowania kredytu frankowego, pomysły na oszczędzanie pieniędzy i o to czy lepiej wynająć mieszkanie, czy też je kupić na kredyt. Audycji wysłuchasz po kliknięciu w ten link. Z kolei 22 kwietnia, w wieczornej audycji red. Pawła Sulika w TOK FM, zastanawiałem się nad tym, czy z polskich ulic masowo zaczną znikać oddziały banków. Audycja do wysłuchania tutaj.
LUBISZ TU WPADAĆ? POPRZYJ BLOG W KONKURSIE! Blog "Subiektywnie o finansach" bierze udział w konkursie pt. "Najlepszy Ekonomiczny Blog Roku" organizowanym przez portal Money.pl. Jeśli lubisz tu wpadać i masz konto na Facebooku, zapraszam Cię do wyrażenia swojej sympatii i zagłosowania na subiektywność. Wejdź na tę stronę, znajdź "Subiektywnie o finansach" i oddaj swój głos. Będę Ci za to szczerze zobowiązany!
SUBIEKTYWNOŚĆ NA SPYTKACH U BANKOWCÓW. W instytucjach finansowych postanowili przetestować zasadę "jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie" i... jakiś czas temu wzięli mnie na spytki. Zwykle to ja pytam, a oni odpowiadają, a teraz było, niestety, odwrotnie. Oni - a konkretnie Przemysław Barbrich z miesięcznika "Bank" - pytali, a ja się pociłem, żeby tak odpowiedzieć, coby ich nie urazić ;-). Efekt? Jak na załączonym obrazku. Kliknijcie w link, żeby obejrzeć całą rozmowę.
(39) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy klient jest pod ścianą, bank zażąda kasy nawet za... wysłanie e-maila. PIT last minute”
środa, 30 kwietnia 2014 08:56
Przejdź do wpisu „Gdy klient jest pod ścianą, bank zażąda kasy nawet za... wysłanie e-maila. PIT last minute”
Dodaj komentarz do wpisu „Gdy klient jest pod ścianą, bank zażąda kasy nawet za... wysłanie e-maila. PIT last minute” i/lub któregoś z (39) komentarzy
Tak "ciężkiej" sprawy jeszcze nie widziałem. Samobójstwo, wielki kredyt i bój o milion złotych
Coraz częściej miejscem rozstrzygania sporów między firmami ubezpieczeniowymi, a ich klientami, jest sala sądowa. Ubezpieczyciele idą do sądu chyba chętnie i bez żalu. Odnoszę wrażenie, że przegrane procesy z nielicznymi, upierdliwymi jednostkami ubezpieczyciele z góry wliczają w koszty oferowania każdego z kontrowersyjnych etycznie produktów, które mają na półkach. Jeśli jakiś produkt jest potencjalnie toksyczny (np. strukturyzowana inwestycja oparta na opcjach, opakowana w 10-letnią polisę), a jakaś praktyka w sposób oczywisty krzywdzi klientów (np. odmawianie auta zastępczego w ramach likwidacji szkody z OC sprawcy), to na 20 "zrobionych na szaro" klientów do sądu pójdzie jeden-dwóch. I spory z nimi - prowadzone przez długie lata - będą dla ubezpieczyciela bardziej opłacalne, niż zmiana kontrowersyjnej praktyki (bo wtedy trzeba by "robić dobrze" wszystkim klientom, także tym "nieawanturującym się").
Ubezpieczyciele coraz częściej walczą do upadłego w sądach, gdy sprawa jest nieostra, a w grę wchodzą spore pieniądze. Nie zaszkodzi się z klientem podroczyć, bo gdyby uznać "z automatu", że ma on rację, pojawiłoby się zaraz dziesięciu kolejnych, także znajdujących się w nieostrej sytuacji na pograniczu. I im też trzeba by oddać pieniądze. Lepiej więc iść w zaparte i liczyć na to, że upierdliwa jednostka wykrwawi się finansowo w sądzie. Jeden z takich sporów dotyczy mojego czytelnika. Opisywałem ją już w blogu, a teraz tylko pokrótce przypomnę. Córka mojego czytelnika popełniła samobójstwo, przekazując spadkobiercom automatycznie w spadku ogromne zadłużenie z tytułu kredytu we frankach - mniej więcej milion złotych. Ponieważ do kredytu było dołączone ubezpieczenie na życie (z cesją praw na bank) mój czytelnik poprosił bank, by ten ściągnął należność kredytową z ubezpieczyciela (firmy Benefia z grupy Vienna Insurance Group). Bank nie miał najmniejszej ochoty iść na udry z zaprzyjaźnionym ubezpieczycielem, więc mój czytelnik musiał przeprowadzić sądową batalię, by bank chciał w ogóle przekazać mu prawa do polisy.
Kiedy po dwóch latach się to wreszcie udało, pojawił się kolejny problem - Benefia odmówiła wypłaty, powołując się na względy formalne. Jakie? Samobójstwo nastąpiło w trzecim roku obowiązywania polisy ubezpieczenia na życie. Automatyczne wyłączenie odpowiedzialności ubezpieczyciela w przypadku samobójstwa działa tylko przez dwa lata (Art. 833 Kodeksu cywilnego: „Przy ubezpieczeniu na życie samobójstwo ubezpieczonego nie zwalnia ubezpieczyciela od obowiązku świadczenia, jeżeli samobójstwo nastąpiło po upływie lat dwóch od zawarcia umowy ubezpieczenia"). Ale w Benefii powołali się na art. 815 Kodeksu cywilnego (mówi, że ubezpieczony ma obowiązek podać prawdziwe informacje we wniosku o ubezpieczenie) w związku z art. 834 Kodeksu cywilnego, który z kolei mówi, że towarzystwo może wyłączyć swoją odpowiedzialność, gdy przy zawieraniu umowy klient podał nieprawdziwe dane, a od wypadku ubezpieczeniowego nie upłynęły trzy lata.
Benefia przypomniała też przepis z Ogólnych Warunków tego ubezpieczenia, z którego wynika, że można odmówić wypłaty w sytuacji, gdy śmierć osoby ubezpieczonej nastąpiła w wyniku "chorób zdiagnozowanych i leczonych" lub "zdarzeń zaistniałych przed dniem rozpoczęcia ochrony ubezpieczeniowej". Ankieta zdrowotna, którą wypełniła córka mojego czytelnika przy przystępowaniu do ubezpieczenia, zawierała pięć pytań. Wśród nich takie: „czy stosuje Pani środki psychotropowe, uspakajające, nasenne, pobudzające i czy jest Pani od nich uzależniona?". Odpowiedź ubezpieczonej klientki brzmiała: "nie". Bo pytanie było wyjątkowo głupawe i podchwytliwe. Benefia uznała jednak, że klientka świadomie oszukała przy składaniu wniosku ubezpieczeniowego. "Czy w ciągu ostatnich 5 lat wystąpiły u Pani poważne dolegliwości lub choroby wymagające porady lekarskiej, stosowania leczenia lub wykonywania badań diagnostycznych, takie jak…" i tu lista chorób. Wśród nich: depresja. Na to pytanie klientka też odpowiedziała negatywnie.
Gdy Benefia odmówiła wypłaty, mój czytelnik złożył pozew w sądzie. A ponieważ to człowiek nie w ciemię bity, to "zabezpieczył" się opiniami kilku łabskich prawników od ubezpieczeń, w tym prof. Jerzego Hadschke, guru w tej branży, zmarłego kilka miesięcy temu. Wszystkie były dla niego korzystne, sprowadzając się do konkluzji, że w tej konkretnej sytuacji ani art. 815 K.c., połączony z art. 834 K.c., ani OWU ubezpieczyciela nie wyłączają działania art. 833 K.c., z którego wynika, że w przypadku samobójstwa klienta ubezpieczyciel może się uchylić od odpowiedzialności tylko w pierwszych dwóch latach od podpisania polisy. Kilka tygodni temu sąd uznał jednak, że to Benefia ma rację, a nie ojciec klientki. Sąd uznał, że zawartość ankiety medycznej świadczy na niekorzyść klientki. Cóż, z wyrokami sądu nie zwykłem dyskutować, ale nawet ja, ubezpieczeniowy laik, widzę, że oba cytowane wyżej pytania z ankiety medycznej dają firmie ubezpieczeniowej duże pole do interpretacji. "Poważne dolegliwości lub choroby wymagające porady lekarskiej, stosowania leczenia lub wykonywania badań" to szerokie sformułowanie i pewnie niejeden klient wpadnie jeszcze w tę pułapkę.
Mój czytelnik nie składa jeszcze broni i zamierza złożyć apelację, bo uważa, że to, co jego córka podała w ankiecie medycznej nie ma znaczenia w kontekście art. 833. K.c., który mówi o samobójstwie. "W doktrynie prawa ubezpieczeniowego podkreśla się bowiem zgodnie, iż nie mamy w takiej sytuacji do czynienia z wypadkiem ubezpieczeniowym, rozumianym jako zdarzenie losowe. Umyślność działania ubezpieczonego wyłącza bowiem aspekt losowości zdarzenia. Za wypłatą świadczenia w przypadku dokonania przez ubezpieczonego samobójstwa po upływie określonego czasu od udzielenia ochrony ubezpieczeniowej przemawiają szczególny cel umowy ubezpieczenia na życie, jej charakter społeczny i ekonomiczny" - pisze w projekcie apelacji mój czytelnik. A więc: przepis 833. K.c. to - zdaniem mojego czytelnika - prawo "na specjalną okoliczność" i nie można wyłączyć jego działania jakimiś "zwykłymi" paragrafami, dotyczącymi tego jakie informacje klient podał i czy ich podanie miało zły wpływ na ocenę ryzyka ubezpieczeniowego, a więc pośrednio na składkę oraz ewentualną odmowę objęcia ubezpieczeniem danego klienta.
Mój czytelnik ma i drugi argument: "Nawet jeśli przyjąć, że (...) naruszyła powinność deklaracji ryzyka poprzez nie podanie do wiadomości ubezpieczyciela informacji o leczeniu zaburzeń depresyjnych, to nie można uznać aby zatajone okoliczności stanowiły przyczynę wypadku ubezpieczeniowego. W niniejszej sprawie bezsporne jest, że przyczyną śmierci było samobójstwo. W ubezpieczeniu na życie wypadek ubezpieczeniowy polega na śmierci osoby ubezpieczonej. W przypadku śmierci samobójczej przyczyną wypadku ubezpieczeniowego jest działanie osoby ubezpieczonej – targnięcie się na własne życie. Nieuprawnione jest przyjęcie, że śmierć samobójcza ubezpieczonego jest konsekwencją innych okoliczności niż samobójstwo" - czytam w projekcie apelacji. A więc: w sensie dosłownym ani depresja, ani jakiekolwiek zaburzenia zdrowotne nie mogły być przyczyną śmierci samobójczej, bo była nią decyzja ubezpieczonej osoby, która chciała targnąć się na własne życie.
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie widziałem jeszcze tak "ciężkiej" sprawy ubezpieczeniowej. Z jednej strony mamy niezbyt precyzyjne i bardzo szerokie pytania w ankiecie medycznej (można je uznać w wielu przypadkach za wytrych, umożliwiający ubezpieczycielowi wyłganie się z odpowiedzialności). Z drugiej mamy kwestię przyczyn samobójstwa (czy może wynikać z choroby, czy też tylko ze świadomej decyzji samobójcy?). Z trzeciej strony jest pytanie: czy losowość takiego "wypadku ubezpieczeniowego" (wiem, brzmi okropnie...) lub jej brak powinny wpływać na możliwość wyłączenia przepisu 833 K.c.? Sąd to rozsądzi (nie zazdroszczę sędziemu, który "dostanie" tę sprawę w apelacji), ale bardzo jestem ciekaw co Wy na ten temat sądzicie. Czy firma ubezpieczeniowa słusznie chce się wyłgać z wypłaty miliona złotych? A może zachowuje się nie fair, nieetycznie? Jedno jest pewne: mój czytelnik musi być naprawdę zamożnym człowiekiem, żeby pozwolić sobie na spór prawny z Benefią. Wpis sądowy przy milionowej wartości przedmiotu sporu wynosi 50.000 zł. A po przegranej w pierwszej instancji czytelnik będzie musiał też pokryć koszty reprezentacji sądowej strony przeciwnej oraz koszty biegłych sądowych (będzie tego 20.000 zł).
Wiem, że wpis sądowy to pewnego rodzaju "bezpiecznik", który zabezpiecza cały system wymiaru sprawiedliwości przed składaniem przez pieniaczy pozwów z byle powodu, tylko dla zasady. Wiem też, że jak się przegra proces, to trzeba pokryć koszty prawników, których wynajął ten, kto musiał się przed naszymi zarzutami bronić. Ale z drugiej strony: asymetria między skutkami finansowymi prowadzenia sporu w sądzie dla koncernu ubezpieczeniowego i dla zwykłego konsumenta jest dojmująca. Benefia może sobie pozwolić na dowolnie długi spór sądowy z klientem i na dowolnie drogich prawników. Klient - nawet jeśli nie ma racji, a tu sprawa jest przecież nieostra - musi sięgnąć do własnej kieszeni, a nie do firmowego budżetu. Firmy ubezpieczeniowe o tej dysproporcji wiedzą i dlatego z każdym dużym odszkodowaniem chętnie pójdą do sądu, nawet jeśli mają przegraną pewną, jak w banku. Bo przecież nie każdy klient ma leżakujące kilkadziesiąt tysięcy w bieliźniarce, albo na koncie bankowym, by móc sobie pozwolić na spór sądowy w dwóch instancjach, a kto wie, czy jeszcze nie dojdzie kasacja i ponowne rozpatrzenie. Nie wiem, jak Wy, ale ja mam z tym problem.
WIĘCEJ POTWORNYCH OPOWIEŚCI O PIENIĄDZACH... znajdziesz w mojej najnowszej książce. Opisuję w niej najbardziej drastyczne przypadki dotyczące domowych finansów moich czytelników. I radzę: jak można przynajmniej próbować z nich wyjść oraz jak się zabezpieczyć, zanim jeszcze zanim nadejdzie katastrofa. Kredyty we frankach, "nibyubezpieczenia", wielkie prowizje za przelewy zagraniczne, kradzieże pieniędzy z kont internetowych, pożyczki, które są pułapkami dla klientów, lokaty, które okazują się nie być wcale lokatami i inne historie. Kup, przeczytaj, ucz się na cudzych błędach, a nie na swoich. "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową" jest już w dobrych księgarniach, jako wydanie papierowe oraz e-book.
(16) Pokaż komentarze do wpisu „Tak "ciężkiej" sprawy jeszcze nie widziałem. Samobójstwo, wielki kredyt i bój o milion złotych”
wtorek, 29 kwietnia 2014 14:32
Przejdź do wpisu „Tak "ciężkiej" sprawy jeszcze nie widziałem. Samobójstwo, wielki kredyt i bój o milion złotych”
Dodaj komentarz do wpisu „Tak "ciężkiej" sprawy jeszcze nie widziałem. Samobójstwo, wielki kredyt i bój o milion złotych” i/lub któregoś z (16) komentarzy
W banku lepiej, niż w konfesjonale? Owszem, dopóki nie trzeba zrobić przelewu ;-)
Bankowcy postanowili poprawić sobie humor, więc zamówili w TNS Polska coroczne badania zaufania Polaków do swojej branży. Wyszło im, że do banku Polak idzie z większą ufnością, niż do spowiedzi oraz do urzędu podatkowego. Zaufanie do swojego banku deklaruje 60% ankietowanych, podczas gdy Kościołowi i mediom ufa tylko 51%, wymiarowi sprawiedliwości nędzne 39%, a ZUS - owi raptem 30%. Minister Izabela Leszczyna powinna coś z tym zrobić. Przykładne rozstrzelanie 70% Polaków byłoby może nieco zbyt radykalną sankcją, ale mogłoby rozwiązać problem emerytalny. Na szczęście minister Leszczyna odniosła przynajmniej moralne zwycięstwo, bo funduszom OFE ufa tylko 26% ludzi, czyli nieco mniej, niż ZUS-owi. Opłacało się wydać kasę na kampanię (dez)informacyjną o systemie emerytalnym ;-). Giełdzie Papierów Wartościowych też by się przydała jakaś kuracja, albo samorozwiązanie, bo ufa jej 29% ludzi, gdyż pozostali uważają zapewne, że kursy akcji są sfingowane, a cały ten rynek kapitałowy to jeden wielki przekręt. SKOK-om wciąż ufa 23% ludzi, choć właśnie zaczynają się aresztowania członków zarządów co niektórych SKOK-ów, a w dodatku złośliwie wybiera się te SKOK-i, które mają najlepsze wyniki finansowe ;-). Parabankom wierzy tylko 9%, co oczywiście nie przeszkadza nam zadłużać się w tychże na potęgę. Bo w końcu to oni nam pożyczają pieniądze, więc to nie my musimy im ufać, tylko na odwrót ;-).
Jeśli mogę wyrazić jakieś wątpliwości względem opinii Narodu, to tak sobie myślę, że skoro swojemu bankowi ufa 60% ludzi, to jak to jest, że swojemu doradcy w banku ufa już tylko 35% z nas, hę? Jest jeszcze gorzej: izbie rozliczeniowej KIR, która rozlicza 99% przelewów w kraju, wierzy tylko 25% osób. Prawdopodobnie pozostali nie wiedzą w ogóle co to jest KIR i ktoś powinien za to beknąć (PR-owcy? ;-)). Pozostałym 75% Polaków dziś do poduszki zalecam "Pieniądze Ekstra" (czwartkowe strony konsumenckie "Wyborczej"): o tym jak to jest, że są na świecie przelewy ;-).
Dopóki jednak nie przeczytaliście "Pieniędzy Ekstra", sytuacja jest trudna, bo mamy co prawda duże zaufanie do banku, ale generalnie trzy czwarte z nas uważa, że nie wiadomo czy jak zlecimy przelew, to w ogóle on dojdzie do celu ;-). A dwie trzecie uważa, że bank jest godzien zaufania, natomiast ten gość, któremu przyszło nas obsługiwać, jest ze wszech miar podejrzany i trzeba patrzeć mu na ręce, bo może nas okraść. Bo przecież to on, pracownik liniowy, a nie jego szefowie, wymyślił te wszystkie polisy inwestycyjne, produkty strukturyzowane, kredyty we frankach ;-)). Pół żartem mógłbym napisać, iż zdaniem Polaków bank jest najbardziej godną zaufania instytucją, dopóki nie trzeba w nim zrobić żadnego przelewu, ani nic załatwiać ;-). Zabawne, prawda?
Dlaczego decydujemy się na korzystanie z usług tego, a nie innego banku? Tu też jest ciekawie. Zamożni Polacy odpowiadają, że dlatego, iż temu bankowi ufają, a poza tym ma blisko oddział (ten, w którym pracują podejrzani ludzie ;-)) oraz dogodne warunki usług. Mniej zamożni klienci stawiają - poza zaufaniem do danej marki bankowej i lokalizacją oddziału - również na niskie prowizje oraz miłą obsługę. I te dwie ostatnie preferencje różnią ich od klientów zamożnych. Wbijcie to sobie do głowy, drodzy bankowcy: jak już będziecie kantować z przyzwyczajenia, to oczekiwanie społeczne jest takie, żebyście robili to z uśmiechem na ustach ;-).
Ale przekrętów robić nie wolno: Polacy uważają bowiem (a przynajmniej 60% z nich), że nie wszystkie banki są w równym stopniu godne zaufania. Mniej godne są te, które chcą zarobić na niewiedzy klienta, a także... te, które chcą zarobić na kliencie coraz więcej (32-33% wskazań). Biorąc pod uwagę, że bardzo powoli, ale jednak kończy się era darmowych ROR-ów i kart oraz dopłacania klientowi do wszystkiego tylko dlatego, że ma puls, zaufanie Polaków do banków jest poważnie zagrożone. I minister Leszczyna... tfu, prezes Związku Banków Polskich (zaufanie 32%) powinien coś z tym zrobić ;-). Aha, Polacy są skłonni obdarzać mniejszym zaufaniem banki nowe, nie mające siedemsetletniej tradycji (ktoś miał nosa wsadzając na stołek prezesa największego polskiego banku człowieka o nazwisku Jagiełło ;-)) oraz te, które oferują nadmiernie skomplikowane produkty (co nie przeszkadza nam lokować oszczędności w produkty strukturyzowane z gwarancją kapitału, z których zysk oparty jest na zmianach 116 indeksów zmieniających się w każdy trzeci wtorek miesiąca).
Jakie są największe słabe strony banków? Wysokie prowizje (19%, rok wcześniej było 23%), bo na nie zawsze warto ponarzekać, nawet jeśli aż sześć banków ma w ofercie konta całkiem za darmo i to bezwarunkowo. Po drugie nie podoba się nam, że kredyty są drogie (16% wskazań, rok temu było 23%). Kiepsko, bo stopy procentowe NBP (od nich pośrednio lub bezpośrednio zależy koszt kredytu) niższe już raczej nie będą. Jeśli dziś ceny kredytów nam nie pasują, to czas przeprowadzić się do Szwecji (tam przez jakiś czas stopy były ujemne i to był raj). Gdy Polacy się dowiedzą, iż stopy procentowe w kraju firmuje ten sam facet, który odpowiada za podatek od oszczędności, to nie będzie (mu) wesoło ;-). Część banków, w geście solidarności z klientami przestała honorować banknoty z jego podpisem, a co! ;-). Aktualizacja: Euronet już honoruje prezesa ;-). Dobra strona jest taka, że 25% Polaków nie było w stanie wymienić żadnej, ale to żadnej słabej strony swojego banku. Ciekawe który bank ma fuksa i obsługuje te 25% ;-).
Na koniec przydałoby się coś optymistycznego. Wyciąłem więc lepszą połówkę z jednego ze slajdów ;-). Ponad połowa Polaków - 54% - uważa, że dobrze wybrała bank, jest zadowolona, a bank jest taki, jak "się oczekiwało". I nie można tłumaczyć tego wyłącznie znaną w psychologii niechęcią człowieka do tego, by przyznać przed sobą do błędu ;-). Co trzeci klient (33%) uważa, że bank nie jest najgorszy, ale "spodziewano się" po nim więcej. Zaś 11% rzeczywiście ma bankowi za złe. I to jest właśnie zdrowa tkanka Narodu, nie ukrywająca przed sobą strasznej prawdy? ;-)
SUBIEKTYWNOŚĆ JEST TAM, GDZIE WY. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje ponad 450.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 22.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już ponad 2200 osób). Kto lubi platformę Google+, także się nie zawiedzie. Są i tacy, którzy nie przepadają za krótkimi formami i chcieliby przeczytać coś większego, a przy tym użytecznego. Dla Was napisałem książkę "Jak pomnażać oszczędności". Można ją kupić w formie e-booka. Ostatnio w księgarniach pojawiła się moja kolejna książka: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, oszczędzać i wydawać z głową". A kto od czytania woli słuchać i oglądać, niech zerknie na mój kanał w YouTube - jest w nim sporo wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. Subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"﻿
(8) Pokaż komentarze do wpisu „W banku lepiej, niż w konfesjonale? Owszem, dopóki nie trzeba zrobić przelewu ;-)”
wtorek, 29 kwietnia 2014 08:51
Przejdź do wpisu „W banku lepiej, niż w konfesjonale? Owszem, dopóki nie trzeba zrobić przelewu ;-)”
Dodaj komentarz do wpisu „W banku lepiej, niż w konfesjonale? Owszem, dopóki nie trzeba zrobić przelewu ;-)” i/lub któregoś z (8) komentarzy
Do klientów maklerów idzie nowe? Akcje kupisz dziś trzema dotknięciami ekranu tabletu
Namawiam Was często do zaznajomienia się z rynkiem papierów wartościowych. Kto ma już lokatę w banku, kupił obligacje, ma już zabezpieczenie na "czarną godzinę", powinien zrobić kolejny krok. Być może nie tylko na zasadzie lizania cukierka przez papierek - a więc poprzez kupowanie udziałów w funduszach inwestycyjnych - ale też bardziej bezpośrednio, poprzez zakup akcji jakiejś spółki lub dwóch. Kryterium ich wyboru? Z jednej strony stabilność, wiarygodność i wypłacanie co roku przewidywalnej dywidendy, a z drugiej - subiektywnie pojęta "fajność". Jeśli jesteś fanem jakiejś marki, jej produktów, a jednocześnie widzisz, że marka ta coraz lepiej się rozwija - nie ma przeszkód, byś ulokował niewielką część swoich oszczędności w daną firmę. Kto 14 lat temu włożył 1000 zł w LPP, wprowadzają na parkiet sieć sklepów Reserved, dziś mógłby sobie za to kupić porządnego mercedesa, bo jego tysiączek byłby wart 160.000 zł. Akcje LPP podrożały bowiem z niecałych 50 zł do 8000 zł za sztukę.
Zaprzyjaźnianie się z rynkiem kapitałowym z reguły jest bolesne. Te wszystkie fiksingi, zlecenia PKC, albo PCR, wypełnianie zleceń w systemie maklerskim, który chodzi jak traktor i ciągle się zawiesza... Brrr... Na szczęście do biur maklerskich dochodzi znany z banków trend do upraszczania systemów transakcyjnych i czynienia giełdy bardziej przyjazną. Niedawno poproszono mnie, żebym przetestował nową "zabawkę", którą przygotowało dla inwestorów biuro maklerskie mBanku (zwane zgrabnie mDM - swoją drogą to ciekawe, czy wykupili licencję na tę nazwę od Manna i Materny ;-)). Chodzi o nowy serwis obsługi klienta dla iPadów. Maklerzy pozazdrościli spółce-matce, czyli mBankowi, który w zeszłym roku zaprezentował nową odsłonę swojego systemu transakcyjnego, nowy program lojalnościowy mOkazje, zaś w tym roku - kompletnie odnowiony Supermarket Funduszy Inwestycyjnych. W weekend obejrzałem nową aplikację i oto pierwsze moje wrażenia.
Całość jest oparta na dość surowej, klasycznej stylistyce. Nic nie skacze, zero mBankowej tęczy - jest za to czarne tło i ekran podzielony na okienka wypełnione białymi cyferkami. Można umrzeć z nudów, ale gracze giełdowi, jak wiadomo, lubią się nudzić ;-). Najfajniejsze jest tutaj to, że właściwie jednym kliknięciem możemy ogarnąć sytuację na całej giełdzie, w interesujących nas spółkach oraz w swoim portfelu inwestycyjnym. A dwoma, trzema dotknięciami tabletu - kupić lub sprzedać akcje. Najważniejsze w aplikacji są dwa ekrany: główny i ten dotyczący naszego portfela. Przełączamy się między nimi dotykając jednej z dwóch ikonek umieszczonych na dole. Na głównym ekranie jest wykaz spółek, które wcześniej sobie zdefiniowaliśmy jako interesujące, ich najważniejsze dane, czyli kursy, obroty i złożone przez inwestorów oferty. Obok można rysować i powiększać najróżniejsze wykresy. A w dolnej części ekranu - lista złożonych zleceń, które czekają na realizację i dwa okienka pozwalające złożyć w bardzo łatwy sposób kolejne zlecenia (czerwone i zielone, o nich za chwilę).
Drugi podstawowy ekran, dotyczący portfela inwestycji właściciela rachunku, jest podzielony na cztery równe części. Widzisz więc stan gotówki i blokady pod przyszłe transakcje, wykaz spółek, które kupiłeś oraz strukturę i wartość portfela, pokazane na zgrabnym wykresie kołowym (to jeden z nielicznych kolorowych elementów serwisu). Jednym dotknięciem nazwy spółki możesz rozwinąć dodatkowe menu i dowiedzieć się jaka jest średnia cena zakupu każdego z twoich papierów i czy na nim zarobiłeś, czy też wręcz przeciwnie (zyski i straty są pokazane zarówno procentowo, jak i kwotowo).
Jest więc czarno i ponuro, ale przejrzyście. Najfajniejszą funkcją jest możliwość błyskawicznego składania zleceń. Na głównym ekranie - tym, który sam "odpala się" po zalogowaniu - są dwa okienka z wyświetlającą się ceną (czerwoną i zieloną). Ta cena, to najlepsze obecnie oferty inwestorów dla akcji wybranej spółki, znajdujące się po obu stronach rynku (kupno i sprzedaż). Jeśli więc z listy spółek, które mnie interesują wybiorę dotknięciem tabletu jedną, to w okienkach pokażą się ceny kupna i sprzedaży jej akcji, proponowane obecnie przez inwestorów. Nad okienkami są ikonki "Best" i "PKC", które umożliwiają złożenie błyskawicznego zlecenia kupna lub sprzedaży tej spółki. Ciekawe jest zwłaszcza zlecenie "Best", które umożliwia złożenie najlepszego aktualnie zlecenia na rynku. Jeśli w czerwonym oknie widzę np., że najbliższa cenie rynkowej oferta sprzedaży akcji BZ WBK wynosi 385 zł, to wybierając zlecenie "Best" automatycznie zaproponuję cenę minimalnie bliższą równowagi, która "ustawi" mnie na pierwszym miejscu w giełdowym arkuszu zleceń. Formatka zlecenia wypełni się automatycznie, a ja tylko wpiszę ile papierów chcę sprzedać i zatwierdzę operację. Już sam fakt, że wszystko dzieje się na tablecie i na ekranie dotykowym, ułatwia życie.
Dość łatwo można też modyfikować już złożone zlecenia. Klikasz ikonkę umieszczoną obok listy twoich nowych zleceń na głównym ekranie, mącisz do woli, a potem zatwierdzasz. Szybko, łatwo, bezboleśnie. Równie proste jest wzięcie udziału w ofertach publicznych i skorzystanie z prawa poboru akcji nowej emisji. Testowo złożyłem zlecenie na akcje BNP Paribas w trwającej obecnie ofercie IPO i wystarczyły mi do tego cztery dotknięcia ekranu tabletu i kilkanaście sekund. Przyjemną funkcją jest możliwość "personalizowania" nie tylko jednego ekranu głównego, ale nawet trzech. Służą do tego "koszyki" między którymi możemy się przełączać. W jednym koszyku możemy mieć np. najbardziej interesujące nas spółki, w drugim indeksy, a w trzecim spółki z konkretnej branży.
Generalnie iPadowa aplikacja mDM do kupowania i sprzedawania akcji oraz zarządzania portfelem to "zabawka", którą warto przynajmniej wziąć do ręki. i potestować. Uczenie się giełdy z tabletem w ręku nie boli, a nawet może być przyjemne. A możliwość błyskawicznego składania i modyfikowania zleceń, to cecha, którą powinni docenić nawet "zawodowcy". Złożenie zlecenia jest tu czynnością zajmującą rzeczywiście tylko kilka sekund i wymagającą ledwie kilku dotknięć ekranu tabletu, którą można wykonać gdziekolwiek. Tak chyba będzie wyglądała przyszłość maklerskich systemów transakcyjnych, oferowanych klientom. Jeśli czegoś mi zabrakło, to możliwości podglądania z poziomu aplikacji ostatnich wycen i rekomendacji analityków, które dotyczą interesujących mnie spółek oraz "nasłuchu" wiadomości z rynku. Od strony ergonomii składania zleceń oraz łatwości zarządzania informacjami o inwestycjach klienta mDM-owa aplikacja spisuje się nieźle. Nie rozumiem tylko dlaczego, do ciężkiej cholery, muszę mieć iPada, żeby mi było w życiu "inwestycyjnym" łatwiej? No i mam nadzieję, że prowizje od zleceń złożonych za pośrednictwem iPada nie są wyższe, niż w pozostałych kanałach, zgodnie z polityką Apple'a, że za "markę premium" trzeba płacić jak za zboże, bo właśnie dlatego jest "premium" ;-).
(5) Pokaż komentarze do wpisu „Do klientów maklerów idzie nowe? Akcje kupisz dziś trzema dotknięciami ekranu tabletu”
poniedziałek, 28 kwietnia 2014 16:08
Przejdź do wpisu „Do klientów maklerów idzie nowe? Akcje kupisz dziś trzema dotknięciami ekranu tabletu”
Dodaj komentarz do wpisu „Do klientów maklerów idzie nowe? Akcje kupisz dziś trzema dotknięciami ekranu tabletu” i/lub któregoś z (5) komentarzy
Rysiek i 400 gniewnych na wojnie z Open Finance, czyli kontrofensywa kooperatywy
Pośrednicy finansowi opinię mają w Polsce nie najlepszą. Zwą się przeważnie "doradcami finansowymi" udając, że są niezależni i że w życiu chodzi im tylko o interes klienta. Prawda bywa inna - okazują się często zwykłymi naganiaczami konkretnej instytucji finansowej. Najwięcej złej roboty zrobiła w dziele naciągactwa największa sieć "doradców" finansowych - Open Finance. Jej największe grzechy wielokrotnie były opisywane na tych stronach, więc tylko przypomnę pokrótce, iż to oni odpowiadają za dużą część missellingu produktów inwestycyjno-ubezpieczeniowych (Libra, Lucro, Światowe Bogactwa i kilkanaście innych), za masowe dorzucanie do kredytu hipotecznego drogich unit-linków oraz za to, że niektórym klientom podsuwano w przeszłości nie najtańszy, lecz najdroższy kredyt hipoteczny, za to oferowany przez zaprzyjaźnioną instytucję. Teraz podobno Open Finance się zmienił i już nie czyni tyle zła w naszych portfelach - rzeczywiście, skarg na jego doradców, dotyczących "świeżej" sprzedaży przychodzi do mnie jakby mniej, choć wciąż się zdarzają - ale zarówno Open Finance, jak i inni sieciowi sprzedawcy, np. Expander, wciąż "jadą" w reklamach internetowych na marketingowych sztuczkach, typu "ulokuj pieniądze na 10% bez ryzyka" (reklama lokaty na trzy miesiące dostępnej po zakupie produktu strukturyzowanego).
Powiem szczerze: większość moich znajomych, widząc na horyzoncie "doradcę finansowego" ucieka na najbliższe drzewo, żeby ten nic im nie wcisnął. To oczywiście krzywdzące dla rzetelnych i uczciwych doradców (a ci też się zdarzają i to nawet w Open Finance), ale oni w pojedynkę nic nie poradzą na to, że w powszechnym odbiorze "doradca finansowy" to rodzaj akwizytora-naciągacza. Za poprawę wizerunku pośredników wzięła się za to pewna... spółdzielnia finansowa. Największą w Polsce spółdzielnią finansową są SKOK-i, ale wyjątkowo tym razem to nie o nie chodzi. Na początku kwietnia dostałem taką oto intrygującą wiadomość e-mail: "Zmiany w świecie finansów - Ryszard wygłosił manifest!".I dalej: "Obywatelu Blogerze! Przerywamy cokolwiek w tej chwili robisz, aby nadać ważny komunikat: w świecie finansów zajdą wielkie zmiany! Każdy z nas prędzej czy później weźmie kredyt - na własne M-3, na niereglamentowanego Fiata, na wakacje w Bułgarii. Łatwo dostępne i szybkie pożyczki mają wiele plusów. Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów. Obywatel ma prawo wiedzieć i podejmować racjonalne decyzje! Misją naszego kolektywu jest edukacja ludu pracującego, dlatego uruchomiliśmy stronę www.kredytyzaufania.pl. Każdy kilogram obywatela z wiedzą na temat finansów szczególnym dobrem narodu! Cały naród buduje Kredyty Zaufania! Wspólnie zmienimy skarlałe standardy obsługi klienta w sektorze finansowym". To o co się w końcu rozchodzi? ;-) O to:
I dalej link do manifestu niejakiego Ryśka Prawego, który opowiada o wyrabianiu 1000% normy. Przez dwa tygodnie Rysiek nie ujawniał kto za nim stoi, wrzucał tylko do sieci kolejne materiały wideo. Wszystkie utrzymane w stylistyce socjalistycznego kultu pracy. W zeszłym tygodniu wreszcie okazało się kim jest Rysiek i kogo namawia do wypracowywania 1000% normy. "Kredyty Zaufania" to akcja mało znanego, ale wcale nie takiego najmniejszego, pośrednika finansowego, "firmy" ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych. Działa ona od 2010 r. i to właśnie na zasadzie spółdzielni, czyli każdy pracownik jest jednocześnie jej udziałowcem i ma wpływ na jej działalność. Niezależnie od liczby wykupionych udziałów wszyscy członkowie ANG mają po jednym głosie na zebraniach udziałowców. Spółdzielnia zachęca do wypracowywania 1000% normy tym, że kiedyś udziały zostaną zamienione na akcje w takiej proporcji, w jakiej poszczególni doradcy-udziałowcy przyczynili się do wzrostu firmy i jej przychodów. Rozmawiałem jakiś czas temu z współtwórcą tego interesu, Arturem Nowakiem-Gocławskim, który klarował mi, że stworzenie spółdzielcom dobrych warunków pracy wymaga, by w ofercie produktów nie było nic nieetycznego, czego sprzedawania ludzie mogliby się wstydzić.
W jednym ANG nie różni się od innych pośredników - doradcy skupieni wokół spółdzielni nie pobierają prowizji od klientów - interes utrzymuje się z prowizji od dostawców produktów. Ten model, ukuty przed laty przez Open Finance i Expandera, jest w Polsce wciąż nie do przeskoczenia. Spółdzielnia nie jest duża w porównaniu np. ze SKOK-ami, ale miała w zeszłym roku 16 mln zł przychodów z prowizji od sprzedaży i 612.400 zł czystego zysku (choć w spółdzielniach zysk przecież nie jest najważniejszy), a także ponad milion złotych kapitału ze składek członkowskich. Działa w niej ponad 400 doradców (zapewne wynagradzanych tak samo, jak inni, czyli prowizją od przyniesionych pieniędzy). ANG, by uniknąć skojarzeń z Open Finance, nazywa się spółdzielnią doradców kredytowych i nawet nie ma w ofercie produktów inwestycyjnych, na których dziś zarabia się najlepiej, bo mają najwięcej pułapek. Z ANG współpracują 23 banki, w tym wszystkie największe na rynku. Nie sprawdzałem jeszcze czym się różni "sprzedawca-spółdzielca" od zwykłego "doradcy finansowego", ale w ANG mogą być pewni, że któregoś pięknego dnia pojawię się u nich ze sztucznymi wąsami i zapuszczoną prawdziwą brodą, żeby sprawdzić czy próba odróżnienia się od tego całego rynkowego badziewia implikuje rzeczywiście nową jakość. "Działamy niezależnie. Przy wyborze oferty kierujemy się wyłącznie dobrem klienta" - głosi slogan. Drżyjcie, spółdzielcy, nadchodzę, by to sprawdzić.
Z tymi dziwnymi kredytowymi spółdzielcami miałem już do czynienia, prowadząc dyskusję podczas konferencji poświęconej etyce i zrównoważonemu rozwojowi - Nienieodpowiedzialni.pl. Wspólnie z szefami firm windykacyjnych, pośredników finansowych oraz banków (na zdjęciu poniżej niektórzy uczestnicy dyskusji, patrząc od lewej, Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska, Krystian Kulczycki, wiceprezes Eurobanku, Wiesław Thor, członek rady nadzorczej BRE Banku oraz autor blogu) zastanawialiśmy się czy możliwe jest zarabianie pieniędzy w sposób odpowiedzialny oraz czy to się może komuś opłacić. A moi goście odpowiadali też na pytania czy plany sprzedażowe w bankach to zło, czy należałoby zabrać pracownikom placówek plakietki "doradca klienta" oraz czy lokata z funduszem to etyczny produkt. Jednym z organizatorów konferencji była ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych.
Skoro wiemy już kto stoi za "Kredytami Zaufania" to jeszcze słów kilka o stronie internetowej, która to wszystko firmuje. Jak wspomniałem, jest utrzymana w tonacji socjalistycznego współzawodnictwa pracy. "Wyrabiamy 1000% normy, dostarczyliśmy już 70350 ofert naszym klientom. Zdobyliśmy już dla naszych klientów 1,76 mld nowych polskich złotych na realizację ich marzeń". Najważniejszym elementem strony jest wyszukiwarka doradców kredytowych. Przy każdym są dane doradcy i zdjęcie, każdy z nich pisze coś o sobie, a poniżej mieszczą się rekomendacje klientów. Niektóre nawet z imionami i nazwiskami klientów polecających danego doradcę. Pokazywanie konkretnych ludzi - i to wszystkich, a nie tylko wybranych - to na pewno mocna strona "Kredytów zaufania". W kilku miejscach na stronie można się uśmiechnąć: "Kawa, cukierki i co jeszcze?. Co prawda nie bijemy się o złotą patelnię, jednak kawa i cukierki to w naszych oddziałach zestaw obowiązkowy. Oprócz tego otrzymasz kompleksowe wsparcie kredytowe".
Sekcja poradnikowa jest zatytułowana hasłem: "Obywatelu, edukuj się! Obowiązkowy poradnik kredytowy". Jest baner: "Stań w kolejce po newsletter" oraz hasło "Obywatelu, wiedza twoim największym skarbem!". Adres kontaktowy mieści się zaś w zakładce "Siedziba kooperatywy". Cóż, nie zawadzi tych chłopaków i dziewczęta sprawdzić. Wygląda to na pierwszy rzut oka nieźle, ale na koniec wszystko rozbija się o jakość konkretnego doradcy. I o to, czy ANG z jednej strony jej pilnuje, a z drugiej - czy nie przesadza z mechanizmami finansowymi, które mogłyby stymulować doradców do tego, by wciskać klientom wciąż więcej i więcej.
(15) Pokaż komentarze do wpisu „Rysiek i 400 gniewnych na wojnie z Open Finance, czyli kontrofensywa kooperatywy ”
poniedziałek, 28 kwietnia 2014 00:11
Przejdź do wpisu „Rysiek i 400 gniewnych na wojnie z Open Finance, czyli kontrofensywa kooperatywy ”
Dodaj komentarz do wpisu „Rysiek i 400 gniewnych na wojnie z Open Finance, czyli kontrofensywa kooperatywy ” i/lub któregoś z (15) komentarzy
Przez życie na respiratorze: 27% młodych Polaków dostaje od rodziców kasę "na życie"
Jakiś czas temu Krajowy Rejestr Długów opublikował pierwszą część raportu o sytuacji finansowej młodzieży w Polsce. Przy czym jako młodzież określa się tu osoby do 30-35. roku życia. Jest tam sporo ciekawych cyferek, z których wyłania się obraz młodzieży w dość dużym stopniu "sponsorowanej" przez rodziców i to nie tylko - co zrozumiałe - w czasie nauki, ale i wtedy, kiedy już pracują. Z badania wynika, że jeszcze przed osiągnięciem 25. roku życia pracuje 60% młodych ludzi, a do trzydziestki zajęcie ma 80% młodych Polaków. Po trzydziestce - 88%. Ale stosunkowo rzadko jest to w miarę stabilna robota z porządnym socjałem. Tylko mniej, niż połowa 35-latków ma etat na czas nieokreślony. Zauważcie, że z wykresu wynika, iż jak ktoś wykazuje skłonności do bycia przedsiębiorczym, to wykazuje je już od lat szkolnych. A jak ich nie wykaże za młodości, to już potem też nie będzie miał ochoty zostać prezesem czegoś własnego ;-).
Ciekawe jest też porównanie dochodów młodych osób w zależności od ich sytuacji rodzinnej. Im ciemniej na wykresie, tym mniej pieniędzy mają do dyspozycji. Dochody singli przeciętnie nie są znacząco wyższe od zarobków osób mieszkających z rodzicami, zaś rodziny mają do dyspozycji znacząco więcej pieniędzy, niż single (przeciętnie o 500 zł miesięcznie). Najlepiej mają partnerzy nie posiadający dzieci. Stosunkowo najwięcej wśród bezdzietnych parek jest osób dość zamożnych - mimo młodego wieku (16%).
Następny slajd jest o tym jak młodzież korzysta z pomocy rodziców. A korzysta - trzeba przyznać - dość obficie. Aż 14% osób po trzydziestce zagląda rodzicom do portfeli, coś z nich w dodatku wyciągając. I co czwarty 26-30-latek. Na drugim wykresie poniżej macie o tym na co idą pieniądze, które rodzice wydają na wspieranie swoich dzieci.
Na wykresie poniżej najciekawsze są te najciemniejsze słupki Najczęściej staruszkowie opłacają swoim "maleństwom" czynsz i rachunki za gaz i prąd oraz dają pieniądze na zapełnienie lodówki. Całe szczęście, że po trzydziestce zaczynamy sobie sami płacić przynajmniej rachunek za telefon ;-)
A teraz proponuję zająć się tym, na co młodzież wydaje pieniądze - zarówno te zarobione samodzielnie, jak i sprezentowane przez rodziców. Średnie wydatki na mieszkanie i rachunki to 560 zł, na jedzenie idzie kolejne 618 zł, zaś na inne wydatki - 549 zł. Niestety nie wiemy ile wśród tych "innych" jest wydatków na przyjemności (kino, kluby, knajpy), a ile na ubrania, buty, wyposażenie mieszkania, środki czystości. Ponad 350 zł kosztują raty pożyczek, a 300 zł wydatki na komunikację, czyli jeżdżenie autem, bilet miesięczny, dojazdy pociągami itp.
Na kolejnym wykresie (ciekawsza jest ta dolna część) widzimy jak działa "efekt synergii wydatkowej". Single wydają na jedzenie średnio ponad 500 zł, zaś pary i rodziny (cały czas mówimy o młodzieży, czyli osobach między 18. a 35. rokiem życia) - ponad 700 zł.
No i jeszcze dwa słowa o młodych wstręciuszkach, którym zdarza się nie zapłacić jakiegoś rachunku. Jest tych wstręciuszków niemało. Na grafice znajdziecie dość precyzyjne wskazania w stosunku do jakich usługodawców wstręciuszki powinny mieć najwięcej wyrzutów sumienia. Na uszko powiem Wam, że 23% młodych ludzi miało przynajmniej raz w życiu problem z terminowym zapłaceniem rachunku za telefon lub internet.
Ci z młodych ludzi, nie posiadający respiratora w postaci portfela rodziców, do którego można byłoby się podłączyć, stosują dość często respirator zastępczy, czyli finansowanie z banku albo z firmy pożyczkowej. Z badań KRD wynika, że mniej więcej co drugi młody Polak (przypomnijmy - do 35. roku życia) ma na koncie jakieś długi. Pół biedy jeśli jest do dług hipoteczny, ale często, niestety, mówimy o finansowaniu kredytem konsumpcji (największa pozycja: spłata wcześniejszych długów albo pożyczki na bieżące potrzeby.
Powody, dla których młodzież pożycza pieniądze, są najróżniejsze, ale 25% osób twierdzi, że pożyczki bywają bardziej opłacalne, niż kupowanie za gotówkę. Znam tylko jedną tego typu okoliczność: kredyt ratalny zero procent. Ale, niestety, 20% młodych Polaków pożycza, bo brakuje im na podstawowe wydatki i to już wcale nie jest zabawne.
(13) Pokaż komentarze do wpisu „Przez życie na respiratorze: 27% młodych Polaków dostaje od rodziców kasę "na życie"”
sobota, 26 kwietnia 2014 10:47
Przejdź do wpisu „Przez życie na respiratorze: 27% młodych Polaków dostaje od rodziców kasę "na życie"”
Dodaj komentarz do wpisu „Przez życie na respiratorze: 27% młodych Polaków dostaje od rodziców kasę "na życie"” i/lub któregoś z (13) komentarzy
Setki wpłatomatów w Polsce mogą nie rozpoznawać Waszych nowych banknotów, 100-złotówek, wprowadzonych do obiegu przez NBP na początku kwietnia. Tak przynajmniej wynika z rozpoznania, które wykonałem oraz z Waszych sygnałów. Problem opisałem w środowym wpisie na przykładzie klienta mBanku, który zgłosił się do wpłatomatu z intencją wpłacenia 500 zł. Pech chciał, że banknoty to były "nówki-sztuki", prosto z drukarni papierów wartościowych. I wpłatomat najzwyczajniej w świecie ich nie rozpoznał. Pracownicy oddziału potwierdzili, ze "ten typ tak ma" i powiedzieli, że mogą ewentualnie przyjąć wpłatę gotówkową w oddziale, pobierając 9 zł prowizji. Bo to nie ich wina, że klient szwenda się po mieście z "podejrzanie nowymi" banknotami. Po tekście rozpętała się burza Waszych komentarzy, a ekipa mBanku natychmiast poinformowała, że "obecnie występują przejściowe utrudnienia z przyjmowaniem nowych banknotów przez część wpłatomatów firmy NCR. Wpłacanie możliwe jest w pozostałych wpłatomatach marek Wincor Nixdorf, CashLine oraz Euronet". Bank dodał, że na jego stronie w internecie jest lista wszystkich bankomatów, więc klienci mogą sprawdzić, czy dana maszyna przyjmuje nowe banknoty, czy też mogą z tym być kłopoty.
Bankomat nie wypłacił, reklamacja odrzucona. Euronet odpowiada na zarzuty
Okazuje się, że nie tylko klienci mBanku mają kłopoty z wpłacaniem do wpłatomatów nowych banknotów. "W całym Wrocławiu nie ma chyba ani jednego wpłatomatu Euronetu, który przyjąłby nowe banknoty!" – zaalarmował w czwartek jeden z widzów TVN24 Biznes i Świat. Zaś sieć Euronet potwierdziła natychmiast, że jej niektóre wpłatomaty mogą nie przyjmować nowych, stuzłotowych banknotów. "Incydentalne niepowodzenia we wpłacie zmodernizowanych banknotów, są następstwem aktualizacji oprogramowania zapewnianego przez jednego z trzech dostawców sprzętu. Za wszelkie niedogodności związane z zaistniałą sytuacją przepraszamy" – poinformował Euronet. Oczywiście, tym pechowym dostawcą jest czołowy dostawca bankomatów i wpłatomatów - firma NCR. Udało mi się porozmawiać z szefem firmy w Polsce, panem Bartłomiejem Śliwą. Przyznał on, że firma jest jeszcze w trakcie aktualizowania oprogramowania części wpłatomatów. Dopiero na początku kwietnia firma przesłała swoim klientom-bankom ostatnie wzory zmian w oprogramowaniu i systemach informatycznych, więc zabrakło czasu, by je wszystkie wdrożyć.
Bank obiecał darmowe bankomaty na całym świecie. Ale... nie wszystkie są darmowe
Na liście oczekujących jest 450 maszyn w całej Polsce. Szczęście mają klienci ING – choć ten bank ma aż 500 wpłatomatów firmy NCR, to w ich przypadku udało się zdążyć ze zmianami. Z 350 wpłatomatów Euronetu zainstalowanych przez NCR dziś zaktualizowanych jest 50, a prace przy pozostałych mają się zakończyć na dniach. Najgorzej jest w sieci 150 NCR-owskich wpłatomatów mBanku – tu prace nad aktualizacją systemów ruszą dopiero w przyszłym tygodniu. Prezes Śliwa obiecuje, że do końca maja problem wynikający z opóźnionej aktualizacji zniknie. Trochę wpłatomatów NCR ma też Citi Handlowy oraz Bank Millennium, ale od klientów tych banków nie mam sygnałów, by były jakieś kłopoty z wpłacaniem nowych "stówek". Ich emitent, Narodowy Bank Polski, twierdzi, że z opóźnieniami we wdrożeniu zmian nie ma nic wspólnego. "Już od grudnia 2013 r. udostępnialiśmy zainteresowanym firmom pakiety zmodernizowanych banknotów do wykonania kalibracji urządzeń. Firmy otrzymywały zmodernizowane banknoty według zgłoszonego przez nich zapotrzebowania. Od początku grudnia 2013 r. do 3 kwietnia 2014 r. wzorcową kalibrację wykonano w ponad 100 typach urządzeń dedykowanych dla dziesiątek tysięcy urządzeń".
Prawdopodobnie całej sprawy by nie było, gdyby pracownicy w oddziałach reagowali na problemy klientów inaczej, niż nakazują procedury - a więc gdyby przyjmowali wpłaty gotówkowe bez prowizji. Albo wymieniali nowe banknoty 100-złotowe na stare (by dało się je wpłacić do urządzeń). Gorzej z bankomatami Euronetu, bo część z nich to maszyny "wolnostojące", nie przyporządkowane do żadnego oddziału bankowego. Więc jeśli się pechowo ma w portfelu nowiutkie stówki prosto z ostatniej wypłaty, to można sobie pobiegać po mieście, jak wspomniany wyżej klient z Wrocławia. Dobrze chociaż, że firma NCR bez szemrania przyznała się do winy i powiedziała szczerze, jak długo będzie trwało nadrabianie straconego czasu. Przynajmniej mamy jasność, że problemu nie da się rozwiązać w całości w ciągu kilku dni.
SUBIEKTYWNIE O AUTOMATACH BANKOWYCH. Na kanale "Subiektywnie o finansach" w serwisie Youtube znajdziecie kilka filmów, w których pokazuję i testuję urządzenia samoobsługowe, które nie tylko pozwalają wpłacić i wypłacić pieniądze, ale i wykonać najróżniejsze operacje bankowe. Zapraszam do obejrzenia i dyskutowania. Czy takie urządzenia spowodują, że placówki bankowe stracą rację bytu?
(19) Pokaż komentarze do wpisu „Megawpadka: kilkaset wpłatomatów wciąż nie przyjmuje nowych banknotów. Jak długo jeszcze?”
czwartek, 24 kwietnia 2014 23:43
Przejdź do wpisu „Megawpadka: kilkaset wpłatomatów wciąż nie przyjmuje nowych banknotów. Jak długo jeszcze?”
Dodaj komentarz do wpisu „Megawpadka: kilkaset wpłatomatów wciąż nie przyjmuje nowych banknotów. Jak długo jeszcze?” i/lub któregoś z (19) komentarzy
Pod koniec marca ogłosiłem konkurs z okazji pięciolecia blogu "Subiektywnie o finansach". Waszym zadaniem było wymyślić hasło promujące "subiektywność". Dla autora najlepszego hasła przewidziałem nagrodę w postaci mojej najnowszej książki z autografem i dedykacją. Poza tym: trzy płyty z muzyką Roxy FM oraz dwa e-booki "Jak pomnażać oszczędności". I dla każdego laureata opcjonalnie nagroda dodatkowa w postaci możliwości zwiedzania redakcji "Gazety Wyborczej" ;-). Otrzymałem od Was ponad 100 zgłoszeń i mnóstwo ciekawych propozycji. Niektóre z nich sugerowały, że lektura blogu jest lepsza, niż niejeden procent: "Subiektywnie o finansach" - subiektywnie najlepsza lokata już od 5 lat!" (autor: qpskcn). Zdarzały się hasła górnolotne: "Blog, który już pięć lat wciska nam prawdę!" (autor: nekrofil). Niektóre byłyby dla mnie zobowiązaniem, którego aż się boję: "Subiektywnie o finansach, obiektywnie o Twoim portfelu. Od 5 lat, na zawsze" (autor: raczejinaczej). To brzmi jak dożywocie ;-). Albo ascetyczne i treściwe do bólu: "Subiektywnie i skutecznie. Już od 5 lat".
Niektórzy autorzy podkreślali praktyczne aspekty wpadania na tę stronę. "Samcik.blox.pl - sposób na oszczędność - czasu, nerwów i pieniędzy!". Bardzo łechtały mnie - i to nie tylko pod pachami - te hasła, które podkreślały skuteczność blogu: "Żaden bank mi nie fika, bo od 5 lat czytam Samcika". Niektórzy z Was dodatkowo dorzucali wątek damsko-męski z podtekstem: "Nie mam już problemów w bankach, bo Samcika jestem fanka" (niestety, autorem tego hasła jest facet, a nie żadna fanka, buuuu!). Byli wśród Was tacy, którzy doskonale wiedzą, że ich hasło będzie kiedyś warte miliony euro. I postanowili oszczędzić mi przyszłych procesów o prawa do znaku towarowego. To cenne ;-). "Wyrażam zgodę na przetwarzanie przekazanych danych w celach prowadzenia i rozstrzygania Konkursu. Oświadczam, że jestem jedynym Autorem zaproponowanego hasła oraz w przypadku wygranej zgadzam się na przekazanie praw na rzecz Podmiotu prowadzącego konkurs. Oświadczam też, ze hasło nie powstało pod wpływem środków odurzających, a li i jedynie długoletniej lektury Blogu :-)"
Zdarzali się wyjątkowi upierdliwcy, którzy przeczytali regulamin i opanowało ich uczucie zazdrości ;-). Czytelnik o imieniu Nikodem zacytował fragment regulaminu: "Uczestnikami konkursu nie mogą być małżonkowie, dzieci, rodzice oraz rodzeństwo organizatora". I zadał niedyskretne pytanie: "Małżonkowie? To jest ich więcej niż jeden? :-)". A co, nie można już być Mormonem? ;-). Sporo było propozycji bazujących na przekonaniu, że największą zaletą blogu jest "kruczkowatość", czyli odkrywanie tego, co banki chciałyby ukryć pod kołderką. "Banki, SKOK-i, drobne druczki - Maciej Samcik zna ich sztuczki" (kamilp83); "Banki mają gwiazdki, kruczki drobne druczki! My Samcika mamy!" (siodema1); "Gdzie znaleźć haka na bankowego cwaniaka? 5 lat doświadczenia - Samcika wybieraj!" (manosx). Byli i tacy, którzy wzięli się do sprawy na poważnie. "Subiektywnie o finansach - Twój przewodnik po świecie pieniądza" (pshemko85). "Finansowa encyklopedia na co dzień" (Joanna). "Oswojone finanse", "Finansoteka szarego człowieka" (Magda), "Uderz się w portfel, a Samcik się odezwie" (Filip). I po prostu: "Blog o najlepszej stopie zwrotu" (gvalchca)
Ujawnili się też miłośnicy krzyżówek. Trelek80: "Subiektywny. Ambitny. Mądry. Ciekawy. Inteligentny. Konkretny". I jak tu Was nie kochać? Pojawiła się też klasyka filmowa: "Samcik rządzi. Samcik radzi. Samcik nigdy Cię nie zdradzi!" (rochenator). "Samcik pisze, Samcik radzi, Samcik nigdy cię nie zdradzi" (Przemysław). Jeśli już mówimy o klasyce, to najdalej zapędził się deon68: "Samcik - finanse moje/ ile Cię trzeba cenić/ tylko ten się dowie/ kto jest z Tobą 5 lat./ Mieć albo nie mieć w portfelu, oto jest pytanie./ Samcik Ci odpowie, już 5 lat ma to zadanie". Inspirowała Was też klasyka innego rodzaju - historia najnowsza: "Blog Samcika - najlepsza pięciolatka od czasów Gierka" (pcj). Były też próby podejmowane przez Mickiewiczów mniejszych ;-): "Jeśli PayPass Ci nie styka, warto zajrzeć na Samcika". "Kto czyta Samcika od 5 lat kłopotów unika" (dan75). "Czytaj bloga u Samcika, to nie wyjdziesz na laika!" Albo: "Maciej Samcik - zuch i chwat. Edukuje już 5 lat!" (Igor). Albo: "Nowa savoir vivre'u zasada - u Samcika o pieniądzach mówić wypada!".
Pojawiły się wśród Waszych pomysłów nawiązania do reklam telewizyjnych: "Gesslerowa ma Ludwika, a my od 5 lat czytamy Samcika"; "Samcik.blox.pl - od 5 lat nie dla idiotów". Na koniec literatura piękna, czyli wiersz, niekoniecznie biały ;-). "Maciej Samcik to jest gość,/ wbija zęby aż po kość,/ przez pięć lat już z nami jest, /więc tu wznośmy dzisiaj cześć,/ i czytajmy go codziennie,/ bo to fakty są, nie brednie". (2anna1212). Albo: "Jeden Samcik wiele może/ Orze banki na ugorze/ Walczy często z wiatrakami/ Pięć lat dla nas/ Pięć lat z nami" (sarano). "Kiedy bank chce zrobić kancik, Co ja mówię na to? "Samcik!". "I nikt nawet nie wie kiedy, wielu ludzi wyszło z biedy!" (trelek80). Zrymowało się też panu Piotrowi. I to jak odważnie w ostatniej linijce! "5 lat bloga Pan Maciej świętuje/ Każdy czytelnik też się raduje/ Dzięki blogowi u Samcika,/ Pieniądz z konta im już nie znika!/ Zawiłe umowy, kruczki prawne/ Dzięki Panu - przejrzyste i jawne!/ Każdy ROR jest prześwietlony/ Finanse? U Samcika lepiej niż u własnej żony". Może i w blogu lepiej, niż u żony, ale co na to żona, kiedy zobaczy pożyczonego blogera? ;-). Jest taki przebój, w którym część refrenu brzmi: "lecz ona dobrze o tym wie, że to zły zwyczaj pożyczać" ;-)
Pod względem wierszopisarstwa wszelkie rekordy pobił duet Kasia&Kinga, które robią PR jednemu z banków. To jest dopiero wierszysko. Tytuł: "Ballada o Samciku". A samo dzieło leci tak: "Jesteś w plecy na lokacie?/ Bank obiecał na plakacie?/ Do procentu dodał gwiazdkę... dając zysku Ci namiastkę?/ Może rata pensję zjada,/ a Ty widzisz darmozjada,/ co żyć kazał ponad stan?/ Tak, to był ten z banku pan!/ To ten sam co słodko mamił/ i podjudzał: płać kartami!/ W sklepie wrzucaj do koszyka,/ nie wydając ni grosika./ I samochód dziś zatankuj,/ nie za swoje, na koszt banku!/ Z banku pan też ubezpieczył/ wszystkie Twoje cenne rzeczy,/ za złotówkę na rok cały/ dając pakiet doskonały./ A dziś taka jest promocja,/ bardzo atrakcyjna opcja,/ załóż konto, przelej tysiąc,/ a bank później, mogę przysiąc,/ wrzuci tysiąc ten na ksero/ i dopisze jedno zero./ Czy skrojona tak promocja/ to faktycznie dobra opcja?/ Czy bank może tak z niczego/ sponsorować Cię kolego?/ Czy przy takiej rozrzutności nie utraciłby płynności?/ Nie odpowiem, brak mi wiedzy,/ w tych tematach Samcik siedzi./ Pięć lat pisze już na blogu,/ banki sprawdza, dzięki Bogu!/ W KNFie, w UOKiKu pomyśleli: po Samciku, do roboty nic nie mamy, więc urzędy zamykamy". Wow!
Specjalne podziękowania dla Krzysztofa i ekipy z mBanku, która przesłała mi z okazji 5-lecia blogu kawę prosto z Afryki. Gdybym ich nie znał, to mógłbym pomyśleć, że chcą mnie tam wysłać ;-). Mam nadzieję, że uda mi się dotrwać do końca kolejnej pięciolatki ;-). I że im uda się ze mną wytrzymać ;-).
Wszystkim bankowcom i czytelnikom dziękuję za wyrazy sympatii z okazji zakończenia przez blog "Subiektywnie o finansach" pierwszej pięciolatki. I chyba czas przejść do ostatniego punktu programu - werdyktu. Jury naradzało się ze sobą bardzo długo, nie spało przez trzy noce, nic nie jadło oraz nie piło, bo napięcie było zbyt duże. Aż wreszcie wypuściło z siebie biały dym. Niestety, w odróżnieniu od każdego porządnego konklawe, tym razem okazało się, że nie jest to znak podjęcia długo oczekiwanej decyzji przez jury, lecz jedynie oznaka przegrzania zwojów mózgowych. Gdy czacha przestała już dymić, jury zebrało się ponownie, poprawiwszy uprzednio nawiew na twarz (żeby się nosek nie przegrzał i zwoje nie straciły czucia) oraz nałykawszy się prochów na uspokojenie. Kiedy prochy zaczęły działać, wszystko stało się prostsze. Niestety, w związku z tym jury jest zmuszone zastrzec, że nie bierze odpowiedzialności za sensowność swoich decyzji, gdyż zostały podjęte w stanie głębokiej nieświadomości. A więc: główna nagroda - samcikowa książka "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową" (oczywiście z dedykacją) dla pani Magdy B. za hasło (lekko zmodyfikowałem, żeby było wiadomo o co chodzi: "Subiektywnie o finansach: finansoteka szarego człowieka". Gratuluję!
Drugie miejsce (e-booki "Jak pomnażać oszczędności") przyznaję za hasła: "Subiektywnie o finansach - już od pięciu lat wciska nam prawdę" (nekrofil) oraz "Subiektywnie o finansach: blog o najlepszej stopie zwrotu" (gvalchca). I jeszcze jeden, pozaregulaminowy e-book za to: "Banki, SKOK-i, drobne druczki - Maciej Samcik zna ich sztuczki" (kamilp83). Płyty z muzyką Roxy FM otrzymają autorzy haseł: "Samcik rządzi. Samcik radzi. Samcik nigdy Cię nie zdradzi!" (rochenator) "Samcik: Subiektywny. Ambitny. Mądry. Ciekawy. Inteligentny. Konkretny" (Trelek80 - w tym przypadku płyta będzie miała specjalną oprawę, czyli będzie zatopiona w wazelinie;-)) oraz autor zgrabnego wierszyka: "Jeden Samcik wiele może/ Orze banki na ugorze/ Walczy często z wiatrakami/ Pięć lat dla nas/ Pięć lat z nami" (sarano). Nagroda specjalna dla duetu Kasia&Kinga za wierszysko. Dziewczyny, same sobie wybierzcie jakąś nagrodę (spoza listy ;-)). Wszystkim, których nie zdołałem nagrodzić, bardzo dziękuję - wszystkie hasła, które zacytowałem w niniejszym wpisie, zasłużyły na wyróżnienie (bo dostałem ich jeszcze więcej).
Wkrótce skontaktuję się z autorami nagrodzonych haseł i kompozycji za pośrednictwem e-maila i poproszę o adres do doręczeń. Zapytam też nagrodzonych czy mają chęć skorzystać z opcji specjalnej - zwiedzania redakcji "Gazety Wyborczej" z subiektywnym przewodnikiem. Wszystkim czytelnikom blogu życzę, żeby dobrze się ze mną "bawili ucząc" jeszcze co najmniej przez kolejne pięć lat ;-).
(5) Pokaż komentarze do wpisu „Połechtany nie tylko pod pachami, czyli... konkurs na pięciolatkę blogu rozstrzygnięty”
czwartek, 24 kwietnia 2014 15:53
Przejdź do wpisu „Połechtany nie tylko pod pachami, czyli... konkurs na pięciolatkę blogu rozstrzygnięty”
Dodaj komentarz do wpisu „Połechtany nie tylko pod pachami, czyli... konkurs na pięciolatkę blogu rozstrzygnięty” i/lub któregoś z (5) komentarzy