Source: http://podgrzybem.blogspot.com/2018/02/
Timestamp: 2020-02-28 12:19:51
Legal References Found: art. 55
 art. 55
 art. 55
 art. 55
 art. 55
 art. 55

Document Content:
Pod Grzybem: lutego 2018
Hucpa - reaktywacja
Motto: „Z ogromną większością Żydów trudno o stosunkach między naszymi narodami dyskutować, bo najwyraźniej są przekonani, że Wielka Zagłada wyłączyła ich raz na zawsze spod wszelkiej krytyki” - prof. Bogusław Wolniewicz
I. Awantura o kwiaty
Już się wydawało, że „shitstorm” rozpętany na tle nowelizacji ustawy o IPN przygasa i będzie się można zająć spokojniejszą tematyką – a tu nic z tego. Wszystko za sprawą wizyty Mateusza Morawieckiego w Niemczech. Premier wziął wprawdzie udział w Konferencji Bezpieczeństwa z udziałem prominentnych przedstawicieli krajów UE i NATO, ale któż by się przejmował tak drugorzędnymi sprawami. Z pewnością nie portal „Agory” dla którego głównym newsem było złożenie kwiatów w Monachium na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Z miejsca przypomniano rzekomą kolaborację Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami i zwalczanie komunistycznej partyzantki.
Przypomnijmy więc dla porządku, że owa „komunistyczna partyzantka” to byli w przytłaczającej większości kolaboranci Moskwy, którzy nie walczyli bynajmniej o wolną Polskę, lecz o narzucenie jej komunizmu w jego najbardziej zbrodniczej, stalinowskiej postaci. Rekrutowała się w znacznej mierze z przestępczego marginesu – były to po prostu zbrojne bandy rabunkowe, które zwerbowała pod swe czerwone sztandary sowiecka agentura w zamian za obietnicę bezkarności. Prócz gwałtów na cywilnej ludności (np. mord w Drzewicy popełniony przez bandę Izraela Ajzenmana), komunistyczna partyzantka zajmowała się zwalczaniem niepodległościowego podziemia, nie cofając się przed donosami do Gestapo. W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej i nieuchronnej sowietyzacji kraju, Brygada Świętokrzyska miała jedyne rozsądne wyjście – dogadać się z Niemcami, zawrzeć taktyczny rozejm i przedostać się na Zachód, co też z powodzeniem uczyniła, wyzwalając po drodze obóz koncentracyjny w Holiszowie i kilkaset żydowskich kobiet. Niemcy wprawdzie wiązali z BŚ swoje nadzieje – chcieli wykorzystać tę formację w charakterze dywersantów na froncie wschodnim, lecz z planów tych nic nie wyszło, bo dowódcy NSZ doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie przebiega granica zdrady i nigdy jej nie przekroczyli. Ale cóż, zawsze powtarzałem, że dzisiejsi duchowi (a czasem i „genetyczni”) spadkobiercy KPP zwyczajnie nie mogą darować Brygadzie, że udało jej się umknąć z rąk różnych Stefanów Michników - i dziś tę opinię podtrzymuję.
II. Antypolska hucpa
Lecz ujadanie wokół kwiatów na grobach żołnierzy NSZ było tylko przystawką przed daniem głównym – mianowicie, premier Morawiecki w odpowiedzi na pytanie żydowskiego dziennikarza „New York Timesa” o nowelizację ustawy o IPN odpowiedział, że oczywiście nie będzie karane mówienie prawdy o polskich sprawcach, którzy wydawali bądź mordowali Żydów – podobnie jak o sprawcach żydowskich, rosyjskich i ukraińskich. No i rozpętała się kolejna odsłona aż za dobrze nam znanej hucpy. Premier „Bibi” Netanjahu zapowiedział, że sobie z Morawieckim „porozmawia”, media po raz kolejny dostały histerii na tle rzekomego „negowania holokaustu”, Światowy Kongres Żydów zażądał przeprosin, a izraelscy politycy na wyścigi zaczęli się domagać obniżenia rangi relacji dyplomatycznych z Polską, bądź wręcz zerwania stosunków. Przekornie powiem, że to ostatnie zresztą nie byłoby takie złe – przynajmniej Izrael i środowiska żydowskie straciłyby istotny instytucjonalny kanał do wywierania na Polskę presji co do kształtu naszego ustawodawstwa.
Stronie żydowskiej poszło oczywiście o wymienionych przez Morawieckiego „żydowskich sprawców”, których istnienie wszak nie jest tajemnicą co najmniej od czasów „Eichmanna w Jerozolimie” Hannah Arendt (ot, weźmy taki fragment: „Zarówno w Amsterdamie, jak w Warszawie, w Berlinie tak samo jak w Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują uzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś - w ostatnim geście dobrej woli - przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty”). Czyżby gardłujący dziś Żydzi nie słyszeli o Chaimie Rumkowskim, „dyktatorze” łódzkiego getta i jego zbrodniczych rządach? A może należy ocenzurować książkę Arendt, bo ośmieliła się napisać zbyt wiele? Najwyraźniej, jak to ujął w TVP Info rabin Szalom Ben Stambler dociskany o żydowskich kolaborantów, „to nie przechodzi do żadnej rubryki”.
Do powyższej sytuacji jak rzadko pasuje opis święta Purim przytaczany przez dr Ewę Kurek – otóż podczas tego święta obchodzonego na pamiątkę zgładzenia perskiego dostojnika Hamana, rabin wpierw odczytuje głośno wszystkie wyrządzone Żydom przez Hamana krzywdy, by następnie szeptem opowiedzieć o żydowskim odwecie w wyniku którego wg przekazu biblijnego śmierć poniosło 75 tys. Persów. Przekaz jest jasny: o żydowskich krzywdach należy krzyczeć aż pod niebo, lecz o żydowskich zbrodniach – cicho sza. A już w ogóle nie do pomyślenia jest, by mówili o tym jacyś goje - natomiast Żydzi mogą wprawdzie poruszać „trudne” tematy, lecz jedynie we własnym gronie i najlepiej szeptem. Jak widać, ta zasada wciąż obowiązuje, szczególnie w kontekście holokaustu i roli jaką odegrali w nim żydowscy kolaboranci. Nie bez przyczyny tacy autorzy jak wspomniana Hannah Arendt, nie mówiąc już o Normanie Finkelsteinie, są w społeczności żydowskiej poczytywani za odszczepieńców.
III. Jak wojna, to wojna
Zupełnie inaczej jest u nas – tutaj do niedawna im ktoś głośniej krzyczał o polskiej „współodpowiedzialności” za holokaust, tym większego rozgłosu i splendorów mógł się spodziewać, czego ponurym świadectwem stała się kariera Jana Tomasza Grossa. Również i dziś na wieść o słowach premiera Morawieckiego wiodące media obozu III RP ukształtowane w duchu „pedagogiki wstydu” dostały galopującej biegunki. Biadoleniom o utracie przez Polskę międzynarodowej reputacji nie ma końca. Wychodzi na to, że polskiej reputacji wielce szkodzi odkłamywanie historii i mówienie prawdy, a z drugiej strony - nic tak nie umacnia naszego prestiżu, jak przyznawanie się do niepopełnionych zbrodni. I pomyśleć, że kolejne ekipy rządzące kierowały się tą chorą logiką przez niemal trzydzieści lat... Warto tu przypomnieć o takich „sukcesach” naszej dyplomacji, jak organizowanie w ambasadach pokazów „Idy” i „Pokłosia”. Przy jednej z tego typu okazji – prezentacji „Pokłosia” podczas waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich w 2014 r. – ówczesny ambasador w USA Ryszard Schnepf raczył się wyjęzyczyć: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. To dopiero było podniesienie naszej międzynarodowej renomy! Nic dziwnego, że świat przyzwyczajony do polskiego samobiczowania uznał, że można z nami zrobić wszystko – a teraz przeżywa szok poznawczy.
No, ale skoro ten szok już nastąpił, to można go pogłębić wyprowadzając kolejne ciosy obezwładniające przeciwnika na arenie propagandowej. Nie łudźmy się, nie pomoże nam żadne konsultowanie ustaw ze stroną żydowską i uwzględnianie jej postulatów – co ów pokaz naszej wrażliwości przyniósł, właśnie widzimy. Podobnie rzecz się ma z powołaniem operetkowego zespołu ds. „dialogu prawno-historycznego” - sami stwarzamy w ten sposób okazję do wywierania na nas nacisków. Trzeba pójść drogą bezwzględnego punktowania strony przeciwnej. O konieczności wznowienia ekshumacji w Jedwabnem i przyszpileniu urojeń Grossa, już tu niedawno pisałem. Kolejnym krokiem powinno być upublicznienie na forum międzynarodowym udziału Żydów (często kierowniczego) w komunistycznym aparacie represji wraz z informacją o bestialstwach, jakich dopuszczali się na polskich patriotach i ochronie, jaką część z nich znalazła w Izraelu. Jeśli Żydzi chcą z nami wojny, to powinni ją dostać.
Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (23.02-01-03.2018)
Etykiety: Brygada Świętokrzyska, Hannah Arendt, Holokaust, Jan Tomasz Gross, kolaboracja, konflikt polsko-żydowski, Mateusz Morawiecki, NSZ, pedagogika wstydu, Żydzi
Jedną z konsekwencji niedawnej awantury na linii Polska – Izrael (i środowiska żydowskie) była fala krytyki, jaka wylała się na zarząd Polskiej Fundacji Narodowej. Krytyki, dodajmy, całkowicie uzasadnionej. W zamierzeniach bowiem Polska Fundacja Narodowa miała być niejako przedłużeniem i kontynuatorem działalności Reduty Dobrego Imienia z którą zresztą łączy ją postać Macieja Świrskiego – założyciela Reduty i członka zarządu PFN. Dzięki pieniądzom ze spółek Skarbu Państwa fundacja miała zyskać odpowiedni rozmach instytucjonalny i zaplecze finansowe, by skutecznie promować wizerunek Polski za granicą. Dotychczasową doraźną „partyzantkę” miała zastąpić profesjonalna i konsekwentna kampania, obalająca dominujące w świecie antypolskie stereotypy i uprzedzenia. Na ten cel 17 państwowych firm wyłożyło do tej pory 250 mln. zł. Tyle, jeśli chodzi o ambitne i szczytne założenia.
W praktyce wyszło jak zawsze. W okresie największego nasilenia antypolskich ataków po uchwaleniu nowelizacji ustawy o IPN, kiedy światowe media wprost zarzucały nam współudział w holokauście (trudno o cięższy przypadek dyfamacji), PFN milczała, wykazując się zadziwiającą biernością. Można zrozumieć, że nie da się z dnia na dzień wyprodukować telewizyjnego spotu prostującego szkalujące nas kłamstwa (inna sprawa, że nawet nie spróbowano) – ale napisanie stosownego artykułu i wykupienie miejsca w europejskich, amerykańskich i izraelskich gazetach tudzież portalach, nie powinno chyba przekraczać możliwości tak zamożnej instytucji? Podobnie jak zorganizowanie fachowej akcji w mediach społecznościowych? W końcu, kiedy uruchamiać te ćwierć miliarda, jeśli nie w takich właśnie, kryzysowych sytuacjach?
Tymczasem, nic z tego. Na stronie PFN pojawił się jedynie 30-sekundowy (!) filmik, będący... wyborem kadrów ze słynnej IPN-owskiej produkcji „Niezwyciężeni”, co nie przeszkodziło fundacji w dumnym ogłoszeniu, iż ten film... „wyprodukowała”. Przepraszam, ale taką „produkcję” polegającą na wyborze scen i doklejeniu kilku tekstów może zrobić na swoim laptopie średnio rozgarnięty nastolatek – na dodatek za darmo. Również jeśli chodzi o samych „Niezwyciężonych”, PFN jedynie „podłączyła się” do sukcesu IPN, podpisując porozumienie dotyczące wspólnej promocji filmu. Krótko mówiąc, organizacja hojnie sponsorowana z publicznych środków okazała się dramatycznie nieprzygotowana do reagowania w najbardziej wymagającym tego momencie.
Natomiast patrząc na dorobek fundacji pod kątem samodzielnych inicjatyw... no cóż, powiedzieć, że jest mizernie, to nic nie powiedzieć. Póki co, PFN chwali się następującymi projektami: wspomaganie utalentowanych sportowców; piknik wojskowy z „namiotem edukacyjnym” skierowanym do stacjonujących w Polsce amerykańskich żołnierzy; mający „promować Polskę” rejs dookoła świata pełnomorskim jachtem regatowym z Mateuszem Kusznierewiczem w charakterze dodatkowej atrakcji; no i wisienka na torcie – śpiewnik pieśni żołnierskich i legionowych. Czyli kolejno: za sportowców powinno odpowiadać ministerstwo sportu; namiot na pikniku z wystawą plenerową mogłaby zorganizować niemal dowolna drużyna harcerska; pełnomorska wycieczka Kusznierewicza i jacht to czyste marnotrawstwo; a od pieśni legionowych (po polsku, bo to wydawnictwo na rynek „wewnętrzny”) roi się w internecie i każdy zainteresowany ma je w zasięgu ręki. Dodajmy do powyższego jeszcze niesławną „kampanię sędziowską” i bożonarodzeniowy klip z politycznie poprawnymi życzeniami „happy holidays” (akurat wtedy, gdy Donald Trump ogłosił, że najwyższy czas znów życzyć sobie „merry Christmas”), by dopełnić obrazu nędzy i rozpaczy. Toż to są, z przeproszeniem, jakieś rzewne jaja...
Krótko mówiąc, wszystko wskazuje na to, że pod pozorem „promowania Polski” mamy do czynienia z klasycznym wiciem sobie ciepłych posadek w charakterze rekompensaty za długie lata opozycyjnego postu i markowaniem aktywności. Swoje dołożył jeszcze wicepremier Gliński w słynnej już rozmowie z Robertem Mazurkiem na antenie RMF FM, kiedy to pokrzykiwał na dziennikarza zadającego mu „bezczelne” pytania. Dociskany o konkrety minister stwierdził, że... czeka na półroczne sprawozdanie. Innymi słowy, jak rozumiem, nad działalnością Polskiej Fundacji Narodowej nie ma żadnego bieżącego nadzoru. Gołym okiem widać chaos, niekompetencję i marnotrawstwo - ale co tam, grunt, że Maciej Świrski zafundował sobie nowe emploi w stylu nobliwego, przedwojennego ziemianina.
W tej sytuacji nie może dziwić, że nad zarządem zbierają się czarne chmury – jak by nie było, PFN miała być jednym ze sztandarowych projektów obecnej władzy w ramach polityki „wstawania z kolan”, tymczasem zamiast dynamicznych akcji o międzynarodowym zasięgu otrzymaliśmy bezwładny i pokraczny biurokratyczny twór, niezdolny do wypełniania nałożonych nań obowiązków. Podsumowując, dymisja obecnych władz fundacji jest niezbędna, choćby dla higieny. Te ćwierć miliarda złotych z państwowych spółek zasługuje na managerów z prawdziwego zdarzenia.
Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 08 (23.02-01-03.2018)
Etykiety: 250 mln. zł., Maciej Świrski, Polska Fundacja Narodowa, promocja Polski, spółki Skarbu Państwa
Obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.
I. Przebudzenie narodu
Jednym z niezaprzeczalnych plusów jeśli chodzi o wydarzenia ostatnich tygodni, jest ostateczne już chyba samozaoranie „obozu III RP” w oczach przytłaczającej większości opinii publicznej. Te wszystkie wrzaski o antysemityzmie i „nowym Marcu '68”, mają bowiem jeden wspólny mianownik: podszyte są klasyczną ojkofobią, czyli wyobcowaniem i nienawiścią do własnej wspólnoty, tradycji i kultury. Ostatni raz w przypadku relacji polsko-żydowskich coś podobnego przeżywaliśmy przy okazji „Sąsiadów” Grossa i festiwalu samobiczowania zorkiestrowanego na tle histerii wokół Jedwabnego, zaś w nieco innym kontekście – zaraz po tragedii smoleńskiej, kiedy to rodzime łże-elity ostrzegały przed „demonami polskiego patriotyzmu” i „mrocznymi oparami mesjanizmu”, co w praktyce przełożyło się na zezwierzęcenie pijanej palikociarni oddającej mocz na znicze pod Pałacem Prezydenckim. Tyle, że wtedy jeszcze salonowszczyzna i jej akolici mogli występować z pozycji siły: wydawało się, że przeczołgani pedagogiką wstydu Polacy ulegają postępującemu wynarodowieniu (zwanemu elegancko „europeizacją”), a niedobitki zgodnie ze słowami Donalda Tuska wkrótce „wymrą jak dinozaury”.
Dzisiaj, z szeregu przyczyn, mamy sytuację odmienną – Polacy gremialnie odwrócili się od dotychczasowych, samozwańczych „przewodników stada”, podnieśli się z kolan i odrzucają próby wmanipulowania w poczucie winy za niepopełnione zbrodnie. Nie jesteśmy narodem morderców, „sprawców” - jak ujął to w haniebnym liście Bronisław Komorowski – i nie godzimy się na przypisywanie nam takiej roli. Widoczne na każdym kroku poparcie dla nowelizacji ustawy o IPN penalizującej obarczanie państwa i narodu polskiego zbrodniami popełnionymi przez niemiecką III Rzeszę jest tego widomym dowodem.
II. Bunt przeciw pedagogice wstydu
Taka społeczna postawa musiała spotkać się ze strony wspomnianych „elit” z gniewną reakcją. Śmiem twierdzić, że w potępieńczych elaboratach o jakoby odradzającym się „antysemityzmie” i „atmosferze Marca '68” chodzi nie tyle o samą ustawę, ile właśnie o to powszechne poparcie widoczne chociażby w szerokich przestrzeniach internetu – tego współczesnego zwierciadła nastrojów. Mówiąc wprost - „tamta strona” potraktowała jednoznaczne wsparcie dla zakazu mówienia o „polskich obozach” jako bunt (czy też może ciąg dalszy rebelii) przeciw swojemu symbolicznemu przywództwu. Spójrzmy przez chwilę z ich punktu widzenia na ciąg wydarzeń z ostatnich lat: najpierw zwrot młodzieży w stronę patriotyzmu (tym bardziej bolesny, że jeszcze przed chwilą ta sama młodzież paradowała z krzyżem zrobionym z puszek po piwie), potem wypowiedzenie politycznego posłuszeństwa w wyborach z 2015 r., następnie kompromitacja KOD-u i utrzymujące się poparcie dla obecnej władzy w połączeniu z dołującymi sondażami „totalnej opozycji”, a teraz jawne opowiedzenie się przeciw ostatniemu bastionowi pedagogiki wstydu – czyli narzucanej nam od ponad ćwierćwiecza anty-polityce historycznej mającej zaszczepić tutejszym autochtonom nieusuwalne kompleksy wynikające z rzekomego współudziału w holokauście. Nic dziwnego, że się wściekli – oto wymyka im się z rąk ostatnie narzędzie przemocy symbolicznej pozwalające nie tylko panować nad zbiorowymi emocjami, lecz również pielęgnować poczucie własnej wyższości nad tubylczym „motłochem”.
Zarazem reakcja, której klasycznym przykładem może być opublikowany w „Wyborczej” list „Do przyjaciół Żydów”, gdzie mowa jest – a jakże – o „fali nienawiści” i „budzeniu demonów”, stanowi znakomitą, poglądową lekcję tytułowej ojkofobii. Nie pierwszą zresztą. Przerabialiśmy już „hołotę kupioną za 500+”; najazd „Hunów” na bałtyckie plaże; „nieoświecony plebs”, któremu Kaczyński dał „poczucie dostępu do władzy”; „chamów” wdzierających się na salony; Polaków pokazujących „mordę Edka”; podnoszono konieczność „zdjęcia aureoli z mordy chama”... Znamy wszyscy te sfrustrowane bluzgi Sadurskich, Hartmanów, Łozińskich, Mikołejków i reszty. Teraz doszła jeszcze wściekłość na to, że Polacy przestali się przejmować imputowanym im „antysemityzmem”. Zresztą, gdyby michnikowszczyzna zamiast nieprzytomnej zajadłości poszła po rozum do głowy, to mogłaby przewidzieć, że zacietrzewione walenie tą pałką pod byle pretekstem sprawi finalnie, iż zarzut „antysemityzmu” przestanie cokolwiek znaczyć. Tak kończy się dewaluacja pojęć wskutek ich nadużywania.
III. Bicie się w cudze piersi
Co łączy przytoczone powyżej wykwity białej gorączki? Ano to, że autorzy podkreślają w ten sposób własną odmienność i wyższość cywilizacyjno-kulturową nad resztą społeczeństwa. Mówią wszem i wobec: to nie my, to oni – to ten ciemny, żydożerczy motłoch, proszę nas z nimi nie łączyć. Zwróćmy uwagę, że gdy zabierają się za chłostanie „narodowych grzechów”, każdorazowo używają osoby trzeciej, co przekłada się na typowe „bicie w cudze piersi”. Jeśli już jesteśmy przy kwestii żydowskiej, wedle tej narracji Żydów zawsze mieli mordować jacyś „inni” - jednolita, wieśniacka, katolicka tłuszcza bez twarzy, dysząca najniższymi instynktami. Innymi słowy – jakieś ówczesne „mohery” i „pisiory”. Nie dziwi więc, że są tak skorzy do stosowania odpowiedzialności zbiorowej i rozciągania szmalcownictwa na ogół ówczesnych Polaków. A contrario, sami siebie stawiają tym samym po stronie „dobrych” - mówiąc hasłowo, chcieli by siebie widzieć jako współczesnych „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Logika prosta jak konstrukcja cepa – skoro wyznajemy należyte, postępowe poglądy, to wtedy również zdalibyśmy egzamin z moralności i zachowali się jak trzeba. Na marginesie, to zapewne dlatego w historycznym przekazie wyeksponowano postać radykalnej socjalistki Ireny Sendlerowej i przypisano jej zasługi „złego endeka” - Jana Dobraczyńskiego, który podczas okupacji zapisał najpiękniejszą kartę swej biografii, lecz na którego wciąż obowiązuje nieformalny „zapis”.
Ów ton przebija również ze wspomnianego listu „Do przyjaciół Żydów” - jego przesłanie można streścić krótko: my, dzisiejsi „sprawiedliwi” jesteśmy z wami solidarni przeciw pisowskim „szmalcownikom”, następcom morderców z Jedwabnego i „neo-moczarowcom”. Nie mieszajcie nas z nimi. Co ciekawe, tego typu postawę rozpracował jakiś czas temu lewicowy socjolog, prof. Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, mówiąc w październiku 2015 r. w wywiadzie dla „Wyborczej” o wynikach badań przeprowadzonych wśród wielkomiejskiej elity: „Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) „Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. (...) A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u”. Trudno o lepsze podsumowanie wyobcowania – tyle, że najwyraźniej po stronie „oświeconych” nikt nie ośmielił się wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.
IV. Instynktowny antypolonizm
Konsekwencją powyższego jest stan ducha, w którym ojkofobiczny antypolonizm schodzi do poziomu najgłębszych instynktów, skutkujących tym, że w przypadku jakiegokolwiek konfliktu na linii Polska (Polacy) – zagranica (nie-Polacy), „oświecony” ojkofob odruchowo staje przeciw własnemu państwu i narodowi, dowartościowując się tym samym we własnych oczach. To mogą być Niemcy, Bruksela, Żydzi, liberalne elity z USA – każdy, kto naszemu ojkofobowi imponuje. Co więcej, do pewnego momentu publiczne epatowanie takim wyobcowaniem z rodzimego „ciemnogrodu” było całkiem niezłym narzędziem utrzymywania „rządu dusz” wśród aspirujących do „Europy” Polaków. Ale to już przeszłość – wyzbyliśmy się kompleksów, tak wobec zagranicy, jak i jej tutejszych, kolonialnych namiestników. I dlatego właśnie obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.
Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (16-22.02.2018)
Etykiety: antysemityzm, łże-elity, obóz III RP, ojkofob, ojkofobia, pedagogika wstydu, Polska, ustawa o IPN, Żydzi
I. Polacy wstali z kolan
Gdybym miał podsumować hasłowo awanturę na linii Polska-Izrael (i szerzej Polska-środowiska żydowskie ze wsparciem USA) rozpętaną wokół nowelizacji ustawy o IPN, penalizującej przypisywanie polskiemu państwu i Polakom niemieckich zbrodni z czasów II wojny światowej, to powiedziałbym, że oto jesteśmy świadkami ostatecznego końca trwającej od ponad ćwierć wieku epoki „pedagogiki wstydu”. Co więcej, ten niechlubny okres definitywnie przechodzi do historii niezależnie od tego, co ostatecznie zrobił z projektem prezydent Duda. Formuła „podpiszę, ale odeślę do Trybunału Konstytucyjnego”, to niestety tanie lawiranctwo podszyte tchórzostwem, a prezydent po raz kolejny pokazał, że nie radzi sobie z presją i nadaje się wyłącznie do wygłaszania ładnych, patriotycznych przemówień. Na szkolnych apelach pewnie też zadawał tym szyku, ku wzruszeniu pań nauczycielek. Słowem, zamiast stanowczej kropki nad „i” mamy rozwodniony kisiel, a podjęcie ze stroną żydowską „negocjacji” rodzi obawę o finalne wykastrowanie ustawy.
Niemniej, niezależnie od powyższych uwarunkowań, już teraz można powiedzieć, że Polacy wstali z kolan. Okazało się, że uporczywa działalność środowiska „Wyborczej” i okolic, mająca trwale wpędzić nas w kompleks niższości, ugruntować poczucie winy za cudze grzechy i sprawić, byśmy czuli się narodem sprawców, którzy mogą jedynie wciąż od nowa kajać się i przepraszać, nie zapuściła korzeni tak głęboko, jak można się było obawiać. Coś, co miało być narzędziem permanentnego trzymania polskiego społeczeństwa w ryzach, a docelowo wymusić na nas wypłatę rujnujących „odszkodowań” hienom cmentarnym spod znaku „holocaust industry” - właśnie posypało się na naszych oczach. Reakcje zwykłych Polaków (chociażby na Twitterze pod skandalicznymi wpisami Yair Lapida, często zamieszczane po angielsku, by dotrzeć do zagranicznych internautów) nie pozostawiają cienia wątpliwości. Nie pozwolimy wmanipulować się w odpowiedzialność za niemieckie ludobójstwo, przebrała się miarka.
Milczącym potwierdzeniem narracyjnej klęski michnikowszczyzny było zablokowanie przez portal „Agory” możliwości komentowania pod artykułami opisującymi polsko-izraelski konflikt. Ostatnio taki zabieg „gazeta.pl” przeprowadziła w 2015 r., w szczycie kryzysu migracyjnego, przerażona natężeniem kompletnie politycznie niepoprawnych „antyuchodźczych” komentarzy. Rozminięcie się z poglądami nawet własnych czytelników było dla ekipy z Czerskiej prawdziwym szokiem, do czego zresztą otwarcie przyznała się w odredakcyjnym wpisie. Tym razem nie było nawet tłumaczeń – bez słowa uruchomiono prewencyjną blokadę. Trudno o bardziej wymowne przyznanie się do porażki – a jej skalę można oszacować po tym co dzieje się w innych miejscach internetu. Stronę izraelsko-żydowską trzyma jedynie nieodwracalnie zaczadzona garstka lemingów – to jednak absolutny margines.
II. Żydzi przegięli
Co takiego się stało? Mówiąc najprościej, strona żydowska przegięła. Izraelskie władze, dufne w dotychczasowy przebieg „dialogu” polsko-żydowskiego, polegającego na jednostronnych ustępstwach w zamian za zdawkowe pochwały, uznały, że wystarczy na Polaków huknąć z pozycji siły, a ci po staremu schowają się we własne buty. Zresztą, na pierwszy rzut oka, taka kalkulacja miała racjonalne podstawy. Wersję Grossa o Jedwabnem strona polska zaakceptowała w zasadzie bez zastrzeżeń – począwszy od kunktatorskiego wstrzymania ekshumacji, poprzez tchórzliwe przeprosiny Kwaśniewskiego, a skończywszy na haniebnym liście Bronisława Komorowskiego ze zdaniem, iż Polacy muszą przyzwyczaić się do myśli, że byli również narodem sprawców. Podobnie rzecz się miała z pogromem ubecko-kieleckim, Marcem '68 i innymi dyżurnymi pałkami do okładania nas po głowach „polskim antysemityzmem”. Co więcej, nawet obecna władza wolała na wszelki wypadek nie poruszać drażliwych tematów, podżyrowując milcząco dotychczasową anty-politykę historyczną. O tym, że taka postawa się zemści, pisałem niejednokrotnie na tych łamach (choćby w tekście „Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem” w lipcu 2016 r.) – i teraz widzimy efekty długoletniego budowania wzajemnych relacji na unikach i przemilczeniach, ostatnio zaś – słodkich słówkach Jonny Danielsa.
Ale, jako się rzekło, tym razem Żydzi przedobrzyli. Erupcja buty i arogancji wywołała w polskim społeczeństwie szok. Chyba nigdy dotąd z taką wyrazistością nie dotarło do nas, że kiedy my przechodziliśmy intensywną obróbkę (niejednokrotnie wręcz do granicy samoupodlenia) mającą wytłumić antysemickie stereotypy i uprzedzenia, to w Izraelu w tym samym czasie zachodziły procesy wręcz przeciwne - antypolskie pranie mózgów i dyfamacyjna indoktrynacja przebiegały w najlepsze. Dobitnym dowodem jest fakt, że tamtejsi politycy uznali za korzystne, by w ramach kampanii wyborczej schylić się po antypolskie społeczne emocje – uprzednio skrzętnie przez dziesięciolecia zaszczepiane kolejnym pokoleniom izraelskiej młodzieży. U nas budowanie kampanii wyborczej na antysemityzmie przez jakiegokolwiek poważnego polityka byłoby nie do pomyślenia.
Kolejnym elementem było zdemaskowanie w całej okazałości fałszu i obłudy naszych „partnerów”. Okazało się, że strona izraelska nie dość, że była na bieżąco informowana w sprawie nowelizowanej ustawy, to jeszcze uwzględniliśmy w toku prac jej sugestie. Na to wszystko zaś nałożyło się upublicznienie żydowskich i amerykańskich nacisków w kwestii przygotowywanej ustawy reprywatyzacyjnej. Potwierdziło się, że dorabianie nam opinii morderców i kłamstwo o „polskich obozach” jest Żydom po prostu potrzebne, by wydębić z nas miliardy dolarów. Przy okazji, widzimy tu daleko posuniętą harmonizację działań – równolegle z przepychanym w USA „aktem 447”, próbowano wymusić na Polsce zapisy reprywatyzacyjne umożliwiające wyegzekwowanie amerykańskiej ustawy na gruncie polskiego prawa. Na szczęście, przyparte do muru polskie władze w odruchu samoobrony ujawniły opinii publicznej to, co dotąd skrzętnie skrywano w imię źle pojmowanego „niezadrażniania stosunków”. Efektem było masowe społeczne oburzenie i wsparcie dla twardego stanowiska rządu w kwestii zapisów antydyfamacyjnych. Na marginesie, mamy tu potwierdzenie, jaką wartością jest jawność życia publicznego.
No dobrze, skoro maski opadły i prawda o wzajemnych relacjach wyszła na jaw – to co dalej? Przede wszystkim, nie wolno się bać. Ani kroku wstecz. Musimy sobie uświadomić, że strona żydowska w swym zacietrzewieniu zrobiła nam tak naprawdę prezent. Nie trzeba już niczego udawać, ani skrywać przed opinią publiczną. Mleko się wylało i doszło do trwałego przewartościowania – zostaliśmy bezwzględnie odarci ze złudzeń, a stosunki z Izraelem nigdy już nie wrócą do dawnej, fikcyjnej „idylli”. Zresztą, proszę spojrzeć – jeszcze przed chwilą polski rząd biegał jak kot z pęcherzem na wyprzódki odcinając się od popłuczyn po „Werwolfie” z lasów spod Wodzisławia Śląskiego, a wiceminister kultury Magdalena Gawin gardłowała na konferencji poświęconej „polskiemu antysemityzmowi” o konieczności delegalizacji ONR. Ba, ta sama Magdalena Gawin już po odpaleniu izraelskiej bomby gorliwie oklaskiwała z pierwszego rzędu skandaliczne wystąpienie ambasador Anny Azari w Auschwitz! I co z tego nam przyszło?
Musimy zdać sobie sprawę z toczącej się bezwzględnej wojny o pamięć, mającej przełożenie na – jak oznajmiło „Super Expressowi” rządowe źródło - nawet bilion złotych. Tutaj każde ustępstwo może mieć skutek samobójczy. Trzeba sobie uświadomić zarazem nieprzekraczalną barierę cywilizacyjną jeśli chodzi o stosunek do prawdy: o ile w naszej, łacińskiej cywilizacji obowiązuje prawda arystotelesowska, będąca odzwierciedleniem obiektywnego stanu rzeczy, o tyle w cywilizacji żydowskiej nie ma czegoś takiego, jak prawda obiektywna – ta jest zawsze do negocjacji. U nich obowiązuje kultura „hagady” - przypowieści w której dla „wyższych celów” prawdę można dowolnie modyfikować i naginać. I właśnie jesteśmy świadkami takiego starcia – między prawdą, a hagadą. Wedle tej hagady, Żydzi mają pozostać jedynymi ofiarami „nazistów”, a każde przypomnienie o polskiej martyrologii traktowane jest jako osobista zniewaga, umniejszanie żydowskiego cierpienia i relatywizacja holokaustu. No i, koniec końców, zamach na ich interesy „rewindykacyjne”. Tu kompromis po prostu nie jest możliwy.
A zatem, po pierwsze – żadnego więcej kajania się. Po drugie – nasze placówki dyplomatyczne w Izraelu powinny natychmiast wstrzymać taśmowe wydawanie polskich paszportów tamtejszym obywatelom. Po trzecie – zauważyć wreszcie inicjatywę dr Ewy Kurek i wznowić ekshumację w Jedwabnem (w miarę możności z udziałem zagranicznych ekspertów). Po czwarte wreszcie – ruszyć z ofensywą propagandową, czyli zmobilizować Polonię, nade wszystko zaś zagonić do roboty Polską Fundację Narodową, która do tej pory zajmowała się chyba tylko przewalaniem kasy otrzymanej od spółek skarbu państwa. To na początek niezbędne minimum.
„Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem”
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (14-27.02.2018)
Etykiety: hagada, holokaust industry, Izrael, konflikt Polska-Izrael, pedagogika wstydu, Polska, polskie obozy, ustawa o IPN, Żydzi
Pod-Grzybki 124
Premier Mateusz Morawiecki wygłosił płomienne przemówienie w obronie ustawy o IPN. Niestety, w angielskie tłumaczenie wkradł się błąd i widzowie mogli zobaczyć tekst: „Obozy, w których wymordowano miliony Żydów były polskie”. Niech zgadnę – tłumaczenia dokonała słynna MaBeNa? Ale nie bądźmy małostkowi - to dopiero prototyp. Jeszcze nawet nie nauczyła się robić „ping”.
Od wyborów w Niemczech minęło już trzy i pół miesiąca, a nowego rządu jak nie było, tak nie ma. W związku z tym sądzę, że odkryłem tajny plan Angeli Merkel – ona po prostu ma zamiar rządzić w obecnej konfiguracji do końca kadencji, pozorując i przeciągając w nieskończoność pod różnymi pretekstami „rozmowy koalicyjne”. A potem nastąpią kolejne wybory – i da capo al fine. Oto teutoński model demokracji w pełnym rozkwicie!
Jak oznajmił nam „Super Express”, Ministerstwo Sprawiedliwości pracujące nad tzw. „dużą” ustawą reprywatyzacyjną jest systematycznie bombardowane przez Izrael i organizacje żydowskie monitami domagającymi się maksymalnego poszerzenia zakresu zwracanego mienia i podmiotów uprawnionych do reparacji. Generalnie chodzi o to, by zwracać wszystko, nawet różnym wujecznym pociotkom w trzecim pokoleniu, lub zapewnić stuprocentowe zadośćuczynienie, co wg urzędników ministerstwa kosztowałoby Polskę okrągły bilion złotych. To mi przypomina pewną teorię spiskową, którą kiedyś podzieliłem się z Państwem w tej rubryce. Otóż zachodziłem w głowę, co się stało, że w kwestii warszawskiej reprywatyzacji do gardła Hannie Gronkiewicz-Waltz rzuciła się w pewnym momencie nawet „Wyborcza”. Wyszło mi, że zapewne hieny z „holocaust industry” doszły do wniosku, że jak reprywatyzacja będzie postępowała dalej w takim tempie, to nic dla nich nie zostanie – więc uruchomiły swój organ prasowy. I, choroba, coraz więcej wskazuje na to, że miałem rację...
W poprzednim numerze pisałem tu o skali materialnej przewagi mniejszości żydowskiej nad resztą społeczeństwa II RP – w kontekście osławionych 65 mld. dolarów, które mamy wypłacić „ocalałym” z holocaustu. Teraz, zważywszy na ów bilion złotych, sprawa wygląda jeszcze bardziej poważnie. Bilion złotych, to bowiem ok. 300 mld. dolarów. W 1939 r. żyło w Polsce 3 mln. 474 tys. Żydów. Wychodzi więc, że średnio na głowę jednego Żyda – od niemowlaka po starca - przypadał majątek wart 86.355 obecnych dolarów. A dziś różni mądralińscy twierdzą, że akcje w rodzaju „swój do swojego po swoje” to był przejaw dzikiego antysemityzmu...
„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (14-27.02.2018)
Etykiety: Angela Merkel, holocaust industry, Jonny Daniels, MaBeNa, Mateusz Morawiecki, reprywatyzacja, ustawa o IPN, żydowskie roszczenia
I. Lepiej późno niż wcale
Na początek pozwolę sobie na małą złośliwość. Oto w ostatnich dniach natknąłem się na kilka głosów uznanych prawicowych publicystów domagających się wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Głosy te oczywiście wybrzmiały w ramach konfliktu izraelsko-polskiego wywołanego za sprawą antydyfamacyjnej nowelizacji ustawy o IPN. Podkreślam – to nie były opinie z jakiegoś „oszołomskiego” marginesu, tudzież anonimowych internautów, lecz z samego serca prawicowego mainstreamu. No proszę, proszę – pomyślałem sobie – to już wolno o tym mówić? Tak publicznie, nie narażając się przy tym na ostracyzm i nie ryzykując łatki szkodnika, a może wręcz wrogiego agenta? Cóż, grunt to „timing” i wyczucie tzw. ogólnej atmosfery – dzisiaj, jak widać, można już bez większych obaw błysnąć publicystycznym radykalizmem i wykazać się pryncypialnym dążeniem do prawdy. Kto by pomyślał... Lepiej późno, niż wcale.
Ta zgryźliwa refleksja naszła mnie dlatego, że to wszak nie kto inny, tylko „Warszawska Gazeta” wsparła w 2016 r. inicjatywę dr Ewy Kurek właśnie w sprawie ekshumacji w Jedwabnem. To na tych łamach publikowane były teksty wykazujące konieczność wznowienia prac zespołu prof. Andrzeja Koli. To wreszcie w „Warszawskiej Gazecie” przez szereg miesięcy, tydzień po tygodniu, zamieszczany był formularz zbierania podpisów poparcia dla petycji skierowanej do Ministerstwa Sprawiedliwości – i jak przypuszczam, nasza gazeta miała swój udział w tym, że udało się tychże podpisów zebrać 12 tysięcy. Ostatecznie zostały złożone przez dr Kurek w Ministerstwie Sprawiedliwości 4 kwietnia 2017 r. - a więc niemal rok temu.
Co w tym czasie robiły inne prawicowe media i tak wyrywni dzisiaj publicyści? Skrupulatnie patrzyli w inną stronę. Niczym trzy małpki woleli nie mówić, nie widzieć, nie słyszeć. Bo wtedy wyskakiwanie ze sprawą Jedwabnego było, delikatnie mówiąc, „nie na czasie”. Mogło zaszkodzić „dobrym stosunkom” polsko-żydowskim, co zresztą dr Ewa Kurek wprost usłyszała od różnych wysokich urzędników: „Od jesieni 2015 pertraktowałam z przedstawicielami rządu PiS i doradcami prezydenta Andrzeja Dudy o wznowienie ekshumacji. Okazało się, że na prawników, urzędników i polityków PiS na dźwięk słowa JEDWABNE pada blady strach. Opowiadają, że nie czas na badania historyczne, bo to zaważy na stosunkach polsko-żydowskich”. Ile te „dobre stosunki” były warte, dopiero co się przekonaliśmy. Trawestując popularne powiedzonko – apelowaliśmy o wznowienie ekshumacji, zanim stało się to modne.
Zresztą i dzisiaj żaden z publicystów (mniejsza o nazwiska, bo chodzi mi raczej o opisanie zjawiska, niż osobiste wycieczki) domagając się ekshumacji nie zająknął się słowem o opisywanej tu inicjatywie. I nie ma siły, by o niej nie wiedzieli, bo pisała o tym (oczywiście w swoim stylu) nawet „Wyborcza”. Istnieje poświęcona tematowi strona internetowa http://www.jedwabne-ekshumacja.org/ gdzie szczegółowo opisane są losy całego przedsięwzięcia wraz z artykułami dr Kurek zamieszczanymi w „Warszawskiej Gazecie”. Ale nie – o problemie można wprawdzie już mówić, lecz na wymienianie „Warszawskiej Gazety” i nazwiska dr Ewy Kurek wciąż najwyraźniej jest zapis.
II. Potrzeba woli politycznej
Nie piszę tego po to, by dawać upust żalom, czy ścigać się o palmę pierwszeństwa, bo nie o to tu chodzi. Istotne jest coś innego: otóż petycja wraz z podpisami wciąż spoczywa w archiwach Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie trzeba więc wyważać otwartych drzwi, by ruszyć sprawy z miejsca. Wystarczy przypomnieć ministrowi Ziobrze, że ma „gotowca” popartego głosami tysięcy obywateli, a nie luźne postulaty tego czy innego dziennikarza. Wniosek poparty jest wszechstronną analizą historyczną, religijną i prawną. Wykazana jest w niej konieczność dokończenia prac ekshumacyjnych na gruncie polskiego prawa, więcej nawet – jak czytamy w przywoływanym uzasadnieniu, właśnie decyzja o ich przerwaniu stanowiła złamanie Kodeksu Postępowania Karnego, „który w artykule 209 i 210 mówi, że: »Jeśli zachodzi podejrzenie przestępczego spowodowania śmierci, przeprowadza się oględziny i otwarcie zwłok« oraz że »W celu dokonania oględzin lub otwarcia zwłok prokurator albo sąd może zarządzić wyjęcie zwłok z grobu«”.
Jeśli chodzi o religijne zastrzeżenia strony żydowskiej (głównie rabina Michaela Schudricha), które były pretekstem do wstrzymania prac, pokazana jest ich całkowita bezzasadność, albowiem wedle prawa żydowskiego: „1. Zmarłego można ekshumować w celu przeprowadzenia ponownego pochówku w Ziemi Izraela. 2. Zmarłego można przenieść do innej mogiły, jeśli pierwszy grób miał być w założeniu tymczasowy. 3. Zmarłego można przenieść z istniejącego grobu, jeśli znajduje się on w miejscu bez nadzoru i istnieje niebezpieczeństwo, że zostanie splądrowany, lub gdzie jest zagrożony powodzią. 4. Jeżeli grób znajduje się w nietypowym miejscu (poza cmentarzem), zmarłego można przenieść i pochować ponownie na cmentarzu żydowskim”.
Po więcej szczegółów odsyłam do wymienionej wcześniej strony http://www.jedwabne-ekshumacja.org/, tu jedynie dodam, że nie tylko nie ma żadnych prawnych i religijnych przeciwwskazań do przeprowadzenia ekshumacji, lecz chociażby z przytoczonych tu fragmentów wynika jasno, że jest ona wręcz konieczna i to zarówno w świetle przepisów polskich, jak i żydowskich. Czego zatem trzeba? Minimum odwagi cywilnej, odporności na naciski tych, którzy boją się potencjalnych ustaleń śledczych i historyków, oraz woli politycznej. Rejwach, jaki podniósł się na wieść o rozpoczęciu prac zespołu prof. Koli i wymuszenie na polskich władzach (w tym, niestety śp. Lechu Kaczyńskim, wówczas ministrze sprawiedliwości - jak wszystko wskazuje, wprowadzonym celowo w błąd) odstąpienia od nich, pokazuje, że wersja wydarzeń upowszechniona przez J.T. Grossa wcale nie jest taka „pewna”, jak chcieli by to widzieć jej zwolennicy. Dlatego na wszelki wypadek woleli nie dopuścić do przeprowadzenia jedynych wiarygodnych (w przeciwieństwie do relacji z „trzeciej ręki”) procedur dowodowych.
III. Wojna o pamięć
No i wreszcie pozostaje kwestia obecnego kontekstu politycznego oraz toczącej się „wojny o pamięć”, wypowiedzianej nam przez stronę żydowską. Chyba dopiero teraz z taką mocą uwidoczniło się spustoszenie, jakie w świadomości międzynarodowej opinii publicznej wywołały publikacje Jana Tomasza Grossa. Można bez cienia przesady powiedzieć, że jego antypolska narracja stała się w minionych latach brudnym fundamentem na którym ufundowano postrzeganie roli Polski i Polaków w II wojnie światowej i przede wszystkim w holokauście. Reakcja na nowelizację ustawy o IPN - zarówno Izraela, jak i środowisk żydowskich oraz zachodnich mediów - nie pozostawia wątpliwości: Jedwabne stało się mitem założycielskim współczesnego antypolonizmu. Jeżeli zostawimy sprawy tak jak są, nigdy się od tego nie uwolnimy. Pozostaniemy narodem zwyrodniałych morderców, współuczestniczącym na równi z „nazistami” w mordowaniu Żydów. Tego nie zwalczy się ustawą (choćby najlepszą i konieczną) – tu potrzeba czegoś więcej: namacalnego dowodu obalającego zakorzenione antypolskie stereotypy. Na dzień dzisiejszy takiego dowodu może nam dostarczyć jedynie ekshumacja w Jedwabnem, dlatego jest ona konieczna również z politycznego punktu widzenia – szczególnie w kontekście roszczeń majątkowych dla których ideologicznym uzasadnieniem jest rzekomy polski „współudział” w Zagładzie.
Dobrze byłoby w miarę możności zaangażować do prac zagranicznych obserwatorów – specjalistów o nieposzlakowanej renomie, by oddalić ewentualne podejrzenia o manipulacje. Musimy znać prawdę, jaka by ona nie była – i to opartą, powtórzę, na twardych dowodach - a nie tendencyjną, sfabrykowaną pod z góry założoną tezę, czarną legendę. Jesteśmy to winni tak sobie, jak i pomordowanym. Stosunki polsko-żydowskie i tak nie będą już gorsze, więc paradoksalnie, to właśnie teraz jest najlepszy moment. Możemy obalić gmach wrogiej propagandy. Potrzeba jedynie nieco odwagi.
Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (09-15.02.2018)
Etykiety: dr Ewa Kurek, ekshumacja w Jedwabnem, Jan Tomasz Gross, Jedwabne, pogrom w Jedwabnem, ustawa o IPN
Jak by tu skombinować bilion złotych? Najlepiej zmusić kogoś, kto go ma, żeby oddał – jak się zdaje, taką receptę wykoncypowała Światowa Organizacja do spraw Restytucji Mienia Żydowskiego (World Jewish Restitution Organization – WJRO). Gwoli wyjaśnienia - WJRO jest swoistym „parasolem” zrzeszającym inne żydowskie organizacje, takie jak m.in. Światowy Kongres Żydów czy Agencja Żydowska, które z kolei często stanowią analogiczny „parasol” dla następnych. Z tych działających w Polsce, członkami WJRO są B'nai B'rith i American Jewish Committee (AJC).
Mamy zatem potężną sieć o światowym zasięgu, która postanowiła pod pozorem „restytucji mienia” położyć rękę na polskim majątku wartym właśnie tytułowy bilion złotych – na tyle bowiem szacują skutki żydowskich roszczeń urzędnicy z którymi rozmawiał „Super Express”. Gazeta dotarła do pisma WJRO skierowanego do Ministerstwa Sprawiedliwości. W dokumencie tym wspomniana organizacja poddaje krytyce projekt tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej, sprzeciwiając się m.in. wyłączeniu spod działania ustawy nieruchomości rolnych, leśnych bądź przemysłowych. Żydowska organizacja domaga się również ścieżki umożliwiającej dochodzenie odszkodowań za przejęte przedsiębiorstwa rodzinne. Dodajmy, że po raz pierwszy WJRO zgłosiła swój sprzeciw w październiku 2017, po zaprezentowaniu przez ministerstwo projektu ustawy. Skrytykowano wówczas m.in. zapisy ograniczające reprywatyzację do osób będących obecnie polskimi obywatelami, którzy ponadto przebywali na polskim terytorium w momencie nacjonalizacji mienia przez komunistyczne władze, zawężenie spadkobierców do krewnych w pierwszej linii i małżonków oraz zaledwie roczny termin składania wniosków o odszkodowanie.
Ale na WJRO konflikt się nie kończy. Jak ujawnił wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, od roku trwa wokół ustawy reprywatyzacyjnej równoległy dyplomatyczny spór z Izraelem. Przedstawiciele izraelskiego rządu, w tym ambasador Anna Azari, domagają się zwrotów nieruchomości w naturze lub 100-procentowej rekompensaty – i wszystko wskazuje na to, że niedawna awantura wokół nowelizacji ustawy o IPN ma drugie dno właśnie w postaci sprawy roszczeń. Mówiąc wprost, izraelski atak miał nas „rozmiękczyć”, byśmy byli bardziej skłonni do ustępstw w kwestii restytucji mienia. Wywieranie tego typu nacisków potwierdziło, choć oględnie, także MSZ w odpowiedzi na interpelację posła Roberta Winnickiego o działania naszej dyplomacji odnośnie procedowanej w USA tzw. „ustawy 447” zobowiązującej amerykański Departament Stanu do wspierania żydowskich roszczeń majątkowych.
Rysuje się zatem scenariusz gry na wielu fortepianach. Z jednej strony lobby żydowskich organizacji forsuje w Kongresie własną ustawę, dającą amerykańskiej administracji oręż prawny do wywierania na polski rząd nacisków. Z drugiej strony natomiast, wspomniane organizacje wraz z Izraelem dokładają starań, by nasze przepisy reprywatyzacyjne gwarantowały realizację założeń „ustawy 447” na polskim gruncie.
No dobrze, ale zważywszy na to, że większość przedwojennych żydowskich właścicieli zginęła w holokauście, najczęściej wraz ze spadkobiercami – to skąd ten bilion? I tu docieramy do sedna, albowiem tak naprawdę organizacje żydowskie ostrzą sobie zęby przede wszystkim na tzw. „mienie bezspadkowe”, zwane w „ustawie 447” mieniem „bezdziedzicznym”. W każdym cywilizowanym kraju majątek pozbawiony spadkobierców przepada na rzecz Skarbu Państwa – i podobnie jest u nas. Jednak WJRO dokłada starań, aby na zasadzie jakiegoś plemiennego prawa współwłasności polskie państwo uznało samozwańczych „spadkobierców” w postaci organizacji zajmujących się restytucją mienia. W 1996 r. otwartym tekstem zakomunikował to ówczesny sekretarz generalny Światowego Kongresu Żydów, Israel Singer: „Ponad trzy miliony Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. My nigdy na to nie pozwolimy (...)”. Nawiasem, Singer został w 2007 r. odwołany ze wszystkich pełnionych funkcji za sprzeniewierzenie środków finansowych, co poniekąd obrazuje z jakiego typu ludźmi mamy do czynienia.
Wracając do tematu – formalnie mienie bezspadkowe miałoby posłużyć wspieraniu ocalałych z holokaustu i działalności edukacyjnej, jestem jednak jakoś dziwnie pewien, że do potrzebujących trafiłyby co najwyżej nędzne resztki. Poucza nas o tym chociażby przykład założonego w 2011 r. przez Agencję Żydowską i rząd Izraela projektu HEART (Holocaust Era Asset Restitution Taskforce), który po przeputaniu 95 proc. przeznaczonych na jego działalność funduszy został w trybie ratunkowym przejęty w 2014 r. przez izraelskie Ministerstwo ds. Seniorów. Inny przykład, to „biznesowa” działalność polskich gmin żydowskich polegająca na „drenażu” przekazywanego im majątku, co swojego czasu opisał „Forbes” m.in. w tekście „Kadisz za milion dolarów”. Okazuje się teraz, że były to zaledwie przedbiegi. Bilion złotych, czyli niemal 300 miliardów dolarów – to jest dopiero wyzwanie godne prawdziwych grandziarzy!
Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 07 (16-22.02.2018)
Etykiety: HEART, Izrael, reprywatyzacja, roszczenia żydowskie, Światowa Organizacja do spraw Restytucji Mienia Żydowskiego, ustawa 447, World Jewish Restitution Organization
I. „Wadliwe kody pamięci”
26 stycznia Sejm przyjął i skierował do dalszych prac w Senacie projekt nowelizacji ustawy o IPN zakładający wreszcie realną walkę z tzw. „błędnymi kodami pamięci”. Pod tym eufemistycznym terminem kryją się historyczne fałszerstwa przypisujące Polsce i Polakom współodpowiedzialność za niemieckie zbrodnie z czasów II Wojny Światowej, w tym przede wszystkim za holokaust – czego symbolem jest wszechobecne w światowych mediach określenie „polish death camps” („polskie obozy śmierci/zagłady”). Kluczowy fragment nowelizacji zawarty w art. 55a brzmi następująco: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie (…) podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3 (...)”.
Jak czytamy w uzasadnieniu projektu, konieczność wprowadzenia powyższego przepisu związana jest z „niesatysfakcjonującymi” rezultatami dotychczasowych inicjatyw mających przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się „wadliwych kodów pamięci”. Osoby prywatne, bądź organizacje pozarządowe interweniujące w tej sprawie napotykały przeszkody natury finansowej (jak można się domyślać – brak funduszy na proces, prawników itp.), a także prawnej. Z kolei reakcje kanałami dyplomatycznymi – głównie w postaci składania not protestacyjnych – kończyły się jedynie częściowym powodzeniem. Wprawdzie niektóre tytuły i agencje informacyjne zobowiązały się do nieużywania fraz typu „polskie obozy”, lecz nie wpłynęło to na ogólny ton dyskursu w zagranicznych mediach – jak wiadomo, zbitka o „polskich obozach” pojawia się wciąż od nowa w kolejnych publikacjach. Ujmując rzecz lapidarnie, polski ustawodawca uznał, że najwyższa pora skończyć z tą ciuciubabką i dać stosownym organom do ręki skuteczne rozwiązanie prawne, penalizujące szkalowanie państwa i narodu polskiego.
Co istotne, w opisywanej nowelizacji zawarto również art. 55b w brzmieniu: „Niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu popełnienia czynu zabronionego niniejszą ustawę stosuje się do obywatela polskiego oraz cudzoziemca w razie popełnienia przestępstw, o których mowa w art. 55 i art. 55a.” - co umożliwi nam ściganie podobnych stwierdzeń również za granicą i w odniesieniu do obywateli innych państw. W ustawie mamy tylko jeden wyjątek, określony w art. 55a p.3: „Nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego określonego w ust. 1 i 2, jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej”. Od siebie dodam od razu, że jest to zbytek łaski – przynajmniej co do „działalności artystycznej” - bo przepis w tym brzmieniu wytrąca polskiemu państwu z ręki broń w przypadku chociażby zniesławiających Polskę filmów.
II. Furia
Jednak, nawet na tak stosunkowo łagodne ujęciu problemu, władze Izraela i środowiska żydowskie zareagowały bezprzykładną furią. Premier Benjamin Netanjahu oznajmił: „Izrael nie będzie tolerował wypaczania przez Polskę prawdy, ani ponownego pisania historii”, prezydent Reuven Rivlin stwierdził, iż Polacy „pomagali” w zbrodniach „nazistowskich”. Deputowany do Knesetu Yair Lapid (typowany na przyszłego premiera Izraela) zamieścił na Twitterze dwa wpisy, jeden bardziej skandaliczny od drugiego: „Wymyślono to w Niemczech, ale setki tysięcy Żydów zostały zamordowane, nie spotykając niemieckiego żołnierza. Były polskie obozy śmierci i żadne prawo tego nie zmieni”, dodając: „Jestem synem osób, które przetrwały Holokaust. Moja babcia została zamordowana w Polsce przez Niemców i Polaków. Nie potrzebuje od was lekcji. Konsekwencje odczuwamy po dziś dzień. Ambasada powinna natychmiast wystosować przeprosiny”. Z kolei ambasador Izraela w Polsce, Anna Azari, demonstracyjnie zrezygnowała z przemówienia w rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz, zaś nowe przepisy skomentowała m.in. słowami: „Rząd Izraela odrzuca tę nowelizację” dodając, iż „traktuje się to jako niemożliwość powiedzenia prawdy o Zagładzie”. Oświadczenie wydał również instytut Yad Vashem alarmując o „ograniczeniu wypowiedzi naukowców i innych osób na temat bezpośredniego lub pośredniego współudziału Polaków w zbrodniach”. Charakterystyczne, że zarówno Azari, jak i Yad Vashem przyznają, że obozów nie zakładali Polacy (Azari), lecz „były organizowane w okupowanej przez nazistów Polsce” (Yad Vashem), ale nie przeszkodziło im to w atakach.
Dodajmy, że na dywanik do izraelskiego MSZ wezwano polskiego wiceambasadora, po czym wydano komunikat w którym stwierdzono: „Oczekujemy, że polski rząd zmieni treść ustawy przed jej ostatecznym przyjęciem i że będzie prowadził dialog z Izraelem na ten temat”. W Polsce natomiast na wniosek strony izraelskiej z Anną Azari rozmawiał z ramienia Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski (czyżby strona izraelska sondowała możliwość prezydenckiego weta?). Swoje dołożył też Światowy Kongres Żydów grzmiąc o „zaciemnianiu historii”. Słowem, awantura na całego.
III. Fiasko „dialogu”
Zatrzymajmy się na chwilę i spójrzmy na rozłożenie akcentów. Mamy tu całą paletę antypolonizmu połączonego z hucpą i uzurpacją. Jest jawne kłamstwo o „polskich obozach” Yair Lapida (co ciekawe, Konrad Kołodziejski z wPolityce.pl ustalił, że żadna z jego „babć” nie zginęła w holokauście – rodzina ze strony ojca to węgierscy Żydzi uratowani przez słynnego Raoula Wallenberga, zaś babcia ze strony matki już przed wojną żyła w brytyjskiej wówczas Palestynie), oraz stwierdzenie, że „naziści” jedynie holokaust „wymyślili”, ale „setki tysięcy Żydów” zostało zamordowanych bez ich udziału (z kontekstu wynika, że przez Polaków). Pada oskarżenie o ograniczanie wolności badań naukowych, co jest kolejnym fałszem, bo ustawa dokładnie to precyzuje w cytowanym powyżej art. 55a p.3. Uderza tu specyficzna logika – z jednej strony np. Yad Vashem przyznaje, że to nie Polacy stworzyli obozy koncentracyjne, ale na jednym oddechu stwierdza, że karanie za sformułowanie „polskie obozy” ogranicza mówienie „prawdy o Zagładzie”. Są wreszcie bezczelne uroszczenia izraelskiego rządu do nadzorowania polskiego procesu legislacyjnego i treści uchwalanego u nas prawa – i to utrzymane w tonie dyktatu. No i nade wszystko – w żadnej wypowiedzi przedstawicieli strony żydowskiej nie pada słowo „Niemcy”. Pojawiają się co najwyżej anonimowi „naziści”.
Cóż to wszystko oznacza? Ano to, że stronie żydowskiej najwyraźniej zależy na tym, by szkalująca zbitka o „polskich obozach” wciąż hulała w najlepsze. Co innego wydać okazjonalne wspólne oświadczenie, jak w 2016 r. (co przypomniał premier Morawiecki), „sprzeciwiające się” terminowi „polskie obozy śmierci” - a co innego, gdy przychodzi do konkretów. Wymowa jest jasna – wmanewrowanie nas we współodpowiedzialność za Holokaust jest elementem konsekwentnie realizowanej (choć nieoficjalnymi kanałami) żydowskiej agendy historycznej. Przytoczone tu reakcje mówią same za siebie, a intencja jest ewidentna: mamy w oczach świata pozostać winnymi, tłumaczyć się, przepraszać, a finalnie – płacić. Uprawiana bez przeszkód antypolska propaganda ma nas rozmiękczyć, byśmy bez szemrania podporządkowali się bezprawnym „roszczeniom” majątkowym organizacji spod znaku „holocaust industry”, takim jak HEART (w której, nawiasem, partycypuje rząd Izraela), oblekającym się w postać przepychanej w USA „ustawy 447”.
A poza wszystkim – tak kończy się „dialogowanie” oparte na fałszu i jednostronnych ustępstwach. Właśnie widzimy efekty wieloletniego chowania głowy w piasek, udawania „znakomitych stosunków” w zamian za zdawkowe pochwały i pozwalania, by to inni pisali za nas historię. Może przynajmniej z tej ponurej hecy wyjdzie tyle dobrego, że skończy się festiwal obłudy. Pozostaje mieć nadzieję, że polskie władze nie wystraszą się własnej odwagi i nie ugną się przed bezczelnym dyktatem – choć, mając w pamięci rejteradę min. Błaszczaka w sprawie Cmentarza Orląt i Ostrej Bramy w nowych paszportach, nachodzą mnie ponure myśli.
Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (02-08.02.2018)
Etykiety: Anna Azari, Benjamin Netanjahu, Izrael, polish death camps, Polska, polskie obozy śmierci, ustawa o IPN, Yad Vashem, Yair Lapid, żydowskie roszczenia, Żydzi
Syndrom „drzwi obrotowych”
Pod-Grzybki 123