Source: http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1769
Timestamp: 2020-08-08 18:13:55
Legal References Found: art. 12
 art. 144
 art. 133
 art. 134
 art. 229
 art. 230
 art. 231

Document Content:
Co by było, gdyby... - Stanisław Michalkiewicz
Felieton • tygodnik „Nasza Polska” • 21 września 2010
„Dziś moja moc się przesili, dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny” – odgrażał się Konrad w III części „Dziadów” Adama Mickiewicza, przystępując do wadzenia się z Bogiem. Z uwzględnieniem wszystkich proporcji przekonamy się wkrótce, czy nasi Umiłowani Przywódcy w osobach parlamentarzystów, rzeczywiście gotowi są porzucić prywatę dla dobra ogólnego. Chodzi oczywiście o zapowiadane zmiany w konstytucji, polegające między innymi na zredukowaniu liczby posłów do 300. Sam mam w tej sprawie raczej złe doświadczenia; kiedy w roku 1992 prosiłem ówczesnych parlamentarzystów o poparcie projektu konstytucji mego autorstwa, większość, doczytawszy do art. 12 odmawiała, bo stanowił on, że Sejm składa się ze 120 posłów. Wskutek tego nie udało mi się uzyskać 50 podpisów, co było warunkiem przyjęcia projektu pod obrady Komisji Konstytucyjnej. Uzyskałem ich niewiele ponad 20, co było wynikiem oczywiście lepszym, niż w Sodomie i Gomorze, gdzie, jak wiadomo, nie znalazło się nawet 10 sprawiedliwych.
Liczba 120 posłów w Sejmie wzięła się zaś stąd, że mój projekt wprowadzał system prezydencki, w którym, dzięki zablokowaniu możliwości rozrastania się biurokracji poprzez prywatyzację sektora publicznego, prezydentowi wystarczyłoby zaledwie 6 ministrów: finansów, obrony, spraw wewnętrznych, spraw zagranicznych, sprawiedliwości oraz gospodarki przestrzennej i ochrony środowiska. Warto zwrócić uwagę, że po wejściu w życie w 1935 roku konstytucji kwietniowej, która dawała prezydentowi prawo wydawania rozporządzeń z mocą ustawy, Kancelaria Prezydenta zatrudniała zaledwie około 70 urzędników – a więc dziesięć razy mniej, niż dzisiaj, kiedy prezydent nie ma właściwie żadnych uprawnień władczych. W sytuacji zaś, gdy liczba komisji sejmowych powinna mniej więcej odpowiadać liczbie resortów wykonawczych, 120 posłów najzupełniej by wystarczyło, zwłaszcza, że w Sejmie, jaki mieliśmy w 1992 roku było niewiele więcej posłów naprawdę rozumiejących funkcjonowanie mechanizmu państwowego. Teraz jest ich oczywiście znacznie mniej, bo - niezależnie od postępującej selekcji negatywnej - do tłumaczenia własnymi słowami dyrektyw Komisji Europejskiej wielkiej mądrości przecież nie potrzeba. Zatem nie potrzeba też 300 posłów; 120 wystarczyłoby w zupełności.
Rządowe pomysły idą też w kierunku zmodyfikowania wyborów do Senatu. Z Senatem jest jednak ten problem, że w obecnym kształcie nie bardzo wiadomo, po co właściwie istnieje. W moim projekcie próbowałem uczynić z Senatu obrońcę autonomii samorządu terytorialnego przed zakusami władzy państwowej. Wprawdzie do Senatu mógłby być wybrany każdy obywatel po osiągnięciu wymaganego wieku, ale nie każdy mógłby wybierać senatorów. Podobnie jak we Francji, wyborcami senatorów byliby tzw. „obywatele kwalifikowani”, to znaczy tacy, którzy sami piastują funkcje publiczne z wyboru. Zdecydowaną ich większość stanowiliby członkowie samorządów terytorialnych. Senatorowie uzależnieni od takich wyborców już by z pewnością autonomii i interesów samorządowych pilnowali.
Najlepszym zaś gwarantem autonomii samorządów, a jednocześnie hamulcem rządowej rozrzutności byłaby reforma finansów publicznych, polegająca między innymi na odwróceniu obecnego systemu. W systemie obecnym poborcą prawie wszystkich dochodów publicznych jest rząd centralny, który potem subwencjonuje samorządy, obciążane stosownymi zadaniami. Odwrócenie tego systemu polegałoby na tym, iż poborcą podatków (które też należałoby uprościć i obniżyć) byłyby gminy (bo samorządy powiatowe i wojewódzkie należałoby bezwzględnie zlikwidować, ponieważ były one pomyślane przez AWS i UW jako nowe synekury dla zaplecza politycznego partii). Gminy z uzbieranych podatków płaciłyby określaną przez Sejm – i oczywiście Senat - na każdy rok z góry składkę na państwo, a co ponadto – zachowywałyby dla siebie. Taki system sprzyjałby większej dbałości władz gminnych o stworzenie mieszkańcom jak najlepszych warunków do bogacenia się – i o to właśnie chodzi.
Niestety rządowe pomysły idą w odwrotnym kierunku, tzn. – w kierunku rozszerzenia samowoli rządu między innymi poprzez dalsze osłabienie władzy prezydenta, który w tej sytuacji nie wiadomo dlaczego miałby być wybierany w głosowaniu powszechnym i to spośród kandydatów którzy uzbierali już nie 100, a 300 tysięcy podpisów. Przecież takim prezydentem można byłoby mianować nawet konia i nikt nie zauważyłby różnicy. Być może premier Tusk pragnie w ten aluzyjny sposób poinformować społeczeństwo o swojej ocenie kwalifikacji prezydenta Komorowskiego, ale jeśli nawet ta opinia jest trafna, to dłużej klasztora, niż przeora i konstytucję powinno się przykrawać nie do możliwości aktualnego prezydenta, tylko rzeczywistych potrzeb państwa. Bo pomysł, by prezydenckie weto mogło być obalone zwykłą, a nie kwalifikowaną, jak dotąd większością głosów oznacza, że do dotychczasowych 6 kaftanów bezpieczeństwa, jakimi prezydent jest skrępowany (wymóg kontrasygnowania przez premiera aktów urzędowych prezydenta – art. 144 ust. 2, obowiązek „współdziałania” z premierem i właściwym ministrem w zakresie polityki zagranicznej – art. 133 ust. 3 i „pośrednictwo” ministra obrony narodowej i premiera w zakresie sprawowania przez prezydenta zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi – art. 134 ust. 2, 4 i 5, konieczność „wniosku” rządu dla wprowadzenia stanu wojennego – art. 229, konieczność „wniosku” rządu na wprowadzenie stanu wyjątkowego – art. 230 i konieczność „zatwierdzania” rozporządzeń o stanie wojennym oraz wyjątkowym przez Sejm – art. 231), rząd proponuje dodać kaftanik siódmy.
Najwyraźniej twórcy konstytucji z roku 1997 musieli uważać prezydenta za wariata wyjątkowo niebezpiecznego, skoro skrępowali go tak dokładnie. Z jednej strony, po prezydenturze Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego, takie podejście łatwiej zrozumieć, ale z drugiej – niepodobna nie zauważyć, że wprowadzenie systemu prezydenckiego pozwoliłoby tego wszystkiego uniknąć. Oczywiście tak sobie tylko teoretyzujemy, bo jak rząd mówi, że zmieni konstytucję, to mówi. Po pierwsze – musiałaby mu na to pozwolić razwiedka, a po drugie - nawet gdyby jej nie było, to posłowie pozostałych klubów nie ukrywają, że na żadne redukcje liczebności Sejmu się nie zgodzą.