Source: http://cyfroteka.pl/ebooki/Trzylecie__Broszury_emigracyjne_1941-1942-ebook/p00630044i006
Timestamp: 2020-06-03 10:31:56
Legal References Found: art. 3
 art. 1
 art. 1
 Art. 2
 Art. 3
 Art. 4
 art. 3
 Art. 1
 Art. 2
 Art. 3
 Art. 4
 Art. 5
 Art. 6
 Art. 7
 Art. 8
 Art. 9
 Art. 10
 Art. 11
 Art. 12
 Art. 13
 Art. 14

Document Content:
Trzylecie. Broszury emigracyjne 1941-1942 << KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
00479 007040 18467298 na godz. na dobę w sumie
Trzylecie. Broszury emigracyjne 1941-1942 - ebook/epub
Autor: Liczba stron: 524
Wydawca: Wydawnictwo UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1980-3 Data wydania: 2020-04-15
'My Polacy, wychowani na kulcie beznadziejnych i tragicznych aktów rozpaczy mamy skrzywiony pogląd na kwestię wojny. Dla normalnego państwa 35-milionowego wojna to tylko instrument polityki narodowej. Wojna to nie harakiri szlachcica japońskiego, który zadowala swe uczucia zemsty za honor obrażony zabijając sam siebie. Wojna to nie demonstracja modlącego się tłumu, który z pieśnią na ustach szarżowany jest przez kozaków zaopatrzonych w białą i palną broń. Wojna się nie mierzy ilością bohaterskich zgonów, lecz ilością zwycięstw. Wojnę się zaczyna nie po to, by umierać, lecz po to, by wygrać.'
Broszury Mackiewicza to nie tylko pamiętnik czasu wojny widzianej oczyma wytrawnego komentatora politycznego, nie tylko świadectwo rozpaczliwej walki Wilnianina o uratowanie jego małej ojczyzny, i nie tylko ciężki akt oskarżenia pod adresem polityków polskich okresu drugiej wojny światowej – to również zapis bezlitosnej lekcji polityki, jaką nasz czołowy realista polityczny odebrał z rąk wrogów… i sojuszników Polski.
Lekcji, którą swoją drogą wciąż mamy do odrobienia.
Jan Sadkiewicz
Stanisław Cat-Mackiewicz Trzylecie Broszury emigracyjne 1941–1942
© Copyright by Author’s inheritors and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2014 © Copyright for Cat-Mackiewicz znany i nieznany by Jan Sadkiewicz and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2014 ISBN 978-83-242-2007-6 Opracowano na podstawie wydania: Październik 1941. Fakty i dokumenty, Londyn 1941; Listopad 1941. Fakty i dokumenty, Londyn 1941; Grudzień 1941. Fakty i dokumenty, Londyn 1941; Styczeń 1942. Fakty i dokumenty, Londyn 1942; Cała prawda, Londyn 1942; Lwów i Wilno, Londyn 1942; Czarnym atramentem, Londyn 1942; Cel najbliższy, Londyn 1942; Timeo Danaos et dona ferentes, Londyn 1942; Trzylecie, Londyn 1942. TAiWPN Universitas dziękuje Dyrekcji Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie za udostępnienie skanów oryginalnych broszur stanowiących podstawę niniejszej edycji. W książce zachowano styl Autora, uwspółcześniając jedynie pisownię i ortografię. Wyróżnienia w tekście są oryginalne. Przypisy oraz uwagi w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji niniejszego wydania. Opracowanie redakcyjne Jan Sadkiewicz Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray
Październik 1941 Fakty i dokumenty Traktat polsko-sowiecki z 30 lipca 1941 roku Założenia ogólne Wydawnictwo, które rozpoczynam, ma na celu powtarzanie dokumentów, ustalanie faktów i wypowiadanie o nich niezależnego sądu, nieprzepuszczanego przez miechy i trąby hymnów pochwalnych i zachwytów na rozkaz. Układ polsko-sowiecki z 30 lipca uważam za błąd, za narodową i państwową klęskę. Z polityką wypływającą z tego układu chciałbym przystąpić do walki. Poniżej czytelnik znajdzie zestawienie znanych mu faktów. Wynika z nich jasno, że 1) układ polsko-sowiecki zawarty w dniu 30 lipca 1941 roku nie ziścił tego, co nam obiecał premier Sikorski w swojej mowie. Żądania w stosunku do Sowietów, które w tej mowie wypowiedział, nie zostały uwzględnione. 2) Że układ został potępiony przez wielu Polaków, niezależnie myślących, przez ministrów, którzy się podali do dymisji, przez całe stronnictwa, jak np. Stronnictwo Narodowe. 3) Żeśmy przystąpili do rokowań o układ niezgrabnie, w najgorszej dla nas koniunkturze, w nieodpowiedniej chwili. 4) Że oswobodzenie jeńców polskich na terenie Rosji sowieckiej – wydarzenie samo w sobie nader szczęśliwe – mogło być osiągnięte bez układu z naszej strony, jako wynik po prostu tego faktu, że Hitler napadł na Sowiety, że Sowiety znalazły się w sytuacji sojusznika Anglii i że nie mogły dalej więzić obywateli sojusznika swojego sojusznika. 5) Że armia polska w Rosji, rzecz pożądana, szczęśliwa, dobra – temu nie mam zamiaru zaprzeczać – mogła być tak samo uzyskana drogą zupełnie innego układu, niż ten, który został podpisany. 6) Że Sowiety zobowiązały się wobec nas tylko w stosunku do „hitlerowskich” Niemiec, a nie Niemiec w ogóle. Był niegdyś chytry i wrogi nam minister, nazywał się Stresemann. Osiągał on wielkie korzyści na terenie międzynarodowym dla swojego państwa i zamawiał na siebie samego krytyki, potępienia i ataki w prasie niemieckiej. Pokazywał to kontrahentom i powiadał: „Patrzcie, jak mnie wymyślają za to, że wam ustąpiłem. Czyż mogę ustępować jeszcze więcej?”. U nas obecnie jest wręcz odwrotnie. Nasz rząd robi ustępstwo na terenie międzynarodowym i zamyka usta krytykom, łamie pióra niezależnym dziennikarzom, a natomiast sam wydaje sterty pism, w których sam o sobie drukuje dytyramby i hymny pochwalne, słowa chronicznego triumfu. Kilka dat ogólnie znanych W dniu 18 marca 1921 został w Rydze podpisany pakt pokoju Rzeczypospolitej Polskiej z Sowietami, ustalający granice pomiędzy dwoma państwami. W art. 3 tego traktatu Rosja i Ukraina zrzekły się wszystkich swoich pretensji i praw na zachód od linii granicznej, Polska zaś zrzekła się wszelkich pretensji i praw na wschód od tej linii. Polska zrzekła się części dziedzictwa Jagiellonów, Rosja części zaborów cesarzowej Katarzyny II. W latach po traktacie ryskim Rosja stale zasilała swymi pieniędzmi agitację wśród polskiej, żydowskiej, ukraińskiej i białoruskiej ludności Rzeczypospolitej, zdążającą bądź do przekształcenia Polski na czerwoną Polskę i członkinię Sowieckiego Związku Republik Socjalistycznych, bądź do oderwania od Polski jej ziem wschodnich. Ale jednocześnie z tą agitacją państwo sowieckie podpisało z naszym państwem szereg umów, w których obie strony zobowiązały się do utrzymywania stosunków pokojowych. W dniu 9 lutego 1929 roku podpisaliśmy z Sowietami protokół wprowadzający pakt Kellogga. W dniu 25 lipca 1932 – pakt o nieagresji. W dniu 3 lipca 1933 – pakt zawierający definicję napastnika. W tym pakcie, o ironio! na skutek inicjatywy ze strony sowieckiej zostało postanowione, że nie wolno wprowadzać wojsk na cudze terytorium pod żadnym pozorem i że pozorem tym nie mogą być braki administracji ani zamieszki, wywołane przez strajki, rewolucje ani wojny. W dniu 5 maja 1934 roku przedłużyliśmy nasz pakt o nieagresji z Rosją do roku 1945. Te wszystkie pakty, podpisy i zobowiązania nie uchroniły nas jednak od tego, że w tragicznym dniu 17 września 1939 roku Sowiety wkroczyły zbrojnie na nasze terytorium, czym uniemożliwiły nam dalsze prowadzenie wojny z Niemcami. W tym dniu Sowiety działały jako sojusznik Niemiec, z którym zawarły w dniach 22 września i 28 września 1939 roku umowy, dzieląc terytorium Rzeczypospolitej pomiędzy sobą1. W dalszym ciągu Sowiety, tak samo jak Hitler, złamały prawo międzynarodowe, włączając przed zakończeniem wojny terytorium polskie do swego państwa. Sowiety wcieliły nasze terytorium do swoich republik i przeprowadziły nawet na naszym terytorium „wybory” do swego parlamentu. Oczywiście były to wybory w cudzysłowie, wybory na modłę sowiecką. Niewielu Polaków zgodziło się brać udział w tej komedii. Jednak znaleźli się tacy zdrajcy, o ileż gorsi od targowiczan, którzy te mandaty do parlamentu obcego państwa z polskiego terytorium przyjęli. Wśród tych ludzi znalazła się też pisarka polska, Wanda Wasilewska, była redaktorka „Promyka”2. W październiku 1939 roku zostało Wilno oddane przez Sowiety Litwinom, ale w czerwcu 1940 roku, po klęsce Francji, państwa nadbałtyckie, a w ich liczbie Litwa, zostały przez Sowiety zajęte i znowu przyłączone do państwa sowieckiego. Dyktator czerwonej Rosji, Stalin, od sześciu lat przed wybuchem wojny prowadził politykę mającą na celu wywołanie wojny państw europejskich pomiędzy sobą. Od chwili wybuchu wojny polityka jego zdążała do przedłużenia tej wojny. Rachuby go jednak zawiodły i w dniu 22 czerwca 1941 roku został napadnięty przez Hitlera. Tutaj się zaczyna historia polsko-sowieckiego paktu z 30 lipca 1941 roku. Sojusznik naszego sojusznika Z chwilą wybuchu wojny z Niemcami Sowiety stały się siłą faktu sojusznikiem Wielkiej Brytanii. Czy mogły wobec tego więzić tysiące i setki tysięcy naszych obywateli, utrzymywać nadal naszych oficerów i żołnierzy w obozach jeńców, zaludniać swe pustynie naszymi kobietami i dziećmi, powywożonymi z Polski? Nasza prasa oficjalna, zamiast trąbić ciągle twierdzenie, że nie możemy być w wojnie z Rosją, ponieważ jest ona sojusznikiem Wielkiej Brytanii, powinna była pamiętać, że to Rosja, jako sojusznik Wielkiej Brytanii, nie może być z nami w wojnie i że Rosja, jako napastnik, pierwsza powinna się zwrócić o rokowania pokojowe. Tak czy inaczej, zwolnienie naszych jeńców, wypuszczenie Polaków z więzień musiało się stać nie tylko naturalnym żądaniem Anglii, ale i koniecznością dla rządu sowieckiego. Czy jednak należało od razu po wybuchu wojny przystąpić do rokowań z władzą sowiecką i do jakich rokowań? Od chwili 17 września 1939 roku byliśmy z Sowietami w stanie wojny – wojnę zakańcza się normalnie traktatem pokojowym, do traktatu pokojowego usiłuje każda dyplomacja przystępować albo w najlepszej dla siebie koniunkturze, albo w razie klęski, by uratować to, co się uratować daje. Otóż nasza wojna z Sowietami, rozpoczęta de iure i de facto w dniu 17 września 1939 roku, nie zakończyła się oczywiście zwycięstwem Polski nad Sowietami, ale także nie można powiedzieć, by zakończyła się w dniu 22 czerwca 1941 roku zwycięstwem Sowietów nad nami. Wręcz przeciwnie: od daty powyższej zaczyna się pochód wojsk niemieckich, który usunął wojska i władze sowieckie z polskiego terytorium. Z kolei należy się zapytać, czy czerwiec 1941 roku był chwilą najdogodniejszą dla zawierania paktu z Rosją sowiecką. Sądzę, że na to należy odpowiedzieć wyrazem: nie. Sądzę, że im później byśmy ten traktat zawarli, tym lepsze moglibyśmy uzyskać warunki. Anglicy, ten wspaniały naród, jedyny może naród na świecie umiejący tak doskonale rządzić i tak dalece narodową prowadzić politykę, Anglicy, ten naród, na polityce którego powinniśmy się zawsze wzorować, przyjęli oczywiście z otwartymi ramionami nowego sojusznika. Każdy nowy sojusznik Anglii w tej wojnie, ze względów aż nadto zrozumiałych, rozumnych i uzasadnionych, witany jest przez nich serdecznie i staje się natychmiast popularny. Była popularną Grecja, gdy zaczęła wojnę, była nią Jugosławia, teraz stały się Sowiety. Czy może być coś naturalniejszego z punktu widzenia angielskich interesów? Przecież Anglicy nie mieli ani Szkocji, ani Walii pod okupacją sowiecką. Należało sobie więc zdać sprawę, że w czerwcu 1941 roku siadamy do rokowań nie tylko z państwem od nas silniejszym, nie tylko z państwem, które posiada jeszcze ogromną armię, podczas gdy my straciliśmy naszą armię na polach Polski, a później we Francji, i dziś mamy stosunkowo bardzo nieliczne oddziały, ale także z państwem, które jako sojusznik, nie tylko „nowy”, ale i „niespodziewany”, jest czymś dla Anglii w rodzaju solenizanta, czyli siadamy do rokowań z Sowietami w jak najgorszej dla nas koniunkturze. Mimo tego jednak nie słyszałem głosów protestu wśród społeczeństwa polskiego, gdy p. premier Sikorski wygłosił w dniu 23 czerwca przez radio mowę, wypowiadając pokojową ofertę w stosunku do Sowietów. Ale przecież w tej mowie p. premier Sikorski w imieniu Polski bardzo twardo i bardzo godnie wypowiadał swe warunki. Gdybyśmy te warunki spotkali później w tekście umowy, nie byłoby wśród nas żadnego na ten temat oburzenia. Niestety rokowania z Sowietami odbiegają od formuł wypowiedzianych przez premiera Sikorskiego w jego mowie z 23 czerwca i protesty, których z początku nie było, których nie było i potem przeciwko samej zasadzie umowy z Sowietami, zaczynają się budzić i powstawać. Protesty te wypowiadają: a) członkowie rządu, b) polskie stronnictwa polityczne, w Londynie reprezentowane. W dniu 25 lipca ustąpili z rządu ministrowie: spraw zagranicznych Zaleski, minister bez teki gen. Kazimierz Sosnkowski, minister sprawiedliwości Marian Seyda, a to na skutek niezgodności poglądów z premierem w sprawie projektowanej umowy polsko-sowieckiej. Minister Sosnkowski, konstytucyjny następca obecnego prezydenta Rzeczypospolitej3, wytłumaczył powody swego ustąpienia w liście do „Daily Telegraph” z dnia 7 sierpnia, który brzmi, jak następuje: Szanowny Panie. – W związku z artykułem pióra Pańskiego korespondenta dyplomatycznego pod tytułem Dwóch więcej Polaków złożyło dymisję – konflikt z powodu Rosji w wydaniu z dnia 2 sierpnia mam nadzieję, że pozwoli mi Pan poprawić pewne nieścisłości. Nigdy nie byłem i nie jestem przedstawicielem arystokracji, a w rządzie zajmowałem stanowisko zastępcy prezesa Rady Ministrów i powierzona mi była ważna funkcja. W młodości mojej walczyłem o wolność mojego kraju w szeregach Polskiej Partii Socjalistycznej w najbardziej trudnych warunkach konspiracji. Od chwili wybuchu wojny służyłem mojemu krajowi jako żołnierz, niezwiązany z żadną partią polityczną, a poglądy moje pozostały prawdziwie demokratyczne. Chociaż nie jestem wielbicielem komunizmu, jednak w pełni doceniam konieczność zespolenia wszystkich dostępnych sił w walce przeciwko głównemu nieprzyjacielowi i przyczyna mojej rezygnacji wynikła z zupełnie odmiennych rozważań. Mogę tylko powiedzieć, że chociaż szczerze pragnąłem porozumienia rosyjsko-polskiego, głosowałem przeciwko zawarciu układu w formie, w jakiej on został nam zaproponowany, nie z powodu uprzedzeń jakichkolwiek w stosunku do politycznego czy społecznego systemu Rosji, ale ponieważ uważałem, że układ ten zapoznaje pewne zasadnicze prawa mojego kraju, którego sprawa – wedle oświadczenia prezydenta Roosevelta – jest natchnieniem ludzkości. Prawdopodobnie będzie Pan mógł uznać moje stanowisko, jeśli powiem, że zostałem głęboko wstrząśnięty, gdy następnego dnia po zawarciu paktu przeczytałem artykuł w jednym z kierowniczych pism brytyjskich, który występuje z poglądem, że „przewodnictwo w Europie Wschodniej może przypaść tylko Niemcom albo Rosji”, i zaleca twórcom przyszłego pokoju dzieło kongresu wiedeńskiego z roku 1815, który potwierdził rozbiory mojego kraju, jako wzór bardziej godny uwagi aniżeli traktat wersalski z roku 1919, który uznał niepodległość Polski. Znamienne jest także ustąpienie ministra Zaleskiego, wielkiego przeciwnika polityki Becka, człowieka otoczonego prawdziwym szacunkiem korpusu dyplomatycznego całej Europy, wreszcie polityka bardzo ostrożnego i powściągliwego, któremu dotychczas zarzucano raczej ustępliwość niż porywczość lub maksymalizm żądań. Już choćby to ostatnie świadczy najgorzej o treści podpisanego układu. Pan Marian Seyda, członek Stronnictwa Narodowego, był zawsze zwolennikiem porozumienia z Rosją, jak to sam zawsze w oficjalnych enuncjacjach podkreślał. A jednak nie mógł dać swojej zgody na takie porozumienie, jakie zostało zawarte. Prasa rządowa polska w Londynie o ustąpieniu tych ministrów doniosła opinii publicznej z dużym ociąganiem. Stronnictwo Narodowe złożyło dnia 28 lipca premierowi Sikorskiemu memoriał, nastrojony negatywnie wobec formuł, w które ubrany miał być pakt polsko-sowiecki. W PPS w tymże czasie doszło do głosowania na „Komitecie Zagranicznym”. Należy tu wyjaśnić, że ze wszystkich stronnictw polskich jedynie Stronnictwo Narodowe jest reprezentowane na uchodźstwie przez swojego prezesa i przez prezesa swej Rady Naczelnej. Inne stronnictwa są tu reprezentowane jedynie fragmentarycznie. Członkowie CKW PPS (Centralnego Komitetu Wykonawczego Polskiej Partii Socjalistycznej) i członkowie Rady Nadzorczej tej partii oraz prezes sądu partyjnego połączyli się w ciało, które nazwali Komitetem Zagranicznym. Na Komitecie doszło w dniu 28 lipca do głosowania, przy czym czterech jego członków: Adamczyk, Lieberman, Grosfeld i Stańczyk, głosowało za układem, trzech członków: Ciołkosz, Ciołkoszowa i Tomaszewski – przeciw. Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Pracy ustosunkowało się pozytywnie do układu. W dniu 30 lipca 1941 o godzinie czwartej minut trzydzieści doszło do podpisania umowy polsko-sowieckiej. Nie można tego nazwać ustępstwem wobec Polski Punkt 1 art. 1 tej umowy brzmi, jak następuje: Rząd ZSRR uznaje, że traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 roku dotyczące zmian terytorialnych w Polsce utraciły swą moc. Zauważmy, że ten właśnie punkt stał się powodem do błędnych, naszym polskim zdaniem, a tak bardzo nas krzywdzących interpretacji ze strony prasy sowieckiej i części angielskiej, o czym będziemy pisać później. Na razie stwierdzimy tylko, że unieważnienie traktatów polsko-sowieckich nastąpiło nie w dniu 30 lipca, lecz w dniu, w którym Hitler napadł na Rosję, siłą samego faktu napaści i wojny sowiecko-niemieckiej. Brak bilateralności Punkt 2 art. 1 brzmi: Rząd polski oświadcza, że Polska nie jest związana z jakimkolwiek trzecim państwem żadnym układem zwróconym przeciwko ZSRR. W tej formie uderza brak bilateralności. Nie można zrozumieć, dlaczego Polska ma oświadczać, że nie posiada układów przeciwko Sowietom, o których wszyscy dokładnie wiedzą jedno, a mianowicie, że ich nie ma, a natomiast nie mają tego jednocześnie oświadczyć Sowiety, które takie układy zawierały, jak chociażby układ z Litwą, zabierający nam Wilno. To odstępstwo od zasady bilateralności, przestrzeganej tak skrupulatnie, z taką, graniczącą czasami ze śmiesznością, pedanterią we wszystkich aktach dyplomatycznych zawieranych pomiędzy dwoma państwami suwerennymi, jest czymś więcej niż niechlujstwem formy. Mieści ono w sobie niebezpieczeństwa może dalekie, może mgliste, może tylko potencjalne na razie, które jednak uszły uwagi tych, którzy ze strony Polski ten układ podpisywali. Żyjemy w czasach przełomowych. Czasy parcelacji państw minęły, nadchodzą czasy komasacji państw. Wojna wysunęła możliwości federacji państw leżących między Niemcami a Rosją i zagrożonych niebezpieczeństwem ze strony Niemiec i niebezpieczeństwem ze strony Rosji. Ale nie trzeba zapominać, że jest inna koncepcja, reprezentująca wielkie dla Polski niebezpieczeństwo, polegająca na odtworzeniu idei pansłowiańskich i zlaniu „wszystkich strumieni słowiańskich”, jak to wieszczył kiedyś Puszkin, w „morzu rosyjskim”, uczynienia z Rosji jedynej wielkiej strażnicy antyniemieckiej na wschodzie Europy. Wiemy, że tej koncepcji byli bliscy zawsze Czesi, którzy są pod tym względem w szczęśliwszym od nas położeniu, bo nie mają z Rosją terytoriów spornych, bo są od Rosji oddzieleni bardzo bezpiecznie murem zwartej polskiej masy etnograficznej. W tych warunkach artykuł powyższy nabrzmiewa niebezpieczeństwem koncepcji, która by przyłączała wszystkie inne państwa wschodniej Europy do czerwonej Rosji w charakterze państw hołdowniczych czy jedynowiernych, jak to jest obecnie z zewnętrzną Mongolią w stosunku do Związku Sowieckiego. W tak drażliwej sytuacji, w jakiej się znajdujemy, nie pora jest na łamanie ustalonych zwyczajów przy formułowaniu aktów dyplomatycznych, nie pora na zaniedbywanie bilateralnej zasady przy podpisywaniu zobowiązań. Armia polska w Rosji, „hitlerowskim Niemcom” Następne artykuły umowy brzmią: Art. 2 Stosunki dyplomatyczne między obu rządami będą przywrócone z chwilą podpisania niniejszego układu i sprawa wymiany ambasadorów natychmiast załatwiona. Art. 3 Oba rządy zobowiązują się wzajemnie do udzielania sobie wszelkiego rodzaju pomocy i poparcia w obecnej wojnie przeciw hitlerowskim Niemcom. Art. 4 Rząd ZSRR oświadcza swą zgodę na tworzenie na terytorium ZSRR armii polskiej, której dowódca będzie mianowany przez rząd polski w porozumieniu z rządem ZSRR. Armia polska na terytorium ZSRR podlegać będzie w sprawach operacyjnych Naczelnemu Dowództwu ZSRR, w którym armia polska będzie reprezentowana. Wszystkie szczegóły dotyczące dowództwa, organizacji i użycia tej siły zbrojnej będą ustalone dalszym układem. Oceniając układ z całym obiektywizmem, muszę stwierdzić, że istnienie armii polskiej w Sowietach, prócz wielu stron ujemnych, posiada też poważne strony dodatnie. W wojnach koalicyjnych największe odnosi korzyści nie ten, kto pierwszy strzela i pierwszy pada, lecz ten, kto ostatni ma karabin w garści. Mieć broń w swym ręku podczas wojny, oto jest zasada, która przyświecała podczas tamtej wojny Piłsudskiemu i która wtedy dała dobre rezultaty. Wobec tego stworzenie armii polskiej jest plusem nie tylko z punktu widzenia dużej ilości Polaków w Rosji, którzy oczywiście będą bardzo szczęśliwi, mogąc zamienić kazamaty więzienne na namioty wojskowe, lecz także w interesie Polski, jakkolwiek – powtarzam – posiada to też swoje strony ujemne, z których nie ostatnią jest owo podporządkowanie naszej armii naczelnemu dowództwu sowieckiemu pod względem operacyjnym. Przecież armia angielska nie była podporządkowana dowództwu francuskiemu we Francji przez pierwsze trzy lata tamtej wojny. W art. 3 mowa jest, że oba rządy będą sobie pomagać przeciw „hitlerowskim” Niemcom. Wynika z tego, że obowiązek Rosji pomagania Polsce ustaje, gdyby Niemcy zmieniły formę rządów i stały się cesarskie, republikańskie lub… bolszewickie. A przecież bomby rzucane na Niemcy mają między innymi na celu wywołanie rewolucji w Niemczech. Amnestia Do układu dodany został protokół następujący4: Z chwilą przywrócenia stosunków dyplomatycznych rząd sowiecki udziela amnestii wszystkim obywatelom polskim, którzy są obecnie pozbawieni swobody na terytorium ZSRR bądź jako jeńcy wojenni, bądź na innych odpowiednich podstawach. Wyraz „amnestia” użyty w tym dokumencie został powszechnie uznany za gafę pierwszej wielkości. Nawet zdecydowany obrońca traktatu p. St. Sz., piszący w wydawanej przez Sztab Naczelnego Wodza „Polsce Walczącej”, nie mógł, jako znany prawnik, dać swego rozgrzeszenia za użycie tak nieodpowiedniego w tym miejscu terminu. Oczywiście, że musieliśmy wymagać od rządu Sowietów uwolnienia tych wszystkich, którzy w interesie Polski występowali przeciwko okupacyjnym władzom sowieckim i byli przez te władze aresztowani, sądzeni i skazani. Ale nawet w stosunku do tej pierwszej kategorii wyraz „amnestia” byłby nieodpowiedni. Natomiast wręcz nieprzyzwoitością jest zastosowanie wyrazu „amnestia” do uwolnienia jeńców wojennych. Wyraz „amnestia” w stosunku do jeńców wojennych w traktatach pokojowych był używany tylko wtedy, gdy chodziło o takich jeńców wojennych, którzy już w niewoli dopuścili się jakiegoś przestępstwa przeciwko prawom lub przepisom regulaminowym tego państwa, które ich więziło, i zostali za to ukarani. Jeniec, który próbował uciekać, został złapany i za karę osadzony w więzieniu, otrzymywał zwykle amnestię w chwili zawierania pokoju. Ale w żadnym wypadku „amnestia” nie mogła być i nie była stosowana do tych jeńców wojennych, których jedynym przestępstwem było to, że zostali przez swoją własną ojczyznę zmobilizowani, wcieleni do szeregów i że dostali się do niewoli w charakterze oficerów i żołnierzy. Tam, gdzie się mówi „amnestia”, tam musi być jakieś – rzeczywiste czy urojone, istotne czy formalne – przestępstwo, a jakież przestępstwo może być w tym, że ktoś był w mundurze i walczył na rozkaz swoich władz przełożonych z wkraczającymi wojskami nieprzyjaciela? Dlaczegóż zamiast wyrazów „rząd sowiecki udziela amnestii wszystkim obywatelom polskim” nie napisano zwyczajnie: „rząd sowiecki oswabadza wszystkich obywateli polskich”? Tyle co do formuły protokołu dodatkowego, a teraz co do jego treści. Jestem wilnianinem, znajomym, przyjacielem, krewnym i bliskim krewnym wielu ludzi, którzy zostali przez władze sowieckie zesłani, aresztowani, deportowani. Nie można mnie podejrzewać, że nie cieszę się jako człowiek, przyjaciel, krewny z ich uwolnienia, z uratowania im życia. Każdy człowiek ma prawo do ratowania życia i szczęścia swoich bliskich. Ale mimo tego nasuwają mi się następujące uwagi: Czyżby rząd sowiecki z chwilą, w której został sojusznikiem Anglii, mógł nadal więzić Polaków, obywateli państwa sojuszniczego Anglii? Wiemy, że rząd sowiecki zwolnił ze swoich więzień 50 rabinów, obywateli litewskich, jakkolwiek nie wszedł dotychczas w żadne stosunki z reprezentacją narodową litewską i jakkolwiek Litwa nie jest sojusznikiem Anglii. Po prostu nowa wojna nakazuje Sowietom zmienić niektóre ich metody. Cóż z tego byłoby zresztą bardziej naturalne od tego, aby Anglia, posyłająca do Sowietów broń, ubrania i pieniądze, zażądała od nich zwolnienia obywateli polskich i polskich jeńców wojennych. Wobec tego zwolnienie Polaków z więzień i niewoli w Sowietach, samo przez się będące wydarzeniem nader szczęśliwym, nie tyle może jest skutkiem zawarcia w dniu 30 lipca polsko-sowieckiego układu, ile w ogóle skutkiem tego, że Rosja, napadnięta przez Hitlera, musiała stanąć w rzędzie państw wojujących z Niemcami. Ale prócz tego należy poruszyć jeszcze rzecz inną, najbardziej zasadniczej natury. Rząd polski powinien dbać o Polaków, ale winien przede wszystkim dbać o Polskę. Marszałkowi Pétainowi można zarzucić, że zanadto dba o Francuzów, że nie chce, aby byli na wojnie kaleczeni, zabijani, ale natomiast nie dba o Francję. Nie ma takiego Polaka, który by się zgodził na oddanie Sowietom Wilna i Lwowa, czy nawet zakwestionowanie przynależenia Wilna i Lwowa do Polski, za cenę otworzenia drzwi więźniom i jeńcom polskim, tak samo jak nie ma Polaka, który by się zgodził na zakwestionowanie polskości Poznania, Krakowa i Warszawy za wypuszczenie jeńców i więźniów Polaków z niemieckich obozów koncentracyjnych. Nie można więc z wypuszczenia Polaków robić celu całej naszej polityki wobec Sowietów. Celem naszym jest niewątpliwie odzyskanie integralności terytorialnej tak samo na wschodzie, jak i na zachodzie. Nota angielska Do angielskiego słowa przywiązujemy wielkie znaczenie, ponieważ Anglicy słowa dotrzymują. Dlatego otuchą i radością napełniła nas nota, którą wręczył minister Eden naszemu premierowi natychmiast po podpisaniu układu. Nota brzmiała: W związku z podpisaniem w dniu dzisiejszym układu polsko-sowieckiego pragnę skorzystać ze sposobności, by zawiadomić Pana, że, zgodnie z postanowieniami układu o pomocy wojennej między Wielką Brytanią a Polską z dnia 25 sierpnia 1939 roku, Rząd Jego Królewskiej Mości w Zjednoczonym Królestwie nie powziął w stosunku do ZSRR żadnych zobowiązań, które by dotyczyły stosunków między tym państwem a Polską. Pragnę również zapewnić Pana, że Rząd Jego Królewskiej Mości nie uznaje żadnych zmian terytorialnych dokonanych w Polsce od sierpnia 1939 roku. Ale tego samego dnia wieczorem miała miejsce w Izbie Gmin następująca wymiana zdań: Kapitan McEwen zapytał, czy ma rację, przypuszczając, że w wyniku tego układu rząd brytyjski nie przedsiębierze żadnej gwarancji granic w Europie Wschodniej. Minister Eden: Tak, proszę pana. Wymiana not, które odczytałem Izbie, nie pociąga za sobą żadnej gwarancji granic. Pan Mander zapytał w sprawie gwarancji granic, czy istniejąca gwarancja wobec Polski przedsięwzięta przed wojną jeszcze obowiązuje. Minister Eden: Nie ma, jak powiedziałem, żadnej gwarancji granic. O co tu chodzi? „Gwarancja zaciągnięta wobec Polski jeszcze przed wojną”, którą miał na myśli p. Mander, to właśnie układ polsko-angielski z dnia 25 sierpnia 1939 roku, podpisany przez wicehrabiego Halifaxa z angielskiej, a hrabiego Raczyńskiego z naszej strony. Układ ten był zawarty dwa dni po zawarciu niemiecko-sowieckiego paktu o nieagresji, czyli w chwili, w której można było już przewidywać, że Sowiety pójdą za Niemcami, tak jak to się stało w pierwszej fazie obecnej wojny. Układ Halifax–Raczyński postanawia, że Anglia i Polska będą się nawzajem bronić przed napastnikiem i że żaden układ, zawarty w przyszłości, nie może osłabić tego zobowiązania. W tych warunkach na specjalną uwagę zasługuje oświetlenie tygodnika angielskiego „Truth”, w którym czytamy: Istotna wartość tego układu polega dla Wielkiej Brytanii na tym, że pozwala nam on z czystym sumieniem umyć ręce w sprawie zagadnienia polsko-rosyjskiego. Przyrzekliśmy odbudować Polskę i bez podpisania układu bylibyśmy zobowiązani po pobiciu Niemiec oderwać pozostałe prowincje polskie od naszego sprzymierzeńca rosyjskiego. Obecnie, skoro Rosja i Polska doszły do porozumienia, miłosiernie oszczędzono nam tego obowiązku. Bez znaczenia jest fakt, że rząd polski, który podpisał ten układ, nie może ani porozumieć się z tymi, w których imieniu, jak twierdzi, przemawia, ani też nie ma żadnej władzy nad nimi. Nie ma żadnych danych, że sami Polacy, poza warstwami rządzącymi, pragną ponownie oderwać się od większej jednostki gospodarczej. Nasze pierwotne przyrzeczenie zostało udzielone Beckowi oraz Śmigłemu-Rydzowi, i stało się zadość wymaganiom honoru, skoro Sikorski i Raczkiewicz zwalniają nas z niego. Słusznie też można odczuwać ulgę wobec usunięcia niebezpieczeństwa, które groziło wciągnięciem nas w jeszcze dalszą interwencję na kontynencie. Dwie interpretacje Najgorszą konsekwencją umowy polsko-sowieckiej z dnia 30 lipca jest dwojakość jej interpretacji. Inaczej rozumiemy ten układ my, Polacy, a inaczej Sowiety, a jeszcze inaczej prasa angielska, przynajmniej niektóre jej organy. Po stronie polskiej wszyscy zgodnie uważamy i uważać musimy, że skoro Sowiety oświadczyły, że nie uznają swych umów z Niemcami o podziale Polski, to tym samym uznają stan terytorialny sprzed 1 września 1939 roku. Toteż zgadzamy się najzupełniej z p. prezesem Mikołajczykiem, gdy powiada w swej mowie radiowej w dniu 1 sierpnia: Rosja sowiecka dobrowolnie oświadczyła, że, podpisując umowę, uznaje niepodległe państwo polskie i uznaje publicznie swój podpis pod niemiecko-sowieckim rozbiorem Polski za unieważniony. Jest to więc powrót do stanu sprzed września 1939 roku i chyba tylko wrogowie Polski mogliby inaczej komentować ten punkt układu, który zdecydował się podpisać rząd Polski ze Związkiem Sowieckich Republik Rad. Nie tylko zgadzamy się z p. Mikołajczykiem, ale idziemy dalej. Uważamy, że gdybyśmy na chwilę przypuścili, że układ polsko-sowiecki oddaje Rosji nasze ziemie wschodnie, tobyśmy stracili prawo żądania od naszych żołnierzy poświęceń wojskowych. Mamy prawo żądać od naszych żołnierzy poświęcenia życia, aby ziemie polskie odzyskać dla Polski, ale nie mamy prawa żądać od nich poświęceń życia, aby te ziemie odzyskać dla… Rosji. Ale niestety nie wszyscy Rosjanie i nie wszyscy Anglicy podzielają interpretację p. Mikołajczyka. Przede wszystkim „Izwiestia”, oficjalny, najoficjalniejszy organ sowieckiego rządu, wystąpiły w dniu 3 sierpnia, a więc w trzy dni po podpisaniu z nami umowy, z przedziwnym artykułem, w którym pisząc po rosyjsku, pisały stale o naszym premierze per „pan” Sikorskij. Każdy, kto zna obyczaje bolszewickie, wie, że wyraz „pan” w ustach bolszewika lub piórem sowieckiego dziennikarza ma charakter obelżywy, jest wyzwiskiem, którym obrzuca propaganda sowiecka naszą armię, nasze państwo i nasz naród. Pisało się tam stale: „pany i oficerjo” lub „pany i biełobandyty”. „Dziennik Polski”, organ naszego rządu w Londynie, zamieścił ten artykuł „Izwiestii” w tłumaczeniu polskim, dopuszczając się jednak tej małej nielojalności wobec czytelnika, że gładko przetłumaczył sobie owo bolszewicko-rosyjskie „pan” Sikorskij na polskie… p. Sikorski, co stanowi tłumaczenie… zbyt dosłowne, albo raczej całkiem fałszywe, gdyż w tłumaczeniu rosyjskiego „pan” na polskie „pan” zatraca się dźwięk obelżywy, który bolszewicy wiążą z tym wyrazem. W tym artykule „Izwiestia” oświadczyły, że traktat rosyjski nie jest wieczny, że ziemie wschodnie Polski są zamieszkane przez Ukraińców i Białorusinów i wiele innych takich rzeczy, których się zazwyczaj nie pisze w oficjalnych organach ministerstw spraw zagranicznych w dwa dni po podpisaniu pokojowego traktatu. Niestety jeszcze dalej poszły niektóre gazety angielskie w swej błędnej i krzywdzącej dla nas interpretacji polsko-sowieckiego układu z dnia 30 lipca. Tutaj jednak ograniczymy się w odpowiedzi do słów kardynała Hinsleya, który pięknie oświadczył: „Sprawdzianem szczerości, z którą walczymy o sprawiedliwość, jest nasza troska o zmartwychwstanie Polski”. Anglicy powinni pamiętać, że ziemie wschodnie były przez Sowiety zajęte tylko i wyłącznie na skutek naszych działań wojennych przeciwko Niemcom. A więc tak samo jak Kraków, Warszawę i Poznań, tak samo Wilno i Lwów straciliśmy w wojnie z Niemcami. Nie było tu jakichś dwu dramatów, był jeden dramat – nasza wspólna z Anglią wojna przeciwko Niemcom. Rada Narodowa stara i nowa W dniu 3 września ukazał się dekret prezydenta mianujący nowych ministrów na miejsce tych, którzy opuścili rząd w imię protestu przeciwko podpisaniu nieszczęsnej polsko-sowieckiej umowy. Zostali mianowani: p. Mikołajczyk ministrem spraw wewnętrznych, które skupia w sobie zagadnienia… policji i kultury (dziwne połączenie w rządzie demokratycznym; nie wiem, do którego z tych działów pan Mikołajczyk będzie miał większe zamiłowanie, a do którego większe zdolności), p. Popiel ministrem bez teki i p. Lieberman ministrem sprawiedliwości. Pikanteria ostatniej nominacji polega na ogólnie znanym fakcie, że p. Lieberman tak nienawidzi Konstytucji 23 kwietnia, że woła nawet na zebraniach publicznych: „Nie ma konstytucji!”. Wszystkie państwa rozbitki zgromadzone w Londynie szanują swe konstytucje, przestrzegają skrupulatnie konstytucyjnych przepisów; na czas trwania wojny republikanie norwescy godzą się z konstytucją monarchiczną, rojaliści francuscy z konstytucją republikańską, a u nas p. Lieberman woła: „nie ma konstytucji” i potem zostaje „stróżem praw”. Jeśli uważa, że nie ma prawa zasadniczego, fundamentalnego, to zaiste niewiele będzie miał do stróżowania. Jednocześnie nastąpiło rozwiązanie Rady Narodowej. Przeciwko samemu rozwiązaniu nie myślę występować, poważne zastrzeżenia budzi tylko chwila, w której ta Rada została rozwiązana. Rada miała kompetencje „beiratu”5, miała opiniować dekrety ustaw, gdy tego rząd zechce, ale uważano, że Rada jest namiastką parlamentu. Otóż rozwiązanie Rady w chwili rekonstrukcji rządu przekreśliło jej charakter parlamentarny, podkreśliło jej charakter beiratowy. Jak się okazało, rząd do administrowania tymi resztkami resztek pieniędzy, które nam pozostały, parlamentu nie potrzebuje, swoje kryzysy bez parlamentu załatwia. Kiedyś było „cuius regio, eius religio”, teraz jest „jaki rząd, taka Rada”. Rada nie została zwołana po podpisaniu układu z 30 lipca. Według moich, może mylnych obliczeń w Radzie przeciwnicy tego układu stanowili większość jednego głosu. Rada poprzednia składała się: a) Z przedstawicieli czterech opozycyjnych wobec „reżimu sanacyjnego” stronnictw: narodowców – pp. Bieleckiego i Folkierskiego, oraz przedstawicielki narodowej organizacji kobiet p. Zaleskiej, socjalistów – pp. Adamczyka, Ciołkosza i Liebermana, ludowców – pp. Banaczyka, dr. Jaworskiego i Mikołajczyka, Stronnictwa Pracy – p. Korfantowej i p. Kwiatkowskiego. b) Z członków dwóch innych stronnictw, których powołano nie jako przedstawicieli tych stronnictw, lecz ad personam i istotnie ad personam traktowano. Myślę tu o członku ONR p. Jóźwiaku i o konserwatyście, to jest o sobie. c) Z osób powołanych jak się zdaje po to, aby oswobodzić rząd od zbytniego krępowania się stronnictwami. Osoby te – należy im to przyznać z całym szacunkiem – przeważnie te nadzieje zawiodły, przeciwnie, starały się coś robić, czegoś się domagać. Byli to: p. Filipowicz, były ambasador w Waszyngtonie, ks. dr Gawlina, biskup polowy wojsk polskich, p. Nowakowski, znakomity dziennikarz, oraz gen. Żeligowski. d) Z przedstawicieli ludności polskiej poza granicami państwa polskiego: pp. Bożka, Szymanowskiego i Szczerbińskiego. e) Z przedstawiciela mniejszości żydowskiej pana Schwarzbarta. Należy tu zaznaczyć, że mniejszość żydowska została specjalnie uprzywilejowana. Inne mniejszości Rzeczypospolitej, nie mniej od Żydów liczne, jak np. Ukraińcy, nie miały w Radzie swoich przedstawicieli. Ale nie miało to wielkiego znaczenia, bo sama Rada miała znaczenie minimalne. Zobaczcie, jak się z niej nabija p. Nowakowski w swym wspaniałym felietonie w numerze 39 „Wiadomości Polskich”6. Kto wejdzie do nowego beiratu? Mówi się o podziale przyszłej Rady na cztery stronnictwa z wykluczeniem outsiderów, no i oczywiście wszelkich piłsudczyków (chociaż zdaje się, że piłsudczycy stanowią jeszcze pokaźną liczbę i na emigracji, i co ważniejsze – także w… kraju), i o uzupełnieniu jej osobami zachwyconymi układem polsko-sowieckim. Mówi się więc o p. Stanisławie Grabskim, przed czternastu laty usuniętym ze Stronnictwa Narodowego. Tutaj stara ciocia historia, która wszystko pamięta, robi nieprzyjemny grymas na twarzy. Panu Grabskiemu zarzucano, że w czasie tamtej wielkiej wojny oddawał Lwów hrabiemu Bobrińskiemu, rosyjskiemu dygnitarzowi. Rząd niewątpliwie chciałby mieć w przyszłej Radzie endeków, ale „dobrych” endeków, to znaczy potulnych, miłych endeków, nierobiących kłopotów, klaszczących w obie dłonie, gdy głos zabiera sam pan premier. W tym jednak jest ambaras, że prezes endeków jest człowiekiem źle wychowanym, mającym nawet powiedzieć rzekomo, że nie da sobie mianować członków własnego stronnictwa, człowiekiem niezależnym i niezłomnym. Ze wszystkich stronnictw jedynie Stronnictwo Narodowe posiada na londyńskim gruncie swego prezesa i prezesa swej Rady Naczelnej. Zdaje się, że ze wszystkich stronnictw posiada najwięcej adherentów na gruncie emigracji. O wiele więcej narodowcy są potrzebni przyszłej Radzie, niż przyszła Rada narodowcom. Sytuacja trochę podobna jest wśród socjalistów. Pan Adam Ciołkosz jest członkiem Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS. Pan Lieberman od 1934 roku nie był już wybierany do tego grona. Pan Ciołkosz, jak to uznają mniej więcej wszyscy, prócz oczywiście zainteresowanych, ma o wiele większe wpływy wśród socjalistów w kraju aniżeli p. Lieberman. Ale p. Ciołkosz jest przeciwnikiem układu i dawnym przyjacielem obecnego premiera. Kiedyś ze złym uśmiechem powiedział stary wiedeński Adler o naszym Daszyńskim: „A der kaiserlich-konigliches Hof und Burg sozialist”7. Ironia austriackiego socjalisty była złośliwa i niesłuszna, ale pojęcie socjalista rządowy się przyjęło. Tak samo jak rząd chce mieć w przyszłej Radzie „swoich” endeków, tak samo chce mieć „swoich” socjalistów. Chciałby mieć endeków bez Bieleckiego, socjalistów bez Ciołkosza. Ludowcy! Ktoś powiedział, że ten cały nasz podział „Jedności Narodowej” na cztery rzekome stronnictwa, to wszystko jest jedną wielką fikcją. Życie nie da się zamrozić, zatrzymać, spetryfikować, umieścić pod kloszem. Stronnictwa mają reprezentować kraj, a ileż w kraju zaszło zmian w poglądach, uczuciach, doktrynach. To uczucie fikcji, gdy chodzi o stronnictwo reprezentujące w Londynie uczucia pozostawionego kraju, ten londyński kościół ocalony i triumfujący wobec tamtego kościoła cierpiącego – potęguje się specjalnie, gdy myślimy o Stronnictwie Ludowym. Składa się ono z kilku autentycznych członków Stronnictwa Ludowego oraz podobno z kilkunastu urzędników, którzy teraz poczuli się kmiotkami, jakkolwiek chyba nigdy wcześniej nic podobnego do głowy im nie przychodziło. Poza tym przyzna mi chyba czytelnik, że o ile każdy Polak znał i słyszał w kraju nazwisko Witosa, a prawie każdy nazwiska śp. Rataja i śp. Thugutta, o tyle 90% przybyłych z kraju do Anglii żołnierzy, lotników i marynarzy nigdy w kraju nie słyszało ani o p. Kocie, ani o p. Mikołajczyku. Narodowcy, socjaliści to są stronnictwa oparte na swojej własnej filozofii politycznej, narodowcy i socjaliści to nie tylko zgrupowania polityczne, to także szkoły myślenia politycznego, to stronnictwa historyczne. Tak samo zresztą ONR był wybuchem dynamicznym opartym na ideowej szkole myślenia Romana Dmowskiego, nie mówiąc już o najstarszej szkole myślenia politycznego w Polsce, o konserwatystach. Nic podobnego ludowcy nie reprezentują. W Polsce nigdy nie mieli nawet własnego dziennika, nigdy jakiegoś miesięcznika. Ich prasa to różne „Piasty” lub wydawnictwa podobne, była prasą pierwszej potrzeby partyjnej, nigdy nie była czytywana przez inteligencję, żadnego wpływu na formowanie się głębszych poglądów politycznych nie miała. Narodowcy, socjaliści to są stronnictwa istniejące od kilkudziesięciu lat. A ludowcy? Ileż przeszli przemian, ileż razy się tworzyli, konsolidowali i znów rozłazili, nazywali, zmieniali nazwę, godzili, kłócili, zależnie od wpływu takiego czy innego organizatora. Ileż tego było: stojałowszczycy i stapińszczycy, Zaranie i Piast i Wyzwolenie i Stronnictwo Chłopskie i okoniowcy i Odrodzenie. Bez końca. Niedosyt myśli politycznej równoważył przesyt walk personalnych. Przed wojną skonsolidowali się, ale niuanse pozostały. Tutaj w Londynie reprezentowany jest tylko jeden niuans. Graliński był innego, to go brutalnie zlikwidowano. Stronnictwo Pracy. To sojusz części chadecji z prawicą enpeeru8. Nie tyle partia, ile partyjka. Na czele tego stronnictwa stoi zręczny i inteligentny polityk p. Popiel, ale przecież śmieszny jest ten parytet „Stronnictwa Pracy” z istotnie poważnymi liczbowo stronnictwami, jak narodowcy lub socjaliści. Obawiam się, że Rada Narodowa, powołana przez rząd w obecnych warunkach, nie będzie mogła reprezentować ani kraju, ani emigracji. Byłaby na to rada. W kraju zorganizować wyborów nie można, ale na emigracji – dlaczegóż by nie. W czasie wielkiej wojny Anglicy mieli wybory podczas wojny i urny wyborcze jeździły na front, lokowały się w okopach9. Jeśli się obecnie wygłasza mowy polemiczno-polityczne przed frontem żołnierzy, co stanowi zwyczaj całkiem nowy, moim zdaniem wybitnie niewłaściwy, to dlaczegóż by nie dać naszym oficerom prawa głosowania, które im przyznaje nawet ta Konstytucja 23 kwietnia, tak okrzyczana za swoją rzekomo niedemokratyczność. Anglików na pewno ani nie zdziwi, ani nie urazi, że urządzamy w swoim gronie wybory. Lotnikom, marynarzom i w ogóle żołnierzom, którzy dziś jeszcze mają sposobność brać udział w akcji bojowej, rzucać swe życie na szalę poświęceń, przyznałbym prawo wyborcze dziesięciokrotnie większe od zwykłego emigranta, czy też od oficera i żołnierza, który w akcji bojowej obecnie udziału nie bierze. Uważam, że ten, kto życie wystawia co dzień na sztych, jak lotnik, ma większe dziś prawo do zabierania głosu w sprawach polskich i że trzeba to chociażby symbolicznie uznać. Rada obrana przez emigrację nie mogłaby oczywiście reprezentować kraju, ale reprezentowałaby przynajmniej emigrację, a zresztą działalność Rady Narodowej, z tytułu prawa bardzo ograniczona, będąca cieniem cienia jakiejś roboty prawodawczej, dotyczyła przecież i tak głównie spraw emigracyjnych. Jedyną realniejszą pracą Rady Narodowej było opiniowanie budżetu, czyli wypowiadanie swych skromnych poglądów na to, jak mają być użyte te resztki resztek pieniędzy polskich. Nie rozumiem, dlaczego by w tych sprawach nie miał się wypowiadać ogół obywateli polskich, a nie tylko rząd i jego kontynuacja w postaci mianowanej Rady. Gdy się tak ciągle ma na języku wyrazy „wolność” i „demokracja”, należy coś zrobić, aby się do form demokratycznych zbliżyć, zwłaszcza wtedy, gdy nie są one ani straszne, ani szkodliwe. Dlaczegóż by nie? Poniżej projektuję szkic ordynacji wyborczej do Rady Narodowej, uzupełniając w ten sposób swoją myśl, że Rada Narodowa powinna być nie powoływana przez rząd, lecz wybierana przez uchodźstwo, przy tym ci, którzy walczą, powinni mieć dziesięciokrotnie większe prawo głosu od innych. Art. 1. Rada Narodowa RP składa się z 20 członków i jest obieralna. Art. 2. Wybory są tajne, bezpośrednie i stosunkowe. Czynne prawo wyborcze służy wszystkim oficerom i żołnierzom polskiej armii, lotnictwa i marynarki, oraz wszystkim pełnoletnim obywatelom polskim przybyłym do Wielkiej Brytanii w dniu 1 października 1939 roku lub później. Art. 3. Bierne prawo wyborcze posiada każdy obywatel mający czynne prawo wyboru. Art. 4. Oficerom i żołnierzom biorącym udział w akcji bojowej przeciw nieprzyjacielowi w czasie ostatnich trzech miesięcy przed rozpisaniem wyborów przysługuje prawo 10 głosów. Art. 5. Cała Wielka Brytania stanowi jeden okręg wyborczy. Art. 6. Powołuje się Główną Komisję Wyborczą. W skład Głównej Komisji Wyborczej wchodzi 10 sędziów Rzeczypospolitej Polskiej, z tym, że przede wszystkim wchodzą w jej skład członkowie Sądu Najwyższego, potem najstarsi wiekiem członkowie sądów apelacyjnych, potem najstarsi wiekiem członkowie sądów okręgowych, potem innych sądów. W tym celu od chwili ogłoszenia dekretu niniejszego sędziowie zamieszkali w Wielkiej Brytanii winni się zgłosić piśmiennie do ministra sprawiedliwości z podaniem swego urzędu i wieku. W tydzień po ogłoszeniu dekretu niniejszego minister sprawiedliwości na podstawie tych zgłoszeń ustala skład Głównej Komisji Wyborczej. Art. 7. Główna Komisja Wyborcza wybiera w głosowaniu tajnym spośród siebie głównego komisarza wyborczego. Art. 8. Główna Komisja Wyborcza w porozumieniu z Rządem i Sztabem Naczelnego Wodza ustali podział Wielkiej Brytanii na obwody wyborcze, ogłasza go i ustala kalendarz wyborczy. Art. 9. Listy wyborcze należy zgłaszać do Głównej Komisji Wyborczej. Każda lista wyborcza winna zawierać 20 lub mniej kandydatów na członków Rady Narodowej i dowolną ilość zastępców. Winna być podpisana przez co najmniej 50 obywateli polskich. Główny komisarz wyborczy ustali numerację tych list. Art. 10. Obwodowe komisje wyborcze składają się z prezesa i dwóch członków, mianowanych przez Główną Komisję Wyborczą i mężów zaufania wszystkich list wyborczych, o ile takowi są mianowani. Art. 11. Każdy obywatel polski mający prawo wyborcze w myśl niniejszego dekretu i chcący wziąć udział w głosowaniu winien się stawić do Komisji Obwodowej, która jest najbliższa miejscu jego zamieszkania, z paszportem polskim i kartą rejestracyjną angielską. Wojskowi stawiają się z dokumentami wystawionymi przez swe oddziały w myśl instrukcji, którą wyda Sztab Naczelnego Wodza. Po zbadaniu jego tożsamości przez Komisję stawia się pieczątkę, na paszporcie lub dokumentach wojskowych, stwierdzającą, że dany obywatel skorzystał z prawa wyborczego, i daje się mu kopertę, do której wyborca wkłada tajnie kartkę z numerem listy, na którą głosuje. Obywatele korzystający z uprawnień 10 głosów otrzymują koperty innego koloru, ale wolno im oddać swe głosy tylko na jedną z list wyborczych, pod karą nieważności głosu. Art. 12. Głosowanie trwa od dziewiątej rano do szóstej wieczór. Po jego zakończeniu Komisja Wyborcza przystąpi do obliczenia głosów i rezultaty telegraficznie zakomunikuje Głównej Komisji Wyborczej. Art. 13. Po podsumowaniu głosów oddanych w całej Wielkiej Brytanii Główna Komisja Wyborcza przydzieli mandaty listom poszczególnym na podstawie metody de Hondta. Art. 14. Członkowie komisji wyborczych otrzymują diety za czas swego urzędowania. Wysokość ich ustali Rząd w porozumieniu z Główną Komisją Wyborczą. Odwaga cywilna a swoboda prasy Polacy są narodem odważnym, lubią poświęcać i siebie, i swój naród, swoje państwo. Ale Polak chętniej pójdzie na gilotynę za swoje przekonania polityczne, niż zgodzi się na chodzenie w wytartych portkach i bez możliwości zaproszenia przyjaciół na „reprezentacyjne śniadanie”. Chińczyk nie bał się śmierci, ale bał się ucięcia głowy toporem, Polak boi się być zdeklasowany. Tymczasem wszyscy Polacy w Wielkiej Brytanii są tak czy inaczej na utrzymaniu rządu. Oczywiście są wyjątki, na przykład nasi lotnicy – to dzisiaj ludzie całkowicie niezależni, bo są niezastąpieni, ale minister, radca narodowy, urzędnik, woźny – ten w każdej chwili może być wylany. Jakże mało ludzi zdało sobie sprawę, że najłatwiej obronią swą godność ludzką przed stałą zależnością finansową od rządu, gdy pójdą do fabryk na robotników fizycznych. Strach przed wyszmelcowanym10 ubraniem, przed deklasacją społeczną jest u nas zbyt wielki. Mówiło się w kraju, że obywatele polscy są uzależnieni od rządu. Ależ to była dziecinna zabawka w porównaniu z tym, co dzieje się na emigracji. Tutaj każdy jest tak finansowo uzależniony od rządu, jak małoletnie dziecko od porywczego, kapryśnego ojca. Jeśli tatuś jest w dobrym humorze, to da na kino, jeśli go zęby bolą – to nie zapłaci nawet za mleko. Aż mnie dziwi, że rząd, uzależniwszy od siebie każdą polską duszę w tym kraju, wciąż się jeszcze boi i stosuje metody, które ośmieszają jego „demokratyczność”. Mam na myśli sprawy prasowe. W związku ze sprawą „Jestem Polakiem” rząd wydał komunikat w dniu 22 listopada zeszłego roku, że „ze względu na jedność narodową (…) wychodzić powinno na obczyźnie tylko jedno pismo polityczne, a mianowicie »Dziennik Polski«”. Na tak „demokratyczne” stanowisko odpowiedziałem listem otwartym do pana premiera, wskazując, że monopol rządu na prasę polityczną stanowi cechę wyłącznie ustrojów totalistycznych. Nikt dotychczas nie wpadł na ten koncept poza Stalinem, Mussolinim i Hitlerem. Nawet półtotalistyczna Hiszpania nie ma monopolu rządowego na prasę polityczną. Pisząc ten list, nie występowałem bynajmniej w obronie „Jestem Polakiem”. Gdyby tu chodziło o „Robotnika”, broniłbym tak samo „Robotnika”. Moja walka z rządem Składkowskiego o wolność prasy była swego czasu dość głośna i nie chciałem, aby mi ktoś zarzucił, że nie mając własnej gazety, biorę mniej do serca sprawę swobody prasy. Zasada ogłoszona w komunikacie rządu z dnia 22 listopada nie została jednak wcielona w życie. „Dziennik Polski” nie był jedynym pismem politycznym na obczyźnie. Prócz „Dziennika” wychodziły także subsydiowane przez rząd „Wiadomości Polskie”, zamieszczające stale artykuły polityczne, zaczęła wychodzić również subsydiowana przez rząd „Myśl Polska”, pismo o wyraźnie politycznym charakterze, wychodził, aczkolwiek rzadko, „Robotnik”, żydowska „Przyszłość” i wreszcie „Zwrot”. Oczywiście były to wszystko pisma polityczne. Poza tymi pismami wojsko wydaje szereg wydawnictw. Ale wystarczyło, aby „Wiadomości” i „Myśl” wypowiedziały zdanie przeciwne polityce rządowej, jak się to stało z powodu paktu z Sowietami, aby rząd cofnął subsydium. Dopiero wtedy się okazało, że subsydia, których wydawanie motywowane było względami kulturalnymi, w istocie uwarunkowane były popieraniem rządu przez subsydiowane pismo. Krótko mówiąc: szkoła charakterów. Ciągle się mówi o tym, że pisma muszą ulegać ścisłej cenzurze rządowej, aby nie szkodzić interesom Polski, tymczasem właśnie w „Dzienniku Polskim”, oficjalnym organie rządu, znajdujemy artykuły najszkodliwsze dla racji stanu państwa polskiego, jak o tym w innym miejscu pisać będziemy. Niedostatek papieru, spowodowany stanem wojny, wpłynął na to, że Polacy otrzymali od Anglików ograniczone kwantum papieru na swoje potrzeby. Rząd miał tym papierem administrować, przydzielać go wydawnictwom i periodykom, ale rząd zarezerwował go w całości na własne wydawnictwa, względnie na pisma wyraźnie i ultrarządowe, jak odebrany p. Ciołkoszowi „Robotnik” lub frontomorżowy „Zwrot”, a niezależnym dziennikarzom, gdy się zgłaszają o licencje na papier, powiada się, że papieru nie ma. Organy wydawane przez rząd, jak „Dziennik Polski”, są dziwnie niepowściągliwe w chwaleniu rządu. Ponieważ „Dziennik” jest jedną z agend rządu, jak to oficjalnie ogłoszono, chwalenie rządu przez „Dziennik” równa się chwaleniu samego siebie, czyli samochwalstwu. Czyż to naprawdę stanowi właściwą metodę podnoszenia autorytetu rządu? Jeszcze w szkole słyszałem maksymę: „Samochwała w kącie stała”. Instytucja prasy ma wtedy znaczenie, i to wielkie, ogromne znaczenie, gdy jest instytucją niezależną. Wtedy i tylko wtedy ma wagę sąd, ocena, opinia prasy. Gdzież jest ten cenzor? Nawet zwolennicy umowy polsko-sowieckiej z dnia 30 lipca są zgorszeni tym słodkawym tonem, z którym się u nas zaczęło mówić o Sowietach w wypowiedziach radiowych i w oficjalnym „Dzienniku Polskim”. Oto przed chwilą wzrok mój padł na artykulik „Dziennika”, w którym autor z niesłychanym rozczuleniem opisuje, jak to polskiego gen. Andersa oswobodził z więzienia Beria, szef gepistów11, jak to Anders po dwudziestu miesiącach więzienia poszedł do pięciopokojowego mieszkania, gdzie go czekała „uważająca służba” (sic), „garderoba, bielizna” – szczebiocze autor felietoniku w zachwycie. Nie wiem, na co mianowicie „uważała” służba przysługująca gen. Andersowi, a o ile chodzi o garderobę i bieliznę, to znów takiego nadmiaru jej w Sowietach nigdy nie było. Współpracownik „Dziennika” porównuje Andersa do Kościuszki, a Berię do cesarza Pawła I. No… dużo by się dało powiedzieć o tych porównaniach, ale obawiam się, że tego rodzaju nastrojowymi opisami nie zachęci nas „Dziennik” do paktu 30 lipca. Bądź co bądź, potrafimy odróżnić szefa gepistów od ptaszka pojawiającego się w promieniach słoneczka. Całość felietoniku o Andersie i Berii przypomina mi rzewną nowelę Sienkiewicza: Lux in tenebris lucet, w której chory młody człowiek w gorączce widzi śliczną zjawę, swoją ukochaną Tolę, zjawiającą się w puklach jasnych włosów. Otóż Beria to jednak nie Tola z puklami jasnych włosów. Zresztą można o tym wszystkim powiedzieć, że to jest rzecz gustu. Już p. Nowakowski protestował przeciwko temu, że „Dziennik” nazywa najazd i wszystkie jego konsekwencje „zejściem na manowce”. Jesteśmy chyba u skraju godności narodowej, gdy używamy takich wyrażeń. W tymże „Dzienniku” p. Eugeniusz Hinterhoff napisał szereg artykułów, wyłuszczając swój pogląd na politykę Stalina i Becka. Nie będę z tym poglądem polemizować, zaznaczę tylko, że uważam go za arcypowierzchowny, arcyfałszywy, arcypłytki i arcynaiwniutki. Nie będę polemizował dlatego, że właśnie skończyłem pracę nad książką, którą nazwałem: O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona, w której przepracowałem politykę Becka od 2 listopada 1933 roku12 do 17 września 1939 roku, i w polemice z p. Hinterhoffem odsyłam go do tej książki. Oczywiście p. Hinterhoff będzie mógł moją pracę po koleżeńsku określić takimi samymi wyrazami, jakich ja użyłem w stosunku do jego artykułów. To mu wolno. Ale są rzeczy, których mu nie wolno. Oto mam w tej książce hiperkrytyczny stosunek do polityki Becka, ale gdy oświetlam konflikty tez Becka i tez Hitlera, gdy chodzi o walkę tez polskich z tezami niemieckimi, to oczywiście, że biorę stronę tezy polskiej. Nie chcę się tym chwalić – uważam to za rzecz naturalną. A oto p. Hinterhoff w najbardziej dla nas drażliwych konfliktach sowiecko-polskich bierze stronę Sowietów i wypowiada to w piśmie poświęconym propagandzie interesów Polski. Mało tego. Broni polityki Sowietów wtedy, gdy ich nic i nikt obronić nie jest w stanie. Polityka Stalina była oczywiście zupełnie inna, niż to sobie p. Hinterhoff naiwniutko wyobraża. Stalin dążył do tego, aby państwa demokratyczne zniszczyły państwa faszystowskie, a państwa faszystowskie zniszczyły państwa demokratyczne, a wcale nie do obrony demokracji i wolności, jak się p. Hinterhoffowi zdaje. Ale oto p. Hinterhoff pisze, a organ rządu polskiego drukuje: Woroszyłow postawił w formie kategorycznej żądanie dania wojskom sowieckim baz do działania w rejonie Wilna, jako podstawy do działania na Prusy Wschodnie, oraz w Małopolsce Wschodniej – żądania te zostały przez ambasadorów Mocarstw zakomunikowane 16 sierpnia Beckowi, który je odrzucił. Rozmowy wojskowe komplikują się z powodu sprzeciwu państw bałtyckich, a przede wszystkim Polski, na propozycje sowieckie uzyskania baz na ich terytoriach. Z całego tonu p. Hinterhoffa i z całości jego artykułu wynika, że potępia on naszą politykę za odrzucenie żądania Sowietów co do urządzenia przed wojną sowieckiej bazy wojskowej w Wilnie. Pan Hinterhoff zapomina, że na takie samo żądanie Sowietów urządzenia baz na ziemi fińskiej Finowie odpowiedzieli wojną o niepodległość i wówczas cały świat demokratyczny był z Finami; zapomina, że gdy Pétain zgodził się na żądania Japończyków co do baz w Indochinach, to cały świat zareagował na to pogardą dla Pétaina. Co tu zresztą dużo mówić. Jakim prawem drukuje polski organ propagandowy zdanie, że powinniśmy byli Sowietom Wilno oddać na bazę? Chyba wiemy, co to jest sowiecka baza. W dalszym ciągu pan Hinterhoff pisze: Jak podaje Max Werner w Battle for the World13, sprzeciwy Polski zostały przełamane i dnia 23 sierpnia szef francuskiej misji wojskowej generał Faury telegraficznie zawiadomił Paryż o zgodzie rządu polskiego na wszystkie warunki współpracy z Sowietami – zgoda na wszczęcie rokowań została wyrażona przez Becka w nocy z 21 na 22 sierpnia, gdy dowiedział się o wyjeździe Ribbentropa do Moskwy14 – było, niestety, już za późno, gdyż tego samego dnia Ribbentrop podpisał w Moskwie pakt, który niewątpliwie kilka miesięcy wcześniej mógł podpisać lord Halifax… Co to wszystko znaczy? Przecież to jest po prostu przenoszenie winy za pakt sowiecko-niemiecki z 23 sierpnia z Sowietów na Polskę. Nie mówię już o tym, że takie stawianie sprawy jest z gruntu fałszywe, ale dlaczego głoszeniem tego rodzaju poglądów ma się zajmować organ polskiej propagandy? W artykułach p. Hinterhoffa co krok spotykamy podobne skandaliczne rozejście się z naszymi interesami. Pan Hinterhoff potrafi napisać: 2) wejście wojsk sowieckich w końcowej fazie wojny, kiedy opór gros armii polskiej, pomimo jej bohaterskiego oporu, został już prawie całkowicie złamany, nie wpłynęło w konsekwencji na przebieg kampanii. To oczywiście nieprawda. Wojska polskie miały się bić na Pokuciu i nad granicą rumuńską i opór ten byłby o wiele skuteczniejszy niż opór Warszawy. Wkroczenie wojsk sowieckich położyło kres temu oporowi, który wtedy był jeszcze bardziej potrzebny Anglii i Francji niż nam. Pan Hinterhoff zakańcza swe nieprawdopodobne artykuły po prostu uniewinnieniem wkroczenia wojsk sowieckich do Polski. W związku z wejściem wojsk sowieckich do Polski spotkałem się jedynie u jednego polskiego publicysty ze zdaniem, które nabiera obecnie w świetle działań wojennych pełnego znaczenia – mianowicie u p. Pragiera w artykule Orientacje w „Wiadomościach Polskich” nr 25: „Zajęcie przez bolszewików Polski było wielką operacją defensywy strategicznej” oraz „zapobieżeniem niepożądanemu zbliżeniu się wojsk niemieckich do wrażliwych terenów ukraińskich”. Poglądom p. Pragiera nie można odmówić słuszności. Rozumiem, że tego typu artykuły mogłyby się ukazać na łamach „Izwiestii” lub „Prawdy”. Na szpaltach tamtych gazet byłoby to zrozumiałe. Ale cóż one robią na szpaltach gazety polskiej? I gdzież jest ten cenzor, który w „interesie państwa” poucza polskich publicystów niezależnych, co mają pisać, a co nie. Medice, cura te ipsum15. Metody w dyskusji Organy wydawane przez rząd i reprezentujące rząd zazwyczaj unikały leksykonu pism rewolwerowych16 lub ulotek partyjnych. Nasz prasowy organ rządowy, który miał być notabene „jedynym pismem politycznym na obczyźnie”, nie uznaje tych tradycji. Oto jest jego odpowiedź polskiej prasie amerykańskiej występującej przeciw traktatowi: Plamy tego kłamstwa, dogodnego dla wrogów Polski, nie zmyje z siebie nigdy pismo, które służyło zamachowo-dyktatorskim rządom pomajowym w Polsce. Wtórował mu w oszczerczych wymysłach i napaściach drugi dziennik tej samej barwy, a mianowicie „Dziennik Polski” w Detroit. Obóz polityczny klęski narodowej, obciążony najstraszliwszą w dziejach Polski odpowiedzialnością, którego pyszałkowatość pokrywała zgniliznę, brnie dalej w polityce przeciw Polsce z zawiści i beznadziejnej rachuby na odgrywanie się kłamstwem i obłudą, tak jak kłamstwem i obłudą rządził ku swej wygodzie i dostatkowi, a ku zgubie Kraju. Soczystość tego stylu wywołuje u nas chęć do zadania następujących spokojnych pytań: – Dlaczego to na tych, którzy byli niegdyś „sanatorami”, ba! dygnitarzami w sanacji, ale dziś popierają rząd obecny i pakt z Sowietami, nie ciąży odpowiedzialność za sanację, a wszyscy ci, którym się pakt nie podoba, są natychmiast uznani za „sanatorów”? Czy przywódca endeckiej opozycji p. Bielecki i były więzień brzeski p. Ciołkosz to także sanatorzy? Jeszcze inna metoda polega na sugerowaniu, że każdy, kto krytykuje pakt z Sowietami, jest ukrytym germanofilem. Ba! Wódz najbardziej antyniemieckiego stronnictwa w Polsce p. Bielecki oskarżony został o rozmowy z falangistami w Madrycie. Co prawda oskarżenie to zamieścił „Evening Standard”, pismo angielskie, ale zgódźmy się, że chyba „Evening Standard” nie wysyłał własnych angielskich korespondentów do Madrytu w sprawie p. Bieleckiego. Tę niedorzeczną plotkę musiał pismu angielskiemu zakomunikować ktoś… nie całkiem angielski. Jak gdyby troska o ziemie wschodnie, jak gdyby brak ufności do polityki Sowietów, jak gdyby niechęć do sowieckiego totalizmu musiały koniecznie rodzić się w germanofilizmie. Są to metody walki obrzydliwe. Bierna i czynna rola w polityce Karta Atlantyku a traktat polsko-sowiecki Rząd polski w niektórych kwestiach polityki międzynarodowej musi się ograniczać do roli biernej, w innych może być czynny. W sprawie Karty Atlantyku rola naszego rządu musi być bierna, toteż była bierna, w traktacie polsko-sowieckim mogła być czynna, niestety była bierna. Rozpatrzymy każdą z tych kwestii z osobna. I Datę epokową w stosunkach francusko-niemieckich stanowi niewątpliwie traktat westfalski, podpisany w 1648 roku, pośmiertne dzieło wielkiego Richelieu. Ten traktat utrzymywał podział Niemiec na 343 państwa i państewka niezależne. Jedność Niemiec była rozbita, siła polityczna Niemiec sparaliżowana. Od traktatu westfalskiego dzieli nas wiele czasu, w którym różne wypadki i różni ludzie scalali Niemcy w jedną polityczną całość. Pod tym względem największe wobec Niemiec zasługi posiadają trzej ludzie: 1) Bismarck, 2) Wilson, 3) Hitler. Wybitny rojalistyczny pisarz francuski Bainville chciał po francuskim zwycięstwie w wojnie światowej nr I powrócić choćby częściowo do tradycji traktatu westfalskiego. Chciał rozbić Niemcy na szereg niezależnych organizmów politycznych, chciał utrzymać zdolną do życia Austrię. Żądania Bainville’a spełnione nie zostały, lecz znalazły swój refleks i w oficjalnej polityce francuskiej, i w polityce prawicy francuskiej. Francja dążyła zaraz po tamtej wojnie do usamodzielnienia przynajmniej Nadrenii, do strategicznych gwarancji. Prawica francuska długo uprawiała tę politykę, aż na kilka lat przed wojną uznała, że cele te są nieosiągalne. Wtedy przerzuciła się do drugiej ostateczności, do szukania ugody z Hitlerem. Geneza Pétaina i polityki rządu w Vichy tkwi w niespełnionych żądaniach Francji ubezwładnienia Niemiec. Tym poglądom prawicy francuskiej przeciwstawić należy idealistyczny punkt widzenia Wilsona, zapewne części opinii amerykańskiej i części angielskiej na Niemcy i sprawę niemiecką. Wyraźmy ten idealistyczny punkt widzenia lapidarnie i trywialnie. Będzie on wtedy brzmiał: Niemcy to wcale porządni ludzie, tylko ich Kajzer to świnia. W 1919 roku Francja chciała gwarancji bezpieczeństwa w postaci terytorialnego przekształcenia Rzeszy, natomiast „idealistyczny” punkt widzenia Wilsona kontentował się usunięciem Kajzera Wilhelma i rozbrojeniem Niemiec, za którym – nie zapominajmy – miało nastąpić rozbrojenie innych państw europejskich. Po wybuchu wojny w 1939 roku we Francji prawie powszechnie uważano, że idealistyczny punkt widzenia zawiódł, że gdy Niemcom zabrakło Cesarza, znaleźli sobie Wodza. Jednak ten idealistyczny punkt widzenia ma widać głębokie korzenie w opinii anglosaskiej, skoro nawraca do niego Karta atlantycka Roosevelt–Churchill z połowy sierpnia 1941 roku. Karta ta podejmuje wszystkie ideały, które niegdyś przyświecały Wilsonowi, mianowicie samostanowienie narodów, rozbrojenie i powszechny oraz wieczny pokój, wreszcie swobody handlowe i wolność mórz. Cele te są piękne, tylko my, Polacy, źleśmy wyszli na eksperymentowaniu nad nimi w okresie między dwoma wojnami. Rozumieliśmy, że ta wojna w pierwszej linii jest wojną obronną, celem odparcia agresji Niemiec i przywrócenia Europy do tego stanu granic, jakie istniały przed Hitlerem. W tym też sensie wyjaśnił to izbie angielskiej premier Churchill w dniu 5 wrze
<a href="http://cyfroteka.pl/ebooki/Trzylecie__Broszury_emigracyjne_1941-1942-ebookRO/p00630044i006" target="_blank" title="Trzylecie. Broszury emigracyjne 1941-1942 - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE" > <img src="http://cyfroteka.pl/images/BRD.png" style="border:none;background:none transparent;box-shadow:none;-webkit-box-shadow:none;-webkit-border-radius:0;border-radius:0;" alt="Trzylecie. Broszury emigracyjne 1941-1942 - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE"/></a>