Source: https://forum.dreamland.net.pl/viewtopic.php?p=30340
Timestamp: 2019-03-20 15:17:34
Legal References Found: Art. 13
 art. 25
 art. 26
 art.26
 art.25
 art.8

Document Content:
Święto Patrona — I seminarium teologiczno-polityczne - Forum Dyskusyjne Królestwa Dreamlandu
Strona główna Forum główne Polityka i społeczeństwo Partie polityczne Klub Polityczny św. Augustyna
Święto Patrona — I seminarium teologiczno-polityczne
Strona partii. Prezes: Daniel von Witt.
Post autor: Gaston de Senancour » 28 sie 2016, 17:49
Szanowni Członkowie Klubu Politycznego,
w dniu 28. sierpnia Kościół katolicki obchodzi wspomnienie liturgiczne św. Augustyna z Hippony (354 - 430) — patrona Klubu. Teologiczno-polityczna refleksja Biskupa Hippony stanowi jeden z metapolitycznych filarów programu naszego stronnictwa. Do tej pory stosunkowo najmniej eksponowany. Czas to zmienić.
Niniejszym inicjuję pierwsze otwarte seminarium Klubu Politycznego. Zaczniemy od spraw podstawowych (ogóle ramy, definicje, punkty dyskusyjne). Miło mi poinformować, że zaproszenie do grona prelegentów przyjął m.in. Alberto Carlos de Médici y Zep, monarchista z Republiki Bialeńskiej, redaktor pisma Corona Locuta.
Jak wspomniałem, seminarium ma charakter otwarty, ale wzystkie niemerytoryczne głosy trollujących błaznów z partii komunistycznej będą przenoszone do kosza.
Re: Święto Patrona — I seminarium teologiczno-polityczne
Post autor: Gaston de Senancour » 28 sie 2016, 17:59
Teologia polityczna świętego Augustyna z Hippony
W przypadku świętego Augustyna (354-430), biskupa Hippony (dziś w Algierii), mamy do czynienia z teologiem związanym ze schyłkowym okresem istnienia zachodniej części Cesarstwa Rzymskiego, które rozprzęgało się pod naporem barbarzyńców, by w nieodległej perspektywie ostatecznie im ulec. Stąd, być może, pesymistyczna czy wręcz katastroficzna wymowa dzieł Biskupa, który przeszedł do historii jako ostatni wielki Ojciec Kościoła, o którym powiadano, że „nie było wśród świętych takiego, kto byłby tak mało święty, a tak bardzo ludzki”.
Żonaty, niestabilny emocjonalnie, nawrócił się późno, bo dopiero w 33. roku życia. Swoje rozterki duchowe opisał w kapitalnych i wciąż wznawianych „Wyznaniach”, będących wspomnieniem z burzliwej przeszłości. Znajdziemy tam fragment znamiennej modlitwy: „Daj mi Boże czystość i umiarkowanie, ale jeszcze nie teraz".
Jego refleksja teologiczno-polityczna na całe stulecia weszła do kanonu magisterium Kościoła, ustępując dopiero autorytetowi św. Tomasza z Akwinu, którego filozofia uznana została przez papieża Leona XIII za oficjalną naukę Kościoła (XIX w.). Myśl św. Augustyna oddziaływała przez całe średniowiecze, dając teoretyczną podstawę dla idei luteran i kalwinistów. Stała się również postawą dla doktryny papalizmu (doktryna ogólnoświatowej, duchowej i świeckiej, suwerenności papieża).
Doktryna św. Augustyna nie straciła swojego uroku do dziś; dość będzie powiedzieć, że znalazła sympatyka w osobie papieża Bnedykta XVI, który poświęcił jej rozprawę doktorską (Ludzie i Dom Boży w doktrynie kościelnej św. Augustyna, 1953).
Głównym dziełem św. Augustyna jest traktat historiozoficzny O państwie Bożym (De civitate Dei, 413-426), napisany bezpośrednio, jak czytamy w jednym z podręcznikowych ujęć „pod wrażeniem złupienia Rzymu przez Hunów pod wodzą Alaryka".
Czym jest państwo i czemu służy?
Według św. Augustyna państwo ziemskie – w odróżnieniu od „państwa Bożego”, będącą wspólnotą aniołów, świętych i ludzi wybranych – stanowi konieczność wyrosłą ze złej z gruntu natury człowieka, który jest zachłanny, brutalny, leniwy i żądny zaszczytów (te elementy augustynizmu politycznego przejmie później m. in. Thomas Hobbes). Państwo powstało tedy wskutek grzechu pierworodnego (propter peccatum) i jego jedynym przeznaczeniem jest dyscyplinowanie występnej natury ludzkiej. Jest ono „biczem Bożym”, odstraszającym grzeszników i stale przypominającym o prawdziwym porządku rzeczy. Żaden władca, żaden aparat państwowy, nie uczyni jednak człowieka lepszym niż jest z samej swojej natury (to można osiągnąć wyłącznie dzięki łasce Bożej), państwo może jednak sprawić, by ludzi nie byli jeszcze gorsi. Hamuje najniższe odruchy i instynkty, łagodzi obyczaje, karze i – jeśli zajdzie taka potrzeba – wynagradza za słuszną postawę. Występny może być również sam władca i jego aparat, a dzieje się to wówczas, gdy działa w sprzeczności z prawem Bożym. Wówczas poddany ma prawo wypowiedzieć państwu posłuszeństwo.
Państwo ma zatem bronić człowieka przed nim samym i jego sąsiadami. To tylko jedna (ponura) strona medalu.
Jednocześnie jednak człowiek jest bytem społecznym, a jego pełna samorealizacja dokonuje się poprzez realizacje z innymi. Dąży do tworzenia zorganizowanych społeczności opartych na więzach rodziny i przyjaźni. Taka konstrukcja natury ludzkiej sprawia, że nawet gdyby nigdy nie doszło do grzechu pierworodnego, koniecznym stałoby się powstanie pewnych struktur władzy, która mocą swego autorytetu wskazywałaby i egzekwowała odpowiednie każdemu prawa i obowiązki.
Teologia polityczna: uwagi ogólne
Teologia polityczna jest stara jak sama refleksja nad państwem, ale samo pojęcie zostało wprowadzone do języka prawników i politologów za sprawą niemieckiego filozofa polityki Carla Schmitta (1888-1985). Główna i zarazem najczęściej cytowana myśl Schmitta pochodzi z jego Politische Theologie (1920): „Wszystkie istotne pojęcia z zakresu współczesnej nauki o państwie to zsekularyzowane pojęcia teologiczne” (Teologia polityczna i inne pisma, Kraków – Warszawa 2000, 60).
Definicji teologii politycznej jest tylu, ilu definiujących, ale najbardziej pojemna wskazywałaby, że chodzi tu o „ogólną teorię polityki, zakładającą że każda doktryna polityczna czy ideologia opiera się w swym jądrze na pojęciach wywodzących się z teologii".
Jak tłumaczy to Jacek Bartyzel, „faktu tego dowodzi nie tylko historyczna ewolucja pojęć przeniesionych z teologii do nauki o państwie (np. wszechmoc Boga i omnipotencja prawodawcy), ale również – i przede wszystkim – systemowa struktura obu dziedzin; koronnym dowodem jest tu prawno-państwowe pojęcie „stanu wyjątkowego” […], albowiem nie chodzi tu, przynajmniej nie wyłącznie, o zwykłe zawieszenie porządku konstytucyjnego, lecz nieprzewidywalną w żadnej ustawie sytuację poza- i ponadprawnej decyzji suwerena politycznego, ustanawiającego dopiero nieistniejący uprzednio porządek)”. „Jego znaczenie można pojąć dopiero – tłumaczy dalej Bartyzel - kiedy dostrzeże się analogię tego stanu do cudu sprawianego decyzją Boga w już stworzonym przez Niego świecie, a zatem z naruszeniem praw fizykalnych; w świetle tej analogii – ontologicznej i systematycznej, a nie tylko symboliczno-wyobrażeniowej, w której lubowali się myśliciele romantyczni – dostrzec można dopiero, skrywany pod frazeologią „rządów prawa”, sens ewolucji nowoczesnej teorii państwa, promowanej przez liberalny konstytucjonalizm; dążenie liberałów do ograniczenia władzy suwerena przez wyeliminowanie możliwości bezpośredniej ingerencji władcy w porządek prawny (a więc wykluczenie decyzjonizmu oraz istnienia „wyjątku” od normy i „sytuacji wyjątkowej”)”.
Wiara i polityka. Czy chrześcijanin powinien pozostawać na uboczu?
Święty Augustyn wychodzi od św. Pawła z Tarsu i powtarza za Listem do Rzymian, że „wszelka władza pochodzi od Boga” (dobra i zła, chodzi tu bowiem o samą zasadę). Poddany jest winien lojalność wobec cesarza i jego urzędników.
[list]Kto więc przeciwstawia się władzy - przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia. Albowiem rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga, [prowadzącym] ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle. Należy więc jej się poddać nie tylko ze względu na karę, ale ze względu na sumienie. Z tego samego też powodu płacicie podatki. Bo ci, którzy się tym zajmują, z woli Boga pełnią swój urząd. Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek - podatek, komu cło - cło, komu uległość - uległość, komu cześć - cześć.
(Rz 13, 1-7)
Łagodny i lojalny obywatel-chrześcijanin ma obowiązek współpracować z państwem na wielu, wydawałoby się, banalnych płaszczyznach. Czy jednak powinien angażować się w politykę?
Odpowiedź nie zawsze była oczywista nawet dla samych chrześcijan (stąd pacyfizm pierwszych wspólnot chrześcijańskich, manifestujący się w odmowie służby wojskowej w armii cesarskiej). Jeszcze w czasach nowożytnych Machiavelli i Rousseau przekonywali, że chrześcijanie, mający swoją prawdziwą ojczyznę w Niebie, są nieuchronnie złymi obywatelami państwa ziemskiego, bo obojętnymi na jego pomyślność.
Erik Peterson (1890-1960), niemiecki teolog katolicki (i zarazem kolejny późny konwertyta), wskazywał z kolei na możliwość nadużyć oraz uwikłania religii we wszelkie polityczne konflikty (Monotheismus als politisches Problem, 1935). Argument ten został odparty przez Schmitta w Politische Theologie II. Die Legende von der Erledigung (Berlin 1970; niedawno wydana po polsku jako Teologia Polityczna 2, Warszawa 2014), który wskazał na
[list]nieuchronność politycznego tła sporów teologicznych (i vice versa) i podkreślił, że gdyby każda t.p. musiała być narzędziem ideologii czy propagandy, a zatem nadużyciem wiary, to żadnemu ortodoksyjnemu teologowi nie byłoby wolno nigdy w najmniejszym nawet stopniu zbrukać się polityką, co prowadziłoby do eskapistycznej dezercji chrześcijan ze świata; byłoby to sprzeczne z nakazem misyjności, obligującym Kościół Wojujący i chrześcijan zobowiązanych do budowania Społecznego Królestwa Chrystusa” (zob. J. Bartyzel, Encyklopedia „Białych plam”, hasło: Teologia polityczna)[/list]
Post autor: Vladimir von Lichtenstein » 28 sie 2016, 18:37
W pierwszych słowach proszę przyjąć moje życzenia z okazji święte Waszego patrona! Wszystkiego najlepszego!
A teraz chciałbym zadać pytanie, które proszę potraktować poważnie. Dużo padło tutaj słów o wierze w to, że władza pochodzi od jakiegoś Absolutu. A jak ma to się do mikronacji? Wierzycie, że mikronacyjni władcy również dzierżą swą władzę z jego woli; władzę, której źródłem jest Bóg?
Alberto de Medici
Rejestracja: 31 maja 2016, 22:02
Skontaktuj się z Alberto de Medici
Święto Patrona - prelekcja pt. "Synteza kata i strażnika"
Post autor: Alberto de Medici » 28 sie 2016, 20:08
Synteza kata i strażnika
Podczas niniejszej prelekcji chciałbym zarysować podstawowe założenia polityczno-prawnej doktryny decyzjonizmu, by następnie przez jego pryzmat rozpatrzyć problem Konstytucji. Decyzjonizm zakłada kreacyjną moc suwerena do ustanawiania ładu politycznego ex nihilo. Jego fundamentem jest przeświadczenie o „transcendencja ładu wobec empirycznych jednostek”. Tenże decyzjoznizm (łac. decisio — postanowienie) jest doktryną kojarzoną w głównej z postacią Carla Schmitta, XX-wiecznego niemieckiego konstytucjonalisty. Jednakże jego korzeni należy dopatrywać się w tekstach XIX-wiecznych klasyków kontrrewolucji, choćby u Josepha de Maistre`a. Sabaudczyk twierdził, że decyzje władcy, wynikające z woli Stwórcy, nie mogą podlegać dyskusji, bo ich negacja prowadzi do dezintegracji społeczeństwa. Stąd też koniecznym było, by władca dysponował prawem karania gardłem. W słynnym eseju „Pochwała kata” pisał: "cała potęga, cała dyscyplina spoczywa na kacie”, gdy go zabraknie, to „w jednej chwili ład ustąpi miejsca chaosowi”. Wracając jednak do Schmitta, jego koncepcja, stojąca w opozycji do idei prawa pozytywnego, charakteryzuje się innym rozumieniem terminu "prawo" (zwłaszcza w kontekście elementów składowych normy prawnej) oraz odróżnieniem "prawa konstytucyjnego" od "Konstytucji".
Konstytucja a prawo konstytucyjne.
Tradycyjnie - według koncepcji pozytywistycznej - prawo definiujemy, jako normę, posiadającą sankcję, zmuszającą do jej respektowania, ewentualnie karzącą tych, którzy nie stosują się do normy. Decyzjonizm zakłada jednak, że oprócz tych dwóch elementów należy wyróżnić także wolę danego organu do zastosowania sankcji, wynikającej z normy. Wobec tego, za każdym postępowaniem sądowym, wydaniem wyroku kryje się ludzka decyzja. Schmitt w swojej „Teologii politycznej” pisze, że „rozstrzygnięcie jako takie jest już wartością, ponieważ właśnie wśród rzeczy ważnych najważniejsze jest, że rozstrzygnięcie zapada, jak i to, że już się dokonało”. Czyż w istocie tak nie jest? Można przecież wyobrazić sobie quasi-państwo, opierające się na samych decyzjach suwerena. Nie jesteśmy jednak w stanie wyobrazić sobie państwa, gdzie istnieje świetnie napisane prawo, lecz brakuje elementu ludzkiego, mogącego podejmować decyzje o egzekwowaniu jego przepisów i wprowadzaniu ich w życie. Decyzję – podejmowaną przez „element ludzki” - można zakwalifikować jako część składową prawa.
Decyzjonizm, o czym pisałem powyżej, odróżnia pojęcie konstytucji od prawa konstytucyjnego. Schmitt pisze: „Konstytucja rozumiana jako status tożsamy z ogólnym stanem państwa powstaje oczywiście wraz z samym państwem. Ani się jej nie stanowi, ani nie uzgadania, lecz jest ona tożsama z konkretnym państwem tworzącym jedność polityczną i charakteryzującym się określonym porządkiem społecznym”. W przypadku bialeńskim może to być umiłowanie porządku i ładu biurokratycznego czy swarzystwoska doktryna o katechonie, skądinąd znajdująca też wyraz w ideach - nieistniejącego - Schmitta albo umiłowanie mistycyzmu, jaki daje kult Zielonego Kościoła, wywodzącego się z tradycji bengazijskich, a nawet mimowolna hierarchizacja w warunkach - jeśli Bóg da, to przejściowo - republikańskich. Tymczasem w Dreamlandzie, na ile znane mi są jego realia, konstytucja tożsama będzie z ustrojem monarchicznym, swoistym etosem republikańskim (o którym wspominał JKM Edward II w ostatnim wywiadzie) oraz ideałem arystokratyzmu. Tymczasem, prawo konstytucyjne jest technicznym zapisem pewnych norm prawnych, które mogą ulec zmianie, jeśli zapragnie sobie tego suweren - mocą swej decyzji, zmieniając je. Tak, jak ma to miejsce w przypadku konstytucji - w rozumieniu pozytywistycznym - dreamaldzkiej:
Art. 13. [Zmiana Karty Konstytucyjnej]
1. Zmian w Karcie Konstytucyjnej można dokonać w drodze referendum ogólnokrajowego lub ustawy konstytucyjnej podjętej większością 3/5 głosów przy kworum, którego wielkość określa ustawa o Parlamencie Królewskim.
Hüter der Verfassung.
To, kim jest katechon ("ten, którzy powstrzymuje") wyjaśnił podczas jednego ze swych wykładów prof. Swarzewski. Podczas wspomnianej prelekcji powiedział też: "(...) szczególnie w okresach kryzysowych, zwykło się wybierać głowę państwa i rząd, który ma powstrzymać negatywne skutki kryzysu i ochronić kraj, jak i jego społeczność." W realiach republikańskiego państwa, suwerenem jest naród (jako rzekomo samoistny byt). Lecz czy jest tak w istocie? Przyjmijmy tezę, że teoria sprawdza się w sytuacjach krytycznych. Co wówczas? Czy naród (przypomnijmy, jako samoistny byt) jest w stanie doprowadzić do wyjścia z kryzysu. Czy mnogość opinii, różnic światopoglądowych, niesnasek nie sprawi, że kryzys ów się tylko pogłębi? Może zatem, to sąd jest instytucją suwerenem, która za pomocą swoich wyroków, orzeczeń będzie w stanie rozwiązać kryzys? Czy sędzia, jako, bądź co bądź, człowiek, niemający realnych narzędzi, by wyrok ów wyegzekwować (ot! przypomina mi się sytuacja, gdy nie byłem [jako Sędzia Ludowy] w stanie wyegzekwować swego wyroku), nie cofnie się przed jego wydaniem. Co wreszcie w sytuacji, gdy sędzia będzie doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że jego wyrok (wydane na podstawie prawa normatywnego) będzie miał fatalne skutki dla dalszego funkcjonowania państwa? Kogo zatem możemy uznać za suwerena-katechona, powstrzymującego Bialenię przed rozpadem w sytuacjach kryzysowych. Schmitt, poszukuje go w egzekutywie. Ja - w warunkach bialeńskich - ośmielę się uznać za prawdziwego suwerena dwie instytucje: (1) Prezesa Policji Państwowej Macieja Kamińskiego oraz (2) Prezydenta Republiki Bialeńskiej a wraz z nim większość parlamentarną. Osoba Macieja Kamińskiego, ciesząca się niewyobrażalnie wręcz dużym autorytetem, zwłaszcza w dziedzinie dbania o ład i porządek w państwie, posiada dodatkowe "specjalne uprawnienia", które sam nazywa "wentylem bezpieczeństwa", przysługujące na podstawie Kodeksu Porządkowego. Być może samego Prezesa Policji, słynne Gestapo Ortograficzne może uznać za kata, którego w swoim eseju wychwalał hrabia de Maistre? Lecz co się stanie, gdy - czego nie daj Bóg - zabraknie wśród Bialeńczyków Prezesa Policji Państwowej? Czy znajdzie się druga osoba, posiadająca tak duży autorytet w tej materii? Zresztą na instytucje nie możemy patrzeć w sposób indywidualny, przez pryzmat jednostki, która nią [daną instytucją] jest. Dlatego pozostaje nam, na gruncie rozważań teoretycznych, osoba prezydenta. Niestety, jego kompetencje - w myśl ustawy konstytucyjnej - do sprawowania swej władzy suwerennej są mocno ograniczone przez większość parlamentarną. Jak sytuacja wygląda w Królestwie Dreamlandu? Po dosyć pobieżnym zapoznaniu się z prawodawstwem dreamalndzkim oraz dotychczasową paraktyką w tym zakresie ośmielę się postawić tezę, że w formę suwerena, w rozumieniu Schmittańskim, wpisuje się sam Król.
Dlaczego akurat te instytucje zdecydowałem się nazwać suwerenami? Schmitt utożsamia suwerena z „obrońcą Konstytucji” (Hüter der Verfassung) oraz tym, decyduje o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Swą interpretację postaram się oprzeć o rozważania na temat kilku przepisów konstytucji bialeńskiej oraz dreamlandzkiej Karty Konstytucyjnej (swoją drogą, jej nazwa to ciekawy temat na kolejny wykład). Od razu zaznaczę, że nie będzie ona w pełni wpisywała się w schmittowski ideał.
Co o sytuacjach wyjątkowych mówi bialeńska ustawa zasadnicza?
Artykuł 26.
1. Stan nadzwyczajny jest okresem zagrożenia dla trwałości państwa.
3. W okresie trwania stanu nadzwyczajnego Prezydent przejmuje uprawnienia organów władzy wykonawczej i ustawodawczej.
Artykuł 26a.
Okresy szczególne określone w art. 25 oraz art. 26 ogłasza Parlament Republiki Bialeńskiej na drodze uchwały bezwzględną większością głosów, a jeśli Parlament Republiki Bialeńskiej nie może się zebrać - okresy te ogłasza Prezydent Republiki Bialeńskiej określając długość jej trwania
Oznacza to, że do wprowadzenia stanu wyjątkowego czy stanu wojennego potrzeba woli (podkreślmy! woli) parlamentu albo prezydenta. To do niego będzie należała decyzja, kiedy trzeba użyć art.26 i czy "istnieje obiektywne niebezpieczeństwo dla trwałości państwa" lub kiedy (jak w art.25) "istnieje szczególne zagrożenie wojną”. Warto wspomnieć, że w ustawie konstytucyjnej sprzed roku te, nieco ugeneralnione zagrożenia, rozpisano bardziej konkretnie („wewnątrz państwa wynika rewolucja kierowana z zewnątrz", "niezidentyfikowani agresorzy przekraczają nienaruszalne" czy "wybucha powstanie, którego nie może opanować Policja Krajowa, a władze nie mogą porozumieć się z protestującymi"). Co ciekawe elementem stycznym tych wszystkich sytuacji jest troska o bezpieczeństwo i porządek (Sicherheit und Ordnung). Innymi słowy dochodzi do konfliktu "my" - "oni", którego nie można zażegnać w normalny sposób, a zagraża egzystencji lub integralności państwa. Schmitt, definiuje w ten sposób "polityczność", co jest również tematem na inny wykład. W sytuacji krytycznej, jaką jest stan nadzwyczajny czy stan wojenny, niektóre prawa obywatelskie zostają zawieszone, a uprawnienia organów władzy przechodzą na prezydenta (stan nadzwyczajny) albo prezydenta wraz z rządem (stan wojenny). Suweren zatem może doprowadzić do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, gdy zaistnieje "zagrożenie dla trwałości państwa", znów ustawodawca nie zdefiniował czym miałaby ona się charakteryzować, więc jej ocena jej zaistnienia znów zależy od decyzji właściwego organu. Cóż to oznacza? Skoro dla ratowania "bezpieczeństwa i porządku" mogą zostać ograniczone prawa obywatelskie (choćby prawo do partycypacji we władzy), to konstytucja stanowi, że Sicherheit und Ordnung są ważniejsze (stoją wyżej w hierarchii ważności) od w.w. praw obywatelskich. Możemy zatem przyjąć, że tekst konstytucji bialeńskiej dzieli się na Konstytucję (broniącą Sicherheit und Ordnung) oraz prawo konstytucyjne (prawa obywatelskie oraz inne liberalne naleciałości).
Jeszcze klarowniej wygląda sytuacja w Królestwie Dreamlandu, gdzie Karta Konstytucyjna jasno stwierdza, kto ma stać na straży porządku konstytucyjnego. Stanowią, że:
1. Głową państwa jest Król.
2. Król czuwa nad przestrzeganiem Karty Konstytucyjnej, stoi na straży suwerenności, bezpieczeństwa i integralności terytorialnej Królestwa Dreamlandu.
1. Ograniczenie konstytucyjnych wolności i praw jest dopuszczalne na podstawie ustawy lub prawa krajowego i w trybie nimi określonymi, jeżeli jest to konieczne dla ochrony porządku konstytucyjnego.
Ergo, znów, jeżeli konieczna jest ochrona porządku konstytucyjnego (Sicherheit und Ordnung), to część wolności i praw może być ograniczona. Karta Konstytucyjna nie precyzuje kiedy (o tym ma stanowić ustawa) to może nastąpić, lecz wobec art.8. tejże, możemy wyciągnąć konkluzję, że decyzję (sic!) o ograniczeniu wolności i praw (coś à la stanu wyjątkowy w Szchmitta) powinien podjąć Król. On zatem jest Hüter der Verfassung, o czym świadczyć może praktyka obowiązująca jeszcze podczas starej ustawy konstytucyjnej.
Prelekcja niniejsza nie jest w pełni kompletna. Zawiera ona, co podkreślałem już we wstępie jedynie zarys teorii decyzjonizmu oraz jego następstw. Koncepcja po przeniesieniu na grunt bialeńskiego i dreamlandzkiego prawodawstwa może zawierać także pewne nieścisłości - ot! choćby Karta Konstytucyjna nie precyzuje kiedy rzeczony stan wyjątkowy można wprowadzić. Powiedziałbym raczej, że jest ona pewnym punktem wyjścia w dyskusji o kształcie systemu prawnego obojga państw. Wreszcie, warto wspomnieć, że cała prelekcja powstała na podstawie broszury, wydanej przez bialeński Klub Konserwatywny, członkiem którego mam zaszczyt być.
Mam cichą nadzieję, że wykład umieściłem w dobrym miejscu, jeśli nie, proszę barona de Senancour, by raczył go przenieść tam, gdzie słusznie znajdować się powinien.
Post autor: Alberto de Medici » 28 sie 2016, 20:44
Vladimir Iwanowicz pisze: A teraz chciałbym zadać pytanie, które proszę potraktować poważnie. Dużo padło tutaj słów o wierze w to, że władza pochodzi od jakiegoś Absolutu. A jak ma to się do mikronacji? Wierzycie, że mikronacyjni władcy również dzierżą swą władzę z jego woli; władzę, której źródłem jest Bóg?
O, to może ja się wypowiem w swoim imieniu, bo kiedyś, zdaje się, podejmowałem ten temat. Prawdą jest, że katolicka nauka społeczna przyjmuje takie stwierdzenie za prawdziwe, czerpiąc zresztą z Pisma Świętego. Władzę definiując jako
"uprawnienie, jakie otrzymuje jednostka czy grupa ludzi do nakładania na podwładnych zobowiązań do społecznej kooperacji i urzeczywistniania dobra wspólnego" (za Słownik Katolickiej Nauki Społecznej) Jakie to ma przełożenie na mikronacje? Myślę, że pod tą definicją władzy, mógłby podpisać się każdy mikronacyjny przywódca, jest raczej oczywiste i ma odzwierciedlenie w v-świecie. Jeśli przyjmiemy tę definicję, to, przynajmniej moim zdaniem, pochodzenia władzy (w kontekście mikronacji) nie można wykluczyć.
Pio Maria Facibeni
Skontaktuj się z Pio Maria Facibeni
Post autor: Pio Maria Facibeni » 28 sie 2016, 21:23
Vladimir Iwanowicz pisze:
Jako student teologii pozwolę równiez wtrącić się w dyskusję, mimo iż od św. Augustyna wolę studiować Akwinatę czy Dunsa Szkota. Jako zapalony biblista odpowiem, że wszelka władza od Boga pochodzi, co moco wtłoczone jest w teologię Pisma Św. Cała historia Izraela opiera się na władzy danej przez Boga - trzej wielcy królowie Izraela (Saul, wybrany i namaszczony przez Samuela, następnie Dawid i syn jego Salomon). W późniejszych czasach Bóg daje o sobie przypomnieć, że to on daje władzę (Jehu) i zabiera ją, kiedy władca jest niewierny Bogu (Izebel, Atalia, Achab) by w końcu ukarać cały naród w postaci Niewoli Babilońskiej. Nawet władza Faraona z księgi Wyjścia pochodziła od Pana. Ale, istnieje ten czynnik "kusiciela" jak nazwał to św. Augustyn i szatan wszedł w ludzi. Dlatego Bóg, przez wolną wolę (bo według Augustyna, tą funkcję duszy ma każdy człowiek) dawał szansę faraonowi na uwolnienia pokoleń Izraela (10 razy... uwolnij mój lud) jednak nei skorzystał. I Bóg pokazał, że wszelka władza pochodzi od Niego i z Nim nie da się wygrać.
Co do zależności Boga od państwa polecam przeczytać obie księgi Królewskie i obie księgi Kronik.
Czy ma to przełożenie w mikronacji. Można, jeszcze jak! Wierzymy, że zła nasza wola nie zgadza się z Wolą Bożą i przez złe ruchy sami tracimy władzę. Jesteśmy sami odpowiedzialni za akty wolnej woli, i z tego sądzi nas tylko Bóg, a władcę Bóg i ludzie. A czemu wola wybiera źle? Św. Augustyn na to pytanie już nie zdążył odpowiedzieć.
Przewielebny Ksiądz Pio Maria Facibeni
Zarządca na Monte Cassino
Emeryt, Rencista, Świadek upadku Rotrii
Post autor: Vladimir von Lichtenstein » 28 sie 2016, 22:13
A jak się ma taka legitymizacja do nagłych zmian władzy? Weźmy na przykład Rewolucję Francuską. Rewolucjoniści gilotynują Ludwika XVI i Marię Antoninę, przejmują władzę. Czy zgodnie z Waszym punktem widzenia rewolucjoniści stali się kacerzami, złamali święty porządek rzeczy, wystąpili przeciwko woli bożej, więc teraz smażą się w piekle, czy może bóg legitymizował ich poczynania i ich władzę. Bo skoro ścieli pomazańca, a niebo się nie otworzyło, ziemia nie zadrżała w posadach, to może bogu królewska krew się podobała?
Aleksandra_Dostojewska
Rejestracja: 12 lip 2016, 13:24
Skontaktuj się z Aleksandra_Dostojewska
Post autor: Aleksandra_Dostojewska » 28 sie 2016, 22:46
Bóg - pisany z dużej litery na pewno nie legitymizował ich władzy. Rewolucja Francuska była obaleniem naturalnego porządku rzeczy i ziemskiego porządku bożego.
Nie można generalizować całego Narodu Francuskiego, jednakże rewolucjoniści działali niewątpliwie pod wpływem tych, którym zależało na obaleniu ancien regime i wprowadzeniu nowego porządku w którym nie ma miejsca dla Boga i jego spraw, w którym nie ma miejsca na tradycję chrześcijańską, w którym chrzest Francji nic nie znaczy.
Już Jan Paweł II, polski i święty Papież, pytał: Francjo, co zrobiłaś ze swoim chrztem?
Otóż Francja w wyniku Rewolucji oddała się pod opiekę szatana i dalej w niej tkwi.
Rewolucjoniści zasiali ziarno zniszczenia, obecnie obserwujemy jak kiełkuje, a nasze dzieci nie będą nic obserwowały, bo Francji zapewne nie będzie.
Będzie Kalifat.
Post autor: RomanoPorfavor » 28 sie 2016, 23:38
Aleksandra_Dostojewska pisze: Nie można generalizować całego Narodu Francuskiego, jednakże rewolucjoniści działali niewątpliwie pod wpływem tych, którym zależało na obaleniu ancien regime i wprowadzeniu nowego porządku w którym nie ma miejsca dla Boga i jego spraw, w którym nie ma miejsca na tradycję chrześcijańską, w którym chrzest Francji nic nie znaczy.
Zależy którzy. Robespierre był osobą głęboko wierzącą :)
Rewolucjoniści zasiali ziarno zniszczenia, obecnie obserwujemy jak kiełkuje, a nasze dzieci nie będą nic obserwowały, bo Francji zapewne nie będzie. Będzie Kalifat.
Czy tylko ja mam wrażenie, że Ci wszyscy antyislamscy konserwatyści tylko czekają na ten kalifat w Europie żeby tylko udowodnić jak bardzo mieli rację? I będą pierwsi, żeby płakać, kiedy jednak nie powstanie tylko po to żeby mogli kiwać głowami i mówić "a nie mówiłem"?
Post autor: Vladimir von Lichtenstein » 29 sie 2016, 09:50
Aleksandra_Dostojewska pisze: Bóg - pisany z dużej litery na pewno nie legitymizował ich władzy. [...]
Rozmawiała Towarzysza z nim na ten temat?
Aleksandra_Dostojewska pisze: [...] Będzie Kalifat.
Islam jedyną nadzieją dla Europy!
Post autor: Pio Maria Facibeni » 29 sie 2016, 12:18
Kiedyś, kiedyś, kiedyś czytałem bodajże z dzieł Staszica, że to szatan wstąpił i w Robesierra i w Cromwella i w zaborców i przeciw Bogu zdziałali czyniąc co uczynili. Owszem, uważam, że rewolucja wystapiła przeciw Woli Bożej, ba nie tylko ścinając Bożego Pomazańca, a nawet występując przeciwko Kościołowi Świętemu (konstytucja cywilna kleru, wprowadzenie do Notre-Dame kultu Najwiższej Istoty, stopienie złotego relikwiarza z relikwiami Korony Cierniowej na armatę). Jeżeli (idąc dalej) skruszyli oni swe serca i na koniec pokutowali i żałowali, to myślę, że szansę na czyściec mieli. Jeśli raz i ostatecznie wystąpili przeciw Bogu to piekło stoi otworem. Ale nie mi to osądzać, bo to sprawa Boża. Jestem pewien, że taka zmiana porządku świata nie była Bogu radosna.
Post autor: Vladimir von Lichtenstein » 29 sie 2016, 12:31
Za to Bogu miły był monarcha, który zaniedbywał swoje obowiązki, bo wolał reperować zamki w drzwiach pałacu, niż zajmować się sprawami państwa lub królowa, która kazała głodującym jeść ciastka, skoro nie mają chleba?
Wiem, wiem, to raczej anegdotki o Ludwiku i Marii Antoninie, ale symbolicznie pokazują, jaka była przedrewolucyjna monarchia.
Post autor: Pio Maria Facibeni » 29 sie 2016, 12:35
Niezbadane są wyroki Boskie. Raz Bóg wybrał, raz zabrał - jak mówi księga Hioba. Raz Jahwe powołuje na króla Saula, a raz Dawida. Raz dynastię Salomona, potem zaś Jehu i jego czterech synów. Wszystkiego na pewno dowiemy się po śmierci.
Post autor: Vladimir von Lichtenstein » 29 sie 2016, 12:41
Albo nietzschego, hohoho! ;) Wszak Gott ist tot.
Post autor: Pio Maria Facibeni » 29 sie 2016, 12:44
Poprosiłbym o dalszy ciąg, a nie wyrwany z kontekstu fragment.
Post autor: Vladimir von Lichtenstein » 29 sie 2016, 12:49
Hmm... nie znacie Towarzyszu tej słynnej maksymy Nietzschego, która przewija się w kilku jego dziełach, a szczególnie w Tako rzecze Zaratustra? Co prawda, śmierć Boga nie jest tutaj fizyczna, a raczej symboliczna. Nie wiem jednak, o co dokładnie prosicie. :/
Post autor: Pio Maria Facibeni » 29 sie 2016, 12:52
Wolę cytat z Wiedzy Radosnej.
Bóg umarł! Bóg nie żyje! Myśmy go zabili! Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami? Najświętsze i najmożniejsze, co świat dotąd posiadał, krwią spłynęło pod naszymi nożami – kto zetrze z nas tę krew? Jakaż woda obmyć by nas mogła? Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będziem musieli wynaleźć? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi?
Post autor: Vladimir von Lichtenstein » 29 sie 2016, 12:53
O! Mam nadzieję, że przełożeni nie wiedzą, że czytacie książki takich wywrotowców!
Post autor: Pio Maria Facibeni » 29 sie 2016, 12:57
To tylko cytat. Nie mam czasu by czytać całego Nietschego.
Post autor: RomanoPorfavor » 29 sie 2016, 13:08
Ze średniowiecznych teoretyków polityki polecam raczej Marsyliusza z Padwy :) Nieco wyższy poziom intelektualny niż augustiańskie ognie piekielne i tomistyczne przepisywanie Arystotelesa.
Post autor: Gaston de Senancour » 29 sie 2016, 14:14
Bo skoro ścieli pomazańca, a niebo się nie otworzyło, ziemia nie zadrżała w posadach, to może bogu królewska krew się podobała?
Bogu nie podoba się niczyja przelana krew.
Odpowiedź na pytanie znajdzie Pan w tekście referatu. Zgodnie z teologią Nowego Testamentu (List do Rzymian), od Boga pochodzi sama zasada władzy: autorytet wymagający posłuchu (jako taki obecny zarówno na urzędzie burmistrza, jak i króla czy prezydenta). Bogu co Boskie, cesarzowi co cesarskie. Dlatego św. Paweł z Tarsu nakazywał swoim słuchaczom płacić podatki. Inna to już sprawa, jeśli "król" działa wbrew prawu Boskiemu. Wówczas "poddani" mają prawo - jak przekonują niektórzy teolodzy i Ojcowie Kościoła - odmówić mu posłuszeństwa.
Post autor: Pio Maria Facibeni » 29 sie 2016, 16:47
Gaston de Senancour pisze: Wówczas "poddani" mają prawo - jak przekonują niektórzy teolodzy i Ojcowie Kościoła - odmówić mu posłuszeństwa.[/justify]
Wkrada się tu moim zdaniem problematyczne rozwiązanie tego problemu. Dlatego odwoływałem się do Starego Testamentu, bo było mi po prostu prościej. Św. Paweł używa władzy i sprawiedliwości. I odmówić posłuszeństwa możemy dopiero wtedy, kiedy nie ma sprawiedliwości w państwie. Teraz dla każdego z ludzi sprawiedliwość jest inaczej pojmowana. W czasach św. Pawła był to sprawiedliwy obraz Seneki, dla chrześcijan sprawiedliwość jest jednym z wielu przymiotów Boga (chociaż niedoskonałych w naszym języku, nie mamy możliwości by doskonale opisać Pana Boga). Dla innych sprawiedliwość będzie bez Boga, dla jeszcze innych z Bogiem. Jak taki problem rozwiązać? Czy jeśli władca jest ateistą, neguje Boga, który jest sprawiedliwością możemy mu wypowiedzieć posłuszeństwo choć działa moralnie dobrze? Czy też wierzącego władcę można odrzucić bo działa moralnie źle?
Post autor: Samuel Radziwiłł » 31 sie 2016, 19:09
Ośmieliłem się tutaj skrobnąć kilka słów w tej dyspucie.
Żaden władca, żaden aparat państwowy, nie uczyni jednak człowieka lepszym niż jest z samej swojej natury (to można osiągnąć wyłącznie dzięki łasce Bożej), państwo może jednak sprawić, by ludzi nie byli jeszcze gorsi. Hamuje najniższe odruchy i instynkty, łagodzi obyczaje, karze i – jeśli zajdzie taka potrzeba – wynagradza za słuszną postawę. Występny może być również sam władca i jego aparat, a dzieje się to wówczas, gdy działa w sprzeczności z prawem Bożym. Wówczas poddany ma prawo wypowiedzieć państwu posłuszeństwo.
Rozumiem to z punktu widzenia chrześcijańskiego, że gdy władza działa w sprzeczności z Bożym Prawem, to taki obywatel może wypowiedzieć posłuszeństwo. Czyli, że mamy prawo do legalnego buntu. Co ma natomiast zrobic obywatel, który jest niewerzący, jesli uważa on, że owa władza nie działa wedle "boskich praw"? W jaki sposób możemy określić owe prawa wedle których władza danego państwa będzie oceniana/osądzana? Jakie to mają/powinny być te prawa?
Konsul i Senator Najjaśniejszej Republiki Garapenii
Wróć do „Klub Polityczny św. Augustyna”