Source: http://polskie-forum.pl/viewtopic.php?f=9&t=3473&p=139718
Timestamp: 2019-04-21 18:47:48
Legal References Found: art. 25
 Art. 26
 art. 53
 art. 53

Art. 14

Art. 92

Art. 93

Art. 95

Art. 96
 art. 125

Document Content:
﻿ Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Dyktatura dewiantów
Teraz jest 21 kwi 2019, 19:47
Dyktatura dewiantów
[ Posty: 124 ] Przejdź na stronę Poprzednia strona 1 ... 5, 6, 7, 8, 9 Następna strona
Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
Napisane: 29 cze 2017, 06:51
Gender na wszystkich przedmiotach
Z Mathiasem von Gersdorffem, niemieckim obrońcą praw rodziny, rozmawia Piotr Falkowski
Zanim w ogóle pojawiła się ideologia gender, w niemieckiej szkole od dawna obecna była tzw. edukacja seksualna. Czy wtedy przeszło to niezauważone, zlekceważone?
– Oczywiście, że nie. Szkolna edukacja seksualna została zapoczątkowana w 1970 roku i doprowadziła do silnych kontrowersji. Jedną z pierwszych tego oznak było silne ideologiczne nacechowanie programu. Pedagogicznym punktem odniesienia była tzw. seksedukacja emancypacyjna. Jest to wytwór myślenia neomarksistowskiego. Miała ona prowadzić do wyzwolenia człowieka z „burżuazyjno-kapitalistycznych wyobrażeń moralnych”. W ten sposób miał być budowany socjalizm. A zatem seksualność stała się obszarem polityki społecznej. Ze względu na protesty z biegiem dekad roszczenia ideologiczne zostały złagodzone, lecz dla wielu edukacja seksualna w szkołach pozostaje skandalem. Obecny program nauczania tego przedmiotu kontynuuje zakorzenienie w koncepcji „emancypacyjnej”, choć nie jest to już tak oczywiste jak we wczesnych latach 70.
Kto stał za forsowaniem tych zmian?
– Nowe koncepcje w odniesieniu do seksualności pochodziły przede wszystkim z kręgu tzw. szkoły frankfurckiej oraz rewolucji 1968 roku. Przejęły też pewne elementy neomarksistowskie. Jednym z ich największych projektów była „rewolucja seksualna”: społeczeństwo powinno odrzucić „zakurzone” wyobrażenia na temat seksualności i otworzyć się na stosunki seksualne przedmałżeńskie, wolne związki i homoseksualizm. W tym duchu powstała wspomniana „seksedukacja emancypacyjna”. Dalszymi konsekwencjami rewolucji seksualnej była liberalizacja aborcji i pornografii w połowie lat 70.
Rozumiem, że to rewolucyjne myślenie zyskało szerokie uznanie. Nie było sprzeciwu, protestów?
– Tak, były. Nawet doprowadziło to do wyroków Federalnego Sądu Konstytucyjnego, które dały rodzicom prawo do sporego wpływu na realizację edukacji seksualnej. Jednak to prawo musi zostać wyegzekwowane. W każdym przypadku szkoła i rodzice muszą się porozumieć, jak dziecko ma być uczone.
Jak wygląda edukacja seksualna w niemieckiej szkole obecnie? Kto decyduje o jej kształcie?
– W Niemczech edukacja leży w stu procentach w rękach państw związkowych i rząd federalny nie ma na nią żadnego wpływu, zatem funkcjonuje wiele różnych wytycznych. Są one sformułowane dość ogólnie i konkretna implementacja mocno zależy od właściwego nauczyciela. To sprawia, że edukacja seksualna w szkole jest bardzo zróżnicowana. W „lewicowych” jest odpowiednio bardzo liberalna, a w konserwatywnych rzadko kiedy w ogóle występuje. Katastrofa jest wtedy, gdy trafia się liberalny nauczyciel edukacji seksualnej w lewicowej szkole i jeszcze zaprasza zewnętrzne siły z organizacji takich jak Pro Familia lub nawet z państwowej Federalnej Centrali Edukacji Zdrowotnej (BZGA). Co do zasady jest to możliwe tylko za zgodą rodziców, ale w praktyce konserwatystom pozostaje jedynie przeniesienie dzieci do innej szkoły. W Niemczech szerokim echem odbiła się seria przypadków pedofilii w Belgii, co przyniosło trochę uspokojenia w latach 90. i władze stały się bardziej ostrożne.
Do Polski docierały informacje, że próba wprowadzenia ideologii gender do szkół wywołała w Niemczech protesty.
– Najpierw nowy program nauczania został wprowadzony w Berlinie w 2011 roku i bezpośrednio wymagał zajęcia się homoseksualizmem, biseksualizmem i transseksualizmem. To wywołało opór. Kolejna fala protestów wybuchła w Badenii-Wirtembergii w związku z nowym planem nauczania z 2015 roku. Obecnie protesty mają miejsce w Hesji, gdzie wytyczne dla edukacji seksualnej z końca lata 2016 roku zawierały akceptację „różnorodności płciowej”. Centrala BZGA ma fatalną reputację, ale jej materiały i wskazówki dla szkół nie są obligatoryjne, gdyż podlega ona ministerstwu zdrowia, które nie ma żadnego wpływu na szkoły w poszczególnych landach. Jednak niektóre materiały BZGA są wykorzystywane na przykład przez WHO.
W jakim wymiarze i od jakiego wieku obowiązuje edukacja seksualna z elementami teorii gender?
– To trzeba oddzielić. Przedmiot edukacja seksualna (niem. Sexualkunde) dotyczy wyjaśniania różnych aspektów ludzkiej płodności. Natomiast gender jest czymś innym i jedynie nakłada się na kwestie podejmowane podczas lekcji edukacji seksualnej. Gender to filozofia, czy bardziej ideologia, utrzymująca, że płeć jest „konstruktem” kulturowo-społecznym. W związku z tym może być wiele różnych tożsamości genderowych. Papież Benedykt XVI określił gender „rewolucją antropologiczną”. Gender może pojawić się w szkole zupełnie poza zajęciami z seksedukacji i w ogóle bez związku z tym tematem. To sprawia, że starcie z ideologią gender w szkole jest o wiele trudniejsze niż z ograniczoną do jednego przedmiotu edukacją seksualną. Idea „seksualnej różnorodności” może się pojawić choćby na matematyce, na przykład w zadaniu z treścią: „Peter i Hans na swój ślub zaprosili 20 przyjaciół. Każdy ma dostać dwa kawałki tortu weselnego. Na ile części trzeba go podzielić?”. Takie przykłady są wprowadzane dosłownie wszędzie do materiałów szkolnych. Podręcznik do angielskiego, którego autor jest znany ze swojego homoseksualizmu, zawiera rysunek życia wsi, na którym widać dwie dorosłe kobiety trzymające się za ręce. Taka „edukacja genderowa” jest obecna od pierwszej klasy szkoły podstawowej.
Co jest najbardziej destrukcyjne w praktycznej realizacji edukacji seksualnej w Niemczech?
– Według mnie, edukacja seksualna jest kompletnie zła, przede wszystkim ze względu na ideologiczne zakorzenienie w neomarksistowskiej „emancypacji”, którego nie da się usunąć. Najbardziej szkodliwa forma edukacji seksualnej występuje wtedy, gdy ma ona postać jedynie edukacji antykoncepcyjnej, czyli sprowadza się do metod zapobiegania ciąży. Wówczas w praktyce te lekcje są bezwstydne, łamiące poczucie intymności i niemoralne. Trzeba tu podkreślić, że to nauczyciel, teoretycznie w konsultacji z rodzicami, decyduje, jakich używa materiałów. Są wśród nich bardzo bezpośrednie w przedstawianiu fizycznej strony seksualności i odarte z wszelkiego wstydu. Debata publiczna zazwyczaj rozpala się, kiedy ktoś znajduje takie nieprzyzwoite materiały.
To naturalna reakcja.
– Według mnie, jest to problematyczne z wielu powodów. Po pierwsze, wiele materiałów do edukacji seksualnej nie ma żadnych nieprzyzwoitych przedstawień, ale cała ich wewnętrzna ideologia jest zła. Kiedy koncentrujemy się na tych bezwstydnych obrazkach, wygląda to tak, że inne materiały są mniej lub bardziej do zaakceptowania, tymczasem to nie o to chodzi. Powtarzam: edukacja seksualna w szkole jest zła w swoich korzeniach. Po drugie, oponenci edukacji seksualnej używają wyjątkowo nieprzyzwoitych materiałów, by pokazać, jak szkoła demoralizuje uczniów. Ale te najgorsze podręczniki są rzadko wykorzystywane w szkole, więc krytycy pozwalają odnieść wrażenie, że przesadzają. A problem nie leży w obrazkach, choćby najgorszych, ale w edukacji seksualnej jako takiej. To samo dotyczy ideologii gender. To ona sama jest nie do zaakceptowania, nie zaś demoralizujące materiały używane w szkole. Chodzi o to, że aktywiści gender potrafią przystosować swoją ideologię do wrażliwości odbiorcy. Nawet samo słowo „gender” jest rzadko używane. Raczej mówi się o „różnorodności płciowej” i eliminacji dyskryminacji mniejszości seksualnych.
– Musimy mieć na uwadze, że rewolucja genderowa jest rewolucją bez zaplecza w masach. Promuje ją bardzo wąska mniejszość, która ma wielką siłę oddziaływania na elity polityczne i na media. Do tego nie wyjaśniają oni dokładnie, czym jest gender, mówią tylko, że walczą z dyskryminacją. Ale to nie jest prawda. Chodzi o wykorzystanie sfery seksualnej do narzucenia neomarksistowskiej, pogańskiej i stąd antychrześcijańskiej koncepcji człowieka sprowadzającej go do zmysłowości. Dlatego powinniśmy zwalczać tę doktrynę ze wszystkich sił.
http://www.naszdziennik.pl/mysl/184543, ... otach.html
Napisane: 30 cze 2017, 09:15
Jest to wytwór myślenia neomarksistowskiego. Miała ona prowadzić do wyzwolenia człowieka z „burżuazyjno-kapitalistycznych wyobrażeń moralnych”. W ten sposób miał być budowany socjalizm.
Hitler nazywał to "drobnomieszczańskimi przesądami" i promując dewiantów seksualnych zamierzał te "przesądy" zwalczać.
Napisane: 30 sie 2017, 09:15
Prawo faworyzujące środowiska LGTB
Projekt „Ustawy przeciwko dyskryminacji ze względu na orientację płciową, tożsamość lub wyrażanie płci i cech płciowych oraz o równości społecznej lesbijek, gejów, osób biseksualnych, transseksualnych, transseksualnych i interseksualnych” zawiera 99 artykułów, których uchwalenie będzie skutkować rażącym wykluczeniem z życia społecznego organizacji pro-life i pro-family. Projekt zakłada m.in. ograniczenie wolności słowa oraz marginalizację organizacji broniących tożsamości rodziny i małżeństwa, także poprzez bardzo dotkliwe sankcje karne.
Przyjęcie projektu oznacza niebezpieczne cenzurowanie poglądów, a nawet sformułowań, które aktywiści subkultur LGBT uznają za obraźliwe (art. 65). Jednocześnie projekt przewiduje szereg instrumentów promujących ideologię gender. Przykładowo art. 25 („Promocja i wsparcie dla rodzin LGTBI”) zobowiązuje organy administracji publicznej do wprowadzenia specjalnych programów informacyjnych skierowanych zarówno do szkół, jak i do rodzin, promujących praktyki homoseksualne zrównywane z relacjami płciowymi między kobietą i mężczyzną. Jednocześnie wskazywanie na fundamentalną różnicę między tymi relacjami i praktykami homoseksualnymi ma stanowić dyskryminację. Art. 26 projektu („Ochrona dzieci w rodzinach LGTBI”) odmawia dzieciom urodzonym przez matkę pozostającą w związku lesbijskim prawa do posiadania ojca, przewidując automatyczne przyznanie praw rodzicielskich drugiej kobiecie.
Przyjęcie nowych przepisów, oprócz osłabienia pozycji rodziny oraz małżeństwa, będzie destrukcyjne dla debaty publicznej, z której usunięte zostaną organizacje reprezentujące większość społeczeństwa. Chodzi zwłaszcza o organizacje chrześcijańskie, obrońców życia i organizacje prorodzinne. W praktyce przyjęcie nowego prawa spowoduje lawinę postępowań sądowych oraz brak możliwości podejmowania jakichkolwiek działań obywatelskich w obronie tożsamości rodziny i małżeństwa (ogłaszania petycji, organizowania szkoleń prorodzinnych lub pro-life).
Za złamanie projektowanych przepisów przewidziano (art. 94) nawet do 45 000 euro kary oraz zakazy korzystania ze środków publicznych (przez okres do 2 lat albo do 5 lat w przypadku recydywy).
Centroprawicowy rząd Mariano Rajoya zapowiedział, że nie zgłasza uwag do projektu, co zostało przyjęte z satysfakcją przez hiszpańską Federację Lesbijek, Gejów, Transseksualistów i Biseksualistów (FELGTB) – faktycznego autora ustawy. FELGTB twierdzi, że wsparcie dla dalszych prac nad projektem zapowiedziały wszystkie ugrupowania parlamentarne oprócz rządzącej Partii Ludowej, która jednak nie posiada większości w izbie niższej Kortezów.
Organizacje prorodzinne i pro-life z całego świata wyrażają zaniepokojenie, uznając hiszpański projekt za radykalnie ograniczający wolności słowa i religii w Hiszpanii. Jednoznacznie negatywne stanowisko względem projektu zajął m.in. Kongres dla Życia i Rodziny, zrzeszający 600 organizacji pozarządowych z 16 różnych krajów iberoamerykańskich. Przewodniczący Kongresu w liście do hiszpańskiego MSZ stwierdza, że projekt stanowił „początek drogi do totalitaryzmu”, w którym uprzywilejowane byłyby grupy osób ze względu na ich nietypowe skłonności lub zaburzenia płciowe. Kongres zarzuca projektowi tendencję do drastycznego ograniczenia wolności słowa i narzucenia społeczeństwu ideologii gender wbrew woli większości Hiszpanów.
http://www.naszdziennik.pl/swiat/188339 ... -lgtb.html
Napisane: 01 paź 2017, 17:57
Wszystko co nie normalne, co destrukcyjne dla ładu moralnego w świecie, wszystko to jest dzisiaj siłą napędową "polityki" gwałtu i przemocy wobec ludzkości, realizowanej przez lewacki półświatek. Genderostwo, mordy islamskie, aborcje, eutanazje, eugenika, poprawność polityczna, relatywizm moralny itd. Wszystko to stoi dzisiaj na świeczniku, a świat zmuszany jest do tańca oscylacyjnego wokół tych odchyleń, niczym Ziemia wokół Słońca.
Homoterror w Australii
Przemoc i agresja lewicy przed referendum w sprawie zrównania homozwiązków z małżeństwem
W Australii rozpoczęło się referendum w sprawie uznania związków homoseksualnych za małżeństwa. Towarzyszy mu ogromna kampania propagandowa środowisk popierających zmianę zapisanej w australijskiej konstytucji definicji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. W programach telewizyjnych nie ma debaty czy wymiany poglądów, jest natomiast promocja homoseksualizmu i atak na zwolenników tradycyjnie pojmowanego małżeństwa. Emitowanych jest bardzo wiele spotów reklamowych środowisk homoseksualnych, główne ulice wielu największych miast obwieszone są tęczowymi flagami i bannerami propagującymi „małżeństwa” jednopłciowe, włączają się w to nawet niektóre firmy. Na tęczowo zapaliła się ogromna reklama Coca-Coli w Sydney i port lotniczy w Canberze, a Liga Australijskiego Futbolu na swojej siedzibie zamieniła w swoim logo napis „AFL (Australian Football League)” na „Yes”. Poparcie dla głosowania na „tak” wyraziło wiele organizacji sportowych, w tym ARU, NRL, Krykiet Australii i Football Federation Australia. Nawet na lotniskach na wielkich ekranach cały czas emitowane są reklamy zachęcające do głosowania na „tak”. Ponadto prowadzona jest akcja telefoniczna, której organizatorem jest Kampania Równości i tą drogą nakłania się Australijczyków do głosowania na „tak”. Zadzwoniono już do 300 tys. osób. Choć według oficjalnych statystyk homoseksualiści w Australii stanowią zaledwie 0,2 proc. społeczeństwa, akcja propagandowa na rzecz ich poparcia z całą pewnością jest prowadzona przy ogromnym wsparciu finansowym, bo bez tego nie byłaby możliwa tak szeroka, w szczególności prowadzona w mediach, reklama. Warto dodać, że w medialnych dyskusjach nie uczestniczą przeciwnicy tzw. małżeństw homoseksualnych.
Środowiska homoseksualne nie tylko prowadzą nachalną propagandę, ale przede wszystkim są niespotykanie agresywne w stosunku do swoich przeciwników. Kilka dni temu przed uniwersytetem w Sydney odbyła się pikieta zachęcająca do głosowania w referendum na „nie”. Nie mogła odbyć się na terenie kampusu, bo uczelnia nie wyraziła zgody. W tym samym czasie pokazywana była tam przez kilka dni progejowska wystawa. Uczestnicy pikiety zostali zaatakowani przez blisko sześćdziesięcioosobową grupę zwolenników małżeństw homoseksualnych. Obrońcy tradycyjnego małżeństwa zostali zaatakowani fizycznie, powyrywano im i poniszczono tablice z napisami „Vote no”, a nawet produkty żywnościowe, którymi częstowali innych studentów. Przez pięć godzin agresywna grupa z tęczowymi flagami wykrzykiwała pod adresem organizatorów pikiety, że są „bigotami”, „neonazistami”, pojawiały się bluźnierstwa i groźby.
Całe to wydarzenie zostało zarejestrowane przez kamery i na profilu „Vote no” na Facebooku można obejrzeć to nagranie (http://www.dailytelegraph.com.au/rendez ... m=Facebook). Niestety władze uczelni wydały oświadczenie, w którym absolutnie nie widzą agresji w zachowaniu przedstawicieli środowiska LGBT.
Bezkarna przemoc
Podobną agresję aktywiści homoseksualni przejawiają bardzo często. Jej ofiarą padł były premier Tony Abbott, który zaangażował się w kampanię przeciwko uznaniu związków homoseksualnych za małżeństwa. Podczas wizyty Abbota na Tasmanii w Hobart mężczyzna ze znaczkiem „Vote yes” uderzył go w głowę. Jeden z senatorów Eric Abetz powiedział w ABC News Breakfast, że incydent ten jest właśnie przykładem na to, że slogan środowisk homoseksualnych „miłość jest miłością” nie ma nic wspólnego z praktyką, bo w rzeczywistości są one nietolerancyjne i „nie chcą, aby ludzie mogli mieć swój punkt widzenia”. Potwierdza to także wydarzenie z Canberry, gdzie 18-letnia kobieta została zwolniona z pracy za to, że na Facebooku umieściła napis „It was OK to vote no”. Jej pracodawca powiedział, że „homofobiczne poglądy podawane do publicznej wiadomości są szkodliwe dla firmy”. Przy czym tradycyjnie Facebook zablokował Madeleine (bo tak ma na imię wspomniana młoda kobieta). Koalicja na rzecz Małżeństwa wynajęła billboard na Royal Hobart Showgrounds w Glenorchy, ale pomimo że opłata za wynajęcie została wniesiona, treść wzywającą do głosowania na „nie” usunięto po pięciu godzinach.
Nie ma w Australii wolnej przestrzeni dla przeciwników małżeństw dewiantów seksualnych, bo nawet ich plakaty są zrywane przez homoseksualistów, choć – jak wspomniałam – wszędzie na ulicach widoczna jest nachalna propaganda LGBT.
Pomimo tej propagandy i agresji wyniki referendum wcale nie są przesądzone, bo wbrew pozorom i przekazowi medialnemu w Australii ciągle bardzo silne jest przywiązanie do tradycyjnie pojmowanego małżeństwa i nie brakuje zdecydowanych przeciwników propagowania ideologii homoseksualnej. W niedzielę, 17 września, rozpoczęto kampanię Koalicji na rzecz Małżeństwa. Jej pierwszym akcentem był doskonale widoczny napis „Vote no”, wykonany przez samolot na niebie nad Sydney aż w czterech miejscach. W wielu miastach Australii odbywają się spotkania i demonstracje organizowane przez Koalicję na rzecz Małżeństwa, np. w Sydney, gdzie blisko tysiąc osób w ICC (centrum konferencyjne) Darling Harbour zgromadziło się na spotkaniu pod hasłem „Dobrze powiedzieć NIE”. Organizatorzy spotkania podkreślali: „Zmiana ustawy o małżeństwie wpłynie na Ciebie, Twoją rodzinę i wszystkich Australijczyków”. Spotkania takie odbywały się też w Brisbane, Melbourne, Adelaide, Darwin i Perth. Sondaże publikowane w mediach mówią o poparciu dla związków homoseksualnych na poziomie 53 proc., natomiast sondy przeprowadzane przez gazety internetowe podają zupełnie inne wyniki. Przykładem może być sonda ze strony news.com, gdzie na „tak” głosowało 24 proc., a na „nie” 73. W ankiecie wzięło udział ponad 8 tys. osób (na dzień 23 września). Nawet jednak biura badania opinii podają, że poparcie dla zwolenników „małżeństw” homoseksualnych wyraźnie spada, co znajduje odzwierciedlenie w sondażach (http://www.news.com.au/national/norther ... news-story /ff1079b76083921f78fc02b6814cb2e4).
Knebel na katolików
Senator Cory Bernardi, który brał udział w spotkaniu Koalicji na rzecz Małżeństwa w Sydney, powiedział, że przeciwnicy zmian są „uczciwą stroną historii prawnej i moralnej” i z tego powodu budzą agresję oraz niechęć środowisk homoseksualnych. Przestrzegał też, że zmiana definicji małżeństwa pociągnie za sobą daleko idące konsekwencje, m.in. takie jak dyskryminacja katolików i osób przeciwnych polityce równości. Podkreślił też, że „radykalne gejowskie wychowanie seksualne” może stać się obowiązkowe w szkołach, a zmiana definicji małżeństwa pozwoli działaczom homoseksualnym (na podstawie prawa antydyskryminacyjnego) na powstrzymanie jakiejkolwiek krytyki lub sprzeciwu, a nawet debaty na ten temat.
Referendum odbywa się drogą pocztową – za pośrednictwem poczty tradycyjnej i e-mailowej. Od 12 września rozsyłane są ankiety z pytaniem „Czy prawo powinno zostać zmienione, aby pary małżeństw tej samej płci mogły się ożenić?”. Do 27 października ankietę należy odesłać, ale – co ciekawe – uznane zostaną również te ankiety, które będą wysłane do 7 listopada. Wyniki Australijskie Biuro Statystyczne ogłosi 15 listopada o godzinie 11.30. Biuro statystyk zaleca wypełnianie ankiety ołówkiem (!) lub czarnym długopisem. Oczywiście zostali też wprowadzeni tzw. pełnomocnicy osób, które same nie mogą głosować (np. niewidomi). Te działania budzą wiele obaw o uczciwość referendum.
Na profilu internetowym Koalicji na rzecz Małżeństwa na Facebooku pod nazwą „Vote no” Australia – Marriage Plebiscite obrońcy rodziny proszą o modlitwę za Australię.
http://www.naszdziennik.pl/mysl/189721, ... ralii.html
Napisane: 09 lis 2017, 09:41
Czy jeżeli urzędnik państwowy jest zboczeńcem, albo przychylnie patrzy na zboczeńców, to czy my wszyscy też musimy być obligatoryjnie tacy sami? Czy to są te ich standardy, te ich wartości europejskie?
A co winne temu są nasze dzieci, abyśmy je obowiązkowo przyuczali do degeneracyjnych anomalii?
Władze miejskie w Gdańsku wychodzą naprzeciw postulatom środowisk propagujących ideologię LGBT. Gdańscy samorządowcy rozważają m.in. wprowadzenie w lokalnych szkołach tzw. warsztatów antydyskryminacyjnych, stygmatyzujące oznaczanie aptek farmaceutów korzystających z wolności sumienia, a także podpisanie promującej ideologię gender Europejskiej Karty Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym.
Od września w Gdańsku odbywają się cykliczne spotkania przedstawicieli władz miejskich z mieszkańcami miasta oraz przedstawicielami organizacji pozarządowych (tzw. panele obywatelskie). Panel obywatelski jest formą szerokiej debaty łączącej w sobie elementy konsultacji społecznych oraz wysłuchania publicznego. W ramach panelu zaproszeni goście i eksperci wygłaszają referaty tematyczne, które są następnie przedmiotem dyskusji wszystkich uczestników. W końcowym etapie sporządzane są rekomendacje, które, jeśli zostaną poparte przez 80 proc. uczestników panelu, stać się mają wiążące dla władz miasta.
W ramach trwającego panelu obywatelskiego przedmiotem dyskusji jest m.in. temat równego traktowania. Do udziału w debacie zaproszono wyłącznie organizacje propagujące ideologię feministyczną i LGBT, takie jak Trójmiejska Akcja Kobiet, Dziewuchy Dziewuchom, Tolerado, Miłość nie wyklucza, Transfuzja, Febra, Lambda, Akceptacja. Z panelu wykluczono organizacje prorodzinne, takie jak Fundacja Mamy i Taty.
W konsekwencji w trakcie panelu przyjęto projekt rekomendacji, w której proponuje się m.in. przyjęcie programu edukacji antydyskryminacyjnej, wprowadzenie obowiązku oznaczania aptek farmaceutów, którzy korzystają z konstytucyjnego prawa do sprzeciwu sumienia, a także podpisanie promującej ideologię gender Europejskiej Karty Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym.
W uwagach przedstawionych władzom miasta Instytut Ordo Iuris wskazuje, że ustanowienie warsztatów antydyskryminacyjnych w szkołach wykracza poza kompetencje gminy. Prawo oświatowe nie przewiduje bowiem prowadzenia takich zajęć w ramach edukacji szkolnej. Instytut zwraca również uwagę, że z dotychczasowych doświadczeń wynika, że tego rodzaju zajęcia stanowią z reguły zakamuflowaną formę wpajania uczniom ideologii gender oraz obliczone są na destabilizację tożsamości płciowej młodzieży. Należy przypomnieć, że szereg działań prezentowanych jako antydyskryminacyjne, a w rzeczywistości propagujących idelogię rodzaju (gender) jest nie do pogodzenia z polskim ładem konstytucyjnym. Orzecznictwo TK wyraźnie wskazuje, że polska Konstytucja afirmuje kobiecość i męskość, uznając zróżnicowanie i komplementarność kobiet i mężczyzn w życiu społecznym, co znajduje wyraz m.in. w konstytucyjnym poświadczeniu i ochronie tożsamości małżeństwa i rodziny.
Postulat wprowadzenia prawnego obowiązku oznaczania aptek farmaceutów, którzy korzystają z konstytucyjnego prawa do sprzeciwu sumienia, stanowi natomiast naruszenie art. 53 ust. 7 Konstytucji RP, który wprost zakazuje organom władzy publicznej nakazywać ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania. Prowadzi również do społecznej stygmatyzacji obywateli wykonujących zawód farmaceuty, utrudniając im korzystanie z chronionego przez art. 53 ust. 1 prawa do odmowy wykonania świadczenia sprzecznego z sumieniem, np. sprzedaży pigułek wczesnoporonnych.
Z kolei w przypadku propagującej ideologię gender Europejskiej Karty Równości Instytut Ordo Iuris zwraca uwagę, że poprzez zobowiązanie gminy do „sprawdzania materiałów edukacyjnych szkół i innych programów edukacyjnych oraz metod nauczania, w celu zapewnienia, że zwalczają one stereotypowe postawy i praktyki” (art. 13 ust. 3) wprowadza się kontrolę działalności placówek edukacyjnych w oparciu o ideologiczne kryteria, operujące prawnie niezdefiniowaną kategorią stereotypów genderowych („stereotypowych ról kobiet i mężczyzn we wszystkich formach edukacji”). Prowadzenie tego typu kontroli stanowiłoby z jednej strony niedopuszczalną ingerencję w kompetencje zastrzeżone dla Ministerstwa Edukacji Narodowej, zaś z drugiej strony, za stereotypy genderowe mogłyby być uznawane niekiedy instytucje i praktyki społeczne cieszące się ochroną konstytucyjną.
Jeszcze w listopadzie uczestnicy panelu mają głosować nad przyjęciem projektu wspomnianych rekomendacji.
http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ender.html
Napisane: 14 gru 2017, 08:49
Jak ma u nas być normalnie, skoro trzymamy palec w zboczonej d.... degeneratów lewackich i ulegamy ich dyktatowi?
Cenzura na życie
Pod naporem skrajnie lewicowej Partii Razem odwołano naukową konferencję pro-life.
XXVIII konferencję etyczną pt. „Prawo dziecka do życia”, która wczoraj miała się odbyć w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie, planowano od wielu miesięcy. Organizatorzy: Władze Collegium Medicum UJ i USD byli zmuszeni podjąć decyzję o jej odwołaniu pod wpływem lewicowej Partii Razem.
Sesje naukowe z cyklu „Etyka w medycynie” organizowane są od 1999 roku, dwa razy do roku. Wczoraj mieli wystąpić znamienici prelegenci, znawcy tematu. Sesje zawsze są bezpłatne dla uczestników. Każdorazowo gromadzą po kilkaset osób, zwłaszcza pracowników służby zdrowia i studentów zawodów medycznych. Wśród zapraszanych specjalistów z różnych dziedzin są nie tylko osoby wierzące. Jednak tym razem organizatorzy konferencji zostali oskarżeni o „niekompetencję, nietolerancję, fundamentalizm religijny”. W szpitalu ratuje się życie każdego dziecka. Profesjonalną opieką otoczono tu maleńkiego, półkilogramowego noworodka, urodzonego w piątym miesiącu życia prenatalnego. O tym właśnie mieli mówić wybitni specjaliści. Wystarczyło spojrzeć do programu, który był powszechnie dostępny.
Sesja na dzień przed jej terminem została odwołana.
Dyrektor szpitala prof. dr hab. med. Krzysztof Fyderek na dobę przed konferencją pisemnie poinformował kapelana szpitala – organizatora konferencji dr. hab. n. teol. ks. Lucjana Szczepaniaka SCJ o odwołaniu sesji. Tłumaczył, że ją odwołuje, kierując się bezpieczeństwem pacjentów. W tej sprawie kontaktował się z dyrekcją szpitala prorektor UJ do spraw Collegium Medicum, „wskazując na ewentualne zagrożenie dla prawidłowego funkcjonowania szpitala w trakcie jej trwania”.
Powód: publikacje medialne sugerujące ewentualne pikiety zarówno przeciwników, jak i zwolenników konferencji.
„Chcemy nauki o zdrowiu, a nie o religii” – petycję do władz Uniwersytetu Jagiellońskiego o odwołanie konferencji „Prawo dziecka do życia” złożyli w poniedziałek przedstawiciele Partii Razem. Dzień przed konferencją Partia Razem na stronie internetowej obwieściła: „Sukces Razem w Krakowie! Collegium Medicum UJ odwołało pseudokonferencję naukową ’Prawo dziecka do życia’. Pokazaliśmy, że presja ma sens!”. Jej autorzy sugerowali, że „w programie konferencji zaplanowano wystąpienia osób bez wykształcenia medycznego oraz prezentacje lekarzy, którzy będą opowiadać o swoich prywatnych przekonaniach religijnych”.
Tymczasem na sześć zaplanowanych wykładów tylko jeden miał wygłosić człowiek bez wykształcenia lekarskiego, szanowany w różnych środowiskach dr inż. Antoni Zięba, prezes Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka. Pozostałe pięć prelekcji mieli głosić lekarze z Instytutu Pediatrii w Krakowie, w tym prof. dr hab. n. med. Janusz Skalski, który stał się jako dyrektor Instytutu Pediatrii CM UJ również jednym z adresatów petycji o odwołanie konferencji! W petycji do rektorów zaapelowano: „Uniwersytecki Szpital Dziecięcy cieszy się wielkim zaufaniem i prestiżem. Zbudowano je dzięki wysiłkowi pracujących tam lekarzy i lekarek, ich wiedzy i doświadczeniu oraz pionierskim badaniom. Nie roztrwońcie tego wspaniałego dorobku! Żyjemy w czasach realnego zagrożenia dla pozycji nauki oraz zdrowia i życia pacjentek”.
Autorzy petycji zupełnie zigno-rowali priorytety Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego, które wyraża zamieszczona nad głównym wejściem do szpitala łacińska sentencja „Vita infantis bonum superius” – Życie dziecka dobrem najwyższym.
Posłuchać specjalistów
– Dobro zostało ukrzyżowane. Przeciwnicy konferencji nie podjęli żadnej dyskusji akademickiej, a skutecznie przeszkodzili w zorganizowaniu spotkania, strasząc szpital pikietami – mówi dr n. hum. s. Bożena Leszczyńska, zaangażowana w przygotowania sesji z cyklu „Etyka w medycynie”. Na co dzień posługuje wśród chorych dzieci jako asystentka pastoralna. Przez pacjentów oraz ich najbliższych często nazywana jest aniołem.
– Kilka dni temu jeden z chłopców leżący na sali szpitalnej z kolegą, który ma zespół Dawna, zapytał mnie na ucho, pewnie gdzieś o tym usłyszał w radio czy telewizji, dlaczego dorośli chcą zabijać takie dzieci jak mój kolega, ja go tak bardzo lubię. Myślę, że przeciwnicy konferencji o prawie dziecka do życia wiele mogliby zyskać, gdyby wsłuchali się w głos dzieci, całkowicie zależnych od dorosłych, gdyby posłuchali tych, którzy na co dzień je ratują – mówi s. Bożena Leszczyńska.
Podkreśla konieczność organizacji tego typu sesji w szpitalu dziecięcym jako najwłaściwszym miejscu do upominania się o szacunek dla życia dzieci. – W czasach, kiedy pomija się prawa dziecka, tego typu konferencje naukowe zwracają uwagę dorosłych na odpowiedzialność moralną za życie i zdrowie dzieci. Nigdy nie możemy zapomnieć o tym, że czułym miernikiem człowieczeństwa jest wrażliwość na cierpienie dziecka i ochrona jego podstawowego prawa, czyli prawa do życia – zaznacza.
Nikt nie zapytał?
– Z ogromnym smutkiem przeczytałam informację na temat okoliczności odwołania sesji – wyznaje studentka VI roku Kierunku Lekarskiego UJ CM, która miała wziąć udział w konferencji.
Od dziewięciu lat pani Barbara, nauczycielka, uczestniczy w każdym spotkaniu z cyklu „Etyka w medycynie”. Z niedowierzaniem przyjęła informację o tym, że ta wczorajsza się nie odbędzie. – Każda sesja bardzo mnie ubogaca i choć tematy są nieraz bardzo specjalistyczne, znajduję też coś ważnego dla swojego życia i działania. W tym roku oczekiwałam na konferencję szczególnie, bo temat jest bardzo ważny, fundamentalny i nie podlega żadnej dyskusji – podkreśla pani Barbara. – Jestem zdruzgotana odwołaniem tej sesji – dodaje. W tym szpitalu uratowana została jej córka po ciężkim wypadku, inni lekarze nie dawali nadziei, że przeżyje.
W wielu sesjach uczestniczyła pielęgniarka pani Anna. – To bardzo wartościowe spotkania i zawsze bardzo na nie czekam. Nie mogę poradzić sobie z myślą, że konferencja o prawie dziecka do życia się nie odbyła, bo ktoś niezwiązany ze szpitalem po prostu sobie tego zażądał – mówi.
– Dlaczego nikt nas nie zapytał o zdanie. Przecież to przede wszystkim dla nas, tak wiele zawsze korzystamy z tych wykładów – dziwi się inna z pielęgniarek.
– Przykład krakowskiego szpitala dowodzi, że w Polsce istnieje cenzura uniwersytecka – ocenia prof. Bogdan Chazan. – Niedawno na Uniwersytet Jagielloński nie została wpuszczona amerykańska działaczka pro-life Rebecca Kiessling. Teraz w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie odwołana została sesja o prawie dziecka do życia – zwraca uwagę w rozmowie z „Naszym Dziennikiem. – Zwolennicy feminizmu, surogacji, aborcji bez przeszkód ze strony władz uniwersyteckich mogą wygłaszać swoje poglądy. Jak się okazuje, mają też skuteczny wpływ na umniejszanie praw ludzi, wybitnych naukowców, specjalistów, którzy cenią życie i chcą je chronić od samego początku do naturalnego końca. Nie możemy dać się zastraszyć i musimy zdecydowanie domagać się równego traktowania – zaznacza prof. Bogdan Chazan.
Napisane: 14 gru 2017, 09:10
Groźba byle partyjki lewackiej o niewielkim znaczeniu wystarczyła, by odwołać tradycyjną od lat imprezę? Wierzyć się nie chce. Jak tak dalej pójdzie, to przed jednym lewakiem będą czmychać tysiące obrońców życia.
Napisane: 14 gru 2017, 16:29
Na tym przykładzie każdy średnio myślący jest w stanie dostrzec jakim zakłamaniem, fałszem i cynizmem trącą lewackie hasła o prawach człowieka, o wolności słowa, o praworządności, o prawie do bycia sobą.
Lewactwo przyznaje sobie prawo do wszystkiego co im się uroi w ich rozideologizowanych łbach.
Ale prawo do naturalności, do normalności do szacunku dla każdej fazy życia ludzkiego jest niedopuszczalne. Czyżby należało to odczytać tak, że nas normalnych nie uznają za ludzi, skoro te ichne prawa człowieka nas nie dotyczą?
Im wolno, nam nie wolno.
Kim są ci ludzie, którzy ugięli się pod dyktatem dewiantów lewackich?
Dlaczego pozwalamy karłom moralnym, na dyktaturę ich patologii?
Ten chwast trzeba jak najprędzej wyplewić z naszego polskiego ogródka. Oni nie żartują. My też nie powinniśmy zaprzestać tylko na wyrażeniu naszych opinii.
Swoboda badań naukowych wg Partii Razem
Totalna opozycja, która pojawiła się, kiedy po demokratycznych wyborach w 2015 roku władzę w Polsce przejęła Zjednoczona Prawica, nie przestaje od kilkunastu miesięcy lamentować nad upadkiem demokracji w Polsce, objawiającym się łamaniem „podstawowych praw człowieka” i „ładu konstytucyjnego”. Na placach i ulicach polskich miast, słychać okrzyki „Konstytucja, Konstytucja”, wznoszone z przejęciem i wielkim zaangażowaniem przez osoby trzymające w dłoniach różne rekwizyty (zapalone świeczki, białe róże). Z narracji przedstawianej przez płomiennych obrońców konstytucji wynika, że źródłem zagrożenia dla konstytucji jest partia PiS kierowana przez Jarosława Kaczyńskiego. Zafiksowani na partii PiS i jej liderze,obrońcy demokracji i praw człowieka zdają się nie dostrzegać zagrożenia dla tak umiłowanej konstytucji, które stwarzają działacze innych partii.
Artykuł 73 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. stanowi:
Wczoraj małopolski oddział Partii Razem zakomunikował z tryumfem na Facebooku:
Sukces Razem w Krakowie! Collegium Medicum UJ odwołało pseudokonferencję naukową „Prawo dziecka do życia”. Pokazaliśmy, że presja ma sens!
Dziękujemy wszystkim osobom, które wsparły naszą petycję. Dziękujemy Uniwersytetowi, że nie stał się zakładnikiem w walce z prawami kobiet! Dziękujemy naukowcom i naukowczyniom z UJ za formalnie i nieformalne wsparcie. Wiemy, że jesteście pod presją, ale żadna władza nie jest wieczna!
Razem daliśmy radę!
[Na grafice widać w tle Uniwersytecki Szpital Dziecięcy oraz napis: "Collegium Medicum UJ odwołało pseudokonferencję. Dziękujemy 843 osobom, które wsparły naszą petycję i przyczyniły się do odwołania pseudokonferencji "Prawo dziecka do życia". Razem daliśmy radę!"]
Natomiast Gazeta Wyborcza (wersja małopolska) poinformowała, że „We wtorek dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie prof. dr hab. med. Krzysztof Fyderek oraz prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. Collegium Medicum prof. dr hab. med. Tomasz Grodzicki podjęli decyzję o odwołaniu konferencji z uwagi na „ewentualne zagrożenia dla prawidłowego funkcjonowania szpitala w jej trakcie”.
Konferencje naukowe z cyklu „Etyka w medycynie” są organizowane od 1999 r., dwa razy do roku. Sesje zawsze są bezpłatne dla uczestników. Każdorazowo gromadzą po kilkaset osób, zwłaszcza pracowników służby zdrowia i studentów zawodów medycznych. Konferencja pt. „Prawo dziecka do życia”, która 13 grudnia 2017 roku miała się odbyć w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie , byłaby XXVIII konferencją. Władze Collegium Medicum Uniwersytetu Jagielońskiego i Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego zdecydowały się ją odwołać, ustępując żądaniom Partii Razem. Dyrektor szpitala prof. dr hab. med. Krzysztof Fyderek na dobę przed konferencją pisemnie poinformował organizatorów konferencji o odwołaniu sesji. W tej sprawie kontaktował się z dyrekcją szpitala prorektor UJ do spraw Collegium Medicum, „wskazując na ewentualne zagrożenie dla prawidłowego funkcjonowania szpitala w trakcie jej trwania”. Powód: publikacje medialne sugerujące ewentualne pikiety zarówno przeciwników, jak i zwolenników konferencji.
Dewiza Uniwersytetu Jagielońskiego „Plus ratio quam vis” została podeptana. Zwyciężyła brutalna siła, wprowadzająca cenzurę badań naukowych.
Powyższy przypadek nie jest odosobniony, a cenzura na uczelniach stała się faktem. W listopadzie 2016 r. Warszawski Uniwersytet Medyczny i jeden z Instytutów PAN wycofały się z wynajmu sali przeznaczonej na konferencję pt „Prawa poczętego pacjenta”. Kilka miesięcy temu kolejne uniwersytety nagle odmawiały zgody na udział pani Rebekki Kiessling w cyklu wykładów dotyczących prawa dziecka do życia. Wcześniej problemy z wykładami miał psycholog dr Paul, podejmujący temat terapii homoseksualizmu. Natomiast zwolennicy feminizmu, surogacji, aborcji bez przeszkód ze strony władz uniwersyteckich mogą wygłaszać swoje poglądy.
Działacze środowisk lewicowych deklamujący na wiecach i ulicznych mityngach o prawach człowieka, z wielka łatwością łamią te prawa. Zapisane w 77 artykule Konstytucji RP prawo do wolności badań naukowych i publikowania rezultatów tych badań, jest jednym z praw człowieka. Środowiska walczące o wolność wypowiedzi, jednocześnie całkowicie zamykają się na racjonalną debatę.
Opublikowano: 14.12.2017 15:07.
https://www.salon24.pl/u/nanofiber/8295 ... rtii-razem
Napisane: 11 sty 2018, 09:51
Jeżeli ktoś nie liczy się z życiem dopiero co rozpoczętym, to nie będzie również liczył się z życiem już funkcjonującym samodzielnie, ani tym bardziej z życiem już przygasającym.
Nie koniecznie muszą zaraz mordować, ci lewaccy "obrońcy" praw człowieka, (choć patrząc na aborcję, eugenikę i eutanazję, widzimy że lubują się w zabijaniu), ale łatwo im okradać, okłamywać, oszukiwać, manipulować, deprawować, niszczyć farmakologicznie ludzkie zdrowie itd.
Lewak to wyuzdany z moralności zachłanny cyborg, pełen, dla zmyłki, proludzkich frazesów.
Dajmy przykład innym
Środowiska proaborcyjne nieustannie przekonują, że prawo do życia dzieci poczętych jest kwestią religijną albo światopoglądową. Dlatego bardzo ważne jest przypomnienie, które zawarte jest w oświadczeniu Prezydium Episkopatu Polski, że obowiązek obrony nienaruszalności życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci wynika z prawa naturalnego i niezbywalnej godności ludzkiej, a nie tylko z religii czy światopoglądu.
Nie chciałbym tutaj przypominać parlamentarzystom, którzy identyfikują się z katolickim systemem wartości, o ich zobowiązaniu sumienia do ciągłej troski o stanowienie prawa tak, aby życie ludzkie w pełni było chronione przez państwo. To powinno być dla nich oczywiste, jeśli są ludźmi wierzącymi, jeśli należą do Kościoła katolickiego, jeśli chcą mieć czyste sumienie.
Zastanawia mnie bardziej, gdzie podziała się intelektualna uczciwość tych, którzy manifestują swój niereligijny światopogląd, popierają przepisy proaborcyjne, a jednocześnie tak chętnie powołują się przy różnych okazjach na prawa człowieka. Fundamentem wszystkich praw człowieka jest przecież prawo podstawowe – prawo do życia. Za nim dopiero mamy prawo do prawdy, wolności, sprawiedliwości, miłości, szczęścia, wyznania.
Nauka jednoznacznie określa początek życia człowieka: w wyniku zapłodnienia powstaje nowy organizm ludzki, odrębny od organizmu rodzicielskiego. Od poczęcia mamy do czynienia z nowym człowiekiem. Nikt, kto jest uczciwy, kto chce pozostać wierny prawdzie, nie może temu zaprzeczać. Bez względu na wyznawaną religię czy światopogląd. Inaczej stawia się w szeregu barbarzyńców, ludzi dzikich, choć czasem ubranych w garnitury i zasiadających w parlamentarnych ławach.
Przyzwalanie na mordowanie, usprawiedliwianie tego różnymi politycznymi kalkulacjami i kompromisami, to działanie niegodne uczciwego polityka. Jak od kogoś, kto odmawia człowiekowi prawa do życia, oczekiwać, że będzie szanował inne jego prawa, nasze prawa?
W tym roku przypada 70. rocznica proklamowania Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Nie można sobie wyobrazić lepszego sposobu jej uczczenia, jak zagwarantowanie w systemie prawnym Polski, ale nie tylko, ochrony życia bez żadnych wyjątków. Ojciec Święty Franciszek na spotkaniu z ambasadorami z całego świata powiedział niedawno wprost, że po siedemdziesięciu latach wciąż łamane są podstawowe prawa człowieka – przede wszystkim prawo do życia, wolności i nienaruszalności każdej osoby ludzkiej. Przedstawicielom ponad 180 państw świata przypomniał o dramacie niewinnych dzieci, „odrzuconych jeszcze zanim się urodzą; czasem niechcianych, tylko dlatego, że są chore czy zdeformowane”. Czy my w Polsce coś wreszcie z tym zrobimy? Czy damy przykład innym? Mamy na to teraz kolejną szansę.
http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... innym.html
Napisane: 25 cze 2018, 10:58
Europa w spirali homopropagandy. Czy Polacy też jej ulegną?
Na początku czerwca Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że państwa członkowskie „nie mogą naruszać prawa swoich obywateli do swobodnego przemieszczania się odmawiając tego prawa współmałżonkowi tej samej płci”. Środowiska LGBT okrzyknęły taki wyrok jako wielki sukces, bowiem TS uznał jako małżeństwo związek osób tej samej płci. Ingerencja w wewnątrzpaństwowy porządek prawa rodzinnego zdaje się więc bliska. Pojęcie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny być może nie będzie już chronione. Upadek moralności i radykalne próby zmiany prawa naturalnego stają się coraz bardziej widoczne i nachalne.
Unia Europejska, w trosce o obywateli preferujących homoseksualny tryb życia, nie zauważa, jak wielką krzywdę może wyrządzić rodzinom w tradycyjnym rozumieniu, czyli składającym się z mamy, taty i dzieci. Teraz próbuje się zrównać tę podstawową instytucję społeczną z homozwiązkami, a w przyszłości, być może, dojdzie do tego, aby te drugie przejęły dominującą rolę w pojmowaniu „małżeństwa” i „rodzicielstwa”. Jeszcze do niedawna lobby LGBT zapewniało, że chodzi tylko o to, aby osoby tej samej płci żyjące ze sobą funkcjonowały na zasadzie związków partnerskich. Okazało się jednak, że to im nie wystarcza, zażądano zatem zrównania małżeństwa z homozwiązkami. Podczas ostatniej parady równości w Warszawie główne hasło głosiło: „Małżeństwo dla wszystkich z prawem do adopcji”. Środowiska te już nawet nie kryją, że chodzi im o całościowy pakiet, czyli także o możliwość wychowywania dzieci. Wystarczy zapoznać się losem Katy Faust, Dawn Stefanowicz czy Roberta Oscara Lopeza, którzy byli „wychowywani” przez pary homoseksualne, aby zrozumieć, że w patologicznych u podstaw środowiskach nie ma szans na prawidłowy rozwój. Sodomia trwała w najlepsze, dzieci zaś cierpiały coraz bardziej, z jednej strony widząc całe zło, z drugiej – uzależniając się od dewiacyjnych zachowań swoich „opiekunów”. Pod płaszczykiem przyjaźni, kolorowych barw i uśmiechniętych twarzy osób ze środowiska LGBT kryje się wielkie zagrożenie dla przyszłości normalnych, zdrowych rodzin.
Aby nie szukać daleko, w Polsce trwa obecnie promocja homoseksualnego trybu życia jako fajnego, normalnego sposobu na codzienność przez jednego z polityków, Roberta Biedronia. Prowadzi on kampanię jeżdżąc po kraju i spotykając się z ludźmi, rozmawiając o ich sprawach, bolączkach itp. Z pozoru zdawać by się mogło, że to zwykła polityczna troska o obywateli, o państwo. Tylnymi drzwiami wtłaczana jest jednak myśl, że homoseksualizm to norma, coś, co należy uznać za prawidłowy styl życia, za wrodzoną orientację. Oczywiście, ktoś by mógł powiedzieć, że są osoby homoseksualne funkcjonujące normalnie, nie mające dewiacyjnych odruchów i nie krzywdzące nikogo. Zgoda, nie wszyscy popadają w skrajne, patologiczne zachowania. Jednak należy pamiętać, że homoseksualizm sam w sobie nie jest ani normą, ani wrodzoną orientacją. Zazwyczaj osoby o takich skłonnościach wychowywały się w niepełnych rodzinach, w których brak jednego z rodziców był nadmiernie rekompensowany przez drugiego z rodziców, były molestowane przez np. bliską osobę, miały kontakty homoseksualne z np. bliską osobą, były uczone masturbacji, miały kontakt z pornografią we wczesnym dzieciństwie lub też w rodzinie uważano, że homoseksualizm to coś normalnego i w związku z tym można nieco w swojej sferze seksualnej „poeksperymentować”. Owszem, w rodzinach w tradycyjnym rozumieniu dochodzi do patologii, każda krzywda dziecka powinna być napiętnowana. Jak widać, patologia rodzi kolejne destrukcyjne zachowania jak np. uwikłanie w homoseksualizm. Nie można zatem tej patologii rozszerzać uznając w niektórych przypadkach, że to norma. Tymczasem dziś pod żadnym pozorem nie wolno mówić o leczeniu czy pomocy dla osób homoseksualnych, ponieważ to nietolerancyjne i homofobiczne. W ten sposób spirala ta coraz bardziej się zapętla.
Opracowane w latach 80. abecadło homopropagandy, którego autorem był Marshall Kirk – jeden z propagatorów środowisk LGBT, wyraźnie wskazywało na to, jak krok po kroku doprowadzić do uznania przez społeczeństwa, że homoseksualizm jest normą. Na łamach pisma „Quide Magazine” Kirk pisał: „W krótkim czasie zręczna i bystra kampania medialna może przemienić wspólnotę gejowską w matkę chrzestną cywilizacji zachodniej”. W tym celu zalecił wykorzystanie filmów, telewizji, mediów, w których to homoseksualiści mieli być pokazywani jako wręcz celebryci, gwiazdy robiące kariery w wielu dziedzinach życia publicznego. Walka z dyskryminacją stała się naczelnym orężem środowisk LGBT, które jest stosowane do dziś. Co ciekawe, w wydanym przez Kampanię Przeciw Homofobii podręczniku dla nauczycieli „Lekcja Równości” można przeczytać m.in.: „Afirmuj obecność osób LGBT w społeczeństwie i ich wkład w naukę oraz kulturę. Orientacja seksualna nie powinna być pokazywana jako najważniejsza cecha osoby, ale ważne jest, by wszyscy uczniowie i uczennice poznali pozytywne postacie, z którymi mogą się identyfikować”.
Wypisz, wymaluj – przykład osoby Roberta Biedronia. Nie obnosi się ze swoim homoseksualizmem, nie musi o nim opowiadać, wszyscy o tym fakcie wiedzą. Chodzi o to, aby pokazać, że – jak to mówił w trakcie kampanii sexedpl – „gej jest ok.”. Można się zastanowić, jakie prawo może być ustanowione, gdyby Robert Biedroń został rzeczywiście prezydentem RP. Pod różowymi okularami już tak różowo nie jest. Środowiska LGBT coraz bardziej rozszerzają swoje postulaty nie zamierzając ustawać w dążeniu do całościowego „pakietu rodzinnego”. Usilnie próbują wprowadzać do szkół edukację seksualną, która jednak z edukacją ma niewiele wspólnego. To rozbudzenie seksualne dzieci już od najmłodszych lat. Nauka masturbacji, pozytywne nastawienie do różnych stylów życia, zwłaszcza do tego homoseksualnego, poznanie metod antykoncepcji ze szczególnym uwypukleniem praktycznego jej zastosowania, przybliżenie pojęcia bezpiecznego seksu i ogromu przyjemności z niego wynikających to prosta droga do nadmiernego, niezdrowego ukierunkowania na sferę seksualną, która – jak pokazują przykłady z krajów zachodnich – kończy się zwiększeniem przestępczości na tle seksualnym wśród nastolatków, wczesnym rozpoczęciem współżycia seksualnego, co z kolei doprowadza do wzrostu liczby dokonywanych aborcji (środki antykoncepcyjne nie działają w 100%), coraz większym lansowaniem mody na tzw. związki homoseksualne wśród młodych. Deprawacja trwa w najlepsze, także w Polsce próbuje się ją przeprowadzać pod płaszczykiem koniecznych lekcji o seksualności człowieka.
To, co kiedyś uznawane było za patologię i chorobę, dziś promowane jest jako coś „fajnego”, normalnego. „Ważne, by pod żadnym pozorem nie kojarzyć homoseksualizmu z patologią, brzydotą, chorobą czy uzależnieniem. Prezentowani homoseksualiści mają być atrakcyjni, a nawet wybitni. Model ten ma być przeniesiony także o edukacji”. Kirk ciężko się napracował, ale praca ta zrodziła „owoce”, które obecnie widzimy.
Pytaniem pozostaje to, czy dalej będziemy bierni wobec współczesnego wydania sodomii czy też zaczniemy czynić konkretne kroki w celu znormalizowania i przywrócenia porządków prawa naturalnego.
https://www.pch24.pl/europa-w-spirali-h ... 092,i.html
Napisane: 28 lip 2018, 20:11
Koń trojański prawa rodzinnego
Lewicowa ideologia antypedagogiki wyciąga ręce po nasze dzieci.
Projekt nowego Kodeksu rodzinnego, przedstawiony przez rzecznika praw dziecka, w 483 artykułach penetruje głęboko obszar życia polskiej rodziny. Regulacje prawne sięgają sfery stosunków wewnątrzrodzinnych – między rodzicami i dziećmi oraz między małżonkami. Definicjami prawnymi objęto tak delikatne pojęcia jak „relacje osobiste” i „relacje rodzinne”. Najpoważniejszą z proponowanych zmian jest pozbawienie rodziców w Polsce ich naturalnej władzy rodzicielskiej.
Rzecznik praw dziecka nie ma inicjatywy ustawodawczej. Kończący kadencję Marek Michalak zaprezentował mimo to na konferencji prasowej 12 lipca projekt nowego Kodeksu rodzinnego, kierując go równocześnie do najwyższych władz państwowych oraz kół i klubów poselskich z prośbą o podjęcie inicjatywy. Jeśli nie dziś, to w przyszłości znajdą się zapewne kontynuatorzy dzieła. A jeśli nie, to i tak w obliczu postępującej rewolucji kulturowej spodziewać się należy stopniowego nasączania polskiego prawa wypracowanymi treściami. Zainteresowanie społeczne tematyką wydaje się więc konieczne.
Powodem podjęcia przez rzecznika praw dziecka prac nad nowym prawem rodzinnym była – jak czytamy w uzasadnieniu do ustawy – „konieczność dostosowania przepisów do nowej filozofii pojmowania zagadnień rodzinno-prawnych”. Czym jest ta nowa filozofia i z jakich wartości wyrasta? Na stronie internetowej rzecznika praw dziecka znajdujemy jedynie mglistą wskazówkę: „Są to z jednej strony wartości ideologii oficjalnej, a z drugiej walory będące składową częścią różnych – częściowo niezależnych od prawa – autonomicznych form świadomości społecznej, a więc moralnej, religijnej, obyczajowej”.
Dziwny twór o nazwie „wartości ideologii oficjalnej” został wyraźnie oddzielony od „świadomości moralnej, religijnej i obyczajowej” społeczeństwa. Musi to wzbudzić niepokój każdego, komu bliska jest rodzina, a więc faktycznie każdego. Zatem warto podjąć trud przestudiowania tej obszernej ustawy także pod kątem zagrożeń, jakie niesie.
Uderzenie w autonomię rodziny
Autonomia jakiejś zbiorowości rozumiana jest powszechnie jako prawo tej zbiorowości do samodzielnego rozstrzygania swoich spraw wewnętrznych. Autonomia rodziny to nieingerowanie władz w wewnętrzne jej sprawy.
W projekcie kodeksu pojęcie autonomii rodziny zdecydowanie wypaczono, sprowadzając je do prawidłowych stosunków wewnątrzrodzinnych, zapewniających wolności osobiste w ramach wzajemnych relacji jej członków.
Zasada autonomii rodziny
Art. 14. Autonomia rodziny wymaga poszanowania wolności i praw członków rodziny w procesie wzajemnych relacji, kształtowania solidaryzmu wewnątrzrodzinnego oraz pierwszeństwa rodziców w wychowaniu dzieci.
Kolejne artykuły prawa, w tym zasada pomocniczości państwa względem członków rodziny i rodziny, nie rozwiewają przeświadczenia, że rodziny tracą prawo samostanowienia o sobie. Zasada autonomii rodziny jawi się jako zabieg prawny, który w prostszym języku mógłby być jednoznacznie określony zwrotem ”mydlenie oczu„.
W przytoczonym wyżej artykule uwagę zwraca też zapis o oferowanym rodzicom pierwszeństwie w wychowaniu dzieci. Wychowanie dzieci było dotąd niekwestionowanym prawem naturalnym, potwierdzonym w Polsce zapisem konstytucyjnym. Ten, kto ośmieli się w ustawie w miejsce prawa do wychowania wpisywać zaledwie pierwszeństwo w wychowaniu, z mocy prawa będzie mógł zawsze pierwszeństwo takie cofnąć.
Wielokrotne naruszanie przez państwo autonomii rodziny już dziś wzbudza niemałe emocje. Na III Ogólnopolskiej Konferencji ”Pomocniczość czy etatyzm. Państwo wobec rodziny i jej autonomii„ temat podjęli prawnicy z Instytutu Ordo Iuris i Katedry Socjologii Prawa UW. Prelegenci, służący wielokrotnie pomocą prawną w sprawach o przywrócenie dzieci rodzicom, wykazywali, jak niebezpiecznie przesunięty jest już dziś próg ingerencji sądów w sprawy rodziny w postępowaniach o ograniczenie władzy rodzicielskiej i w postępowaniach rozwodowych. Projekt nowego kodeksu otwiera przed władzami wielokrotnie większe, niemal nieograniczone możliwości ingerowania w rodzinę i panujące w niej stosunki.
Koniec z władzą rodzicielską
O władzy rodzicielskiej rozumianej jako prawo rodziców do wychowania swoich dzieci stanowi Konstytucja. W jej myśl rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami.
O władzy rodzicielskiej mówi też obowiązujący dziś Kodeks rodzinny i opiekuńczy. Warto zapoznać się szczegółowo z jego prawami, które możemy wkrótce utracić:
Art. 92. Dziecko pozostaje aż do pełnoletniości pod władzą rodzicielską.
Art. 93. § 1. Władza rodzicielska przysługuje obojgu rodzicom.
§ 2. Jeżeli wymaga tego dobro dziecka, sąd w wyroku ustalającym pochodzenie dziecka może orzec o zawieszeniu, ograniczeniu lub pozbawieniu władzy rodzicielskiej jednego lub obojga rodziców. […].
Art. 95. § 1. Władza rodzicielska obejmuje w szczególności obowiązek i prawo rodziców do wykonywania pieczy nad osobą i majątkiem dziecka oraz do wychowania dziecka z poszanowaniem jego godności i praw.
Art. 96. § 1. Rodzice wychowują dziecko pozostające pod ich władzą rodzicielską i kierują nim. Obowiązani są troszczyć się o fizyczny i duchowy rozwój dziecka i przygotować je należycie do pracy dla dobra społeczeństwa odpowiednio do jego uzdolnień.
Cóż złego może się kryć za aktualnymi zapisami? Mimo to rzecznik praw dziecka na stronie internetowej swojego urzędu ogłasza tryumfalnie: ”Koniec władzy rodzicielskiej„! W projekcie nowego kodeksu władza rodzicielska została zastąpiona nowym terminem prawnym: ”odpowiedzialność rodzicielska„. Odpowiedzialność przed kim? Kto ma rozliczać rodziców z tego obowiązku? Kto rości sobie prawo do realnej władzy nad naszymi dziećmi?
Odpowiedzialność rodzicielską zdefiniowano następująco:
”Odpowiedzialność rodzicielska – to zadanie, postawa i relacje rodziców z dzieckiem, wykonywane z poszanowaniem jego godności i praw, zgodnie z porządkiem społeczno-prawnym. Ma ona na celu troskę o dziecko i zaspokajanie jego potrzeb, przygotowanie do życia w rodzinie i społeczeństwie oraz wypełnianie obowiązku alimentacyjnego. Jest realizowana w szczególności przez wykonywanie obowiązków i praw w zakresie pieczy nad osobą i majątkiem dziecka, reprezentacji, utrzymywania relacji osobistych, ustalania pochodzenia dziecka, jego imienia i nazwiska, miejsca pobytu„.
Czy po wejściu w życie powyższego prawa nasze dzieci będą nadal nasze?
Nie będą. Urodziwszy je, będziemy mieli obowiązek sprawować pieczę nad nimi i zaspakajać ich potrzeby, ale nie wychowywać! Postępować zgodnie ze wspomnianym narzuconym ”porządkiem społeczno-prawnym„, tak by zadowolić zarówno dzieci, jak i… władze państwowe.
”Dziecko ma autonomię, którą rodzice lub inne osoby ponoszące odpowiedzialność taką jak rodzice mają obowiązek szanować, a w sprawach dotyczących osoby lub majątku dziecka informować je i wysłuchać, z uwzględnieniem stanowiska dziecka„.
Terminy takie jak ”władza rodzicielska„ i ”kierowanie dzieckiem„ projektodawcy wykluczają z kodeksu, by zostały wykluczone z życia.
”Jeżeli dobro dziecka jest zagrożone, sąd wyda odpowiednie zarządzenia„ – to cytat art. 125 § 1 projektu nowego kodeksu. Dalej wymieniono szereg sankcji, które może podjąć sąd w przypadku zagrożenia dobra dziecka. Sąd może:
– zobowiązać rodziców do określonego postępowania, w szczególności do pracy z asystentem rodziny;
– skierować dziecko do ośrodka kuratorskiego;
– określić, jakie czynności nie mogą być przez rodzica dokonywane bez zezwolenia sądu, albo poddać go innym ograniczeniom, jakim podlega opiekun;
– ustanowić nadzór kuratora sądowego nad wykonywaniem odpowiedzialności rodzicielskiej;
– skierować dziecko do organizacji lub instytucji powołanej do przygotowania zawodowego albo do innej placówki sprawującej częściową pieczę nad dziećmi;
– zarządzić umieszczenie dziecka w rodzinie zastępczej, rodzinnym domu dziecka albo w instytucjonalnej pieczy zastępczej.
To wszystko może uczynić sąd w sytuacji zaledwie zagrożenia dobra dziecka. W przypadku stwierdzenia naruszenia prawa w postaci zaniedbywania rodzicielskich obowiązków bądź nadużywania praw skutek będzie poważniejszy – pozbawienie rodziców odpowiedzialności rodzicielskiej. Kto może żądać przed sądem zastosowania owej najwyższej sankcji? Na pierwszym miejscu listy wymienione jest… dziecko. Prawo nie jest dla dzieci. Wielu młodych pod wpływem emocji skorzysta z przywileju oskarżenia przed sądem swoich rodziców o stosowanie zakazów i ograniczanie ich swobody, by potem, w pieczy zastępczej, przeżywać dramat nieprzewidzianej z nimi rozłąki.
Dziecko to istota ludzka, którą można unicestwić
Projekt kodeksu wprowadza definicję dziecka, która może wielu ucieszyć, a na pewno wielu zmyli: ”Dziecko – to istota ludzka od poczęcia do osiągnięcia pełnoletniości„.
To ewenement w prawie europejskim, które podaje jedynie górną granicę dzieciństwa.
Projektodawcy przewidują obronę dziecka w łonie matki przed utratą zdrowia i życia. Dotyczy to jednak jednego tylko zagrożenia – spożywania przez kobietę w ciąży alkoholu lub używania innych substancji psychoaktywnych. Sąd w takiej sytuacji zobowiąże kobietę do leczenia, nakaże otoczyć ją i dziecko opieką lekarską, podjąć pracę edukacyjną i terapeutyczną. Dziecko nienarodzone, tak jak dziecko w każdym wieku jest podmiotem w sądzie, będzie miało przydzielonego w sprawie adwokata, który wystąpi w jego obronie.
A co z obroną życia dziecka, gdy kobieta zechce dokonać aborcji? Ano… nic.
Teraz możemy oczekiwać sytuacji, w której projekt kodeksu z powodu wspomnianej definicji dziecka obejmującej fazę prenatalną oraz zapisu o ochronie jego życia zostanie zaatakowany przez aktywistów z frakcji proaborcyjnej, zaś nieświadomi sytuacji obrońcy życia będą owego kodeksu bronili. No cóż… Scena polityczna to scena teatru. Dobrze jest sprawdzać w dokumentach, w jakiej sztuce gramy rolę.
Łatwo wyobrazić sobie liczne nadużycia prawa rodzinnego w sytuacji wprowadzenia nowego kodeksu. Wynikają chociażby z nieuchwytności pojęcia ”dobro dziecka„. Dobro dziecka postawione zostało przez projektodawców na szczycie rodzinnego prawa, ale próba jego zdefiniowania nie przystaje do zawiłości życia. Z całokształtu treści kodeksu przebija rozumienie dobra dziecka takie jak w założeniach antypedagogiki – nurtu królującego w krajach Zachodu w latach 70., a dziś rozpowszechnianego na fali zachodnioeuropejskich lewicowych ideologii. Hasłem antypedagogiki jest prawo dziecka od pierwszych lat życia do niezależności i samostanowienia. Rodzice z założenia uznawani są za opresyjnych. Pozbawiają dziecko wolności przez wtłaczanie go w ciasne ramy kultury. Nowy kodeks wpisuje się w tę ideologię precyzyjnie skonstruowanym projektem wyswobodzenia dziecka spod władzy rodzicielskiej.
Zaletą prawa nie jest bynajmniej szczegółowość jego regulacji, jak chcieliby to widzieć projektodawcy kodeksu. Objęcie penetracją prawną nowych obszarów życia społeczeństwa rodzi nowe problemy, a z nimi potrzebę dalszych, jeszcze bardziej szczegółowych regulacji. Rozbudowywane prawo niczym rosnąca lawina wypiera z życia społeczeństw moralność, obyczajowość i zwyczajowe zasady ludzkiego współistnienia i współdziałania. Wypiera prywatność i wkracza na teren zastrzeżony od wieków dla ludzkiego intelektu i woli. Brak szerokiego społecznego frontu obrony prywatności rozumianej jako autonomia polskiej rodziny wcześniej lub później spowoduje jej utratę.
Żyjemy w czasach, gdy im częściej i głośniej mówi się o wolności człowieka, tym baczniej przyglądać się trzeba słowu pisanemu. Tylko dokument może obnażyć zamierzenia prawodawców – nawet wtedy, gdy jest wyłącznie kalką prawodawstwa europejskiego.
Jolanta Dobrzyńska
https://naszdziennik.pl/mysl/199705,kon ... nnego.html
Napisane: 26 wrz 2018, 20:54
Zajęcia w szkole z LGBTQ. Ordo Iuris protestuje
Zastępca Prezydenta Gdańska w liście do dyrektorów szkół podważa prawa rodziców i twierdzi, że warsztaty antydyskryminacyjne mają w tym mieście charakter obowiązkowy. Instytut Ordo Iuris prostuje nieprawdziwe informacje i przypomina, że szkoła nie może wymagać obecności uczniów podczas takich zajęć, gdy rodzice się na to nie zgadzają.
Prowadzona przez Instytut Ordo Iuris akcja „Chrońmy Dzieci” wykazała, że realizowane w szkołach zajęcia dodatkowe są niekiedy prowadzone przez organizacje promujące obyczaje grup LGBTQ, utożsamiające się z ideologią gender i propagujące permisywny model edukacji seksualnej.
Dlatego rodzice coraz częściej sięgają po przygotowane przez Ordo Iuris rodzicielskie oświadczenie wychowawcze, które ma im pomagać w skutecznej realizacji prawa do zapewnienia dziecku wychowania zgodnego z ich przekonaniami. Tak też stało się w Gdańsku, gdzie 28 czerwca został przyjęty przez Radę Miasta kontrowersyjny „Model na rzecz Równego Traktowania”.
19 września Zastępca Prezydenta Miasta Gdańska Piotr Kowalczuk wystosował „list do Pań Dyrektor, Panów Dyrektorów, Nauczycieli i Nauczycielek gdańskich placówek oświatowych”, w którym odnosi się do działań rodziców korzystających ze swoich konstytucyjnych praw, kwestionując przy tym wspomniane rodzicielskie oświadczenie wychowawcze.
Ponieważ materiał ten wprowadza adresatów w błąd, prezentując dalece nierzetelne oceny, Instytut Ordo Iuris odniósł się do jego treści w swoim stanowisku.
STANOWISKO INSTYTUTU ORDO IURIS:
Prostując nieprawdziwe informacje Zastępcy Prezydenta Miasta Gdańska, Instytut Ordo Iuris wskazuje m.in., że:
nieuprawnione i wprowadzające w błąd są podejmowane przez Zastępcę Prezydenta Gdańska próby utożsamienia warsztatów antydyskryminacyjnych z niekontrowersyjnym zadaniem szkoły polegającym na kształtowaniu w uczniach postaw obywatelskich;
„warsztaty antydyskryminacyjne” nie stanowią realizacji podstawy programowej edukacji szkolnej. Podstawa programowa szczegółowo wymienia listę zajęć obowiązkowych, takich jak matematyka, historia, biologia i inne. Żadne z nich nie przewiduje wpajania uczniom takich treści, współtworzonych przez aktywistów LGBT. Stąd, uczestniczenie w warsztatach dzieci i młodzieży uzależnione jest od zgody rodzica;
prowadzenie „działań antydyskryminacyjnych” przestało być w zeszłym roku obowiązkiem szkoły wynikającym z ministerialnego rozporządzenia;
rodzicielskie oświadczenie wychowawcze pozwala na realizację prawa rodziców do zapewnienia dziecku wychowania zgodnego z ich przekonaniami także wówczas, gdy warsztaty antydyskryminacyjne odbywają się – co jest bezpodstawną praktyką – w ramach lekcji obowiązkowych;
umieszczanie warsztatów antydyskryminacyjnych w ramach obowiązkowych lekcji jest niczym innym jak próbą „obejścia” rodziców, wytrącenia im podstawowego narzędzia wpływu na treści przekazywane dzieciom w szkole i zredukowania instytucji zgody rodzicielskiej do obszaru zajęć sportowych, gry na instrumentach, tańca itp.;
,,Chęć podważenia rodzicielskiego oświadczenia wychowawczego jest przykrym świadectwem postawienia interesu ideologicznych aktywistów ponad elementarnymi prawami rodziców” – zauważył mec. Rafał Dorosiński z Ordo Iuris.
Instytut przypomina, że udziela wsparcia rodzicom, których prawo do wychowania dziecka zgodnie z własnymi przekonaniami jest podważane.
Adres do kontaktu: dzieci@ordoiuris.pl
http://prawy.pl/80050-ordo-iuris-odpowi ... nacyjnych/
Napisane: 16 paź 2018, 18:07
I znowu „nic się nie stało”! Polska po homoparadzie w Lublinie
W sobotę w Lublinie po raz kolejny… nic się nie stało. Nic a nic. Nie jest przecież prawdą, że Prawo i Sprawiedliwość, broniąc dewiacyjnej „parady,” występowało przeciwko głoszonym przez siebie wartościom. Z pewnością nie jest też prawdą, że konserwatywny minister spraw wewnętrznych chwaląc ostrą reakcję policji, faktycznie chwalił pałowanie konserwatywnych wyborców.
Prowokacje w Lublinie…
O tym, że nic się nie stało, wiem oczywiście z mediów. Nasza szanowne, konserwatywna, antysystemowe telewizje internetowe (tygodniki jeszcze nie miały czasu się wypowiedzieć), raczyły wszystko wytłumaczyć. Otóż, jest to jedna wielka prowokacja, a właściwie ich szereg. Pierwszą prowokacją była propozycja dewiacyjnej ekshibicji. Na szczęście był dzielny wojewoda, który nie dał się sprowokować, z jednej strony wyrażając poparcie dla wolności propagowania dewiacji, z drugiej zaś zakazując tej konkretnej ekshibicji, z racji na zagrożenie zamieszkami. Tak oto reprezentant konserwatywnej przecież partii podwójnie broni dewiantów – raz, broni ich „prawo” do gorszenia innych i dwa, broni ich przed fizyczną krzywdą ze strony tych wrednych, ciemnych, lubelskich katoli. Ale, wiecie, rozumiecie, to przecież taki manewr, taka taktyka, bo nie można dać się sprowokować. Niestety, sąd – wiadomo, sądy wciąż jeszcze są w reformie – odrzucił decyzję wojewody i (dla odmiany, liberalnego) prezydenta Lublina, przez co gorszący spektakl jednak miał miejsce.
A tu kolejna prowokacja: tym razem ze strony tych wrednych, konserwatywnych Lublinian, którzy usiłowali zatrzymać pokaz dewiacji. Ale drodzy państwo, nie dajmy się oszukać: to na pewno nie byli prawdziwi konserwatyści, ani nawet prawdziwi Lublinianie. Ich protest z pewnością był prowokacją. Można sądzić, że to byli narodowcy, a przecież Ruch Narodowy, jak sama nazwa wskazuje, jest obcą agenturą. Niewątpliwie za wszystkim stała Rosja.
Nic dziwnego, że reakcja ministra spraw wewnętrznych była tak ostra – nie może być zgody dla tych, którzy chcą niszczyć wizerunek rządu, i to tuż przed wyborami, jakimiś gorszącymi pokazami posiadania kręgosłupa moralnego. Przecież wszyscy wiedzą, że wybory to czas bezkręgowców: zwłaszcza gdy w grę wchodzi nie tylko jakiś tam Lublin, ale też Kraków, Poznań, Gdańsk, Wrocław, i, rzecz jasna, sama Warszawa. Niewątpliwie właśnie dlatego rządowi kandydaci na prezydenta Lublina i Warszawy zapewniali, ku zdziwieniu własnych wyborców, że oni, choć osobiście wolą inne marsze, to będą z całej siły bronić praw dewiantów do promowania swoich „poglądów”. Ale w ogóle, to znowu winni są dziennikarze, którzy zadają takie prowokacyjne, ideologiczne, pytania, gdy przecież wiadomo, iż w samorządach chodzi tylko o chodniki i ulice, a nie o maszerujących po nich dewiantów.
…I poza Lublinem
Oczywiście, nasz konserwatywny, katolicki rząd cierpi na prowokacje nie tylko w jednym nieszczęsnym Lublinie. Niemalże od samych wyborów, kraj huczy od rozmaitych prowokacji. Co rusz jakieś środowiska – agenci, wszystko agenci – w najgorszych możliwych momentach domagają się od rządu poważnego traktowania postulatów konserwatywnych katolików, na których reprezentację PiS twierdzi, że ma wyłączność: a to jakiś zakaz mordowania dzieci, a to potępienie szkalowania Polski na arenie międzynarodowej. A przecież wiadomo, że to są rzeczy, przeciw którym można mówić, ale tylko mówić – na pewno nie działać, bo przecież trzeba znać umiar!
Tyle innych prowokacji jeszcze można wymieniać! Ot, choćby żądania zakazu in vitro, czy wypowiedzenia konwencji stambulskiej. A przecież wiadomo, że tak długo jak rządzi PiS, katoliccy wyborcy nie muszą wcale się obawiać żadnej konwencji, więc po cóż ją wypowiadać? Wystarczy dalej „słusznie” głosować.
Do mniejszych prowokacji, można zaliczyć rozmaite sprawy gospodarczo-wolnościowe, jak chociażby protesty hodowców zwierząt futerkowych czy projekty ustaw zgłaszane przez zwolenników prawa do posiadania broni. Jakże znamienną w tym gatunku prowokacji była sprawa wolności wycinania drzew na własnej posesji – tu prowokatorzy nawet chcieli stworzyć rozłam w rządzie, forsując swoje chore postulaty wolności rozporządzania własną własnością za pomocą zmanipulowanego ministra, ale na szczęście, partia w porę zrozumiała jak się sprawy mają. A ministra odstawiono na bok – oczywiście dopiero po jakimś czasie, bo przecież nasz silny rząd nigdy się nie ugina pod presją protestów. Rząd jedynie rozbraja niebezpieczne prowokacje, mające zagrozić Dobrej Zmianie; jeśli zaś rozbrojenie prowokacji wymaga wyjścia naprzeciw postulatom dewiantów, czarnych marszów, czy eko-fanatyków, to przecież jest to wina tylko i wyłącznie prowokatorów.
Z resztą, można nawet dobrotliwie się zgodzić, że nie zawsze są to prowokatorzy. Może są to po prostu ludzie niemądrzy, którzy zwyczajnie nie rozumieją polityki. Ale choćby nie rozumieli, powinni bardziej szanować rękę, która ich karmi! Przecież na pewno gdy tylko PiS zdobędzie pełnię władzy – może nie po tych wyborach lokalnych, ale na pewno już po tych krajowych – to wtedy będzie można wyjść spełnić niektóre oczekiwania katolików. Oczywiście, tylko jeśli będzie większość konstytucyjna – ale jak nie będzie, to przecież nie wina partii, tylko narodu, więc…
Wyborcy zrozumieją…
Na szczęście, w ostatecznym rozrachunku, katoliccy wyborcy dzisiaj są bardzo wyrozumiali, byle tylko im odpowiednio wytłumaczyć całą sprawę. Tak będzie również w przypadku lubelskim.
Pomimo więc że wybory tuż-tuż, zgorszeni wyborcy Prawa i Sprawiedliwości jeszcze zdążą się dowiedzieć z mediów internetowych, oraz odpowiednich źródeł prasowych – który to katolicki tygodnik sprzedają w kościołach diecezji lubelskiej? – że ten gorszący zabieg był konieczny, dla dobra większej sprawy. Marszu dewiantów trzeba było chronić, bo inaczej, Warszawa mogłaby znowu wybrać Platformę. To zaś musiałoby być złe dla Lublina: co szkodzi partii, to szkodzi narodowi. Poza tym, skoro sąd wydał taki wyrok, to dewiację trzeba było chronić – prawo prawem, nazwa partii zobowiązuje. No, a zapewnienia kandydatów, że będą osobiście pozwalać na dalszą deprawację? Przecież Dobra Zmiana jest warta odrobiny zgorszenia!
Wyborcy tym bardziej będą wyrozumiali, że przecież, jak powszechnie wiadomo, prawicowi wyborcy muszą głosować na PiS. Nie wolno marnować głosów. A głosy marnuje się wtedy, gdy głosuje się na dobrego kandydata, zamiast wybierać marne popłuczyny łaskawie podsunięte przez partię. Nie dość, że taki kandydat nie ma szans, to jeszcze, gdyby jednak został wybranym, zmieni arytmetykę w sejmie, sejmiku czy radzie, utrudniając rządy prawdziwym partiom. Gorzej niż zdrada!
W tej sytuacji, można tylko wyrazić zdziwienie, że takie argumenty wydają się występować obecnie tylko po konserwatywnej, katolickiej stronie polityki. To prawda: dawniej było widać więcej wyrachowania. Rząd SLD nieraz powstrzymywał własne zapędy, aby tylko zapewnić pozytywny wynik referendum unijnego. Platforma również długo trzymała się ciepłej wodzie w kranie, sprawy światopoglądowe załatwiając tylko pod stołem. Ale to już było i minęło! Tama pękła, powstał najpierw Ruch Palikota, a potem Nowoczesna, i trwa szaleńczy wyścig na lewo. Platforma prześciga się z innymi partiami nie tylko w deklaracjach, ale również w czynach: na poziomie samorządów trwa otwarta wojna przeciwko wszystkiemu co tradycyjne i katolickie.
Abstrahując zaś od wyborów samorządowych, głupotą byłoby, aby sądzić, iż gdyby jedna z tych partii wygrała w przyszłorocznych wyborach powszechnych, to natychmiast zarzuci swoje ideowe postulaty aby zdobyć poparcie umiarkowanej większości. Przeciwnie, jeśli dojdą do władzy, będą mieli poczucie, iż to właśnie dzięki tym postulatom. Gdy bojaźliwa prawica szuka niemożliwego konsensusu oddając pole przeciwnikom, po drugiej stronie czasy kompromisów się skończyły. Kto nie wierzy, niech spojrzy na Irlandię. Skoro zaś o Irlandii mowa, niech puentą tu będzie fragment wiersza Irlandczyka W. B. Yeatsa, The Second Coming, napisanego przed 99 laty:
(Najlepszym braknie wszelkiego przekonania, zaś najgorsi
Są pełni żarliwej pewności.)
Tak właśnie Yeats wyobrażał sobie koniec świata, czerpiąc inspirację z europejskiego chaosu A.D. 1919. Bo czyż nie jest tak, że cywilizacja upada, gdy jej obrońcy, nie ważne czy powodowani strachem, cynizmem, brakiem wiary, czy zwykłym zwątpieniem, otwierają wrota coraz bardziej rozzuchwalonym barbarzyńcom? Doprawdy, gdy konserwatyzm i katolicyzm wśród naszych polityków jest praktycznie bezobjawowy, trudno się dziwić ciągłym postępom rewolucji. Ale z drugiej strony, dlaczego politycy mieliby traktować katolicyzm na poważnie, gdy sami katolicy tego nie robią? Szeregowi katolicy i tak zagłosują na PiS. A hierarchia Kościoła? Cóż, sądząc po ich reakcji na ten i wcześniejsze marsze dewiantów, w sobotę w Lublinie naprawdę nic się nie stało.
https://www.pch24.pl/-i-znowu-nic-sie-n ... 492,i.html
Napisane: 28 paź 2018, 13:43
Nie pozwólmy deprawować dzieci
Jak to możliwe, Panie Profesorze, że w Polsce – kraju katolickim, z tradycjami, w polskich szkołach dopuszcza się do organizacji tzw. tęczowego piątku?
– Jeszcze kilka lat temu organizowanie tego typu akcji w Polsce byłoby niemożliwe, byłoby nie do pomyślenia. Wówczas wydawało się nam, że ideologia gender czy LGBT, które krążyły gdzieś na Zachodzie, są tak absurdalne, że w naszym racjonalnie patrzącym na rzeczywistość i mocno chrześcijańskim kraju coś takiego jest niemożliwe do zaakceptowania. Jednak przykład irlandzki pokazał, czym się kończy bierność, brak aktywności katolików w sytuacji potężnego zagrożenia ideologicznego, że to jest rzeczywistość, która może zawładnąć społeczeństwem poprzez pewne procesy manipulacyjne. Wydaje się, że szkoła jest bardzo delikatną przestrzenią, której powinniśmy bronić od ideologii związanej z rewolucją seksualną. Nie możemy pozwolić, żeby tzw. tęczowe piątki zadomowiły się w polskich szkołach.
Skąd bierze się presja ideologizowania także szkół?
– Presja pochodzi z zewnątrz, również finanse są zewnętrzne, także zewnętrzne jest wszelkiego rodzaju inne wsparcie dla tego typu działań. Proszę zwrócić uwagę, że środowiska szerzące tego typu ideologie ani nie cierpią na brak funduszy na promowanie swojej ideologii, ani nie mają problemów z logistyką przy okazji tego typu działań, co więcej, mają też zaplecze medialne, które zapewnia im TVN czy „Gazeta Wyborcza” i pokrewne ośrodki medialne. Oni walczą o polską duszę, w pierwszym rządzie toczą bój o dusze dzieci i młodzieży.
Węgry i premier Victor Orbán jakoś sobie z tym problemem radzi, wydał zakaz propagowania gender. Dlaczego w Polsce środowiska LGBT panoszą się coraz bardziej?
– Premier Orbán podjął zdecydowane i skuteczne działania i dlatego na Węgrzech studia na temat płci (gender studies) zostały wykreślone z rejestru kierunków studiów, a wszelka pomoc państwa dla tego typu kształcenia została zakazana. Jeśli zaś chodzi o Stany Zjednoczone, to prezydent Donald Trump ma dużo większy problem niż my, bo tam skala tej ideologii jest ogromna. Ktoś, kto był w Stanach Zjednoczonych, mógł zobaczyć tęczowe flagi wiszące na różnych urzędach, m.in. samorządowych. Natomiast my musimy się obudzić, żeby nie było za późno, żeby się nie okazało, że Polak mądry po szkodzie. Niektórzy mówią, że jeszcze nie czas działać, bo skala problemu jest jeszcze niewielka, może więc przemilczeć, może lepiej nie nagłaśniać i przeczekać, aż samo się uspokoi. Nic bardziej błędnego, to jest myślenie całkowicie błędne, irracjonalne. Nie ma na co czekać, bo ta ideologia, ta inwazja będzie się rozprzestrzeniać, bo jest plan na jej rozwój. W tej sytuacji milczenie czy bierność tylko rozzuchwala do jeszcze bardziej zdecydowanych działań deprawacyjnych. Proszę też pamiętać, że przy forsowaniu tych ideologii stosowane są techniki manipulacyjne, m.in. czułostkowość, wzbudzanie współczucia – oczywiście pod fałszywymi motywami. I to nie jest tak, że cała ta propaganda idzie prostą ścieżką łatwą do zdiagnozowania, i ci, którzy to rozumieją, a szczególnie duszpasterze, są odpowiedzialni, żeby na to zło wskazać, a nie milczeć. Nieustanne milczenie i odwoływanie się do myśli św. Jana Pawła II tylko przez pryzmat kremówek jest działaniem, które będzie na nas wszystkich ciążyć. Jest to potężna odpowiedzialność i jeszcze większe zaniedbanie, jeśli się nic z tym nie robi. Tego problemu nie można lekceważyć.
A co ze szkołą, która w założeniu ma wspierać rodziców w wychowaniu dzieci, tymczasem wczorajszy dzień pokazuje, że niekoniecznie i nie wszędzie?
– To jest kwestia odpowiedzialności trzypiętrowej. Pamiętajmy, że mamy do czynienia z nauczycielami, którzy są też poddawani różnym procesom ideologizacji. Z drugiej strony odpowiedzialne za szkoły są samorządy i kuratoria, których ogromna większość na propozycje zorganizowania tzw. tęczowego piątku odpowiedziała „nie”! I tu trzeba im oddać sprawiedliwość. Reagowały kuratoria, reagowało też Ministerstwo Edukacji Narodowej, szkoła nie jest bowiem przestrzenią do eksperymentowania na naszych dzieciach. Dlatego powinni też reagować rodzice, powinni reagować katecheci, proboszczowie i wreszcie biskupi miejsca. Absolutnie uważam, że jest to konieczne.
Okazało się też, że część rodziców nie została powiadomiona o tym, że w szkole, do której uczęszczają ich dzieci, jest organizowany tzw. tęczowy piątek.
– Tym bardziej trzeba wyciągać konsekwencje prawne i każde inne. Jeśli tak się nie stanie, jeśli prześpimy kolejną próbę znieczulania społeczeństwa, to w przyszłym roku ten proces deprawacji będzie organizowany na jeszcze większą skalę, za dwa lata jeszcze szerzej, a za kilka lat proces ten obejmie wszystkie polskie szkoły.
Skoro łamane jest prawo, to dlaczego nie reaguje państwo, gdzie jest granica tolerancji określonych zachowań?
– Tak jak powiedziałem, należy wyciągać konsekwencje wobec dyrektorów szkół odpowiedzialnych za to, co dzieje się w podległych im placówkach oświatowych. Te konsekwencje powinny zostać wyciągnięte bezwzględnie i do samego końca, bo tylko wtedy można zatrzymać tę falę. To, z czym mamy do czynienia, to eksperymentowanie na naszych dzieciach, co jest absolutnie niedopuszczalne.
Czy tzw. tęczowy piątek był wrzucony po to, żeby nas poróżnić, skłócić, mieliśmy do czynienia z prowokacją?
– Nie. Ta zwany tęczowy piątek został wrzucony w naszą przestrzeń publiczną po to, żeby nas zrewolucjonizować. Wszystko po to, żeby uderzyć w nasze dzieci, a w istocie doprowadzić do stopniowej rewolucji obyczajowej, czyli cywilizacyjnej, po to, żeby cały porządek społeczny wywrócić do góry nogami. Deprawatorzy wykorzystują kryzys wartości, co więcej, kryzys wiary, ale przede wszystkim wykorzystują kryzys rozumu. Oczywiście to wszystko idzie w parze, a tego typu ideologie, które nie trzymają się rzeczywistości, wykorzystują właśnie kryzys rozumu. Trzeba też powiedzieć jasno, że Kościół w wielu krajach przegrał wojnę o dusze własnych narodów, co więcej przegrał tę wojnę własną biernością. I jeśli ktoś tego nie dostrzega, to znaczy, że jest ślepy. Należy zatem wyjść ze swoich ciepłych domów i zacząć działać, póki jeszcze nie jest za późno. W Polsce jeszcze nie jest za późno, ale za parę lat możemy nie dać rady.
Czy to ludzie powinni wskazywać kierunek Kościołowi, a nie odwrotnie?
– Oczywiście Kościół jest instytucją hierarchiczną, ale we współczesnej rzeczywistości często jest tak, że to świeccy są bardziej dynamiczni, dlatego mówi się nawet o epoce ludzi świeckich. I tę aktywność świeckich też trzeba umieć wykorzystać w sensie pozytywnym. Czasem duchowieństwo może nie dostrzegać pewnych spraw, które widzą wierni świeccy. Każdy powinien to brać i rozpatrywać we własnym sumieniu, każdy powinien zrobić wszystko, co tylko w jego mocy, aby nie dopuścić do deprawacji i szerzenia się w naszym życiu publicznym wrogich ideologii.
Niedawno w Lublinie odbyła się demoralizująca parada tzw. mniejszości seksualnych. Czy jesteśmy świadkami pochodu deprawacji, znieczulania polskiego społeczeństwa i sondowania, jak daleko można się jeszcze posunąć i na ile sobie pozwolić?
– Dokładnie. Z jednej strony jest to próba przyzwyczajania, oswajania, a z drugiej zastraszania wszystkich tych, którzy ośmielili się podnieść głos i przeciw tej fali zaprotestować. Przykładem jest homoterror wobec wojewody lubelskiego prof. Przemysława Czarnka, którego się pozywa do sądów, któremu się grozi wyrzuceniem z pracy – chodzi o to, żeby tych, którzy są liderami protestów przeciw deprawacji i demoralizacji spacyfikować i przestraszyć innych, którzy widzą zagrożenie, a całą resztę zmanipulować. Wachlarz technik manipulacyjnych, jakim posługują się deprawatorzy, aktywiści rewolucji seksualnej, jest bardzo bogaty, zresztą został przetestowany już wcześniej w wielu krajach i wszędzie się sprawdza. U nas jeszcze nie jest za późno, jeszcze może być inaczej.
Wracając jeszcze do akcji „tęczowy piątek”, skoro szkoły, środowiska odpowiedzialne za obronę wartości moralnych nie do końca spełniają swoją rolę, to może rodzice powinni się sami organizować przeciwko próbom deprawacji ich dzieci?
– Oczywiście – rodzice powinni brać sprawy we własne ręce, bo to dotyczy ich dzieci. Tylko problem w sensie masowych działań jest taki, że wielu rodziców jest zwyczajnie zapracowanych, wielu też nie ma udoskonalonych narzędzi poznawczych, którymi już na samym początku da się zdiagnozować zagrożenie. Wielu też nie wie, nie rozumie i w tym sensie ci, którzy rozumieją i dostrzegają odpowiednio wcześniej problem zagrożeń, powinni tych rodziców uświadamiać. I to, że mogą być ataki, nie powinno nas absolutnie zniechęcać. Powiedzmy sobie też uczciwie, że tę wojnę da się wygrać. Środowiska rewolucyjne – wrogie stoją na gruncie zupełnie irracjonalnych zasad i to da się w sposób racjonalny wykazać. Natomiast ja boję się Kościoła takiego, który w imię tzw. dialogu czy tolerancji gotów jest milczeć do końca. To jest najgorsza rzecz, to jest podejście, które nigdzie się nie sprawdziło. Wygrać wojnę z deprawatorami, ze środowiskami, które chcą nas oszukać i przekonać do swoich niecnych idei, oczywiście jesteśmy w stanie, bo sama rzeczywistość krzyczy, że oni nie mają racji i to jest oczywista oczywistość. Dlatego musimy zdecydowanie stanąć po stronie prawdy, po stronie wartości. To jest nasze być albo nie być, to jest być albo nie być dla przyszłych pokoleń Polaków. Taka będzie Polska, jaką sami sobie stworzymy, o jaką sami zadbamy – Polska wierna zasadom, wierna tradycji, wierna wartościom. Nie możemy pozwolić, żeby deprawatorzy i idące im w sukurs środowiska lewacko-liberalne spowodowały, że neomarksistowska rewolucja seksualna, że tzw. tęczowe piątki zadomowią się na stałe w polskich szkołach. Nie pozwólmy, żeby ta wroga ideologia, która zdominowała zachodnioeuropejską przestrzeń publiczną, zadomowiła się w Polsce. Wspólnie, razem, możemy to zrobić, do tego potrzebny jest jednak powszechny sprzeciw.
https://naszdziennik.pl/polska-kraj/202 ... zieci.html
Napisane: 04 gru 2018, 20:43
Szambo jest nabrzmiałe i koniecznie chce się rozlać, najlepiej na dzieci, gdyż je najłatwiej utopić w zboczonej gnojówce.
Nie możemy być bierni, gdy zwyrodnialcy sięgają po nasze dzieci.
Prof. Żaryn protestuje przeciw seksualizacji dzieci w szkole: "Przyzwalanie na takie pomysły jest zgodą na dorastanie w klimacie domów publicznych"
Szkoła Podstawowa nr 2 W Błoniu pod Warszawą, na swojej stronie internetowej reklamuje się jako „SZKOŁA Z KLASĄ”. Tymczasem jak alarmuje prof. Jan Żaryn w szkole mają odbyć się warsztaty mające na celu seksualizację dzieci. Senator interweniuje.
Dotarły do mnie informacje, że w grudniu 2018 r. w szkole podstawowej nr 2 w Błoniu mają zostać przeprowadzone warsztaty, na których dzieci mają zapoznać się z tematyką dotyczącą współżycia seksualnego, w bardzo wulgarny sposób przedstawioną przez „podręcznik” Bianki Beaty Kotoro pt. „100% mnie czyli książka o miłości, seksie i zagłuszaczach”, publikacja owa ma być podstawą tych zajęć
—pisze senator Żaryn w specjalnym oświadczeniu.
Zwraca uwagę na to, że zapoznał się z wybranymi fragmentami książki, które mocno go zaniepokoiły. Prof. Żaryn chce, by szkoła wycofała się z pomysłu przeprowadzenia zajęć. Zauważa, że projekt ten pod przykrywką „uświadamiania” mógłby skrzywdzić dzieci. Podkreśla też, że zajęcia te naruszyłyby normy obyczajowe od wieków właściwe dla naszej kultury.
Naruszenie norm i umowy społecznej polega na sprowadzeniu życia seksualnego do poziomu jedynie technicznego; na pokazywaniu dzieciom pornograficznych obrazków, namawianiu do masturbacji oraz do poddawania siebie i potencjalnych partnerów (partnerek) eksperymentom na własnym ciele – a wszystko to w majestacie szkoły i procesu wychowawczego.Takie działanie ma destrukcyjny wpływ na dziecięcą psychikę i prowadzi do zdecydowanie zbyt wczesnej inicjacji seksualnej; może być również przyczyną wielu zaburzeń i zboczeń.
Senator używa mocnych słów, by zatrzymać ten szkodliwy dla dzieci i młodzieży projekt.
Przyzwalanie na takie pomysły jest zgodą na dorastanie dzieci i młodzieży w klimacie domów publicznych. A może i powinno być ocenione jako współudział w potencjalnych przestępstwach seksualnych.
Okazuje się też, że warsztaty te mają być przeprowadzone za publiczne pieniądze gminy Błonie, w ramach programu przeciwdziałania alkoholizmowi i narkomanii. Prof. Jan Żaryn podkreśla, że trzeba zrobić wszystko co możliwe, by warsztaty te się nie odbyły.
Jako senator RP z okręgu wyborczego obejmującego Błonie, bardzo proszę dyrekcję szkoły i władze gminy o przesłanie na adres mojego biura senatorskiego (pl. Konstytucji 5 lok. 18, 00-657 Warszawa), pełnej dokumentacji dotyczącej kontaktów między szkołą, a panią Bianką Beatą Kotoro. Informuję, że natychmiast powiadomiłem o tym procederze odpowiednie władze w MEN i będę monitorował dalsze postępowanie Ministerstwa w tej kwestii.
https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/4232 ... i-w-szkole