Source: http://maria-dora.blog.onet.pl/2010/06/
Timestamp: 2018-01-23 14:05:26
Legal References Found: Art. 62
 art. 115
 art. 1
 art. 22
 art. 22

Art. 22
 art. 2
 art. 27

Art. 22
 art. 27

Document Content:
Czerwiec, 2010 | Maria Dora i jej prowokacje (kulturalno-polityczne)
1050. Czy polityk powinien mieć ludzkie uczucia
Opublikowano 30 czerwca 2010 Autor: Maria-Dpra
Zastanawiam się czasem, niezależnie od tych konkretnych wyborów, jakie zasadnicze kryteria uwzględniać przy ocenie polityków. Czy warto zwracać uwagę nie tylko na zamierzenia polityczne, ale również na osobowość kandydata, jego charakter.
Rozważając to nasunął mi się na myśl smutny, przejmujący, ale nie ponury film „Na progu nieba” według powieści Henry Jamesa. Akcja jest w sumie dość prosta: młoda bogata kobieta, lady Eleanor, śmiertelnie chora na raka, zatrudnia młodą opiekunkę, Cynthię. Ta, urzeczona bogactwem, snuje plan, jak je przejąć po śmierci kobiety.
Znamienny jest w tym filmie moment, gdy Cynthia z przekonaniem wyrzuca Eleanor, że ta jest szczęśliwa, mając tak piękny dom i bogactwo. Ona, śmiertelnie chora, już wie, że bogactwo to nie wszystko, że to wcale nie najważniejsze w życiu.
Cóż młoda dziewczyna, która zaznała tylko biedy, może tak bezmyślnie zachwycić się bogactwem i przedłożyć je nad wszystko, nawet nad życie, zapewne doświadczenie życiowe da jej szansę docenienia prawdziwych wartości.
Co jednak powiedzieć o 80-letnim starcu, który patrzy podobnie na życie i uważa, że inni śmierć traktują w kategoriach uzyskanych korzyści? Nie potrafi sobie wyobrazić bólu po stracie bliskiej osoby, tylko z tego drwi.
Daniel Coleman w rozdziale poświęconym ponurej trójcy, tak napisał o makiaweliku:
Z pewnością polityczny makiawelik może uważać, że jego cele nie są egoistyczne ani niegodziwe, może przedstawić ich przekonujące uzasadnienie i nawet sam w nie wierzyć. [...]
Terminu makiawelik używają psycholodzy na określenie osób, których pogląd na życie tę cyniczną postawę, dopuszczającą stosowanie wszelkich możliwych środków. Pierwszy test badający poziom makiawelizmu opierał się zresztą na stwierdzeniach z dzieł Machiavellego, takich jak: „Największa różnica między większością przestępców a innymi ludźmi polega na tym, ze przestępcy są na tyle głupi, by dać się złapać” i „Większość ludzi szybciej zapomina o śmierci rodziców niż o stracie swojego majątku”*.
Nie budzi mojej wątpliwości, że co najmniej makiawelikiem, jeśli nie wręcz psychopatą, jest ktoś, kto podejrzewa innego, że woli czerpać korzyść z trumny swojego brata na Wawelu niż mieć go u swojego boku żywego.
Jestem przekonana, że każdy normalnie czujący człowiek oddałby wszelkie bogactwa i zaszczyty za życie bliskiej osoby. Prawdę powiedziawszy, boję się tych, którzy podchodzą makiawelicznie do życia innych ludzi i doszukują się odnoszenia korzyści ze śmierci, mało tego wręcz tropią każdy przejaw uczucia ze strony innych jako dowód wykorzystywania śmierci.
Warto oglądać dobre filmy, które potrafią pokazać problemy egzystencjalne, skłaniają do namysłu nad wartościami w życiu. Młoda bohaterka „Na progu nieba” zrealizuje swój plan, dostanie w spadku piękny dom, którym się tak zachwyciła. Sama się przekona, czy cena nie była zbyt wysoka. Utraciła przecież przyjaźń, miłość.
„Po trupach do celu” – ta myśl może się uroić w głowie makiawelika, który sam ma takie zasady i uważa, że inni też tak postępują. Ci, których napędza żądza władzy, aż nadto szybko zapominają o śmierci ponoć przyjaciół, dziwią się, że minął miesiąc, dwa, a inni jeszcze czują ból, jeszcze składają kwiaty, ubierają się na czarno.
Czy ktoś doszukujący się u kobiety, która w tragicznych okolicznościach utraciła oboje rodziców, interesowności w poszukiwaniu bliskości z pozostałą rodziną, rozumie w ogóle ludzkie uczucia? Cóż bardziej naturalnego niż zbliżenie się rodziny w obliczu śmierci.
Nie rozumiem, jak można wymagać, żeby dla polityki wyrzekać się człowieczeństwa, uczuć, żałoby. Nie zawiesza się żałoby na kołku ot tak, na pstryknięcie palców. To jest coś, co tkwi w człowieku, oczywiście w człowieku o ludzkich uczuciach, a nie makiaweliku czy psychopacie.
Nie chodzi bynajmniej o epatowanie swoimi uczuciami i tego nie zauważam. Widzę natomiast natarczywe tropienie przejawów tych uczuć i ich wyszydzanie bądź traktowanie jak coś osobliwego i oceniam to jak najgorzej.
Mamy teraz wybory prezydenckie, opróżnionych zostało wiele ważnych stanowisk państwowych, życie musi iść do przodu i inni muszą je obsadzić. Nie sądzę, żeby jednak należało mówić, że ktoś objął je po trupach lub też ubiega się o nie po trupach.
Starcom po osiemdziesiątce już pewnie nic nie da obejrzenie filmu, który pokazuje, że najważniejsze jest samo życie, przyjaźń, miłość, a nie bogactwa, zaszczyty, młodszych być może skłoni do refleksji nad wartościami w życiu, przekona, że nie należy na nie patrzeć tylko w kategoriach interesu.
*Daniel Goleman, Inteligencja społeczna, Rebis, Poznań 2007.
Głos nieważny (uzup.)
Opublikowano 28 czerwca 2010 Autor: Maria-Dpra
1049. Głos nieważny
Spotykam się często z opinią i zwykłych ludzi, i polityków, że należy obowiązkowo iść na wybory, a gdy nie ma kogo wybrać, należy skreślić obu kandydatów, a więc oddać głos nieważny. Chciałabym się sprzeciwić takiemu podejściu do wyborów.
Konstytucja daje nam PRAWO wybierania:
Art. 62. ust. 1. Obywatel polski ma prawo udziału w referendum oraz prawo wybierania Prezydenta Rzeczypospolitej, posłów, senatorów i przedstawicieli do organów samorządu terytorialnego, jeżeli najpóźniej w dniu głosowania kończy 18 lat.
Z prawa wybierania Prezydenta Rzeczpospolitej możemy, jak z każdego innego prawa, skorzystać lub nie. Uważam za nadzwyczaj ryzykowne traktowanie praw jak obowiązków, gdyż za takim poglądem stoją ci, którzy traktują jak obowiązek aborcji zapisanie prawa do niego.
Uważam, że te pojęcia prawo – obowiązek należy wyraźnie odróżniać. Nie należy też nikomu czynić zarzutu z powodu nieskorzystania ze swojego prawa.
Pójście na wybory, tylko po to, aby oddać celowo głos nieważny jest jak dla mnie rodzajem oszustwa wobec innych wyborców, wobec komisji wyborczej, gdyż jest to tylko udawanie dokonania wyboru, a przysparza pracy organom państwowym. Karty trzeba przecież najpierw wydać, sprawdzić dokument pobierającego ją, zadbać o podpis, a następnie liczyć, zapisywać, zamieszczać w sprawozdaniach, dostarczać do okręgowych komisji wyborczych, potem do PKW. Muszą to robić konkretni ludzie, poświęcać na to czas. Czy to przyzwoite dokładać tej pracy po nic? Na szczęście nigdy nie uczestniczyłam w pracy przy wyborach, ale wyobrażam sobie, jak bym była wściekła na takie nieważne karty utrudniające pracę.
W ostatnich wyborach padło aż 117 662 głosów nieważnych, a więc więcej niż dostali Kornel Morawiecki i Bogusław Ziętek razem wzięci! Tyle osób pomyliło się w wypełnianiu prostej karty czy też celowo oddało głos nieważny? Być może tym osobom wydawało się, że to jakaś demonstracja i ktoś ją zauważy? Nadmierna pycha! Wymieniono te głosy w sprawozdaniu PKW, ale nawet nie wprost, ale podając głosy pozytywne, a więc liczbę głosów oddanych i liczbę głosów ważnych, tak więc ta demonstracja oznaczała tylko pracę dla zajmujących się kartami, bez żadnego większego efektu.
Co więcej, takie głosy w jakiejś mierze fałszują legitymację do władzy, sztucznie ją zawyżając. Ich jedyny materialny rezultat to wliczanie się do frekwencji, która jest podnoszona przez osoby, które żadnego wyboru nie dokonały. Nie mają one natomiast żadnego wpływu na wynik wyborów, gdyż procentowe poparcie dla kandydatów jest liczone od podstawy liczby oddanych głosów ważnych.
Nikomu z ciężko pracujących w komisjach wyborczych nie poważyłabym się zarzucać zamiaru fałszowania wyborów, jednak zachęcanie do oddawania głosów nieważnych stwarza pokusę fałszowania wyników wyborów. Wszak najprostszy sposób dokonania fałszerstwa to właśnie unieważnienie głosu przez dostawienie dodatkowego krzyżyka, gdy poparty został nielubiany kandydat.
Jak dla mnie oddawanie głosu nieważnego jest więc jedynie szkodliwe, przysparza zbędnej pracy, zawyża frekwencję, a więc legitymacje do władzy, a także stwarza pokusę fałszerstwa. Uważam to też za relikt mentalności PRL-owskiej, gdy głosowanie, mimo że nie miało znaczenia, gdyż wybory były pozorowane, było traktowane jak obowiązek, właśnie jak legitymizacja tamtej władzy. Demokracja dała nam prawdziwy wybór. Możemy skorzystać ze swojego prawa i dokonać wyboru, ale możemy i zrezygnować z tego prawa, gdy żaden kandydat nie wydaje nam się godny urzędu prezydenta. Nie rozumiem, po co stwarzać iluzję głosowania, gdy w rzeczywistości nie dokonało się żadnego wyboru. Za niegłosowanie nic nam dziś przecież nie grozi. Trzeba się wyzbyć tego irracjonalnego strachu przed nieuczestniczeniem w wyborach.
Przedstawiam tu swoje zdanie. Być może ktoś widzi sens w oddawaniu głosu nieważnego, z zainteresowaniem zapoznam się z argumentami za tym.
Uzupełnienie (dod. 29.06.2010, godz. 21.37)
Po dyskusji chciałabym jeszcze doprecyzować. Trudno mi się zgodzić z tym, że oddanie głosu nieważnego ma tylko pozytywne znaczenie, a więc że oznacza sprzeciw wobec obu kandydatów. Przede wszystkim wskazuje na nieumiejętność wypełnienia prostego dokumentu
Ale problem jest istotniejszy. Mój sprzeciw budzi wykorzystywanie aktu wyborczego, demokratycznego do działań anarchistycznych, wichrzycielskich, do wyrażania protestu. W istocie przecież protestu wobec demokracji.
Wybieranie jest prawem obywatelskim. Czy słuszne jest pozorowane, na niby, korzystanie ze swojego prawa?
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego pozorowanie wyboru ma być czymś lepszym niż zdecydowana decyzja: nie mam kogo wybrać?
Na karcie do głosowania, której wzór jest załącznikiem do uchwały PKW w sprawie zarządzenia druku kart do głosowania w wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
w ponownym głosowaniu w dniu 4 lipca 2010 r., zawiera następującą informację:
Głosować można tylko na jednego kandydata, stawiając znak „X” w kratce z lewej strony obok nazwiska tego kandydata, na którego wyborca głosuje.
W razie postawienia znaku „X” w kratce przed nazwiskiem obu kandydatów lub niepostawienia tego znaku w kratce przed nazwiskiem któregokolwiek kandydata głos jest nieważny.
Instrukcja oficjalnego organu państwa podaje nam informację, jak należy głosować i jaki jest skutek błędnego wypełnienia karty.
Jak dla mnie taka instrukcja jest to coś takiego jak kodeks drogowy czy każdy inny kodeks, który nam podaje, jak należy się zachować prawidłowo i jakie są skutki zachowania nieprawidłowego.
Istotą demokracji, gdy chodzi o wybory, jest dokonanie rzeczywistego wyboru, a nie tylko udawanie, że się go dokonuje.
Co byśmy powiedzieli o pracowniku, który by dobrowolnie przyjął jakieś warunki pracy, a potem tylko tę pracę pozorował?
Być może jestem nadmiernie wyczulona na obłudę i dlatego taką niechęć budzą we mnie działania, które mają charakter pozorny.
Na koniec, każdemu działaniu można przypisać złe intencje, ale nie jest to uczciwe. Ten, kto nie idzie na wybory, nie ma kogo wybrać. Ten, kto idzie, a oddaje głos nieważny, anarchizuje wybory i okazuje lekceważenie tym, którzy wybierali naprawdę.
A sporo chyba strachów PRL-wskich tkwi u tych, którzy traktują ciągle wybory jak obowiązek, którego niespełnienie może oznaczać ryzyko jakichś nieprzyjemności.
Niepotrzebna debata prezydencka
1048. Zmarnowany czas na oglądanie nudnej, nic niewnoszącej debaty prezydenckiej
Debatę między Jarosławem Kaczyńskim a Bronisławem Komorowskim obejrzałam na żywo, a potem prawie całą powtórkę z wyłączonym głosem. To drugie to ciekawe doświadczenie. Obaj kandydaci bez uśmiechu, Kaczyński spokojny, skupiony, emanujący pewnością siebie, Komorowski podekscytowany, agresywny, młócący bez przerwy rękami jak wiatrakami.
Ogólny wizerunek jest jednak najmniej istotny, po debacie pozostało u mnie uczucie irytacji z powodu zmarnowanego czasu: 3 telewizje nie potrafią przygotować pytań istotnych, problemowych, o sprawach leżących w kompetencji prezydenta!
1. Co mnie może obchodzić Białoruś??? Tak jak do Polski przyjeżdżają różni muzułmanie i mają się dostosować do naszego prawa, tak samo Polacy na Białorusi – mają się stosować do tamtego prawa, a nie dziwaczyć. Mieli Polacy swoją szansę wrócić do Polski po II wojnie światowej jak miliony innych, nie chcieli ich problem i niech mi nie zawracają głowy. Jak czytam nieraz, jakie tam dla nich idą pieniądze, to szlag mnie trafia. Co to za komedia, że z Rosją nie można rozmawiać o prawach mniejszości na Białorusi? To dlaczego się rozmawia z innymi państwami o sprawach międzynarodowych? Dlaczego Polska kosztem swoich interesów starała się ściągać restrykcje na Kubę i Chiny w związku z troską o prawa człowieka. A co Polska robiła w Iraku u boku USA. To napaść na Irak była niby czymś mniej niż rozmowa z Rosją?
2. Co mi do tego, jaki procent PKB idzie na wojsko? Jak ja mam ocenić, czy to wystarczy czy nie? Czy 1,95 czy może 2,05, a może 1,88? Co mi daje odpowiedź na takie pytanie? Mniej niż nic!
3. Pytanie o śledztwo dotyczące katastrofy smoleńskiej? A co ma do tego prezydent? To chyba było najgłupsze pytanie debaty!
4. Pytania o emerytury mundurowe również nie bardzo były na debatę prezydencką. Co, więcej obaj kandydaci odpowiedzieli na nie mgliście.
5. Pytania o kontrakt gazowy z Rosją i gaz łupkowy? Co ma prezydent do tego? I dlaczego ja bym miała się na tym znać. Jak dla mnie problemem jest, gdy gaz drożeje, a nie skąd on się bierze.
Co do pytań bardziej do rzeczy.
I. Jarosław Kaczyński – pytania nie dały mu możliwości powiedzieć nic nowego, koncentrowały się wokół tematyki, o jakiej wypowiadał się wielokrotnie. Jego poglądy są dobrze znane, konsekwentne, konserwatywne, nic nie udawał, nie krygował się na nic, był naturalny jak zawsze. Jedni to akceptują, inni nie. Lewica z pewnością nie.
II. Bronisław Komorowski – wypowiadał się tak, jakby ubiegał się nie o urząd prezydenta, ale o stanowisko rzecznika rządu. W zasadzie wszelkie odpowiedzi koncentrowały się wokół jakichś szczegółów z pracy rządu, autostrad, nieśmiertelnych orlików, powtarzanych jak mantra przez polityków PO, czy Uniwersytetu w Rzeszowie itp. Gorzej natomiast wyglądało to w kwestiach światopoglądowych:
1. Jak można wypowiedź o in vitro zacząć od pochwalenia się swoim dziecioróbstwem? To już przecież dowodzi, że się podchodzi niepoważnie do problemów ludzi, którzy nie mogą mieć naturalnie dzieci. To nawet więcej, drwina z nich! To tak, jak komuś, kogo nie stać na chleb, przechwalać się swoimi luksusowymi wydatkami, np. na ciastka!
2. Komorowski chciałby w sprawie in vitro takiego kompromisu jak w kwestii ustawy antyaborcyjnej. No, to ja dziękuję. Jak można układ między sejmowymi konserwatystami a kościołem nazwać kompromisem! To przecież drwina z kobiet! Najbardziej restrykcyjna ustawa antyaborcyjna w Europie dla marszałka jest wzorem kompromisu!
3. W kwestii praw homoseksualistów, marszałek uważa, że wszystko jest w porządku, że mają oni takie same prawa dziedziczenia i opieki w razie choroby jak małżeństwa. A to przecież nieprawda!
Czymś gorszym jest jednak czysta demagogia, którą obecnie wypracowała PO, aby zniwelować wytworzony przez Kaczyńskiego podział na Polskę solidarną i liberalną. Otóż lansowana jest teza, że Polska musi być i solidarna, i liberalna, bo liberalna to znaczy wolna.
Być może ktoś nawet na ten cynizm się nabierze, ale przecież przeciwstawienie solidarności i liberalizmu w wypowiedziach Kaczyńskiego oznaczało odniesienie się do koncepcji gospodarczych. Liberalizm w tym znaczeniu to nie wolność, ale wycofanie się państwa z gospodarki, poddanie wszystkiego rynkowi, brak troski o dobro wspólne i kwestie społeczne, pozostawienie ludzi biednych, gorzej sobie radzących samym sobie.
Tymczasem jak z nowomowy PO odwróciła znaczenie słowa „liberalizm”, nadając mu znaczenie „wolność”, ale to przecież znaczy w tym wypadku wolność światopoglądowa! A takiej wolności marszałek Komorowski przecież nie chce! Jak to wskazałam w powyższych punktach: utrzymywanie ideologicznego zakazu aborcji i taki sam „kompromis” w kwestii in vitro oraz brak zgody na legalizację związków homoseksualnych. Komorowski nie chce wolności światopoglądowych! Więc nie chce Polski solidarnej i w tym sensie liberalnej, czyli wolnej.
Tak więc w tym Kaczyński wygrywa i ma rację! Komorowski wcale nie chce Polski solidarnej i liberalnej (wolnej), ale jedynie neoliberalnej, a więc liberalnej gospodarczo i konserwatywnej światopoglądowo: jest to współczesny neokonserwatyzm na wzór Reagana i Thatcher.
W kwestiach gospodarczych powstał pewien chaos, bo marszałek Komorowski z jednej strony zachwalał działania rządu, a z drugiej odcinał się od niewygodnych projektów rządu, jak choćby twierdząc, że nie potrzeba podnosić wieku emerytalnego.
Problemem jest u nas też brak kompetentnych dziennikarzy, bo ja przecież nie wiem, kto w sprawach rozwoju kraju ma rację, a kto nie, jakie kto przewidział środki i ich rozkład na regiony. Obaj kandydaci gorliwie zapewniają, że chodzi im o rozwój Polski. Tyle że Jarosław Kaczyński widzi zapóźnienia regionów, a Bronisław Komorowski jakby nie, posługując się frazesem, że Polska jest jedna.
Według mnie prezydent powinien mieć prawidłowy obraz kraju i sytuacji gospodarczej, ani nazbyt świetlany, ani nazbyt przeczerniony.
Prezydent ma kompetencje nie za duże, ale to nie znaczy, że ma jedynie celebrować pod żyrandolem, chociaż jego zainteresowania powinny się koncentrować wokół spraw ogólniejszych, strategicznych, a nie jakichś szczegółów. Nie jest rolą prezydenta zajmować się poszczególnymi uniwersytetami, jak w Rzeszowie, ale ogólnie sytuacją szkolnictwa wyższego.
Zbytnie przywiązanie marszałka Komorowskiego do rządu, gorliwe zachwalanie jego działań stawia poważne pytanie o jego samodzielność, gdyby został prezydentem. Powstaje poważna obawa, że będzie tylko notariuszem podpisującym wszystko co od umiłowanego premiera będzie spływać.
W przypadku Jarosława Kaczyńskiego powstaje zaś inna obawa, że będzie traktował rząd nadmiernie podejrzliwie i na wszelki wypadek wetował ustawy.
Może i dobrze, że marszałek Komorowski sprowadził debatę na poziom zadowolenia z rządu. Kto jest zwolennikiem konserwatywnej prawicy, a uważa, że mamy teraz świetlane czasy i zaciskanie pasa najuboższym na przyszłe lata jest świetnym pomysłem, pewnie zagłosuje z przekonaniem na marszałka, ci zaś, którzy uważają, że im się pogarsza, widzą zagrożenia obecnej polityki rządu, zagłosują na Kaczyńskiego.
Wyborcy lewicy nadal nie mają wyboru, Kaczyński jak diabła unika liberalizmu światopoglądowego, a Komorowski jedynie udaje za pomocą igraszek słownych, że jest jego zwolennikiem. Dla lewicy oczywiście ważne są też kwestie gospodarcze podatkowe, tu jednak obaj kandydaci solidarnie obniżali podatki najbogatszym, zamiast ruszyć kwotę wolną od podatku, tak aby wynosiła ona przynajmniej 750 zł miesięcznie, co jest uważane za próg ubóstwa na głowę.
Strach przed prywatyzacją na przykładzie stomatologii
Opublikowano 27 czerwca 2010 Autor: Maria-Dpra
1047. Fatalny stan zębów Polaków, a zwłaszcza dzieci
Jesteśmy przekonywani, że forma własności służby zdrowia jest bez znaczenia, a nawet prywatna jest o wiele lepsza i podawane są przykłady sprywatyzowanych szpitali, które pacjenci sobie chwalą.
Jak jest naprawdę można się przekonać na przykładzie tego działu służby zdrowia, który niemal w całości został sprywatyzowany, a więc stomatologii.
Stan zębów naszego społeczeństwa jest katastrofalny, aż 85 naszych 6-latków ma już próchnicę, podczas gdy francuskich zaledwie 22, norweskich – 36, brytyjskich – 55, czeskich – 69.
Już nawet ponad 57 proc. 3-latków ma próchnicę, z 15-latków nie ma jej tylko 6 proc., a z 18-latków – 4 proc.
Ponoszą tu oczywiście winę nawyki żywieniowe, zbyt słodkie jedzenie, a zwłaszcza napoje podawane dzieciom, ale poważnym problemem jest praktycznie niedostępność opieki stomatologicznej dla tych, którzy nie są w stanie za nią zapłacić.
Lekarze stomatolodzy dodają do tego: brak opieki stomatologicznej w szkołach i przedszkolach, trudny dostęp do dentysty, fatalne finansowanie przez NFZ bezpłatnego leczenia zębów*.
Ci, co pamiętają PRL, wiedzą, że w szkołach były gabinety dentystyczne i gabinety lekarskie. Zęby były regularnie przeglądane i leczone, skończyło się to wraz z PRL i nastaniem nowych czasów.
Leczenie zębów pozostawiono praktycznie samym pacjentom i przeznacza się na bezpłatne, ogólnie dostępne za ubezpieczenie coraz mniej środków.
Pieniądze na to leczenie obcięto w tym roku średnio o 12 proc., w niektórych regionach nawet o jedną czwartą. To fałszywe oszczędności, bo w przyszłości za leczenie trzeba będzie zapłacić więcej – mówi Małgorzata Lindorf z Naczelnej Rady Lekarskiej*.
Liczba gabinetów oferujących bezpłatne usługi spada z roku na rok: dziś posiadamy zaledwie sześciu „publicznych” dentystów na 100 tysięcy mieszkańców. Natomiast odpłatne usługi stomatologiczne oferuje aż 5 lekarzy na 10 tys. mieszkańców**.
Tak fatalny stan zębów już u dzieci i młodzieży pogłębia się w wieku dorosłym, gdy przeprowadzono badania uzębienia osób starszych, to:
Badanie pokazało, że wśród osób w wieku 65-74 lat aż 43 proc. nie ma w ogóle zębów. Sytuacja jest gorsza na wsi niż w mieście, choć powoli się poprawia: jeszcze osiem lat temu aż 68 proc. ludzi w tym wieku nie miało żadnego swojego zęba*.
Porażające informacje można znaleźć o stanie zębów dzieci z wioski Dzieżby na Podlasiu, w większości:
mają zaawansowaną próchnicę i żadnych szans na leczenie. Takich dzieci w Polsce są tysiące. Zanim dorosną, już stracą pierwszy prawdziwy ząb. Jako dorośli będą szczerbaci. Jako emeryci będą bezzębni***.
Warto przeczytać cały ten artykuł, ukazujący los dzieci, pod względem leczenia zębów, jak z początków XX w., a nie już XXI.
Czy można się dziwić, że mając takie doświadczenia z leczeniem zębów po sprywatyzowaniu tej dziedziny lecznictwa, Polacy z takim niepokojem słuchają o planach przekształceń własnościowych w służbie zdrowia.
Warto też spojrzeć, co się stało z TVP, gdy w pewnym momencie została przekształcona w spółkę Skarbu Państwa, a przez to jej celem stał się zysk, w związku z czym ramówka została podporządkowana reklamom, na czym ucierpiała misja publiczna.
To jest oczywiście wybór polityczny i uważam, że całe społeczeństwo, być może w referendum, powinno mieć prawo się wypowiedzieć, jakiego chce państwa. Czy chce, aby pozostała sfera publiczna, nienastawiona na zysk, ale działająca dla dobra wspólnego (np. w służbie zdrowia, mediach publicznych, ogólniej kulturze, energetyce, surowcach i in.), czy też opowiada się za maksymalną deregulacją, prywatyzacją i w związku z tym za droższymi usługami w tych dziedzinach dostępnymi tylko dla tych, których będzie na to stać.
Mało kto pewnie sobie uświadamia, że to są zmiany ustrojowe i zwykły mandat wyborczy nie powinien upoważniać do ich podejmowania ponad głowami narodu, a często wbrew jego woli, tak jak to miało miejsce w przeszłości w przypadku ustrojowych reform przeprowadzonych przez rząd Jerzego Buzka, z których skutkami do tej pory musimy się zmagać.
*Sylwia Szparkowska, Polskie zęby zepsute już od żłobka, „Rzeczpospolita”, 17.06.2010.
**http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6054869,Nasze_dzieci_maja_najbardziej_zaniedbane_zeby_w_Europie.html
***http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,3171006.html
Świadome macierzyństwo Palikota
Opublikowano 26 czerwca 2010 Autor: Maria-Dpra
1046. Jak to było z tym promowaniem świadomego macierzyństwa przez Palikota
Januszowi Palikotowi wydaje się, że udało mu się kogoś nabrać włożeniem okularków. Jak chłopiec popisuje się w wywiadzie dla „Wprost” [1]:
Zrobiłem dobry numer z tym przebraniem. Dokładnie spełniłem wasze oczekiwania – włożyłem okulary, obciąłem włosy, powiedziałem: „Tamtego Palikota nie ma”. i otworzyła się szczelina i w tę szczelinę wszedłem [1].
I dalej pan poseł wymienia swoje występy w mediach. Tam faktycznie niektórzy dziennikarze bawili się przez chwilę „przemianą” Palikota. Najwyraźniej jednak jego przedrzeźnianie zrobiło zbyt małe wrażenie, nie spełniło zakładanych oczekiwań, bo dość szybko z niego rezygnuje i demaskuje swoje rzeczywiste intencje:
Przecież to był happening dotyczący Jarosława Kaczyńskiego, pokazujący, jaki jest Jarosław Kaczyński [1].
W ogóle nie warto by wspominać o pośle na Sejm, który taki sposób wypełniania mandatu uważa za właściwy, gdyby nie fakt, że odnosi się on do swojego występu podczas wiecu Jarosława Kaczyńskiego w Lublinie.
Jak wiadomo, w tym samym miejscu i czasie, gdzie Jarosław Kaczyński 9 czerwca zorganizował w Lublinie wiec wyborczy, zorganizowany został również piknik rodzinny:
Oficjalnie o zgodę na zajęcie miejskiego terenu na imprezę w Lublinie wystąpiła prywatna firma, której Palikot zlecił przygotowanie infrastruktury technicznej na happening (m.in. ustawienie sceny, nagłośnienie) [2].
Sama słyszałam posła Palikota, przekonującego w TVN24, że Jarosław Kaczyński nie jest królem i każdy ma prawo w tym czasie co on urządzić swoje zgromadzenie, oraz twierdzącego, że ta impreza z jego udziałem to piknik rodzinny promujący świadome macierzyństwo!
Tymczasem tam się odbywała agitacja wyborcza, gdyż jak mówi Krzysztof Lorenz z Krajowego Biura Wyborczego (organu PKW):
Zasady prowadzenia kampanii wyborczej są takie: wszystko, co jest zachętą do głosowania na jednego kandydata lub zniechęceniem do innego, to element kampanii wyborczej, a uprawnione do jej prowadzenia są wyłącznie komitety wyborcze kandydatów [2],
Poseł PO Janusz Palikot podczas „happeningu społecznego” namawiał w środę do głosowania w wyborach prezydenckich na Bronisława Komorowskiego, a krytykował kandydata PiS Jarosława Kaczyńskiego [2].
A w dodatku we wspomnianym na wstępie wywiadzie dla „Wprost” poseł Palikot odnosi się, do tego szerzej:
Jeżeli chodzi o wiec w Lublinie, to w sztabie był raczej ostrożny sceptycyzm [1].
Na pytanie, czy wiedział o tym Sławomir Nowak, Palikot odpowiada:
Tak, ja mu to powiedziałem we wtorek [1].
To w 100 procentach był mój pomysł. Chciałem wjechać na część placu, gdzie odbywał się wiec PiS. Miałem stanąć na wysięgniku twarzą w twarz z Jarosławem Kaczyńskim i wyciągnąć do niego rękę. Tak było w scenariuszu: ja wyciągam rękę, a on jej nie oddaje, to byłoby fantastyczne. Sławek uważał jednak, że to by wyglądało na moją agresję, jakbym najechał tamten wiec, więc z tego zrezygnowaliśmy [1].
Wobec tego powstaje kilka pytań:
1. Skoro było to za wiedzą i poniekąd zgodą szefa kampanii Bronisława Komorowskiego, to dlaczego nic o tym nie wie pełnomocnik komitetu wyborczego Bronisława Komorowskiego Grzegorz Wójtowicz, który „zapewnia, że nic nie wiedział o happeningu Palikota. – Nie upoważniałem nikogo do organizowania takiego wydarzenia – oświadcza” [2].
2. W jaki sposób to zostanie ujęte w sprawozdaniu finansowym z kampanii. Wszyscy to widzieli, sam Palikot w wywiadzie się przyznał, więc nieujęcie tych wydatków powinno oznaczać odrzucenie sprawozdania i konsekwencje dla pełnomocnika finansowego.
3. Skoro to w istocie była impreza wyborcza kandydata na prezydenta Bronisława Komorowskiego, a została zgłoszona do urzędu miasta przez inną firmę jako piknik rodzinny i tak była anonsowana przez samego Palikota w TVN24, to czy nie została poświadczona nieprawda w dokumentach złożonych do władz Lublina o zgodę?
4. Czy przypadkiem nie zostało popełnione opisane w k.k. jedno z przestępstw przeciwko wyborom:
2) swobodnemu wykonywaniu prawa do kandydowania lub głosowania, [...]
Skoro Bronisław Komorowski podał do sądu Jarosława Kaczyńskiego za to, że ten twierdzi, iż Komorowski opowiada się za prywatyzacją szpitali, choć i tak każdy wie, jakie są zamierzenia PO, niezależnie od tego, jakie słowa padły, to uważam, że tym bardziej powinien doprowadzić do wyjaśnienia tej kwestii.
Mamy prawo wiedzieć, jak naprawdę wygląda kampania marszałka Komorowskiego i jaka jest w niej rola Janusza Palikota. Ostatecznie tu chodzi o poważne kwestie: i wydatki na kampanię, które rządzą się określonymi regułami opisanymi w ustawie, jak i o wprowadzanie w błąd opinii publicznej, a być może i przestępstwo przeciwko wyborom.
Zapewne zaraz przeczytam komentarze, że ten tekst jest kolejnym dowodem na popieranie przeze mnie Jarosława Kaczyńskiego. Tak jednak nie jest. Działania publiczne osób sprawujących władzę budzące wątpliwości powinny zostać wyjaśnione opinii publicznej. Tu chodzi przecież o wiarygodność i zgodność z prawem kampanii kandydata na prezydenta. Większość zwykłych ludzi, nawet jeżeli interesuje się prawem, to nie ma w tej dziedzinie kompetencji fachowych i dlatego zadawanie pytań, gdy powstają wątpliwości, jest uzasadnione.
[1] Nabrałem was, wywiad Tomasza Machały z Januszem Palikotem, „Wprost”, 2010, nr 25.
[2] Tomasz Nieśpiał, Bezprawna agitacja Palikota?, 11.06.2010
Urbana sie chwytać
Opublikowano 25 czerwca 2010 Autor: Maria-Dpra
1045. Bronisław Komorowski ma już poparcie Jerzego Urbana
Żartowałam sobie, gdy przed I turą wyborów prezydenckich zauważyłam, że nawet gen. Jaruzelski z przekonaniem mówi, iż Bronisław Komorowski ma charyzmę i zagłosuje na niego w II turze, że teraz to już marszałkowi brak tylko poparcia Jerzego Urbana.
I święte słowa! Obecnie Jerzy Urban, zazwyczaj gładko przemilczywany w głównych mediach, nawet wtedy gdy pisze w swojej gazecie o sprawach bardzo ważnych, ma w głównych telewizjach prywatnych swoje 5 minut, gdzie deklaruje poparcie dla Bronisława Komorowskiego, a wstręt do Jarosława Kaczyńskiego i dość kpiąco o Marcie Kaczyńskiej mówi sierotka, drwiąc z jej poparcia dla stryja.
Aż się zdziwiłam, gdy dzień po dniu, a to w TVN24, a to w Superstacji miałam przyjemność obejrzeć tak rzadko widzianego Jerzego Urbana, który wcześniej zachęcał już w „Nie” wyborców Napieralskiego do głosowania w II turze na Bronisława Komorowskiego.
Nic chyba lepiej nie pokazuje jakiegoś wręcz amoku i przeraźliwego strachu, który ogarnął światek medialny przed Jarosławem Kaczyńskim, że sięga po taka amunicje jak Jerzy Urban, znienawidzony przez Solidarność rzecznik prasowy rządu w stanie wojennym i później. Tym bardziej to dziwne, że jako prezydent, gdyby Kaczyński nim został, tak wiele znowu nie będzie mógł.
To miłe, że dziennikarski światek chwyta się Urbana, czego jednak się tak boi i jak to bezbrzeżnie śmiesznie wygląda w stosunku do zarzutów stawianych Kaczyńskiemu, że wypowiada się cieplej o lewicy.
Świadkowie swoich czasów
Opublikowano 24 czerwca 2010 Autor: Maria-Dpra
1044. Świadkowie swoich czasów
W migoczącym świetle przyćmionych lamp ściany jaskini naraz ożywają. Konie, mamuty, renifery, żubry, kozły śnieżne, lwy i rzesze innych zwierząt cisną się przed oczyma – trzysta wizerunków na prawie stumetrowej scenie. Te subtelne dzieła sztuki, odbicie wnikliwego zmysłu obserwacji dawnych artystów, powstały pod koniec ostatniej epoki lodowej, zapewne jakieś trzynaście tysięcy lat temu. [...]
Gdy opuszczamy jaskinię, nie przestaje nas nurtować pytanie – po co? Po co przeciskać się z największym trudem przez ciasny, wilgotny, ciemny, niebezpieczny i duszny korytarz, który kończy się ślepo gdzieś głęboko pod ziemią, gdzie nawet nie bardzo można się obrócić? Po co tworzyć dzieła, których nie da się ponownie obejrzeć? Dlaczego, miast zadowolić się zewnętrznymi partiami jaskini, pchać się w najbardziej niebezpieczne zakamarki? Po co pokrywać jedne obrazy drugimi, po co łączyć realistyczne przedstawienia ze znakami geometrycznymi i mnóstwem tajemniczych i pozornie bezsensownych symboli? A przede wszystkim, po co w ogóle zajmować się sztuką?*
Te pytania stawia na początku swojej książki Ian Tattersall, sławny paleontolog, jako refleksje po odwiedzeniu jaskini Combarelles w południowo-zachodniej Francji w pobliżu miasteczka Les Eyzies de Tayac.
Na te pytania nie uda nam się uzyskać przekonującej, pewnej odpowiedzi, choć możemy snuć różne hipotezy. Podobnie nie jest dla nas do końca znany sens budowli Stonehenge czy kamiennych posągów na Wyspie Wielkanocnej i w ogóle wszelkich śladów działalności człowieka sprzed epoki źródeł pisanych.
Rozszyfrowanie egipskich papirusów czy sumeryjskich tabliczek pozwala nam pozornie uchwycić więcej z tych kultur.
Im bliżej naszych czasów, tym więcej różnego rodzaju źródeł, w ostatnich dwóch stuleciach doszły fotografie, nagrania, filmy.
Czy ktoś chce jednak powiedzieć z pewnością siebie, że naprawdę rozumie epokę, w której nie żył, którą zna tylko z opowieści lub z innych źródeł?
Gdyby nam się udało ożywić mumię egipską, to czy chcielibyśmy jej posłuchać, dowiedzieć się, co ma nam do powiedzenia o swoich czasach, o ich atmosferze, o znaczeniach przekazów pisanych, czy wolelibyśmy iść na wykład egiptologa o tamtych czasach?
Egiptolog potrafi oczywiście spojrzeć syntetycznie na wszystkie źródła, ale człowiek z tamtych czasów, choć znałby tylko wycinek swojego życia, pomógłby nam uchwycić wiele znaczeń, atmosferę, sposób myślenia, a być może rozproszyć wiele z wątpliwości – po co.
Obecnie każdy badacz, czy to kultury dawnego Egiptu czy jeszcze wcześniejszych epok sprzed źródeł pisanych jest dokładnie w tej samej sytuacji, ma do dyspozycji ten sam materiał. Nie ma nikogo z tamtej epoki posiadającego wiedzę o niej, choć jedynie wycinkową, ale z własnego doświadczenia.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja badaczy historii XX w., oprócz istnienia różnego rodzaju źródeł żyją jeszcze ludzie, dla których ta historia była teraźniejszością ich życia. Coraz mniej osób pamięta Polskę przedwojenną, odchodzi stopniowo pokolenie pamiętające II wojnę światową, żyje jednak sporo osób pamiętających Polskę powojenną, a szczególnie dużo pamiętających lata 70., 80. i następne.
Człowiek, który przeżył okupację hitlerowską, poznał co prawda jedynie swój wycinek, ale przesiąkł atmosferą tego czasu, tak że jego wiedza to coś o wiele więcej niż przekazy z książek. Co innego opisać, przeczytać, a co innego doświadczyć. Zbrodnia i strach w książce to zupełnie co innego niż widziane i przeżywane osobiście.
Podobnie w odniesieniu do nowszych czasów, np. stanu wojennego. Bardzo śmieszne, gdy mądrzą się na jego temat osoby, które znają go z przekazów, książek czy filmów. Najlepiej można znaczenie osobistego doświadczenia zilustrować na trywialnym przykładzie: czy ktoś powie, że wie, co się odczuwa podczas stosunku seksualnego, bo czytał o tym w książce lub widział to na filmie? Co powiemy, gdy się będzie przy tym upierał? I jeszcze twierdził, że książka czy film przedstawia to o wiele bardziej kompleksowo, bardziej fachowo i z większą liczbą szczegółów, a co tam może wiedzieć ktoś, kto tylko praktykował w mało wymyślny sposób?
Seks jest tu całkiem niezłą metaforą, bo również w tym wypadku wiele osób może mieć całkiem inne doświadczenia i inne zdanie, jak to jest. I oczywiście każdy będzie miał tu swoją rację.
To prawda, że świadek czasów nie będzie miał o nich całościowej wiedzy, ale będzie posiadał coś bezcennego, własne doświadczenie, sumę przeżyć, radości, smutków, strachów, codziennych zakupów, nauki w szkole, sytuacji w pracy itp. Nawet kino, do którego chodził, ulubiona kawiarnia mają tu znaczenie, tworzą tę atmosferę i ekskluzywną wiedzę.
Pamiętam, jak dziewczyneczka jeszcze w szkole opowiadałam nieraz babci mądrości książkowe o II RP, a babcia, której dzieciństwo i młode lata przypadły w tamtej epoce, tylko się uśmiechała i mówiła to nie tak było.
Obecnie bywa różnie, ale najczęściej nie docenia się tej ekskluzywnej wiedzy świadków swoich czasów. Woli się dawać wiarę SB-ckim papierom tworzonym przecież nie jako źródła historyczne, ale do celów zabezpieczania tamtego ustroju, czy różnego rodzaju tendencyjnym książkom ukazującym obraz jak z krzywego zwierciadła, w którym nie mogą się odnaleźć ludzie wtedy żyjący.
Zawsze się zastanawiam, gdy ktoś młody mi zaprzecza, twierdząc, że on lepiej wie, jak było w czasach, w których ja żyłam, a on co najwyżej robił w pieluchy lub bawił się w piaskownicy, czy on rzeczywiście uległ manipulacji i sam w to wierzy, że książka jest w stanie oddać lepiej codzienne doświadczenie niż świadek czasów, czy też jest bezgranicznie cyniczny i celowo uprawia propagandę dla jakichś korzyści.
Zdarzają się wprost komiczne wypadki, gdy ktoś z racji, że nie mógł w PRL kupić odpowiednich gaci na randkę, wmawia mi, że ja nie mogłam wtedy ubierać się w różową spódnicę z bawełnianej satyny i własnoręcznie wyszydełkowaną różową bluzeczkę czy nosić zielonej sukienki, a także zarzuca mi kłamstwo, gdy twierdzę, że można było w dostępnej cenie kupić jedwab milanowski czy żorżetę wełnianą na elegancką sukienkę. Zabawne jest też, gdy osoba pamiętająca jakieś wydarzenia jako dziecko twierdzi, że wie lepiej niż osoba, która przeżywała je jako dorosła. Każdy dorosły przecież doskonale z własnego doświadczenia wie, że percepcja tych samych wydarzeń dziecka jest inna niż dorosłego.
Słuchając niektórych, można pomyśleć, że gdyby powstała nawet techniczna możliwość ożywienia mumii egipskiej, to kazaliby jej spadać ze swoimi opowieściami, wszak oni i tak wszystko wiedzą lepiej z książek.
*Ian Tattersall, I stał się człowiek. Ewolucja i wyjątkowość człowieka, tłum. Marcin Ryszkiewicz, Wyd CIS, WAB, Warszawa 2001.
Zablokowana blogerka Kawa z chili
Opublikowano 23 czerwca 2010 Autor: Maria-Dpra
Niedawno zablokowany był blog Walpurga, obecnie zauważyłam, że zablokowany jest blog blogerki Kawy z chili.
Bardzo mnie to zaniepokoiło. Zauważyłam ostatnio, że na jej blogu pojawił się wyjątkowo nieprzyjemny troll, który zaczął jej stawiać nonsensowne zarzuty, a potem wmawiać, że został obrażony. Jak widziałam wyjaśnienia Kawy w komentarzach na innych blogach, zablokowanie wynikło ze skargi trolla.
Ponieważ odwiedzałam blog Kawy, gdyż zdarzało się, że tam się ktoś pode mnie podszywał, i chciałam wiedzieć, czy ktoś mnie tam nadal nie kompromituje, posługując się moim nickiem, widziałam od początku działania trolla. Typowe zarzucanie haczyka, dwuznaczne komentarze, chwytanie za słowa irytowanie nonsensami, a po zniecierpliwionej odpowiedzi zgłaszanie pretensji o obrażenie i domaganie się przeprosin za sprowokowaną przez samego siebie odpowiedź.
Nie wiem, kim jest ten troll. Ale znam te metody, dokładnie tak samo jeden troll (lub kilka) pod różnymi nickami działały przeciwko mojemu blogowi ponad rok. Również trolle dążyły do zablokowania mi bloga, ale szczęśliwie im się nie udało.
Nie ukrywam, że z Kawą moje relacje są więcej niż chłodne, ale w takim wypadku blogerzy muszą wykazywać się solidarnością i sprzeciwiać się pochopnemu blokowaniu blogów z powodu działania trolli.
Rząd nowelizuje ustawę o CBA
Opublikowano 22 czerwca 2010 Autor: Maria-Dpra
1043. Rząd złożył projekt ustawy nowelizującej ustawę o CBA
Niektórzy wypowiadający się w mediach naprawdę nie wiedzą (lub tylko tak udają, mamiąc słuchaczy), że PO złożyła rządowy projekt nowelizacji ustawy o CBA. Jest to druk sejmowy nr 3113 z 08.06.2010.
Jak można przeczytać w opisie: „projekt dotyczy: konieczności wykonania wyroku TK z 23 czerwca 2009 r. w zakresie m.in. definicji korupcji, uprawnień pełnomocnika do kontrolowania działań polegających na przetwarzaniu danych, wykonywania oględzin oraz przepisów, służących poprawie funkcjonowania CBA”.
Jak rząd się odnosi do definicji korupcji? W obecnej ustawie mamy następujące przepisy:
1) jednostki sektora finansów publicznych w rozumieniu ustawy z dnia 30 czerwca 2005 r. o finansach publicznych (Dz. U. Nr 249, poz. 2104 i Nr 169, poz. 1420 oraz z 2006 r. Nr 45, poz. 319);
- znaczną szkodę w rozumieniu art. 115 § 7 ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks karny (Dz. U. Nr 88, poz. 553, z późn. zm.2)).
Nowelizacja przewiduje zaś po prostu: „w art. 1 uchyla się ust. 3 i 4„, co oznacza, że zamiast niejasnej definicji korupcji, którą zakwestionował TK, nie będzie żadnej definicji.
Następne artykuły dotyczą współpracy międzynarodowej, tu można być bardziej spokojnym, gdyż jak sądzę muszą one odpowiadać standardom międzynarodowym.
Przepisy kontrowersyjnego art. 22 zostają niemal w całości uchylone, ale ich nowe sformułowanie w art. 22a i 22b niewiele umniejsza możliwość zbierania z niejasnych powodów danych osobowych o obywatelach:
Art. 22a. 1. W zakresie niezbędnym do realizacji zadań, o któ­rych mowa w art. 2 ust. 1, CBA może przetwarzać dane osobowe, w tym dane wskazane w art. 27 ust. 1 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002 r. Nr 101, poz. 926, z późn. zm.2)), bez wiedzy i zgody osoby, której te dane dotyczą.
5. Administratorzy zbiorów danych, o których mowa w ust. 2, mogą wyrazić pisemną zgodę na udos­tępnia­nie jednostkom organizacyjnym CBA infor­macji zgromadzonych w zbiorach w drodze tele­transmisji bez konieczności składania każdorazowo pisemnych wniosków o udostępnienie danych, jeżeli jednostki te spełniają łącznie następujące warunki:
1)posiadają urządzenia umożliwiające odnotowanie w systemie, kto, kiedy, w jakim celu oraz jakie dane uzyskał;
2)posiadają zabezpieczenia techniczne i organiza­cyjne uniemożliwiające wykorzystanie danych niezgodnie z celem ich uzyskania;
3)specyfika lub zakres wykonywanych przez nie zadań uzasadnia takie udostępnienie.
6. Przepisy ust. 2 – 5 stosuje się odpowiednio do da­nych osobowych i innych informacji uzyskiwanych w wyniku wykonywania czynności operacyjno-rozpoznawczych przez uprawnione do tego organy, służby i instytucje państwowe.
7. Podmioty, o których mowa w ust. 6, mogą odmówić przekazania CBA informacji lub ograniczyć ich zakres, jeżeli mogłoby to uniemożliwić wykony­wanie ich ustawowych zadań lub spowodować ujaw­nienie danych o osobie niebędącej ich funkcjo­nariuszem i udzielającej pomocy tym podmiotom.
8. CBA przetwarza dane osobowe przez okres, w któ­rym są one niezbędne do realizacji jego ustawowych zadań. CBA dokonuje, nie rzadziej niż co 5 lat, weryfikacji potrzeby dalszego przetwarzania tych danych, usuwając dane zbędne.
9. Po dokonaniu weryfikacji dane zbędne usuwa nie­zwłocznie komisja powołana przez Szefa CBA. Z czynności komisji sporządza się protokół zawie­rający w szczególności wykaz zniszczonych doku­mentów lub nośników informatycznych zawiera­jących te dane oraz sposób ich zniszczenia.
10. Szef CBA może tworzyć zbiory danych osobowych.
Art. 22b. 1. Nadzór nad zgodnością przetwarzania danych oso­bowych gromadzonych przez CBA z przepisami ustawy oraz przepisami o ochronie danych oso­bowych sprawuje pełnomocnik do spraw kontroli przetwarzania przez CBA danych osobowych, zwany dalej „pełnomocnikiem”.
2.Szef CBA powołuje pełnomocnika spośród funkcjo­nariuszy CBA. Zwolnienie ze służby lub odwołanie pełnomocnika z pełnionej funkcji nie może nastąpić bez zgody Prezesa Rady Ministrów.
3.W ramach nadzoru pełnomocnik prowadzi rzetelną, obiektywną i niezależną kontrolę prawidłowości przetwarzania przez CBA danych osobowych, a w szczególności ich przechowywania, weryfikacji i usuwania.
4. Pełnomocnik ma prawo w szczególności do:
2)swobodnego wstępu do pomieszczeń i obiektów kontrolowanej jednostki organizacyjnej CBA;
5.Kierownik jednostki organizacyjnej CBA, któremu pełnomocnik wydał pisemne polecenie usunięcia stwierdzonych uchybień, informuje Szefa CBA w terminie 7 dni od dnia wydania poleceń, o ich wykonaniu albo przyczynie ich niewykonania.
6.W przypadku naruszenia przepisów ustawy oraz przepisów o ochronie danych osobowych pełno­mocnik podejmuje działania zmierzające do wyjaś­nienia okoliczności tego naruszenia, zawiadamiając o tym niezwłocznie Prezesa Rady Ministrów i Szefa CBA.
7.Pełnomocnik przedstawia corocznie do dnia 31 mar­ca Prezesowi Rady Ministrów za pośrednictwem Szefa CBA sprawozdanie, w którym wskazuje stan ochrony danych osobowych w CBA oraz wszystkie przypadki naruszenia przepisów w tym zakresie.
Kluczowy jest tu przepis pozwalający zbierać dane osobowe, o których mowa „w art. 27 ust. 1 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych„. A ten art brzmi:
2) przepis szczególny innej ustawy zezwala na przetwarzanie takich danych bez zgody osoby, której dane dotyczą, i stwarza pełne gwarancje ich ochrony [...].
A więc PO dokładnie tak jak PiS przewiduje w celu zwalczania korupcji, która nie została zdefiniowana, zbierać tzw. dane wrażliwe o obywatelach!
W dodatku „Administratorzy zbiorów danych, o których mowa w ust. 2, mogą wyrazić pisemną zgodę na udos­tępnia­nie jednostkom organizacyjnym CBA infor­macji zgromadzonych w zbiorach w drodze tele­transmisji bez konieczności składania każdorazowo pisemnych wniosków o udostępnienie danych„, a więc wszelkie dane o obywatelach będą mogły być gromadzone bez przeszkód w CBA na bieżąco bez wiedzy i zgody zainteresowanych.
Nad tymi danymi praktycznie nie ma kontroli, a ściślej jest jedynie iluzoryczna, gdyż zajmuje się tym pełnomocnik będący funkcjonariuszem CBA. Zmiana na lepsze jest taka, że kontrola przydatności danych będzie odbywać się co 5 lat, a nie co 10, jak przewidywała dotychczasowa ustawa.
W dalszych punktach nowelizacji doprecyzowano przepisy o oględzinach pomieszczeń i przewidziano niszczenie danych z kontroli, gdy okażą się nieprzydatne.
Następne przepisy dotyczą wynagradzania funkcjonariuszy CBA, czyniąc tę służbę jeszcze bardziej lukratywną. Obok przewidzianych obecnie wynagrodzenia zasadniczego i premii będzie mógł zostać przyznany również dodatek specjalny.
W obecnej ustawie jest jedynie zdawkowo powiedziane o wynagrodzeniach, w nowelizacji zaś kwestie uposażenia funkcjonariuszy, premie i dodatki zajmują sporo miejsca. Przyznaje je szef CBA. Dodatkowo funkcjonariuszowi przysługuje nagroda roczna, a może być przyzna również nagroda uznaniowa „za uzyskiwanie znaczących wyników w służbie, wykonywanie zadań służbowych w szcze­gólnie trudnych warunkach lub wymagających znacznego nakładu pracy, zaangażowania i odpowie­dzialności, a także w razie dokonania czynu świadczącego o odwadze funkcjonariusza.
To nie koniec finansowych korzyści da funkcjonariuszy CBA: „Funkcjonariuszowi, w przypadku zdarzenia loso­wego, powodującego pogorszenie sytuacji material­nej jego i jego rodziny, można przyznać zapomogę”. Jak również „Funkcjonariuszowi można przyznać, w drodze de­cyzji, dodatek mieszkaniowy – w takich wypadkach, gdy nie mają mieszkania lub domu w miejscu pełnienia służby”.
Można powiedzieć, że nowelizacja umacnia pozycję CBA, która jest przecież sztandarowym organem IV RP. Wątpliwości budziło w ogóle jej powstanie. Wiadomo, że korupcja jest uciążliwym przestępstwem, ale czy aż tak niebezpiecznym i znaczącym jak terroryzm, handel żywym towarem czy narkotykami lub przestępczość zorganizowana, a przecież nie tworzy się do zwalczania tych przestępstw specjalnych służb. Utworzenie CBA dało fałszywy sygnał, właśnie typowy dla IV RP, stawiającej w centrum uwagi, ponad innymi przestępstwami – korupcję.
A czym jest korupcja, tak naprawdę nie wiadomo, nie zapisano tego w ustawie. Czy może to być wręczenie kwiatów lub koniaku? Niewykluczone. Warto zobaczyć, jakie informacje o obywatelach mogą być zbierane w związku z podejrzeniem wręczenia koniaku.
Uważam, że korupcji powinna być przywrócona właściwa ranga wśród przestępstw i zwalczana powinna być ona w sposób normalny, CBA powinno zostać rozwiązane lub ograniczone i przekształcone w komórkę podległą policji.
Zwalczanie korupcji w naszym kręgu kulturowym to walka z wiatrakami, gdyż istnieje na nią, niestety, od wieków przyzwolenie społeczne. Jedynym dobrym sposobem może być tworzenie przejrzystego prawa i procedur, eliminowanie uznaniowości, szybkie i kompetentne działanie sądownictwa administracyjnego, i przede wszystkim sprawiedliwy podział dochodu narodowego.
Gdyby się zastanowić, czym tak naprawdę jest korupcja, to właśnie uzupełnia ona wtórny podział dochodu narodowego. Zamożni, którzy nie płacą stosownych podatków, zapewniających dobre funkcjonowanie państwa, muszą potem je zapłacić w formie korupcji poszczególnym, urzędnikom, którzy w ten sposób uzupełniają swoje zbyt niskie wynagrodzenia.
Tymczasem wprowadza się nowelizację umacniającą pozycję CBA, chyba przewidując nawet wykorzystywanie jej w sposób bardziej nawet intensywny, skoro tak zadbano o specjalne premie, dodatki, nagrody. Przyznano też CBA prawo do zbierania danych wrażliwych, nie wiadomo, po co w sprawach o korupcję.
Wcześniej dwukrotnie PO próbowała wprowadzić ograniczenia w Internecie: raz był pomysł wprowadzenia w prawie prasowym obowiązku rejestracji każdej strony www, dwa w nowelizacji ustawy hazardowej próbowano wprowadzić możliwość sporządzania czarnych list stron www i ich blokowania też bez jasnego zdefiniowania reguł.
Warto przypomnieć, że PO znowelizowała kodeks karny, o czym pisałam wcześniej, który penalizuje używanie symboli komunistycznych, bez zdefiniowania co to takiego.
Warto na to wszystko zwrócić uwagę, oczywiście PO nigdy nic nie deklaruje wyraźnie, wszystko jest rozmyte, niedookreślone, niemniej budzi poważną wątpliwość jej działanie w kwestii praw i wolności obywatelskich.
1042. Wyniki wyborów prezydenckich 2010
Państwowa Komisja Wyborcza podała oficjalne wyniki wyborów prezydenckich, w których żaden kandydat nie uzyskał bezwzględnej liczby głosów, a więc odbędzie się 4 lipca 2010 r. druga tura, w której wezmą udział dwaj kandydaci, którzy uzyskali najwięcej głosów, a więc Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński
Ostateczne wyniki w skali kraju wyglądają następująco:
l. gł proc.
KOMOROWSKI 6 981 319 41.54
KACZYŃSKI 6 128 255 36.46
NAPIERALSKI 2 299 870 13.68
KORWIN-MIKKE 416 898 2.48
PAWLAK 294 273 1.75
OLECHOWSKI 242 439 1.44
LEPPER 214 657 1.28
JUREK 177 315 1.06
ZIĘTEK 29 548 0.18
MORAWIECKI 21 596 0.13
W swoich przewidywaniach nadmiernie optymistycznie uznałam, że jednak dwaj główni kandydaci dostaną jedynie ok. 70 proc. głosów, a więc i tak dość dużo. Gdybym jednak pokusiła się o drugą prognozę przewidującą zgarnięcie przez dwóch kandydatów ponad 75 proc głosów, to moje przewidywania byłyby o wiele trafniejsze. Nie doceniłam wpływu sondaży, szczególnie podawanych przez tak wpływową prasę jak „Gazeta Wyborcza”, której ostatni sondaż pokazywał nawet 51 proc. dla marszałka Komorowskiego i jego wygraną w I turze. Nie doceniłam, że GW wychowała sobie tak potulne stadko przekonane o jej nieomylności i słuszności postępowania, jak ona wskaże. A tam lansowany był pogląd, że Bronisław Komorowski to kandydat jedynie słuszny, bezalternatywny i że czy tak, czy tak na niego trzeba będzie zagłosować, a więc lepiej nie robić w I turze jakichś fanaberii, tylko od razu głosować na umiłowanego Bronka. Dość podobną linię prezentowało TVN i TVN24. Ogólnie rzecz biorąc media sprzyjały dwóm głównym partiom, sondaże również pokazywały śladowe poparcie dla innych kandydatów niż czołowa dwójka i dużo mniejsze poparcie dla kandydata lewicy. Co są warte sondaże, widać najlepiej po tej fatalnej omyłce, jaką można było zweryfikować tylko dlatego, że mamy prawdziwy wynik wyborów.
Cieszy w tym wszystkim, że w dużej mierze wyborcy lewicy potrafią myśleć samodzielnie i zagłosowali zgodnie ze swoim przekonaniem, choć pewnie też nie wszyscy, gdyż w takim wypadku Napieralski miałby ponad 20 proc. głosów.
Popełniła jedną zdecydowaną omyłkę: nie doceniłam, że kilkaset tysięcy osób jednak ma dość obecnego establishmentu i odda głos na ekstrawaganckiego Janusza Korwin-Mikkego i jak to zwykle bywało przewidziałam dla niego miejsce trzecie od końca. Nieco przeszacowałam również Marka Jurka, który co prawda w wyborach do PE uzyskał niski, ale niezły wynik, natomiast tu, przy wysokiej frekwencji i podziale głosów między dwóch kandydatów zebrał ich nieco mniej niż Andrzej Lepper. Szczęśliwie Olechowski okazał się jednak nieco lepszy od Leppera. Podam więc poniżej kolejność kandydatów, jaką przewidywałam:
Jak widać, odzwierciedla ona kolejność (z wyjątkiem Korwin-Mikkego) w woj. mazowieckim, przy czym na czele kolejność jak w Warszawie.
Porównując, wyglądało to tak:
wynik moja
KOMOROWSKI 41.54 42
KACZYŃSKI 36.46 33
NAPIERALSKI 13.68 14
KORWIN-MIKKE 2.48 1,5
PAWLAK 1.75 5,7
OLECHOWSKI 1.44 3,9
LEPPER 1.28 1,6
JUREK 1.06 2,3
ZIĘTEK 0.18 0,9
MORAWIECKI 0.13 0,1
Jak więc widać dość dobrze przewidziałam poparcie dla Komorowskiego, Napieralskiego i Morawieckiego, natomiast zdecydowanie przeszacowałam, jak to wspomniałam wyżej, Pawlaka i Olechowskiego, nie doszacowałam, i to znacznie, Kaczyńskiego, innych kandydatów o małym poparciu w mniejszym lub większym stopniu nie doszacowałam lub przeszacowałam. Jak widać, moja prognoza nie sumowała się do 100 proc., gdyż osobno oszacowałam 8 kandydatów, przyznając im 70 proc. głosów, a osobno dwóch wiodących w sondażach, stawiając prognozę w dwóch wariantach, w oderwaniu od pozostałych kandydatów. Z czego to wynika wyjaśniłam powyżej.
Chciałam jednak, na podstawie wyników wyborów w trzech województwach, w których wygrywa Jarosław Kaczyński, ukazać ciekawe zjawisko, rzeczywiście podziału na dwie Polski, nawet w ramach jednego województwa. Podaje poniżej pełne wyniki dla 3 województw, a na koniec zestawienie wyników tylko tych dwóch kandydatów.
KACZYŃSKI Jarosław Aleksander 1071040 40.52
KOMOROWSKI Bronisław Maria 1049997 39.73
NAPIERALSKI Grzegorz Bernard 302257 11.44
KORWIN-MIKKE Janusz Ryszard 68450 2.59
PAWLAK Waldemar 49864 1.89
OLECHOWSKI Andrzej Marian 41836 1.58
JUREK Marek 29637 1.12
LEPPER Andrzej Zbigniew 23117 0.87
ZIĘTEK Bogusław Zbigniew 3774 0.14
MORAWIECKI Kornel Andrzej 3039 0.11
KOMOROWSKI Bronisław Maria 478471 51.70
KACZYŃSKI Jarosław Aleksander 278078 30.05
NAPIERALSKI Grzegorz Bernard 98012 10.59
KORWIN-MIKKE Janusz Ryszard 29400 3.18
OLECHOWSKI Andrzej Marian 18894 2.04
JUREK Marek 10728 1.16
PAWLAK Waldemar 6436 0.70
LEPPER Andrzej Zbigniew 2833 0.31
ZIĘTEK Bogusław Zbigniew 1335 0.14
MORAWIECKI Kornel Andrzej 1206 0.13
KACZYŃSKI Jarosław Aleksander 682548 45.78
KOMOROWSKI Bronisław Maria 527089 35.35
NAPIERALSKI Grzegorz Bernard 156454 10.49
KORWIN-MIKKE Janusz Ryszard 44523 2.99
PAWLAK Waldemar 22000 1.48
OLECHOWSKI Andrzej Marian 21517 1.44
JUREK Marek 20419 1.37
LEPPER Andrzej Zbigniew 12821 0.86
ZIĘTEK Bogusław Zbigniew 2057 0.14
MORAWIECKI Kornel Andrzej 1589 0.11
KOMOROWSKI Bronisław Maria 184539 48.66
KACZYŃSKI Jarosław Aleksander 122672 32.35
NAPIERALSKI Grzegorz Bernard 37947 10.01
KORWIN-MIKKE Janusz Ryszard 17154 4.52
OLECHOWSKI Andrzej Marian 7831 2.07
JUREK Marek 4713 1.24
PAWLAK Waldemar 2369 0.62
LEPPER Andrzej Zbigniew 1088 0.29
MORAWIECKI Kornel Andrzej 453 0.12
ZIĘTEK Bogusław Zbigniew 449 0.12
KACZYŃSKI Jarosław Aleksander 453492 39.75
KOMOROWSKI Bronisław Maria 411978 36.11
NAPIERALSKI Grzegorz Bernard 176764 15.49
KORWIN-MIKKE Janusz Ryszard 28492 2.50
PAWLAK Waldemar 24942 2.19
LEPPER Andrzej Zbigniew 17224 1.51
OLECHOWSKI Andrzej Marian 15701 1.38
JUREK Marek 8967 0.79
ZIĘTEK Bogusław Zbigniew 2024 0.18
MORAWIECKI Kornel Andrzej 1407 0.12
KOMOROWSKI Bronisław Maria 178964 50.05
KACZYŃSKI Jarosław Aleksander 101310 28.33
NAPIERALSKI Grzegorz Bernard 52295 14.63
KORWIN-MIKKE Janusz Ryszard 11273 3.15
OLECHOWSKI Andrzej Marian 6616 1.85
JUREK Marek 2124 0.59
PAWLAK Waldemar 2019 0.56
LEPPER Andrzej Zbigniew 1913 0.54
ZIĘTEK Bogusław Zbigniew 573 0.16
MORAWIECKI Kornel Andrzej 460 0.13
Komorowski 39.73 51.70
Kaczyński 40.52 30.05
Komorowski 35.35 48.66
Kaczyński 45.78 32.35
Komorowski 36.11 50.05
Kaczyński 39.75 28.33
Gdyby o wygranej w wyborach decydowali tylko mieszkańcy Warszawy czy Łodzi, to Bronisław Komorowski by je wygrał w I turze, w Krakowie zabrakło mu do tego ledwie 1,5 proc.
Uważam, że tak zasadnicze różnice między kandydatami w stolicy województwa i poza nią powinny być zastanawiające. Czy należy uznać, że t tylko kwestie obyczajowe, wpływ kościoła, czy może jednak coś w tym jest, że zamożna neoliberalna elita dba tylko o rozwój wielkich miast, pozostawiając prowincję samą sobie z jej kłopotami.
Ktokolwiek wygra w tych wyborach będzie miał przeciwko sobie w znacznej mierze albo wielkie miasta, albo prowincję. Jarosław Kaczyński przynajmniej teoretycznie widzi ten problem rozwarstwienia Polski, czy widzi to również Bronisław Komorowski?
Czy może jest tak, że wielkomiejskie, zamożne jaśnie państwo boi się swoich rodaków z prowincji i ich reprezentantów? No bo skąd ta panika? Skąd te opowieści o wojnie polsko-polskiej? Skąd to molestowanie sumień wyborców, aby dokonać jedynie „słusznego” wyboru już w I turze?