Source: http://prawo.vagla.pl/node/5828
Timestamp: 2016-09-26 13:50:42
Legal References Found: art. 2
 art. 2
 art. 23
 art. 68
 art. 70
 art. 2
 art. 69
 art. 69
 art. 1
 art. 69
 art. 2
 art. 69
 art. 70
 art. 2
 art. 70
 art. 233
 art. 71
 art. 71
 art. 71
 art. 2
 art. 69
 art. 71
 art. 23
 art. 1
 art. 3
 art. 18
 art. 19
 art. 33
 art. 33
 Art. 41
 art. 23
 art. 2
 art. 23
 art. 70
 art. 1
 art. 11
 art. 11

Document Content:
Napisy do filmów na celowniku | prawo | VaGla.pl Prawo i Internet
strona główna » newsy Napisy do filmów na celowniku Pt, 2005-12-09 20:08 by VaGla
Takie napisy są chronione przez prawo autorskie albo samoistnie, albo jako utwory zależne. Na podstawie art. 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych: "Opracowanie cudzego utworu, w szczególności tłumaczenie, przeróbka, adaptacja, jest przedmiotem prawa autorskiego bez uszczerbku dla prawa do utworu pierwotnego". Innymi słowy jak się coś twórczo opracuje to powstaje coś, co stanowi nowy przedmiot prawa autorskiego, jednak korzystanie z takiego opracowania (utworu zależnego) jest ograniczone (zależy od stosownego zezwolenia - patrz niżej). Warto zwrócić uwagę na art. 2 ust. 2 ustawy, zgodnie z którym: "rozporządzanie i korzystanie z opracowania zależy od zezwolenia twórcy utworu pierwotnego (prawo zależne), chyba że autorskie prawa majątkowe do utworu pierwotnego wygasły. W przypadku baz danych spełniających cechy utworu zezwolenie twórcy jest konieczne także na sporządzenie opracowania". No właśnie. Tak więc muszą się zastanowić ci wszyscy, którzy mozolnie tłumaczyli różne, np. koreańskie znaczki na język polski. Ustawiali odpowiednie odstępy pomiędzy wypowiadanymi przez aktorów kwestiami. Synchronizowali...
Nadal mamy zapisy art. 23, które mówią o dozwolonym użytku prywatnym, ale publikowanie takich tekstów (utworów zależnych) stanowi - jak się wydaje - naruszenie prawa autorskiego. Dlatego warto zwrócić uwagę na to, co dzieje się w takich serwisach jak napisy.info lub napisy.org. Na jednym można w tej chwili znaleźć informację, że "jeden z polskich dystrybutorów filmów poprosił nas o zamknięcie serwisu. Ponieważ działamy na zasadach raczej non-profitowych, nie jesteśmy organizacją, nie mamy osobowości prawnej a tym bardziej pieniędzy na procesy, postanowiłem prośbę tą spełnić i w ciągu najbliższych godziń wszystko co dotyczy napisów zniknie z serwisu napisy.info do odwołania (prawdopodobnie na zawsze)". W drugim z serwisów informacja prasowa: "Dzisiaj, tj. w piątek 9 grudnia 2005r., skontaktował się z nami przedstawiciel firmy Gutek Film z żądaniem zamknięcia strony pod pretekstem wprowadzenia sprawy sądowej. Ponieważ nie stać nas na pokrycie kosztów procesu zdecydowaliśmy się na zamknięcie serwisu. Strona zostanie zamknięta z dniem 12 grudnia 2005r".
Nikt nie wie czy istotnie osoba, która dzwoniła reprezentowała Gutek Film, a jeśli tak, to co jej się nie podoba w działaniach serwisów. Czy chodzi o napisy?
Tu jest więcej komplikacji, gdyż taki tekst tłumaczenia może "uzupełniając" film stanowić jego przeróbkę. Sam fakt, że powstał polski tekst do jakiegoś filmu jeszcze taką przeróbka filmu nie jest. Musiałoby nastąpić połączenie. Chociaż trzebaby przeanalizować orzecznictwo tego tematu dotyczące...
Cały ten system mogłoby zburzyć pojawienie się filmów fabularnych opartych na licencji creative commons, i wówczas teoretycznie wolność tłumaczenia wszystkiego i przerabiania mogłaby być pełniejsza. No, ale pewnie się szybko nie pojawią "wielkie produkcje" na takich licencjach. Zresztą w polskim systemie prawnym licencja, która nie jest ograniczona czasem może być w każdym czasie wypowiedziana na podstawie art. 68 ust. 1 ustawy: "jeżeli umowa nie stanowi inaczej, a licencję udzielono na czas nie oznaczony, twórca może ją wypowiedzieć z zachowaniem terminów umownych, a w ich braku na rok naprzód, na koniec roku kalendarzowego".
Hmm.. Pewnie dlatego umowy licencyjne nie będą miały większego wpływu na uwolnienie kultury.
Przeczytaj felieton: Jeden do jednego i dozwolony użytek. Odwiedź działy prawo autorskie i własność intelektualna (wiele newsów w tym ostatnim dziale powiela te, które są w "prawie autorskim", ale te działy nie są tożsame)...
« Z linii frontu | Czy komputer może być "sprzętem medycznym"? » Opcje przeglądania komentarzy Płaska lista - zwiniętaPłaska lista - rozwiniętaWątkowanie - zwinięteWątkowanie - rozwinięte
ehh... czas jechać do lasu Pt, 2005-12-09 23:18 by VaGla
Niezłe zjawisko. Kilkaset (chwilami można mówić o tysiącach) osób jednocześnie próbuje się dopchać do jednego postu. No cóż. Będę musiał przenieść maszynę na szybszy serwer. Ale pociesza mnie jednak to, że strona Gutek Film (w końcu to firma dysponująca jakimś zapleczem finansowym) również nie działa. Zdaje się, że podobnie jak ten serwis przeżywa właśnie oblężenie. Pozdrawiam czytelników forum napisy.org. Odpowiadam userowi PawelK: pewnie, że nie jestem autorytetem :) Nigdy sobie nie rościłem praw do występowania w tej roli. Mam poglądy kontrowersyjne? A jakie poglądy w dzisiejszych czasach nie są kontrowersyjne? ;>
Polecam wątek dotyczący Michała i jego zatrzymania za pobranie pliku... A skoro już ten ruch tu idzie, to może się zainteresujecie też tym tematem?
I jeszcze kilka słów So, 2005-12-10 12:43 by VaGla
Tym razem pozdrawiam również użytkowników forum osloskopa, forum insomnia oraz forum Kinomania, oraz kilku innych (wybaczcie, że bez linków)... Zdaje się, że niepotrzebnie napisałem w tym newsie, że może on zainteresować "tych, którzy oglądają sobie różne divixy". Wykrakałem. Jeśli chodzi o ruch na stronie - czasowe jej zaniki świadczą o klęsce urodzaju. To potwierdza tezę, że wolność słowa w społeczeństwie informacyjnym uzależniona jest od posiadanej do dyspozycji mówiącego infrastruktury. I jeszcze kilka słów dotyczących powyższego newsa. Otóż nie ma żadnych informacji dotyczących jakichkolwiek merytorycznych zarzutów związanych z działaniem powyżej wskazanych serwisów. Nie ma sensu czegokolwiek spekulować. Nie wiadomo nawet, czy osoba, które zadzwoniła do administratora jednego z serwisów działał w imieniu i na rzecz jakiegokolwiek właściciela praw autorskich. To tyle tytułem wstępu. A z przyczyn czysto hobbystycznych pogrzebałem nieco w orzecznictwie dotyczącym praw zależnych. W moim zasięgu jest np. Wyrok Sądu Najwyższego - Izba Cywilna z dnia 23 stycznia 2003 r. (II CKN 1399/2000), opublikowany m.in. w OSP 2004/3 poz. 36, Biuletynie Sądu Najwyższego 2003/7 str. 11 oraz OSNC 2004/4 poz. 62. Zdaniem Sądu Najwyższego przedstawionym w tym wyroku: "dokonanie tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego nie stanowi jego opracowania jako całości". Wyrok ten - jak widziałem - już był cytowany na jednym z forów dyskusyjnych, ale nie mieli chyba całej treści uzasadnienia. Aby zrozumieć co Sąd Najwyższy miał na myśli warto zaglębić sie w uzasadnienie do tego wyroku (w sumie też nie zacytuje całego).
W uzasadnieniu można m.in. wyczytać w pierwszej kolejności ustalenia dotyczące stanu faktycznego: "W okresie bezpośredniej współpracy pomiędzy pozwaną a „Conte” firma ta przekazała pozwanej kasetę video, na której nagrany był animowany film reklamujący ołówki Evolution, w celu ułatwienia pozwanej promocji w kraju. Na filmie zobrazowana była fantastyczna postać o dużych zębach, określona w wersji oryginalnej jako „mordiosaure”. W dosłownym tłumaczeniu na język polski tekst użyty w tym filmie brzmiał: „Conte przedstawia nowe, niedrewniane kredki Evolution. Evolution - odporne na wszystkie zęby, nawet na zęby mordiosaure (tekst oryginalny). Kredki Evolution Conte - talent w koniuszkach palców”. „Conte” ustnie upoważniła pozwaną do korzystania z utworu i sporządzenia jego polskojęzycznej wersji.
Pozwana przetłumaczyła tekst scenariusza i zleciła jego wykonanie w polskiej wersji językowej aktorowi Zbigniewowi G. Tekst przygotowany przez pozwaną brzmiał: „Evolution odporne na działanie wszystkich zębów, nawet zębów ”Zębozaurusa„. Kredki Evolution Conte - talent w twoich rękach”. W drugiej wersji zamiast słowa „Zębozaurus” użyto słowa „Młotozaurus”. Reklamówkę tę pozwana trzykrotnie wyemitowała w telewizji poznańskiej, po czym zwróciła kasetę z wersją polskojęzyczną firmie „Conte”.
W 1997 r. powódka otrzymała od firmy „Conte” tę kasetę do wykorzystania na terenie Polski i wyemitowała reklamę w I oraz II programie TVP.
Pozwana pismem z 3 października 1997 r. wezwała powódkę do zaniechania wykorzystywania reklamy, powołując się na przysługujące jej autorskie prawa majątkowe".
No i się zaczęło. Najpierw Sąd Okręgowy stwierdził: "Pozwana dokonała jedynie tłumaczenia wersji francuskojęzycznej na język polski z wykorzystaniem oryginalnego scenariusza, nie było to tłumaczenie twórcze. Dokonanie tego tłumaczenia, nawet gdyby je uznać za twórcze (tej cechy jednak Sąd odmówił), nie czyni z pozwanej producenta czy też współproducenta w rozumieniu art. 70 prawa autorskiego"
Potem Sąd Apelacyjny: "dokonane przez pozwaną tłumaczenie wersji francuskiej na polską nie korzysta z ochrony określonej w art. 2 prawa autorskiego, było bowiem dosłowne i jedynie przenosiło nieprzetłumaczalny idiom z jednego języka na drugi, wiernie oddając sens zdań. Było to odtworzenie istniejącego już kształtu artystycznego, a nie jego opracowanie. Nie było więc podstaw do uznania pozwanej za współtwórcę utworu audiowizualnego, z uwagi na brak wkładu twórczego w powstanie dzieła w rozumieniu art. 69 ustawy. Nie można też, zdaniem Sądu, uznać pozwanej za producenta czy współproducenta tego utworu. Niezależnie od tego, pozwana nie wykazała faktu poniesienia szkody, co również przemawia za bezzasadnością jej roszczenia".
Potem była kasacja. Wyrok Sądu Apelacyjnego zaskarżyła kasacją pozwana (czyli osoba, która przetłumaczyła), "zarzucając naruszenie prawa materialnego, to jest art. 69 i 70 ust. 1 i 2 ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. 1994 r. Nr 24 poz. 83), polegające na nieprzyznaniu pozwanej jako współtwórcy i producentowi utworu audiowizualnego ochrony autorskich praw majątkowych z tytułu naruszenia tych praw przez powódkę".
No i dalej Sąd Najwyższy zajmował się już kasacją. Sąd Najwyższy: "Zarzuty kasacji należy uznać za niezasadne. Skarżąca kwestionowała odmowę przyznania jej statusu bądź współtwórcy i producenta utworu audiowizualnego, bądź też współtwórcy utworu zależnego i producenta utworu zależnego. Już taka konstrukcja tytułu, z którego wynikają w ocenie skarżącej autorskie prawa majątkowe, razi niekonsekwencją. Skarżąca powinna bowiem jasno sprecyzować, czy uważa się za współtwórcę i producenta utworu oryginalnego, czy też za współtwórcę i producenta utworu stanowiącego opracowanie. Utwór oryginalny i jego opracowanie nie są tożsame i inny jest zakres ochrony autorskich prawa majątkowych"
Nasępnie: "Nie może budzić wątpliwości, że krótki film reklamowy jest utworem audiowizualnym w rozumieniu art. 1 ust. 2 pkt 9 ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych - tekst jednolity: Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904 (zwanej dalej ustawą). Utwór ten składa się z warstwy wizualnej i audialnej i stanowi z reguły dzieło zbiorowe. Współtwórcami takiego utworu są osoby, które wniosły wkład twórczy w jego powstanie, w szczególności wymienione w art. 69 ustawy, jak reżyser, autor scenariusza, operator obrazu, twórca utworu muzycznego, twórca animacji, artyści wykonawcy. Do żadnej z tych kategorii nie należy pozwana. Nie jest w szczególności twórcą oryginalnego scenariusza, skoro nie jest kwestionowane, że istniał scenariusz oryginalny, stworzony w języku francuskim. Przypisywanie sobie zatem przymiotu współtwórcy utworu oryginalnego nie ma żadnych podstaw".
Czytam dalej: "Rozważyć w dalszej kolejności należy zarzut, że może być traktowana co najmniej jako współtwórca i producent utworu zależnego, a więc zarzut naruszenia art. 2 ust. 1 w związku z art. 69 i art. 70 ustawy. W ocenie Sądu Najwyższego w ogóle nie może być mowy o istnieniu opracowania w rozumieniu art. 2 ust. 1 ustawy. Zgodnie z tym przepisem, opracowanie cudzego utworu, w szczególności tłumaczenie, przeróbka, adaptacja, jest przedmiotem prawa autorskiego, bez uszczerbku dla prawa pierwotnego. Opracowanie musi mieć charakter twórczy. Rozporządzanie zaś i rozpowszechnianie opracowania zależy od zezwolenia twórcy utworu pierwotnego, dlatego prawo to określane jest w ustawie jako zależne (art. 2 ust. 2). W przypadku utworu audiowizualnego, zezwolenia takiego, w granicach określonych w art. 70 ustawy, udziela producent. Z ustaleń dokonanych w sprawie wynika, że producent zezwolił jedynie na opracowanie polskojęzycznej wersji scenariusza i wykorzystanie jej w połączeniu z istniejącym obrazem przez skarżącą. Nie zawarto w formie pisemnej umowy licencyjnej, zatem już z tego względu tylko po stronie skarżącej nie powstały autorskie prawa majątkowe do utworu (art. 66 i 67 ustawy)"
W tej konkretnej sprawie sąd nie doszukał się w tłumaczeniu elementu twórczego: "Skarżąca swe prawa autorskie, osobiste i majątkowe do utworu w postaci opracowania utworu oryginalnego wywodzi z faktu przetłumaczenia scenariusza i zlecenia nagrania warstwy słownej lektorowi oraz połączenia tak stworzonej warstwy słownej z obrazem. Oba Sądy odmówiły przyznania tłumaczeniu scenariusza przymiotu twórczego. Ustalenie w tym zakresie oparte zostało na opinii biegłego sądowego z dziedziny językoznawstwa, zgodnie z którą tłumaczenie to stanowi jedynie poprawne odtworzenie w języku polskim wersji francuskojęzycznej. Jak wspomniano wyżej, skarżąca nie podnosiła w kasacji żadnych zarzutów procesowych, w szczególności zarzutu naruszenia art. 233 kpc polegającego na rażąco wadliwej, sprzecznej z zasadami logicznego rozumowania oceny dowodów. Należy w tej sytuacji podzielić ustalenie, że tłumaczenie nie zawiera elementu twórczego". Wynika z tego, że może też istnieć takie tłumaczenie, które zawiera element twórczy, tylko w tym konkretnym przypadku sąd się go niedopatrzył...
I dalej sobie czytam: "Nawet gdyby jednak uznać tłumaczenie scenariusza za twórcze, uwzględniając fakt przeniesienia na język polski nieprzetłumaczalnego idiomu „mordiosaure”, modyfikacji sloganu reklamowego czy też okoliczność, że oryginalna wersja dotyczy kredek Evolution, podczas gdy przetłumaczona dotyczy ołówków o tej nazwie, to i tak nie można mówić o powstaniu utworu będącego opracowaniem oryginalnego utworu audiowizualnego. Skarżąca pomija bowiem całkowicie istnienie i znaczenie art. 71 ustawy. Przepis ten dotyczy tłumaczeń utworu audiowizualnego na różne wersje językowe i przyznaje prawo do dokonywania tłumaczeń producentowi, bez potrzeby uzyskiwania zgody twórców utworu. Z treści tego przepisu wynika zatem, że producentowi przysługuje prawo dokonywania tłumaczenia warstwy słownej utworu, bez względu na to, czy chodzi tu o listę dialogową, czy komentarz słowny i czy tłumaczenie przyjmuje formę napisów, dubbingu czy też wersji lektorskiej. Uprawnienie to jest jednym z uprawnień wchodzących w zakres normalnej eksploatacji utworu audiowizualnego.
Wątpliwości co do tego, czy dokonanie tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego jest jego opracowaniem i czy wobec tego wymagana jest zgoda twórcy scenariusza na wykonywanie autorskich praw zależnych do takiego utworu, pojawiały się na gruncie nie obowiązującej już ustawy z 10 lipca 1952 r. o prawie autorskim (Dz. U. 1952 r. Nr 34 poz. 234 ze zm.), która kwestii tej nie regulowała wyraźnie, a w szczególności nie zawierała odpowiednika art. 71 ustawy obowiązującej obecnie. Jednak i wówczas już przyjmowano, że łączne zezwolenie producenta i twórców filmu na opracowanie utworu potrzebne było tylko wtedy, gdy chodziło o przekształcenie filmu prowadzące do powstania nowego dzieła. Producent zachowywał natomiast wyłączne prawo udzielania zezwoleń na dokonywanie w filmie takich zmian, które są konieczne do normalnej eksploatacji filmu, a które nie zmieniają w sposób zasadniczy jego istoty. Wskazywano, że producent mógł np. zezwolić na dubbing, na pewną przeróbkę filmu dla celów telewizji, na nieistotne zmiany (np. pewne skróty) podyktowane gustami publiczności itp. Takie uprawnienia producenta wynikały bowiem z przysługującego mu prawa autorskiego do zwykłej eksploatacji filmu (por. uzasadnienie uchwały siedmiu sędziów SN z 19 lutego 1968 r. o mocy zasady prawnej, III CZP 40/67 OSNCP 1969/4 poz. 59). Dubbing ma na celu umożliwienie przyswojenia utworu publiczności nie znającej języka oryginału, a więc zakłada przetłumaczenie wersji słownej. Obecnie obowiązująca ustawa w art. 71 nie pozostawia już wątpliwości odnośnie do tego, że dokonanie tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego nie stanowi jego opracowania jako całości. Taki pogląd przyjmowany też jest powszechnie w doktrynie"
W efekcie zacytowanych wyżej rozważań Sąd Najwyższy stwierdził, że "nie można podzielić zarzutu skarżącej naruszenia art. 2 ust. 1 w związku z art. 69 i 70 ustawy. Skarżąca nie może być więc traktowana jako współtwórca czy producent opracowania utworu audiowizualnego, skoro takiego opracowania w ogóle nie ma. Autorskie prawa majątkowe do utworu w wersji polskojęzycznej zachował producent, czyli firma „Conte”. Skarżąca zatem nie ma żadnego tytułu do domagania się odszkodowania za naruszenie nie przysługujących jej autorskich praw majątkowych. Poza zakresem rozważań pozostają ewentualne roszczenia skarżącej z tytułu zapłaty za tłumaczenie i nagranie polskiej wersji językowej, kierowane do producenta, bowiem rozpoznawana sprawa ich nie dotyczy".
No właśnie. Ta sprawa polegała na tym, że tłumacz domagał się czegoś od do właściciela autorskich praw majątkowych. Ciekawe jak sąd by orzekł, gdyby trafiła do niego sprawa, w której to ktoś, komu przysługują autorskie prawa majątkowe do utworu domagał się zaprzestania rozpowszechniania go przez tłumacza (jak przypuszczam - jeśli byłoby to proste tłumaczenie, "oddające poprawnie sens cytowanych słów w innym języku" sąd mógłby uznać - podobnie jak w powyższej sprawie, że w ogóle nie zaistniał wkład twórczy uzasadniający powstanie utworu zależnego, a zatem tłumacz byłby z niczym - podobnie jak w powyższej sprawie). W takim układzie pewnie tym bardziej uznałby, że prawa autorskie zostały naruszone, bo tłumacz nie ma nawet praw wynikających z ochrony utoru zależnego... Przez sam fakt dosłownego przetłumaczenia utworu tłumacz nie uzyskuje żadnych szczególnych praw. "Dokonanie tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego nie stanowi jego opracowania jako całości. Taki pogląd przyjmowany też jest powszechnie w doktrynie" - stwierdził sąd. Ok. Nie stanowi opracowania jako całości, ale przecież może stanowić opracowanie utworu - nie wiem jak to nazwać, bo się filmami nie zajmowałem dawno - do zapisu dialogowego (?). Ale najpierw musiałby się do sądu zgłosić ktoś, komu przysługują autorskie prawa majątkowe. Czy dystrybutor (nie zaś producent) może występować w tej roli? ;) Na mocy art. 71 ustawy to "producent może bez zgody twórców utworu audiowizualnego dokonywać tłumaczeń na różne wersje językowe". Jeśli nie wyrazi takiej zgody? Pozostaje użytek osobisty z art. 23 ustawy. Publikowanie zaś takiego tłumaczenia bez zgody producenta byłoby naruszeniem praw autorskich majątkowych... Może być też tak, że dystrybutor dysponuje stosownymi pełnomocnictwami od producenta... Mamy też inne orzeczenia Sądu Najwyższego, które warto postudiować, a które dotyczą tłumaczeń. Na przykład Wyrok Sądu Najwyższego - Izba Cywilna i Administracyjna z dnia 29 października 1985 r. (I CR 312/85), w którym SN stwierdził, że "Tłumacz jest uprawniony do domagania się zachowania postaci dzieła nadanej mu przez twórcę i zawartej w tłumaczeniu tego dzieła, czyli do domagania się ochrony integralności tłumaczenia tego dzieła", oraz że "Wygaśnięcie praw autorskich twórcy dzieła nie ogranicza ochrony praw autorskich tłumacza do dzieła w jego tłumaczeniu". Tyle, że to pod rządami nieobowiązującej już ustawy, a nawet wówczas glosa Jerzego Seredy do tego orzecznia była krytyczna... Z nowszych orzeczeń warto wskazać Wyrok Sądu Najwyższego - Izba Cywilna z dnia 15 listopada 2002 r. (II CKN 1289/2000), w którym sąd stwierdził, że "Opracowanie siatki haseł, sposób definiowania haseł oraz kompozycja haseł trudnych (leksemów) stanowią przejaw twórczej działalności autorów słownika języka polskiego w rozumieniu art. 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Tekst jednolity: Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904 ze zm.)", no ale to nie o tłumaczeniu, ale o siatce haseł. Jest też orzeczenie, które dotyka problemu miksowania utworów! Wiedzieliście o tym? W wyroku Sądu Najwyższego - Izba Karna z dnia 5 marca 2002 r. (II KKN 341/99) można przeczytać, że "na naruszenie autorskich praw osobistych nie może się powoływać autor utworu zmiksowanego, jeżeli zmiksowanie tego utworu odbyło się w miejscu do tego przeznaczonym (np. dyskoteka, klub), którego właściciel lub osoba wykonująca prawo własności miała ważną umowę licencyjną na publiczne wykonywanie utworów. Do takiego naruszenia dochodzi w przypadku braku takiej umowy licencyjnej lub publikacji zmiksowanych przez disc jockeya utworów".
W każdym razie panika jaka wybuchła po jednym telefonie kogoś, kto się podał za firmę związaną z branżą filmową budzi zastanowienie. Na tym przykładzie widać jak bardzo napięta jest sytuacja na froncie tzw. "własności intelektualnej". Warto to przemyśleć raz jeszcze...
WP wyprzedza rzeczywistość i list z Gutek Film Pn, 2005-12-12 16:08 by VaGla
No ładnie. Zastanawiam się nad problemem rzetelności dziennikarskiej, gdy czytam w portalu Wirtualna Polska artykuł zaczynający się od słów: "Działania dystrybutora Gutek Film doprowadziły do zamknięcia dwóch portali, które zbierały i rozpowszechniały napisy do filmów DIViX. Jednak, czy to rozwiązuje problem? Zastanawiające jest, dlaczego dystrybutor wykonał tak radykalne posunięcie?". Jak dla mnie oba portale działają nadal i nikt nie "doprowadził do ich zamknięcia". Być może ktoś dziennikarzowi wyjął wtyczkę z gniazdka, albo trafił właśnie na moment, w którym ilość osób próbujących wejść na ww. strony nie pozwoliła mu na ich ujrzenie (wobec czego uznał, że są zamknięte), a może po prostu ja mam coś nie tak ze sprzętem? Eeeee... Nie. U mnie oba działają. Co więcej: W jednym z portali opublikowano właśnie list Jakuba Duszyńskiego, Dyrektora artystyczny GUTEK FILM (nie ręczę jednak za jego autentyczność). Można tam przeczytać m.in.: "Z prawnego punktu widzenia dystrybutorzy posiadają wyłączne prawo udzielone przez producenta filmu do eksploatacji w okresie licencji filmu na terytorium Polski utworu w polskiej wersji językowej. Upublicznianie w jakikolwiek sposób w okresie licencji całości utworu, jego fragmentów, poszczególnych składników (tym listy dialogowej i jej tłumaczenia) bez zgody dystrybutora jest naruszeniem jego umowy licencyjnej". List jest też ciekawy ze względu na pokazanie powodów wysokich cen DVD oraz mechanizmów, na jakich internauci uzyskują filmy niszowe. Otóż w dalszej części listu czytam: "W Polsce sprzedaje się po kilkaset sztuk filmu niszowego - np. jakiejś koreańskiej produkcji, która nie była nigdy szeroko promowana. Czy dlatego, że nikogo kino koreańskie nie interesuje? Otóż nie. Dzieje się tak dlatego, gdyż każdy film można ściągnąć z sieci - jeszcze przed kinową premierą - z polskimi napisami. Dlatego do kinowych premier najczęściej nie dochodzi, bo po co? I dla kogo?". I wreszcie autor przedstawia wizję lepszego świata: "(...) W tym lepszym świecie, w którym nie można byłoby w 3 sekundy znaleźć polskich napisów do każdego filmu, po trzech latach bardzo wielu ludzi przekonałoby się, że wydawanie na DVD Godarda, mangi, Tarkowskiego, Sokurowa i setek innych pozycji ma sens". No więc właśnie. Internet w jakimś zakresie wymusza zmianę modelu biznesowego. Nie powinny dziwić na przykład zarzuty wydawców książek podnoszone przeciwko wyszukiwarkom. Pytanie tylko, czy stopniowe rozszerzanie zakresu pojęcia "własność intelektualna" jest w stanie zacementować stosunki gospodarcze w stanie sprzed powstania internetu? Myślę, że zmiany w tym zakresie są nieuniknione i myślę również, że pozwy branży filmowej czy muzycznej nie wpłyną - w dłuższej perspektywie czasu - na sposób działania rzesz internautów. Jednocześnie całkiem rozumiem argumentację branży. Jestem wszak autorem i ostro bym się wkurzył, gdyby ktoś postanowił zarabiać na mojej pracy. Mam jednak zastrzeżenie: jeśli autor tak postanowi (a nie wolno mu przecież odbierać prawa decydowania o tym) może udostępnić efekt swojej twórczej pracy bezpłatnie i powszechnie. Ostatnio niektórzy przedstawiciele branży żyjących z dystrybucji wszelkiego rodzaju twórczości mają z tym problem. Czasem pojawiają się nawet zarzuty, że udostępnianie efektów pracy twórczej za darmo stanowi wykroczenie przeciwko zasadom uczciwej konkurencji!
No coż. Poczekamy - zobaczymy co będzie dalej.
Czy to nie powinno być karalne? Wt, 2005-12-13 13:34 by k4free
W rzekomym liście Jakuba Duszyńskiego, dyrektora artystycznego GUTEK FILM można przeczytać m.in.: "Z prawnego punktu widzenia dystrybutorzy posiadają wyłączne prawo udzielone przez producenta filmu do eksploatacji w okresie licencji filmu na terytorium Polski utworu w polskiej wersji językowej. Upublicznianie w jakikolwiek sposób w okresie licencji całości utworu, jego fragmentów, poszczególnych składników (tym listy dialogowej i jej tłumaczenia) bez zgody dystrybutora jest naruszeniem jego umowy licencyjnej".
Vagla napisał: "Nie ma sensu czegokolwiek spekulować." Zatem nie spekulując, należy stwierdzić FAKT zdezaktywowania możliwości ściągania napisów / dodawania nowych napisów / przeszukiwania bazy napisów.
Jeśli ów list jest prawdziwy, to czy nie należy domniemywać że zostały naruszone PROPORCJE? Wedle zasady proporcjonalności GUTEK powinien dostarczyć właścicielom stron napisy.org i napisy.info LISTĘ FILMÓW, do których posiada przez producentów UDZIELONE prawnie LICENCJE!
Jeśliby GUTEK FILM posiadał status dystrybutora WSZYSTKICH producentów KOMERCYJNYCH nawet wtedy nie mógłby żądać ZABLOKOWANIA działalności tych witryn z napisami A JEDYNIE USUNIĘCIA SPORNYCH TREŚCI, do których dystrybucji prawami WYŁĄCZNYMI / UDZIELONYMI dysponuje.
Przecież konkurencja firmy GUTEK FILM mogłaby teoretycznie korzystać z tych witryn jako z jednego z kanałów PROMOCJI... Zatem postępowanie firmy GUTEK FILM możnaby w takim wypadku uznać za NIEUCZCIWĄ KONKURENCJĘ...
Jest też możliwe, że rozprowadzane i popularyzowane na tych witrynach są / mogłyby być TŁUMACZENIA filmów NIEKOMERCYJNYCH lub NAPISY do filmów POLSKICH NIEZALEŻNYCH PRODUCENTÓW sporządzone na potrzeby osób NIESŁYSZĄCYCH...
Czy GUTEK FILM ma uprawnienia do ograniczania praw obywatelskich setkom tysięcy NIESŁYSZĄCYCH w Polsce?
Czy GUTEK FILM ma uprawnienia do zastraszania twórców witryn NIEZALEŻNIE od posiadanych przez siebie LICENCJI, na podstawie UZURPACJI?
Trochę dystansu Wt, 2005-12-13 15:41 by LadyA
Szanowny Panie k4free,
w tej sprawie, o ile miałam możliwość zapoznania się ze wszystkim, co Pan Piotr tu z takim poświęceniem udostępnił, nadal nie znamy podstawowych informacji i faktów. Aby dokonać oceny uprawnień firmy Gutek Film należałoby się zapoznać z treścią umów licencyjnych, na które powołuje się autor listu opublikowanego na jednej z ww. stron. Nie znam niestety przywołanej przez Pana zasady proporcjonalności, muszę się jeszcze dużo nauczyć, jednak z tego co wiem - jedną z funkcji prawa cywilnego jest funkcja restytutywna (łac. restytutio - przywrócenie). Jeśli istotnie zostały naruszone uprawnienia firmy Gutek Film, w szczególności wynikające z udzielonej tej firmie licencji, w pierwszej kolejności firma ta ma prawo domagać się zaniechania takich działań, a następnie usunięcia ich skutków. Należy też przypuszczać, że firma ta została w sposób szczególny umocowana przez producentów i w tym kontekście trzeba rozważyć, czy może ona domagać się odpowiednich działań w ramach udzielonych pełnomocnictw. Rzadko spotykam prawników, którzy wyrażają opinie na temat stanu faktycznego i prawnego bez wcześniejszej próby zapoznania się z dokumentami w określonej sprawie. Przypuszczam, że właśnie dlatego Pan Piotr napisał, że spekulowanie nie ma sensu. Wobec braku możliwych do zweryfikowania informacji każde twierdzenie może okazać się błędne. Myślę, że to kwestia odpowiedzialności.
Jeśli przysługujące firmie Gutek Film zostały naruszone, to firma ta może podjąć dowolne działania, które przewiduje ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz kodeks cywilny (przepisy o ochronie dóbr osobistych) a nawet kodeks karny. Firma nie ma obowiązku dostarczać komukolwiek jakiejkolwiek listy filmów. Utwory prawnoautorskie są chronione niezależnie od spełnienia jakichkolwiek formalnych zabiegów. Rozsądek podpowiada jednak, że powołując się na naruszenie prawa należałoby wskazać przynajmniej okoliczności tego naruszenia. Lista filmów mogłaby w tym przypadku pomóc w podjęciu przez wydawców stron internetowych odpowiednich działań naprawczych.
Pisze Pan o nieuczciwej konkurencji. Na podstawie generalnej klauzuli przedstawionej w art. 3 ust. 1 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji czynem nieuczciwej konkurencji jest działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta. Z tego co przeczytałam wyżej - nie wiemy nawet czy to istotnie przedstawiciel firmy Gutek Film zadzwonił, a następnie napisał do osób prowadzących portale internetowe. Czy podjęcie pewnych kroków, których celem była ochrona przysługującej firmie uprawnień można uznać za działania sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami? Na pewno można pokazać kilka takich przykładów, ale czy w tym przypadku miało to miejsce? Nawet jednak, gdy doszło w tym przypadku do podjęcia działań, które można uznać za czyn nieuczciwej konkurencji, to przecież brzmienie art. 18 ustawy daje wskazówki dotyczące tego, co w takim przypadku należy zrobić, a co ważniejsze - kto może podjąć stosowne działania. Przepis ten mówi o "przedsiębiorcy, którego interes został zagrożony lub naruszony", kolejne podmioty zaś to te, które wymienione są w art. 19 ust. 1. Jeśli uważa Pan, że działania firmy zagrażają lub naruszają interesy konsumentów, to ma Pan otwartą drogę, by zainteresować sprawą Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wspomina Pan o niesłyszących. Generalną zasadą wynikającą z prawa autorskiego jest monopol autorski, zaś niektóre wyjątki od tej zasady - jak to wyjątki - są nieliczne. Ostatnia nowelizacja ustawy istotnie wprowadziła pewne nowe przepisy dotyczące dozwolonego użytku, w szczególności art. 33 ze znaczkiem 1 ustawy: "Wolno korzystać z już rozpowszechnionych utworów dla dobra osób niepełnosprawnych, jeżeli to korzystanie odnosi się bezpośrednio do ich upośledzenia, nie ma zarobkowego charakteru i jest podejmowane w rozmiarze wynikającym z natury upośledzenia". Nie jestem sędzią, ale myślę, że w przypadku tych serwisów internetowych sąd nie miałby wątpliwości, iż doszło do przekroczenia uprawnień wynikających z przywołanego wyżej przepisu. Po pierwsze - korzystanie z napisów nie odnosi się bezpośrednio do upośledzenia osób niepełnosprawnych. Wczoraj jeden z tych serwisów opublikował badania jakiejś firmy badawczej, która pokazywała profil użytkowników portalu. Wynikało z nich, że to głównie studenci. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że cele zarobkowe da się w tych przypadkach wykazać. W jednym z tych serwisów znajduje się sklep internetowych. Ktoś mógłby odpowiedzieć na pytanie, czy nie prezentowano w tych serwisach reklam. Pozostaje jeszcze pytanie o rozmiar działań wynikających z natury upośledzenia. Zadaje Pan dużo interesujących pytań. Myślę, że znajdą się prawnicy, którzy zechcą bardziej szczegółowo na nie odpowiedzieć. Sądząc z charakteru sprawy - ktoś mógłby zainkasować spore honorarium. Panie Piotrze, mam wrażenie, że serwis zaczął trochę szybciej działać. Czy to znaczy, że już opadła fala odwiedzających?
Ruch nadal idzie Wt, 2005-12-13 16:41 by VaGla
Szanowna Pani LadyA, cieszę się, że serwis działa szybciej, a to daje się odczuć zapewne za sprawą dołożenia pamięci oraz pewnej rekonfiguracji oprogramowania. Szczególne podziękowania dla Marka - za wskazówki, dla Xantha za wykonanie :) Mam nadzieję, że na jakiś czas to pomoże, a fala jeszcze nie opadła. Nawet nie jestem pewien czy uzyskała punkt kulminacyjny. Kolejne fora linkują do tego newsa. Co do sprawy napisów - istotnie - ciężko wypowiadać się na temat jakiejś sprawy nie mając choćby wglądu w dokumenty. Zgadzam się z oceną, że powołanie się na art. 33^1 w tym przypadku pewnie nie byłoby skuteczną drogą obrony przed roszczeniami uprawnionego. Co do nieuczciwej konkurencji (nota bene polecam część tego serwisu poświęconą konkurencji właśnie) - rzeczywiście krąg uprawnionych do podejmowania działań przewidzianych w tej ustawie jest wąski, a przecież trudno się zgodzić z tezą, że działania mające zwrócić uwagę potencjalnych naruszycieli na fakt naruszenia praw autorskich są w istocie działaniami nieuczciwej konkurencji.
Na koniec podam jeszcze link do opublikowanego właśnie przez IDG artykułu, a w nim przytoczono kolejną wypowiedź Jakuba Duszyńskiego z Gutek Film: "to nie jest tak, że zaczęliśmy "świętą wojnę" z internetowym piractwem. Jeśli ktoś zerwie Ci zegarek z ręki mówiąc, że robi to dlatego, gdyż zegarki są za drogie i nie stać go na własny, to na pewno będziesz starał się go powstrzymać i nikt nie nazwie tych działań "świętą wojną ze światową przestępczością". My jesteśmy w dokładnie takiej samej sytuacji - po prostu walczymy o swoje prawa". Również wile innych ciekawych informacji dotyczących wcześniej podejmowanych działań i stanowisk.
Porównując sprawę do kradziezy zegarkow Śr, 2005-12-14 01:00 by Vilk
Porównując sprawę do kradzieży zegarków z miejsca zakłada się, że 100% użytkowników Napisów do piraci. Pomijając to, że możliwe, iż część użytkowników korzysta np. z alternatywnych tłumaczeń albo użytkowników, którzy sprowadzili film z zagranicy (prawdopodobnie zdecydowana mniejszość, ale jednak) - czy nazwanie piratów złodziejami jest prawidłowe? Wydaje mi się, że pojęcie utraconych korzyści nie jest tożsame z kradzieżą.
Znaj PROPORCYJĘ mocium panie... Cz, 2005-12-15 12:47 by k4free
LadyA: "Firma nie ma obowiązku dostarczać komukolwiek jakiejkolwiek listy filmów."
"Aby wezwanie było skuteczne, musi wskazywać znajdujące się tam nielegalnie treści lub pliki wraz z dowodem, że dystrybutor ma do nich prawo."
za: Rzeczpospolita 15.12.05 Nr 292 - PRAWO CO DNIA - "Tłumaczenia tekstów w sieci"
Czy w Art. Ustawy o Prawie Autorskim jest choćby jedno miejsce, w którym użyte jest słowo "Dystrybutor", bo chyba nie znajdzie się go w Całej Ustawie...
Co prawda w Art. 41. 1. stanowi m.in że:
- musi być umowa
- w umowie muszą być określone "pola eksploatacji"
- umowa musi wyraźnie określać czego dotyczy (czyli jakich konkretnych utworów) - w tym przypadku zapewne filmów jako CAŁOŚCI
Prawdopodobnie w ww. umowie twórca ZEZWALA firmie GF na dokonanie tłumaczenia utworu na j.polski i rozprowadzania utworu czyli filmu jako CAŁOSCI na terytorium RP, a to oznacza, że dany FILM można rozpowszechniać w kinach i na kasetach na terytorium RP.
Powoływanie się na przykład KSIĄŻKI o "Harrym P...." jest co najmniej chybiony, gdyż książka jako utwór składa się praktycznie WYŁACZNIE Z zawartego w niej TEKSTU - czyli sowa pisanego. Natomiast film jest dość specyficznym utworem, na który oprócz SAMEGO POMYSŁU z:
- oczywiście dialogów
LECZ RÓWNIEŻ ze:
- efektów wizualnych
- i wielu innych czynników
I o ile sensem książki jest sam tekst - to oczywistym jest, że dokonywanie jego tłumaczenia i rozpowszechniania jest chronione prawem, to na film jako utwór składają się powyższe (i wiele innych czynników), tak więc, jak to juz próbuja interpretować nasze sądy dokonanie tłumaczenia własnego NIE JEST OPRACOWANIEM UTWORU jako całości.
Podobnie nie jest opracowaniem utworu np.
1. Ubranie się w strój podobny do tego w jakim chodzą ubrani aktorzy - i sprzedawanie takiego stroju
2. Wykonanie zdjęć w tych samych miejscach gdzie wykonywane były zdjęcia do filmu i rozpowszechnianie ich
3, Zastosowanie tej samej technologii montażu przy innych utworach
4. Ucharakteryzowanie się na wzór aktora filmowego występującego w danym filmie i paradowanie po ulicy
5. Czy tez wreszcie przetłumaczenie ze słuchu tego co aktorzy mówią
Owszem powyższe czynności MOGĄ (zaznaczam MOGĄ ale NIE MUSZĄ) być również chronione, ale pod warunkiem, że zostały uprzednio zastrzeżone np w Urzędzie Patentowym lub innej podobnej instytucji... Ma się tak np. w przypadku niektórych "gadżetów do filmów" (np stroje ze Star Wars itp) gdzie Lucas Art. zastrzegł KONKRETNE WZORY danych strojów i wówczas i tylko wówczas ma do nich prawo.
Za: Wypowiedź 'WielKota' z 15.12.2005 g.10:23 na forum NAPISY.ORG
PS. w Zasadzie Proporcjonalności chodzi o to, żeby "nie wylewać dziecka z kąpielą". Np. ktoś mógłby zażądać "wyłączenia internetu" ponieważ deprawuje jego dzieci (np. Papież) nie zważając na to, że służy internet również np. Vagli do pisania ciekawych i pożytecznych rzeczy. Podobnie serwisy z napisami służą wielu ludziom do publikowania swojej pracy, która NIE NARUSZA niczyich praw.
LadyA napisała: "Jeśli przysługujące firmie Gutek Film zostały naruszone, to firma ta może podjąć dowolne działania, które przewiduje ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz kodeks cywilny (przepisy o ochronie dóbr osobistych) a nawet kodeks karny."
Nie wydaje mi się aby ZASTRASZANIE procesem, który "zrujnuje pańską rodzinę" bez okazania się STOSOWNYMI PEŁNOMOCNICTWAMI było przewidziane jakąkolwiek ustawą...
To nie przypadek Pt, 2005-12-16 03:19 by VaGla
Z całym szacunkiem, ale jeśli Pan cytuje, to proszę nie dokonywać manipulacji wypowiedziami. LadyA napisała również "powołując się na naruszenie prawa należałoby wskazać przynajmniej okoliczności tego naruszenia. Lista filmów mogłaby w tym przypadku pomóc w podjęciu przez wydawców stron internetowych odpowiednich działań naprawczych". A to nie pozostaje w sprzeczności z zacytowaną przez Pana wypowiedzią dziennikarza z Rzeczpospolitej (nota bene zacytowaną również w sposób wyjmujący ją z kontekstu). Proszę wybaczyć, ale podzielę się następującym spostrzeżeniem wynikającym z lektury różnych dyskusji dotyczących zamieszania wokół "napisów": odnoszę wrażenie, że wiele osób nie rozumie czytanego tekstu, lub wręcz nie czyta go wcale. Dla przykładu - na forum Gazeta.pl zostałem już nazwany bodajże debilem. Być może i nie jestem zbyt mądry, ale argument ad personam nie stanowi w moim odczuciu wystarczającego poparcia dla wyznawanych przez autora takich wypowiedzi tez. Na marginesie - cytuje się tam dziennikarskie omówienie mojej wypowiedzi, również wyjęte z kontekstu. Oddzielmy życzenia w stosunku do prawa od analizy prawa obowiązującego w Polsce. Poniższe dwa stwierdzenia nie są ze sobą sprzeczne: LadyA napisała: "Jeśli przysługujące firmie Gutek Film zostały naruszone, to firma ta może podjąć dowolne działania, które przewiduje ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz kodeks cywilny (przepisy o ochronie dóbr osobistych) a nawet kodeks karny."
Kłaniają się zasady logiki. Jeśli LadyA napisała, że "może podjąć wszelkie działania przewidywane przez ustawę", to nie należy rozumieć przez tą wypowiedź dopuszczenia czegoś, co nazwał Pan "zastraszaniem" (a naprawdę nie rozumiem, w jakim celu ktoś używa tak wielu kapitalików; Nie chodzi tu o przekrzykiwanie się w dyskusji, a o przedstawianie argumentacji). LadyA zakładała, jak sądzę, że czytelnik będzie posiadał przynajmniej podstawową wiedzę na temat uprawnień, do których w ten sposób odesłała. Co do "zastraszania" - ja również nie mam pełnej wiedzy na temat faktycznego przebiegu zdarzeń, i nie wiem jak to z nim było. Co prawda, gdzieś czytałem relację z przebiegu zdarzeń „z pierwszej ręki” i na tej podstawie mogę snuć pewne przypuszczenia.
Co do tego, że internet służy ludziom, którzy nie naruszają praw innych - liczę, że tu nie będzie sporu. Korzystają z niego również osoby, które prawa innych naruszają. Tu też - jak sądzę - sporu nie będzie. Pytanie zatem powinno brzmieć tak: jaka jest treść obowiązującego prawa i jakimi działaniami może zostać naruszona. Oczekuje, że - jeśli zechce Pan wypowiedzieć się w tej kwestii - Pana wypowiedź będzie - mniej, więcej - odnosiła się do obowiązujących przepisów (nie zaś powielała przemyślenia użytkowników różnych for dyskusyjnych). W tym kontekście proszę również potencjalnym czytelnikom tego wątku nie „mieszać w głowach” podając informacje, które nie mają uzasadnienia w obowiązujących przepisach (wypowiedź dotycząca Urzędu Patentowego czy "innej podobnej instytucji" zupełnie nie ma pokrycia w rzeczywistości prawnej Rzeczpospolitej Polskiej w odniesieniu do wymienionej tam listy).
Uprzejmie proszę o merytoryczne uwagi, nie zaś wyrazy oburzenia, dawanie upustu emocjom czy inne. Proszę również o rozważne wypowiedzi, zwłaszcza co do "faktów", których istnienie nie jest potwierdzone. Wreszcie: proszę zwrócić uwagę na to, że w dyskusji na tym forum nie pada zbyt wiele wypowiedzi. To nie przypadek. Jestem skłonny zachować ten stan rzeczy w trosce o dyskusję merytoryczną. W tym celu nadal będę stosował dedykowany temu mechanizm moderacji.
A na zakończenie odnośnik, do dodanego przed chwilą newsa, dotyczącego amerykańskiego orzeczenia w sprawie BMG Music v. Cecilia Gonzalez, związanego z korzystaniem z KaZaa i powoływaniem się na doktrynę fair use: Pobieranie muzyki z Sieci
Czy ITI Cinema oraz BEST FILM popierają NAPISY? Pt, 2005-12-16 04:46 by k4free
"odnoszę wrażenie, że wiele osób nie rozumie czytanego tekstu, lub wręcz nie czyta go wcale"
Podobne wrażenie i ja odnoszę. Ale za wiele osób, tym bardziej szermujących epitetami nie czuję się odpowiedzialny. Jeśli nawet coś cytuję, nie znaczy to, że w 100% zgadzam się z treścią. Też podobnie odebrałem "miałkość" argumentu z Urzędem patentowym RP, jednak liczyłem na fachową reakcję :-)
Mam nadzieję, że prócz dyskutowania rzeczywistości postrzeganej przez pryzmat teorii i praktyki prawa ludzie rozważający problem styku 'praw autorskich', 'licencji', 'dozwolonego użytku', rzekomych 'utraconych korzyści' itp. potrafią się również 'zniżyć' do spojrzenia na rzeczywistość w wymiarze faktów. Jako że nie jestem prawnikiem - lubię operować na poziomie faktów bardziej niż modeli prawnych. Tutaj kłania się moja naiwna wiara, że prawo jest jednak narzędziem wtórnym wobec rzeczywistości i w momencie w którym jego rola rozrasta się ponad miarę, zaczyna to rzeczywistości SZKODZIĆ. Dlatego jeszcze raz pozwolę sobie zacytować czyjąś wypowiedź, która moim zdaniem może nam dopomóc w zrozumieniu istoty sporu.
Istotą sporu są RZEKOME utracone korzyści. Jest to jednak kompletnie sfalsyfikowana interpretacja rzeczywistości, którą głosić mogą jedynie oderwani od rzeczywistości prawnicy. Służę cytatem (i liczę na komentarz):
[Pozwoliłem sobie w tym miejscu na ingerencję w treść postu. Prawo cytatu nie oznacza uprawnienia do przekopiowania całości wypowiedzi. Proszę cytować to, co dla wyjąśnienia sprawy jest niezbędne. Całą wypowiedź zainteresowani mogą znaleźć w podanym przez autora postu źródle - PVW]
"(...) Więc prawie z całkowitą pewnością mogę stwierdzić, że ITI a już na pewno BestFilm które już nie walczy z p2p nie zrobi nic aby narazić się rzeszy klientów walcząc i tak z wiatrakami, a może czerpać z tego korzyści i tak też robi
Jacek M (ITI)"
Cytat pochodzi stąd: http://napisy.org/forum/showthread.php?t=21026&page=51
(knowledge 4 free ... or ... killing 4 fun)
(knowledge 4 free is the only way to freedom)
Muszę bronić Gutka Śr, 2005-12-14 02:59 by VaGla
Jak już wiadomo - przynajmniej sądząc z wypowiedzi publikowanych w innych serwisach, gdzie dziennikarze skontaktowali się bezpośrednio z autorem listu - działania istotnie zostały podjęte przez firmę Gutek Film. To po pierwsze. Po drugie - co innego życzenia, co innego stanowione i obowiązujące w danej chwili i miejscu prawo. A polskie prawo autorskie mówi o tym, że z opracowania utworu (utworu zależnego) wolno korzystać po uprzedniej zgodzie twórcy utworu pierwotnego (zresztą przepisy te zacytowałem w wiadomości, która stała się początkiem tego wątku). W artykule opublikowanym w IDG (link podałem wcześniej) przeczytałem wypowiedź Aleksandra Stuglika z Kancelarii Prawnej B. Żuradzka: "Istnieje jednak następująca możliwość. Na podstawie art. 23 ustawy o prawie autorskim (dozwolony użytek osobisty) można pokusić się o hipotezę, iż gdyby ktoś nabył sobie angielską wersję filmu (bez polskich napisów), to mógłby dla własnego użytku osobistego przetłumaczyć dialogi i je wykorzystywać. Jednak taki pogląd może być traktowany jako próba falandyzacji prawa". Z tą tezą się ostrożnie nie zgadzam wobec brzmienia przywołanego artykułu ustawy. Ustęp pierwszy tego przepisu brzmi: "Bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Przepis ten nie upoważnia do budowania według cudzego utworu architektonicznego i architektonicznourbanistycznego oraz do korzystania z elektronicznych baz danych spełniających cechy utworu, chyba że dotyczy to własnego użytku naukowego niezwiązanego z celem zarobkowym". Napisałem wyżej, że się nie zgadzam "ostrożnie" dlatego, że brzmienie art. 2 ust. 2 ustawy jest równie stanowcze co brzmienie art. 23 ust. 1. Innymi słowy wskazuje wyraźną zasadę w stosunku do korzystania z utworu zależnego. Niestety nie mamy (ja nie dysponuje) żadnym orzeczeniem sądu, które dotyczyłoby dozwolonego użytku osobistego. Takie orzeczenie pewnie się prędzej czy później pojawi. Gdy już zapadnie – da nam to więcej informacji dla potrzeb dokonywania interpretacji stosownych uprawnień przysługujących poszczególnym „aktorom społeczeństwa informacyjnego”
Ale nawet gdyby nie zajmować się przez chwilę tym wyjątkiem (czyli, że ktoś sobie w swoim mieszkaniu dokonał tłumaczenia i będzie z niego po cichu korzystał) na gruncie ww. przepisów - przekroczeniem dozwolonego użytku będzie opublikowanie takiego opracowania w taki sposób, jak czynią to poszczególni użytkownicy portali internetowych, których cały ten wątek dotyczy. Tu nie ma sporu. Oczywiście nie zgadzam się na nazywanie złodziejami osób, które korzystają zgodnie z prawem z chronionych utworów, w szczególności w ramach dozwolonego użytku (z jakiegoś powodu ten przepis istnieje w polskiej ustawie). W tym przypadku jednak trudno mi się nie zgodzić z tezą wypowiedzianą ustami przedstawiciela firmy Gutek Film, a która to teza jest odpowiedzią na liczne głosy na forach dyskusyjnych: „korzystamy bo nas nie stać na kupienie”. Czy to będzie zegarek, czy samochód - to że mnie nie stać na zakup dóbr (materialnych lub niematerialnych) - nie upoważnia mnie do uprawiania "janosikowstwa". Osoby, które pomstują dziś na działania branży "własności intelektualnej" powinny się zastanowić dlaczego udaje się stopniowe rozszerzanie własności intelektualnej. Dlaczego stopniowo wydłuża się okres ochronny dla utworów? Dlatego, że chronione są interesy ekonomiczne branży. Nie można jej zabronić argumentowania na rzecz takiego przedłużania ochrony, pięćdziesiąt lat po śmierci twórcy, siedemdziesiąt.. i tak dalej. Osoby, które teraz pomstują na to, że prawo je „uciska” powinny wpłynąć na tych, którzy prawo stanowią, by prawo to gwarantowało stosowną równowagę pomiędzy uprawnieniami twórców a dostępem do dóbr kultury. Na marginesie - wczoraj w Życiu Warszawy ukazał się interesujący artykuł napisany przez Jarosława Lipszyca na temat działań firmy Disney i o uwięzieniu Kubusia Puchatka (serdecznie polecam). Ten proces się dzieje cały czas. W swoich komentarzach muszę wskazać stan prawa (tak jak potrafię najlepiej, a przecież nie mam monopolu na jedynie słuszną wykładnię) i mogę wyrazić pogląd na temat tego, w którym kierunku idą jego zmiany. I wyrażam ten pogląd - prawo własności intelektualnej stopniowo zabija domenę publiczną. Ale wyrażam też inny poglą - autorowi powinno przysługiwać prawo do wynagrodzenia. Przez sam fakt nietwórczego przetłumaczenia (opracowania) utworu stworzonego przez kogoś innego - ten, kto takiego opracowania dokonuje nie nabywa praw do tego opracowania (zobacz zacytowane wyżej orzeczenie Sądu Najwyższego w odniesieniu do nietwórczych opracowań). Jeśli zaś opracuje twórczo - to opracowanie jest owszem chronione jako zależny utwór, ale korzystanie z niego wymaga zgody uprawnionego. W swoich tekstach bronię dozwolonego użytku osobistego. Rozumiem argumentację przeciwników tego użytku. Taki przepis jednak istnieje i mogę go bronić jako obowiązującego w RP prawa. Takie przepisy jednak stanowią wyjątek od generalnej zasady monopolu autorskiego. Są kraje, w których przepisy o dozwolonym użytku prywatnym zostały usunięte. W Polsce z programów komputerowych nie wolno korzystać w ramach tego użytku osobistego. Takie są fakty. Również w Polsce znikną z czasem możliwości pożyczania sobie książek, płyt, czytania wierszy w gronie przyjaciół. Tak się stanie, jeśli nie stworzy się rozsądnej alternatywy dla rozszerzającej się własności intelektualnej. Prawa dotyczące „owoców intelektu” przysługują dziś często komuś innemu niż ich twórca. Prawo autorskie coraz częściej przysługuje wydawcy (producentowi) nie zaś autorowi. Ja też wielokrotnie dostałem pod nos umowę o przeniesienie na wydawcę praw autorskich, jednak nie zgadzałem się na to doprowadzając do podpisania jedynie licencji. Wiele osób jednak nie ma świadomości na czym różnica między tymi umowami polega. „Sprzedają” swoje prawa wydawcom nie wiedząc, że można inaczej, wydawcy zaś często zasłaniają się „wzorcami umownymi”, mówią, że „księgowa nie zaakceptuje innej umowy”, albo twierdzi, że „wobec tego, nie podpiszemy umowy”. Powiem więcej – narażając się jednocześnie tym wszystkim, którzy uważają mnie za orędownika "walki zbrojnej" z wydawcami i firmami. Otóż nie jest tak. Sam niejednokrotnie sugerowałem wydawcom podpisywania umów o przeniesienie autorskich praw majątkowych. Daje to wydawcom pewne możliwości inne niż w przypadku podpisania jedynie umów licencyjnych. A nawet - o zgrozo! - sam występowałem przeciwko naruszeniom moich praw. Co nie zmienia mojej oceny biegu zdarzeń. Takie są właśnie obserwowane przeze mnie tendencje: stopniowy rozrost znaczenia i – często – „zniewolenia” własnością intelektualną. Poza wszystkim – nikt nie tworzy w próżni. Dla rozwoju twórczości niezbędne jest korzystanie z efektów twórczej pracy innych. To się nazywa bodajże obieg kultury. Nie napisałbym szlagieru, jeśli nie wiedziałbym czym taki szlagier jest, jeśli nie usłyszałbym czegoś, co stworzył ktoś inny. Uważam również, że nie każdy tworzy dla pieniędzy..
Na razie nie jest niczym nielegalnym niezgadzanie się na stopniowe zawłaszczanie domeny publicznej. Nie jest niczym nielegalnym publikowanie tekstów pokazujących obecnie występujące trendy (nawet za cenę tego, że ktoś mnie uzna za socjalistę, za którego sam się nie uważam). To niezgadzanie się NIE polega jednak na postulowaniu zabrania tym co mają na rzecz tych, którzy nie mają. To postulowanie polega na argumentowaniu na rzecz ograniczenia okresu ochronnego (albo przynajmniej wstrzymaniu jego podnoszenia), na tym, by zachować dozwolony użytek prywatny, by nie stawiać znaku równości pomiędzy "legalne" a "kupione". Są takie dobra, które nie muszą wiązać się z wydaniem pieniędzy. Może się zdarzyć, że twórca postanowi oddać efekt swojej pracy publiczności za darmo (a jednak nie pozbywając się np. praw autorskich majątkowych – po prostu udzielając bezpłatnej licencji). Uważam, że powinien mieć do tego prawo (a w retoryce obrońców "własności intelektualnej" słychać czasem wypowiedzi zabierające takie uprawnienia autorom). Na tym wreszcie, by nie tworzyć nowych praw własności intelektualnej takich jak patenty na oprogramowanie czy nowe prawa nadawców (prawa nadawców są w tej chwili właśnie tworzone i nikt z użytkowników oburzających się na działania firmy Gutek Film się temu nie przeciwstawia, nie argumentuje przeciwko temu procesowi).
Uważam, że jedna firma nie ma prawa żądania zamknięcia serwisu internetowego (jeśli istnieją inne mechanizmy egzekwowania przysługujących firmie praw), jednak uważam również, że firma, której prawa zostały naruszone lub zagrożone cudzym działaniem ma stosowne uprawnienia by domagać się zaprzestania takiego zagrożenia lub naruszenia, jak również odszkodowania za doznaną szkodę. --
Jestem za, ale metody budzą sprzeciw Śr, 2005-12-14 13:59 by Prawotronik
Szanowni przedmówcy :-) Nie ulega wątpliwości (przynajmniej moim zdaniem), że działania polegające na rozpowszechaniu tłumaczeń wkraczają w zakres uprawnień producenta czy licencjobiorcy i Gutek (zakładając,że taką a nie inną treść umów licencyjnych) może dochodzić skutecznie swoich praw. Zgadzam się z pogladami LadyA oraz Piotra, że różnego rodzaju wyjątki są tylko wyjątkami od zasady ochrony prawno-autorskiej, a tych nie można traktować rozszerzająco. Kwestią odmienną jest sprawa metod (albo domniemanych metod, bo nie wiemy jak było do konca) zastsowanych przez Gutka.
Pomijając fakt, że Gutek wykonał samobójczy strzal PR-owy wywołując wściekłość miłośników filmów... moim zdaniem niedopuszczalne jest żadanie "zamknięcia serwisu" , a jedynie uzasadnione jest żądanie zaprzestania naruszeń. Naruszenia polegają zaś na nieautoryzowanym rozpowszechanianiu opracowań utworów, do których uprawnienia przysługuja Gutkowi. Jak stwierdza LadyA ochrona przysługuje niezależnie od spełnienia przesłanek formalnych. Ok, zgoda. Jak jednak podmiot, który wykorzystuje treści objete taką ochroną może dowiedzieć się kto jest podmiotem uprawnionym ? Musi pytać i ustalić to na własną rękę. Prawo jednak nie daje mu roszczenia informacyjnego o uzyskanie takiej informacji ! Wynika z tego, że Gutek może nie dostarczyć listy utworów a dopiero w sądzie okaże się do jakiego naruszenia doszło i w zależności od winy bądź jej braku uzyska odszkodowanie. de facto oznacza to zamyknięcie serwisu. To znowu jednak prowadzi do PR-owego strzału w stopę. Ja widzę jednak możliwość kompromisu i w sumie dlatego zdecydowalem się zająć stanowisko w tej sprawie.
Można porozumiec się z Gutkiem i zdjąć kwestionowane napisy ze stron... a rozprowadzać te, które funkcjonują w domenie publicznej lub na stosownych licencjach np. cc
Druga możliwość dla serwisów - walka czyli sprawdzenie w sądzie na ile Gutek dysponuje uprawnieniami oraz jakie jest stanowisko sądów w tej materii. Podkreślam, że orzeczenia Sąu Najwyższego, które zapadały wcześniej nie są dla sądów wiążące, ani dla samego SN. Jak komentował Piotr, i jak sądzę ja sam, tamta sprawa co do której wypowiedział się SN była diamertalnie różna od tego przypadku. Pozostaje kwestia prawników, - myślę, że jeśli użytkownicy serwisów powinni sami zorganizować odpór na zasadzie stowarzyszenia oraz poszukać prawnika, który na zasadzie społecznego zaangazowania i promocji własnego nazwiska podejmie się sprawy.
Cześć Piotr Cz, 2005-12-15 02:20 by ulmo
Pamiętam Cię z czasów kiedy to w kafejce mówiłes o walce z naciskami na internet, o wolności słowa i własnych praw. Jeżeli ja nie mam prawa do tłumaczneia filmu, który w polsce się jeszcze nie ukazał i prawdopodobnie nie ukaże to jakie ja mam wogóle prawa ? Jestem autorem kilkuset tłumaczeń co równa się z setkami godzin pracy. Napisy udostępniałem z czystej przyjemności i co ? Cała praca poszła na marne ? Dlaczego masz chroinć gutka - rozumiem on Ci płaci... ale niech ON walczy o napisy do filmów wydanych w polsce ( kropla w morzu ) a nie o całą zawartośc serwisów. Wielu użytkowniów ( w tym i ja ) oglądamy fimy ściągane z netu, tłumaczenia polskich dystrybutorów( O ZGROZO !!! ) są w 60% niezgodne z oryginałem nie mówiąc już o treści merytorycznej. Czy muszę być skazywany na taki chłam ?? Czy my nie mamy prawa do obrony ? Po czyjej stoisz stronie ? Komercja Cię wchłonęła ?
Stale mam nadzieję, że chociaż ciałem jesteś za nimi.. duszą zostaniesz przy nas.
Najpierw przeczytaj Cz, 2005-12-15 19:41 by VaGla
Witaj Ulmo. Widzę, że dość emocjonalnie podchodzisz do całej sprawy. Rozumiem Cię. Przeczytaj - proszę - wcześniejsze moje wypowiedzi. Jeśli oczekujesz, że celowo będę przedstawiał obowiązujące w danej chwili i miejscu prawo niezgodnie z jego brzemieniem lub - w przypadku niejasności przepisów - niezgodnie z interpretacją dokonaną w duchu poszanowania zasad interpretacyjnych, których mnie uczono, to muszę Cię rozczarować. Nie mam zamiaru tego robić. Jeśli spełnisz moją prośbę i przeczytasz wcześniejsze wypowiedzi dowiesz się, że czym innym jest wyrażanie opinii odnośnie prawa obowiązującego, a czym innym opinii na temat prawa, które mogłoby obowiązywać. Przyjmij również proszę, że jakkolwiek staram się dokonywać interpretacji zgodnie z powyżej przywołanymi zasadami, to jednak nie mam patentu na wszechwiedzę i mądrość. Przy całym zaangażowaniu – mogę popełniać błędy interpretacyjne. Mogę jedynie prosić Cię o trochę dystansu - jak napisała LadyA. Zapytaj sam siebie - czy chciałbyś mieć adwokata, który oszukiwałby Cię odnośnie obowiązującego w danej chwili prawa? A ja nie jestem adwokatem. Zgodnie z klauzulami umieszczonymi na stronie głównej tego serwisu – każdy, kto wykorzysta zgromadzone tu rozważania czy dywagacje lub informacje – zrobi to na własny rachunek i odpowiedzialność. Nie udzielam porad prawnych, a informacji i wypowiedzi tu zgromadzonych nie można jako porady prawnej uznawać. Nie zmienia to faktu, że nie chcę nikogo oszukiwać. Czy Ty uważasz, że prawnik to osoba, która tak wykręci rozumienie przepisu, by udowodnić dowolną tezę? Być może są i tacy (niewiadomo, czy udaje im się zawsze przekonać do swoich tez sąd, w którym takie interpretacje sprawdzają się „w praniu”). Nie chciałbym jednak zaliczać się do takiej kategorii. Do zarzutów dotyczących mojej komercjalizacji (wyrażonych w formie retorycznego pytania) nawet nie chce mi się odnosić.
Ewentualny sposób obrony napisów Pt, 2005-12-16 15:58 by Pawcio
Tak czysto teoretycznie rozważając koncepcję sposobu obrony portali z napisami przed działaniami firmy Gutek wymyśliłem co następuje:
Zastanowiłbym się w kontekście cytowanego tutaj orzeczenia SN, oraz wypowiedzi przedstawiciela firmy prawniczej nad kwestią następującą - czy plik zawierający napisy do jakiegoś filmu jest utworem zależnym czy osobnym utworem chronionym przez prawo autorskie?
Na pewno część napisów publikowanych na stronach tych portali można uznać za własne, twórcze opracowania ich autorów, wystarczy zwrócić uwagę na istotne różnice występujące w tłumaczeniach dokonywanych przez dystrybutorów/producentów a tymi które były tworzone przez twórców napisów, ciężko by było dystrybutorowi udowodnić plagiat przed sądem, jeżeli "jego" tłumaczenie, odbiegałoby od tłumaczenia zamieszczonego na tym serwisie w sposób istotny, aczkolwiek wydaje się, że różnica nie zawsze jest łatwa do znalezienia i do wskazania. Bo czy jest osobnym tworem proste przełożenie całej listy dialogowej, słowo w słowo? Czyli ktoś dostaje w swoje ręce tłumaczenie dialogów dokonane przez dystrybutora, zmienia tylko synchronizację i w takiej formie zamieszcza na witrynie? Na pewno nie! Jednakże gdy ktoś sam z wersji angielskiej(nie jest tu istotne skąd tą wersję zdobył!) dokonuje tłumaczenia, nie porównując go i nie "kserując" od kogokolwiek innego, ale wykorzystując tylko swoja wiedzę, dokonuje własnej interpretacji angielskich (czy innych) wyrażeń i zwrotów, często również poezji, po czym zapisuje to w pliku tekstowym, to według mojej skromnej opinii tworzy własny utwór. Czy jest on utworem zależnym? To jest kwestia wymagająca zbadania przez sąd. Wydaje się że sąd badając taką sprawę (zapewne korzystając z biegłych)musiałby porównać treść tych "napisów" z treścią oryginalnej angielskiej (lub innej) wersji dialogowej i orzec - no właśnie co? Sąd czy biegły ma znaleźć granicę między tym co utworem jest a co nie jest? Chyba jednak w obecnym stanie prawnym by musiał. Ciężko określić i wymyśleć motywy i zasady, którymi by się kierował. Nie zmienia to jednak wg mnie faktu, że postępowanie takie, wszczęte przez dystrybutora, musiałoby dotyczyć konkretnych plików, których publikacja wg dystrybutora narusza jego prawa. Jakoś nie widzę pozwu trafiającego przed sąd wskazującego tak ogólnie jak w opisanym wyżej liście dystrybutora, że "ten i ten portal opublikował coś, co jest moje. Domagam się odszkodowania". Przeciez portal publikował tysiące różnych plików, które to są te naruszające Pańskie prawa? - zapytałby zapewne sąd. Reasumując prawidłowe postępowanie portalu, który dostał list od Gutka powinno polegać na odpisaniu mu z zapytaniem, które to utwory wg niego naruszają jego prawa, gdyż na pewno portal nie ma obowiązku kontaktować się z wszystkimi jego użytkownikami z zapytaniem czy aby nie naruszają praw firmy Gutek :) To tak jakbym pewnego dnia napisał list do Vagli domagający się zamknięcia jego serwisu gdyz publikuje on treści, które są chronione moimi prawami autorskimi. I tyle. Zakładając, że Vagla nie dostałby śmiertelnego ataku śmiechu, jakoś nie podejrzewam go o to, że natychmiast by zaczął się kontaktować z wszystkimi autorami tekstów, które tu zamieścił, pytając ich delikatnie czy czasem nie naruszyli praw autorskich niejakiego Pawcia;) Tylko by zapewne odpisał z prośbą o wskazanie, o które teksty mi chodzi i o uwiarygodnienie, iż rzeczywiście mam jakieś prawa autorskie do nich. Jeżeli by moja argumentacja była przekonywująca, zapewne po konsultacji z tym, kto pierwotnie dany tekst mu przesłał, Vagla zgodziłby się na usunięcie tego pliku ze swojej strony, bądź też uznając, że mam marne szanse, wysłałby mnie do diabła.
Prowadzenie polityki takiej jak Gutek film czyli wysyłania mętnych żądań i pogróżek jest conajmniej wątpliwe prawnie. Na tej samej zasadzie mógłbym wysłać list do onetu z żądaniem zamknięcia portalu gdyż narusza moje prawa. I niech szukają po całym portalu o co by mi mogło chodzić, może coś znajdą?:-)
Myślę, że portale typu napisy.org mogłyby się dość skutecznie bronić przed tego typu praktykami, żądając od umieszczających tam napisy oświadczeń co do praw autorskich. I niech sobie Gutki potem ścigają kilka tysięcy użytkowników, a nie portal który przecież dysponując oświadczeniami zamieszczających o tym, iż są właścicielami praw autorskich, mógłby się tym skutecznie bronić. Jestem otwarty na wszelką merytoryczną polemikę;)
Twórczość a nie-twórczość So, 2005-12-17 18:30 by Marzena Ordysińska
No to ja popolemizuję :-)
Przedmówca zdaje się sugerować, że ,,własne, twórcze opracowanie" jest dziełem samoistnym , właśnie dlatego, ze jest twórcze, i twierdzi, że oświadczenie autora twórczego opracowania o posiadaniu autorkich praw do tego dzieła rozwiąze problem roszczeń podmiotu posiadającego prawa do utworu pierwotnego.
Nie mogę się zgodzić z takim poglądem.
Na początek ustalmy: jest twórczość i nie-twórczość (proszę mnie nie pytać, jak odróżnić jedno od drugiego, przyjmijmy, że każdy ma ,,poczucie twórczości"). Utwory (czyli te z dziedziny twórczości) są samoistne (wymyślone niejako ,,samodzielnie" przez Autora - nazywam go dalej ,,autorem nr 1") albo zależne (inny Autor opracowuje dzieło poprzednika - dalej ,,autor nr 2").
Otóż autor nr 2 ma, z samej racji wykonania opracowania, prawa do nowego utworu (nie ma wątpliwości, że twórcze opracowanie utworu jest nowym utworem; nie jest wykluczony ,,łańcuszek" kolejnych utworów zależnych), jednak nie może nim rozporzadzać i korzystać z niego bez zezwolenia autora nr 1.
Są też ,,opracowania nie-twórcze" - na gruncie polskiego prawa autorskiego nawet nie powinno się ich nazywać opracowaniami (możliwe, ze część zamętu wokół ,,opracowań" wszelkiego rodzaju wynika właśnie z braku odpowiedniej terminologii).
Z zasady przyjmuje się, ze każde tłumaczenie utworu jest tworcze. Jednak wydaje się, ze można wykazać że dane tłumaczenie nie jest twórcze - jest np ,,mechaniczne" (przy użyciu autormatycznego translatora).
Dzieło filmowe - jako integralna całość - jest chronione przez prawo autorskie. Mimo tej ,,integralności" dzieła, można powiedzieć że ,,sklada się" ono z różnych ,,elementów" , twórczych i nie twórczych. Ochrona dzieła jako całości rozciąga się również na jego poszczególne elementy o charakterze twórczym (czy również na elementy nie-twórcze? moim zdaniem, raczej nie)
Dialogi są z pewnością elementem twórczym dzieła filmowego, ale dialogi ,,mowione" to nie to samo, co ,,napisy" (o tym wie każdy, kto oglądał polskie filmy z polskimi napisami na TV Polonia :-) ). Na razie przyjmijmy, ze ,,napisy" to tłumaczenie listy dialogowej będącej cześcią scenariusza.
Przyjmuje się, że umieszczenie czegokolwiek w internecie to upublicznienie - przekazanie nieokreślonej liczbie adresatów (czyli rozpowszechnienie). Jeżeli dzieło jest twórcze, autor nr 2 musi zapytać o zgodę autora nr 1; jeżeli nie jest twórcze - jest nieuprawnionym kopiowaniem (nieuprawnionym - bo umieszczenie w internecie wykracza poza osobisty użytek).
Przechodząc do ,,afery z napisami":
Jak zauważył Przedmówca, ,,napisy" umieszczane w internecie mogą być:
1) twórcze - autor nr 2 włożył twórczy wysiłek w przetłumaczenie dialogów; nie ma znaczenia, m. zd., czy zrobił to ,,ze słuchu", czy korzystając z dostępnych tekstów,
2) nietwórcze - mechaniczne tłumaczenie słowo w słowo; nie jest to utwór, a raczej ,,powielenie utworu pierwotnego" (trudno tu nawet mówić o autorze).
Wskazać należy, że twórcze tłumaczenie zawsze jest utworem zależnym (prawdopodobnie Przedmówca łączy ,,samoistność" tłumaczenia z brakiem nawiązania do tłumacznia ,,oficjalnego", jednak takie rozumowanie nie ma oparcia w przepisach prawa autorksiego).
Jak wynika z tego, co napisałam wyżej, żadne oświadczenie tłumacza, bez względu na to, jaki to rodzaj tłumaczenia, nie usprawiedliwi obecności ,,napisów" w internecie - jezeli tłumaczenie jest ,,nietwórcze" tłumacz nie ma żadnych praw, jeżeli tłumaczenie byłoby twórcze - można je umieścić za zgodą osoby uprawnionej (przy czym nie wiadomo, kto, w przypadku ,,afery z napisami", jest tą ,,osobą uprawnioną" - autor scenariusza? producent? dystrybutor?).
To tyle tytułem polemiki - mam nadzieję merytorycznej :-)
Prawa do utworu mogą być osobiste i majątkowe. W ,,aferze z napisami" raczej nie chodzi o prawa osobiste (chociaż ,,wyrwanie" fragmentu z utworu i jego rozpowszechnianie narusza integralność utworu), a o prawa majątkowe - nie wydaje mi się, żeby Gutek cierpiał z tego powodu, ze jakaś grupa hobbystów tłumaczy scenariusze - chodzi o ich rozpowszechnianie, i to w takim formacie, ze udaje się użyć ich jako ,,napisów"; kwestia czy są to tłumaczenia ,,twórcze", czy ,,nietwórcze" nie ma tu żadnego znaczenia. Właśnie chyba to jest sedno problemu: napisy ułatwiają - a czasami wręcz umożliwiają - korzystanie z nielegalnych kopii filmów (założę się, ze oryginalne filmy sprowadzone z zagranicy, bez polskich napisów, stanowią margines).
Kto i jak może walczyć z naruszeniem praw majątkowych do ,,napisów"? Czy Gutek jest uprawniony? Tego raczej się nie dowiemy, poki nie zajrzymy w umowy, które ma z producentem (ale czy producent jest właścicielem praw majątkowych do utworu audiowizualnego? to nie jest pewne na gruncie prawa polskiego, w związku z niejasnym brzmieniem art. 70 PrAut; poza tym nie wiadomo, czy prawo polskie ma zastosowanie w tym przypadku, dlatego rozważania są zupełnie teoretyczne).
I jeszcze jedno: mam wątpliwości, czy napisy mogą być dziełem samoistnym (takie stwierdzenie znalazło się w drugim akapicie artykułu ,,Napisów na celowniku"). Chyba jednak z reguły - nie. ,,Napisy" to skrót myślowy dla przetłumaczonego, zsynchronizowanego z akcją ,,zapisu tekstowego" dialogów, ułatwiający zrozumienie filmu zrealizowanego w nieznanym odbiorcy języku.
Dziełem samoistnym jest scenariusz, tu nie ma żadnych wątpliwości. Gdyby ktoś przetłumaczył scenariusz, opublikował i sprzedawał w księgarni - to chyba dla wszystkich byłoby jasne, ze narusza czyjeś prawa. A napisy, hmm... Samo spisanie dialogów, w języku rodzimym filmu, na pewno nie jest opracowaniem w rozumieniu prawa autorskiego. Czy zatem przetłumaczenie czegoś, co nie jest utworem, staje się przez sam akt tłumaczenia (załóżmy, że twórczego, a nie mechanicznego) utworem? :-) Z tym, że jednak w obrocie ,,profesjolnalnym" raczej nie dokonuje się tłumaczenia z ,,napisów" w języku rodzimym (tzn. raczej nikt nie probowałby przetłumaczyć na język obcy napisów pod filmami w TV Polonia, tylko raczej tłumaczyłby ,,ze słuchu"). A zatem ,,profesjonalne" tłumaczenie filmu jest utworem - i to zawsze utworem zaleznym.
Wydaje mi się, ze napisy tylko w jednym przypadku mogą być utworem samoistnym - jeżeli pojawiają się już w orginalnym dziele filmowym (wtedy, kiedy pojawienie się napisów jest elementem scenariusza).
Myślę, że nie ma sporu So, 2005-12-17 20:47 by VaGla
Dziękuje za ten głos. Skoro Pani Marzena nie wskazała, o którego przedmówcę jej chodziło, to ja poczuję się w obowiązku odnieść jej polemikę do moich wypowiedzi. Mam wrażenie, że nie ma między nami sporu: nie było moją intencją sugerowanie, że opracowanie jest dziełem samoistnym (to wręcz wbrew brzmieniu zapisom ustawy). Napisałem, że "napisy są chronione przez prawo autorskie albo samoistnie [o tym niżej], albo jako utwory zależne". Nie mam również wątpliwości co do tego, że oświadczenia tłumaczy nie mają znaczenia w przypadku pojawienia się napisów w internecie bez wymaganej uprzednio zgody uprawnionego (kimkolwiek on by był: np. producentem). Po uzyskaniu takiej zgody - oświadczenie tłumacza (jeśli twórczo przetłumaczył) miałoby już znaczenie dla oceny czy jego twórcze tłumaczenie (utwór zależny) pojawiło się w internecie zgodnie z prawem czy stanowi jego przekroczenie.
W myśl definicji utworu (przedmiotu prawa autorskiego) przedstawionej w art. 1 ust. 1 Pr. aut: "przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór)". W tym kontekście wyobraziłem sobie, że ktoś taką listę dialogową musiał wcześniej przygotować (stworzyć) i w tym sensie uznałem taką listę za coś, co spełnia kryteria, a więc jej powstanie jest przejawem działalności twórczej; gdy zostanie ustalony w jakikolwiek postaci spełniony jest następny z warunków; wartość, przeznaczenie i sposób wyrażenia nas w tym miejscu nie interesuje. Jeśli ktoś stworzył listę dialogową, to taka lista jest utworem w rozumieniu prawa autorskiego. Od razu jednak rodzi się pytanie, czy lista dialogowa filmu może w ogóle powstać niezależnie od scenariusza czy nie. Innymi słowy należałoby się odwołać to sztuki tworzenia filmów, do tej "kuchni", w której "pichci się" filmy. Przyznaje się w tym miejscu do braku filmowych doświadczeń (chociaż jeden film z kolegami nakręciliśmy i nawet był pokazywany na festiwalu! ;). Pod wpływem zaś Pani polemiki zacząłem sobie wyobrażać sytuacje, w której aktor nie trzyma się przygotowanego wcześniej przez kogoś scenariusza i wtrąca własne kwestie w różnych momentach. Podobno tak było w filmie Rejs, gdzie aktorzy po prostu grali "z głowy". Tych dialogów (w wielu przypadkach) nikt wcześniej nie napisał (spisał) – nawet w scenariuszu. A przecież pozostaje jeszcze zmontowanie całego filmu, wybranie różnych kwestii z nakręconego wcześniej materiału (sporo pewnie wycięły nożyczki, by powstał film Rejs w ostatecznej postaci). W takim sensie film jest utworem zbiorowym a i dialog w filmie byłyby elementem takiego utworu. Na podstawie art. 11 Pr. aut. "autorskie prawa majątkowe do utworu zbiorowego, w szczególności do encyklopedii lub publikacji periodycznej, przysługują producentowi lub wydawcy, a do poszczególnych części mających samodzielne znaczenie - ich twórcom (...)". Pytanie czy lista dialogowa w każdym przypadku ma jednego twórcę? Zapewne w przeważającej części odpowiedź powinna być negatywna (ale film stworzony przez jednego człowieka pokazuje, że może on być autorem również takiej listy dialogowej samodzielnie). Więc z reguły będą to utwory zbiorowe, gdzie lista dialogowa nie będzie miała jednego tylko autora. Gdy się spisze taką listę dialogową, to ta czynność jest w jakimś sensie korzystaniem z ustalonego utworu. Pisze Pani, że "samo spisanie dialogów, w języku rodzimym filmu, na pewno nie jest opracowaniem w rozumieniu prawa autorskiego". Nie napisała Pani – „opracowaniem czego” nie jest? Chętnie poznałbym Pani zdanie na temat tego, czym jest takie spisanie dialogów z filmu? Popatrzmy na kartkę, na której ta lista jest wydrukowana (tylko słowa wypowiadane przez narratora i aktorów). Nie chciałbym takiemu „ustaleniu” zabierać indywidualnego i twórczego charakteru (różni się od takich kartek z listą dialogową innego filmu, więc musi być twórcze), więc zapewne jest przedmiotem prawa autorskiego, a zatem jest utworem. Czy tu jest zgoda? – w moim odczuciu jest to opracowanie (a więc możemy mówić o utworze zależnym). Sąd Najwyższy stwierdził: "dokonanie tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego nie stanowi jego opracowania jako całości". Aż kusi, by dodać – dokonanie (twórczego) tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego jest opracowaniem warstwy słownej tego utworu audiowizualnego. Warstwa słowna utworu stanowi jego część, mającą samoistne znaczenie (a powstanie serwisów internetowych poświęconych tylko takiej warstwie słownej zdaje się to potwierdzać). Ktoś jest jej autorem (albo komuś przysługuje do niej autorskie prawo majątkowe – zapewne producentowi – na mocy art. 11, jeśli film jest utworem zbiorowym). --
Próba odpowiedzi czyli kto wymyślił Zębozaurusa Wt, 2005-12-20 01:03 by Marzena Ordysińska
Faktycznie, nie napisałam, którego Przedmówcę mam na myśli - to już wyjaśniam, po kolei:
1. Pierwsza część mojej wypowiedzi (kończy się słowami ,,To tyle tytułem...") była polemiką ze stanowiskiem zawartym we wpisie pt. Ewentualny sposób obrony napisów - Pawcio zaproponował rozwiązanie problemu z napisami w sposób, który, moim zdaniem, jest nietrafny: oświadczenie autora tłumaczenia o posiadaniu praw miałoby zapobiegać roszczeniom osób uprawnionych; wydaje się, ze ten pogląd bierze się z niewłaściwego rozumienia autorskich praw zależnych. Zatem próbowałam wyjaśnić, co to jest tłumacznie i czym są ,,napisy" z punktu widzenia prawa autorskiego.
2. Następnie zastanawiałam się, o co chodzi właściwie w ,,aferze z napisami" i czyje interesy są/mogą być naruszane.
3. A na samym końcu odniosłam się do stwierdzenia z drugiego akapitu artykułu ,,Napisów na celowniku", wyrażając swoje wątpliwości, czy ,,napisy" mogą być utworem samoistnym.
A teraz nawiązując do pytań zawartych w ostatniej wypowiedzi Gospodarza:
1. Czy lista dialogowa filmu może w ogóle powstać niezależnie od scenariusza?
lista dialogowa rozumiana jako sam, ,,czysty" dialog, bez żadnych dodatkow, odgłosów - tak, może powstać niezależnie od scenariusza :-) jest takie zjawisko, jak powieść radiowa - i może ono zupełnie samodzielnie występować w obrocie (raczej: na niwie kultury, ale w tej chwili nie patrzymy na zjawisko jako konsumenci kultury, tylko jak prawnicy :-) ) w wydaniu nie ,,głosowym" a tekstowym; przykład: Maria Kuncewiczowa, Dni powszednie państwa Kowalskich - wyłącznie dialogi, z rzadka pojawia się opis miejsca, sytuacji (mam nadzieję, ze dobrze pamiętam - czytałam jakieś 20 lat temu :-) )
A czy lista dialogowa dzieła audiowizualnego może w ogóle występować samodzielnie? (przez ,,samodzielność" - rozumiem powstanie niezależnie od scenariusza, czyli bez związku ze scenariuszem; w taki sposób, ze może być przedmiotem samodzielnego obrotu)
mogę sobie wyobrazić, ze jest to możliwe: np powstaje pomysł-dialog, stopniowo coraz bardziej obszerny - i już ten pomysł (jeśli dobry :-) ) może być przedmiotem obrotu (az ktoś wymyśli do niego scenariusz); w praktyce chyba najczęściej dzieje się odwrotnie - do scenariusza dopisuje się dialogi albo same dialogi są tak błyskotliwe, że mogą się sprzedawać nawet w wersji tekstowej, bez całej ,,nadbudowy" wizualnej.
Jednak, jak się wydaje, z reguły lista dialogowa filmu jest integralną częścią scenariusza (oderwanie jednego od drugiego pozbawia całość sensu)
A co z problemem, kto jest autorem scenariusza/listy dialogowej, kiedy aktor improwizuje? hmm... nie podejmuję się rozwiązać zagadki :-)
Być może (tak się zastanawiam) odpowiedzią jest przyjęcie, że dzieło audiowizualne jest dziełem współautorskim (podobnie jak z wspolnością łączną - trudno przypisać ,,własność" do poszczególnych składników)
To są bardzo ciekawe zagadnienia (zaczynam się zastanawiać, jak to możliwe, że twórcy poszczególnych elementów filmu jakoś, koniec końców, się dogadują :-) ), i każdy przypadek jest na tyle złożony, ze nie można chyba stworzyć jednego modelu prawnego powstawania dzieła audiowizualnego.
2. film nie jest utworem zbiorowym (choć takie stwierdzenie pojawia się w uzasadnieniu od wyr. z 23.01.2003....) , a dziełem współautorskim - zgadzam się z poglądem, że są to kategorie rozłączne (tak M Dąbrowska w glosie w Lexie do przywołanego wyroku). Tak najbardziej ogólnie dzieło współautorskie tym różni się od zbiorowego, ze efekt pracy poszczególnych twórców nie jest sumą pracy ich utworów, a ,,czymś" więcej.
Jednak podobnie jak przy utworze zbiorowym, z zasady - prawa osobiste przysługują twórcom samodzielnych cześci (art. 9 ust. 2) co do tych części, wszystkim współtwórcom - co do całości, a majątkowe- producentowi (art. 70 ust.1)
3. spisanie dialogów z filmu - to moim zdaniem, ,,przełożenie na inny nośnik" (z zapisu dźwiękowego na tekstowy) i jako takie - twórcze nie jest: ,,nie traktuje się jako działalności prowadzącej do powstania opracowania tzw. digitalizacji utworów, mechaniczne powiększenie, wzniesienie budynku na podstawie utworu architektonicznego, rekonstrukcja dzieła, pracy redaktorów(...) - System prawa prywatnego, Prawo autorskie, wyd. Beck (akurat mam pod ręką notatki, więc pozwalam sobie zacytować :-) )
W chwili spisywania dialogów - proces twórczy się zakończył (idea Zębozaurusa już powstała). Niewykluczone, że na skutek przekładu proces twórczy rozpocznie się no nowo i powstanie nowy utwór - utwór zależny (obcojęzyczny potomek Zębozaurusa :-) )
Porzućmy na chwilę film - popatrzmy na książkę (dowolną, będącą utworem, nie będącą np zbiorem Dzienników Ustaw), z ilustracjami: ktoś przepisuje treść książki. Czy kartki zawierające przepisany tekst nazwiemy opracowaniem? nie - to ,,coś", co powstalo, nie ma charakteru twórczego, nie korzysta więc z ochrony prawa autorskiego. Jeżeli skryba przepisał tekst tylko dla siebie, to nie ma sprawy (mieści się to w granicach dozwolonego użytku). Ale jeśli rozpowszechnia kopię - narusza prawa osobiste (choćby do integralności dzieła - pominął wszak ilustracje) i majątkowe (nawet jak rozdaje kopie za darmo).
Wracając do filmu - wg mnie, ,,spisanie dialogów" jest własnie takim fragmentarycznym skopiowaniem jednej z warstw dzieła audiowizualnego. Odnośnie kwestii ogólnych również moim zdaniem sporu między nami nie ma:
- dokonanie tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego nie stanowi jego opracowania jako całości, ale może stanowić opracowanie utworu, którym jest ,,zapis listy dialogowej"
- rozpowszechnianie takiego tłumacznienia narusza prawa majątkowe - czyje, tego nie wiemy....
A co do uzasadnienia wyroku z 23.01.2003 - to mam wiele wątpliwości. Dlaczego właściwie Sąd uznał że przetłumaczenie tekstu za nietwórcze? Co to jest ,,przekazanie kasety video w celu ułatwienia promocji"? A co właściwie oznacza stwierdzenie ,,dokonanie tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego nie stanowi jego opracowania jako całości"? (spór w sprawie Zębozaurusa dotyczył statusu twórcy polskiej wersji językowej krótkiego filmu reklamowego, ale i tak to sformułowanie ,,w całości" jakoś mi... nie pasuje)
Nietwórcze, bo nie było przedmiotem sporu Wt, 2005-12-20 01:42 by VaGla
Sąd Najwyższy nie zastanawiał się zbytnio nad tym czy to było tłumaczenie twórcze czy nie twórcze. Po prostu sądy niższej instancji uznały je za nietwórcze i tego stwierdzenia odwołująca (i wnosząca następnie kasacje) nie kwestionowała. Stąd Sąd Najwyższy przyjął za swoje ustalenia sądów niższej instancji...
6 + 1 = Rozwiąż to proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 1+3 daje 4.
Kilka słów po rządowym hackathonie z perspektywy oceniającego prezentowane projektyKsiążka z konkursu na glosy orzeczeń dot. prawa do informacjiRozporządzenie eIDAS, usługi zaufania i identyfikacja elektroniczna wejdą w miejsce ustawy o podpisieElektronizacja akt pracowniczych - projekt założeńNagranie przebiegu obywatelskiego wysłuchania dot. projektu ustawy antyterrorystycznej ktoś inny właśnie czyta:Kilka słów po rządowym hackathonie z perspektywy oceniającego prezentowane projektyPatent, czy reklama?Nowy ład medialny czeka na podpis PrezydentaAmerykańskie przykręcenie kurka hazardowego nie może być szokiemNowe zasady Płatnikamożesz się zaangażować:Zamiast wyborów przez internet: możliwość elektronicznego składania podpisów w ramach obywatelskiej inicjatywy legislacyjnejGiełda tematów prac magisterskichInfografika procesu legislacyjnego. Pomożecie?Zróbmy otwarty konkurs na prawniczy wideo-tutorial, co?VaGla.pl dla działalności pro bono
Tak, zarówno opis by Lena GłowackaCzy te by incognitusTym razem chyba jest by Tomasz Sztejkaten trup jednak powrócił by xpert17Nie, nikt nie musi by incognitusNie jeden, a dwa czyli zasada budowy za kase podatnika? by tommyKoordynacja? by tommyŹródło by tommyczy można być jednocześnie twórcą i tworzywem. by incognitusTrudne słowo: legitymizacja by tommyeIDAS ciąg dalszy... by incognitusDaję pole innym by VaGlaPrzyłączam się głosu do by incognitusCopyright bez znaczenia by incognitusZ podręcznika Radwańskiego by incognitus