Source: http://prawonadrodze.org.pl/kultura-sedziego/?replytocom=77763
Timestamp: 2019-05-19 22:17:35
Legal References Found: art. 96
 art. 103
 art. 6
 art. 30
 art. 31
 art. 32
 art. 42
 art. 190
 art. 5
 art. 5
 art. 54
 art. 2
 art. 42
 art. 31
 art. 271
 art. 5
 art. 96
 art. 96
 art. 104
in dubio
in dubio
 art. 96
 art. 78
 art. 78
 art. 78
 art. 284
 art. 78
 art. 78
 art. 96
 art. 78
 art. 96
 art. 78
 art. 96
 art. 96

Document Content:
Kultura sędziego | Stowarzyszenie Prawo na Drodze
← Na rozpatrzenie petycji w sprawie unieważnienia legalizacji wszystkich Rapidów zostało 6 tygodni
Prawo dowodowe w sprawach o wykroczenia w ruchu drogowym →
„W motywach orzeczenia sędzia powinien unikać sformułowań wykraczających poza rzeczową potrzebę uzasadnienia stanowiska sądu mogących naruszać godność lub cześć podmiotów występujących w sprawie albo też osób trzecich” – tak brzmi §11 ust. II Zbioru Zasad Etyki Zawodowej Sędziów.
Piękne zasady sędziowskiej etyki to czyste pustosłowie. Istnieje grupa sędziów, których styl urzędowania, używane słownictwo oraz sposób traktowania podsądnych uwłacza godności ludzkiej.
Podczas ogłaszania ustnych motywów wyroku oskarżony włączył funkcję nagrywania w telefonie komórkowym, aby nagrać uzasadnienie, do którego miał się przecież odnieść w apelacji (rozprawa nie była nagrywana przez sąd). Sędzia, gdy to zobaczył zbeształ oskarżonego słowami „…pan jest zwykłym bandytą i nie nadaje się do życia w społeczeństwie” i zabrał mu komórkę…
Powyższe zdarzenie miało miejsce w dniu 7 marca 2017 r. w Sądzie Rejonowym Szczecin Zachód i Prawobrzeże, a sędzią który w tak wulgarny sposób odniósł się do podsądnego był sędzia Maciej Piotrowski. Działo się to w obecności prokuratora, obrońcy oraz protokolanta. Sędzia nie zanotował swoich rynsztokowych słów w protokole rozprawy. Nie odnotował też wypowiedzi obrońcy, że odebranie oskarżonego telefonu jest przywłaszczeniem mienia i jest niezgodne z prawem.
O karygodnym zachowaniu sędziego nie dowiedział by się nikt, gdyby nie to, że obrońca złożył wniosek o sprostowanie protokołu rozprawy.
2. Maciej Piotrowski – sylwetka sędziego
Sędzia Maciej Piotrowski jest przypadkiem skrajnym. Niemal co miesiąc na adres Stowarzyszenia Prawa na Drodze napływa na niego jakaś skarga. Nie wszystko jesteśmy w stanie sprawdzić, ale wiemy na pewno, że sędzia Piotrowski nadużywa swojej władzy i nie panuje nad emocjami. Z byle powodu wyrzuca ludzi z sali rozpraw, nakłada wysokie kary porządkowe – np. zasądził 2000 zł za niezbyt ciche zamknięcie drzwi.
Sędzia Piotrowski słynie także z tego, że zasądza bardzo wysokie kary nawet za niewielkie wykroczenia. Niestety w parze z wysokością nakładanych kar nie idzie solidność postępowania dowodowego. Mamy podstawy sądzić, że sędzia Maciej Piotrowski każdego obwinionego przyprowadzonego przed Sąd uważa z góry za winnego, a proces jest tylko po to, aby mu to udowodnić…
Oto jednak ze spraw, o której pisaliśmy na naszych łamach:
Sędzia i biegły: wespół w zespół by żądz moc móc wzmóc
3. Nasza diagnoza
W ocenie piszącego te słowa sędzia Maciej Piotrowski posiada osobowość socjopatyczną. Ma absolutne poczucie nieomylności jedynie własnego osądu oraz ponadnaturalne poczucie władzy nad innymi ludźmi. Jest to połączenie bardzo destrukcyjne i bardzo niebezpieczne. Powinien jak najszybciej otrzymać pomoc medyczną i zostać odizolowany od społeczeństwa.
4. Reakcja środowiska sędziów
Przypadek sędziego Piotrowskiego jest najlepszym przykładem, że środowisko sędziowskie nie jest w stanie eliminować ze swego grona ludzi, którzy nie posiadają predyspozycji do wykonywania tego zawodu. Prezes Sądu Okręgowego w Szczecinie broni Piotrowskiego i odpiera zarzuty podnoszone w skargach. Nieco bardziej zdecydowaną postawę wykazał Prezes Sądu Apelacyjnego w Szczecinie. W piśmie z dnia 4 listopada 2016 r., kierowanym do Stowarzyszenia Prawo na Drodze napisał, że w przypadku dalszych nadużyć ze strony sędziego Macieja Piotrowskiego nie zawaha się skorzystać ze środków dyscyplinarnych.
Panie Prezesie – chyba już czas…
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bezstronność sądu, Domniemanie winy, Postępowanie przed sądem, Protokoły rozpraw, Sąd. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
5 Responses to Kultura sędziego
prawonadewszystko pisze:
30 marca 2017 o 09:38
Sąd Okręgowy w Warszawie za pośrednictwem Sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli w Warszawie V Wydział Karny, ul. Kocjana 3, 01-473 Warszawa. Sygn. akt (…)
od wyroku Sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli w Warszawie z dnia 26 listopada 2015 r. w sprawie przeciwko …. obwinionemu o czyn z art. 96 § 3 Kodeksu wykroczeń, doręczonego w dniu 7 stycznia 2016 r.
Na podstawie art. 103 § 2 Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia zaskarżam powyższy wyrok w całości.
Powyższemu wyrokowi zarzucam naruszenie:
– art. 6 ust. 1, ust. 3 lit. a), c), d) Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności;
– art. 30, art. 31 ust. 3, art. 32 ust. 1, art. 42 ust. 2, art. 190 ust. 1 Konstytucji RP;
– art. 5 § 1 pkt 10 Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia.
Wskazując na powyższe podstawy wnoszę o:
– uchylenie zaskarżonego wyroku i umorzenie postępowania
– zmianę zaskarżonego wyroku poprzez uniewinnienie mnie od zarzutu popełnienia wykroczenia.
naruszenie prawa do obrony
W niniejszej sprawie postępowanie powinno być umorzone na podstawie art. 5 § 1 pkt 10 Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia z uwagi na złamanie konstytucyjnego prawa do obrony we wstępnej jego fazie (art. 42 ust. 2 Konstytucji), więc zgodnie ze stanowiskiem doktryny całe postępowanie jest nielegalne, nie ma możliwości jego konwalidowania. W doktrynie dominuje pogląd, że prawo do obrony gwarantowane być musi we wszystkich stadiach postępowania, zarówno prejudycjalnych, jak i przed organami orzekającymi, w tym przed sądami wszystkich instancji. We wszystkich tych stadiach występuje ono w takim samym pełnym zakresie, nie podlega wykładni zawężającej. Nawet w postępowaniach quasi-penalnych przysługuje prawo do obrony. Skoro prawo do obrony jest elementarnym standardem demokratycznego państwa prawnego, to należy uznać, że niezasadne jego ograniczenie na etapie czynności wyjaśniających w postępowaniu wykroczeniowym stanowi naruszenie zasad demokratycznego państwa prawnego. Takie stanowisko podzielił Trybunał Konstytucyjny, który w wyroku z dnia 3 czerwca 2014 r. w sprawie zainicjowanej przez Rzecznika Praw Obywatelskich o sygn. akt K 19/11 uznał, że „art. 4 ustawy z dnia 24 sierpnia 2001 r. – Kodeks postępowania w sprawach o wykroczenia (Dz. U. z 2013 r. poz. 395, ze zm.) w zakresie, w jakim pomija prawo osoby, wobec której istnieje uzasadniona podstawa do sporządzenia przeciwko niej wniosku o ukaranie, do korzystania z obrońcy na etapie czynności wyjaśniających, o których mowa w art. 54 § 1 tej ustawy, jest niezgodny z art. 2 i art. 42 ust. 2 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej”. Warto dodać, że w tym postępowaniu również Marszałek Sejmu oraz Prokurator Generalny podzielili stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Szeroko umotywowany wniosek o umorzenie postępowania na tej podstawie złożyłem już na początku pierwszej rozprawy w dniu 26 maja 2015 r., ale Sąd Rejonowy bez podania przyczyn go odrzucił. Sąd Rejonowy może nie zgadzać się ze stanowiskiem Prokuratora Generalnego czy Marszałka Sejmu, ale ma obowiązek w postępowaniu uwzględnić wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który jest ostateczny. Roma locuta causa finita est. Zdumiewać musi nieuwzględnienie wyroku TK, choć rozumiem niechęć sędziów sądów powszechnych do sędziów konstytucyjnych, ale na takiej postawie traci cały wymiar sprawiedliwości. Oczywiste jest, że w siedzibie straży miejskiej zjawiłbym się z obrońcą z uwagi na to, że nie zamierzałem się przyznać do żadnego wykroczenia, a jak podają media, funkcjonariusze niektórych straży, za przyzwoleniem władz samorządowych, mają w takim przypadku w zwyczaju pałować obywateli.
Postępowanie w niniejszej sprawie powinno zostać umorzone z uwagi na liczne błędy we wniosku o ukaranie, które kwalifikowały ów wniosek do zwrotu po jego wstępnej kontroli. Jest to obowiązek przewodniczącego wydziału określony w § 339 rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 23 lutego 2007 r. Regulamin urzędowania sądów powszechnych (t.j. Dz.U. z 2014 r. poz. 259) obowiązującego w dacie wpłynięcia wniosku. Błędnie podano datę domniemanego wykroczenia, co dla tzw. oskarżyciela publicznego jest dyskwalifikujące. Co więcej, tzw. oskarżyciel publiczny poświadczył już na pierwszy rzut oka nieprawdę we wniosku, co powinno rodzić określone konsekwencje karne. Chodzi o rubrykę 34, 2/. Niestety, nic mi nie wiadomo, by sędziowie Tamara Majdalani bądź Katarzyna Bień zgodnie z ciążącym ustawowym obowiązkiem powiadomili prokuraturę o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez znanych z imienia i nazwiska funkcjonariuszy Straży Miejskiej w Warszawie. Dlaczego sędziowie, pisząc w uzasadnieniach wyroków o „bezwzględnej konieczności przestrzegania przepisów prawa” sami nie stosują się do tej zasady? Przecież wszyscy żyjemy w Dworkinowskim imperium prawa. Przecież czyn funkcjonariuszy straży w sposób bezdyskusyjny wypełnia znamiona przestępstwa stypizowanego w art. 271 § 3 Kodeksu karnego. Pomijam inne wady wniosku, jak np. powoływanie się w pkt 32 na przepisy, które wcale nie stanowią, jaki sąd jest właściwy do rozpoznania wniosku. Sąd rozpatrując sprawę, korzystał więc z owoców zatrutego drzewa, czym naruszył prawo europejskie. Zgodnie z wyrokiem Wielkiej Izby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Gäfgen versus Germany (sygn. 22978/05), w demokratycznym państwie prawa organy władzy publicznej nie mogą iść na skróty, ścigając sprawców nawet najokrutniejszych zbrodni, nawet w warunkach ticking bomb scenario, gdy chodzi o ratowanie życia dziecka i wyrwanie go z rąk psychopatycznego kidnapera. Jeśli wyrok w niniejszej sprawie się utrzyma, to trudno zakładać, że ETPCz uzna, iż co prawda państwo musi skrupulatnie przestrzegać wszystkich procedur podczas ścigania wyrafinowanego zbrodniarza, ale podczas ustalania sprawcy domniemanego drobnego wykroczenia nie jest to niezbędne. Wręcz przeciwnie, tym bardziej jest to konieczne.
Postępowanie powinno być umorzone na podstawie art. 5 § 1 pkt 10 Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia również z uwagi na fakt, że ani razu nie byłem prawidłowo zawiadamiany o terminach rozpraw. W pierwszym zawiadomieniu z dnia 25 kwietnia doliczyłem się na jednej stronie ponad 40 różnego ciężaru gatunkowego błędów, w tym kilka prawnych, jak np. zdeformowanie tytułu zarządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 12 grudnia 2003 r. Taka liczba błędów czyni wezwanie nieczytelnym; pomijam fakt okrycia się Sądu wstydem. Niewątpliwie została naruszona ustawa o języku polskim. Przecież takie wezwania są powielane tysiące razy. Z kolei po moich interwencjach wprowadzono — jak mi wyjaśnił prezes SR — nowy szablon, z którego wprost wynika, że obwinionym jest Sąd Rejonowy dla Warszawy-Woli w Warszawie, a nie obywatel. Kolejny powód do wstydu.
Moje prawo do obrony zostało naruszone w wyniku niedopuszczenia wielu dowodów, o dopuszczenie których wnosiłem. Moje wnioski dowodowe zostały odrzucone dopiero na ostatniej rozprawie w dniu 26 listopada 2015 r., w tym wniosek o zabezpieczenie monitoringu skrzyżowania, w pobliżu którego rzekomo kierowca prowadzący mój samochód dopuścił się wykroczenia. Co dziwne, w ustnym uzasadnieniu odrzucenia tego wniosku Sąd Rejonowy stwierdził, że przez taki długi czas nie zachowało się nagranie. Można zakładać, że Sąd Rejonowy celowo przedłużał postępowanie, by zatracić dowody w sprawie. Dlaczego? Sąd Rejonowy odrzucił również moje wnioski dotyczące przesłuchania świadków na kilka ważnych dla wyjaśnienia sprawy okoliczności, w tym trzech funkcjonariuszy straży miejskiej, w tym dwóch na okoliczność poświadczenia przez nich nieprawdy co do okoliczności mających znaczenie prawne. Chodzi o poświadczenie nieprawdy we wniosku o ukaranie, w rubryce 34 pkt 2/, gdzie napisano: „za zgodą obwinionego”. Ja na nic się nie zgadzałem i w aktach sprawy nie ma żadnego dowodu na to, żebym na coś się zgodził. Sąd Rejonowy nie dopuścił również dowodu w postaci schematu i oznakowania ulic w pobliżu miejsca domniemanego wykroczenia drogowego, z którego jednoznacznie wynika, że prowadzący mój samochód nie popełnił zarzucanego mu wykroczenia. W ten sposób została też naruszona równość stron procesowych, a Sąd Rejonowy w kontradyktoryjnym postępowaniu stal się obrońcą tzw. oskarżyciela publicznego.
naruszenie zasady równości
Już podczas pierwszej rozprawy w dniu 26 maja 2015 r. złożyłem dwa wnioski o odroczenie rozprawy do czasu rozstrzygnięcia przez Trybunał Konstytucyjny dwóch zawisłych spraw o syg. akt K 3/13 i SK 64/13 dotyczących zbadania konstytucyjności art. 96 § 3 Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia, o naruszenie którego zostałem obwiniony. Niestety te moje wnioski również zostały odrzucone z dość dziwnym — w świetle późniejszych decyzji procesowych — uzasadnieniem. Mianowicie Sąd Rejonowy stwierdził, że istnieje domniemanie konstytucyjności ustaw, chociaż ja, składając owe wnioski, powoływałem się na postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 16 kwietnia 2015 r., w którym odroczył rozpatrzenie jednej kasacji do czasu rozstrzygnięcia przez Trybunał Konstytucyjny konstytucyjności ustawy o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób (sygn. akt P/129/15). Argumentowałem, że moje gwarancje procesowe nie mogą być niższe od tych, które ma pedofil i seryjny zabójca niejaki Trynkiewicz. Okazało się, że się myliłem. W Polsce według władzy sądowniczej większe gwarancje procesowe przysługują seryjnym zabójcom niż osobom obwinionym na podstawie nielegalnych wniosków o ukaranie w związku z rzekomym niewykonaniem ciążącego obowiązku, co do którego nielegalności pewność ma Prokurator Generalny, Rzecznik Praw Obywatelskich i część sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Nie wykluczam, że Sąd Rejonowy odrzucił te moje wnioski tylko dlatego, że jestem obwiniony przez jednostkę organizacyjną organu władzy publicznej (samorządowej), a przecież w jego przekonaniu nie może być tak, że obywatel ma rację. Świadczyć to może o serwilistycznym nastawieniu Sądu Rejonowego wobec organów władzy publicznej. W świetle powyższego niezrozumiała wydaje się decyzja sądu podjęta na samym początku rozprawy w dniu 6 lipca 2015 r. Sąd bez ponawiania przeze mnie wniosku postanowił odroczyć rozprawę do czasu wydania wyroku przez Trybunał Konstytucyjny w sprawie o sygn. akt K 3/13. Wykluczam niemerytoryczny powód takiego postanowienia, to jest poważną chrypę sędzi, która zapewne nabyła się jej w związku z przebywaniem w mocno klimatyzowanym pomieszczeniu. Jednak ta decyzja procesowa Sądu Rejonowego jest zaprzeczeniem wcześniejszej, a zwłaszcza przytoczonej przy tym argumentacji. Sąd zmieniający tak zdanie traci wiarygodność.
naruszenie prawa do dobrego prawa
Z kolei podczas rozprawy w dniu 26 listopada 2015 r. Sąd Rejonowy (w zmienionym składzie, sądząc z wypowiedzi sędzi, nie zapoznała się z przebiegiem poprzednich rozpraw) odrzucił ponowiony przeze mnie wniosek o umorzenie postępowania, który motywowałem brakiem wniosku o ukaranie uprawnionego oskarżyciela, co stanowi negatywną przesłankę procesową. Otóż w chwili rzekomego popełnienia wykroczenia obowiązywała jednolita linia orzecznicza Sądu Najwyższego, który uważał, że straże gminne (miejskie) występując z wnioskiem o ukaranie za wykroczenie z art. 96 § 3 Kodeksu wykroczeń wykraczają poza zakresem swoich ustawowych uprawnień (vide wyrok SN z dnia 12 grudnia 2013 r. sygn. akt KK 431/13, a także orzeczenia z dnia 18 kwietnia 2013 r., sygn. II KK 90/13; z dnia 29 czerwca 2010 r., sygn. akt I KZP 8/10; z dnia 25 maja 2010, sygn. akt III KK 116/10). W tym samym stanie prawnym zupełnie odmienne stanowisko zajął Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 30 września 2014 r. (sygn. akt I KZP 16/14). Z uzasadnienia Sądu Najwyższego wyraźnie wynika, że daje on prymat wykładni teleologicznej nad gramatyczną, co nie tylko godzi w podstawy państwa prawnego, ale jest zaprzeczeniem tego, czego uczy się każdy student prawa na wykładzie ze wstępu do prawoznawstwa. Ta uchwała Sądu Najwyższego musi zdumiewać z kilku powodów. Można rzec, że w tym samym stanie prawnym zaledwie w ciągu kilku miesięcy SN w swoich orzeczeniach odbija się od ściany do ściany, co podważa zaufanie obywateli do państwa i stanowionego przez nie prawa. Sąd Najwyższy, podejmując przedmiotową uchwałę, wkroczył w kompetencje władzy ustawodawczej, która przecież od lat znała linię orzeczniczą w tej sprawie i nie próbowała zmienić prawa, więc uprawniony jest pogląd, że taki był zamysł ustawodawcy. Wniosek z tego nasuwa się taki, że prawo w tym zakresie jest co najmniej niedookreślone, skoro nawet Sąd Najwyższy ma tak rozbieżne opinie co do dekodowania norm z przedmiotowych przepisów. Tym bardziej ja, jako zwykły kierowca, mam prawo mieć wątpliwości co do treści prawa, a przecież nie mogę ponosić odpowiedzialności karnej za niedookreśloność przepisów. Jako obywatelowi przysługuje mi prawo do dobrego prawa Zgodnie ze stanowiskiem doktryny, a także judykatury, zwłaszcza Trybunału Konstytucyjnego, podstawą ukarania obywatela mogą być jedynie jasno brzmiące przepisy karne, a nie normy wydedukowane w drodze wykładni, w dodatku niegramatycznej. Pomijam oczywisty fakt, że uchwała SN wiąże jedynie inne składy Sądu Najwyższego a nie wszystkie sądy. Warto podkreślić, że uchwała Sądu Najwyższego obowiązuje od jej opublikowania (ex nunc). Nie można było jej antycypować. W chwili rzekomego wykroczenia obowiązywała dokładnie odwrotna wykładnia Sądu Najwyższego, więc wówczas mieliśmy negatywną przesłankę procesową w postaci braku skargi uprawnionego oskarżyciela, co stanowi do dzisiaj bezwzględną przyczynę odwoławczą określoną w art. 104 § 1 pkt 7 k.p.w. Stosuje się przecież przepisy korzystniejsze dla domniemanego sprawcy. Czy w Polsce jeszcze obowiązuje zasada in dubio pro reo? Ponadto w przypadku utrzymania kwestionowanego wyroku, zostanie naruszona konstytucyjna zasada równości, bowiem w tym samym stanie prawnym wiele sądów w dokładnie takich samych sytuacjach umarzało postępowania. Przyjęcie, że nowa wykładnia działa ze skutkiem ex tunc prowadziłoby do sprzeczności dekodowanej normy prawnej w tak określonym czasowo zakresie zastosowania z Konstytucją RP, bo w efekcie skutkowałoby to stanem niepewności prawnej. W związku z tym uprawnione jest przyjęcie zasady, że ponownie zinterpretowana norma, w swojej zinterpretowanej treści działa ex nunc.
Niedopuszczalne jest wymaganie od wszystkich właścicieli samochodów większej wiedzy prawniczej niż posiadają ją sędziowie Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego. Ci ostatni byli nawet podzieleni w sprawie o sygn. akt K 3/13, bowiem nie tylko sformułowano zdanie odrębne, co sporadycznie się zdarza, ale nawet zgłoszono wotum separatum, co jest rzadkością. Nawet dla sądu konstytucyjnego była to zawiła sprawa, bowiem wniosek Prokuratora Generalnego był rozpatrywany w pełnym składzie 15 sędziów. Była to sprawa bardziej złożona niż sprawa o zbadanie konstytucyjności ustawy o Trybunale Konstytucyjnym (sygn. akt K 34/15), którą Trybunał Konstytucyjny rozpatrywał w 5-osobowym składzie.
Generalnie z postępowania przed Sądem Rejonowym wypływa jeden podstawowy wniosek. Wszystkie przepisy były świadomie interpretowane na moją niekorzyść. Sąd odrzucał wykładnię Sądu Najwyższego albo Trybunału Konstytucyjnego, jeśli była dla mnie korzystna, posługiwał się wykładnią Sądu Najwyższego albo Trybunału Konstytucyjnego, jeśli była ona na moją niekorzyść. A gdzie jest zasada in dubio pro reo? Jeżeli takie wątpliwości co do treści prawa ma Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny, to czym ma się kierować zwykły właściciel pojazdu, skoro prawo w tym przypadku nie jest busolą postępowania. Tak nie można orzekać. Gdzie poszły nauki przełożonego korporacyjnego sędziów, że sądy powinny dokonywać wykładni proobywatelskiej, prokonstytucyjnej i proeuropejskiej. W przedmiotowej sprawie wykładnia jest antyobywatelska, antykonstytucyjna i antyeuropejska.
Zostałem obwiniony z art. 96 § 3 Kodeksu wykroczeń, który penalizuje niedopełnienie przez właściciela lub posiadacza pojazdu obowiązku określonego w art. 78 ust. 4 Prawa o ruchu drogowym, to jest wskazania, na żądanie organu, komu powierzył pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie, chyba że pojazd został użyty wbrew jego woli i wiedzy przez nieznaną osobę, czemu nie mógł zapobiec. Artykuł ten został sformułowany wbrew elementarnym zasadom techniki prawodawczej i narusza prawo obywateli do dobrego prawa. Warto zwrócić uwagę na systematykę art. 78, który umieszczony jest w Dziale III ustawy – Prawo o ruchu drogowym „Pojazdy”, w rozdziale 2 „Warunki dopuszczenia pojazdów do ruchu”. Artykuł składa się z sześciu ustępów z tego ust. 1, 1a 2 i 3 dotyczą czynności związanych ze zmianą właściciela pojazdu. Błędnie w tym rozdziale, a zwłaszcza artykule zamieszczono regulację dotyczącą wskazania, komu właściciel powierzył pojazd do kierowania lub używania. Nie ma to nic wspólnego z „warunkami dopuszczenia pojazdów do ruchu” i jest sprzeczne z obowiązującymi zasadami techniki prawodawczej, a zwłaszcza z § 55, który stanowi, że każdą samodzielną myśl ujmuje się w odrębny artykuł i że artykuł powinien być w miarę możliwości jednozdaniowy (vide rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów z dnia 20 czerwca 2002 r. w sprawie „Zasad techniki prawodawczej” Dz.U. Nr 100, poz. 908). Niewątpliwie w art. 78 jest ujętych wiele myśli, a nawet problemów ze sobą w żaden sposób niepowiązanych, co źle świadczy o jakości tego prawa. Prawo stanowi się dla obywatela, ma być jednoznaczne, odbiorca prawa ma wiedzieć, gdzie może znaleźć interesującego go przepisy. Zgodnie z jednolitym stanowiskiem judykatury, a zwłaszcza z linią orzeczniczą Trybunału Konstytucyjnego, obywatel może być karany tylko na podstawie jasnych przepisów, a w tym wypadku przepisy prawa materialnego są nielogiczne.
Ustawodawca uznał, że właściciel pojazdu powinien wskazać, komu powierzył pojazd, więc kluczowym wyrazem tej części normy wydaje się czasownik „powierzyć”. Zdaniem językoznawców (zob. np. Słownik języka polskiego, red. M. Szymczak, t. II, s. 829, Warszawa 1999) wyraz „powierzyć” ma trzy zakresy znaczeniowe: zlecić coś komuś do wykonania, zlecić jakąś funkcję; polecić coś albo kogoś czyjejś opiece, dać coś komuś w zaufaniu do dyspozycji, na przechowanie (powierzyć komuś swoje dziecko, swój los, powierzyć pamiątki rodzinne); ujawnić, wyznać coś w zaufaniu (powierzyć komuś tajemnicę).
W doktrynie prawa karnego, zwłaszcza w kontekście art. 284 § 2 Kodeksu karnego, przyjmuje się, że powierzenie rzeczy ruchomej polega na przekazaniu władztwa nad rzeczą z zastrzeżeniem jej zwrotu właścicielowi. Powierzenie oznacza więc przeniesienie władztwa nad rzeczą z uprawnionego na jej odbiorcę bez prawa rozporządzania nią jak swoją własnością, z jednoczesnym konkretnym oznaczeniem sposobu jego wykonywania przez osobę, której rzecz jest powierzona. Prawo o ruchu drogowym nie zawiera własnej, odmiennej definicji pojęcia „powierzyć”, co przesądza, że należy rozumieć je tak, jak czynią to językoznawcy i przedstawiciele nauki prawa karnego. Innymi słowy, powierzenie komukolwiek czegokolwiek wymaga czynnego zachowania osoby powierzającej, skierowanego do konkretnej osoby. W przypadku art. 78 ust. 4 ustawodawca dodatkowo wymaga, by powierzenie nie było abstrakcyjne, ale miało dotyczyć, zakresowo, kierowania lub używania pojazdu. Z przepisu wynika, że albo właściciele pojazdów w Polsce nimi w ogóle nie jeżdżą, tylko powierzają innym osobom, albo prawodawca zamierzał penalizować wykroczenia drogowe popełniane wyłącznie przez innych niż właściciele pojazdów kierujących, bo zgodnie ze słownikami języka polskiego nie można powierzyć swojej własności samemu sobie. Dlatego przepis ten wydaje się nielogiczny i niekonstytucyjny.
Po zwrocie „chyba że” regulacja art. 78 ust. 4 zawiera frazę „pojazd został użyty wbrew jego woli i wiedzy przez nieznana osobę”. Spójnik zestawiony „chyba że” niewątpliwie dotyczy wyjątku od reguły, a więc należy się liczyć z jakimś wyłączeniem sytuacji, ale tylko w przypadku powierzenia pojazdu, które musi być czynnością świadomą. Czy tak jest rzeczywiście? Jeśli pojazd został użyty wbrew woli właściciela, to nie ma on żadnego wpływu na los swego mienia. Sposób posługiwania się pojazdem wynika z woli chwilowego dysponenta i odbywa się niezależnie od woli, a nawet bez wiedzy właściciela. Brak aktywności ze strony właściciela pojazdu w chwili, gdy ktoś inny uzyskuje władztwo nad tym pojazdem, w żadnym wypadku nie można uznać za „powierzenie” pojazdu przez właściciela. Obie części analizowanego przepisu normują sytuacje całkowicie odmienne, logicznie rzecz biorąc – zakresowo się wykluczające, więc użycie wyrazów „chyba że” jest błędne. W żadnym wypadku nie można suponować krzyżowania się zakresów tychże sytuacji, co wyklucza prawdziwość twierdzenia, że druga część omawianego przepisu ogranicza zakres stosowania części pierwszej. Według cytowanego już słownika, spójnik „chyba że” oznacza wyjątek, ograniczenie albo przeciwstawienie w stosunku do czegoś (zob. np. Słownik języka polskiego, red. M. Szymczak, t. I, s. 269, Warszawa 1999, podobnie: Nowy słownik interpunkcyjny języka polskiego z zasadami przestankowania, J. Podracki, Warszawa 2005). Tym samym fraza „chyba że pojazd został użyty wbrew jego woli i wiedzy przez nieznaną osobę” może być uznany jedynie za pozorne ograniczenie katalogu sytuacji, w których właściciel pojazdu ma obowiązek wskazać uprawnionemu organowi, kto kierował pojazdem w oznaczonym czasie; nie jest żadnym ograniczeniem rzeczywistym. Jeżeli pojazd został użyty wbrew woli i wiedzy jego właściciela i przez nieznaną mu osobę, ten właściciel nie ponosi odpowiedzialności określonej w art. 96 k.w. nie dlatego, że ustawodawca rzekomo ograniczył obowiązek określony w art. 78 ust. 4 Prawa o ruchu drogowym, ale dlatego, że obowiązek ten w ogóle nie zaistniał, skoro właściciel nikomu pojazdu nie powierzył, a tym bardziej nie powierzył go nikomu do kierowania czy używania. W takim wypadku właściciel pojazdu, nie wskazując, komu powierzył pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie, nie zachowuje się, jak wymaga art. 96 k.w., „wbrew obowiązkowi”. W tej sytuacji godne rozważenia jest, czy sformułowanie „chyba że pojazd został użyty wbrew jego woli i wiedzy przez nieznaną osobę” jest jedynie wynikiem błędu logicznego i jako zbędne (typowe superfluum, poważna niezgodność prakseologiczna) powinno być usunięte z systemu prawa w ramach postępowania legislacyjnego, czy też, w związku z domniemaniem racjonalności ustawodawcy, może mieć znaczenie prawne i rodzić określone skutki prawne dla właściciela.
W korespondencji nadsyłanej przez straże miejskie i gminne do właścicieli pojazdów sugeruje się, że z obowiązku tego są zwolnieni jedynie właściciele pojazdów, którym je skradziono. Rodzi się jednak pytanie, czy kończące regulację art. 78 ust. 4 Prawa o ruchu drogowym sformułowanie „czemu nie mógł zapobiec” nie oznacza, że właściciel z woli ustawodawcy, może uchylić się od obowiązku wskazania konkretnego złodzieja jedynie wówczas, kiedy prawidłowo zabezpieczył pojazd przed kradzieżą. Poza tym kto ma decydować, czy pojazd był prawidłowo zabezpieczony. Co więcej, rodzi się wątpliwość, czy takie wskazanie złodzieja, pozostającego osobą nieznaną dla właściciela byłoby w ogóle możliwe. Tym samym w przypadku, gdy kradzieży lub zaboru pojazdu w celu krótkotrwałego użycia dokonano w sytuacji, gdy pojazd nie był wystarczająco skutecznie zabezpieczony przed taką kradzieżą lub zaborem (a właściwe zabezpieczenie powodowałoby sytuację, że kradzieży można byłoby uniknąć), a osoba dokonująca kradzieży lub zaboru nie była znana właścicielowi pojazdu, wywiązanie się przez tegoż właściciela z nałożonego obowiązku jest po prostu niemożliwe, chyba że właściciel pojazdu wyręczy organy ścigania w obowiązku wykrycia sprawcy przestępstwa. Tym samym nie jest możliwa obrona przed nałożeniem kary, na podstawie art. 96 § 3 Kodeksu wykroczeń, na właściciela pojazdu. W tym kontekście regulację należy uznać za pułapkę zastawioną przez ustawodawcę na obywatela. Nie można skazywać obywatela na żadną karę na podstawie tak wątpliwych przepisów, przypominam, że co do ich sprzeczności z Konstytucją RP pewność ma nawet Prokurator Generalny.
naruszenie innych zasad
Warto jeszcze w uzasadnieniu apelacji zwrócić uwagę na stosunek sądu do mnie jako obwinionego. W pierwszym wezwaniu grożono mi przymusowym doprowadzeniem do sądu, co jest skandaliczne i sprzeczne z orzecznictwem oraz stanowiskiem doktryny. Zaznaczam, chodzi nie o pouczenie o takiej możliwości, tylko wprost wyartykułowanie tej karalnej groźby. Niewątpliwie narusza to konstytucyjną zasadę proporcjonalności w przypadku podejrzenia dopuszczenia się czynu stypizowanego w art. 96 § 3 Kodeksu wykroczeń. Nie powinno być przyzwolenia na takie traktowanie obywateli przez sąd. Warto byłoby w tym miejscu przytoczyć bogate orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego odnoszące się do zasady proporcjonalności w prawie karnym, ale nie tylko. Chociażby w sprawie o sygn. akt K 34/06 dotyczącej przymusowego doprowadzenia (w postępowaniu karnym, a nie w postępowaniu wykroczeniowym, które ze swej istoty powinno mieć łagodniejsze rygory) TK orzekł, że ograniczenie czy też pozbawienie wolności osobistej następuje w celu zagwarantowania bezpieczeństwa oraz porządku publicznego. W sprawie o sygn. akt Kp 1/05 Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że „…chodzi tu o środki niezbędne, w tym sensie, że chronić będą określone wartości w sposób, bądź w stopniu, który nie mógł być osiągnięty przy zastosowaniu innych środków. Niezbędność to również skorzystanie ze środków jak najmniej uciążliwych dla podmiotów, których prawa lub wolności ulegną ograniczeniu”. Nie chodzi mi o pouczenie o możliwości przymusowego doprowadzenia, tylko o sformułowaną wcześniej realną groźbą jego dokonania. Jak widać, sądowi obce jest nauczanie twórcy Kodeksu wykroczeń prof. Arnolda Gubińskiego, który w czasach dyktatury komunistycznej podkreślał, że podejmowane przez władze publiczne środki powinny być w proporcji do wykroczenia, adekwatne do czynu i nie mogę być dla ewentualnego sprawcy zbyt uciążliwe.
Przez wiele miesięcy SR ograniczał moją wolność, bo nakazał informowanie o każdorazowej zmianie miejsca pobytu trwającej ponad tydzień, więc nie mogłem skorzystać z przysługującego mi konstytucyjnego prawa do wypoczynku. Mam w zwyczaju wyjeżdżać na 2-tygodniową włóczęgę po kraju, więc nie mogłem spędzić wolnego czasu tak jak lubię. W tym zakresie SR również nie postępował zgodnie z konstytucyjną zasadą proporcjonalności.
O stosunku Sądu do mnie jako obwinionego może również świadczyć fakt, że dwukrotnie rozprawa spadała z wokandy. Dnia 28 sierpnia nie odbyła się z nieznanych mi przyczyn, ale zakładam, że były one ważne i uzasadnione. Za skandaliczne można uznać wyznaczenie terminu kolejnej rozprawy na dzień 27 października 2015 r., ponad 30 godzin po zakończeniu wyborów parlamentarnych. Termin ten wyznaczyła sędzia Tamara Majdalani, mimo że jest jednocześnie członkiem Okręgowej Komisji Wyborczej nr 1 w Warszawie i z góry wiadomo było, że w tym czasie będzie miała inne ważne zajęcia, zwłaszcza że do tej komisji wyborczej spływają głosy uprawnionych wyborców z całego świata. W trakcie ostatniej rozprawy byłem proszony o wyjaśnienie, co oznacza zasada nemo tenetur se ipsum accusare, na którą się powoływałem. Nie mam w zwyczaju mówić czegoś, czego nie rozumiem, a co w tym pytaniu imputował mi Sąd. Ponadto zostałem upomniany za użycie pod adresem tzw. oskarżyciela publicznego słów Wielkiego Klasyka: „ani me, ani be, ani kukuryku” i to przez SR, który kiedyś wydał kuriozalne postanowienie, sprowadzające się do tego, że używanie przez funkcjonariusza publicznego na służbie do obywatela słów „ty pedale”, „ty cioto”, nie jest obraźliwe. Z takiego dorobku orzeczniczego sławna jest sędzia Tamara Majdalani. Co więcej, gdy referowałem moje argumenty dotyczące stanowiska SN w sprawie niedopuszczalności przyjmowania wniosków ze straży gminnych, byłem zapytany, czy znane było mi również stanowisko odmienne. Oczywiście znane były mi nikogo nie wiążące stanowiska odmienne, ale co by powiedział Sąd, gdybym to ja się powoływał nie na orzecznictwo TK i SN, tylko opinie w tabloidach a nawet wypowiedzi glosatorów? Odpowiedź byłaby taka, że Sądu nie interesują wypowiedzi prasowe, tylko stanowisko judykatury. Ja w całym postępowaniu powoływałem się na obowiązujące prawo, oficjalne dokumenty urzędowe i orzecznictwo sądowe. Podważa to tezę z uzasadnienia wyroku, że kara skłoni mnie „do refleksji nad przywiązywaniem się do własnych opinii i ocen”. Nic bardziej mylnego, ja wyłącznie powołuję się na opinie i oceny Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i innych sądów, Prokuratora Generalnego, Rzecznika Praw Obywatelskich i innych organów.
Jak najgorzej o Straży Miejskiej w Warszawie mogą świadczyć następujące fakty:
zlekceważenie mojego pisma, w którym żądałem podania podstaw prawnych działania straży w tej sprawie, co miało istotne znaczenie w kształtowaniu mojej linii obrony; z uwagi na brak odpowiedzi straż naruszyła przepisy k.p.a oraz konstytucyjną zasadę legalizmu; może sama nie wie, na podstawie jakich przepisów działa, a przecież każdy organ władzy publicznej żądający czegoś od obywatela musi powołać się na konkretne przepisy (w tym wypadku przynajmniej ustawy o strażach gminnych oraz ustawy – Prawo o ruchu drogowym);
zastawienie na mnie w listopadzie 2014 r. pułapki w postaci pisma, w którym grożono, że jeśli nie poinformuję, komu powierzyłem pojazd, to sprawę skierują do Policji, na co liczyłem, a zamiast tego skierowali do sądu, co sprawia, że wiarygodność wszelkich wniosków straży jest zerowa;
skupianie się straży jedynie na jednym ustawowym obowiązku i pomijanie innych, jak chociażby ochrona obiektów użyteczności publicznej, co w dobie zagrożenia terrorystycznego jest zdumiewające i co już przyniosło opłakane skutki w postaci spalonego Mostu Łazienkowskiego, za co żaden strażnik nie poniósł konsekwencji karnych;
łamanie Prawa o ruchu drogowym przez szefa tej formacji, o czym informowały środki masowego przekazu oraz przez innych funkcjonariuszy, np. grzejących się w samochodach na postoju, czego ja sobie nie życzę albo lekceważący znaki drogowe (np. dysponuję dowodem jak samochód straży o nr rejestracyjnym WI 6616C w dniu 23 czerwca 2015 r. około godz. 16.05 wjeżdżał z lewego pasa, mimo nakazu skrętu w lewo, prosto w ul. Nowy Świat, kpiąc w ten sposób z kierowców, którzy przez wiele miesięcy tkwili w tym miejscu w gigantycznych korkach z uwagi na wypalenie Mostu Łazienkowskiego, co było m.in. spowodowane indolencją SM w Warszawie);
odstępowanie z nieznanych przyczyn od sporządzania wniosków do sądu o ukaranie wobec domniemanych sprawców znacznie poważniejszych wykroczeń drogowych, którzy znani mi są z imienia i nazwiska, co narusza zasadę równości;
próba ukarania mnie, mimo że kierujący moim samochodem nie popełnił żadnego wykroczenia, a strażnik nie dopełnił obowiązków służbowych i —mówiąc obrazowo — było to tak, jakby chciał ukarać kierowcę autobusu, który zatrzymał się na chwilę, by wypuścić pasażerów poza zatoką autobusową, bo zatoka była zastawiona parkującymi w niedozwolonym miejscu innymi samochodami, ale z wygodnictwa skupił się tylko na autobusie.
Z każdego wyroku sądowego musi wypływać jakieś przesłanie do obywateli i różnych organów władzy. To wynika z edukacyjnej i wychowawczej funkcji prawa, na którą zawsze zwracałem dużą uwagę. Z kwestionowanego wyroku SR wynika takie to przesłanie, że od obywateli trzeba wymagać skrupulatnej znajomości przepisów, na poziomie przewyższającym znajomość ich przez sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a od funkcjonariuszy straży gminnych niczego nie trzeba wymagać, bo przecież zawsze mają rację, nie mogą się mylić, a jak jednak nie mają racji, to od czego są sądy, jak nie od ochrony ich interesów. W sporze obywatela z funkcjonariuszami publicznymi zbyt często sędziowie kierują się zasadą bardzo źle pojętej solidarności zawodowej, a nie literą prawa i jego aksjologią. Do takiej opinii na tle sprawy upoważniają mnie decyzje procesowe SR, który oddalał w czasie rozpraw wszystkie moje wnioski, a zostały one tak sformułowane, że oddalenie jednego zgodnie z elementarnymi zasadami logiki formalnej musiało prowadzić do przyjęcia innego. W ten sposób SR doprowadza do anomii, a więc rozchwiania systemu aksjonormatywnego Rzeczypospolitej Polskiej. W efekcie wzmacnia się wśród strażników poczucie wyższości i bezkarności. Złożony współczesny świat zobowiązuje sędziów do holistycznego spojrzenia na każdą sprawę, do wędrówek interdyscyplinarnych po różnych gałęziach prawa, dla których klamrą spinająca jest prawo konstytucyjne i acquis communautaire. W tej sprawie zabrakło takiej refleksji. Dlatego wnoszę jak na wstępie.
24 marca 2017 o 11:32
Sędzio Żurek, co ty na to, czy to tylko jednostkowy przypadek tak jak twoje alimenty?
22 marca 2017 o 10:19
A pisałem kiedyś, że na rozprawę nalaży przyjść z tortem. Widok tortu gotowego do konsumpcji uspakaja każdego sędziego.
17 marca 2017 o 19:29
Zapisać imię, nazwisko, adres w kajeciku i czekać na „Dzień Gniewu Ludu”…
Czyli kolejny bandyta z orłem na czarnej piersi ?31