Source: http://adwokat-domek.pl/blog
Timestamp: 2018-04-22 23:30:33+00:00
Document Index: 17636780

Matched Legal Cases: ['art. 135', 'art. 4', 'art. 94', 'art. 95', 'art. 94', 'art. 136', 'art. 135', 'art. 180', 'art. 4', 'art. 4', 'art. 3', 'art. 155', 'art. 155', 'art. 387', 'Art. 898', 'art. 129', 'art. 448', 'art. 23']

Blog · Adwokat Szymon Domek · Bydgoszcz
Blog Adwokat Bydgoszcz
Jak uratować prawo jazdy po 18 maja? ( 24-05-2015 )
18 maja 2015r. weszła w życie nowelizacja ustawy - Prawo o ruchu drogowym. Wśród wielu zmian jedna jest szczególnie istotna. Mianowicie, wprowadzono przepis, na podstawie którego policja odbierze prawo jazdy na okres 3 miesięcy w razie przekroczenia prędkości w terenie zabudowanym o 50km/h. Oczywiście, jak często w tego typu przypadkach, pojawiają się pomysły żeby rygorystycznych konsekwencji uniknąć. Najciekawszy wydaje się pomysł, żeby wyrobić sobie...międzynarodowe prawo jazdy. Na czym polega istota pomysłu? Przepis art. 135 ust. 1 pkt 1a) ppkt a) ustawy Prawo o ruchu drogowym stanowi, że Policjant zatrzyma prawo jazdy za pokwitowanie w przypadku stwierdzeniu czynu polegającego na przekroczeniu w terenie zabudowanym prędkości o co najmniej 50km/h. Jednocześnie art. 4 ustawy o kierujących pojazdami mówi, że dokumentem stwierdzającym posiadanie uprawnień do kierowania pojazdów jest: prawo, jazdy, pozwolenie wojskowe i międzynarodowe prawo jazdy. Czy w związku z powyższym posiadanie międzynarodowego prawa jazdy chroni nas przed konsekwencjami przekroczenia prędkości o 50km/h? Teoretycznie tak. Przepis ustawy Prawo o ruchu drogowym mówi wyraźnie o odebraniu prawa jazdy, zaś z ustawy o kierujących pojazdami wynika, że prawo jazdy i międzynarodowe prawo jazdy to dwa różne dokumenty, przy czym oba pojęcia nie są używane zamiennie. Należy zastanowić się nad konsekwencjami prowadzenia pojazdu po odebraniu prawa jazdy przez policjanta. Wskazać należy tu na art. 94 i 95 Kodeksu wykroczeń. Pierwszy z przepisów stanowi o prowadzeniu pojazdu bez stosownych uprawnień, drugi o prowadzeniu pojazdu bez wymaganego dokumentu. Na jakie konsekwencje naraża się zatem kierujący pojazdem, mimo zatrzymania prawa jazdy? Po pierwsze, zatrzymanie prawa jazdy nie oznacza zakazu prowadzenia pojazdów. Ten orzeczony może być tylko przez Sąd i w razie takiego orzeczenia (po jego uprawomocnieniu się) prowadzenie pojazdów stanowi przestępstwo. Osoba, której zatrzymano prawo jazdy, a prowadząca pojazd na podstawie międzynarodowego prawa jazdy w mojej ocenie nie popełni wykroczenia z art. 95 k.w. - posiada przecież wymagany dokument. Czy jednak nadal posiada uprawnienia? Różne jest tutaj zdanie różnych Sądów. Przykładowo, w wyroku z dnia 4 grudnia 2009r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że brak fizycznego odebrania dokumentu prawa jazdy pozostaje bez wpływu na możliwość wydania decyzji w przedmiocie zatrzymania prawa jazdy. Z kolei w wyroku z dnia 25 lipca 2007r. (II Waz 87/07) jeden z Sądów Okręgowych wskazał, że „Cofnięcie w trybie administracyjnym prawa jazdy wydanego przez właściwy organ Rzeczypospolitej Polskiej (z powodu przekroczenia limitu punktów karnych) nie pozbawia kierowcę możliwości kierowania pojazdami w oparciu o ważny dokument wydany przez inne państwo Unii Europejskiej. Kierowca korzystający z takiego dokumentu nie popełnia wykroczenia z art. 94 § 1 KW”. Iskrę nadziei nieco gasi, moim zdaniem, treść przepisu art. 136 ust. 1a ustawy Prawo o ruchu drogowym, który stanowi o zatrzymaniu prawa jazdy wydanego przez państwo obce. Przepis ten wskazywałby, że pojęcie prawa jazdy, o którym mowa w art. 135 ustawy Prawo o ruchu drogowym nie musi mieć tego samego znaczenia, co pojęcie prawa jazdy, o którym mowa w ustawie o kierujących pojazdami. Tak jednak nie jest. Ustawa o kierujących pojazdami nie różnicuje bowiem tego, kto wydał prawo jazdy, a oczywistym jest, że prawo jazdy wydane np. w Niemczech uprawnia do prowadzenia pojazdów w Polsce. Skoro zatem ustawa stanowi o dwóch różnych dokumentach uprawniających do prowadzenia pojazdów (de facto trzech), a o zatrzymaniu tylko jednego z nich, to logicznie rzecz ujmując posiadanie międzynarodowego prawa jazdy mogłoby nam zapewnić spokojny sen. Mogłoby, tyle że argumentacja taka będzie się spotykać z niesłabnącym oporem wszelkich możliwych urzędów i pewnie także Sądów. W związku z tym warto pamiętać o jeszcze jednej bardzo ważnej kwestii. Mianowicie, od 18 maja 2015r. prowadzenie pojazdu mimo decyzji o cofnięciu uprawnień stanowi przestępstwo (art. 180a Kodeksu karnego). Istnieje zatem duże ryzyko, że negatywny wynik postępowania administracyjnego może nas narazić na odpowiedzialność karną. Oczywiście poniesiemy ją tylko wówczas, gdy decyzja uprawnionego organu będzie ostateczna, a może się zdarzyć, że nie stanie się to w trakcie 3 miesięcy od zatrzymania prawa jazdy przez policję. Dlatego też warto pamiętać, że rozwiązania opisane w tym wpisie można próbować zastosować tylko w ostateczności, w żadnym zaś wypadku nie podejmować ryzykownych zachowań w przeświadczeniu, że uda się uniknąć konsekwencji, bo te mogą być i nieuniknione i opłakane w skutkach.
Dla kogo ustawa deweloperska? ( 13-10-2014 )
Od braku dobrego prawa gorsze jest chyba tylko dobre prawo, którego nikt nie stosuje. Pomijamy oczywiście złe prawo, zjawiskom powszechnym nie trzeba poświęcać więcej uwagi niż to konieczne, a już analizowanie ich może być wręcz fatalne w skutkach dla naszego dobrego samopoczucia.
Wobec coraz częstszych kłopotów nabywców mieszkań z nieuczciwymi, a czasem nieudolnymi firmami deweloperskimi Ustawodawca pochylił się nad konsumentem i w drodze tzw. ustawy deweloperskiej dał mu narzędzia pozwalające inwestować spłacany ciężką pracą kredyt bez ryzyka utraty środków. Niestety dla konsumenta Deweloperzy otrzymali w tej samej ustawie narzędzie pozwalające im pro-konsumenckich rozwiązań nie stosować, o czym konsument zazwyczaj nie wie, jako że nie ma w zwyczaju czytać dokładnie umów, a jeśli już to sam zapis, że art. 4 ustawy deweloperskiej nie stosuje się niewiele mu mówi. Z jednej bowiem strony nie stosuje się bliżej nieznanego art. 4, z drugiej jednak we wszelkich mediach pojawiały się informacje, że odtąd konsument jest bezpieczny, a skoro konsument wie, że może czuć się bezpieczny, to tym bardziej umowy nie czyta.
Ustawa deweloperska co prawda nakazała stosowanie różnego rodzaju gwarancji i zabezpieczeń, jednak nie dotyczy to przedsięwzięć, w odniesieniu do których sprzedaż rozpoczęła się przed dniem wejścia w życie ustawy. Sama ustawa pochodzi z roku 2011r. więc problem wydawać by się mógł przebrzmiały, a jednak przedsięwzięcia, co których „sprzedaż nastąpiła” przed dniem wejścia w życie wciąż pozostają nierzadko nieukończone, co problem ten aktualizuje. Co bowiem oznacza „rozpoczęcie sprzedaży” Ustawodawca wytłumaczył dość lakonicznie. Na tyle, że Deweloperzy mogą dość swobodnie pojęcie to interpretować, w sposób jak najbardziej korzystny dla siebie, co oczywiste.
Pojęcie to zostało w ustawie deweloperskiej zdefiniowane w art. 3 pkt. 10), który stanowi, że rozpoczęcie sprzedaży to podanie do publicznej wiadomości informacji na temat rozpoczęcia procesu oferowania lokali mieszkalnych w ramach określonego przedsięwzięcia deweloperskiego.
Firmy deweloperskie, jak wskazuje praktyka, dokonują wykładni pojęcia rozpoczęcia sprzedaży, zgodnie z którą sprzedaż uważa się za rozpoczętą z chwila publikacji informacji o tym, że dany deweloper będzie sprzedawał lokale mieszkalne w danej lokalizacji. Co za tym idzie, wszystkie przedsięwzięcia deweloperskie, o których poinformowano przed dniem wejścia w życie ustawy zwolnione z obowiązku ustanowienia środków ochrony.
Powyższą wykładnię uznać należy za nieprawidłową i, co więcej, niezgodną z poglądami wyrażanymi w doktrynie.
Należy opowiedzieć się za takim rozumieniem omawianego pojęcia, zgodnie z którym o rozpoczęciu sprzedaży można mówić gdy łącznie spełnione są następujące warunki:
1) deweloper opublikował informację skierowaną do bliżej nieokreślonego kręgu odbiorców w przedmiocie oferowania lokali do sprzedaży, 2) deweloper posiadał już projekt architektoniczno-budowlany, 3) wydana została decyzja o pozwoleniu na budowę i była ona ostateczna.
Pogląd, zgodnie z którym wystarczające jest spełnienie warunku z pkt. 1) opiera się na dosłownym brzmieniu przepisu zawierającego definicję rozpoczęcia sprzedaży.
Konieczność spełnienia dalszych warunków, o których mowa w pkt. 2) i 3) wynika z tego, że nie można oferować (nawet jeśli rozpoczęcie sprzedaży jest uznawane za zaproszenie do negocjacji, nie zaś za ofertę w rozumieniu Kodeksu cywilnego) lokalu, który nie istnieje jeszcze nawet w sferze projektu i co do którego nie jest wiadome, czy w ogóle będzie on mógł być wybudowany.
Rozstrzygając kwestię tego, czy doszło do rozpoczęcia sprzedaży, należy wskazać na jeszcze jeden argument przemawiający za tym, że o rozpoczęciu sprzedaży nie można mówić przed powstaniem projektu architektoniczno-budowlanego i przed uzyskaniem ostatecznego pozwolenia na budowę.
Mianowicie, jakkolwiek umowa z deweloperem jest umową określoną, zdefiniowaną i uregulowaną w ustawie, to jednak nie można zapomnieć, że jest to ciągle umowa sprzedaży (przedwstępna). W przypadku, w którym deweloper dokonuje rozpoczęcia sprzedaży w istocie mamy do czynienia ze sprzedażą rzeczy przyszłej, a więc zastosowanie znajdzie przepis art. 155 § 2 Kodeksu cywilnego. Przepis ten stanowi, że jeśli przedmiotem umowy zobowiązującej do przeniesienia własności są rzeczy oznaczone tylko co do gatunku lub rzeczy przyszłe (art. 155 § 2 zd. 2 k.c.) do przeniesienia własności konieczne jest przeniesienie posiadania; co za tym idzie i co wprost wynika z przepisu, w zakresie rzeczy przyszłych – nie ma możliwości ich sprzedaży, a istnieje jedynie możliwość zobowiązania się do przeniesienia ich własności, czyli możliwość zawarcia umowy przedwstępnej sprzedaży.
Instytucja umowy przedwstępnej uregulowana jest w przepisie art. 387 § 2 k.c., który stanowi, że umowa przedwstępna musi zawierać istotne elementy umowy przyrzeczonej.
Reasumując, sama informacja, że deweloper będzie sprzedawał lokale w danej lokalizacji jest niewystarczająca, jako że nie można mówić o rozpoczęciu sprzedaży tak długo, jak długo sprzedaż ta jest niemożliwa. Deweloper nie może powoływać się na to, że rozpoczął sprzedaż w danym dniu skoro w dacie tej nie mógłby zawrzeć żadnej umowy sprzedaży.
Jeśli nabywca decyduje się kupić określoną rzecz, która jeszcze nie istnieje, to oczywiste jest, że musi mieć wiedzę, co do tego, jaka to jest rzecz. Można zatem nabyć określony model samochodu, który nie zjechał jeszcze z taśm produkcyjnych, ale samochodu X, który jeździ na wodę i który fabryka być może kiedyś wyprodukuje już nie.
Do rozstrzygnięcia pozostaje wobec powyższego, w jaki sposób konsument może chronić się w sytuacji, w której ochrony tej mu nie udzielono?
Martwe prawo ( 09-03-2014 )
Są takie przepisy, z których nie warto korzystać. Przepisy, którym można co najwyżej postawić świeczkę. Ktoś je kiedyś wymyślił, skonstruował, zredagował, później uchwalił i wszystko byłoby w porządku gdyby ktoś je jeszcze później stosował.
Na szczęście nie ma ich dużo. Wśród nich jest jednak jeden, który wzbudza od lat kontrowersje. Art. 898 Kodeksu cywilnego regulujący tzw. odwołanie darowizny.
Jedną z naczelnych zasad prawa cywilnego, czy nawet szerzej, prawa prywatnego jest ta, która mówi, że umów należy dotrzymywać. Darowizna, mimo że wydaje się działaniem jednostronnym jest umową, typową, z dwiema stronami, z których każda musi podjąć określane działania.
Darowizna, jak każda umowa może zostać „rozwiązana”, co w tym przypadku ma miejsce w drodze jej „odwołania”. O ile jednak w przypadku innych umów, co do zasady, do rozwiązania wystarczające jest to, że jedna ze stron wykonuje ją niewłaściwie, o tyle w przypadku darowizny obdarowany musi wykazać się „rażącą niewdzięcznością”. Nie jest to tożsame z niewłaściwym wykonaniem darowizny, jako że żaden przepis nie nakłada na obdarowanego obowiązków. Mamy do czynienia z pewnym paradoksem, przepisy Kodeksu cywilnego pozwalają odwołać darowiznę w przypadku niewdzięczności, mimo że żaden przepis nie nakłada na obdarowanego obowiązku wdzięczności. Nie jest zatem „rażąca niewdzięczność” niewykonywaniem określonego obowiązku, bo obowiązek taki w sensie jurydycznym nie istnieje. Niekiedy wskazuje się na obowiązek wdzięczności wobec darczyńcy, jednak każdorazowo jest to „obowiązek moralny”, a więc nieuregulowany prawnie.
Paradoks ten został w pewnym stopniu rozwiązany przez ustawodawcę, który stwierdził, że niewdzięczność może stanowić podstawę odwołania darowizny o ile jest ona rażąca. Mówiąc wprost: obdarowany nie ma prawnego obowiązku wdzięczności wobec darczyńcy, ale jeśli jego niewdzięczność stanie się rażąca, to przypomnimy sobie, że jednak pewien obowiązek wdzięczności istnieje.
Tym samym warunek „rażącej” niewdzięczności staje się z jednej strony buforem bezpieczeństwa przed przepisami, które nie do końca zdają się reagować na relacje międzyludzkie zachodzące w społeczeństwie, a z drugiej strony de facto uniemożliwiają odwołanie darowizny.
Kilka dni temu w Rzeczpospolitej przeczytałem, że niewierność jednego z małżonków może być uznana za rażącą niewdzięczność. To bardzo ciekawe rozstrzygnięcie biorąc pod uwagę orzecznictwo sądów niższych instancji. Czyżby zatem judykatura starała się zrewidować swoje, delikatnie mówiąc, zbyt rygorystyczne podejście do wykładni pojęcia „rażąca”? Miejmy nadzieję, że tak, a przyjmowanie spraw o tzw. odwołanie darowizny zacznie mieć sens.
O POTĘDZE DAWNEGO PIŚMIENNICTWA, CZYLI O TYM, KIEDY DOKTRYNA ZACZĘŁA ODTWARZAĆ ( 25-01-2014 )
Telefon zadzwonił w piątek popołudniu. Przygotowywałem się do spokojnego weekendu, akta spraw, które miałem przygotować na przyszły tydzień szczelnie wypełniły moją teczkę, ostatni segregator leżał równo ułożony na biurku, czekając na podróż do domowej kancelarii.
Klient pokrótce przedstawił sprawę, jak zwykle dość nietypową, wymykającą się prostym schematom książkowych wzorów pism. Zaznaczam, uważam wszelkie wzory za zło, korzystanie z nich piętnuję, ludzi, którzy je publikują w internecie odsądzałbym od czci i wiary na pierwszej stronie sobotniego Faktu.
Tego typu sprawy zdają się jednak być powoli moją specjalnością więc ze spokojem wypakowałem laptopa, mały przyrząd wpinany do USB ponownie połączył mnie ze światem zewnętrznym. Rozpocząłem poszukiwania.
Już wstępna analiza dostępnych artykułów pozwoliła mi zrozumieć, że system informacji prawnej o niczym mnie nie poinformuje. Podszedłem do regału z książkami. Z racji tego, że sprawa dotyczyła postępowania egzekucyjnego moją uwagę przykuła książka „Postępowanie zabezpieczające i egzekucyjne”. To teoretycznie dobry trop, pomyślałem, bezpodstawnie – jak się okazało – sądząc, że książka będzie omawiać zagadnienia związane z egzekucją.
Wertowałem kolejne strony w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nie szukałem gotowych wzorców, szukałem wskazówek, informacji, którą będę mógł „przetworzyć”, strumienia wiedzy, który zamknę w zgrabnej formule stosownego wniosku. Na próżno.
Zamiast uzyskać wiedzę, która wykraczałaby choć minimalnie poza brzmienie przepisów, uzyskałem wiadomości o tym, jak wygląda postępowanie egzekucyjne...w Niemczech.
Przez pół roku studiowałem w Niemczech, nie raz marzyłem o polskim opracowaniu dotyczącym tamtejszego systemu prawnego. Wyszukiwałem w wyszukiwarce hasła „niemieckie prawo cywilne księgarnia”. Nie znajdowałem nic. Wielka szkoda, że nie wiedziałem wówczas, że informacje takie znajdę w monografiach na temat polskiego systemu prawnego. Teraz jednak szukałem konkretnej wiedzy na temat polskiego postępowania egzekucyjnego. Bezowocnie.
Po chwili moją uwagę przykuł stary komentarz do Kodeksu postępowania cywilnego. Chwila zawahania, przecież wertowałem aktualne komentarze, przepisy dotyczące egzekucji uległy istotnym zmianom... Rzeczywiście, ale lektura tego komentarza po raz kolejny uświadomiła mi jedną rzecz, a mianowicie, że kilkadziesiąt lat temu komentarze pisano dla praktyków, a więc dla osób, które znają przepisy, nie powtarzano treści tych przepisów, zwracano uwagę na niuanse, otwierano przed czytelnikiem nowe możliwości, rozszerzano jego horyzont, pozwalano mu – po uzyskaniu koniecznej wiedzy – stosować rozwiązania, na które pozwalało prawo.
Przede wszystkim jednak czytelnik miał świadomość, że książka (bez znaczenia, czy monografia, czy też komentarz) jest efektem pracy twórczej, a nie jedynie zbiorem tez z orzecznictwa.
Podam przykład, komentarz do art. 129 k.p.c.:
Teza 1: Strona wnosząca pismo do sądu może w piśmie tym powołać się na dokument prywatny lub urzędowy. Strona, wnosząc takie pismo, nie ma obowiązku złożenia do sądu takiego dokumentu.
Teza 4: Strona powołująca się w piśmie na dokument jest zobowiązana do złożenia w takim wypadku oryginału takiego dokumentu. Strona będzie zwolniona z takiego obowiązku tylko wówczas, gdy ustawodawca wyraźnie zezwolił na jego zstąpienie jego odpisem.
Dostrzegam sprzeczność, ale rozumiem, że orzecznictwo w zakresie tego zagadnienia nie jest jednolite. Skoro jednak czytam komentarz autorstwa dr. hab., to chciałbym znać jego/jej zdanie na ten temat. Na próżno.
Jeden z moich profesorów na studiach mówił (w odniesieniu do literatury prawniczej), że „w czasach komuny brakowało papieru i drukowano tylko rzeczy wartościowe. Teraz papieru jest dość, żeby drukować wszystko”. Niestety, miał rację. Mogę tylko życzyć sobie, żeby przepisy prawa nie ulegały gwałtownym zmianom. Pytanie, co jest lepsze: niedoskonały przepis z doskonałym komentarzem i dającym do myślenia orzecznictwem, czy „doskonały” przepis, którego nikt nie jest w stanie przyzwoicie skomentować pozostawiam otwarte...
Za krzywdę najmniejszą! ( 27-11-2013 )
W związku z faktem, że jest to pierwszy wpis na blogu, na wstępie chciałbym wyjaśnić jedną, niezwykle istotną kwestię. Niniejszy tekst jest opinią ogólną, dotyczącą problemu in extenso, nie wyraża on mojego poglądu w każdej podobnej sprawie, zwłaszcza sądowej. Z uwagi na to, kiedy tylko usłyszę, względnie przeczytam „a przecież wtedy, a wtedy na swym blogu napisał pan mecenasie, że...” wpierw pokłonie się interlokutorowi i podziękuję za uwagę poświęconą mojemu blogowi, a następnie udowodnię, że tekstu tego nie zrozumiał.
Pisanie bloga będąc adwokatem jest zadaniem dość trudnym, wręcz karkołomnym, podobnie, jak pisanie artykułów dla tzw. pism fachowych. Każdy prawnik ma, a jeśli nie ma to może wyrobić sobie pogląd na każdy określony (prawniczy) temat. Nie oznacza to jednak, że nie może on bronić poglądu przeciwnego jeśli wymaga tego sprawa. Taka to specyfika pracy, w której występujemy nie w swoim imieniu, lecz w imieniu Klienta. W związku z powyższym będę robił wszystko, by tematy poruszane na niniejszym Blogu zostały potraktowane, jak najbardziej ogólnie.
Jak wskazałem na swojej stronie internetowej, kluczową specjalizacją Kancelarii są sprawy związane z prawem medycznym i sprawy odszkodowawcze. Może w związku z tym zdziwić pytanie, czy każda krzywda wymaga zadośćuczynienia, co z krzywdami niewielkimi? Czy istnieje w ogóle pojęcie takie, jak krzywdy niewielkie, małe, błahe?
W kluczowym dla tematyki zadośćuczynień przepisie art. 448 k.c. wskazuje się, że sąd może przyznać odpowiednią sumę tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę. Jak dotąd, niemal cała uwaga orzecznictwa i doktryny skupiała się na wykładni pojęcia „odpowiednia suma”, a co – zapytam – z pojęciem krzywdy? Przecież z przepisu ustawy nie wynika, że naruszenie dobra osobistego automatycznie niejako powoduje powstanie/istnienie krzywdy. Przepis stanowi wyraźnie: w razie naruszenia...za doznaną. A więc konieczne jest spełnienie dwóch warunków, po pierwsze naruszenie dobra osobistego, po drugie powstanie krzywdy, plus nieodłączny przecież związek przyczynowy. Przede wszystkim ustawa dopuszcza taką sytuację, w której doszło, co prawda do naruszenia dobra osobistego, lecz nie skutkowało to krzywdą po niczyjej stronie. Wskazuje na to sama ustawa. Może zdarzyć się tak, że żądanie zapłaty zadośćuczynienia będzie czymś w rodzaju premii za zdarzenie, w skrajnych przypadkach wygraną w loterii, w której ktoś wziął udział za nas.
Jeśli na sprawy związane z zadośćuczynieniami będziemy patrzeć tylko przez pryzmat procesów przeciwko ubezpieczycielom, to poglądy wyrażane w niniejszym wpisie mogą się wydać cokolwiek dyskusyjne. Co jednak, jeśli w sprawie o zadośćuczynienie wystąpimy w charakterze pozwanych, pozwanych nieubezpieczonych?
W nieistniejącym już, moim pierwszym, blogu napisałem kiedyś o sprawie, którą prowadziłem w II instancji, a w której sąd I instancji zasądził (łącznie z kosztami) niemal 30.000,00 zł za to, że powódka została ugryziona (jeden raz) przez psa pozwanego, w rzeczy samej dość niedużego wiejskiego kundla.
Tego rodzaju sprawa i tego typu rozstrzygnięcie każe zadać pytanie, jak ma się 30.000,00 zł za ugryzienie do 300.000,00 zł, jakie maksymalnie może „zasądzić” komisja do spraw orzekania o zdarzeniach medycznych i to tylko w wypadku śmierci?
Chora dysproporcja pokazuje, że w sprawach sądowych dotyczących zadośćuczynień tak samo, jak istnieją „stawki maksymalne”, istnieją również kwoty, poniżej których sąd – orzekając już zasadność roszczenia – nie zejdzie. A przecież nawet zdarzenie będące naruszeniem dóbr osobistych może nie powodować żadnej krzywdy. Powyższe szczególnie jaskrawo objawia się w sprawach o znieważenie.
Jeśli dojdzie do znieważenia, to oczywistym jest, że naruszono dobra osobiste osoby znieważanej, jej dobre imię, cześć, być może wolność od bycia obiektem werbalnego ataku (skłonny jestem wyprowadzić takie dobro osobiste z przepisu art. 23 k.c.) A czy powstała krzywda?
Amerykanie w sprawach o zadośćuczynienie, dokonując wyceny krzywdy, stosują zasadę, zgodnie z którą kwota zadośćuczynienia nie jest odpowiednia tak długo, jak długo osoba poszkodowana nie zgodziłaby się na powstanie szkody lub krzywdy za zapłatą określonej kwoty. Kwestia jest oczywiście płynna, to że pozwoliłbym na 1% uszczerbek na moim zdrowiu za 700 zł nie oznacza, że zgodziłbym się odejść z tego Świata za kwotę 70.000,00 zł (więcej na ten temat w moim artykule w „Prawie i Medycynie” http://www.prawoimedycyna.pl/?str=artykul&id=192).
Przenieśmy powyższe na grunt praktyki. Czy powódka znieważona, wyzwana od k..., etc., etc. ma prawo do zadośćuczynienia? Czy jeśli żąda zapłaty kwoty np. 10.000,00 zł, to nie mamy do czynienia z premią za zdarzenie? Pytanie jest wręcz filozoficzne. Ile osób nie zgodziłoby się na kilkusekundowy incydent za kwotę 10.000,00 zł?
Przyjmując amerykańskie podejście do tematyki zadośćuczynienia należałoby zadać pytanie, za ile dana osoba zgodziłaby się na to by ktoś ją obraził? Tego typu pytania w polskich realiach wydają się dość niepoważne. Każda zniewaga bowiem wymaga odpowiedniej reakcji.
Jedno z pytań, które zawsze pojawia się w sprawach o zadośćuczynienie i na które należy przygotować Klienta to pytanie „dlaczego żąda Pan/Pani akurat takiej kwoty?” Bardzo często zapomina się, że zadośćuczynienie ma spełniać nie tylko funkcję kompensacyjną, ale również prewencyjną, czy prewencyjno-wychowawczą, a więc z jednej strony ma wychować sprawcę, a z drugiej powstrzymać go od dalszych naruszeń dóbr osobistych. Tu z kolei pojawia się pytanie, czy kwota zadośćuczynienia na poziomie kilkuset złotych może spełniać funkcję prewencyjną? Czy zasądzenie tychże kilkuset złotych jest dla poszkodowanego takim przeżyciem psychicznym, które rekompensuje poniesioną krzywdę? I wreszcie, czy czy jeśli zadośćuczynienie miałoby wynieść kilkaset złotych, to możemy mówić o krzywdzie w rozumieniu Kodeksu cywilnego?
Powyższe rozważania mają, wbrew pozorom, niebagatelne znaczenie. Nikt bowiem nie odbiera nikomu prawa do żądania zadośćuczynienia jego krzywdom. Nikt prawa tego odebrać nie może. Jeśli krzywda jest niewielka, to i zadośćuczynienie nie może być wysokie, musi być adekwatne. Więc być może we wszelkiego rodzaju sprawach odszkodowawczych należy nie tyle badać najwyższe zasądzane sumy, ile te najniższe. Jeśli bowiem Sądy w Polsce zasądzają kilka tysięcy złotych w sprawach o znieważenie, to ile winny zasądzić w sprawach, w których powód, przykładowo, stał się inwalidą?