Source: http://forum.darzycia.pl/index.php/topic,8288.msg141549.html
Timestamp: 2019-11-18 18:29:06+00:00
Document Index: 59390651

Matched Legal Cases: ['art=1188379233', 'art=1188391186', 'art=1188390976', 'art. 70', 'art. 14', 'art. 14']

Autor Wątek: Edukacja domowa (Przeczytany 17693 razy)
« dnia: Wrzesień 24, 2007, 12:26:02 am »
Edukacja domowa nie mylić z indywidualnym nauczanie w domu
O edukacji domowej z wątku Artykuły - nowości szkolne
Szkoła? Nie, dziękuję
Czy wiesz, że masz prawo nie posyłać swego dziecka do szkoły i uczyć je samodzielnie w domu? Są w Polsce ludzie, którzy tak robią od lat. I nie żałują
Boję się posyłać Łukasza do szkoły. Jest taki wątły, ma dysleksję. Inni uczniowie mu dokuczają, a nauczyciel, który ma ponad trzydzieścioro dzieci w klasie, nie jest w stanie poświęcić mu więcej uwagi niż innym. Na poziomie szkoły podstawowej moglibyśmy z żoną uczyć go sami, ale nic z tego, przecież w Polsce istnieje obowiązek szkolny, więc nie mamy wyjścia – często można usłyszeć rodziców, którzy tak mówią. – Mało kto wie, że obowiązek szkolny można realizować poza szkołą. Gwarantuje to konstytucja i ustawa „O systemie oświaty” z 7 września 1991 r. Inna sprawa, że wciąż jest w Polsce wielu urzędników, którzy uważają, że wiedzą lepiej od nas, rodziców, jak powinniśmy wychowywać nasze dzieci – mówi Marek Budajczak, prezes Stowarzyszenia Edukacji Domowej.
Cały artykul:
http://www.goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1188379233&dzi=1104764436&katg=
Świat jest ciekawszy bez szkolnych ław
rozmowa z Joanną i Mariuszem Dzieciątkami
O życiu bez dzwonków, ale też bez wakacji, z Joanną i Mariuszem Dzieciątkami rozmawia Tomasz Gołąb.
Tomasz Gołąb: Państwa dzieci są pewnie szczęśliwe. Do szkoły chodzić nie muszą…
Joanna i Mariusz Dzieciątkowie: – Szczęśliwe są na pewno. Ale nie z tego powodu. Tym bardziej że najstarszy, 10-latek, do szkoły jeszcze chodzi.
http://www.goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1188391186&dzi=1104764436&katg=
Cenię edukację domową - rozmowa z Ryszardem Legutką
O idei edukacji domowej i przepisach, które ją regulują z Ryszardem Legutką, ministrem edukacji narodowej, rozmawia Artur Bazak.
Artur Bazak: Co Pan sądzi o edukacji domowej?
Ryszard Legutko: – Jest mi bliska. Rodzic przekazuje dziecku wiedzę, a zarazem dba o jego formację. Dzięki temu proces wychowania zostaje zintegrowany, a za kształtowanie młodego człowieka odpowiada rodzina. W USA przeprowadzano badania efektywności tej formy kształcenia i wypadły one bardzo korzystnie dla nauczania domowego. Mogę więc powiedzieć, że bardzo cenię tę formę uczenia.
http://www.goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1188390976&dzi=1104764436&katg=
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 24, 2007, 12:53:45 am »
Co młode oczy,to młode Emilanko
A tyle się naszukałam wątku. :roll:
Warto poczytać,ciekawy artykuł,jak napisał to bodajże dr Marek Budajczak,taka edukacja domowa trwa cały rok,nawet i w wakacje.
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 24, 2007, 01:04:08 pm »
Czasem te wątki się tak "gubią"
Ale mi się coś przypomniało, że już gdzieś było o nauczaniu w domu
Znalazłam strony na ten temat z różnymi artykułami, informacjami:
Edukacja domowa.
- strona poświęcona nauczaniu dzieci przez rodziców w domu
„Rodzina jest pierwotnym i najlepszym ministerstwem zdrowia, edukacji i opieki społecznej.”
[Phyllis Schlafly]
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 24, 2007, 01:40:10 pm »
Prośba aby nie mylić indywidualnego nauczania z domową edukacją.
To dwie różne sprawy.
Natomiast Domowa Edukacja jest wyborem rodziców, bez potrzeby orzeczenia, jest wykonywana przez rodziców
mogą ją mieć najzdrowsze dzieci.
"Książka Marka Budajczaka jest pierwszą na polskim rynku publikacją niezwykle rzeczowo i kompetentnie przybliżającą problematykę edukacji domowej.
Tego typu nauczanie jest możliwe w Polsce od dwunastu lat. Ustawa z 7.09.1991 roku dopuściła - w formalno-prawnym znaczeniu - uczenie się dzieci poza instytucjonalnym środowiskiem szkoły, czyli najczęściej w domu, w warunkach zorganizowanych przez rodziców. Książka ta stanowi kamień milowy na drodze rozwoju omawianego zjawiska w naszym kraju. Jej wartość w związku z tym jest nie do przecenienia."
Z recenzji prof. Marii Mendel
O domowej eduakcji pisałam w kąiku Moniki kilka lat temu, jako alternatywę gdy zawiedzie integracja i szkolnictwo specjalne.
Jak sobie nie da rady w szkole integracyjnej nastawiam się na
Domową terapię
Gaguniu proszę odcal te 2 różne sprawy do oddzielnych wątków.
« Odpowiedź #4 dnia: Wrzesień 24, 2007, 04:58:40 pm »
Przepraszam za zrobienie zamieszania i wprowadzenie w błąd - z braku orientacji w temacie obie rzeczy mi się zlały w jedno.
Soniu, dziękujemy za sprostowanie
« Odpowiedź #5 dnia: Wrzesień 24, 2007, 07:31:40 pm »
Tu dom i tu dom
O domowej eduakcji pisałam w kąciku Moniki kilka lat temu, jako alternatywę gdy zawiedzie integracja i szkolnictwo specjalne
Ale gdzieś było o domowej eduk. wieczorkiem odcalę spokojnie :::
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 28, 2007, 08:25:44 am »
Sami uczą swoje dzieci
Niektórzy rodzice uważają, że są lepsi od nauczycieli
Siedmioletni Mateusz Dzieciątko nie musi nosić mundurka. Dla niego szkolna klasa mieści się w jego domu, a nauczycielką jest mama Joanna (33 l.).
Takich rodzin, które uczą swoje dzieci w domu jest w Polsce około 50... i ciągle ich przybywa. Stowarzyszenie Edukacji w Rodzinie, które będzie je zrzeszać, jest już w trakcie rejestracji.
Wiedzą, co mu służy, a co nie
- Nie posłaliśmy Mateusza do szkoły, gdyż był wcześniakiem, po urodzeniu miał duże problemy zdrowotne, a teraz trochę odstaje emocjonalnie od swoich rówieśników - mówi jego ojciec Mariusz Dzieciątko (37 l.). - Nic więc w tym chyba dziwnego, że chcemy go ochraniać i dać mu trochę czasu, żeby ich dogonił. A skoro ustawa o systemie oświaty z 1991 roku daje taką możliwość, to korzystamy z tego - dodaje. - My nie walczymy z systemem oświatowym. Po prostu uważamy, że dla niektórych dzieci na pewnym etapie takie nauczanie jest bardziej korzystne - wyjaśnia mama Mateusza. Widać, że chłopcu taka forma nauki służy. Z chęcią siada do książki.
Na lekcje do zamku
Najbardziej lubi lekcje w plenerze. Zamek Królewski to dla niego wielka skarbnica wiedzy o historii Polski. - Kiedy wróciliśmy z Zamku, wręcz zasypał nas pytaniami. Wszystkiego chciał się koniecznie dowiedzieć - opowiada pani Joanna.
- Taka forma nauki ma niewątpliwie swoje plusy - jest mniej stresująca dla dziecka, pozwala uniknąć szkolnej przemocy, poprzez indywidualne i nastawione na doświadczenie podejście staje się też bardziej efektywna - mówi psycholog Katarzyna Floryan z poradni Uniwersytet dla Rodziców. - Jednak bezstresowe nauczanie domowe w gruncie rzeczy jest narażeniem dziecka na największy z możliwych stresów. Kiedyś będzie musiało wyjść spod klosza i wreszcie zmierzyć się ze swoimi rówieśnikami - dodaje. Pan Mariusz nie ma jednak wątpliwości. - Myślę, i z badań też tak wynika, że dzieci które opuszczają domową szkołę radzą sobie o wiele lepiej niż dzieci socjalizowane na siłę i za wcześnie - odpowiada. - A psychologów pytam: jak wiele spośród edukowanych domowo dzieci mieli okazję przebadać? - ucina dyskusję.
Ustawa mówi: "Na wniosek rodziców dziecka dyrektor szkoły publicznej, w której obwodzie dziecko mieszka, może zezwolić na spełnianie przez dziecko obowiązku szkolnego poza szkołą oraz określić jego warunki. (...)".
W tej formie dziecko również może otrzymywać świadectwo ukończenia nauki. Wszyscy uczący się w domu muszą zdawać egzaminy. Jednak brak sprecyzowania reguł dotyczących uczniów szkół domowych powoduje, że każdy dyrektor ustala je sam.
autor: Marta Putkowska
« Odpowiedź #7 dnia: Październik 18, 2007, 10:40:18 pm »
Świat jest ciekawszy bez szkolnych ław - rozmowa z Joanną i Mariuszem Dzieciątkami
Duży pokój zamiast klasy - autor: Paulina Głaczkowska
Edukacja w domu jest dużo tańsza - autor: Paulina Głaczkowska
« Odpowiedź #8 dnia: Październik 23, 2007, 10:39:04 am »
Domowa alternatywa
Budzimy się rano z ulgą, że obowiązek szkolny już jest za nami
Jesteśmy przekonani, że wszyscy muszą przez to przejść i trudno. Okazuje się, że rosną już dzieci, którym koszmary szkolne nigdy się nie będą śnić. Te dzieci uczą się w domu.
Nie są to wcale dzieci chore lub niedostosowane społecznie. Nie mam na myśli również tych, które z różnych powodów mają indywidualny tok nauczania. Piszę o dzieciach w pełni zdrowych, ruchliwych i inteligentnych, których rodzice świadomie podjęli decyzję, że tylko oni będą mieli wpływ na wychowanie i edukację swoich pociech. Ruch w krajach anglosaskich zwany home schoolingiem w Polsce dopiero raczkuje, ale staje się coraz bardziej popularny. Nie można pominąć tej alternatywnej formy uczenia dzieci, której wyniki są często znacznie lepsze niż obowiązkowej edukacji publicznej.
Od Galadrieli do mitologii
"Dlaczego właściwie państwo zmusza mnie do tego, żebym powierzył mu wychowanie mojego dziecka?” – zapytał pewnego dnia mój mąż. Akurat nasza córka zbliżała się do wieku objętego obowiązkiem edukacyjnym i trzeba było zapisać ją do jakiejś szkoły. Przedtem – jak większości rodziców – ten problem w ogóle nas nie interesował. Dziecko chodziło do świetnego przedszkola, ponieważ było bardzo towarzyskie. Teraz nagle zostaliśmy pozbawieni wyboru i mieliśmy oddać córkę na kilka godzin do anonimowej instytucji, w której nie znana nam osoba ma razem z rodzicami podjąć trud wychowania. I ten brak wyboru najbardziej nas, jako rodziców odpowiedzialnych i troszczących się o własne dziecko, zirytował. W końcu komu jak komu, ale to właśnie rodzicom na dobru dziecka zależy najbardziej.
Niestety, moja wiedza na temat home schoolingu sześć lat temu była zerowa. Byłam przekonana, że za to idzie się do więzienia. Rezultat był taki, że moja córka straciła w szkole trzy lata – idąc do I klasy była po lekturze "Silmarillionu" Tolkiena i rozróżniała obrazy Rafaela od El Greca. Nudziła się okrutnie, gdy była zmuszana do czytania "120 przygód Koziołka Matołka" (lektura do II klasy), a z rówieśnikami w szkole nie bardzo miała o czym pogadać. Kiedy po operacji dostała trzytygodniowe zwolnienie, przekonałam się, że uczenie dziecka w domu, przynajmniej na wczesnym etapie, nie jest wcale trudne. Materiał obowiązkowy przerabiałyśmy w godzinę, a potem był czas na rozszerzanie wiadomości w kierunku, do którego moja córka przejawiała talent i zainteresowanie. Czytała książki odpowiednie dla jej rozwoju, oglądałyśmy na DVD filmy astronomiczne, dzięki którym o teleskopie Hubble’a moje ośmioletnie dziecko wiedziało więcej niż ja, nie mówiąc o galaktykach i gwiazdozbiorach. Język angielski poznawała tłumacząc zdania opisujące swoją ulubioną wówczas bohaterkę – Galadrielę z oryginalnej wersji "Władcy pierścieni". Również dzięki Tolkienowi zainteresowały ją różne mitologie – dziś mity greckie ma w małym palcu, poznaje te bardziej egzotyczne. Mając cały dzień do dyspozycji zobaczyłam, że naukę można potraktować niestandardowo i indywidualnie. Z przerażeniem skonstatowałam, że czas spędzony przez moje dziecko w szkole jest nieproporcjonalny w stosunku do wiadomości, jakie z niej wynosi.
To nie jest wina nauczyciela: kiedy w klasie jest ponad 20 dzieci, nauczyciel nie ma po prostu możliwości traktować ich według ich potrzeb i zdolności. Szkoła jest dla średniaków – bardziej zdolni się nudzą, a słabsi uczniowie stresują. Można by powiedzieć, że przecież dokształcanie dziecka w domu niczemu nie przeszkadza, można przecież pogodzić jedno z drugim. Problemem dla wielu rodziców jest jednak to, czego tak naprawdę szkoła jako społeczność uczy. Egoizmu, kombinowania, poniżania, cynizmu, kłamstwa i przemocy. Nieliczni nauczyciele, wspaniali pedagodzy, nie są w stanie niczego zmienić.
O wolność edukacji
Odważni i zdeterminowani rodzice mają alternatywę: mogą wziąć wychowanie i wyedukowanie swojego dziecka w swoje ręce. Od 1991 roku istnieje w Polsce ustawa umożliwiająca rodzicom edukację swych pociech w domu. Brzmi bardzo optymistycznie, jednak ustawa ta posiada sformułowania – pułapki, z których wynika, że o edukacji naszego dziecka decyduje nadal dyrektor szkoły publicznej. Na szczęście wielu dyrektorów wyraża zgodę na edukację domową.
Niestety dziecko uczone w domu musi co roku, a czasem i dwa razy w roku, zdawać egzamin, którego wynik ma wpływ na to, czy będzie można domową edukację kontynuować. Nowy projekt ustawy MEN właściwie niewiele w tej kwestii zmienia. Stowarzyszenie Edukacji Domowej i rodzice walczą o to, by w Polsce było podobnie, jak w USA czy Wielkiej Brytanii. Tam rodzice po prostu informują dyrektora szkoły, że będą uczyć dziecko w domu. Nabyta wiedza jest weryfikowana dopiero podczas egzaminów na wyższe uczelnie. Co ciekawe, dzieci uczone w domu osiągają znacznie lepsze wyniki na takich egzaminach. W USA uczy się w ten sposób ponad 3 miliony dzieci i młodzieży. W tym roku, 15 września, po raz pierwszy obchodzono Międzynarodowy Dzień Wolności Edukacji powołany z inicjatywy francuskich edukatorów domowych. W całej Europie odbywały się z tej okazji spotkania i konferencje. Do Polski przyjechał pastor Mark Beliles z USA, który dwadzieścia lat temu był pionierem edukacji domowej w Ameryce.
Brawo dla rodziców!
Propagatorom edukacji domowej w Polsce nie chodzi o to, żeby udowodnić, że szkoła jest zła. Chcą jedynie zwrócić opinii publicznej uwagę na to, jak ważna jest wolność wyboru w podejmowaniu decyzji odnośnie do edukacji swojego dziecka.
Mark Twain powiedział dosadnie: "Nigdy nie dopuściłem do tego, żeby szkoła przeszkadzała mi w kształceniu się". Wielu wybitnych ludzi nigdy nie chodziło do szkoły, ich osobowość mogła się swobodnie i twórczo rozwijać zgodnie z własnym rytmem. Nie byli zamknięci w pokoju jak w klatce i nikt nie ograniczał im kontaktów z rówieśnikami. Także dzisiaj ten argument przeciwko edukacji domowej nie ma racji bytu. Dzieci uczone w domu często należą do różnych wspólnot chrześcijańskich, harcerstwa i drużyn sportowych, gdzie doskonale rozwijają swoją społeczną aktywność. Wszystko zatem zależy od rodziców i ich możliwości nawet nie tyle finansowych, co czasowych. Jest to bowiem nauczanie permanentne, nie "od godziny do godziny" z tradycyjnym podziałem na przedmioty. Rodzice, którzy ten trud podjęli, korzystają z pomocy innych rodziców, wymieniają się informacjami na różne praktyczne tematy. Natomiast nie mogą liczyć na żadne poparcie ze strony państwa, są narażeni na docinki i niesprawiedliwe oskarżenia ze strony urzędników i kompletne niezrozumienie społeczeństwa.
Być może edukacja domowa w Polsce za kilka lat nie będzie odbierana jako dziwactwo i unieszczęśliwianie dzieci przez zwariowanych rodziców. Mam nadzieję, że dzieci, czytając na przykład "Eragona", nie będą się dziwiły, jak to możliwe, że jego autor, nastolatek Christopher Paolini, nigdy nie chodził do szkoły.
Zainteresowanym rodzicom polecam książkę dr. Marka Budajczaka "Edukacja domowa" wydaną przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne w 2003 roku.
To jedyna tego typu pozycja w Polsce. Autor jest pionierem home schoolingu w Polsce i prezesem Stowarzyszenia Edukacji Domowej.
Przydatne są również strony internetowe:
www.edukacja.domowa.pl
– strona Stowarzyszenia Edukacji Domowej
- gdzie znajduje się wiele cennych porad oraz wzór podania, jakie trzeba złożyć do dyrektora lokalnej szkoły, jeśli rodzice zdecydują się uczyć dziecko w domu
http://airbot.net/forum/index.php?action=vtopic&forum=6
– forum rodziców, którzy dokonali już wyboru, wspierają się i dzielą swoimi doświadczeniami
« Odpowiedź #9 dnia: Październik 23, 2007, 12:45:15 pm »
POLSKIE CENTRUM EDUKACJI- postulaty
Ważny postulat nr 27
27. Należy zezwolić na edukację domową, wręcz ją spopularyzować. O wyborze tej formy nauczania powinni decydować rodzice, bez możliwości zastopowania ich wyboru np. przez dyrektora "rejonowej" szkoły.
KOMENTARZ dot. projektu prawa oswiatowego dot. eduk. domowej
z 10 Wrz 2007
Do wiadomości członków Stowarzyszeń Edukacji Domowej, MEN, Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Ucznia i Rodzica, Rzecznika Praw Dziecka i wszystkich zainteresowanych
Komentarz do projektu ustawy MEN dotyczącego edukacji domowej (nowelizacja ustawy o systemie oświaty z 26 lipca 2007 r.)
Gdyby urzędnicy MEN i ustawodawcy zechcieli w końcu wprowadzić edukację domową bez wymyślnych warunków, wszyscy byliby szczęśliwi. Władze RP nie musiałyby się bać, że będą miały w Strasburgu kolejne procesy w związku z nieprzestrzeganiem przez Polskę podpisanych umów międzynarodowych. MEN nie byłoby nękane pytaniami od rodziców chcących nauczać domowo. Kuratorzy nie zawracaliby sobie głowy dzwoniąc do MEN po konsultacje, co mają zrobić z podaniami rodziców. Dyrektorzy szkół nie musieliby unikać takich rodziców, zwlekać, dzwonić do dr. Budajczaka, szukać pomocy w Internecie i głowić się, jak tu legalnie odmówić. Nauczyciele mieliby mniej pracy, bo klasy byłyby mniejsze, przeto mieliby mniej prac do sprawdzania. Szkoły miałyby więcej pieniędzy do podziału, a uczniowie urozmaicone życie szkolne z kolegą-duchem, który do szkoły nie chodzi. W końcu rodzice ze środowiska edukacji domowej mogliby ucieszyć się ze spokojnego startu jako legalni nauczyciele własnych dzieci. Zamiast tego urzędnicy przygotowali projekt ustawy, który uniemożliwia osiągnięcie wyżej wymienionych korzyści. Gorzej, wszystkim przysparza pracy, finansowych wydatków, a przy okazji łamie już istniejące prawo. W czasach jawnie komunistycznych edukacja domowa nie była w ogóle możliwa. A teraz mamy się nabrać, że teoretycznie będzie?
Po zapoznaniu się z projektem zmian prawa edukacyjnego* dotyczącego edukacji domowej, dostępnym na stronie internetowej MEN, należy jasno stwierdzić, że występuje w nim kilka grzechów głównych ogólnych (przeregulowanie prawa, centralizacja, niejasne sformułowania) odnoszących się do poszczególnych warunków obwarowujących edukację domową. Jedyna dobra strona to zrównanie szkół prywatnych z publicznymi (jednak tego samego ustawodawca nie chce zrobić w przypadku poradni psychologicznopedagogicznych). Oto komentarz do poszczególnych zagadnień.
Ustawodawca nie może domagać się prawa do wydawania zezwoleń na edukację domową, gdyż tym samym gwałci co najmniej konstytucyjne prawo rodziców do wychowywania własnych dzieci (art. 70 ust. 3). Byłoby miło, gdyby ustawodawca zaproponował kompromis i zadowolił się tym, że rodzice poinformują, że wybrali dla własnego dziecka edukację domową w dowolnie wybranej przez siebie szkole.
Na jakiej podstawie ustawodawca zmusza rodziców dziecka (czasem zupełnie zdrowego) do poddawania się testom w ww. poradni? Czy aby nie dla udowodnienia, że szkoła wszystkim dobrze służy? Zdecydowana większość pracowników poradni nigdy nie słyszała o edukacji domowej i nie miała okazji poobserwować ani jednego przypadku dziecka edukowanego domowo (co zapewne świadczy o ich słabej SZKOLNEJ edukacji, bo gdyby znali kilka biografii wybitnych Polaków, mogliby się chociaż pochwalić taką znajomością). Pracownicy tych poradni nie są ekspertami edukacji domowej. Rodzice mogą korzystać z porad pracowników poradni, jeśli uważają, że takiej pomocy potrzebują. Warto wspomnieć, że wprowadzenie tego wymogu podwyższyłoby koszty egzekucji przepisu (pracownicy poradni pracują za pieniądze podatników. Należy również zauważyć, że ustawodawca wyraźnie precyzuje, iż chodzi tu tylko o publiczne poradnie.
„Konieczność zapewnienia dziecku odpowiednich warunków do nauki”
Trudno oprzeć się wrażeniu, że właściwie nie wiadomo, o co w tym wymogu chodzi. Może o warunki mieszkaniowe? Ale przecież edukacja domowa nie odbywa się wyłącznie w domu. Biorąc pod uwagę sytuację mieszkaniową wielu Polaków, można uznać, że dzieci nie mają tam dobrych warunków do życia, a co dopiero do nauki. Tylko co z tego? Co zrobi ustawodawca po kontroli domów? Zważywszy na fakt, że to ustawodawcy opodatkowują rodziny do tego stopnia, iż wielu małżeństw nie stać na osobne mieszkanie (nie mówiąc już o osobnym pokoju dla dziecka), wymaganie jakichś odpowiednich warunków wydaje się absurdalne czy wręcz bezczelne. Ustawodawca nie ma prawa uzależniać sposobu edukacji dzieci od warunków mieszkaniowych. Może więc chodzi o warunki rodzinne? Może o domy wielodzietne, gdzie dzieci – według ustawodawcy - nie będą mogły się skoncentrować na nauce, a może o domy, w których mieszkają wspólnie dziadkowie? A może chodzi o wymóg tablicy w domu, czy półek z książkami? Warto podkreślić, że egzekucja tego zapisu będzie zapewne musiała pociągać za sobą wizyty domowe. I tutaj znów nie wiadomo kogo (szkolnych pedagogów, a może policji). Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że SZKOLNE warunki do nauki (przemoc, zmęczenie związane z dojazdami, niewygodne szkolne krzesła, ciężkie tornistry, poziom hałasu itd). pozostawiają wiele do życzenia, a dla niektórych są po prostu nie do zniesienia. Może niech lepiej MEN zajmie się więc tymi kwestiami.
Dlaczego ustawodawca nie może oddać rodzicom inicjatywy egzaminacyjnej? Zapewniam, że wielu z nich będzie potrzebowało różnych testów (mogą je też samodzielnie nabyć i zorganizować) i nie trzeba ich do tego zmuszać. Obecny zapis stawia wymogi i nie pozwalając rodzicom na żadną inicjatywę co do sposobu weryfikacji kształcenia ich własnych dzieci. Do tego, narzuca uczniom domowym warunek corocznego egzaminowania, czego uczniowie szkolni spełniać nie musza. Edukacja domowa nie ma powielać edukacji szkolnej prowadzonej w domu. Ma być zupełnie innym edukacyjnym procesem. Szkolne egzaminy proces ten psują.
Dlaczego monopol na podstawy programowe ma mieć MEN? Dlaczego jedyną słuszną ścieżką edukacyjną mają być dokładne wytyczne w zatwierdzonych przez MEN podręcznikach, z których korzystają nauczyciele szkół publicznych na poszczególnych poziomach nauczania?
Urzędnicy (zapewne z dobrych chęci) próbują zapobiec jakiejś wyimaginowanej katastrofie edukacyjnej, starając się trzymać w garści wszystkie edukujące domowo rodziny. Ale cóż tak naprawdę złego stałoby się, gdyby jakaś część rodziców słabo uczyła własne dzieci? Cóż takiego złego stałoby się, gdyby MEN nie miało nad tymi rodzinami żadnej kontroli? Co roku z każdej klasy (pomnożyć przez ilość szkół publicznych) wychodzi więcej niż garść niedouczonych i źle wychowanych dzieci. Osoby odpowiedzialne za ich nauczanie i wychowanie w szkołach nie ponoszą za to żadnych konsekwencji. Ba, spełniają wszelkie warunki stawiane przez MEN i są ZATUDNIONE ZA PIENIADZE PODATNIKA (są właściwie nieusuwalne ze szkół, gdzie szkodzą licznym grupom dzieci, tak więc skala ich szkód jest dużo większa) . Dlaczego więc przy zaistniałej sytuacji na samym starcie karci się rodziców, którzy jeszcze swojej pracy nie zaczęli, a nie robi nic ze szkolnymi niepowodzeniami uczniów i nauczycieli? Praktycznie wszyscy Polacy są zgodni, że edukacja jest bardzo ważna w życiu człowieka. Dlaczego ustawodawca myśli, że rodzice pragnący podjąć się trudu wychowania własnych pociech nie będą chcieli dać z siebie wszystkiego, aby ta edukacja była najlepsza?
Urzędniku, popraw się więc, bo prawo dotyczące edukacji domowej jest prawem specyficznym, regulującym relację między rodzicami i ich dziećmi. Któż dał ci prawo wchodzić tutaj z butami i dyktować własne warunki, w których drzemie nieufność, paranoja, a może i nawet zazdrość (niczym psa ogrodnika)?
Natalia Dueholm, 10 września 2007.
* 8. Na wniosek rodziców dyrektor publicznego lub niepublicznego przedszkola, publicznej lub niepublicznej szkoły podstawowej lub gimnazjum, a także dyrektor publicznej lub niepublicznej szkoły ponadgimnazjalnej, do której dziecko zostało przyjęte, może, w drodze decyzji, zezwolić na spełnianie przez dziecko odpowiednio:
1) obowiązku, o którym mowa w art. 14 ust. 3, poza przedszkolem albo oddziałem przedszkolnym zorganizowanym w szkole podstawowej;
2) obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą.”,
„8a. Dziecko spełniając odpowiednio obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą może otrzymać świadectwo ukończenia poszczególnych klas danej szkoły lub świadectwo ukończenia tej szkoły na podstawie egzaminów klasyfikacyjnych przeprowadzonych przez szkołę, której dyrektor zezwolił na spełnianie obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą.
8b. Minister właściwy do spraw oświaty i wychowania określi, w drodze rozporządzenia, warunki i tryb udzielania i cofania zezwoleń na spełnianie przez dziecko obowiązku, o którym mowa w art. 14 ust. 3, poza przedszkolem albo oddziałem przedszkolnym zorganizowanym w szkole podstawowej, obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą, sposób przeprowadzania egzaminów klasyfikacyjnych, o których mowa w ust. 8a, a także sposób kontrolowania spełniania obowiązku w tej formie, uwzględniając:
1)konieczność zasięgania przez dyrektora szkoły, przed wydaniem decyzji w sprawie zezwolenia, opinii publicznej poradni psychologicznopedagogicznej;
2) konieczność zapewnienia dziecku odpowiednich warunków nauki;
3) obowiązek realizacji przez ucznia szkoły podstawowej, gimnazjum lub szkoły ponadgimnazjalnej programów nauczania ujętych w szkolnym zestawie programów nauczania szkoły, której dyrektor zezwolił na spełnianie obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkoła;
4) obowiązek przystępowania do rocznych egzaminów klasyfikacyjnych.”;
homeschoolfan
# Posted: 10 Wrz 2007 15:58
Jeżeli ktoś chce, proszę ten tekst kopiować i podpisywać swoim nazwiskiem i wysyłać w różne miejsca.
Pozdrawiam,ND
« Odpowiedź #10 dnia: Listopad 05, 2007, 08:54:09 am »
Rodzice coraz chętniej nie posyłają dzieci do szkoły
http://forum.darzycia.pl/vp122268.htm#122268
Według "Metra", rośnie liczba rodziców, którzy zamiast posyłać swoje dziecko do szkoły, uczą je sami w domu. Znana na Zachodzie metoda edukacji homeschooling podbija Polskę.
Jeszcze dziesięć lat temu takich dzieci było kilkoro w całej Polsce. Dziś jest ich już około 30. A zainteresowanie rośnie. Mamy wiele zapytań od rodziców, którzy chcą to robić - mówi pracownik Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu, prezes Stowarzyszenia Edukacji Domowej dr Marek Budajczak.
Budajczak wraz żoną byli pionierami homeschoolingu w Polsce. Przestali posyłać dzieci do szkoły kilkanaście lat temu. Ich syn był po pierwszej klasie podstawówki, córka po drugiej. Ufaliśmy, że uda nam się ich wyedukować nie gorzej niż szkoła. Udało się. Dzieci przeszły wszystkie szczeble edukacji, zdały amerykańską maturę SAT i teraz mogą już same o sobie decydować - mówi.
Czy "wypisanie" dziecka ze szkoły jest legalne? Ustawa o systemie oświaty daje rodzicom taką możliwość. Formalnie zgodę na to udziela dyrektor ich szkoły rejonowej. Musi jednak otrzymać deklarację rodziców, że biorą na siebie obowiązek edukacji dziecka - tłumaczy gazecie wicekurator w Łodzi Cezariusz Mostowski. Ale według niego edukacja domowa ma sporo minusów: Szkoła jest też szkołą życia. Dziecko, które nie przebywa w szkole z rówieśnikami, tylko jest chowane pod kloszem, słabiej edukuje się społecznie - twierdzi.
Budajczak odpiera te zarzuty. Dzieci uczące się w domu nie są izolowane ani zamknięte w klatkach. Normalnie kontaktują się z rówieśnikami na podwórkach, w domach kultury, klubach czy organizacjach dziecięcych i młodzieżowych - mówi.
"Metro" informuje, że dziecko nauczane w domu musi co rok zdawać egzaminy, niekiedy co semestr. Te egzaminy nie są wystandaryzowane. Układają je nauczyciele ze szkoły rejonowej. Czasami to prawdziwy koszmar. Znam przypadek piątoklasistki, która w ciągu czterech dni musiała odpowiedzieć na niemal 500 pytań pisemnych i 120 ustnych z różnych przedmiotów - opowiada Budajczak. Ta dziewczynka zdała i otrzymała świadectwo. Co, jeśli dziecko egzaminu nie zda? Wtedy rodzic może dostać napomnienie, by posłać dziecko do szkoły - mówi Mostowski. Dodaje jednak, że nie zna takiego przypadku.
« Odpowiedź #11 dnia: Listopad 06, 2007, 10:16:16 am »
Zabierz dziecko ze szkoły
Rodzice mogą sami uczyć swoje dzieci - w Polsce coraz popularniejsza jest metoda homeschooling.
Rośnie liczba rodziców, którzy zamiast posyłać swoje dziecko do szkoły, uczą je sami w domu. Znana na Zachodzie metoda edukacji homeschooling podbija Polskę - donosi"Metro".
Jeszcze dziesięć lat temu takich dzieci było kilkoro w całej Polsce. Dziś jest ich już około 30.
- A zainteresowanie rośnie. Mamy wiele zapytań od rodziców, którzy chcą to robić - mówi
pracownik Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu, prezes Stowarzyszenia Edukacji Domowej dr Marek Budajczak.
Budajczak wraz żoną byli pionierami homeschoolingu w Polsce. Przestali posyłać dzieci do szkoły kilkanaście lat temu. Ich syn był po pierwszej klasie podstawówki, córka po drugiej.
- Ufaliśmy, że uda nam się ich wyedukować nie gorzej niż szkoła. Udało się. Dzieci przeszły wszystkie szczeble edukacji, zdały amerykańską maturę SAT i teraz mogą już same o sobie decydować.
Czy "wypisanie" dziecka ze szkoły jest legalne?
- Ustawa o systemie oświaty daje rodzicom taką możliwość. Formalnie zgodę na to udziela dyrektor ich szkoły rejonowej. Musi jednak otrzymać deklarację rodziców, że biorą na siebie obowiązek edukacji dziecka - wyjaśnia wicekurator w Łodzi Cezariusz Mostowski.
Zdaniem Mostowskiego edukacja domowa ma jednak sporo minusów: - Szkoła jest też szkołą życia. Dziecko, które nie przebywa z rówieśnikami, tylko jest chowane pod kloszem, słabiej edukuje się społecznie. - twierdzi.
Budajczak odpiera te zarzuty. - Dzieci uczące się w domu nie są izolowane ani zamknięte w klatkach. Normalnie kontaktują się z rówieśnikami na podwórkach, w domach kultury, klubach czy organizacjach dziecięcych i młodzieżowych.
Gazeta informuje, że dziecko nauczane w domu musi co rok zdawać egzaminy, niekiedy co semestr. - Te egzaminy nie są ustandaryzowane. Układają je nauczyciele ze szkoły rejonowej.
Czasami to prawdziwy koszmar. Znam przypadek piątoklasistki, która w ciągu czterech dni musiała odpowiedzieć na niemal 500 pytań pisemnych i 120 ustnych z różnych przedmiotów. - opowiada
Budajczak. - Ta dziewczynka zdała i otrzymała świadectwo.
Jeśli dziecko nie zda egzaminu?
Wtedy rodzic może dostać napomnienie, by posłać dziecko do szkoły - mówi Mostowski. Dodaje jednak, że nie zna takiego przypadku.
« Odpowiedź #12 dnia: Listopad 22, 2007, 11:01:51 am »
Praca w grupach lepiej przygotowuje do przyszłych zawodowych wyzwań, uczy bowiem komunikowania się, rozwiązywania konfliktów, gospodarowania czasem.
Naukowcy piszą na łamach internetowego czasopisma "ASHS HortTechnology", że grupowe ćwiczenia, które uczą analizy i syntezy informacji, przyczyniają się później także do lepszego wykorzystania wykładów, podczas których uczniowie, czy studenci otrzymują samą wiedzę.
« Odpowiedź #13 dnia: Listopad 27, 2007, 02:05:50 pm »
Na lekcję idę do kuchni
Dziennik Wschodni, Lublin
Korneliusz nie musi zakładać mundurka ani biec do klasy na dźwięk dzwonka. Jego rodzice postanowili sami go uczyć. I tak aż do liceum.
- Uroczystej inauguracji roku szkolnego nie było - mówi Anna Kopeć, mama sześcioletniego Korneliusza z Lublina, który właśnie rozpoczął domową edukację. - Bo u nas nauka zaczęła się jeszcze w wakacje.
Lekcje pisania i czytania zerówkowicz bierze w kuchni. - Przy okazji pilnuję obiadu - śmieje się Anna. Na angielski przechodzą do pokoju. Bo tam jest komputer. - Znam ten język, mieszkałam przez rok w Anglii. Ale jak w przyszłości dojdzie materiał z chemii, czy fizyki, skorzystam z pomocy korepetytorów.
Rodzina Kopciów chce, aby ich syn uczył się w domu przez całą podstawówkę i gimnazjum. - Dlaczego? Mamy przykre doświadczenia ze szkołą - tłumaczy Anna.
Kornel twierdzi, że nie szkoda mu, że nie idzie do szkoły. - Bo lekcje w domu są baaardzo fajne - mówi i dodaje, że z kolegami będzie się bawił na podwórku, a nie na lekcyjnych przerwach.
Nauka w domu na życzenie jest legalna, jednak trzeba mieć zgodę dyrektora szkoły podstawowej. - Odwiedziliśmy kilku w Lublinie, ale byli niechętni. Znaleźliśmy szkołę w innym województwie. Trafiliśmy do pedagoga, który już miał dzieciaki uczące się w domu - mówi Radosław Kopeć. - Na naszą prośbę też spojrzał przychylnie.
Rodzice, decydujący się na taką formę edukacji dziecka nie muszą mieć wykształcenia pedagogicznego. Ale efekty ich pracy są weryfikowane. - Co pół roku będziemy zawozić Korneliusza na egzamin do szkoły - wyjaśnia mama chłopca. - Jeśli dyrektor stwierdzi, że nie radzi sobie z materiałem, może odebrać zgodę na domową edukację.
W kuratorium nie mogą się nadziwić. - Pierwsze słyszę - mówi Jolanta Misiak, lubelska wicekurator. - Nie wiem czy powrót do czasów guwernantek jest korzystny. Bo jak się będzie czuł taki uczeń, gdy w końcu pójdzie do szkoły? dr Anna Siudem psycholog z UMCS Niektóre dzieci lepiej przyswajają wiedzę w grupie, która motywuje je do nauki. Inne wolą uczyć się indywidualnie. W domu dziecko będzie miało większy komfort. Ale nie nabędzie umiejętności społecznych. Uczeń z klasy nauczania początkowego może jeszcze uczyć się od mamy i taty, ale starszy powinien chodzić do tradycyjnej szkoły.
* LEKCJE W DOMU
Rodzice przejmują całkowitą odpowiedzialność za edukację swojego dziecka, stając się nauczycielami dla własnych dzieci. W edukacji domowej biorą też udział osoby spoza rodziny, np. wynajęci nauczyciele. Ta forma nauki jest popularna w zachodniej Europie i USA.
RODZICE CORAZ CZĘŚCIEJ CHCĄ SAMI ZAJMOWAĆ SIĘ EDUKACJĄ DZIECI
6-letni Korneliusz Kopeć powinien rozpocząć w tym roku naukę w zerówce. Jego rodzice nie chcieli jednak, by chodził do szkoły. Znaleźli przepis, który zezwala na uczenie dzieci poza szkołą i sami zajmują się edukacją syna. To pierwszy taki przypadek na Lubelszczyźnie, chociaż do lubelskiego kuratorium zwraca się w tej sprawie coraz więcej rodziców. W całej Polsce z tej formy nauki korzysta już kilkudziesięciu uczniów.
Radosław Kopeć i jego żona Anna tłumaczą, że zdecydowali się na „domową szkołę”, bo chcieli mieć większy wpływ na to, jak wychowywane jest ich dziecko.
– Nauczanie domowe ma w Polsce długą tradycję, o wiele dłuższą niż szkoła publiczna – mówi pan Radosław. – Przez lata przynosiło bardzo dobre rezultaty.
Rodzice Kornelisza deklarują, że w ten sposób będą chcieli uczyć również młodsze pociechy.
– Z wykształcenia jestem nauczycielem – mówi pan Radosław. – Żona nie pracuje i może poświęcić dzieciom cały swój czas. Szkoła co miesiąc sprawdza, jakie syn robi postępy. Na razie wszystko bardzo dobrze funkcjonuje.
Uśmiechnięta buzia Korneliusza potwierdza jego słowa. Czy jednak nie żałuje, że nie chodzi do szkoły z rówieśnikami?
– Nie, mam kolegów na podwórku – odpowiada 6-latek. – Chodzę też na skałki. Tam jest dużo dzieci.
– Syn uczęszcza również na zajęcia z wychowania fizycznego do szkoły publicznej – dodaje pan Radosław.
Lubelskie kuratorium oświaty przyznaje, że domowe nauczanie cieszy się coraz większym zainteresowaniem rodziców.
– Pytania dotyczą głównie prawa, na podstawie którego można podjąć się domowego nauczania – wyjaśnia Jolanta Misiak, lubelski wicekurator oświaty. – Najwięcej zależy jednak od dyrektorów szkół. To oni wydają zgodę na nauczanie dziecka poza szkołą.
Panu Radosławowi nie udało się znaleźć takiej placówki w Lublinie. W tej chwili jego syn jest zapisany do szkoły spoza województwa. Świadectwo ukończenia zerówki otrzyma na podstawie egzaminów klasyfikacyjnych, które zda w szkole.
Dyrektorzy lubelskich podstawówek są nastawieni sceptycznie do nauczania domowego.
– Jestem temu przeciwna – przyznaje Zofia Wiercińska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 20 w Lublinie. – Gdyby do mnie zwrócili się rodzice, którzy chcą sami odpowiadać za edukację dziecka, musiałabym wziąć pod uwagę warunki, jakie do nauki ma uczeń w domu, i wykształcenie rodziców. Wiele zależałoby też od zdolności i psychiki dziecka.
Główny zarzutem, jaki pada pod adresem nauczania domowego i to nie tylko ze strony nauczycieli, jest pozbawianie dziecka kontaktu z rówieśnikami.
– To mit, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością – odpiera zarzut Radosław Kopeć. – Przecież nie tylko szkoła daje dziecku możliwość wchodzenia w różne relacje społeczne. Istnieje wiele innych miejsc. Dzięki nauczaniu domowemu mam nie tylko wpływ na to, czego moje dziecko się uczy, ale również na to, jakie wartości są mu przekazywane. W którymś momencie poślemy dzieci do szkoły.
Rodziców decydujących się na domowe nauczanie wspiera Stowarzyszenie Edukacji Domowej. Jego prezesem jest dr Marek Budajczak, pracownik Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu. Był jedną z pierwszych osób w Polsce, które zdecydowały się na uczenie swoich dzieci w domu.
« Odpowiedź #14 dnia: Styczeń 05, 2008, 06:22:07 pm »
reportaż o edukacji domowej w celowniku tvp1
http://www.itvp.pl/player.html?mode=0&channel=452&video_id=30477
strona o edukacji domowej
« Odpowiedź #15 dnia: Sierpień 14, 2008, 10:12:52 am »
Lekcje przy krojeniu pomidorów
Rozmawiał: Grzegorz Blachowski
Jedni wściekają się na nauczycieli, że źle uczą, inni wydają fortunę na prywatne lekcje. Nam też nie podobała się polska szkoła, więc założyliśmy własną. W domu
Agnieszka ma 11 lat, jej brat Bartek jest dwa lata młodszy. Gdy rozmawiam z ich rodzicami, wygadane dzieci rwą się, by mówić za nich. Piwowarscy to czwarta w Łodzi rodzina, która zdecydowała się na edukację domową.
Grzegorz Blachowski: Dlaczego wasze dzieci nie chodzą do szkoły?
Dorota i Krzysztof Piwowarscy*: Chodzą. Mają ją w domu i my jesteśmy ich nauczycielami. Mamy do tego prawo - ustawa mówi o obowiązku kształcenia dzieci, ale nie wskazuje gdzie.
To protest przeciw polskiej szkole?
D.P.: - Nie, świadomy wybór. W tradycyjnych szkołach pracują często wspaniali ludzie. Ale szkoła, jaką znamy, nie uczy samodzielnego myślenia. Jest jedno pytanie i jedna odpowiedź. Dziecko często nie może mieć swojego zdania ani poddać w wątpliwość tego, co mówi nauczyciel. A ten, zadając pytania, kieruje myśleniem dziecka. Nauczycielskie pytanie: "A dlaczego tak myślisz?" sprawia, że uczeń boi się mówić.
Nie przesadzacie? Nie jesteście w szkole na co dzień.
D.P.: - Ale nasze dzieci chodziły do publicznej podstawówki. Bartek przez trzy, a Agnieszka - cztery lata. Na początku było dobrze, później zaczęły się konflikty między dziećmi. Nauczyciele nie byli w stanie nad nimi zapanować. Zamiast negocjować i rozmawiać, traktowali dzieci przedmiotowo. Zajmowali stanowisko bez zbadania sprawy.
K.P.: - Kiedyś Bartek wrócił ze świetlicy z guzem na głowie. Opiekunki nic nie zauważyły, były zajęte piciem kawy i jedzeniem ciasta.
Nie próbowaliście interweniować?
K.P.: - Spróbowaliśmy ze szkołą prywatną. Ale tam - wyścig szczurów.
D.P.: - Marzyła nam się szkoła, gdzie dziecko może samo decydować, jakich przedmiotów chce się uczyć więcej, a jakich mniej. I w jakim tempie to robić.
11-latek ma sam decydować, czego chce się uczyć?
D.P.: - Dziecko skupi się tylko na tym, na czym chce. Trzeba szanować jego wybór. To nie oznacza, że nie ma w naszej „szkole” żadnych zasad. Kierujemy się zdrowym rozsądkiem i bezpieczeństwem dzieci. Jak bawią się za długo, to natychmiast zwracamy im uwagę.
Szkoła was zawiodła, więc wymyśliliście edukację domową. Nie baliście się?
D.P.: - Skontaktowaliśmy się z prekursorką takiej nauki w Łodzi. Mieliśmy sporo wątpliwości. Nie wiedzieliśmy, jak sobie poradzimy czasowo i finansowo. Był koniec sierpnia. Wszystko już kupione na początek roku szkolnego: podręczniki, zeszyty, piórniki. Spytaliśmy dzieci o zdanie. Drugiego września nie pojawiły się w szkole.
Co zrobiliście z zeszytami, książkami?
K.P.: - Nasze dzieci sporo notują...
D.P.: - Cały czas się uczą. A ja jestem z nimi w domu, jestem z nimi w firmie. Gdybym miała inny tryb pracy, pewnie nie dałabym rady. Ale w firmie jestem raz w tygodniu, a zarządzam nią z domu. Wstaję o 6, kiedy dzieci śpią. Odbieram maile, wypełniam dokumenty. Tak samo wieczorem. W ciągu dnia dzieci często same się uczą lub czytają. Wtedy zajmuję się pracą. Krzysztof też pracuje w domu, więc wymieniamy się przy uczeniu dzieci.
W jakich godzinach uczycie dzieci?
D.P.: - Niedziela czy poniedziałek Agnieszka i Bartek są w "szkole". Nie siedzą przy biurku od 8 do 13 z przerwą na drugie śniadanie. W szkole dzieci spędzają po sześć godzin dziennie, ale efektywnej nauki jest niewiele. My jeden dział z matematyki przerobiliśmy w dwa dni, a rówieśnicy naszych dzieci w szkole przez miesiąc. My jedziemy samochodem, widzimy ofertę kredytową banku i mamy lekcję o liczeniu procentów albo odpytujemy się z angielskiego. Bo każda sytuacja codzienna jest okazją do nauki. Uczymy się przy gotowaniu, kiedy dzieci szukają w internecie wiadomości o pomidorach. W parku dowiadujemy się o rodzajach szyszek, a przy pieczeniu ciasta o ułamkach. Mamy całą rodziną prywatne lekcje hiszpańskiego, bo jesteśmy na tym samym poziomie.
A dzieci mają kiedyś wolne od nauki?
D.P.: - U nas nauka to przyjemność. Ale jest wiele momentów, kiedy niczego się nie uczymy. Czasem krojąc pomidora, myślimy o tym, żeby go zjeść, a nie, by dowiedzieć się, że to warzywo pochodzi z Ameryki Południowej. Z drugiej strony, kiedy kaleczymy się przy krojeniu, uczymy się, że trzeba być ostrożnym.
Dzieci mają kanon lektur?
D.P.: - Sami wybierają, co czytają, a książki to ich pasja. Ale czasami muszą przeczytać lekturę obowiązkową, bo nauczyciele ze szkoły tego wymagają.
K.P.: - Formalnie uczą się w jednej z podstawówek. Mają wystawiane oceny semestralne ze wszystkich przedmiotów. Dwa razy w roku egzaminują ich nauczyciele. Różnica jest jedna - nie chodzą do szkoły.
D.P.: - To zaoszczędza czas. Wie pan, ile lekcji traci się dziennie na czytanie listy obecności w szkole? My znamy ją na pamięć.
Program nauczania opracowujecie sami?
D.P.: - Z nauczycielami ze szkoły. Musimy dostosować się do podstawy programowej, żeby Agnieszka i Bartek mogli zdać egzaminy zewnętrzne.
Zawsze znacie odpowiedzi na pytania dzieci?
D.P.: - Każdego dnia czymś nas zaskakują. Ale wtedy wspólnie szukamy odpowiedzi. Pomagają nam specjaliści - dziadkowie, wujkowie, przyjaciele. Nie korepetytorzy! Bo dziecko łatwiej da się przekonać wiedzy babci uprawiającej ogródek niż nauczyciela ze szkoły ogrodniczej.
To tak jakbyście drugi raz chodzili do szkoły. Chce wam się?
D.P.: - Jesteśmy wielkimi fanami nauki. Nie lubiłam fizyki w szkole, ale mimo to chętnie usiądę z moimi dziećmi do książek, żeby czegoś się wspólnie nauczyć. Nie ma rzeczy, której byśmy nie mogli zrozumieć. Ktoś kiedyś powiedział, że umysł jest jak spadochron, lepiej działa, jak jest otwarty. My mamy otwarte umysły.
*Dorota Piwowarska jest z wykształcenia ekonomistką, ma firmę handlową, jej mąż Krzysztof skończył biologię. Pasjonuje się giełdą. Mieszkają w przytulnym trzypokojowym mieszkaniu. W pokojach dzieci jest dużo zabawek, a na niezbyt często używanych biurkach leżą książki. Sporo też ich na półkach.
Plan lekcji Piwowarskich...
Godz. 6. Pobudka rodziców. Mama i tata zaczynają pracę zawodową. Przed ósmą wstają dzieci. Same robią sobie śniadanie i rozmawiają z rodzicami. Czasem o biologii, innym razem mówią po angielsku.
Dzieci muszą wytrzeć kurze i wyjść z psem Bondem. Po śniadaniu najczęściej czytają. - Przy nauce bawimy się. Na przykład każdy członek rodziny jest częścią mowy: rzeczownikiem, przyimkiem, zaimkiem itd. Zadajemy np. pytanie: "Kto odmienia się przez przypadki?". Wstają ci, którzy są poprawną odpowiedzią - mówi Dorota.
Godz. 14. Obiad. Potem wizyta w Muzeum Kinematografii i rozmowa o sztuce filmowej, wycieczka na zakupy... Rozmowa ze sklepikarką to pretekst do nauki zawodów po angielsku. Piwowarscy uczą się go, jadąc do marketu, aby zareklamować kupiony dzień wcześniej edukacyjny programu komputerowy. Dzieci uczą się, jak złożyć reklamację i jakie prawa ma konsument. Z rodzicami wypełniają dokumenty.
W domu - zadania z matematyki. To jedyne pół godziny, które dzieci spędzają nad książkami przy biurku. Po lekcji zabawa matematyczna. Odbijają piłkę i na każde odbicie trzeba podać wynik mnożenia dwóch cyfr wypowiedzianych przez poprzednika. - Przed każdą nauką pijemy wodę mineralną, bo lepiej wpływa na dotlenienie mózgu - informują Piwowarscy.
Godz. 19. Kolacja. Godzinę później dzieci są już w łóżkach, jeśli chcą, czytają książkę lub wspólnie z rodzicami oglądają film popularnonaukowy albo bajki po angielsku.
Nie prowadzi się oficjalnych statystyk, ile rodzin w Polsce prowadzi edukację domową. W zeszłorocznym zjeździe w Krzyżowej wzięło udział 25 par rodziców z dziećmi. W rzeczywistości może ich być dwa razy więcej, bo wiele rodzin nie przyznaje się do tego.
« Odpowiedź #16 dnia: Sierpień 14, 2008, 10:41:29 am »
Ja także mocno krytykuję szkoły i mocno obstaję za edukacją domową lub indywidualnym nauczaniem- zwłaszcza dzieci niepełnosprawnych.
13-ty rok uczę dziecko sama- szkoła robi minimum- na końcu wystawia świadectwo. :oops:
Uspołecznianie każdy rodzic może robić we własnym zakresie.
« Odpowiedź #17 dnia: Sierpień 14, 2008, 09:45:56 pm »
Ja nie mam doświadczeń, nawet nie znam osobiście nikogo, kto ma edukację domową albo indywidualną, ale uważam, że jeśli jest to dobrze zrealizowane i rodzice są odpowiedzialni, to naprawdę dziecko może skorzystać więcej niż w szkole. Z doświadczenia znam jedynie kilka wad polskiego systemu szkolnictwa
Jednak warto pamiętać o tym, żeby dziecku, które nie chodzi do szkoły, zapewniać kontakt z rówieśnikami, wspólne zabawy itd... rozwój społeczny jest również ważny (chociaż nawet w szkole nie zawsze przebiega korzystnie i 'prawidłowo; ...).
« Odpowiedź #18 dnia: Wrzesień 19, 2008, 01:15:55 pm »
Radość odkrywania świata zamiast szkoły
Blog Marzeny Reszke>>>> http://naukapozaszkola.blog.onet.pl/
Uczymy się w Rodzinie
Blog Kuby Niewiarowskiego >>> http://www.niewiarowscy.blogspot.com/
« Odpowiedź #19 dnia: Listopad 21, 2008, 09:30:51 am »
Domowa edukacja jest bardziej powszechna w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy Australii. Jednak i w Polsce uczenie dzieci w domu jest jak najbardziej możliwe i całkowicie legalne
Polska konstytucja daje rodzicom prawo wyboru edukacji domowej.
Artykuł 70, punkt 30 brzmi: "Rodzice mają wolność wyboru dla swoich dzieci szkół innych niż publiczne."
Innym przepisem - już nie tak liberalnym, ale również mającym zastosowanie w tym przypadku jest ustawa o systemie oświaty z września 1991 roku. Artykuł 16, punkt 8 mówi: "Na wniosek rodziców dziecka dyrektor szkoły publicznej, w której obwodzie dziecko mieszka, może zezwolić na spełnianie przez dziecko obowiązku szkolnego poza szkołą oraz określić jego warunki. Dziecko spełniające obowiązek szkolny w tej formie może otrzymać świadectwo ukończenia poszczególnych klas szkoły podstawowej lub ukończenia tej szkoły na podstawie egzaminów klasyfikacyjnych przeprowadzonych przez szkołę, której dyrektor zezwolił na taką formę spełniania obowiązku szkolnego."
Jak zająć się załatwieniem zezwolenia na naukę w domu?
Wystarczy złożyć podanie w lokalnej szkole państwowej i czekać na decyzję. Prawdopodobnie zostanie ona obwarowana licznymi warunkami, jak na przykład comiesięczne, półroczne lub roczne egzaminy. Wszystko zależy od zdrowego rozsądku i dobrej woli dyrektora szkoły.
Poznaj plusy...
Można więc uczyć dziecko w domu, pytanie tylko po co? Zwolennicy domowej edukacji zaczynają zwykle od zwrócenia uwagi na niewydolność polskiego szkolnictwa. Szkoły określają mianem fabryk. Dziecko obdarzone wyjątkowymi zdolnościami często pozostaje w takiej fabryce niezauważone, a w każdym razie nauczyciel nie ma czasu na rozwijanie jego talentu - w końcu w klasie ma 30 innych dzieci.
Kolejna sprawa to unifikacja - zgodnie z założeniami, każde dziecko powinno w tym samym czasie przyswoić taką samą wiedzę. Nie ma miejsca na indywidualność. W domu łatwiej pokierować nauką tak, żeby więcej uwagi poświęcić zagadnieniom, które sprawiają dziecku trudność. W rezultacie nawet mniej zdolne dziecko może osiągnąć zadziwiające rezultaty.
Krytykowany jest również system nauki - sztywny podział na lekcje, przedmioty i przerwy. W edukacji domowej zwykła wycieczka do parku może zmienić się w lekcję przyrody, fizyki, angielskiego i rysunku.
...i minusy
Najpoważniejszym argumentem przeciwników domowej edukacji i jednocześnie obawą rodziców, uczących swoje dzieci - zwłaszcza rodziców jedynaków - jest brak kontaktu z rówieśnikami. Jednak jest na to sposób. Dzieci mogą korzystać z zajęć dodatkowych i tam spotykać rówieśników. Można też organizować wspólne lekcje dla dzieci edukowanych domowo. Decydując się na uczenie dzieci w domu trzeba pamiętać o odpowiedzialności, jaką bierze się na swoje barki. Trzeba być konsekwentnym i wymagającym, co czasem bywa trudne wobec własnego dziecka. Trzeba mieć szeroką wiedzę i nauczycielskie zacięcie. A przede wszystkim -wierzyć we własne siły i sens przedsięwzięcia.
Uczą się dla przyjemności
Nie rozumiem osób, które sprzeciwiają się edukacji domowej. Po pierwsze, to niczyja sprawa, jak kieruję wychowaniem swoich dzieci. Istnieje jakieś domyślne założenie, że gdyby zostawić rodziców samym sobie, na pewno skrzywdzą, zaniedbają, wykrzywią umysłowo i emocjonalnie swoje dzieci. Istnieje również milczące przyzwolenie na kształtowanie dzieci przez wszystkich, tylko nie rodziców. Mojemu dziecko może wkładać do głowy co chce nauczyciel, ksiądz, psycholog, redaktor gazety młodzieżowej, piosenkarz, kolega - tylko rodzice są podejrzani. A potem wszyscy się dziwią, że młodzież wychowana na kulturze masowej jest niekulturalna, nie umie pomóc drugiemu człowiekowi, zawalczyć o swoje, zrealizować swoich pasji i pomysłów - ale przeciwwaga tworzona przez rodziców oceniana jest jako chowanie dziecka pod kloszem.
Po drugie, nigdy po skończeniu szkoły nie spotkałam się już z takim stresem, rywalizacją, zakłamaniem, obłudą, wulgarnością i przemocą jak w szkole.
Po trzecie, szkoła nie jest odzwierciedleniem rzeczywistego świata. Żyjemy w demokracji, a szkoła jest dyktaturą. Jako organizacja jest zbliżona do wojska lub więzienia - jest hierarchia, jest przymus, nie można odejść, wiadomo, kto rządzi, a kto słucha rozkazów. Szkoła nie
Po czwarte wreszcie, polecam lekturę internetowych forów dla rodziców. "Moje dziecko jest niesprawiedliwie oceniane, moje dziecko jest poniżane, moje dziecko nie może zostać w szkole po godzinach lekcji i ma czekać na mnie pod szkołą, nie mamy na nic czasu, bo odrabiamy bezsensowne prace domowe / uczymy się grać na flecie / wyklejamy dinozaury z włóczki, moje dziecko jest przemęczone, tornistry ciężkie, itd. itd.
Znane mi dzieci ludzi, którzy zdecydowali się uczyć je w domu realizują swoje pasje. Czytają dla przyjemności. Uczą się dla przyjemności. Nie wkuwają na pamięć, nie starają się domyśleć, czego chce nauczyciel, nie rozgryzają sposobów formułowania testów. Jeżdżą po świecie. Odwiedzają znajomych. Mają czas na to, by spędzić parę dni u znajomego weterynarza, mają czas na łażenie za geodetami na budowie domu i przyglądaniu się ich pracy, mają czas na pisanie do siebie listów.
Nie znam innych równie mądrych, samodzielnych, wesołych dzieci. Do półrocznych egzaminów przygotowują się kilka dni i zdają je bez problemów. Bez wszechobecnych w polskiej szkole stresu i strachu wszystko jest proste.
Dorota, mama Jaśka (4 lata) i Jeremiasza (2 i pół roku)
Na razie sobie radzimy
Od ponad roku formalnie uczymy naszą starszą córkę w domu i mamy zamiar robić to jeszcze przez co najmniej trzy lata. Skłoniła nas do tego niewydolność polskiego systemu edukacji i pozytywne wrażenia wyniesione z obserwacji ludzi, którzy sami edukują swoje dzieci.
Sporo podróżujemy i to również wpłynęło na naszą decyzję - częste nieobecności w szkole mogłyby zaburzać proces edukacji naszej Magdy. Problemów z załatwieniem formalności do tej pory nie mieliśmy. Do zerówki zgłosiliśmy Magdę do prywatnej szkoły - tam poszło szybko. Podobnie było w pierwszej klasie - z tą różnicą, że Magda została zgłoszona do obwodowej podstawówki. Do tej pory z edukacją córki radziliśmy sobie sami. Oprócz nauki w domu Magda chodzi na lekcje angielskiego i spotyka się z innymi dziećmi edukowanymi domowo na zajęciach artystycznych (malowanie, śpiewanie, itp.).
Plusy nauki w domu to świetne relacje z rodzeństwem, dużo czasu na wspólne zabawy i przeżycia, możliwość spędzania czasu z rodzicami. Na naukę poświęca się mniej czasu niż w tradycyjnej szkole, więcej zostaje go na rozwijanie zainteresowań, wycieczki i spotkania z przyjaciółmi.
Minusy? Na rodzicach spoczywa cała odpowiedzialność za edukację dziecka. Nie mogą jej zrzucić na kogoś innego, gdy pojawią się problemy. Muszą też podążać za programem. Do tej pory nam się to udawało. Jak będzie dalej - zobaczymy. Liczy się dla nas zdanie dzieci. Jeśli Magda i Marta zapragną iść do szkoły, to prawdopodobnie spełnimy ich życzenie.
Joanna i Dawid, rodzice Marty (4 i pół roku) i Magdy (7 i pół roku)
Żegnaj szkoło?
Pierwszego września pięć milionów uczniów rozpoczyna rok szkolny. Jednak około stu z nich nie usłyszy dzwonka, nie włoży uroczystego stroju. Dlaczego? Bo rodzice postanowili sami je uczyć.
Uczenie w domu przez stulecia było czymś całkiem normalnym. Większość prezydentów USA była edukowana w domu. Również Albert Einstein, Piotr Curie, Agatha Christie, Hans Christian Andersen, Mark Twain, Winston Churchill, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Yehudi Menuhin i Elżbieta II - nie uczyli się w szkołach. W Polsce szlacheckiej w dworach dzieci uczyła matka, nielicznych stać było na guwernantkę. Dopiero gdy dziewczęta i chłopcy dorastali, posyłało się ich do powiatowego miasta do gimnazjum ze stancją. Szkoła stała się obowiązkowa dopiero w XX wieku. Państwo, chcąc upowszechnić i upublicznić oświatę, zaczęło mieć monopol na ustalanie, czego dzieci mają się uczyć, a czego nie.
Zaczęło się w USA
To właśnie tam, w latach 70. XX w. obowiązkowe szkolnictwo przestało się wszystkim podobać. Rozczarowana państwową edukacją grupa rodziców postanowiła uczyć dzieci w domu. Twierdzili, że w szkołach kwitnie przestępczość, handel narkotykami, nie odpowiadały im programy nauczania. Ich pomysłowi przeciwstawiła się administracja szkolna - pionierów bojkotu szkół publicznych wtrącano do więzień, a na- wet grożono im odebraniem praw rodzicielskich. Odbyło się wiele spektakularnych procesów sądowych. W obronie rodziców stanął Kościół, organizacje obywatelskie i niektórzy politycy.
Jednak w latach 80. walka o edukację domową zakończyła się sukcesem - tzw. homeschooling został prawnie dopuszczony. W niektórych stanach wystarczy wysłać list do kuratorium: "Moje dziecko nie będzie chodzić do szkoły", w innych dzieci muszą co roku zdawać egzaminy. W ostatnich latach taką formę edukacji zaakceptowały tak prestiżowe uczelnie jak Harvard i Princeton oraz stanowe szkoły średnie. Homeschooling dopuszczony jest w Kanadzie, Irlandii, na Węgrzech i w Australii, ale np. w Niemczech jest zabroniony. W Wielkiej Brytanii rodzice nie muszą przestrzegać programu szkolne- go ani liczby prowadzonych zajęć. Poza tym dziecko uczone w domu nie jest zmuszone do zdawania jakichkolwiek egzaminów - nawet takich, jakie zdają jego rówieśnicy w szkołach. W Czechach dzieci między 5. a 12. rokiem życia również mogą być uczone przez rodziców. Później muszą chodzić do szkoły. Tę decyzję ustawodawcy argumentowali troską o dobro dzieci i koniecznością nauki pracy w grupie rówieśników.
Do szkoły w kajdankach?
W Polsce pionierem edukacji domowej jest dr Marek Budajczak - zawodowy pedagog. Najpierw homeschooling poznał z lektur. W 1995 r. taką formę nauki Budajczakowie zaproponowali swoim dzieciom - 9-letniej wówczas córce i 8-letniemu synowi. Każdego roku zostawiali dzieciom decyzję o tym, czy chcą wrócić do szkoły. Nie chciały, chociaż nie było łatwo. Niektórzy szkolni znajomi tylko czeka- li, kiedy zostaną w kajdankach doprowadzone przez policjanta do szkoły. Panowało bowiem przekonanie, że nie ma możliwości zwolnienia z obowiązku szkolnego. Jednak Marek Budajczak uzyskał od dyrektora szkoły rejonowej zgodę na edukację domową, pod warunkiem że dzieci będą co roku zdawały egzaminy klasyfikacyjne. Ale w tamtym okresie nie istniał jeszcze przepis o konieczności poddawania się takim sprawdzianom. Doszło więc do sporu i dyrektor cofnął zezwolenie.
Budajczakowie nie zrezygnowali jednak z domowej edukacji. Dziś ich dorosłe dzieci Emila i Piotr mają jedynie świadectwa ukończenia trzeciej i czwartej klasy szkoły podstawowej, a choć dysponują amerykańskim odpowiednikiem matury, nie mogą zweryfikować swojej wiedzy przed komisją państwową, a co za tym idzie, nie mogą w Polsce studiować. Mają jednak wyrok sądu administracyjnego, który zobowiązuje ministra edukacji do "wdrożenia procedury naprawczej". Niestety, od trzech lat do tego nie doszło, może uda się teraz, bo wydaje się, że w Ministerstwie Edukacji Narodowej dla homeschoolingu zapaliło się zielone światło.
Podróże zamiast szkolnej ławki
W 1995 r. w Polsce były jedynie dwie rodziny uprawiające homeschooling. Dziś jest ich już około 40, ale nadal idea edukacji domowej nie jest szeroko znana. W Polsce pozwala na nią ustawa o systemie oświaty z 1991 r., z tym że zgoda na homeschooling należy do dyrektora szkoły rejonowej i jest sprawą uznaniową. Zgodnie z polskim prawem rodzic, który sam zechce uczyć dzieci, nie musi być z wykształcenia nauczycielem. Musi jednak przekonać dyrektora szkoły, że jest w stanie przekazać dziecku wiedzę, jaką uzyskałoby ono, uczęszczając do szkoły.
Marzena Reszke, autorka popularnej książki dla dzieci "Rodzinka", po raz pierwszy zetknęła się z edukacją domową dwa lata temu. Przeczytała artykuł o podróżniczce Annie Janickiej-Galant, która kilka miesięcy w roku spędza na wyprawach autostopowych z synem. Jeśli ich podróż trwa długo, zabierają ćwiczenia oraz książki, np. do matematyki, chemii, fizyki. Każdej wyprawie towarzyszą lektury. W Turcji byli z "Iliadą", "Odprawą posłów greckich", "Giaurem" i nagraną na mp3 trylogią Sienkiewicza. Chłopiec chłonie wtedy wiedzę wszystkimi zmysłami - kojarzą mu się miejsca historycznych wydarzeń, krainy geograficzne, klimat, muzea i wykopaliska, a oprócz tego żywi ludzie i ich religia, tradycje, kuchnia, muzyka i język.
Marzena Reszke była tym oczarowana. Zaczęła szukać informacji o edukacji domowej, przeczytała książkę Marka Budajczaka i poczuła, że jest to coś, co jej niesamowicie pasuje, mimo - a może właśnie dlatego - że przez siedem lat uczyła w szkołach fizyki, matematyki i informatyki. Według niej szkoła nie uczy samodzielnego myślenia, lecz tego, by dostosować się do wymagań nauczycieli. Kiedy jej synowie rozpoczęli naukę, to już nie mieli czasu na eksperymenty, tylko kolorowali rysunki w ćwiczeniach... Zauważyła też, że ze szkoły wracają zmęczeni i zniechęceni. Zaczęli się też nagle wstydzić i obawiać dorosłych.
Kiedy okazało się, że Marzena spodziewa się kolejnego dziecka, wspólnie z mężem zdecydowali, że po urlopie macierzyńskim weźmie wychowawczy i zajmie się uczeniem dzieci. Dyrektor szkoły synów wydał zgodę, pod warunkiem że chłopcy będą dwa razy w roku zdawać egzaminy sprawdzające wiedzę.
Przestudiowała podręczniki i programy nauczania z II i III klasy i opracowała autorski program dla synów. Najwyżej 3 godziny dziennie na lekcje, głównie ćwiczenia z matematyki i pisanie, a potem czas na poznawanie świata w muzeach, na wycieczkach, podczas eksperymentów i zabaw. Marzena Reszke wyznaje, że nigdy nie robiła tylu ciekawych rzeczy, co teraz. Gdy np. zmokli, przeczytali potem wiersz Tuwima "Kapuśniaczek", rozmawiali o tym, jak powstaje deszcz, o parowaniu i skraplaniu, a potem omawiali typy klimatów i pokazywali na piłce miejsca na Ziemi, w których są największe opady. Dzieci uczyły się z wypiekami na twarzy.
To właśnie emocjonalne zaangażowanie ucznia i edukatora uważa się za najważniejsze w procesie uczenia się. Może właśnie dlatego Przemek Galant (syn podróżniczki), który nie chodzi do szkoły od I klasy gimnazjum, na teście kończącym uzyskał 48 punktów na 50. Liceum również zalicza w domu. Twierdzi, że wszystkie potrzebne wzory znajduje w internecie. Geografii i historii uczy się podczas podróży z mamą. Gdy nie może sobie z czymś poradzić, prosi o pomoc znajomych albo ludzi z tzw. łódzkiego banku czasu, gromadzącego wolontariuszy wymieniających się wiedzą. Znalazł tam m.in. nauczycieli języków obcych, a uczy się ich siedmiu, w tym tureckiego i esperanto. Grę na cytrze ćwiczy nieodpłatnie pod kierunkiem 88-letniego Bronisława Leszczyńskiego, który uczy go nie tylko muzyki, ale także pięknej polszczyzny, kultury oraz filozofii.
Homeschoolersi są the best!
Jak pokazują badania przeprowadzone w USA, uczniowie kształceni w domu osiągają najwyższe oceny na testach standaryzowanych i przewyższają innych na egzaminach do szkół średnich. Wyniki egzaminów na studia też mają lepsze. W grupie homeschoolersów nie ma bezrobotnych, jest więcej niż przeciętnie osób zadowolonych z pracy, zaangażowanych społecznie i charytatywnie. 82 proc. z nich chce uczyć swoje dzieci w domu.
Wielu pedagogów obawia się, że dzieci uczone w domu będą miały problemy w kontaktach z rówieśnikami. Włodzimierz Paszyński, były warszawski kurator oświaty uważa, że ciągłe przebywanie z rodzicami nie uczy samodzielności, a zbyt silna więź może stanowić w przyszłości problem. Szkoła to nie tylko dydaktyka, to też szkoła życia. Krystyna Markowska, psycholog dziecięcy, zastanawia się, gdzie homeschoolersi nawiążą ważne w procesie wychowania kontakty z rówieśnikami, dzięki którym dziecko nabywa umiejętności m.in. negocjacji i zjednywania przyjaciół. Obawia się, że wychowywani pod kloszem, uzależnią się od rodziców i potem mogą się czuć zagubieni. Innego zdania jest prof. Bogusław Śliwerski, rektor Wyższej Szkoły Pedagogicznej z Łodzi. Według niego homeschoolersi uczą się samodzielności, bo wiedza nie jest im podawana, ale często muszą ją sami pozyskać. Powołuje się też na amerykańskie badania, z których wynika, że dzieci te, mając od najmłodszych lat wpajane poczucie obowiązku, mają większe szanse na rynku pracy, bo z konieczności uczą się wykorzystania nowoczesnych technologii.
Edukacja domowa wymaga czasu, zaangażowania, pieniędzy. Rodzice nie dostają przecież na swoje dzieci subwencji oświatowej, które otrzymują szkoły na uczniów. Każda z rodzin homeschoolersów wypracowuje własny system nauki. Inaczej uczy Marzena Reszke, która kuchnię zamieniła w domowe laboratorium, inaczej Jolanta Bielenda omawiająca z córką zagadnienia biologiczne podczas konnych wycieczek, a jeszcze inaczej Iwona Sicińska, absolwentka medycyny, która 10-letniego syna Brunona zabiera w podróże służbowe, bo jako jedna z nielicznych mam-edukatorek nie zrezygnowała z pracy zawodowej.
Jak twierdzi Anna Janicka-Galant nauka w domu to dla rodzica ciągłe poszukiwanie i dokształcanie się. Jeśli ktoś lubi ustawiczną "gimnastykę mózgu", sprawdzi się jako edukator domowy. Przydaje się też wyobraźnia, pomysłowość, chęć eksperymentowania i umiejętność wyznaczania celów. Oczywiście nie można zapomnieć o konsekwencji i determinacji. Nauczanie jest procesem długotrwałym i wymaga zaangażowania, ale daje ogromną satysfakcję. Obawy przed skrzywdzeniem dziecka są bezzasadne. Wystarczy tylko podejść do problemu domowej edukacji dojrzale, odpowiedzialnie i z... sercem.
W Polsce z edukacji domowej może korzystać każdy uczeń (od zerówki do szkoły ponadgimnazjalnej włącznie). Zezwala na to ustawa o systemie oświaty. Jednak rodzice muszą poprosić o zgodę dyrektora swojej szkoły rejonowej. Powinni we wniosku (wzór pisma znajduje się na www.edukacjadomowa.piasta.pl ) podać aktualny adres zamieszkania. Dyrektor ma miesiąc na wydanie decyzji na piśmie. Gdyby była odmowna, można ją zaskarżyć, ponieważ ustawa nie wymienia przyczyn odmowy.
Rodzice nie muszą mieć wykształcenia pedagogicznego ani być nauczycielami. Muszą jedynie przygotować dzieci do egzaminów sprawdzających ich wiedzę. Dzieci edukowane w domu mają swoją internetową gazetę DomUczeLnia, którą można ściągnąć ze strony www.naukapozaszkola.blog.onet.pl. Działają też dwa stowarzyszenia: Edukacja domowa i Edukacja w Rodzinie.
Podróż w świat wiedzy
Dr Marek Budajczak, pracuje w Zakładzie Socjologii Edukacji Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, jeden z założycieli Stowarzyszenia Edukacji Domowej. Autor książki "Edukacja domowa".
Korzyści, jakie dzieci i rodzice wynoszą, odbywając wspólną podróż w świat wiedzy, są tak wielkie, że opłaca się przebrnąć przez wszystkie kłopoty. Kształcenie postępuje w domu sprawnie, będąc "przykrojonym" do zdolności konkretnego dziecka. Dzieci są bezpieczne fizycznie i psychicznie, a żadna szkoła tego nie gwarantuje. Ponadto rodzice mają możliwość przekazywania dziecku takiego systemu wartości, jaki sami wyznają. Minusem domowej edukacji jest konieczność zdawania przez dzieci spełniające "obowiązek szkolny poza szkołą" corocznych (niekiedy co pół roku) egzaminów klasyfikacyjnych. W ramach tych egzaminów (pisemnych i ustnych) dzieci odpowiadają na dziesiątki pytań. Obejmują one niekiedy wszystkie szkolne przedmioty, nawet te, które zgodnie z odpowiednim rozporządzeniem MEN są wyłączone z zestawu egzaminów klasyfikacyjnych jak: wf., plastyka, muzyka, technika. Czasem, by uzyskać pozwolenie dyrektora szkoły na następny rok, żąda się osiągnięcia przez dziecko najwyższych ocen. Dzieci chodzące do szkoły takich egzaminów zdawać nie muszą. Uważam, że takie rozliczanie z edukacji domowej jest niezgodne z Konstytucją i ratyfikowanymi aktami prawa międzynarodowego.
Podziwiam tych rodziców!
Prof. Zbigniew Marciniak - podsekretarz stanu w MEN
Kilka miesięcy temu spotkałem się z grupą rodziców, którzy prowadzą edukację domową. Rozmawialiśmy o kłopotach i osiągnięciach, o tym, w jaki sposób taka edukacja jest realizowana na świecie. W Polsce na razie jest to zjawisko niszowe. Zdarzają się dyrektorzy szkół, którzy podchodzą do niego z rezerwą, wstrzymują się z wyrażeniem zgody na jej realizację. Rozumiem ich, bo to dyrektor odpowiada za ustawową realizację obowiązku szkolnego. Podejmuje ryzyko, bo mimo najlepszych chęci nie każdy ma wystar-czające kwalifikacje, żeby zajmować się edukacją domową. Dlatego nie możemy wprowadzić automatycznego wyrażania takiej zgody przez dyrektorów, bo wówczas musielibyśmy ich zwolnić od odpowiedzialności.
Uważam, że należy pozostawić obowiązek sprawdzania efektów edukacji domowej poprzez egzaminy klasyfikacyjne, ale nie częściej niż raz na rok. Rzadsze sprawdzanie mogłoby być z krzywdą dla dziecka - gdyby rodzice przeszacowali swoje możliwości w jakiejś dziedzinie, mogłaby powstać dwuletnia zaległość. Myślę, że po wprowadzeniu w roku szkolnym 2009/10 klarownych podstaw programowych z opisem wymagań, rodzice edukujący w domu będą już wiedzieli, jak przygotować swoje dzieci. Postaram się również, żeby dzieci te miały takie same przywileje (np. zniżki na przejazdy, ulgowe bilety do kin i muzeów) jak inni uczniowie. Mam wielki szacunek do rodzin, które podjęły trud domowej edukacji i będę się starał im pomóc w zakresie legislacyjnym.
Odp: Edukacja domowa
« Odpowiedź #20 dnia: Czerwiec 13, 2009, 09:10:05 am »
W Polsce coraz więcej dzieci nie chodzi do szkoły. I wcale nie oznacza to, że się nie uczą, tylko uczą się w domu. Edukacja domowa zdobywa coraz więcej zwolenników. W domowych szkołach nie ma klas, dzwonków na lekcje, klasówek, odpytywania i dwój. Nauczycielami najczęściej są sami rodzice. A plan zajęć układają razem z dziećmi, dostosowując do możliwości ucznia
Jeśli lepiej skupia się rano, może uczyć się przedmiotów, które sprawiają większe problemy, a potem przerabiać łatwiejszy materiał. Tutaj edukacja jest dostosowana do indywidualnych możliwości dziecka. Metoda sprawdza się szczególnie w przypadku tych bardzo zdolnych, które na lekcjach się nudzą, albo dzieci, które źle znoszą szkołę. A domowe nauczanie jest kompletnie bezstresowe.
Jak przekonują rodzice, którzy zdecydowali się nie posyłać dzieci do placówek oświatowych, przede wszystkim w tych domowych szkołach nauka polega na rozbudzaniu w dziecku ciekawości, a nie bezrefleksyjnym zakuwaniu. Na lekcję biologii wychodzą do parku albo na łąkę, gdzie poznają się gatunki roślin, lekcje historii mają w muzeum, o dramacie uczą się bawiąc w teatrzyk, chemii mieszając w kuchni różne składniki, a geografii podróżując. Nauka nie kończy się razem z dzwonkiem, tutaj nie ma szablonów i programów prowadzenia lekcji. Nauka w domowej szkole to nic innego jak poznawanie świata.
Mimo zalet tej metody kształcenia, zawsze jest to dość trudna decyzja dla rodziny. Podejmując ją przynajmniej jedno z rodziców musi zrezygnować z pracy zawodowej, żeby zająć się uczeniem dziecka. Pytanie: Czy każdy rodzic nadaje się do samodzielnego uczenia dzieci? Oczywiście nie. Przede wszystkim musi być przekonany, że poradzi sobie z zadaniem, że wystarczy mu cierpliwości, konsekwencji i systematyczności w uczeniu dziecka.
Nauczyciel to zawód z powołaniem i pod tym względem nie ma różnicy między tym ze szkoły instytucjonalnej, a domowej. Wielu rodziców obawia się też, czy poradzi sobie z uczeniem dzieci; czy wystarczy mu wiedzy. Dzisiaj jednak są już stowarzyszenia rodziców - nauczycieli, którzy wymieniają się doświadczeniami, a mogą też prowadzeniem lekcji. Matematycy uczą dziecko humanistów i odwrotnie.
W Polsce edukacja domowa dopiero raczkuje i na taką formę uczenia dzieci zdecydowało się około 20-30 rodzin. I wciąż budzi wiele kontrowersji. W Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej tzw. homeschooling już nikogo nie dziwi, a uczelnie wyższe cenią sobie uczniów edukowanych domowo, bo uznają ich za kreatywnych i samodzielnych. Badania przeprowadzone przez kanadyjski instytut Frasera pokazały, że dzieci uczące się w domu, osiągają lepsze wyniki w nauce w porównaniu z uczniami szkół publicznych. W Anglii około 100 tys. rodzin zdecydowało się nie posyłać dzieci do szkoły.
Jak założyć domową szkołę?
Rodzice, którzy decydują się samodzielnie uczyć swoje dzieci, najpierw powinni wystąpić o wydanie na to zgody do dyrektora szkoły w rejonie, do którego przynależy dziecko. Do dokumentacji trzeba dołączyć zaświadczenie z poradni psychologiczno-pedagogicznej i oświadczenie rodziców, że są w stanie zapewnić dziecku odpowiednie warunki do nauki. Takie dziecko co prawda nie musi chodzić na lekcje, ale nie pozostaje poza systemem szkolnym.
Raz, albo dwa razy do roku musi zdawać egzaminy ze wszystkich przedmiotów. W zamian otrzymuje promocję do następnej klasy i świadectwo szkolne. Tym samy w każdej chwili może zacząć naukę w szkole publicznej. Bywa, że rodzice uczą dziecko na poziomie szkoły podstawowej, a kiedy program staje się coraz trudniejszy, decydują się na posłanie dziecka do gimnazjum, albo liceum już do tradycyjnej szkoły. Nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby absolwent domowej szkoły zdawał na swój wymarzony kierunek.
« Odpowiedź #21 dnia: Wrzesień 06, 2009, 08:35:13 pm »
Reportaż: Plusy i minusy edukacji domowej
« Odpowiedź #22 dnia: Wrzesień 06, 2009, 10:54:56 pm »
Obejrzałam ten ciekawy reportaż.
71% telewidzów opowiedziało się za edukacją domowa, 29%-nie.
Zwróciłam uwagę na wypowiedź uczestniczki : że uspołecznianie w szkole to stereotyp. Podzielam zdanie, choć różnie może być w różnych szkołach i z różnymi dziećmi.
Jestem za domową edukacją, za uspołecznianiem na własną rękę.
My realizujemy się 2 r.szk w indywidualnym nauczaniu w domu (efekt: wzorowe świadectwo z celujacym z j.ang).
Dodatkowy plus: dziecko wogóle nie chouje, nie ma stresu przed przemocą w szkole, realizuje naukę wg metod jakie lubi i które przynoszą efekty.
« Odpowiedź #23 dnia: Maj 22, 2010, 06:24:04 pm »
17.05.2010 Nora Krug
Angielski przy śniadaniu, matematyka w sklepie spożywczym, historia w muzeum. Tak wyglądał rok szkolny 10-letniej Julii. Kiedy jej matka, pisarka i nauczycielka akademicka zorientowała się, że dziewczynka niechętnie chodzi do szkoły i unika odrabiania pracy domowej, postanowiła wziąć edukację córki w swoje ręce.
Julia zawsze bujała w obłokach, była mocno roztargniona i często nie nadążała za grupą. Miała problemy z podstawami gramatyki i matematyką, a w miarę upływu czasu szkolny rygor stawał się dla niej coraz bardziej uciążliwy. Lara Brodie, jej matka, tak wspomina moment podjęcia decyzji o rezygnacji z nauki w szkole: „Nigdy nie zdecydowałabym się na naukę w domu, gdyby problem dotyczył tylko charakteru mojej córki. Jednak kiedy zaczęłam zgłębiać szkolny program, po prostu złapałam się za głowę. Pomyślałam, że sama mogę jej zaoferować coś znacznie lepszego”.
Rozpoczęcie nauki w domu wymagało podjęcia kilku kroków. Wymagania formalne wcale nie okazały się największą przeszkodą. W USA, żeby uczyć dziecko w domu, wystarczy opracować program nauczania i przedstawić go władzom szkolnym. Żeby zaliczyć rok, Julia musiała też osiągnąć wymagane minimum w końcowych testach, które pisali pozostali uczniowie.
Trudniejsze okazało się przekonanie dziecka, że zmiana trybu nauki wyjdzie mu na dobre. Opór Julii zelżał dopiero wtedy, gdy Brodie obiecała jej, że w ramach pracy domowej będzie musiała pisać dziennik – jedną stronę dziennie – i poświęcać godzinę na czytanie.
Matka i córka wspólnie ułożyły program, który wychodził naprzeciw zainteresowaniom Julii, a zarazem odpowiadał oczekiwaniom Brodie. Zakres przedmiotów był bardzo szeroki: od kultury Majów i życia dinozaurów, po obsługę komputera i robótki ręczne. W ramach zajęć Julia i Brodie jeździły na wycieczki do innych miast, gdzie chodziły na wykłady, słuchały koncertów, a raz nawet uczestniczyły w demonstracji. Mąż Brodie zabierał córkę na salę gimnastyczną i uczył jej gry na flecie.
Eksperyment pod tytułem „szkoła w domu” miał trwać jeden rok. Według samej Brodie, taki okres czasu stanowił też „granicę jej cierpliwości”.
O swoich doświadczeniach Lara Brodie napisała książkę. Przyznaje w niej, że wspólna nauka nie zawsze była idyllą. Kilkakrotnie pomiędzy nią a Julią doszło do spięć, które raz nawet zakończyły się kłótnią i wyzwiskami. Brodie musiała też poradzić sobie z zazdrością dwóch młodszych córek i porozumieć się z mężem odnośnie tego, jak uczyć Julię.
Matka i córka zgadzają się jednak, że warto było zaryzykować. – Nauka w domu daje poczucie prawdziwej kontroli nad kierunkiem Twojej edukacji – twierdzi Julia, dziś uczennica szkoły średniej. Dla jej matki cennym doświadczeniem był prawdziwy trening cierpliwości
Poprosiliśmy Brodie, żeby opowiedziała, czego nauczył ją i jej córkę rok „wagarów”.
Washington Post: Opisz, proszę, typowy dzień nauki w domu.
Lara Brodie: Zaczynałyśmy o 8.45. Przy stole w kuchni zabierałyśmy się za matematykę. Grałyśmy w gry matematyczne, potem Julia rozwiązywała równania albo budowała konstrukcje z figur geometrycznych. Był to rodzaj nauki przez zabawę. Potem przechodziłyśmy do angielskiego i gry na skrzypcach.
Nie było dzwonków ani planu zajęć rozpisanego godzina po godzinie. Z reguły rano było więcej pisania, a popołudnia upływały nam na zabawach na powietrzu, muzyce, eksperymentach naukowych i zajęciach artystycznych. Prawie codziennie też gdzieś razem wychodziłyśmy, żeby lepiej poznać otoczenie: do kawiarni, posłuchać muzyki, na uniwersytet, a nawet na zakupy w sklepie spożywczym.
Czego można się nauczyć, kupując jedzenie?
Wizyty w sklepach spożywczych wzbogacają wiedzę o żywieniu, uczą planowania posiłków i matematyki – mnożenia i szacowania wielkości. Kilka razy Julia zabierała do sklepu zeszyt i po kolei dodawała do siebie ceny wszystkich produktów, które wkładałam do koszyka. Takie praktyczne zajęcia pomagają dziecku uzmysłowić sobie, ile pieniędzy wydaje się na życie.
Czy córka miała kontakt z rówieśnikami?
Tak. Spotykała się z nimi na lekcjach tańca, tenisa czy podczas innych zajęć pozaszkolnych. Tylko pomiędzy 8.30 a 15 nie miała kontaktu z resztą klasy.
Ile kosztuje uczenie dziecka w domu?
Zakup pomocy naukowych to nie jest duży wydatek. Najbardziej kosztowne były nasze wycieczki; musiałyśmy płacić za hotele i jedzenie w restauracjach. Inna sprawa, że musiałam ograniczyć pracę na uczelni, przez co moje dochody zmalały o połowę. Nauka w domu to opcja dostępna dla tych rodziców, z których jedno może sobie pozwolić na przerwę w pracy.
Co tamten rok dał pani córce?
Julia dowiedziała się znacznie więcej ciekawych rzeczy niż w szkole. Zaraziłam ją pasją zdobywania wiedzy, a także zachęciłam do samodzielnych poszukiwań. Zamiast biernie siedzieć w ławce, stała się aktywną uczestniczką zajęć.
Jak teraz Julia daje sobie radę w nauce?
Uczy się dobrze, ale podobnie jak większość nastolatków nie czuje się najlepiej zamknięta w murach szkoły.
Tłum: Jędrzej Czerep
« Odpowiedź #24 dnia: Czerwiec 22, 2013, 01:10:56 pm »
Aby dziecko chciało się uczyć samo
http://www.rp.pl/artykul/19,1022381-Aby-dziecko-chcialo-sie-uczyc-samo.html
O tym jakie korzyści wynikają z edukacji domowej opowiadał dla "Rz" Mariusz Dzieciątko, prezes Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie, ojciec i nauczyciel trójki dzieci
Coraz więcej rodziców decyduje się na edukację domową, zamiast posyłać dzieci do szkoły. Da się to w ogóle połączyć z pracą zawodową?
Mariusz Dzieciątko: To nie jest prosta sprawa. Potrzebne są dyscyplina i wytrwałość, ale tak – da się to połączyć z pracą. Oczywiście najczęściej jest tak, że jedno z rodziców rezygnuje z pracy zawodowej, ale nie oznacza to, że edukacja domowa jest tylko dla bogaczy. Przez to, że rodzina żyje z jednej pensji, nie obniża się wcale jej standard życia. Odpada masa wydatków, pojawiają się więc i oszczędności. Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma dużej różnicy, czy rodzice sami uczą dziecko i mniej pracują, czy więcej pracują, ale dziecko chodzi do szkoły.
Edukacja domowa to taka szkoła, tylko że w domu? Lekcje, przerwy, klasówki...
Ciężko mówić o powszechnym schemacie edukacji domowej, każda rodzina wypracowuje własny system. Często nawet w jednej rodzinie są różne systemy dostosowane do poszczególnych dzieci. To zaleta tej edukacji – w początkowym okresie nauki staramy się dopasować metody i tempo pracy do potrzeb i możliwości dziecka. Sprawdzaliśmy różne sposoby pracy z dziećmi, ale najlepiej wychodzi nam praca blokowa: nie uczymy oddzielnych przedmiotów, lecz ciągów zagadnień. To się sprawdza u naszej trójki. Nigdy też nie prowadzimy standardowych lekcji po 45 minut – dostosowujemy się do możliwości dzieci, dzięki temu nauka jest bardziej efektywna.
Zanim zaczął pan uczyć najstarszego syna w domu, uczył się on w szkole. Trudno mu się było przestawić?
Pierwszego dnia usiadł przed żoną i powiedział: mama, ucz mnie. A żona na to: nie, to nie ja mam cię uczyć, tylko ty masz się uczyć. Pamiętajmy, że rodzic nie ma zastępować nauczyciela. Idea jest inna: nauczyć dziecko, by potrafiło i chciało się uczyć samemu, tylko z naszą pomocą. Nasz syn właśnie zdał 18 egzaminów z dziewięciu przedmiotów na koniec gimnazjum – gdybyśmy sami chcieli go do tego przygotować, to byłoby karkołomne. My pomagamy dzieciom w rozkładaniu czasu, kształcimy w nich samodyscyplinę, motywację do robienia rzeczy, które nie do końca są dla nich przyjemne. Ułatwiamy też im dostęp do materiałów.
Nikt państwu nie pomaga?
Dzieci, ucząc się, zapisują na kartce różne wątpliwości, pytania odnośnie do materiału. Później albo my sami jesteśmy w stanie na nie ciekawie odpowiedzieć, albo szukamy kogoś, kto to zrobi lepiej od nas – najlepiej pasjonata w danej dziedzinie. Nie chodzi tylko o to, by ktoś się na tym znał, ale by był w stanie zarazić dziecko swoją pasją. Szukamy wśród znajomych, rodziny, czasem wśród zaprzyjaźnionych studentów. Efekty takiej edukacji są naprawdę bardzo zadowalające.
« Odpowiedź #25 dnia: Czerwiec 22, 2013, 01:11:37 pm »
http://www.rp.pl/artykul/10,1022379-Domowa-szkola--to-nie-wiezienie.html
Domowa szkoła to nie więzienie
Artur Grabek, Bartosz Marczuk 22-06-2013
Dzieci kształcone w domu osiągają dobre wyniki w nauce i nie wyrastają na aspołecznych samolubów.
W USA około 2 mln dzieci uczy się w domu. W Polsce to wciąż niewielkie zjawisko, choć tempo przyrostu tzw. homeschoolersów jest szybkie. W ciągu ostatnich czterech lat, jak szacuje dr hab. Marek Budajczak, pedagog, pionier nauki w domu, w Polsce ich liczba wzrosła o 3000 proc. Jeszcze w 2009 r. edukacją domową objętych było ok. 50 uczniów, obecnie jest ich ok. 1500.
MEN z kolei raportuje, że uczniów odbywających taką formę edukacji za zgodą dyrektorów szkół jest w podstawówkach i gimnazjach 400. Dane te nie obejmują jednak liceów, są też zbierane za ten rok szkolny po raz pierwszy. Mogą być zatem niepełne.
Coraz więcej rodziców decyduje się nie posyłać dzieci do szkół, chcąc, by były one lepiej wykształcone, a sam proces edukacji był dla nich przyjaźniejszy. Wymaga to jednak sporego wysiłku z ich strony.
– Niekiedy rodzice, jeśli sami nauczają swoje dzieci, muszą rezygnować z części dochodów z pracy – zauważa Marek Budajczak. Rodzice, którzy decydują się na taką formę kształcenia, są zwykle dobrze wykształceni, robią zawodowe kariery, choć są też wśród nich przeciętni ludzie, także mieszkający na prowincji.
Eksperci wskazują, że głównymi motywacjami do uczenia dzieci w domu jest dbałość o ich dobry poziom wykształcenia i indywidualny rozwój, hierarchia wartości oraz rozczarowanie szkołami powszechnymi. – Rodzice wyznający określony system wartości chcą go przekazać dzieciom – podkreśla Budajczak. Wielu rodziców wierzy też, że edukacja domowa jest bardzo efektywnym sposobem kształcenia. Chodzi tu m.in. o indywidualne podejście do dziecka, poświęcenie mu maksimum uwagi, a także elastyczność w organizacji domowej nauki.
Nauka w domu wzmacnia też więź rodzica z dzieckiem. Te argumenty bierze pod uwagę Michał Czarnik, współwłaściciel kancelarii Czarnik Porębski i Wspólnicy, który z żoną zdecydował się od września na homeschooling. – Teraz wychodzimy wszyscy rano z dziećmi, prowadząc korporacyjne życie, po zmianach będziemy spędzać z nimi więcej czasu – mówi. – Dzieci uczone indywidualnie będą miały większe możliwości realizacji pasji i zainteresowań – dodaje.
Podobnie uważa Paweł Zakrzewski, pedagog, psycholog i prawnik, który uczy w domu pięcioro z siedmiorga swoich dzieci. Wszystkie, które są w wieku szkolnym. – Taka edukacja jest bliższa naturze, bo realnie, a nie pod przymusem szkolnym, przykuwa uwagę dzieci do realizacji określonych zadań. Ławka ogranicza dziecko – uważa Zakrzewski.
Wracają do źródeł
Pedagog, prof. Marek Konopczyński, rektor Pedagogium Wyższej Szkoły Nauk Społecznych, zwraca ponadto uwagę, że za wzrostem zainteresowania edukacją domową stoi też rozczarowanie powszechną formą oświaty, która dodatkowo jest niezwykle scentralizowana. – Rodzice decydujący się na homeschooling chcą sięgnąć do początków edukacji, która miała formę indywidualną i była przejawem elitarności – wyjaśnia. Wskazuje, że rodzice chcą mieć większy wpływ na treści kształcenia, szczególnie w kwestiach tak delikatnych jak historia najnowsza czy wychowanie do życia w rodzinie.
– Publiczne, a nawet niepubliczne placówki nie dają rodzicom praktycznie żadnego wpływu na to, czego i jak uczą się ich dzieci, bo bardzo szczegółowo określa to napisana przez resort edukacji podstawa programowa. O tym, jak mały wpływ na życie szkoły mają rodzice, najlepiej świadczy to, że prawo nie daje radzie rodziców praktycznie żadnych uprawnień – podkreśla rektor.
I wskazuje na jeszcze jeden problem. – Polska szkoła nie dba o rozwój emocjonalny uczniów. Jest nastawiona na przekazywanie wiedzy i umiejętności, dlatego rodzice, bez wątpienia znający swoje dzieci o wiele lepiej niż nauczyciel, w trosce o ich rozwój emocjonalny wolą brać sprawy we własne ręce – wyjaśnia.
Od 2009 r. prawo ułatwia kształcenie w domu. Uchwalona w 1991 r. ustawa o systemie oświaty stanowiła pierwotnie, że dziecko mogło uczyć się w ten sposób tylko otrzymawszy pozwolenie ze szkoły, do której uczęszcza lub do której zostało zapisane. Niestety, zawarte w przepisach określenie, że dyrektor „może zezwolić", często skutkowało odmową. Perypetie takie spotkały właśnie Marka Budajczaka.
– Rozpoczęliśmy z żoną edukację domową naszych dzieci w 1995 r., gdy córka była po drugiej klasie, a syn po pierwszej. Natknęliśmy się na mur niezrozumienia i wrogich akcji urzędników oświatowych, czasami z przekroczeniami prawa – wspomina.
Dodaje, że prowadzili batalie przed sądami administracyjnymi, które ostatecznie potwierdziły wszystkie ich racje. – W konsekwencji jednak nasze dzieci miały problemy z potwierdzeniem stopnia ich edukacji. Musieliśmy skorzystać z rozwiązania nostryfikacyjnego, oboje zaliczyli amerykańską „maturę" i szkołę średnią, i dopiero tak zalegalizowaliśmy ich wykształcenie w Polsce – wyjaśnia.
Od 2009 r. zgodę można uzyskać w dowolnej szkole wybranej przez rodziców. To ułatwia sprawę. Zaczęła się migracja homeschoolersów – efektem są ekstrawaganckie połączenia miejsca zamieszkania dziecka w Gdańsku np. ze szkołą w Koszarawie Bystrej, w Beskidzie Żywieckim. Tam zapisał też swoje dzieci Michał Czarnik. – To szkoły sprzyjające edukacji domowej, przeprowadzające egzaminy w sposób elastyczny i przyjazny dla dzieci – tłumaczy.
Mimo nowelizacji w przepisach wciąż są luki i błędy. Istnieje na przykład, jak podkreśla Budajczak, kłopot z egzaminami „domowych" uczniów. Obowiązuje tu wprawdzie specjalne rozporządzenie, gdzie precyzuje się niektóre zagadnienia dotyczące klasyfikacyjnych egzaminów, ale dyrektorzy szkół wciąż postępują po omacku. Praktyka jest bardzo różna – niektórzy wymagają na przykład egzaminów dwa razy w roku, na zakończenie każdego semestru, mimo że przepisy mówią o jednym egzaminie na rok.
Jest też kwestia koniecznych w przypadku dzieci edukowanych w domu, choć dla wszystkich innych dobrowolnych, badań w poradniach psychologiczno-pedagogicznych. Nie jest doprecyzowane, co ma być przedmiotem takich badań.
Więcej czasu na inne zajęcia
W dyskusji o edukacji domowej pojawia się często zarzut, że dziecko kształcone w ten sposób może mieć problemy z socjalizacją, bo ma ograniczony kontakt z rówieśnikami. Takiemu uogólnieniu przeczą jednak zarówno badania, jak i doświadczenia.
Według amerykańskich badań wiele dzieci edukowanych domowo ma rodzeństwo, często liczne, co sprzyja rozwijaniu kompetencji społecznych. Wspólną cechą dzieci edukowanych w ten sposób jest brak oporów w rozmowie z dorosłymi oraz dziećmi i łatwość nawiązywania z nimi kontaktu. A badania kanadyjskie wskazują, że kształceni domowo Kanadyjczycy są bardziej zaangażowani społecznie niż nich rówieśnicy (badano osoby w wieku 15–34 lat).
Także Marek Budajczak podkreśla, że tego rodzaju zarzut to najsłabszy mit ze strony sceptyków.
– A właściwie całkowita wręcz bzdura. Dzieci te nie są przykuwane przez rodziców łańcuchami do kaloryferów. Mają bogate kontakty rówieśnicze, często nawet bardziej intensywne niż ich koledzy ze szkoły. Nauka w domu trwa krócej w ciągu dnia, nie ma też w niej czasochłonnego odrabiania zadań domowych. To daje wiele czasu na kontakty społeczne. Dzieci te nie są ani pasożytami społecznymi, ani samolubami, przeciwnie, często działają prospołecznie. Jednoznacznie wykazują to wszystko liczne naukowe badania – przekonuje. Podobnie uważa prof. Konopczyński. – Wszelkie formy zajęć pozalekcyjnych, sportowe, artystyczne czy kulturalne, to doskonała płaszczyzna do nawiązywania i budowania relacji społecznych, a jeżeli dzieci w edukacji domowej przeznaczają mniej czasu na naukę, to mają go więcej na inne zajęcia – przekonuje.
Paweł Zakrzewski wskazuje, że jego dzieci lepiej niż ich rówieśnicy radzą sobie w trudnych sytuacjach.
– Nie blokują się, są otwarte na pokojowe rozwiązanie problemu, mają do siebie dystans. Lepiej odnajdują się w sytuacjach nieprzewidywalnych, bo edukują się w bardzo różnych środowiskach i okolicznościach – wyjaśnia.
Innym częstym zarzutem jest ten o gorszych wynikach dzieci uczonych w domu. Tego też nie potwierdzają ani badania, ani doświadczenie. Z danych zebranych w USA przez National Home Education Research Institute wynika, że po domowej nauce dzieci osiągają w testach wynik na poziomie średnio 65–80 proc., a pozostałe – 50 proc.
Potwierdza to także Joanna Strzelecka, dyrektor szkoły podstawowej oraz gimnazjum w Lubczynie (Zachodniopomorskie), która wydawała zgodę rodzicom na edukację domową.
– Obowiązek dyrektora szkoły dotyczy kwestii sprawdzania postępów nauczania dziecka, ewentualnie zapewnienia wsparcia dydaktycznego – wyjaśnia. Jak mówi, do tej pory efekty domowego nauczania umacniają jej przekonanie, że powierzając rodzicom ten obowiązek, postąpiła słusznie, bo dzieci osiągają ponadprzeciętne wyniki.
« Odpowiedź #26 dnia: Czerwiec 22, 2013, 01:12:26 pm »
http://www.tvn24.pl/przeglad-prasy-rodzice-rezygnuja-ze-szkoly-wola-uczyc-dzieci-w-domu,334701,s.html
Rodzice rezygnują ze szkoły. Wolą uczyć dzieci w domu
By uczyć dziecko w domu rodzic musi jedynie uzyskać zgodę dyrektora szkoły
Szybko przybywa osób rezygnujących ze szkoły. Od września ok. 2 tys. dzieci będzie się uczyć w domu - podaje "Rzeczpospolita".
Na edukację dzieci w domu zdecydował się m.in. Michał Czarnik, prawnik, współwłaściciel kancelarii Czarnik Porębski i Wspólnicy.
Z dala od "korporacjyjnej atmosfery"
W jego ocenie dzieci będą mogły dzięki temu pełniej realizować swoje zainteresowania i pasje. - Nie muszą przebywać poza domem cały dzień jakby pracowały w korporacji, dzięki czemu więcej czasu będziemy spędzać razem - tłumaczył w rozmowie z "Rzeczpospolitą".
Jak ocenia dr. hab. Marek Budajczak, pedagog pracujący na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu, który z żoną Izą jest pionierem edukacji domowej w Polsce, w tej chwili w domach uczy się około 1500 dzieci. Od następnego roku szkolnego ma być ich o kilkaset więcej.
By uczyć dziecko w domu rodzic musi jedynie uzyskać zgodę dyrektora dowolnej szkoły. Eksperci i rodzice, z którymi rozmawiała "Rz" zaprzeczają, by dzieci edukowane tą drogą miały problemy z kontaktami z rówieśnikami czy odnajdowaniem się w sytuacjach społecznych.
Autor: rf//kdj / Źródło: "Rzeczpospolita"
« Odpowiedź #27 dnia: Lipiec 05, 2013, 10:40:54 am »
Coraz więcej rodziców wybiera domową edukację.
wp.pl | dodane 2013-07-04
W połowie lat 90. dr Marek Budajczak postanowił wypisać dwójkę swoich dzieci z polskiej szkoły. Uznał, że nauczanie ich w domu jest znacznie bardziej elastyczną od tradycyjnego nauczania szkolnego formą. Myślał, że pójdzie gładko, bo prawo dopuszczało taką możliwość. Teoretycznie. W praktyce, urzędnicy, dyrekcja szkoły i nauczyciele rzucali im kłody pod nogi. 12 lat walczyli przed sądami, by bronić się przed urzędniczą opresją. Żona przypłaciła to zdrowiem, dzieci, nie zdobyły ani dyplomu ukończenia podstawówki, ani gimnazjum. Dziś świetnie sobie radzą. Syn jest resocjalizatorem, córka uczy języków obcych. Pan Marek, który jest pionierem edukacji domowej w Polsce, od dłuższego czasu prowadzi badania naukowe na ten temat. Dowodzi, że dzieci nauczane w tym trybie mają doskonałe wyniki w nauce i wbrew powszechnej opinii nie wyrastają na egoistów. Według jego szacunków, zainteresowanych tą metodą przybywa, a liczba dzieci uczonych w domu sukcesywnie rośnie. I jest ich już ok. 1200-1500. Dla porównania, jeszcze w 2009 roku było ok. 40.
Agnieszka Niesłuchowska: Z pana obliczeń wynika, że aż 1500 polskich dzieci korzysta z edukacji domowej. Dla porównania, co również wynika z pana analiz, cztery lata temu była ich garstka – zaledwie 40-50. Skąd taki wzrost? Na czym oparł pan swoje szacunki?
Dr hab. Marek Budajczak: Według danych, którymi dysponuję, dzieci uczących się w domach, a nie w szkołach, jest 1200-1500. Moje szacunki nie są oparte na regularnych badaniach, powiązałem jedynie doniesienia z różnych źródeł. Dane z 2009 roku, zanim wprowadzono przepisy ułatwiające edukację domową, to własne dane obserwacyjne - mowa o czterdzieściorgu, może pięćdziesięciorgu dzieciach, które w większości znałem. Co do liczb tegorocznych, wskazujących, że z domowych lekcji korzysta nawet do 1500 uczniów, to wypływają one z kilku źródeł. Ministerstwo Edukacji Narodowej niechętnie udostępnia takie informacje. Udało się je jednak pozyskać pewnej dziennikarce, która dowiedziała się , że z górą 700 takich dzieci było 3 lata temu. Dziś, jak można wnioskować, z pewnością ich przybyło. Z ostatnich badań GUS-owskich wynika jednak, że na poziomie szkół podstawowych zaledwie ponad 300 deklaruje nauczanie domowe. Trudno uwierzyć, że liczba ta się zmniejszyła. Dane są niespójne, ale wiem, że w systemie informacji oświatowej pełne dane mają się niebawem pojawić. Tyle źródła oficjalne. Pozostałe źródła moich szacunków to informacje ze szkół, które współpracują z dużą ilością rodzin edukacji domowej. Do tego dodałem paręset dzieci, które przejdą na domowy system nauki w tym roku. A wiem to, bo zarówno moja żona, jak i ja, mieliśmy kontakt z wieloma rodzicami zainteresowanymi edukacją domową.
Szacunki, jak pan mówi, mają charakter względny. Minister Krystyna Szumilas twierdzi, że z edukacji domowej korzysta w Polsce, zaledwie 389 dzieci. Takie dane płyną ze szkół. Skąd takie rozbieżności?
Ile szkół przychyla się do próśb rodziców o przejście dziecka na system edukacji domowej?
- Coraz więcej. Wprawdzie część dyrektorów szkół podchodzi do tego tematu z dystansem, ale na szczęście to podejście się zmienia.
domowej, szczególnie, że szkołom opłaca się wdrażanie tego pomysłu, ponieważ otrzymują z tego tytułu subwencję.
Przepis ustawowy jest jednak niezręczny, mówi o tym, że „dyrektor może zezwolić” na taki tryb. Może, ale nie musi.
Czy rodzic musi mieć ukończone studia albo posiadać uprawnienia nauczycielskie?
- Nie, i jest to zgodne z Konstytucją RP, niedyskryminacyjne rozwiązanie. Zgodnie z badaniami amerykańskimi poziom formalnego wykształcenia rodziców nie ma żadnego związku z wynikami
egzaminacyjnymi ich dzieci.
Dzieci rodziców z wykształceniem na poziomie podstawowym uzyskują w testach wyniki podobne do wyników dzieci, których rodzice mają tytuł doktora
Dr hab. Marek BudajczakDzieci rodziców z wykształceniem na poziomie podstawowym uzyskują w testach wyniki podobne do wyników dzieci, których rodzice mają tytuł doktora. Był moment, że ministerstwo próbowało przekonać naukowych konsultantów, by zaakceptowali wprowadzenie do ustawy warunku wykształcenia wyższego względem rodziców edukacji domowej, ale te „starania” spełzły na niczym. Cały projekt nowelizacji trafił do kosza.
Ile razy w roku dziecko zdaje szkolne egzaminy?
- Jakkolwiek kwestie związane z praktycznym przeprowadzaniem egzaminów nie są do końca uregulowane, jednoznacznym jest, że zgodnie z rozporządzeniem ministerialnym, egzaminy w formie pisemnej i ustnej, odbywają się raz w roku z większości przedmiotów. Czasami szkoły umawiają się na zdawanie egzaminów dwa razy w roku – po każdym semestrze.
Egzaminy nie dotyczą takich przedmiotów, jak plastyka, muzyka, WF i technika. Z nich dzieci nie otrzymują ocen, podobnie jest z oceną za zachowanie
co może powodować pewien kłopot – zgodnie z przepisem tegoż rozporządzenia, choć dzieci edukacji domowej mają często wysokie stopnie z egzaminów przedmiotowych, nie mogą uzyskać świadectwa z czerwonym paskiem, bo do czerwonego paska potrzebna jest … wysoka ocena z zachowania. To kolejny przykład niespójności przepisów pisanych przez urzędników bez rzetelnego rozeznania, bo trudno podejrzewać w tym „złą wolę”. Rozsądni dyrektorzy idą jednak na ustępstwo i wystawiają dziecku wychowywanemu w domu świadectwo „z paskiem”.
Jest pan pionierem polskiej edukacji domowej. Dwójka pana dzieci kształciła się w tym trybie od połowy lat 90. Dlaczego zdecydował się pan na to, by zabrać dzieci ze szkoły?
Żona zareagowała równie entuzjastycznie?
syn zareagował od razu pozytywnie, córka, lubiąca swoją szkołę, miała początkowo wątpliwości. Po wakacjach jednak, i bez perswazji z naszej, rodziców strony, zmieniła zdanie.
Co powiedział dyrektor?
- Zgodził się, ale doświadczyliśmy z jego strony wielu, także niezgodnych z prawem, przeszkód. Niektóre egzaminy odbywały się w bardzo nieprzyjaznej atmosferze.
Pani wicedyrektor chodziła za moją żoną, męcząc ją błaganiem: „Oddajcie nam nasze dzieci”
Mieliśmy też kłopot z przekonaniem do naszych racji jednej z wychowawczyń, która naszą decyzję odebrała jako atak na własną godność zawodową. Prosiła nas, byśmy „jej tego nie robili”.
Potraktowano was jak pyszałków i szaleńców, siłą wyrywających dzieci z „naturalnej” przecież szkoły?
Aby problem ten załatwić, obszedł pan polski system
Tak, istnieje bowiem procedura nostryfikacyjna, uznająca obce dokumenty oświatowe. Postanowiliśmy, że dzieci podejdą do amerykańskiej matury, której wyników – jak się później okazało – ani władze oświatowe, ani zachowawcze polskie uczelnie, nie chciały uznać za porównywalne z polską maturą. Przyszło zatem obojgu dzieciom zaliczyć jeszcze amerykańską szkołę średnią, które to dokumenty udało się nostryfikować dopiero w ubiegłym roku. Syn nie mógł przez długi czas regularnie studiować, bo do studiów brakowało mu polskiego poświadczenia nostryfikacyjnego.
Ale w jaki sposób udało się dzieciom podejść do matury amerykańskiej, skoro nie ukończyły szkoły podstawowej ani gimnazjum?
- Te kwestie w USA są rozdzielone; egzaminy „maturalne” są niezależne od nauki szkolnej.
Mówi pan o tym, że po latach solidnej nauki pana dzieci nie mają świadectw, dyplomów. Nie miały poczucia wykluczenia społecznego?
- Nigdy nie zdarzyło się, by dzieci wypominały nam podjętą wspólnie decyzję. Dorastały w oparach absurdu, będąc opresjonowanymi - znały okoliczności wszystkich spraw. Na szczęście
Po latach walk sądy przyznały nam rację. Ubolewam jednak, że dotąd nawet potwierdzenia uznania tych wyroków od oświatowych urzędników nie usłyszeliśmy
Tak działa system urzędniczy w Polsce. Moja żona bardzo to wszystko odchorowała, miała poważne kłopoty ze zdrowiem.
Co się teraz dzieje z pana dziećmi?
« Odpowiedź #28 dnia: Lipiec 05, 2013, 10:52:19 am »
Z amerykańskich badań wynika, że dzieci uczone w domu bardziej angażują się w działania prospołeczne. Z pozoru jednak mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie. Dzieci odizolowane od rówieśników nie wyrastają na egoistów?
Aby prowadzić edukację domową jedno z rodziców musi zrezygnować z kariery zawodowej. Jak to wyglądało w państwa domu?
- Już od momentu, gdy dzieci pojawiły się na świecie, żona zrezygnowała z pracy zawodowej. Wcześniej to ona utrzymywała nas, ponieważ ja kończyłem studia. Potem uznaliśmy, że z jednej pensji przeżyjemy. Głównie to żona zajmowała się nauczaniem dzieci, ale ja również w tym procesie istotnie uczestniczyłem. Elastyczny czas pracy na uczelni bardzo pomógł mi w godzeniu obowiązków zawodowych i edukacyjnodomowych. Aby przeprowadzać kolejne lekcje, musieliśmy niekiedy dobrze się przygotować, przysiadając fałdów. Finansowo bywało trudno, ale przetrwaliśmy.
Zamiast zamożnego życia w rodzinnej „rozsypce”, wybraliśmy spójną rodzinę z materialnymi ograniczeniami
Dr hab. Marek BudajczakZamiast zamożnego życia w rodzinnej „rozsypce”, wybraliśmy spójną rodzinę z materialnymi ograniczeniami.
Nie miał pan obaw, że nie poradzą sobie państwo z edukacją domową? Że dzieci nie będą wykonywać poleceń?
Jaki wprowadziliście system nauczania?
Pan też próbował tej metody?
- Nie. My prowadziliśmy systematyczne, codzienne lekcje. Oczywiście nie trzymaliśmy się sztywno czasu, lekcja nie trwała 45 minut. Jeśli na rozwiązanie zadania wystarczyło 25 minut, to nie czekaliśmy do przysłowiowego dzwonka, tylko przechodziliśmy do kolejnych zadań.
Działaliśmy podobnie do szkoły, z jednym wyjątkiem – wprowadziliśmy czas na odpoczynek, na wzór południowoeuropejskiej sjesty
Trudno być jednak alfą i omegą, radzić sobie z nauczaniem przedmiotów humanistycznych i ścisłych. Nie miał pan problemów z tłumaczeniem dzieciom skomplikowanych zadań z matematyki, fizyki czy chemii?
- Jeśli pojawiała się jakaś trudność, jeśli nie umieliśmy dobrze pojąć danej kwestii, sięgaliśmy po różne podręczniki i książki; mieliśmy do dyspozycji również znajomych, którzy są specjalistami w danej dziedzinie. A gdy dzieci były już względnie samodzielne, debatowaliśmy wspólnie, jak rozwiązać dany problem. Co do chemii, nauczanej przez żonę, doskonałym miejscem do eksperymentów okazała się kuchnia. Poza tym, przecież nie wszystkiego trzeba spróbować, dotknąć. Korzystaliśmy także z oferty pikników naukowych. Obecnie jest tyle prezentacji multimedialnych dostępnych w Internecie, kanałów popularnonaukowych w telewizji, że nie ma żadnego kłopotu, by wytłumaczyć dziecku cokolwiek. Możliwość eksperymentowania jest wielka. Muszę przyznać, że taka nauka jest dobrą lekcją również dladorosłych. Choć byłem zawsze „humanistą”, a w szkole nie lubiłem przedmiotów matematyczno-przyrodniczych, to okazały się wspaniałą sprawą. Doceniłem matematykę, do której nikt mnie wcześniej nie zdołał mnie przekonać.
Wspomniał pan, że szkoła dostaje subwencje na dzieci objęte edukacją domową. Rodzice też otrzymują wsparcie finansowe od państwa?
Prawo tego nie przewiduje.
Pojawiają się głosy, że szkoła powinna dzielić się z rodzicami uzyskanymi pieniędzmi, ale nie jestem entuzjastą tego pomysłu
Dr hab. Marek BudajczakPojawiają się głosy, że szkoła powinna dzielić się z rodzicami uzyskanymi pieniędzmi, ale nie jestem entuzjastą tego pomysłu.
Wielu rodziców z trudem łączy pracę zawodową z wychowywaniem dzieci. Myśli pan, że ta metoda przyjmie się podobnie jak w USA?
- Myślę, że w dłuższej perspektywie czasowej są na to szanse. W krajach anglosaskich to bardzo powszechna forma edukacji. Zdaję sobie sprawę, że polski rynek pracy nie ułatwia życia domowym edukatorom, ale wszystko jest kwestią dobrej organizacji czasu pracy. Można czuć się obezwładnionym
dzisiejszą ilością zawodowych obowiązków, ale wśród edukatorów domowych są także osoby łączące pracę w korporacjach z nauką swoich dzieci. Widać potrafią to sobie zorganizować. Coraz modniejsze jest także korzystanie z usług guwernerów. I tak historia edukacji zatoczyła koło.
« Odpowiedź #29 dnia: Luty 21, 2015, 08:41:19 am »
Przybywa uczących się w domu
Z edukacji domowej korzysta ok. 2,5 tys. dzieci i nastolatków, co roku przybywa jej ok. 300-400 nowych uczniów - mówi "Rzeczpospolitej" prof. Marek Budajczak, pedagog z UAM w Poznaniu, pionier takiej edukacji w Polsce.
Według pedagoga, który wraz z żoną zaczął tak uczyć swoje dzieci w 1995 r., obecnie zwolennicy takiego nauczania są w dużo lepszym położeniu niż jeszcze kilka lat temu.
Zawdzięczają to przede wszystkim zaangażowaniu kilkorga aktywistów; znaczący wpływ na rozwój edukacji domowej miały zmiany w ustawie o systemie oświaty - wylicza Budajczak.
W 2009 r. - kontynuuje pedagog - przestał bowiem obowiązywać zapis o "przywiązaniu dziecka" do państwowej szkoły w obwodzie zamieszkania. Dzięki temu edukatorzy domowi mogą współpracować z placówkami, które mają już w tym względzie doświadczenie - wskazuje.
Jak mówi Budajczak, w Polsce wyspecjalizowały się w takiej współpracy niektóre szkoły. Skupiają one nawet po paręset dzieci kształconych przez rodziców; bywa, że jest ich więcej niż uczniów stacjonarnych - zauważa.
« Odpowiedź #30 dnia: Marzec 17, 2015, 02:03:33 pm »
Jestem praktykiem drugi rok szkolny w temacie Edukacji Domowej. Jeśli ktoś miał by pytania to chętnie odpowiem.
« Odpowiedź #31 dnia: Styczeń 12, 2016, 12:09:50 am »
http://www.tvn24.pl/w-men-powstanie-zespol-ds-edukacji-domowej,609851,s.html
W MEN powstanie zespół, który przeanalizuje kwestie związane z nauczaniem domowym, w tym z jego kosztami. W skład zespołu wejdą przedstawiciele rodziców uczących swoje dzieci w domu – zdecydowała minister edukacji Anna Zalewska po spotkaniu dotyczącym edukacji domowej.....