Source: http://sub-iudice.blogspot.com/2013_11_01_archive.html
Timestamp: 2017-08-18 05:07:29+00:00
Document Index: 39433208

Matched Legal Cases: ['art. 75', 'art. 75', 'art. 75', 'art. 75', 'art. 75', 'art 37']

listopada 2013 | Sub iudice
Pan Minister Sprawiedliwości napisał list do Krajowej Rady Sądownictwa, by ta wyraziła stanowisko „co do zasadności odmowy wykonywania przez niektórych sędziów obowiązków orzeczniczych”. Oczywiście jest to kolejna odsłona sprawy przenoszenia sędziów w ramach „reformy” Gowina, rozpoczętej opublikowaniem w dniu 8 października 2013 r. uzasadnienia do uchwały składu 7 sędziów Sądu Najwyższego z dnia 17 lipca 2013 r. w sprawie III CZP 46/13. Wszystkie decyzje o przeniesieniu sędziów – co ostatecznie przyznało Ministerstwo Sprawiedliwości - podpisane bowiem zostały nie przez ministra Gowina, lecz przez podsekretarzy stanu, zaś Sąd Najwyższy w owej uchwale stwierdził, że z tego powodu są one wadliwe, zaś sędziowie tak "przeniesieni" nie mają prawa orzekać.
Wspomniany na wstępie list jest kolejnym w tej samej sprawie, poprzedni napisano bowiem (i także opublikowano) 4 listopada 2013 r.. Krajowa Rada Sądownictwa, obradująca w dniach 5-8 listopada 2013 r. nie zajęła jednak żadnego stanowiska w oczekiwanej przez Pana Ministra kwestii rzeczonych "niektórych sędziów", co nie spotkało się z aprobatą Pana Ministra, który zwrócił uwagę, że nieuzasadniona przerwa w pracy sędziów (hm... gdzie ja to już słyszałem?) ma negatywne skutki społeczne. Milczenie Krajowej Rady Sądownictwa i odmowę zajęcia się owym bardzo palącym problemem może jednakże wytłumaczyć fakt że kwestia statusu sędziów (nie)przeniesionych decyzjami podsekretarzy stanu była już przedmiotem obrad Krajowej Rady Sądownictwa, która w dniu 10 października 2013 r. zajęła w tej sprawie stanowisko w którym napisano między innymi:
„Krajowa Rada Sądownictwa podziela pogląd prawny wyrażony w sentencji uchwały składu siedmiu sędziów Sądu Najwyższego z dnia 17 lipca 2013 roku (sygn. akt III CZP 46/13) dotyczącej decyzji o przeniesieniu sędziego na inne miejsce służbowe w trybie art. 75 § 3 usp w związku z art. 75 § 2 pkt 1 usp. Sąd Najwyższy w uzasadnieniu uchwały stwierdził, że przewidziane w art. 75 § 3 usp w związku z art. 75 § 2 pkt 1 usp uprawnienie do przeniesienia sędziego na inne miejsce służbowe przysługuje wyłącznie Ministrowi Sprawiedliwości, w związku z czym oczywiście sprzeczne z prawem jest przekazanie tego uprawnienia innej osobie, w tym sekretarzowi lub podsekretarzowi stanu.”
Prawdę mówiąc to zastanawiam się, czego konkretnie Pan Minister oczekuje od Krajowej Rady Sądownictwa. Że zmieni ona swe stanowisko z 10 października 2013 r. i stwierdzi, że poglądu Sądu Najwyższego już nie podziela? A może że swym autorytetem stwierdzi, że nie ma przeszkód, by sędziowie przeniesieni w sposób sprzeczny z prawem dalej orzekali? A może, że wyda wytyczne dla sędziów, żeby orzekali, bo skoro jest rozbieżność w orzeczeniach SN to znaczy że nie ma powodu by powstrzymywać się od orzekania do czasu jej wyjaśnienia? Nawiasem mówiąc takie akurat sugestie mnie najbardziej zastanawiają, bo przedstawienie sprawy do rozstrzygnięcia przez pełny skład Sądu Najwyższego świadczy raczej o tym, że są poważne wątpliwości co do tego, czy przeniesienia są skuteczne, a wyroki ważne. To zaś przemawiałoby raczej za powstrzymaniem się od orzekania do czasu rozstrzygnięcia tego problemu, niż za udawaniem, że problemu nie ma. Zastanawiam się też, czy przypadkiem ten nagły apel, by KRS "przemówił sędziom do rozsądku" nie świadczy przypadkiem o tym, że dotychczas stosowane metody „przekonywania” sędziów, by zignorowali stanowisko Sądu Najwyższego i przyjęli tłumaczenia Ministerstwa nie odnosiła spodziewanych skutków... Oj, coś mi się wydaje, że tak właśnie jest...
Od czasu opublikowania uzasadnienia Ministerstwo Sprawiedliwości zrobiło wiele, by przekonać wszystkich, że nic się nie stało, Sąd Najwyższy się pomylił, a tak w ogóle to wszystko jest w porządku i problemu nie ma. Były pisma i oficjalne stanowiska rozsyłane po wszystkich sądach, "gospodarskie wizyty" w czasie których przekonywano sędziów, że to Ministerstwo ma rację, a nie Sąd Najwyższy. Podobno były nawet rozmowy "wicie rozumicie", my wiemy, że wam zależy na tym przeniesieniu do sądu bliżej domu, więc zastanówcie się dobrze co robicie. No i do tego cała ofensywa medialna, mająca na celu przekonanie wszystkich, że ci źli sędziowie coś sobie ubzdurali, bo nie chce im się pracować.
Już w dniu 10 października 2013 r. – czyli w tym samym dniu, gdy poparcie dla uchwały Sądu Najwyższego wyraziła Krajowa Rada Sądownictwa, na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości pojawiło się oświadczenie (przez nikogo nie podpisane) które stanowi w zasadzie kwintesencję stanowiska Ministerstwa w sprawie, bo zawarte tam stwierdzenia różni jego reprezentanci powtarzają jak katarynki już od prawie dwóch miesięcy. A że nie zawiera ono całej prawdy to nic nie szkodzi, wszak oświadczeń dla prasy nie składa się pod przysięgą. No i można przemilczeć, że Sąd Najwyższy w uzasadnieniu uchwały odniósł się do wszystkich zarzutów, jakie mu teraz są stawiane. Że napisał dlaczego uprawnień z art. 75 § 3 usp nie można powierzyć podsekretarzowi w trybie art 37 Ustawy o Radzie Ministrów. Że wyjaśnił, dlaczego to co napisano w uchwale z 2007 r. nie ma zastosowania w tej sprawie. Że powołał bogate orzecznictwo i poglądy doktryny na poparcie swych twierdzeń. A jak się to wszystko przemilczy to nie trzeba będzie się na przykład odnosić do wskazanej przez Sąd Najwyższy różnicy pomiędzy uprawnieniami władczymi i uprawnieniami administracyjnymi, tudzież zarzutu, że wyjątków od konstytucyjnych gwarancji nieprzenoszalności sędziów nie można interpretować rozszerzająco. Można będzie natomiast lamentować, że przez tych złych sędziów, którym nie chce się pracować sprawy się nie odbywają, a ludzie cierpią z braku sprawiedliwości.
W zasadzie nie rozumiem dlaczego Pan Minister tak broni się przed naprawieniem błędu wytkniętego jego poprzednikowi przez Sąd Najwyższy... Słyszałem wprawdzie gdzieś wypowiedź, że w świetle jakiegoś orzeczenia Trybunału strasburskiego byłoby to niedopuszczalne, ale przecież jeśli przeniesienia są ważne, to ponowne wydanie decyzji tej samej treści nie może naruszać niczyich praw bo nie będzie miało żadnego skutku... Cóż więc szkodzi wydać te „niepotrzebne” decyzje chociażby dla spokoju sumienia sędziów, którzy po zapoznaniu się ze stanowiskiem SN nabrali wątpliwości co do tego, czy mają prawo orzekania. Owszem zmarnowałoby się w ten sposób trochę papieru, ale z pewnością byłoby to mniej, niż już poszło na rozsyłanie po sądach pism zapewniających wszystkich, że nic się nie stało...
Wyznaczyłem sobie raz ciekawą sesję. Dwadzieścia i ciut spraw co 20 minut jedna. Normalnie byłoby to niemożliwe do ogarnięcia, ale to akurat były różnego rodzaju sprawy przesłane przez Elektryczny Sąd Lubelski po tym, jak tamtejsi referendarze stwierdzili, że oni nakazu nie wydadzą. Wyznaczyłem je więc hurtowo na rozprawę i zasiadłem, by zobaczyć co ja tam w nich będę sądził.
No cóż. Nic nowego pod słońcem. W większości sprawy z powództwa różnych Funduszów Sekukuryku Zamkniętych, dotyczące mocno już starych długów. Jakieś faktury Cyfry+ czy też Cyfrowego Polsatu, jakieś stare rachunki za telefon, jeszcze z Idei, parę pożyczek bankowych banków, które teraz zupełnie inaczej się nazywają, do tego SKOK czy dwa. Dowody też typowe. Fundusze Seppuku nadal nie nauczyły się, że ich wyciąg z ksiąg jest nic nie wart, zaś pełnomocnicy pewnej firmy windykacyjnej ciągle przedstawiają jako jedyny dowód „częściowy wykaz wierzytelności” czyli kartkę, na której napisali, że te pieniądze jak bum cyk cyk im się należą. Ale poprawę widać, bo w większości spraw jednak przedłożono przyzwoite dowody, znaczy się umowy, faktury, a gdzieniegdzie także i kalkulacje zadłużenia, żeby było wiadomo co składa się na „należność główną”.
Po przejrzeniu akt wyglądało na to, że wyniki normy statystyczne zostaną przeze mnie zdecydowanie przekroczone, bo na jednej sesji wydam kilkanaście wyroków. Będą one wprawdzie zaoczne, ale wyrok jest wyrok. A to dlatego, że rzut oka na dowody doręczenia wezwań pozwolił stwierdzić, że pozwani odebrali zawiadomienie o rozprawie tylko w kilku sprawach - głównie tych, które toczyły się po sprzeciwie od nakazu zapłaty. Zawiadomienia dla reszty wróciły jako awizowane, które można było uznać za doręczone prawidłowo. Zapowiadała się więc przyjemna „chodzona” sesja. Znaczy taka, w czasie której głównie chodzi się z pokoju na salę i z powrotem, bo na rozprawy nikt nie przychodzi i co chwilę są przerwy.
Coś mnie jedna tknęło, bo przypomniałem sobie plotki, że kilka miesięcy temu e-sąd dostał odgórne zalecenie, żeby nie wydawać nakazu, jak adres pozwanego nie zgadza się z bazą PESEL. Postanowiłem więc skorzystać z narzędzia, w które niedawno mnie wyposażono, czyli z bezpośredniego dostępu do bazy PESEL z poziomu mojego własnego biurka. No i tak cała nadzieja na genialną statystykę załatwialności poszła sobie paść owieczki... Dlaczego? Ano popatrzmy...
- w pierwszej sprawie po wpisaniu peselu imienia i nazwiska wyskoczyła informacja, że pozwany w bazie figuruje, ale nie mieszka pod adresem podanym w pozwie, gdyż od trzech lat nie żyje.
- w drugiej sprawie okazało się że, pozwana nigdy pod podanym w pozwie adresem nie mieszkała, znaczy się nigdy nie była tam zameldowana. Zameldowana jest natomiast pod adresem, który podano w umowie jako adres zamieszkania. Adres podany w pozwie był to zaś adres miejsca prowadzenia działalności gospodarczej, jakiegoś sklepu, czy czegoś takiego.
- w trzeciej sprawie okazało się, że pozwany pod wskazanym w pozwie adresem kiedyś może i mieszkał, ale został sześć lat temu wymeldowany w trybie administracyjnym. Być może w umowie podał jakiś inny adres, ale niestety ustalić tego nie mogłem, gdyż pełnomocnik powoda postanowił udowodnić zgłoszone roszczenie wyłącznie kopią wezwania do zapłaty.
- w czwartej sprawie ponownie okazało się, że podany w pozwie adres nie jest i nigdy nie był adresem zameldowania pozwanego, który w dalszym ciągu jest zameldowany pod adresem widniejącym w umowie. Skąd więc pełnomocnik powoda wziął adres podany w pozwie? Ano tylko on chyba to wie, bo z żadnego dokumentu złożonego do akt on nie wynika.
- w piątej sprawie okazało się, że pozwana od urodzenia zamieszkuje pod adresem wskazanym w umowie, natomiast nigdy, nawet czasowo, nie była zameldowana pod adresem wskazanym w pozwie. W dodatku z dokumentów wynika, iż odebrała ona skierowane na adres zameldowania wypowiedzenie umowy. Ponownie zatem pytam – skąd pełnomocnik wziął adres, który podał w pozwie?.
- w szóstej sprawie okazało się, że pozwana pod danym adresem nigdy nie mieszkała, mieszka natomiast nadal pod adresem podanym w umowie, bo ją tam dopiero co zameldowano na stałe. Adres podany w pozwie wzięto zaś wprawdzie z umowy, ale to nie był adres zamieszkania tylko adres miejsca, gdzie umowa miała być wykonana.
- w siódmej sprawie okazało się, pod adresem wskazanym w pozwie pozwany faktycznie zamieszkiwał, ale tylko czasowo i został z niego wymeldowany osiem lat temu. Aktualny jest natomiast chyba adres, pod który wysyłano wezwania do zapłaty, bo pozwany zameldował się pod nim jakieś półtora roku temu.
- w ósmej sprawie okazało się, że pod podanym w pozwie adresem faktycznie zameldowana była (bo już nie jest) osoba o tym imieniu i nazwisku posiadająca taki to a taki numer PESEL. Tyle tylko, że jest to zupełnie inny numer PESEL niż ten podany w umowie, którą załączono do pozwu. Po wpisaniu do systemu peselu wskazanego w umowie okazało się zaś, iż osoba, do której on należał od kilku lat nie żyje.
- w dziewiątej sprawie okazało się, że osoba o danym numerze PESEL faktycznie nosi imię i nazwisko podane w pozwie, lecz nie zamieszkuje pod numerem 5 m. 3, lecz pod numerem 3 m. 5.
Dość. Reszty nie będę opisywał, bo poszczególne przypadki się powtarzają. Pozostaje natomiast pytanie ile podobnych spraw prześlizgnęło się przez e-sąd, czy wcześniej przez zwykłe sądy, zanim wyposażono je w możliwość weryfikowania danych pozwanych z zapisami w bazie PESEL. Ile nakazów zapłaty uznano niezasadnie za prawomocne i ile osób spłaca przez to długi, których spłacać nie powino? Jak długo jeszcze państwo polskie będzie tolerowało podawanie wyssanych z palca adresów pozwanych i utrzymywało rozwiązania umożliwiające uzyskanie na ich podstawie orzeczeń sądowych uprawniających do egzekucji? Oczywiście musi istnieć jakiś sposób na pozwanych celowo nie odbierających listów z poczty, ale czy naprawdę tak poważnym problemem jest wprowadzenie chociażby tylko zastrzeżenia, że doręczenie zastępcze przez awizo może nastąpić tylko na adres zameldowania? Dany obywatel miałby wtedy jasność, że jak już zgłosił jakiś adres w urzędzie to pod tym adresem powinien odbierać przesyłki, i jednocześnie miałby pewność, że nie odebranie przesyłki pod jakimkolwiek innym adresem nie będzie miało dla niego żadnych negatywnych konsekwencji. System umożliwiający ewidencję takich adresów jest, procedury są, sądy i urzędy mają dostęp do tego systemu bezpośrednio... w czym więc jest problem?