Source: http://prawo.pwa.edu.pl/?page=publikacja&id=1268
Timestamp: 2018-05-24 17:11:05+00:00
Document Index: 74865110

Matched Legal Cases: ['art. 25', 'art. 2', 'art. 297', 'art. 2', 'art. 7', 'art. 148']

Najważniejsze błędy we wstępnej fazie postępowania w sprawach o zabójstwa
"Problemy Kryminalistyki" Nr 231 (I z 2001 r.)
Najważniejsze błędy we wstępnej fazie postępowania w sprawach o zabójstwa*
Mitem jest zabójstwo doskonałe. Mitem również jest śledztwo idealne, wolne od błędów, od pomyłek. Obydwa te pojęcia są wytworami fantazji, nie liczącej się z doświadczeniami praktyki. Przy czym nieuniknione mylenie się prowadzących śledztwo nie przekreśla ex definitione szans na jego powodzenie pod warunkiem zidentyfikowania popełnionych błędów i bezzwłocznego ich korygowania. Sedno zagadnienia bowiem tkwi nie w samym fakcie mylenia dróg do prawdy, lecz w chęci, umiejętności i stałej gotowości do kwestionowania własnych poglądów.
Prezentowane stanowisko poparte jest literaturą przedmiotu, jak też wieloletnią bezpośrednią obserwacją praktyki śledztw o zabójstwa i szerzej - o przestępstwa przeciwko życiu. Spostrzeżenia takie nie są i nie mogą być pozbawione cech subiektywizmu i indywidualności, gdyż są determinowane zróżnicowanymi właściwościami temperamentu, zainteresowań, pasji, ciekawości oraz umysłowości danego praktyka. Na jakość jego doświadczeń ma wpływ także zjawisko niepowtarzalności prowadzonych spraw.
W kontekście tych zapatrywań prapoczątkiem wszelkich błędów wstępnego etapu śledztwa wydaje się być wadliwe podejście do pierwszej informacji o przestępstwie. Oczywistością trąciłaby konstatacja, że sygnał o znalezieniu zwłok lub zaginięciu osoby zobowiązuje do wnikliwego namysłu, co robić. Rację mają mówiący, że sukces poznawczy postępowania przygotowawczego zależy od trafności "pierwszego ujęcia sprawy". Zasadnicze kierunki oraz szczegóły tudzież intensywność przyszłych czynności operacyjnych i procesowych są wytyczane wstępnym zakwalifikowaniem tego, "co" się wydarzyło. Bezduszny, powierzchowny stosunek do pierwszej informacji osłabia lub nawet eliminuje szanse wykrycia i udokumentowania zwłaszcza śladów zanikających, niezbędnych do wyjaśnienia sytuacji "jak było".
Przykładem na czasie może być pomijanie koncepcji obrony koniecznej. Jej potwierdzenie częstokroć zależy od natychmiastowego przedsięwzięcia starań o uchwycenie tzw. obrażeń obronnych i innych śladów sugerujących podejrzenie, kto był agresorem. Można je wykryć przede wszystkim podczas oględzin miejsca zdarzenia i zwłok oraz w toku badań ciała podejrzanego, odwołującego się do treści art. 25 § 1-2 k.k. Wiele w tym względzie dają do myślenia nagłaśniane w mediach' przypadki oskarżania o zabójstwo, które przez sądy zostały zakwalifikowane jako podjęte w obronie koniecznej. Podobnych wniosków przysparza analiza akt postępowań przygotowawczych o samobójstwa. Branie pod uwagę także hipotezy śmierci na skutek autoagresji niejako automatycznie zmusza do uwypuklenia specyficznej problematyki dowodowej, oczekującej weryfikowania od początku śledztwa. Inna rzecz to dające znać o sobie niedostatki wiedzy z zakresu suicydologii. Bez niej trudno uchwycić właściwe wątki, wiodące do sprawdzenia domysłu samobójstwa.
Powyższe uwagi należy rozpatrywać w ścisłym powiązaniu z błędami, jakie wynikają z ignorowania fundamentalnego żądania wielowersyjności postępowania śledczego. Należyta realizacja dyspozycji art. 2 § 1-2 i art. 297 § 1-2 k.p.k. jest nie do pomyślenia, gdy się lekceważy rozumowanie kategoriami przypuszczeń czy założeń, z których każde podlega sprawdzeniu przy zastosowaniu indywidualnych rozwiązań. Nie ma alternatywy dla powinności budowania hipotez, dzięki którym porządkuje się i ukierunkowuje wysiłki organu procesowego. Przy czym błądzi ten, kto uważa, że budowanie wersji jest aktem jednorazowym, a nie dynamicznym i ciągłym. Każda nowa wiadomość winna motywować zastanowienie, czy i co z dotychczas wypracowanych pomysłów trzeba zmienić oraz jakie cele dodatkowo trzeba zaprojektować i zrealizować.
Oprócz zarzutu jednokierunkowości zaczątków śledztwa, ograniczonego ramami jedynej wersji lub niepełnością zestawu potencjalnych w danej sprawie założeń, można podnieść zastrzeżenie udziwniania, hołdowania hipotezom sensacyjnym, medialnym. Zwolennicy pompatycznych pomysłów nie zauważają uznawanej w kryminalistyce tezy, że właśnie prostota wersji przemawia na jej korzyść. Przekonuje o tym preferowany również w medycynie sądowej pogląd (vide stanowisko np. prof. OIbrychta, zajmowane w opiniowaniu przypadku Rity Gorgonowej), że konkretną okoliczność powinno się oceniać zawsze z uwzględnieniem częstotliwości występowania w praktyce. Stąd, jeśli coś powtarza się w stanach faktycznych regularnie lub często, to owo "coś" trzeba badać w pierwszej kolejności. W przeciwnym razie powstają zagrożenia praworządnościowych i ekonomicznych aspektów postępowania, np. przez zbędne zlecanie ekspertyz.
W związku z tym pouczające może być doświadczenie wyniesione z przebiegu śledztwa dotyczącego zabójstwa Jana Gerharda w 21 sierpnia 1970 r. przy ul. Matejki 4 w Warszawie. Z niezwykłymi oporami spotykała się wersja motywu rabunkowego. Kierownictwa prokuratury i MSW obstawały przy politycznych pobudkach tej zbrodni. Szczególnie zaś eksponowały hipotezę, że J. Gerhard został pozbawiony życia na tle porachunków z nim, których zarzewiem była jego (tj. Gerharda) działalność we francuskim ruchu oporu przeciwko Niemcom. Pokrzywdzony odgrywał niebagatelną rolę we Francuskiej Partii Komunistycznej i organizacji Wolnych Strzelców i Partyzantów Francuskich. Obok wersji "francuskiej" w sposób uprzywilejowany sugerowano prowadzącym śledztwo, że dokonanie zabójstwa wyjaśni się po przyjęciu tzw. motywu ukraińskiego. Był on o tyle realistyczny, że Jan Gerhard jako dowódca 34 Budziszyńskiego Pułku Piechoty w Baligrodzie (Bieszczady) miał energicznie zwalczać oddziały UPA. Sedno zagadnienia w tym, że wprawdzie obie powyższe wersje zasługiwały, by je sformułować i sprawdzić, ale raczej w drugiej kolejności.
Przedsięwzięcia o gigantycznych rozmiarach, których efektem było sfalsyfikowanie hipotez francuskiej i ukraińskiej z ich jakże licznymi dodatkowymi wątkami, zdominowały śledztwo przez kilka miesięcy. Niepotrzebnie dowodziłbym olbrzymich kosztów i pracochłonności badań tych pomysłów.
Rozwój wypadków wykazał, że relatywnie prędko i łatwo udałoby się zweryfikować założenie dokonania zabójstwa w celach rabunkowych i szerzej - majątkowych, a przy tym przez osobę bliską, znaną. O obiektywnej atrakcyjności tego poglądu stanowią doświadczenia praktyki śledztw w sprawie zabójstw. Wynika z nich, że nawet trzy czwarte sprawców pochodzi z kręgu ludzi z bliższego lub dalszego otoczenia ofiary. Tak więc same dane statystyczne, gdyby zostały serio potraktowane, mogłyby skutecznie przesądzić o pierwszeństwie "prostego" wniosku, że poszukiwania trzeba zacząć od sprawdzenia znajomych rodziny denata. Zignorowanie wzmiankowanych doświadczeń stało się przyczyną opóźnienia o kilka miesięcy zatrzymania Zygmunta G., sympatyzującego z córką J. Gerharda, oraz współsprawcy Romana W. To niepodważalny dowód błędu polegającego na przecenieniu prawdopodobieństwa i pilności hipotezy, że zabójca wywodzi się znad Sekwany albo (i) znad Wołosatego.
Prezentację powyższych spostrzeżeń warto uzupełnić również skrótowym zwróceniem uwagi na błąd przybierający postać lekceważenia intuicji. W tym przypadku rozumie się przez nią metodę konstruowania zbioru i pojedynczych wersji. Bez wątpienia ich podstawę tworzą przede wszystkim konkretne informacje o "rozmaitym charakterze". W śledztwie nierzadko zdarzają się sytuacje, gdy całkowicie ustaje dopływ nowych wiadomości. Dlatego następuje zastój sprawy i zanikają perspektywy wymyślenia nowych, efektywnych kierunków zdobywania dowodów. W takim właśnie położeniu "bez wyjścia" odwołanie się do wyczucia, "co dalej", bywa zarówno celowe, jak i konieczne. Intuicja może więc odegrać skuteczną rolę w ożywianiu zamierającego postępowania.
Następna grupa doniosłych błędów ujawnia się w stylu nawiązywania współpracy z biegłymi. Typowe uchybienia są notowane przy:
a) wyborze chwili zainicjowania pomocy eksperta, b) określaniu czasu i jej celu, c) aranżowaniu sprzężenia zleceniodawcy ze zleceniobiorcą opiniowania, d) wykorzystywaniu wiedzy specjalnej biegłego.
A oto krótka charakterystyka wymienionych błędów.
Ad a. Po przeanalizowaniu odpowiedniej liczby śledczych akt każdy badacz zauważy: nazbyt często biegli pojawiają się dopiero w znacznie zaawansowanym stadium postępowania. Nasuwa się przypuszczenie, że decyzji o zasięgnięciu opinii wcale nierzadko przyświeca myśl o asekuracji na wypadek podnoszenia krytyki niewykorzystania specjalistycznej wiedzy w śledztwie zakończonym porażką prawdy. Ten, kto chce ją rzeczywiście poznać, nawiązuje merytoryczne więzi z ekspertami - w miarę obiektywnych potrzeb - już w czasie zastanawiania się nad wnioskami płynącymi z pierwszej informacji o znalezieniu zwłok ludzkich. Wszak niejednokrotnie tylko wtedy istnieje sposobność do opracowania trafnej wizji czynu, jego sprawcy i sposobów udowodnienia mu winy. W śledztwie o zabójstwo powstają okoliczności niepowtarzalne i o takim znaczeniu, że jakakolwiek opieszałość w ich badaniu uniemożliwia spełnienie zadań z art. 2 i 297 k.p.k. Można rzec: każda sprawa ma swoją godzinę.
"Swoją godzinę" miewa m.in. rozmyślanie nad motywem zbrodni jako punktem wyjścia do kreowania osobowych wersji sprawstwa. Typowania zabójcy nie wolno odkładać ad calendas Graecas, ponieważ byłoby to sprzeczne z konsekwencjami faktu np. zmienności psychiki przestępcy. Z rozmaitych powodów powinno się dążyć do szybkiego jej określenia i wykorzystania jako wskazówki dodatkowej. Z tym zagadnieniem łączy się uchybienie w postaci opóźnionego ustanawiania biegłych z zadaniem profilowania sylwetki psychofizycznej nieznanego przestępcy. Niewybaczalnym błędem jest podejmowanie starań o preparowanie tegoż obrazu tylko dlatego, że z powodu wyczerpania się już wszystkich pomysłów dowodowych śledztwo utknęło w "martwym punkcie". Zapomina się, że zabrnięciu w ślepy zaułek może zapobiec odpowiednio wczesne skonsultowanie się z psychologiem, psychiatrą, socjologiem czy kryminalistykiem w celu wypracowania z nimi osobowych wersji śledczych.
Rażąco błądzi prokurator, który nie traktuje jako czynności (w sensie kryminalistycznym) nie cierpiącej zwłoki nawiązania współpracy z biegłymi, m.in. w celu zapewnienia postępowaniu cech wielotorowości.
Ad b. Mankament sprzężenia organ procesowy-biegły wynika z nieumiejętności definiowania zadań konkretnej ekspertyzy. Nie ogólnikowych, lecz szczegółowych i dokładnych, mobilizujących wysiłek badawczy znawcy zagadnienia. Zaraz po wszczęciu śledztwa, kiedy brakuje informacji, a czas nagli, weryfikuje się pogląd, że najtrudniej wiedzieć, czego się nie wie. Łatwo mówić o tym, co się wie. Wtedy też należy pilnie dokonywać podziałów pola niewiedzy na własne prokuratora i powierzane biegłemu do wyjaśnienia. Prawidłowego podziału dokona organ procesowy obeznany w naukach sądowych.
Ad c. Poważnym błędem jest formalistyczny, oficjalny stosunek do wykonawcy opinii. Prawnikom zdarza się zapominanie zdania Hansa Grossa, że większość swoich sukcesów w pełnieniu zadań sędziego śledczego zawdzięczał przyjaźni z medykiem sądowym. W obserwowanej rzeczywistości dominuje, niestety, oschłość kontaktów z ekspertem i bierność wyczekiwania na rezultaty jego badań. Dzieje się tak wbrew uznawanemu stanowisku, że bieżąca, aktywna wymiana informacji i pomysłów prokuratora z biegłym jest podstawą postępowania przygotowawczego.
Ad d. Uzyskanie dobrej opinii to tylko niezły prognostyk powodzenia.Najważniejszym problemem jest należyte "zagospodarowanie" wyników ekspertyzy. Chodzi zwłaszcza o wnikliwą jej analizę i wyciągnięcie trafnych wniosków, co dana opinia znaczy, do jakich działań operacyjnych i procesowych zobowiązuje prowadzącego śledztwo. Mimo oczywistości tego zapatrywania nieodosobnione są sprawy, w których inspirujące do przemyśleń opinie są załączane do akt nawet po dacie postanowienia o umorzeniu postępowania. Bywa, że z uzasadnienia tej decyzji nie wynika, czy treść ekspertyzy była przedmiotem oceny swobodnej w rozumieniu art. 7 k.p.k.
Czas na refleksję nad niektórymi błędami oględzin, szczególnie miejsca zdarzenia oraz inspekcji i sekcji zwłok ludzkich. Istotnym mankamentem jest brak pasji w poszukiwaniu i zabezpieczaniu wszelkich śladów, w tym atypowych, dotąd niespotykanych. Trzeba też wytknąć uchybienia postulatom gromadzenia dowodów (śladów, zmian) "ze wskazań", a niekiedy również "na wyrost". Świadczą one (tzn. te uchybienia) raz o braku przezorności prokuratora (policjanta) i biegłego, a kiedy indziej o szkodzącej interesom śledztwa nieznajomości postępów wiedzy nauk sądowych. Dzięki ich dorobkowi odnalezienie np. jednego włosa, pojedynczej tkanki może - przy zastosowaniu metody DNA -radykalnie przybliżyć moment poznania prawdy.
O ewolucji tematów oględzinowych pisze J. Wójcikiewicz w znakomitej książce "Dowód naukowy w procesie sądowym", m.in. we fragmencie poświęconym hemogenetyce sądowej. Ale godzi się nadmienić, że i w nieco dawniejszej praktyce przeplatały się pozytywne i gorszące przypadki korzystania z aktualnie dostępnych paradygmatów nauki, charakteryzujące stosunek prokuratora (policjanta) do poznawania rzeczywistości. Ujemne w tym względzie świadectwo stanowi postępowanie Prokuratury Rejonowej w O. w sprawie zabójstwa młodej kobiety najprawdopodobniej na podłożu seksualnym. Za taką przyczyną pozbawienia życia przemawiały m.in.: częściowe obnażenie zwłok, uszkodzenia bielizny, zadrapania powłok tychże zwłok. Wymienione detale stanu faktycznego sugerowały, że pokrzywdzona intensywnie się broniła, że pod paznokciami podejrzanego Józefa N. mogą się znajdować drobniutkie fragmenciki skóry, jak również ślady krwi. Obducent zwłok, specjalista medycyny sądowej, odstąpił jednak od pobrania wyskrobin spod paznokci Józefa N. To zaniechanie tłumaczył tym, że dowodowe znaczenie miałyby tylko duże płaty skóry, których można by użyć do stwierdzenia, czy pasują do ubytków skóry na ciele pokrzywdzonej. Prokurator ani policjant obecny przy sekcji nie oponowali przeciwko temu niedorzecznemu myśleniu. Sąd uniewinnił oskarżonego N. o czyn z art. 148 § 1 k.k. Wyrok był logiczną konsekwencją "nieczytania" przez organ śledczy "księgi", jaką stanowi stan faktyczny podlegający oględzinom sensu largo.
Dla równowagi, aby uniknąć niesłusznego zarzutu przeczerniania obrazu praktyki, przytoczę przeciwny, pouczający przykład zachowania prokuratora i policjanta w zupełnie podobnej sytuacji. Otóż w powiecie k. późnym wieczorem 1 listopada na leśnej, piaszczystej dróżce napadnięta przez nieznanego mężczyznę kobieta podjęła energiczną obronę. Opresję przeżyła, a zeznając przypomniała sobie o ugryzieniu atakującego w palec ręki. Dodała, że chyba odgryzła mu płatek skóry, który zaraz wypluła. Prokurator z milicyjną ekipą za pomocą sita przesiali można powiedzieć - górę piachu, odzyskując maleńki płatek skóry. Okazało się, że pasuje dokładnie do ubytku stwierdzonego na palcu wytypowanego sprawcy. Ten docenił wagę tego dowodu i przyznał się do winy.
W dalszej części artykułu zostaną pominięte błędy w dziedzinie protokołowania i procesowego dokumentowania czynności wstępnej fazy śledztwa, ponieważ poruszało je wielu autorów. Temat został w zasadzie wyczerpany. Natomiast nieco szerzej zostaną omówione zagadnienia studiowania ekspertyz i dokumentacji oględzinowej, a więc zajęcia trochę nużące, ale - pod warunkiem zachowania pewnych rygorów - przynoszące efekty. Jako przykład niech posłuży nieco zabawna historyjka sprzed lat. Podczas rozprawy przed Sądem Wojewódzkim w Krakowie mój znakomity przeciwnik procesowy z nieukrywaną aluzją powtarzał, że jego patron w apelacji lwowskiej pouczał: "akta trzeba czytać, akta trzeba znać, akta trzeba rozumieć". Jako młody prokurator odbierałem to intencyjnie zabarwione przypomnienie z odrobiną rozbawienia, wkrótce jednak poważnie je przemyślałem i solennie postanowiłem w praktyce wykorzystywać. Idea tego przesłania przydała się podczas organizowania i przeprowadzania czynności śledczych oraz oceniania ich rezultatów. Konsultując wiele spraw o zabójstwa przekonywałem się jednocześnie, że długotrwałe zastoje i komplikacje w ich badaniu byty spowodowane niestarannym czytaniem akt, a głównie niezrozumieniem treści poszczególnych dowodów.
Zagadnienie zilustruję dość typowym traktowaniem opinii biegłych. Jedna z prokuratur terenowych w powiecie znamiennym turystyką umorzyła śledztwo częściowo wobec niewykrycia sprawców dziesięciu zabójstw, a częściowo wobec niestwierdzenia przestępstwa, jak w przypadku Bogusława O. Jego zwłoki wydobyto z akwenu. Po rzekomo przeprowadzonej sekcji specjalista medycyny sądowej stwierdził zgon O. wskutek choroby samoistnej. Analizujący sprawozdawczą część protokołu otwarcia zwłok zwrócił uwagę, że nie ma w niej ni czego, co mogłoby uzasadniać akurat taką diagnozę. Poza tym szczegóły opisu stanu opon mózgowych i mózgu sugerowały istnienie objawów ciasnoty wewnątrzczaszkowej. Ekshumacje zwłok O. i innych denatów unaoczniły rozbieżności między treścią dokumentacji posekcyjnych oraz rozpoznaniami z jednej strony a efektami ponowionych badań sądowo-lekarskich z drugiej. Prokurator (i policjant?) być może akta czytał, ale nie potrafił rozszyfrować ich wartości. Popełnił zatem błędy w korzystaniu z wiedzy specjalnej lekarzy prawdopodobnie z powodu ograniczania się do lektury samej tylko konkluzji danych opinii.
W nawiązaniu do doświadczeń celowe będzie zasygnalizowanie jeszcze innych usterek o dużych ujemnych skutkach. Po pierwsze, jest to błąd w pojmowaniu protokołów sekcji zwłok oraz oględzin miejsca czynu jako dokumentów stricte poznawczych. W istocie zaś autorzy tych protokołów formułują czynione w nich zapisy kierując się szerszym kontekstem sprawy i wcześniej uzyskanymi danymi. Dlatego w zasadzie każdy tego rodzaju dokument zawiera również fragmenty informacyjno-ocenne, tchnące bodaj szczyptą subiektywizmu. Prokuratorowi nie wolno traktować tego zjawiska per non est, ponieważ potencjalnie wiążą się z nim poważne skutki.
Po drugie, protokołowanie spostrzeżeń czynionych w toku oględzin (i nie tylko w tej czynności) jest de facto zawsze wyborem, selekcją na to, co ważne i podlegające udokumentowaniu, oraz na to, co w ocenie danego podmiotu nie ma żadnego znaczenia i jest niewarte opisywania. Tej okoliczności niekiedy nie zauważa organ procesowy. Wtedy popełnia ważki błąd nie dociekając kryteriów owych wyborów, mających wpływ na kolejne fazy postępowania. To nie zawsze doceniana kwestia znajomości różnic podstaw epistemologicznych decydujących o poznaniu prawdy przez biegłego i prawnika. Ten drugi znajduje się jakby w lepszej sytuacji, albowiem powinien i faktycznie może korzystać z szerszego spektrum materiałów. Zrozumiałe, iż w tej sytuacji prokuratorskie oceny twierdzeń eksperta mogą być zasadnie krytyczne.
Po trzecie, śledztwu szkodzi błąd argumentowania z pozycji autorytetu. Bynajmniej nierzadko zleceniodawca niejako uwalnia się od obowiązku merytorycznego spojrzenia na przedstawioną mu opinię, gdy pod jej częścią finalną znajduje się podpis autorytetu w świecie nauki. Działa wtedy magia maksymy: Roma locuta, causa finita. Uleganie jej może się stać przyczyną skierowania śledztwa na mylne tory. Trzeba pamiętać na przykład o istnieniu szkół naukowych, zajmujących niekiedy odmienne stanowiska wobec identycznych kwestii. Znowu przykładowo wspomnę chociażby różnice poglądów psychiatrów wywodzących się z poszczególnych szkół akademickich dotyczące rozpoznanej psychopatii i jej wpływu na ocenę poczytalności podejrzanego.
I po czwarte, do fatalnych następstw prowadzi błąd niestosowania znanych zasad logiki w toku analiz pierwszych informacji o przestępstwie, protokołów oględzin, opinii biegłych etc. Ich lekceważenie skutkuje błędem wieloznaczności, kompozycji, podziału i innych. W praktyce przekonujemy się, że nabywana podczas studiów uniwersyteckich wiedza z zakresu logiki prawniczej szybko się ulatnia bądź nie jest doceniana.
Z bogatej gamy błędów dezorganizujących wstępny etap postępowania przygotowawczego w sprawie zabójstwa warto wspomnieć o niedobrym nawyku rozpraszania pierwszych informacji. Powinno się je koncentrować u prokuratora jako gospodarza śledztwa. Faktycznie są one gromadzone w różnych miejscach, u różnych podmiotów. Skąpe ramy artykułu skłaniają, by ten problem przedstawić posługując się znanymi z literatury casusami spraw przeciwko Iwanowi Ślezce i Krzysztofowi Plewie "Pętlarzowi".
Wykrycie Iwana Ślezki, który w czerwcu 1970 r. z Płocka uprowadził w celach okupowych lekarza pediatrę Stefanię Kamińską, nastąpiło z dużym opóźnieniem. Prowadzący "płocką" sprawę nie wiedzieli bowiem o serii anonimowych listów wymuszających okupy, nadanych w tym samym czasie do kilku majętnych mieszkańców Konina. Po upływie około dziewięciu miesięcy doszło do skojarzenia "listów konińskich" z listami skierowanymi do Kazimierza Kamińskiego (męża uprowadzonej). Był to moment przełomowy w sprawie, Iwan Ślezko został zatrzymany.
W przypadku Krzysztofa Plewy długą serię napadów na kobiety udałoby się przerwać w dniu 11 listopada 1970 r., to jest zaraz po ataku na Helenę L. w Strzemieszycach. Jej bracia ujęli Plewę natychmiast po czynie i oddali w ręce milicji. W chwilę potem został zwolniony, ponieważ oficer dyżurny ocenił przypadek jako "podrywanie dziewczyny przez chłopca". Można założyć, że incydent byłby zakwalifikowany jako usiłowanie pozbawienia życia, gdyby milicjant orientował się, iż w pobliskich miejscowościach tego samego powiatu B. nieznany sprawca w dniach 13 września i 21 października w identyczny sposób "podrywał dziewczyny" dusząc je pętlą z drutu. Zgoła inna rzecz, że w erze komputeryzacji prezentowane błędy są trudne do pomyślenia.
Na koniec spostrzeżenie, że na pojęcie błędu składają się cechy historycznie zmienne. A oto przykład z własnej praktyki. Przed czterdziestu laty prowadziłem śledztwo przeciwko Janowi T., podejrzanemu (m.n.) o zabójstwo Anny W. i jej dwuletniego syna Adama oraz o usiłowanie zabójstwa trzech członków rodziny W. Jan T. około godz. 23 przy wietrznej pogodzie oblał dom W. płynem łatwo palnym, a następnie podpalił. Spłonęły doszczętnie dwa gospodarstwa z całym dobytkiem. W Prokuraturze Generalnej doświadczeni prokuratorzy, aprobując projekt aktu oskarżenia, w samych superlatywach oceniali poziom śledztwa. Minęło kolejne dwadzieścia lat od daty oskarżenia, a ja otrzymałem polecenie, żeby wybrać 10 wzorcowo przeprowadzonych śledztw o zabójstwa, których przykłady będą nie tylko uczyć, ale także pociągać. Przyczynią się również do doskonalenia umiejętności prokuratorów w prowadzeniu najbardziej skomplikowanych poważnych śledztw przeciwko podejrzanym o zabójstwo. Bez wahania jako pierwsze akta podjąłem te, dotyczące Jana T. Wszak swego czasu przez ich pryzmat z uznaniem odnoszono się do moich umiejętności. Teraz nastąpiła konfuzja. Po ponownym przejrzeniu akta sprawy pospiesznie zwróciłem do sądowego archiwum, ponieważ wiele, niby drobnych potknięć, wprowadziło mnie w zakłopotanie. Zadawałem sobie pytanie, jak mogłem dopuścić do "takich" niedoróbek. Krótko odpowiadam: horyzonty patrzenia prokuratora ewoluują w miarę nabywania doświadczeń profesjonalnych.
Poza tym kontrasty, a chociażby tylko odcienie niegdysiejszych i aktualnych dokonań uczą pokory i zrozumienia prawdy, że nikt nie może się stać modelowym prokuratorem. Jednak może się nim stawać, jeśli tylko "chce chcieć".
1. Gierowski J.: Motywacja zabójstw, Akademia Medyczna im. M. Kopernika w Krakowie, Kraków 1989.
2. Głowacki J., Marek Z.: Urazy czaszki i mózgu. Rozpoznawanie i opiniowanie, Krakowskie Wydaw. Medyczne, Kraków 2000.
3. Gurgul J.: Śledztwa w sprawach o zabójstwa, Wydaw. MSW, Warszawa 1977.
4. Gurgul J.: Zabójstwo czy naturalny zgon? Na tle sprawy Iwana Ślezki vel Zygmunta Bielaja, Wydaw. Wyższej Szkoły Policji, Szczytno 1992.
5. Kotarbiński T.: Traktat o dobrej robocie, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk, 1975.
6. Kryminalistyka, red. J. Widacki, Wydaw. C.H. Beck, Warszawa 1999.
7. Kunz J.: Błąd w opiniach sądowo-lekarskich w sprawach przestępstw przeciwko zdrowiu i życiu, Katedra Medycyny Sądowej Collegium Medicum UJ, Kraków 1999.
8. Marek Z., Kłys M.: Opiniowanie sądowo-lekarskie i toksykologiczne, Kantor Wydaw. Zakamycze, Kraków 1998.
9. Popkin R.H., Stroll A.: Filozofia, Wydaw. Zysk i S-ka, Poznań 1994.
10. Thorwald J.: Stulecie detektywów, Wydaw. Literackie, Kraków 1971.
11. Thorwald J.: Godzina detektywów, Wydaw. Literackie, Kraków 1975.
12. Tomaszewski T.: Alibi. Problematyka kryminalistyczna, Wydaw. Prawnicze, Warszawa 1993.
13. Tomaszewski T.: Dowód z opinii biegłego w procesie karnym, Instytut Ekspertyz Sądowych, Kraków 1998.
14. Wojtasik J.: Wersje kryminalistyczne podstawą planowania postępowania karnego, "Studia Kryminologiczne, Kryminalistyczne i Penitencjarne" 1984, nr 15.
15. Wójcikiewicz J.: Dowód naukowy w procesie sądowym, Instytut Ekspertyz Sądowych, Kraków 2000.
* Referat został wygłoszony w dniu 13 listopada 2000 r. na seminarium zorganizowanym przez Zakład Kryminologii i Polityki Kryminalnej IPSiR Uniwersytetu Warszawskiego.