Source: http://docplayer.pl/1291358-Piatek-niedziela-13-15-czerwca-2014.html
Timestamp: 2017-11-20 22:19:02+00:00
Document Index: 58038229

Matched Legal Cases: ['art. 13', 'art. 8', 'art. 8', 'art. 8', 'art. 469', 'art. 331', 'art. 325', 'art. 297', 'art. 14', 'art. 385', 'art. 394', 'art. 418', 'art. 374', 'art. 349', 'art. 59', 'art. 335', 'art. 387', 'art. 338', 'art. 343', 'art. 424', 'art. 427', 'art. 427', 'art. 447', 'de lege lata', 'art. 454', 'art. 80', 'art. 632', 'art. 9', 'art. 22', 'art. 22', 'art. 22', 'art. 22', 'art. 7', 'art. 255', 'art. 255', 'art. 201']

Piątek niedziela czerwca PDF
Piątek niedziela czerwca 2014
Download "Piątek niedziela 13 15 czerwca 2014"
1 ERIC WESTBROOK/GETTY IMAGES Piątek niedziela czerwca 2014 Trudne jest prowadzenie dyskusji z osobą, która na skutek czytania każdego przepisu z osobna wypowiada tezy nieznajdujące żadnego potwierdzenia w treści ustawy nowelizacyjnej sędzia Zabłocki odpowiada prokuratorowi Skale SPÓR POD NAPIĘCIEM
2 C2 biblioteka a Regulowanie problemów rodzinnych Właściwie sprecyzowany pozew i odpowiedź na niego daje przynajmniej połowę szans na wygranie sprawy przed sądem. Szczególnie teraz, gdy przepisy procedury cywilnej nakazują wyczerpująco przedstawiać wszystkie dowody przemawiające na korzyść osoby wnoszącej pismo i znane jej w momencie sporządzania dokumentu. Pamiętajmy też, że pozwu nie musi sporządzić profesjonalny pełnomocnik może to zrobić bez uprawnień, a nawet osoba bez prawniczego wykształcenia, która w sprawie jest stroną. Dlatego tak poszukiwane są na rynku wydawniczym wzory pism procesowych opatrzonych komentarzami, które pozwalają rozwiązać problemy pojawiające przy rozwiązywaniu konkretnych kazusów. Ta książka godna jest rekomendacji. Zawarte w publikacji uwagi określają warunki formalne wnoszenia poszczególnych pism i właściwość sądu, do którego mają trafić. Autorzy opisują także tryb postępowania, terminy do wniesienia apelacji i skargi kasacyjnej, opłaty i koszty, a nawet wskazują orzecznictwo SN i sądów apelacyjnych. Wzory dotyczą nie tylko zagadnień uregulowanych w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, lecz również w innych ustawach, np. o ochronie zdrowia psychicznego, wychowaniu w trzeźwości, postępowaniu w sprawach nieletnich czy nawet w procedurze cywilnej. Niektóre sprawy ujęte w tych aktach dotyczą bowiem zagadnień z zakresu prawa rodzinnego. Dodatkowym atutem książki jest to, że jej nabywcy otrzymują specjalny kod dostępu online do wybranych aktów prawnych w formie tekstów ujednoliconych. MPS Henryk Haak, Anna Haak-Trzuskawska, Pisma procesowe w sprawach rodzinnych z objaśnieniami i płytą CD, Warszawa 2014, wyd. C.H. Beck felieton na początek Niezależny jak in-house, czyli czego nie widzi prof. Ćwiąkalski Łatwiej jest wywrzeć wpływ na a zleceniobiorcę niż na takiego, który podlega ochronie z tytułu stosunku pracy materiały prasowe Jakub Sewerynik radca prawny w Okolski Kancelaria Radcowska, członek Rady Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie Już wkrótce uprawnienia radców prawnych i adwokatów zostaną zrównane. Ci pierwsi będą mogli bronić oskarżonych w sprawach karnych, o ile tylko nie będą pozostawali w stosunku pracy. Spektakularne poszerzenie kompetencji radców na nowo ożywiło dyskusję na temat połączenia obydwu samorządów zawodowych. Tu często pojawia się argument, że adwokaci gwarantują większą niezależność swoich opinii, ponieważ nie podlegają kierownictwu pracodawcy. Były minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski w niedawnym wywiadzie dla Rzeczy o prawie ( Rzeczpospolita z 27 maja 2014 r.) mówiąc o radcach stwierdził, ze jeśli jest się pracownikiem jakiejś firmy, to szef może wydawać polecenia. Nie mogę się zgodzić z taką opinią zarówno na gruncie prawa, jak i praktyki. Zgodnie z art. 13 ust. 1 ustawy o radcach prawnych radca nie jest związany poleceniem co do treści opinii prawnej. Ewentualne polecenie służbowe w takim zakresie będzie więc nieskuteczne i nie może stanowić podstawy negatywnych konsekwencji służbowych dla pracownika radcy prawnego. Naiwnie jednak byłoby twierdzić, że cytowany przepis gwarantuje niezależność a pozostającego w stosunku pracy. Przecież niezadowolony pracodawca zawsze znajdzie sposób na pozbycie się zbyt niezależnego pracownika. Ale czy rzeczywiście jest to argument w dyskusji? Zdecydowanie łatwiej jest przecież pozbyć się radcy prawnego czy adwokata, który współpracuje ze spółką czy innym podmiotem w ramach umowy-zlecenia. Taka umowa zazwyczaj przewiduje miesięczny okres wypowiedzenia, a wypowiedzenie nie musi być w ogóle uzasadnione. Tymczasem radca prawny na etacie posiada zazwyczaj trzymiesięczny okres wypowiedzenia i jego stosunek pracy podlega powszechnej ochronie. To jednak najmniej istotna okoliczność. Bycie in-housem wiąże się z bliską współpracą z zarządem spółki i całą kadrą menedżerską, ze znajomością wszystkich aspektów działalności spółki i braniem odpowiedzialności za własne i zlecone opinie prawne. Pozycja a firmy, w szczególności szefa działu prawnego, pozwala na formułowanie niezależnych opinii i konfrontowanie ich z menedżerami, którzy chcieliby osiągnąć cel, nie bacząc na ryzyka prawne. Każdy rozważny zarząd szanuje takiego a i nie będzie próbował złamać jego kręgosłupa moralnego, bo wie, że nie jest to w jego interesie. Prawnik marionetka na dłuższą metę nie jest nikomu potrzebny. Z kolei zleceniobiorca (może to być zarówno radca prawny, adwokat, jak i doradca prawny) może mieć mniej Każdy rozważny zarząd szanuje a firmy i nie będzie próbował złamać jego kręgosłupa moralnego. Prawnik marionetka na dłuższą metę nie jest nikomu potrzebny oporów, by spełnić oczekiwania zleceniodawcy. Szczególnie jeśli od spełnienia tych oczekiwań zależą dalsze zlecenia dla kancelarii. Klient płaci, klient wymaga! Jeśli usługodawca nie spełnia jego oczekiwań, to tym gorzej dla usługodawcy. Powiedzenie nie w takiej sytuacji może wymagać odwagi, a ta jest konieczna w każdym zawodzie prawniczym. Niezależność a ma się nijak do jego przynależności do korporacji zawodowej, stosunku prawnego łączącego go z płatnikiem i zależy w głównej mierze od jego formacji moralnej oraz wierności zasadom etyki zawodowej. Argument o większej niezależności osób pozostających poza stosunkiem pracy należy więc uznać za nietrafny. promocja Prawnik powstaje we współpracy z Krajową Radą Sądownictwa Naczelną Radą Adwokacką Krajową Radą Komorniczą Krajową Radą Notarialną Krajową Izbą Doradców Podatkowych Krajową Radą Radców Prawnych
3 13 15 czerwca 2014 nr 114 (3755) gazetaprawna.pl Sędzia od spraw trudnych Krzysztof Wojtaszek jest drugim, obok Piotra Raczkowskiego, nowym wiceprzewodniczącym Krajowej Rady Sądownictwa Paulina Szewioła Członkiem rady jest od marcu 2012 r., ale do prezydium wybrano go z końcem maja tego roku. I jak sam podkreśla jest to dla niego wyróżnienie, ale przede wszystkim zobowiązanie. Sam o swojej nowej roli mówi krótko: KRS jest organem kolegialnym, dlatego kluczowe znaczenie dla realizacji wyzwań, które przed nią stoją, ma wsparcie jej członków w pracach kolegialnych. I to właśnie zamierzam robić. Na studia prawnicze zdecydował się dość przypadkowo, będąc w liceum. Podczas jednej z lekcji języka polskiego nasza nauczycielka na kanwie dramatu Niemcy Leona Kruczkowskiego zorganizowała pokazowy proces, podczas którego wcieliłem się w rolę obrońcy Waltera Sonnenbrucha. Odnalazłem się w niej na tyle dobrze, że zacząłem na poważnie rozważać karierę prawniczą wspomina Krzysztof Wojtaszek. Ostatecznie nie zdecydował się jednak na zawód adwokata. Po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie odbył aplikację sędziowską i zdał egzamin zawodowy. A pierwszą pracę podjął w małym sądzie w Opolu Lubelskim. I jak sam podkreśla wyboru nie żałuje. Zawsze postrzegałem zawód sędziego jako koronę profesji prawniczych wyjaśnia Wojtaszek. Od początku swojej kariery związany jest z Lubelszczyzną. W 2004 r. objął funkcję wiceprezesa, a od 2008 r. do lutego b.r. piastował urząd prezesa Sądu Okręgowego w Lublinie. Czas ten wspomina jako okres ogromnych wyzwań i gigantycznej pracy. Podczas aplikacji nie jesteśmy przygotowywani jak radzić sobie z zadaniami związanymi z kierowaniem takimi instytucjami jak sądy podkreśla Krzysztof Wojtaszek. W tym okresie musiałem zmierzyć się z problemami dalece odległymi od spraw orzeczniczych, takimi jak chociażby kwestie kadrowe czy organizacyjne wyjaśnia. Jednak mimo nawału obowiązków okres prezesury wspomina pozytywnie. Na tyle, żeby po zakończeniu kadencji kontynuować współpracę z lubelskim sądem jako sędzia wizytator do spraw karnych i orzecznik w wydziale karnym odwoławczym. O żadnych zmianach na razie nie myśli. Jestem bardzo silnie związany z Lubelszczyzną. Tu się urodziłem i chodziłem do szkoły. W tym regionie mieszka także moja rodzina. Lublin jest także bardzo silnym ośrodkiem prawniczym. Mogę się w tym miejscu realizować zawodowo, dlatego nie szukam odmiany tłumaczy sędzia. W swojej wieloletniej karierze rozpoznawał wiele spraw o najcięższe przestępstwa. Ale jedna szczególnie utkwiła mu w pamięci. To była sprawa, która z powodzeniem nadawałaby się na scenariusz filmowy wspomina sędzia Wojtaszek. Był to proces o zabójstwo. Oskarżonym był chłopiec, który stanął w obronie swojej matki przed znęcającym się nad nią konkubentem. Po zajściu sam zgłosił się na policję i przyznał do zabójstwa. W momencie popełnienia czynu zabronionego miał ukończone 15 lat i odpowiadał jak dorosły. Ja go sądziłem relacjonuje sędzia. Pamiętam, że prokurator zażądał kary ośmiu lat pozbawienia wolności. Jako przewodniczący składu orzekającego uznałem jednak, że chłopiec działał w stanie silnego wzburzenia i wymierzyłem mu karę z warunkowym zawieszeniem jej wykonania opowiada. To była trudna sprawa. Nie ulega bowiem wątpliwości, że czyn, którego dopuścił się ten młody mężczyzna, był zbrodnią, jednak wymiar kary musiał zostać orzeczony w oparciu o całe spektrum okoliczności, które towarzyszyły temu zdarzeniu tłumaczy sędzia Wojtaszek. Jak sam mówi spraw o podobnym ciężarze gatunkowym rozpoznawał w swojej karierze bez liku. Dlatego po odejściu w stan spoczynku zastanowię się nad spisaniem ich wszystkich w formie publikacji uśmiecha się sędzia Wojtaszek. Jego doświadczenie i wiedzę zdobyte w procesach o najpoważniejsze zbrodnie doceniają także koledzy po fachu. Jest znakomitym sędzią i fachowcem w swojej dziedzinie. Znamy się już od wielu lat zarówno z sali rozpraw, jak i w życiu prywatnym i mogę mówić o nim jedynie w samych superlatywach mówi sędzia Jerzy Rodzik, prezes Sądu Okręgowego w Lublinie, który przejął schedę właśnie po Krzysztofie Wojtaszku. Praca jest dla niego bardzo ważna, jednak hołduje również zasadzie równowagi pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Dlatego stara się znajdować czas na hobby. Lubię aktywność fizyczną, dlatego czerpię przyjemność z jazdy na rowerze, a zimą na nartach. Odpoczywam także żeglując po mazurskich jeziorach mówi Wojtaszek. Jestem również melomanem. Mam pokaźną kolekcję płyt jazzowych i bluesowych. Słuchanie muzyki mnie odpręża dodaje. WOJTEK GÓRSKI prosto ze Strasburga Adopcja zrywa biologiczne więzi Dominika Bychawska- -Siniarska koordynatorka projektu Europa Praw Człowieka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka I.S., obywatelka Niemiec, w wyniku romansu zaszła w ciążę i urodziła w kwietniu 2000 r. bliźniaczki. Kobieta miała już wtedy dwójkę dzieci poczętych w związku małżeńskim. Pod presją m.in. męża trzy tygodnie po porodzie przekazała noworodki rodzinie zastępczej. W listopadzie 2000 r. podjęła decyzję o oddaniu ich do adopcji, zrzekając się praw rodzicielskich. W tym celu złożyła deklarację w formie aktu notarialnego, potwierdzając, że powinowactwo pomiędzy nią i dziećmi ustaje. Kilka dni później ustaliła jednak ustnie z przyszłymi rodzicami adopcyjnymi, że będzie otrzymywać od nich raport roczny na temat dzieci oraz zdjęcia. W czerwcu 2001 r. sąd opiekuńczy potwierdził adopcję. Z protokołu rozprawy wynikało, że strony zgodziły się na półotwartą adopcję, w związku z wolą matki biologicznej utrzymywania kontaktów. Sąd potwierdził, że zakres kontaktu (przesyłanie rocznych sprawozdań i zdjęć) został już wcześniej ustalony przez strony. W kwietniu 2002 r. pani S. wniosła sprawę do sądu o uznanie jej zgody na adopcję za nieważną. Argumentowała, że ojciec dzieci, którego tożsamości nie zdradziła, nie wyraził na nią zgody, a ona sama miała problemy psychiczne i była pod presją placówki opiekuńczej. Równolegle wszczęła drugie postępowanie o ustanowienie regularnych kontaktów z dziećmi. W obydwu przypadkach decyzja sądu była odmowna. I.S. wniosła więc skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, powołując się na naruszenie prawa do poszanowania życia rodzinnego. Jak wskazała umówiła się na adopcję półotwartą, jednak nie umożliwiono jej żadnego kontaktu z dziećmi. W wyroku z 5 czerwca 2014 r. (skarga nr 31021/08) trybunał potwierdził, że skarga powinna być analizowana na gruncie art. 8 konwencji. Strasburscy sędziowie podkreślili, że art. 8 nie daje prawa rodzicom biologicznym do kontaktu z dziećmi oddanymi do adopcji. Zgodzili się również z sądami niemieckimi, które ustaliły, że matka biologiczna w tak krótkim czasie sprawowania opieki nad dziećmi nie zdołała nawiązać z nimi więzi, a swoją decyzję potwierdziła składając podpis w biurze notarialnym. ETPC zwrócił uwagę, że decyzja sądów niemieckich miała na celu ochronę prawa dzieci, które zasługiwały na rozwój w rodzinie adopcyjnej bez większych zakłóceń. Prawo niemieckie pozwalało na różne formy adopcji, których zakres zależy wyłącznie od zgody rodziców adopcyjnych. Umowa ustna pomiędzy matką biologiczną a rodzicami adopcyjnymi została zawarta już po tym, jak notariusz wytłumaczył kobiecie konsekwencje jej deklaracji. W związku z tym ETPC uznał, że sądy niemieckie właściwie dały pierwszeństwo ochronie rodziców adopcyjnych i nie stwierdził naruszenia konwencji. Zdanie odrębne do wyroku złożyło dwóch sędziów. Wskazali w nim, że skoro doszło do tak daleko idącego nieporozumienia, to oznacza, że państwo nie dopełniło pozytywnych obowiązków na nim ciążących na mocy art. 8 konwencji. Zarówno notariusz, jak i sądy powinny być świadome stanu psychicznego matki biologicznej, który utrudniał jej percepcję. Ponadto w prawnie niemieckim nie istnieje instytucja półotwartej adopcji, więc porozumienie z rodzicami biologicznymi co do kontaktów nie miało znaczenia prawnego. Jego zawarcie mogło wprowadzić skarżącą w błąd. Ochrona rodzin adopcyjnych jest szczególnie ważna. Również w Polsce matka biologiczna traci kontakt z oddanymi do adopcji dziećmi, w celu wzmacniania ich więzi z nowymi rodzicami. Niemniej jednak nie można nie zgodzić się ze zdaniem odrębnym do wyroku i faktem, że zarówno regulacje prawne, jak i osoby zaangażowane w adopcję powinny służyć kompleksową i zrozumiałą informacją. Tylko w takich okolicznościach adopcja może zakończyć się powodzeniem. PRENUMERATA: Cena prenumeraty DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ: Wersja Standard: miesięczna (czerwiec 2014 r.): 96,00 zł, czerwiec grudzień 2014 r.: 638,75 zł. Wersja Premium: miesięczna (czerwiec 2014 r.): 112,00 zł, czerwiec grudzień 2014 r.: 756,00 zł. Wszystkie ceny brutto (zawierają 8% VAT). Więcej informacji na stronie
4 O poważnych sprawa C4 polemika Reforma procedury karnej fot. Shutterstock fot. igor morye sędzia Stanisław Zabłocki przewodniczący wydziału zagadnień prawnych w Izbie Karnej Sądu Najwyższego, członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego Trudne jest prowadzenie dyskusji z osobą, która na skutek czytania każdego przepisu z osobna, a nie we wzajemnym ich powiązaniu, wypowiada tezy nieznajdujące żadnego potwierdzenia w treści ustawy nowelizacyjnej Pan prokurator Jacek Skała kontynuuje na łamach Prawnika z maja 2014 r. swój serial, którego trzy pierwsze odcinki zaprezentował w Rzeczypospolitej (numery z 2 lipca i 11 listopada 2013 r. oraz z 5 marca 2014 r.). Jego tematyka to kompleksowa reforma procedury karnej, która ma wejść w życie za rok i według proroctw pana Skały jak niszczące tsunami zagrozić nie tylko polskiej prokuraturze, ale całemu systemowi wymiaru sprawiedliwości. W poprzednich odcinkach narastanie grozy sygnalizowane było w tytułach (od zgoła neutralnego Totalna reforma k.p.k, poprzez wartościujące Dłuższy i droższy proces, aż do alarmującego Idą po nas, co w wykonaniu prokuratora brzmi przyznajmy groteskowo). Sequel w Prawniku, stanowiący nader subiektywną relację z konferencji zorganizowanej w Prokuraturze Generalnej, buduje napięcie w inny sposób. Ukazano w nim cztery czarne charaktery, obsadzone zresztą w różnych rolach (profesor Piotr Hofmański i minister Michał Królikowski występują jako architekci reformy, natomiast prokurator generalny Andrzej Seremet oraz niżej podpisany jako niewydarzeni jej obrońcy albo nie dość gorliwi krytycy), niemniej wspólnie prowadzące nieświadomy lud prawniczy ku przepaści. A na ich tle, po jasnej stronie mocy, rzecz jasna, pan prokurator Skała jako autor artykułu Skutki zabawy polityków i profesorów. Niżej podpisanemu autor ma za złe głównie to, że pozwolił sobie na polemikę z tezami wynikającymi z mojej (to jest pana Skały S.Z.) publicystyki dotyczącej kontradyktoryjnego procesu karnego. To fakt, zuchwałość moja nie zna granic i istotnie na konferencji, która dała asumpt do kolejnego ataku na reformę procedury karnej, pozwoliłem sobie na krytyczne uwagi związane z treściami zawartymi w jego poprzednich artykułach. Najwyraźniej przyjąłem błędne założenie, że polemika z prokuratorem Skałą nie jest, póki co, w polskim ustawodawstwie zabroniona. Karcąc mnie za tę śmiałość, pan Skała znajduje dla skromnego sędziego Sądu Najwyższego także i okoliczności łagodzące, twierdząc, że tenże w swoim polemicznym zapędzie zaplątał się jednak na tyle, że w istocie potwierdził prezentowane przeze mnie tezy. Elementarna logika nakazuje zatem postawić pytanie, dlaczego to, skoro miałem potwierdzić tezy pana Skały, cały dalszy tekst poświęca on zwalczaniu moich zapatrywań? Dość jednak tego lekkiego tonu, o poważnych sprawach należy bowiem dyskutować poważnie. Osoby, które słuchały mego konferencyjnego wystąpienia ze zrozumieniem, pamiętają z pewnością, że poglądy pana prokuratora Skały podzielam w jednym jedynym punkcie. A mianowicie co do tego, że zmiany, które zawiera ustawa z 27 września 2013 r., są tak głębokie, iż zasługiwały na to, aby wprowadzić je nie w formie aktu nowelizacyjnego, ale jako nowy kodeks postępowania karnego. Zapatrywanie takie wyrażałem zresztą na wielu forach od kilku lat, zanim jeszcze przeniknęło ono do publicystyki. Co więcej, twierdzę, że zmiany te wręcz rewolucjonizują model polskiego procesu karnego, czego nie czynił kodeks z 1997 r., zastępujący poprzednią kodyfikację, tę z 1969 r. Jest dla To fakt, zuchwałość moja nie zna granic. Najwyraźniej przyjąłem błędne założenie, że polemika z prokuratorem Skałą nie jest, póki co, w polskim ustawodawstwie zabroniona mnie oczywiste, że reforma tej skali będzie stanowiła dla przedstawicieli wszystkich zawodów prawniczych ambitne wyzwanie, że przyjdzie im zmierzyć się z nowymi, często niełatwymi problemami i zadaniami. Sądzę jednak, że do zadań tych nie można, wręcz nie wolno, podchodzić z korporacyjnym nastawieniem i ważyć tylko to, komu będzie łatwiej, a komu trudniej, co zyskają, a co stracą (cudzysłowy nie są użyte przypadkowo, sygnalizują bowiem sposób rozumowania, którego nie akceptuję) prokuratorzy, adwokaci, sędziowie. Jedyną bowiem miarą powinna być ta, która uwzględnia interesy takich podmiotów, jak pokrzywdzeni i oskarżeni, w aspekcie gwarancji ich praw do rzetelnego procesu, w którym obrońca będzie obrońcą, oskarżyciel oskarżycielem, sąd zaś sądem, a nie na przemian, w zależności od doraźnych potrzeb i stopnia nieznajomości sprawy lub braku zainteresowania nią przez pozostałych uczestników procesu przysłowiową alfą i omegą. W tej sytuacji niebagatelne znaczenie ma nastawienie poszczególnych korporacji zawodowych wobec tych wyzwań. W tym miejscu zasygnalizować wypada, że dość trudne jest prowadzenie dyskusji z osobą, która na skutek czytania każdego przepisu z osobna, a nie we wzajemnym ich powiązaniu, wypowiada tezy nieznajdujące żadnego potwierdzenia w treści ustawy nowelizacyjnej. Przykładowo, pan prokurator Skała alarmuje, że za niespełna rok prokurator nie będzie mógł opatrzyć swoją pieczęcią policyjnego aktu oskarżenia, jak ma to miejsce obecnie w ponad połowie spraw. Napisze go sam. Starając się dociec źródeł tego nieporozumienia (nie sposób przecież założyć, iż adwersarz świadomie próbuje wprowadzić czytelników w błąd), nasunęło mi się domniemanie, iż wniosek taki wyprowadzony został ze zlikwidowania w ustawie nowelizacyjnej tzw. trybu uproszczonego, z którym tradycyjnie wiązane było prowadzenie dochodzenia i sporządzanie aktu oskarżenia przez policję.
5 13 15 czerwca 2014 nr 114 (3755) gazetaprawna.pl ch poważnie Wskażmy zatem, że w tym kontekście normatywnym, który ma obowiązywać od 1 lipca 2015 r. (to jest po uchyleniu przepisów rozdziału 51 k.p.k., a więc także i art. 469), z przepisu art. 331 par. 1 należy wyprowadzić całkowicie inną normę, a mianowicie tę, że nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby prokurator zatwierdził akt oskarżenia sporządzony przez policję w każdej ze spraw objętych dochodzeniem (zakres tych spraw określony jest w art. 325b par. 1). Oczywiście wówczas, gdy prokurator nie zechce sporządzić aktu oskarżenia osobiście. To, że dyskusja chociażby z powodu wskazanych wyżej uwarunkowań może okazać się niewdzięczna, nie zwalnia jednak z trudu jej podjęcia. Dominujący akcent w dotychczasowej publicystyce pana prokuratora Skały stanowiło podkreślanie tego, że kadrowo i organizacyjnie nie podołamy ( Rzeczypospolita z 5 marca 2014), i że aby sprostać wymogom nowego procesu, na rozprawie musiałby być autor aktu oskarżenia, a jeśli nie on, to chociaż osoba znająca akta (DGP z 22 kwietnia 2014 r.). Radziłbym autorom odwołującym się do takiej argumentacji odrobinę refleksji, co słowa takie oznaczają. Czyż nie to, że za naturalny uważają oni stan, w którym w rozprawie uczestniczy przypadkowy prokurator, nieznający akt? Jeśli zaś supozycja ta jest chybiona, to skąd pretensje, iż jednym z celów, które zakłada nowela, jest znajomość akt przez oskarżyciela? Nic tak nie sprzyja przygotowaniu stron do rozprawy, jak kontradyktoryjność sądowego sporu. Nic tak stron nie demobilizuje, jak przeświadczenie o tym, że ich ignorancja i bierność zostaną usprawiedliwione i zastąpione aktywnością sądu, co uznać należy za szczególnie wadliwe w sytuacji, gdy sędziowie przywdziewają togę oskarżyciela. Jeremiady nad tym, że do nowych rozwiązań procesowych nie zostały dostosowane przepisy o charakterze ustrojowym i organizacyjnym, dotyczące prokuratorów, powinny być zaś kierowane nie wobec Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego, ale pod zupełnie innym adresem. Komisja ta nie może bowiem, z uwagi na zakres swych kompetencji, ingerować w treść ustawy o prokuraturze. Zadziwia też wiara w to, że panaceum mogłaby stanowić prolongata, i tak nietypowo długiego, vacatio legis o kolejny rok. Jedna trzecia z półtorarocznego okresu została już poświęcona nie na dostosowanie rozwiązań organizacyjnych do nowego modelu procesu, ale na pojękiwania, iż nie podołamy. Równie owocnie mógłby zostać wykorzystany ten dodatkowy rok. Kolejnym, silnie eksponowanym przez przeciwników nowelizacji argumentem jest to, że jej skutkiem będzie zwiększenie liczby wyroków uniewinniających (pan Skała wieszczy, że do kilkudziesięciu procent ). Tuż po wejściu w życie ustawy nie można wykluczyć takiego jej (ubocznego jednak, nie zaś pożądanego przez projektodawców, jak sugeruje to pan prokurator, pisząc nawet horribile dictu o sabotażu ze strony autorów projektu) efektu. Po okresie przejściowym statystyki powinny ulec stabilizacji na poziomie, który nie będzie wzbudzał niepokoju. Powyższą ocenę uzasadniam tym, że wskazywane są dwa czynniki sprzyjające po 1 lipca 2015 r. zwiększeniu liczby uniewinnień. Po pierwsze ten, że obecnie istotnej pomocy w dowodzeniu winy oskarżonego udziela sąd, aktywnie poszukując już w trakcie postępowania jurysdykcyjnego argumentów (czy wręcz dowodów), które powinny być, zgodnie z właściwym podziałem ról i funkcji procesowych, przedstawione przez oskarżyciela. Po drugie ten, że w nowym modelu, przy nowym określeniu celów postępowania przygotowawczego (zmiana art. 297 par. 1 pkt 5) wnoszenie aktów oskarżenia następować będzie przy mniejszym niż obecnie poziomie udowodnienia okoliczności zdarzenia. Mając na uwadze drugi z tych czynników, pamiętać trzeba o tym, że ustawodawca przewidział jednak możliwość cofnięcia aktu oskarżenia przez oskarżyciela publicznego, w wypadku gdy dojdzie on do wniosku, iż jego tezy nie znajdują dostatecznego potwierdzenia (nowe brzmienie art. 14 par. 2). Mniejszy aktywizm sędziowski w dowodzeniu zasadności oskarżenia może i powinien być zaś zastąpiony solidniejszym niż dotąd przygotowaniem prokuratorów do rozpraw. Mam nadzieję, że to ostatnie założenie nie spotka się znów z rozbrajającym komentarzem: nie podołamy. Na marginesie, wypada przypomnieć memu adwersarzowi, że to po krytycznej opinii Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego do lamusa został odłożony poselski projekt odpowiedzialności odszkodowawczej państwa ze niesłuszne oskarżenie, co prokurator Skała starannie przemilczał, epatując czytelników grozą zwiększenia i na tej drodze kosztów reformy. Sygnalizowaną już cechą widzenia wszystkiego z osobna charakteryzują się wywody pana prokuratora Skały dotyczące tego, w jaki sposób zmiany wprowadzone nowelą z 27 września 2013 r. wpłyną na sprawność postępowania. Swą uwagę koncentruje on wyłącznie na próbie wykazania, iż w modelu zwiększonej kontradyktoryjności proces potrwa dłużej. Otóż od samego początku prac wskazywano na to, że zakładane skrócenie postępowań o jedną trzecią dotyczyć ma efektu całościowego, mierzonego w skali średniej długości postępowania we wszystkich sprawach absorbujących polskie organy ścigania i sądy. Trzeba zaiste złej woli, aby twierdzić, że efekt taki obiecywano w odniesieniu do każdej sprawy z osobna i to mając na uwadze samo postępowanie jurysdykcyjne. W niektórych sprawach, toczących się w sądzie w formule zwiększonej kontradyktoryjności, etap sądowy może potrwać (w szczególności w postępowaniu pierwszoinstancyjnym) nieco dłużej, chociaż wcale nie musi, jeśli uwzględni się oszczędności czasowe, związane z wymieńmy tylko przykładowo zwięzłym przedstawieniem przez oskarżyciela zarzutów oskarżenia w miejsce odczytywania niejednokrotnie rozwlekłych aktów oskarżenia (nowelizacja art. 385 par. 1), rezygnacją z odczytywania tasiemcowych protokołów przesłuchań z postępowania przygotowawczego (nowelizacja art ), rozszerzeniem możliwości ujawniania dowodów bez odczytywania (m.in. z rezygnacją z odczytywania całymi dniami słynnych billingów, jeśli grający na czas oskarżony sobie tego zażyczy nowelizacja art. 394 par. 2), rezygnacją z odczytywania zarzutów oskarżycielskich podczas ogłaszania wyroku (nowy art. 418 par. 1a). Rozumiem, że takich drobiazgów można nie dostrzec. Ale jakże można zapomnieć o oszczędnościach, które niesie za sobą rezygnacja ze zbędnego paternalizmu wobec oskarżonego i urealnienie prawa do obrony (prawo a nie obowiązek), wiążące się m.in. z eliminacją totalnego obowiązku obecności oskarżonego na rozprawie i odcięciem tym samym możliwości najbardziej typowych działań obstrukcyjnych ze strony oskarżonych (nowelizacja art. 374 par. 1). Jakże można ignorować całkowicie nową konstrukcję instytucji tzw. posiedzenia przygotowawczego (nowelizacja art. 349 k.p.k.), znakomicie ułatwiającą dążenie do rozstrzygnięcia sprawy bez zbędnej zwłoki, w szczególności w sprawach o obszernym materiale dowodowym, złożonych podmiotowo i przedmiotowo (wielość osób oskarżonych, wielość zarzutów). Jest, wreszcie, w uchwalonych zmianach taki nurt, którego w aspekcie usprawniania postępowania przecenić wręcz nie sposób. Mam na uwadze zarówno nowe (nieznana dotąd instytucja tzw. umorzenia kompensacyjnego art. 59a k.k.) możliwości wygaszania sporów w tzw. trybach konsensualnych, jak i rozszerzenie trybów dotąd funkcjonujących, zarówno jeśli uwzględni się spectrum spraw, które są nimi objęte (nowelizacja art. 335 par. 1 i art. 387 par. 1), jak i etap postępowania, na którym sprawa może ulec zakończeniu (art. 338a w zw. z art. 343a). Poszerzenie instrumentów konsensualizmu w noweli styczniowej z 2003 r. w znakomity sposób przyczyniło się do skrócenia wielu postępowań i obecnie blisko połowa spraw jest załatwiana w tzw. trybach skróconych (w sądach rejonowych odsetek ten dochodzi nawet do 60 proc.). Symulacje pokazują, że zmiany wprowadzone w noweli z września 2013 r. pozwolą na dalsze zwiększenie tego odsetka, być może nawet do 80 proc. Nie powinno się Nic tak nie sprzyja przygotowaniu stron do rozprawy, jak kontradyktoryjność sądowego sporu. Nic tak stron nie demobilizuje, jak przeświadczenie o tym, że ich ignorancja i bierność zostaną usprawiedliwione i zastąpione aktywnością sądu też zapominać o tym, w jaki sposób ułatwi sędziom pracę przedmiotowe ograniczenie obowiązku uzasadniania wyroku wydanego w trybie konsensualnym (nowy art. 424 par. 3). Tego ostatniego źródła usprawniania postępowań przeciwnik nowelizacji nie mógł już zignorować. Postanowił zatem obwieścić, że nadzieje z nim związane są zawodne, bowiem storpeduje je nielojalna postawa adwokatów, którzy będą namawiać swych klientów, aby nie korzystali z trybu skróconego, powodowani tym, że kwota otrzymana od państwa za szybkie zakończenie sprawy będzie niższa niż ta uzyskana w wyniku długiego, spokojnego, niezakłócanego przez sąd kontradyktoryjnego procesu. Tę ostatnią metodę argumentacji można byłoby porównać do równie eleganckiej supozycji, zgłoszonej np. przez adwokata, że nowela i tak nie osiągnie założonych celów, bowiem storpeduje ją instrumentalna postawa prokuratorów, powodowanych tym, że wprowadzone przepisy stawiają przed nimi wymagania większe od tych, w których przez lata przyzwyczaili się funkcjonować. Nie można także zgodzić się z tezą, że zwiększenie elementów reformatoryjności wydłuży proces, bowiem postępowanie dowodowe przeniesie się do sądu odwoławczego. Wypada postawić kilka prostych pytań. Czy autor tego twierdzenia nie dostrzegł ograniczeń, jakie stawia nowela stronom w zakresie odwoływania się do dowodów, których nie zgłosiły one przed sądem I instancji (znowelizowany art. 427 par. 3), a także co do kwestionowania stopnia aktywności dowodowej sądu a quo (nowe art. 427 par. 4 i art. 447 par. 5)? Czy nie rozumie tego, iż aktywność dowodowa sądu odwoławczego ujawniać się powinna co do zasady dopiero wówczas, gdy dostrzeże on takie braki dowodowe, które w dotychczasowym modelu zmuszały go do uchylenia orzeczenia i przekazania sprawy do ponownego jej rozpoznania w pierwszej instancji? Jeśli zaś postrzega tę relację, to czy rzeczywiście uważa, że sprzyja sprawności i szybkości postępowania wydawanie orzeczenia o charakterze kasatoryjnym i w konsekwencji przenoszenie procesu (czasem wielokrotne) na forum sądu niższej instancji, a nie ewentualne uzupełnienie postępowania dowodowego przed sądem odwoławczym i definitywne zakończenie procesu? Wspomnieć też trzeba o uchyleniu tej reguły ne peius, która de lege lata określona jest w art. 454 par. 2 k.p.k. i której obowiązywanie w tysiącach spraw wpływa w klasycznie dysfunkcyjny sposób na tok procesu. Wreszcie kilka zdań w związku z twierdzeniem, że nowela wrześniowa generuje znaczne koszty. Temu, iż nie zgadzam się z twierdzeniem, że drożej będzie także dlatego, że proces potrwa dłużej, poświęciłem dwa poprzednie akapity. Mój adwersarz nie może jednak pogodzić się także z tym, że proces będzie droższy, bo państwo finansować będzie przestępcom obrońców na życzenie (chodzi mu o rozwiązanie przewidziane w znowelizowanym art. 80a) i nie uspokaja go to, że jeśli oskarżony przegra proces, wówczas państwo sięgać będzie do kieszeni przestępcy i egzekwować zwrot wyłożonych kosztów (przypomnijmy, że w wypadku wydania wyroku uniewinniającego także i obecnie oskarżony ma prawo, co do zasady, do zwrotu od Skarbu Państwa kosztów obrony z wyboru art. 632 pkt 2). Mam zatem dla pana Skały przykrą wiadomość, że z rozwiązaniem takim lub zbliżonym przyjdzie nam się pogodzić niezależnie od tego, czy rozwiązania noweli zwiększające kontradyktoryjność postępowania weszłyby w życie, czy też nie, a to ze względu na kształtujący się nurt orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dotyczący dostępu do obrońcy, a już bardzo wyraźnie z uwagi na konieczność implementacji w prawie polskim dyrektyw Parlamentu Europejskiego i Rady. Pierwsza z nich, z 22 października 2013 r., 2013/48/UE, wprawdzie nie zobowiązuje do zapewnienia obrońcy na żądanie, a jedynie do zapewnienia dostępu do obrońcy, natomiast kolejna, będąca w fazie negocjacji, dyrektywa o prawie do tymczasowej pomocy prawnej dla podejrzanych lub oskarżonych, COM/2013/824, wymusi już wprowadzenie takiego standardu dostępu do obrońcy, jaki zawarto w noweli, a zapewne nawet i dalej idący, bowiem odnosi się ona nie tylko do postępowania jurysdykcyjnego, ale także i do przygotowawczego. Alternatywą byłoby, oczywiście, wystąpienie ze struktur Rady Europy oraz ze struktur unijnych, ale tego na razie pan prokurator Skała nie zaproponował. Na koniec warto powrócić do generaliów i postawić pytanie, czy obecny model polskiego procesu karnego sprawdza się w praktyce. Powszechne są głosy, że, niestety, nie. Oczywiście, nawet przy tej ostatniej diagnozie, najwygodniejszym wyjściem jest niepodejmowanie żadnego ryzyka. Pamiętając o zaletach zachowawczej postawy pozwalam sobie (by powrócić do retoryki zaproponowanej przez prokuratora Skałę) przypomnieć jednak, że gdyby nie zdrożne nowatorstwo, proces karny tkwiłby zapewne w pełni inkwizycyjnej formule, zapewniającej jego zdecydowanie większą szybkość i skuteczność niż ta, z którą mamy do czynienia przy przepisach już dziś obowiązujących. Skuteczności i szybkości postępowania nic nie sprzyjało lepiej od formuły, iż przyznanie się oskarżonego do winy jest koroną dowodów, zaś temu ostatniemu założeniu wychodziły, z kolei, naprzeciw tak skuteczne, a i znacznie potaniające proces, metody pozyskiwania dowodów, jak łamanie kołem czy włóczenie końmi. Może zatem jednak warto poszukiwać nowych rozwiązań, tym bardziej w sytuacji, gdy per saldo a nie widząc wszystko z osobna zwiększenie gwarancji procesowych stron i traktowanie poważnie kontradyktoryjności nie musi wcale prowadzić do przewlekłości postępowań.
6 C6 Historia Orzecznictwo Sądu Najwyższego w czasach stalinowskich Usta wroga klasowego Ponad pół wieku temu każdy problem prawny można było rozwiązać przez przeciwstawianie sobie starego i nowego ustroju fot. roman burzyński/reporter prof. Lech Gardocki pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach Szukając pewnych danych do przygotowywanego artykułu naukowego, natrafiłem na gruby, trochę zakurzony tom zatytułowany Orzecznictwo Sądu Najwyższego z zakresu prawa karnego materialnego Otworzyłem tę prawie tysiącstronicową książkę na przypadkowej stronie i znalazłem orzeczenie SN, które zachęciło mnie do dalszej lektury. Orzeczenie to (wyrok z 8 marca 1951 r., I K 60/51) dotyczyło przestępstwa z art. 9 ust. 2 dekretu z 26 października 1949 r. o ochronie tajemnicy państwowej i służbowej, polegającego na tym, że urzędnik, nie będąc do tego uprawniony, przekazuje, ujawnia lub rozgłasza tajemnicę służbową, do której miał dostęp w związku ze służbą. Przestępstwo to było zagrożone karą więzienia do lat 5. Sam przepis, jeśli pominąć jego surowość, brzmi dosyć banalnie. Dopiero zawarty w orzeczeniu lakoniczny opis stanu faktycznego i wyrażony w nim pogląd prawny może szokować. Sprawa dotyczyła mianowicie druku sejmowego zawierającego projekt ustawy i przekazanego (zapewne przez jakiegoś urzędnika sejmowego) innej osobie. Sąd Najwyższy uznał, że dla bytu przestępstwa ( ) jest rzeczą obojętną, czy ujawniony przez oskarżonego druk sejmowy był tajny lub poufny; wystarczające natomiast jest ustalenie, iż wyżej wymieniony druk sejmowy, zawierający urzędowy projekt ustawy, nie powinien był, ze względu na dobro służby, być wręczony przez oskarżonego osobie niebędącej uprawnioną do otrzymania tego dokumentu. Druk sejmowy zawierający projekt ustawy jest bowiem wewnętrznym dokumentem sejmowym przeznaczonym dla określonej liczby osób i niestanowiącym przedmiotu swobodnego rozpowszechniania. Jak widać, sąd w tym orzeczeniu nie bardzo przejmował się wyraźnie widoczną sprzecznością wewnętrzną w swoim wywodzie (za ujawnienie tajemnicy odpowiada także ten, kto ujawnił informację niebędącą tajemnicą), kierując się zapewne przekonaniem, że czujności nigdy za wiele i dla jej zachowania warto złamać zasadę nullum crimen sine lege. Mnie to orzeczenie zachęciło do przejrzenia całego zbioru w poszukiwaniu innych równie ciekawych wypowiedzi ówczesnej judykatury, zwłaszcza tych pochodzących z okresu stalinowskiego. Zauważyłem, że wiele uwagi poświęcono w nich kwestii sądowego wymiaru kary i znaczeniu ważnych, z punktu widzenia panującej wówczas ideologii, cech sprawcy. W sposób wyraźny, ale jeszcze oględny, zostało to wyrażone w wyroku z 9 czerwca 1949 r. (Wa K 508/49), gdzie podkreślono, że sąd realizujący w Polsce Ludowej zadania wymiaru sprawiedliwości powinien przy wymiarze oskarżonemu kary mieć na względzie zarówno społeczną szkodliwość dokonanego czynu przestępnego i potrzebę surowego karania podobnego typu przestępstw, jak i nie zapominać Sąd Najwyższy sformułował swój pogląd metodą kawa na ławę, bez żadnego skrępowania pisząc: Przy rozważaniu przestępstw z art. 22 m.k.k. należy zawsze mieć na uwadze całokształt cech osobowości sprawcy, a w szczególności jego pochodzenie społeczne i stosunek do obecnej rzeczywistości w Polsce Ludowej o tym, kogo sądzi, za co i jaką w obecnych warunkach historycznych należy mu wymierzyć karę. Dobitniej sformułowano to w wyroku z 10 kwietnia 1951 r. (I K 82/51) dotyczącym przestępstwa z art. 22 tzw. małego kodeksu karnego (m.k.k.), polegającego na rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości, mogących wyrządzić szkodę interesom państwa bądź obniżyć powagę jego naczelnych organów. W publicystyce zachowania takie nazywano szeptaną propagandą, ponieważ rozpowszechnianie wiadomości nie musiało być publiczne. Sąd Najwyższy sformułował w tym wyroku swój pogląd metodą kawa na ławę, bez żadnego skrępowania pisząc: Przy rozważaniu przestępstw z art. 22 m.k.k. należy zawsze mieć na uwadze całokształt cech osobowości sprawcy, a w szczególności jego pochodzenie społeczne i stosunek do obecnej rzeczywistości w Polsce Ludowej. Nie każda bowiem uwaga krytyczna (nawet obiektywnie chybiona) stanowi fałszywą wiadomość, mogącą wyrządzić istotną szkodę interesom Państwa Polskiego, o jakiej mowa w wymienionym przepisie prawa. Uwaga taka w ustach wroga klasowego, pragnącego w ten sposób oddziałać demobilizująco na otoczenie, niewątpliwie może wypełnić dyspozycję art. 22 m.k.k. Ta sama jednak uwaga, wygłoszona przez obywatela pozytywnie ustosunkowanego do ustroju Polski Ludowej, może być uznana za wyraz błędnego przekonania, zasługujący wyłącznie na sprostowanie lub wyjaśnienie bądź w drodze dyskusji, bądź w drodze służbowej czy partyjnej. Podobne rozumowanie odnaleźć można w wyroku z 17 sierpnia 1953 r. (III K 587/53), gdzie interpretując przepisy karne ustawy z 1950 r. o zabezpieczeniu socjalistycznej dyscypliny pracy, której to dyscypliny broniono także przez karanie tzw. bumelan-
7 13 15 czerwca 2014 nr 114 (3755) gazetaprawna.pl tów (art. 7 tej ustawy brzmiał następująco: W przypadkach złośliwego i uporczywego naruszenia dyscypliny pracy, a mianowicie 1) opuszczenia mimo wymierzonych kar porządkowych bez usprawiedliwienia w ciągu kwartału kalendarzowego czterech lub więcej dni pracy albo 2) opuszczenia jednorazowo bez usprawiedliwienia czterech lub więcej dni pracy, stosowane będą kary sądowe ). Sąd Najwyższy w uzasadnieniu tego wyroku broni oskarżonego przy użyciu następującej argumentacji: Nie można uznać solidnego i dobrego pracownika, który w odpowiedzi na apel Zarządu Głównego ZMP zgłosił się do zaciągu pionierskiego na odcinek bardziej zagrożony, za złośliwego bumelanta, mimo niewypowiedzenia przez niego umowy o pracę. Zrozumienie zasad zaciągu pionierskiego przez ochotników świadczy o politycznym i patriotycznym uświadomieniu młodzieżowych pracowników, a nie o złośliwym, bumelanckim ich nastawieniu. Na podobnych zasadach, a więc również stosując zasadę powiedz mi, kim jesteś, a ja ci powiem, czy popełniłeś przestępstwo w wyroku z 19 września 1951 r. (I K 1325/51) Sąd Najwyższy broni przed zarzutem zniesławienia tzw. korespondenta robotniczego, stwierdzając, że jego rola i działalność, a więc również treść korespondencji skierowanej do gazety nie może być oceniana w formalistycznie w ramach przepisu art. 255 k.k. (chodziło o art. 255 k.k. z 1932 r. dotyczący przestępstwa zniesławienia przyp. L.G.), a w szczególności par. 2 tego artykułu. Należy ją natomiast oceniać na tle nowej treści ustrojowej państwa ludowego, określającej inne od dotychczasowych zasady współżycia społecznego. Państwo ludowe jest państwem mas pracujących, tzn. państwem, w którym masy pracujące realnie sprawują władzę na wszystkich jej szczeblach. Taka patetyczna argumentacja o charakterze ideologicznym stosowana była też w sprawach o przestępstwa w szerokim znaczeniu pospolite. Przykładem może tu być przestępstwo niealimentacji (art. 201 k.k. z 1932 r.), którego ustawowy opis zawierał warunek, by pokrzywdzony został doprowadzony do nędzy. Sąd Najwyższy w wyroku z 2 lutego 1952 r. (KO 416/51) zastąpił w drodze rzekomej wykładni (bo w rzeczywistości sąd wszedł tu w rolę ustawodawcy) słowo nędza słowem niedostatek, pisząc, że: Nędza była stanem dobrze znanym w ustroju kapitalistycznym i właśnie dlatego Polska Ludowa zniosła ten ustrój, by wymieść nędzę. W roku 1932 było więc zrozumiałe, że ustawodawca polski wprowadził do kodeksu karnego pojęcie nędzy. Ale w roku 1952 sędzia polski nie ma powodu, by sięgać do pojęcia zjawiska, któremu brak obecnie gruntu do powstawania. W innym wyroku z tego samego roku (II K 1377/51), uzasadniając konieczność surowego karania za zabójstwo, Sąd Najwyższy posługując się tą samą figurą retoryczną, wywodził, w stylu już dość groteskowym, że: Obserwuje się stałą deprecjację życia człowieka w świecie kapitalistycznym, gdzie mordowanie ludzi staje się systemem i gdzie zamachy na życie ludzkie są coraz częściej bezkarne. W przeciwieństwie do tego sędzia w państwie typu socjalistycznego musi doceniać wagę życia ludzkiego i przy stosowaniu represji karnej pamiętać o tym, że w hierarchii dóbr chronionych przez nasze prawo karne życie człowieka zajmuje jedno z czołowych miejsc. Na koniec zacytuję orzeczenie z 23 stycznia 1952 r. (I K 1575/51), w którym Sąd Najwyższy stwierdził, że w nowych warunkach ustrojowych inaczej należy interpretować przepis o zabójstwie pod wpływem silnego wzruszenia. W warunkach Polski Ludowej zemsta i zazdrość wyrastające z dążenia do władztwa człowieka nad człowiekiem są uznawane za pobudki niskie i sprzeczne z założeniami ustrojowymi oraz wypierane przez wzrastający poziom kultury. Sprawca przestępstwa działający z takiej pobudki nie może powoływać się na stan silnego wzruszenia. Jak widać, przy dobrych chęciach każdy problem prawny dawał się ponad pół wieku temu rozwiązać przez przeciwstawianie sobie starego i nowego ustroju. widziane z dystansu Czego prawnicy mogą nauczyć się od Justyny Kowalczyk Maciej Bobrowicz radca prawny, mediator gospodarczy i sądowy, prezes KRRP w latach Słynna biegaczka narciarska przyznała, że cierpi na depresję.,,justyna jest bardzo skupiona i ukierunkowana na cel. Być może zabrakło odprężenia i radości stwierdził ktoś w jednej z gazet. A co to ma wspólnego z nami ami? Wybitny autorytet z dziedziny psychologii prof. Martin Seligman, były prezes Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, autor wielu książek i publikacji, badał, czy my, prawnicy, jesteśmy szczęśliwi. Wydawałoby się, że tak, w końcu nasz zawód zapewnia prestiż i uchodzi za dobrze płatny. Okazało się jednak, że 52 proc. amerykańskich ów opisuje siebie jako niezadowolonych z życia. Co więcej, prawnicy są na szczycie listy osób cierpiących na depresję zapadają na nią 3,6 razy częściej niż zwykli ludzie. Popadają w alkoholizm i narkomanię. Wskaźnik rozwodów wśród nich także jest wyższy niż w grupach innych specjalistów. Nie wygląda to optymistycznie. Badania potwierdzają to, co wiedzieliśmy od dawna: pieniądze szczęścia nie dają. Prawnicy są wśród najlepiej opłacanych specjalistów w USA (prześcignęli w tej kategorii nawet lekarzy), a jednocześnie są,,nieproporcjonalnie nieszczęśliwi. Seligman widzi trzy główne przyczyny takiego stanu rzeczy. SERWIS DLA PRAWNIKÓW wnikliwe komentarze i opinie prawniczych autorytetów orzeczenia sądów projekty ustaw Pierwszy to pesymizm rozumiany jako,,pesymistyczny styl wyjaśniający. Pesymista interpretuje wydarzenia jako wszechobecne, stałe i niekontrolowane, a optymista widzi je jako lokalne, tymczasowe i podlegające kontroli. Ma to znaczenie w życiu zawodowym: pesymistyczni sprzedawcy sprzedają mniej, a pesymistyczni studenci uzyskują niższe stopnie niż optymistyczni studenci. Tak więc pesymiści przegrywają zawodowo na rynku. Z jednym wyjątkiem: są lepszymi ami. W badaniach na Virginia Law School w 1990 r. studenci pesymiści pokonali studentów optymistów w średniej uzyskiwanych ocen na studiach. Jak to możliwe? Pesymizm wśród ów jest postrzegany jako zaleta. Problemy i konflikty wymagają ostrożności, a często podejrzliwości, która pozwala rozpoznać wszelkie możliwe pułapki i katastrofy mogące się pojawić w każdej transakcji. Niestety, pesymizm, który sprawdza się w pracy, nie wpływa na to, że jesteśmy szczęśliwi w życiu prywatnym. Nasz charakter nie zmieni się automatycznie z przekroczeniem progu naszego domu pesymista nadal jest pesymistą: nieufnym małżonkiem, obywatelem wierzącym, że gospodarka nieodwracalnie zmierza do katastrofy itd. Pesymizm wśród ów jest postrzegany jako zaleta. Spory wymagają podejrzliwości trendy na rynku prawniczym aktualne informacje dla każdej z korporacji prawniczych Sprawdź Drugi czynnik psychologiczny to niski poziom kontroli sytuacji w przypadkach wysokiego stresu. Kiedyś usiłowałem namówić grupę moich znajomych na szkolenie z time managementu. Nikt z nich nie uwierzył, że jest to możliwe. Naszym czasem rządzą sędziowie i nasi klienci nie mamy na to żadnego wpływu usłyszałem. A przecież poczucie, że mamy wybór w określonej sytuacji, lub wiara, że nie mamy na nią żadnej kontroli, wpływają na nasze samopoczucie. Ale najważniejszym ze wszystkich czynników psychologicznych wpływających na to, że prawnicy są niezadowoleni z życia jest fakt, że stosowanie prawa to gra win-lose. Wygrywamy albo przegrywamy. Zwycięstwo jednej strony oznacza konieczność pokonania drugiej. Prawnicy są szkoleni, by byli agresywni. I ponoszą olbrzymi emocjonalny koszt uczestniczenia w systemie win-lose. Czy jest jakieś antidotum? Uprzedzam, jest zaskakujące i niektórzy przyjmą je z niedowierzaniem. Proszę pamiętać, że są to wnioski prof. Seligmana człowieka, który prawie całą swoją karierę poświęcił badaniu optymizmu. Otóż działalność pro bono, mediacja, rozwiązywanie problemów w formie negocjacji są grami o sumie zerowej, wygrany-wygrany. I to jest zalecenie profesora przypominającego, że stres zabija:,,jeśli chcesz dłużej żyć, negocjuj win- win, stosuj mediację i świadcz usługi pro bono. Brzmi to jak slogan kampanii reklamowej. Lepszego nie mógłbym sobie wyobrazić. Już słyszę głosy, że to niemożliwe, że wszystko to fantasmagorie jakiegoś profesora. Taki brak wiary jest właśnie dowodem na to, że Seligman ma rację. Jesteśmy pesymistami A może jednak warto spróbować? autopromocja
8 C8 Marketing prawniczy Docieranie do klientów Warto pielęgnować kontakty na wszystkich szczeblach Postęp techniczny daje om nowe narzędzia w zakresie reklamy, co nie oznacza jednak, iż stare, sprawdzone metody dotarcia do klienta należy odłożyć do lamusa Ewa Lejman radca prawny, doradca podatkowy, wspólnik w kancelarii Adwokaci i Radcowie Prawni sp. k Izabella Żyglicka i Wspólnicy Pod koniec maja uczestniczyłam w dorocznym zjeździe International Alliance of Law Firms (IALF). Działające już blisko ćwierć wieku Międzynarodowe Stowarzyszenie Kancelarii Prawnych grupuje podmioty, które zapewniają globalną obsługę i doradztwo prawne. Tegoroczne spotkanie w amerykańskim Seattle zdominowała kwestia aktualnych trendów w marketingu usług prawnych, w tym błędów, jakie najczęściej my, prawnicy, popełniamy na tym polu. Obecność przedstawicieli światowych gigantów pokroju Callison, Nike czy Microsoft pozwoliła poznać opinie naturalnych adresatów tego marketingu klientów. Wnioski? Działania marketingowe rozpocząć należy od określenia strategii, a następnie jej rozwinięcia w biznesplanie (uwzględ- niającym budżet). Przy czym skuteczny marketing swój początek musi mieć wewnątrz kancelarii. Jej wizerunek kreowany przez pracowników oraz współpracowników jest najtańszą i najbardziej skuteczną reklamą. Tu jednak niezbędne jest budowanie w zespole przekonania o własnej wartości, np. poprzez przygotowywanie i rozsyłanie do jego członków informacji o wspólnych dokonaniach. Wymaga to konsekwencji, ale doświadczenia kolegów z branży dowodzą, iż warto podjąć wysiłek i zbudować sprawną sieci komunikacji wewnętrznej. Znajomość branży Niezależnie od zmiany trendów w zakresie sposobu dotarcia do klientów dla tych ostatnich fundamentalne znaczenie ma to, czy zna ich branżę. Nikogo nie trzeba przekonywać, iż tylko szczegółowa wiedza w zakresie codziennego funkcjonowania określonego środowiska biznesowego pozwala owi dobrać odpowiednie, szyte na miarę usługi. Członkowie IALF zadali sobie pytanie: czy wizerunek eksperta w danej branży można sobie wypracować, nie mając żadnego klienta, który się z niej wywodzi? Z pewnością jest to inwestycja wymagająca czasu oraz dyscypliny. Jak wskazał przedstawiciel Microsoft Corporation dobrym początkiem dla takich działań może być przesyłanie i o charakterze informacyjnym. W praktyce polega to na przedstawieniu konkretnej osobie za jej uprzednią zgodą, odnośników (linków) do ciekawych artykułów wraz z komentarzem dotyczącym bieżących wydarzeń, zagadnień, przedstawianiem najistotniejszych wniosków, a nawet propozycji konkretnych, indywidulanych rozwiązań. Taka forma marketingu zapewne nie przyniesie efektu od razu, ale może zaowocować docelowo bezpośrednim kontaktem z klientem w przyszłości. Dotychczasowi klienci Tradycyjnym, ale i najlepszym sposobem zdobycia nowych klientów jest odpowiednia rekomendacja ze strony aktualnych lub dawnych kontrahentów. Mogłoby się wydawać, w ramach tego elementu strategii wszystko już zostało powiedziane. Tymczasem w trakcie dyskusji w tym obszarze pojawił się dodatkowy wątek, na który warto zwrócić uwagę. Doświadczenie członków IALF uczy, iż obsługa prawna klienta powinna być dokonywana wielopoziomowo, tzn. powinna być skierowana nie tylko do decydentów najwyższego szczebla. Pracownicy drugiego frontu, czyli osoby zajmujące stanowiska na szczeblach niższych niż zarząd, mogą odegrać w niedalekiej przyszłości kluczową rolę. Bo, po pierwsze, mogą w krótkim czasie awansować w hierarchii firmy i mieć bezpośredni wpływ na dobór podmiotów obsługujących spółkę. Po drugie, mogą odejść ze spółki i rozpocząć własną działalność, w ramach której będą chciały skorzystać z usług sprawdzonego a. Po trzecie zaś mogą przejść do innych podmiotów na rynku i stanowić w nowym środowisku pracy znaczącego sojusznika. Forma kontaktów Zdaniem specjalistów zajmujących się tematyką marketingu kancelarii prawnych w dalszym ciągu wiele pozostaje do zrobienia w zakresie standardu pracy a. Podstawowy zarzut pomimo dużego dostępu do środków komunikacji bezpośredniej w dalszym ciągu zbyt rzadko kontaktujemy się z klientami z własnej inicjatywy. Reprezentant Microsoft podkreślił, iż bieżące zainteresowanie sprawami spółki jest wynagradzane poprzez pojawienie się u klienta poczucia niezbędnej obecności a przy każdej transakcji. Jak wskazał z kolei przedstawiciel Nike, jednym z podstawowych błędów popełnianych przez ów jest brak umiejętności zadawania klientowi właściwych pytań. Szybkość w identyfikowaniu problemu oraz trafność udzielanej porady, odnosząca się do sedna sprawy, w dalszym ciągu stanowią podstawową cechę wyróżniającą dobrego a. Przygotowywanie produktu zrozumiałego oraz przydatnego dla klienta nie zawsze jest standardem nawet w dużych korporacjach. Wzajemna dyskusja członków IALF wykazała, iż w większości przypadków, w miejsce długich opinii prawnych, klienci oczekują od ów krótkich oraz zwięzłych odpowiedzi na zadane pytania. Pan Peter Koehler przedstawiciel NIKE podkreślił, iż w dzisiejszych realiach rynkowych klient zwykle nie ma czasu czytać długich, zawiłych opinii, zawierającej szczegółowe podstawy prawne. Przedsiębiorca ceni szybką i konkretną odpowiedź, która ma mu ułatwić podjęcie biznesowej decyzji. Stare i nowe pomysły W trakcie dyskusji członkowie IALF mieli szanse przedstawić swoje pomysły marketingowe. Przykładowo wskazano na: organizację nieodpłatnych szkoleń czy też seminariów dla przedsiębiorców największą zaletą takiego przedsięwzięcia jest bezpośredni kontakt z potencjalnym odbiorcą usług, wysyłkę kartek świątecznych chociaż jest to jedynie forma podziękowania klientowi za wzajemną współpracę, dobrze jest zadbać, aby kartka kancelarii wyróżniała się w tłumie, gdyż tylko wtedy zostaje dostrzeżona. Ciekawy pomysł może spowodować, iż kartka jest przedmiotem rozmów wszystkich pracowników firmy, prowadzenie bloga popularna forma aktywności medialnej także w Polsce, na świecie postrzegana jest jako jedno ze skuteczniejszych narzędzi w dotarciu do potencjalnego klienta. Ponieważ sukces wymaga systematyczności oraz aktualności wpisów, amerykańskie kancelarie, dysponujące większym budżetem, często zatrudniają zewnętrzne firmy specjalizujące się w tym zakresie. Analiza wszystkich omawianych w Seattle przykładów skłania do wniosków, iż niezależnie od narzędzi, jakich użyjemy, aby wdrożyć zaplanowaną strategię marketingową, liczy się jasno sprecyzowany cel oraz upór w działaniu. Rozwój technologii ułatwia wzajemne kontakty, ale pewne standardy działania pozostają w zawodzie a ponadczasowe. kronika bubli prawnych Gdybym mógł zmienić jeden przepis... Marcin Zieleniecki prof. UG dr hab. Gdybym mógł zmienić jeden przepis, to poszukiwałbym takich rozwiązań prawnych, które przyczyniłyby się do ożywienia dialogu społecznego w Polsce. Od wielu lat dialog społeczny w naszym kraju ewidentnie przeżywa kryzys. Jest to widoczne na szczeblu ogólnopolskim, gdzie mamy do czynienia z sytuacją, w której od roku nie działa Trójstronna Komisja ds. Społeczno-Gospodarczych, na szczeblu branżowym, gdzie nie toczą się negocjacje zmierzające do zawarcia pozazakładowego układu pracy oraz na szczeblu zakładowym. Powody takiej wysoce niekorzystnej sytuacji są bardzo różne. Jednak niezależnie od przyczyn kryzysu dialogu społecznego należy poszukiwać takich rozwiązań prawnych, które zachęcałyby obie strony tego dialogu do podejmowania i prowadzenia rokowań zbiorowych. W celu stworzenia odpowiednich narzędzi służących do podejmowania dialogu społecznego należy moim zdaniem korzystać z doświadczeń ostatniego kryzysu. Ożywienie dialogu społecznego w jego trakcie było konsekwencją stworzenia przez ustawodawcę materii negocjacyjnej adresowanej do partnerów społecznych szczebla zakładowego. Ustawa antykryzysowa stworzyła możliwość wprowadzania w przedsiębiorstwach dotkniętych skutkami kryzysu ekonomicznego rozwiązań prawnych łagodzących sztywne rygory ochronne kodeksu pracy w niektórych obszarach, jak chociażby w zakresie czasu pracy. Pracodawcy zwykle niechętni podejmowaniu rokowań z przedstawicielami pracowników w obawie przed koniecznością poprawy warunków pracy i płacy oraz zwiększeniem kosztów z tym związanych nagle niejednokrotnie sami zaczęli zwracać się do strony pracowniczej o podjęcie rokowań nad wprowadzeniem rozwiązań czasowo uelastyczniających regulacje prawne zawarte w kodeksie pracy. Dla drugiej strony stanowiło to okazję do wprowadzenie korzystnych dla pracowników rozwiązań zmierzających np. do ograniczenia zjawiska nadużywania terminowych umów o pracę jako podstawy zatrudnienia. Moim zdaniem warto szerzej wykorzystać takie adresowane do pracodawców zachęty do podejmowania rokowań zbiorowych w przepisach kodeksu pracy. Chodzi o klauzule derogacyjne, tj. przepisy, które w określonych okolicznościach i w określonym trybie zezwalają na odstępowanie na od sztywnych regulacji ochronnych zawartych w kodeksie pracy. Koniecznym warunkiem powodzenia takiej operacji jest jednak również stworzenie barier ograniczających nadużycia przy ich stosowaniu. Oprac. PB Redakcja: ul. Okopowa 58/72; Warszawa, tel , faks: ; Redaktor naczelna: Jadwiga Sztabińska Zastępcy redaktor naczelnej: Andrzej Andrysiak, Dominika Sikora, Paweł Nowacki Sekretarze: Łukasz Bąk, Rafał Drzewiecki, Anna Godlewska, Leszek Majkut, Mirosław Mazanec, Mira Suchodolska Redaguje: Ewa Szadkowska Szef działu foto: Krzysztof Cieślewicz Biuro reklamy (tel ): Dyrektor: Monika Szulc-Wąsikowska, tel Szef studia DTP: Jacek Obrusiewicz Produkcja: Elżbieta Stamler, tel