Source: https://valconetti.wordpress.com/tag/kamil-stoch/
Timestamp: 2019-08-22 15:22:14+00:00
Document Index: 8858286

Matched Legal Cases: ['Art. 194', 'Art. 126', 'art. 21', 'Art. 194', 'Art. 8', 'art 65']

Kamil Stoch | Valconetti
Posts Tagged ‘Kamil Stoch’
PO, .N i PSL – 43 proc., PiS – 34. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra. Tak trzymać, wygramy i dupków przegramy. Hej, hej, taki ze mnie wodzirej
Posted: 15 stycznia 2017 in Polityka
Tagi: Filharmonia Narodowa, Jerzy Owsiak, Kamil Stoch, Marcin Król, PiS, SOKzBURAKA, Trybunał Konstytucyjny, Waldemar Mystkowski, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, Wojciech Sadurski
DZIŚ WOŚP I BARDZO DOBRA WIADOMOŚĆ Z SAMEGO RANA. NADCHODZI NORMALNA POLSKA :)) @bbudka @SlawekNeumann @JanGrabiec @pomaska @AndrzejHalicki
Piękne przesłanie na dziś :))))) „POMAGANIE BLIŹNIEMU DAJE MASĘ RADOŚCI” – Jurek Owsiak.
Kapitalny tekst z OKO.press prof. Wojciecha Sadurskiego o Trybunale Konstytucyjnym. Sadurski to klasa światowa i takiż autorytet.
Niekonstytucyjne ustawy
Bezpośrednią podstawą ustawową działań prezydenta i Julii Przyłębskiej był pakiet ustaw: o statusie sędziów, o trybie działania i ustawa wprowadzająca te ustawy, podpisane przez Prezydenta i opublikowane w Dzienniku Ustaw przed północą 19 grudnia. Ustawy te – następujące po serii ośmiu ustaw przyjmowanych w ostatnich miesiącach przez parlament, wprowadzających krzyżujące się i coraz bardziej skomplikowane i niezrozumiałe dla opinii publicznej rozwiązania – zawierają cały szereg rozwiązań niekonstytucyjnych. Między innymi:
ignorują konstytucyjne stanowisko Wiceprezesa TK (Art. 194 Konstytucji) i na jego miejsce powołują nieznane Konstytucji stanowisko „p.o. Prezes”. Jak się wkrótce okazało, jedyną funkcją owego nowego stanowiska było pominięcie Wiceprezesa prof. Stanisława Biernata w kierowaniu Trybunałem i manipulowanie jego składem w okresie do nominacji nowego Prezesa;
dostosowują wymogi dla pełnienia funkcji p.o. Prezesa w sposób taki, że mogą być spełnione przez jedną tylko osobę, a mianowicie panią Julię Przyłębską; ustawowe „załatwienie” konkretnej sprawy przez konkretną osobę jest sprzeczne z zasadą generalnego charakteru treści ustaw;
Dostosowują wymogi dla quorum Zgromadzenia Ogólnego i zasad wyboru kandydatów na nowego Prezesa w taki sposób, by mogły być one spełnione głosami wyłącznie sędziów wybranych przez PiS, nawet przy nieobecności pozostałych sędziów. Sprzeczne z konstytucyjnymi obyczajami jest ustalenie quorum na poziomie niższym niż połowa członków składu ciała kolektywnego. W rezultacie, podczas gdy jeszcze kilka dni przed wejściem nowej ustawy w życie, quorum dziewięciu sędziów, wybierających kandydatów na Prezesa, okazało się niewystarczające (wówczas obowiązująca ustawa przewidywała quorum 10 sędziów), to pod rządami nowej ustawy quorum wyłącznie sześciu sędziów okazało się wystarczające;
Nakazały p.o. Prezesa natychmiastowe dopuszczenie do udziału w składach orzekających i w Zgromadzeniu Ogólnym wszystkich sędziów, zaprzysiężonych przez Prezydenta, co oznacza również nakaz dopuszczenia trzech tzw. „dublerów”, wybranych w grudniu 2015 bezprawnie na już obsadzone stanowiska sędziowskie, o czym orzekł definitywne TK 3 i 9 grudnia 2015.
Niekonstytucyjna decyzja prezydenta
Te i inne wadliwości konstytucyjne najnowszych ustaw, na które wskazywały liczne środowiska prawnicze i indywidualni konstytucjonaliści, powinny były skłonić Prezydenta do wniesienia ustawy pod kontrolę konstytucyjności przez TK. Jako strażnik Konstytucji (Art. 126), Prezydent ma taki obowiązek.
Tymczasem Prezydent zignorował te wszystkie elementy ustaw, wywołujące co najmniej poważne wątpliwości i natychmiast je podpisał, po czym na ich podstawie nominował panią Julię Przyłębską na funkcję najpierw p.o. Prezesa, a następnie po zwołanym przez nią kadłubowym Zgromadzeniu Ogólnym (na podstawie niekonstytucyjnej ustawy) i po przedłożeniu przez nią „kandydatów” na Prezesa, powołał ją właśnie na tę funkcję.
Decyzja Prezydenta podjęta na podstawie sprzecznej z Konstytucją ustawy obarczona jest taką samą niekonstytucyjnością jak sama ustawa.
Dodajmy, że pakiet ustaw przyjęty został, podobnie jak liczne poprzednie ustawy dotyczące TK, w ekspresowym trybie, bez konsultacji i bez dania opozycji możliwości udziału w nieograniczonej sztuczkami formalnymi dyskusji.
Dodatkowe elementy niekonstytucyjności to brak vacatio legis (z wyjątkami przewidzianymi dla arbitralnie wyliczonych przepisów), tak by uniemożliwić kontrolę jej konstytucyjności), a także retrospektywne unieważnienie wcześniejszych czynności, podjętych na mocy poprzednio obowiązujących ustaw.
Ustawa sankcjonuje również bezprawne zachowanie rządu, polegające na zaniechaniu publikacji niewygodnych dla władzy orzeczeń TK, w szczególności orzeczeń z 9 marca 2016 i 11 sierpnia 2016 roku o niezgodności z konstytucją wcześniejszych ustaw o TK.
Oszustwo trojga sędziów
Należy też przypomnieć, że do opisanych wydarzeń nie mogłoby dojść, gdyby troje sędziów wybranych głosami obecnej większości sejmowej, a mianowicie Julia Przyłębska, Piotr Pszczółkowski i Zbigniew Jędrzejewski, wykonało swój służbowy obowiązek i wzięło udział w zwołanym prawidłowo przez ówczesnego Prezesa Andrzeja Rzeplińskiego posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego, mającym na celu wyłonienie kandydatów na nowego Prezesa.
Jak wiadomo, trójka wymienionych sędziów przedłożyła zwolnienia lekarskie. Ponieważ jest bardzo mało prawdopodobne, by wszyscy oni jednocześnie zachorowali właśnie w dniu, gdy miało dojść do rozstrzygnięcia nie na rękę wspierającej ich partii, należy domniemywać, że dokonali oszustwa. To oznacza, że nie mają wystarczających kwalifikacji etycznych, b y pełnić funkcję sędziego TK. Należy wyrazić żal, że ówczesny Prezes TK w swojej wielkoduszności i powołując się na szacunek należny funkcji sędziego, nie zażądał weryfikacji owych zwolnień.
Kandydaci zgodni z Konstytucją zignorowani
Przypomnijmy też, że Prezydent zignorował wyłonione przez rezolucję sędziów obecnych na Zgromadzeniu Ogólnym kandydatury sędziów Marka Zubika, Piotra Tuleji i Stanisława Rymara, chociaż stoi za nimi większa liczba głosów sędziów Trybunału niż liczba głosów sędziów, którzy później wyłonili panią Przyłębską i pana Muszyńskiego jako kandydatów na Prezesa.
„Prezes Przyłębska” sprzeczna nawet z ustawami PiS
Niezależnie od przytoczonych elementów niekonstytucyjności ustaw, na podstawie których Prezydent powołał nową Prezes TK, same działania niewłaściwie powołanej „Prezes TK” obarczone są wadliwościami prawnymi, polegające na sprzeczności nawet z tymi niekonstytucyjnymi ustawami. Zgodnie z ustawą „wprowadzającą” (art. 21 ust 7), Zgromadzenie Ogólne przedstawia Prezydentowi kandydatów w formie uchwały. Ta uchwała jest aktem niezależnym od wczesnego glosowania nad kandydatami.
Tymczasem do głosowania nad uchwałą nie doszło, a tzw. „uchwała” przedstawiona została Prezydentowi w formie dokumentu podpisanego jedynie przez mgr Julię Przyłębską. W najlepszym przypadku oznacza to daleko idącą nieporadność pani „Prezes”.
Julia Przyłębska nie ma kwalifikacji
Na koniec należy wspomnieć o tym, że Konstytucja RP stwarza dla sędziów TK wymóg „wyróżniania się wiedzą prawniczą” (Art. 194). Można ponad wszelką wątpliwość przyjąć, że mgr Julia Przyłębska nie spełnia tych wymogów nawet w stopniu elementarnym.
Absolwentka studiów prawniczych z wynikiem dobrym, absolwentka aplikacji z wynikiem zaledwie dostatecznym, obarczona negatywnymi formalnymi ocenami zawodowymi w ramach środowiska prawniczego, nieznana z żadnych dokonań w zakresie nauk prawnych lub orzecznictwa – pani Julia Przyłębska nie ma nawet minimalnych kwalifikacji na sędziego TK, nie mówiąc już o funkcji Prezesa.
Również niektórzy inny nowi „sędziowie” obarczeni są albo niejasną przeszłością zawodową i obelżywymi wystąpieniami publicznymi (pan Mariusz Muszyński), albo niewyjaśnionymi okolicznościami wypadku samochodowego (prof. Lech Morawski) itp.
Na gruncie Konstytucji
Kluczowe jednak znaczenie dla oceny obecnego stanu prawnego wokół TK ma fakt, że jego obecny skład, kierownictwo i tryb działania opierają się na ustawie sprzecznej z Konstytucją.
Powołanie Prezesa TK na podstawie niezgodnej z konstytucją ustawy nie może być uznane za rodzące właściwe skutki prawne.
Udział w składach orzekających „sędziów”, wybranych na już prawidłowo obsadzone stanowiska sędziowskie, skutkuje nieważnością orzeczeń.
Należy przypomnieć, że główną podstawą prawną wszystkich działań władczych, w tym władzy sądowniczej, jest Konstytucja, a dopiero następnie ustawy, w tej mierze w jakiej są zgodne z Konstytucją.
Naczelnym obowiązkiem wszystkich sądów powszechnych, administracyjnych i innych, jest poszanowanie i bezpośrednie stosowanie Konstytucji (Art. 8) i niebranie pod uwagę orzeczeń Trybunału, wyłonionego w sposób z Konstytucją niezgodny.
PROKURATURA PODWAŻA WYBÓR SĘDZIÓW TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO ALE W TAK OCZYWISTEJ SPRAWIE NIE JEST W STANIE WYSTĄPIĆ PRZECIWKO PiS… ŻENADA
WRZUCAM, BO TO PIĘKNE JEST. PO PROSTU PIĘKNE.
Prof. Marcin Król pisze o stanie dzisiejszej polityki.
Polityka to sztuka, a w sztuce umiar i roztropność są na nic. Masom trzeba albo naprawdę przewodzić, jak de Gaulle i Bismarck, albo je wciągnąć do współpracy, czego nikt jeszcze nigdzie w świecie zachodnim nie uczynił.
Słusznie przejmujemy się bieżącymi zdarzeniami. Pożytecznie byłoby jednak spojrzeć na nie w kategoriach „długiego trwania”, bo żeby coś czynić, warto wiedzieć, co czynić i czego nie czynić.
Wołanie o artystę polityki
Nie zawsze jest dobrze. Nie zawsze w danym kraju są ludzie, którzy potrafią działać skutecznie i dla umiarkowanego chociażby dobra ogółu. Nie zawsze po prostu zdarzają się ludzie wybitni. Dla wyjaśnienia: Jarosław Kaczyński nie jest wybitny, jest tylko cwany.
Oto Niemcy (czy Prusy) od czasów rozgromienia przez Napoleona do rządów Bismarcka, a zatem przez sześćdziesiąt lat, są w stanie nieustannego rozkładu, politycznej beznadziejności i w Europie nikt nie wie, że jest taki kraj, bo przecież nie jedno państwo. Dzięki temu i mimo to powstają wielkie dzieła Goethego i Schillera, Fichtego i Hegla. Ale w polityce bałagan i zdumiewający brak kompetencji. Fenomen Bismarcka to fenomen człowieka, który przywraca poczucie godności, a przede wszystkim rozumie, czym jest polityka – jest sztuką. Sztuką czekania i działania, gdy przyjdzie stosowny moment.
Podobnie jest w przypadku Francji, od afery Dreyfusa po de Gaulle’a. Bardzo wątpliwy przywódca, jakim jest fatalny dla przyszłości Clemenceau, i nikogo więcej. A jak się ktokolwiek pojawia, to natychmiast zamiast polityką zaczyna się zajmować kochankami. Nic więc dziwnego, że zachowanie większości polityków i niemal wszystkich obywateli Francji na progu II wojny światowej jest paskudne, a ideę patriotyzmu przejmuje Pétain. Fenomen de Gaulle’a to fenomen człowieka wierzącego, o poglądach głęboko konserwatywnych, nielubiącego demokracji, który wielbi Francję i wydobywa ją z bagna. Wierzy w republikę. Wierzy w Europę francuską. W tym czasie, znowu mniej więcej sześćdziesiąt lat temu, we Francji są wielcy pisarze, wielcy filozofowie i wielcy malarze.
Sens polityce trzeba narzucać – albo trzeba uwierzyć w demokrację do końca, do bólu. Umiar tu na nic. Roztropność nie wystarczy. Masom trzeba albo naprawdę przewodzić, albo je wciągnąć do współpracy, czyli do prawdziwej demokracji, czego nikt jeszcze nigdzie w świecie zachodnim nie uczynił.
Farbowani europejczycy
Mało kto pamięta, że w Polsce zawsze silne było poczucie antyeuropejskości. Ostatnie dwadzieścia kilka lat to okres wyjątkowy. Polacy położeni na prowincji kontynentu zawsze czuli się poniżeni i jak mali ludzie ratowali się pogardą dla poniżających. Poza tym istniała tylko – jak pisał Miłosz – cienka warstwa śmietanki, która nigdy naprawdę nie narzucała tonu. Tak, za pieniądze staliśmy się Europejczykami, ale to marna europejskość.
Owszem, historia, i tylko ta XIX i XX wieku, zna wielu anty–Europejczyków pragmatycznych i ideowych jednocześnie, ważących racje, szukających rozwiązań szerszych niż „Bóg, honor, ojczyzna”. Od Stanisława Staszica, który po rozbiorach chciał budować huty wspólnie z Rosją, przez Henryka Rzewuskiego, który w carze postrzegał pomazańca bożego, po Aleksandra Wielopolskiego czy po części Dmowskiego.
Na ogół jednak byli to ludzie, którzy nie lubili Europy, ale bali się Rosji, więc nie mogli uprawiać sensownej polityki. Nie mogli nawet myśleć sensownie. To, co nasze, polskie, katolickie, miało być szczególne, a było przygnębiająco głupie. Łącznie z hierarchią kościelną. Czy ktoś pamięta jednego wybitnego polskiego biskupa w całym XIX wieku, poza przypadkowym bohaterem, czyli Szczęsnym Felińskim? Polska była z Watykanem, a Watykan nie znosił zmieniającej się Europy. Teraz jest inaczej, ale polscy biskupi w większości są za tym samym Watykanem co wtedy.
Więc mówienie o tym, że Polska nagle stała się europejska, bo łatwo pojechać do Niemiec i zarobić lub taniej jest jeździć na nartach w Austrii niż w Zakopanem – jest nonsensem. Polska nie stała się europejska. Europejska stała się cienka śmietanka biznesu. A wobec tego, jak kiedyś słusznie pisał Zygmunt Krasiński, nienawidzimy Rosji – i nienawidzimy sprzedajnej, nadmiernie rozpasanej Europy.
Krasiński miał jednak wizję odrodzenia Polski mistyczną, ale też realistyczną. Spodziewał się mianowicie cudu, czyli wspólnoty szlachty polskiej z ludem polskim. Cud ten niestety do dzisiaj się nie zdarzył, wyjąwszy lata 1980-81. Polacy są rozumni, pracowici i trochę dzicy, jak to bywa na prowincji. Ludwik Dorn słusznie zauważył, że PiS ma swoją piosenkę: „Nie rzucim ziemi.”. Niezapomniany Jakub Karpiński nazywał jej fragment „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” polskim politycznym programem minimum. A gdzie piosenka zwolenników Europy? „We shall overcome” brzmi dzisiaj tragicznie, PiS zaś wzorem dawnych polityków zaczyna dusery z Łukaszenką.
Cień Piłsudskiego
Czasem Kaczyński myśli, że jest Piłsudskim. Bo równie wielkiego polityka Polska nie miała od rozbiorów. Jednak Piłsudski umiał stworzyć założycielski mit (pieczęć Rządu Narodowego z czasów powstania styczniowego ze sławnego przemówienia w Sali Malinowej Bristolu z 1923 roku). Znakomicie rozumiał też politykę zagraniczną i wojskową, tylko nie rozumiał, co to demokracja, i zrozumieć nie chciał, posłów zaś wsadzał do więzień. Kaczyński z Piłsudskiego pamięta tylko to ostatnie, a polska opozycja – nic.
Piłsudski był do głębi europejski, a jednocześnie znakomicie znał i cenił kulturę rosyjską. Chciał współpracować z Rosjanami, tylko oni nie chcieli. Chciał, co powtarzał za nim Jerzy Giedroyc, stworzyć więzi z krajami naszego wschodu, ale się nie udało. Nie udało się, bo Rosja oraz bo polski kołtun. Proszę poczytać Piłsudskiego i zobaczyć, co myślał o Polakach. Przypomnieć, jak zachowywali się biskupi, kiedy postanowił sprowadzić do Polski prochy uwielbianego Juliusza Słowackiego. Nie miał z kim pracować i dobrze o tym wiedział. I nie był Bismarckiem, który sam dał sobie radę – prawda, że tylko przez trzydzieści lat – z Niemcami. Ale jego zasada działania była też realistyczna: Polaków uczynić aniołami. Kaczyński wolałby diabłami.
Opozycyjny znaczy pięknoduch
Z całym podziwem dla marszów KOD-u, protestów opozycji okupującej w święta salę sejmową i trwającej przy idei rządów prawa oraz demokracji liberalnej, dostrzegam jej beznadziejną nieskuteczność i całkowity brak pomysłu na przyszłość. Trzeba protestować, ale trzeba też myśleć o tym, co będzie po Kaczyńskim, za kilka czy kilkanaście lat. W skali europejskich bałaganów to tylko moment.
Stało się jednak coś innego. Coś złego. Z przeszłości uczyniono wzór. Kiedy wiadomo już, że demokracja w postaci, jaką znaliśmy z czasów minionych, liberalizm i królestwo wolności już się kończą na całym Zachodzie, polska opozycja chce tego, co było. A było nieźle, chociaż kto zadał sobie trud myślenia, to mógł wiedzieć, że nie ma żadnej wspólnoty narodowej, że nie ma mitu założycielskiego, że Donald Tusk czy Bronisław Komorowski byli przeciwni mitom i romantykom, że komuniści dwa razy wrócili do władzy, że był bogoojczyźniany i nieporadny jako premier Jan Olszewski, dwa lata PiS-u oraz Samoobrona w ogródku.
Polska klasa średnia narodziła się z polskiego chłopstwa dręczonego przez stulecia. Jaka wobec tego ma być? Rację ma Andrzej Leder, ale przede wszystkim nie mają racji Kijowski, Petru, Schetyna et consortes. Z tej mąki nie będzie chleba. Ze słusznej i koniecznej walki o Trybunał Konstytucyjny nie będzie nowej Polski.
Zimna głowa, gorące serce
Z czego zatem?
Kiedy się patrzy nieco z góry, widać, że są tylko dwie drogi przed światem zachodnim. Jedna to straszny bałagan przez czas jakiś, potem krwawa rewolucja, potem nowe, ale zupełnie nie wiemy jakie. Na razie ta droga wydaje się bardziej prawdopodobna. W takim przypadku po politykach nie należy się niczego spodziewać. Niech protestują, niech się kłócą, zawsze to jakieś zajęcie. Albo może wrócimy do korzeni demokracji, intelektualnych czy filozoficznych, a nie historycznych, i uwierzymy, że można sobie poradzić ze zjadaczami chleba, jeżeli da się im szansę.
Odbudowa idei europejskiej po nieuniknionym okresie rozpadu, oby nie wojny, to odbudowa idei wspólnoty. Tak mówią wszyscy. Jednak wspólnota demokratyczno-liberalna – cokolwiek miałoby to znaczyć – zaistnieć nie może. Jest tylko jedna wspólnota, czyli wspólnota kultury, pamięci, religii, symboli, mitów – czyli wspólnota konkretnych ludzi, którzy porwani zapałem sami chcą sobą rządzić. Czyli wspólnota demokratyczna. Prawo jest ważne, państwo jest ważne, instytucje międzynarodowe są ważne. Ale wszyscy ci, którzy uznali, że ważne wystarczy, że ludzie, ja i inni, zrozumieją w końcu, że oni, rozważni administratorzy, chcą tylko naszego dobra, popadli w nieskuteczny paternalizm.
Demokracja nienawidzi paternalizmu. Nie uczcie nas prawa, tylko uczcie nas kochać. Uczcie nas tego, co gorące, a nie tego, co tylko rozsądne. Marzy mi się Europa demokracji anarchistycznej, demokracji pomocy wspólnej, demokracji powszechnego uczestnictwa. W takiej Polsce, w takiej Europie można być aktywnym naprawdę, ale kto chce, a nie musi. Tylko niech siedzi cicho.
Jestem liberałem prywatnym, a nie publicznym, Publicznie jestem demokratą i wszystkie konieczne ograniczenia wolności indywidualnej, jakie musi wprowadzić demokratyczna wspólnota, popieram bez zastrzeżeń. Myli się bowiem nasza opozycja. Nie da się mieć i liberalizmu, i demokracji. Można mieć rządy tych, którzy chcą uczestniczyć we wspólnocie, o jakiej była mowa. Trzeba jednak porzucić marudę. Trzeba zwrócić się do obywateli jako do obywateli, a nie jako do konsumentów prostych haseł. Trzeba potraktować wielki kryzys naszych czasów jako przełom, a nie jako krótkotrwałe zdarzenie, bo w końcu i Kaczyński odejdzie. Ale co z tego?
MISTRZ, NIEPRAWDAŻ?
WSTYD. Wiele tyg. przygotowań. Dograne szczegóły. Dzień przed zachowali się jak nieodpowiedzialni amatorzy. http://olsztyn.wyborcza.…
Waldemar Mystkowski pisze o zdarzeniu w Filharmonii Narodowej i snuje na tej podstawie refleksje.
Współczuję politykom „dobrej zmiany”, raczej nie mogą wyściubić nosa spoza swoich szeregów. Wszędzie napotyka ich krytyka i ostracyzm. Acz dzielnie się „nie dają” i wciskają swój kit. Tak dzieje się na wielu poziomach. Tym bezpośrednio politycznym, uczestnictwie w przecinaniu wstęg, witaniu zagranicznych gości (amerykańscy żołnierze w Żaganiu), jak i najwyższym, w sztuce „pierwszego sortu”, np. muzyce klasycznej.
„Dobra zmiana” wpisuje się w klasyczne reżimy, w istocie jest już opisana, lecz jak każda taka zmiana zamordyzmu ma właściwości charakterystyczne dla swego czasu, genius loci. Zbigniew Herbert wychwytuje uniwersalne cechy wszelkich „dobrych zmian” w „Potędze smaku”, dla której charakterystyczna jest „parciana retoryka”, „dialektyka jak cepy”, „żadnej dystynkcji w rozumowaniu”.
Reagować na parcianą dobrą zmianę można tylko w ten sposób, aby „wyjść, skrzywić się, wyrazić szyderstwo”. Politycy PiS nigdzie zatem nie bywają, bo bywaniem nie jest udział na koncercie gwiazdy disco polo Zenka Martyniuka, czy też znalezienie się obok biskupa w remizie, gdy ten kropidłem błogosławi orkiestry dęte strażaków, tudzież podobne.
Politycy PiS są skazani na retoryczne i estetyczne piekło, podrzędność, swoje spocone towarzystwo, w którym wywyższyć się może tylko prezes, gdy wstępuje na drabinkę z Tesco i prawi im o drodze do prawdy. Ale nie wszyscy chcą się gotować w podrzędności, w piekle towarzyszy, w zdegradowanej estetyce, czyli disco polo dla ubogich.
Niestety, spotyka ich szydercze wybuczenie, jak wiceminister kultury rządu PiS Wandę Zwinogrodzką, która odczytując na gali festiwalu „Chopin i jego Europa” list ministra kultury i wicepremiera Piotra Glińskiego „o wartościach narodowych muzyki Chopina” (parcianość godna komuszej celebry).
Najnowsze zdarzenie z Filharmonii Narodowej jest świeżutkie, bo z ostatniej soboty, gdzie koncertował wybitny niemiecko-izraelski duet pianistów, izraelska pianistka Yaara Tal i jej partner, Niemiec Andreas Groethuysen. Zdobywcy najwyższych nagród muzycznych od polskiej publiczności zebrali spore brawa i szykowali się do bisu, wówczas niemiecki pianista w języku angielskim zwrócił się do melomanów.
Groethuysen przyznał, że do Warszawy przyjeżdża się z mieszanymi uczucia i wyjaśnił dlaczego. Tekst podaję za Bartoszem T. Wielińskim („Wyborcza”):
– Przybywszy z kraju, który ponad 75 lat temu zgotował taką katastrofę prawie wszystkim krajom Europy, a w szczególności w waszym kraju, jesteśmy bardzo zaniepokojeni tym, że wizja zjednoczonej, solidarnej i demokratycznej Europy jest zagrożona. Z tego, jak rozumiemy historię, wynika, że nie ma lepszej drogi dla społeczeństw niż takie organizowanie państwa, które bazuje na czytelnym i jednoznacznym podziale władz, absolutnej niezależności mediów oraz sądownictwa. Jednak w ciągu ostatnich lat obserwujemy w niektórych krajach Europy nową politykę ucisku, braku liberalizmu, nacjonalizmy, o której myśleliśmy już, że została całkowicie odrzucona po tych okropnych totalitarnych eksperymentach XX wieku.
Rozumiem, dlaczego politycy „dobrej zmiany” unikają takich wydarzeń, takich spotkań i bywają na koncertach Zenka Martyniuka. Choć nie byłem w Filharmonii Narodowej, czuję dyskomfort brania uszu po sobie i po takich słowach.
Parcianość PiS dotyka wszystkich dziedzin, wszędzie mamy do czynienia z ich parcianością, niedotrzymywaniem standardów, degradacją naszej wspólnej substancji. Rozum to jednak nie cep, ani cepów klekotanie, jakie słyszymy od guru PiS z drabinki z Tesco, prezesa Kaczyńskiego.
TAKIE PODSUMOWANIE SOBOTNIEGO KONKURSU PUCHARU ŚWIATA W WIŚLE 🙂
ŻADEN PiSIOR NIE ZROBIŁ WIĘCEJ DLA POLAKÓW NIŻ TEN JEDEN CZŁOWIEK. SZACUNEK WIELKI DLA JURKA!
Kaczyński, Pawłowicz, Morawiecki i reszta ferajny PiS straszą nas 3 kadencjami. Ruina na ruinie – tak chcą budować Polskę
Posted: 7 stycznia 2017 in Polityka
Tagi: Jan Komasa, Joanna Kos-Krauze, Kamil Stoch, Katarzyna Knapik, KOD, Krystyna Pawłowicz, Maciej Kot, Maciej Orłowski, Mateusz Kijowski, Mateusz Morawiecki, Paweł Łoziński, Piotr Żyła, PiS, SOKzBURAKA, Turniej Czterech Skoczni, Waldemar Mystkowski, Wojciech Smarzowski
PONAD 100 TYS. MIESIĘCZNIE KOSZTUJE NAS OCHRONA POSŁA KACZYŃSKIEGO. Z NASZYCH PODATKÓW. BEZ NASZEJ ZGODY. DLACZEGO??? JAKIM PRAWEM???
Co wy wiecie o przejęzyczeniach! pic.twitter.com/JiTBzixuD4
— Przem.Szubartowicz (@PSzubartowicz) January 6, 2017
Maciej Orłowski („Wyborcza”) pisze o babonie – Krystynie Pawłowicz.
Krystyna Pawłowicz lży wykładowców na Facebooku. „Uczelniana antypolska targowica”
Krystyna Pawłowicz, posłanka PiS, lży na Facebooku wykładowców wyższych uczelni, oskarżając ich o podburzanie studentów do antyrządowych protestów. „Uczelniana antypolska naukowa targowica” – pisze o kadrze akademickiej.
Na 25 stycznia studenci i studentki z całej Polski zapowiadają ogólnopolski protest. Zwołują się na Facebooku. Poza Warszawą protesty mają się również odbyć we Wrocławiu, w Poznaniu, w Toruniu, w Katowicach, w Gdańsku, w Opolu, w Lublinie, w Łodzi, w Szczecinie, w Krakowie i w Brukseli.Na Facebooku organizatorzy wydarzenia swoją odezwę zaczynają od słów: „Chcemy żyć w państwie…”. I potem lista określeń: „w którym przestrzegane są przepisy konstytucji i innych aktów prawnych”, „w którym instytuty badawcze i instytucje kultury są niezależne”, „w którym zagwarantowana jest wolność zgromadzeń i żadne z nich nie jest uprzywilejowane” czy „w którym panuje tolerancja i wszystkie osoby są równe wobec prawa”.- Nie jesteśmy związani z żadną partią – mówi jedna z organizatorek warszawskiego protestu, Martyna Równiak (studentka medycyny na WUM). – Nasz protest jest apolityczny. Prosimy, żeby nie było na nim żadnych emblematów partyjnych. Nie jesteśmy przybudówką Komitetu Obrony Demokracji, jak niektórzy sugerują – mówi. I dodaje: – Chcemy pokazać, że również młodzi nie zgadzają się na to, co się dzieje w Polsce. Nie jest nam obojętne to, jak Polska będzie wyglądać za kilka lat.
Krystyna Pawłowicz pisze o „szczuciu na legalne władze”
Protest studentów sprowokował posłankę Prawa i Sprawiedliwości Krystynę Pawłowicz do opublikowania na Facebooku obraźliwego wpisu, który lży wykładowców akademickich. Była sędzia Trybunału Stanu z rekomendacji PiS i kandydatka tej partii na sędziego Trybunału Konstytucyjnego nie wierzy, że protest studentów został zorganizowany bez inspiracji osób trzecich. I oskarża kadrę naukową o spisek.
„Na 25 stycznia, na dzień kolejnego posiedzenia Sejmu, w uniwersyteckich miastach, część wykładowców dla obrony swoich niezlustrowanych interesów, zainspirowała do antyrządowych protestów niezorientowanych politycznie w sprawach swego kraju studentów kłamstwami i szczuciem na LEGALNE, DEMOKRATYCZNIE wybrane polskie władze, środowisko to będzie próbowało niby studenckimi rękami tę władzę „dla dobra i obrony Polski” podważać, delegitymizować i obalać. Taka przemocowa po-peerelowska mentalność ‚w obronie demokracji’” – pisze Pawłowicz (pisownia oryginalna).
(WCZORAJ TRZECH KRÓLI. DZIŚ TRZECH MUSZKIETERÓW.)
„Uczelniana targowica” i ”młodzi Polacy, którymi łatwo manipulować”
Dalej Pawłowicz oskarża wykładowców o to, że „po ostatnich wyborach utracili różne nienależne przywileje”, a teraz „za plecami studentów chowają swe niegodziwe, antypolskie intencje i siebie samych”. Zarzuca też kadrze akademickiej, że „wcześniejszymi uchwałami rad niektórych wydziałów, głównie prawa, mobilizują studentów do atakowania i wyszydzania własnego państwa”.
„Część uczelnianej antypolskiej naukowej targowicy haniebnie sprzeniewierza się akademickim i naukowym ideałom, wykorzystując cynicznie w swych biznesach powierzonych sobie młodych Polaków, których wcześniej pozbawiono w liceach wiedzy o współczesnej historii własnej ojczyzny. I którymi można dziś więc łatwo manipulować” – pisze posłanka.
Krystyna Pawłowicz dopinguje swoich i ucisza opozycję
Krystyna Pawłowicz jest znana z takiego języka. Przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. groziła ówczesnej dziennikarce TVP 1 Justynie Dobrocz-Oracz: „Na jesieni nowa władza będzie musiała zadbać o Pani zdrowie”. W lutym 2016 r. zaatakowała Sieć Obywatelską Watchdog Polska, nazywając ją „tymi psami”. W marcu tego samego roku odpisała z kolei internautce, która skarżyła się na niską emeryturę, wyrzucając jednocześnie Pawłowicz wysoką emeryturę: „Jest pani zwykłą zazdrośnicą. Leniwą? Proszę wziąść się [pisownia oryginalna] też jeszcze za jakiś zajęcie, to i zazdrość pani minie” (pisownia oryginalna).
Posłanka Pawłowicz jest aktywna nie tylko na Facebooku (gdzie regularnie publikuje wpisy). Jak wyliczył serwis MamPrawoWiedziec.pl, w ciągu stu pierwszych dni Sejmu obecnej kadencji odbyło się 11 posiedzeń, na których Pawłowicz przemawiała tylko raz. Wypowiedzi innych osób przerwała jednak aż 466 razy. To więcej niż liczba wszystkich posłów zasiadających w Sejmie.
Pawłowicz dopingowała przedstawicieli swojej partii i uciszała opozycję. „Tak jest!”, „Czytaj, czytaj!”, „Brawo!” – zagrzewała swoich. Ci, którzy próbowali im przerywać, mogli usłyszeć: „Cicho bądź, ciii…”, „Proszę wyłączyć PO” czy „Wy jak Palikoty się zachowujecie”. Najczęściej (36 razy) posłanka wspomagała zaangażowanego w PiS-owskie zmiany w Trybunale Konstytucyjnym Stanisława Piotrowicza.
MY TEŻ NIE WIEMY, JAK DO TEGO (za przeproszeniem) DOSZŁO. ALE DOSZŁO 🙂 JEST NAS JUŻ PONAD PÓŁ MILIONA. I CAŁY CZAS ROŚNIE. IV RP wzywa :)))
Nie, to było przejęzyczenie, proszę nie wierzyć w manipulacje prawicowego TT. Niewiedza zaś jest tu: pic.twitter.com/chEEog21Ua @MiMichalewicz
CZASEM JEDEN OBRAZEK MÓWI WIĘCEJ NIŻ 1000 SŁÓW.
Wojciech Smarzowski, Jan Komasa, Joanna Kos-Krauze, Paweł Łoziński i inni czołowi reżyserzy filmowi protestują przeciwko liście artystów rekomendowanych przez MSZ do zapraszania przez Instytuty Polskie.
MSZ stworzył listę ludzi kultury rekomendowanych przez MSZ do zapraszania za granicę przez Instytuty Polskie. Znaleźli się na niej m.in. Jan Pietrzak, Jerzy Targalski i Cezary Gmyz i inni publicyści związani z PiS. Pominięto nazwiska wielu czołowych polskich artystów. Czołowi polscy reżyserzy filmowi odnieśli się do niej w przysłanym do „Wyborczej” liście:
Z wielkim zdziwieniem przyjęliśmy opublikowane przez „Wyborczą” informacje o stworzeniu przez MSZ listy artystów rekomendowanych Instytutom Polskim.
Fakt powstania takiej listy budzi nasze zaniepokojenie. Z niedowierzaniem znaleźliśmy na niej swoje nazwiska, przy jednoczesnym braku naszych wybitnych koleżanek i kolegów z różnych dziedzin kultury i sztuki.
Odbieramy ich nieobecność jako próbę cenzury politycznej i brutalną ingerencję w swobodę dostępu do polskiej kultury za granicą. Tworzenie list artystów według politycznego klucza, dzielenie ich na prawomyślnych i nieprawomyślnych jest dla nas nie do przyjęcia. Cofa nas do ery komunizmu i kultury limitowanej, sterowanej ręcznie przez aktualnie rządzących. Nie chcąc dać się podzielić, upominamy się o nasze koleżanki i kolegów, których dorobek powinien być na równi z innymi pokazywany na świecie.
Nie zgadzamy się na to, żeby bieżąca polityka wpływała w sposób niszczycielski na promocję polskiej kultury za granicą, i zwracamy się do MSZ z prośbą o wyjaśnienie tej sytuacji.
Andrzej Jakimowski, Jan Komasa, Bartosz Konopka, Joanna Kos-Krauze, Paweł Łoziński, Jan P. Matuszyński, Łukasz Palkowski, Wojciech Smarzowski, Agnieszka Smoczyńska, Wojciech Staroń
Koderka Katarzyna Knapik pisze o fakturach Kijowskiego.
W „Dwóch Wieżach” JRR Tolkiena jest taka scena, gdy hobbici spotykają Drzewca. Pytają go, po jakiej jest stronie w toczącej się przez Śródziemie krwawej wojnie.
Drzewiec dziwi się.
„Strona? Nie jestem po niczyjej stronie. Ponieważ nikt nie jest po mojej stronie”.
Słowami Drzewca posługuję się za każdym razem, gdy ktoś pyta mnie, po czyjej jestem stronie. Ale ten motyw ma jeszcze swoje drugie dno. Otóż Tolkien, konstruując powieściowy las Fangorn, czynił to niejako z rozczarowania. Jako młody człowiek czytał bowiem Makbeta i bardzo poruszyła go przepowiednia o lesie Birnam, który miał podejść pod okna tyrana, kiedy będzie już miał ostatecznie dość i nadejdzie jego upadek. Las Birnam to taki trochę nasz Giewont – jak już będzie fatalnie, to wstanie (i tutaj pada puenta klasycznego dowcipu „to na co on jeszcze czeka?”). Ale młody John wziął to dosłownie. Kiedy przeczytał o tym, jak żołnierze poprzebierali się za drzewa, był zawiedziony. Porwała go wizja, jak drzewa faktycznie tracą cierpliwość, wyrywają korzenie z ziemi, zrzucają mech i idą pod okna Makbeta. Po latach stworzył zatem swój Birnam – las Fangorn, który podszedł pod okna Sarumana (czyli Makbeta).
Tyle literatury i chłopięcych wizji. Dorośli wiedzą, że las pod oknami to wkurzony lud. To ci, którzy nie brali udziału w rozgrywkach na szczycie, ale oni zbierają cięgi. Ludzie z KODu w 99,9% nie mieli w rękach ani słynnych faktur, ani wglądu do rozliczeń Komitetu Społecznego, ani nie mają szans dowiedzieć się, jak funkcjonowało zarządzanie finansami, bo to pozostaje tajemnicą prywatnych maili, wiadomości i rozmów ograniczonej grupki osób. Jak zatem mamy zająć stronę? Z sympatii? Bo lubię Ziutka i piłam z nim wódkę, a Fela to mnie kiedyś obgadała i będę przeciwko niej? Tak mamy reagować? Wkurza nas cała sytuacja. To, że media jeżdżą po nas jak po łysej kobyle. Zawiedzione komentarze ludzi, których sami do KODu przekonywaliśmy. Smutne oczy działaczy. Wiele, wiele osób włożyło w KOD swoje środki, czas, pracę i dobre imię. Teraz czują, że wyszli na frajerów, a na dodatek czarodzieje kłócą się ponad ich głowami, kiedy oni mają stać na mrozie (jest minus 20 stopni!).
Nikt nie jest po stronie ludzi KODu. Wszyscy zajęli się udowadnianiem, że oni akurat są czyści albo w ogóle to nic się nie stało. I to jest chyba największy zawód. Bo KODziarze liczyli, że w obliczu kryzysu ich liderzy staną razem, zadeklarują pełną współpracę i staną murem za sobą nawzajem. Nie będą ukrywać się za „to nie ja, to oni”, „ja co prawda tak, ale tamci pozwolili”. Dosyć już mieliśmy takich bohaterów, co odchodząc, poszli do mediów z prywatnymi żalami. Honor i odpowiedzialność za KOD nakazują wziąć ten bałagan na wspólne barki. Kryzys jest nie tylko jednej osoby czy grupy, wszyscy go mamy na głowie, w telefonie, w rozmowach. Mniejsza o detale, kto co i czemu. Musimy przejść przez niego razem albo nas nie będzie. To, ile w czym czyjej winy, rozsądzi las Birnam – na zjeździe, gdzie zostanie wybrany nowy Zarząd.
Mateuszu, Zarządzie – lubię i cenię was wszystkich i dlatego tak mi ciężko. Zrozumcie, to jest także nasz KOD. Zróbcie wszystko, aby uratować jego dobre imię. Wspólnie. Albo solidarnie usuńcie się w cień do czasu zjazdu krajowego i cała władza w ręce rad! Dlaczego wam to radzę? Bo pokazując taką gotowość do ustępstw, bez panicznej obrony siebie – powstrzymacie hejt na siebie i odzyskacie zaufanie ludzi. Skończy się podział na strony. Dzisiaj świat się nie kończy. Myślcie o zjeździe krajowym, bo to on jest ważny, o ludziach, którzy pojadą tam zagłosować. A my bardzo tam potrzebujemy was, potrzebujemy liderów. Potrzebujemy mądrych ludzi. To nie wy macie teraz zdecydować, kto będzie prowadził KOD. To lud pod oknami. Rozmawiajcie z nimi!
Waldemar Mystkowski pisze o ostatnim wywiadzie Morawieckiego.
Mateusz Morawiecki jest politykiem, który zanadto nie wychyla się, bo wie, że w polityce nazwisko trzeba chronić. Jak coś przyklei się do nazwiska, zaczyna żyć własnym życiem, a nie rzeczywistym związkiem, gdy na owo „coś” polityk się powoływał. Tak było z Januszem Palikotem, który w dobrej sprawie na konferencji prasowej podpierał się gadżetem – a to sztucznym penisem, a to świńskim ryjem. Polityk był zapamiętywany, uwrażliwiał na sprawę, w której interweniował, lecz na dłuższą metę dawał pretekst konkurentom i wrogom, aby sprowadzili go do wartości gadżetu.
Morawiecki świetnie to rozumie, bo jego kariera zawodowo-polityczna nie opiera się na fachowości, a na prezentowaniu się, dawaniu swojej twarzy i dobrych skojarzeń. Dlatego, gdy przedstawiał budżet kraju, który zadłużał Polaków w stosunku rocznym największym w historii, nie skupił się na uzasadnieniu długu, że robi to „dla dobra społeczeństwa”, ale na pozytywnym uczuciu własnym – „zakochałem się w tym budżecie”.
A że Morawiecki nosi najdroższe okulary, do tego charakterystyczne dla intelektualistów, zrobił przy tym minę w ciup i oczy mu zrobiły się maślane. Poszedł komunikat, że budżet musi być dobry, bo ten facet stracił do niego głowę. I faktycznie stracił głowę, wszyscy na niej się skupili, aby nie zauważyć węża, który wyszedł mu z kieszeni, węża populistycznego, który kusił, a jego rzeczywiste walory poznamy wtedy, gdy w tej kieszeni niczego nie będzie, bo będzie tak dziurawa, iż nazwiemy ją „czarną dziurą”.
Takie wartości wnosi do polityki Morawiecki, bo takie wartości prezentował wcześniej, gdy był prezesem Banku Zachodniego WBK. Nie dlatego został prezesem, że był fachowcem, bo z wykształcenia jest historykiem i to nie jakimś wybitnym, ale Morawiecki prezentuje się. Fachowcy robią robotę, liczą, dodają, odejmują, zawsze ma być plus dla właścicieli i udziałowców banku, a Morawiecki robi maślane oczka, zakochuje się.
Obecnie Morawiecki zakochał się we władzy, a ma ją większą niż Beata Szydło. Maślane oczka Morawieckiego przemówiły do prezesa Kaczyńskiego, który nie zna się na finansach kompletnie ani na infrastrukturze pieniądza do tego stopnia, iż do niedawna nawet nie miał konta w banku. Ale przyszedł do prezesa Morawiecki reprezentujący bankierów, który w prezentowaniu się jest mistrzem, strzelił swoimi maślanymi oczkami i osiągnął to, co wcześniej uzyskał od właścicieli Banku Zachodniego WBK hiszpańskiej grupy Santander. Morawiecki uzyskał zaufanie.
Pamiętam pierwszą konferencję prasową Morawieckiego jako wicepremiera, na której zaprezentował się, jako „średnia przeciętna pisowska”, mianowicie oburzył się na poprzedni rząd, który „horrendalnie” nie wykorzystał środków unijnych, więc on ma dla tych środków „plan ratunkowy”. Takimi strzelił oczkami maślanymi do dziennikarzy, a przy tym Morawiecki podparł się liczbami, które dla pamiętających, jak to jest z wykorzystaniem pieniędzy unijnych, były godne podziwu.
Dzisiaj niewykorzystane środki unijne to zmora obecnego rządu, rząd zabiera samorządom szmal, a te nie mają pieniędzy na „wkład własny”, aby realizować unijne programy. Morawiecki jest mistrzem maślanych oczu i prezentowania się, przeszedł szkołę w stosunku do Santander, a teraz przechodzi w stosunku do prezesa Kaczyńskiego i twardego elektoratu PiS. W wywiadzie dla „Polska The Times” taki formułuje komunikat – jak Palikot świński ryj – „będziemy rządzić przynajmniej trzy kadencje”. Jak na takie dictum może zareagować prezes? Tylko: „Mateuszku, tak, tak, tak”. A żelazny elektorat i niepokorni dziennikarze w mediach „narodowych” uspokoją się, bo żaden KOD, Czarny Protest czy też opozycja parlamentarna nie odbiorą im władzy, bo wicepremier – ten wicepremier w okularach intelektualisty – tak powiedział.
Trzy kadencje to 12 lat. Przez rok instytucje demokratyczne zostały zdemolowane bardzo poważnie, w finansach państwowych lada chwila padnie fraza Zorby „taka piękna katastrofa”, a to jest tylko rok z tuzina lat. Na czym Morawiecki opiera swoje przeświadczenie, iż przez dwanaście lat pozwoli się jego formacji politycznej zamieniać Polskę w perzynę? Proszę: „Zamieniliśmy zysk, który był dla nielicznych, na zysk dla całego narodu polskiego”. Czyli rząd PiS zabrał tym, którzy mieli, a dał tym, którzy potrzebowali. To nawet brzmiałoby całkiem sensownie i nazywa się redystrybucją zysków. Ale dla Morawieckiego redystrybucja polega na powiększaniu dziury budżetowej w tempie przewyższającym wielokroć poprzedników. Tę dziurę trzeba będzie łatać, a nie będzie czym.
Czy ci, którzy nie mają, a dostali nie swoje, a także nie Morawieckiego, potrafią stworzyć zysk, jak ci, którzy potrafią? Nie! Morawiecki powyższymi słowami zdefiniował populizm w okularach intelektualisty. To te jego maślane oczka, które robią wrażenie, ale nie ma w nich żadnych treści. Puste słowa.
W tym samym czasie, gdy Morawiecki strzelał w wywiadzie maślanymi oczkami, sąd administracyjny w Warszawie nakazał jego ministerstwom – rozwoju i finansów – aby upubliczniły korespondencję resortów z agencją ratingową Moody”s. O to wystąpiła organizacja pozarządowa Watchdog Polska. Dlaczego Morawiecki z maślanymi oczkami tak się opiera transparentności? Proste jak drut, bo Moody’s – jako fachowa instytucja kontrolująca finanse – opisuje stan Polski popadającej w ruinę.
I na koniec bardzo łatwe pytanie. Czy ten rząd opublikuje korespondencję z Moody’s, bo taki jest wyrok sądu? Odpowiedź jest prosta. Morawiecki stawia na swoje maślane oczka. Zaznaczam, iż nie jest intelektualistą. On tylko potrafi robić wrażenie, jak w tym wywiadzie dla „Polska The Times”– zero konkretów i „straszenie”, iż czeka nas jeszcze 11 lat demolowania. Morawiecki chce być lepszy od Zorby.
Kamil Stoch wygrał Turniej Czterech Skoczni.
Wywiad z drugim na TCS Piotrem Żyłą. – Długo nie umiałem ustabilizować formy. Miałem na to szansę cztery lata temu, ale sezon mi się skończył. Aż wreszcie teraz się udało – mówi „Wyborczej” Piotr Żyła, drugi skoczek TCS.
Z jakimi nadziejami jechał Pan do Oberstdorfu na start 65. TCS?
– Chciałem być w dziesiątce. Czułem, że skaczę dobrze, miałem formę, ale nie marzyłem o podium. A tu jestem drugi. Super.
Adam Małysz w Pana wierzył.
– Jasnowidz? No cóż, to dobrze, że wierzył, wszyscy widzieli, że zacząłem skakać powtarzalnie. Miałem z tym problem przez lata. Była nadzieja w 2013 roku, kiedy pod koniec sezonu wygrałem zawody w Oslo, a w Planicy byłem trzeci. Tylko zaraz po tym sezon się skończył. Teraz na szczęście do tego bardzo daleko.
Uchodził Pan za zawodnika, który nie potrafi oddać dwóch dobrych skoków w konkursie. Na TCS oddał pan siedem jeden po drugim.
– A jakby trzeba było oddać ósmy, to też byłby dobry. Już mówiłem, forma jest, stabilizacja jest, choć wciąż są rezerwy.
To dobrze, bo presja i oczekiwania wobec pana znacznie wzrosną.
– Presja jest taka, jaką sami na siebie weźmiemy. Ja nie mam zamiaru teraz się zamartwiać, bo przeżywam moment przyjemny, pozytywny.
To dlatego pytany o plany na Nowy Rok powiedział pan o wymienieniu sznurówki w bucie? Takie podejście ma pana chronić przed presją?
– Cholera, do dziś jeszcze tej sznurówki nie wymieniłem. Chodzi o to, że w skokach presja nie pomaga, więc nie ma sensu jej powiększać, bo to gra przeciw sobie. Jak w piłce samobój.
Z Maćkiem Kotem przyjaźni się pan najbardziej. Mieszkacie razem w pokoju, gracie w piłkę na skoczni, doradzacie sobie na treningu. Przed TCS on wydawał się w lepszej formie od pana, a jednak zajął czwarte miejsce. Wynik życiowy, ale do podium zabrakło 7 pkt.
– Szkoda Maćka bardzo. Może rady, które dawałem mu na skoczni, były gorsze od tych, które on dawał mnie? Ale my mamy taką swoją tajemnicę: na skoki najlepiej pomaga marynowana papryka. Przywiozłem słoik na TCS, a Maciek jak dobry kumpel pozwolił mi zjeść więcej. Następnym razem postaramy się podzielić sprawiedliwiej. Może już w Wiśle.
Kibice w Polsce oszaleją na waszym punkcie. Boicie się trochę?
– E tam. Skoki są u nas popularne od dawna. Nikt się kibiców nie boi, każdy się cieszy, że są. Jest różnica skakać przy pełnych i pustych trybunach. My wolimy przy pełnych.
Maciej Kot był z Was najspokojniejszy po triumfie w Bischofshofen. Jakby trochę nostalgiczny.
– On taki jest zawsze. Taki ma charakter. Ale o lepszego kolegę trudno.
SZACUNEK DLA TYCH, CO NA -18 CZUWAJĄ I BRONIA POLSKIEJ DEMOKRACJI. DZIĘKUJMY, ŻE JESTEŚCIE !!!! INTERNAUCI SĄ CAŁY CZAS Z WAMI !!!
ZJEDNOCZONA OPOZYCJA WCIĄŻ TRWA. COKOLWIEK MÓWIĄ REŻIMOWE MEDIA, POSŁOWIE NIE POZWOLĄ PiSOWI NA ŁAMANIE PRAWA. JESTEŚMY Z WAMI!
Kaczyński dostał moralne fory od Sikorskiego. Czy skorzysta, aby zostać aniołkiem?
Posted: 12 grudnia 2016 in Polityka
Tagi: Eliza Michalik, Hanna Zdanowska, Jarosław Kaczyński, Kamil Stoch, Kleofas Wieniawa, Lillehammer, Maciej Kot, Michał Krzymowski, Newsweek, Paweł Kukiz, PiS, Radosław Sikorski, skoki narciarskie, SOKzBURAKA, Waldemar Mystkowski, Wojciech Sadurski, Władysław Frasyniuk, Łódź
Prof. Wojciech Sadurski pisze o „władzy” PiS. Łamiąc konstytucję, prezydent stał się już tylko „prezydentem”, rząd – „rządem”, a posłowie sejmowej większości – „posłami”. Taka władza traci prawo do oczekiwania „posłuszeństwa”.
Gdy grupa obywatelskich ruchów z KOD na czele ogłosiła apel „Stop dewastacji Polski!” ze słowami: „Dziś nadeszła chwila, by wypowiedzieć posłuszeństwo tej władzy”, prawica zatrzęsła się z oburzenia. To zamach na demokrację!
A jednak idea nieposłuszeństwa obywatelskiego w pewnych okolicznościach jest integralną częścią idei konstytucyjnej demokracji. Skoro demokracja oznacza nie tylko władzę większości, ale także podporządkowanie jej pewnym wyższym zasadom konstytucyjnym, to wymóg posłuszeństwa obywatelskiego jest zawsze warunkowy. Władza winna działać wyłącznie w ramach konstytucyjnych, a gdy z nimi się nie zgadza, może starać się je zmienić, ale tylko w drodze normalnej zmiany konstytucji.
Władze w cudzysłowie
Czy więc polskie władze w ciągu ostatnich 12 miesięcy respektowały konstytucyjne reguły gry? Oczywiście nie. Niekonstytucyjność wielu ustaw, na przykład inwigilacyjnej czy właśnie rozpatrywanej ustawy o zgromadzeniach, jest potwierdzona, paradoksalnie, przez rozmontowanie Trybunału Konstytucyjnego: gdyby władza miała czyste sumienie, jeśli chodzi o plan ograniczeń swobód obywatelskich, nie zależałoby jej tak bardzo na ubezwłasnowolnieniu Trybunału.
Tymczasem w odniesieniu do Trybunału poszczególne ogniwa władzy: prezydent, większość parlamentarna, rząd, PiS-owscy sędziowie i sędziowie „dublerzy”, zachowywały się wedle modus operandi zorganizowanej grupy przestępczej. Większość parlamentarna ekspresowo przegłosowywała „ustawy naprawcze”, zmieniając ustrój konstytucyjny w drodze ustaw zwykłych. Prezydent podpisywał, cokolwiek znajdował na biurku, zaprzysięgał sędziów wybranych na obsadzone stanowiska i odmawiał zaprzysiężenia prawidłowo wybranych. Rząd ferował werdykty o tym, które wyroki TK są prawidłowe, i odmawiał publikacji innych. PiS-owscy sędziowie zgodnie chorowali, zaś „dublerzy” pod osłoną Biura Ochrony Rządu forsowali budynek Trybunału…
Tak rażąco i systematycznie łamiąc ramy konstytucyjne swojego działania, władze straciły prawowitość: prezydent stał się już tylko „prezydentem”, rząd – „rządem”, a posłowie sejmowej większości – „posłami”. Władze w cudzysłowie, mimo swego niewątpliwego demokratycznego rodowodu, straciły prawo do oczekiwania „posłuszeństwa” ze strony obywateli.
Czasem relację tę ujmuje się w języku „umowy społecznej”. Jednak ta metafora sugeruje równość stron, tymczasem nie ma symetrii między obywatelami a władzą, bo w demokracji władze są powiernikami, a nie partnerami obywateli. Ładnie to ujął Jan Jakub Rousseau: „Akt ustanawiający rząd nie jest wcale umową, lecz ustawą, depozytariusze władzy wykonawczej nie są bynajmniej panami ludu, lecz jego funkcjonariuszami, lud może ich ustanowić lub oddalić, kiedy zechce; nie jest ich rzeczą umawiać się, lecz słuchać”.
Sprawdzian obywatelskości
Czy więc ludzie, którzy nie zgadzają się z jakimiś przepisami, mogą je dowolnie łamać, dorabiając temu miano „nieposłuszeństwa obywatelskiego”? Tak zadane pytanie sugeruje, że problem jest prostszy, niż jest w istocie. Co innego bowiem obywatelska niezgoda na działania władzy podważającej fundamentalne wolności i instytucje, a co innego krytyka jakichś posunięć państwa na tej podstawie, że są one niemądre lub nieefektywne. Zasada rządów większości odnosi się tylko do drugiej kategorii niezgody: gdy już wyczerpiemy wszelką dyskusję, zdanie większości musi przeważyć.
Wybitny filozof polityki John Rawls zdefiniował nieposłuszeństwo obywatelskie jako „sprzeczne z prawem, świadome działanie publiczne, wolne od przemocy, podejmowane w celu zmiany prawa lub polityki rządu”. Definicja pozwala odróżnić nieposłuszeństwo obywatelskie od z jednej strony rewolucyjnego buntu przeciwko fundamentom systemu, a z drugiej – zwykłego złamania prawa motywowanego np. chciwością lub agresywnością.
W literaturze filozoficznej i prawnej proponuje się rozmaite obwarowania mające na celu upewnienie się, że nieposłuszeństwo obywatelskie nie jest przykrywką dla karygodnych działań antyspołecznych.
Po pierwsze, mówi się, że powinno być ono traktowane jako ostateczność, podejmowane po wyczerpaniu innych działań zmierzających do zmiany prawa.
Po drugie, że akty nieposłuszeństwa obywatelskiego mają mieć charakter publiczny, gdyż ich głównym celem nie jest uniknięcie dotkliwości stosowania się do przepisu, lecz zwrócenie uwagi na potrzebę zmiany niesprawiedliwego prawa.
Po trzecie, osoby decydujące się na nieposłuszeństwo powinny dobrze wyważyć społeczne korzyści i straty swego działania: stąd postulat działań pokojowych i prowadzących do minimum kłopotów dla współobywateli. Wypowiedzenie posłuszeństwa władzy PiS nie uzasadnia przechodzenia na czerwonym świetle.
Pusta izba
Jakie formy może przybrać wypowiedzenie posłuszeństwa władzom? Specjalna odpowiedzialność spoczywa tu na sędziach i innych prawnikach, którzy w imię wierności konstytucji powinni odmówić stosowania niekonstytucyjnych ustaw. Na pewno ruchy społeczne powinny zignorować nowe kagańcowe przepisy ustawy o zgromadzeniach i podważyć priorytet parad „cyklicznych”. Na pewno posłowie opozycji powinni czasem bojkotować posiedzenia Sejmu, na których maszynka do głosowania przerobi w prawo rozpatrywane nieprawidłowo projekty. Niech zdjęcia pustej w połowie Izby wyślą w świat komunikat o stanie polskiej demokracji. A co więcej? Tu już musi zadziałać wyobraźnia.
Jedno jest pewne, jak pisał wielki filozof John Locke: „Każda władza powierzona w określonym celu jest przez ten cel ograniczona. Stąd też, jeśli cel ten będzie kiedykolwiek przez nią jawnie zaniedbywany lub gwałcony, nastąpi utrata zaufania, a władza powróci do rąk tych, którzy ją nadali. (.) Tak więc społeczność niezmiennie zachowuje najwyższą władzę ochrony siebie samej przed atakami na nią ze strony każdego, nawet jej ustawodawców”. Ponad 300 lat temu, a jak bystro przewidział władzę PiS.
W nowym „Newsweeku” Michał Krzymowski pisze o Kukiz ’15, Chamoobrona.
Pogróżki, wyzwiska, oskarżenia o związki z WSI i seksistowskie żarty – tak działa klub Pawła Kukiza po roku spędzonym w Sejmie. Lider stracił panowanie nad swoim ruchem.
Przypki pod Tarczynem. W sali konferencyjnej podwarszawskiego hotelu obradują posłowie Kukiz’15, trzeciego co do wielkości klubu w Sejmie. O głos prosi gdańska posłanka Magdalena Błeńska. Nie wygląda na uspokojoną: – My już nie jesteśmy jak Samoobrona. Gorzej, jesteśmy Chamoobrona!
Dla wszystkich na sali jest jasne: Błeńska pije do scysji sprzed kilku miesięcy. W jej trakcie elbląski poseł Andrzej Kobylarz stracił panowanie nad sobą, uderzył pięścią w stół i jej pogroził: – Gdybyś była mężczyzną, to bym ci przyp… Przy scenie było kilkoro parlamentarzystów.
Błeńska, którą pytam o wybuch posła Kobylarza, mówi, że sprawy klubu powinny zostać w klubie i ona nie będzie komentować ich w mediach. Jej znajomy jednak przyznaje: – Magda była tym przerażona. Proszę sobie spojrzeć na ich zdjęcia. Błeńska jest drobną blondynką a Kobylarz to elbląski watażka handlujący ruskim węglem. Łysy, barczysty, wygląda jak kark z siłowni. O co im poszło? To proste. Kobylarz ma ciężki okręg i chce się przenieść do Gdańska. Uważa, że tam będzie mu łatwiej o reelekcję.
Po kłótni Błeńska poszła na skargę do Pawła Kukiza. Ten wezwał do siebie Kobylarza i nakazał mu załagodzenie konfliktu. Musiał być jednak mało przekonujący, bo posłanka do dziś nie doczekała się przeprosin. – Nie były one potrzebne. Mam z Magdą Błeńską dobre relacje, normalnie rozmawiamy – mówi „Newsweekowi” Kobylarz.
Paweł Kukiz, którego dziś pytam o sprzeczkę posłów, bagatelizuje zachowanie Kobylarza: – Gdybym był przy tej wymianie zdań, to pewnie bym zareagował. Ale z drugiej strony czy pan myśli, że w PiS-ie to rozmawiają inaczej? A na nagraniach z Sowy to jakiego języka używano? A tematy były tam poważniejsze. Zresztą, panu się nie zdarza puścić wiązanki pod adresem kierowcy, który zajeżdża panu drogę?
Narada sprzed kilku miesięcy. Paweł Kukiz prosi posłów o niekomentowanie zakazu aborcji, bo wyborcy ruchu są w tej sprawie podzieleni i nie ma sensu zrażać ich swoimi wypowiedziami.
– Dziwne tłumaczenie, ale jeszcze do przyjęcia. Gorzej, że chwilę później Paweł postanowił jednak błysnąć dowcipem. Powiedział, że jedyną osobą, dla której mógłby zrobić wyjątek, jest posłanka Anna Siarkowska. Dlaczego? Bo jest tak świętojebliwa, że nawet seks uprawia przez prześcieradło, hehe – opowiada jeden z posłów.
– Anna Siarkowska to słyszała? – dopytuję.
– Nie było jej na tym spotkaniu, ale powtórzono jej tę wypowiedź.
– A jak posłowie zareagowali na te słowa?
– Ja byłem zażenowany, ale sala odpowiedziała rechotem.
Siarkowska, którą pytam o tę sytuację, mówi krótko: – Komentowanie takich wypowiedzi jest poniżej mojej godności. Ludzie, którzy w ten sposób odnoszą się do innych, sami wystawiają sobie świadectwo.
Paweł Kukiz zapewnia, że nie kpił z pobożności Anny Siarkowskiej. – Prosiłem, żeby nie wypowiadała się na temat aborcji – ucina.
PREZES NIE UZNA WYNIKÓW TEJ BUDOWY.
Waldemar Mystkowski zastanawia się nad procesem Sikorskiego, który wytoczył Kaczyńskiemu.
Jarosław Kaczyński zbudował swoją potęgę polityczną na śmierci brata, wykorzystał bliźniaka do granic możliwości. Przy tej okazji prezes PiS nie zmienił swoich metod, lecz materiał miał o wiele szlachetniejszy niż zwykle. Gdyby nie katastrofa smoleńska, PiS podzieliłby los koalicjantów z lat 2005-2007 Samoobrony i LPR: śmietnik historii.
Katastrofa wyniosła go na szczyt, z której to wysokości niszczy Polskę. Takie są absurdy historii, które nam wszystkim dają się boleśnie we znaki. Oto Radosław Sikorski nie godzi się, aby być obiektem insynuacji, pomówień, szczucia. Dla Kaczyńskiego są to metody polityczne, ideowe, którymi ponoć się różnimy. W przypadku prezesa jego idee polityczne mylą mu się z cechami charakteru, podejrzanej konduity moralnością.
Sikorski odniósł się tylko do jednej insynuacji z gatunki „zdrady o świcie”. I dobrze. Bo hurtowe oskarżenia jakoś dziwnie są nieskuteczne w prawie. Al Capone nie zaznał krat za liczne zabójstwa, ale za drobnostkę z punktu widzenia egzystencji, za niepłacone podatki.
Sikorski więc z bogatej „twórczości” prezesa wyjął ten „podatek” insynuacji, konkret. Mianowicie z wywiadu sprzed dwóch miesięcy dla Onetu wyjął „plwocinę” prezesa o zdradzie dyplomatycznej, jakoby Sikorski – który w chwili katastrofy pod Smoleńskiej był szefem dyplomacji – odstąpił od uznania miejsca katastrofy za eksterytorialne.
Tym samym „zdrada” w ustach Kaczyńskiego stała się pomówieniem Sikorskiego o niefachowość. Niezależnie od tego, czy Kaczyński zna prawo o eksterytorialności dotyczące katastrofy lotniczej na terenie obcego państwa, zarzucając komuś, że nie dopełnił obowiązku dyplomatyczno-prawnego, sam łamie prawo. Nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem, tym bardziej że Kaczyński miał 6 lat, aby posiąść tę wiedzę. A jeżeli jest się prawnikiem i to z tytułem doktora, możemy powiedzieć, że u Kaczyńskiego obok silnie rozbudowanego ego, równie wielka jest amoralność.
Sikorski więc wystąpił do sądu, aby Kaczyński go przeprosił, bo naruszył jego dobra osobiste: dobre imię, cześć i godność. Sikorski z prezesem postępuje, jak z dzieckiem, chce mu pomóc, bo powszechnie znana jest niesamodzielność życiowa Kaczyńskiego. Otóż Sikorski sformułował akt przeproszenia, które prezes ma opublikować na łamach konkretnych portali internetowych.
W zasadzie były minister spraw zagranicznych jedną rzecz domaga się od Kaczyńskiego, mianowicie ów „podatek” za przeprosiny – prezes PiS ma opłacić z własnej kieszeni, z pensji posła, a nie z budżetu partii, bo to w istocie nasze podatki.
W przeprosinach Sikorskiego widzę dla Kaczyńskiego same pozytywy, najważniejszy z nich jest, iż może oczyścić swoje nieczyste sumienie, a to jest sprawa niebagatelna. Inni muszą nosić worki pokutne, wierzący zaś biegać do spowiedzi, a Kaczyński za niewielki podatek dla mediów może pozbyć się uciążliwości amoralnej. Czy Sikorski nie jest dobrotliwy dla swego wroga? Jest! I w ten sposób winni domagać się pozostali przeprosin od prezesa Kaczyńskiego, acz „pozostali” to całkiem duża gromada osób, obawiam się, że może to być cały naród polski.
Ale warto, bo po takich przeprosinach Kaczyński osiągnie moralny status aniołka. Wierzę, że w prezesie są nieodkryte pokłady jego dobroci. Więc – prezesie – do przodu i alleluja, zwłaszcza że zbliżają się święta Bożego Narodzenia.
Kleofas Wieniawa do powyższego dokłada.
Adwokatem Sikorskiego jest Jacek Dubois, pochodzący ze sławnego rodu prawników. Naprzeciowko może mieć co najwyżej zdemoralizowanych prawników pokroju Pszczółkowskiego, bądź Przyłębskiej.
Póki co, sądy są jeszcze niezależne, a oprócz tego nie są takie łatwe do spacyfikowania. Wśród elit Kaczyński ma niewielkie wsparcie, tylko tych z kompleksami, co widać choćby po mediach „narodowych”, gdzie przeciętna profesionalizmu ma się tak do normalności, jak całość do 3/4.
Jeżeli przyjąć na wiarę, że badania IQ narodu polskiego rzeczywiście IQ wynosi 100, to elity pisowskie, w tym żurnaliści „narodowi” mają tego ilorazu 75, a przypominam, iż autor „Foresta Gumpa” nadał swemu bohaterowi poziom IQ 72. Pewnie w okolicach osławionego Kononowicza.
I to jest wartość PiS i prezesa Kaczyńskiego, o którym zwykle piszę, iż jest geniuszem taboretu, choć ktoś mi zwrócił uwagę, że staje na wysokościach drabinki z Tesco (taka jego gloria).
Ale w sprawie Sikorski versus Kaczyński jest istotne coś innego, mianowicie ten przykład winien być wskazaniem dla Polaków, aby pozwać tego geniusza taboretu za niszczenie Polski, godności Polaków. Wierzę, że czeka go sprawiedliwy sąd, bo prawo póki co mamy na poziomie, tylko polityka nam się wywróciła ze wspomianego taboretu. A jedną z przyczyn jest nadmiar produkcji jadu w otworze gębowym prezesa PiS. Niewiele postaci w historii Polski postaci zaznało takiej nadprodukcji toksyn, a na pewno nikomu po 1989 roku.
Kamil Stoch pierwszy, Maciej Kot drugi. To był wspaniały konkurs polskich skoczków w norweskim Lillehammer.
Przed nimi na olimpijskiej skoczni nie wygrał żaden Polak. Nawet Adam Małysz nigdy nie był tu wyżej niż na trzeciej pozycji. I wreszcie niewygodny dla polskich skoczków obiekt został odczarowany. Kilkukrotnie. Kamil Stoch wygrał 16. raz w karierze zawody Pucharu Świata. Po raz pierwszy od 30 stycznia 2015 roku w Willingen. Dwukrotny mistrz olimpijski czekał prawie dwa lata. Maciej Kot czekał całą karierę na miejsce na podium. I w niedzielę się udało. To dla niego życiowy wynik.
Władysław Frasyniuk-13,12.2106 zasuwamy. pic.twitter.com/K1XBttQyNd
— ,,Polska w ruinie (@Polskawruinie1) December 9, 2016