Source: http://martakrasnodebska.pl/karina-kunc-urbanczyk-jak-korzystac-z-cudzej-tworczosci-w-produktach-online/
Timestamp: 2020-08-08 12:18:43+00:00
Document Index: 10848021

Matched Legal Cases: ['art. 43', 'art. 34', 'art. 56', 'art. 44', 'art. 23', 'art. 29', 'art. 29', 'art. 27', 'art. 6', 'art. 4']

Karina Kunc -Urbańczyk: Jak korzystać z cudzej twórczości w swoich produktach online? | Marta Krasnodebska
Jak korzystać z cudzej twórczości w swoich produktach online?
Post gościnny: Karina Kunc – Urbańczyk
JAK KORZYSTAĆ LEGALNIE Z CUDZEJ TWÓRCZOŚCI?
Pamiętać musimy o jednej podstawowej zasadzie, która bardzo ułatwi nam życie – cudza twórczość jest święta.
Lepiej działać ostrożnie i zrobić mniej, niż zaryzykować i narazić się na spore problemy.
Warto pamiętać o jeszcze jednej rzeczy: nie ma znaczenia, o jakich materiałach tu mówimy – czy to oficjalna książka, wydana drukiem, artykuł w prasie tradycyjnej, strona internetowa wydawnictwa, czy prywatny blog, wpis na fanpage’u albo komentarz w social mediach. Zasady prawa autorskiego są te same dla każdego utworu (nawet jeśli jakiś „utwór” wydaje nam się pospolity i niewiele warty).
Co zrobić, żeby móc skorzystać z cudzej twórczości we własnym biznesie? Przeczytaj post gościnny Kariny Kunc – Urbańczyk.
#Hakerki Sukcesu: Post gościnny Karina Kunc – Urbańczyk
Odwiedź profil Kariny
Jak korzystać z cudzej własności w produktach online?
Post gościnny Kariny Kunc – Urbańczyk
Karina Kunc-Urbańczyk – prawniczka, „pani doktor” od praw autorskich, miłośniczka nowych technologii, z zamiłowania dydaktyk. Autorka kilku publikacji naukowych i współautorka jednego podręcznika dla każdego, kto chciałby dowiedzieć się czegoś o polskim prawie, Apteczka prawna Lex bez łez. Lubi opowiadać o prawie autorskim wszystkim, którzy chcą tego słuchać.
Jak korzystać z cudzej twórczości w swoim autorskim produkcie?
Uwielbiam czytać o tym, że kolejne Hakerki wypuszczają swoje pierwsze (i kolejne!) produkty online. To zawsze wielkie wyzwanie, merytoryczne i organizacyjne, wymagające od Was, drogie Panie, wiele czasu i zaangażowania, dlatego serdecznie gratuluję każdego udanego projektu!
Widzę jednak po pytaniach pojawiających się na grupie Hakerek, że wiele problemów sprawiają wam prawa własności intelektualnej.
Te z Was, które swoje e-booki piszą całkiem same, nie posiłkując się cudzymi tekstami, mają prościej (przynajmniej z punktu widzenia wielu pułapek prawa autorskiego).
Ale przecież to nie zawsze możliwe! Wartością wielu workbooków czy podręczników, zwłaszcza w przypadku branży językowej, jest odwoływanie się do znanych tekstów kultury, ciekawych przykładów z życia, „żywego języka” i autentycznych przykładów jego użycia. Kusi także wielki wybór udostępnionych w Internecie ćwiczeń i testów, dostępnych od ręki, w przyjaznej formie graficznej, nierzadko razem z odpowiedziami.
Można je wykorzystać, czy za każdym razem trzeba od nowa „wynajdywać koło” i pisać wszystko samodzielnie? Jak te wyzwania pogodzić z prawem autorskim? Jak stworzyć dobry produkt, nie narażając się przy okazji na pozwy sądowe czy nawet, o zgrozo, problemy z prokuraturą?
Na ten temat planuję u siebie przygotować całą serię wpisów. A na razie postaram się Wam zaprezentować kilka dobrych rad już teraz.
Od razu zastrzegę, z zawodowej ostrożności, dwie rzeczy.
Po pierwsze – postaram się pisać „jak człowiek”, a nie typowym prawniczym żargonem. Dzięki temu będę bardziej zrozumiała, ale niestety moje wypowiedzi mogą stracić na precyzji (koleżanki-prawniczki z góry przepraszam, jeśli pewne sformułowania zabrzmią mniej profesjonalnie).
Po drugie – to, co tu przeczytacie, niestety nie zastąpi profesjonalnej porady prawnej, udzielonej specjalnie dla Was, na podstawie realiów Waszej działalności. Prawo, niestety, jest dziedziną skomplikowaną. Czasem bywa tak, że z pozoru prosta sprawa ma w sobie jakiś mały niuansik, który w świetle obowiązujących przepisów całkowicie zmienia czyjąś sytuację prawną – bo na przykład mieszkasz poza Polską i nie stosuje się do Ciebie przepisów polskiej ustawy albo działasz poza Unią Europejską czy w kraju, który nie ratyfikował międzynarodowych konwencji o ochronie praw autorskich. Albo z jakiegoś powodu w grę wchodzi prawo amerykańskie, które do „copyright” podchodzi w całkowicie inny sposób, niż my, „mieszkańcy kontynentu”. Może się też okazać, że chcesz użyć materiałów, co do których trzeba zastosować jeszcze inne przepisy, z zupełnie innych ustaw, niż ta o prawie autorskim. Bo na użytych przez Ciebie materiałach jest na przykład cudza twarz (prawo do wizerunku, ochrona dóbr osobistych) albo dane osobowe (RODO!), albo materiały, które mogą być nielegalne (bo czysto teoretycznie np. propagują ustrój totalitarny, nawołują do nienawiści czy zawierają zabronione treści pornograficzne). Uważać trzeba zwłaszcza na cudze znaki towarowe – tu znów wchodzimy na szerokie wody ustawy o własności przemysłowej (wspominałam już, że prawo jest skomplikowane?).
Dlatego pamiętajcie, zawsze jeśli macie wątpliwości, lepiej skonsultować się z prawnikiem, który zajmie się Wami indywidualnie i najlepiej doradzi, mając na uwadze i charakter waszej działalności, i rodzaj materiałów, które chcecie wykorzystać, i co najważniejsze, prawodawstwo kraju, w jakim działacie.
Jak to jest z tymi prawami autorskimi?
Lepiej działać ostrożnie i zrobić mniej, niż zaryzykować i narazić się na spore problemy. A nieprzestrzeganie zasad prawa autorskiego może skutkować długotrwałymi i kosztownymi cywilnymi procesami sądowymi (gdzie w przypadku przegranej musimy się liczyć z płaceniem wysokich odszkodowań), a nawet konsekwencjami karnymi, bo niektóre z naruszeń praw autorskich są ścigane przez prokuraturę. Nie wspominając o zepsutej opinii tej, która nie szanuje innych twórców… Same przyznacie, że głupio w ten sposób zaczynać swoją przygodę z własnymi produktami online.
Aha, jeśli będę w tekście podawać artykuł ustawy, to będzie to ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Tyle z uwag wstępnych, zaczynajmy!
Co zrobić, żeby móc skorzystać z cudzej twórczości we własnym biznesie?
Sposób numer 1: Zapytaj autora.
To naprawdę nie zawsze jest tak skomplikowane, jak się wydaje.
Powiem więcej – wielu twórców lubi, gdy ktoś ich cytuje, zwłaszcza w dobrej jakości materiałach edukacyjnych. I nie ma znaczenia, że na tych materiałach edukacyjnych zarabiasz – w końcu podręczniki szkolne też nie są drukowane charytatywnie.
To dobra reklama, sposób budowania marki i szansa, że poszerzy się krąg odbiorców, którzy zaciekawieni interesującą treścią, wpiszą w przeglądarce adres źródła.
Różnego rodzaju strony nastawione na darmowe edukowanie językowe (a przecież jest wiele takich) zapewne chętnie podzielą się swoimi materiałami w ramach swojej misji.
Z kolei jeśli chodzi o stare materiały prasowe – jeśli nie dotyczą bieżących gorących tematów, to i tak pewnie nie mają już dla wydawnictwa zbyt wielkiej gospodarczej wartości. Dlaczegóżby więc nie mieli się nimi podzielić, jeśli ktoś grzecznie poprosi?
Czasem mamy wątpliwości, czy w ogóle wypada tak komuś zawracać głowę, no bo jak to, ja, prosta dziewczyna z Polski, ze swoim pierwszym online’owym produktem pisanym po nocach, z dzieckiem u piersi, mam tak po prostu napisać do jakiejś zagranicznej firmy? Wielkiej korporacji, szanowanej gazety czy prestiżowego wydawnictwa typu New York Times..?
Ależ czemu by nie!
Może i „licencja” brzmi jak coś bardzo skomplikowanego i wymagającego
długotrwałych negocjacji z rzeszą bardzo poważnych prawników, ale wcale tak nie jest.
Licencje to nie zawsze kilkanaście stron prawniczego żargonu spisanego drobnym druczkiem. Weźmy za przykład licencje na nową oryginalną czcionkę – często sprowadzają się one do stwierdzenia, że można z nich korzystać za darmo na użytek komercyjny i prywatny.
*Tu równie krótka licencja stockowego zdjęcia, oznaczająca, że możesz je pobrać i użyć w swoim produkcie bez jakiekolwiek podpisywania, podawania źródeł czy innych wymagań.
Ot i cała straszna LICENCJA, a przecież ma takie same skutki prawne, jak wszystkie te długie niezrozumiałe umowy dla użytkowników aplikacji telefonicznych, w których klikamy „tak zgadzam się”, nawet nie próbując się wczytywać.
A więc nie bójmy się. Zapytajmy.
Często owe onieśmielające wielkie podmioty takie jak wydawnictwa czy znani producenci, są przygotowane na takie pytania i udostępniają po prostu w odpowiedzi swoje procedury wykorzystywania ich utworów.
Wystarczy wtedy działać zgodnie z otrzymaną instrukcją (podpisać materiał w odpowiedni sposób, być może udostępnić do wglądu przed rozpoczęciem rozpowszechniania, wpłacić odpowiednią kwotę etc.).
Bywa też tak, że na nasze pytanie o możliwość wykorzystania jakiegoś tekstu, dostaniemy po prostu krótką odpowiedź, że „tak, jasne, bez problemu”. Teoretycznie to wystarczy, mamy zgodę, możemy korzystać.
Jako prawnik mam jednak zwyczaj przewidywania wszystkiego, co może w danej sprawie pójść źle – i wiem, że zbyt ogólna licencja może Cię w przypadku ewentualnego sporu postawić w kiepskim położeniu.
Już tłumaczę dlaczego. Wyobraźmy sobie taką sytuację – piszę do Marty Krasnodębskiej z pytaniem, czy mogę wykorzystać fragment jej tekstu w swoim produkcie online. Akurat trwa wyzwanie na zrobienie prostego gratisowego prezentu, więc bez większych obaw Marta się zgadza. Tymczasem ja, zadowolona z uzyskania zgody, tworzę wokół jej wpisu swojego e-booka, całą akcję marketingową, dorzucam go do newslettera, a potem jeszcze na fali ewentualnego sukcesu nagrywam audiobook i kurs on-line. Czy aby na pewno zgodziła się ona na takie wykorzystanie swojej twórczości..? No właśnie. Dlatego w zapytaniu lepiej być precyzyjnym – nawet jeśli dostaniemy lakoniczną odpowiedź, że „ok, spoko”, to będziemy wiedzieli szczegółowo, czego dokładnie nasze pytanie dotyczyło i przy ewentualnym sporze łatwo pokażemy, na co dokładnie dany autor się nam zgodził.
Co w takim razie dobrze jest zawrzeć w pytaniu skierowanym do autora interesującej nas treści?
1. O jaki materiał konkretnie chodzi – najlepiej z jego nazwą, nazwiskiem autora i linkiem, jeśli jest dostępny online. Może nawet screen konkretnej treści? Nie będzie wtedy żadnej wątpliwości o to, czego właściwie chcemy.
2. W jaki sposób chcemy go wykorzystać. Podstawowa informacja, to czy chcemy to zrobić komercyjnie, a więc czy planujemy na tym zarabiać. Ale to nie wszystko. Napiszmy, czy ma to być e-book czy książka drukowana, a może audiobook albo kurs online. Spytajmy, czy możemy go pokazać w materiałach promocyjnych albo opublikować w mediach społecznościowych. To ważne, bo licencje dostaje się na tzw. „pola eksploatacji” czyli na sposoby wykorzystania utworu (nie będę rozwijać tego tematu, ale nazwę możecie swobodnie wygooglować i poczytać na ten temat więcej). Innym polem eksploatacji jest druk, innym książka elektroniczna. Jeśli spytałyśmy tylko o e-booka, a później na fali powodzenia naszego produktu będziemy chciały zrobić dodruk tradycyjny, to okaże się, że złamiemy tę naszą prostą licencję (bo „tak, ok, bez problemu” nie uwzględniało dodatkowego sposobu wykorzystania utworu). To może (choć nie musi, zależy od podejścia autora i tego, jak bardzo lubi procesy sądowe) wiązać się z przykrymi konsekwencjami prawnymi. Dlatego lepiej poprosić o więcej niż o mniej, nawet jeśli z jakiegoś kanału dystrybucji ostatecznie nie skorzystamy.
3. Napiszmy w jakim kraju/krajach chcemy nasz produkt rozpowszechniać.
4. Opiszmy bliżej, jak ten nasz produkt będzie wyglądać – to nie jest wymóg prawny, ale wspomnienie o podręczniku do nauki, celu edukacyjnym czy dydaktycznym, kilka słów o naszej misji często zmienia punkt widzenia osoby, którą pytamy. Ja sama pewnie nie zgodziłabym się na wykorzystanie mojego tekstu w produkcji, z której ideologią byłoby mi nie po drodze. Ale cel edukacyjny? Zwiększanie świadomości prawnej społeczeństwa? Czemu nie! W takich akcjach zawsze chętnie wezmę udział.
5. I wiem, że to niby nie wypada, ale spytajmy, czy możemy z tego materiału skorzystać za darmo (chyba że mamy chęci i fundusze, żeby zapłacić). Dlaczego to ważne? Cóż, z reguły myślimy, że jeśli ktoś się na coś zgodził, nie wspominając o wynagrodzeniu, to znaczy, że zrobi to za darmo. W prawie autorskim jest inaczej (art. 43 ustawy). Żeby licencja została udzielona za darmo, musi zawierać konkretne stwierdzenie, że jest nieodpłatna. Jeśli takiej wzmianki nie ma, to znaczy, że należy się wynagrodzenie, nawet jeśli nie umówiliśmy się na konkretną kwotę. Autor może nas wtedy po jakimś czasie wezwać do zapłaty odpowiedniego wynagrodzenia za skorzystanie z jego twórczości, a my niemiło się zdziwimy…
Jak z takiego utworu później korzystać? Zgodnie z życzeniem autora, który sam może wskazać, w jaki sposób go podpisać i jak linkować do jego materiałów. Może też stwierdzić, że nie chce, żeby go w jakikolwiek sposób podpisywać, bo np. nie podoba mu się poziom, jaki kiedyś reprezentował, albo wstydzi się źródła, w którym treść była publikowana… Różne sytuacje mogą się zdarzyć i zdanie autora trzeba zawsze uszanować.
Jeśli nas nie poinstruuje w żaden sposób, wtedy zawsze wypada podać jego imię i nazwisko lub pseudonim (jeśli takiego używa) i źródło, z którego się wzięło dany materiał. Im dokładniejsze, tym lepiej (a już na pewno NIE WOLNO pisać, że źródłem jest internet albo wyszukiwarka obrazów Google, chociaż też się spotykałam z takimi „technikami”).
Nie ma ścisłych wytycznych co do tego, czy taki obrazek trzeba podpisać zaraz pod obrazkiem, na obrazku, na dole strony czy dopiero w przypisach końcowych, ale ważne, żeby dało się ten podpis znaleźć i odczytać.
Podpisanie wcale nie musi też mieć formy pełnego przypisu bibliograficznego, znanego z prac naukowych (wiecie, autor, tytuł, wydawnictwo, rok wydania, strona tekstu, data uzyskania dostępu itd…). Przepis mówi o imieniu i nazwisku twórcy oraz o źródle (art. 34).
Oczywiście z prawem autorskim nigdy nie jest do końca łatwo. Musimy się liczyć z tym, że zapytany twórca może zmienić zdanie ze względu na swoje „istotne interesy twórcze” (art. 56 ustawy) albo po czasie, jeśli odniesiemy spektakularny finansowy sukces, a nasz produkt sprzeda się w milionach egzemplarzy, zażąda od nas na podstawie art. 44 ustawy podwyższenia wynagrodzenia lub udziału w zyskach, jak w znanym przykładzie pana Sapkowskiego i firmy CD Projekt RED…
Ale to już tematy na kolejne wykłady o meandrach prawa własności intelektualnej, który na pewno jeszcze kiedyś poruszę.
Sposób numer 2: skorzystaj z dozwolonego użytku… czyli jak korzystać z cudzego utworu „bez pytania”
Rodzajów dozwolonego użytku jest sporo, najczęściej słyszy się chyba o dozwolonym użytku prywatnym, dzięki któremu możesz kupioną przez siebie książkę pożyczyć do przeczytania siostrze, mężowi albo koleżankom z pracy, pod warunkiem, że nie żądasz od nich za to pieniędzy (tak jest, takie proste czynności dnia codziennego też są regulowane prawnie, a bez art. 23 ustawy byłyby nielegalne!).
Nas będzie interesować art. 29, znany jako „prawo cytatu”. Dzięki niemu możemy za darmo i bez pytania wykorzystać cudze utwory „w zakresie uzasadnionym celami cytatu, takimi jak wyjaśnianie, polemika, analiza krytyczna lub naukowa, nauczanie lub prawami gatunku twórczości”.
Na temat prawa cytatu też można pisać całe książki, dlatego postaram się ograniczyć do najważniejszych informacji.
Przede wszystkim, z wielkością cytatu nie możemy przesadzać. O ile krótką fraszkę czy wierszyk możemy zacytować w całości, o tyle już z dłuższymi poezjami albo opowiadaniami może być problem. Wszystko niestety zależy od naszego wyczucia (i wyczucia sądu, jeśli ktoś nas z tego powodu pozwie).
Nie ma żadnych wiążących reguł w stylu „max 10 procent tekstu” (być może kojarzycie takie granice procentowe, zakreślane przez uczelnie przy pracach dyplomowych przepuszczanych przez programy antyplagiatowe – ale to nie wynika z żadnej ustawy, zależy wyłącznie od wewnętrznych regulaminów danej uczelni).
Cytować trzeba po prostu ostrożnie, najlepiej tylko tyle, ile jest faktycznie niezbędne.
Z prawem cytatu jest też inny problem – wyróżniamy cytaty darmowe i płatne (czyli takie, za które trzeba twórcy potem zapłacić, nawet jeśli nie musimy go pytać o zgodę na publikację jego tekstu).
Żeby cytować bezpłatnie, trzeba to robić na przykład w celu „nauczania” (art. 29). Żeby zacytować, ale już za wynagrodzeniem dla autora cytowanego, trzeba to robić „w celach dydaktycznych i naukowych” w swoim podręczniku/wypisie/antologii (art. 27(1) ustawy).
Czy e-book będzie takim podręcznikiem? A zeszyt ćwiczeń do języka lub modne teraz workbooki? Czy też może chodzi wyłącznie o takie typowe podręczniki w stylu Elementarza czy znanych nam książek do języka polskiego?
Trudno powiedzieć. Mogę podejrzewać, że im bardziej Twój produkt przypomina zbiór różnych cudzych tekstów, tym bardziej zbliżasz się do kategorii „podręcznika/antologii”.
Im więcej jest tam Twojej autorskiej twórczości, gdzie tylko od czasu do czasu, w celu zobrazowania pewnych zagadnień, dorzucisz cudzy tekst, tym większa szansa, że możesz cytować bez płacenia.
Tu niestety nie ma prostej odpowiedzi, wszystko zależy od konkretnego przypadku. Dlatego też jednej wiążącej odpowiedzi nie dam rady Wam udzielić.
Wiedzcie więc, że cytować można bez pytania, ale nie koniecznie za darmo, więc musimy się liczyć z tym, że cytowany autor może od nas kiedyś zażądać wynagrodzenia (dlatego lepiej go od razu zapytać, czy nie ma nic przeciwko wykorzystaniu jego pracy za free. Wtedy wracamy do sposobu numer 1).
Biorąc pod uwagę wszystko to, o czym wspomniałam, bezpieczniej jest spróbować innych metod, o których piszę niżej.
Sposób numer 3: licencje typu creative commons.
Inny sposób wygodnego i bezpiecznego korzystania z cudzej twórczości to licencje typu creative commons.
Oznaczają one, że dany autor wrzucił swoją twórczość do Internetu i pozwala swobodnie za darmo z niej korzystać (pod pewnymi warunkami, których treść zależą od rodzaju licencji, niekiedy jedynym warunkiem jest podpisanie autora imieniem i nazwiskiem, ale to trzeba zawsze dobrze sprawdzić).
Jeśli mamy informację, że jakiś tekst jest w taki sposób udostępniony publicznie, nie musimy już dodatkowo pytać nikogo o zgodę. Wbrew pozorom, takich autorów nie jest mało.
O licencjach CC też można by wiele napisać, a już i tak przesadziłam z objętością tego tekstu, więc odsyłam Was do innych ciekawych wpisów na ten temat, które bez problemu można znaleźć w sieci.
Sposób numer 4: domena publiczna czyli stare, ale jare
Również bez pytania i za darmo możemy korzystać z tekstów, których autorzy nie żyją od długiego czasu. Pełne listy nazwisk znajdujących się w tzw. „domenie publicznej” można bez problemu znaleźć w Internecie (np. na https://domenapubliczna.org, ale i literaturę obcojęzyczną w ten sposób udostępnia wiele zagranicznych instytucji oświatowych).
To dobry sposób na wzbogacenie swoich e-booków o dobrą, klasyczną literaturę. Wiersze, fragmenty powieści, teksty piosenek, scenariuszy, a nawet obrazów starych mistrzów.
Przy czym owi mistrzowie nie muszą być bardzo starzy – 1 stycznia 2020 roku do domeny publicznej weszła twórczość osób zmarłych w 1949 roku, m.in. znana powieść „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell. Z książek innej znanej angielskojęzycznej pisarki, Lucy Maud Montgomery, korzystać można już od 2013 roku.
Warto poszukać, czy w tych zbiorach nie znajdzie się czegoś ciekawego.
Weźmy tę przykładową Anię z Zielonego Wzgórza. Z oryginalnego tekstu można swobodnie korzystać od 2013 roku, ale już żeby użyć jej polskiego tłumaczenia, musimy liczyć 70 lat od śmierci osoby, która przetłumaczyła treść na dany język. Nie oznacza to także, że mamy prawo wykorzystać bez pytania fragmenty netflixowego serialu „Ania, nie Anna”, który jest zupełnie innym utworem niż książka, na podstawie której powstał, i do domeny publicznej nie wejdzie jeszcze przez bardzo długi czas.
Sposób numer 5: omiń prawa autorskie.
Uwaga – omiń nie znaczy „zignoruj”. Po prostu użyj takich materiałów, które prawami autorskimi nie są chronione, bo nie są twórcze i „autorskie”.
Nie wszystko, co wychodzi spod czyjejś ręki, jest chronione prawem autorskim. Aby tak się stało, taki content musi być twórczy.
Wiele prawniczych prac naukowych na ten temat powstało, nierzadko sami prawnicy mają z tym problem, więc nie łatwo to wytłumaczyć.
Powiedzmy więc ogólnie, co twórcze nie jest.
Nie są twórcze, a więc nie są chronione prawem autorskim, rzeczy banalne, typowe, powtarzalne. Niewielkie, jedno- czy dwuwyrazowe komunikaty albo krótkie proste zdanie.
Przy tekście kilkuzdaniowym już bym nie ryzykowała kopiowania bez pytania, nawet jeśli wydaje nam się on mało twórczy.
Element twórczy musi występować, ale nie musi być wcale spektakularny. Gorzej – wystarczy nawet minimalny „poziom twórczości”, żeby objąć coś ochroną.
Na tym właśnie polega wielki problem prawa autorskiego – czasem trudno ocenić, czy przykładowe zdjęcie kotleta jest banalne, typowe i odtwórcze, czy może jednak sąd dopatrzyłby się w nim jakiegoś elementu artyzmu w niebanalnym doborze wzoru serwetki pod sztućcami albo intrygującej gry światłocienia na panierce…
Biorąc to pod uwagę, możecie w swoich podręcznikach skopiować szablonowe przykłady pewnych konstrukcji gramatycznych. Związki frazeologiczne, kilkuwyrazowe wyrażenia, a nawet typowe zdania, znane wszystkim z nauki języka obcego, czyli imię plus czasownik w odpowiedniej formie oznaczający prostą czynność, czy takie wyświechtane przykłady, jak te, że w czasie gdy brałam prysznic, telefon zadzwonił czy że słońce świeciło, a potem spadł deszcz. Same wiecie o co chodzi.
Ale tu znów trzeba uważać! Bo o ile pojedyncze konstrukcje ćwiczeniowe mogą być niechronione, o tyle już ich zestawienie może być dokonane w sposób autorski. Jeśli wybrałam sobie np. dziesięć prostych zdań i ułożyłam je w jakiejś kolejności, to ich układ może charakteryzować się wystarczającym poziomem twórczości, o którym pisałam wyżej. No bo jaka jest szansa, że ktoś zrobi to przypadkowo w taki sam sposób?
Dlatego, jeśli już chcemy skorzystać z cudzych przykładów gramatycznych, najlepiej wybrać je z kilku rożnych źródeł i samodzielnie je sobie „przemieszać”, tworząc w ten sposób własną, autorską kompozycję.
Pytanie dodatkowe: A jak to jest z robieniem streszczeń czy uproszczeń?
Zdarzają się w treściach edukacyjnych czy testach takie uproszczone teksty książek lub artykułów prasowych, stworzone przy użyciu prostszych konstrukcji słownych, gramatycznych i składniowych. Wolno to robić czy nie wolno?
I znów nie dostaniecie ode mnie prostej uniwersalnej odpowiedzi…
Wszystko zależy od tego, co upraszczamy. Warto wiedzieć, że wcale nie musimy kopiować czegoś słowo w słowo, żeby narazić się na zarzut plagiatu. Nawet opisanie czegoś „własnymi słowami” bywa z punktu widzenia prawa autorskiego ryzykowne, bo może naruszyć czyjeś prawa do fabuły czy wymyślonych postaci. Takie streszczenia i uproszczenia nazywa się w prawie autorskim „opracowaniem cudzego utworu” (art. 6 ustawy) i żeby je wykorzystać we własnym biznesie, trzeba uzyskać zgodę autora na wykonanie i użycie takiej przeróbki (wracamy więc do sposobu nr 1).
Trochę inaczej jest, jeśli streszczamy artykuły prasowe. W niusie na temat jakiegoś wydarzenia politycznego czy wypadku przecież nie ma wymyślonej fabuły, a i postaci powinny być rzeczywiste. Do tego, co się akurat dzieje w świecie, nikt nie ma praw autorskich. Z tego też powodu komunikatów będących „prostymi informacjami prasowymi” w ogóle nie chroni się prawem autorskim (art. 4 pkt. 4 ustawy). W takim przypadku często spotykana lakoniczna wzmianka, że „artykuł zaadaptowany z brytyjskiej gazety”, jest nie tyle podpisaniem cudzej twórczości, co po prostu uwiarygodnieniem tego, o czym się napisało, pokazaniem, że chodzi o prawdziwe wydarzenia, których sobie nikt nie wymyślił.
Oczywiście, jak to w prawie, znów nikt nam nie powie ze stuprocentową pewnością, czy tekst, z którego korzystamy jest dalej „prostą informacją prasową” czy już jednak informacją prasową „złożoną”, która chroniona być może.
Na pewno musimy uważać ze swobodnym streszczaniem dłuższych artykułów prasowych, które poruszają jakieś ciekawe tematy, omawiają różne zjawiska i przedstawiają opinie, a nie tylko informują, że „dnia tego i tego ten i tamten zrobili niezwykle ważne dla świata coś tam”. W takich artykułach zapewne będzie chroniony układ tekstu, tzn. sposób ujęcia tematu, kolejność poruszanych zagadnień (analogicznie do fabuły w książkach beletrystycznych).
Bo prawo autorskie to właściwie zbiór bardzo prostych zasad. Z wyjątkami. I wyjątkami od wyjątków… Całkiem sympatycznie się o tym uczy, ale już niekoniecznie stosuje w praktyce.
Uff… Tyle mogę na szybko powiedzieć o korzystaniu z cudzej twórczości we własnym biznesie. A to przecież dopiero wierzchołek góry lodowej! Sam temat opracowań, w tym tłumaczeń, to wiele ciekawych kwestii do omówienia. No i jeszcze problemy z odróżnianiem legalnej i dozwolonej inspiracji od problematycznych z punktu widzenia przepisów „przeróbek”. Można by jeszcze opowiadać o tym, czy pomysły podlegają ochronie, bo teoretycznie nie, ale właściwie to nie do końca…
Właśnie dlatego chcę się zająć takimi tematami szerzej na mojej stronie, która ruszy niebawem pełną parą pod adresem PrawoWita.pl
Znajdziecie tam więcej ciekawych treści o prawie autorskim, zasadach używania cudzej twórczości w swoim biznesie, a także o tym, jak najlepiej chronić własne produkty przed naruszeniami ze strony innych.
Zainteresowana? Pozostańmy w kontakcie! Bądź na bieżąco dzięki mojemu facebookowemu fanpage’owi: https://www.facebook.com/prawowita
Zapraszam też na mój profil LinkedIn
Karina Kunc – Urbańczyk