Source: http://prawo.vagla.pl/node/7311
Timestamp: 2020-07-09 17:21:55+00:00
Document Index: 17773600

Matched Legal Cases: ['art. 1221', 'art. 115', 'art. 70', 'Art. 79', 'art. 115', 'art. 115', 'art. 16', 'art. 17', 'art. 18', 'art. 19', 'art. 20', 'art. 40', 'art. 86', 'art. 94', 'art. 97', 'art. 116', 'art. 278', 'art. 291', 'art. 293', 'art. 292']

Mały czy duży, ale program i utwór - reakcja ZPAV i odpowiedź Lipszyca | prawo | VaGla.pl Prawo i Internet
Pn, 2007-06-11 19:10 by VaGla
Zgodnie z przypuszczeniem wyrażonym w końcowej części tekstu Dystrybutorzy w trosce o prawa twórców pojawiła się dziś w Wyborczej reakcja Związku Producentów Audio Video na jedno ze zdań opublikowanych w artykule "Wojna napisowa", autorstwa Jarosława Lipszyca. Reakcja ta to list, w którym czytamy: "Związek Producentów Audio Video korzysta wyłącznie z legalnego oprogramowania na podstawie stosownych licencji. W zaistniałej sytuacji ZPAV rozważa podjęcie kroków prawnych przeciwko autorowi artykułu "Wojna napisowa" Jarosławowi Lipszycowi". Obok listu ZPAV Wyborcza opublikowała również odpowiedź Lipszyca.
Obok zacytowanego wyżej zdania - ZPAV podnosi również: "Opublikowana (...) informacja, iż "z pogwałceniem licencji oprogramowania zbudowana jest strona internetowa Związku Producentów Audio Video", jest nieprawdziwa i narusza dobra osobiste ZPAV". Z odpowiedzią na ten list oraz korespondencją pomiędzy Lipszycem i ZPAV można zapoznać się na stronach 7thGuard.net, gdzie Jarosław Lipszyc ją opublikował. Czytamy tam m.in. w odniesieniu do tezy artykułu ("w czasach społeczeństwa informacyjnego nie ma możliwości, byśmy wszyscy nie byli przestępcami przeciw absurdalnie restrykcyjnemu prawu autorskiemu"):
Jednym z przykładów tej tezy była strona internetowa ZPAV, a naruszenie które miałem na myśli dotyczy niewielkiego programu komputerowego Alladyn. Bardzo możliwe, że nawet Państwo nie wiedzą o jego istnieniu. Być może użyli go zatrudnieni przez Państwa twórcy strony internetowej i nic Państwu nie powiedzieli. No, ale to nie zmienia istoty rzeczy. On tam, na Państwa stronie, jest.
Program ten udostępniany jest podmiotom niekomercyjnym (Państwa organizacja reprezentuje podmioty komercyjne, ale załóżmy nawet, że jest niekomercyjna) za darmo pod tym tylko warunkiem, że w kodzie strony zamieści się adres strony www jego twórców. To jedna z najmniej skomplikowanych i najmniej restrykcyjnych licencji, jakie kiedykolwiek widziałem. Pomimo to takiej informacji na Państwa stronie nie znalazłem.
Istnieje teoretycznie możliwość, że program ten nabyli Państwo jako podmiot komercyjny bezpośrednio u autorów. Twórcy programu Alladyn, do których dotarłem, kategorycznie temu jednak zaprzeczają.
Jest jeszcze taka możliwość: posiadają państwo licencję na pakiet Pajączek NxG Professional firmy Cream Software do którego Alladyn był kiedyś dołączany. Wtedy także nie trzeba go wymieniać w nazwie strony. Posiadają Państwo? Pytam, bo zazwyczaj licencje na program do tworzenia stron posiada firma tworząca stronę, a nie klient który ją zamawia, a licencja na Alladyna moim zdaniem (choć nie jestem prawnikiem) raczej nie wygląda na przenaszalną.
O wykorzystaniu w serwisie ZPAV programu Alladyn pisałem (pod wpływem komentarzy, które pojawiły się w niniejszym serwisie) m.in. w tekście Szkolenie prokuratorów: 14–16 maja 2007. Powyżej widok "źródeł strony" ZPAV, w których widać odesłanie do programu Alladyn. W kodzie strony nie ma komentarza (wymaganego w jednym z wariantów licencji) na temat wykorzystania programu Alladyn, jest za to komentarz z wymienioną w nim nazwą i adresem spółki Onyx Sp. z o.o. - jak sądzę: wykonawcy strony ZPAV. W sprawie Alladyna kontaktowałem się z Gandalfem, jednym z uczestników projektu Alladyn - potwierdził on generalnie opisane przez Lipszyca możliwości "legalnego" korzystania z napisanego przez zespół programu.
W poszukiwaniu komentarza do odpowiedzi Lipszyca skontaktowałem się z mec. Markiem Staszewskim, pełnomocnikiem ZPAV. Odnosząc się do argumentów znajdujących się w odpowiedzi autora artykułu "Wojna napisowa" mec. Staszewski stwierdził, że ZPAV będzie musiał zweryfikować jeszcze podniesione przez niego tezy odnośnie wykorzystania w serwisie ZPAV programu komputerowego; jeśli okaże się, że istotnie ten program komputerowy tam jest wykorzystany bez zgody uprawnionych - ZPAV będzie się zastanawiać nad tym, jaki jest zakres odpowiedzialności dostawcy internetowego serwisu. "Ewentualna odpowiedzialność jest po stronie producenta, tak podejrzewam. Jeszcze tego nie weryfikowaliśmy" - powiedział mec. Staszewski.
W artykule Wojna napisowa Jarosław Lipszyc napisał "Nie ma niewinnych - fotografie użyte bez zezwolenia znaleziono nawet na stronach Ministerstwa Kultury i policji. Z pogwałceniem licencji oprogramowania zbudowana jest strona internetowa Związku Producentów Audio Video. I jestem pewien, że gdyby zbadać twarde dyski na domowych komputerach posłów, to okazałoby się, że wielu z nich narusza prawo - nawet nieświadomie". Odnośnie samego sformułowania ("z pogwałceniem licencji oprogramowania zbudowana jest..."), które skłoniło ZPAV do reakcji mec. Staszewski, odnosząc się do odpowiedzi Lipszyca, powiedział: "jeśli to są jedyne argumenty na użycie takiego mocnego sformułowania, bez wcześniejszego zweryfikowania mechanizmu tworzenia strony - gdyż jestem przekonany, że weryfikacja nastąpiła już po napisaniu artykułu, w związku z naszym listem - to, na Boga, ważmy argumenty. Gdyby autor tekstu w artykule właściwym, dodał zdanie, że chodziło o program Alladyn oraz na czym polega ewentualne naruszenie, to pewnie wszystko z naszej strony byłoby ok".
W rozmowie ze mną mec. Staszewski stwierdził również: "dawkujmy odpowiedzialność, w końcu to niewielki program...". Odpowiedziałem szybko, że przecież to utwór w rozumieniu prawa autorskiego; nie ma chyba znaczenia czy wielki czy niewielki? Mec. Staszewski odparł: "Oczywiście. Nie ma znaczenia czy utwór ma dwie nuty czy trzy nuty, zawsze trzeba szanować prawa autora. W tym przypadku wytoczono wielkie działa. Sprawdzimy i ewentualnie zwrócimy sie do dostarczyciela strony, by zweryfikował postawione w odpowiedzi p. Lipszyca tezy".
Zapytałem jeszcze o to, co ZPAV by zrobił, gdyby na przykład Stowarzyszenie PRO postanowiło wykorzystać dane tej organizacji przez ustawę uprawnienie (chodziło mi o to, że na podstawie art. 1221 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych "w sprawach o przestępstwa określone w art. 115-119 pokrzywdzonym jest również właściwa organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi"; Stowarzyszenie Polski Rynek Oprogramowania "PRO" na podstawie decyzji: DP.041/Z/2/95 (por. Decyzje zezwalające na zbiorowe zarządzanie) jest organizacją zbiorowego zarządzania prawami autorskimi do programów komputerowych i w związku z tym może złożyć wniosek o ściganie). Mec. Staszewski odpowiedział: "Gdyby PRO złożyło stosowny wniosek, to byśmy się zastanawiali co dalej z tym robić. Trzeba by pewnie badać stopień naruszenia, winę..."
W odniesieniu do tez związanych z prawem autorskim jako takim, a które to tezy poruszył Lipszyc w swoim artykule, mec. Staszewski stwierdził: "Oczekiwałbym raczej jakiejś propozycji, nie tylko takiego nieuzasadnionego ataku. Gdyby padła konstruktywna propozycja - rozważylibyśmy ją".
Wszystkie powyższe wypowiedzi mec. Staszewskiego cytuję bez stosownej autoryzacji, rozmawialiśmy telefonicznie i oderwałem mecenasa - jak przypuszczam - od ważnych zajęć. Weryfikacja polegała na tym, że przeczytałem przez telefon szybko notowane w czasie rozmowy zdania. List ZPAV do Gazety Wyborczej oraz odpowiedź na ten list wydrukowano w dzisiejszym wydaniu Gazety w dziale "Opinie", str. 25.
Cóż można dodać? Można dodać na przykład, że informatycy w Sejmie szukają (chyba nadal?) komputera, z którego ktoś korzystał udostępniając chronione prawem autorskim filmy w sieci p2p (por. Polskie piekiełko: Sejm udostępnia filmy i (po miesiącu) stenogram z publicznego wysłuchania). Można by jeszcze przypomnieć, że Policja po zwróceniu jej uwagi przez internautów dopisała do swojej notatki Łódź: Matka z synem zarabiali na prostytucji z 17 maja br. następujący fragment: "Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację dołączonej do powyższego tekstu grafiki na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation. Kopia tekstu licencji (Plik RTF)". Internauci dostrzegli, że w ilustracji do tej notatki wykorzystano grafikę, opublikowaną na jednej z licencji prawnoautorskich w Wikipedii... Nie wiem nic na temat jakiejkolwiek reakcji ze strony Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego odnośnie zdania opublikowanego w tekście Lipszyca (że tam też znaleziono grafiki bez stosownej zgody uprawnionego).
Czytelnicy zwracają mi też uwagę na serwis naloty.pl (tytuł strony: "Naloty na mieszkania, naloty na akademiki, naloty na firmy"), w którym przez twórców tej witryny gromadzone są informacje na temat "nalotów" Policji w związku z akcjami przeciwko różnym naruszycielom prawa autorskiego. Interesująca inicjatywa społeczeństwa obywatelskiego. Obok mapki (wykorzystano platformę Google Map) z zaznaczonymi miejscami, w których odbyła się akcja są tam też informacje dodatkowe, jak na przykład odesłania do serwisów prowadzonych przez Policję. Na mapie zaznaczono Szczecin, a obok cytat z serwisu Policji: "Dziś w godzinach południowych blisko 60 policjantów z Komendy Miejskiej i Oddziałów Prewencji skontrolowało jedno ze szczecińskich targowisk. W trakcie kontroli ujawniono około: 5000 sztuk papierosów, kilkanaście butelek spirytusu bez polskich znaków akcyzy, 150 płyt "pirackich" z muzyką i filmami...". Ciekawe.
« 7 milionów z likwidowanej agencji? | Jakilinux.org rozgoryczony odpowiedzią ministra »
Propozycja pozytywna: pełna legalizacja niekomercyjnej wymiany
Pn, 2007-06-11 19:40 by Lipszyc (niezweryfikowany)
To interesujące, w jaki sposób rozwija się debata nad moim tekstem "Wojna napisowa". Przypomnę, że postawiłem dwie tezy - pierwszą, że funkcjonując w środowisku tak intensywnym informacyjnie wszyscy jesteśmy naruszycielami, i drugą, że w związku z tym minimum zdrowego rozsądku jest legalizacja niekomercyjnej sfery kultury by przynajmniej ją uwolnić od tych absurdów.
Pierwsza teza jest dla wszystkich dość oczywista, co zresztą widać na załączonym obrazku. Druga jest postulatem. Oczywiście postulatem w dzisiejszej sytuacji kompletnie nierealnym politycznie (Unia Europejska, WIPO, itd.), ale postulatem który już dziś musi na stałe zagościć w publicznej debacie. Jeśli nie po to, by było lepiej, to po to, by nie było gorzej.
Mam nadzieję, że właśnie o tym zaczniemy dzięki całemu zamieszaniu mówić.
Co to "niekomercyjna sfera kultury"?
Pn, 2007-06-11 20:38 by VaGla
Z całą sympatią do autora, ale chociaż teza o "legalizacji niekomercyjnej sfery kultury" brzmi chwytliwie, to zastanawiam się (aż mnie zaczyna boleć głowa - tak intensywnie), co to też może znaczyć? Możesz Jarosławie wyjaśnić, co to znaczy "niekomercyjna sfera kultury", bo ciężko ubierać w formę propozycji aktu normatywnego tak bardzo enigmatyczne postulaty.
Niekomercyjna wymiana
Pn, 2007-06-11 21:16 by Lipszyc (niezweryfikowany)
Przepraszam, po ciężkim dniu skróty myślowe zbyt skrótowe mi wychodzą. Pomysł nie jest nowy i powraca w różnych dyskusjach - chodzi o rozszerzenie zakresu dozwolonego użytku na całą niekomercyjną wymianę dobrami kultury, a przy okazji także - co bardzo istotne - niekomercyjną twórczość w stylu "remix culture".
Nie jest to bynajmniej pomysł radykalny. Przy mniej więcej takiej definicji nikomercyjności jaka stosowana jest w licencjach Creative Commons zakres dozwolonego użytku rozszerzy się naprawdę niewiele. Nie pomoże początkującym reżyserom kręcącym dokumentalne filmy, o ile te filmy mają puszczone w jakiejś telewizji. Nie pomoże ZPAV-owi we wzmiankowanej sprawie, bo software i tak jest z dozwolonego użytku praktycznie wyłączony. Gdyby - gdyby... - no, to wyeliminowalibyśmy co najwyżej najgorsze patologie, w stylu tych związanych z napisy.org.
Hmm.. Nie rozumiem "niekomercyjności"
Pn, 2007-06-11 21:46 by VaGla
Uznasz pewnie kolego, że się czepiam, ale nie jest to moją intencją. Po prostu staram się jakoś sobie wyobrazić tę "niekomercyjność" i nie potrafię. Powiem o co mi chodzi - chodzi o to, że przecież sam możesz ustanawiać (w granicy ustawy) warunki licencji - możesz zatem udostępniać swoje utwory w taki sposób, że każdy może je sobie dowolnie kopiować, publikować, modyfikować. Nie potrzebna jest tu żadna z licencji Creative Commons. System zaś działa tak, że bez spełnienia żadnych formalnych wymogów utwór jest chroniony, a twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia (mówiąc najogólniej). Gdzie tu postulat niekomercyjności wykorzystania? Chodzi Ci o to, by system był tak zmodyfikowany, by ograniczyć monopol twórcy i dopuścić do tego, by można było korzystać z chronionych normalnie utworów również w sferze "niekomercyjnej wymiany dóbr kultury". A ja nie widzę desygnatu "niekomercyjnej wymiany dóbr", bo czy - dajmy na to - ten serwis jeszcze się łapie na taką wymianę, skoro są tu reklamy, a ja sam prowadzę działalność gospodarczą? Bez precyzyjnego określenia o co chodzi w magicznej "niekomercyjnej wymianie" to określenie nie znaczy nic więcej niż pusty slogan. Tak sądzę. A jedną z ważniejszych istot prawa autorskiego jest monopol autorski (pośredniczy - jeśli doszło do przeniesienia praw) w sferze zwielokratniania czy udostępniania. Nikt kto dziś ma prawa autorskie i chce z nich korzystać nie pójdzie na taki postulat, by to prawo ograniczyć. Jest wręcz przeciwnie - w sąsiednim wątku jest trochę o tym art. 70 ust. 2, nad którym pracował niedawno Rząd po wyroku TK i jeśli słuszna jest diagnoza Dr No - jest to taki właśnie wyłom od zasady zbywalności praw majątkowych. Bo tendencja jest taka, by jednocześnie zjeść ciastko i je nadal mieć. Czyli przenieść prawa i dostać wynagrodzenie, a potem niezależnie od tego kto nabył prawa nadal mieć prawo do wynagrodzenia... Żeby dotrzeć ze swoją ideą do ludzi - wypadałoby precyzyjnym językiem napisać co to jest ta "niekomercyjna wymiana". Jeśli internet i inne metody wymiany informacji się upowszechnią, to wszyscy się będą wymieniali wszystkim nie oglądając się na żadne prawa, a prawo autorskie nie będzie mogło temu przeszkodzić (jako anachroniczne). O to Ci chodzi? To rewolucja. Skończysz na gilotynie.
Chyba Pan Mecenas Staszewski
Pn, 2007-06-11 22:38 by Just
Chyba Pan Mecenas Staszewski nie do końca ma rację z tym całkowitym wyłączeniem odpowiedzialności ZPAV za ewentualne naruszenie praw do programu komputerowego, oczywiście gdyby potwierdziły się tezy o naruszeniu . Art. 79 prawa autorskiego przewiduje odpowiedzialność cywilną zarówno w przypadku zawinionego, jak i niezawinionego naruszenia praw autorskich.
Trochę mi to przypomina próbę wyłączenia odpowiedzialności sprzedawcy, który tłumaczy się że nie wiedział że sprzedawany przez niego samochód jest obciążony prawami osoby trzeciej. A wcześniejszy sprzedawca zapewniał go, że był właścicielem ;)
Chociaż może Pan Mecenas też użył pewnego skrótu myślowego. Znając życie ZPAV raczej zabezpieczył się umownie przed ewentualnymi roszczeniami osób trzecich. Tylko, że z punktu widzenia odpowiedzialności, co najwyżej ZPAV miałoby roszczenie regresywne w stosunku do producenta, gdyby sąd uznał iż w rzeczy samej doszło do naruszenia. Z procesowego punktu widzenia, mogę sobie też wyobrazić proces w którym dochodzi do dopozwania producenta serwisu albo wstąpienia do procesu w charakterze interwenienta ubocznego po stronie ZPAV producenta. W każdej jednak konfiguracji procesowej, ZPAV musiałby potencjalnie występować. Chyba....
Nie trzeba sięgać po samochód ;)
Pn, 2007-06-11 23:01 by VaGla
Nawet nie sięgając do analogii z samochodem - ostatnio dodałem przecież ten tekst Grzywna 5 tys, bo księgarz powinien wiedzieć o prawach. Oczywiście mam świadomość, że trzeba rozważać dwie sfery - cywilnoprawną i tu odpowiedzialność nawet bez winy (wówczas wchodzi lobbowana przez organizacje zbiorowego zarządzania regulacja pozwalająca na dochodzenie dwukrotności wynagrodzenia - bardzo przy tym się upierano w czasie ostatnich prac legislacyjnych; Chyba najlepiej to podsumowywuje cytat z przewodniczącej komisji, poseł Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej: "Moją intencją akurat nigdy nie było obniżanie tego poziomu ochrony dla twórców, bo jeszcze nie jestem samobójcą, a na pewno by mnie gdzieś tam rozszarpano i wywieziono na wszystkich możliwych taczkach..."), a z drugiej strony odpowiedzialność karna, o ile ustawa uznaje jakiś czyn za czyn przestępny...
Potrafię sobie wyobrazić zapisy umowne między wykonawcą a zleceniodawcą witryny, zgodnie z którymi w przypadku, gdy osoba trzecia podnosi roszczenia związane z naruszeniem jej praw - wykonawca wchodzi w spór w miejsce pozwanego dysponenta witryny. Ale gorzej jest w przypadku prawa karnego.
Inna sprawa, że polskie przepisy nie penalizują "posiadania" programu komputerowego. Penalizują "rozpowszechnianie bez podania nazwiska lub pseudonimu twórcy cudzego utwór w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania (...) albo publiczne zniekształcanie takiego utwór..." (art. 115 ust. 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych), "w celu osiągnięcia korzyści majątkowej w inny sposób [niż określony w ust. 1 lub 2 art. 115] naruszanie cudzego prawa autorskiego lub prawa pokrewnego określonego w art. 16, art. 17, art. 18, art. 19 ust. 1 lub 2, art. 20 ust. 1-4, art. 40 ust. 1 lub 2, art. 86, art. 94 ust. 4 i art. 97", "bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom rozpowszechnianie cudzego utworu w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania..." (art. 116 ust. 1 ustawy), "bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom w celu rozpowszechnienia utrwalanie lub zwielokrotnianie cudzy utworu w wersji oryginalnej lub w postaci opracowania" (117 ust. 1). Kodeks karny zaś mówi o sytuacji, w której ktoś "bez zgody osoby uprawnionej uzyskuje cudzy program komputerowy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej" (art. 278 KK §2, kolejny paragraf zaś mówi o "przypadku mniejszej wagi", ale i w takim przypadku górna granica kary wyznaczona jest przez ustawodawcę na rok pozbawienia wolności). Jest jeszcze art. 291 i 292 w związku z art. 293 - czyli m.in. przyjmowanie programu komputerowego jeśli był uzyskany za pomocą czynu zabronionego.
W każdym takim przypadku trudno mi znaleźć argumenty za odpowiedzialnością dostawcy serwisu internetowego.
Ale tak jak w każdym przypadku sąd musiałby właśnie - co wskazuje mec. Staszewski - zbadać stopień winy czy inne okoliczności, w tym stopień szkodliwości społecznej. Ktoś złośliwy może zadać pytanie czy sąd będzie przykładał taką samą miarę do różnych okoliczności jeśli przedmiotem jego zainteresowania będzie ewentualna odpowiedzialność ZPAV i taką samą w przypadku innych podmiotów, nie będących akurat organizacjami zbiorowego zarządzania, ale to już inna inszość.
Wt, 2007-06-12 00:12 by Just
W przypadku progrmu Alladyn mogło dojść do naruszenia warunków licencji, a w związku z tym uprawionu może dochodzić roszczeń na drodze cywilnej nawet bez winy.
Potrafię sobie wyobrazić zapisy umowne między wykonawcą a zleceniodawcą witryny, zgodnie z którymi w przypadku, gdy osoba trzecia podnosi roszczenia związane z naruszeniem jej praw - wykonawca wchodzi w spór w miejsce pozwanego dysponenta witryny
Jasne, też potrafię sobie takie hybrydki wyobrazić, sama nawet czasem je jeszcze tworze:) Jednakże z procesowego punktu widzenia i tak podmiotem pierwotnie pozwanym byłby ZPAV. Conajwyżej dojdzie do zmian podmiotowych. W zasadzie umowa na stworzenie serwisu raczej na pewno jest objęta tajemnicą, wiec uprawniony nie mógłby znać jej zapisów i nie mógłby wiedzieć o takim zapisie. Dopiero więc w procesie taki zarzut teoretycznie mógłby być skutecznie podniesiony. Skutecznie jednak w takim tylko zakresie iż twórca serwisu byłby dopozwany. Wydaje mi się, iż wejście w miejsce będzie możliwe tylko za zgodą powoda.
żeby zagmatwac sprawę...
Wt, 2007-06-12 00:39 by Maciej Szmit (niezweryfikowany)
Czy właścicielem strony internetowej (czy to jest wartość niematerialnoprawna?) jest podmiot, którego strona dotyczy? Dajmy na to zawieram umowę z Panem X, że ten będzie prowadził kampanię reklamową mojej osoby, zajmie się drukowaniem plakatów, wygłaszaniem płatnych reklam w TV i radio i opracuje strony lansujące moją osobę. Czy ja w jakiś sposób odpowiadam za to co się na tych stronach dzieje? A jeśli - dajmy na to - zostanę mecensem sztuki i zamówię u artysty obraz, zapłacę Mu (kupię autorskie prawa majątkowe), a tenże stworzy coś, co naruszało będzie prawo (dajmy na to pornografię z udziałem dzieci i zwierząt na dodatek splagiatowaną i nawołującą do nienawiści na tle religijnym) to czy ja mogę ponosić za to dzieło odpowiedzialność karną (a cywilną?) Rozumiem, że mogę odpowiadać za moje dzieło (w sensie dzieła do którego posiadam autorskie prawa osobiste) ale przecież nie za dzieło, do którego nabyłem autorskie prawa majątkowe? Jeśli byłoby inaczej to wspomniany w innym wątku rząd Bawarii należałoby natychmiast wsadzić za posiadanie praw autorskich do Mein Kampf
Penalizacja posiadania oprogramowania
Wt, 2007-06-12 01:08 by divide (niezweryfikowany)
A czy nie jest tak, że art. 292. KK, który mówi o odpowiedzialności za nabycie rzeczy, „o której na podstawie towarzyszących okoliczności powinien i może przypuszczać, że została uzyskana za pomocą czynu zabronionego” de facto penalizuje większości przypadków posiadania oprogramowania bez licencji? Przecież jeśli się ma program „piracki”, to zazwyczaj się o tym wie (bo skopiowało od kolegi, ściągnęło z sieci, etc.). A przecież rozpowszechnianie oprogramowania (nawet wśród przyjaciół, wszakże oprogramowanie jest wyłączone spod dozwolonego użytku) bez stosownego zezwolenia uprawnionego jest czynem zabronionym.
(Oczywiście czasami się nie wie, bo na przykład się nabyło od kogoś komputer z zainstalowanym komercyjnym systemem operacyjnym w dobrej wierze, nie podejrzewając, że może on być piracki. Ale chyba jednak zazwyczaj się wie.)
Czy może definicja „nabycia” ogranicza się jedynie do nabycia za opłatą? Nie jestem prawnikiem, więc pytam.
Pn, 2007-06-11 22:21 by Lipszyc (niezweryfikowany)
Niekomercyjność jest wewnętrznie w CC całkiem już nieźle określonym terminem, głównie dlatego że początkowo ogromnie kontrowersyjnym, więc mnóstwo energii w jego definiowanie poszło. Odsyłam na początek tu: NonCommercial Guidelines.
Zasadniczo niekomercyjny w tym kontekście oznacza "bez jakiejkolwiek formy kompensacji". To eliminuje zarówno twój serwis (ogłoszenia), jak i sprzedawanie nagranych płytek CDR po kosztach ich zakupu. Wolno ci rozdawać, ale musisz ponieść wszelkie koszty tej operacji.
Jeśli internet i inne metody wymiany informacji się upowszechnią, to wszyscy się będą wymieniali wszystkim nie oglądając się na żadne prawa, a prawo autorskie nie będzie mogło temu przeszkodzić (jako anachroniczne). O to Ci chodzi? To rewolucja. Skończysz na gilotynie.
To już się dzieje, rewolucją może być chyba tylko mówienie o tym bez potępienia. Swoją drogą reakcja ZPAV jest niczym wobec reakcji SDF, które w ramach merytorycznej polemiki z moim artykułem przypomniało, że może nas za karę (za takie myśli, jak rozumiem) pozbawić hollywodzkich hitow na DVD. Przygotowuje odpowiedz i na tę polemikę, bo zdanie "Wolność wymiany informacji - stanowiąc niezaprzeczalnie cenną wartość - nie jest i nie może być wartością absolutną, najważniejszą i jedyną. W szczególności nie wolno w imię tej wolności dokonywać naruszeń innych dóbr zasługujących na ochronę prawną" domaga sie wiwisekcji. Artykuł ma roboczy tytuł "Informacyjne prawa człowieka" w związku z czym jego pisanie może chwilę potrwać.
w sprawie niekomercyjności...
N, 2007-06-17 23:17 by incognitus (niezweryfikowany)
Czytam sobie właśnie sprawozdanie pt. wysłuchanie publiczne dotyczące rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych wraz z projektem aktu wykonawczego (druk nr 1489). Poza tym ostatnio poczytałem sobie trochę różnych artykułów i opinii w serwisie prawo.vagla.pl oraz kilka artykułów w sieci, m.in. artykuł pana Jarosława Lipszyca i zapytałem googla o "wysokość tantiem"... To co przeczytałem nie tyle utwierdziło mnie w opinii, że prawo autorskie (tylko polskie?) jest "chore i nielogiczne", ale wręcz mnie przeraziło:
właściciele kin poza płaceniem dystrybutorowi filmu płacą dodatkowo kasę organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, bo w filmach są fragmenty czy też utwory muzyczne w całości? nie wystarczy, jeżeli kino zapłaci za film? a jeżeli faktycznie są tam jakieś fragmenty innych utworów, to jest to "zmartwienie" producenta filmu, a nie kina ... chyba?
nie ma żadnych przeszkód prawnych, żeby dwie różne organizacje zarządzania prawami autorskimi zażądały ode mnie opłaty (haraczu?) za tą samą działalność?
tworząc utwór domyślnie jestem "pod ochroną" organizacji zbiorowego zarządzania prawami, więc: 1) organizacje takie zgłoszą się do mnie po kasę w związku z tym, że handluję tym utworem (to pewnie zrobią bardzo szybko); 2) jak będę chciał od nich jakieś pieniądze, bo w końcu są od "zarządzania moimi prawami", i jako autor mam prawo do wynagrodzenia, to już będzie problem.
To dość luźne wnioski i powinny zostać poparte konkretnymi linkami, przepraszam za ich brak, ale proszę poczytać powyższe źródła...
Nie wiem, czy mnie, "szaremu człowieczkowi", wypada, ale mam swoje zdanie co do ustawy i obrotu utworami w związku z powyższymi źródłami:
Komercyjność, czyli obrót komercyjny i niekomercyjny o którym pisał pan Lipszyc oraz pan Waglowski. Chodzi o problem definicji "co jest komercyjne?". Jeżeli jest jakiś obrót pieniędzmi, to już jest komercja. Czyli także zarabianie na reklamach to jest jakaś forma komercji. Więc jakikolwiek serwis będzie komercyjny, bo będzie musiał jakoś zarobić kasę na serwer. To problem? Przecież nawet urząd skarbowy inaczej traktuje podatników zależnie od ich obrotów, więc dałoby się zrobić odpowiednie uregulowania ... ale o tym za chwilę.
Stawki za obrót i odtwarzanie. Nawet stawki za utwory chronione przez prawo autorskie powinny być możliwe do regulacji przez rynek. Obecnie wygląda to tak, że jakieś organizacje ustalają stawki czytając "informacje na suficie" (może wygląda to lepiej, ale jakoś nie widać). A gdyby ustalić ustawowo, że przy obrocie/odtwarzaniu utworu autorskiego tantiemy dla twórców muszą być co najmniej równe określonemu ustawowo procentowi tego "procederu". Przykładowo: Sprzedaję piosenkę w formie pliku MP3 w sklepie internetowym. Ustawodawca nakłada na mnie obowiązek przeznaczenia przynajmniej 50% ceny utworu dla twórców. Ja muszę trochę się napracować, zapłacić za serwer, za łącze, coś na tym zarobić i odprowadzić podatek (swoją część, twórca ze swoich 50% płaci też jakiś podatek). Wyszło mi, że poza prawami autorskimi będę w stanie sprzedawać utwory po 50gr, więc drugie 50gr muszę oddać artystom, więc razem za 1zł będę szukał klientów. Ale ktoś inny wyliczy, że zmieści się w 40 gr o ile osiągnie odpowiedni obrót, więc będzie konkurencyjny, bo będzie miał utwory po 80 gr. Ktoś inny będzie zbyt pazerny i za 2 zł 50 gr będzie oferował to samo ... ale rynek go zlikwiduje. Jedna stawka dla handlu, jedna dla odtwarzania publicznego. Ale to nie wszystko, rozszerzyłbym system bardziej: te 50% to jest kwota maksymalna, którą muszę płacić organizacji zbiorowego zarządzania i w tej sytuacji nie podlega negocjacji. Jednocześnie mógłbym na konkretne utwory podpisywać umowy bezpośrednie z właścicielami praw autorskich, mógłbym wtedy wynegocjować stawki niższe ... może ktoś by się zgodził na to ... lub owe 50% płacić bezpośrednio im, wtedy organizacje zbiorowego zarządzania nie miałyby praw do ściągania tantiem. Wspomniałem w poprzednim punkcie coś o obrotach. Ustaliłbym pewne limity, takie jak w przypadku normalnej firmy: ryczałt, VAT. Jeżeli obrót jest poniżej określonego pułapu, to pośrednik ma prawo wybrać sposób regulacji roszczeń, czyli albo spisuje umowy bezpośrednie na handel utworami, albo po prostu płaci organizacjom zbiorowego zarządzania, a one zajmują się dalej rozprowadzaniem kasy. Kiedy przekroczy pewien pułap, to jest już zmuszony do posiadania umów bezpośrednich.
Co z tymi, co chcą za darmo udostępniać swoje utwory? Ano nic. Mogą znaleźć darmowe kanały dystrybucji, albo mogą dopuścić do sprzedaży ich utworów w sklepach - będą tańsze, kiedy sprzedawca podpisze z właścicielem praw umowę ze stawką 0%. Może to są pomysły niedorzeczne ... a może jednak realizowalne. Wydaje mi się, że ceny ustaliłby rynek...
A wracając do komercyjności: wystawiłem na swojej stronie "za darmo" jakąś płytę, a obok niej dużo reklam. Zarobiłem na tych reklamach ok. 1000 zł, więc 500 zł muszę odprowadzić do organizacji zarządzania prawami, a 200 do fiskusa, więc zostało mi tylko 300. Nie opłaca mi się bo za użytkowanie serwera zapłaciłem 400? No coż, moja strata, widać mi się to nie opłaca. Ta sama strona bez reklam na serwerze, który nie kosztuje mnie jakoś dodatkowo (pliki są w P2P z mojego kompa), więc faktycznie nie zarabiam i nikomu nie płacę, ani twórcom, ani fiskusowi ... To nie brzmi dobrze, ale może jednak byłoby realizowalne? Wtedy może dałoby się obciążyć operatora telekomunikacyjnego, stawką niższą, powiedzmy 10%, bo w końcu to on zarobił na tym, że mnie podłączył do sieci i skasował pieniądze za łącze?
Ehhh... Wystarczy tych dywagacji. Idę spać :)
Dawkujmy odpowiedzialność?
Pn, 2007-06-11 20:29 by DerWin (niezweryfikowany)
Vagla chciał być tak politycznie poprawny, że zapomniał podlinkowac do historii tego chłopaka z Kilec, którego skazali po tym, jak ZPAV złożył wniosek o ściganie (nomen omen). Co chłopak zrobił? Wpisał w wyszukiwarce na stronie producenta nazwę swojego ulubionego zespołu, a potem ściągnął na dysk udostepniony teledysk. Udostępniony przez producenta tego klipu. "Dawkujmy odpowiedzialność"? Dobre. Bardzo dobre.
Komentarz Gandalfa
Śr, 2007-06-13 15:01 by VaGla
Dla interesujących się tematem - dostępny jest komentarz Gandalfa, czyli Zbyszka Branieckiego, współautora Alladyna. Tam m.in. "formalnie nie robimy nic, odpowiadamy tylko na pytania i czekamy na otwartą, publiczną debatę". W innym komentarzu Gandalf napisał: "Wole im dac dobry przyklad. Wole otworzyc zrodla Alladyna, a ZPAVowi udzielic licencji pozwalajacej na robienie wszystkiego".
Podoba mi się taka postawa
Śr, 2007-06-13 21:47 by Maltan
Szacunek. :)
Cz, 2007-06-14 08:47 by PIper (niezweryfikowany)
Czym jest program? W tym kontekście jakoś nikt nie poruszył tego pytania, ale sądzę, iż jest to dość istotne w kwestii podobnych spraw - i ich kwalifikacji prawnej. Czy kod źródłowy jest już programem, czy tylko twórczością (która dopuszcza dozwolony użytek)?
Takie rozróżnienie byłoby bardzo niebezpieczne.
Cz, 2007-06-14 11:15 by adammada
W końcu sporo języków nie wymaga kompilacji - słowem jest rozpowszechniana w postaci kodów źródłowych. Choćby PHP, JavaScript, SQL, PERL itd. itp.
co jest programem?
Cz, 2007-06-14 12:07 by ksiewi
Polskie prawo autorskie nie zawiera definicji programu. Taką definicję zawiera na przykład ustawa amerykańska i ustawa modelowa WIPO. Brak definicji oznacza, że należy odwoływać się do definicji przyjętych w nauce programowania.
Ale nie wydaje mi się, że osoba, która widzi kod źródłowy napisany w języku programowania wysokiego poziomu pomyli go z inną kategorią dóbr chronionych prawem autorskim. Problemy mogą się zacząć w sytuacji, gdy polecenia komputerom będzie można wydawać w języku ludzkim.
Osobiście miałem do czynienia tylko z jednym programem, co do którego można by mieć wątpliwości na temat jego charakteru prawno-autorskiego. Otóż kiedyś mój kolega napisał wiersz w asemblerze. Ale nawet i ten wiersz-program można było wykonać w komputerze. O ile się dobrze orientuję, jego "poetyckość" polegała na tym, że nie robił niczego sensownego.
Ale sprawa jest ciekawa - np. czy osoba tworząca zestaw skryptów i arkusz stylów odpowiedzialnych za wygląd strony WWW tworzy program, czy inny utwór? Można uznać, że tworzy i to i to.
Cz, 2007-06-14 12:46 by adammada
Ja tam nie uważam CSS za język programowania. Podobnie jak np. pliku typu WMF, czy PDF nie uważam za programy (chociaż zawierają w sobie zestaw instrukcji mówiących jak wygenerować obrazek).
Zresztą, samo sformułowanie pytania coś takiego sugeruje, gdyż mamy podział na:
- skrypty (czyli programy)
- arkusz stylów jest oddzielnie
Swoją drogą sformułowanie definicji programu komputerowego (a jeśli używałaby ona pojęcia "język programowania" - co wydaje się być nieuniknione) mogłoby być interesującą rozrywką.
program a dane
Cz, 2007-06-14 14:55 by ksiewi
Program nie musi znajdować się przecież w całości w jednym pliku.
Ponadto, w konkretnym przypadku, kod źródłowy programu może być wykorzystywany jako dane (np. input do debuggera?), a w innym jako program (gdy jest faktycznie wykonywany). Pozostaje tylko przekazać pozdrowienia dla Turinga.
Dane w moim odczuciu nie są programem, ale to nie oznacza, że są pozbawione ochrony. Ochrona taka może przysługiwać na podstawie ustawy o bazach danych (na upartego) lub na podstawie ogólnych przepisów prawa autorskiego - jako utworów, jeżeli są wystarczająco twórcze.
No dobrze, to może odwrócimy zabawę i zapytamy, czy ścieżka dialogowa filmu jest programem? Jest to przecież zestaw instrukcji mówiących kiedy wygenerować odpowiednią kwestię :)
Dane jako program.
Cz, 2007-06-14 21:19 by adammada
Zgadzam się z takim punktem widzenia. Ochrona danych jako utworów jest, jak myślę, całkowicie wystarczająca. Zasadniczą różnicą między programem a utworem staje się wtedy dozwolony użytek osobisty...
A jest to różnica dosyć ważna... Wolałbym, aby różni dystrybutorzy nie zaczęli szukać sposobów na rozpowszechnianie zwykłych utworów jako programów.
Wyobraźmy sobie płytkę DVD zawierającą film w postaci PROGRAMU do odtwarzania go. W końcu w programie można zmieścić całkiem sporo danych...
Wtedy nagle okazałoby się, że licencja może pozwalać na oglądanie go tylko jednej osobie ;).
Kopia na własny użytek...
Pt, 2007-06-15 23:34 by Jerry
Wystarczy zatem zarejestrować utwór audiowizualny będący wynikiem działania programu. A utwory rozpowszechnione na własny użytek rejestrować wolno. I dzielić sie nimi z rodziną oraz osobami pozostającymi z Tobą w stosunku towarzyskim. Chyba... :)
So, 2007-06-16 15:04 by Maciej_Szmit
Miałem sam i widziałem podobny problem u kolegi biegłego w opinii. Moim zdaniem: po to wymyślili Polskie Normy (i normy ISO/IEC) żeby z nich korzystać (a jeśli nie z nich to jasno uzasadnić, dlaczego definicji z normy w tym przypadku nie da się zastosować)