Source: https://www.abogadosenpolonia.com/nowosci/
Timestamp: 2018-01-21 10:34:29+00:00
Document Index: 34824863

Matched Legal Cases: ['art. 750', 'art. 734', 'art. 30', 'art. 27', 'art. 13', 'art. 13', 'SA/Gl ', 'art. 13', 'SA/Wr ', 'art. 15', 'art. 15', 'art. 15', 'art. 15', 'art. 13', 'FSK ', 'art. 1015', 'art. 1015', 'art. 82', 'art. 87', 'art. 54', 'art. 82', 'art. 770', 'art. 3', 'Art. 21', 'art. 225', 'art. 4']

Nowosci | Varés & Asociados | - | Abogados en Polonia | Adwokaci w Hiszpanii
OPODATKOWANIE UMOWY MENADŻERSKIEJ
Intensywne polsko-hiszpańskie relacje gospodarcze sprawiają, że coraz więcej Hiszpanów przyjeżdża pracować w Polsce. Spora grupa tych osób to wykwalifikowani specjaliści świadczący m.in. usługi doradcze i zarządzania. Część z nich zatrudniana jest w Polsce na podstawie umów menadżerskich. W związku z tym adwokat w Polsce może się spotkać często z zagadnieniem opodatkowania umowy menadżerskiej.
Umowa menedżerska, zwana również kontraktem menedżerskim jest umową nienazwaną o zarządzanie przedsiębiorstwem. Pojęcie kontraktu menedżerskiego nie jest definiowane przepisami zarówno Ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 r. - Kodeks cywilny, jak i Ustawy z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (zwanej dalej ustawą o PIT). Przyjęte określenie ww. umowy wynika z charakteru tego typu umów funkcjonujących w obrocie. Umowa menedżerska jest umową o świadczenie usług, do której stosuje się odpowiednio przepisy o umowie zlecenia (art. 750 k.c. w. zw. z art. 734 i n. k.c.).
Umowa menedżerska podlega opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych (PIT). Może być opodatkowana podatkiem VAT.
Podatek dochodowy od osób fizycznych może być rozliczany liniowo, bądź z zastosowaniem progów podatkowych. Liniowy podatek PIT wynosi 19% od podstawy obliczenia podatku (art. 30c ustawy o PIT). Zgodnie z treścią art. 27 ustawy o PIT podatek wynosi 18% minus kwota zmniejszająca podatek 556,02 zł od podstawy opodatkowania wynoszącej do 85 528 zł. Od kwoty przewyższającej wskazaną podstawę opodatkowania podatek wynosi 15 395 zł 04 gr + 32% nadwyżki ponad 85 528 zł.
Podatnicy zatrudnieni na umowie menedżerskiej osiągają zazwyczaj wysokie dochody przewyższające graniczną podstawę opodatkowania. Z tego względu zasadnym jest rozpatrywanie możliwości obliczania podatku liniowego od podstawy opodatkowania z tytułu umowy menedżerskiej.
Analiza zagadnienia pozwala na stwierdzenie, że podatnicy zatrudnieni na podstawie umowy menedżerskiej nie mają możliwości rozliczania się z podatku PIT z zastosowaniem stawki liniowej.
Powyższe twierdzenie wynika z treści art. 13 ust. 9 ustawy o PIT, zgodnie z którą przychody uzyskane na podstawie umów o zarządzanie przedsiębiorstwem, kontraktów menedżerskich lub umów o podobnym charakterze, w tym przychody z tego rodzaju umów zawieranych w ramach prowadzonej przez podatnika pozarolniczej działalności gospodarczej – z wyjątkiem przychodów, o których mowa w art. 13 pkt 7 ustawy o PIT (przychody otrzymywane przez osoby, niezależnie od sposobu ich powoływania, należące do składu zarządów, rad nadzorczych, komisji lub innych organów stanowiących osób prawnych) uważa się za przychody z działalności wykonywanej osobiście.
Należy mieć przy tym na uwadze, że zakwalifikowanie świadczenia usług w ramach umowy menedżerskiej do działalności wykonywanej osobiście wyklucza zakwalifikowanie tego świadczenia usług jako odbywającego się w ramach pozarolniczej działalności gospodarczej.
Stawkę liniową PIT można by było hipotetycznie zastosować do umowy menedżerskiej, gdyby mieściła się ona w ramach pozarolniczej działalności gospodarczej.
Możliwość zastosowania podatku liniowego została ograniczona w ustawie o PIT do konkretnego zakresu przypadków. Nie mieszczą się w tym zakresie przychody z działalności wykonywanej osobiście, a co za tym idzie przychody z umów menedżerskich.
Powyższe potwierdza treść licznych orzeczeń sądów administracyjnych:
Zgodnie z Wyrokiem WSA w Gliwicach z dnia 18 października 2016 r. I SA/Gl 770/16 należy wskazać, że Przychodami z umów o zarządzanie przedsiębiorstwem, kontraktów menedżerskich lub umów o podobnym charakterze są przychody z działalności wykonywanej osobiście, także wtedy, gdy jak to wynika z art. 13 pkt 9 u.p.d.o.f., są one zawierane w ramach prowadzonej przez podatnika pozarolniczej działalności gospodarczej.
W wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego we Wrocławiu z dnia 4 maja 2016 r. I SA/Wr 86/16, zauważono, że skoro u.p.d.o.f. wyraźnie stanowi, że przychody z umów o zarządzanie przedsiębiorstwem, nawet wtedy gdy są zyskane w ramach prowadzonej przez podatnika działalności gospodarczej, uważa się za przychody z działalności wykonywanej osobiście; przychody takie nie mogą być kwalifikowane jako uzyskane z pozarolniczej działalności gospodarczej.
Brak możliwości zaliczenia umowy menedżerskiej do pozarolniczej działalności gospodarczej potwierdza się również w treści interpretacji podatkowych, m.in. w interpretacji indywidualnej z 7 listopada 2017 r. 0115-KDIT3.4011.261.2017.2.MPŁ, oraz interpretacji indywidualnej Dyrektora Izby Skarbowej w Bydgoszczy z 24 sierpnia 2012 r. ITPB1/415-624/12/PSZ.
Mając na względzie, że umowa menedżerska jest opodatkowana podatkiem PIT według skali, oraz, że podstawa opodatkowania w przypadku umów menedżerskich przekracza zazwyczaj próg podatkowy zaleca się optymalizację przychodów związanej z umową menedżerską poprzez zawarcie umowy zarówno o zarządzanie przedsiębiorstwem jak i umowy, której przedmiot będzie mógł być uznany za mieszczący się w ramach pozarolniczej działalności gospodarczej.
Pożądane z punktu widzenia optymalizacji podatkowej byłoby zawarcie umowy o zarządzanie przedsiębiorstwem za wynagrodzeniem nieprzekraczającym progu podatkowego, oraz umowy np. o świadczenie usług doradczych na rzecz spółki. W opisanym przypadku podstawa opodatkowania drugiej z umów mogłaby być objęta 19% podatkiem liniowym.
Dopuszczalność wyżej opisanej konfiguracji potwierdza się w interpretacjach podatkowych.
Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji z 8 czerwca 2017 r. 0114-KDIP3-1.4011.150.2017.1.MJ potwierdził, że prawidłowe jest stanowisko podatnika, zgodnie z którym umowa menedżerska pomiędzy nim a spółką podlegałaby podatkowi PIT według skali, a umowa między nim, a tą samą spółką o świadczenie usług doradczych podlegałaby podatkowi liniowemu PIT.
Podobne stanowisko zajął Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie w interpretacji indywidualnej z dnia 3 lutego 2015 r. IPPB1/415-1268/14-2/MS1.
Nie tylko usługi doradcze wobec spółki na rzecz której wykonywana jest umowa menedżerska mogą być opodatkowane podatkiem liniowym. Zakres przedmiotu opodatkowania jest szeroki, o ile mieści się w ramach wykonywania pozarolniczej działalności gospodarczej.
Jak wskazano m.in. w interpretacji podatkowej Dyrektora Izby Skarbowej w Poznaniu z dnia 3 września 2009 r. ILPB1/415-675/09-2/AMN, usługi osoby działającej na rzecz spółki: stałe podejmowanie działań z zakresu public-relations, promocyjnych i reklamowych, w tym organizowanie spotkań promocyjnych i szkoleń, opracowanie i nadzór nad strategią sprzedaży, w tym sporządzanie analiz i raportów ekonomicznych, handlowych, prowadzenie stałej analizy w zakresie tworzenia i utrzymania tożsamości marek, stałe doradztwo w zakresie IT, projektowanie graficzne oraz projektowanie architektury informacji, w tym tworzenie aplikacji multimedialnych, tworzenie stron www, wykonywanie innych czynności uzgadnianych każdorazowo pisemnie pomiędzy stronami umowy będzie uznane za podlegające 19 procentowej, liniowej stawce podatku PIT.
Umowa menedżerska może być opodatkowana podatkiem VAT. Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (zwanej dalej ustawą o VAT) podatnikami są osoby prawne, jednostki organizacyjne niemające osobowości prawnej oraz osoby fizyczne, wykonujące samodzielnie działalność gospodarczą, o której mowa w art. 15 ust. 2 ww. ustawy, bez względu na cel lub rezultat takiej działalności (art. 15 ust. 1 ustawy o VAT). Za działalność gospodarczą uznaje się wszelką działalność producentów, handlowców lub usługodawców, w tym podmiotów pozyskujących zasoby naturalne oraz rolników, a także działalność osób wykonujących wolne zawody. Działalność gospodarcza obejmuje w szczególności czynności polegające na wykorzystywaniu towarów lub wartości niematerialnych i prawnych w sposób ciągły dla celów zarobkowych (art. 15 ust. 2 ustawy o VAT).
Zgodnie z art. 15 ust. 3 ww. ustawy nie uznaje się za czynności wykonywanych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej z tytułu których przychody zostały wymienione w art. 13 pkt 2-9 ustawy z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych, jeżeli z tytułu wykonania tych czynności osoby te są związane ze zlecającym wykonanie tych czynności prawnymi więzami tworzącymi stosunek prawny pomiędzy zlecającym wykonanie czynności i wykonującym zlecane czynności co do:
- odpowiedzialności zlecającego wykonanie tych czynności wobec osób trzecich.
W punkcie 9 ww. artykułu wskazuje się: przychody uzyskane na podstawie umów o zarządzanie przedsiębiorstwem, kontraktów menedżerskich lub umów o podobnym charakterze, w tym przychody z tego rodzaju umów zawieranych w ramach prowadzonej przez podatnika pozarolniczej działalności gospodarczej – z wyjątkiem przychodów, o których mowa w pkt 7.
W związku z powyższym należy stwierdzić, że w przypadku gdy osoba świadcząca usługi w ramach umowy menedżerskiej jest zatrudniona na podstawie umowy spełniającej wszystkie ww. przesłanki, to nie jest ona uznawana za podatnika VAT.
Aby uniknąć podlegania podatkowi VAT należałoby zatem w treści umowy menedżerskiej wyłączyć odpowiedzialność „menedżera” wobec osób trzecich za świadczone przez niego usługi, szczegółowo opisać warunki wykonywania zlecenia oraz kwestię wynagrodzenia.
Powyższe wnioski potwierdza się w interpretacjach podatkowych, m.in. w interpretacji indywidualnej Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej z dnia 27 października 2017 r. 0115-KDIT1-1.4012.494.2017.2.EA, interpretacji indywidualnej Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej z dnia 9 listopada 2017 r. 0115-KDIT1-1.4012.314.2017.5.RH, w interpretacji indywidualnej Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej z 23 października 2017 r. 0112-KDIL2-2.4012.276.2017.2.MŁ, oraz w orzecznictwie NSA - wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 16 czerwca 2016 r. (sygn. I FSK 83/15).
Do domu rodziców Javiera, studenta ostatniego roku biologii na Uniwersytecie Autonomicznym w Madrycie, zadzwonił dzwonek. Javier akurat był sam. Ściszył więc muzykę – „La Madre de José” zespołu El canto del Loco włączona była na cały regulator – i podszedł otworzyć. Za drzwiami stał listonosz, który wręczył mu adresowany do niego list polecony. Była to duża biała koperta, a w niej, jak się zdawało, sporo papieru. Wysłano ją z sądu. Zdziwiony pokwitował odbiór podpisem elektronicznym, zamknął drzwi i natychmiast, stojąc jeszcze w przedpokoju, rozerwał kopertę. Kiedy zaczął czytać, poczuł, że uginają się pod nim kolana. Zdążył już prawie zapomnieć o Agnieszce – dziewczynie, z którą chodził w zeszłym roku podczas Erasmusa w Warszawie…
Do podobnych scen dochodzi rokrocznie w wielu miejscach w Hiszpanii. Jedną z licznych konsekwencji spektakularnego rozwoju relacji gospodarczych, politycznych i edukacyjnych jest wzrost wskaźnika urodzeń wśród par hiszpańsko-polskich, a co za tym idzie, coraz większa liczba pozwów alimentacyjnych wysyłanych z jednego kraju do drugiego. Unia Europejska, świadoma tego, jak ważne są te roszczenia i jak skomplikowane jest ich dochodzenie, kiedy dłużnik zamieszkuje na terenie innego kraju, wydaje rozporządzenia mające na celu uprościć dochodzenie należności. Na dzień dzisiejszy najpełniejszym przykładem tych działań jest Rozporządzenie nr 4/2009 w sprawie zobowiązań alimentacyjnych. Javier przekona się o tym na własnej skórze.
Rozporządzenie to zakłada uproszczenie dochodzenia należności z tytułu zobowiązań alimentacyjnych, czyli pomocy członkom rodziny – najczęściej dzieciom – ze strony rodziców na pokrycie, w razie konieczności, kosztów utrzymania, opłat mieszkaniowych, ubrania, leczenia czy edukacji. W tym celu, rozporządzenie określa: jurysdykcję międzynarodową, to znaczy, kompetencje sądu, prawo właściwe, wykonanie orzeczeń, a także zakres współpracy władz poszczególnych państw.
Jeśli chodzi o kompetencję, rozporządzenie przewiduje, że jurysdykcję do rozpoznawania spraw ma sąd zwykłego miejsca pobytu pozwanego lub wierzyciela. Jednakże w przypadku, gdy sprawa dotycząca zobowiązań alimentacyjnych jest związana z innym postępowaniem (np. o ustalenie ojcostwa), wówczas kompetentny staje się sąd w tym państwie, gdzie rozpatrywane jest żądanie główne, pod warunkiem, że kompetencja nie wynika jedynie z obywatelstwa stron.
Jakie prawo jest właściwe w takiej sytuacji? Z tym pytaniem rozporządzenie odsyła nas do innego dokumentu, do protokołu haskiego z 2007 roku, który w artykule 3 stwierdza, iż zobowiązania alimentacyjne podlegają prawu państwa, w którym wierzyciel ma zwykłe miejsce pobytu. W przypadku zmiany miejsca pobytu wierzyciela prawo państwa, w którym ma on nowe zwykłe miejsce pobytu, stosuje się od momentu tej zmiany.
Rozporządzenie nr 4/2009 wprowadza ponadto uproszczoną procedurę, tak aby orzeczenie wydane przez jeden kraj UE jak najskuteczniej mogło być wykonane w innym. Podobnie jak w przypadku innych tytułów egzekucyjnych, prawodawstwo UE przewiduje, że orzeczenia są wykonalne bez konieczności ich uprzedniego ujednolicania. Uproszczenia idą tak daleko, że nie wymaga się nawet przedstawienia przed sądem kraju wykonania tłumaczenia pism, które mają być rozpatrzone. W ich miejsce wystarczy dostarczyć stosowny formularz przewidziany w rozporządzeniu, który państwo pochodzenia zobowiązane jest wydać.
Mimo trudności natury praktycznej stosowania tych przepisów, również na tym obszarze widoczna jest tendencja rosnącej współpracy między państwami członkowskimi. Warto wiedzieć, że w coraz mniejszym stopniu sprawy o alimenty dają się zamieść pod dywan. Ramię sprawiedliwości jest długie – o czym już wkrótce przekona się Javier.
Uwaga: nazwy własne, bohaterowie i wydarzenia pojawiające się w niniejszym artykule są fikcyjne. Jakakolwiek zbieżność z rzeczywistością jest najzupełniej przypadkowa.
Prawo romskie
4 lipca 1992 roku. Szczątki zmarłego w wieku 42 lat Camaróna de la Isla – okrzykniętego za życia romskim bogiem flamenco – niesione są w skwarze palącego słońca i wśród autentycznego podziwu tłumów na cmentarz w rodzinnej miejscowości śpiewaka, San Fernando w prowincji Kadyks. Trumnę okrywa tylko jedna flaga. Składa się z dwóch poziomych pasów. Dolny – zielony – symbolizuje trawę. Górny – niebieski – przypomina niebo. Na nich widoczne jest czerwone koło wozu symbolizujące wieczną wolność. Niekończącą się tułaczkę.
Dla większości Europejczyków społeczeństwo i prawo, terytorium i władza to pojęcia tak ściśle ze sobą związane, że rozdzielenie ich sprawiłoby nam niemały problem. Jednak niektóre społeczności przez wieki nie były świadome istnienia tych zależności. Zbudowały one tożsamość, która podobnie jak czerwone koło wozu na fladze, przekracza granice. I tak Romów na przykład polskich i hiszpańskich prawdopodobnie łączy więcej niż pozostałych obywateli tych dwóch krajów.
Jednym z głównych elementów kształtujących tożsamość Romów, zwanych również Cyganami, jest własny system praw i norm, niezależny od prawa państw, które zamieszkują. System ten oparty jest na niepisanym zbiorze zasad i norm zwanym „Romanipen”. „Romanipen”, w którym widoczny jest silny wpływ judaizmu przedtalmudycznego, reguluje wiele aspektów życia Romów, jak na przykład strukturę hierarchiczną społeczeństwa, instytucję rodziny – małżeństwa, rozwody, stosunek rodziców do dzieci – własność prywatną czy stosunki finansowe. Wyszczególnia również zachowania uważane za przestępcze (kradzież, wyłudzenie, donos policyjny, porzucenie rodziny, zabójstwo, etc.), nakładając za nie szereg kar. Wśród najsurowszych, przyznawanych za najcięższe zbrodnie, znajduje się wygnanie – wykluczenie ze wspólnoty – które może dotyczyć winnego lub całej jego rodziny, a nawet kara śmierci wykonywana w akcie zemsty przez krewnych pokrzywdzonego.
Inna charakterystyczna cecha prawa romskiego dotyczy sposobu jego stosowania. „Romanipen” zabrania, aby kwestie sporne wynikłe między Romami rozstrzygane były przez nie-Roma (tzw. “gadzia” lub „pajo”). Oznacza to, że każdy Rom szukający rozwiązania swojego problemu, który odwołałby się do organów zwyczajnego wymiaru sprawiedliwości, zostanie odsunięty na margines przez resztę społeczności. Powinien on za to dociekać sprawiedliwości u „kris”, rady romskich sędziów lub u ludzi w podeszłym wieku będących szanowanymi członkami społeczności, którzy wydadzą wyrok „ex aequo et bono”. Żadna ze stron sporu nie ośmieliłaby się zakwestionować wydanej przez nich decyzji.
Z powyższego opisu wynika, że w tym samym miejscu i czasie współwystępują dwa różniące się systemy prawne, które w sposób nieunikniony w pewnych przypadkach się wykluczają. Znaczna część społeczności romskiej nie uznaje ani prawa, ani państwowych organów sprawiedliwości, którym jednak podlega w sposób nieubłagany. Z drugiej strony, z wyjątkiem przypadków rozstrzyganych na drodze arbitrażu, państwa nie nadają szczególnego statusu postanowieniom wydawanym na podstawie romskich obyczajów.
Mimo to, trzeba podkreślić, że „Romanipen” promuje wartości, których w naszym społeczeństwie często brakuje: m.in. solidarność między członkami wspólnoty, szacunek wobec ludzi starszych, prymat wolności nad materializmem oraz wszystko, co się z tymi wartościami wiąże.
Długi spadkowe. Odrzucenie spadku
Ludzka natura ma skłonność do omijania kłopotów. Jest to podobno sposób na zachowanie dobrego stanu psychicznego. Nie dziwi zatem, że staramy się unikać sytuacji, które mogą wiązać się z przykrymi konsekwencjami. Omijanie kłopotów nie zawsze jest jednak najlepszym rozwiązaniem. Czasem konieczne jest stawienie im czoła.
Pani Joanna wróciła w piątek wcześniej z pracy. Zaparzyła herbatę i zapadła się w wygodnym fotelu. Weekend zapowiadał się przyjemnie. Nie myślała kompletnie o niczym delektując się dawno niezaznaną bezczynnością. Spokój przerwał sygnał telefonu. Dzień dobry z tej strony Piotr Kowalski dzwonię z firmy windykacyjnej „Kupię wierzytelność”. Czy rozmawiam z panią Joanną Nowak?...
Smak herbaty w kubku stał się bardziej gorzki.
W 2013 roku zmarł pani Joannie ojciec. Pozostawił po sobie spadek i jak się właśnie okazało dług przewyższający jego wartość. Pani Joanna nie zdawała sobie sprawy z długu i z tego, że obowiązek jego spłaty przejdzie na nią. Tata nie pozostawił po sobie wiele majątku. Nie odbyła się rozprawa i nie dokonywano żadnych czynności przed notariuszem w sprawie spadkobrania.
Pani Joanna była przekonana, że jeżeli nie złożyła oświadczenia przed sądem o przyjęciu spadku, to dług nie będzie jej obciążał. Postępowanie przed sądem wydawało się dla niej kłopotem, który najlepiej ominąć. Czy pani Joanna miała rację? Czy może uniknąć płacenia długu?
Na podstawie art. 1015 k.c. spadkobierca ma sześć miesięcy od dnia, w którym dowiedział się o tytule swego powołania na złożenie oświadczenia o przyjęciu bądź odrzuceniu spadku. Brak złożenia oświadczenia oznacza, że przyjmuje spadek z dobrodziejstwem inwentarza. Przyjęcie spadku z dobrodziejstwem inwentarza rozumie się jako przyjęcie spadku z ograniczeniem odpowiedzialności za długi. Ograniczenie polega na tym, że spadkobierca ponosi odpowiedzialność za długi do wartości ustalonego w wykazie inwentarza albo spisie inwentarza stanu czynnego spadku. Upraszczając, jeżeli pani Joanna przyjmuje spadek po ojcu z dobrodziejstwem inwentarza, którego wartość wynosi 15 000 zł, a do spłaty jest dług w wysokości 40 000 zł, to będzie zobowiązana spłacić jedynie 15 000 zł. Jeżeli pani Joanna w terminie odrzuciłaby spadek, nie byłaby zobowiązana do spłaty nawet 15 000 zł.
Nasuwa się następujące pytanie - dlaczego firma windykacyjna domaga się od pani Joanny spłaty całego długu, skoro pani Joanna nie złożyła żadnego oświadczenia, a więc wydaje się, że przyjęła spadek z dobrodziejstwem inwentarza?
Do 18 października 2015 r. obowiązywała stara wersja przepisów Księgi IV Kodeksu cywilnego. Zgodnie z treścią art. 1015 k.c. przed nowelizacją Kodeksu cywilnego ustawą z dnia 20 marca 2015 r. o zmianie ustawy - Kodeks cywilny oraz niektórych innych ustaw (Dz.U.2015.539) brak złożenia oświadczenia co do spadku w terminie równał się z przyjęciem spadku wprost. To znaczy, że odpowiedzialność za długi rozciąga się na cały majątek spadkobiercy. Pani Joanna nie złożyła oświadczenia w terminie w czasie obowiązywania starej wersji przepisów wymienionej księgi k.c., zatem to do tych przepisów należy się odnosić badając kazus.
Bohaterka artykułu ma do spłacenia dług, który powiększa się z uwagi na odsetki. Czy może coś zrobić by zapobiec obowiązkowi spłaty?
Najlepszym rozwiązaniem jest złożenie oświadczenia o odrzuceniu spadku. Pomimo tego, że minął sześciomiesięczny termin na złożenie takiego oświadczenia, wciąż może tego dokonać. Powinna złożyć „wniosek o uchylenie się od skutków prawnych nie złożenia oświadczenia woli o odrzuceniu spadku”; po przyjęciu wniosku przez sąd złożyć oświadczenie o odrzuceniu spadku. Uchylić się od skutków prawnych nie złożenia oświadczenia woli można opierając się na błędzie, który spowodował brak działania. Pani Joanna nie wiedziała o długu, dlatego nie wpadła na pomysł by spadek odrzucić, bądź przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Zakładając, że dołożyła należytej staranności by ustalić stan majątku spadkowego należy uznać za błąd uzasadnioną nieznajomość przedmiotu.
Po odrzuceniu spadku firma „Kupię wierzytelność” nie będzie już miała podstaw do niepokojenia naszej bohaterki. Rozwiązany problem sprawi, że chwila relaksu przy herbacie będzie dla pani Joanny tak samo przyjemna jak kiedyś.
Pobrexitowy kac – konsekwencje prawne Brexitu dla Polaków, Hiszpanów i Brytyjczyków
23 czerwca byliśmy świadkami jednego z takich wydarzeń historycznych, które mają miejsce raz na wiele dziesięcioleci. Wbrew przewidywaniom obywatele Wielkiej Brytanii opowiedzieli się w referendum za wyjściem z Unii Europejskiej. W ciągu ostatnich tygodni wiele dyskutowało się o powodach takiej decyzji po ponad 40 latach w strukturach zjednoczonej Europy oraz o jej skutkach. Na razie jednak za wcześnie o nich mówić, gdyż zależeć one będą od negocjacji warunków wystąpienia tego kraju z UE.
Już na wstępie należy powiedzieć, że dojdzie do dużych zmian, choćby z uwagi na statystyki: w Wielkiej Brytanii mieszka 850 tysięcy Polaków i 200 tysięcy Hiszpanów, natomiast w Hiszpanii osiedliło się milion Brytyjczyków – w Polsce przebywa ich ok. 5 tysięcy. Świadomi tej sytuacji jesteśmy w stanie – bez zbytniej pochopności – już teraz wymienić kilka praktycznych konsekwencji prawnych Brexitu dla tych społeczności.
Pierwsza i zarazem najbardziej oczywista dotyczy swobody przemieszczania się i pobytu. Kiedy Wielka Brytania wystąpi ze zjednoczonej Europy, przestanie obowiązywać artykuł 21 Traktatu o funkcjonowaniu UE, w związku z czym, jeśli negocjacje nie przyniosą innego rozwiązania, obywatele wspomnianych krajów stracą prawo swobodnego osiedlania się na terytorium brytyjskim. Z tego samego powodu nie będzie im już przysługiwało czynne ani bierne prawo wyborcze – przywilej, jaki gwarantowało ustawodawstwo Wspólnoty.
Ponadto, przestanie obowiązywać swoboda świadczenia usług, co oznacza, że Polacy i Hiszpanie prowadzący działalność na własny rachunek nie będą mieli prawa świadczyć usług w Wielkiej Brytanii, i vice versa. Co więcej, osoby pracujące na Wyspach z pewnością poczują, jak zaostrzają się przepisy regulujące ich działalność. Stanie się tak, gdyż rząd brytyjski nie będzie dłużej zmuszony stosować ujednoliconego systemu prawa pracy, z reguły bardziej sprzyjającego pracownikom.
Po trzecie, brytyjskie spółki handlowe nie będą mogły już swobodnie funkcjonować w Hiszpanii ani w Polsce – i odwrotnie. Wprawdzie nie wiadomo jeszcze, do jakiego stopnia dotychczasowa swoboda zostanie ograniczona, jednak należy spodziewać się większego protekcjonizmu.
Jeśli chodzi o system podatkowy, Wielka Brytania odzyska pełną kontrolę nad podatkiem VAT, wysokością akcyzy czy ceł, co istotnie wpłynie na zmianę w obrocie handlowym. Brexit nie pozostanie bez wpływu również na emerytury. Obecnie ustawodawstwo Wspólnoty pozwala pracownikom z Unii Europejskiej sumować okresy składkowe z różnych krajów członkowskich. Gdy wygaśnie regulująca to dyrektywa, prawa nabyte pracowników zostaną ograniczone, choć można mieć nadzieję, że negocjatorzy wypracują inne rozwiązanie.
Na koniec słowo o funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości. Należy sie spodziewać, że stopień współpracy policyjnej i sądowej się zmniejszy. Na przykład europejski nakaz aresztowania, który usprawnia przekazywanie ściganych władzom krajów członkowskich, przestanie obowiązywać – o ile w toku negocjacji nie zostanie zastąpiony inną instytucją. To samo dotyczy mechanizmów ułatwiających wykonywanie wyroków sądowych w sprawach cywilnych i handlowych między państwami członkowskimi – prawdopodobnie również nie będą miały zastosowania.
Jak widać, chodzi o bardzo istotne zmiany, których znaczenia politycy i głosujący za Brexitem być może nie docenili. Jednak każda zmiana otwiera drzwi nowym możliwościom. Warto więc mieć teraz oczy i uszy szeroko otwarte.
Rozwód przed notariuszem w Hiszpanii.
Drogie czytelniczki z Polski, nadchodzą słoneczne dni. To dobry moment, żebyście zaczęły obmyślać nowy los dla tego zalegającego przed telewizorem osobnika, który – od niechcenia – daje oznaki życia, kiedy Real Madryt zdobywa bramkę. Szanowni rodacy mieszkający w Polsce, wigilie z karpiem w galarecie i gotowaną kapustą już wkrótce mogą stać się jedynie rzewnym wspomnieniem. Aby ułatwić życie zarówno Jej jak i Jemu, niedawno w Hiszpanii weszła w życie ustawa 15/2015 o postępowaniu niespornym, która – obok innych pomniejszych reform – wprowadza po raz pierwszy możliwość uzyskania rozwodu przed notariuszem.
Rozwód przed notariuszem powoduje te same skutki prawne co rozwód przed sądem: rozwiązanie małżeństwa, wygaśnięcie pożycia małżeńskiego, konieczność podziału majątku, etc. Ma również istotne zalety: szybkość postępowania czy możliwość uniknięcia jakiejkolwiek formy kontaktu ze współmałżonkiem, dzięki pełnomocnictwu udzielanego adwokatowi. Jednak nie wszystkie rozwody można przeprowadzać przed notariuszem. Prawo przewiduje taką opcję jedynie w przypadku zgodnego żądania stron. Ponadto kobieta nie może być ciężarna, a małżonkowie nie mogą posiadać dzieci niepełnoletnich lub takich, które jako ubezwłasnowolnione zależne są od rodziców. Na koniec, podobnie jak w przypadku innych sposobów ustania małżeństwa, niezbędne jest, aby od zawarcia związku małżeńskiego minęły trzy miesiące.
Kluczowym elementem rozwodu przed notariuszem jest sporządzenie porozumienia regulującego. Dokument ten zawiera warunki ustalone przez małżonków, którzy chcą się rozwieść. Obowiązkowo muszą się w nim znaleźć postanowienia dotyczące użytkowania lokalu mieszkalnego i przedmiotów rodzinnych, zniesienia małżeńskiego ustroju majątkowego – czyli podziału dóbr wspólnych, jeśli takie występują – i wreszcie, alimentów ustalonych na korzyść małżonka, dla którego rozwód wiąże się z pogorszeniem sytuacji ekonomicznej oraz podstaw ich aktualizacji.
Widoczne jest tu wyraźne dążenie ustawodawcy do zniesienia utrudnień w postępowaniu, które – mimo żartów, jakimi pozwoliliśmy sobie rozpocząć ten artykuł – nigdy nie jest przyjemne. Jednocześnie chodziło o to, by uproszczenia nie prowadziły do nadużyć wobec gorzej sytuowanego małżonka. W tym celu przewidziano podwójny mechanizm. Z jednej strony istnieje obowiązek, aby małżonkom, podobnie jak w postępowaniu przed sądem, towarzyszył adwokat. Z drugiej, notariusz może nie wydać zgody na rozwód, jeśli uzna, że porozumienie poważnie szkodzi jednemu z małżonków lub dobru małoletnich dzieci.
Po rozwiązaniu małżeństwa, trzeba dokonać jeszcze pewnych formalności. Po pierwsze musimy zgłosić rozwód w hiszpańskim urzędzie stanu cywilnego oraz wpisać nowy stan prawny nieruchomości wynikający z postanowień rozwodowych w księdze wieczystej. I wreszcie, w przypadku rozwodów przed notariuszem par polsko-hiszpańskich, konieczne są potwierdzenie aktu notarialnego oraz wpis w Urzędzie Stanu Cywilnego. W przeciwnym razie rozwód uzyskany w Hiszpanii nie będzie miał skutków prawnych w Polsce.
Podsumowując, rozwód przed notariuszem jest dogodnym rozwiązaniem, gdyż postępowanie przebiega szybciej i stanowi mniejsze obciążenie psychiczne dla stron, które większość formalności mogą przekazać swoim pełnomocnikom.
Rozwód notarialny w Hiszpanii.
Rozwód notarialny jest instytucją istniejącą w prawie hiszpańskim od lipca 2015 r., uregulowaną w przepisach hiszpańskiego kodeksu cywilnego (Código Civil) dotyczących separacji i rozwodu (art. 82.1 i art. 87 del CC) oraz w hiszpańskiej ustawie o notariacie (art. 54 de la Ley del Notariado). Ma on na celu uproszczenie i skrócenie czasu oczekiwania na rozwód (ponieważ w tym wypadku nie jest konieczne przeprowadzenie procesu przed sądem, a jedynie zatwierdza go notariusz), a także usprawnienie działania i odciążenie sądów. Rozwód taki możliwy jest jednak tylko w okolicznościach, w których istnieją odpowiednie przesłanki. W pozostałych wypadkach o rozwodzie orzeka sąd.
Przede wszystkim rozwód notarialny dotyczy wyłącznie rozwodu (separacji) de mutuo acuerdo, a więc takiego, w którym małżonkowie są zgodni co do faktu, że chcą się rozwieść oraz są zgodni co do głównych kwestii rozwiązania małżeństwa (należy tutaj zaznaczyć, że w przypadku każdego rozwodu, poza samym aktem rozwiązania małżeństwa, mamy do czynienia również z umową regulującą jego skutki i kwestie z nim związane, takie jak opieka nad dziećmi pozostającymi pod władzą rodzicielską małżonków, czy zniesienie małżeńskiego ustroju majątkowego). Od zawarcia małżeństwa muszą minąć minimum trzy miesiące, a małżonkowie nie mogą mieć małoletnich dzieci, ani dzieci, których zdolność prawna została sądownie ograniczona. Nie chodzi tutaj wyłącznie o dzieci wspólne – niemożliwe jest dokonanie rozwodu notarialnego również wtedy, kiedy dziećmi tymi są dzieci tylko jednego z małżonków, a także kiedy kobieta jest w ciąży, nawet jeśli ojcem nie jest jej małżonek.
Notariuszem, przed którym małżonkowie mogą się rozwieść, jest notariusz właściwy dla ostatniego wspólnego miejsca zamieszkania lub dla zwykłego miejsca zamieszkania jednego z małżonków. Muszą się przed nim stawić oboje (art. 82.1 del CC). Co prawda ustawa nie mówi o tym wprost, ale przyjmuje się, że nie jest konieczne stawiennictwo osobiste – małżonek może być reprezentowany przez pełnomocnika, który jednak nie może działać na podstawie pełnomocnictwa ogólnego, a szczególnego, konkretnie do tej czynności – tak jak w przypadku zawarcia małżeństwa. Wymagane jest natomiast, aby każdy z małżonków stawił się z adwokatem.
Ustawa nie precyzuje, jakie dokumenty należy dostarczyć notariuszowi, dlatego należy wyjść z założenia, że będzie chodzić o te same dokumenty, które potrzebne są do zwykłego rozwodu. Zgodnie z art. 770 hiszpańskiej procedury cywilnej (Ley de Enjuiciamiento Civil), są to:
odpisy aktów urodzenia dzieci (jeśli małżonkowie mają dzieci)
dokumenty, na podstawie których małżonkowie kształtują swoją umowę,
w wypadku ubiegania się o prawa rodzicielskie także dokumenty pozwalające ocenić sytuację ekonomiczną małżonka/małżonków.
Rozwód wywołuje skutki prawne od momentu wyrażenia zgody przez małżonków przed notariuszem, natomiast umowa regulująca kwestie związane z rozwodem, staje się skuteczna dopiero po zatwierdzeniu jej przez notariusza. Notariusz może odmówić zatwierdzenia umowy, jeśli stwierdzi, że jest ona szczególnie niekorzystna lub szkodliwa dla jednego z małżonków lub dzieci. W takim wypadku sprawa dalej będzie toczyć się przed sądem, który to zadecyduje, czy umowa faktycznie jest krzywdząca dla którejś z wymienionych osób.
Modyfikacja umowy regulującej kwestie związane z rozwodem jest możliwa, jednak należy jej dokonać przed tym samym notariuszem, który zatwierdził wcześniej tę umowę. I tym razem konieczna jest obecność adwokata.
Skutki prawne takiego rozwodu są takie same, jak rozwodu, do którego doszło przed sądem.
Nieco inaczej sprawa wygląda, jeśli jeden ze współmałżonków jest Polakiem. Zastosowanie mają wtedy przepisy unijne (Rozporządzenie Rady (WE) nr 2201/2003 dotyczące jurysdykcji oraz uznawania i wykonywania orzeczeń w sprawach małżeńskich oraz w sprawach dotyczących odpowiedzialności rodzicielskiej). Zgodnie z art. 3 ust. 1 a) tego rozporządzenia, w przypadku wspólnego wniosku, jurysdykcję w sprawach orzeczeń dotyczących rozwodu, separacji lub unieważnienia małżeństwa mają sądy państwa, w którym jedno z małżonków ma zwykły pobyt. Art. 21 ust. 1 stanowi natomiast, że orzeczenie wydane w jednym państwie członkowskim jest uznawane w innych państwach członkowskich bez potrzeby przeprowadzania specjalnego postępowania. Rozporządzenie to dotyczy wprawdzie orzeczeń sądowych, jednak ma zastosowanie także do aktów wydanych przez notariusza, która jest osobą mającą równoważne kompetencje w sprawach rozwodowych (w warunkach, w których dopuszczalny jest rozwód notarialny; w przeciwnym wypadku konieczne jest ubieganie się o rozwód sądowy). Jako że skutki prawne rozwodu notarialnego są takie same, jak sądowego, podlega on uznaniu na takich samych zasadach, jak orzeczenie sądowe stwierdzające rozwód.
“Niech każdy pilnuje tego, co ma, i kradnie to, co może – zwykł był mawiać. Była to najbardziej prospołeczna z jego teorii; te inne – aspołeczne – zachowywał dla siebie”.
W ten sposób Pío Baroja opisywał Miguela de Tellagorri, bohatera „Burzliwego żywota Baska Zalcaína”, jednej z najpopularniejszych swoich powieści. Miguel de Tellagorri, jak pisał autor: „w gruncie rzeczy był pasożytem; wesoły i jowialny, dobry kompan i do wypicia, i do zabawy, odznaczał się gwałtownym usposobieniem – strzelić do kogoś czy też podpalić wioskę nie byłoby dla niego specjalnym problemem” (tłum. cyt. Piotr Niklewicz).
Łajdacy naszych czasów – w znacznej większości – mają mniej uroku niż bohater powieści Pío Baroja Tellagorri, jednak wciąż wiernie wcielają w życie niektóre z jego maksym. W swych poczynaniach nie wahają się wykorzystywać dobrodziejstwa technologii. Szczególnie przydaje im się Internet.
W ciągu ostatnich tygodni do naszej kancelarii wpłynęły aż trzy sprawy, o których z uwagi na nowoczesny aspekt i cechy wspólne, warto tutaj wspomnieć. Innymi podobnymi sprawami zajmujemy się już od kilku miesięcy. Ich bohaterami są hiszpańskie firmy zainteresowane nabyciem maszyn budowlanych lub ciężarówek. Oferty zamieścili w sieci polscy sprzedawcy. Mowa tutaj, w każdym przypadku, o autentycznych przedsiębiorstwach prowadzących rzeczywistą działalność.
Poszkodowani skontaktowali się ze sprzedawcami i drogą mailową negocjowali warunki dostarczenia przedmiotu kupna. W tym czasie wysyłano im wszelkie informacje, zdjęcia, a nawet faktury pro-forma. Rozmowy przebiegały bezproblemowo, czasem kończyły się wręcz pierwszymi pomyślnie zakończonymi transakcjami. To wszystko usypiało naturalną czujność kupujących, którzy wyrażali zamiar dokonywania międzynarodowych transakcji opiewających na dziesiątki tysięcy euro za interesujący ich sprzęt.
W pewnym momencie otrzymywali kluczowy e-mail o takiej mniej więcej treści: “jeszcze jedno, bardzo proszę o dokonanie przelewu nie na wskazane wcześniej konto, ale no to drugie. Pierwsze coś mi ostatnio szwankuje”. Niczego nieświadomi wysyłali ustaloną kwotę na nowo wskazane konto i chwilę później kontaktowali się ze sprzedawcą, aby upewnić się, czy pieniądze doszły i omówić sposób doręczenia maszyn. Jednak pieniądze nie docierały. Po dwóch, trzech dniach niepokój kupujących był coraz większy. Zaczynali przekopywać skrzynkę mailową, kiedy sprzedający zaprzeczał, że wysłał wiadomość z prośbą o zmianę konta docelowego. Czyżby sprzedawca ich oszukał? A może ktoś włamał się na pocztę elektroniczną, śledził od początku proces negocjacji i manipulował treść e-maili?
Dochodzenie przeprowadzone dzięki naszym staraniom przez polskie ministerstwo finansów wykazało już element łączący te sprawy. We wszystkich przypadkach konta w polskich bankach, na jakie trafiły „zagubione” pieniądze, należą do rumuńskich obywateli, którzy natychmiast przesłali otrzymane kwoty na inne konta w Rumunii. I tak oto w ciągu nadchodzących miesięcy będziemy mieli okazję wystawić na próbę skuteczność mechanizmów Unii Europejskiej w zakresie współpracy policyjno-prawnej.
Nasza rada dla wszystkich, którzy decydują się na dokonywanie ważnych transakcji przez Internet: najdalej posunięta ostrożność i zawsze, jeśli tylko to możliwe, kontakt osobisty.
Pilnujmy tego, co mamy.
Odszkodowanie wojenne na rzecz Polski.
Zamek Królewski, jedna z głównych atrakcji, jaką Warszawa oferuje odwiedzającym ją turystom, zaskakuje bogactwem zgromadzonej w nim sztuki i ukrytej historii. Jednak tym, co często wzbudza autentyczne zaskoczenie wśród turystów, jest fakt, że w miejscu, gdzie dzisiaj rozpościera się ten spektakularny budynek, 70 lat wcześniej istniały jedynie gruzy. Hitler miał wówczas jasny cel – nie wystarczyło podbić Warszawę, należało zniszczyć jakikolwiek ślad polskiej kultury na terenach, które uważał za kluczowe w swoich dalszych planach ekspansji. Dlatego też wydał konkretne instrukcje przemieniania miasta w jezioro. Instrukcje te zostały wykonane z niemiecką dokładnością: ponad dziesięć tysięcy budynków (tysiąc z nich o znaczeniu historycznym), kilkanaście kościołów, szkół i uczelni wyższych, zostało systematycznie wysadzonych lub spalonych. Ocenia się, że w tamtych czasach ponad milion osób straciło swój dobytek. Prawdę mówiąc, aż strach myśleć, że podobne zniszczenia miały miejsce w innych częściach Polski i Europy. Wysiłek, jaki podjęto, aby to odbudować, jest godny podziwu.
Wspominam o tym, ponieważ w ostatnich tygodniach, w kontekście negocjacji, jakie nowy rząd Grecji prowadzi z tak zwaną “Eurogrupą” (zespołem ministrów gospodarki z krajów strefy euro), kontrowersje, jakie wzbudzają odszkodowania z tytułu szkód spowodowanych przez nacjonalistyczno-socjalistyczny reżim, stały się ponownie aktualne. Przedstawiciele Grecji grożą możliwością ubiegania się o wypłaty z tytułu reparacji wojennych, które w ich ocenie, winni są im Niemcy, a których nigdy im nie wypłacono.
Jak by w rekcji na nadepnięcie im na odcisk, Niemcy odpowiedziały stwierdzeniem, że istnieją „zerowe szanse” na to, aby te odszkodowania zostały wypłacone, i że sprawa ta została definitywnie załatwiona poprzez szereg porozumień z lat 60-tych i 90-tych. Niemniej jednak nie tylko Grecja traktuje temat tych odszkodowań za aktualny. Kilka miesięcy temu Ewa Kopacz poruszyła tę kwestię podczas spotkania z Angelą Merkel, która jak się wydaje, przyjęła pomysł z podobnym entuzjazmem, jaki okazała teraz wobec Greków.
Pewne jest, że kwestia odszkodowań z tytułu szkód poniesionych przez Polskę, które według ostatnich obliczeń mogłyby sięgać 845 mld dolarów (wystarczająca kwota, aby zwerbować 8 tyś. Cristianów Ronaldów), nie pozostała bez omówienia. 23 sierpnia 1953 r. podpisana została „Umowa londyńska w sprawie długów Niemiec”, która oznaczała wówczas prawdziwy bodziec dla odbudowy niemieckiej gospodarki. Za sprawą wspomnianego porozumienia 19 krajów – wśród nich Hiszpania – zgodziło się na zwolnienie Niemiec z 62,5 proc. długu, jaki miały wobec nich. Tego samego dnia polski rząd złożył jednostronne oświadczenie, którego ust.5 ustanawiał: „(...) w celu wkładu w uregulowanie problemu niemieckiego i w uznaniu, iż Niemcy w znacznym stopniu uregulowały swe zobowiązania z tytułu odszkodowań wojennych, rząd polski zrzeka się z dniem 1 stycznia 1954 roku, spłaty odszkodowań wojennych na rzecz Polski.”
Jednostronne deklaracje krajów są źródłem prawa międzynarodowego, a ich obowiązkowe przestrzeganie jest bezdyskusyjne. Mimo to pojawiają się wątpliwości, czy zacytowane zrzeczenie się dotyczyło całych Niemiec czy jedynie istniejącej wówczas NRD. Przywołane oświadczenie zostało bowiem podpisane w kontekście innego instrumentu - porozumienia miedzy ZSRR a NRD z 22 sierpnia 1953 r. - i w ścisłym związku z nim. Jednocześnie pojawiają się wątpliwości dotyczące prawomocności decyzji polskiego rządu znajdującego się wówczas pod bezpośrednim wpływem ZSRR. Kontrowersyjny jest również fakt, że zrzeczenie się długu przez rząd mogłoby zobowiązywać osoby poszkodowane. I na koniec już – również mało konfliktowy charakter ma interpretacja w rozumieniu późniejszych traktatów: „Układu miedzy PRL i RFN o podstawach normalizacji ich wzajemnych stosunków z 7 grudnia 1970 r.”, tak zwanego „Traktatu dwa plus cztery” między dwoma państwami niemieckimi i czterema zwycięskimi mocarstwami w II wojnie światowej czy „Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z 1991 r., na którym opierają się ci, którzy uważają, że długi wygasły.
Pewne jest, że w tej sytuacji, prawdopodobieństwo, że greckie i polskie roszczenia, niezależnie od ich zasadności, wykroczą poza teoretyczna debatę i przyjmą formę realnych wypłat, nie jest zbyt duże. Aktualne Niemcy są wielkim mocarstwem, a jak to często bywa zarówno miedzy narodami, jak i osobami, polityka ogranicza prawo.
Zwrot “déjà vu” (z franc. już widziane) odnosi się do odczucia, że przeżywana w danej chwili sytuacja wydarzyła się już w przyszłości. To niezwykłe i dosyć niepokojące zjawisko, szeroko badane przez psychologów i neurologów z całego świata, okazuje się bardziej powszechne niż mogłoby się wydawać: niektóre z raportów wskazują, że blisko 60 proc. osób doznało go przynajmniej raz w życiu. Z pewnością wspomniany odsetek osób byłby większy, gdyby w takich badaniach próbę stanowili Hiszpanie obserwujący na co dzień polską rzeczywistość. Niejednokrotnie bowiem wydarzenia, które mają miejsce w Polsce wywołują u nas silne odczucie “déjà vu”.
Niedawno czytałem na temat ZAiKS-u, organizacji, która w Polsce zarządza prawami autorskimi twórców. Informacja ta dotyczyła toczącej się kampanii pod hasłem „nie płacę za pałace”, która wyrażała niezadowolenie z powodu zbytniej zachłanności ZAiKS-u przy pobieraniu opłat za prawa autorskie, a także niepokojącego braku przejrzystości procesu zarządzania tymi środkami.
W odniesieniu do ostatniego zarzutu stwierdzono dla przykładu, że ZAiKS wypłaca blisko 500 pracownikom średnie miesięczne wynagrodzenia w wysokości 10 tyś. zł, a marnotrawstwo tej instytucji osiągnęło taką skalę, że część swoich przychodów przeznacza ona na zakup pałaców – i stąd slogan kampanii. Faktem jest, że pomimo zaskakującego podobieństwa – włącznie ze szczegółem w postaci pałaców, wyczyny przypisywane ZAiKS-owi bledną w zestawieniu z osiągnięciami z ostatnich lat naszej SGAE (przyp.tłum. hiszpańska organizacja będąca odpowiednikiem ZAiKS-u). W 2011 r. hiszpański Krajowy Sąd Karny i Administracyjny (hiszp. Audiencia Nacional) rozpoczął prowadzenie sprawy dotyczącej tej organizacji, a pojawiające się od tego momentu skandale jej dotyczące, nie mają końca: wygórowane wynagrodzenia i emerytury dla kadry zarządzającej, luksusowe podróże, biżuteria i usługi seksualne pokrywane z diety, niebotyczne kwoty przekazywane przez organizację jej zarządcom na podstawie fałszywych umów, jawny nepotyzm …Wszystkie te elementy przyczyniły się do tego, że SGAE, zgodnie z przeprowadzoną ankietą, zyskała mało zaszczytny tytuł instytucji najgorzej postrzeganej przez obywateli, a obecnie jest na granicy całkowitego rozwiązania.
Obok rozważań na temat naturalnej tendencji władzy do korupcji czy plagi protekcjonizmu partyjnych systemów politycznych, istnieje konkretny element, wspólny dla postępowania ZAiKS-u i SGAE, wyjaśniający w znacznym stopniu istniejące zjawisko. Chodzi tu o tak zwaną opłatę licencyjną za kopię wykonaną na użytek prywatny, znaną powszechnie jako „podatek od piractwa”. Jest to opłata nakładana na nośniki pamięci (czyste CD, USB, twarde dyski i inne), której pobieranie ma przynajmniej w teorii wynagrodzić artystom i twórcom straty, jakie zakłada prywatne kopiowanie treści. Działanie to, dzięki któremu politycy starali się zmierzyć z wyzwaniem, jakie nowe technologie stanowią dla własności intelektualnej, łamie najbardziej podstawowe zasady prawa, opodatkowując czynności, które mogą, ale nie muszą mieć miejsca. Nikt nie wie, czy dana płyta CD zostanie wykorzystana w celu nagrania ostatniego albumu „Los Planetas” (hiszp. zespół tworzący muzykę o silnych indyjskich wpływach) – nieprawdopodobne, bo kto chciałby tego słuchać – czy w celu zgrania rodzinnych zdjęć z ostatnich wakacji. W każdym razie przyjęcie takiego podatku w konsekwencji sprawiło, że z dnia na dzień obie organizacje podwoiły swoje zyski. Ta nieoczekiwana „manna z nieba” w kontekście struktur pozbawionych odpowiednich systemów kontroli, pociągnęła za sobą opisywane rezultaty.
Opłata licencyjna za kopie wykonywane na użytek prywatny została zniesiona w Hiszpanii na początku 2012 r., w dużej mierze w konsekwencji opisanych skandali. W Polsce wciąż ona obowiązuje. Obecnie dziesiątki oskarżonych osób odpowiedzialnych za zarządzanie SGAE oczekuje w Hiszpanii na wyrok sądu.
Czy wkrótce i w tym temacie odczujemy nowe „déjà vu”?
Relacje między gatunkiem ludzkim a światem zwierząt nigdy nie należały do najłatwiejszych. Na przestrzeni wieków wiele czynników, gospodarczych, filozoficzych, religijnych czy pedagogicznych, wpływało na sposób, w jaki traktowaliśmy pozostałe żywe stworzenia, z którymi dzielimy naszą planetę. Sądów na temat stosunku wobec zwierząt jest tyle, ilu wydających je ludzi: począwszy od tych, którzy uważają, że człowiek może wykorzystywać zwierzęta bez ograniczeń, aż po uznających, że wszelkim istotom żywym zdolnym odczuwać ból należą się te równe prawa.
Mahatmie Gandhiemu, indyjskiemu politykowi i filozofowi, przypisuje się twierdzenie, że “wielkość narodu i jego postęp moralny można poznać po tym, w jaki sposób obchodzi się on ze swymi zwierzętami”. Nie brak danych potwierdzających aktualność wspomnianych słów i w naszych czasach. Na przykład psychologia wykazała, że znęcanie się nad zwierzętami jest bezpośrednio związane z innymi przejawami agresji, takimi jak przemoc mężczyzn wobec kobiet, rodziców wobec dzieci czy niepotrzebne rozwiązania siłowe lub zastraszanie. Inny fakt: w Szwajcarii, Niemczech, Holandii czy Szwecji praktycznie nie występuje zjawisko porzucania zwierząt domowych, podczas gdy w Hiszpanii każdego roku los ten spotyka aż 300 tysięcy psów i kotów. Niech każdy sam wyciągnie z tego wnioski.
Tak czy inaczej, wystarczy rzut oka na nasz Facebook, by zobaczyć, że coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z konieczności ochrony zwierząt. Mimo to ani Hiszpania, ani Polska nie słyną ze zbyt ambitnego prawodawstwa w tej dziedzinie. Podobnie jak i w innych obszarach, istnieje rozbrat między tym, co czuje większość społeczeństwa a działaniami polityków, które nigdy nie są tak zdecydowane, jak wielu by sobie życzyło.
Z drugiej strony, prawdą jest, że w ciągu ostatnich dziesięcioleci wykonano pewne kroki naprzód. Unia Europejska wychodzi z założenia, że zwierzętom należą sie określone prawa. Uregulowała takie kwestie jak hodowla, transport i ubój, skupia się także m. in. na problemie znęcania się nad zwierzętami, eksperymentowania na nich w celach przemysłowych, czy na handlu skórami. W odpowiedzi na tę politykę również w naszych krajach wprowadzono pewne reformy. Polska uchwaliła w 1997 roku ustawę o ochronie zwierząt, która za znęcanie się przewiduje karę grzywny a nawet karę pozbawiania wolności do lat dwóch. Również kodeks karny penalizuje tego rodzaju krzywdzące zachowanie, jeśli zachodzi ono na dużą skalę.
W Hiszpanii sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana, ponieważ ochrona praw zwierząt leży w gestii wspólnot autonomicznych. Stąd też dotyczące jej regulacje znacznie różnią się w zależności od regionu. Katalonia i Aragonia to najbardziej zaangażowane w ochronę zwierząt regiony Hiszpanii. W Katalonii zabronione jest zabijanie zwierząt bezpańskich czy okaleczanie poprzez przycinanie uszu lub ogona ze względów estetycznych, właściwych danej rasie. W Aragonii, natomiast, sankcje za znęcanie się nad zwierzętami sięgają nawet 150 tysięcy euro. Kodeks karny także przewiduje kary do roku więzienia dla sprawców tego typu czynów.
Ostatnimi czasy przedmiotem debat jest wprowadzenie zakazu korridy – tradycji, dla której według badań poparcie systematycznie maleje a która istnieje dzięki finansowaniu publicznemu.
Jednak mimo wspomnianych postępów, obu krajom wciąż daleko to tego, co udało się osiągnąć krajom sąsiednim. Dla przykładu, w 2002 roku wprowadzono zmiany w konstytucji Niemiec, aby w artykule 20 znalazł się zapis o “ochronie naturalnych podstaw życia”, co w praktyce czyni z ochrony praw zwierząt sprawę wagi państwowej.
Podsumowując, przed nami jeszcze wiele do zrobienia.
Juan Antonio Godoy jest adwokatem w kancelarii Varés & Asociados | Abogados en Polonia | Adwokaci w Hiszpanii.
Prawodawstwo dotyczące małżeństw homoseksualnych
Debata dotycząca zalegalizowania małżeństw homoseksualnych nabrała w ostatnich latach priorytetowego znaczenia wśród europejskiego społeczeństwa. Wygląda na to, że Europa stanęła na czele ewolucji wspomnianego zjawiska, jako że dziewięć spośród piętnastu krajów na świecie, w których na dzień dzisiejszy możliwie jest zawarcie małżeństwa przez dwie osoby tej samej płci, znajduje się na naszym kontynencie. Zgodnie z oczekiwaniami dziesiąty europejski kraj, Wielka Brytania, powiększy tę listę w momencie zawarcia tam pierwszego takiego związku w marcu bieżącego roku.
Nie jest to nowy temat. Istnieją dowody na istnienie formalnych związków homoseksualnych wśród starożytnych cywilizacji Mezopotamii, Grecji, Rzymu czy Chin. Wreszcie, już w naszej erze mamy do czynienia z tak ciekawymi instytucjami prawnymi, jak „affrèrement” we Francji czy “Boston Marriage” w Stanach Zjednoczonych, które to nadają bieg związkom cywilnym osób tej samej płci. Niemniej jednak, pomimo swojej długiej historii, niewiele jest tematów, które tak bardzo uwydatniają heterogeniczność kulturową i socjologiczną poszczególnych społeczeństw europejskich. I tak, podczas gdy małżeństwa homoseksualne są stanowczo popierane przez Holendrów (82% zwolenników), Szwedów (71%) czy Belgów (62%), obywatele takich państw jak Portugalia (29%) czy Grecja (15%) są im w większości przeciwni.
Podobnie jak w poprzednio przytoczonych przypadkach, sytuacja w Hiszpanii i Polsce jest zupełnie odmienna w odniesieniu do tego tematu. W Hiszpanii małżeństwa homoseksualne zostały zalegalizowane w 2005 roku, i chociaż ustawa, która na nie zezwalała była przedmiotem skargi konstytucyjnej, Trybunał Konstytucyjny uznał, że zawieranie małżeństw przez osoby tej samej płci nie narusza żadnych z postanowień hiszpańskiej ustawy zasadniczej. Orzeczenie to wydaje się być zbieżne z odczuciami hiszpańskiego społeczeństwa, które w 66% popiera legalizację małżeństw homoseksualnych. Sytuacja ta kontrastuje z przypadkiem Polski, gdzie zwolennicy małżeństw homoseksualnych stanowią zaledwie 15% społeczeństwa, i gdzie parlament, w konsekwencji powyższego, odrzucił możliwość podjęcia prac nad ustawą, która zezwalałaby na takie związki.
Tak się przedstawia sytuacja, a wkraczając w sferę prawa, pojawia się natychmiast wiele pytań. Po pierwsze, czy możliwe jest zawarcie małżeństwa w Hiszpanii przez dwóch polskich obywateli? Odpowiedź powinna być przecząca. Z jednej strony, zgodnie z artykułem 9.1 hiszpańskiego Kodeksu Cywilnego to krajowe przepisy ustawowe, w tym przypadku polskie, regulują kwestię dotyczącą zdolności zawarcia związku małżeńskiego przez podlegające im strony. Z drugiej zaś strony artykuł 1 Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego nie pozostawia wątpliwości co do instytucji małżeństwa, które jest zawsze i wyłącznie związkiem między mężczyzną i kobietą. Co więcej, paragraf 4 wspomnianego artykułu przewiduje sytuację, w której dwóch polskich obywateli może zawrzeć małżeństwo przed polskim konsulem lub osobą pełniącą jego funkcję.
A co stałoby się, gdyby jedna z osób wstępujących w związek małżeński była obywatelem Polski, a druga Hiszpanii? Otóż mielibyśmy do czynienia z ciekawym zjawiskiem: para zawarłaby małżeństwo w Hiszpanii (nie miałby tutaj zastosowania fakt, że polskie prawo nie zezwala na małżeństwa osób tej samej płci), lecz nie zawarłaby go w Polsce. Jasne jest, że sytuacja taka pociąga za sobą szereg niedogodności. Przede wszystkim, można rozumieć, że niezalegalizowanie małżeństwa homoseksualnego narusza postanowienia artykułu l.21 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, łamiąc prawo do swobodnego przemieszczania się. W konsekwencji, w momencie przekroczenia granicy i jednoczesnego „ulotnienia się” małżeństwa, znikłby ustrój majątkowy pary, obowiązek alimentacyjny, posiadane przez nią prawo do łączenia rodzin, etc. Ponadto może to doprowadzić do sytuacji zasługujących na miano romantycznej komedii pomyłek. Na przykład polski małżonek, pozostający jednocześnie w stanie wolnym zgodnie z obowiązującym go prawem, może zawrzeć ponownie związek małżeński w Polsce. Postępując tak złamałby prawo dopuszczając się bigamii w myśl artykułu 217 hiszpańskiego Kodeksu Karnego i w konsekwencji mógłby trafić do więzienia.
Reasumując, mamy tutaj do czynienia z kolejnym dowodem na to, że naukom prawnym daleko jest do ścisłych. W zależności od wybranego sposobu można otrzymać różne rozwiązania w ramach tego samego przypadku. Dlatego też, jeżeli już przyjdzie nam w życiu skonfrontować się z równie złożonymi sytuacjami, zalecane jest zdać się na profesjonalnego i wyspecjalizowanego doradcę prawnego, co pozwoli nam na zwycięskie zakończenie sprawy.
vares wiz.pdf
Jedną z grup zawodowych, która najlepiej radzi sobie ze strasznym okresem, kiedy to trzeba zacząć spłacać wydatki poczynione na święta Bożego Narodzenia (cuesta de enero), to prawnicy rodzinni. Jak wielu z naszych czytelników może odgadnąć, Boże Narodzenie i Nowy Rok są statystycznie najbardziej sprzyjającym rozwodom i rozstaniom okresem. Jest to szczególnie prawdziwe w przypadku „par wysokiego ryzyka”, jak to nazwał pewnien prawnik, czyli małżeństw takich jak hiszpańsko-polskie, które tworzą ludzie różnych narodowości i różnych kultur.
Sprawa znacznie się komplikuje, jeśli ludzie ci mają wspólne dzieci, gdyż nie zawsze jest jasne, który z rodziców po uzyskaniu stanu wolnego będzie je wychowywał. Być może najbardziej problematyczny i frustrujący dla tych, którzy cierpią z powodu rozstania, jest przypadek międzynarodowego uprowadzenia dziecka za granicę.
Uprowadzenie lub porwanie dziecka ma miejsce wtedy, gdy osobnik wywozi nieletniego do innego kraju, naruszając prawo. W praktyce najczęstszym przypadkiem, choć nie jedynym, jest sytuacja, kiedy jeden z rodziców, któremu zostało przyznane prawo do wizyt, wykorzystuje ten moment, aby uprowadzić dziecko i zabrać je do swojej ojczyzny, gdzie będzie próbował uzyskać prawo do opieki nad dzieckiem, zapewniając ochronę prawną porwaniu. Stąd też metoda ta nazywana jest także „legalnym porwaniem” (legal kidnapping).
W ciągu ostatnich lat liczba uprowadzeń dzieci drastycznie wzrosła na całym świecie, a zjawisko w dużej mierze stało się kobiecym problemem, ponieważ ponad 70% porwań dokonywanych jest przez kobiety. Sądząc po liczbie przypadków, które zgłaszane są w naszej kancelarii, także w obszarze polsko-hiszpańskim dostrzegamy podobną ewolucję ilościową. W związku z tym, warto mieć pewne pojęcie o tym, jak prawo odnosi się do tej delikatnej kwestii.
Zarówno Polska jak i Hiszpania są krajami członkowskimi UE, gdzie szczególnie istotne są dwa standardy: Konwencja haska z 1980 roku dotycząca cywilnych aspektów uprowadzenia dziecka za granicę oraz Rozporządzenie 2201/2003 UE dotyczące jurysdykcji oraz uznawania i wykonywania orzeczeń w sprawach małżeńskich.
Z grubsza rzecz biorąc, połączenie obu norm tworzy system, który dąży do zapewnienia powrotu dziecku bezprawnie uprowadzonemu w możliwie najkrótszym czasie. Co więcej, kombinacja ta ogranicza do czterech przypadki, w których sąd państwa, w którym dziecko się zatrzymało, odmawia powrotu: gdy wyrażono zgodę na wyjazd dziecka albo nie sprawowano faktycznej opieki w rodzinnym kraju, gdy dziecko osiągnęło wystarczający wiek i dojrzałość do przeciwstawienia się jego powrotowi do kraju, gdy powrót dziecka będzie naruszał przepisy Praw Człowieka kraju, który będzie sądził (powód, który nie dotyczy Hiszpanii i Polski, które w pełni spełniają swoje obowiązki w tym zakresie) i wreszcie gdy powrót narazi dziecko na urazy fizyczne lub psychiczne, czy też postawi je w sytuacji nie do zniesienia.
Ponadto, przewiduje się okres jednego roku na podjęcie działań mających na celu sprowadzenie dziecka do kraju, ale jeśli okres ten jest dłuższy i okazuje się, że dziecko jest zintegrowane z nowym środowiskiem, sędzia kraju docelowego może również odmówić powrotu.
Dlatego w praktyce, aby wygrać ten rodzaj procesu musimy skupić się na udowodnieniu zbieżności lub jej braku z wymienionymi wyżej okolicznościami, zawsze mając na uwadze dwie rzeczy: iż sędziowie, tak jak arbitrzy w piłce nożnej, często mają tendencję do bycia „domatorami” w swoich decyzjach i że idziemy pod prąd (lub razem z nim): im więcej czasu zajmie proces, jest bardziej prawdopodobne, że dziecko zintegruje się z nowym miejscem.
Na koniec, ważny jest także aspekt karny zjawiska: podczas gdy hiszpański kodeks karny (art. 225 bis) karze uprowadzenia dziecka za granicę pozbawieniem wolności od trzech do czterech lat oraz pozbawieniem władzy rodzicielskiej od siedmiu do dziesięciu lat, w Polsce jest to zachowanie, które jak dotąd, nie jest karane.
W skrócie, jest to bardzo złożona sprawa, w której do trudności nieodłącznie związanych z przypadkami międzynarodowego prawa prywatnego należy dodać wiele czynników nie do końca prawnych, które mogą zadecydować o wyniku sprawy. W związku z tym, możliwość liczenia na gwarancje właściwej pomocy prawnej staje się kwestią kluczową.
Już w czasach starożytnego Rzymu prawnicy mówili, że „powolny wymiar sprawiedliwości, to żaden wymiar sprawiedliwości”. Mimo tego, według jednoznacznych opinii osób, które miały z nim kiedykolwiek bezpośredni kontakt, każda procedura sądowa związana jest z niewyobrażalnie długimi terminami. Możliwe, że mamy tu do czynienie z dwoma głównymi powodami. Z jednej strony są to nikłe zasoby materialne i personalne, jakimi dysponują organy administracji sądowej w wielu krajach, wśród nich w Polsce i Hiszpanii, w obliczu ogromu zlecanej im pracy. Z drugiej zaś strony, sama natura nowoczesnych systemów demokratycznych, takich jak nasze, wymagających w chwili wymierzania sprawiedliwości skrupulatnego poszanowania praw wszystkich stron. To poszanowanie stanowi część zasady zwanej „prawem do skutecznej ochrony sądowej”.
Niemniej jednak, istnieją sytuacje, w których to historyczne uwarunkowania, bardziej, niż poprzednie powody, opóźniają pracę organów wymiaru sprawiedliwości. Tym pewniejsze wydaje się to być, mówiąc o tak skomplikowanej i burzliwej historii, jaką miał goszczący nas kraj.
Zatem ten historyczny czynnik jest często obecny w codziennej pracy kancelarii prawnych działających w Polsce. Dla przykładu, od kilku miesięcy nasza kancelaria ma okazję uczestniczyć w dwóch szczególnie ciekawych sprawach sądowych, na szczęście bliskich zakończenia po kilkudziesięciu latach.
Pierwsza z nich sięga lat pięćdziesiątych poprzedniego wieku. Na ich początku duża niemiecka firma farmaceutyczna wprowadza na rynek lekarstwo o uspokajającym działaniu, łagodzące uczucie nudności w czasie ciąży.
Lek ten trafia pod różnymi nazwami handlowymi do tysięcy kobiet w Europie. Niemniej jednak, niedługo potem, pojawiają się straszne efekty uboczne nieprzewidziane podczas stosowania medykamentu. Wiele dzieci rodzi się z poważnymi wadami. Teraz, ponad pięćdziesiąt lat później, dzieci te nadal procesują się przeciwko firmie farmaceutycznej, od której żądają milionowych odszkodowań. Udało im się już odnieść znaczące sukcesy sądowe. Pomimo to firma farmaceutyczna zwleka z wypłatą odszkodowań, odwołując się zawzięcie od skazujących ją wyroków sądowych. W dalszej części toczącej się sprawy wychodzą na światło dzienne dochodzenia realizowane przez krakowską prokuraturę w czasach powojennych. Stwierdzają one prawdopodobieństwo testowania wspomnianego leku przez pozwaną firmę farmaceutyczną na więźniach obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Analiza tych pokrytych kurzem dokumentów, zalegających na półce któregoś z krakowskich archiwów, może oznaczać nową drogę ustalenia zakresu odpowiedzialności producenta.
Druga ze wspomnianych spraw sięga jeszcze wcześniejszych czasów. Pewna żydowska rodzina mieszkająca na południu Polski posiada liczne nieruchomości. Zostają one skonfiskowane podczas nazistowskiej okupacji. W niedługim czasie rodzina decyduje się opuścić Polskę i osiedlić się w Argentynie, w której zaczyna nowe życie. Po zakończeniu drugiej wojny światowej skonfiskowane nieruchomości przechodzą w ręce polskiego skarbu państwa. Ale zwycięża sprawiedliwość: siedemdziesiąt lat później i po licznych walkach sądowych, potomkowie wspomnianej rodziny otrzymują znaczące odszkodowanie finansowe.
Zatem prawdą jest, że zbyt długie opóźnienia zmniejszają znaczenie zawsze bezcennego aktu przyznawania każdemu tego, co się mu należy. Pewne jest również to, że czasami historia budząca się z kilkudziesięcioletniego snu, stająca się teraźniejszością i ustawiająca rzeczy na swoje miejsca, odbudowuje choć po części naszą poważnie nadszarpniętą wiarę w siłę sprawiedliwości.
Podatki, Polska i Hiszpania.
W Polsce mieszka dużo Hiszpanów, którzy zastanawiają się gdzie powinni zapłacić taksy i podatki, jakie obowiązują ich regulacje oraz w jaki sposób mogą zapłacić mniej.
Niecałe rok temu uwielbiany hiszpański aktor Alfredo Landa powiedział nam: „do zobaczenia”. Dla polskich czytelników, którzy mogą go nie znać, wyjaśniamy, że był fantastycznym interpretatorem ról, który nakręcił ponad 120 filmów i doskonale, jak nikt, wcielił się w prototyp „hiszpańczyka” klasy średniej z lat 60 i 70. Stał się tak popularny, że jego imieniem nazwano prąd kinematograficzny: „landismo”. Były to komedie o dobrych intencjach, zabawne, często niewinne, które eksponowały wiele z utartych stereotypów dotyczących Hiszpanów. Jedną z tych, które osiągnęły największą popularność w latach 60, a która nabrała zupełnie nowego wymiaru w konsekwencji fali emigracji hiszpańskiej w ostatnich latach, nosi tytuł „Vente a Alemania, Pepe”. Opowiadała historię pewnego młodzieńca, pochodzącego z Peralejos de Arriba, miasteczka położonego na pustkowiu, który zdecydował się spakować w kartonową walizkę i wyjechać do pracy do Monachium. Jak mogą Państwo sobie wyobrazić, Pepe, który był dość roztrzepany, po przybyciu przydarzyło się co tylko mogło. Niewątpliwie ci Hiszpanie, którzy obecnie decydują się na przyjazd w celach zarobkowych do Polski lub jakiegokolwiek innego państwa UE, zazwyczaj są poinformowani dużo lepiej niż wspomniany Pepe.
Niemniej jednak, są pewne kwestie – między innymi związane z fiskusem – które zawsze będą wzbudzały wątpliwości: gdzie powinniśmy płacić podatki my, Hiszpanie pracujący w Polsce? Którą z regulacji możemy zastosować? W jaki sposób mogę zapłacić mniejszy podatek? Na te właśnie kwestie postaramy się rzucić nieco światła. Po pierwsze, i pomimo że oba kraje należą do UE, należy zaznaczyć, że prawo europejskie nie mówi nic o sposobie płatności podatków przez obywateli jednego państwa członkowskiego, którzy żyją i pracują w innym. W rzeczywistości ten punkt jest regulowany przez przepisy krajowe oraz umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, które każdy kraj podpisuje z innymi niezależnie.
W naszym wypadku, istnieje umowa hiszpańsko – polska o unikaniu podwójnego opodatkowania datowana na 1982 rok. Punktem wyjścia do dalszych rozważań jest informacja czy nasze miejsce zamieszkania znajduje się na terenie Hiszpanii czy Polski, jako że to określi, które przepisy nas obowiązują. Aby wyjaśnić tę kwestię wspomniana umowa odsyła nas do ustawodawstwa krajowego każdego z ww. państw, które w tej materii są zbieżne. Tak więc, zarówno w artykule 9 Ley del IRPF(Ley del Impuesto sobre la Renta de las Personas Físicas) jak i pkt. 3 jej polskiego odpowiednika UPDOF (Ustawy o Podatku Dochodowym od Osób Fizycznych) określają miejsce zamieszkania do celów podatkowych jako fakt przebywania na terytorium kraju przynajmniej 183 dni w roku podatkowym (liczone od 1 stycznia każdego roku) lub posiadania centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych). Co w wypadku jeśli ktoś mieszka w Polsce ponad 183 dni w roku, ale wciąż posiada w Hiszpanii wspomniane centrum interesów bądź działalność (bądź odwrotnie)? W takim wypadku, zgodnie z art. 4.2 umowy, miejsce zamieszkania do celów podatkowych określane jest przez miejsce stałego pobytu. Jeśli jednak nasz stały pobyt odnosi się do obydwu krajów, wyznacznikiem będzie posiadanie domu, jeżeli natomiast posiadamy domy w obu państwach, lub w żadnym z nich, zostanie zastosowana narodowość. W wypadku gdy miejsce zamieszkania to Hiszpania, niezależnie od tego czy jesteśmy zatrudnieni czy posiadamy własną działalność, powinniśmy płacić podatek od dochodu w Hiszpanii, gdziekolwiek byśmy go nie uzyskali. Proszę jednak zwrócić uwagę: artykuł 7 p) hiszpańskiej Ustawy o Podatku Dochodowym od Osób Fizycznych przewiduje możliwość, po spełnieniu określonych warunków, że dochód rozumiany przez prace faktycznie wykonane za granicą o maksymalnej kwocie 60 100 euro, zostanie zwolniony z podatku. W ten sposób chce się wspomagać migrację pracowników jak również internacjonalizację firm, które w ten sposób mogą znacznie zredukować wynagrodzenie pracowników za granicą.
Podsumowując, akty prawne, które mają zastosowanie w naszym wypadku, i w konsekwencji nasza sytuacja z fiskusem, mogą się znacznie zmienić w zależności od podjętych decyzji. Mamy możliwość szukania najbardziej korzystnego rozwiązania w dowolnym momencie. Dlatego warto zasięgnąć dokładnych informacji, zwracając się do specjalistów jeśli zajdzie taka potrzeba, i uniknąć w ten sposób roztrzepania, które charakteryzowało Pepe podczas podróży do Niemiec.
Wyjeżdżam do Polski. Co zrobić z samochodem?
Kryzys gospodarczy, z którego zaczynamy się powoli otrząsać, miał znaczący wpływ na saldo migracji między Polską i Hiszpanią. Wiadomo, że w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych liczba Polaków próbujących szczęścia w Hiszpanii była znacznie większa od liczby Hiszpanów wystarczająco śmiałych, aby osiedlić się w kraju, który był wówczas wciąż zupełnie nieznany. Jednak tendencja ta odwróciła się i aktualnie tysiące Hiszpanów ulega każdego roku niezliczonym urokom Polski. W konsekwencji tego rosnącego wzajemnego powiązania oraz bliskości geograficznej, bierzemy udział w narodzinach nowej społeczności, złożonej z osób, których życie rodzinne i zawodowe toczy się pomiędzy Polską a Hiszpanią – krajami, w których spędzają długie okresy. Społeczność ta rośnie w liczbę i staje przed wieloma pytaniami związanymi z codziennym życiem. W artykule tym postaramy się naświetlić jeden z najbardziej powszechnych problemów: „Co zrobić ze swoim samochodem?”
W momencie dokonywania wyboru pomiędzy sprowadzeniem samochodu do Polski i jego zarejestrowaniem na miejscu, a pozostawieniem go w Hiszpanii i znalezieniem nowego w kraju docelowym, powinniśmy wziąć pod uwagę „papierkową robotę”, z którą wiąże się pierwsza opcja. Sprowadzenie samochodu stwarza przede wszystkim konieczność wyrejestrowania go w Hiszpanii. W tym celu należy udać się do właściwego oddziału Generalnej Dyrekcji Ruchu Drogowego (z hiszp. DGT) i przedłożyć w nim następujące dokumenty: dowód tożsamości, prawo jazdy właściciela pojazdu lub w przypadku samochodu zarejestrowanego na firmę, dokument upoważniający nas do jej reprezentowania (dokument notarialny lub zaświadczenie dotyczące uprawnień do reprezentowania), a także zaświadczenie o numerze identyfikacji podatkowej. Ponadto będziemy potrzebować dowód rejestracyjny, dowód zaświadczający o przeglądzie technicznym i w końcu zaświadczenie o uiszczeniu podatku drogowego w bieżącym roku. Po dokonaniu opłaty w wysokości 8 euro, DGT wyrejestruje samochód na ternie Hiszpanii.
Po zakończeniu tej procedury mamy do wyboru dwie opcje dotyczące sprowadzenia samochodu do Polski. Pierwsza z nich polega na zleceniu transportu pojazdu do miasta docelowego. Firmy zajmujące się taką działalnością pobierają około 500 euro za jednorazową usługę. Druga opcja to przemierzenie tej samej trasy za kierownicą auta, co biorąc pod uwagę koszty paliwa i opłaty drogowe, sprowadza się mniej więcej do tej samej ceny. Jeżeli postawimy na drugie rozwiązanie, należy odebrać zielone numery rejestracyjne przy okazji wcześniej opisywanej wizyty w DGT. Rejestracja taka umożliwi nam poruszanie się samochodem przez 60 dni pod warunkiem posiadania ważnego przeglądu technicznego oraz ubezpieczenia.
Nasz samochód jest już w Polsce i nadszedł moment zarejestrowania go. Aby tego dokonać należy przede wszystkim posiadać polską kartę czasowego lub stałego pobytu i meldunek. Kiedy spełniamy już ten warunek, powinniśmy udać się do kompetentnego organu, który w Warszawie funkcjonuje pod nazwą ”Wydział Rejestracji Pojazdów i Wydawania Uprawnień”. Tam składamy wypełniony wniosek o rejestrację pojazdu (można pobrać go ze strony internetowej), nasz dokument tożsamości lub paszport, zaświadczenie o zameldowaniu na terenie Polski, dokument poświadczający posiadanie przedmiotowego samochodu (dowód zakupu w postaci faktury lub umowy kupna-sprzedaży, decyzję sądową lub poświadczone oświadczenie), hiszpański dowód rejestracyjny lub jakikolwiek inny dokument zaświadczający, że samochód był wcześniej zarejestrowany w Hiszpanii, zaświadczenie o przeglądzie technicznym wykonanym w Polsce, a także dowód zapłaty podatku VAT (jeśli istnieje taka konieczność) oraz odpowiedniej opłaty rejestracyjnej. Jeżeli przeszliśmy pozytywnie każdy z tych etapów, po około pół godziny zostaną nam odebrane stare numery rejestracyjne i wręczone nowe z literami PL.
Nie jest to jednak koniec naszych zmagań. Przed uruchomieniem pojazdu musimy wykupić ubezpieczenie: obowiązkowe OC i dobrowolne AC. Podsumowując, sprowadzenie samochodu do Polski wiąże się z nie lada wysiłkiem i kosztem. Należy jednak pamiętać, że robiąc taki ruch, jesteśmy zwolnieni z rocznego podatku drogowego w Hiszpanii i zaoszczędzamy na ubezpieczeniu, które w Polsce jest zazwyczaj tańsze. Dlatego też jest to odpowiednie rozwiązanie w przypadku, kiedy zamierzamy spędzić w tym kraju dłuższy czas.
Koncepcja społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw zrodziła się w połowie lat 50 XX w. Od tego czasu była coraz bardziej powszechna, a w końcu stała się głównym elementem zarządzania nowoczesną firmą. Wiele organizacji, wśród nich również jednostki non profit, doszły do wniosku, że przekazywanie społeczeństwu części generowanych zysków ma duże znaczenie i wiąże się z zaletami w kontekście wizerunku firmy, poprawy wewnętrznej kultury firmowej, motywacji do pracy, etc. Dlatego też w ramach zarządzania wdrażają one działania na rzecz poprawy stanu środowiska, równego podziału bogactw oraz prace prospołeczne.
Panuje ogólny pogląd – tylko w części uzasadniony – że taki rodzaj działań zarezerwowany jest wyłącznie dla krajów bogatych oraz dużych korporacji. Prawdą jest, że w czołówce znajdują się kraje nordyckie: Szwecja, Islandia, Dania i Finlandia. Tak wynika z rocznego raportu publikowanego przez organizację non profit „AccountAbility”. Niektóre z potęg gospodarczych pojawiają się w tym rankingu na mniej znaczących miejscach. I tak, dla przykładu, Stany Zjednoczone zajmują 21. miejsce, Korea Południowa 34., a Brazylia 53. W przypadku Hiszpanii i Polski są to odpowiednio miejsca: 19. i 46.
Jeżeli chodzi o przedsiębiorstwa, ciekawe jest to, że pierwsze pozycje zajmują firmy, które tak jak Umicore, Natura czy Statoil nie są rozpoznawalne przez większość społeczeństwa. Niemniej jednak zaraz obok pojawiają się bardziej znane nazwy: Intel (miejsce 14.), Adidas (miejsce 17.), a wśród nich także hiszpańskie: Engas, Inditex czy Acciona, które mieszczą się w pierwszej trzydziestce specjalistycznego rankingu magazynu „Corporate Knights”.
Ale nie trzeba być Nestle czy Simensem, aby wywiązać się z działań na rzecz odpowiedzialności społecznej. Zarówno ustawodawstwo hiszpańskie, jak i polskie przewidują sposoby, które to umożliwiają. Jedną z metod będących w zasięgu małych i średnich przedsiębiorstw prowadzących działalność w Polsce jest tworzenie fundacji. W Polsce funkcjonowanie fundacji reguluje ustawa z 6 kwietnia 1984 r. Przepisy te w mało jasno sposób definiują fundacje jako formy organizacji, których celem jest przekazywanie określonego kapitału na rzecz działań społecznie lub gospodarczo użytecznych.
Aby ustanowić fundację, założyciele zobowiązani są do ustalenia statutów określających jej nazwę, siedzibę, majątek, zakres prowadzonej działalności, a także sposób zarządzania, organizację organów zarządzających oraz zakres ich obowiązków i uprawnień. Niemniej jednak fundacja nie uzyskuje osobowości prawnej w momencie ustanowienia wspomnianych statutów, ale z chwilą wpisania jej do Krajowego Rejestru Sądowego.
W porównaniu z tradycyjnymi spółkami handlowymi, fundacja posiada wiele zalet. Jedną z nich jest to, że w jej przypadku nie obowiązuje minimalny kapitał zakładowy. Nie istnieją też żadne ograniczenia związane z tworzeniem przez nią innych fundacji, co umożliwia powstawanie prawdziwych „drzew” pozwalających na rozwijanie strategii prawnej. Jednocześnie, w porównaniu ze spółkami handlowymi, w fundacji istnieje większa swoboda w określaniu zasad funkcjonowania oraz organów zarządzających. Prawdopodobnie największa zaleta fundacji ma jednak charakter ekonomiczny. Przede wszystkim fundacje mają dostęp do licznych subwencji i mogą ubiegać się o 1% kwot odprowadzanych przez podatników z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych.
Od momentu wejścia w życie ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie z 2004 r., podatnicy mogą przekazać wspomniany procent na rzecz organizacji figurujących na oficjalnej liście prowadzonej przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Wśród zalet na plan pierwszy wysuwa się jednak korzystne rozliczanie podatkowe przychodów przeznaczonych na cele społeczne, a także wynagrodzeń administratorów fundacji. Założenie fundacji oznacza korzyści dla społeczeństwa i wizerunku firmy, a dodatkowo może być okazją do sprawdzenia w praktyce tezy brytyjskiego działacza kolonialnego i polityka Cecila Rhodes’a, który z tak charakterystycznym dla Brytyjczyków pragmatyzmem stwierdził: ”Filantropia sama w sobie jest dobra, ale filantropia plus 5% jest dużo lepsza”.
Utrzymywanie się z wynajmu to sposób na życie, na który, sądząc po statystykach, nie decyduje się zbyt wielu Polaków ani Hiszpanów. Tradycyjnie, oba kraje znajdują się w czołówce rankingów pod względem posiadanej liczby nieruchomości. W obu przypadkach, ponad 80% osób mieszka we własnym domu, w przeciwieństwie do tego, co dzieje się w krajach takich jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania, gdzie odsetek ten jest znacznie mniejszy. Niewątpliwie przyczyniają się do tego czynniki ekonomiczne i regulacyjne, ale także „mentalność właściciela", która łączy Hiszpanów i Polaków, uważających, że płacenie wynajmu to nic innego jak wyrzucanie pieniędzy w błoto.
Niemniej jednak, wynajem może być idealnym rozwiązaniem, kiedy nie mamy wystarczająco dużo środków finansowych na zakup mieszkania, kiedy nie chcemy zaciągnąć kredytu hipotecznego lub gdy naszym zamysłem jest pozostanie w danym kraju przez określony czas, tak jak ma to miejsce w przypadku większości naszych czytelników. Kiedy zdecydujemy się na taką opcję i będziemy chcieli wynająć mieszkanie w Polsce, jest kilka prawnych kwestii, które trzeba mieć na uwadze.
Dzierżawa nieruchomości w Polsce jest regulowana głównie przez dwie normy: Kodeks Cywilny oraz ustawę z dnia 21 czerwca 2001 roku o ochronie lokatorów. Jest ona mniej przychylna lokatorom niż prawo w Hiszpanii.
W praktyce, jeżeli zdecydujemy się na wynajem mieszkania, pierwszym co powinniśmy zrobić to spisać warunki wynajmu w formie dokumentu. Nawet jeśli polski Kodeks Cywilny ustanawia obowiązek podpisania umowy tylko w przypadku wynajmu lokalu na czas dłuższy niż jeden rok.
Jakie informacje powinny być zawarte w takiej umowie? Przede wszystkim, powinny znajdować się w niej dane osób zawierających umowę, wynajmującego oraz dzierżawcy. Umowa powinna jasno określać lokal, o który chodzi i powinien też znaleźć się krótki opis dotyczący jego wyglądu oraz stanu. W umowie nie może zabraknąć kwoty wynajmu. Umowa musi jasno i wyraźnie wskazać osobę, która będzie płaciła rachunki za ogrzewanie, prąd, wodę, telefon czy też Internet. Stosunek wysokości rachunków w Polsce do kwoty wynajmu jest zaskakująco duży. Jeżeli najmujący zażąda kaucji, według prawa nie można ona przekroczyć dwunastokrotności ceny miesięcznego wynajmu, a jej wysokość powinna odpowiadać wartości jedno-, dwu- lub trzymiesięcznego czynszu. To również powinno być zawarte w umowie. Ponadto należy zawrzeć prawa i obowiązki obydwu stron, czas wynajmu lokalu oraz warunki unieważnienia umowy. Dobrym pomysłem jest sporządzenie aneksu, w którym będzie figurować lista przedmiotów i mebli składających się na wyposażenie mieszkania oraz dołączenie ich fotografii i opisu stanu, w jakim się znajdują.
Oprócz tego co będzie zawierała umowa, trzeba wziąć pod uwagę niektóre przepisy Kodeksu Cywilnego, które mają bezpośrednie zastosowanie. Drobne naprawy spowodowane normalnym użytkowaniem należą do obowiązków najemcy, większe zaś, niepowstałe w wyniku niewłaściwego użytkowania, do obowiązków najmującego. Właściciel jest zobowiązany także do usuwania wad, które ograniczają należyte korzystanie z lokalu, na przykład: wilgoć, niezamykające się poprawnie okna, niedziałający sprzęt AGD itp., a które nie były widoczne w momencie wynajęcia mieszkania. Jeżeli naprawa nie nastąpi w odpowiednim czasie, najemca ma prawo do naprawy usterki na własną rękę i odliczenia kosztów takiej naprawy od czynszu lub, jeżeli woli, może odstąpić od umowy bez zachowania ustalonego wcześniej okresu wypowiedzenia najmu.
Najmujący może rozwiązać umowę ze skutkiem natychmiastowym w kilku przypadkach: jeżeli najemca nie przestrzega zasad wspólnoty, wyrządza szkody w lokalu, spowodowane niewłaściwym użytkowaniem, używa lokalu w celach innych niż zawarte w umowie (na przykład, wykorzystuje lokal jako powierzchnię biurową, a nie mieszkaniową), nie płaci czynszu przez dwa miesiące lub podnajmuje lokal albo jego część innym bez zgody najmującego.
Na zakończenieh rzecz bardzo ważna: najemca ma prawo być zameldowanym pod adresem zamieszkania. Zameldowanie jest kluczowe, jeżeli myślimy o zakupie samochodu, założeniu konta bankowego czy telefonu. Jednak w praktyce, wielu najmujących niechętnie rejestruje najemców, ponieważ to ich zmusza do zadeklarowania dochodów uzyskiwanych z najmu oraz zapłacenia podatku za nich. Dlatego też, powinniśmy wiedzieć, że wystarczy pokazać umowę w urzędzie właściwym dzielnicy, aby móc się zameldować bez konieczności zgody lub obecności najmującego.
Krótko mówiąc, wynajem nieruchomości jest transakcją o dużym znaczeniu, warto więc potraktować ją z najwyższą powagą i w razie wątpliwości skorzystać z porady prawnej.