Source: https://oko.press/letowska-to-byla-spoldzielnia-sedziow-skrzyknieto-do-udzielania-poparcia-trzeba-wybrac-nowa-krs/
Timestamp: 2020-04-10 06:57:39+00:00
Document Index: 37716670

Matched Legal Cases: ['Art. 187', 'art. 187', 'art. 10', 'art. 144', 'art. 144', 'Art. 11']

Łętowska: To była "spółdzielnia", sędziów skrzyknięto do udzielania poparcia. Trzeba wybrać nową KRS
Czy sędzia może poprzeć własną kandydaturę do KRS, jak to zrobił Nawacki? Moim zdaniem nie. Przecież na takiej liście kandydat już i tak figuruje, bo wyraził zgodę na kandydowanie. Czyli miałby figurować w dwóch rolach (czynnej i biernej) jednocześnie? A uchybienie dotyczące jednego kandydata powoduje wadliwość całej listy - mówi OKO.press prof. Łętowska
Prof. Ewa Łętowska rozmawia z OKO.press o ujawnionych 14 lutego 2020 listach poparcia sędziów neo-KRS. W przenikliwej analizie mówi m.in.:
o „spółdzielni” sędziów i podpisach in blanco:
Listy poparcia były konstruowane na zasadzie grupy-spółdzielni sędziów zgrupowanych wokół ministerstwa. Krytykuje się (i słusznie) tzw. spółdzielnie, kiedy to grupa autorów-naukowców umawia się co do wzajemnego cytowania, aby polepszyć swoją punktację rankingową. Tu było tak samo. Pojawia się krzyżowe poparcie lub udzielenie zmasowanego poparcia przez sędziów delegowanych do ministerstwa – kilku zwycięskim kandydatom;
Wygląda na to, że sędziów skrzyknięto do udzielania poparcia;
Istnieje fatalna praktyka przygotowywania list in blanco w celu przedstawiania w Sejmie rządowych projektów jako projektów poselskich. Czy w wypadku list do KRS zastosowano podobny proceder? Nie wiadomo, ale to mogłaby wyjaśnić analiza grafologiczna i analiza druku na listach poparcia. Wyglądają one zresztą bardzo niechlujnie;
o podpisach sędziego Nawackiego:
Czy sędzia może poprzeć własną kandydaturę do KRS, jak to zrobił sędzia Nawacki? Moim zdaniem nie. Przecież na takiej liście kandydat już i tak figuruje, bo wyraził zgodę na kandydowanie. Czyli miałby tu figurować w dwóch rolach (czynnej i biernej) jednocześnie?
Podpisy za kandydaturą sędziego Macieja Nawackiego wycofano przed zgłoszeniem listy Marszałkowi Sejmu. Nie dopilnował tego pełnomocnik kandydata, a Marszałek to przemilczał lub zaniedbał sprawdzić. Argument, że poparcia wycofać nie można, nie wytrzymuje krytyki;
Uchybienie dotyczące jednego kandydata powoduje wadliwość całej listy, nie daje możliwości ewentualnego wyboru uzupełniającego;
o uzdrowicielskiej mocy prezydenta:
Lansowana przez otoczenie prezydenta Andrzeja Dudy teoria, że powołanie przez prezydenta sanuje [uzdrawia – red.] wszystkie błędy w procedurze wyboru sędziego, to ujęcie prerogatywy w duchu monarchistyczno-mistycznym. Zastanawiam się, czy to oznacza, że prezydent mógłby też “naprawić” wadliwy proces nominacji profesorskiej albo nadania obywatelstwa?
Przypominamy dwuletnią historię ukrywania list z podpisami
14 lutego 2020 Kancelaria Sejmu ujawniła listy z nazwiskami sędziów, którzy poparli kandydatury sędziów Krajowej Rady Sądownictwa. Przed dwa lata te listy były jednym z najpilniej strzeżonych państwowych sekretów.
Kancelaria Sejmu uporczywie ignorowała wyroki WSA i NSA, które kazały je ujawnić. Do utrzymania tajemnicy zaprzęgnięto Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych oraz Trybunał Konstytucyjny. Surowe represje spotkały olsztyńskiego sędziego Pawła Juszczyszyna, który nakazał Kancelarii Sejmu ujawnienie list.
W styczniu Kancelaria Sejmu podała ogólne dane liczbowe podpisów na listach. Ustawa wymaga, aby sędziego kandydującego do KRS poparło co najmniej 25 sędziów albo 2000 obywateli.
6 lutego „Gazeta Wyborcza” i OKO.press ujawniły listę poparcia sędzi Teresy Kurcyusz-Furmanik. 11 lutego sprzyjający rządowi portal wPolityce.pl opublikował nazwiska wszystkich sędziów, którzy złożyli podpisy na listach, ale bez podania kogo popierali. Prezydent Duda uczynił znaczącą uwagę, że z listami nie wszystko musi być w porządku.
Kluczowym momentem było jednak ujawnienie pełnych list poparcia przez Kancelarię Sejmu. Pozwoliło to na weryfikację, czy każdy z sędziów wybranych do KRS w 2018 roku rzeczywiście dysponował wymaganym poparciem. Przedstawiono skany oryginałów list z podpisami, które pozwalają na wyciąganie dodatkowych wniosków.
OKO.press zwracało uwagę, że sędzia Nawacki przedstawił listę 28 podpisów, w tym własny podpis, ale aż pięcioro sędziów podpisy wycofało. Iustitia uznała, że oznacza to, że „nie ma Krajowej Rady Sądownictwa”.
W innej analizie wskazywaliśmy na znaczący udział w podpisach sędziów delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości (1 stycznia 2019 było ich w resorcie 164) lub w inny sposób związanych z władzą. Wśród 25 podpisów rzecznika KRS Maciej Matery aż 22 złożyli sędziowie delegowani do Warszawy. „Wyborcza” cytowała anonimowego sędziego, który mówił o tym procederze: „Kiedy Piebiak zaproponował mi kandydowanie, byłem zupełnie nieprzygotowany. Powiedziałem, że nie mam podpisów. Wtedy Piebiak stwierdził: »Daj spokój, przelecimy się tu po pokojach i podpisy zaraz będą«”.
Prof. Ewa Łętowska: Należy znowelizować ustawę o KRS i wybrać nową Krajową Radę Sądownictwa, tylko porządnie
Co mówią ujawnione listy poparcia do KRS?
O komentarz poprosiliśmy prof. Ewę Łętowską, pierwszą rzecznik praw obywatelskich (1988–1992), sędzię Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999-2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011), wybitny autorytet prawniczy.
Prof. Ewa Łętowska: Zmiana ustawy o KRS wprowadziła mechanizm, łącznego głosowania całej listy sędziów kandydujących do Rady. Ten mechanizm wprowadzono m.in. dlatego, że stara Rada składała się z osób, które w różnych momentach zaczynały swoją kadencję. Chciano tego teraz uniknąć. Art. 187 ust 3 konstytucji przewiduje, że KRS ma kadencję czteroletnią.
Wystarczy jedno uchybienie i cała lista jest wadliwa
Obecnie wybory przeprowadzono głosując łącznie na całą listę, nie zaś jak to bywało wcześniej przy powoływaniu ciał zbiorowych – głosując oddzielnie (poprzez zaznaczanie poszczególnych pozycji listy) na każdego z 15 powoływanych.
To była konsekwencja przyjęcia założenia dotyczącego łącznej kadencji wybieranych członków KRS. W tej jednak sytuacji,
uchybienie dotyczące jednego kandydata powoduje wadliwość całej listy, a nie daje możliwości ewentualnego wyboru uzupełniającego, skoro kwestionuje się dopuszczalność indywidualnych kadencji poszczególnych członków, a zarazem Konstytucja (art. 187 ust. 3) przewiduje czteroletnią kadencję dla wybranych członków KRS.
Ujawnione listy wskazują, że wycofanie poparcia (i to przed zgłoszeniem listy Marszałkowi Sejmu, co dotyczy sędziego Macieja Nawackiego) spowodowało brak wystarczającej liczby popierających go sędziów. Nie dopilnował tego pełnomocnik kandydata, a Marszałek to przemilczał lub zaniedbał sprawdzić, jakkolwiek informacja o wycofaniu podpisów do Sejmu dotarła.
Argument,iż poparcia wycofać nie można, nie wytrzymuje krytyki.
Anna Wójcik, Piotr Pacewicz, OKO.press: Prosimy o dowód.
Po pierwsze, skutecznie wycofywano poparcie na liście dotyczącej sędziego Mazura, co wynika ze skanów [trzy podpisy zostały zaczernione – red.] z tym, że w tym wypadku głosów poparcia dla tego kandydata i tak wystarczyło. Skoro więc aprobowano wycofanie poparcia na jednych listach i to na nich zaznaczono, upada argument o niedopuszczalności wycofania dotyczącego sędziego Nawackiego.
Po drugie, nietrafny jest argument, że udzielenie poparcia należy traktować jak „wrzucenie głosu do urny”. Tak można byłoby ewentualnie twierdzić, gdyby wycofanie nastąpiło już po przejściu do kolejnych etapów procedury wyłaniania kandydatów w Sejmie. Tymczasem cofnięcie poparcia nastąpiło przed przekazaniem listy Marszałkowi!
Pan sędzia Mazur, a także jego pełnomocnik, byli przekonani, że można wycofać poparcie, czego nie zrobiono w wypadku sędziego Nawackiego.
Moim zdaniem poparcie wycofać faktycznie można, aż do momentu, kiedy lista poparcia przechodzi do drugiego etapu procedury w Sejmie. Czyli przed skierowaniem listy przez Marszałka Sejmu do dalszych etapów formowania ostatecznej listy kandydatów przez kluby poselskie.
Okoliczność, że „brak jest stosownego przepisu o wycofaniu” jest bez znaczenia. Przecież nie ma też nic na temat wycofywania poparcia dla kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a ostatnio wycofano poparcie (i zrobiła to partia dominująca w parlamencie) wobec Roberta Jastrzębskiego i prof. Elżbiety Chojnej-Duch i nikt wtedy za specjalnym przepisem się nie oglądał.
Jakie konsekwencje ma to uchybienie proceduralne?
Uchybienie dotyczące sędziego Nawackiego stawia pod znakiem zapytania prawidłowość wyłonienia przez Sejm całej listy 15 członków KRS pochodzących z wyborów. Ma to poważne konsekwencje.
Umacnia zastrzeżenia co do prawidłowości wyłonienia KRS – a tym samym i dalszych działań podejmowanych z jej udziałem w procedurze awansowej sędziów.
Ponadto podważa pozycję dwóch Izb w SN, które obsadzono nowymi sędziami, w których opiniowaniu KRS brała udział: Izby Dyscyplinarnej i Izby Kontroli i Skargi Nadzwyczajnej.
Prezydent w wersji monarchistyczno-mistycznej. Wszystko może uzdrowić?
Teraz zrozumiałe się staje staranie ustawodawcy (tak zwana ustawa dyscyplinująca z 20 grudnia 2019 roku), aby wprowadzić koncepcję – już zresztą lansowaną wcześniej – że powołanie przez prezydenta sanuje wszystkie błędy w procedurze wyboru sędziego.
I tu znów uwaga ogólna. Prerogatywa prezydencka w polskim systemie konstytucyjnym oznacza, że prezydent wydaje akt bez kontrasygnaty premiera. Natomiast koncepcja lansowana przez otoczenie prezydenta to
odmienne ujęcie prerogatywy, w duchu monarchistyczno-mistycznym: każde oficjalne zetknięcie się prezydenta z jakimkolwiek aktem ma sanować [uzdrawiać, unieważniać naruszenia prawa – red.] wszelkie wady uprzedniej procedury. Zastanawiam się, czy to oznacza, że prezydent mógłby też “naprawić” wadliwy proces nominacji profesorskiej albo nadania obywatelstwa?
To jest rozszerzenie wykładni pojęcia konstytucyjnej prerogatywy po to, aby obchodzić zaniedbania i błędy procedury.
Dodam, że konstytucja wymaga, aby Prezydent mianował sędziego na wniosek KRS. A co jeśli wniosku KRS nie ma, bo uchybiono formalnościom wyboru samej KRS, więc nie mogła ona wyprodukować wniosku?
Nasze analizy ujawnionych list poparcia sędziów nowej KRS wskazują, że tylko niektórych można uznać za reprezentantów środowiska sędziów i to też w ograniczonym stopniu.
Jeżeli zmiana ustawy o KRS i przeprowadzone na jej podstawie wybory do neo-KRS odbywały się pod hasłem zwiększenia jej demokratycznej reprezentatywności, a tak to oficjalnie przedstawiano, to ten akurat cel kompletnie się nie udał.
Spółdzielnia sędziów przytulona do ministerstwa
Co z tego, że ogółem popierających było 370, co zresztą stanowi tylko około 3 procent całej populacji sędziów, jeżeli proponentami nie jest ogół sędziowski, tylko wybrana, specyficzna grupa?
Czyli te 3 procent to nie emanacja całej populacji. Z pozoru osoby, które złożyły podpisy nie mają jakiejś cechy wspólnej. Analiza jednak pokazuje, że wielu z nich jest w jakiś sposób związanych z Ministerstwem Sprawiedliwości: jako sędziowie na delegacji, jako osoby awansowane lub krewni awansowanych.
Listy poparcia były konstruowane na zasadzie grupy-spółdzielni sędziów zgrupowanych wokół ministerstwa, co trudno uznać za demokratyczny postęp wobec słusznie krytykowanej nadreprezentacji sędziów wyższych instancji w wyborach do poprzedniej KRS.
Tyle, że poprzednich wyborów dokonywali sami sędziowie, w ramach zgromadzeń sędziowskich, organizowanych w całym kraju.
Krytykuje się (słusznie) tzw. spółdzielnie, kiedy to grupa autorów-naukowców umawia się co do wzajemnego cytowania, aby polepszyć swoją punktację rankingową.
Tu było tak samo, i to wynika z opublikowanych list, gdzie pojawia się krzyżowe poparcie lub udzielenie zmasowanego poparcia przez sędziów delegowanych kilku zwycięskim kandydatom.
Wygląda na to, że sędziów tu skrzyknięto do udzielania poparcia.
Czyżby listy in blanco? Jak przy projektach poselskich
Niestety w obecnej praktyce parlamentarnej istnieje fatalna praktyka przygotowywania list in blanco w celu przedstawiania w Sejmie rządowych projektów jako projektów poselskich.
Czy w wypadku list poparcia do KRS zastosowano podobny proceder? Tego nie wiadomo, ale to mogłaby wyjaśnić analiza grafologiczna i analiza druku na listach poparcia. Wyglądają one zresztą bardzo niechlujnie.
“Przelecimy się po pokojach i zaraz podpisy będą”, miał ponoć powiedzieć Łukasz Piebiak, wówczas wiceminister w Ministerstwie Sprawiedliwości. “Przelecieć się po pokojach” ministerstwa można równie dobrze z listami in blanco. Zwłaszcza, kiedy w ministerstwie jest wielu sędziów na delegacji.
Według danych z 1 stycznia 2019 sędziów delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości było 164 (podajmy za „Wyborczą”). Co oni właściwie robią?
Instytucji sędziów delegowanych do Ministerstwa nie wprowadzono za rządów obecnej władzy. Istniała od dawna i zawsze budziła poważne wątpliwości co do konstytucyjności takich delegacji. Sędziowie delegowani od czasu do czasu sądzą, ale, generalnie rzecz biorąc, są urzędnikami, biuralistami wysokiego szczebla.
Sędzia jako urzędnik w ministerstwie? To narusza zasadę podziału władz
W normalnych warunkach ich obecność jest, z punktu widzenia ministerstwa, korzystna, ponieważ są to wysoko wykwalifikowani urzędnicy, którzy wnoszą znajomość problematyki orzeczniczej i realiów pracy w sądach. Również z punktu widzenia sędziów, delegacja do ministerstwa może być atrakcyjna.
Sędziowie delegowani zachowują różne przywileje związane z uposażeniem, a jednocześnie mają pracę lżejszą, niż orzekanie.
Niekiedy stosowano to jako rodzaj, powiedzmy, urlopu dla podratowania zdrowia lub przy wypaleniu zawodowym.
Jednak od dawna istniały naprawdę poważne zastrzeżenia, w tym natury konstytucyjnej, czy instytucja sędziego delegowanego jest zgodna z ideą podziału władz w art. 10 konstytucji. Sędzia delegowany jako urzędnik podlega ministrowi. Bywało, że sędziowie pozostawali na delegacji w ministerstwie bardzo długo – teraz wprowadzono ograniczenia czasowe. A jednocześnie mieli mieć przymiot niezawisłości i niezależności wtedy, kiedy orzekali.
Pomiędzy drugą i trzecią władzą powinna być separacja. A sędziowie delegowani raz są urzędnikami podległymi ministrowi, a raz są sędziami, co przeczy tej zasadzie.
Podpisywanie własnej kandydatury
W analizie OKO.press zwróciliśmy uwagę na sędzię Joannę Kołodziej-Michałowicz. Zgłosił ją mąż, Andrzej Michałowicz, prezes SO w Słupsku z nadania Zbigniewa Ziobry. Na jej liście 30 podpisów nie ma ani jednego podpisu ze Słupska, ani nawet z okręgu.
Poparcie przez męża to przykład brzydkiego kumoterstwa. A fakt, że sędzia nie zebrała podpisów ze swojego okręgu pokazuje, że “spółdzielnia” zadziałała znakomicie. I tyle.
A przykład sędziego Macieja Mitery, rzecznika KRS, który na 25 podpisów 22 zebrał od sędziów delegowanych do ministerstwa? Według analizy Iustitii, tylko jeden podpis nie pochodził od sędziów-beneficjentów „dobrej zmiany”.
To kolejny przykład na sprawne działanie spółdzielni.
Czy sędzia może poprzeć własną kandydaturę do KRS, jak to zrobił sędzia Nawacki? Iustitia w swoim podsumowaniu nie zaliczyła tego podpisu.
Moim zdaniem nie. Jest różnica między na przykład głosowaniem na siebie w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich czy jakichkolwiek innych, a występowaniem na listach poparcia jako osoba popierająca wniosek w kwestii wyboru kandydata.
Przecież na takiej liście kandydat już i tak figuruje, bo wyraził zgodę na kandydowanie. Czyli miałby tu figurować w dwóch rolach (czynnej i biernej) jednocześnie?
Przestrzegam przed rozumowaniem przez analogię z wyborami i głosowaniem na siebie. „Popieranie” z natury rzeczy dotyczy nie siebie. A jeśli komuś brakuje wymaganego poparcia i sam wówczas siebie popiera – to kpina z zasad, które powinien szanować jako sędzia. Nie umacnia to zaufania do takiej osoby i jej nieskazitelności.
Trzeba wybrać nową KRS
Co powinno się stać po ujawnieniu nieprawidłowości na listach poparcia niektórych sędziów zasiadających w nowej KRS?
Należy znowelizować ustawę o KRS i wybrać nową Krajową Radę Sądownictwa, tylko porządnie. Inna sprawa, że to nie zniweluje zarzutu politycznego wyłaniania kandydatów.
Władze bronią się, że w wielu demokratycznych krajach (ulubiony przykład PiS – Niemcy) wyborów tego typu dokonują parlamenty.
Tylko że zarzut politycznego wpływu wyłaniania kandydatów do KRS (w tej jej części, która dotyczy 15 sędziów) wcale nie opiera się na tezie, że chodzi tu o ostateczny wybór przez Sejm! Problem w czym innym.
Już nawet abstrahując od wszystkich nieprawidłowości w ostatnich wyborach do KRS (poparcie kandydatów przez „spółdzielnię”, a nie przez reprezentatywną grupę sędziowską) problem leży w zbudowaniu w Sejmie ostatecznej listy głosowanej en bloc. O tym prawie wcale się nie dyskutuje, a tu leży pies pogrzebany.
Listy poparcia – a może być ich bardzo wiele, trafiają poprzez Marszałka Sejmu do klubów poselskich, aby one wskazały listę kandydatów klubowych. Następnie z tych list wyłania się listę ostateczną, zapewniając, aby był na niej co najmniej jeden kandydat wskazany przez każdy klub.
Ta metoda zapewnia większości parlamentarnej nieproporcjonalna przewagę w zgłaszaniu kandydatów w ramach owej 15-ki. Głosowanie plenarne, nawet większością 3/5, już tu niewiele pomaga.
Zapewnia to politykom nieproporcjonalny wpływ na to, kto się znajdzie w KRS. To jest upolitycznienie wyborów do KRS, a nie to, że ostatecznie nad tym kto wejdzie do KRS – głosuje Sejm. Ważne, kto i jak buduje w Sejmie listę do głosowania. W Niemczech wygląda to inaczej.
Co ogłoszenie list oznacza dla decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE? Skoro potwierdza wątpliwości wobec niezależności neo-KRS, czy dodatkowo podważa pozycję Izby Dyscyplinarnej?
Tak, to prawda: ogłoszenie list dodatkowo uzasadnia nie tylko wątpliwości wobec legalności powołania KRS (uchybienia procedury) ale wskazuje na okoliczności uzależnienia jej od władzy wykonawczej (aparat Ministerstwa Sprawiedliwości).
Fakty uzasadniają wątpliwości sformułowane w wyroku TSUE z 19 listopada 2019 roku i zastrzeżenia następnie rozwinięte w wyroku SN z 5 grudnia 2019.
Co się tyczy Izby Dyscyplinarnej, której odmówiono cech sądu, nowe fakty już niewiele wnoszą, poza umocnieniem argumentacji. Jej dyskwalifikacji już dokonano.
Natomiast listy poparcia nakazują postawić pytanie nowe: czy ona w ogóle zaistniała? Czy mogła „produkować” wnioski? Te, które legły u podstaw nominacji? I czy ustawa dyscyplinująca z 20 grudnia 2019, w zamierzeniu sanująca błędy procedury nominacyjnej może sanować tego rodzaju braki?
Sądownictwo, Krajowa Rada Sądownictwa, Maciej Mitera Maciej Nawacki Prof. Ewa Łętowska
Postanowienie TSUE o Izbie Dyscyplinarnej SN w 12 pytaniach i odpowiedziach
Andrzej Maciejewicz 16 lutego 2020
Jak tu nie nazwać PiS organizacją przestępczą?
16 lutego 2020 at 16:07
Przykładowo wyłączna prerogatywa Prezydenta RP (art. 144 Konstytucji), jaką jest m.in. prawo łaski, nie podlega żadnej kontroli, a zarazem sanuje wyrok sądu w tym sensie, że naprawia, np. ze względu na zasadę humanitaryzmu, jego represyjny charakter; bez wnikania już w to, czy kognicja sądu była właściwa czy niewłaściwa. Do takich też prerogatyw (niekonieczna kontrasygnata Prezesa URM) należy też powoływanie sędziów, nadawanie orderów i odznaczeń czy nadawanie obywatelstwa polskiego. Sens wyłącznej prerogatywy jest taki, iż de facto jej dokonanie przez Prezydenta RP sanuje (o ile zachodzi taka konieczność) poprzedzającą procedurę. Jest to właśnie – czy to się komu podoba, czy nie – relikt monarchistyczno-mistyczny. Natomiast mianowanie profesorów – o ile mi wiadomo – nie jest wyłączną prerogatywą w rozumieniu art. 144 ust. 3 Konstytucji RP.
16 lutego 2020 at 16:12
Mateusz Głazowski 16 lutego 2020
Autorowi wyrażenie "sanuje" podoba się bardzo i wokół niego kręci się cała wypowiedź. Radzę spokojnie i ze zrozumieniem przeczytać mądrą, jak zawsze, wypowiedź Pani Profesor i dopiero później zająć się tym uzdrawianiem, naprawianiem.
16 lutego 2020 at 20:48
Fazę nienawiści do sędziów mamy za sobą. Teraz wchodzimy w fazę jej sanowania. Wybory się zbliżają.
16 lutego 2020 at 22:36
Tom Paskuda 16 lutego 2020
Skoro sędzia Maciej Nawacki mógł sam podpisać się na własnej liście podparcia, bo to podobno nie było zabronione, i to jedynie wywołuje dyskusję wśród prawników, to pójdźmy dalej. Sędzia Nawacki powinien sam podpisać się 25 razy na swojej liście, bo to chyba też nie jest zabronione!. Ale byłaby ciekawa dyskusja wśród uczonych prawników!
16 lutego 2020 at 16:14
To akurat jest zakazane, bo ustawa mówi wprost "dwudziestu pięciu sędziów" (Art. 11a.2.2)) którzy zgłaszają. Chociaż wystarczyłoby powiedzieć, że można to rozumieć jako 25 podpisów. Każdy "specjalista" prawa ze stajni PiS to potwierdzi, TK uzna, i nie byłoby problemu. Nie mamy państwa prawa, wszystko jest możliwe.
17 lutego 2020 at 11:19
Ireneusz Marcin 17 lutego 2020
Głos sędziego kandydującego nie jest głosem poparcia. Zasadą jest zebranie głosów poparcia, a nie zebranie podpisów. Podpis jest potwierdzeniem zgody na poparcie. Istotnym jest termin -zebranie.
17 lutego 2020 at 12:28