Source: http://docplayer.pl/1548369-Nr-3-64-maj-czerwiec-2010.html
Timestamp: 2018-05-24 13:03:20+00:00
Document Index: 106922686

Matched Legal Cases: ['art. 237', 'art. 49', 'art. 49', 'art. 198', 'art. 237', 'art. 69', 'de lege lata', 'art. 237']

nr 3 (64) maj/czerwiec PDF
nr 3 (64) maj/czerwiec 2010
Download "nr 3 (64) maj/czerwiec 2010"
1 dwumiesięcznik szczecińskich środowisk prawniczych cena 0,0 PLN ISSN nr 3 (64) maj/czerwiec 2010
3 05 Joanna Agacka-Indecka ( ) - wspomnienie Marek Mikołajczyk, adwokat 06 Nagła i tragiczna lekcja historii Zbigniew Bogucki, Robert Gierszewski, Maciej Krzyżanowski 08 Oswajanie śmierci Prof. nzw. dr hab. Ewa Ryś, Uniwersytet im. A. Mickiewicza w Poznaniu 11 Czas na zmiany, czas na odpoczynek z dziekanem Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie Andrzejem Gozdkiem oraz dziekanem Okręgowej Izby Radców Prawnych w Szczecinie Marianem Falco rozmawia Piotr Dobrołowicz 15 Wybory dr n. med. Ewa Kramarz, specjalista psychiatra, biegła sądowa 17 Doroczny plebiscyt In Gremio rozstrzygnięty Prokurator Ryszard Różycki Człowiekiem Roku 2009 Grzegorz Szacoń, Redakcja In Gremio 18 IX Wieczór z In Gremio Inne narodowości wśród nas obcy czy swoi? Grzegorz Szacoń, Redakcja In Gremio 20 Owoce zatrutego drzewa Jerzy Piosicki, adwokat 22 Rozwód Ministra Sprawiedliwości z Prokuratorem Generalnym Ryszard Różycki, Wiceprezes Zarządu Oddziału Zrzeszenia Prawników Polskich w Szczecinie 24 Kasy fiskalne również dla adwokatów w Niemczech? Rechtsanwalt Andreas Martin 25 Konferencja Stowarzyszenia Archiwistów Instytucji Wymiaru Sprawiedliwości Grzegorz Szacoń, Redakcja In Gremio 25 Archiwista jest urzędnikiem z Prezes Zarządu Stowarzyszenia Archiwistów Instytucji Wymiaru Sprawiedliwości Ewą Seweryn-Dudą rozmawia Grzegorz Szacoń 26 Historyk kontra prawnik - czy istnieje konflikt między ustaleniami historyków a orzeczeniami sądów? z dr. Radosławem Ptaszyńskim z Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego rozmawia Grzegorz Szacoń 28 Forum podsumowuje wyniki zjazdu Iustititii we Wrocławiu Opinie z forum wybrała Edyta Bronowicka - Sędzia Sądu Rejonowego Poznań Stare Miasto w Poznaniu 30 Wiosenne projekty Europejskiego Stowarzyszenia Studentów Prawa ELSA Szczecin Paweł Buda, ELSA Szczecin 32 Akcja polityczno-wyjaśniająca, czyli weryfikacja szczecińskich kadr dziennikarskich w stanie wojennym Paweł Szulc (OBEP IPN w Szczecinie) 34 Przewodniczącemu, na nowej drodze Grzegorz Szacoń, Sędzia Sądu Rejonowego w Łobzie 34 Zachodniopomorskie świadectwa kultury prawnej - kolumna sędziego Berndta Grzegorz Szacoń, Sędzia Sądu Rejonowego w Łobzie Dwumiesięcznik szczecińskich środowisk prawniczych Wydawca: Szczecińska Izba Adwokacka, pl. Batorego 3; Szczecin Redaktor Naczelny: adw. Piotr Dobrołowicz Redaguje: adw. Piotr Dobrołowicz z sędzią Grzegorzem Szaconiem oraz z zespołem Rada Programowa: Zygmunt Chorzępa Prezes Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Szczecinie Marian Falco Dziekan Okręgowej Izby Radców Prawnych w Szczecinie Andrzej Gozdek Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie Tadeusz Haczkiewicz Prezes Sądu Apelacyjnego w Szczecinie Beata Nowakowska Prokurator Apelacyjny w Szczecinie Leszek Pietrakowski Prezes Rady Izby Notarialnej w Szczecinie Jan Woźniak Przewodniczący Izby Komorniczej w Szczecinie tel Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania i adiustacji tekstów Druk: Angraf, ul. Wojska Polskiego 43, Piła tel. (067) ISSN: ; Nakład 2500 egzemplarzy zdjęcie na okładce: Maciej Krzyżanowski
4 4 W cieniu tragedii Każdy z nas pamięta jak niewiarygodna i niewyobrażalna była usłyszana po raz pierwszy informacja o katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Odczucie tragedii potęgowały kolejne wiadomości, dopełniające opis zdarzenia i nieznaną początkowo listę wszystkich pasażerów prezydenckiego Tu Kto śledził w tamten sobotni poranek serwisy informacyjne, mógł odnieść wrażenie, że znani nam ludzie z politycznego i społecznego firmamentu odchodzili jakby kolejno, minuta po minucie, jeden po drugim w ślad za ogłaszanymi, coraz pełniejszymi potwierdzeniami nazwisk uczestników feralnego lotu. Dramat, jego rozmiary, przytłumiły życie polityczne i społeczne kraju, przekierowały na inne tory. Na jak długo? Przynajmniej na kilka dni, bo przyglądając się kolejnym wydarzeniom, związanym chociażby z wyborem miejsca pochówku prezydenckiej pary i jej przebiegiem, przysłuchując się komentarzom, kto i dlaczego nie dotarł na ceremonię pogrzebową, kto kogo i za co powinien przeprosić, w końcu jaką spuściznę pozostawili po sobie uczestnicy lotu do Katynia, stwierdzić można, iż ten okres jest już za nami. Tragedia smoleńska odcisnęła swoje bolesne piętno również w świadomości środowiska prawniczego. Wśród ofiar byli prawnicy. Także bardzo nam bliscy. Adwokatura straciła swoją przywódczynię mecenas Joannę Agacką-Indecką. Podczas 3 lat prezesowania Naczelnej Radzie Adwokackiej pokazała, że można być osobą ciepłą, otwartą na innych, uśmiechniętą, a jednocześnie zawsze gotową do merytorycznej dyskusji, skutecznie i twardo zabiegającą o interesy adwokackiego samorządu. Mieliśmy okazję gościć ją kilkukrotnie w Szczecinie na zgromadzeniu Szczecińskiej Izby Adwokackiej czy choćby podczas jednego z ostatnich Wieczorów z In Gremio. Ci, którzy ją poznali, wiedzą jak wielką stratą dla Adwokatury jest jej odejście. Adwokacki periodyk Palestra stracił swojego redaktora naczelnego. Adwokat Stanisław Mikke był wyjątkowo aktywną osobą jego zaangażowanie w wyjaśnianie i opisywanie szczegółów zbrodni katyńskiej sprzed 70 lat było powszechnie znane. Trudno pogodzić się z tym, że tak, w mgnieniu oka, zakończył swoją pracę. Każdy z nas zachowa w pamięci to wydarzenie. Piotr Dobrołowicz redaktor naczelny In Gremio Uchwała nr 35/2010 z nadzwyczajnego posiedzenia Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie z dnia 12 kwietnia 2010 roku Tragedia Narodowa z dnia 10 kwietnia 2010 roku nie ominęła Adwokatury Polskiej. W Rosji, pod Smoleńskiem, w drodze na uroczystości 70-lecia zbrodni katyńskiej w katastrofie lotniczej stracili życie adwokat Joanna Agacka-Indecka Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, adwokat Stanisław Mikke Redaktor Naczelny miesięcznika Palestra, adwokat Jolanta Szymanek-Deresz Poseł na Sejm RP, adwokat Stanisław Zając Senator RP. Dla Adwokatury Polskiej strata to bolesna i niepowetowana. Mocno przedwcześnie odeszli wybitni przedstawiciele Palestry Polskiej, niekwestionowane autorytety zawodowe, samorządowe i moralne Adwokatury. Uosabiali bowiem najlepsze wzory postaw adwokackich, niezłomnie walczyli o niezależność Adwokatury Polskiej, stając zawsze w obronie praw i wolności obywateli, Orędownicy wielkiego etosu Adwokatury i najznamienitsi jej Reprezentanci. Nie zapomnimy Was. Adwokaci Szczecińskiej Izby Adwokackiej oddając Im hołd, łączą się w bólu z rodzinami tragicznie zmarłych. Kolejny raz pod Smoleńskiem tragicznie zginęli obywatele Rzeczypospolitej. Tym razem jednak nie w boju, jak w czasie oblężenia tego miasta w latach , nie w bitwie, jak w dniach sierpnia 1812 r., w trakcie kampanii napoleońskiej i nie zamordowani, jak polscy oficerowie w kwietniu 1940 r. Zginęli w katastrofie, którą trudno ogarnąć. Lecieli, aby oddać hołd tym, którzy zginęli za Ojczyznę. Dla nas prawników szczególne znaczenie ma śmierć wielu przedstawicieli naszego środowiska, tak czynnych zawodowo, jak i tych, którzy po studiach prawniczych wybrali inną drogę życiową. W katastrofie pod Smoleńskiem zginęli między innymi: Lech Kaczyński Joanna Agacka Indecka Przemysław Gosiewski Sebastian Karpiniuk Mariusz Kazana Janusz Kochanowski Andrzej Kremer Stefan Melak Stanisław Mikke Piotr Nurowski Maciej Płażyński Aleksander Szczygło Jolanta Szymanek Deresz Zbigniew Wassermann Stanisław Zając Wszystkim ich bliskim jak i tym, których dotknęła śmierć pozostałych ofiar katastrofy, składam w imieniu szczecińskiego Oddziału Zrzeszenia Prawników Polskich wyrazy najgłębszego współczucia Radosław Bielecki Prezes Zarządu Oddziału ZPP w Szczecinie
5 Joanna Agacka-Indecka ( ) wspomnienie Jeszcze nie opadł dym i pył po przerażającej katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem, jeszcze nie zwiędły kwiaty z wieńców pogrzebowych, a już wszyscy wiemy, że Adwokatura Polska poniosła ogromną stratę, której wypełnić się nie da. Jak grom dopadła nas wiadomość, że wśród elity patriotycznej udającej się w podróż z Prezydentem na uroczystości upamiętniające 70-lecie zbrodni katyńskiej, wśród ofiar której było również 110 adwokatów polskich udała się Joanna Agacka-Indecka - Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej. Jakże trudno jest ogarnąć pamięć o Niej już tylko wspomnieniem. Jeszcze niedawno gościliśmy Joannę w Szczecinie na VIII Wieczorze z In Gremio, w czasie którego w fantastyczny sposób tłumaczyła na czym polega tożsamość adwokatury, jej niezależność, niezawisłość, jak głęboko sięgają jej korzenie i jaka jest pięknie różniąca się odmienność adwokatury od innych zawodów prawniczych. Dla wszystkich uczestniczących w tym wieczorze, było to niezapomniane przeżycie intelektualne i estetyczne. Kiedy w 2007 roku, na Krajowym Zjeździe Adwokatury w Warszawie powierzaliśmy Joannie funkcję Prezesa Naczelnej Rady Adwokackiej, chyba nikt nie przypuszczał, że wypełnianie przez Nią tego zaszczytnego obowiązku, odciśnie się tak silnie na wizerunku całej Adwokatury. Pamiętam Jej wystąpienie w czasie Krajowego Zjazdu Adwokatury, kiedy o fotel Prezesa rywalizowała z adwokatem Jackiem Trelą. Prowadziłem ten Zjazd i udzielając Jej głosu widziałem, że wygłaszając swoje credo, uczyniła to niezwykle przekonująco, emocjonalnie, żarliwie lecz z właściwymi emocjami i odpowiedzialnością za słowo. Słowa tego dotrzymywała zawsze. To zupełnie niesłychane jak Joanna świetnie funkcjonowała w świecie mężczyzn, gdyż Naczelna Rada Adwokacka jest właśnie przez nich zdominowana. Zdumiewające to o tyle, że była przecież najmłodszym w historii Prezesem Naczelnej Rady Adwokackiej. Ale jej droga zawodowa to nie był przecież przypadek, bo od czasu ukończenia w roku 1988 studiów prawniczych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego, dalsza Jej droga zawodowa, to pasmo ciągłych sukcesów. W latach 1988 do 2001 była asystentem w Katedrze Postępowania Karnego Uniwersytetu Łódzkiego, publikując w tym czasie szereg prac naukowych, a także zamieszczała swoje teksty w Palestrze oraz w Kronice wydawanej przez Izbę Adwokacją w Łodzi. Aplikację adwokacką odbyła w Łodzi i tam w styczniu 1996 r. zdała egzamin adwokacki. W czasie aplikacji pracowała w kancelariach adwokackich w USA i Wielkiej Brytanii, a podczas kolejnego pobytu w Stanach Zjednoczonych pracowała w Biurze Obrońców z Urzędu oraz Instytucie Prawa Karnego Międzynarodowego na Uniwersytecie w Chicago. Jeszcze jako aplikantka była członkiem Komisji Praw Człowieka Naczelnej Rady Adwokackiej. W latach była członkiem Okręgowej Rady Adwokackiej, pełniąc też funkcję Wicedziekana ORA w Łodzi. Joannę poznałem na Krajowym Zjeździe Adwokatury w roku 2004, w czasie którego swoim wystąpieniem, a także sposobem współprowadzenia Krajowego Zjazdu Adwokatury, ujęła wszystkich delegatów. Wtedy to wybrana została członkiem Naczelnej Rady Adwokackiej i w okresie od 2004 do 2007 pełniła funkcję Wiceprezesa Naczelnej Rady Adwokackiej, przewodnicząc jednocześnie Komisji ds. Prac Parlamentarnych przy Naczelnej Radzie Adwokackiej roku wybrana została Prezesem Naczelnej Rady Adwokackiej, a od dnia r. pozostawała w składzie Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego przy Ministerstwie Sprawiedliwości, wielokrotnie reprezentowała adwokaturę przed Trybunałem Konstytucyjnym. Będąc Prezesem zawsze była też adwokatem. Wrażliwa, o niezwykłej umiejętności przekonywania do własnych racji, ale też umiejąca słuchać. Świetnie odnajdująca się w każdym środowisku, niezwykle godnie reprezentowała adwokaturę polską poza naszymi granicami. Świetnie władała językami obcymi, wielokrotnie występowała przed międzynarodowymi trybunałami, w tym i w Strasburgu. Druga kobieta w historii adwokatury Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej po śp. Marii Budzanowskiej, niezwykle charyzmatyczna, potrafiła budować koncepcję bezpiecznego wyprowadzania adwokatury z zakrętów, w których adwokatura znalazła się nie tylko z własnej winy. Jej strata jest raną, która się pewnie nigdy nie zabliźni, gdyż mimo młodych lat, już była autorytetem i będzie dobrym wzorem do naśladowania. Odwaga, otwartość, serdeczność, wdzięk i urok pięknej kobiety, a także mądrość i umiejętność przewodzenia, to wszystkie te dobre i wspaniałe Jej cechy, które imponują i zapadają w pamięć na zawsze. Miałem zaszczyt i ogromną przyjemność znać Joannę. Szkoda, że się nie zobaczymy, szkoda, że nie porozmawiamy. Mocno przedwcześnie odeszłaś. Żal. [ ] Marek Mikołajczyk Adwokat 5
6 Nagła i tragiczna lekcja historii Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana... 6 To miała być taka zwykła, piękna sobota. Z odpoczynkiem po całym tygodniu pracy, dłuższym spaniem, spokojnym śniadaniem i kawą przy porannej prasówce. Dzień, na który się czeka cały tydzień. Tymczasem o poranku trudno było cokolwiek innego robić niż patrzeć z przerażeniem w ekran telewizora i uświadamiać sobie, że na naszych oczach dzieją się rzeczy, których nie wymyślono by w żadnym filmie. W jednej chwili bowiem, w sobotę 10 kwietnia 2010 roku o godzinie 8.56 (a może jednak innej?) prezydencki samolot Tu-154 spadł do katyńskiego lasu pochłaniając wszystkich 96 obecnych na pokładzie na czele z Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Lechem Kaczyńskim. W tym samym miejscu, równo po 70 latach od rozpoczęcia egzekucji polskiej elity z rozkazu Józefa Stalina. To największa tragedia w historii Polski od zakończenia II Wojny Światowej. Największa także na świecie, albowiem nawet podczas wojen nie zdarzało się, aby w jednej katastrofie zginęło tak wiele najważniejszych osób w państwie. Jednego z nas obudził w tą najczarniejszą sobotę Dzwon Zygmunta z wawelskiej Katedry - serca Ojczyzny. Jak wiadomo bije on tylko w chwilach najważniejszych dla naszego narodu. Tym razem obwieszczał, że po raz drugi w historii Polski urzędująca Głowa Państwa odchodzi tragicznie z tego świata. Przed sobotnią żałobną mszą w szczecińskiej Katedrze panowała wewnątrz taka złowroga cisza, że odnosiło się wrażenie, iż to nie koniec tragedii, że coś jeszcze w najbliższej przyszłości może nas złego spotkać. Komuś przypomniały się obrazy z filmów i książek z września 1939 roku, gdy Westerplatte już płonęło, lecz w głębi kraju panował względny spokój. Nie byliśmy w takich odczuciach odosobnieni. Rozdawana potem naprędce gazeta ze zdjęciami ofiar utwierdzała nas, że to wszystko kilkanaście godzin temu musiało się zdarzyć, że jesteśmy świadkami dziejącej się na naszych oczach historii. W ciągu następnych dni z przerażeniem patrzyliśmy w telewizji na przejazd trumny Prezydenta ulicami stolicy w szpalerze tysięcy warszawian, na kolejne transporty trumien ustawiane rzędami na Okęciu w rytmie żałobnych marszy. Czy komuś mogło przyjść do głowy, że żałobna sonata b-moll Fryderyka Chopina w roku poświęconym Jego 200-lecia urodzin będzie tak popularną melodią? Przecież jeszcze tuż przed Wielkanocą bezpośrednią słuchaczką podczas Festiwalu Beethovenowskiego w warszawskiej Filharmonii Narodowej była sama Maria Kaczyńska, która tak kochała muzykę. Każdemu z nas patrząc na zdjęcia pojawiające się na ekranie ściskało się gardło i to niezależnie, czy z daną osobą zgadzaliśmy się z tym, co za życia głosiła czy też nie. Jeszcze dwa miesiące temu Pan Prezydent całował moją rękę, gratulował, uśmiechał się i życzył szczęścia. Dlatego tak mnie to boli zwierzyła się nam na sądowym korytarzu młoda szczecińska sędzia Zofia Zalewska-Przybył, która w lutym odbierała w Pałacu Prezydenckim sędziowską nominację. Decyzję o wyjeździe do stolicy i Krakowa podjęliśmy natychmiastowo. Nie wyobrażaliśmy sobie, że w takich chwilach nie będziemy tam, gdzie cała Polska. Tam, to znaczy w Pałacu Prezydenckim, gdzie w Sali Kolumnowej przez 5 dni setki tysięcy rodaków z całego kraju oddawało hołd prezydenckiej parze. Na Krakowskie Przedmieście dotarliśmy o świcie po 6-godzinnej jeździe samochodem i od razu niebywałe zaskoczenie kolejka, w której oczekiwało się kilkanaście godzin nie istnieje! W pierwszej chwili mieliśmy wrażenie, że to sen, ale okazało się, że o 4.30 w nocy przy jednostopniowym mrozie nagle zrobiło się na dwie godziny pusto. Macie niesamowite szczęście - szepnął nam oficer Biura Ochrony Rządu na dziedzińcu pałacu i zaprosił do środka. Tego co ujrzeliśmy w pierwszej sali na dole nie zapomnimy nigdy dziesięć trumien pracowników prezydenckiej kancelarii oraz kapelana Prezydenta stojących obok siebie. Niby identyczne, proste w formie przedmioty przykryte białoczerwoną flagą, ale przecież kryjące w swoich wnętrzach tragiczną historię z katyńskiego lasu. Z trudem wchodziliśmy po schodach do Sali Kolumnowej tak znanej wszystkim Polakom, a sędziom z otrzymywanych tam nominacji. Tym razem przejmująca cisza ogarniała salę, w której w centralnym miejscu spoczywały dwie trumny z ciałami Prezydenta i jego ukochanej żony, obok wieńce, warty oficerów z wojskowej kompanii honorowej i delegacji z całego kraju. Uklękliśmy, potem staliśmy i pomimo tak rzeczywistego obrazu nie mogliśmy wciąż uwierzyć, że to wszystko jednak naprawdę się stało. Zapłakani pracownicy Pałacu, nieczynne rentgeny do prześwietlania bagaży, zadumani oficerowie BOR-u z jakże innymi twarza- zdjęcia w artykule: Maciej Krzyżanowski
7 mi w chwili totalnej pustki, jaka zapanowała w tym miejscu. Nie byliśmy sobie nawet w stanie wyobrazić jak wygląda teraz gabinet Prezydenta z pozostawionymi dokumentami na biurku, sale na wyższym piętrze wraz z apartamentem, gdzie mieszkał od rozpoczęcia kadencji. A na zewnątrz ogromny dywan uwielbianych przez Marię Kaczyńską tulipanów dopełniał całości tej grozy Jakże przejmujący był widok całego Krakowskiego Przedmieścia, gdzie witryny sklepowe przypominały o ofiarach, gdzie każdy przechodzień nie potrafił nie zatrzymać się choć na chwilę zadumy, gdzie właściwie zamarło życie w tak przecież ruchliwym miejscu stolicy. Zaniemówiliśmy widząc ołtarz na placu Józefa Piłsudskiego ze zdjęciami wszystkich 96 ofiar katastrofy w tym samym miejscu, w którym w czerwcu 1979 roku Jan Paweł II wypowiedział prorocze słowa o odnowieniu oblicza tej ziemi. Jak wzruszająco zabrzmiał łamiący głos prezydenckiego ministra Macieja Łopińskiego przypominającego słowa Prezydenta, że prawda o Katyniu jest fundamentem wolnej Rzeczpospolitej, tak jak katyńskie kłamstwo było fundamentem PRL-u. A później był już Kraków i pożegnanie Prezydenta przez Naród na Rynku Głównym jakże najbardziej polskim placu, który tyle razy był centralnym miejscem polskiej historii. Przy urzekającym pięknie pogrzebowej liturgii pobudzającej do refleksji nad sensem życia i śmierci. Już o wschodzie słońca część Rynku po stronie Wieży Ratuszowej była w znacznej części zajęta przez rodaków ze wszystkich zakątków kraju. Z minuty na minutę tłum rósł, a wraz z nim las biało-czerwonych flag. Trzy godziny przed rozpoczęciem uroczystej mszy pogrzebowej w Bazylice Mariackiej mało kto mógł się już wcisnąć w blisko 50-tysięczną grupę. Wszystkie uliczki odchodzące do Plant, jak nigdy ubarwione narodowymi kolorami, były oblężone, reszta ponad 100 tysięcy uczestniczyła w uroczystościach na krakowskich Błoniach i w sanktuarium w Łagiewnikach. Jeden z nas miał szczęście być tuż przed wejściem do Bazyliki Mariackiej, żegnać odjeżdżającą po mszy królewskim traktem prezydencką parę i widzieć na własne oczy pojawiających się przywódców tego świata, może tylko z żalem, że nie wszystkich Uklęknięcie prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa przed wejściem do bazyliki przed portretem pary prezydenckiej, złożenie przez Niego czerwonych róż, musiało zrobić wrażenie. Ale ile jednak przy tym cisnęło się do głowy różnych myśli Do tej pory ostatni żałobny kondukt w drodze na Wawel z ciałem Marszałka Józefa Piłsudskiego znaliśmy tylko z opowiadań i zdjęć. Teraz patrząc na wojskowe lawety ciągnące trumny pary prezydenckiej na wawelskie wzgórze - miejsce pozostające od wieków symbolem prawdziwej polskości miało się poczucie, że jesteśmy świadkami czegoś niesamowitego tragicznej śmierci przywódcy Narodu i tragicznej śmierci zbiorowej. A to wszystko jest w jakiś sposób ze sobą połączone: miejscem tragedii, czasem i naszą historią. To wszystko powoduje, że na Wawel jako Polacy odprowadziliśmy nie tylko Prezydenta Rzeczpospolitej z żoną, ale pewien symbol naszej polskiej romantycznej legendy. Umieszczona nad sarkofagiem w wawelskiej krypcie tablica z nazwiskami wszystkich ofiar ze Smoleńska i Katynia tylko go dopełni. Czy ta symbolika śmierci nie jest właśnie fundamentem stanowiącym o sile Narodu, który potrafił wielokrotnie przetrwać w najtrudniejszych dla siebie chwilach historii? Jest to zatem naszym zdaniem wartość, którą powinniśmy wbrew wszystkiemu pielęgnować. [ ] Szczecińscy prawnicy: Zbigniew Bogucki Robert Gierszewski Maciej Krzyżanowski [Redakcja dokonała skrótów tekstu] 7
8 Prof. nzw. dr hab. Ewa Ryś, Uniwersytet im. A. Mickiewicza w Poznaniu Oswajanie śmierci 8 Śmierć, jako element życia, w każdych czasach i kulturach wzbudza określone myśli, emocje, postawy, a zatem jest źródłem nadziei, oczekiwań, ale też lęków, obaw, niepokojów, bólów, które przekładają się na konkretne działanie człowieka. 1 Człowiek jest istotą wyposażoną w zdolności do myślenia, zarówno przyczynowego, jak i perspektywicznego, transgresji i transcendencji, umiejętności uczynienia siebie obiektem własnej refleksji. Te właściwości sprawiają, że stara się zrozumieć i wyjaśnić sobie obserwowane (w otoczeniu i w sobie) fakty, zjawiska, procesy. Żyjąc uświadamia sobie m.in. upływ czasu i czasowość swego istnienia. Uświadamia sobie wówczas co może czekać go w czasie życia. Stawia pytania nie tylko jak żyć?, ale też: co później? co dalej? co po śmierci? Skonfrontowanie się z takimi sytuacjami ujawnia nie tylko problematyczność istnienia, ale także odsłania ambiwalencję samej egzystencji. 2 Można przyjąć, że wieloznaczność oceny wiąże się z tym, że z jednej strony człowiek zauważa swoją kruchość, ograniczenie w czasie życia, skazanie na umieranie, a z drugiej, że nie do końca umiera, że jednak nieustannie skazany jest na rozwój, że prawa rządzące materią (np. śmierć) nie działają w sferze duchowej. Kwestia czasu jest niezwykle istotnym punktem odniesienia dla namysłu nad sobą, a zaburzenia w percepcji upływu czasu, np. koncentracja na przeszłości, czy życie chwilą - teraźniejszością, bądź koncentracja na przyszłości, na ogół prowadzą do kryzysów, istnienia pozornego (iluzoryczna egzystencja), patologizacji osobowości, depresji. Pomimo pędu do życia pojawia się niepokój, trwoga, lęk. Jednym z aspektów uświadomienia sobie fenomenu śmierci, jest dostrzeżenie, że jest ona czymś, co w sposób konieczny łączy się z samą egzystencją. Namysł nad śmiercią jest nie tylko rozważaniem o charakterze ogólnym, ale oznacza pojawienie się myśli na temat własnej śmierci. Posiada wymiar obiektywny i intymny. 3 Śmierć, pomimo tego, że jest jedynym pewnym faktem mającym miejsce w życiu człowieka, pozostaje zagadką, wielką niewiadomą, która nie daje się przeniknąć i poznać. M.in. to właśnie tajemniczość śmierci stanowi źródło niepokoju, strachu, czy lęku, które od zawsze stanowiły część doświadczenia życiowego. Świadomość śmierci, jako zjawiska towarzyszącego życiu, wymusza ustosunkowanie się wobec niej, przyjęcie jakiejś postawy, czyli odniesienie się wobec śmierci, zarówno poznawcze i emocjonalne. A że życie nie przebiega w pustce społecznej, ale w rzeczywistości kulturowej, w procesie socjalizacji człowiek zapoznaje się i włącza do swojej świadomości, charakterystyczne dla swoich czasów i przestrzeni, kulturowe ideologie 1 A. Ostrowska, Śmierć w doświadczeniu jednostki i społeczeństwa, Warszawa J. Makselon, Antropologiczne implikacje badań tanatopsychologicznych, Przegląd Psychologiczny 1990, t. XXXIII, nr 1, s J.A. Prokopski, Egzystencja i tragizm. Dialektyka ludzkiej skończoności, Kęty związane ze śmiercią i poddaje je własnej interpretacji. Te kulturowe interpretacje, wyrażane w społecznej wiedzy i symbolach, to propozycje oswajania śmierci, towarzyszących jej myśli i afektów, które na ogół wiążą się z doświadczaniem negatywnych emocji, takich jak smutek, rozpacz, bezradność, rezygnacja, lęk. Wspólną cechą kulturowych odniesień do śmierci jest to, iż śmierć jest zawsze ujmowana jako kryzys jednostki, jej bliskich, czy społeczności, natomiast różnice wiążą się ze specyficznymi dla danej kultury formami reakcji na samą śmierć (np. rytuały pogrzebowe). W drodze analiz można wyróżnić dwa podstawowe modele oswajania śmierci: 1) tradycyjny i 2) współczesny. 4 Model tradycyjny osadzony jest na wierzeniach, które w różnorodny sposób interpretują co będzie po śmierci. Na ogół śmierć nie jest w nich traktowana jako koniec życia, ale jako przejście do innego świata. 5 W buddyzmie i hinduizmie charakterystyczna jest wiara w reinkarnację, czyli ponowne, wielokrotne narodziny i śmierci, aż do osiągnięcia stanu nirwany doskonałości. W taoizmie występuje koncepcja istnienia świata zmarłych i raju nieśmiertelnych na świętej wyspie. W judaizmie i chrześcijaństwie dusza jest nieśmiertelna i po sądzie ostatecznym, jeśli zostanie zbawiona, połączy się z ciałem. Podobnie w islamie przyjmuje się wiarę w potępienie, bądź zbawienie w zależności od tego, czy człowiek za życia stosował się do rytualnych przepisów i arkanów wiary. Charakterystyczną cechą koncepcji śmierci wyprowadzonych z wiary jest to, że jest ona traktowana jako fakt naturalny i oczywisty, który wynika z kolei rzeczy, na ogół też łączona jest z decyzjami sił wyższych, i choć zjawisku temu towarzyszy lęk, to nie ma tu sprzeciwu wobec samej śmierci. 6 Oswojenie śmierci w społecznościach tradycyjnych wiąże się nie tylko z powszechnością symboliki śmierci w życiu codziennym, ale także z oswojeniem realnej śmierci, doświadczaniem jej w obserwacjach w naturalnych warunkach (ludzie na ogół umierają w domach), przeżywanie sytuacji utraty bliskich, uczestniczenie w praktykach społecznych obudowujących śmierć. W ten sposób lęk przed śmiercią jest łagodzony, gdyż przynajmniej częściowo jest zrozumiały. Model współczesny w dużej mierze wiąże się z odejściem od wiary, z laicyzacją kultury, z charakterystycznym dla niej priorytetowym traktowaniem indywidualizmu, młodości i witalności, z konsumpcjonizmem, procesami urbanizacji, czy rozwojem medycyny. Współczesne kanony zagospodarowania terenu wyprowadziły cmentarze poza centra miast, mała, nuklearna rodzina nie stwarza warunków do obserwacji starzenia się i umierania, specjalne instytucje szpitale, hospicja, izolują śmierć ze środowiska rodzinnego, współczesna me- 4 M.R. Hinc, R. Jaworski, Psycholodzy chrześcijańscy wobec problemów człowieka, Płock A. Ostrowska, Śmierć w doświadczeniu jednostki i społeczeństwa, Warszawa 2005, s Tamże, s. 40.
9 fot. Maciej Krzyżanowski dycyna wykorzystując gwałtowny rozwój technik podtrzymujących życie technik resustycyjnych i reanimacyjnych niesie przewartościowanie granic między życiem i śmiercią, tym samym prowadzi do zmiany postrzegania śmierci, jako zjawiska naturalnego i ostatecznego, a nawet niesie nadzieję na możliwości oszukania śmierci. 7 W ten sposób uwaga współczesnego człowieka zostaje odwrócona od śmierci i umierania, wręcz wypierana ze świadomości. Równocześnie sytuacji tej współtowarzyszą zjawiska pozwalające nazwać współczesne czasy cywilizacją śmierci, gdyż śmierć staje się nieustannym elementem codzienności, zwłaszcza za pośrednictwem mediów. To sprawia, że współczesna cywilizacja ma paradoksalny stosunek do życia i śmierci, niemal nie istnieje w niej miejsce dla śmierci naturalnej, traktowanej jako coś wstydliwego, przykrego, bardzo osobistego, za to epatuje śmiercią wiązaną z tragediami, katastrofami. W ten sposób powstaje wypaczony obraz śmierci odrealnionej, znanej z informacji, filmów, czy gier komputerowych, w których śmierć staje się wręcz elementem zabawy. 8 Zobojętnienie wobec tak pojętej śmierci przekłada się na fakt, iż problematyka śmierci staje się tabu współczesnej kultury, czy jak nazywają ja inni nową pornografią jako temat ocenzurowany. 9 Tym samym jednak śmierć przestaje być oswajana, a jako zjawisko nieznane, ukrywane, pejoratywnie napiętnowane, wzbudza coraz większy niepokój, strach, lęk, ucieczkę przed myśleniem o niej. Ucieczka ta jednak niesie z sobą zniekształcanie postrzegania i odniesienia się do samego życia. O powiązaniu śmierci i życia w świadomości ludzkiej świadczą m.in. społeczne reguły zachowania, oddziaływanie na kontrolowanie norm moralnych, prawnych, religijnych (włącznie z karą śmierci), czy wykorzystywanie kategorii śmierci przez moralistów w celu nawoływa- 7 Tamże, s M.R. Hinc, R. Jaworski, Psycholodzy chrześcijańscy wobec problemów człowieka, op.cit. 9 A. Ostrowska, Śmierć w doświadczeniu jednostki i społeczeństwa, op.cit., s. 27. nia do naprawiania błędów ludzkiego postępowania. 10 Ostatecznie śmierć postrzegana jest na ogół jako coś niepożądanego i tworzą się negatywne wzorce śmierci, przyczyniające się do wzrostu natężenia lęku przed śmiercią. Odwołanie się do analiz naukowych pozwala na ukazanie treści lęku przed śmiercią. Wyróżnia się lęk przed: 1) cierpieniem fizycznym (ból związany z procesem umierania, cierpienie, poczucie bezradności i beznadziejności), 2) poniżeniem (towarzyszące umieraniu objawy braku możliwości kontrolowania fizjologicznych procesów, towarzyszące im zażenowanie, wstyd, poczucie poniżenia), 3) zmianami zachodzącymi w ciele (umierający często swym wyglądem przypominają człowieka już nie żyjącego), 4) uzależnieniem od innych (konieczność pomocy innych w wykonywaniu najprostszych czynności, brak możliwości samodzielnego funkcjonowania), 5) konsekwencjami własnej śmierci dla innych (powodowanie bólu u najbliższych), 6) przerwaniem realizacji ważnych zadań życiowych (np. wychowanie dzieci, zakończenie rozpoczętych prac), 7) nieistnieniem (poczucie pustki, brak możliwości wyobrażenia sobie, że życie toczy się dalej, po własnej śmierci), 8) karą za grzech (świadomość, że w życiu popełniało się różne, dalekie od doskonałości czyny i zadawało cierpienie innym). 11 Z kolei analiza sceny cierpienia Chrystusa w Ogrójcu pozwoliła J. Makselonowi na wyróżnienie trzech poziomów lęku tanatycznego: 1) biologiczno - fizjologicznego nie mają tu znaczenia filozofie życiowe; 2) psychicznego, obejmującego takie doznania jak: smutek, rozdrażnienie, zagubienie, depresja przeżywanie tego aspektu lęku zależy od cech profilu osobowości, zwłaszcza od progu wrażliwości; 3) osobowo etycznego, pojawia się wartościowanie lęku przed śmiercią i całego życia różnice w doświadczaniu tego leku zależą od stanowisk etycznych, lęk ten albo uzasadniony jest wyższymi wartościami, bądź ma przyzna- 10 Tamże, s Tamże, s
10 10 wane znaczenie absurdu. 12 W literaturze naukowej istnieje wiele koncepcji interpretujących lęk przed śmiercią. 13 Np. w psychoanalizie Z. Freuda występuje koncepcja instynktu śmierci ujawniającego się pod postacią agresji, destrukcji, jako siły prowadzącej do niszczenia, rozkładu. Instynkt śmierci skierowany na zewnątrz powoduje przeniesienie własnego dążenia do śmierci na innych i przejawia się w nienawiści i agresji, a skierowany do wewnątrz objawia się w dążeniu do samobójstwa. Według Junga lęk przed śmiercią łączy się z archetypem cienia, który powoduje wewnętrzne rozbicie i odrzucenie mądrości. Lęk przed śmiercią jest tu konsekwencją zaburzeń procesów indywidualizacji, który wymaga zgłębienia przez jednostkę problemów życia i śmierci, gdyż tylko w ten sposób można opanować trwogę przed śmiercią. Zdaniem E. Fromma lęk u ludzi nastawionych na mieć nie wiąże się z obawą o utratę życia, ale jest wyrazem strachu przed utratą tego co się posiada, np. własnego ciała, własnej identyczności, zaś u tych, którzy reprezentują orientację na być wiąże się z obawą o godność umierania, z etycznymi korelatami umierania. Według Fromma współczesność powoduje, ze człowiek doświadcza poczucia osamotnienia i zagubienia, utratę poczucia wolności, a to prowadzi właśnie do nasilania się lęku przed śmiercią. Interesujące stanowisko w kwestii lęku przedstawił A. Kępiński, który wyróżnił lęk: 1) biologiczny, 2) społeczny, 3) moralny, 4) dezintegracyjny, które sprowadzają się do lęku przed śmiercią stanowiącego tło życia człowieka. Tempo życia sprzyja zmniejszaniu się odporności na lęki, współczesny człowiek odczuwa szczególnie wzrost lęku przed śmiercią. Lęk przed śmiercią, jako rodzaj lęku egzystencjalnego, wymienia też P. Tillich, uznając go za najbardziej podstawowy, powszechny i nieunikniony. 14 Wiąże się z groźbą zagrożeń dla bycia cielesnego i duchowego, jakie niesie z sobą ryzyko choroby, cierpienia, słabości, wypadków, w zakresie cielesnym i duchowym. Analizowanie zachowań ludzi wobec śmierci stanowi przedmiot licznych badań empirycznych na gruncie nauk społecznych. Uzyskane wyniki, zwłaszcza na polu tanatologii, pozwalają na wskazanie relacji między odniesieniami do śmierci a wybranymi cechami socjodemograficznymi, cechami osobowości, czy typami osobowości. Badania ujawniają m.in.: 1) relacje między chorobą, religijnością, postawami wobec śmierci i lękiem śmiertelnym, tzn. osoby chore terminalnie świadome swojej sytuacji na ogół nie bały się śmierci, osoby wierzące mniej bały się śmierci niż osoby nie mające stanowiska w sprawie wiary (D.K. Smith, A.M. Nehemkis, R.A. Charter); 2) relacje między rodzajami religijności a postawami wobec śmierci, tzn. a) osoby o religijności personalnej, charakteryzującej się osobową relacją człowieka z Bogiem, przepełnioną dialogiem i zro- 12 J. Makselon, Antropologiczne implikacje badań tanatopsychologicznych, Przegląd Psychologiczny 1990, t. XXXIII, nr 1, s A. Ostrowska, Śmierć w doświadczeniu jednostki i społeczeństwa, op.cit., s. 11 i nast.; J. Makselon, Antropologiczne implikacje badań tanatopsychologicznych, op.cit., s P. Tillich, Męstwo bycia, Poznań 1994, s. 48. zumieniem, przyjmującej, że życie ma sens i cel oraz jest wędrówką do innego wymiaru, charakteryzowały się silną, zintegrowaną osobowością, dojrzałością emocjonalną, ufnością i mniejszy poczuciem lęku niż b) osoby o religijności apersonalnej, nie dającej obrazu Boga, w której człowiek jest odizolowany od wartości ostatecznych i towarzyszy mu pustka egzystencjalna (R. Jaworski); 3) lęk przed śmiercią koreluje z jawnym niepokojem oraz niepokojem jako cechą i niepokojem jako stanem (Dickstein); 4) relacje między obrazem siebie a natężeniem lęku przed śmiercią, tzn. niższej samoocenie towarzyszy większy lek przed śmiercią, osoby o wysokim i dobrym samopoczuciu minimalizowały zagrożenie i dolegliwości; oraz relacje miedzy samooceną i poziomem akceptacji oraz poziomem lęku tanatycznego, tzn. wzrostowi samooceny i samoakceptacji towarzyszy spadek lęku wobec śmierci (Davis, Martin, Voorhes); 5) relacje między poczuciem umiejscowienia punktu kontroli działania a lękiem, tzn. poczuciu zewnątrzsterowności towarzyszy wyższy poziom lęku przed śmiercią; 6) relacje między poziomami poczucia sensu życia a lękiem tanatycznym, tzn. osoby o wysokim poziomie poczucia sensu życia miały niski poziom lęku przed śmiercią i dotyczył on lęku przed umieraniem i lęku o żyjących, natomiast osoby o niskim poczuciu sensu życia bardziej lękały się umierania, kontaktu ze zmarłymi i przedwczesnej śmierci; 7) relacje między poczuciem osamotnienia a lękiem przed śmiercią, tzn. wyższy lęk występuje u osób z poczuciem osamotnienia (Makselon); 8) relacje miedzy percepcją czasu a zaniepokojeniem śmiercią, tzn. osoby żyjące czasem przeszłym w większym stopniu niż osoby preferujące teraźniejszość czy przyszłość, bały się śmierci (Makselon); 9) im bardziej spójna wiara w życie pozagrobowe tym mniejszy lęk. 15 Warto zwrócić uwagę na fakt, że lęk przed śmiercią jest zjawiskiem niezwykle złożonym: 1) wielopoziomowym, tzn. występować może na poziomie świadomości, fantazji, podświadomości, oraz 2) wielowymiarowym, może być lękiem przed własną śmiercią, cudzą śmiercią, przed totalną śmiercią. Wyróżnia się następujące rodzaje lęków przed śmiercią: przed umieraniem, przed zmarłym, o zniszczenie ciała, o żyjących, przed nieznanym, przed pozornym zgonem, o wygląd ciała, przed przedwczesną śmiercią. 16 Zjawisku śmierci, jako czemuś przykremu i nieznanemu towarzyszą negatywne myśli i emocje. Dlatego często ludzie traktują śmierć jako wewnętrzny czynnik stanowiący przeszkodę w osiągnięciu szczęścia. 17 Zdaniem filozofa przeszkodą jest naprawdę tylko lęk i niewytrzymałość, gdyż wszystko zależy od tego, jak się ją interpretuje. 18 [ ] 15 M.R. Hinc, R. Jaworski, Psycholodzy chrześcijańscy wobec problemów człowieka, op.cit. 16 J. Makselon, Antropologiczne implikacje badań tanatopsychologicznych, op.cit., s W. Tatarkiewicz, O szczęściu, Warszawa Tamże, s. 262, 271,
11 Czas na zmiany, czas na odpoczynek z dziekanem Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie Andrzejem Gozdkiem oraz dziekanem Okręgowej Izby Radców Prawnych w Szczecinie Marianem Falco rozmawia Piotr Dobrołowicz Piotr Dobrołowicz, In Gremio: Zbliża się koniec drugiej już kadencji dziekańskiej każdego z Panów. Jakie odczucia Panom towarzyszą? Ulga, że meta już blisko czy niezadowolenie, że nie można kontynuować pracy? Marian Falco: Ani jedno, ani drugie. Po prostu to koniec kadencji i trzeba ustąpić miejsca innym. Dwie kadencje wystarczają, aby się wykazać. Teraz czas odpocząć. Andrzej Gozdek: Ja natomiast kończę wykonywanie funkcji dziekana z ulgą, i nie ukrywam tego. Te dwie kadencje były dla mnie bardzo męczące. P.D. Z jakiego powodu? A.G.: Nie było co prawda żadnych spektakularnych okazji do świętowania sukcesów czy przeżywania porażek, tak moich jako dziekana jak i rady przez te dwie kadencje, ale dotychczasowa, bieżąca praca samorządowa oznaczała, w dużej mierze na skutek wejścia w życie nowelizacji ustawy Prawo o adwokaturze, codzienne mierzenie się z lawiną obowiązków stricte technicznych, administracyjnych. To mnie bardzo absorbowało, bardziej niż ta merytoryczna, typowa dla dziekana część pracy. M.F.: Podzielam zdanie mecenasa Gozdka, że przewodzenie w ostatnich dwóch kadencjach naszej radzie było niezwykle trudne. Dobrze pamiętam wcześniejszą pracę w samorządzie. Teraz jest to w dużej mierze rygorystyczne postępowanie administracyjne. Wypełnianie procedur zajmuje dużo czasu. Oczywiście minusem pracy i znacznym jej utrudnieniem jest też, często niesprawiedliwa, nagonka medialna na samorządy prawnicze. Sprostowania, zamieszczane siłą rzeczy po czasie, nic nie dają, bo nikt już tego nie słucha. A niesmak pozostaje. P.D.: Dlaczego Panowie zdecydowali się zostać dziekanami? A.G.: Ponieważ mi to zaproponowali. Propozycję taką miałem już wcześniej, ale ponieważ dziekanem wówczas był mecenas Marek Mikołajczyk, który kończył dopiero pierwszą kadencję, to z niej nie skorzystałem, bo uważałbym to za przejaw braku lojalności i koleżeństwa. Natomiast gdy kończyła się druga kadencja mecenasa Mikołajczyka, znowu poproszono mnie o kandydowanie wtedy na to przystałem. Mówiąc inaczej, vox populi. P.D.: Czyli czynnik zewnętrzny. A wewnętrznego nie było? A.G.: No tak, ja sam również tego chciałem, wcześniej już działałem w radzie adwokackiej. Znałem tę pracę, chciałem temu samorządowi, naszemu środowisku, coś dać od siebie, coś zrobić, a w każdym razie spróbować. Choć zdawałem i zdaję sobie sprawę z tego, że czasami zamiary przerastają możliwości. M.F.: Ja też byłem wcześniej wicedziekanem, i gdy ustępowała koleżanka Agnieszka Dąbrowska, dostałem propozycję, z której skorzystałem. Chciałem, to jest oczywiste. Myślę, że każdemu, kto pracuje już w samorządzie, powinno zależeć na pewnej kontynuacji. Jeżeli zatem pracowałem na stanowisku wicedziekana, to mogłem spróbować pracy na stanowisku dziekana. Jest też oczywiście i drugi element - jest to funkcja niezwykle zaszczytna. Uważam, że reprezentacja naszego środowiska to zaszczyt, byłem z tego powodu dumny. I w związku z tym starałem się robić to najlepiej jak mogłem. P.D.: Jaki jest bilans tych dwóch kadencji? Panowie są zadowoleni z tego, co udało się osiągnąć? Plany zostały zrealizowane? M.F.: W sensie materialnym tak, bo przecież samorząd radcowski to ogromna machina finansowa. Trzeba bardzo rzetelnie tymi pieniędzmi gospodarzyć i to nam się udało. Byłem też aktywny w kwestiach merytorycznych. Opiniowaliśmy chociażby projekty ustaw. Gdy Ministerstwo Sprawiedliwości oczekiwało od nas stanowiska, to je przedstawialiśmy. Inna rzecz, to sku- 11
12 12 tek tych działań. Tutaj nie mamy żadnych sukcesów, zwykle było to robione przez urzędników pro forma, ot tak żeby pokazać ministrowi, że zasięgnęli opinii. A.G.: Ja z kolei nie jestem szczególnie zadowolony z wyników, nie do końca w każdym razie. Faktem jest, że zasadniczy cel, to jest żeby Izba funkcjonowała bez wstrząsów i zawirowań, został osiągnięty. I to mimo perturbacji związanych z kolejnymi nowelizacjami ustawy samorządowej. Uważam że sukcesem, choć nie do końca moim, jest nabycie lokalu przy placu Batorego w Szczecinie. Wykorzystałem moment, żeby nabyć ten lokal na siedzibę Szczecińskiej Izby Adwokackiej i to w dobrym momencie. Poprzednikom to się nie udało, mimo że dużo w tym kierunku zrobili. Skorzystałem z tego, co oni już dosyć mocno mieli zaawansowane. P.D.: A wspomniane niezadowolenie? A.G.: Palącym problemem pozostaje kwestia przyszłości naszego ośrodka wypoczynkowego. Są w Izbie ludzie, którzy by się tego chcieli wyzbyć, są znowu i tacy, którzy Niechorze chcą utrzymać. Jestem zwolennikiem drugiej opcji. Próbowaliśmy na różne sposoby, żeby ośrodek ożywić, rewitalizować - nie udało się. Przynajmniej na razie. Niedosyt pozostawia też szkolenie zawodowe adwokatów w ostatnim czasie było naprawdę kiepsko. Doszedł niedawno obowiązek regularnego szkolenia się, i myślę sobie, że gdyby teraz ktoś chciał sprawdzić u nas stopień jego realizacji, to niewielu członków naszej Izby mogłoby się pochwalić zaliczeniem minimów szkoleniowych. To niedopatrzenie moje i rady. Myślę też, że jest jeszcze dużo do zrobienia na polu postępowań dyscyplinarnych, także w naszej Izbie. To niepopularne co powiem, ale pod koniec kadencji mogę sobie na to pozwolić. Obawiam się, że w postępowaniach dyscyplinarnych, przynajmniej w jakiejś części, widoczne jest lub było kolesiostwo. Nikogo nie oskarżam personalnie, ale widać, że mamy opory, żeby obiektywnie, sprawiedliwie rozstrzygać kwestie niewłaściwych zachowań naszych kolegów i koleżanek. I myślę, że wreszcie trzeba z tym zrobić porządek i to nie tylko dlatego, że są tendencje do przekazania tych spraw sądom powszechnym, tylko po to żeby Izba, czyli adwokaci i aplikanci adwokaccy jako całość, rozwijała się zdrowo. A jak się popatrzy, poczyta o zachowaniach naszych niektórych kolegów, to się włos na głowie jeży. Same postępowania dyscyplinarne trwają bardzo długo, prowadzone są opieszale, a ich rezultaty nie są do końca satysfakcjonujące. M.F.: Odnosząc się do kwestii podniesionych przez mecenasa Gozdka, ja też muszę się pochwalić - oczywiście kapitalnym remontem lokalu przy ulicy Rayskiego i samej klatki schodowej, której teraz nie musimy się wstydzić. Jeśli chodzi o szkolenia, to zrobiliśmy w drugiej części mojej kadencji ogromny postęp. My też musimy przeprowadzić pewną ilość szkoleń, kształcić się. Nasza Rada zrobiła już trzy duże wyjazdowe szkolenia. Co więcej, miesiąc w miesiąc mamy szkolenie w Szczecinie. A w kwestii postępowań dyscyplinarnych? Bolączką jest to, że dosyć długo trwają, z różnych zresztą względów. P.D.: A wspomniane przez dziekana Andrzeja Gozdka kolesiostwo? Czy jest to widoczne u radców? M.F.: Nie, tego nie widzę, szczególnie w tej kadencji. Rada ma bardzo dobrego rzecznika dyscyplinarnego i myślę, ze w tym tkwi sedno sprawy. P.D.: Jakie dostrzegacie Panowie zagrożenia dla samorządów prawniczych w najbliższym czasie? Problemy, z którymi będą się musiały mierzyć nowe rady, nowi dziekani? M.F.: Obawiam się, że najtrudniejsza sytuacja dotyczyć będzie kwestii aplikacji. Jeżeli nie powstanie jakiś konsensus, nie ustali się sensownego modelu aplikacji, który pozwoli dać tym młodym ludziom praktykę, to będzie problem. Nie wystarczą dodatkowe wykłady, choć są one istotne, bo poszerzają wiedzę teoretyczną. Bezwzględnie musi być praktyka, miejsce dla aplikanta w kancelarii, miejsce na ćwiczenia, albo taka ich organizacja, żeby aplikanci mogli te ćwiczenia wykonać. Mamy obecnie 150 osób na pierwszym roku. Dzielimy ich na dwie grupy, i jakoś to idzie, ale trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jest to duża trudność. Wcześniejsze roczniki aplikantów prowadziliśmy dobrze, jestem z nich bardzo dumny. To jednak były zupełnie inne liczby. Jakiś czas byłem w komisjach egzaminacyjnych, wiem, że mieli dużą wiedzę, byłem nią zbudowany. Teraz jestem jednak pełen obaw, bo sam nie wiem, czy można ogarnąć taką ilość aplikantów. W tym dostrzegam największe zagrożenie przed samorządem, żeby sobie poradził z tą liczbą młodych ludzi, którzy chcą być radcami prawnymi. A w dalszej perspektywie, jeżeli tylu ludzi będzie kończyć aplikację, to jak będą wyglądały nasze zawody? Jak oni, w takiej liczbie, znajdą pracę? P.D.: Jak to wygląda w adwokaturze? A.G.: Tak samo jak u radców, w odpowiednich proporcjach oczywiście ich jest po prostu znacznie więcej niż nas. Lawinowy napływ aplikantów adwokackich jest zatrważający. Wątpliwości budzi tok szkolenia. Wykłady dla I roku organizowane są dla 70 osób. Nie wiem czy zda to egzamin. Byłem na nich parę razy,
13 przysłuchiwałem się tym zajęciom, młodzież garnie się do nauki, jest ciekawa naszej profesji. Natomiast czy samorząd sobie z tym poradzi? Jeżeli ta lawina przyjęć nie zostanie mocno ograniczona, to obawiam się, że już w krótkiej perspektywie samorząd adwokacki nie poradzi sobie z procesem szkolenia. Ewentualnie, proces realnego szkolenia stanie się fikcją. I to jest ogromne zagrożenie dla adwokatury, spowodowane, co trzeba podkreślić, wcześniejszą brutalną ingerencją administracji państwowej w funkcjonowanie samorządu. P.D.: Czy połączenie zawodów adwokata i radcy prawnego mogłoby tę sytuację zmienić? A.G.: Oczywiście, że nie. Liczba aplikantów przez to się nie zmniejszy. Co więcej, myślę, że już niedługo zobaczymy, jak nasi koledzy będą stać na rogu ulicy i wręczać przechodniom karteczki z informacją o poradzie prawnej za 10 zł. Ci aplikanci, którzy byli przyjmowani w 2005 roku, jako pierwszy nabór po reformie, już przejrzeli na oczy. Zostali adwokatami i widzą, co się dzieje na rynku pracy. Pracy nie wystarcza dla wszystkich. Zresztą sam to odczuwam. Obroty mojej kancelarii za czasów rozpoczęcia mojego dziekaństwa spadły. Prawdą jest, że zapewne składa się na to wiele czynników. Zwiększenie liczby prawników na rynku, to na pewno, ale także poświęcanie przeze mnie czasu na pracę samorządową. Klienci widzą, że nie ma mnie w kancelarii, tłumaczą sobie to w taki sposób, że pan mecenas nie ma czasu na obsługę klientów. I że trzeba szukać kogoś innego. M.F.: W przypadku aplikantów ważny jest model szkolenia. W moim przekonaniu wariant, żeby państwo prowadziło aplikację, jest zły. To niemożliwe, żeby ten model przyniósł dobre efekty, co poniekąd widać na przykładzie szkoły krakowskiej. Są dwa wyjścia: albo aplikacja będzie prowadzona przez samorządy, wtedy jest najbardziej efektywna, albo zreformuje się szkolnictwo i wprowadzimy specjalistyczne szkolnictwo zawodowe, z koniecznością napisania przez przyszłych zawodowych prawników dużej liczby pozwów, apelacji, odwołań itp. Jeżeli tak by się stało, to będziemy mogli powiedzieć, że aplikacja jest niepotrzebna, a każdy we własnym zakresie zrobi jakąś praktykę u adwokata czy radcy prawnego. P.D.: Panowie są za czy przeciwko połączeniu zawodów? A.G.: Mówiąc żartobliwie, ja jestem połączony z drugim zawodem już od ponad 20 lat moja żona jest radcą prawnym. I co więcej, to funkcjonuje! A poważnie, 13
14 uważam, że model, który do tej pory obowiązuje, jest dobry i nie wymaga zmian. Jestem przeciwny połączeniu zawodów, szczególnie w taki sposób, jaki dotychczas nam proponowano. Łączenie samorządów na siłę nie służy ani nam ani radcom. Myślę, że nie służy też społeczeństwu. Przecież i my i radcowie jesteśmy usługobiorcami, wykonujemy swoją pracę dla społeczeństwa zgodnie z przyznanymi nam uprawnieniami. Dotychczas nie mieliśmy z tym problemów. Za szkodliwe uważam burzenie tego stanu i podsycanie sporów miedzy nami. Znacznie większe znaczenie dla społeczeństwa ma kwestia naboru nowych członków do samorządów prawniczych. Jak już wspomniałem, jeśli będziemy dalej kształcić tysiące prawników w takim tempie, ze słabym przygotowaniem zawodowym, nie wyłączając z tego uczelni, to ci ludzie, nowi prawnicy z tytułami zawodowymi podważą autorytet obydwu zawodów prawniczych. Na ich złych usługach straci też, co oczywiste, zwykły obywatel. M.F.: Zawsze byłem za połączeniem zawodów, i chyba dalej jestem. Mimo wahań, które ostatnio mam, a które biorą się stąd, że bardzo słyszalne są głosy środowiska adwokackiego nieprzychylne połączeniu. Biorąc pod uwagę negatywne stanowisko naczelnych władz adwokatury, należałoby zadać sobie pytanie: po co nam, radcom prawnym to łączenie? I sobie je zadaję razem z koleżankami i kolegami z samorządu radcowskiego. Z drugiej strony myślę, że radcowie i adwokaci mogą dalej funkcjonować tak jak dotychczas, bo to nie wpływa przecież na jakość naszych usług. Dla społeczeństwa jednak obecny stan może nie być wystarczająco zrozumiały. Ludzie powinni dokładnie wiedzieć, gdzie mogą szukać pomocy prawnej, od kogo ją dostaną i jaki ona będzie miała poziom. Jest jeszcze jeden argument przemawiający za połączeniem. Jest to pogłębiająca się integracja z Unią Europejską, warto więc być przygotowanym i mieć jeden silny samorząd, który stanie na wprost samorządu niemieckiego, francuskiego i angielskiego. Zobaczmy, co robią Anglicy i Amerykanie w Europie. Są tak ekspansywni na rynku usług prawnych, że nawet Francuzi, tak przynajmniej mi tłumaczono, by się przed tą ekspansją bronić, zdecydowali o połączeniu obydwu zawodów. M.F.: Nie rozumiem tych zarzutów etycznych. Niby radcowie są mniej etyczni? Całkowicie tego nie rozumiem. Tu nie ma żadnych różnic, i nie może być sporów. Sprawa umów o pracę jest natomiast sztucznie wyolbrzymiona. Czym tak naprawdę różni się umowa o pracę od umowy zlecenia? W przypadku etycznego zachowania radcy prawnego ewentualne wykonywanie zawodu w charakterze pracownika nie niesie żadnych zagrożeń dla jego klientów. Wprost przeciwnie, umiejętny organizator, jakim powinien być każdy prawnik, zawsze może pogodzić obowiązki wynikające z różnych stosunków prawnych, w jakich przyszło mu wykonywać swój zawód. P.D.: A kwestia niezależności od klienta - pracodawcy? M.F.: Identycznie. Czy będąc pracownikiem muszę wykonać każde polecenie? Nie. Dodatkowo nasz kodeks etyki reguluje te kwestie. Co ciekawe, zabezpieczenia należytego wykonywania zawodu są bardziej widoczne i lepiej uregulowane w naszym kodeksie właśnie przy stosunku pracy. Umowę zlecenia generalnie się pomija, nikt o tym nie mówi. Konkludując, uważam, że jest możliwość porozumienia, ale jeżeli nie ma woli ze strony adwokatów, to nie mam nic przeciwko temu, żeby samorządy dalej działały odrębnie. P.D.: Co Panowie planują po zakończeniu swoich kadencji? Odstawią samorząd i jego sprawy na bok, czy nadal będą brali aktywny udział w jego pracach? A.G.: Dzisiaj nie mogę odpowiedzieć kategorycznie na to pytanie. Wcześniej była mowa o wypaleniu się - ja coś takiego odczuwam. Po dwóch kadencjach pewne rzeczy odbieram już inaczej. Potrzebuję odpoczynku. Ale nie wykluczam, że włączę się jeszcze w działalność samorządu adwokackiego, niekoniecznie mającą charakter zinstytucjonalizowany, może coś będę robił. Dzisiaj tego jeszcze nie wiem, nie podjąłem decyzji. Nie mogę też przewidzieć, czy inni będą tego ode mnie oczekiwali. M.F.: Jest to w pewnym sensie gdybanie, ale myślę, że ustępujący dziekan nie powinien dążyć do uczestnictwa w kadencji kolejnej rady. Mogę już teraz zadeklarować, że jeśli ktoś zaproponuje mi udział w jej pracach, to odmówię. [ ] P.D. Podnoszone są kwestie różnic w zasadach etyki zawodowej, niemożności świadczenia usług adwokackich w ramach umowy o pracę. 14
15 Wybory Rok bieżący jest rokiem wyborów. W cieniu tragedii smoleńskiej będziemy wybierać pierwszego obywatela Rzeczpospolitej, najważniejszą osobę w mieście, przywódców naszych środowisk. I tak wybierzemy m.in. przewodniczącego Oddziału Szczecińskiego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, Państwo Prawnicy - dziekanów radców prawnych i adwokatów. Chciałoby się, aby głównodowodzącymi były osoby o niezaburzonym charakterze. Czyli takie, które swoim funkcjonowaniem, sposobem bycia, życia, zainteresowaniami, kontaktami z innymi nie utrudniałyby sobie i otoczeniu egzystowania w rzeczywistości. Trudno znaleźć ideały, ale zapewne nie chcielibyśmy, aby naszym szefem była osobowość paranoiczna. Z podejrzeniami o wykorzystywaniu lub krzywdzeniu przez innych bez dostatecznego uzasadnienia, z bezpodstawnym zarzucaniem nielojalności i nieszczerości przyjaciołom i współpracownikom. Osobowość paranoiczna stale doszukuje się ukrytych, poniżających, wrogich treści w zwykłych uwagach lub zdarzeniach. U takiej osobowości długo utrzymują się uczucia urazy, niemożność wybaczenia innym obrazy, krzywdy. Osobowości paranoiczne są nieufne, niechętnie mówią o sobie obawiając się, że zostanie to wykorzystane przeciwko nim. Łatwo odczuwają upokorzenie, lekceważenie, na co reagują gniewem i atakiem. W życiu prywatnym bywają często podejrzliwi, nieufni odnośnie wierności małżonka lub partnera seksualnego. Wszędzie węszą wrogość, z natury są podejrzliwi, nieufni, nadmiernie ostrożni. Trudno byłoby egzystować z takim przewodniczącym PTP czy dziekanem Okręgowej Rady Adwokackiej. Osobowość schizoidalna nie ma potrzeby utrzymywania bliższych związków uczuciowych z innymi. Prawie zawsze podejmuje czynności samodzielnie, unikając współdziałania z innymi. Osobowość schizoidalna nie ma przyjaciół i osób którym ufa, okazuje tzw. sztywny afekt, skłonność do odosobniania się, chłód, rzadko reaguje śmiechem, skinieniem głowy, ma zimny, pokerowy wyraz twarzy. Mamy nadzieję, że w środowisku lekarzy, prawników, generalnie osób o pewnym potencjale intelektualnym nie znajdujemy osobowości antysocjalnej z okrucieństwem w stosunku do innych, ze skłonnością do kłamstw, szantażu, kradzieży, czynów kolidujących z prawem. Ani też osobowości z pogranicza (borderline) z niestabilnością emocjonalną, złością, skłonnościami autodestrukcyjnymi. Jeżeli już, to są to klienci prawników lub (i) nasi pacjenci. W pewnym stopniu barwną osobowością ale nie nadającą się na funkcję przywódcy jest osobowość histeryczna (histrioniczna). Bo nieustannie domaga się pomocy, pochwał i podziwu, prowokuje seksualnie zarówno wyglądem jak i niestosownym zachowaniem. Jest pochłonięta podkreślaniem atrakcyjności swojego wyglądu, wyraża emocje z przesadą, np. wybucha płaczem z błahego powodu, miewa napady gniewu, złego humoru. To znowu wita się entuzjastycznie z przypadkowymi znajomymi. Ma potrzebę bycia ośrodkiem zainteresowania, bez tego czuje się źle. Ujawnia powierzchowne, szybko ustępujące wyładowania emocjonalne, jest skupiona na sobie, opowiada barwnie, wyraziście, nie znosi frustracji, musi natychmiast zaspokajać swoje potrzeby. Co ciekawe, mimo, że hystera ae (łac.) oznacza narząd żeński, tj. macicę, nierzadko osobowość histeryczną posiadają panowie. Nieco podobną do osobowości histerycznej jest osobowość narcystyczna. Na krytyczne uwagi reaguje uczuciami złości, wstydu, upokorzenia. Wchodząc w związki z inną osobą wykorzystuje ją, aby osiągnąć własne cele. Osobowość narcystyczna przecenia znaczenie swojej osoby, oczekuje uznania siebie za postać wybitną. Uważa swoje problemy za wyjątkowe, jest pochłonięta marzeniami o władzy i potędze, przekonana o swoich szczególnych prawach chodź nie ma takiego uzasadnienia. Od otoczenia wymaga ciągłej uwagi i podziwu, nie potrafi dostrzec i zrozumieć uczuć innych, łatwo ulega uczuciom zawiści, skoncentrowana na swojej atrakcyjności i wyjątkowości bywa arogancka w stosunku do otoczenia. Szef stowarzyszenia winien cechować się pewną skrupulatnością, dokładnością, ale nie na miarę osobowości obsesyjno-kompulsyjnej. W niej bowiem panuje perfekcjonizm wielokrotnie uniemożliwiający wykonanie zadania, bo skupia się na szczegółach, zasadach, wykazach, kolejności, planach, organizacji w takim stopniu, że główny cel pracy zostaje zagubiony. Osobowość obsesyjno-kompulsyjna nalega, aby inni podporządkowali się narzucanemu sposobowi wykonania zadania, przesadnie poświęca się pracy, ma trudności z podejmowaniem decyzji, unikając tego, odkładając w czasie. Zbyt intensywnie dba o zasady, jest drobiazgowa, nieustępliwa w sprawach moralności, etyki, tłumi ekspresję uczuć. Niechętnie poświęca czas innym, unika składania ofiar pieniężnych czy obdarowywania osób, gdy nie łączy się to z jej osobistą korzyścią. Jest niezdolna do wyrzucania bezwartościowych przedmiotów, nawet gdy nie mają one wartości pamiątkowej. Co może nierzadko przybierać rozmiary tzw. zbieractwa. Ale przede wszystkim osobowość obsesyjno-kompulsyjna jest perfekcyjna w swoich czynnościach i sztywna w poglądach. Nie chcielibyśmy mieć szefa o osobowości unikającej, tj. takiego, który czułby się urażony w razie ja- 15
16 16 kiejkolwiek krytyki czy dezaprobaty. Osoby takie nie mają z reguły przyjaciół i osób zaufanych, nie wchodzą w kontakty z ludźmi zanim nie upewnią się, że są lubiani. Unikają spotkań towarzyskich i takiej pracy zawodowej, która wymaga kontaktu z innymi, są powściągliwi w sytuacjach towarzyskich w obawie, że mogą powiedzieć coś, co zostanie uznane za niestosowne. Obawiają się jakichkolwiek pytań z lęku, że nie będą potrafili na nie odpowiedzieć, stale boją się kompromitacji np. z powodu zaczerwienienia się. Wyolbrzymiają przewidywane przeszkody, odwołują udziały w spotkaniach towarzyskich obawiając się swojej kompromitacji. Osobowości unikające cierpią ale z nimi cierpi też otoczenie. Trudno byłoby współpracować z przywódcą o osobowości zależnej. Osobowość zależna bowiem bez energicznego zachęcania i pokierowania nie jest zdolna do podejmowania decyzji w sprawach dotyczących życia codziennego, publicznego, społecznego. Pozwala innym decydować za siebie, z obawy przed odrzuceniem zgadza się z innymi także wtedy, gdy czuje, że dana osoba nie ma racji. Ma trudności z podjęciem jakiegokolwiek samodzielnego zadania, jest niepewna, bezradna, łatwo reaguje poczuciem klęski lub przegranej. Często przeżywa paniczny lęk przed porzuceniem, wykazuje przesadną wrażliwość na krytykę i dezaprobatę. Są to osoby niesamodzielne, lękliwe, zależne od zdania, działania innych, łatwo się im podporządkowujące. Osobowość bierno-agresywna opóźnia wykonanie zadania, przez co terminy nie są dotrzymywane, bywa rozdrażniona, niezadowolona, spiera się o zasadność celu, gdy nie chce podjąć się działania, pracuje celowo powoli lub niedokładnie, gdy robi to, czym nie chce się zajmować. Bezzasadnie protestuje, unika wypełnienia swoich zobowiązań, odrzuca życzliwe wskazówki dotyczące sposobu poprawy skuteczności działania, niweczy wysiłki innych osób, niesłusznie krytykuje lub wyśmiewa osoby cieszące się autorytetem. Osobowość sadystyczna jest może intrygującą w sferze erotycznej, ale nie przy wyborze szefa stowarzyszenia czy dziekana radców prawnych. Istnieje w niej bowiem okrucieństwo i przemoc wobec partnerów, co ma zapewnić jej pozycję dominującą, upokarza i znieważa innych w obecności osób trzecich, jest niezwykle surowa w stosunku do osób powierzonych jej opiece, wymaga bezwzględnego podporządkowania się. Ma przyjemność w fizycznym lub psychicznym cierpieniu innych, kłamie, wymusza poprzez zastraszenie działanie zgodne ze swoją wolą, okazuje zafascynowanie brutalnością, bronią, sztuką wojenną. Odwrotnością osobowości sadystycznej jest osobowość masochistyczna. Nieproszona poświęca się osobie, która sobie tego wcale nie życzy. Unika przyjemnych sytuacji i okazji, w cierpieniu psychicznym i fizycznym znajduje przyjemność i zadowolenie, skłania innych do potępienia i gniewu w stosunku do swojej osoby. Nie okazuje żadnego zainteresowania osobą życzliwą jej, a nawet odrzuca ją, gdy doświadcza z jej strony dobrego traktowania. Mówi się, że osobowość sadystyczna i masochistyczna dobrze współbrzmią ze sobą. Zapewne na niwie seksualnej, ale nie na zawodowej. Nie chcemy mieć przywódcy w osobie człowieka smutnego, przygnębionego, ponurego, posępnego, nieszczęśliwego, nadmiernie krytycznego wobec siebie, mającego stałe poczucie winy i wyrzuty sumienia za wszystko. Innymi słowy nie chcemy przywódcy z zaburzeniem depresyjnym osobowości. Unikając jakichkolwiek porównań czy podobieństw nadmieniam, że wymienione rodzaje zaburzeń osobowości przedstawiłam w oparciu o amerykańską klasyfikację DSM-IV-TR. W dawnej, tradycyjnej nomenklaturze psychiatryczno-psychologicznej zaburzenia osobowości dzieliliśmy na socjopatyczne, psychopatyczne, charakteropatyczne i homilopatyczne. Nie stosujemy aktualnie tego nazewnictwa m.in. z uwagi na jego pejoratywny wydźwięk. Ale zwróćmy uwagę na osobowość homilopatyczną. Czyli taką, w której wyraźne, dostrzegalne mankamenty fizyczne determinują zachowanie jednostki. Strońmy od wyboru takich osobowości, bo chodź nie rzadko bardzo inteligentne, bystre, elokwentne, to jednak z poczuciem mniejszej wartości i stale usiłujące udowodnić światu, że może piękni nie są, ale pokażą swoją siłę. Jeśli zdobędą władzę. Szukajmy więc ludzi mądrych, kreatywnych, refleksyjnych, o nie zaburzonej osobowości, syntonicznych, autokrytycznych, ujmujących i chcących działać w imię vis maior. [ ] dr n. med. Ewa Kramarz, specjalista psychiatra, biegła sądowa
17 Doroczny plebiscyt In Gremio rozstrzygnięty Prokurator Ryszard Różycki Człowiekiem Roku 2009 Finał plebiscytu na Człowieka Roku In Gremio 2009 odbył się w dniu 9 kwietnia 2010 roku w Teatrze Polskim w Szczecinie, podczas kolejnego Wieczoru z In Gremio. Nagroda, którą uosabia Gremius, ma swój rodowód w naszym piśmie, dającym unikalne forum porozumienia, intelektualnej konfrontacji i rozmowy. Gremius wyrósł z naszych dyskusji redakcyjnych, z jej kierunków, które miały prowadzić do działań tworzących tożsamość i charakter całego środowiska. Jest on nagrodą środowiska szczecińskich prawników dla tych jego postaci, które mają chęć i odwagę, by pojawić się ze swoimi myślami i pomysłami na publicznej scenie. zdjęcia: J. Surudo Do grona nominowanych Redakcja In Gremio zaprosiła w tym roku 4 osoby. Wśród nich był sędzia Sądu Okręgowego w Szczecinie Maciej Strączyński - za stanowcze stawianie siebie w roli partnera w niewygodnym dialogu z rządem, za zdolności polemiczne i negocjacyjne, za łączenie opozycyjnych nurtów w stowarzyszeniu Iustitia: młodych sędziów skupionych wokół portalu internetowego sedziowie.net i sędziów starszego pokolenia. Nominację Redakcji przyjął również adwokat Andrzej Zajda za kulturę słowa i reguł sali sądowej, za śmiałe wskazywanie na pułapki otwartości zawodów prawniczych i za nawoływanie do powrotu starych wzorców szkolenia oraz przypominanie pryncypiów roli spoczywających na adwokatach. Nominowanym do nagrody został również prokurator w stanie spoczynku Ryszard Różycki za spotkania organizowane pod egidą Zarządu Zrzeszenia Prawników Polskich w Prokuraturze Apelacyjnej w Szczecinie z wybitnymi prawnikami, politykami, przedstawicielami hierarchii różnych związanych ze światem prawniczym profesji. Redakcja wskazała także jako nominowanego sędziego w stanie spoczynku Mariana Szabo za wyrażane na naszych łamach przemyślenia burzące mity o skuteczności polityki penitencjarnej oraz za ukazywanie innego oblicza prawnika osoby zaangażowanej społecznie. Wynik głosowania Kapituły Nagrody, w skład której wchodzą przedstawiciele Rady Programowej In Gremio przedstawił Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej Andrzej Gozdek. Zwycięzcą Kapituła ogłosiła prokuratura Ryszarda Różyckiego. W uzasadnieniu decyzji Andrzej Gozdek odwołał się nie tylko do zasług prokuratora Ryszarda Różyckiego w organizacji spotkań w Prokuraturze Apelacyjnej, ale do początków jego drogi zawodowej, postawy wobec trudnej materii i czasów w jakich przyszło mu nią kroczyć i do bezpośredniego, życzliwego stosunku do aplikantów, jakich dziesiątki wyszkolił w swojej pracy prokuratora. Redakcja In Gremio składa serdeczne gratulacje zwycięzcy oraz wszystkim nominowanym. [ ] Grzegorz Szacoń Redakcja In Gremio 17
18 IX Wieczór z In Gremio Inne narodowości wśród nas obcy czy swoi? 18 W dniu 9 kwietnia 2010 roku w Teatrze Polskim w Szczecinie odbył się IX Wieczór z In Gremio spotkanie dyskusyjne poświęcone tym razem naszemu odniesieniu do mniejszości narodowych, ich kulturowej odmienności, swobód i roli we wspólnym życiu społecznym. Spotkanie otworzył adwokat Marek Mikołajczyk, wskazując na potrzebę refleksji prawnej i humanistycznej nad problemem funkcjonowania mniejszości narodowych i przedstawiając moderatora dyskusji adwokata Bartłomieja Sochańskiego. Przedstawił także zaproszonych gości: posła Ryszarda Galę przedstawiciela mniejszości niemieckiej, posła Mirona Sycza przedstawiciela mniejszości ukraińskiej, Mieczysława Abramowicza rzecznika Gminy Żydowskiej w Gdańsku i Andrzeja Łuczaka historyka ze Zrzeszenia Romów Polskich. Najważniejsze wątki dyskusji ukazały problem odbioru przedstawicieli mniejszości w różnych układach: politycznym, aktywności społecznej oraz życiu codziennym i złożoność kulturowego kontekstu obecności mniejszości wśród nas. Oto zapis najciekawszych rozważań: Bartłomiej Sochański: Czy Panowie odczuwacie dylemat tożsamości narodowej? Czy odczuwacie konflikt interesów lub podwójnej lojalności? Ryszard Gala: Powiem uczciwie - to jest dylemat. Pojawia się on na różnych obszarach. My bardzo dobrze pamiętamy o swoim pochodzeniu i podkreślamy to bardzo wyraźnie mówiąc o naszej ziemi. Ale też wiemy, że musimy być lojalnymi obywatelami tego Państwa. Wcześniej jako radny, obecnie jako poseł muszę być lojalny i dla tej ziemi i dla tej Ojczyzny pracować. Bartłomiej Sochański: Czy mniejszość niemiecka ma jakiś stosunek do roszczeń zgłaszanych przez różne osoby, związki wypędzonych do majątków w Polsce? Ryszard Gala: My, jako mniejszość zamieszkująca od wieków ziemie śląskie, stoimy obok tego problemu. Te kwestie, które dotyczą mienia pozostawionego są uregulowane i do tych tematów nie ma powrotu. Pozostaje jednak temat mienia, które zostało w różny sposób przejęte w okresie późniejszym. Bartłomiej Sochański: Czy z czasów konfliktu o historię, o przeszłość pomiędzy Polakami, a Ukraińcami coś negatywnego zostało w społeczności ukraińskiej i jak wygląda ta kwestia podwójnej lojalności w mniejszości ukraińskiej? Miron Sycz: Obcy czy swoi? Przyjechaliśmy tu jako obcy, ale siedząc przy jednym stole stajemy się swoimi. Mniejszości ukraińskiej, co czułem od dziecka, Państwo nie kochało. My także tego państwa nie kochaliśmy. Były wywózki z Ukrainy prawie 500 tysięcy ludzi i na tzw. ziemiach odzyskanych byliśmy tymi obcymi. Nie znałem języka polskiego, bo nikt go w mojej wsi nie znał. Przesiedlali ludzi prostych, w większości analfabetów, nie znających języka polskiego. Kiedy poszedłem do szkoły i usłyszałem język polski, to odczuwałem ogromne przerażenie. Nie byłem uczony miłości do Polaków. Mama i ciotka opowiadały, że to wojsko polskie nas wyganiało i nie wiedziały za co. Pierwszy raz, kiedy była pomarańczowa rewolucja, mama siedząc przed telewizorem płakała i powiedziała, żeby Bóg dał zdrowie tym Polakom. Byliśmy na tych terenach obcy i o tych obcych nikt nie dbał. Nie było inwestycji centralnych. Dopiero od pewnego momentu poczuliśmy, ja poczułem, że nie jestem przedmiotem, a nie podmiotem. To był rok 89-ty. To były wybory do gmin. Wtedy pokochałem swoją miejscowość, swoje województwo. Ja mam zaszczytny obowiązek, aby być lojalnym obywatelem Rzeczypospolitej i chciałbym, aby Ona dała mi prawo do budowania naszych tradycji, kultury i religii. I ten moment właśnie teraz nastał. Bartłomiej Sochański: Dziś jesteśmy wśród swoich. Państwo polskie zrobiło spory postęp w tolerancji dla mniejszości narodowych. Polacy myślą o sobie i są nauczeni, że są narodem tolerancyjnym, gdzie Żydzi uzyskiwali jako pierwsi w Europie swoje prawa i statuty i chętnie się tutaj osiedlali. Czy statystyczny, przeciętny Polak jest tolerancyjny, czy wie coś o mniejszościach narodowych, o ich aspiracjach i problemach? Mieczysław Abramowicz: Sądzę, że wśród Żydów w Polsce nie ma problemu podwójnej tożsamości, ponieważ Żydzi polscy są Polakami. To skomplikowana kwestia, ale nie ma czegoś takiego jak naród żydow-
19 zdjęcia: J. Surudo ski. Nie możemy o nim mówić jak o narodzie polskim, czy ukraińskim. Jest to przede wszystkim religia. Ja tego problemu nie mam. Moje żebra wiedzą jednak co to są buty skinów, moja broda wie co to szarpanie, a moje uszy znają okrzyk Żydzi do gazu. Wielokrotnie spotykam się ze słownymi zaczepkami. Tak było w sądzie, kiedy Paweł Huelle był w sporze z pewnym księdzem. Na rozprawach było parę osób ze strony Pawła i cała masa innych osób. Ja zostałem tam pobity, opluty, skopany. To, co mnie boli i co uważam za rzecz straszną, to że wielu Żydów nie przyznaje się do tego, że są Żydami. Na wystawie fotografii przedwojennych Żydów w Gdańsku miałem pomysł, aby umieścić także fotografie współczesnych. Zgodziły się tylko trzy osoby, reszta odmawiała. To jest odpowiedź na pytanie o tolerancję. Andrzej Łuczak: Romowie jako naród nie mają swojego państwa i nie mogą liczyć na wsparcie zorganizowanych struktur państwowych. Są uznawani jako mniejszość etniczna, a nie narodowa. Mniejszości narodowe zawsze stanowiły o sile Rzeczpospolitej. Romowie na ziemiach polskich są od XV wieku, a pierwsze wzmianki są z 1401 i 1402 roku. Jest obecny motyw dyskryminacji i wrogości. Ale nie chciałbym tutaj używać mocnych słów, bo nie odnosi się to do wszystkich ludzi i jest to wąskie grono. Ryszard Gala: Niedawno mieliśmy okazję gościć przedstawicieli organizacji skupiających mniejszości narodowe w Europie. Na koniec tej wizyty jej przedstawiciel powiedział, że ocenia zaangażowanie rządu polskiego bardzo wysoko. Po pierwsze, jest ustawa, która daje nam pewne gwarancje. Jest komisja wspólna rządu i mniejszości. To też jest rzecz, która nie we wszystkich krajach wysoko tolerancyjnych dla mniejszości funkcjonuje. Jesteśmy z kolegą posłem wiceprzewodniczącymi komisji mniejszości narodowych i etnicznych w sejmie. Monitorujemy to, co dzieje się z mniejszościami w Polsce. Andrzej Łuczak: Odnosząc się do negatywnych stereotypów, to są one bardzo krzywdzące. Mniejszość romska nie różni się statystycznie od innych społeczności, jeśli chodzi ilościowo o przestępczość. Jest ona zresztą spowodowana biedą, a nie chęcią zaistnienia. Jeśli chodzi o poprawę wizerunku, to na pewno składa się na nią działalność instytucji kulturalnych, Związku Romów w Szczecinku. Coraz lepiej wykorzystują one środki MSWiA i środki unijne. Chodzi tu przede wszystkim o aktywizację zawodową. Dyskusja, która wywiązała się przy udziale licznej publiczności dotyczyła wielu wątków - mniej lub bardziej trudnych i delikatnych. W pytaniach poruszono kwestie restytucji mienia dla zgromadzeń mniejszości, przejętego przez różne instytucje religijne i świeckie, braku dostatecznych środków pomocy samorządom dla wspierania inicjatyw mniejszości oraz negatywnego wizerunku niektórych mniejszości w mediach. Kończąc spotkanie wyrażono przyjętą z aplauzem kwestię, iż bezpośrednia rozmowa często daje poczucie, że nawet jeśli przyjeżdża się gdzieś z poczuciem, że jest się obcym, to wyjeżdża już jako swój. Wielokulturowość jest bogactwem narodu, a Polska stoi przed wyzwaniem przyjmowania osób różnych kultur, jako miejsce azylu od wielu współczesnych zagrożeń. [ ] Notował: Grzegorz Szacoń In Gremio 19
20 Jerzy Piosicki, adwokat Owoce zatrutego drzewa 20 Co pewien czas dowiadujemy się z radio, telewizji lub prasy, że organy procesowe ujawniły czyny przestępcze w wyniku podsłuchów czy podglądów bez wiedzy i zgody osób nagrywanych. Gdy wyżej wymienione czynności odbywają się zgodnie z wymogami kodeksu postępowania karnego (art. 237), to nie budzą społecznego sprzeciwu. Problem pojawia się w momencie, gdy dowód z nagrania został przeprowadzony wadliwie lub pochodzi z nielegalnego źródła. Przez wadliwość rozumieć należy brak zgody sądu na podsłuch (art i 2 kpk w zw. z art kpk ), a przez nielegalne źródło pochodzenie nagrania od osób prywatnych (nie będących organami procesowymi). Dla rezultatów tych czynności zarezerwowano w doktrynie termin: owoce zatrutego drzewa lub dowody pośrednio nielegalne, jeżeli prowadzą do dalszych czynności procesowych. Wykorzystanie takich nagrań ciągle budzi kontrowersje nie tylko co do zasady, ale również co do sposobu procesowego ich przeprowadzenia. Zdaniem moim problem jest złożony i niejednoznacznie rozstrzygnięty zarówno w doktrynie, jak i orzecznictwie na tle praktycznego realizowania w procesie zasady dobra wymiaru sprawiedliwości rozumianej jako docieranie do prawdy materialnej (pytanie tylko, czy bez ograniczeń i za wszelką cenę, w tym również wbrew zakazom dowodowym). Podkreślić w tym miejscu należy, że na gruncie procedury cywilnej wykorzystywanie owoców zatrutego drzewa spotyka się ze zdecydowanym sprzeciwem Sądu jako naruszające zasady wyrażone w art. 49 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Na gruncie procedury karnej, zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego, wyżej wymienionych zasad konstytucyjnych prywatny podsłuch już nie narusza. Dopuszczenie takiego prywatnego podsłuchu zależy od uznania sędziowskiego, albowiem w kodeksie karnym brak jest regulacji odnoszącej się do podsłuchów prywatnych. Przepis art. 49 Konstytucji zapewnia wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się, stanowiąc jednocześnie, że ograniczenie ich może nastąpić jedynie w wypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej wskazany. Zagwarantowane konstytucyjnie prawo komunikowania się obejmuje różne formy komunikacji między ludźmi. Mieści się w nim również tajemnica rozmowy. Naruszone przez podsłuch dobro jest więc wartością konstytucyjną. Przykładem ograniczenia ww. wolności konstytucyjnej są przepisy regulujące podsłuch zawarte między innymi w kodeksie postępowania karnego (art. 198 kpk z 1969 r. i art. 237 kpk z 1997 r.) i w ustawie o Policji. Wyżej wymienione przepisy wyłączają bezprawność podsłuchu. Warto przypomnieć, że bezwzględny zakaz korzystania z owoców zatrutego drzewa ukształtowany został na tle praktyki orzeczniczej w Stanach Zjednoczonych. W Europie (Austria, Francja, Wielka Brytania, Niemcy) co do zasady dopuszcza się owe owoce w charakterze dowodu w procesie, jednak nie odbywa się to bez sprzeciwu doktryny i akcentuje konieczność zabezpieczenia autentyczności podsłuchu oraz uwzględnia się zarzuty nielegalności podsłuchu w ramach względnych przyczyn odwoławczych. W postępowaniu przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dopuszczalne jest wykorzystywanie dowodów uzyskanych z naruszeniem prawa, pod warunkiem jednak spełnienia dość ogólnie sformułowanych przesłanek, których: a) naruszenie nie rodzi poważnych wątpliwości co do wiarygodności uzyskanego dowodu oraz b) nie jest sprzeczne z rzetelnością postępowania ani nie może jej poważnie zagrozić (arg. a contrario ex art. 69 ust. 7 Rzymskiego Statutu MTK). Przechodząc na grunt polskiego procesu karnego należy zauważyć, iż de lege lata nie ma przepisu, który eliminowałby z ustaleń faktycznych dowody pośrednio nielegalne. Problem ten jest kontrowersyjny w literaturze procesu karnego. Jeżeli czynności podsłuchu wykonano bez uprzedniej zgody sądu i w ustawowym terminie ich nie zatwierdzono przez sąd taśmy rejestrującej, winna ona ulec zniszczeniu. Sąd Najwyższy uznał jednak, że termin użyty w 2 art. 237 kpk nie musi być zachowany, a możliwość legalizacji nielegalnego dowodu może mieć miejsce w późniejszym terminie w formie postanowienia. Odnosząc się krytycznie do tego stanowiska wskazać należy, że takie interpretacje w imię dobra wymiaru sprawiedliwości przynoszą więcej szkody niż pożytku. Jeżeli ustawodawca przewidział w ustawie termin do legalizacji nielegalnych czynności, to i tak zaakceptował odstępstwa od zasady i należy ich przestrzegać. Poprawianie ustawodawcy w drodze orzecznictwa przez nadanie terminom charakteru instrukcyjnego w miejsce bezwzględnie obowiązującego toleruje klimat bezprawia organów, które nie muszą się przepisami przejmować, bo i tak czynności zostaną zatwierdzone, i to być może w czasie, kiedy organy procesowe uznają to za uzasadnione (chodzi o przekroczenie terminu 5 dni). Z punktu widzenia samej zasady podkreślić jednak należy, że bez względu na terminy wyrażone w kpk organ procesowy musi jednak uzyskać na podsłuchy zgodę sądu (wstępną lub następczą). Owoce zatrutego drzewa zdobyte poza czynnościami organów procesowych przez osoby prywatne i przedłożone sądowi jako dowody w procesie nie są regulowane przez kpk. Brak jest również przepisów, które eliminowałyby z ustaleń faktycznych dowody zdobyte nielegalnie.
(TŁUMACZENIE Z FRANCUSKIEGO) POZNAĆ LEPIEJ CARPA
(TŁUMACZENIE Z FRANCUSKIEGO) UNCA POZNAĆ LEPIEJ CARPA KRAJOWE ZRZESZENIE KAS ADWOKATÓW 169, RUE DE RENNES - 75006 PARYŻ TEL. (0)1 44 39 55 00 FAX (0)1 44 39 55 01 Stowarzyszenie podlegające ustawie z dnia