Source: http://sub-iudice.blogspot.com/2013/05/
Timestamp: 2019-05-22 09:00:54+00:00
Document Index: 35567933

Matched Legal Cases: ['art. 140', 'art. 394', 'art. 363', 'art. 364', 'art. 361', 'art 820', 'art 328']

maja 2013 | Sub iudice
Na moim biurku znalazłem wydruk kolejnej nowelizacji Kodeksu Postępowania Cywilnego, uchwalonej 10 maja 2013 r. No, szybko się uwinęli z tym wprowadzaniem obowiązku podawania PESELu w postępowaniu, no ale w końcu to sprawa medialna, nie to co wprowadzenie przepisu o nadawaniu klauzuli pieczątką. Tamto mogło poczekać ponad dwa lata, bo głosów wyborców w tym nie ma. Ale nie o tym chciałem pisać.
Gdy pomysłodawcy na gorąco wypowiadali się w mediach o tym jakie rozwiązania zamierzają wprowadzić traktowałem to jako piarowe lanie wody i licytowanie się, kto tu jest lepszy dla biednych pokrzywdzonych wyborców. Gdy projekt trafił do sejmu, uznałem go za kontynuację bicia piany, które nie ma szansy przejścia przez proces legislacyjny, że legislatorzy i eksperci sejmowi wybiją panom posłom z głowy ich księżycowe pomysły. I oto mam teraz te przepisy przed sobą i czytam je chyba dziesiąty raz z rzędu próbując zrozumieć, jak należy je stosować. I jakoś nic sensownego mi nie wychodzi.
Weźmy na warsztat pierwszy z brzegu przepis, czyli nowo dodany §5 artykułu 139 kpc, czyli owego niesławnego przepisu o doręczeniach przez podwójne awizo. Panowie i panie ustawodawcowie napisali w nim, że:
"Na wniosek strony sąd, lub referendarz sądowy na posiedzeniu niejawnym wydaje zaświadczenie, w którym stwierdza, że wyrok zaoczny lub nakaz zapłaty został uznany za doręczony na oznaczony adres w trybie określonym w §1"
W czym problem? Ano zacznijmy od pytania, czym jest to "zaświadczenie". W jakim trybie następuje jego wydanie, jaką formę prawną przybiera? Skoro jego wydanie ma nastąpić przez sąd i na posiedzeniu niejawnym to znaczy, że musi ono być orzeczeniem. Wszak posiedzenie niejawne odbywa się w celu wydania orzeczenia wówczas, gdy Kodeks nie wymaga przeprowadzenia rozprawy. A skoro jest to orzeczenie, to znaczy, że stronie, która wnosi o jego wydanie należy doręczyć je w odpisie (art. 140 kpc), a oryginał pozostawić w aktach. Jako że nie służy na nie zażalenie (nie jest wymienione w art. 394 kpc) staje się ono prawomocne z chwilą wydania (art. 363 kpc) i można domagać się wydania postanowienia stwierdzającego prawomocność zaświadczenia (art. 364 kpc). Jednocześnie nie wolno w nim zrobić żadnego błędu, bo do zaświadczeń nie stosuje się przepisów o sprostowaniu, brak jest bowiem odpowiednika art. 361 kpc który odsyłałby do odpowiednich przepisów o wyrokach...
Dość. Coraz bardziej zmierzamy do absurdu. Znacznie prostszym rozwiązaniem problemu jest przyjęcie, że państwo prawouchwalacze nie mieli zamiaru tworzyć nowego rodzaju orzeczenia, tylko po prostu nie wiedzieli co to znaczy "na posiedzeniu niejawnym", a że ładnie brzmiało to tak uchwalili. Przyjmijmy więc, że wydanie owego zaświadczenia to tylko czynność techniczna, a zaświadczenie to nie orzeczenie tylko kartka papieru, na której napisano, że nakaz zapłaty uznano za doręczony na taki to a taki adres. Co oczywiście czyni ową konstrukcję jeszcze bardziej abstrakcyjną i oderwaną od reszty kodeksu, do tego stopnia, że trudno nawet ją komentować na tej płaszczyźnie. Nowotwór prawny, wrzód na kodeksie, obce ciało... trudno znaleźć odpowiednie określenie dla tego "wynalazku". I co gorsza to nie koniec radosnej twórczości, bo gdy dłużnik otrzyma już owo zaświadczenie zabawa wcale się nie kończy. Zgodnie z nowym art 820(3) kpc na podstawie tego zaświadczenia może on zażądać od komornika zawieszenia postępowania egzekucyjnego, jeżeli okaże się, że adres na który dokonywano doręczenia jest inny niż ustalony w toku postępowania egzekucyjnego. I tu wracamy do punktu wyjścia. Aby móc dalej egzekwować należność wierzyciel musi przedstawić zaświadczenie, że doręczenie było prawidłowe. Zaświadczenie, które oczywiście wydaje sąd lub referendarz sądowy na posiedzeniu niejawnym... i że tak się zapytam, a co wtedy, gdy dłużnik nie zgodzi się z zawartym w zaświadczeniu stanowiskiem sądu, że doręczenie było prawidłowe?
Niewątpliwie problem błędnych doręczeń istnieje i wymaga rozwiązania, ale niekoniecznie w taki sposób jak to ustawodawcy postanowili. Nie poprzez tworzenie zupełnie nowych i nieznanych dotąd konstrukcji prawnych w sytuacji, gdy wystarczyło dokonać adaptacji istniejących. Nic nie stało na przeszkodzie temu by poszukując rozwiązania sięgnąć do przepisów o przywróceniu terminu, tworząc na ich bazie wniosek o "przywrócenie" doręczenia, którego przesłanką byłoby wykazanie, iż dokonane doręczenie zastępcze jest nieskuteczne. Na czas takiego postępowania możliwe byłoby wstrzymanie przez sąd wykonania orzeczenia, a uwzględniając wniosek sąd zarządzałby ponowne doręczenie orzeczenia (o ile ono jeszcze nie nastąpiło), i w razie potrzeby zawieszał postępowanie egzekucyjne lub wprost uchylał klauzulę wykonalności. Skutek dokładnie ten sam, a o ile prościej...
Wieczyste potępienie
W praktyce prawniczej jest taka jedna rzecz, przy robieniu której po pewnym czasie nawet najspokojniejszy człowiek zacznie używać wyrazów nieprofesjonalnych, analizować kwestię ojcostwa osoby odpowiedzialnej za to wszystko, jak również obmyślać dla niej adekwatny zestaw mąk piekielnych. Coś co wymaga ostrego wzroku, ponadprzeciętnych zdolności manualnych, a także niekiedy użycia odpowiednich narzędzi technicznych. Coś, co powinno być uwzględnione w programie obowiązkowym każdej aplikacji oraz egzaminu zawodowego, a także być elementem ćwiczeń, warsztatów i zajęć laboratoryjnych na studiach prawniczych. Wyzwanie i koszmar każdego prawnika zajmującego się sprawami związanymi z nieruchomościami... czyli analiza odpisu z nowej księgi wieczystej.
No właśnie. Każdy, kto musiał to robić dokładnie wie, o co chodzi. Dla tych, którzy nie wiedzą przyda się się natomiast krótkie wprowadzenie do tematu. Otóż księgi wieczyste pełnią przede wszystkim funkcję rejestru właścicieli nieruchomości. Gdyby nie było ksiąg wieczystych udowodnienie prawa do nieruchomości wymagałoby przedstawienia dokumentów potwierdzających przejście prawa do nieruchomości na kolejne osoby, czy to w drodze umowy, czy przez dziedziczenie, począwszy od pierwszego jej właściciela. A tu może być problem. Bo o ile na tzw. Ziemiach Odzyskanych wystarczyłoby chyba cofnąć się do 1945 r., to na ziemiach Królestwa trzeba by chyba załączyć carskie ukazy o uwłaszczeniu chłopów. Księga wieczysta ułatwia sprawę - osoba wpisana w księdze wieczystej jako właściciel jest uważana za właściciela dopóki ktoś nie udowodni, że jest inaczej. W razie potrzeby wykazania swego prawa żadnych innych dowodów, poza odpisem z takiej księgi przedstawiać więc nie trzeba. I to z tymi właśnie odpisami, a dokładniej z tym, jak one wyglądają, jest problem.
Odpis "starej" księgi wieczystej, to znaczy takiej, która nie została jeszcze "zmigrowana" do Nowego Lepszego Elektronicznego Systemu wyglądał bardzo prosto. Najpierw było napisane co to za nieruchomość, jakie ma numery działek geodezyjnych, powierzchnię, gdzie jest położona, czy zabudowana czy nie. Potem wpisywano kto jest właścicielem, a poniżej w większości odpisów znajdowała się formuła "Działy III i IV wpisów nie zawierają". Było tak, bo w dziale III wpisywane są ograniczenia własności (np służebność drogi koniecznej) a w dziale IV hipoteki obciążające nieruchomość, a większość nieruchomości była od nich wolna. Wszystko to zajmowało jedną stronę kartki A4, a czasem tylko pół. Ustalenie na podstawie takiego odpisu, kto jest właścicielem nieruchomości było bardzo proste i zajmowało w zasadzie tylko chwilę. Ale niestety było nienowoczesne, więc w ramach ulepszania postanowiono to zmienić. I tu właśnie biedny Azor został pogrzebany
Nowy odpis z księgi wieczystej ma postać tabelki liczącej dziesiątki, jeśli nie setki komórek. Każda informacja, która może zostać odnotowana w księdze ma własną rubryczkę, która pojawia się na wydruku, nawet jeśli nie jest wypełniona. Kiedyś jak nieruchomość składała się z 3 działek, to w odpisie pisano po prostu, że nieruchomość stanowi "działki ewidencyjne nr 13/5, 14, 15/3", teraz jednak każdy z tych numerów wpisywany jest w osobnej rubryczce, której towarzyszy kilka dodatkowych rubryk (w większości pustych), przez co informacja, która kiedyś mieściła się w 1-2 linijkach odpisu dzisiaj zajmuje całą stronę. A to jeszcze nie koniec. Ustalenie kto jest właścicielem wymaga już bardo dużej wprawy, bo zamiast prostego zapisu "Jan Henryk Kowalski syn Józefa i Marianny PESEL..." mamy każde z tych słów w osobnej rubryczce, jedno pod drugim i łatwo jest któreś przeoczyć. A jeżeli właścicieli jest kilku trzeba jeszcze uważać, żeby nie pomieszać rubryczek i nie pomylić imienia drugiego współwłaściciela z wpisanym nad nim imieniem matki pierwszego współwłaściciela. Tu przydatna jest linijka, albo zakreślacz, bo oko po jakimś czasie pogubi się w plątaninie linii. Jeszcze lepsza zabawa jest z ustalaniem kto ma jaki udział w tej nieruchomości. Przy nazwiskach współwłaścicieli nie wpisano bowiem, jaki mają udział. Widnieje tam tylko cyfra oznaczająca "numer udziału w prawie" po ustaleniu której należy cofnąć się (czasem o kilka kartek) i w plątaninie linijek odszukać tę samą cyferkę (pilnując, by nie pomylić jej z kilkoma podobnymi ale oznaczającymi co innego) i sprawdzić jaki udział wpisano w odpowiedniej przypisanej do niej rubryczce. Aha, i jeszcze ta sama osoba może być wpisana w księdze kilka razy, wiec trzeba to potem zsumować.
Dość. O "genialnej" formie odpisów z ksiąg wieczystych można pisać długo, ale po co? Od samego narzekania nigdy nic się nie zmieniło. To, co jest potrzebne to rozsądna zmiana - nie systemu ksiąg, ale formy wydruku. Wprowadzenie ponownie prostej wersji odpisu z księgi, łatwego do czytania i dającego jasne informacje czego ona dotyczy, i kto jest właścicielem. Wystarczyłoby, żeby dane z poszczególnych pól w tabelce na odpisie pojawiały się jedna za drugim w tej samej linijce, by takie dane jak imię, nazwisko, pesel, imiona rodziców można było czytać z lewa na prawo, a nie z góry na dół. By informacja o udziale w prawie własności pojawiała się obok nazwiska właściciela, a nie trzy kartki wcześniej. By opis nieruchomości zajmował dwie linijki, w których kolejne numery działek wpisano by obok siebie, a nie jedna pod drugą na kolejnych dwóch stronach. Tylko tyle, i jak to niestety wygląda, aż tyle....
Na nowe odpisy z ksiąg wieczystych narzekają wszyscy i od samego początku. Wszyscy też wydają się być zgodni, że są one nielogiczne, miejscami absurdalne, i stanowią marnotrawstwo papieru i czasu je czytających. Jednocześnie rozwiązanie problemu jest bardzo proste, i nie powinno wymagać zbyt wielkich nakładów. To tylko kwestia napisania odpowiedniego komputerowego formularza odpisu, w którym dane pobierane z księgi zamiast w tabelce uszeregowano by w kliku, logicznie zbudowanych liniach czy akapitach. Za przykład niech służy chociażby Krajowy Rejestr Sądowy - tam przy podawaniu adresu siedziby wszystkie dane są w jednej rubryczce - nie ma osobnych linijek na ulicę, numer domu, numer lokalu, kod pocztowy, pocztę, gminę, powiat i województwo. Po raz kolejny zatem należy zapytać: dlaczego jeszcze tego nie zrobiono?
No i mój dwutygodniowy maraton uzasadnieniowy dobiegł końca. Nie wszystko zdołałem napisać, ale i tak pobiłem chyba rekord życiowy w ilości napisanych uzasadnień. Dni, wieczory noce przy stukocie klawiatury. Ale trudno, taki los. Jak obliczyłem od początku roku na pisanie uzasadnień poświęciłem jakieś 200 godzin. I gdzieś w połowie drugiej setki mnie coś tknęło... czy faktycznie trzeba poświęcać aż tyle czasu na napisanie uzasadnienia? Czy faktycznie do każdego wyroku należy wypisywać dłuuugie wypracowania, zaopatrzone we wstęp, rozwinięcie i zakończenie? Wiem że styl i układ uzasadnienia jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, ale to nie oznacza, że jest on prawidłowy, i że nie można tutaj czegoś zmienić. Postęp polega przecież na zerwaniu z tradycją i poszukiwaniu czegoś lepszego. Jakbyśmy ściśle trzymali się sprawdzonych rozwiązań to nadal tkwilibyśmy w epoce kamienia łupanego.
Popatrzmy najpierw jak wygląda "tradycyjne" uzasadnienie orzeczenia w sprawie cywilnej. Owszem "szkół" jest tu wiele, lecz w tak naprawdę bardzo się od siebie nie różnią. Zaczynamy od "części historycznej" czyli opisania co się w sprawie działo. Pozwem z dnia... wniósł o... wywodząc iż... Sąd wydał nakaz zapłaty dnia... Pozwany wniósł sprzeciw podnosząc iż... Powód podtrzymał swe żądanie wskazując iż... Na rozprawie strony podtrzymały swe stanowiska w sprawie. I już mamy pół strony albo i całą. A to dopiero początek, bo potem następuje opis stanu faktycznego, to znaczy co się działo przed wniesieniem sprawy do sądu. Coś jak opracowanie lektury, skrótowo kto, kogo, czym, za co i co z tego wynikło. To kolejna strona albo i dwie, bo taka historia to musi mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie, oraz jakoś się jeszcze wewnętrznie łączyć ze sobą, żeby to jakoś wyglądało. Następnie zaś mamy uzasadnienie właściwe, czyli rozważania i argumentację na poparcie tezy zawartej w orzeczeniu. W międzyczasie trzeba opisać jakie dowody były przeprowadzone i co z nich wynikło, jakie tam przepisy są właściwe i co z nimi zrobiono oraz wrzucić dwa czy trzy zdania na temat tego dlaczego właśnie tak. W sumie napisanie tego wszystkiego zajmie parę godzin i parę stron maszynopisu. Tyle tylko, że zupełnie niepotrzebnie...
Jeżeli spojrzeć na to wszystko "z zewnątrz" od razu nasuwa się jedno pytanie: dla kogo owo uzasadnienie jest przeznaczone? I od razu nasuwa się też oczywista odpowiedź na nie - przeznaczone jest dla stron postępowania i sądu odwoławczego. A jaki z tego wniosek? Ano taki, że jego adresatami są osoby, które wiedzą, co jest w aktach sprawy, jakie były stanowiska stron i jakie w toku postępowania przedstawiono dowody. Oni nie potrzebują sprawozdania z przeprowadzonego postępowania, tylko uzasadnienia ostatecznie zapadłej decyzji. Nie potrzebują wiedzieć, co się w postępowaniu działo, ale dlaczego skończyło się tak, a nie inaczej. Po cóż więc tracić czas na pisanie "części historycznej"? Jaki jest sens opisywania szczegółowo, jakie stanowiska w kolejnych pismach zajmowały strony i jakie argumenty podnosiły? Po co pisać co zeznał który świadek i co napisano w którym dokumencie? Owszem zawsze się tak pisało, ale czy to znaczy, że tak być powinno?
Każda rewolucja zaczyna się od pytania "dlaczego", ale by coś zmienić należy jeszcze odpowiedzieć na pytania "jak być powinno" i "co należy zrobić". I odpowiedź na to ostatnie pytanie jest bardzo prosta. Wystarczy przy pisaniu uzasadnienia nie zapominać, że jest ono częścią akt sprawy, i wraz z nimi będzie czytane. Tak zresztą założył to ustawodawca, określając co powinno znaleźć się w uzasadnieniu. Przepis art 328 kpc jednoznacznie wskazuje, że muszą się w nim znaleźć się cztery rzeczy: to jakie fakty sąd uznał za udowodnione, to na jakich dowodach się oparł, to jakich dowodów nie uznał za wiarygodne i dlaczego, oraz to na jakim przepisie oparł swe rozstrzygnięcie. I tylko tyle. Kodeks nie wymaga umieszczania w uzasadnieniu "części historycznej", nie wymaga też przytaczania treści dowodów, a tylko ich wskazanie. Bo to wszystko jest w aktach, a uzasadnienie pełni tutaj tylko rolę zbioru odsyłaczy do tego, co się działo w trakcie procesu. W przepisie nie ma też nic o uzasadnianiu ostatecznej decyzji, jest mowa tylko o wyjaśnieniu podstawy prawnej i przytoczeniu przepisów prawa, bo wynik dokonanej subsumpcji zawiera się w treści orzeczenia. Lekko licząc połowa uzasadnienia dotyczy więc kwestii, których zgodnie z postanowieniami kodeksu nie ma potrzeby w nim zamieszczać.
Uzasadnienie orzeczenia napisane zgodnie z tymi zasadami z pewnością byłoby znacznie krótsze niż "tradycyjne". Zamiast przydługiego wstępu - streszczenia toku postępowania - rozpoczynałoby się wskazaniem jakie roszczenie zgłoszono i czego dotyczył spór, który sąd musiał rozstrzygnąć. To pozwalałoby czytającemu zorientować się w jakim kierunku prowadzone było postępowanie dowodowe, a więc jakie fakty były przez sąd ustalane. Następnie znalazłoby się w nim wskazanie okoliczności faktycznych, które sąd uznał za udowodnione. Wskazanie, nie opisanie, a więc tylko suche fakty, w punktach, bez zbędnych łączników literackich, i lania wody by historyjka dobrze się czytała. Przy każdym podanym fakcie powołane byłyby dowody, w oparciu o które je ustalono, z odesłaniem do akt postępowania. Poniżej wymienienie dowodów pominiętych, z uzasadnieniem tej decyzji, w osobnych punktach lub akapitach. I w ten sposób mamy już załatwione trzy z czterech elementów uzasadnienia, zostaje nam tylko wyjaśnienie podstawy prawnej i przytoczenie przepisów prawa. To robimy w kilku zdaniach poprzez wskazanie, dlaczego ten stan faktyczny zakwalifikowano tak, a nie inaczej. Bez rozpisywania się, bo jeżeli kwalifikacja nie budziła wątpliwości to i nie ma czego wyjaśniać. I tyle. W przepisie nie ma nic o "uzasadnianiu" wyniku dokonanej subsumpcji , na przykład dlaczego za złamaną rękę sąd przyznał akurat 5.000 zł. Należy wskazać fakty i wymienić zastosowane przepisy. Nic więcej ustawodawca od nas nie wymaga, po cóż więc marnować czas? Za pracę ponad normę nikt nam przecież nie zapłaci.
A więc panowie i panie - ruszajmy na poszukiwanie straconego czasu :)
Eksperymentalne uzasadnienie napisane według powyższych zasad do wyroku w prostej sprawie o eksmisję (wypowiedzenie najmu z powodu nie płacenia czynszu, a pozwany wnosi o oddalenie, nie wie dlaczego) zajęło mi półtorej strony (razem z uzasadnieniem do kosztów) i powstało w 45 minut. Tak więc można, i warto spróbować :)