Source: http://mozecoswiecej.pl/kodeks-dziennikarza/
Timestamp: 2017-06-27 03:33:18+00:00
Document Index: 36815054

Matched Legal Cases: ['art. 12', 'art. 15', 'Art. 16', 'art. 254', 'art. 240', 'Art. 14', 'art. 14', 'art. 31', 'art. 31', 'art. 41', 'art. 1', 'art. 6', 'art. 6']

Kodeks dziennikarza - czy istnieje jeszcze etyka dziennikarska? | Może coś Więcej
Edukacja » Kodeks dziennikarza	Wbrew pozorom dziennikarze mają zasady. Są one zawarte w prawie prasowym. Jako że różni redaktorzy trzymają się rozmaitych reguł – bo są również i te niepisane w każdej redakcji – warto zapoznać się z tymi zapisanymi, które obowiązują każdego dziennikarza.
Każdy, kto rozpoczyna pracę w tym zawodzie albo chciałby to zrobić, musi przeczytać ustawę Prawo prasowe. Obojętnie, co sobie potem o niej pomyśli, ale znać musi. Dziennikarza powinien zainteresować też drugi podobny akt prawny – ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Uzupełni ona jego wiedzę przede wszystkim w kwestii plagiatów i tego, co z nimi związane.
Prawo prasowe to stary akt prawny – został on przyjęty w 1984 r., a więc jeszcze w PRL-u, a później był tylko nowelizowany. Mimo że ta ustawa nie powinna rodzić pola do interpretacji, to jednak… znajdzie się w niej kilka niedookreśleń, z których dziennikarze chętnie korzystają, a których prawnicy nie zmienią, bo są dla wszystkich wygodne.
PODSTAWOWY SZACUNEK
Ustawa przywołuje 3 bardzo ważne zasady, bez których nie można mienić się dziennikarzem. Są to zasady zapisane, ale nie ma chyba redakcji, w której nie byłyby one po prostu oczywistością. Redaktor musi „zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”, ponadto należy do jego obowiązków ochrona „działających w dobrej wierze informatorów i innych osób, które okazują mu zaufanie” i dbanie o poprawność językową między innymi poprzez nieużywanie wulgaryzmów (art. 12). Dziennikarz nie ma obowiązku podania danych informatora i w redakcjach jest na to kładziony duży nacisk – wręcz jest to zabraniane. Sam redaktor powinien oczywiście znać te dane (nie brać pod uwagę anonimów), jednak jeśli taka osoba sobie tego życzy, należy zachować je tylko i wyłącznie do wiadomości redakcji. Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie często nie chcą podawać swojego nazwiska, ale w momencie informowania ich, że nie będzie one opublikowane, zgadzają się przedstawić. INFORMACJA PUBLICZNA
Każdy obywatel ma prawo dostępu do informacji publicznej – gwarantuje mu to ustawa z 2001 r. o podobnej nazwie. Dziennikarze, działając w interesie obywatela, mogą przekazywać wszelkie informacje dotyczące działalności organów publicznych lub pełniących funkcje publiczne. Mogą np. prześwietlać oświadczenia majątkowe urzędników państwowych (co zwykle robią, dodając do tego kąśliwy komentarz) i relacjonować posiedzenia rad wszystkich szczebli – krajowych, wojewódzkich, powiatowych, miejskich, gminnych. Radny nie może zakazać dziennikarzowi robienia mu zdjęć podczas sesji Rady Miejskiej, nikt też nie może wytknąć mu cytowania i nagrywania wypowiedzi wszystkich osób uczestniczących w takim zebraniu. Prawo prasowe mówi, że przedsiębiorcy i „podmioty niezaliczone do sektora finansów publicznych” (osoby prywatne, firmy) oraz instytucje „niedziałające w celu osiągnięcia zysku” (fundacje, stowarzyszenia) muszą udzielać prasie informacji o swojej działalności, o ile nie są one objęte tajemnicą (np. w przypadku wojska) lub nie naruszają prawa do prywatności.
CO TO ZA ZBIEGOWISKO?
Dziennikarz otoczony jest różnymi tajemnicami i jej mniejszymi formami. Oprócz tego, że musi zachować w sekrecie dane informatora, może zastrzec sobie w artykule także własne nazwisko (art. 15.1). Jest jednak w prawie prasowym przepis pozwalający na podanie takich danych. Jedna z możliwości to oczywiście zgoda informatora na ujawnienie nazwiska, zaś druga… nadaje się do kabaretu. Art. 16.1 mówi: „Dziennikarz jest zwolniony od zachowania tajemnicy zawodowej (…), w razie gdy informacja, materiał prasowy, list do redakcji lub inny materiał o tym charakterze dotyczy przestępstwa określonego w art. 254 Kodeksu karnego…”. Dziennikarz odesłany do kodeksu karnego czyta w nim, że przestępstwem, które zwalnia go z zachowania tajemnicy jest… uczestniczenie w zbiegowisku mającym na celu zamach! Ten totalnie bezsensowny przepis bierze się z tego, że ustawa Prawo prasowe nie została znowelizowana wraz ze zmianą Kodeksu karnego i dzisiejszy zapis odnosi się do wcześniejszego kodeksu. Obecnie należałoby powoływać się na art. 240 Kodeksu karnego. Mówi on o odpowiedzialności za niedoniesienie o przygotowaniach do najcięższych zbrodni – ludobójstwa czy zamachu stanu. Wówczas dziennikarz ma nie tylko prawo, ale i obowiązek powiadomić organy ścigania, a za brak takiego powiadomienia odpowiada karnie.
Kiedy dziennikarz umawia się na wywiad, zabiera ze sobą dyktafon. Poza tym, że nagranie ułatwia powrót do słów uczestników rozmowy przy opracowywaniu wywiadu, jego główną funkcją jest gwarancja dla rozmówcy, że dziennikarz „nie napisze głupot”. Jeśli zarzuca on redaktorowi, że „wcale tak nie powiedział”, nagranie skutecznie rozstrzyga taki spór. Osobną sprawą jest to, że dziennikarze blefują, że mają nagrania, na których ktoś coś powiedział. Art. 14.1 prawa prasowego mówi, że „publikowanie lub rozpowszechnianie w inny sposób informacji utrwalonych za pomocą zapisów fonicznych i wizualnych wymaga zgody osób udzielających informacji”. Jeżeli rozmówca nie wyraził zgody na upublicznienie zawartości dyktafonu, dziennikarz nic nie może zrobić, ale przeważnie takie „straszenie” przynosi efekt i rozmówca czuje się zdezorientowany.
Staranie się o autoryzację tekstu według ustawy należy do informatora (rozmówcy), jednak szanujący się dziennikarz sam o nią zabiega. Problem z autoryzacjami jest natomiast taki, że czasami po nich tekst wraca do dziennikarza zupełnie… inny. Przepisy o autoryzacjach są – podobnie jak cała ustawa – reliktem komunizmu. W innych krajach już dawno pozbyto się autoryzacji. Ich wielkim przeciwnikiem w Polsce jest Piotr Najsztub. Do swoich wywiadów w „Przekroju” dodawał adnotację o tym, że rozmowa nie została zautoryzowana, ale jest prawdziwa. Twierdzi, że autoryzacja nie pozwala dziennikarzowi na poniesienie odpowiedzialności za własny tekst. Redaktor powinien jej kwestię omówić z rozmówcą na samym początku. Im więcej czasu mija od wywiadu, tym większą skłonność do zmian wypowiedzi ma informator. W myśl art. 14.2 „dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była uprzednio publikowana”.
W ustawę, czyli ów pisany kodeks, wpisana jest również „wierność” linii programowej redakcji i działania zgodne z etyką dziennikarską. O co tu chodzi? Najczęściej o obiektywizm. Chyba, że redakcja ma ściśle wyznaczony kierunek tematyczny, wtedy wiadomo, że obiektywizmu trzymać się nie będzie. Nieistotne, co redaktor myśli po godzinach, w pracy musi bronić poglądów i zasad redakcyjnych. Nieprzestrzeganie linii programowej skutkuje wyrzuceniem z pracy. Z tematem o dziennikarstwie wstrzeliliśmy się jak ulał w obecną sytuację polityczną kraju – media są na ustach wszystkich. Często mówi się więc o różnych sympatiach i antypatiach dziennikarzy do polityków, bo według kodeksu dziennikarz powinien patrzeć władzy na ręce i absolutnie się z nią nie bratać. Im wyższy szczebel polityki – tym grubszymi nićmi szyte relacje redakcji z urzędem. Nie wygląda dobrze, kiedy były przewodniczący Rady Miejskiej zostaje redaktorem naczelnym lokalnej gazety, trudno też napisać krytycznie o prezydencie miasta, którego się lubi.
To, czego redakcje nie lubią najbardziej – trzeba przyznać, że dziennikarz się pomylił. Redaktor naczelny na wniosek zainteresowanej osoby lub organizacji musi bezpłatnie opublikować „rzeczowe i odnoszące się do faktów sprostowanie nieścisłej lub nieprawdziwej wiadomości zawartej w materiale prasowym” (art. 31a.1). Sprostowanie musi mieć formę pisemną i dotrzeć do redakcji do 21 dni od dnia opublikowania materiału prasowego (najczęściej jednak pojawia się już następnego dnia). Redakcja ma obowiązek umieścić je w najbliższym wydaniu gazety. Kolejne przepisy mówią też o tym, że „tekst sprostowania nie może przekraczać dwukrotnej objętości fragmentu materiału prasowego, którego dotyczy, ani zajmować więcej niż dwukrotność czasu antenowego, jaki zajmował dany fragment przekazu” (art. 31a.6). Sprostowanie najczęściej kojarzy się z małym, ledwo widocznym w gazecie fragmencikiem tekstu, tymczasem zgodnie z prawem powinno ono być opublikowane pod widocznym tytułem, w tym samym dziale i taką samą czcionką, co materiał prasowy, którego dotyczy. Legenda głosi, że ktoś kiedyś takie sprostowanie zamieścił… Sprostowaniom poświęcony jest cały 6. rozdział ustawy. Czytamy w nim również o tym, jak może być komentowane dementi oraz kiedy naczelny może odmówić opublikowania sprostowania.
No i w końcu – ustawa gwarantuje dziennikarzowi prawo do krytyki, choć… nie mówi tego wprost. „Jedynym przepisem funkcjonującym w przestrzeni prawnej, a odnoszącym się do pojęcia krytyki jest zapis art. 41 prawa prasowego, chociaż w swojej treści pomija to kluczowe słowo” – zauważa Piotr Kosmaty, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. Przepis ten mówi bowiem, że: „… publikowanie rzetelnych, zgodnych z zasadami współżycia społecznego ujemnych ocen dzieł naukowych lub artystycznych albo innej działalności twórczej, zawodowej lub publicznej służy realizacji zadań określonych w art. 1 [prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej – przyp. red.] i pozostaje pod ochroną prawa; przepis ten stosuje się odpowiednio do satyry i karykatury”. Warto zauważyć, że ustawa chroni jedynie dziennikarza uprawiającego krytykę „rzetelną i zgodną z zasadami współżycia społecznego”, a więc pod ochroną prawa nie pozostaje inna jej forma. Stąd liczne procesy sądowe z dziennikarzami w rolach głównych. Pamiętajmy, że prawo do krytyki nie równa się prawu do inwektyw. Byłoby to naruszeniem prawa karnego i cywilnego. Do zapisów pozwalających na krytykę dodaje się również taki, iż „nie wolno utrudniać prasie zbierania materiałów krytycznych ani w inny sposób tłumić krytyki” (art. 6.4) oraz, że „organy państwowe, przedsiębiorstwa państwowe i inne państwowe jednostki organizacyjne oraz organizacje spółdzielcze są obowiązane do udzielenia odpowiedzi na przekazaną im krytykę prasową bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w ciągu miesiąca” (art. 6.1).
To tylko najważniejsze (i najbardziej problematyczne) kwestie z zapisanego kodeksu dziennikarskiego – nie zostały przecież opisane plagiaty i jakże fascynujący zwyczaj podbierania sobie tematów. Jak zostało powiedziane na początku – każdy dziennikarz i każda redakcja ma swoje widzimisię, którego się trzyma. Albo i nie.