Source: http://liberalis.pl/2008/01/20/bartlomiej-kozlowski-przestepstwo-%E2%80%9Eobrazy-uczuc-religijnych%E2%80%9D-a-wolnosc-slowa/
Timestamp: 2018-12-14 20:03:38+00:00
Document Index: 6139452

Matched Legal Cases: ['art. 216', 'art. 133', 'art. 257', 'art. 189', 'art. 256', 'art. 256', 'art. 257', 'art. 256', 'art. 256']

Jeśli zatem szukamy analogii między przepisem o ochronie uczuć religijnych a innymi ograniczeniami wolności słowa, to musimy odwołać się do innych przykładów, niż przepisy o zniesławieniu. Lepsza, niż w przypadku przepisów o zniesławieniu analogia występuje tu moim zdaniem w przypadku przestępstwa zniewagi. O ile bowiem zniesławienie jest ścigane przez prawo dlatego, że naraża ono człowieka, którego się tyczy na utratę dobrego imienia w oczach innych, to zniewaga jest, jak ujmują to niektórzy komentatorzy kodeksu karnego „przestępstwem przeciwko subiektywnemu poczuciu godności człowieka jako jednostki ludzkiej”. Inaczej mówiąc, zasadniczym ratio legis, jakie stoi u podstaw istnienia w kodeksie karnym przepisu przewidującego karę za „zniewagę” jest ochrona przed psychiczną i moralną krzywdą, jaką zniewaga może wyrządzić osobie, której się tyczy (w odróżnieniu od zniesławienia, które ściganie jest z tego powodu, że naraża daną osobę na poniżenie w opinii innych – nie jej własnej). Jednak, również w tym przypadku miałbym wątpliwości. O ile bowiem uważam, że w systemie prawnym powinny istnieć przepisy, które pozwalały by człowiekowi pokrzywdzonemu w wyniku opublikowania na jego temat fałszywych twierdzeń na uzyskanie stosownej rekompensaty za wyrządzoną krzywdę od autora zniesławiającej wypowiedzi (szczególnie, jeśli zdawał sobie on sprawę z ich fałszywości, lub nie podjął starań, jeśli chodzi o sprawdzenie prawdziwości lub fałszywości stawianych zarzutów) to nie jestem przekonany co do tego, że prawo powinno karać za zniewagę – o ile nie jest ona zniesławieniem lub nie przybiera formy werbalnego prześladowania konkretnej osoby poprzez uporczywe i wbrew woli tej osoby kierowanie do niej obraźliwych wypowiedzi. Znieważenie drugiego człowieka jest niewątpliwie wyrazem chamstwa i braku kultury, lecz w szanującym wolność jednostki społeczeństwie państwo nie powinno odgrywać roli arbitra elegantiarum. Choć zniewaga może być bez wątpienia czymś przykrym, a nawet bolesnym dla dotkniętej nią osoby, to jednak tak samo dotkliwe może być dla kogoś odwrócenie się od niego plecami, okazanie postawy typu „nie znam cię” – a więc takie formy zachowania, które nie zostałyby raczej potraktowane przez sąd jako karalna zniewaga (zob. Krzysztof „Critto” Sobolewski „Terror i tyrania pozwów o „znieważanie ). Ponadto, pojęcie „znieważania” w prawie karnym jest czymś bardzo elastycznym i podatnym na różnego rodzaju subiektywne interpretacje. To, co jest zniewagą dla jednego człowieka, nie koniecznie jest nią dla innego. Warto też zauważyć, że w amerykańskim systemie prawnym nie ma, generalnie rzecz biorąc, czegoś takiego, jak zniewaga w rozumieniu art. 216 naszego k.k. Choć swego czasu (w r. 1942) amerykański Sąd Najwyższy stwierdził, że I Poprawka do Konstytucji nie chroni tzw. „napaści słownych” (fighting words)…które wyrządzają krzywdę (w domyśle – krzywdę psychiczną) lub zachęcają do natychmiastowego zakłócenia spokoju”, to w późniejszym okresie zawęził on zakres tego pojęcia i uznał, że ochronie ze strony I poprawki nie podlegają wyłącznie obelgi kierowane „twarzą w twarz” do drugiej osoby w sytuacji, gdy obelgi takie mogą sprowokować taką osobę do natychmiastowego użycia przemocy fizycznej wobec ich autora (zob. What is the fighting words doctrine?). Zaś w słynnym orzeczeniu w sprawie „Hustler Magazine v. Falwell” (1989) (będącym poniekąd jednym z tematów wyświetlanego kilka lat temu w polskich kinach filmu „Skandalista Larry Flynt”) Sąd Najwyższy USA orzekł, że I Poprawka wyklucza możliwość przyznania osobie publicznej (lub urzędnikowi publicznemu) odszkodowania za „krzywdę emocjonalną” wyrządzoną tej osobie na skutek opublikowania obraźliwej publikacji na jej temat – chyba, że osoba taka udowodni, iż autor publikacji wiedział o tym, że publikacja ta stwierdza nieprawdziwe fakty na temat takiej osoby, lub wykazał rażące niedbalstwo, jeśli chodzi o sprawdzenie prawdziwości lub fałszywości takich faktów.
Tak więc, choć analogia między zawartym w kodeksie karnym zakazem znieważania innych osób, a zakazem obrażania uczuć religijnych poprzez „publiczne znieważenie przedmiotu czci religijnej” jest nieco bardziej trafna, niż analogia między przepisem o ochronie uczuć religijnych i przepisami o zniesławieniu, to w dalszym ciągu analogia ta jest kulawa. Czy można zatem znaleźć jakiś przykład ograniczenia wolności słowa, w przypadku którego analogia ta była by bardziej oczywista? Można by tu, oczywiście, powoływać się na zawarte w kodeksie karnym zakazy „publicznego znieważania Narodu lub Rzeczypospolitej” (art. 133 k.k.) lub „publicznego znieważania grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu przynależności narodowościowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej lub z powodu bezwyznaniowości” (art. 257 k.k.). W tych przypadkach kodeks karny przewiduje karę za wypowiedzi, które nie tyczą się żadnego człowieka w sposób konkretny (a raczej dotyczą całych grup – takich, jak naród, lub jakaś grupa narodowościowa albo religijna), warunkiem karalności za takie wypowiedzi nie jest też w żadnym wypadku to, by były one bezpośrednio kierowane do osób, które czują się nimi pokrzywdzone. Co więcej, w przypadku przestępstw określonych w tych właśnie artykułach nie jest rzeczą konieczną, by ktokolwiek poczuł się faktycznie obrażony zakazanymi przez któryś z tych przepisów wypowiedziami. W odróżnieniu od przestępstwa „obrazy uczuć religijnych”, którego nie po prostu nie ma wówczas, jeśli nie znajdą się jakieś (przynajmniej dwie) osoby obrażone „publicznym znieważeniem przedmiotu czci religijnej”, przestępstwa „publicznego znieważenia Narodu lub Rzeczypospolitej” względnie „publicznego znieważenia grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu przynależności narodowej”…itd. mogą być stwierdzone – i ścigane na drodze sądowej nawet wówczas, gdyby nikt nie poczuł się dotknięty inkryminowaną wypowiedzią. Analogia między wspomnianymi przepisami, a przepisem o „ochronie uczuć religijnych” jest faktycznie wyraźna – lecz z drugiej strony, powoływanie się na taką analogię jako na uzasadnienie istnienia w systemie prawnym przestępstwa „obrazy uczuć religijnych” jest dla mnie kłopotliwe. Aby bowiem w taki akurat sposób uzasadniać istnienie w kodeksie karnym przestępstwa „obrazy uczuć religijnych” musiałbym być najpierw przekonany o zasadności karania za „publiczne znieważanie Narodu lub Rzeczypospolitej” względnie za „publiczne znieważanie grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu przynależności narodowej…” itp. – lecz moje zdanie w tej kwestii jest odwrotne. Choć przepisy przewidujące odpowiedzialność karną za publiczne wypowiedzi, które obrażają lub szkalują określone grupy narodowościowe , rasowe, wyznaniowe itp. (lub zachęcają do wrogości albo nienawiści wobec takich grup) istnieją w bardzo wielu krajach, to nie można uznać, że tego rodzaju zakazy wypowiedzi, z jakimi mamy do czynienia we wspomnianych powyżej artykułach 133 i 257 k.k. są jakimś powszechnie akceptowanym i ogólnie uznanym ograniczeniem wolności słowa – takim, jak np. przepisy o zniesławieniu (w przypadku których, jak wspomniałem, istnieje bardzo wiele sporów szczegółowych, lecz ich istnienie nie jest kontestowane samo w sobie) czy podżeganiu do popełnienia przestępstwa (w przypadku których spory dotyczą takich kwestii, jak np. czy nieskuteczne podżeganie do przestępstwa winno być karalne, jak bliski czasowo i przestrzennie musi być związek przyczynowo – skutkowy między zachęcaniem do popełnienia przestępstwa a jego faktycznym popełnieniem, aby ściganie za podżeganie do przestępstwa było uzasadnione, lecz co do istnienia których – jako takich w ogóle, nawet najbardziej liberalni prawnicy nie mają zastrzeżeń). W Stanach Zjednoczonych jakakolwiek próba wprowadzenia takich przepisów zostałaby niechybnie uznana za naruszenie I Poprawki do Konstytucji USA. Lecz nawet w tych krajach, gdzie przepisy tego rodzaju istnieją i są stosowane zasadność ich istnienia i egzekwowania jest przedmiotem zażartych nieraz dyskusji.
Jaki zatem przepis, ograniczający wolność słowa byłby czymś w największym stopniu analogicznym do przepisu zakazującego obrażania uczuć religijnych? Jak już wcześniej wspomniałem, w niemieckim kodeksie karnym istnieje przepis przewidujący odpowiedzialność karną za znieważenie pamięci osoby zmarłej (art. 189 niemieckiego k.k.). Przestępstwo to , generalnie rzecz biorąc, jest ścigane na wniosek któregoś z żyjących krewnych zmarłego, którego dotyczyła obraźliwa wypowiedź (wyjątek od tej zasady istnieje w przypadku, gdy osoba zmarła straciła życie w wyniku ludobójstwa dokonanego w okresie III Rzeszy). Jedynym sensownym (co nie znaczy przekonującym) uzasadnieniem dla istnienia w systemie prawnym przestępstwa „obrazy pamięci osoby zmarłej” może być, jak sądzę, to, że znieważenie kogoś, kto już nie żyje, może obrazić uczucia tych osób żyjących, którzy wobec takiej osoby odczuwają jakiś szczególny szacunek (np. członków rodziny zmarłego). Krzywda, jaką znieważenie pamięci osoby zmarłej może wyrządzić ludziom, którzy darzą taką osobę szczególnym respektem jest, w istocie rzeczy, czymś bardzo zbliżonym do krzywdy, jaką znieważenie „przedmiotu czci religijnej” może wyrządzić ludziom darzącym ów „przedmiot” jakąś szczególną czcią. Tak więc analogia między przepisem o ochronie pamięci osoby zmarłej a zakazem „obrazy uczuć religijnych” jest faktycznie niezaprzeczalna. Jednak, z drugiej strony, przepis o ochronie czci zmarłych jest z punktu widzenia wolności słowa czymś bardzo kontrowersyjnym- i, jak wspomniałem – nie wydaje mi się, by przepisy takie (w odróżnieniu od przepisów mających na celu ochronę czci osób żywych) były powszechnym (lub nawet względnie częstym) zjawiskiem w systemach prawnych. Przede wszystkim zaś – żadnego tego rodzaju przepisu nie ma w prawie polskim. I z tego choćby względu powoływanie się na prawną ochronę czci zmarłych jako na argument w dyskusji na temat zasadności istnienia w systemie prawnym przestępstwa „obrazy uczuć religijnych” jest, jak wspomniałem, argumentem kiepskim.
Co jednak z przepisami podobnymi do przepisu o ochronie uczuć religijnych – takimi, jak choćby przepis o zakazie wzniecania nienawiści rasowej i narodowej? – pyta Piotr Zaremba. Czy jeśli usuniemy z kodeksu karnego przepis o ochronie uczuć religijnych, to czy również ten drugi powinien zniknąć z systemu prawnego? Odnosząc się do tak sformułowanego pytania, chciałbym na wstępie zauważyć, że Piotr Zaremba przekręca nieco w tym przypadku zawarte w obowiązującym kodeksie karnym sformułowanie. Nie ma bowiem w polskim prawie przestępstwa polegającego na „wzniecaniu nienawiści”. Jest w nim natomiast przepis (art. 256 k.k.) przewidujący karę grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 za „publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość” (ten sam przepis przewiduje również karę za „publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa”). Jednak to, czy „nawoływanie do nienawiści” rzeczywiście wznieca w danym przypadku nienawiść – lub ma choćby realną szansę na wywołanie takiej nienawiści jest z prawnego punktu widzenia całkowicie obojętne. Żadne – posługując się terminologią zaczerpniętą z amerykańskiego orzecznictwa sądowego w sprawie wolności słowa „bezpośrednie i wyraźne niebezpieczeństwo” spowodowania przemocy, zamieszek, aktów wandalizmu, dyskryminacji itd. nie jest, w przypadku przestępstwa „nawoływania do nienawiści” koniecznym warunkiem osądzenia i skazania kogoś za jego publiczną wypowiedź. Z tego już choćby względu zakaz „nawoływania do nienawiści” jest z punktu widzenia wolności słowa czymś budzącym nader poważne wątpliwości. Przepisowi o „nawoływaniu do nienawiści” można też zarzucić to samo, co przepisowi o „obrazie uczuć religijnych”, a mianowicie to, że zawarte w nim pojęcia są wybitnie nieostre i podatne na subiektywne interpretacje. W świetle doświadczeń innych krajów, w których przepisy takie, jak art. 256, względnie wspomniany tu wcześniej art. 257 k.k. istnieją i są rzeczywiście egzekwowane można mieć także zasadniczą wątpliwość, czy przepisy takie są odpowiednim i skutecznym narzędziem walki z takimi zjawiskami społecznymi, jak np. dyskryminacja czy przemoc na tle narodowościowym, rasowym lub religijnym. Jak David Little z amerykańskiego Instytutu Pokoju pisał w swoim eseju „Tolerance, Equal Freedom and Peace” poświęconym problemowi karalności – lub prawnej tolerancji dla „hate speech” „doświadczenia Anglii i Niemiec, gdzie rasistowskie wypowiedzi od dawna są zakazane dowodzą tego, że zakazy takich wypowiedzi nie zapobiegną nienawistnym inwektywom, rozwojowi rasistowskich organizacji lub – co ważniejsze przestępstwom z nienawiści. W Anglii, po 35 latach, prawa kryminalizujące „podżeganie do nienawiści rasowej” wywarły mały wpływ na Front Narodowy i inne neonazistowskie grupy. Podobnie, w Niemczech, choć obowiązujące tam prawa przyczyniły się do zredukowania lub rozwiązania niektórych rasistowskich grup, to w oczywisty sposób nie powstrzymały one rozwoju ruchu skinheadów lub niedawnych, brutalnych przestępstw przeciwko imigrantom. Jedną z możliwych tego przyczyn jest, oczywiście, to, że publiczne oskarżenia i inne represje skierowane przeciwko rasistowskim grupom mogą przydawać im widzialności i czynić je czymś atrakcyjnym jako „zakazany owoc”, zwiększając w ten sposób ich zdolność do rekrutowania nowych członków”. Wniosek, że przepisy w stylu art. 256 lub 257 naszego k.k. nie są odpowiednim narzędziem walki ze zjawiskami rasizmu i nietolerancji religijnej został też wyciągnięty w opublikowanym w 1992 r. przez międzynarodową organizację ochrony praw człowieka Human Right Watch raporcie pt. „Hate speech and freedom of expression”. W raporcie tym, opartym na analizie doświadczeń całego szeregu krajów z przepisami prawnymi skierowanymi przeciwko rasistowskim wypowiedziom, HRW opowiedziała się przeciwko wszelkim restrykcjom prawnym wobec „hate speech” – poza tymi, marginalnymi zakazami, które amerykańskie orzecznictwo sądowe uznaje za zgodne z I Poprawką do Konstytucji (dotyczącymi takich wypowiedzi, jak np. intencjonalne podburzanie do natychmiastowych aktów przemocy w sytuacji, gdy podburzanie takie stwarza „bezpośrednie i wyraźne niebezpieczeństwo” spowodowania przestępczych działań, czy werbalne prześladowanie lub zastraszanie określonych osób). HRW przedstawiła swoje stanowisko w sprawie „hate speech” w sposób następujący „Human Rights Watch usiłuje w swojej polityce zastosować zasady wolności słowa w kontekście walki z dyskryminacją w sposób wykazujący szacunek dla obu tych pryncypiów, uważając, że są one wzajemnie uzupełniające się, a nie przeciwstawne. Choć zdajemy sobie sprawę z tego, że polityka ta jest bardziej zbliżona do podejścia prawnego, jakie przyjęte jest w Ameryce, niż do podejścia przyjętego w jakimkolwiek innym kraju, to została ona jednak osiągnięta po starannej analizie doświadczeń wielu innych krajów. Na podstawie tej analizy stało się jasne, że mały w praktyce jest związek między drakońskimi prawami przeciwko „szerzeniu nienawiści” a zmniejszeniu rasowej i etnicznej przemocy lub napięć. Ponadto, większość krajów, które wprowadziły przepisy przeciwko „hate speech” ma przed sobą daleką drogę do przebycia, jeśli chodzi o wypełnienie postanowień Konwencji o Eliminacji Dyskryminacji Rasowej, która nakazuje eliminację dyskryminacji z powodu rasy. Jedne z najsurowszych praw przeciwko „hate speech” istniały np. w Republice Południowej Afryki, gdzie stosowane były niemal wyłącznie przeciwko czarnej większości”. (zob. m.in. w tej kwestii Nadine Strossen „Incitement to hatred: should there be a limit?”) Podobne konkluzje wyciągnięte zostały również na międzynarodowej konferencji na temat praw przeciwko „mowie nienawistnej”, jaką zorganizowała w 1991 r. broniąca wolności słowa międzynarodowa organizacja Article 19. Większość z autorów opracowań na temat doswiadczeń różnych krajów z przepisami przeciwko „hate speech”, jakie znalazły się w wydanej po wspomnianej konferencji książce, której nadany został symptomatyczny tytuł „Striking a Balance: Hate Speech, Freedom of Expression and Non – Discrimination” stwierdziła, że ograniczenia wolności wypowiedzi nie ograniczają takich zjawisk, jak przemoc, lub dyskryminacja rasowa, narodowa itp. Inni stwierdzili brak konkretnego związku przyczynowo – skutkowego między rasistowskimi wypowiedziami, a zjawiskami tego rodzaju, co dyskryminacja lub przemoc. (zob. Striking a Balance – Summary of the Introduction and Editorial Note). Warto też dodać, że, jak wskazują doświadczenia różnych krajów (o czym mowa jest we wspomnianym raporcie HRW i książce wydanej przez Article 19) przepisy skierowane przeciwko „hate speech” stosowane są często w sposób odległy od założeń ich zwolenników. W tak demokratycznym i cywilizowanym, bądź co bądź kraju, jak Kanada, pod istniejący w tamtejszym kodeksie karnym przepis, zabraniający „świadomego promowania nienawiści do określonej grupy” (definiowanej jako grupa obywateli mających wspólną przynależność rasową, kolor skóry, pochodzenie narodowe lub wyznanie) usiłowano podciągnąć swego czasu film o więzionym wówczas południowoafrykańskim czarnym przywódcy Nelsonie Mandeli, a także „Szatańskie Wersety” Salmana Rushdiego. W RPA w oparciu o podobny przepis zakazano amerykańskiego serialu o niewolnictwie „Korzenie” – władze RPA uznały bowiem, że serial ten może pobudzać do nienawiści na tle różnic rasowych. Do niesłychanych wręcz nadużyć, jeśli chodzi o stosowanie przepisu o „podżeganiu do nienawiści” dochodziło w Turcji – nie tak dawno, w oparciu o ten przepis skazano tam kogoś za to, że w swojej wypowiedzi użył on wyrażenia „kurdyjskie kobiety” (przypomnę, że do niedawna w Turcji samo publiczne mówienie po kurdyjsku traktowane było jako przestępstwo). Warto więc co najmniej zastanowić się nad celowością istnienia takich przepisów, jak wspomniane tu art. 256 i 257 k.k. w naszym systemie prawnym. (zainteresowanych kwestią „hate speech” odsyłam do mojego artykułu „Faszyści do pierdla?”.
Tylko że o ile miłośnicy tuningu nauczeni PRAKTYKĄ raczej inżynierów słuchają i nieźle na tym wychodzą, o tyle miłośnicy „tuningu ustrojów” często słuchają tylko „fizyków” zaś „inżynierów” nazywają lewakami.
Teoria jest jak idea która ma niestety „mózgopiercze” właściwości i powoduje zaślepienie na pewne szczegóły które mogą okazać się istotne.
Apfelbaum:ja wiem o tym…tyle ,ze jestem w trackie rozwazania tej kwestii….i kiepsko mi idzie….niemniej przyjmuje ,ze wolnosc jednostki jest wartoscia nadrzedna i w konsekwencji udzielam lieberalizmowi poparcia dlatego,ze sporod istniejacych idei on jest…hm jedna z tych „najmniej zlych”……to bardziej skomplikowane…za chwilke dopisze reszte….