Source: https://lobo.guru/2019/04/21/piosenka-to-nie-krowa-czyli-o-wlasnosci-intelektualnej-slow-kilka-2/
Timestamp: 2019-11-17 20:20:17+00:00
Document Index: 45136343

Matched Legal Cases: ['Art.1', 'Art. 23', 'Art. 23', 'Art. 23', 'Art. 231', 'Art. 27', 'Art. 31']

Piosenka to nie krowa, czyli o własności intelektualnej słów kilka – Lobo Guru
Posted by Przemysław Adam Śmiejek Posted on 21 kwietnia 2019 Leave a Comment on Piosenka to nie krowa, czyli o własności intelektualnej słów kilka
Nie jest to oczywiście temat do omówienia w jednym artykule, ale spróbujmy choć otrzeć się o czubek tej góry lodowej.
…z dobrami niematerialnymi (takimi jak nagrania muzyczne, filmowe, zdjęcia, a tym bardziej pomysły i idee) jest dużo trudniej niż z krową. W ogóle krowa jest zdecydowanie lepsza niż cokolwiek w dziedzinie informatyki czy prawa, ale to już całkiem inna opowieść. W tym przypadku mam na myśli to, że jeżeli sąsiad ma krowę, a ja mu ją zabiorę, to sąsiad krowy nie ma, a ja ją mam.
Co prawda można relatywizować czynność kradzieży krowy i powiedzieć, jak Kali z powieści Henryka Sienkiewicza:
Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy (…) to jest zły uczynek (…). Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.
ale kradzież pozostaje kradzieżą, a sytuacja jest raczej prosta. Z kradzieżą krowy, owcy czy kozy nauczyliśmy się (jako ludzie) obchodzić przez tysiąclecia istnienia naszej cywilizacji. Już około 4 tysięcy lat temu Bóg przekazał Mojżeszowi jako przykazanie dla ludu: Nie kradnij. I lud pasterski, wędrowny, trzody wielkie posiadający, dalszego wyjaśnienia nie potrzebował. Krótkie i zwięzłe. Nie kradnij.
Zdecydowanie trudniej w przypadku dóbr niematerialnych.
Kradzież, czy nie kradzież?
Dla ustalenia uwagi, stwórzmy fikcyjną postać ulubionego wśród nastolatek wykonawcy muzyki pop o swojsko brzmiącym nazwisku Justyn Bimber. Nasz artysta nagrywa płytę ze swoją muzyką, ktoś ją kupuje, zgrywa całość do plików mp3 i wrzuca do internetu. I ja to sobie pobieram.
Czy Justyn nie ma już swojej krowy (płyty)? Owszem ja krowę mam, ale on dalej też. Więc nie kradzież, przynajmniej nie taka, jaką znamy od tysiącleci.
Z drugiej jednak strony, jeżeli miliony fanek Justyna zamiast kupić płytę, pobiorą ją, podobnie jak ja, to Justyn zdecydowanie straci finansowo. Można powiedzieć, że z tych dochodów zostanie ograbiony. Więc może jednak kradzież? Może nie taka klasyczna, ale na pewno dochody stracił.
No właśnie, czy na pewno? Kluczowe jest tu słowo ZAMIAST. Napisałem „jeżeli […] zamiast kupić płytę […]”. A to nie zawsze tak jest. Na dyskach, smartfonach, walkmanach, ipodach wielu osób znaleźć można nierzadko utwory, których nigdy by i tak nie kupili. Dlatego nie można wyceniać straty autora podług ceny rynkowej takiego utworu.
Świat się zmienia. Krowa to nadal krowa, ale piosenka to nie krowa. Możemy ją powielić zamiast ukraść. I czasami to powielenie będzie ze stratą dla autora a czasami nie. Ba! Czasami może być dla niego z zyskiem.
Otóż nasz Justyn Bimber, zanim został sławny i bogaty, mieszkał sobie w dalekiej krainie pachnącej żywicą i miliony fanek nie wiedziały, że on istnieje. Żadna z nich nie wpadła by na pomysł, aby kupić jego płytę. Tylko dlatego, że dzięki darmowej dystrybucji piosenek przez serwis YouTube, dowiedziały się, iż on istnieje, możemy teraz zastanawiać się nad ewentualnymi utraconymi dochodami.
Zostawmy zresztą naszego fikcyjnego bohatera i popatrzmy na przypadek z mojego życia. Otóż kiedyś w naszej parafii występować miał wokalista i poeta nurtu chrześcijańskiego o nazwisku związanym z jajkiem. Nie znałem go wtedy zupełnie, więc pobrałem z Internetu dwie piosenki, aby sprawdzić czy warto iść. Spodobały mi się, poszedłem na koncert, nabyłem 2 płyty po koncercie i przez pewien czas byłem może nie fanem, ale jednak zwolennikiem tego artysty. Niestety, wkrótce nazwał mnie złodziejem, gdy dowiedział się o tych pobranych przed koncertem piosenkach.
To wydarzenie sprawiło, że przemodelowałem sobie obraz tego artysty i już nie chadzam na jego koncerty i nie kupuję jego płyt.
W ten oto sposób, dwie „ukradzione” z Internetu piosenki przysporzyły mu dochodu, a nazwanie tego czynu kradzieżą ten dochód obniżyły.
Dlatego właśnie uważam że, od strony etycznej, temat jest bardzo skomplikowany. Czasami „piractwo” działa na szkodę artysty, czasami na jego korzyść, a czasami nie ma wpływu na jego dochody.
Dlatego ja zawsze staram się sprawę rozpoznawać wg zasady etycznej sformułowanej w Piśmie świętym: Po ich owocach poznacie ich. Co prawda fragment ten dotyczy rozpoznawania proroków, jednak myślę, że można przenieść to na grunt innych dylematów moralnych.
Jeżeli mam pobrać coś z internetu zamiast zapłacić, zawsze rozważam, jaki to ma wpływ na twórcę i czy jednak nie istnieje sposób zapłaty.
Idea jest tania czy droga?
Prawo chroni wartości intelektualne i wartości niematerialne, choć nie w pełni i nie we wszystkich krajach tak samo. No ale nie obiecywałem, że będzie łatwo. Wręcz przeciwnie! Wspominałem o górze lodowej i jej wierzchołku, którego się jedynie ciągle dotykamy.
Jeżeli chcemy dokładnie zbadać temat, musimy się niestety zagłębić w wiele aktów prawnych. Jeden z nich, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, dotyka tematów najbliższych chyba uczniowi, artyście czy informatykowi. I ta ustawa mówi:
Art.1.1. Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór).
Niektórzy ludzie uważają, że taka ochrona nie powinna mieć miejsca. Że dobra materialne są rzadkie, jest ich mało i dlatego muszą podlegać ochronie. Że jeżeli mam krowę, a mi się ją zabierze, to coś stracę. A jeżeli stworzę utwór: piosenkę, wiersz, książkę, zdjęcie, rysunek itp. to dzięki technikom elektronicznego powielania, każdy może sobie je powielić i mieć to samo co ja. Moja krowa magicznie się rozmnaża.
Idąc dalej – jeżeli mam plantację bawełny i wymyślę nowy, lepszy sposób jej uprawy, to jeśli pozostali plantatorzy z niego skorzystają, będzie to tylko z zyskiem dla świata, a ja swój sposób dalej będę mógł użytkować. I wszystkim nam będzie żyło się lepiej, bo wszyscy wykorzystamy ten nowy, lepszy sposób uprawy.
Pojawia się więc twierdzenie, że dzielenie się ideami, pomysłami, dokonaniami, sprzyja rozwojowi. Wszak w ten sposób wyglądał świat przez tysiąclecia. Wynalazki rozprzestrzeniały się swobodnie, ludzie budowali na ich bazie kolejne. Sztuka rozwijała się swobodnie, a kolejni twórcy tworzyli na jej bazie. I jeżeli wprowadzamy prawo autorskie, to rozwój kultury i sztuki się zatrzyma. Jeżeli wprowadzamy prawo patentowe, to bazowanie na cudzych wynalazkach się zatrzyma.
Jest w tym sporo racji. Tylko, że np. Norwid umarł w przytułku i pochowano go w zbiorowej mogile. Dzisiaj mało który artysta chciałby doświadczyć tego losu.
Napisanie dobrego wiersza niewiele kosztuje i można przyjąć, że poeta może zarabiać na życie inaczej, niż pisząc wiersze. Ale już na przykład zrobienie dobrego zdjęcia wymaga nie tylko dobrego oka ale i dobrego aparatu za tysiące lub dziesiątki tysięcy złotych.
Artysta musi za coś żyć, musi za coś nabywać sprzęt. W dawnych wiekach znane było pojęcie mecenasa sztuki. Bogaci ludzie (szlachta, przedsiębiorcy, władcy) sponsorowali artystów, czyli de facto płacili za dobra niematerialne, gdy jeszcze nie było pojęcia prawa autorskiego!
Z badaniami naukowymi jeszcze gorzej
W przypadku badań naukowych, przemysłowych czy medycznych sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Aby opracować nowy lek, potrzebne jest wiele lat badań, w tym także badań na ochotnikach. Potrzebne jest ryzyko porażki, bo przecież nikt nie wie co z tego wyjdzie, sukces wcale nie jest pewny! i pieniądze zostaną stracone.
Nie mamy już bogatych królów sponsorujących badania dla własnej sławy czy nawet w nadziei na zamianę ołowiu w złoto. Gdy znamy już skład i budowę chemiczną, wyprodukowanie lekarstwa jest banalne. Więc wydaje się, że idea jest tania, można ją łatwo rozmnażać i bardzo dobrze, że wszyscy wokoło mogą ten lek produkować, dzięki temu jest on tani i na leczenie stać także biednych. I wszyscy powinni się cieszyć, lek jest dostępny.
Ale STOP! Jeżeli nie zapewnimy ochrony prawnej twórcom tego leku, nie będzie za co go wymyślić, opracować, przebadać. Po prostu nie będzie czego skopiować! Łatwo wołać: Zobaczcie, koncern farmaceutyczny opracował lek, opatentował, sprzedaje drogo, a miliony biedaków umierają, bo ich nie stać. Na razie ich nie stać i na razie umierają, a gdy minie ochrona prawna (a jest ona przyznawana na pewien czas), pojawią się tańsze generyki i w ostatecznym rozrachunku lek trafi na rynek. Gdyby nie ochrona prawna, lek nie miałby szans powstać i ci co ich teraz nie stać, umieraliby dokładnie tak samo, a także ich następcy. A i bogaci, których teraz już stać na najnowszy lek także.
To jaka w końcu jest, tanio czy drogo?
I tak i tak! Czasami idea, informacja, dobro niematerialne jest tanie. Czytasz ten tekst, bo napisałem go dla swoich uczniów. Napisałem go za pieniądze mojego pracodawcy, czyli narodu polskiego, w ramach pracy w publicznej placówce edukacyjnej. Do tego znalazłem sponsorów (w tym siebie), którzy zapłacili za publikację (hosting, system WordPress) i łącza. Więc uznałem, że nie będę go ograniczał do moich uczniów. Nie ubędzie mi niczego, jeżeli ktoś jeszcze skorzysta. Wręcz przeciwnie – zyskam radość, że mogłem komuś coś udostępnić.
Wiele państwowych instytucji decyduje się na takie działania. Materiały udostępniane przez NASA (Amerykańska Agencja Kosmiczna), a pozyskane za pieniądze amerykańskich podatników dostępne są za darmo w Internecie. Taka informacja może być tania dla odbiorcy, może być powielana i wykorzystywana. Bo już raz naród amerykański za nią zapłacił.
Czasami niezależni twórcy działają w oparciu o dochody z serwisów patronackich. Szukają mecenasów, którzy ich wesprą. Tyle że czasy się zmieniły i zamiast jednego bogatego mecenasa mamy wielu małych. Znany youtuber Krzysztof Gonciarz dzięki wsparciu Internautów zarobił już 314 tysięcy (na dzień pisania artykułu) w samym serwisie Patronite. Dlatego jego twórczość może być darmowo dostępna, a pomimo to, jest w stanie opłacić sprzęt, pracowników i inne wydatki.
Więc tak, idea, informacja, dzieło sztuki itp. mogą być tanie, o ile wcześniej ktoś za nie zapłaci. I tak, leki też mogą być tanie, gdy ktoś zapłaci za ich wymyślenie, zbadanie.
Ale też i informacja, idea, dzieło może być drogie. Nawet zwykła prosta piosenka, nagrana przez naszego Justyna z poprzedniego odcinka, kosztuje. Bo nie da się jej sensownie nagrać mikrofonem za 15zł, a wynajęcie studia nagrań kosztuje. I nawet jeżeli nie wycenimy pracy autora tekstu, autora muzyki, nawet jeśli nie wycenimy pracy wokalisty i zespołu, to nadal musimy wycenić studio nagrań.
A ile kosztuje lot w kosmos i wykonanie zdjęć Marsa? Zdjęcie Marsa dostępne za darmo, łatwo powielane i tanio rozmnażane może być takim tylko dlatego, że ktoś za to już zapłacił miliardy dolarów.
Utopią jest więc twierdzenie, że idee, informacje, dzieła sztuki powinny być darmowe, bo są bardzo powszechnym dobrem, którego rozmnażanie i powielanie nic lub niewiele kosztuje. Owszem, dobrze, gdy są darmowe lub tanie. Ich dostępność sprzyja rozwojowi kultury, sztuki, nauki i naszego człowieczeństwa. Ale zawsze pamiętajmy, że nie pojawiły się znikąd, a ich wytworzenie kosztuje.
I co z tego wynika? Że każdy i niezależnie od wartości (podkreślenia moje) utwór o indywidualnym charakterze podlega ochronie. Takim utworem może być piosenka, film, zdjęcie, rysunek, rzeźba, wiersz czy nawet ten tekst! Tak, ten tekst jest tak samo chroniony prawem autorskim jak piosenki Justyna. Czy w takim razie, czytając go, łamiesz prawo? Nie, na szczęście nie. Ale zanim o tym dlaczego, muszę wyjaśnić jakiego rodzaju ochrony można się spodziewać.
Osobiste czy majątkowe?
Każdy utwór objęty jest dwoma rodzajami prawa autorskiego – prawem osobistym oraz majątkowym. Prawo osobiste mówi, że jako autor mam niezbywalne prawo przynajmniej do oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo.
Co to znaczy, że te prawa są niezbywalne? Otóż, w przeciwieństwie do majątkowych, o których za chwilę, nie można się ich zrzec ani nie wygasają z czasem. Posłużę się tu cytatem z https://prawokultury.pl/kurs/autorskie-prawa-osobiste:
Bolesław Prus napisał Lalkę ponad 100 lat temu, ale nadal każdy ma obowiązek podpisania tego utworu jego imieniem i nazwiskiem (a właściwie to przyjętym przez niego już na początku pracy dziennikarskiej pseudonimem). Szczególnym przypadkiem naruszenia prawa do autorstwa jest plagiat — przestępstwo polegające na przypisaniu sobie autorstwa utworu stworzonego przez kogoś innego, albo wprowadzeniu w błąd co do autorstwa.
Czyli, niezależnie od wszystkiego, nie możesz wziąć mojego tekstu i stwierdzić, że jest twojego autorstwa. A ja nie mogę się z tobą tak umówić, że ja coś napiszę, a tobie udzielę zgody na podpisanie twoim nazwiskiem.
Inaczej sytuacja ma się z majątkowymi prawami. Te mogą ulec zbyciu, utracie, a nawet od samego początku mogą nie należeć do twórcy. W skrócie, posiadacz praw majątkowych ma wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim oraz do wynagrodzenia za korzystanie z utworu, z uwzględnieniem wyjątków zawartych w przepisach.
Jakie to wyjątki…
…zapytujesz? Jest ich całkiem sporo, przy czym zazwyczaj nie dotyczą programów komputerowych. Programy rządzą się własnymi prawami i im poświęcę osobny odcinek. Na razie załóżmy, że nie mówimy o programach, ale o innych utworach (piosenkach, filmach, tekstach, wierszach etc.). Najważniejsze prawo, jakie masz, to:
Jest to bardzo szerokie zwolnienie z ochrony dające wiele uprawnień (pamiętaj tylko, że nie wobec programów komputerowych) i brzmi ono tak:
Art. 23. 1. Bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Przepis ten nie upoważnia do budowania według cudzego utworu architektonicznego i architektoniczno-urbanistycznego oraz do korzystania z elektronicznych baz danych spełniających cechy utworu, chyba że dotyczy to własnego użytku naukowego niezwiązanego z celem zarobkowym.
2. Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego.
Chwilowo założę, że jesteś zwykłym, przeciętnym uczniem, więc raczej nie będziesz budować domu czy korzystać z dużych baz danych, więc skrócę go do:
Art. 23. 1. Bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. […]
A to bardzo szerokie uprawnienie. Oznacza, że możesz słuchać piosenki czy oglądać film z dowolnymi bliskimi ci osobami. Mamą, tatą, kolegami z klasy czy osobistą narzeczoną lub sympatią. Nie musisz więc chować pod pazuchą nowo kupionej płyty czy książki w obawie, że znajomi też będą chcieli z niej skorzystać. Możesz się z nimi dzielić. To już całkiem sporo, prawda?
A to nie wszystko. Przepis z Art. 23 rozszerzono w pewnym momencie o dalszy zapis:
Art. 231. Nie wymaga zezwolenia twórcy tymczasowe zwielokrotnienie, o charakterze przejściowym lub incydentalnym, nie mające samodzielnego znaczenia gospodarczego, […]
A więc nie tylko możesz płytę z piosenką koledze pożyczyć, ale możesz ją wręcz skopiować, zwielokrotnić. Tylko pamiętaj o kilku warunkach, o których często się zapomina:
Ma to mieć charakter przejściowy lub incydentalny. Czyli nie możesz kopiować „jak leci”, na dużą skalę
Ma to dotyczyć kręgu osób pozostających w związku osobistym. A więc nie można wrzucać do Internetu, na publiczne fora, grupy, dostępne publicznie dyski sieciowe itp.
Prawo do pobierania? A może nie?
Niektórzy prawo do dozwolonego użytku osobistego interpretują również tak, że można również pobierać utwory nie będące programami komputerowymi z Internetu. Jest to sporna kwestia i toczą się wokoło niej dyskusje. Zajrzyjmy na stronę https://prawokultury.pl/kurs/dozwolony-uzytek-prywatny, gdzie napisano tak:
Na chwilę obecną, najważniejszym rozstrzygnięciem w sporze o „ściąganie z internetu” jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z dnia 10 kwietnia 2014 r. w sprawie C-435/12 (ACI Adam). TSUE stwierdził, że zgodne z prawem europejskim przepisy krajowe powinny rozróżniać sytuację, w której źródło służące za podstawę sporządzenia kopii na użytek prywatny jest legalne, od sytuacji, w której źródło to jest nielegalne.
Czyli jeżeli wiemy, że pliki pochodzą z nielegalnego źródła, że osoba, która je umieściła w Internecie, nie miała do tego prawa, nie powinniśmy z nich korzystać, nawet jeżeli powołujemy się na dozwolony użytek osobisty.
Twórcy, zwłaszcza opracowań naukowych, często sięgają po cytaty z innych prac. Bez tego nauka, sztuka, a także dziennikarstwo nie mogłoby funkcjonować. Możemy więc bez opłat cytować fragmenty cudzych dokonań, pod pewnymi warunkami, takimi jak:
Jest to uzasadnione celami takimi jak wyjaśnianie, polemika, analiza krytyczna lub naukowa, nauczanie lub prawa gatunku twórczości. Cytat nie może być tu tylko dodatkiem, czymś, bez czego nasza praca mogłaby się obejść. Nie mogę wrzucić na przykład do tego artykułu na prawie cytatu zdjęcia, którego nie omawiam, do którego się nie odwołuję, a które jedynie ozdabia mój artykuł.
Cytat musi być odpowiednio oznaczony. Nie może być tu wątpliwości, że korzystamy z cudzego utworu, gdyż wtedy dodatkowo narażamy się na zarzut plagiatu. Ale samo oznaczenie, że to cytat, cudze słowa, zdjęcia, rysunki nie wystarczy. Należy jeszcze oznaczyć autora i źródło cytowanego fragmentu. Zobacz, jak wcześniej oznaczyłem cytat z kursu prawokultury.pl. Cytowany fragment jest wyróżniony, podane jest też jego pochodzenie. Nikt nie może powiedzieć, że udaję iż to moje słowa.
Cytat musi mieć odpowiedni rozmiar i znaczenie. Nie jest powiedziane ile można cytować, ale zdrowy rozsądek podpowiada, że zacytowanie całości okraszonej drobnym i nieistotnym komentarzem z naszej strony nie jest właściwe. Oddajmy głos autorom opracowania https://prawokultury.pl/kurs/prawo-cytatu :
Wykorzystanie fragmentu utworu, a nawet całego niewielkiego utworu, nie może budzić wątpliwości, że poza nim istnieje jakieś samoistne, samodzielnie przez nas stworzone dzieło. Cytat jest zawsze wtórny i podrzędny wobec naszego twórczego wkładu. Dlatego niedozwolona jest np. praktyka polegająca na takim budowaniu własnego utworu, że jego dominującą częścią są cytaty opisane lakonicznymi komentarzami. Cytat zawsze powinien zachować swoją pomocniczą funkcję w stosunku do naszego utworu.
Z prawa cytatu korzystają bardzo często youtuberzy, którzy dla podniesienia swojej popularności wywołują gównoburze zwane dramami i cytując fragmenty nagrania opublikowanego przez „przeciwnika” komentują go w sposób niewybredny i uwłaczający wszelkiej godności. Tak więc, niestety, prawo cytatu wcale nie musi służyć tylko dobrym celom.
Art. 27. 1. Instytucje oświatowe, uczelnie oraz jednostki naukowe […] mogą na potrzeby zilustrowania treści przekazywanych w celach dydaktycznych lub w celu prowadzenia badań naukowych, korzystać z rozpowszechnionych utworów w oryginale i w tłumaczeniu oraz zwielokrotniać w tym celu rozpowszechnione drobne utwory lub fragmenty większych utworów.
Czyli nauczyciel odtwarzający film związany z tematem lekcji albo kserujący fragmenty artykułów, opracowań, książek itp. robi to legalnie, a uczeń może legalnie z tego korzystać. Przy czym, uwaga, zwielokrotniać można tylko fragmenty. Czyli nauczyciel może odtwarzać film w całości, ale uczniom udostępnić może tylko jego fragmenty.
Prawo do szkolnych akademii
Art. 31. 2. Wolno nieodpłatnie publicznie wykonywać lub odtwarzać przy pomocy urządzeń lub nośników znajdujących się w tym samym miejscu co publiczność rozpowszechnione utwory podczas imprez szkolnych oraz akademickich, jeżeli nie łączy się z tym osiąganie pośrednio lub bezpośrednio korzyści majątkowej i artyści wykonawcy oraz osoby odtwarzające utwory nie otrzymują wynagrodzenia.
Kiedyś to prawo było szersze i obejmowało dowolne nieodpłatne wykonywanie cudzych utworów, jednak z czasem ograniczono je do takiej postaci. Więc póki działasz na polu szkolnym lub uczelnianym, możesz ilustrować akademie szkolne cudzymi utworami, a nawet organizować bezpłatne dyskoteki szkolne.
Zmniejszona ochrona
Istnieje wiele powodów i stopni zmniejszania ochrony majątkowej. Najczęściej spotykane to:
Przejście utworu do tzw. domeny publicznej np. po 70 latach od śmierci autora. W ten sposób masz dostęp do całej ogromnej wielowiekowej biblioteki tekstów (zobacz np. https://WolneLektury.pl/) czy reprodukcji dzieł malarskich.
Złagodzenie ochrony, np. poprzez objęcie przez autora jedną z licencji Creative Commons (więcej o tych licencjach w następnych odcinkach)
Wszystko te wyjątki, odpisane wyżej, nie dotyczą programów komputerowych. Z nimi sytuacja się komplikuje i zaostrza, a do tego część ochrony została przeniesiona do prawa karnego, więc za komputerowe piractwo grozi nie tylko odpowiedzialność cywilna z mocy Prawa Autorskiego, ale także odpowiedzialność karna (jak za kradzieże, rozboje, morderstwa).
Jak już wspominałem, każdy utwór (tekst, piosenka, film, wiersz, zdjęcie, rysunek etc.) jest chroniony prawem autorskim osobistym oraz majątkowym. Jednak taka ochrona nie sprzyja rozwojowi nauki i sztuki. Korzystanie z cudzych dokonań jest podstawą rozwoju. Wymyślanie koła od nowa i to za każdym razem inaczej, żeby nie naruszyć patentów, nie sprzyja rozwojowi. Stąd pojawiają się głosy, że utwory nie powinny być aż tak chronione.
Zwolennicy wolnego dostępu do dóbr niematerialnych podzielili się na dwie grupy. Jedna, to tzw. piraci, którzy prześcigają się w udostępnianiu w Sieci filmów, muzyki, książek itp. za darmo. Tylko, że to nie są ich filmy, muzyka, książki itp. Czynią to bez zgody, a nawet przy czynnym sprzeciwie twórców lub firm wydawniczych. Taka forma dzielenia się nie jest dobra. Każdy powinien decydować o swoim!
Drudzy, to ludzie, którzy promują dzielenie się dobrami niematerialnymi, ale w świetle prawa. W sposób legalny i uczciwy. Są to twórcy, którzy udostępniają swoje dzieła (zrzekając się całości lub części praw), albo organizacje, które namawiają do takiego dzielenia się.
Jedną z takich organizacji jest…
czyli w wolnym tłumaczeniu Twórczy Lud (choć oczywiście to nazwa własna organizacji, więc się jej nie tłumaczy).
Creative Commons została założona przez amerykańskiego profesora nauk prawnych, Lawrence’a Lessiga, który napisał książkę Wolna Kultura, dostępną za darmo i legalnie np. tutaj: http://www.kultura.cba.pl/ .
Creative Commons to międzynarodowy projekt oferujący darmowe rozwiązania prawne i inne narzędzia służące zarządzaniu przez twórców prawami autorskimi do swoich utworów. Creative Commons wspiera wolną kulturę: produkcję i wymianę utworów traktowanych jako dobro wspólne. (źródło: https://creativecommons.pl/o-nas/)
Jednym z takich najbardziej widocznych przejawów działalności CC są licencje przez nich tworzone i promowane. Jak sami piszą:
Podstawowym narzędziem Creative Commons są licencje prawne pozwalające zastąpić tradycyjny model „Wszystkie prawa zastrzeżone” zasadą „Pewne prawa zastrzeżone” – przy jednoczesnym poszanowaniu zasad prawa autorskiego. Licencje Creative Commons oferują różnorodny zestaw warunków licencyjnych – swobód i ograniczeń. Dzięki temu autor może samodzielnie określić zasady, na których chce dzielić się swoją twórczością z innymi. (źródło: https://creativecommons.pl/poznaj-licencje-creative-commons/)
Po co komu te licencje?
Wyobraźmy sobie twórcę, pana Janusza z Supraśla, który właśnie wykonał piękne zdjęcie zachodu słońca nad Bałtykiem w czasie wakacji z żoną Grażyną w Chałupach na Helu.
Pan Janusz nie jest zawodowym fotografem, nie wiąże z tym zdjęciem żadnych planów, chciałby się nim podzielić ze światem i tyle. Wrzuca więc zdjęcie na swojego bloga.
Zdjęcie wpada w ochronę prawną i czytelnicy bloga mogą z niego korzystać, zgodnie z tym, co opisałem w odcinku pt. Nawet jeśli nie studiujesz prawa, to to ważna sprawa, ale nic ponadto.
Pan Janusz namówiony przez zwolenników wolnych zasobów chciałby jednak udostępnić to zdjęcie do szerszego wykorzystania. Siada więc nad tekstem licencji łagodzącej prawa autorskie. Nie chce się ich całkiem zrzekać, nęci go wizja ewentualnych zarobków, ale też uważa, że każdy, kto to wykorzysta niezarobkowo, powinien mieć do tego prawo.
Siedzi więc pan Janusz nad licencją w języku polskim. Po 3 tygodniach skończył swoją pracę i wtedy wpadł na myśl, że przecież w Wenezueli też jego zdjęcie mogłoby zrobić furorę. Kolejne 4 lata spędza więc na nauce języka hiszpańskiego oraz studiowaniu zasad prawa autorskiego w tamtym kraju… no dobrze, chyba rozumiesz już w czym rzecz.
Jeżeli chcemy udostępnić wykonane przez siebie zdjęcie, rysunek, wiersz, może piosenkę, nie chcemy spędzać miesięcy czy lat na przygotowaniu odpowiedniej licencji. I w drugą stronę również – jeżeli nawet pan Janusz napisze swoją licencję, pani Grażyna swoją i analogicznie każdy z miliona twórców, to kto da radę te licencje przeczytać, zrozumieć, sprawdzić na co pozwalają?
A co, jeżeli zechcesz zrobić kolaż z połączenia 7 zdjęć? Poza przeczytaniem 7 licencji ze zrozumieniem, czeka cię sprawdzenie, czy licencje te nie są ze sobą niezgodne, nie mają sprzecznych wymagań.
Teraz już chyba wiesz, po co są te licencje. Dla pewności powiem:
Po pierwsze, aby ułatwić twórcom dzielenie się swoimi dziełami. Aby zdjąć z nich obowiązek myślenia o licencjach.
Po drugie, aby ułatwić odbiorcom rozeznanie się w tym, co wolno a czego robić nie wolno.
Przykład? Ja ten tekst udostępniłem na licencji CC BY-SA (Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0). Wystarczy, że to napiszę, a sporo osób już będzie wiedziało o co chodzi. A jeśli nie, to wystarczy kliknąć w odsyłacz i przejść do strony: https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0/deed.pl, aby dowiedzieć się, że:
Adaptacje — remiksuj, zmieniaj i twórz na bazie utworu dla dowolnego celu, także komercyjnego.
To jeszcze nie jest tekst licencji prawnej, który jest odpowiednio dłuższy, ale takie krótkie podsumowanie wielu osobom wystarcza. Ba, czasami nie czytają nawet tego podsumowania, tylko patrzą na towarzyszące utworom ikonki, np. taką: .
Licencje Creative Commons składają się z 4 podstawowych warunków:
Bez utworów zależnych (ND). Wolno kopiować, rozprowadzać, przedstawiać i wykonywać utwór jedynie w jego oryginalnej postaci – tworzenie utworów zależnych nie jest dozwolone.
I z tych elementów można prawie dowolnie budować różne zestawy. Prawie dowolnie, bo SA i ND do siebie nie pasują. Jakie to zestawy?
Creative Commons Uznanie autorstwa (CC BY). Wybieramy ją wtedy, gdy chcemy wyłącznie uznania naszego autorstwa. Pozwalamy na wszystko, na wykorzystanie zwykłe i zarobkowe, na przerabianie i modyfikowanie naszego dzieła. Jedyne, czego się domagamy, to uznania nas za autorów. Cechą tej licencji jest to, że ktoś może wziąć nasze dzieło, przerobić je, ale już przerobionej wersji innym nie musi udostępnić na takiej samej licencji.
Dzięki licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach (CC BY-SA) można zapobiec takiemu zamknięciu. Skrót SA (ShareAlike) oznacza, że poza uznaniem autorstwa, osoba, która przerabia dzieło, zgadza się na „zarażenie” swojej przeróbki tą samą licencją. Ta licencja daje więc odbiorcy mniej wolności, jest jednak lubiana wśród twórców, którzy przy jej pomocy mówią: No stary, dostałeś w gratisie moje dzieło, możesz je do woli przerabiać, więc odpłać się tym samym i twoje przeróbki niech dołączą do wolnych zasobów.
Nie każdy twórca chce jednak pozwolić na zarabianie na swoim dziele. Tu nie chodzi nawet o zawiść czy zazdrość, że ktoś zarobi na mojej twórczości, ale proste rozumowanie – daję za darmo, ale jeśli chcesz na tym zarabiać, zgłoś się do mnie i kup odpowiednią licencję, tym razem płatną. W ten sposób bardzo często oznaczane są różne utwory muzyczne albo bardziej złożone grafiki. Jeżeli komuś wystarczają warunki licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach (CC BY-NC-SA), to może z nich korzystać, w przeciwnym razie pozostają negocjacje z autorem.
Niektórzy autorzy uważają, że ich dzieło jest tak bardzo autorskie, niepowtarzalne i kompletne, że nikt nie powinien dokonywać w nim przeróbek. Dostałeś, co masz i tak to ma zostać. Zero zmian. Wtedy znaczek SA można zastąpić znaczkiem ND (NoDerivatives) i użyć licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych (CC BY-NC-ND). Takie podejście praktycznie niewiele się różni od zwykłego dozwolonego użytku osobistego. Jako odbiorca mam niewiele praw, ale takie jest prawo autora, żeby zdecydować się na tę wersję.
Autor może jednak trochę złagodzić swoje obostrzenia i usunąć znaczek NC (NonCommercial) używając licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Bez utworów zależnych (CC BY-ND). Co prawda nadal nie wolno przerabiać, ale zarabiać już owszem.
Czy to wszystkie licencje?
Nie, Creative Commons przygotowała jeszcze inne odmiany. Np. CC0, w której autor przekazuje dzieło do tzw. domeny publicznej i zrzeka się nawet prawa do oznaczania nazwiskiem czy pseudonimem.
Więcej o licencjach Creative Commons oraz o ich działalności, możesz znaleźć na stronach: https://creativecommons.pl/wybierz-licencje/.
Myślę, że stwierdzenie WSZYSCY nie byłoby mocno oszukane. Na pewno nie raz skorzystałeś/łaś z Wikipedii. Co prawda powstała ona wcześniej niż Creative Commons, jednak od lat wykorzystuje licencję BY-SA. Dzięki temu każdy może nie tylko dodać swój własny artykuł, ale modyfikować i ulepszać cudze teksty.
Potrzebujesz zdjęcia, proszę bardzo, możesz np. zajrzeć do sekcji Creative Commons na flickrze: https://www.flickr.com/creativecommons/ albo na https://www.pexels.com/.
Potrzebujesz ikonek do programów albo stron WWW? Proszę bardzo: http://www.iconarchive.com/. Co prawda nie wszystkie dostępne tam zasoby są na licencjach Creative Commons, ale nawet jeżeli nie są, to są na podobnych.
Największy problem jest z muzyką. Kiedyś istniał super serwis Jamendo, na którym twórcy publikowali utwory, a serwis pozwalał je wyszukiwać z uwzględnieniem licencji. Niestety w pewnym momencie zmieniono politykę działania. Co prawda utwory na licencjach Creative Commons nadal się w serwisie znajdują, ale oznaczenie licencji zostało sprytnie ukryte, a z wyszukiwarki zniknęły opcje wynajdywania wg typów licencji. Jeżeli więc poszukujesz muzyki do wykorzystania np. w prezentacji czy filmie, to z tym jest kłopot.
Wymienienie wszystkich zasobów CC jest niemożliwe i to tylko przykłady. Ważne, żeby wiedzieć na czym polegają te licencje i jak traktować materiały nimi oznaczone.
Czy tylko CC?
Nie! Istnieją również inne licencje, które łagodzą prawo autorskie. Jednak (jeżeli chodzi o zasoby nie będące programami), Creative Commons zdecydowanie zwycięża. Bez znajomości tych zasad, nie będziesz wiedzieć jak traktować wolne zasoby w Sieci. A ich liczba ciągle rośnie.
Niniejszy artykuł dostępny jest na licencji CC BY-SA (Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0)
Autor: Przemysław Adam Śmiejek
Data pierwotnej publikacji: lato 2017
Data merytorycznych zmian: luty 2019
Uzupełnieniem mojego artykułu mogą być wyjaśnienia dotyczące własności intelektualnej, prezentowane przez Jarosława Lipszyca, znanego polskiego działacza, specjalisty od tej tematyki.
Także wypowiedź youtuberki skierowana do fotografów, może pomóc poszerzyć wiedzę i spojrzenie na ten temat:
Polecam również ten odcinek podkastu Świat w trzy minuty: https://www.trzyminuty.com/2017/01/czy-wolno-pobrac-film-z-internetu/
Tagged etyka, prawo, prawo autorskie, własność intelektualna
← Dwie podsieci w szkole (MikroTik)
Obsługa pamięci w C/C++ →