Source: http://forum.bandycituska.pl/viewtopic.php?f=11&t=3340
Timestamp: 2020-08-05 11:08:09+00:00
Document Index: 26216885

Matched Legal Cases: ['art. 32', 'art. 353', 'Art. 424', 'art. 504', 'art. 77', 'art. 366', 'art. 189', 'art. 189']

Błędne kroki Sądu Najwyższego pomagające bandyckim nakazom zapłaty, sprawiające wrażenie złej woli, w jego orzecznictwie - forum.bandycituska.pl
Post autor: piotrniz » wt paź 24, 2017 5:23 pm
Sąd Najwyższy jest instytucją bardzo ważną także dlatego, że to on nadzoruje wybory do parlamentu. Oto błędne kroki Sądu Najwyższego pomagające bandyckim nakazom zapłaty, sprawiające wrażenie złej woli -- widoczne w jego orzecznictwie w sprawach wnoszonych jak dotąd przez inne osoby:
1. Pierwszy Prezes SN w celu zmiany dobrego, niewątpliwie przyjaznego pokrzywdzonym orzecznictwa (jak można przypuszczać) chodził po prezesach i zebrał mnóstwo sędziów do nowej uchwały z 2011 r. -- jest to uchwała składu 44 sędziów SN (uchwała połączonych izb Sądu Najwyższego): III CZP 38/11. Stwierdzono tam, że jeśli doręczy się orzeczenie (a) bez kartki z wyjaśnieniem i pouczeniami albo (b) z pouczeniami błędnymi, to i tak biegną terminy procesowe, a więc orzeczenie się "uprawomocnia". Na tej zasadzie więc zaraz ktoś zacznie twierdzić, że skoro zażyczyłem sobie odpłatny odpis z akt obejmujący nakaz zapłaty, to już po tamtym odbiorze -- skoro w ciągu ok. 2 tyg. (czasem dopuszczalny jest drobny poślizg czasowy) od odbioru odpisu nie wniosłem sprzeciwu od nakazu zapłaty, z gotowymi dobrymi argumentami na rzecz teorii, że nakaz odebrałem w formie wydrukowanego odpisu sądowego dopiero wtedy (przecież takich argumentów mogłem wtedy jeszcze nie mieć! mogłem nie mieć tych dokumentów itp.) -- w takim razie na zawsze przepadło mi prawo do rozprawy. Wcale się go nie zrzekłem jednoznacznie, jak tego wymaga orzecznictwo ETPCz (p. oficjalny przewodnik Trybunału w Strasburgu, pkt 259 na s. 59), a i tak trzeba przekreślać moje prawo do sądu. To wydaje się głosić (mniejsza już z tym, czy o to w niej chodzi!) ta, "wystręczona" może od sędziów, uchwała.
Bo przecież orzeczenia doręczenia się w odpisach, odpis nawet bez pouczeń (w takiej to formie ja go dostałem) spełnia swą rolę procesową, więc voila: jest skuteczne doręczenie nakazu zapłaty, można liczyć czas do uprawomocnienia.
. . . . . . Na pierwszy rzut oka nasuwa się taka właśnie logika. Ściśle dzięki tej nowej uchwale.
. . . . . . Wprawdzie uchwała tak w ogóle była o czym innym. Tematem jej przyświecającym miały być jakoby pomyłki sądowe przy doręczeniach orzeczeń, które dokonywane są z inicjatywy sądu i nieodpłatnie. Temat to w ogóle urojony, prawie takich pomyłek nie ma, a nawet być nie powinno i jeśli są, to powinien nimi zainteresować się prokurator. W każdym więc razie chodzi tu o przypadki, gdy w ogóle jakieś bezpłatne doręczenie (z punktu widzenia zastosowanego adresu -- skuteczne) sąd w ramach swego obowiązku wykonał. To te przypadki na każdym kroku analizowano, natomiast żaden nawet najmniejszy szczegół uzasadnienia uchwały nie wskazuje na to, że chodziło też o sytuacje, gdy sąd w ogóle nie wysłał orzeczenia na właściwy adres, tylko co najwyżej ktoś później się o to dopraszał i dostał orzeczenie w trybie odpłatnego odpisu z akt. Nie ma dowodu, że przy wydawaniu uchwały planowano rozstrzygnąć także o tych drugich przypadkach. W szczególności sprzeciwia się temu sposób zrealizowania "analizy prawa", w tym "praw konstytucyjnych i prawa człowieka do sądu", gdyż zupełnie pominięto zasadę równego traktowania wszystkich przez państwo (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP), która w tych przypadkach braku doręczenia pod właściwym adresem dokonywanego z inicjatywy sądu i nieodpłatnie wysuwa się na pierwszy plan, jak również pominięto ten aspekt prawa do sądu, który określa, że z wyjątkiem przypadków zrzeczenia się co do zasady przysługuje w sprawach sądowych cywilnych prawo do rozprawy (z uwagi na konieczność ustalenia spornych -- czy: potencjalnie spornych -- kwestii faktycznych). Pominięto te dwie podstawowe rzeczy, tj. zasadę równości i prawo do rozprawy, a to dlatego, że w ogóle w uchwale nie zajmowano się takimi przypadkami, jak przypadek ludzi, którym sąd w ogóle nie wysłał orzeczenia na właściwy adres; a więc kwestia tego, jak oni później w wyniku tego i w wyniku stosowania uchwały byliby traktowani (czy aby nie gorzej i czy aby nie z pogwałceniem ich prawa do rozprawy i zasad stosowania tego prawa).
. . . . . . Uchwała więc wywodzi na manowce (oczywiście już jest chętny sędzia, by z tego skorzystać: SSO Mojsa, patrz osobny wpis), choć sama w jakimś tam stopniu daje się bronić jako mająca zastosowanie generalnie do innych przypadków.
. . . . . . Otóż tymczasem sprawiedliwe podejście jest takie, że aby nie podeptać nieostrożnie czyjegoś prawa do sądu należy nakaz zapłaty nawet i w takiej sytuacji, gdy (np. za radą Biura Obsługi Interesanta czy Czytelni Akt) ktoś sobie zażyczył odpis, dalej leżał nieprawomocny i by pewnego dnia można było, dzięki dowodom, zażądać doręczenia go wraz z kartką informującą o tym i pouczającą o prawie zaskarżenia.
. . . . . . Niby ta uchwała jest raczej o przypadkach, gdy sąd sam dokonuje doręczenia nieodpłatnego w związku z istniejącym obowiązkiem wynikłym z wydania orzeczenia, na tym jak gdyby się skupia tekst, za to np. pomijając zupełnie w analizie konstytucyjnej problem równego traktowania (kluczowy w kwestii niechcianych uprawomocnień po zażyczeniu sobie -- np. tak bez świadomości konsekwencji -- odpisu!). A zatem nawet bez odrzucania uchwały można mi przyznać rację, że nakaz zapłaty nielegalnie nie doręczony nieodpłatnie przez sąd w związku z istniejącym obowiązkiem wynikłym z wydania tego orzeczenia NIE JEST PRAWOMOCNY i powinien kiedyś być poprawnie doręczony, z pouczeniem o możliwości wniesienia sprzeciwu. Można by tak rozumować, ale uchwała jest bardzo złośliwie napisana, zupełnie ogólnikowo, nawet wspomina gdzieś nakazy zapłaty, ale zupełnie omija problem niedoręczenia ich pod właściwym adresem i żądania następnie odpisu odpłatnego przez samego pokrzywdzonego czymś takim. Jest wielkie ryzyko, że teraz z przyczyn czysto kryminalnych wszystkie sądy (Okręgowy, Apelacyjny, Najwyższy) np. opierając się na tej uchwale w jej bardzo ogólnie pojętym dosłownym brzmieniu (a może jeszcze i na innych niesłusznych teoriach) odmówią mi poszanowania mego prawa do sądu i doręczenia odpisu orzeczenia z pouczeniem.
. . . . . . Jest to bardzo znamienne, że Pierwszy Prezes ganiał po sędziach z tym "jakże ważnym" tematem, skoro chodzi tu o przypadki niemalże kryminalne, bo jak sąd może bez prawidłowego pouczenia wysłać komuś orzeczenie? To jest prawie niemożliwe. Oni doskonale znają wszystkie przypadki, wiedzą, kiedy jest środek zaskarżenia, a kiedy go nie ma. Zrobili z tego niemalże jakąś sprawę pierwszej wagi. A zatem zrobiono straszny raban o głupotę. W ogóle nieistotną na co dzień sprawę. Normalnie takie rzeczy wynikają same w toku orzekania, SN sam np. decyduje przekazać sprawę może najpierw uchwale 7 sędziów SN -- co to w ogóle za chory tryb, w przypadku takiego drobiazgu i ciekawostki, jak to, że prezes sam stara się organizować 44 sędziów?!
. . . . . . Przy tym świadomie, na zasadzie odcięcia się, zupełnie podeptano kilkudziesięcioletnie orzecznictwo, sięgające lat 60-tych. Zastąpiło je kilka orzeczeń, z których pierwsze jest z roku 2007. W tym samym roku pojedynczy sędzia Wiśniewski ogłosił swoją teorię o niedopuszczalności wniosków o przywrócenie terminu w skargach (do SN) o stwierdzenie niezgodności z prawem. I w tymże samym 2007 r. (już od stycznia, a nawet wcześniej) ja miałem dochód rzędu 400-1000 zł dziennie, całymi miesiącami. Rozwijała się moja dobra passa rozpoczęta wraz z założeniem firmy informatycznej (software'owej) w 2004 r. (już we wczesnym 2005 miałem dochód rzędu 6000 zł / m-c, a po kolejnych paru miesiącach zdarzały się często wyniki ok. 8-10 tys. zł / m-c). Prawdopodobnie więc to w 2007 r. wyszła dyrektywa od telewizji (może i od papieża), by przygotować okradanie mnie metodami "prawnymi".
2. Sędziowie SN masowo "kompletnie", w skali całego cywilnego prawa procesowego, zrównali nakazy zapłaty z wyrokami (tak, iż można od nich wnosić skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem; szkoda, że nie apelacje!), podczas gdy w ustawie (art. 353(1) k.p.c. pod nagłówkiem "Rozdział 1a") dotyczy to tylko odpowiedniego stosowania przepisów o wyrokach (często w ustawach tak się pisze: "w zakresie nieuregulowanym tym, stosuje się tamto", np. przy apelacjach, skargach kasacyjnych). Tak można wnioskować z kontekstu (w którym to właśnie jest aktualne: następują ogólnikowe przepisy o różnego rodzaju orzeczeniach) oraz ze standardów prawnych, np. z takiego właśnie stosowania wzmianki "odpowiednio stosuje się przepisy o..." jako jednego z ostatnich artykułów różnych rozdziałów Kodeksu postępowania cywilnego. Takie sformułowania trzeba zawsze rozpatrywać w odpowiednim kontekście. Uczy się o tym na studiach. Jak mawiali Rzymianie: incivile est nisi tota lege perspecta iudicare vel respondere (niewłaściwie jest orzekać na podstawie jednego fragmentu ustawy, bez uwzględnienia perspektywy/kontekstu całości prawa). Napis ten jest nawet wyryty na gmachu Sądu Najwyższego na pl. Krasińskich, można tu o tym poczytać.
. . . . . . O tym zrównaniu jest mowa wyjaśniająco w orzeczeniu I CNP 4/15, a także w I BP 10/16, gdzie z kolei przywołane jest kolejnych n orzeczeń, a one przywołują czasem jeszcze inne, tak, iż widać, że było już kilkanaście czy nawet ponad 20 takich: uwzięli się po prostu tutaj i wszyscy reprezentują jedną, dziwaczną, antynaukową linię interpretacji -- cała Izba Cywilna, której w ogóle w takich sprawach orzekać się pozwala (bo może gdy jest jakaś sprawa o nakaz zapłaty, to z zasady pewnych sędziów -- tych, o innych od kierownictwa poglądach -- się od jej rozpatrywania wyłącza...). Wygląda to na jakiś spisek z ustawodawcą (za pośrednictwem telewizji i Facebooka, i może kontroli skarbowej), który ów ustawodawca już z góry przewidział, bo zmiana Kodeksu postępowania cywilnego, która weszła w życie w moje urodziny 25.09.2010 r. (patrz http://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDet ... 0101551037) -- ta właśnie zmiana, która wprowadziła, że skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem są jakoby TYLKO OD WYROKÓW (bo dawniej to było ogólnie o "orzeczeniach", co jest pojęciem najogólniejszym, a więc chyba nawet także o postanowieniach) --- ma następujące sformułowanie w tekście (to cytat z ustawy): "Art. 424(1a). § 1. Od wyroków sądu drugiej instancji, od których wniesiono skargę kasacyjną, oraz od orzeczeń Sądu Najwyższego skarga nie przysługuje". Abstrahując już od sensu tej konkretnej tu zacytowanej normy prawnej, zauważmy jedno. Preludium, wstępem do dochodzenia odszkodowania za szkodę spowodowaną nielegalnym orzeczeniem sądu jest tzw. skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem, chyba że ona nie przysługuje. Teoretycznie w tekście ustawy skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem przysługuje od tamtego czasu od wyroków. Natomiast już z góry ustawodawca sobie przewidział, że gdy przychodzi na myśl Sąd Najwyższy, to są "już tylko orzeczenia" (zob.: definicja z Wikipedii), wszystko jest jednorodne i tak samo traktowane (orzeczenie to najogólniejsze możliwe pojęcie na sądowe, a nawet np. prokuratorskie czy urzędnicze, wytwory, "decyzje" prawne: obejmuje wyroki, postanowienia i zarządzenia). Skoro i tak jest tylko od wyroków, to można by napisać "od wyroków Sądu Najwyższego". Ale napiszmy "od orzeczeń", bo "tam to już tylko orzeczenia"... wszystko i tak jest w jednym worku. I faktycznie! Jest ten dziwaczny pogląd, pojawił się w SN chyba dopiero po 2010 r.! Świetnie zgadli, ciekawe tylko, skąd wiedzieli, że tam taka dziwaczna (oderwana od standardowo, rutynowo wręcz uwzględnianej wykładni systemowej) interpretacja się pojawi. Może ona nawet w jakiś sposób mądra jest (to utożsamienie nakazów zapłaty, że są wyrokami w całej ustawie, nawet więc w omawianych tu przepisach o tej skardze o stwierdzenie niezgodności z prawem) w świetle orzecznictwa TK, tj. mądre jako wyraz jednolitego, równego traktowania osób, które znalazły się w podobnej sytuacji, ale z drugiej strony np. postanowienia tam traktują inaczej i nie jako "wyroki" -- więc jest już zupełny bałagan (a przecież osoba, która dostała po głowie postanowieniem, też chce odszkodowania i też jest w podobnej sytuacji). Poza tym: może i apelacje też od nakazów zapłaty przysługują, obok podstawowego środka zaskarżenia, gdzie indziej przewidzianego -- sprzeciwów? Apelacje przysługują przecież od wyroków sądu I instancji...
. . . . . . Przypomina tu się śpiewka o sędziach "dublerach" (tutaj, dla przykładu, można by postulować środki odwoławcze "dublerskie": jest niby sprzeciw od nakazu zapłaty, ale jest też przecież apelacja, bo ta zawsze od wyroku przysługuje). Nie tylko ja przy tej konkretnej okazji chyba zauważyłem dziwactwo orzecznicze, znane ono jest jak widać w telewizji i nie tylko.
. . . . . . Dla przykładu, ustawodawca wyraźnie rozróżnia nakazy zapłaty i wyroki np. w art. 504 §2 k.p.c. -- dwie różne rzeczy, które trzeba dopiero przy okazji szczególnego trybu postępowania, jakim jest postępowanie upominawcze, zrównywać ze sobą (w ramach tego szczególnego trybu postępowania): bo co do zasady równe jak widać (w żaden "oczywisty sposób") nie są. A zatem ogólne fragmenty Kodeksu postępowania cywilnego mówiące o nakazach zapłaty bynajmniej raczej nie czynią z nakazu zapłaty "rodzaju wyroku".
EFEKT TEGO BŁĘDU: Dziwnym trafem... to stanowisko jest dla mnie niekorzystne. Od innych orzeczeń niż wyroki można dochodzić bezpośrednio pozwem odszkodowania, bez konieczności wygrania wpierw skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem. Jest to wygodne, jak zaraz pokażę. Ale skoro nakaz zapłaty (prawomocny) to ma być pseudo-wyrok, to znaczy, że trzeba od niego wnieść ww. skargę zanim się zrobi pozew przeciwko Skarbowi Państwa o odszkodowanie -- zanim w ogóle będzie do tego prawo. Zaś skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem jest co do zasady POGORSZENIEM sytuacji osób dochodzących odszkodowania za nielegalne wyczyny za pośrednictwem sądów dokonywane, nawet poniekąd jest ZNACZNYM POGORSZENIEM -- i to też więc, to znaczne pogorszenie, wdrożono:
Wyklucza możliwość powoływania się na nowe dowody. A przecież w prawie dowody są kluczowe: łatwo ferować niekorzystne wyroki, nie łamiąc przy tym oficjalnie prawa, jeśli po prostu ustala się złą podstawę faktyczną i na jej podstawie wnioskuje prawnie. Na przykład: wnioskuje się ze sfałszowanych dowodów, opinii biegłych itd.
Na jej wniesienie są poza tym tylko 2 lata od "uprawomocnienia się" orzeczenia (a Sąd Najwyższy próbuje przyjąć, choćby tylko PR-owsko, bardzo niesprawiedliwą linię orzeczniczą, że dzień uprawomocnienia się ocenia się wg stanu ustalonego z akt sprawy zaskarżanej, nawet już z czasu po orzeczeniu: p. postanowienie I CNP 4/15). Dla porównania, na zwykły pozew o odszkodowanie od Skarbu Państwa są 3 lata od czasu wykrycia szkody, czyli np. skutecznej egzekucji komorniczej. Tymczasem jednak zrobili taki tryb dochodzenia roszczenia, który wymaga działań poprzedzających pozew -- wymaga specjalnej skargi. Łatwo wobec tego trafić poza termin, jeśli się nie zauważy orzeczenia, np. ze względu na to, że zostało się skazanym z wykorzystaniem fałszywego adresu. Ot, jeden dodatkowy, wykopany pode mną i innymi dołek.
Skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem toczy się bodajże między tymi samymi stronami, które toczyły ze sobą spór. Jest to idiotyczne, ponieważ skarga taka i tak nie uchyla prawomocnego wyroku, pozostaje on w mocy, więc jaki interes w takiej sprawie ma dawna strona sporu, np. wierzyciel? On już nic przez nią nie zyskuje ani nie traci, ani nie zabezpiecza. Tutaj idzie o roszczenia drugiej strony wobec Skarbu Państwa (nazwijmy go SP): to, czy będzie możliwe odszkodowanie. To jest przecież nowe rozdanie, które zawsze powinno przysługiwać... tymczasem przez takie postawienie sprawy, przez taką konstrukcję ustawy wchodzą w drogę jako wiążące różne prawomocne wyroki i postanowienia między tymi stronami. Tym niemniej co do zasady bodajże taka skarga toczy się między stronami sprawy pierwotnej, nazwijmy je: A, B. W związku z tym niekorzystny, wiążący i potencjalnie zamykający drogę odszkodowawczą od SP wpływ mogą mieć prawomocne orzeczenia (w tym np. postanowienia) w sporach między A i B. Jest to oczywiście niedopuszczalne, bo w ten sposób jedno niezgodne z prawem orzeczenie w sporze między A i B (np. w skardze o wznowienie) może uniemożliwiać dochodzenie odszkodowania za drugie niezgodne z prawem orzeczenie w sporze między A i B (np. nakaz zapłaty). Przykładowo, przegrana sprawa o wznowienie (a tam nie ma Sądu Najwyższego, sprawa ta się kończy najwyżej na Apelacyjnym) "może" -- wg niskiej wartości wypocin niektórych sędziów -- niekorzystnie determinować termin pozostawiając to poza jakimkolwiek zaskarżeniem. Co gorsza, przecież ktoś mógłby posiąść dodatkowe dowody na rzecz nieważności zaskarżanej sprawy ("nieważność" znaczy tutaj tyle, co "strona została pozbawiona możliwości obrony swych spraw", w praktyce: zły adres). W skardze ich nie podniósł, a była między tymi właśnie stronami A i B (tam nie ma SP), to już chyba koniec? Nie ma nadziei, termin już minął?... Zauważmy: gdyby nie ten tryb, gdyby więc po prostu wnosiło się pozew przeciwko np. A i SP, to takie rzeczy w ogóle nie miałyby znaczenia, nie wchodziłyby w drogę takie prawomocne orzeczenia.
3. Pojawiają się i są już chyba powoli nawet standardem orzeczniczym próby podprogowego przemycania jakiejś teorii, że jakoby to, czy doręczenie orzeczenia (a więc coś, co następuje bądź co bądź już po jego wydaniu) było skuteczne (tzn. wszczynało bieg terminu do wniesienia sprzeciwu od nakazu zapłaty, po którym to terminie nakaz jest już prawomocny i nic nie da się zrobić) w sprawie z nakazem zapłaty skarżonej skargą o stwierdzenie niezgodności z prawem -- tzn. to, czy dane doręczenie przebiegło prawidłowo i, wobec tego, to od niego należy liczyć TERMIN do wniesienia skargi -- OCENIA SIĘ WEDLE "STANU FAKTYCZNEGO USTALONEGO W SPRAWIE SKARŻONEJ". To tak, jakby powiedzieć, "na to nic nie można poradzić i na pewno nie zrewidujemy tutaj ocen tamtego sądu".
. . . . . . Tymczasem nie ma do tego jakiejś podstawy prawnej. Ktoś może zacznie sobie roić taką, nawet w Trybunale Konstytucyjnym, np. jakieś "niebycie sądem" kolejnej instancji czy coś takiego, ale są to puste frazesy bez odniesienia do konkretnych przepisów. Natomiast przepis podstawowy -- to, czemu z pewnością dochować wierności trzeba, bo jest to sama bezpośrednio dostępna treść prawa, a nie tylko wnioski, rozumowania sędziów -- jest taki, że (art. 77 Konstytucji) "każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej" (również sądu). Nikomu nie można "zamykać drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw". Z tego też względu zawsze powinny być możliwe pozwy o odszkodowanie od SP w sytuacji, gdy źle oceniono sprawę, niezgodnie z prawem; nie powinno tu być przeszkodą to, że rzeczywiste uprawomocnienie się nakazu nastąpiło sporo później niż sąd to założył (choć pozwany tego nie chciał; nie mógł nic zaradzić, bo po pierwsze może nie rozumiał, że zaraz ten nakaz się uprawomocni, a po drugie może nie miał dokumentów i orzecznictwa pod ręką, którymi społem mógłby walczyć -- wnosząc sprzeciw od nakazu -- o uznanie sprzeciwu za dopuszczalny i niespóźniony). Niezgodny z prawem może być zarazem nakaz zapłaty, jak i orzeczenia o odrzuceniu skargi o wznowienie -- taka skarga może nie pomóc z winy państwa. Tak czy inaczej musi przysługiwać faza zaskarżania tych orzeczeń pozwem o odszkodowanie od SP (który obecnie jest możliwy tylko po przeprowadzeniu wspomnianej skargi o niezgodność, o tym jest tutaj punkt 1 mego artykułu). Choćby nawet ich obu naraz. Nie może być przecież tak, że dochodzi do gorszego traktowania kogoś (takiego, że ma tylko np. 1 dzień czy 1 rok na wniesienie skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem, odkąd o jakimś orzeczeniu się dowiedział, w porównaniu z innymi, którzy mają 3 lata), a to dlatego, że pozwano go z użyciem niewłaściwego adresu i że nie udało się wznowić postępowania, co również było niezgodne z prawem (co znaczy tutaj, w żargonie prawniczym: nie tyle "nietrafne", co po prostu niezgodne z zasadami i procedurami, których się trzeba trzymać).
. . . . . . Przykład tego błędnego przejmowania stanu ustalonego ze sprawy zaskarżonej: I CNP 4/15, I CZ 6/15 (s. 3, ostatni akapit).
. . . . . . W rzeczywistości przepis, że "sąd rozpatrując skargę kasacyjną" (analogicznie następnie, jak się podaje, należy te przepisy stosować do skarg o stwierdzenie niezgodności z prawem) "stosuje stan faktyczny ustalony w sprawie skarżonej", w niemal oczywisty sposób odnosi się do tej fazy rozpatrywania skargi, która jest już po dopuszczeniu jej do rozpoznania, tzn. po decyzji "dopuszczalna / niedopuszczalna"; całe fragmenty ustawy Kodeks postępowania cywilnego o tych nadzwyczajnych środkach zaskarżenia (o skargach do SN) są ułożone w kolejności chronologicznej. Najpierw skarżący, potem jego sąd, potem przesłanie akt, potem ewentualne odrzucenie skargi, na końcu jej rozpatrywanie, a potem odesłanie akt czy coś takiego. W toku rozpatrywania pojawia się uwaga, że stosuje się stan faktyczny ustalony w sprawie skarżonej. Uwzględnienie tego chronologicznego układu ustawy to tutaj właśnie wykładnia systemowa (jak się podaje w podręcznikach, uwzględnia ona usytuowanie przepisu wśród innych, np. jego położenie w całej ustawie). Tymczasem Sąd Najwyższy tak (jak widać) raduje się tym, że nie musi ustosunkowywać się do kłamstw sądów niższych i ich niesprawiedliwych ustaleń -- a więc tak raduje go to, że jest jedynie profesorem od prawa, a machlojki i tak na dole są możliwe -- że w swym orzecznictwie rozszerza te ograniczenia dowodowe na to, co podstawą skargi nie jest (przez "podstawę" rozumiem tu odpowiedź na pytanie "dlaczego?" -- "dlaczego w ogóle taka skarga jest wnoszona?"), tj. na kwestie nie tyle merytoryczne, jak by należało, co również na kwestie jej formalnej dopuszczalności.
4. SZCZEGÓLNIE HANIEBNE: w SN napisano raz w uzasadnieniu niesprawiedliwego oddalenia wniosku o przywrócenie terminu (sędzia Tadeusz Wiśniewski), że "z zasady", z jakichś filozoficznych właściwości prawa, . NIGDY NIE PRZYSŁUGUJE TZW. PRZYWRÓCENIE TERMINU . przy skardze o stwierdzenie niezgodności z prawem - I CNP 28/07. Następnie wszyscy w ślad za tym jednym sędzią (nie za żadnymi podręcznikami...), jak jakieś owce za swym pasterzem, zaczęli tak samo orzekać posługując się taką samą argumentacją (jakkolwiek jej pewne fragmenty były znanymi truizmami, to była ona nowo wprowadzona dopiero w tym postanowieniu 1 sędziego Tadeusza Wiśniewskiego) -- można wyliczyć jeszcze co najmniej 11(!) innych takich orzeczeń SN znanych z Internetu (orzekało przy tej linii orzeczniczej łącznie 8-9 sędziów różnych wydzałów): I BU 15/07, II BU 8/10, III CNP 18/10, IV CNP 25/11, I CNP 30/11, III CNP 17/12, V CNP 11/13, I BU 4/16, IV CNP 53/16, II BU 2/17, V CNP 32/17.
. . . . . . Jest to absurdalna teoria, lansowana bez podania żadnej podstawy prawnej; może by nawet w tym bandyckim kraju znalazła sobie poparcie w Trybunale Konstytucyjnym, ale to chyba na podstawie jakiegoś z palca wyssanego "prawa" i "zasady". W istocie bowiem (w postępowaniach cywilnych, bo ich to dotyczy) osoby wnoszące skargę kasacyjną, jak i skargę o stwierdzenie niezgodności z prawem, to osoby, które znalazły się w podobnej sytuacji. Nie ma podstawy konstytucyjnie doniosłej, by traktować je w różny sposób. Zaś w skargach kasacyjnych przysługuje wniosek o przywrócenie terminu, by skorygować złe ustalenia faktyczne wpływające na ocenę prawidłowości doręczeń korespondencji w skarżonej sprawie (p. np. postanowienie I SN nr I CZ 6/15, s. 3, ostatni akapit). Uznaje się, że nie można po prostu załączyć do skargi dokumentów dowodzących, że adres zamieszkania strony był inny (w związku z czym naruszono jej prawo do rzetelnego postępowania sądowego), lecz -- ze względu na ograniczenia dowodowe obu tych postępowań przed Sądem Najwyższym -- należy przenieść ten temat do osobnego wniosku podnoszonego wraz ze skargą: o przywrócenie terminu.
. . . . . . Toteż niejasne jest, po co traktować inaczej osoby, które wnoszą akurat skargę o stwierdzenie niezgodności z prawem. SN podsuwa jakąś odpowiedź, jedyną, która tu w sumie nadawałaby się do podniesienia -- nic lepszego nie wymyślą -- ale jest ona żadną odpowiedzią. Nadal pozostaje pytanie: "i co z tego?".
. . . . . . To, że skarga w sprawie niezgodności zmierza do uzyskania odszkodowania, nie ma tutaj znaczenia, ponieważ szkoda może nastąpić dosyć późno. Przykładowo, w moim przypadku nastąpiła 1,5 roku po rzekomym "uprawomocnieniu się" nakazu zapłaty. Zgodnie z orzecznictwem SN (p. np. I CNP 4/15) stosuje się ustalenia faktyczne ze sprawy skarżonej, a w tej ustalono, że mam adres na Blatona 6/74, w związku z czym oczywiście Sąd Najwyższy też uzna, że uprawomocniła się w październiku 2014 r., kiedy to doszło do bezskutecznego podwójnego awizowania pod powyższym adresem. SN nie zauważy w takiej sytuacji, że to był adres niewłaściwy, bo jest związany ustaleniami faktycznymi z tamtej sprawy, którą skarżę. Dopiero wniosek o przywrócenie terminu (tzn. o darowanie tego, że przekroczyło się termin) -- wniosek, który wedle orzecznictwa wiąże się też z przeprowadzeniem rozprawy -- mógłby to skorygować, zgodnie z ich orzecznictwem, jednakże postarali się, by w sprawach niezgodności z prawem prawomocnych nakazów zapłaty wniosek taki nie przysługiwał.
. . . . . . A zauważmy, skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem trafiają prosto do Sądu Najwyższego, o ile tylko nie zostaną po drodze odrzucone (ale na odrzucenie też przysługuje zażalenie do SN).
. . . . . . Dodatkowa mocna poszlaka, obok samego uzasadnienia z SN, nieprzekonującego i nietrafnego, uprawdopodabniająca teorię, że to z przyczyn pozamerytorycznych tak tam ustawiono, a więc z myślą o mnie, by mnie skuteczniej pognębić przekreślając szansę na odszkodowanie, jest tutaj we wpisie o zabójstwach przy omawianiu artykułu "Spór o Boga miłosiernego" z przedednia śmierci mego dziadka. Myślę, że to może wszystko wyjaśnia.
EFEKT TEGO BŁĘDU: to orzecznictwo SN sprawia, że w niektórych przypadkach droga sądowa będzie dla pokrzywdzonego zawsze zamknięta i państwo mu nie pomoże.
. . . . . . Powstał cały system orzecznictwa, złożony z 3 części (każda z nich jest dziwacznym wymysłem) oznaczonych tu jako punkty 2-4. Jeżeli kogoś pozwano z użyciem złego adresu i sąd to zatwierdził, to on się o tym dowie np. po roku. Ale wtedy, jeśli -- załóżmy -- zażyczy sobie odpisu orzeczenia, a prędzej czy później może wpaść na taki pomysł, np. dla potrzeb księgowych, informacyjnych lub po to, by wykorzystać to orzeczenie w jakichś pismach do organów państwa (by udowodnić, że ono w ogóle było), orzeczenie to się w praktyce na pewno uprawomocni, w każdym razie można spodziewać się tak w sądach rejonowych, jak i okręgowych i apelacyjnych niesprawiedliwości, toteż nawet gdyby był sprzeciw (na co pokrzywdzony najpewniej nie wpadnie), to i tak będzie przegrany, może przez jakieś niereprezentatywne teorie prawne a najpewniej przez brak dowodu. OK, załóżmy, że to jest legalne(?!), jedziemy tym torem (jaki sobie ktoś mógłby wywnioskować z uchwały SN, p. pkt 1); sprawa jest prawomocnie przegrana. Co teraz? Otóż, jeśli złamano prawo w sposób istotny, tak, iż nawet czysto merytorycznie patrząc na stosowanie prawa przez sąd trzeba orzec, że nakaz zapłaty łamał prawo (np. źle obliczano coś tam, źle traktowano dowody itp.) -- a to jest w praktyce bardzo możliwe, np. mogliby na podstawie kosztorysu rzeczoznawcy złożonego przez powoda (mnie aż 2 razy tak robiono) wydać nakaz zapłaty, choć wg SN to jest nielegalne, bo to nie jest dowód na okoliczność stwierdzoną w takim dokumencie, tylko dowód prywatnej opinii rzeczoznawcy i nie może być broń Boże nadinterpretowany, jeśli to nie ma aprobaty drugiej strony (tego typu poważne naruszenia prawa już nieraz stwierdzał SN, w orzecznictwie jest dobrze znane, że tak nie można) -- otóż, jeśli by się chciało odszkodowania od Skarbu Państwa, no to trzeba iść drogą skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem (p. pkt 2). Jednakże aby wnieść skargę o stwierdzenie niezgodności z prawem, trzeba najpierw wyczerpać przysługujące uczestnikowi możliwości zmiany orzeczenia. Taka możliwość obiektywnie przysługująca, co może by później trzeba podnosić, to skarga o wznowienie. Jeśli ona się wlecze przez rok, a pokrzywdzony o nakazie dowiedział się po roku, to stanie się tak, że miną 2 lata, zanim skarga ta będzie rozpatrzona i zanim mogłaby otworzyć się droga do wniesienia skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem. Wtedy jednak jest już za późno na nią, bo ustawa daje 2 lata, a liczy się od terminu uprawomocnienia się fałszywie policzonego przy załatwianiu zgłoszonej sądowi sprawy nakazem zapłaty (p. pkt 3).
. . . . . . Ratunkiem byłby wniosek o przywrócenie terminu, stosowany wtedy, gdy strona bez swojej winy nie mogła w terminie wnieść pisma, ale właśnie ten wniosek jest wykluczony przez nonsensowne orzecznictwo (p. pkt 4). Psuje ono zresztą też inne sprawy:
jeśli by ktoś tak późno dowiedział się o nakazie zapłaty, że aż przeszło 2 lata po jego wydaniu, to nigdy nie będzie mógł wnieść skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem, a co za tym idzie również droga sądowa będzie bezwarunkowo zawsze dla niego w praktyce zamknięta, z przyczyn natury formalnoprawnej, proceduralnej (brak należytego powiadomienia o wydanym orzeczeniu); i nie ma tu już szans na skorygowanie tego rozpatrywanym co do zasady na specjalnej rozprawie wnioskiem o przywrócenie terminu, bo go zdaniem SN nie można w ogóle wnosić; to jest sytuacja bez wyjścia, jest się wtedy skazanym na brak drogi sądowej;
jeśli ktoś jest biedny i chce zwolnienia z kosztów i przyznania prawnika z urzędu (bo do skargi o stw. niezg. z prawem, która przecież idzie od razu do SN, prawnik jest obecnie konieczny, jest to niesprawiedliwość aprobowana przez TK, telewizja bardzo tego pożąda), to postępowanie w sprawie wniosku o przyznanie go może trwać np. 6 miesięcy. W efekcie z 2 lat przysługujących innym osobom robi się 1,5 roku, co jest niesprawiedliwe. Występuje gorsze traktowanie. Jeśli ktoś np. po roku i 10 miesiącach zdecyduje się na skargę, to osoba bogata zrobi to bez problemu, bo pójdzie sobie do adwokata i tyle, a co z osobą zdaną na wniosek? Sądy działają przecież dosyć przewlekle. Nasuwającym się rozwiązaniem, skoro widać, że w terminie 2-letnim już się zmieścić nie uda, wydaje się wniosek o przywrócenie terminu -- ale jego sobie w SN przekreślili...
5. Kolejny zły krok: szczególnie istotną "wartością", zasługującą na znaczną (przekraczającą to, co przewidziane ustawą) rozbudowę, zaczęła się teraz stawać prawomocność orzeczeń i ich moc wiążąca. Już nie tylko to, co napisane w sentencji (przedmiot sądowego "rozstrzygnięcia": pisze i mówi się np. o postanowieniach "w przedmiocie" czegoś itd.), jak podaje obecny Kodeks postępowania cywilnego z 1964 r. i jak głoszą dziesiątki orzeczeń SN, ale i jakieś przesłanki tego (w oparciu o jakie uzasadnienia sędzia tak napisał, np.: że odrzuca skargę, nadaje klauzulę?) oraz ocena dowodów związana z tymi przesłankami mają być wiążące (przykład: postanowienie jest w przedmiocie odrzucenia skargi o wznowienie, co może być związane z różnymi rzeczami, w tym z tak prostą, jak przekroczenie terminu na wznowienie, natomiast w świetle takiego orzecznictwa także przesłanka [powód] tego odrzucenia skargi -- czyli uznanie skuteczności pewnego doręczenia, w tym zwłaszcza tego, że adresat gdzieś mieszkał -- może jeszcze ma być wiążąca jako prawomocna... bardzo ciekawe! szkoda tylko, że nie ma na to żadnego przepisu prawa).
. . . . . . Wyciągano zresztą na to jakieś stare orzecznictwo, z tym, że sprzed obecnej ustawy Kodeks postępowania cywilnego, więc zapewne po prostu w dawnym kodeksie było inaczej. Rzadko przecież Sąd Najwyższy przekręca ustawę w żywe oczy. Cytaty na temat tego "rozszerzenia znaczenia prawomocności orzeczeń" są tutaj: http://www.rada-adwokacka.poznan.pl/adwokat,160,36.html. „Zgodnie z art. 366 KPC z powagi rzeczy osądzonej korzysta tylko sentencja prawomocnego wyroku, JEDNAK [!] w orzecznictwie przyjmuje się, że istotne są także motywy rozstrzygnięcia, szczególnie w razie oddalenia powództwa, dla określenia granic przedmiotu rozstrzygnięcia, a tym samym granic powagi rzeczy osądzonej.” (III CSK 370/14; podobnie w V CSK 485/11; porównaj długa lista przeciwnego orzecznictwa na ten temat sięgająca aż lat 30-tych z uzasadnienia orzeczenia IV CSK 181/14, gdzie odnotowano też, że jest to zdecydowanie dominujący nurt orzecznictwa -- no cóż, ale komuś takiemu jak ja pewnie się trafi "pogląd odmienny"... te pojedyncze orzeczenia alternatywne z Kwaśniewskim itp. są chyba tylko po to kreowane, bym miał z kim przegrać -- "jest gotowe orzecznictwo"...).
. . . . . . Wprawdzie p. Gersdorf pracując w SN niegdyś napisała, że jak najbardziej się zdarza, że coś jest w uzasadnieniu orzeczenia jako to, co do niego doprowadziło -- bo taki tam był kontekst u p. Gersdorf (chodziło o rzeczy różne po drodze ustalane w sprawie dalej idącej niż tylko o ustalenie) -- i że mimo to nie powstaje stan rzeczy osądzonej. Napisała więc ładnie ta pani, obecnie prezes SN, pod sygnaturą Sądu Najwyższego I PK 234/13, iż w przypadku spraw dalej idących niż tylko o ustalenie "ocena w odniesieniu do przesłanki „ustalającej” mogłaby zostać wyrażona jedynie w uzasadnieniu orzeczenia i w tym zakresie nie zachodziłby [niestety dla tego, kto chce coś takiego uzyskać] stan rzeczy osądzonej". Jaka Ona tu "porządna"!... Za to jej sędziowie jacy źli... Mamy powyżej cytaty. Jak to na pierwszy plan wychodzi prawomocność orzeczeń i staje się kluczowa i wiążąca aż do przesady, aż ponad to, co w ustawie wprowadzone. Choćby nawet coś tylko w uzasadnieniu było, jako to, z czego wywiedziono następnie np. wyrok, to też już co do zasady tworzy stan rzeczy osądzonej. W rzeczywistości widzimy tu więc mataczenie w nowszych orzeczeniach (a to powyższe od m. in. p. Gersdorf akurat jest prawidłowe, ale zachodzi przecież ewolucja... sędziowie zmieniają zdanie stosownie do chwilowej potrzeby, by było na co się w przyszłości powołać jak niemalże na jakąś naukę, jak na świętość... nowsze, jak pokazałem, są już gorsze i dla nich niemalże z samej zasady skoro coś jest istotne w jakiejś sprawie i w konsekwencji nawet pojawia się w uzasadnieniu orzeczenia, to już też wchodzi w skład powagi rzeczy osądzonej i wiąże na przyszłość). Celem tych matactw prawnych i hochsztaplerstwa na najwyższych szczeblach jest to, by negowano następnie prawa co do zasady przysługujące ("skargę o stwierdzenie niezgodności z prawem wnosi się w terminie 2 lat od dnia [rzeczywistego] uprawomocnienia się orzeczenia"). Już to chciałoby się je przekreślać na podstawie prawomocności jakiegoś gniotu sądowego ze skargi o wznowienie, już to z pomocą rzekomej (trudnej zresztą do udowodnienia, choć ja się nie znam) prawomocności "postanowienia" nadającego klauzulę wykonalności.
6. Haniebne, zupełnie sprzeczne z naoczną oczywistością orzecznictwo, jakoby postanowienie uznające skargę o wznowienie postępowania za niedopuszczalną (a więc niepodlegającą merytorycznemu rozpoznaniu co do ewentualnej zmiany wyroku/nakazu zapłaty) "nie powodowało 'w zasadzie' żadnej szkody", jako orzeczenie czysto "proceduralne", i jakoby jedynym źródłem szkody mogło być orzeczenie "materialne", czyli stwierdzające obowiązek zapłaty -- a więc sam wyrok lub nakaz zapłaty.
. . . . . . Innymi słowy: "immunitet" dla orzeczeń sądowych w skargach o wznowienie, wyłączający je praktycznie z prawa do wynagrodzenia szkody, czyli naprawienia złych konsekwencji błędów sędziowskich. Bo po prostu nie ma możliwości pozwania o sumę, którą się powinno na takiej skardze wygrać, a której się przez błąd sędziowski nie wygrało.
. . . . . . Dla porównania, nie można pozywać Skarbu Państwa za sam wyrok czy, dajmy na to, nakaz zapłaty, bo przy tego typu orzeczeniach najpierw musi być skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem (lub jedna z 2 innych), a ta nie pomoże, jeśli problem tkwi w brakach dowodowych sprawy skarżonej. Po prostu jest obwarowana zakazem oparcia jej na takiej podstawie, a jeśli ktoś mimo to próbuje na tym skargę opierać, to ją zgodnie z prawem musi przegrać. Poza tym właśnie problem nie tkwi w odpowiedzialności Skarbu Państwa za pierwotne orzeczenie, tylko w utraconych korzyściach ze skargi o wznowienie, bo to ona teraz została nielegalnie rozstrzygnięta i to jest najświeższym i potencjalnie nadającym się do kwestionowania orzeczeniem. Natomiast z pierwotnego orzeczenia żadnego odszkodowania się nie uzyska, jeśli nie ma skargi, która to wpierw umożliwia, albo jeśli taką skargę (np. tę o wznowienie) się niezgodnie z prawem przegrało.
. . . . . . Normalnie, zgodnie ze świętą (w takich zawodach) literą Konstytucji, zawsze przysługuje prawo, by z państwem się jakoś procesować, dążąc do naprawienia szkody spowodowanej łamaniem prawa. Do odzyskania tego, co przez złamanie prawa się straciło. Zawsze ma się do tego prawo i łańcuch skarżonych kolejno orzeczeń może nie mieć końca. Oczywiście zrozumiałym wyjątkiem jest termin -- to, że ma się np. 3 lata na decyzję, po czym, jeśli się nie pozwało, to już jest za późno -- ale generalnie możliwość musi być, musi być tak, że da się choćby w nieskończoność procesować się, zaskarżać kolejne błędne orzeczenia, w których się przegrało poprzednie próby upomnienia się o swoje itd. Jak się jakąś skargę przegra, to można pozwać (jako Skarb Państwa) organ, który ją źle osądził itd. I tak teoretycznie w nieskończoność. Tym niemniej już choćby TK próbuje iść w inną stronę i zamiast litery Konstytucji stawiać na jakieś totalitarnie czy w każdym razie niedemokratycznie brzmiące "wartości", w rodzaju "niezbywalny" autorytet państwa, który mu "koniecznie" musi przysługiwać (a nie jako nagroda za słuszne orzeczenia) itd., co jakoby może byłoby "negowane" przez dochodzenie sprawiedliwości. Bo może lepiej, by sprawiedliwości nie było, w lepszym to świetle państwo stawia -- tak ostatnio jakoś wypisywali w TK, odnośnie chyba właśnie jakichś skarg, np. tych o stwierdzenie niezgodności z prawem.
. . . . . . Są to wszystko -- a zwłaszcza te koncepcje rzekomo z SN (a w rzeczywistości pewnie z telewizji wspieranej przez kontrolę skarbową), iż jakoby "postanowienie o odrzuceniu skargi o wznowienie nie powoduje żadnej szkody" -- idee zupełnie błędne, bo łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której co do zasady sąd nie postępował niezgodnie z prawem przy wydawaniu nakazu zapłaty, jednakże nieobecna była przy tym druga strona (pozwany), a przy tym pojawia się konieczność zrewidowania takiego nakazu zapłaty ze względu na to, że sąd oparł się na niedoskonale ustalonym stanie faktycznym -- brakowało mu dowodów pochodzących od drugiej strony. A dowody są przecież kluczowe, to od nich zależy sentencja orzeczenia. W takich więc sytuacjach, gdy źle ustalono stan faktyczny, co bardzo ważne (a to np. z powodu nieobecności drugiej strony lub odkrycia przez nią dodatkowych dowodów dopiero później), nie można wprawdzie (załóżmy) nic zarzucić pod względem stosowania prawa podstawowemu orzeczeniu, czyli temu np. nakazowi zapłaty, jak w moim przypadku, a jednak z drugiej strony jedyną nadzieją na sprawiedliwość, która też właśnie w ten sposób powinna się ziścić, jest skarga o wznowienie postępowania. Taka skarga niestety mogłaby być jednak rozpatrzona przez sądy -- a są to tylko sądy dwóch instancji, bez odwołania do Sądu Najwyższego (tak skonstruowano prawo; SN jest tu osłaniany) -- NIELEGALNIE, niezgodnie z prawem; tzn. nie "mogłaby" w sensie, że wolno, ale coś takiego mogłoby się zdarzyć. I co wtedy? Konstytucja powiada, że każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody spowodowanej przez niezgodne z prawem działanie przy wykonywaniu władzy publicznej. Prawo takie musi przysługiwać. A z drugiej strony: jak wprowadzić nowe dowody do sprawy? Tylko skargą o wznowienie. Np. coś innego, skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem, się nie uda, bo może być oparta tylko na zarzutach co do złego stosowania prawa, ale nie zarzutach o źle ustalonym stanie faktycznym -- tj. o brakujących dowodach, które pozwany ma, a które by się sądowi przydały, by odmienić jego stanowisko (zgodnie z zasadą tzw. ciężaru dowodu). A zatem tylko skarga o wznowienie pomaga, jeśli dowodów potrzebnych sąd nie uwzględnił (przykłady: dowody na nieważność umowy np. z powodu sfałszowania podpisu na niej, dowody na chorobę psychiczną, która powinna wykluczyć odpowiedzialność, dowody na winę po stronie powoda, tj. inicjatora pozwu, który sam był winny i przez to w rzeczywistości nie ma prawa dochodzić odszkodowania ex contractu, tj. za niewypełnienie umowy... łatwo tu mnożyć przykłady takie, w których problem ze sprawiedliwością tkwi w tym, że czegoś nie można było uprzednio podnieść, zgodnie z ciężarem dowodu, bo nie było się obecnym na postępowaniu lub bo nowe dowody pojawiły się później). Toteż skarga o wznowienie jest w pewnej klasie spraw jedynym właściwym sposobem poradzenia sobie i domagania się sprawiedliwości, jeśli zaś jej nie ma, to żadną inną skargą ani pozwem poradzić sobie nie można (w tym więc szkoda, a nawet konkretne pieniężne utracone korzyści); poradzić sobie bez udanej skargi o wznowienie już nie można, chyba że pozew byłby o odszkodowanie właśnie ściśle za złe rozpatrzenie skargi. A tutaj Sąd Najwyższy próbuje -- w stałej linii orzeczniczej -- przekreślać możliwość wynagrodzenia szkody spowodowanej złym rozpatrzeniem skargi, a więc szkody tkwiącej w tym właśnie, że się nie miało z winy państwa możliwości podniesienia własnych dodatkowych dowodów i nie można było naprostować tego, co sąd kiedyś źle osądził (ze względu na niedobór dowodów prowadzących w drugą stronę), choć stosując przy tym sądzeniu prawo być może prawidłowo. Krótko: sądy I i II instancji, np. Okręgowy i Apelacyjny, mogły po bandycku nie dopuścić do wznowienia postępowania -- wydać odpowiednie postanowienia oznaczające odrzucenie skargi o wznowienie (zamiast przystąpić do oceny wyroku i jego rewizji, czyli do rozpatrywania meritum sprawy). Konstytucja w takich przypadkach gwarantuje prawo do wynagrodzenia takiej szkody (w tym jej konsekwencji majątkowych), tak, jak każdej innej szkody. A Sąd Najwyższy poprowadził taką linię orzeczniczą, w której nic już z tym nie można zrobić -- skoro przegrało się skargę o wznowienie, a więc możliwość podniesienia dodatkowych dowodów, to już miejsca na spór ze Skarbem Państwa o legalność tej przegranej nie ma. Taka droga staje się zamknięta wskutek orzecznictwa SN. I to jest bandyckie, powiedzmy to wprost, choć ci może tym bardziej będą się zarzekać w tym złym orzekaniu. Nie mają przecież wyboru. Tu gra idzie o ewentualne ujawnienie tego, że SN nie rozliczał z fiskusem podatku od dochodu sędziów, nie wpłacał go po prostu. Tragedia. Przestępstwo skarbowe nawet.
. . . . . . Wracając tu do meritum: dla nich jedynym, za co można dochodzić odszkodowania, jest taki np. nakaz zapłaty czy wyrok, ale by dochodzić zań odszkodowania, trzeba przecież najpierw wygrać skargę o stwierdzenie niezgodności z prawem (lub kasacyjną, ta jednak często jest niemożliwa, np. gdy użyto złego adresu, LUB jeszcze ewentualnie można wygrać skargę o wznowienie, ale tą, załóżmy, przegrano; co dalej? jak tu walczyć ze Skarbem Państwa, by pieniądze stracone przez błędy sędziów odzyskać?). Skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem nie będzie przysługiwać, bo z samej zasady dotyczy (tak, jak w ogóle cała taka odpowiedzialność za pierwotne orzeczenie -- np. nakaz zapłaty) tylko błędów prawnych, złego procedowania przez sąd co do stosowanych reguł prawnych itd. Natomiast na braku uwzględnienia dodatkowych istniejących, nowo podnoszonych przez stronę dowodów oprzeć takiej skargi nie można. Prawo wyraźnie zakazuje wnoszenia takiej skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem prawomocnego orzeczenia, jeśli zarzuty miałyby dotyczyć złego ustalenia faktów. W konsekwencji więc nie uda się też pozwać Skarbu Państwa za zły nakaz zapłaty, jeśli zarzut sprowadzać się ma tylko do złego ustalenia faktów. W związku z tym to, że to tutaj (w wyroku czy nakazie zapłaty) "ewentualnie" można podnosić zastrzeżenia i wywodzić stąd szkodę, jest to tylko złudna nadzieja, tworzy tylko złudzenie, że jest jakaś opcja, takie odsyłanie ludzi przez Sąd Najwyższy. Tak naprawdę to Sąd Najwyższy zamknął już na amen przysługującą normalnie konstytucyjnie drogę sądową, która powinna przysługiwać i zmierzać do odszkodowania WŁAŚNIE ZA BŁĘDNE OSĄDZENIE SKARGI O WZNOWIENIE. Ono powoduje szkodę -- i to szkodę bardzo ważną, polegającą na niemożności przedstawienia dodatkowych dowodów w sprawie (z tym się dalej już łatwo i naturalnie wiążą np. utracone korzyści). I co tu zrobić, jak doczekać się sprawiedliwości za niewysłuchane nawet, nieuwzględniane zawczasu dodatkowe dowody?...
. . . . . . (Swoją drogą, w tym nieomal bandyckim błędzie może by im jeszcze wtórował Trybunał Konstytucyjny. Miał już swoje wyskoki. Jakieś teorie na zasadzie stare decesis, przeciwko ciągłemu podważaniu i procesowaniu się itd. Ja rozumiem, że ETPCz i "pewność prawna" stanu prawnego, w jakim się znajdujemy, no ale ta pewność prawna to jest potrzebna przede wszystkim ludziom, obywatelom, państwu mniej. Budżet się od tego nie zawali [chyba że niepłacone podatki Trybunału]. Dla państwa priorytet to nie pieniądze i tego typu sprawy, ale zapewnianie sprawiedliwości. Sprawiedliwość PRZED ekonomią, to jest jedyne słuszne podejście i kolejność, i hierarchia wartości w takich sprawach. Tymczasem w TK próbują, moim zdaniem niewątpliwie pod naciskiem administracji skarbowej, snuć jakąś linię orzeczniczą, jak to właśnie nie powinno być tak, że się w nieskończoność można z państwem procesować, jak gdyby to "autorytet" państwa, rzekomo obowiązkowo każdemu w państwie przysługujący, wymagał, by dalej pewnych spraw nie prowadzić i by właśnie drogę sądową zamykać, skoro ktoś tyle razy przegrał. Nonsens. Złamanie litery Konstytucji.)
. . . . . . Przykłady orzeczeń niesłusznie idących ścieżką negowania tego, iż złe rozpatrzenie skargi o wznowienie może oznaczać szkodę (utraconą korzyść): III CNP 18/05 (OSNC 2006, nr 7-8, poz. 139); I BU 6/07 (OSNP 2008 nr 617-18, poz. 271): "Nadto, zaskarżone postanowienie (oddalenie zażalenia na postanowienie odrzucające skargę o wznowienie postępowania) jest orzeczeniem o charakterze formalnym, procesowym, które bezpośrednio nie pozbawia ubezpieczonego żadnych świadczeń."; II BP 15/09, po obszernym zrelacjonowaniu orzecznictwa: "Wspólnym mianownikiem w tych sprawach jest pogląd, że orzeczenia o charakterze formalnym, procesowym [tzn. ogólnie postanowienia] nie prowadzą do powstania szkody, jeżeli szkoda ta polega na utracie przedmiotu sporu, a więc pozostaje w adekwatnym związku przyczynowym z [jakimś] orzeczeniem merytorycznie rozpoznającym sprawę." Widzimy zarazem, że ten trend w orzecznictwie wytworzył się raczej po 2005 r., czyli po śmierci Jana Pawła II, gdy u nas i na świecie zaczynała się rozkręcać masowa korupcja podsłuchowa. Być może niektórzy (np. sądownictwo) byli w tym już wcześniej, natomiast tutaj ta dziwna zbieżność lat dodatkowo daje do myślenia (może niesłusznie, bo jestem jakiś wybiórczy -- pozostawiam to innym do przebadania).
Uprzedzam z góry, że wkrótce do SN zostanie wniesiona MOJA skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem nakazu zapłaty, będą w niej bodajże 3 podstawy zaskarżenia oparte na dobrze ugruntowanym orzecznictwie (no niestety pojawia się problem adwokatów, SN jest państwowo osłaniany i samemu nie tak łatwo jakieś myśli do niego skierować, a nawet bardzo trudno ze względu na działania administracji skarbowej). Jest tam też wniosek o skierowanie odpowiednich przepisów, które ewentualnie sąd uznałby za podstawę swej decyzji, do Trybunału Konstytucyjnego w drodze pytania prawnego -- Sąd Najwyższy przecież nie ma prawa orzec niezgodnie z Konstytucją. Powinien się więc tym trochę interesować. Zobaczymy, co wymyślą. Może nonsensy w rodzaju tych z I CNP 4/15 zostaną powtórzone -- że jakoby sąd musi być związany tym, co jest nie wiadomo skąd wzięte. Koniecznie muszą być czymś związani i nie myśleć samodzielnie, nie patrzeć na te tony ewidentnie świadczących o błędności adresu dokumentów, związani pewnie muszą się czuć -- choćby tym, co niezgodne z prawem... Urzędu skarbowego może się boją i tyle, a poza tym bandytyzm! Ze swej strony jednak pokażę, jak wyglądała sprawa o wznowienie i że tam było po prostu nielegalne orzeczenie, sprzecznie z elementarnymi standardami stanowiącymi (1) utartą ścieżkę orzeczniczą Sądu Najwyższego oraz (2) wymogi implikowane przez prawa człowieka (prawo człowieka do sądu).
Co ciekawe, SN także i w innych sprawach zaczął ostatnio jakieś moim zdaniem niesensowne teorie wysuwać. Np. o prawomocności orzeczeń karnych (zupełnie inna sprawa). Wymyślił więc -- co jakoś ma może kryć Rzecznika Praw Obywatelskich, by ten nie musiał się później tłumaczyć z tego, że czegoś nie zaskarżył do SN -- że kasacja od prawomocnego orzeczenia sądu kończącego postępowanie, do której on niby zawsze ma prawo (dotyczy to nawet postępowań karnych w fazie przygotowawczej, tzn. śledztwa lub dochodzenia lub nawet jego odmowy -- postępowanie karne ciągnie się przecież od momentu wniesienia zawiadomienia), nie przysługuje od orzeczeń sądu umarzających śledztwo, które było w fazie "in rem", "w sprawie" (co oznacza: bez podejrzanych, tzn. gdy nie wydano postanowienia o przedstawieniu zarzutów komukolwiek). Nie było żadnych podstaw do takiego wyłączenia. Ale w takim razie można je sobie uroić, w oparciu o odpowiednie definiowanie (oddalające się więc od powszechnie przyjętego, czyli odpowiadającego słownikowi). Sąd Najwyższy wymyślił więc mianowicie, że takie prawomocne orzeczenia sądu, w których jakiś sąd oddalił zażalenie na umorzenie śledztwa będącego tylko "w sprawie" (a nie "przeciwko osobie" -- podejrzanemu), NIE SĄ PRAWOMOCNE. Chociaż zakończyły sprawę i nie przysługiwał już żaden zwykły środek odwoławczy. Krótko: prawomocne orzeczenia nie są prawomocne w pewnych przypadkach, dla Sądu Najwyższego, choć odpowiadają słownikowej definicji prawomocności i choć tak poza tym zawsze je jak dotąd za takie uważano. W dodatku w pierwotnej wersji uzasadnienia tego orzeczenia (bodajże większością zaledwie 4:3 uchwaliło je 7 sędziów SN, przyznali się na pewno do układu 5:2) co krok były jakieś dziwaczne teksty o "chwiejności" itd., jakieś pojęcia zupełnie nieformalne. Raz rzucili jakimś superksiążkowym pojęciem brzmiącym jak jakieś Himalaje intelektu, pewnie mało znanym jakimkolwiek prawnikom, za to znalezionym gdzieś w jakiejś pojedynczej książce przy pojedynczej okazji i sprawiającym specjalistyczne wrażenie. Tak poza tym to uzasadnienie było o "chwiejności". Gdy później je czytałem ze strony sn.pl, było już bodajże w innej, ładniej zredagowanej wersji. Proszę poszukać, jest to jakieś chyba z listopada 2016 r., w każdym razie niezbyt stare, była uchwała 7 sędziów w sprawie prawomocności w postępowaniach karnych. Widać, co im po głowach chodzi, gdy wychodzą niereprezentatywne czy wręcz błędne teorie prawne: prawomocność oraz sprawy karne.
Może przecież za to przegram sprawę cywilną, tak to sobie planują po bandycku wręcz ułożyć. Niezgodne z prawem inne orzeczenie (ze skargi o wznowienie) przekreśli dochodzenie odszkodowania i samej niezgodności dla innego niezgodnego z prawem, tj. wspomnianego nakazu, o którym było tutaj, choć przecież teraz odnośnie nieważności tamtego postępowania wyciągnąłem więcej dowodów i jeśli miałbym znowu wystąpić o wznowienie, to odrzuciliby mi to tylko na podstawie przekroczenia terminu na taką skargę (o wznowienie).
Znalazłem nawet, sygnaturę tamtej sprawy cywilnej: I CSK 543/15 -- dziwnie okrągła, co jest równie dziwne, jak treść. Sami się odsłaniają, może na życzenie spikerów. Widocznie ktoś ich tam może ćwiczy w honorowaniu zwierzchności, mianowicie tej pewnie z administracji skarbowej. Osłaniać Rzecznika Praw Obywatelskich -- on, choćby chciał, to Piotrowi Niżyńskiemu z umorzeniami czy odmowami wszczęcia śledztwa nie będzie mógł pomóc, a jeśli nawet, to Sąd Najwyższy nie tego przyjmować "z przyczyn formalnych". Ale raczej w takim razie już sam rzecznik nie dopuści do wysłania im jakiejś kasacji w mojej sprawie.
Podobnie, co do "podprogowego przemycania jakiejś fałszywej teorii", o którym wspomniałem powyżej w odniesieniu do spraw cywilnych w punkcie 3, przykładem tego z Izby Karnej jest sprawa oskarżania policjantów prywatnym aktem oskarżenia. Zorganizowano teatralną wręcz sprawę, w której im wyżej, tym gorzej dla "możliwości" wnoszenia prywatnego aktu oskarżenia przeciwko policjantom. Już w I czy II instancji włączył się prokurator i dlatego sprawa się dalej toczyła, po drodze sąd zastosował kumulatywną kwalifikację prawną. Zaś najwyższa mądrość, jaką osiągnięto po dotarciu na szczebel SN, to w tym przypadku było, że ... policjantów to tak oskarżać nie można. Oczywiście nieco przesadzam, można, ale w tamtej sprawie było to źle poukładane. Kumulatywna kwalifikacja prawna. Do umorzenia, w tamtym przypadku: uniewinnienia. Tym niemniej tak ten wyrok jest napisany, że kusi do tezy, iż jest to nie specyfika konkretnej sprawy, tylko ogólna zasada, że przeciwko policjantom się umarza z braku skargi uprawnionego oskarżyciela ("bo jest też przekroczenie uprawnień" -- nieważne, że np. naruszono nietykalność). Jest to jakiś nonsens niezgodny z dotychczasowym orzecznictwem. Wyrok nie posuwa się do stwierdzenia tego, ale po PR-owsku do tego kusi, gdyż SN ani razu nie wspomniał o potrzebie zagwarantowania ofiarom stosownego wsparcia w postaci procesu karnego w sytuacji, gdy organy ścigania nie prowadzą satysfakcjonującego śledztwa. Nie jest tam w ogóle odnotowane, że na pewno przysługuje co do zasady możliwość oskarżenia policjanta oskarżeniem prywatnym i że jest to wartość istotna, której w ogólności nic nie przekreśla. Tymczasem takie wnioski zdają się płynąć z ich orzecznictwa, uchwały 7 sędziów z lat 70-tych, którą nawet wzmiankowali. Więcej na temat tego z kolei problemu (całkiem niedawne orzeczenie, w cudzej sprawie, a nawiązujące do mych przejść z policjantami ze Światowych Dni Młodzieży) jest na viewtopic.php?f=12&t=3251.
Zasugerowałem tu, że jak widać chyba od lat (co najmniej od 2010 r.) Sąd Najwyższy myśli o tym, jak tu mnie ud**pić, tak to jakby wygląda. A tymczasem przecież jest więcej śladów tego myślenia o moim przyszłym nakazie zapłaty, choć może to raczej u polityków czy papieży. Może to telewizja za nich myślała, a oni tylko bezmyślnie realizowali zlecenia co do sygnaturek? Kto wie; jednakże sami zobaczcie:
Obecnie, ze względu na wielką nieprzychylność sądów, przychodzi mi realizować problem odzyskania tego ćwierć miliona zł stopniowo, nie od razu wnosząc pozew, bo za łatwo go przegrać, zbyt chętnie sądy lekceważą dowody, a gdy sprawa ma wiele tematów, to łatwo skupiając się na jednym przeoczyć pozostałe. Poza tym nie chcę na razie płacić gigantycznej forsy w postaci opłaty od pozwu na ćwierć miliona zł, skoro i tak najpierw trzeba będzie ustalić pewną podstawową rzecz -- to, że faktycznie użyto wobec mnie złego adresu. W związku z tym, jak może przewidywano, zacząłem wyłączać ten temat do osobnych pozwów o ustalenie. Tymczasem, jeśli ktoś rzuci okiem na orzecznictwo Sądu Najwyższego w sprawie pozwów o ustalenie, znajdzie nadzwyczajne zainteresowanie mną (Piotrem Konradem Niżyńskim), moimi urodzinami (25. września), (bardzo) dawnym adresem zamieszkania przy ul. Blatona 6/74 itd. Oto przykłady takiego orzecznictwa SN:
W sprawach jakże trafnie oznaczonych: I PKN 45/00 (wyrok z 26. września 2000 r.), niepubl. oraz III PK 74/2010 można znaleźć przykładowe ślady na to, że samo brzmienie przepisu art. 189 k.p.c. ani nawet orzecznictwo nie wyklucza rozumienia "istnienia stosunku prawnego lub prawa" jako istnienia ich w przeszłości -- przeciwnie, jest to rozumienie dopuszczalne. Problematyczne w takich przypadkach może być (i gdzieniegdzie bywa) co najwyżej istnienie interesu prawnego, czyli wątpliwość prawna istnieje tylko co dla hipotezy art. 189 k.p.c., ale nie co do jego dyspozycji, jaką miałoby być ustalanie przeszłości (a w każdym razie tylko tak sformułowany zarzut można odnaleźć w uzasadnieniu drugiego przytoczonego tu orzeczenia, w akapicie drugim od końca). Przejawy sposobu argumentowania wskazującego na podobny pogląd można też znaleźć w sprawie o bardzo okrągle wyglądającej sygnaturce, zupełnie jak wyżej wspomniana karna 543, mianowicie I PK 234/13.
W pozwach o ustalenie istnieje problem tzw. interesu prawnego: można wnosić o ustalenie czegoś przez sąd w sentencji wyroku (i tylko o to), jeśli wykaże się interes prawny. Tymczasem znany wyrok definiujący pojęcie interesu prawnego to wyrok z 24. marca 1987 r. nr III CRN 57/87, opubl. w OSNPG 1987, Nr 7, poz. 27 (patrz tekst od słów "Interes ten należy rozumieć jako..."). Podkreślona jest tam data urodzin mego brata, dalej następuje rok o 1 większy od mego roku urodzenia. Nawet, jeśli by to był przypadek, to ktoś go później podchwycił i właściwie wykorzystał, a zresztą może to nie przypadek, bo zaraz pokażę coś jeszcze. W każdym razie obecny rzecznik prasowy Sądu Najwyższego nazywa się Michał Laskowski. Mój brat Michał ma być jakimś tam świadkiem w sprawie mieszkania na Blatona 6/74, które błędnie wskazano w miejsce mego prawdziwego adresu zamieszkania.
Bardzo fajny, niemalże kluczowy wyrok SN w sprawie tego, że w postępowaniu cywilnym należy generalnie "do oporu" sprawdzać wszelkie proponowane a potencjalnie użyteczne dowody, chyba że sąd zgadza się w nich ze stroną i nie potrzebuje dalszej weryfikacji, był dzień po moich urodzinach 26 września 1966 r., miał nr II CR 314/66 (OSNCP 1967/2/39), ale to drobiazg. Jest coś jeszcze lepszego: kolejny taki wyrok miał już chyba, zwłaszcza w takim kontekście, ściśle pode mnie dobraną datę ogłoszenia: 29 maja 2003 r. (V CKN 132/01, "niepubl."). Jest to moja data urodzenia przetworzona na zasadzie +4, -4, a przecież pisałem o popularności w tej mafii tego typu transformacji dat. O tych 2 orzeczeniach można poczytać np. tutaj. Nie powinno więc to chyba zwłaszcza w tym jeszcze dodatkowym świetle budzić wątpliwości. Co do tamtego starego orzeczenia to oczywiście jeszcze mnie nie było na świecie, natomiast ktoś być może postarał się o to, bym się mniej więcej wtedy urodził (cesarskie cięcie; swoją drogą urodziłem się przez to w dniu i miesiącu +2 -2 względem świeżego zamachu na Egypt Air wówczas sprzed roku, zaś ktoś, zdaje się, że mógł to być papież, stał za zorganizowaniem katastrofy Egypt Air w 1999 r., co było jak się zdaje jakimś spiskiem medialnym -- są ślady artykułów sugerujących, że media wiedziały o tym z góry -- i poza tym zbrodnią przeciwko ludzkości). Sąd Najwyższy i takie orzeczenia o dosyć fundamentalnej problematyce to przecież coś zasługującego na docenienie.
26. września, jak widzicie, można chyba kojarzyć z "czymś dla Piotrka".
Re: Błędne kroki Sądu Najwyższego pomagające bandyckim nakazom zapłaty, sprawiające wrażenie złej woli, w jego orzecznic
Post autor: piotrniz » ndz lis 05, 2017 8:37 pm
Oczywiście organizowanie bandyckich nakazów zapłaty, w praktyce wręcz grabieży sądowych, to tylko część szerszego procederu okradania mnie, często nawet na drobne kwoty, który to proceder politycy wdrażali sobie jak gdyby dla rozrywki, a pewnie też inspirowani przez telewizję powołującą się na Watykan (skąd taka komunikacja? z Facebooka i grupy Piotr Niżyński...).
Przykładowo, już jesienią 2011 r. zorganizowano napad na mnie w wykonaniu jakiegoś chłopaka, który podjechał pod hotel. Było to właściwie wymuszenie rozbójnicze. Podobno, jak podsuwali już dawno spikerzy, zamieszany w to był sam Tusk ("autoryzacja" może jakaś tego bandyckiego aktu była uznana za potrzebną -- to w sumie dobrze).
Podobnie następnie w zasadzie wręcz okradł mnie pewien bank polski, potem też inny na mniejsze kwoty (w pierwszym był permanentny problem z transakcjami kartowymi, które sprowadzały się do złodziejstwa -- jest obciążenie na koncie, a u kasującego kartę płatniczą jest odrzucenie transakcji -- natomiast w drugim banku był problem z naliczaniem opłat niezgodnym z wybranym wariantem konta, przez co traciłem ciągle trochę pieniędzy).
Był taki czas, że np. laptop kradziono mi co rusz. Najpierw próbował tego tamten chłopak od rozboju, potem skradziono mi go wraz z całym plecakiem w Gwatemali.
Te różne przejścia są od dawna, od 2012 r. opisane na stronie http://old.sysplex.pl/index/KRADZIEZE/. M. in. w 2012 r. w lutym, w dniu, w którym też zabito moją ciocię, napadła mnie policja gwatemalska i wywiozła do lasu, zabrawszy wpierw laptop (cała okolica była wtedy rozstawiona autami policyjnymi, a gdzieś na piętrze budynku przyulicznego od zewnątrz, chyba na jakimś tarasie, stał człowiek z bronią skierowaną w niebo, jak gdyby jakiś strażnik). Normalny niby patrol, choć bandycki - 2 gliniarzy w środku. Ciągle pytali tylko que pais? -- skąd jestem (typowe wtedy, podczas podróży zagranicznych, wszyscy mnie w ten sposób ciągle zaczepiali aż do przesady, bo zdarza się wprawdzie, że kogoś obcego -- nawet wyglądającego na cudzoziemca -- tak się pyta, ale to już była przesada). Jest o tym na wspomnianej stronie http://old.sysplex.pl/index/KRADZIEZE/, można też oglądać moje zawiadomienie do prokuratury polskiej w tej sprawie.
Oprócz tego zorganizowano gigantyczną spekulację na spółce giełdowej KERNEL (z polskiego GPW, a nawet WIG20), w wyniku której jej kurs spadł 3-krotnie z poziomu 67 w okolicach stycznia 2013 r. do poziomu 22-23, gdy w końcu zdecydowałem się ją sprzedać. Kurs by nie wzrósł, gdybym nie sprzedał. Uparli się po prostu na zaniżanie go. Odpowiedzialny był za to podobno Bank Ochrony Środowiska i jego biuro maklerskie, zresztą nawet w sąsiednim względem tego biura oddziale banku (przy Marszałkowskiej) sugerowały przy mnie to kasjerki, jednoznacznie dogadując do słów spikerów.
Na tej spekulacji, która była sposobem okradania mnie w latach 2013-2015, straciłem ok. 2,1 -- 2,5 mln. zł (raczej bliżej większego krańca tego przedziału niż mniejszego). Oczywiście to tylko jakaś część majątku. Wciąż po zabraniu pieniędzy z giełdy i ponoszeniu różnych wydatków przez kolejne miesiące miałem jeszcze w lipcu 2015 r. do dyspozycji 1 milion zł, jak widać w Krajowym Rejestrze Sądowym w danych spółki "xp.pl sp. z o. o." (kapitał zakładowy, nie jest oznaczony jako niewpłacony).
Z tego, co się można zorientować, to chyba jakaś "stała linia orzecznicza papieży" (Benedykta XVI i Franciszka) owo rujnowanie tego, co jest mą własnością. M. in. obecny papież napisał aż jakąś encyklikę o... ekologii. Co oczywiście kojarzy się z Bankiem Ochrony Środowiska. Oryginalny temat zainteresowania akurat w takim kontekście, w takim czasie, gdy ważyły się na giełdzie losy ww. sumy.