Source: http://www.obserwatorium.org/index.php?option=com_content&view=article&id=1682:sdowy-zakaz-publikacji-a-europejskie-standardy-swobody-wypowiedzi&catid=47:aktualnosciprog&Itemid=66
Timestamp: 2020-02-26 21:57:43+00:00
Document Index: 68269753

Matched Legal Cases: ['art. 21', 'art. 20', 'art. 2', 'art. 25', 'art. 25', 'art. 13', 'art. 100', 'art. 5', 'art. 7', 'art. 9', 'art. 10', 'art. 10', 'art. 10', 'art. 10', 'art. 10', 'art. 10', 'art. 10', 'art. 10', 'art. 6', 'art. 10', 'art. 700', 'art. 37', 'art. 10']

Sądowy zakaz publikacji a europejskie standardy swobody wypowiedzi
Strona główna O programie Aktualności programu Sądowy zakaz publikacji a europejskie standardy swobody wypowiedzi
Piątek, 16 Październik 2009 08:14
W związku ze sprawą filmu pt. Witajcie w życiu oraz zakazem jego upubliczniania, który obowiązuje od dłuższego czasu zamieszczamy poniżej artykuł dr Ireneusza Kamińskiego, członka Rady Programowej "Obserwatorium", adiunkta Instytutu Nauk Prawnych PAN dotyczące zakazu publikacji w świetle standardów europejskich.
I. Polska praktyka dotycząca sądowego zakazu publikacji stanowi od kilku lat przedmiot stałej krytyki dziennikarzy. Przyłączają się do niej organizacje pozarządowe, takie jak Fundacja Helsińska czy Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Regularnie, zazwyczaj po tymczasowym zarządzeniu sądu orzeczonym w związku z kolejnym procesem prasowym, powraca pytanie o zgodność polskiego prawa, a bardziej – polskiej praktyki prawnej – ze standardami właściwymi współczesnemu demokratycznemu państwu.
Najczęściej kojarzonym przypadkiem polskiego zakazu publikacji jest sprawa nagrodzonego Grand Prix na VII Festiwalu Mediów w Łodzi (1997) filmu Henryka Dederki "Witajcie w raju", obrazującego kontrowersyjne "praktyki handlowe" firmy Amway. Zakaz obowiązuje już kilka lat, od 1998 r. – najpierw jako tymczasowy, zastosowany na czas postępowania sądowego, później już jako "właściwy", orzeczony w wyroku sądowym. Droga postępowania sądowego jeszcze się nie zakończyła, więc ostateczne brzmienie sądowej konkluzji (zakres zakazu) nie jest ciągłe przesądzone.
W sprawie Amway-u zakwestionowany materiał już istniał. Potencjalne szkody dla powodów inicjujących proces o naruszenie dóbr osobistych były znane. Ale bardzo często polskie sądy orzekały zakaz także w stosunku do materiału, który jeszcze nie powstał. Zgadzam się, że wyjątkowo również w takim przypadku zagrożenia mogą być na tyle czytelne i poważne, że zakaz okaże się uzasadniony. Tyle że sądy orzekały zakazy "lekką ręką", nie wymagając wykazania przez wnioskodawcę, że zachodzą szczególne okoliczności. Zdziwienie budził też zakres zakazu, który wielokrotnie zabraniał publikowania czegokolwiek o pewnej osobie lub na pewien temat bądź zajmowania się jakimś zagadnieniem.
Polska praktyka pozostaje w sprzeczności ze standardami wypracowanymi w zachodnich demokracjach. Rodzi też zastrzeżenia z perspektywy Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności (dalej konwencja).[1] O ile w pierwszym przypadku porównania prowadzą do smutnych konstatacji na temat dystansu, jaki dzieli nasz kraj od utrwalonego gdzie indziej modelu, o tyle w drugim przypadku nie jesteśmy skazani wyłącznie na frustrację. Każdy podmiot, który uważa, że jego prawa chronione na mocy konwencji zostały naruszone, może bowiem wnieść skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (dalej trybunał).
Niniejszy tekst stanowi próbę rekonstrukcji europejskiego standardu dotyczącego zakazu publikacji. Najpierw dokonam przeglądu rozwiązań prawnych państw naszego kontynentu, później przejdę do analizy orzecznictwa strasburskiego. Poza niniejszym szkicem pozostanie natomiast praktyka istniejąca w Stanach Zjednoczonych.[2]
Wprowadzenie zamknę uporządkowaniem rozróżnień terminologicznych. Zakaz wypowiedzi może mieć formę administracyjną lub sądową. Skrajną postacią administracyjnych procedur jest prewencyjna cenzura generalna, której zostają poddane wszystkie publikacje. Taka postać kontroli stanowi cechę systemów totalitarnych. W państwach demokratycznych zdarza się natomiast – choć sporadycznie – administracyjna kontrola niektórych wydawnictw. Najbardziej znane przykłady pochodzą z prawa francuskiego, które powierza ministrowi spraw wewnętrznych kontrolę publikacji pochodzących z zagranicy (dekret z 6 maja 1939 r.) i adresowanych do młodzieży (ustawa z 16 lipca 1949 r.).[3] Sądowy zakaz ma natomiast zawsze charakter indywidualny. Może zostać orzeczony jako środek tymczasowy, obowiązując przez cały okres lub część toczącego się postępowania, albo jako sankcja wydawana w końcowym wyroku. Zakaz może zapobiegać publikacji (sankcja prewencyjna)[4] lub zabraniać jej wznawiania (sankcja następcza). Właśnie sądowy zakaz będzie zasadniczym przedmiotem moich rozważań.
II. Podejście do zakazu publikacji w państwach naszego kontynentu zostało ukształtowane bardzo często w konfrontacji z przepisami krajowych konstytucji, które traktują wolność słowa i prasy jako kardynalne swobody polityczno-prawne. Konstytucjonalizacja porządku prawnego polegała na nadaniu praktycznego znaczenia zapisom ustawy zasadniczej. Dochodzi do niej głównie – choć nie wyłącznie – w następstwie powstania sądownictwa konstytucyjnego oraz jego orzecznictwa.[5] Istotną rolę odegrały też postanowienia międzynarodowego prawa praw człowieka, zwłaszcza tego, którego realizację zabezpiecza istnienie skutecznego mechanizmu implementacyjnego.[6]
Instytucja zakazu rodzi szereg zastrzeżeń. Nie trzeba przekonywać, że pochopne posługiwanie się nim prowadzi do istotnego ograniczenia swobody wypowiedzi. Zakaz jest jednak szczególnie dotkliwy, gdy działa prewencyjnie. Sędziowski werdykt powoduje, że informacja lub pogląd w ogóle nie podlegają rozpowszechnianiu. Skutek jest więc identyczny jak w przypadku wstępnej cenzury administracyjnej. Nieprzypadkowo sądowy zakaz określa się w Stanach Zjednoczonych mianem kneblującego (gag order). Jeśli przy tym zakaz, orzeczony jako "tymczasowe" zabezpieczenie dochodzonego powództwa, wiąże przez całe, trwające nierzadko kilka lat postępowanie, to jego tymczasowość pozostaje pod znakiem zapytania. Informacji lub poglądu nie tylko długo nie można przekazywać, ale z upływem czasu ulegają one zazwyczaj dezaktualizacji, tracąc w dużym stopniu, a nawet całkowicie swą wartość.
Zakaz najczęściej dotyka środki przekazu. "Zwykli" ludzie wypowiadają się z reguły ustnie i spontanicznie, przed zabraniem głosu nie gromadzą danych, nie sprawdzają ich wiarygodności, nie pytają innych o zdanie. Inaczej postępuje dziennikarz. Aby pozostać w zgodzie z wymogami zawodowej rzetelności, musi zbadać dane zagadnienie i stworzyć możliwość wypowiedzenia się osobie, której dotyczy przygotowywany materiał. W konsekwencji do osoby takiej dociera informacja, że powstaje coś na jej temat. Jeśli sądy łatwo orzekają tymczasowy zakaz, to osoba, która nie życzy sobie publikacji, może wytoczyć powództwo o naruszenie jakiegoś dobra, np. prywatności lub dobrego imienia, i równocześnie zażądać, aby do zakończenia postępowania materiał się nie ukazał. Sytuacja taka zmusza często media do ukrywania, że pracują nad jakimś zagadnieniem, powstrzymania się od wszechstronnej weryfikacji danych, a przede wszystkim od kontaktów z "bohaterem" przygotowywanej publikacji. Gdy dziennikarze popełnią wówczas błąd, będzie ich można łatwo pociągnąć do odpowiedzialności prawnej. Szerokie posłużenie się przez sądy zakazem prowadzi więc do tego, że środki masowego przekazu nie mają zapewnionych warunków, by pełnić szczególną rolę przypisaną im w demokratycznym społeczeństwie. Polega ona na umożliwieniu wymiany informacji i poglądów, kształtowaniu opinii publicznej oraz kontrolowaniu szeroko rozumianej władzy. "Konstytucyjna" perspektywa wymaga zatem, by każdy przypadek zakazu został skrupulatnie rozważony w kontekście prawa do przekazania informacji i opinii oraz uzyskania do nich dostępu.
III. Kilka konstytucji krajowych zawiera postanowienia wyraźnie zabraniające prewencyjnej kontroli publikacji. Niektóre z nich są interpretowane szeroko, wykluczając zarówno każdy system administracyjnej cenzury, jak i sędziowski zakaz. Tak jest przykładowo we Włoszech (art. 21.2),[7] Hiszpanii (art. 20.2)[8] czy Szwecji (roz. 1. art. 2 Ustawy o wolności prasy).[9] Oznacza to, że każda publikacja ma gwarancje ukazania się. Oczywiście jej autor i – ewentualnie – edytor oraz wydawca mogą później ponieść odpowiedzialność, jeśli złamali prawo.
Wykluczenie uprzedniego sędziowskiego zakazu jest całkowite.[10] Nawet gdy odpowiednie władze wiedzą o przygotowywaniu publikacji zawierającej informacje, których ujawnienie zagrozi tak istotnemu dla nich dobru jak bezpieczeństwo państwa, nie mogą jej wstrzymać decyzją sądu. Tak stało się w Szwecji, gdy na początku lat 70. pracownik tamtejszych służb specjalnych IB przekazał poufne informacje dwojgu dziennikarzom. Powstała seria artykułów opartych na tych materiałach, a w 1973 r. książka "IB i zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego". Władze musiały czekać, aż publikacje się ukażą, a tym samym powstanie szkoda, która umożliwi następczą reakcję prawa. Po publikacji całą trójkę oskarżono o szpiegostwo i skazano na kary od 9 miesięcy do roku więzienia.[11]
Szwedzki casus ukazuje pewną istotną cechę właściwą systemom, które całkowicie wykluczają zastosowanie zakazu. Sankcja ma w nich charakter następczy i jest surowa. Paradoksalnie zakaz, aczkolwiek dotkliwy, bo przeciwdziała publicznemu wypowiedzeniu się, ma "dobroczynny" skutek – zapobiega powstaniu szkody, za którą później trzeba podlegać ostrej odpowiedzialności. Surowość sankcji w państwie zabraniającym wstrzymania publikacji wydaje się zrozumiała. To na dziennikarzach, edytorach i wydawcach spoczywa pełna odpowiedzialność za decyzję o rozpowszechnianiu materiału, którego szkodliwość była im znana i nie podlegała wątpliwości. Okoliczność ta uzasadnia zadanie następującego pytania: co bardziej godzi w wolność mediów i skłania je do unikania "niebezpiecznych tematów" – możliwość prewencyjnego wstrzymania publikacji przez zakaz czy ostra następcza reakcja sądów na szkodę wywołaną przez niczym nie tamowaną swobodę rozpowszechniania? Dużo bardziej "schładzający" efekt może przecież wywrzeć na media obawa poważnej sankcji w postaci więzienia, znacznej grzywny lub odszkodowania bądź zadośćuczynienia.[12]
Interesujące w tym kontekście jest dlatego rozwiązanie wypracowane w Hiszpanii. Artykuł 4 tamtejszego prawa prasowego przewiduje, że każdy, kto potencjalnie może odpowiadać za opublikowanie materiału, jest uprawniony, by skierować do administracji rządowej pytanie w sprawie zgodności z prawem przygotowanej publikacji. Uzyskanie wyraźnej, a nawet dorozumianej aprobaty zwalnia w przyszłości podmiot poddający się takiej dobrowolnej konsultacji od wszelkiej odpowiedzialności. Równocześnie negatywna opinia nie oznacza, że rozpowszechnianie materiału doprowadzi do wymierzenia sankcji; wskazuje tylko na taką możliwość. Rozstrzygająca w tej sprawie będzie ocena sądu, a nie organu administracyjnego.
W niektórych państwach konstytucyjny przepis zabraniający prewencyjnej kontroli publikacji próbuje się godzić z istnieniem sędziowskiego zakazu. Interesująca jest ewolucja, jaka dokonuje się obecnie w Belgii. Artykuł 25 tamtejszej konstytucji wyklucza wprowadzenie wstępnej cenzury prasy.[13] Przez długi czas postanowienie to interpretowano w absolutnych kategoriach. Żaden wyjątek, również przyjmujący formę sądowego orzeczenia, nie był dopuszczony. Obecnie jest inaczej. Po pierwsze, do art. 25 podchodzi się literalnie; ma on dotyczyć środków przekazu posługujących się drukiem, lecz już nie mediów elektronicznych. Po drugie, część orzecznictwa i doktryny jest skłonna dopuścić również wstrzymanie publikacji drukowanej. Zmiana jest następstwem szerokiej krytyki, która wskazywała, że w sprawach o odszkodowanie wyroki zapadają zbyt późno, zwykle po upływie kilku lat od ukazania się artykułu stanowiącego zniesławienie lub naruszającego inne dobro. Nie jest to w stanie adekwatnie naprawić wyrządzonej szkody.[14]
Wydawało się, że powstałą kontrowersję zakończył belgijski Sąd Kasacyjny w wyroku z 29 czerwca 2000 r. Sędziowie dopuścili wtedy wydanie prewencyjnego zakazu, lecz by pozostało to w zgodzie z art. 25 konstytucji uznali, że publikacja musi się wcześniej znaleźć w punktach sprzedaży.[15] Ale już 9 sierpnia 2000 r. sędzia w Namur, orzekając w sprawie wytoczonej przez Ligę Praw Człowieka, wstrzymał publikację listy domniemanych pedofilów przez tygodnik Investigateur, mimo iż materiał nie trafił jeszcze do dystrybucji.[16] Podobnej ewolucji jak w Belgii podlega rozumienie art. 13 konstytucji Austrii.[17]
Pozostaje wreszcie grupa państw, które bez trudu zaakceptowały, że swobodę wypowiedzi i wolność mediów można pogodzić z istnieniem sędziowskiego zakazu publikacji. Tak jest m.in. w Norwegii, Holandii i Niemczech. W pierwszym z nich art. 100 konstytucji[18] rozumiany jest jako absolutny zakaz administracyjnej kontroli mediów. Uznaje się jednak, że czym innym jest sądowe wstrzymanie publikacji, zarówno tymczasowe, jak i stałe. Głośnym przypadkiem zastosowania zakazu była tzw. sprawa Lindberga.[19] Sąd zabronił – najpierw na czas postępowania, potem w końcowym orzeczeniu – rozpowszechniania filmu, zdjęć, a nawet raportu przygotowanego dla ministerstwa rybołówstwa przez dziennikarza pracującego jako inspektor na statku, który dokonywał połowu fok. Uznano, że materiały naruszają dobre imię rybaków, a Lindberg został inspektorem, ponieważ urzędnicy zostali wprowadzeni w błąd co do jego kwalifikacji. Równocześnie sędziowie bardzo stanowczo podkreślili, że zakazem należy się posługiwać niezwykle ostrożnie. Podobne podejście widać w Niemczech. Akceptuje się tam, że gwarancje art. 5 ustawy zasadniczej (Grundgesetz)[20] obejmują każdą formę aktywności mediów, od zbierania informacji po ich opublikowanie. Wstrzymania materiału można dokonać tylko wtedy, gdy przemawia za nim ochrona porządku publicznego.[21] Również w Holandii należy przekonująco wykazać, że zakaz jest konieczny. Stały środek może zabronić używania wyłącznie wyraźnie wskazanych sformułowań, które są takie same lub podobne do określeń uznanych w wyroku za sprzeczne z prawem. Sąd może wyjątkowo orzec również tymczasowy zakaz, jeśli jeszcze przed wydaniem ostatecznego rozstrzygnięcia był w stanie ustalić, że materiał ma bezprawny charakter. Uznaje się jednak, że art. 7 konstytucji wyklucza takie działanie w przypadku publikacji prasowej. Tymczasowy zakaz można zaakceptować wyłącznie w odniesieniu do materiału audiowizualnego lub sztuki teatralnej.
Wydaje się, że szczególne uprawnienie do ingerencji w działalność mediów dają te systemy prawne, które już w akcie o konstytucyjnej randze przewidują, że wolność słowa podlega ograniczeniom i nie wprowadzają równocześnie zakazu cenzury. Tak jest we Francji, gdzie art. XI Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela powiada, że swoboda komunikowania myśli i poglądów nie obejmuje przypadków jej nadużycia, które określa ustawodawstwo zwykłe.[22] Publikację można w konsekwencji wstrzymać z szeregu powodów. Najczęściej jest to ochrona prywatności, którą chroni art. 9 kodeksu cywilnego.[23] Jednak i we Francji w każdym przypadku, gdy pojawi się wniosek o orzeczenie zakazu, dochodzi do skrupulatnego ważenia interesów mediów i podmiotów dotkniętych wypowiedzią.[24] Powściągliwość sądów w stosowaniu zakazu ilustruje znana sprawa ujawnienia przez tygodnik L'évènement de jeudi fragmentów rozmowy telefonicznej między reporterem Le monde i przebywającym w Bostonie adwokatem dr. Garetty, francuskiego lekarza skazanego na 4 lata więzienia w głośnej aferze "zakażonej krwi". Rozmowę podsłuchał przy pomocy skanera dziennikarz CNN. Garetta wystąpił o zajęcie nakładu argumentując, że materiał pogwałcił jego prywatność oraz tajemnicę adwokacką. Wniosek odrzucono, gdyż – zdaniem sądu – chociaż doszło do ataku na prywatność, nie naruszono "rdzenia" związanych z nią interesów. Nie było więc podstaw do zastosowania tak radykalnego środka jak wstrzymanie publikacji. Pokrzywdzeni mogą jedynie zażądać odszkodowania za szkodę, jaką wyrządza im opublikowanie materiału. Tak też się stało. W wytoczonym tygodnikowi postępowaniu redakcję zobowiązano do zapłacenia lekarzowi i jego prawnikowi 50 tysięcy franków oraz do pokrycia kosztów zamieszczenia wyroku w dwóch ogólnokrajowych dziennikach.
IV. W tradycji anglosaskiej zakaz publikacji łączy się z instytucją nakazu (injunction). Środek ten powstał jako wynik interwencji ze strony słuszności (equity); stworzono go, aby usunąć braki istniejące w common law. To ostatnie przewidywało bowiem jedynie roszczenie odszkodowawcze. W konsekwencji nikogo nie można było zmusić do zrealizowania lub zaprzestania działań. Jeśli, przykładowo, ktoś podejmował czynność grożącą powstaniem uszczerbku na dobrach innych osób, trzeba było czekać aż powstanie szkoda i dopiero wtedy wystąpić o odszkodowanie. Nakaz zmienił tę sytuację.[25]
Nakaz może kończyć sprawę i wtedy ma charakter stały (perpetual lub permanent injunction) lub obowiązywać tylko na czas postępowania (interim, poprzednio interlocutory injunction). Złamanie sądowego polecenia oznacza obrazę sądu, za którą grozi kara.
Chociaż w Wielkiej Brytanii nie ma pisanej konstytucji, swobodę wypowiedzi oraz prasy traktowano jako jedną z podwalin tamtejszego porządku prawnego. W klasycznej kompilacji prawa dokonanej w 1765 r. William Blackstone pisał, że "wolność prasy jest zasadnicza dla istoty wolnego państwa; polega na braku wstępnych ograniczeń nakładanych na publikowanie, lecz nie na zwolnieniu od sankcji, gdy publikacja się ukaże. Wolny człowiek ma niezaprzeczalne prawo, by przedstawić swe zdanie w sposób, jaki mu odpowiada. Zabronienie mu tego zniszczyłoby wolność prasy. Lecz gdy publikuje rzeczy niewłaściwe, szkodliwe lub bezprawne, musi ponieść konsekwencje swej zuchwałości".[26] Podejście to, długo występujące w praktyce angielskiej, dobrze oddaje formuła: "publikuj i bądź przeklęty" (publish and be damned). Bardziej eleganckie, opisowe ujęcie oznacza, że można drukować każdy materiał, ale trzeba się liczyć ze wszelkimi, nawet najbardziej bolesnymi konsekwencjami swej decyzji. Brak "wstępnych ograniczeń" (prior restraints) rozumiano pierwotnie jako eliminację cenzury i pozwoleń na wydawanie, których przyznanie należało długo do uprawnień władz kościelnych. Później objęto nim także sądowy nakaz wstrzymujący publikację.
Z biegiem czasu pojawiły się wątpliwości, czy całkowite wykluczenie nakazu w sprawach dotyczących publikacji jest właściwe. Orzecznictwo zaczęło wskazywać, kiedy wydanie środka staje się możliwe. Równocześnie sędziowie bardzo zdecydowanie podkreślali, iż zasadą jest domniemanie niedopuszczalności tymczasowego nakazu. Ilustruje to orzeczenie Sądu Apelacyjnego w sprawie William Coulson & Sons v. James Coulson and Co. Oznajmiono w nim, że "przyznanie tymczasowego nakazu musi łączyć się z podjęciem decyzji, czy doszło do zniesławienia, zanim wypowie się o tym ława przysięgłych. Uprawnienie to jest niezwykle delikatne. Można z niego skorzystać tylko w sprawach nie budzących wątpliwości, a więc takich, w których każda ława uzna, że doszło do zniesławienia, a gdyby przysięgli orzekli inaczej, sąd uchyliłby ich werdykt jako nieracjonalny"[27].
Swoiste "zastąpienie" werdyktu ławy sędziowską decyzją jest niebezpieczne, gdyż wchodzi w konflikt z podstawowym w systemie common law uprawnieniem do osądzenia przez ławę. Sędzia nie powinien czynić niczego, co miałoby wpływ, a tym bardziej oznaczałoby wprost wypowiedzenie się o winie, czyli o zagadnieniu, którą przysięgli rozstrzygną dopiero po zakończeniu procesu. Trudno zaakceptować sytuację, gdy sąd – nawet w "ewidentnych" sprawach – pośrednio lub bezpośrednio sugeruje przysięgłym, jaki powinien być wyrok. W cytowanym orzeczeniu sąd uznał jednak, że są przypadki, w których istnienie zniesławiających wypowiedzi jest od początku tak oczywiste, że ława – jeśli ma działać rozsądnie – może postąpić tylko w jeden sposób. Sugestia ta rodzi szereg zastrzeżeń. Oprócz wątpliwości, czy stworzony w ten sposób wyłom da się "logicznie" pogodzić z uprawnieniem do osądzenia przez ławę i czy istnieją "oczywiste przypadki", można wskazać także inne argumenty przemawiające przeciwko tymczasowemu nakazowi. W czasie postępowania może chociażby dojść do ujawnienia okoliczności, które przemawiały za publikacją, mimo iż prima facie jest ona zniesławiająca.
Zdając sobie sprawę z tych zagrożeń, sądy bardzo szybko wprowadziły kolejne wymogi, które trzeba spełnić, by sędzia wstrzymał rozpowszechnianie.[28] Nawet w "ewidentnych sprawach" nie dojdzie do wydania tymczasowego nakazu, jeśli pozwany wskazał, że posiada tzw. środek obronny (defence). Może nim być zarzut, iż wypowiedź jest prawdziwa lub stanowiła uzasadniony komentarz (fair comment). Pozwany może także podnieść, że na jego korzyść przemawia absolutny lub kwalifikowany przywilej. Pierwszy przywilej oznacza, że wypowiedź nie może w ogóle stać się przedmiotem postępowania o zniesławienia. Jego ochroną objęte są twierdzenia, które padły w czasie debaty parlamentarnej lub na sali sądowej z ust sędziów, prawników reprezentujących strony oraz świadków. Kwalifikowany przywilej dotyczy natomiast wypowiedzi motywowanych poczuciem moralnego lub obywatelskiego obowiązku. Pozwany, który sugeruje istnienie zarzutu obronnego lub przywileju, zobowiązany jest wykazać w czasie właściwego postępowania, że tak jest rzeczywiście. Gdy zadanie mu się nie powiedzie, stanowi to okoliczność obciążającą.[29]
Angielskie sądy prawie nigdy nie zdecydują się na wydanie tymczasowego nakazu wstrzymującego publikację. Jeśli powód chce odnieść sukces, musi przekonująco wykazać, że we właściwym postępowaniu łatwo obali istnienie – sugerowanego przez pozwanego – kwalifikowanego przywileju lub przedstawi oczywisty dowód, iż pozwany działał ze złośliwą intencją. Jest to niezwykle trudne. Dlatego wnioskodawcy starają się wykorzystać pewną szczególną okoliczność, dzięki której uzyskanie tymczasowego nakazu jest ułatwione. Dzieje się tak, gdy powód potrafi wykazać, że ujawnienie informacji stanowi wynik złamania obowiązku zachowania tajemnicy lub innego zobowiązania prawnego, np. lojalności. Przykładem takiej sytuacji jest upublicznienie poufnych wiadomości przez prawnika, lekarza, pracownika służb specjalnych, księgowego lub audytora. Nakaz służy także powstrzymaniu rozpowszechniania przez osobę trzecią lub media informacji otrzymanych od informatora, który w ten sposób złamał swe obowiązki wobec klienta albo pracodawcy lub dopuścił się przestępstwa, np. kradzieży.[30] Jednak i tutaj mogą znaleźć zastosowanie, chociaż w "słabszy" sposób, zarzuty obronne i przywileje.[31]
O injunctions wypowiada się obecnie Human Rights Act 1998, który wszedł w życie 1 października 2000 r., dokonujący włączenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka do wewnętrznego porządku prawnego. Jego paragraf 12 przewiduje, że orzekając w sprawie zakazu sądy zobowiązane są wziąć pod uwagę szczególne znaczenie nadane w konwencji swobodzie wypowiedzi. Jeśli pozwany wskaże, iż wniosek powoda dotyczy materiału dziennikarskiego, literackiego lub artystycznego, sędziowie muszą dodatkowo uwzględnić:
(a) znaczenie, jakie publikacja materiału ma dla opinii publicznej;
(b) stopień, w jakim materiał już stał się lub stanie publicznie znany;
(c) kodeksy chroniące prywatność.[32]
V. Artykuł 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, dotyczący swobody wypowiedzi, oznajmia:[33]
1. Każdy ma prawo do swobody wypowiedzi. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Niniejszy przepis nie wyklucza prawa Państw do poddania procedurze zezwoleń przedsiębiorstw radiowych, telewizyjnych lub kinematograficznych.
2. Korzystanie z tych wolności pociągających za sobą obowiązki i odpowiedzialność może podlegać takim wymogom formalnym, warunkom, ograniczeniom i sankcjom, jakie są przewidziane przez prawo i konieczne w społeczeństwie demokratycznym w interesie bezpieczeństwa państwowego, integralności terytorialnej lub bezpieczeństwa publicznego, ze względu na konieczność zapobieżenia zakłóceniu porządku lub przestępstwu, z uwagi na ochronę zdrowia i moralności, ochronę dobrego imienia i praw innych osób oraz ze względu na zapobieżenie ujawnieniu informacji poufnych lub na zagwarantowanie powagi i bezstronności władzy sądowej.
Konwencja nie wypowiada się wprost na temat "uprzednich ograniczeń". Nie powinno jednak budzić wątpliwości, że ze względu na konstytutywne cechy demokratycznego państwa i roli odgrywanej w nim przez swobodę wypowiedzi każdy system generalnej cenzury stanowi "wymóg formalny", "warunek" czy też "ograniczenie" niezgodne z konwencją. Instytucje strasburskie nigdy nie miały zresztą okazji zetknąć się z rozwiązaniem zbliżonym do takiego systemu. Wolność słowa i prasy (mediów) oraz ich pluralizm stanowią bowiem wstępny warunek członkostwa w Radzie Europy. Żadne państwo stosujące generalną kontrolę publikacji nie znajdzie się w tym gremium.[34] Komitet Ministrów w deklaracji z 27 kwietnia 1982 r. w sprawie swobody wypowiedzi i informacji stwierdził, że jednym z celów krajów Rady Europy jest "brak cenzury lub wszelkiej arbitralnej kontroli albo ograniczenia dotyczącego uczestników procesu przekazywania informacji, treści przekazu lub transmisji i rozpowszechniania informacji" (pkt II. b).
Od systemu cenzury należy oczywiście odróżnić inne mechanizmy regulujące rynek mediów i dystrybucję publikacji. Ustęp 1 art. 10 wyraźnie przewiduje możliwość poddania procedurze zezwoleń działalności radiowej, telewizyjnej i kinematograficznej.[35] Sprzeczny z konwencją nie jest też system nadawania certyfikatów materiałom filmowym, kwalifikujący je do różnych miejsc i sposobów rozpowszechniania.[36]
Pozostaje udzielenie odpowiedzi na pytanie o zgodność z konwencją indywidualnego zakazu. Szczególne problemy rodzi zakaz prewencyjny. Zagadnienie to pojawiło się kilkakrotnie w orzecznictwie strasburskim.[37]
Pierwszą sprawą, w której oceniana ingerencja miała postać zakazu, była Sunday Times przeciwko Wielkiej Brytanii (nr 1) z 1979 r.[38] Aczkolwiek trybunał stwierdził, że doszło do naruszenia konwencji, nie skoncentrował się na sądowym zakazie jako formie ograniczenia swobody wypowiedzi. Uznał jedynie, że w czasie gdy wokół wzbudzającej wielkie emocje tzw. afery "thalidomidowych dzieci" trwała szeroka dyskusja – obejmująca również parlament – a opinia publiczna potrzebowała informacji, by znaleźć odpowiedź na wiele ważnych pytań, zakazu orzeczonego wobec jednego dziennika nie można zakwalifikować jako koniecznego w demokratycznym społeczeństwie (par. 65-66). O konkluzji zadecydował zatem sytuacyjny kontekst i waga dyskusji, a nie immanentne zagrożenia związane z zakazem.
Rozważania na temat zakazu – czy też szerzej, wszelkich środków o prewencyjnym charakterze, określanych zbiorczym pojęciem uprzednich ograniczeń (prior restraints, restriction préalable) – zawierają już wyroki w sprawach Observer i Guardian przeciwko Wielkiej Brytanii oraz Sunday Times przeciwko Wielkiej Brytanii (nr 2) z 1991 r.[39] Dotyczyły one informacji związanych z zapowiedzią publikacji książki Spycatcher (Łowca szpiegów), której autorem był Peter Wright, były agent brytyjskiego wywiadu MI 5. We wspomnieniach zamierzał on opisać m.in. nielegalne działania służb specjalnych, polegające na włamaniach do placówek dyplomatycznych, szerokim zakładaniu podsłuchu, przygotowaniu zamachu na prezydenta Egiptu Gamala Nasera oraz prowadzeniu działań przeciwko rządowi Harolda Wilsona. Książka miała się ukazać w 1986 r. w Australii. Władze brytyjskie wystąpiły o jej wstrzymanie przed sądami swej byłej kolonii. Gdy Observer i Guardian wydrukowały krótkie notki o przebiegu australijskiego postępowania, przytaczając treść głównych zwierzeń Wrighta, prokurator generalny zwrócił się do sądu o wydanie zakazu publikowania jakichkolwiek informacji pochodzących z "Łowcy szpiegów" lub od jej autora. Z kolejnych działań władz brytyjskich jasno wynikało, że podmiotowy zakres zakazu rozumieją szeroko; ma on obejmować każdy podmiot, a nie tylko tytuły prasowe, przeciwko którym go orzeczono.
"Łowca szpiegów" ukazał się lipcu 1987 r. w USA, a następnie, po odrzuceniu wniosku władz brytyjskich, również w Australii. Egzemplarze książki były wwożone do Wielkiej Brytanii, można je też było zamawiać przez zagraniczne księgarnie wysyłkowe. Angielskie sądy nadal jednak twierdziły, że zakaz ciągle wiąże. Chociaż po ukazaniu się książki poufne informacje stały się znane, zgoda na publikację jej fragmentów przez prasę oznaczałaby bowiem danie "niewłaściwego sygnału" ewentualnym naśladowcom Wrighta.
Trybunał w Strasburgu stwierdził, że art. 10 nie wyklucza nałożenia ograniczeń o prewencyjnym charakterze. Zagrożenia związane z nimi są jednak tak poważne, że działania władz krajowych wymagają wyjątkowo skrupulatnej kontroli, szczególnie jeśli ograniczenia dotykają prasę. Wiadomości stanowią bowiem "zanikające dobro" (perishable good, bien périssable) i nawet krótkie opóźnienie publikacji może pozbawić informację znaczenia oraz wartości (par. 60). Sędziowie postanowili podzielić swe rozważania na dwa okresy: do ukazania się książki w USA i po nim. W pierwszym okresie treść wspomnień Wrighta nie była znana. Za racjonalne można więc uznać domniemanie, że publikacja poufnych informacji przez byłego pracownika służb specjalnych może być szkodliwa. Wydając zakaz, sądy angielskie nie zrobiły tego automatycznie, lecz po dokładnej analizie racji związanych ze swobodą wypowiedzi oraz potrzebą ochrony bezpieczeństwa narodowego. Informacje nie dotyczyły ponadto bieżących wydarzeń. Uznano w konsekwencji, że nie doszło do złamania konwencji (14 głosów do 10). Sytuację zmieniła jednak publikacja "Łowcy szpiegów" w Stanach Zjednoczonych. Treść książki przestała być przedmiotem spekulacji, a samo dążenie do zniechęcenia naśladowców Wrighta jest argumentem zbyt słabym, by przeważyć w konfrontacji ze szczególnym znaczeniem, jakie konwencja nadaje swobodzie wypowiedzi. Obowiązywanie zakazu w drugim okresie było sprzeczne z art. 10 (jednogłośnie).
Na podkreślenie zasługuje, że aż 10 sędziów uznało, iż do naruszenia konwencji doszło również w pierwszym okresie. Warto przyjrzeć się ich argumentacji. Belg Jan de Meyer (do jego zdania odrębnego przyłączyło się czterech innych sędziów) napisał, że każde powstrzymanie publikacji jest formą cenzury, której nie można tolerować w demokratycznym społeczeństwie. Media muszą mieć prawo do rozpowszechnienia każdego materiału, jeśli jednak złamią przy tym obowiązek zachowania tajemnicy, naruszą reputację, prywatność albo inne dobro podlegające ochronie, można je oczywiście pociągnąć do odpowiedzialności prawnej. Następcza interwencja prawa jest wystarczającym środkiem pozostawionym do dyspozycji pokrzywdzonego. Inni sędziowie wskazywali, że skoro informacja jest "zanikającym dobrem", którego wartość spada z upływem czasu, wstrzymanie publikacji można dopuścić tylko na krótki czas – kilka dni, najwyżej tygodni. Jeszcze inni podnosili, że swobody wypowiedzi nie można podporządkować obowiązkowi poufności, gdyż inaczej "nie powstałaby w ogóle żadna literatura". Zwracano przy tym uwagę na normalną w wielu krajach praktykę, gdzie nawet szefowie służb specjalnych publikują wspomnienia.
Trybunał zakwestionował zakaz publikacji uzasadniany ochroną poufności, gdy informacja stała się znana. Nie istniały już bowiem powody dla dalszej ochrony. Z późniejszego orzecznictwa wynika, że nie jest ważne, czy za ujawnienie informacji odpowiada inny podmiot, czy też sam skarżący.[40] Ochronę mogą natomiast uzasadniać inne cele wymienione w ustępie 2 art. 10, ale tu strasburscy sędziowie – jak w brytyjskiej sprawie – dokonają rygorystycznej oceny.
W tym kontekście ważne znaczenie ma wyrok Editions Plon przeciwko Francji.[41] Trybunał badał w nim zakaz rozpowszechniania głośnej książki Le grand secret (Wielka tajemnica), opartej na enuncjacjach lekarza prezydenta François Mitteranda. Głowa państwa, u której wkrótce po rozpoczęciu kadencji w 1981 r. zdiagnozowano raka prostaty, miała wymóc fałszowanie okresowych sprawozdać medycznych, by ukryć chorobę. Trybunał uznał, że do publikacji doszło w kontekście szerokiej dyskusji o sprawie mającej publiczne znaczenie, dotyczącej w szczególności prawa opinii publicznej do uzyskania informacji o poważnej chorobie prezydenta i pytania o jego zdolność do pełnienia najwyższego urzędu w państwie. Dodatkowym ważnym zagadnieniem była – ze względu na zatajenie choroby – przejrzystość życia politycznego (par. 44).
Poufność danych o stanie zdrowia chroniona jest niewątpliwie przez prawo do prywatności. Rozpowszechnianie informacji przez wydawcę książki trybunał rozważał w kontekście prawa do prywatności członków rodziny, bo to wdowa i dzieci zwrócili się 10 dni po śmierci prezydenta o wydanie zakazu publikacji. Sądowy wniosek – natychmiast rozpoznany pozytywnie – złożono następnego dnia po rozpoczęciu sprzedaży książki. Do nabywców trafiło już jednak około 40 tysięcy egzemplarzy. Trybunał orzekł, że zakaz był zgodny z art. 10, gdy istniał jako środek tymczasowy, do czasu merytorycznego rozpoznania sprawy. Już jednak trwały zakaz, orzeczony dziewięć miesięcy po śmierci Mitteranda, stanowił pogwałcenie konwencji.
Szkoda, że w wyroku nie dokonano explicite rozróżnienia poszczególnych aspektów prawa do prywatności, gdyż służyłoby to lepiej jego uzasadnieniu. Trybunał uznał, że ocena francuskich sądów o przejściu z chwilą śmierci na członków rodziny własnych praw prezydenta do dobrego imienia i prywatności "nie może w żaden sposób uchodzić za bezzasadną bądź arbitralną" (par. 34). Ale następnie uprawnienia żony i dzieci analizował w perspektywie szczególnej sytuacji związanej ze śmiercią bliskiej osoby. Wówczas w grę wchodził już jednak inny aspekt prywatności – ochrona przez emocjonalnym bólem. Ochrona ta daje się relatywizować, zależąc od sytuacyjnego kontekstu. Dlatego trybunał mógł uznać, że w okresie bezpośrednio związanym ze zgonem i pogrzebem uzasadniony był zakaz dystrybucji krytycznej publikacji, która zawierała medyczne szczegóły ujawnione z naruszeniem tajemnicy lekarskiej. Później nie było to już potrzebne (par. 47 i 51). W przypadku ochrony "odziedziczonych" uprawnień do prywatności brakuje natomiast podstaw do takiego relatywizującego zabiegu. Mam wątpliwości, czy zasadne jest różnicowanie standardów w zależności od tego, czy poufna informacja stanowi element życia prywatnego, czy też dotyczy dobra publicznego. Moim zdaniem nie było powodów, by różnicować standardy ze spraw Observer i Gurdian przeciwko Wielkiej Brytanii i Editions Plon przeciwko Francji. W każdym przypadku utrata przez informację poufnego charakteru pozbawiała zakaz uzasadnienia.
Mimo iż trybunał dopuścił istnienie uprzednich ograniczeń, wyraźnie oznajmił, że każdy taki przypadek podlega szczególnie wnikliwej analizie. Czy jednak "kontrola z europejskiej perspektywy" będzie jednakowa w odniesieniu do wszystkich rodzajów wypowiedzi? Ochronie konwencji podlegają bowiem nie tylko wypowiedzi polityczne i dotyczące ważnych zagadnień publicznych, a więc te, które służą bezpośrednio demokratycznemu społeczeństwu – centralnemu pojęciu konwencji – lecz również inne formy wypowiedzi, m.in. artystyczna i komercyjna. W orzecznictwie wielokrotnie podkreślano, że strasburska kontrola różni się z zależności od zakresu krajowego marginesu swobody ocen. Konwencja nie wymaga jednolitości orzecznictwa państw członkowskich. Dokonywane ingerencje muszą się jednak mieścić w pewnych granicach.
W porównaniu w wypowiedzią polityczną lub dotyczącą ważnych spraw publicznych, gdzie krajowy margines swobody ocen jest niezwykle wąski,[42] uprawnienia sędziów krajowych zwiększają się w przypadku ograniczeń obejmujących wypowiedź artystyczną oraz komercyjną. Ingerencje w wypowiedź artystyczną są bardzo często dokonywane ze względu na potrzebę ochrony moralności. Trybunał podkreślał, że z braku jednolitej europejskiej koncepcji moralności władze krajowe są w lepszym położeniu niż sędzia międzynarodowy, by określić – biorąc pod uwagę lokalne warunki – co jest konieczne dla ochrony moralności danego państwa.[43] W przypadku wypowiedzi komercyjnej wiele orzecznictw krajowych uznaje natomiast, że skoro w grę wchodzą przede wszystkim interesy gospodarcze, wypowiedź tę należy sytuować na marginesie, a czasem nawet poza ochroną przyznaną przez krajowe konstytucje.[44]
Tezę o szerszym krajowym marginesie swobody ocen powtórzono przy rozpatrywaniu skarg dotyczących "uprzedniego wstrzymania". W sprawie Otto-Preminger Institut przeciwko Austrii trybunał zaakceptował więc zakaz projekcji w małym kinie studyjnym filmu uznanego za obrazę uczuć religijnych (Boga-Ojca przedstawiono jako zgrzybiałego idiotę, Chrystusa jako maminsynka i kretyna, a Matkę Boską jako rozpustnicę uwodzącą szatana),[45] a w Wingrove przeciwko Wielkiej Brytanii odmowę nadania certyfikatu materiałowi wideo zakwalifikowanemu jako bluźnierczy (był to film o charakterze łagodnej pornografii, w którym dokonano "erotycznej interpretacji" wizji Chrystusa doświadczonych przez św. Teresę z Awila).[46] Identycznie stało się w Markt intern Verlag i Klaus Beermann przeciwko Niemcom, gdzie pismu broniącemu interesów drobnych sprzedawców zakazano powtarzania sugestii, że brak zwrotu pieniędzy przez dużą firmę wysyłkową klientce, która była niezadowolona w jakości zakupionego towaru, stanowi zamierzoną i stałą praktykę. Tu jednak tezę o szerokim marginesie krajowych ocen nie uzasadniał brak wspólnego europejskiego standardu, lecz konieczność rozważenia skomplikowanych racji i okoliczności, związanych m.in. z zagwarantowaniem uczciwej konkurencji, do czego najlepiej powołany jest sędzia krajowy.[47]
Krajowy margines ocen może jednak ulec zawężeniu, jeśli w grę wchodzą informacje posiadające istotne znaczenie ogólne. W Open Door Counselling i Dublin Well Woman przeciwko Irlandii sędziowie uznali zatem, że wydany dwóm organizacjom kobiecym całkowity zakaz udzielania informacji o możliwości dokonania aborcji poza granicami kraju jest zbyt szeroki; nie uwzględnia bowiem szczególnych sytuacji i powodów, z jakich kobiety mogą szukać takich wiadomości. Nawet silne przywiązanie do wymogów katolickiej moralności, które znalazło wyraz w referendum konstytucyjnym wiodącym do wprowadzenia zapisu o ochronie życia osób nienarodzonych, nie usprawiedliwia orzeczonego zakazu. Dla oceny ingerencji istotna jest również okoliczność, że dokonanie przerwania ciąży stanowi poza Irlandią "zalegalizowaną usługę".[48] W Hertel przeciwko Szwajcarii trybunał nie zaakceptował natomiast zakazu wydanego ze względu na potrzebę zwalczania nieuczciwej konkurencji, który całkowicie zabraniał powtarzania przez naukowca twierdzeń, iż kuchenki mikrofalowe powodują zmiany w składzie krwi, prowadząc do anemii oraz stanów przedrakowych, oraz posługiwania się symboliką śmierci.[49]
Oprócz spraw, które dotyczyły "całościowych" zakazów, polegających na wstrzymaniu w ogóle publikacji artykułu, książki albo przekazaniu informacji na pewien temat, trybunał wypowiedział się również o zabronieniu przez sądy krajowe użycia szczególnej techniki dziennikarskiej oraz posłużeniu się jednym, ściśle określonym sformułowaniem. Tak było w orzeczeniu News Verlag GmbH & Co.KG przeciwko Austrii.[50] Na początku grudnia 1993 r. grupa polityków oraz kilka osób znanych w Austrii z działań na rzecz imigrantów otrzymali przesyłki zawierające ładunki wybuchowe. Eksplozje zraniły kilku adresatów. Podejrzane o zamachy były skrajnie prawicowe ugrupowania, szczególnie przywódca jednej z grup. W specjalnym numerze tygodnika News ukazały się obszerne materiały poświęcone wybuchom oraz aresztowaniu domniemanych sprawców. Umieszczono w nich także serię zdjęć zatrzymanego przywódcy neofaszystów, w tym jedno pochodzące z jego ślubu.
Sądy zakazały pismu posługiwania się fotografiami uznając, że nie mają one "samoistnej wartości informacyjnej" oraz naruszają dobra osobiste. Dziennikarska relacja mogła obyć się bez zdjęć. Austriaccy sędziowie podkreślili, że orzeczony zakaz nie pozbawiał magazynu prawa do zajmowania się zamachami i postępowaniem sądowym. Trybunał uznał natomiast jednogłośnie, że zakaz stanowił złamanie konwencji. Przywódca radykalnego, neofaszystowskiego ugrupowania, który zdecydował się na publiczne działanie, musi godzić się na zainteresowanie powstające wokół jego osoby. Opinia publiczna ma natomiast prawo poznać, kim on jest i jak wygląda. Publikacja zdjęć nie narusza również prawa do rzetelnego procesu, gdyż dopiero tekst towarzyszący fotografiom mógłby stanowić zagrożenie dla praw oskarżonego. Zakazu nie można także zaakceptować z tego powodu, że wiązał tylko jeden tytuł, podczas gdy inne pisma oraz media mogły publikować zdjęcia oskarżonego.[51]
Tezy wypowiedziane w News Verlag nie ograniczają się do radykalnych działaczy i dramatycznych zdarzeń poruszających społeczeństwo. Każdy polityk, a także osoba lub podmiot podejmujący się działalności publicznej lub włączający się do debaty politycznej albo dyskusji o sprawach mających publiczne znaczenie musi akceptować powstające wokół niego zainteresowanie. Oznacza to m.in., że jego wizerunek podlega mniejszej ochronie. Media mogą więc publikować zdjęcia polityków oraz osób, które wkroczyły na "publiczną arenę". Dlatego w orzeczeniu Krone Verlag GmbH & Co.KG przeciwko Austrii trybunał jednogłośnie uznał za sprzeczny z konwencją zakaz posłużenia się przez dziennik zdjęciami polityka, któremu zarzucono, że wbrew przepisom prawa pobierał trzy pensje: jako członek parlamentu austriackiego, deputowany do Parlamentu Europejskiego oraz nauczyciel.[52] Z wyroku wynika, że jedynie wykorzystanie prywatnych fotografii, ujawniających fakty z życia osobistego, mogłoby usprawiedliwiać ograniczenie swobody wypowiedzi, a tym samym wydanie zakazu (lecz i tu zabroniony jest automatyzm sędziowskiego działania).
Analiza strasburskiego orzecznictwa prowadzi do wniosku, że zakaz może zostać zaakceptowany, jeśli służąc ochronie ważnego dobra jest wąsko sformułowany i równocześnie nie pozbawia możliwości zabierania głosu w sprawie, która posiada lub rodzi uzasadnione publiczne zainteresowanie. Takiej oceny dokonał trybunał w orzeczeniu Wabl przeciwko Austrii.[53] Chodziło w nim o zabronienie politykowi Partii Zielonych posługiwania się w stosunku do austriackiego tabloidu Neue Kronen-Zeitung – Steierkrone określeniem "nazistowskie dziennikarstwo". Słowa Wabla były reakcją na materiał gazety, która opisując szamotaninę z policją, do jakiej doszło w czasie protestu przeciwko stacjonowaniu samolotów przechwytujących w Grazu, przytoczyła żądanie zranionego policjanta, aby polityk poddał się testowi na obecność wirusa HIV. Chociaż środek ograniczał wypowiedź polityczną, a więc najbardziej chronioną przez konwencję, trybunał uznał, że zakaz został sformułowany wąsko i precyzyjnie. Wykluczał posłużenie się jednym, konkretnym określeniem, które w Austrii oznacza postawienie zarzutu poważnego i niezwykle nagannego – ze względu na wojenną przeszłość kraju – złamania prawa. Nie uniemożliwiał też krytykowania dziennika w inny sposób.
Sprawę Wabla należy jednak odróżnić od sytuacji, gdy austriackie sądy zabroniły "antyburżuazyjnemu" pismu TATblatt posługiwania się sformułowaniem, iż politycy Austriackiej Partii Wolności dopuszczają się "rasistowskiego szczucia" (rassistische Hetze). Dla oceny ingerencji istotny jest bowiem kontekst, w jakim padły zakwestionowane słowa. Były one reakcją na "prywatne referendum" zorganizowane w styczniu 1993 r. przez partię Jörga Haidera, chcącą określić stopień społecznego poparcia dla szeregu jej propozycji, które zmierzały do ograniczenia imigracji. Choć zabronione określenie można rozumieć jako zarzut podburzania do nienawiści, a więc popełnienia przestępstwa, nie jest to jedyne możliwe znaczenie. Jako element dyskusji publicznej wokół ważnej sprawy słowa stanowiły komentarz, którego "ważności" nie można uzależnić od wykazania, że jest prawdziwy (tak, jak dzieje się przy sprawdzaniu zasadności oskarżenia przed sądem karnym). Dlatego trybunał orzekł jednogłośnie, iż zakaz stanowił złamanie art. 10.[54]
Dla doprecyzowania strasburskiego standardu niezwykle ważne konsekwencje ma wreszcie orzeczenie w sprawie Stowarzyszenie Ekin przeciwko Francji.[55] Trybunał oceniał w nim wstrzymanie przez ministra spraw wewnętrznych, działającego na podstawie ustawy o wolności prasy z 1881 r., zmienionej przez dekret o zagranicznych publikacjach z 1939 r., książki na temat konfliktu w Kraju Basków. Chociaż Rada Stanu, najwyższy sąd administracyjny kraju, uchyliła decyzję ministra, sędziowie strasburscy uznali, że i tak doszło do złamania konwencji. Ostateczny wyrok zapadł bowiem we Francji dopiero po 9 latach. W przypadku publikacji dotyczących aktualnych wydarzeń, które są "zanikającym dobrem", nie można zaakceptować aż tak długiego postępowania. Mimo iż trybunał dokonuje analizy konkretnej, przedstawionej mu w skardze ingerencji, w orzeczeniu postanowił wypowiedzieć ogólniejsze uwagi o francuskim prawie zezwalającym na wstrzymanie dystrybucji zagranicznych publikacji. Sędziowie wskazali, że kontrolne uprawnienia ministra, uzasadnione w przededniu drugiej wojny światowej, są anachronizmem we współczesnej, jednoczącej się Europie. Pozostają w wyraźnej sprzeczności z tym fragmentem art. 10, który mówi, że prawa w nim gwarantowane istnieją "bez względu na granice państwowe". Administracyjnej kontroli obcych publikacji nie można pogodzić z obecnym standardem (par. 62).
V. W zakończeniu wrócę do polskiej praktyki, formułując na kanwie konwencji kilka praktycznych uwag. Po pierwsze, ze sprawy Stowarzyszenie Ekin przeciwko Francji wynika, że warto skarżyć się do Strasburga, nawet gdy zakaz zostaje uchylony, jeśli tylko był on długotrwały, a dotknięty podmiot nie otrzymał odpowiedniej rekompensaty, w tym finansowej. Trybunał nie poprzestaje na stwierdzeniu złamania konwencji (co już powinno działać korygująco na wadliwą praktykę krajową), przyznaje też odszkodowanie za szkody materialne (w przypadku zatrzymanej książki wiązały się z brakiem dystrybucji) i niematerialne. Moim zdaniem zarzut złamania art. 10 będzie też nierzadko uzasadniony w sytuacji, gdy sąd krajowy zezwala ostatecznie na publikację, ograniczając istotnie zakres tymczasowego zakazu. Obowiązujący długotrwale zakaz wstrzymywał bowiem wcześniej całą publikację, w tym niekontrowersyjne fragmenty. Był zatem nieproporcjonalny do chronionego dobra.
Po drugie, za sprzeczny zasadniczo z konwencją należy uznać blankietowy zakaz, który zabrania pisania czegokolwiek na temat mający ogólne znaczenie. Niemal nigdy tak sformułowany tymczasowy zakaz nie zostanie powtórzony w głównym orzeczeniu. Oznacza to, że środek zabezpieczający nie spełniał kryteriów wymaganych przez konwencję.
Po trzecie, długotrwałość postępowania narusza prawo do rzetelnego procesu gwarantowane w art. 6 konwencji. Jeśli w postępowaniu, które dotyka swobody wypowiedzi posłużono się tymczasowym zakazem, do określenia kiedy staje się ono przewlekłe należy użyć reguł sformułowanych przez trybunał w związku z art. 10. Inaczej mówiąc, taki proces stanie się znacznie "szybciej" przewlekłym niż inne postępowanie.
Na niedopuszczalną przewlekłość postępowania mogliby się już teraz powołać reżyser i producent filmu "Witajcie w raju". Ale powinni najpierw skorzystać – by wyczerpać krajowe środki – z ustawy z 17 czerwca 2004 r. o skardze na naruszenie prawa strony do rozpoznania sprawy w postępowaniu sądowym bez nieuzasadnionej zwłoki.[56] Rozstrzygając o meritum zarzutu oraz wysokości ewentualnego żądania pieniężnego, polski sąd byłby wtedy zobowiązany posłużyć się strasburskimi zasadami. Jeśli tak by się nie stało, pozostawałaby droga strasburska.
Po czwarte, inaczej należy podejść do zakazu publikacji będącego właściwą sankcją prawną (jak w sprawie Ekin) i zakazu tymczasowego, który stanowi środek procesowy zabezpieczający główne roszczenie. Moim zdaniem zakaz tymczasowy może zostać potraktowany jako samodzielna ingerencja w swobodę wypowiedzi. Nie trzeba zatem czekać na ostateczne, merytoryczne rozstrzygnięcie w głównej sprawie, by zakwestionować zakaz w trybunale. Wymóg wyczerpania drogi krajowej, stanowiący warunek wniesienia skargi, obejmowałby jedynie procedury odwoławcze (wniesienie zażalenia) w odniesieniu do zarządzenia o tymczasowym zakazie.
[1] Dz. U. z 1993 r., Nr 61, poz. 284 z późn. zm.
[2] Amerykańska praktyka sądowa pozostaje niewątpliwie najbardziej krytyczna wobec zakazu. Zob. I.C. Kamiński, Sądowy zakaz publikacji w świetle konstytucji Stanów Zjednoczonych oraz Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, "Państwo i Prawo" 2003, nr 2.
[3] Zob. P. Wachsmann, Libertés publiques, Paris 2000, s. 432-437; E. Derieux, Droit de la communication, Paris 2003, s. 135-168.
[4] W zależności od chwili wydania prewencyjny zakaz bądź całkowicie uniemożliwia rozpowszechnianie (można go nazwać prewencyjnym zakazem sensu stricto), bądź przeciwdziała jego kontynuowaniu (zakaz sensu largo).
[5] Do konstytucjonalizacji doszło w wyniku dopuszczenia do kontrolowania (głównie przez sądy konstytucyjne) zgodności z konstytucją treści ustawodawstwa zwykłego, uznania, że postanowienia konstytucji nadają się do bezpośredniego stosowania oraz w związku z możliwością wniesienia skargi konstytucyjnej.
[6] Oba procesy przebiegają zazwyczaj równolegle, chociaż z różną intensywnością. Czasami, gdy prawo krajowe wyklucza kontrolowanie ustawodawstwa przez sądy (np. Holandia) lub ogranicza je do pewnego tylko okresu (np. do czasu wejścia prawa w życie, jak w przypadku francuskiej Rady Konstytucyjnej), znaczenie praw podstawowych zwiększyło się poprzez wskazanie na wiążące prawo międzynarodowe i zawarty w nim standard.
[7] "Prasa nie zostanie poddana żadnej procedurze zezwoleń ani cenzurze (autorizzazioni e censure)". Zezwolenie rozumiane jest jako wstępna kontrola dokonywana przed napisaniem bądź wydrukowaniem materiału; cenzura zaś przed jego rozpowszechnianiem.
[8] "Korzystanie z tych praw (m.in. swobody wypowiedzi – ICK) nie może zostać ograniczone jakąkolwiek formą wstępnej cenzury".
[9] "Żadna publikacja nie będzie poddana kontroli przed wydrukowaniem, ani nie zakaże się jej druku. Ponadto żadna władza administracyjna ani publiczna instytucja nie będzie uprawniona, by ze względu na treść publikacji podjąć jakiekolwiek działania przeciwdziałające wydrukowaniu lub publikacji materiału albo jego publicznego rozpowszechnianiu, do których nie jest upoważniona przez niniejszą Ustawę ". Ustawa, pochodząca z 1810 r., tworzy wraz z czterema innymi aktami szwedzką konstytucję.
[10] Dopuszczalny jest wszakże "następczy" zakaz, gdy publikacja zaczęła być rozpowszechniana. Taką możliwość stwarza art. 700 włoskiego k.p.c. (azione inibitoria, provvedimento di urgenza). Aby pozostać w zgodzie z konstytucją, ingerencję dopuszcza się wyjątkowo i zazwyczaj w odniesieniu do wypowiedzi "słabiej" chronionych niż polityczna. Takie "słabsze" gwarancje posiada wypowiedź komercyjna i artystyczna. Sądy zakazywały więc dalszej publikacji zakwestionowanej reklamy lub rozpowszechniania filmu, bądź zobowiązywały do usunięcia pewnych fragmentów. Tak stało się m.in. z filmem Luca Bessona Le grand blue (polski tytuł "Głęboki błękit") o Enzo Maiorce. Jeśli to tylko możliwe, włoskie sądy starają się uniknąć orzeczenia zakazu, ograniczając się do nakazania pozwanemu, aby opublikował oświadczenie lub odpowiedź powoda. Zob. G. Pino, Diritti della personalità e libertà di creazione artistica: il difficile bilanciamento, "Danno e responsabilità" 2000, nr 3.
[11] W ówczesnym prawie szwedzkim przestępstwo szpiegostwa polegało również na uzyskaniu i/lub przekazaniu tajnych informacji w celu ich publikacji. Książka i artykuły opisywały użycie przez IB nielegalnych metod, takich jak włamania do ambasad, urzędów i mieszkań oraz szerokie stosowanie podsłuchu. Ujawniono też organizację służb wywiadowczych, dokonanie szeregu operacji w Finlandii i bliską współpracę z CIA oraz izraelskim Shin Beth.
[12] Zob. np. J.C. Jeffries Jr., Rethinking prior restraints, "Yale Law Journal" 1983, t. 92.
[13] Oznajmia on, że "Prasa jest wolna: nigdy nie będzie można wprowadzić cenzury; nie można wymagać kaucji od pisarzy, wydawców i drukarzy".
[14] Zarządzenie tymczasowe wydaje w drodze postępowania uproszczonego (en référé/kort geding) prezes sądu cywilnego. Wahania sądów obrazują chociażby orzeczenia z Brukseli: z 9. I 1997 r. i 30. VI 1997 r. (sąd pierwszej instancji), "Auteurs et Media" 1997, odpowiednio nr 2 i 1998, nr 3, s. 264; z 12. VI 1997 r. i 27. VI 1997 r. (Sąd Apelacyjny); "Revue de Jurisprudence de Liège, Mons et Bruxelles" 1998, odpowiednio s. 764 i 768 oraz Gandawy: z 27. X 1998 r. i 30. X 1998 r., "Auteurs et Media" 1999, nr 1, s. 100-103. Zob. także D. Voorhoof, Interdiction de la diffusion d'un livre sur l'affaire Dutroux: censure illicite ou mesure nécessaire, "Auteurs et Media" 1999, nr 2, s. 250-259; A. Strowel, F. Tulkens, Les actions préventives et les actions collectives en matière de médias, w: A. Strowel, F. Tulkens, Prévention et réparation des préjudices causés par les médias, Bruxelles 1998, s. 69-91; M. Hanotiau, La censure de la presse écrite par le juge des référés, "Auteurs et Media" 1997, nr 2, s. 203-212.
[15] "Journal de Procès" 2000, nr 398, s. 24; "Revue de Jurisprudence de Liege, Mons et Bruxelles" 2000, nr 37, s. 1589. Tam też komentarze F. Tulkena, A. Strowela i F. Jongena. Wyrok przyznał rację tej części doktryny i orzecznictwa, które wskazywały na możliwość pogodzenia zakazu z konstytucją.
[16] "Revue de Jurisprudence de Liège, Mons et Bruxelles" 2000, nr 27, s. 1182. Sąd zabronił zarówno rozpowszechniania drukowanej wersji listy, jak i jej umieszczenia na internetowej stronie tygodnika. Być może sędzia odważył się po raz pierwszy na Belgii na tak daleko idący wyrok nie tylko z powodu poważnego zagrożenia, jakie niosła publikacja, lecz również dlatego, że z wnioskiem o zakaz wystąpiła organizacja niezwykle zasłużona w obronie praw człowieka.
[17] Ewolucja poglądów dotyczy dopuszczalności wydania zakazu w postępowaniu cywilnym. Jeśli publikacja narusza prawo karne, można dokonać zajęcia nakładu. Dopuszczalne jest to również w czasie trwającego jeszcze postępowania. Gdy prasie zarzucono dokonanie zniesławienia, do zajęcia może dojść dopiero po rozpoczęciu rozpowszechniania. Prasa może jednak łatwo uniknąć konfiskaty. Wystarczy, że opublikuje informację o wszczęciu postępowania o zniesławienie (art. 37 prawa prasowego).
[18] "Prasa będzie wolna. Nikt nie może zostać ukarany za druk jakiejkolwiek treści, za którego wydrukowanie lub opublikowanie odpowiada, chyba że świadomie oraz jawnie wykazał albo zachęcał innych do nieposłuszeństwa prawu, obrazy religii, moralności lub konstytucyjnych władz albo oporu wobec ich poleceń, albo dopuścił się fałszywych i zniesławiających oskarżeń przeciwko innej osobie. Każdy posiada swobodę otwartego wypowiadania się o kierowaniu Państwem oraz innych sprawach".
[19] Okoliczności "afery Lindberga" można poznać z wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Bladet Tromsø A/S i Stensaas przeciwko Norwegii (20 maja 1999 r.). Orzeczenie to omawiam w mojej książce Swoboda wypowiedzi w orzeczeniach Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, wyd. 3, Kraków 2006.
[20] "Każdy ma prawo do swobodnego wyrażania i rozpowszechniania swoich poglądów za pośrednictwem słowa, druku oraz obrazu, a także zdobywania informacji poprzez wszelkie ogólnodostępne źródła. Zapewnia się wolność prasy oraz relacjonowania poprzez radio i film. Nie zostanie wprowadzona żadna cenzura".
[21] W przeszłości sądy były skłonne kierować się zasadą, że lepiej zapobiec szkodzie, niż później nakazywać jej naprawienie. Zaakceptował to nawet Federalny Trybunał Konstytucyjny w tzw. sprawie Lebacha (35 BVerfG 202, 1973). Dotyczyła ona sztuki telewizyjnej przedstawiającej głośne kilka lat wcześniej przestępstwo. Sądy niemieckie uznały, że prezentacja materiału mogła zaszkodzić resocjalizacji i powrotowi do społeczeństwa Lebacha, osoby, która w niewielkim stopniu brała udział w popełnieniu przestępstwa. Zob. H. Kohl, Press Law in the Federal Republic of Germany, s. 191-199, w: Press Law in Modern Democracies. A Comparative Study (ed. P. Lahav), New York 1985.
[22] "Swobodne przekazywanie myśli i poglądów jest jednym z najcenniejszych praw Człowieka. Każdemu Obywatelowi przysługuje więc wolność słowa, pisma i druku, z zastrzeżeniem odpowiedzialności za jej nadużycie w wypadkach przewidzianych przez Ustawę" (w tłumaczeniu Z. Jarosza, Konstytucja V Republiki Francuskiej, Warszawa 1997). Według orzecznictwa Rady Konstytucyjnej Deklaracja z 1789 r. tworzy, razem z Konstytucją z 1958 r. i Wstępem do Konstytucji z 1946 r., tzw. blok konstytucyjny. Możliwość ograniczeń swobody wypowiedzi przewidują konstytucje innych krajów, w tym Włoch i Hiszpanii. Pojawia się ona jednak dopiero po postanowieniu, które mówi o zakazie cenzury, co sprzyja – zgodnie z regułami wykładni systemowej – tezie o wyłącznie następczej ingerencji prawa.
[23] "Każdy ma prawo do poszanowania jego życia rodzinnego. Sędzia może, bez rozstrzygania o naprawieniu doznanej szkody, zastosować wszelkie środki, takie jak zajęcie, konfiskata lub inne, które są właściwe do przeciwdziałania lub zaprzestania naruszeń intymności życia prywatnego; środki te można orzec, jeśli zachodzi nagła potrzeba, w formie zarządzeń tymczasowych (en référé)".
[24] Zob. np. E. Derieux, Reféré et liberté d'expression, "Juris-classeur Périodique" 1997.I.4053.
[25] Na temat historii i rozwoju nakazu, zob. J.E. Martin, H.G. Hanbury, Modern Equity, London 1993, rozdz. 24; G.W. Keeton, L.A. Sheridan, Equity, London 1987, rozdz. 16.
[26] Commentaries on the Law of England, London 1765, t. 4, s. 151-152.
[27] T.R.L. 1887, t. 3, 486.
[28] M.in. już w 1891 r. w Bonnard v. Perryman, "Chancery" 1891, t. 2, s. 269.
[29] Na temat zarzutów obronnych i przywilejów, zob. E. Barendt, L. Hitchens, Media Law. Cases and Materials, London 2000, s. 364-376; P. Carey, Media Law, London 1999, s. 46-66; G. Robertson, A. Nicol, Media Law, London 1992, s. 70-95.
[30] "Słusznościowa doktryna", iż należy przeciwdziałać osiąganiu korzyści z opublikowania informacji otrzymanych w zaufaniu, ma źródło w Prince Albert v. Strange, H. & T. 1849, t. 1, s. 1. Rozwinięto ją w Dutchess of Argyll v. Duke of Argyll, "Chancery" 1967, s. 302 (publikacja listów byłej żony), Attorney General v. Jonathan Cape Ltd., "Queen Bench" 1976, t. 1, s. 752 (publikacja dzienników byłego ministra) i Attorney General v. Guardian Newspapers (no. 2), "Appeal Cases" 1990, t. 1, 109 (publikacja wspomnień byłego agenta służb specjalnych).
[31] Np. w Woodward v. Hutchins, "Weekly Law Reports" 1977, s. 760 (ujawnienie dziennikowi Daily Mirror przez byłego służącego informacji o pijackich ekscesach członków znanej grupy rockowej, którzy opinii publicznej starali się przedstawić jako "grzeczni chłopcy"); Lennon v. News Group Newspapers Ltd., "Family Section Reports" 1978, s. 573 (sprzedanie dziennikowi News of the World przez byłą żonę członka grupy The Beatles szczegółów życia małżeńskiego, gdyż małżonkowie nie dbali wcześniej o zachowanie poufności ich pożycia); Lion Laboratories Ltd. v. Evans, "Queen's Bench" 1985, t. 2, s. 526 (przekazanie Daily Express przez byłego pracownika poufnego materiału o usterkach produkowanych aparatów do oddychania).
[32] Największe znaczenie mają kodeksy przygotowane przez Press Complaints Commission, Broadcasting Standards Commission oraz Independent Television Commission. Dowód, iż materiał nie narusza tych wskazań, zmniejsza szansę na uzyskanie zakazu. Najważniejsze w tej kwestii będą oczywiście decyzje instytucji, które rozstrzygają skargi związane z przestrzeganiem kodeksów.
[33] Tłumaczenie opublikowane w Dzienniku Ustaw zawiera kilka błędów, na które zwracano uwagę w polskiej literaturze, m.in. L. Gardocki, Europejskie standardy wolności wypowiedzi a polskie prawo karne, "Państwo i Prawo" 1993, nr 3, s. 11; P. Hofmański, Komentarz do wybranych przepisów Europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, w: Standardy prawne Rady Europy. Tekst i komentarze. Prawo karne, Warszawa 1997, s. 103; M.A. Nowicki, Europejska Konwencja Praw Człowieka. Wybór orzecznictwa, Warszawa 1999, s. 404. Przytoczony przeze mnie tekst zawiera już korekty.
[34] Deklaracją Komitetu Ministrów w z 27 kwietnia 1982 r. w sprawie swobody wypowiedzi i informacji stwierdza, że jednym z celów krajów Rady Europy jest brak cenzury (pkt II. b).
[35] Postanowienie to zostało jednak poddane dynamicznej wykładni, dostosowującej konwencję do współczesnych warunków. Tak np. sprawy Informationsverein Lentia i inni przeciwko Austrii, skargi 13914/88, 15041/89, 15717/89, 15779/89 i 17207/90, wyrok z 24 listopada 1993, Series A. 276.
[36] Wingrove przeciwko Wielkiej Brytanii, skarga 17419/90, wyrok z 25 listopada, Reports of Judgments and Decisions (dalej RJD) 1996-V.
[37] Przywoływane w dalszej części artykułu orzeczenia trybunału omawiam i komentuję w I.C. Kamiński, Swoboda wypowiedzi w orzeczeniach Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, Kraków 2006, wyd. 3.
[38] Skarga 6538/74, wyrok z 26 kwietnia 1979 r., Series A. 30.
[39] Odpowiednio skargi 13585/88 i 13166/87, wyroki z 26 listopada 1991 r., Series A. 216 i 217.
[40] Vereniging Weekblat "Bluf" przeciwko Holandii, skarga 16616/90, wyrok z 9 lutego 1995 r., Series A. 306-A.
[41] Skarga 58148/00, wyrok z 18 maja 2004 r., Europena Court of Human Rights (dalej ECHR) 2004-IV.
[42] Np. Feldek przeciwko Słowacji, skarga 29032/95, orz. z 12 lipca 2001 r., ECHR 2001-VIII, par. 83.
[43] Handyside przeciwko Wielkiej Brytanii, skarga 5493/72, wyrok z 7 grudnia 1976 r., Series A. 24, par. 48.
[44] W Stanach Zjednoczonych do 1976 r. odmawiano objęcia wypowiedzi komercyjnej ochroną Pierwszej Poprawki. Trybunał strasburski unikał długo udzielenia odpowiedzi, czy art. 10 obejmuje wypowiedź komercyjną. Najpełniej problematykę tę omawia R. Shiner, Freedom of Commercial Expression, Oxford 2003. Zob. także E. Barendt, Freedom of Speech, Oxford 1985, s. 54 i nast.; Pietzcker J., The U.S. commercial speech doctrine, "Zeitschrift Fur ausländisches öffentliches Recht und Völkerrecht" 1999, t. 59, nr 1.
[45] Skarga 13470/87, wyrok z 20 września 1994 r., Series A. 295-A.
[46] Skarga nr 17419/90, wyrok z 25 listopada, RJD 1996-V.
[47] Skarga 10572/83, wyrok z 20 listopada 1989 r., Series A. 165, par. 33.
[48] Skargi 14234/88 i 14235/88, wyrok z 29 paździrnika 1992 r., Series A. 246-A, zwłaszcza par. 68-77.
[49] Skarga 25181/94, wyrok z 25 sierpnia 1998 r., RJD 1998-VI. Po korzystnym dla siebie orzeczeniu Hertel wystąpił do Sądu Federalnego o wznowienie postępowania i stwierdzenie nieważności wyroku wprowadzającego zakaz. Sąd podtrzymał jednak zakaz, modyfikując równocześnie jego zakres. Hertelowi nie zabroniono już w ogóle rozpowszechniania poglądów na temat szkodliwości kuchenek, lecz zakazano – gdy zwraca się do ogółu opinii publicznej, a więc nie do specjalistów – czynienia tego bez przywoływania różnic występujących w środowisku naukowym (czyli przedstawiania swych odkryć jako jedynych i niekwestionowanych) oraz posługiwania się symboliką śmierci. Naukowiec wniósł ponownie skargę do Strasburga (nr 53440/99). W decyzji z dnia 17 stycznia 2002 r. izba uznała, że zmodyfikowany zakaz właściwie uwzględniał różnorodne interesy. Ingerencja jest zatem proporcjonalna i zgodna z konwencją. Skargę uznano za niedopuszczalną.
[50] Skarga 31457/96, wyrok z 11 stycznia 2000 r., ECHR 2000-I.
[51] Przywódca ugrupowania neofaszystowskiego został później uwolniony z odpowiedzialności za udział w zamachach. Nie ta okoliczność uzasadniała jednak orzeczony zakaz publikacji zdjęć. W Strasburgu istotne było, że przywódca podjął radykalne działania, które rodziły prawo opinii publicznej do poznania, kto jest ich autorem.
[52] Skarga 34315/96, wyrok z 26 lutego 2002 r. (niepubl.).
[53] Skarga 24773/94, wyrok z 21 marca 2000 r. (niepubl.).
[54] (Unabhängige Initiative Informationsvielfalt przeciwko Austrii, skarga 28525/95, wyrok z 26 lutego 2002 r., ECHR 2002-I). Tego samego dnia trybunał orzekł w sprawie Dichand i inni przeciwko Austrii, skarga 29271/95 (niepubl.), że nawet wąsko i precyzyjnie zakreślony zakaz narusza konwencję, jeśli zakwestionowane słowa stanowią rzetelny komentarz, dla którego istnieje "dostateczna podstawa faktyczna".
[55] Skarga 39288/98, wyrok z 17 lipca 2001 r., ECHR 2001-VIII.
[56] Dz. U. z 2004 r., Nr 179, poz. 1843.
Znaczenie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka dla polskich sądów i prawników