Source: http://anna-akcja.eko.org.pl/kniga.html
Timestamp: 2018-10-22 10:39:17+00:00
Document Index: 66688129

Matched Legal Cases: ['Art. 73', 'art.13', 'art.24', 'art. 73', 'art. 74', 'art.13', 'art.24', 'art. 73']

Protest przeciwko budowie autostrady na Górze św. Anny
Co jest nie tak z autostradą przez Górę św. Anny?
Grupos de Afiniad
Przebiśniegi na dzewach
Wielka konsternacja
Czy nie ma pan żalu, że nie został pan aresztowany?
Appendix: Listy
Aspekty obywatelskie :
Budowy lub rozbudowy obiektów wpływających szkodliwie na środowisko na obszarach, które wymagają szczególnej ochrony, jak parki narodowe, rezerwaty przyrody, parki krajobrazowe, obszary krajobrazu chronionego, obszary uzdrowisk, miejscowości turystyczno-wypoczynkowe, obszary, na których znajdują się źródła zaopatrzenia w wodę miast, wsi lub zespołów jednostek osadniczych
Wznoszenia w pobliżu morza, jezior, innych zbiorników wodnych, rzek i kanałów, krajobrazowych punktów widokowych lub na terenach o szczególnych walorach krajobrazowych obiektów budowlanych naruszających walory krajobrazowe środowiska, uniemożliwiających do nich dostęp albo utrudniających lub uniemożliwiających zwierzętom dziko żyjącym dostęp do wód.
Art. 73 ustawy o ochronie i kształtowaniu środowiska
z dn. 31.01.1980r.por. również art.13 ust. 1 pkt 3, art.24 ust.1, art. 73 z 1991
Pewnego słonecznego dnia, lokalny przedstawiciel rządu, pan wojewoda Ryszard Zembaczyński, postanowił zaradzić tej przeszkodzie stojącej na drodze lobby autostradowego, poprzez zmianę statusu prawnego wąskiego pasa biegnącego w poprzek parku krajobrazowego Góra św. Anny. Od tego momentu świat mógł ujrzeć niespotykany nigdzie indziej ewenement, efekt radosnej twórczości urzędniczego pomieszania: park krajobrazowy podzielony na dwie części autostradą. Organa do tego powołane nie zareagowały, a "konsultacje z organizacjami społecznymi" nie są nawet warte wspominania. Najwyraźniej prawa w naszym kraju nie są powoływane po to aby je przestrzegać, ale aby z nich kpić. Działania protestujących były próbami obrony naszego konstytucyjnego prawa do dziedzictwa przyrodniczego.
Odcinek A4 przechodzący przez Park Krajobrazowy Góra św. Anny w całości finansowany jest przez pieniądze podatników. Uczestnicy akcji nie zgodzili się na tak bezmyślne i barbarzyńskie ich wydawanie.
Aspekty przyrodnicze
Góra Św. Anny, a właściwie góra Chełm, to szczególnie cenny przyrodniczo skrawek ziemi opolskiej, teren jednego z ówcześnie dwóch (obecnie trzech) Parków Krajobrazowych województwa opolskiego. Park posiada status "ważnego w skali kraju" w międzynarodowym systemie EECONET. Na jego terenie znajduje się pięć z dwudziestu rezerwatów ścisłych województwa. Najcenniejszymi gatunkami roślin są: wbrew nazwie rodzimy Len Austriacki (Polska Czerwona Księga Roślin) posiadający tutaj jedno z dwóch stanowisk w kraju. Ich siedlisko leżało dokładnie na planowanym pasie autostrady. Dalej są storczyki: buławnik wielokwiatowy i mieczolistny oraz 400 innych gatunków naczyniowych, co stanowi prawie dwadzieścia procent flory Polski. Szatę roślinną stanowią zespoły związane z niskim zapotrzebowaniem na wodę (kserotermiczne) i z glebami wapiennymi, jak na przykład starodrzewia bukowe, z często ponad 120 letnimi drzewami. Odnośnie fauny jest to ostatnie miejsce w Polsce gdzie istnieje prawdopodobieństwo spotkania susła moręgowanego (Polska Czerwona Księga Zwierząt, Czerwona Lista "skrajnie nieliczny lub wymarły"). Występują tu także rzadkie gatunki ptaków takie jak gołąb siniak, muchołówka mała, kobuz, dzięcioł zielonośliwy, licznie ortolan i kląsawka. Znajdują się tu także zimowiska nietoperzy (wszystkie ich gatunki są w Polsce objęte ochroną). Na terenie rezerwatu roślinności kserotermicznej Ligota Dolna stwierdzono obecność 599 gatunków motyli. Spotyka się tu także rzadkie gatunki pająków i ślimaków. Park otoczony jest polami i zakładami przemysłowymi, jest zielonymi płucami całego regionu.
Aspekty historyczne:
Przebieg autostrady A4 jest wynikiem decyzji władz hitlerowskich, które wykupiły obszar pod przyszłą autostradę. Miała ona biec w pobliżu Annaberg, góry - pomnika dominacji "czystej rasy" nad słowiańszczyzną. Góra Św. Anny była od niepamiętnych czasów miejscem szczególnym, a nawet świętym. Jest to miejsce uświęcone walkami Trzeciego Powstania Śląskiego, miejsce kultu religijnego, pielgrzymek, uroczystości kombatanckich, i miejsce , gdzie jeszcze dziś można oglądać ślady realizacji pomnika Deutsches Freikorps-Ehrenmal, autorstwa hitlerowskiego architekta idei totalitarnych, Roberta Tischlera. W tym miejscu, nad olbrzymim amfiteatrem stoi dziś pomnik dłuta Xawerego Dunikowskiego.
Uważamy, iż budowanie autostrady w takim miejscu jest aktem po prostu niesmacznym. Budowana obecnie na tym terenie autostrada jest przykładem niedopuszczalnej ingerencji w obszar, który z uwagi na swoją bezcenną wartość przyrodniczą i kulturową, będącą dziedzictwem całego narodu, powinien być chroniony jako dobro najwyższe i samoistne.
Aspekty ekologiczne:
"Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą
bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom"
Konstytucja RP pkt.1 art. 74
Ekologia jest nauką badającą związki zachodzące w przyrodzie. Dlatego aby zrozumieć stanowisko ekologów w sprawie autostrady trzeba spojrzeć na ten problem z trochę szerszej perspektywy.
W Polsce wyraźnie można odczuć brak jakiejkolwiek polityki transportowej. Problemy próbuje się rozwiązać poprzez dorywcze programy, jak na przykład program budowy autostrad. Wbrew podpisanym przez Polskę międzynarodowym ustaleniom dotyczącym zrównoważonego rozwoju (ekorozwoju) na Światowej Karcie Przyrody, Deklaracji z Rio czy chociażby wbrew własnej Polityce Ekologicznej Państwa nadal powielamy błędy zachodu - brniemy w ślepą uliczkę jaką jest rozwój infrastruktury samochodowej. Według zasady "Zanieczyszczający płaci" cena benzyny powinna wynosić o 0,84 euro więcej, (ok.4zł!). Obecnie koszty te przerzucane są na środowisko, opłacane z podatków służby zdrowotne i służby drogowe, miasta i na ludzi korzystających z samochodu w mniejszym stopniu. Samochód jest najgorszym z możliwych rozwiązań ze względów urbanistycznych i ekologicznych, jednak uparcie ten środek transportu jest dotowany, kosztem innych środków transportu jak kolej czy transport publiczny. Dzieje się tak w imię zasady "im więcej przewozimy tym lepiej", która ma odbicie w cyfrach PKB, jednak nie przenosi się na rzeczywisty dobrobyt, co wykazują liczne zachodnie badania. Oceny Oddziaływania na Środowisko nawet jeśli zostały wykonane, nie są należycie respektowane. W ocenie programu budowy autostrad czytamy, iż jedynym negatywnym skutkiem oddziaływania autostrad będzie... agresja, wywołana wywłaszczeniami. Pod koniec owego raportu tak czy owak stwierdza się, iż otrzymane wyniki nie są rzetelne i nie można poważnie brać ich pod uwagę...
Powody dla ochrony przyrody są oczywiste i nie trzeba ich tutaj przytaczać, pytaniem jest jedynie jak wygląda to w praktyce. Środowisko naturalne - jedna z silniejszych kart przetargowych we wszelkich negocjacjach Polski z krajami UE jest lekceważone tak, jakby nie miało żadnej ceny.
Wszystkie polskie parki narodowe i rezerwaty zajmują łącznie obszar porównywalny z jednym porządnym parkiem narodowym w Europie. Parki narodowe stanowią zaledwie 2,5 proc. Powierzchni polskich lasów, rezerwaty ścisłe - 0,6 proc. W dodatku - jak wynika z przeprowadzonych w ostatnich latach kontroli NIK - nawet te mikroskopijne enklawy przyrodnicze są dewastowane. Nic dziwnego więc, że dziś aż 41 gatunkom polskich zwierząt grozi zagłada, 66 jest zagrożonych a los 156 jest niepewny. Raport Zakładu Ochrony Przyrody i Zasobów Naturalnych PAN stwierdza również, że zagrożona jest aż jedna czwarta polskich dziko żyjących kręgowców.W okolicach Góry św. Anny normy zanieczyszczeń były przekroczone nawet bez udziału autostrady. Szacuje się, iż przytłaczająca większość polskich drzew choruje z powodu zanieczyszczenia środowiska. Chore drzewa nie są w stanie dobrze oczyszczać środowiska, tak więc degradacja postępuje geometrycznie.
Dlaczego 11 kilometrów autostrady biegnie przez ten właśnie obszar, a nie przez tereny bezwartościowe przyrodniczo? Odpowiedź jest prosta: przyroda nie ma ceny, a za zajęcie pól trzeba by ludziom zapłacić! Nadal w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że przyroda nie ma ceny, jest bezwartościowa. Protest miał również na celu uświadomienie decydentom, że tak nierozsądne decyzje wiążą się i będą się wiązać z dodatkowymi kosztami poniesionymi w wyniku protestów. W Anglii doprowadziło to do zredukowania planu budowy autostrad o 40%.
Co niszczy autostrada?
Podstawowym konfliktem jest wejście autostrady A4 w granice parku i przecięcie go. Nieodwracalnie zniszczy to atmosferę i ekosystem tego miejsca.
Autostrada ma przebiegać zaledwie 100 metrów od rezerwatu Ligota Dolna. W tym miejscu, na pasie autostrady, znajdowało się stanowisku lnu austriackiego - rośliny zagrożonej wyginięciem
Autostrada przecięła starodrzew bukowy.
Przecięła wieś Wysoką i Góra Św. Anny dzieląc społeczność lokalną dymiącym i huczącym korytarzem.
Pod obszarem parku jest zbiornik krasowy wody pitnej dla okolic (strefa specjalnej ochrony wody pitnej o znaczeniu krajowym), co przy skrasowieniu masywu, w przypadku awarii stacji benzynowych może doprowadzić do jego skażenia.
Autostrada oddziałuje na otoczenie w pasie przynajmniej 500 metrowym od jej osi. Odczuwany jest tam silny hałas, spaliny ( w tym metale ciężkie ) i wibracje.
Baśka była niesłychanie energiczną, drobną kobietą. Chodziliśmy do tego samego liceum. Pewnego dnia wzięła mnie i Kubę na bok i powiedziała: "Chłopaki, organizujemy konferencję na temat autostrad, co wy na to?" Naprawdę tak to wszystko się zaczęło. Był marzec 1997 roku.
Na konferencję przyjechał Olaf, koordynator ogólnopolskiej kampanii antyautostradowej z ramienia Towarzystwa Ekologicznego Transportu. Jednak ku zawiedzeniu dziennikarzy skupił się raczej na autostradach w ogóle, niż na naszym lokalnym problemie. Wtedy po prostu nikt z nas jeszcze nie posiadał odpowiednich informacji w tym temacie. Jedyne co to słyszeliśmy, że autostrada ma przebiegać przez górę św. Anny i wiedzieliśmy, że nam się to nie podoba. Był to oczywiście pierwszy błąd taktyczny. Dziennikarze tak zbulwersowali się faktem, że ktoś nie jest za autostradami w ogóle, zawsze i wszędzie, że sprawa łamania prawa i niszczenia przyrody w tym konkretnym przypadku zeszła na drugi plan. Niestety, wtedy jedynymi zainteresowanymi wydawała się być garstka licealistów, bez żadnego zaplecza merytorycznego, organizacyjnego czy finansowego - nie istniała wtedy w Opolu jeszcze żadna organizacje ekologiczna z prawdziwego zdarzenia, przynajmniej w naszym rozumieniu tej idei. W zasadzie nie było żadnej społecznej kontroli problemu lokalizacji przebiegu autostrady. Decyzje zapadały odgórnie, rytualnie, albo raczej propagandowo, konsultowane z plastikowymi organizacjami ekologicznymi, które w zamian za odpowiednie opinie mogły liczyć na jak najbardziej przeliczalną przychylność. Powszechnie uznani miłośnicy przyrody - myśliwi planowali "najcelniejsze" miejsca na przejścia dla zwierząt. O autostradzie dobrze wypowiadało się opolskie koło Polskiego Klubu Ekologicznego - gdy na fali protestów sprawa wypłynęła później na światło dzienne, ogólnopolski zarząd tej organizacji udzielił czynnego poparcia protestującym.
Wzorzec urzędnika - pana na włościach, nie jest tworem ani nowym ani dotyczącym tego konkretnego miasta. Ukształtował się jeszcze w czasach zaborczych, potem utrwalił go system komunistyczny - nic dziwnego, że władze szczelnie okrywały zasłoną milczenia swoje działania. Konsultacje z rolnikami również wydawały się być czymś nie do pomyślenia dla szanującego się urzędnika. Panował klimat społecznego przyzwolenia na budowę autostrady, tak więc beztroska władzy przy podjęciu tak kontrowersyjnej decyzji jest zrozumiała.
Błędy popełnialiśmy również i my. W tym momencie największym było przegapienie, czy raczej niedocenienie szansy, jaką byłoby włączenie się któregoś z ekologicznych stowarzyszeń w proces lokalizacyjny na prawach strony. Nauczeni doświadczeniem Torunia czy innych kampanii nie liczyliśmy na to, że wygrałaby słuszna sprawa. Na pewno jednak zyskalibyśmy na czasie i uzyskalibyśmy dostęp do informacji - do tej pory nie znamy wyników oceny oddziaływania na środowisko wykonanej przez firmę "Atmoterm" i prawdopodobnie wielu innych ciekawych rzeczy.
W jakiś czas po konferencji udaliśmy się na "wizję lokalną". Zwiedzając przepiękny, zdezelowany zameczek w Żyrowej zupełnie przypadkiem spotkaliśmy pewnego młodego człowieka. Sokół, bo takie było jego przezwisko, miał bujne kręcone włosy, przystojny młody pankowiec, jak oceniłem go na pierwszy rzut oka. Jednak podczas rozmowy dowiedzieliśmy się, że problem autostrady był bolączką również dla tutejszej młodzieży. Niezobowiązująco wymieniliśmy się telefonami i każdy udał się w swoją stronę. Nikt nie mógł nawet przypuszczać jak istotny został zawiązany kontakt.
Kilka tygodni później zaproszono nas na spotkanie na Górę św. Anny. Mieli pojawić się znani działacze Pracowni Na Rzecz Wszystkich Istot, Towarzystwa Ekologicznego Transportu i oczywiście Federacji Zielonych. Z radością wsiedliśmy w zdezelowany pociąg i pojechaliśmy trasą, którą nie raz jeszcze mieliśmy przejechać.
Na miejscu weszliśmy do przydymionej, postkomunistycznej knajpy w pobliżu zabytkowego klasztoru. W powietrzu czuć było zapach wiejskich dyskotek i disco polo. W sali siedzieli już ludzie, o których do tej pory jedynie słyszeliśmy, tudzież kojarzyliśmy z podpisów pod różnymi artykułami w prasie ekologicznej. Zaczęliśmy dyskutować o możliwościach i tym co nas czekało. Postanowiliśmy zorganizować wkrótce obóz, a po nim demonstrację. Pierwsze lody zostały przełamane. Zawiązało się coś na kształt grupos de afinidad - grupy przyjaciół na dobre i na złe. Przyjęliśmy nazwę Koalicji Na Rzecz Góry Św. Anny.
Gdy wreszcie mogliśmy się odprężyć Olaf niemalże ostentacyjnie zamówił flaki. Dało to nam znać, że współpraca będzie musiała przebiegać nie tylko między "ideologicznie poprawnymi" idealistami, ale że każdy wnosi swój indywidualny klimat. Podobne sytuacje mieli przyjaciele antyautostradowcy z Wielkopolski, gdzie skutecznie współpracowali z rolnikami, myśliwymi czy nawet rzeźnikiem - ekolog nie musi być fanatykiem, jak niestety często mogłoby się wydawać. Oczywiście w tym machiawellizmie są granice, jednak przede wszystkim chodzi o Ziemię, a nie o intelektualno-światopoglądowe boje.
Spotkanie dobiegało końca. Decydujące chwile nadciągały wielkimi krokami.
"Autostrada jest tu nam potrzebna jak majtki dziwce" - tak przynajmniej powiedział jeden z mieszkańców wsi Góra św. Anny. Warsztaty przygotowawcze rozkręciły się na dobre. Ulokowaliśmy się w malowniczo położonym schronisku na samym szczycie góry św. Anny. Z naszego miejsca roztaczał się tak piękny widok, że nie trzeba było specjalnie rozbudzać motywacji do działania. Dodatkowo nocne wypady do lasu i samotne wycie do księżyca budowało w nas wszystkich niezachwianą wolę walki. Arogancja człowieka posunęła się o krok za daleko.
Tydzień obozu minął pod znakiem przygotowań, najpierw do demonstracji, a następnie do spotkania ze społecznością lokalną. Wspólna praca i nocne muzykowanie niesamowicie konsolidowały grupę. W końcu jednak przyszedł czas na działanie.
Na demonstrację (12.02.1998) na opolskim rynku przyjechało około dwustu przyjaciół natury z Polski, Europy (aktywiści Earth First!), a nawet Australijka Rebecca Lightbourne z Native Forest Network. Stanęliśmy w kręgu ochoczo dzierżąc transparenty i skandując świeżo ułożone hasła. W końcu przyszedł czas na alegoryczny happening.
Z przeciwnego końca rynku wychodzi biznesmen w asyście drwala i robotnika. Ścinają parę drzew, na drodze stają im rolnicy, jednak biznesmen wyciąga stertę papierów z paragrafami, wobec których rolnicy czują się bezsilni. Następną przeszkodą jest ekolożka brutalnie odepchnięta przez "rozwój gospodarczy" w garniturze. Dopiero gdy podchodzą pod samą "górę" wspólnymi siłami udaje nam się powstrzymać ich zapędy. Rozlega się wesoła muzyka i przy wiwatach i oklaskach zawstydzenie robotnicy zwijają swoją autostradę wykonaną z rolki papy, którą znalazłem kiedyś przypadkiem w domu w piwnicy. Następnie manifestacja przenosi się pod urząd wojewódzki. Niestety okazuje się, że pan wojewoda nie może do nas wyjść, nawet mimo skandowanych haseł "Panie wojewodo proszę wyjść!". Wysyła za to swojego posłańca, Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody, pana Arkadiusza Nowaka. Jednak dyskusja nie wnosi nic nowego.
- Przy budowie autostrady zostaną przedsięwzięte nadzwyczajne środki, aby chronić przyrodę. Każda cenna roślina, każde zwierzę zostanie przeniesione w inne miejsce, o takich samych walorach. Zbuduje się ekrany chroniące przed hałasem, przejścia dla zwierząt.
- Ale przecież nawet najmniejsza ingerencja w ekosystem wywołuje nieodwracalne zmiany. Wyobraźmy sobie, że w imię jakiejś szlachetnej idei dajemy sobie odciąć rękę albo nogę. Na ich miejsce specjaliści doprawiają protezę - najbardziej nowoczesną, ze wszystkimi możliwymi ruchami, szczyt myśli ludzkiej. Czy jakakolwiek idea jest warta tego? 1)
Racje były nie do pogodzenia. Chciałbym tu uniknąć jednoznacznej oceny pana konserwatora, jaką z miejsca wystawiła mu większość zebranych. Jako urzędnik z mógł kategorycznie protestować przeciwko takiemu przebiegowi autostrady i najprawdopodobniej stracić pracę, którą mimo wszystko uważam, że wypełnia rzetelnie i z powołania. Z drugiej mógł pójść na kompromis i nie pozwolić, żeby ochroną środowiska zajął się jakiś niekompetentny, ale politycznie poprawny, następca. Nie jest to odosobniony przypadek, również los dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego stanął pod znakiem zapytania właśnie dla tego, że sumiennie wypełniał swoje obowiązki i stał na straży prawa. Na jego miejsce czekają już bardziej "ugodowi" następcy i jak to w polityce sprawy rozgrywają się poza kulisami. Jest to odwieczny dylemat polityka i społecznika: działać skutecznie czy fair? Wolę to pytanie pozostawić każdemu do indywidualnego rozważenia. Winę ponosi tu po prostu system, w którym obrońca i prokurator grają w grę ułożoną przez jedną stronę. Tylko w tym kraju konserwator przyrody może argumentować, że wstrzymanie prac na Górze św. Anny nie jest możliwe, ponieważ zagroziłoby zerwaniem kontraktu budowlanego, a szef resortu powołanego do ochrony środowiska stwierdza, że powiększenie Białowieskiego Parku Narodowego utrudniłoby pracę przemysłowi drzewnemu, czerpiącemu korzyści z najstarszych, cennych drzew. 2) Fascynujący jest jednak sam fakt, że ten sam człowiek, który w młodości protestował przeciwko autostradom z wiekiem może stać się tym, przeciwko czemu walczył. Tymczasem przekazaliśmy pismo do premiera Buzka i zakończyliśmy demonstrację.
O wiele owocniejsze okazało się spotkanie z lokalną ludnością w remizie strażackiej pod górą św. Anny. Początkowo nieufni rolnicy zaczęli z czasem otwarcie wyrażać swoje rozgoryczenie. "Nigdy nie dostaną mojej ziemi, mogą mi ją jedynie ukraść" jak powiedział jeden z nich. Dowiedzieliśmy się od nich w jaki sposób zostali potraktowani. Jak wynikało z ich wypowiedzi geodeci "chodzili jak złodzieje" bez zgody wbijali na ich ziemię słupki miernicze. Co więcej następująco przedstawiano im sprawę: sprzedacie ziemię albo zostaniecie wywłaszczenie bez pieniędzy. Było to oczywiste kłamstwo, nawet jeśli autostradowa "spec-ustawa" kpi z normalnych praw, to tak daleko władze nie odważyły się jeszcze posunąć. Wykorzystali to rolnicy z Wielkopolski, zakładając, przy pomocy przyjaciół z Ziemi Przede Wszystkim, Stowarzyszenie Wywłaszczanych domagające się uczciwej, jeśli w ogóle o czymś takim można mówić, cenie za swoją ziemię. "Podatki płacimy za III klasę, a jak płacili geodeci to wycena była za VI klasę!" mówili. Jednak rozgoryczenie wydawało nie przekładać się na konkretne plany walki. Czuli się bezsilni wobec aparatu władzy. Najwyraźniej demokracja na wsi jest nadal pustym pojęciem. Jest to, jak nazwał to Rafał Górski, syndrom TMB - Tak Musi Być. I rzeczywiście, dopóki jesteśmy bierni, to musi i będzie.
Nie dając za wygraną na wieść o przyjeździe do Opola paru ciekawych dla nas osób - m.in. pana Andrzeja Patalasa prezesa Agencji Budowy i Eksploatacji Autostrad oraz pana Eugeniusza Morawskiego - ówczesnego Ministra Transportu i Gospodarki Wodnej, postanowiliśmy przygotować im huczne przywitanie. Co prawda dowiedzieliśmy się o tym dopiero dzień przed ich przyjazdem, ale wystarczyło podjąć parę szybkich decyzji, spędzić noc przy ksero i telefonie i od rana jedziemy śladem panów transportowców. Najpierw instalujemy transparent na budowie gdzie mają się oni witać, potem akcja pod Urzędem Wojewódzkim. Trzeba dodać, że tej samej nocy "nieznani sprawcy" oplakatowali centrum miasta, UW, Rynek, Ratusz oraz siedzibę opolskiego oddziału ABiEA. Na akcji jest kilkanaście osób z Opola i Zdzieszowic, transparent "Góra św. Anny Parkiem nie parkingiem!" Uzyskujemy dobry oddźwięk w mediach (radio, prasa, TV Katowice i Wrocław). W trakcie pikiety, posługując się legitymacjami prasowymi ekologicznych biuletynów, na zamkniętą konferencję prasową dostają się Łukasz Sokołowski i Olaf Swolkień, co prawda obyło się bez rzucania tortami, ale podobno i tak było zabawnie. Po jakimś czasie zbieramy się, żeby nie marnować sił, gdyż czeka nas jeszcze spotkanie na Rynku. Tam o trzynastej znów się spotykamy. Olaf wita ministra przez megafon, po jego wejściu wręczamy mu pismo informujące go o naszym stanowisku. Sam pan minister określił nasz protesty jako "pojedyncze ulotki." 3) Oświadczył natomiast, że na opolskim odcinku zastosowana zostanie powierzchnia bitumiczna, a nie betonowa, co w mieście tonącym od pyłu pochodzącego z 4 cementowni (w tym dwóch czynnych) przyjęte zostało z pewnym zdziwieniem. Obiecał za to osobiście zająć się budową autostrady biegnącej przez Opolszczyznę. 4) Dla góry św. Anny nie rysowała się optymistyczna przyszłość.
Nie mając wiele nadziei na efekt, jaki wywrą nasze apele do pana premiera i ministra postanowiliśmy zorganizować obóz przygotowujący do fizycznej blokady. Wszystkie legalne środki zostały wyczerpane i obywatelskie nieposłuszeństwo stało się naszą i przyrody ostatnią nadzieją.
Miejsce, w którym odbył się obóz, dla dobra sprawy najlepiej niech pozostanie tajemnicą - obserwując poczynania i świadomość rządu myślę, że będzie jeszcze nam potrzebne. W okrytej śniegiem scenerii uczyliśmy się technicznych aspektów ochrony Ziemi. Odcięta od świata, na wpół drewniana chata okazała się doskonałym poligonem. Poznaniacy przekazywali wiedzę nabytą na blokadach w Anglii. Tam powoli antyautostradowe protesty wpisywały się w narodowy folklor. Pojawili się ludzie, którzy żyli jedynie na blokadach, jedząc to co przyniosą okoliczni mieszkańcy i mieszkając w wybudowanych przez siebie obozach. Nie ograniczali się jedynie do mieszkania na drzewach, ale również budowali podziemne tunele, po których nie mógł jeździć ciężki sprzęt. Jeden z aktywistów, "Swompie", stał się niemalże bohaterem narodowym opierając się ochroniarzom i policji w takim tunelu przez kilkadziesiąt dni. Później kręcono nawet reklamy telewizyjne z jego udziałem... W wyniku ich protestów program budowy autostrad został zredukowany o 40%. Tworzyli swoją kulturę żyjąc na obrzeżach, czy też może wbrew, systemowi. Widzieliśmy także ich słabości, jak na przykład hipisowskie zainteresowanie narkotykami. Zdarzały się wręcz przypadki, że policja przed próbą usunięcia blokady puszczała tanio heroinę. Otumanieni "wojownicy" byli wtedy łatwym kąskiem. Nie mogliśmy sobie pozwolić na narkotyki w spodziewanym obozie.
Tymczasem dogrywaliśmy ostatnie szczegóły, bawiliśmy się w kapelusze, rytuały i wino. Co kryje się pod tymi pojęciami? Zabawa w kapelusze jest o tyle prosta, co uświadamiająca kondycję moralną grupy. Każdy zakłada kapelusz, z tym że są w różnych kolorach. Czarny oznacza pesymizm, biały naiwność, inny strach, logiczną analizę itd. Ten kto wylosuje dany kapelusz, w ten sposób mówi.
-Nie mamy pieniędzy, każdy z nas ma swoje zajęcia i w ogóle to nie chce mi się. Dajmy sobie spokój z tym donkiszoctwem - powiedział czarny.
- Jeśli nie my to kto, jeśli nie teraz to kiedy? - odpowiedział intelektualista.
- Ale ja mam szkołę, rodziców, nie mam pieniędzy na kolegia, nie chcę iść do więzienia. Nie chcę umrzeć jak David Chain 5) albo Jill Phibbs! 6)
- Jestem wojownikiem. Jeśli umrze Ziemia umrzemy wszyscy. Nie ma o czym gadać, trzeba po prostu działać! - skwitował idealista. Znaliśmy przynajmniej emocjonalny stan grupy, a poznać swoje braki jest już połową sukcesu.
Tak zwane rytuały są sposobem budowania motywacji. Jak śmiesznie by "gadanie z drzewami" nie brzmiało, milczące spacery po lesie w nocy, utożsamianie się z pajęczyną życia, a nie swoim małym ego, doświadczanie piękna natury dają naprawdę dużo pozytywnej energii. Człowiek zaczyna patrzeć na świat z trochę innej perspektywy niż sprzedać-zarobić, ukraść i uciec. Inaczej postrzega się sens istnienia, inne istoty i swój nierozerwalny związek z nimi. Praca dla dobra wszystkich istot staje się naturalną pracą dla siebie i przyszłych pokoleń. Nie jest to jednak coś o czym warto pisać, raczej coś co warto przeżyć.
Natomiast pod hasłem wino kryje się... wino. I zabawa. Bo jeżeli mielibyśmy stracić poczucie humoru i stać się sztywnymi, byłaby to wielka strata. Stare, japońskie przysłowie brzmi "Nie wierz przywódcom, którzy nie potrafią tańczyć", a jak powiedziała Emma Goldman "Jeżeli nie mogę tańczyć, to nie jest to już moja rewolucja.". Nie musieliśmy się specjalnie starać, żeby żyć w zgodzie z tym hasłem. W odpowiednich ilościach wszystko jest dobre. Nawet odrobina "rewolucji".
1) Dzikie Życie, Kwiecień 1998
2) Wprost, 24. 06.1998
3) Zielone Brygady nr 6(108)/98
4) Gazeta Wyborcza, dodatek opolski 22.02.1998
5) 24 letni Teksańczyk broniący czerwonej sekwoi w Headwaters. Zabity przez drwali.
6) Młoda matka zamordowana przez kierowcę ciężarówki w Anglii podczas protestu.
"Mnie tam autostrada niepotrzebna, bo wszędzie jeżdżę rowerem"
Mieszkaniec Zakrzowa 1)
- Wstaawać, już czwarta rano!! - z trzygodzinnego snu wyrwał mnie bezlitosny głos wartownika. Powoli otworzyłem oczy. Leżałem w jakiejś opuszczonej stodole, przytulony z zimna do pewnej miłej damy obok. Półmrok nieśmiało rozświetlały nieliczne świeczki i czerwone oczka papierosów. Kilkudziesięciu wojowników budziło się do walki.
Zabłocone buty i przemoczone spodnie przypomniały mi o zmaganiach z nieożywioną materią sprzed paru godzin. O próbach dotarcia do miejsca blokady, mozolnym ustawianiu beczek, stresie wywołanym beztroskimi dziennikarzami i fizycznym zmęczeniu. Jednak dopiero teraz budził się dzień otwierając przed nami scenę bitwy, jaką zaraz mieliśmy stoczyć w obronie matki Ziemi.
Budowa mostu C-41 w Zakrzowie była jeszcze w fazie początkowej. Ustawione było jedynie rusztowania na zalanych betonem fundamentach. Do placu budowy prowadziła wąska polna dróżka, otoczona podmokłym polem, na którym mógłby utonąć rower, o dźwigu nie mówiąc. Dróżkę tę mieliśmy zablokować pięcioma zalanymi betonem beczkami z pozostawionymi w nich otworami na ręce. Wewnątrz otworu znajdował się pręt, do którego można było się przypiąć karabińczykiem tak, że jedynie wpięta osoba mogła się uwolnić. Z zewnątrz jedynym sposobem było rozkucie młotem pneumatycznym całej półtonowej beczki. Mimo wszystko grupa ludzi miała blokować również próby objechania barykady Oczywiście była jeszcze możliwość, którą zastosował pewien kierowca ciężarówki podczas blokady w Rosji: wjechać w protestujących. Dwie dziewczyny straciły wtedy ręce wyrwane na wysokości ramion. Trudno mi w tej chwili mówić za innych, ale wkładając ręce w te otwory, gotowy byłem na wszystko.
Podczas kiedy moja grupa miała blokować drogę dojazdową, druga miała zablokować samą budowę oddaloną o około pół kilometra. Wszelkie obawy dotyczące reakcji robotników, policji i przed spodziewanymi kolegiami miały właśnie nabrać realnych kształtów. Względnie ciepła i przytulna stodoła została za naszymi plecami i już szliśmy umoczeni po kostki w błocie aby zająć swoje pozycje.
Wbiegamy, ustawiamy beczki i wpinamy się w beczki. Z daleka widzimy jak 20 metrowy transparent "Nie dla autostrady przez górę św. Anny" wjeżdża na szczyt rusztowania. Nasz wspólny okręt płynie wreszcie pod właściwą banderą. Dwie osoby przypinają się łańcuchami do dźwigu, paręnaście kolejnych wchodzi na rusztowania. Jest już całkiem przyjemny poranek. Teraz pozostaje nam tylko czekać na ruch strony przeciwnej.
Mija godzina, następnie druga. Ekipa muzyczna zaczyna grać coraz mniej rytmicznie, nastaje coraz większe rozluźnienie. W obawie o życie "beczkowców" grupa ochotników wykopuje przed linią oporu poprzeczny rów i kopiec z wykopanego żwiru. Około godziny 8 na horyzoncie pojawia się bus z robotnikami. Napięcie wzrasta.
Ku naszej wielkiej uldze robotnicy okazują się umiarkowanie przyjaźni. Brygadzista jedynie kontaktuje się z przełożonymi. Po kilkunastu minutach wraca z kierownikiem budowy.
- Mam tylko zorientować się, czy możemy podjąć pracę - kierownik oświadcza dziennikarzom - Ostateczną decyzję podejmą moi zwierzchnicy.
Ale wiadomo, że bitwę już wygraliśmy. Portugalska firma "Mota" jest zaskoczona. Decyduje się teraz na jedyną sensowną z ich punktu widzenia taktykę - ignorować blokadę jako jednodniowy wybryk. Mimo przecieków nie wiedzieli na której z licznych budów odbędzie się akcja. Wszystko zostało przesądzone już wczorajszej nocy, podczas szczegółowych przygotowań i analiz wariantów przebiegu akcji. Tymczasem nawiązujemy personalne kontakty, rozdajemy specjalnie dla robotników przygotowane ulotki, częstujemy się nawzajem herbatą i papierosami.
- Ja rozumiem ten Grinpis - mówi jeden z robotników - gdyby was nie było, to nie byłoby rzek ani lasów, ale ja mam żonę i dzieci, ja odpowiadam za ten sprzęt, nie bójcie się, nic nie uruchomię, tylko wszystko sprawdzę. 2)
- Mnie tam ta blokada specjalnie nie przeszkadza, bo i tak muszą nam zapłacić za dniówkę - dodaje inny. 3)
Około 8.45 ostatni zastrzyk emocji funduje nam pojawienie się policji. Co prawda to my sami ich zawiadomiliśmy o akcji w obawie przed niepotrzebnymi przepychankami z robotnikami lub ochroniarzami, jednak nigdy nic nie wiadomo. Wszyscy zajmujemy swoje pozycje. Na szczęście wbrew pozorom również i służby porządkowe okazały się być na wysoki poziomie ogłady.
- Jest demokracja, każdy może protestować, jeżeli czuje taką potrzebę. To jest droga wewnętrzna i nie zostaliśmy jeszcze poinformowani o popełnieniu żadnego przestępstwa - powiedział prasie jeden z policjantów. 4)
Tymczasem medialne "ekologiczne show" trwa. Pojawiły się w zasadzie wszystkie ekipy telewizyjne, prasowe i radiowe. Z jednej strony był to dla nas wymierny wskaźnik sukcesu: informacja o niecnych poczynaniach władz popłynęła do ludzi. Z drugiej strony czuliśmy się trochę nieswojo będąc fotografowanym jak wilki na wybiegu. Niestety w obecnym układzie pop-informacyjnym nie ma innej drogi na zainteresowanie mediów tematem - konferencje prasowe całkowicie straciły siłę przebicia.
Protest zakończyliśmy o godzinie 14 wraz z pierwszymi oznakami deszczu. Stanęliśmy w kręgu i podsumowaliśmy akcję. Nikt nie przypuszczał, że zakończy się ona takim sukcesem: przyjechało o wiele więcej ludzi niż się spodziewaliśmy i obyło się bez nieprzyjemnych incydentów. Wiadomości o akcji ukazały się w telexpresie, dzienniku TV, wiadomościach TVN i wielu innych. Tego dnia nikt nie został nawet spisany przez policję. Koszta poniesione przez niszczącą przyrodę firmę wyceniano nawet na około 40 000 PLN. 5) Oczywiście były one mocno przesadzone.
- Już na moje biurko wpłynęło roszczenie od portugalskiej firmy Mota Company budującej mosty i wiadukty autostrady A4 - powiedział zastępca dyrektora Biura Budowy Autostrady w Opolu, Zygmunt Brzostkowski - Ten dzień przestoju będzie nas kosztować 14 tysięcy 687 złotych. Takie koszty zostały już potwierdzone przez nadzór budowlany. Nie da się nic utargować. Przyjdzie płacić. Oczywiście, tak naprawdę za akcję Zielonych zapłacą wszyscy podatnicy. O co tej młodzieży chodzi? 6)
Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy sięgnąć podstaw zasad współżycia demokratycznego społeczeństwa. Możemy popadać w słodkie zapatrzenie w siebie, jako że "przecież nikt nie wymyślił nic lepszego". Z drugiej jednak strony warto może pamiętać, że demokracja jest również narzucaniem przez większość swojej woli mniejszości. Dlatego ta mniejszość ma prawo do oporu, zwłaszcza że większość też może się mylić. Opór ten zwykle nazywamy obywatelskim nieposłuszeństwem. Jest on działaniem otwartym i wolnym. Za podstawę uznaje nieprowokowanie przemocy. Bezpośrednim celem obywatelskiego nieposłuszeństwa jest zmiana lub potrzymanie pewnych zachowań społecznych, w tym wypadku respektowanie prawa właśnie. Działanie apeluje do poczucia sprawiedliwości obywateli i niesie ze sobą przesłanie, że zasady współpracy między wolnymi i równymi obywatelami nie są respektowane. Obywatelski nieposłuszeństwo nie jest sposobem stawiania się ponad prawem. Nie ignoruje prawa nawet wtedy, gdy je łamie. Zwykle uczestnicy akcji nie próbują uniknąć konsekwencji swojego postępowania. Jedynie twierdzenie, że ponad prawem istnieje jeszcze wyższa wartość jest punktem wyjściowym dla nawiązania dialogu, który z kolei może doprowadzić do porozumienia. 7)
Łamiąc prawo byliśmy gotowi przyjąć na siebie konsekwencje mając nadzieję na to, że sprawiedliwości stanie się zadość również w kwestii lokalizacji autostrady.
1) Gazeta Wyborcza 18-19.04.1998
2) Dzikie Życie, nr (6)48 '98
3) "Dniówka na filarze" Nowa Trybuna Opolska, 18.04.1998
4) Wiadomości TVP, 17.04.1998
5) na podstawie Rzeczpospolita, 18.04.1998
6) Nowa Trybuna Opolska, 2-3 Maja 1998
7) por. Per Herngren, Podstawy obywatelskiego nieposłuszeństwa, Biblioteka ZB, Kraków 1997
- Ach, ekolog od siedmiu boleści! - pomyślałem sobie, brnąc drugą godzinę przez zielone chaszcze góry świętej Anny. Jeszcze brzęczał mi w uszach dźwięk głosu w słuchawce "Wjechali! Przyjeżdżaj! Jesteśmy między Wysoką, a Ligotą Dolną, idziesz pasem i jesteś! " No, prawie...
Stało się. W końcu przyjaciele ze Zdzieszowic namierzyli pierwsze koparki. W przerażającym tempie posuwały się niszcząc wszystko to, co było dla nas tak cenne. Nie było chwili do stracenia. Parę krótkich telefonów, załatwić ostatnie sprawy, spakować się i w drogę. Czułem, że dzieje się coś wielkiego, pierwsze przebiśniegi wyrosły na drzewach.
Zmęczony przedłużającą się drogą i równocześnie zachwycony widokami, których podczas wędrówki nie szczędziła przyroda jakby świadomie wzmacniając moją motywację do działania, w końcu usłyszałem jakieś głosy zagłuszane przez ryk koparek odległych już o około 400 metrów.
- Aaaa! Tu jesteeście!! - krzyknąłem. Ku memu zaskoczenie nie usłyszałem żadnej odpowiedzi.
- Cholera, Grzesiek, nie strasz! - W końcu wyłoniły się znajome twarze i zaczęły się uściski. Ekipa śmiałków chcących przeciwstawić się rządowi nie wyglądała imponująco. Paru znajomych nastolatków w poszarpanych spodniach. Taki właśnie był początek akcji, która wpisała się w świadomość społeczną na ładnych parę lat.
- Jak wygląda sytuacja? - spytałem niecierpliwie.
- No, siedzimy tu od wczoraj, kiedy tu przyszliśmy te koparki były tam daleko - i Sokół wskazał na jakiś nieokreślony punkt na widnokręgu, zdecydowanie jednak odległy - Oto pierwszy domek. Musimy go przed wieczorem dokończyć, bo prawdopodobnie jutro już tu będą.
Miejsce było dobrze wybrane ze strategicznego punktu widzenia. Przy samych "wrotach" lasu, około 200 metrów od rezerwatu roślinności kserotermicznej "Ligota Dolna". Zabawnie wyglądały później koparki na tle zielonej tabliczki z godłem bez przekonania oznajmiającej, że znajdujemy się na terenie Parku Krajobrazowego chronionego prawem.
W rzeczywistości w tym miejscu drzewa nie wyglądały imponująco. Kilkudziesięcioletnie "samosiejki", tworzące jednak istotny korytarz ekologiczny. Nie mogliśmy czekać aż dojdą do najcenniejszych drzew - starodrzewia bukowego - tu musiała powstać nasza pierwsza linia obrony. Zaraz przy obozie biegła polna droga łącząca wsie Ligota Dolna i Jasiona. Jak okiem sięgnąć otwarte pola, stary pegieer i ściana lasu za naszymi plecami.
Chłopaki ze Zdzieszowic wsparci squatersami sztuk jeden z Poznania przyszli tu dzień wcześniej, tj. 30 kwietnia 1998 roku. Planowaliśmy przeprowadzić sobie jedynie małe ćwiczenia przed spodziewaną blokadą. Gdy na horyzoncie pojawiły się koparki próby stały się praktyką. Nie przypuszczaliśmy, że wszystko potrwa dłużej niż tydzień. Myślę, że nikt za bardzo nie zastanawiał się nad przyszłością akcji, zbyt wiele było do zrobienia tu i teraz.
Tymczasem prace przy budowie domków posuwały się szybko, stale napływali nowi ludzie. Dzięki temu w chwili konfrontacji były już trzy obsadzone ludźmi domki. Nie próżnowali również Niemcy z firmy Ilbau-Kirchner pracując również w niedzielę, w święta 1 i 3 maja. Zaczęły pojawiać się media i sprawa nabierała impetu, którego się nawet nie spodziewaliśmy. Jednak "sądny poniedziałek" był wtedy jeszcze odległą przyszłością. Póki co mogliśmy jeszcze spać względnie spokojnie i cieszyć się otaczającą nas dziką przyrodą.
Nieważne w jakiej spoczniesz trumnie
Gdziekolwiek w jakim sensie i obliczu
Grób Twój jeszcze otworzą powtórnie
Łez wylanych nie będą się wstydzić
Lać się będą łzy potęgi drugiej
Ci co człowiekiem nie mogli cię widzieć
Zapewne czytelnik nie raz oglądając reportaże telewizyjne zadawał sobie pytanie: jak w zasadzie wyglądało życie w obozie. Czy na nocne życie składało się pijaństwo i seksualne orgie czy też sztywne rozmowy ideologiczne? Jakimi prawami rządził się obóz? No i oczywiście kto za tym wszystkim stoi?!!
Nikt inny niż garstka idealistów. Głównie młodych, bo nie ma co ukrywać, do wspinania się po drzewach trzeba mieć trochę sprawności fizycznej, a żeby zaryzykować represje, czy nawet swoje życie w imię lepszej przyszłości lepiej jest być młodym. Naiwnym? Może. Ale jak mawiał George Bernard Shaw "Mądrzy ludzie dostosowują się do świata, podczas gdy głupcy brną pod prąd. Dlatego też to właśnie głupcy są motorem rozwoju."
Była to jednak nasza pięta achillesowa. Z jednej strony brakowało autorytetu, żeby nie powiedzieć lidera, kogoś z kilkunastoletnim doświadczeniem organizacyjnym, który znałby również wszystkie aspekty merytoryczne i praktyczne sprawy. No i oczywiście był od początku do końca na miejscu. Z drugiej strony łatwo było zbagatelizować działania młodzieży, jakoby spragnionej konfrontacji z policją i sławy. "Z powodu protestu urządzili sobie wakacje dwa miesiące wcześniej. Wagary nie powodują u nich szczególnego zakłopotania" 1) pisano. "Nadzieje młodych spełniły się w poniedziałek 11 maja br. W pobliże miejsc, gdzie siedzieli protestujący podeszli drwale z pilarkami. Doszło do przepychanki między protestującymi a pracownikami firmy budowlanej. Rozpoczęła się kłótnia, komuś poszarpano odzież." 2) Wątek ten przewijał się dość często, a wyrażenie "młody zielony" stało się dyżurnym określeniem protestujących. Ale nie ma co rozwodzić się nad niekompetencjami prasy i chociaż stronnicze artykuły bardzo nas deprymowały wróćmy do obozowego życia.
Protest składał się z trzech stanowisk: przy wyjściu z parku, pośrodku, centralnym punktem obozu była jednak kuchnia położona w miejscu, gdzie powstał pierwszy domek, przy wjeździe do parku - tam gdzie powstrzymaliśmy ekspansję koparek. Niestety brakowało ludzi żeby nadać pozostałym stanowiskom odpowiednią rangę, tak więc w tych dwóch pozostałych były jedynie warty monitorujące sytuację i dające znać w razie ataku drwali. Powstały tam po dwa domki podczas gdy w głównym obozie było ich pięć dodatkowo połączonych podniebnymi ścieżkami, tripod, podziemne stanowisko do przypinania się oraz wspomniana kuchnia. W środku foliowego szałasu, aż do ostatniego dnia tliło się ognisko. Wokół rozłożone były karimaty i koce, była to swoista przestrzeń społeczna do wypoczynku, dyskusji i oczywiście konsumpcji. Tu usłyszeć można było najświeższe wiadomości, jak i pograć na bębnach czy gitarze, pomarudzić albo opowiedzieć jakiś dowcip. Aby nie stwarzać niepotrzebnych konfliktów, jedzenie było wegetariańskie. Głównie zupy "na winie" 3) choć zdarzały się takie rodzynki jak potrawka z pokrzyw czy około 10 kilo wyśmienitych pierników, którymi długo cieszyliśmy się dzięki uprzejmości pewnej łódzkiej firmy. Na polu kulinarnym (oczywiści nie tylko) nieocenioną rolę odegrała Ania. Dbała o to aby każdy miał coś do jedzenia, jeżeli pracował cały dzień, organizowała składki na produkty i była po prostu duszą obozu. Przez blokadę przewinęło się około pół tysiąca ludzi, stale w obozie było 15-50 osób - skoordynowanie tych całkowicie różnych i czasami dziwnych ludzi oraz ich psów było nie lada wyczynem.
Co to byli za ludzie? Jak już wspomniałem głównie młodzież licealno-studencka. Ludzie inteligentni i idealistycznie nastawieni do świata. Paru młodych nauczycieli, górnik, który przyjechał tu na rowerze bodajże z Zabrza, kolejarz, znajomi z Anglii i Niemiec, różnej maści anarchiści i odszczepieńcy, jak i "zawodowi" ekolodzy. Trzeba tu powiedzieć, że dla wielu nie był to jedynie protest przeciwko tej konkretnej lokalizacji autostrady - było to protest przeciwko postępującemu niszczeniu planety, przeciwko rządowi, dla którego jedyną wartością jest produkt krajowy brutto i przeciwko społeczeństwu zainteresowanym jedynie konsumpcją. Dla wielu był to krok w stronę budowania nowego społeczeństwa opartego na poszanowaniu przyrody i praw jednostki jakkolwiek nierealnie czy utopijnie by to nie brzmiało. Nietrudno przykleić takiej zlepce ludzi etykietkę lewaków, nie jest to jednak celne określenie - ekolodzy bywają często bardziej kapitalistyczni i konserwatywni od wielu piewców tak zwanego "wolnego rynku". Ruch nie miał wypracowanego jeszcze spójnego poglądu na temat spraw politycznych, było to raczej realne zarzewie ówczesnych konfliktów, myślę jednak, że większość zgodziłaby się z hasłem: nie ma lewicy ani prawicy, jest tylko góra i dół.
Sam obóz był raczej miejscem przyjemnym. W weekendowe popołudnia witaliśmy okolicznych mieszkańców przyjeżdżających zobaczyć co tu się w ogóle dzieje, czasami podyskutować, a czasami jedynie porobić sobie zdjęcia. Była to doskonała sposobność żeby wyjaśnić ludziom dlaczego uważamy, że autostrada zamiast odciążyć ruch w okolicznych miejscowościach, może co najwyżej go wzmóc, ponieważ kreuje nowe potrzeby transportowe, natomiast zwykłych ludzi i tak nie będzie stać na poruszanie się nią. Ludziom często trudno było pogodzić się z faktem, że nam też nie podobają się korki i zabici na ulicach, jedynie uważamy, że nowe drogi to nic więcej jak nowe problemy. Że my także pragniemy rozwoju, ale zrównoważonego, czyli takiego, który przyniesie pożytek również i przyszłym pokoleniom.
Pewnego dnia przyszła cała klasa z okolicznej podstawówki w asyście nauczyciela mówiącego dzieciom "Patrzcie! Tak wygląda ochrona przyrody." I było to bardzo mądre stwierdzenie, miliony wydane na edukację ekologiczną z narodowego czy wojewódzkich funduszy ochrony środowiska nie zrobiły tyle dobrego, co ta krótka akcja.
Na terenie całej blokady obowiązywał bezwzględny zakaz picia alkoholu czy brania narkotyków. Tym zabawniej wyglądały potem zdjęcia koparek demaskujących "ukryte przez ekologów" zapasy piwa i wódki. Powody są oczywiste: nietrzeźwi stwarzają zagrożenie dla własnego życia i powodzenia sprawy, więc jeśli ktoś przyjechałby się jedynie zabawić zostałby uprzejmie, ale stanowczo, proszony o opuszczenie obozu. Na szczęście obyło się bez takich przypadków. Wielu z nas pamiętało incydenty, jak pijana, "alternatywna" młodzież wybijała szyby na wioskach w Czorsztynie. Nie mogliśmy pozwolić na nic podobnego. Ogólnie wśród czorsztyńskich weteranów panowało przekonanie, że ten obóz jest zdecydowanie lepiej zorganizowany.
Prohibicja nie dotyczyła papierosów, paradoksalnie więcej ludzi paliło je niż nie. Z jednej strony nie jest to żaden powód do dumy, z drugiej fakt ten łamie trochę stereotyp ekologa dbającego o swoje zdrowie i sprzątającego papierki z ulicy. Przy wieczornych ogniskach muzykowaliśmy, śmialiśmy się i dyskutowaliśmy. Trochę dzicy, trochę brudni i zmęczenia, ale ze szczerą motywacją zmiany tego świata na lepsze.
Zaplecze sanitarne było dla odmiany zdecydowanie słabą stroną obozu. Wodę trzeba było dowozić z odległych wiosek, a funkcję toalety spełniał mozolnie wykopany rów w krzakach na uboczu. W kwestii zaopatrzenia w wodę nieocenioną rolę odegrał zdezelowany, przedpotopowy "maluch" Sokoła i oczywiście on sam. Higiena osobista zależała od osobistego zacięcia wojownika, aczkolwiek u kobiet była zdecydowanie lepszej jakości.
Niestety wbrew pogróżkom ekofeministek było ich zdecydowanie mniej niż mężczyzn. A szkoda, gdyż na pewno wiele spraw wyglądało by inaczej, a na pewno ładniej, gdyby ich twórcza energia zamanifestowała się w pełnej krasie.
Przydatną sprawą przydały się warty. W ciągu dnia na najwyższym drzewie w okolicy siedziała osoba z lornetką i w razie pojawienia się policji czy ochrony gwizdkiem informowała obóz o nieproszonych gościach. Wypracowaliśmy nawet system porozumiewania się gwizdkiem, gdyż krótkofalówki szybko popsuły się no i były z nimi same problemy. Telefony komórkowe były wtedy jeszcze luksusem, i gdyby nie Tadeusz, właściciel firmy komputerowej, który postanowił włączyć się do akcji, bylibyśmy całkowicie odcięci od świata. Potem pojawił się jeszcze jeden telefon, dzięki któremu mogliśmy porozumiewać się z pozostałymi częściami obozu. Warty były również w nocy.
Niestety pieniądze od grinpisu były jedynie wymysłem cyników. Każdy musiał zapewnić sobie sam warunki do spania, kupić lub złożyć się na wspólne jedzenie. Najgorzej było ze sprzętem alpinistycznym - popularne były samoróbki z kawałków liny czy pasów samochodowych, oraz równie niewygodne co niepraktyczne uprzęże budowlane. Tak samo każdy brał na siebie odpowiedzialność finansową w razie konsekwencji prawnych.
Ograniczone środki pieniężne pochodziły od organizacji ekologicznych oraz okazjonalnych sponsorów. Słowem, warunki były spartańskie i gdyby nie przyjaźń i idealizm w naszych sercach, nikt nie pomieszkał by tam dłużej niż godzinę.
1) Nowiny Nyskie, 14 maj 1998
3) z tego co się pod rękę na winie lub ktoś dobry przyniesie
" Jeśli fakty nie są zgodne z teoria, tym gorzej dla faktów"
Nieskromnie mówiąc, zadaliśmy władzom niezły orzech do zgryzienia. W ówczesnej historii obywatelskiego nieposłuszeństwa, jedynie poza odległą blokadą w Czorsztynie, znane były jedynie proste demonstracje i strajki pewnych grup społecznych domagających się od państwa specjalnych ekonomicznych przywilejów. Lepperiada, cała fala protestów i społeczne znużenie nimi, miały wydarzyć się dopiero za parę lat. W odróżnieniu od nich my nie chcieliśmy od państwa niczego. Dokładnie niczego. Chcieliśmy, żeby po prostu zostawiło przyrodę w spokoju.
Lokalnie ruszyła machina oszczerstw. Najbardziej wpływowa gazeta Opolszczyzny, Nowa Trybuna Opolska o imponującym nakładzie 50 tys. egzemplarzy nie szczędziła tendencyjnych tekstów i komentarzy. Nie było to nic dziwnego w jednym z najmniejszych miast wojewódzkich Polski, co owocuje sporym odsetkiem urzędnika na mieszkańca. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że w tym mieście władzę niemalże absolutną sprawuje, powiązany towarzysko, urzędniczo-finansowy, postkomunistyczny estabilishment. Nie mogąc oprzeć się pokusie pozwolę sobie, w ramach ciekawostek socjologicznych, przytoczyć obszerny fragment felietonu p. Mirosława Olszewskiego, który ukazał się w tejże gazecie:
"(..) Jeśli dotąd nie poszedłem pod Górę św. Anny, by piłką do metalu (chwała hutnikom!) poprzecinać przypiętym do drzew ekologom stalowe karabińczyki (chwała hutnikom!) i cieszyć oczy widokiem tego jak spadają, to z lenistwa, potęgowanego przez upał, duchotę i wiosenne rozmamłanie. Ale gdy się ochłodzi... (następnie następuje obszerne porównanie ekologów do świadków Jehowy i autor dochodzi do wniosku, że...) ozonowa dziura jest elementem mojego naturalnego środowiska, podobnie jak spaliny, wbrew kłamliwym twierdzeniom szkolnych chemików, jakoby powietrze składało się jedynie z tlenu, azotu, dwutlenku węgla i kilku pomniejszej rangi gazów. To las, z jego tlenową orgią, jest czymś nam obcym! (...) Martwię się teraz, że na temat felietonu wybrałem coś tak miałkiego myślowo jak poglądy ekologów. Czy aby nie wyjdę na faceta, który z całą powagą zamierza rozstrzelać z kałacha jarmarczną budę z kwiatkami uplecionymi z posthipisowskich tęsknot za życiem zgodnym z naturą, której zasady rozumieją jak skini demokrację? Czy ktoś z czytelników nie powie: nie chciało mu się myśleć nad czymś poważnym, więc odwala wierszówkę, pastwiąc się nad kilkoma facetami, którzy na karabińczykach (wieczna chwała hutnikom i wyziewom z ich fabryk!) wiszą na drzewach w towarzystwie zakochanych w każdej gliździe dziewczyn? Słabo, bo słabo, ale się zaasekuruję: cały felieton powstał po to, aby uzasadnić następujący wniosek: chcę i oczekuję postawienia ich wszystkich przed sądem za to, że zniszczyli słupki wyznaczające trasę przebiegu przyszłej autostrady" 1) Następnie tradycyjnie jest parę zdań o obrońcach praw zwierząt podsumowane ponowieniem obietnicy własnoręcznego pozrzucania antyautostradowych dywersantów z drzew. Nie przeczę, że jest to mój ulubiony rodzynek, aczkolwiek artykuły w tym tonie od pierwszego tygodnia blokady, aż do jej końca, nie były rzadkością.
Kłamstwa przychodziły również "z góry". W wywiadzie dla regionalnej rozgłośni pan wojewoda podobno powiedział, że "protestujący są opłacani przez niemieckich zielonych pięćdziesiąt dolarów na dzień" 2) - gdyby było tak w rzeczywistości na pewno nie byłoby nas tam kilkudziesięciu lecz tysiące, ponieważ byłaby to niemalże dziesięciokrotna wielkość miesięcznej średniej krajowej. Jednak najwyraźniej wielu ludzi usłyszało tego typu wypowiedzi, co było doskonałym ciosem kwestionującym naszą motywację, czyli nasz największy atut. Również zaprzyjaźnieni mieszkańcy okolicznych wiosek, których nazwisk z oczywistych względów nie będę wymieniać, mówili o dżentelmenach agitujących przed monopolowym przeciwko ekologom, suto popierających swoje racje napitkiem. Z czasem zasiane nasiona przyniosły spodziewane efekty, tak że doceniliśmy polityczny kunszt bojowy naszych przeciwników.
Agresję władzy można ładnie podzielić na dwa etapy. Pierwszy był łagodny czyli wspomniane oszczerstwa, pseudo-negocjacje i groźby. Drugi etap był zwykłym i brutalnym, siłowym rozwiązaniem konfliktu.
Z początku wojewoda odmawiał wszelkich negocjacji. Dlatego też 17 maja stał się z inicjatywy Olafa ogólnopolski dniem protestu przeciw budowie autostrady przez park krajobrazowy Góra Świętej Anny. W tym dniu różni ludzie zorganizowali w swoich miastach pikiety, happeningi, demonstracje, zbierali podpisy pod petycjami do premiera Buzka. Następnego dnia premier został zbombardowany telefonami i faxami, na których znajdowały się podpisy zebrane poprzedniego dnia. Różne organizacje ekologiczne wystosowały swoje protesty (m.in. Ole, Eceat, Pnrwi, my jako Koalicja). Minister Radosław Gawlik rozmawiał z Ministrem Transportu p. Morawskim w sprawie sytuacji na Górze św. Anny. Ówczesny Minister Transportu, E. Morawski wyraził wstępną zgodę na powołanie zespołu dyskutującego nad polityką transportową i ewentualne rozmowy z protestującymi. Wiedząc, że oczekujemy moratorium na dalszą budowę, min. Gawlik dzwonił trzykrotnie do wojewody opolskiego z prośbą o ustalenie moratorium. Wojewoda był temu niechętny i wraz ze swoim zespołem miał podjąć decyzje w sprawie działań wobec protestu - miało być rozważane ewentualne moratorium. Niestety, nic z tego.
W środę 6 maja na Górze koparki były o kilkanaście metrów od obozu. Atak mógł nastąpić w każdej chwili. I nastąpił 11 maja, w poniedziałek, drwale, ciężki sprzęt i ochroniarze ruszyli do ataku. W taki właśnie sposób pan wojewoda chciał rozwiązać spędzający mu sen z powiek problem.
Po tygodniowych wakacjach koparki miały ruszyć na górę. Na szczęście byliśmy na to przygotowani. Szturm rozpoczął się o świcie - ruszył ciężki sprzęt, drwale i ochroniarze. Na szczęście trafili na dzień, w którym w obozie było wiele ludzi - część zablokowała ciężki sprzęt siadając mu na drodze. Obozowy "ekolobard" Jacek zagrzewał do walki. Kuba wskoczył na jeden z pojazdów przypinając się do podnośnika, wkrótce podążyli za nim inni. Drwale nie mogli niczego ściąć, gdyż ludzie byli nie tylko na domkach, ale również powspinali się na mniejsze drzewka i przywiązali się do nich linkami. Ktoś z nas usłyszał tylko, jak któryś z nadzorców komentował sytuację przełożonym przez telefon: "It's not fun, here!". Dziwił się także, bo "w Niemczech w takim miejscu nikomu by do głowy nie przyszło budować autostrady!" Niezaprawieni w działaniach tego typu atakujący musieli dać za wygraną. Naszej radości nie było końca.
Teraz, niczym szlachetny rycerz na białym koniu, wojewoda zaproponował nam negocjacje. Niezmiernie ucieszeni tym, że w końcu konsultacje społeczne stają się rzeczywistością, a władze przestaje liczyć się jedynie ze sobą, zaczęliśmy przygotowania do, w końcu, merytorycznej dyskusji.
1) Nowa Trybuna Opolska, 16-17 maj 1998
2) Nikt z moich znajomych nie zarejestrował tej audycji, dlatego piszę podobno, i jeśli jest to plotka to z góry pana wojewodę serdecznie przepraszam.
"Należy sobie zadać pytanie, czy jest rzeczą normalną, że takie akcje mają miejsce. Moim zdaniem - nie. Działania ekologów to czysta anarchia" 1)
E. Mróz, dyrektor Biura Budowy Autostrady A4 w Opolu
"Każda legalizacja sporu prowadzi
nieuchronnie do porażki strony pozarządowej"
"Społeczeństwo, które oswaja swoich buntowników,
zyskuje spokój, ale traci przyszłość"
Epiktet z Herapolis
Negocjacje odbyły się w opolskim Urzędzie Wojewódzkim. Z racji młodego wieku i braku doświadczenia osobiście nie byłem w nie zbyt zaangażowany. Myślę, że dobrze by było, gdyby któryś z uczestników tych negocjacji mógł napisać tu coś więcej, jednak każdy aktywista ma zawsze na głowie tysiące spraw, ważniejszych niż wspominanie zamkniętych historii. Tym bardziej że nie ma za bardzo nad czym tu się rozwodzić.
Generalnie opcja władzy była prosta: zejdźcie z drzew to pogadamy. Oczywiście nie trudno się domyśleć co by się wtedy z nimi stało, skoro o ogłoszeniu moratorium na wycinkę nie mogło być mowy. Warunkiem rozmów jest chęć dojścia do jakiegoś kompromisu, której tu po prostu brakowało.
Natomiast naszej reprezentacji trudno było podjąć jakieś wiążące decyzje z racji tego, że podejmowaliśmy je na zasadzie konsensusu, a nasi przeciwnicy w dyskusji próbowali narzucić nam swój autorytatywny system ich podejmowania.
Porozumienie nie było możliwe, rozmowy natomiast dały władzy doskonały argument: skoro nie można z nimi po dobroci, trzeba zaprowadzić porządek siłą!
Po zakończeniu rozmów, 5 czerwca, z inicjatywy pana wojewody odbyło się również spotkanie z mieszkańcami gmin Strzelce Opolskie i Leśnica. W karnawałowo przystrojonej świetlicy wiejskiej w Leśnicy, między plakatem Myszki Miki a napisem "Witamy na zabawie!" zawisła mapa z planowanym przebiegiem autostrady. Ludzie byli jednak tak podkręceni, że wszelkie próby rozmów były zagłuszane gwizdami na przemian z owacjami. Nie pomogła nawet obecność zaproszonego przez "Ziemię przede Wszystkim" reprezentanta związku wywłaszczanych rolników na Wielkopolsce. Próbował jasno wytłumaczyć zgromadzonym, ile warta jest ich ziemia i ile pieniędzy dostają za nią na Wielkopolsce, jednak tłum, odpowiednio sterowany przez swoich przywódców, nie chciał o tym słyszeć. Emocje przeważyły nawet nad chęcią zarobku.
W zgiełku tragikomicznego zebrania ginął tylko głos pewnego nauczyciela ze Strzelec "Całkowicie zgadzam się z ekologami. Jest mi wstyd, że to ludzie z innych stron Polski muszą w moim imieniu przykuwać się do drzew." 2)
1. NTO, 2.08.1998
2. NTO, 5.06.1998
Z perspektywy czasu, czterdzieści dni protestu zlewa się w jedną całość. Ludzie pojawiali się i znikali, ochroniarze przychodzili i odchodzili, drzewa umierały - każdy uczestnik akcji mógłby opowiedzieć tu swoją historię.
Przepychaniki i pobicia stały się codziennością. Reporterom TVN zniszczono sprzęt, napadnięto operatora telewizji kablowej 1), również reporter PAPu nie wyszedł z konfrontacji z ochroną bez szwanku 2). "Widziałem jak ochroniarze siłą odciągają protestujących od drzew, przewracają na ziemię i kopią. Sfotografowałem jedną z takich akcji. Widziałem również, że kiedy interweniujący orientowali się, że są obserwowani przez dziennikarzy, natychmiast zmieniali taktykę. Stawali się łagodni. W pewnym momencie odszedłem. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyłem wiszącego na drzewie jednego z protestujących. Postanowiłem go sfotografować. W pewnym momencie zostałem zaatakowany przez strażnika leśnego. Wykręcił mi rękę i wzywał głośno ochroniarzy do zabrania mi i zniszczenia aparatu. Udało mi się wybronić pewnie tylko dlatego, że w pobliżu znaleźli się inni dziennikarze." 3)
Ciężki sprzęt nie zawsze zatrzymywał się na widok siedzących w poprzek drogi, pracowano wbrew wszelkim zasadom BHP i zdrowego rozsądku. Co na to policja? "Nie widzę powodu by zaostrzać sytuację naszymi działaniami. Na miejscu jest przedstawiciel wykonawcy, który może sprawę rozwiązać swoimi siłami" powiedział rzecznik prasowy opolskiej policji Dariusz Stachowiak. 4)
W tej sytuacji coraz głośniej zaczęło się wewnątrz obozu mówić o zakończeniu protestu. Jednak podjęcie wspólnej decyzji było dosyć trudne, inaczej na sprawę patrzyli młodzi a inaczej starsi, nie mówiąc już o różnicach pomiędzy świeżymi ludźmi, a "gospodarzami" akcji.
Z drugiej strony patrząc na sprawę z perspektywy lat myślę, że za bardzo popadliśmy w schemat "patrzcie jak nas biją". Niestety często brak odpowiedzi na agresję jedynie ją wzmaga u agresora. Z drugiej strony toczenie regularnych walk byłoby z naszej strony idiotyzmem i zaprzeczeniem własnym ideałom. Sytuacja wydawała się być patowa.
Do tego doszły również szykany personalne. Gdy Grzesiek ze Zdzieszowic zgubił dokumenty - spadły mu z odciętego od świata przez ochroniarzy domku, inwestorzy sprawdzili do jakiej szkoły chodzi, jaką ma sytuację rodzinną i wykorzystywali najczulsze punkty namawiając go do kapitulacji.
Pewnie dlatego działania uczestników akcji stały się również radykalniejsze. Na początku przy budowaniu domków nikt nie wbijał gwoździ w drzewa - obwijaliśmy je resztkami wykładzin i dopiero potem obwiązywaliśmy je linami. Teraz, ludzi spontanicznie chodzili do lasu wbijać w drzewa gwoździe tak, że ścinanie ich stało się niebezpieczne dla drwali. Oczywiście "naspajkowane" drzewa były odpowiednio oznaczone, jednak niebezpieczeństwo dla, szczerze mówiąc niezbyt uświadomionych, drwali nadal istniało. Trwała również walka na polu słupków geodezyjnych - znikały jak grzyby po kwaśnym deszczu.
Amatorszczyznę inwestorów obrazuje chociażby fakt, że dopiero po trzech tygodniach protestu wpadli na pomysł, żeby oznakować teren budowy - wcześniej formalnie nawet nie mogli postawić nam żadnych zarzutów. W kamienistym podłożu i upale stawianie drucianego płotu nie szło im najsprawniej.
Najnieprzyjemniejszym incydentem jaki wspominam z całej akcji była wieczorna wizyta pijanych lokalnych żulików. W obozie było wtedy jedynie parę młodych osób, wszyscy zmęczeniu po całym dniu bieganiny, gdy dało się słyszeć krzyki i dźwięki piły motorowej. Odpowiednio podjudzeni i zachęceni darmowym alkoholem przyszli własnoręcznie zakończyć protest. Gorąco zrobiło się, gdy nie mogąc dorwać nikogo na dole, zaczęli ścinać drzewo z paroma poznaniakami w środku - na szczęście byli na tyle pijani, że szybko udało im się popsuć swoją piłę zostawiając łańcuch w nadpiłowanym drzewie. Tu chciałbym serdecznie podziękować Zdzieszowickiej policji za szybką interwencję i zażegnanie konfliktu.
Wkrótce potem doszło do kolejnej konfrontacji z drwalami i ochroną. Tym razem szturm nie przyniósł sukcesu żadnej ze stron - ochroniarze wynosili siedzących wokół drzew ludzi, nie zdjęli jednak nikogo z domków - niestety udało im się wyciąć wszystko co znajdowało się wokół nich. Od tamtej pory sytuacja wyglądała naprawdę nieciekawie - szumiący las zamienił się w gorącą pustynię, natomiast domki pod naporem wiatru huśtały się niemiłosiernie strasząc upadkiem w każdej chwili. W niestrzeżonych miejscach 10 kilometrowego pasa pracowali drwale i ciężki sprzęt. Brakowało wody, sprzętu i chęci walki. Dni protestu były policzone.
Prawdziwa burza przed burzą nastąpiła, gdy parę dni później znowu poszliśmy blokować drwali. Jednym z blokujących był Piszpunt, jedna z malowniczych postaci, które wpisały się w karty tej akcji. Ówcześnie student dwóch kierunków naraz w Poznaniu i jednocześnie radny Wągrowca. Tym razem doszło do ostrych starć, ochroniarze poturbowali parę osób. Dwie osoby zostały ścięte razem z drzewami i tylko cudem wyszli z tego jedynie z paroma siniakami, powstałymi raczej przez bezpośredni kontakt z ochroniarzami, niż w wyniku upadku. Gdyby byli wtedy wyżej, lub upadające drzewo nie oparłoby się o inne, prawdopodobnie zostaliby zabici na miejscu. Doszło również do szarpanin z drwalami - jeden włączył piłę spalinową i zamachnął się na brzuch naszego kolegi.
Po powrocie do obozu zorientowaliśmy się, że nie wróciło tyle osób ile wyszło - porwali Piszpunta! Natychmiast zorganizowaliśmy odsiecz. To nie były już żarty. Trzydzieści zdeterminowanych osób ruszyło drogą wzdłuż lasu. Po około dwustu metrach napotkaliśmy jeepa budowlańców. Otoczyliśmy go i pytamy kierowcę, co z nim zrobili. Kierowca jednak zamiast odpowiedzi gwałtownie ruszył wprost na ludzi stojących przed jego maską. Poszliśmy więc dalej. Nagle na horyzoncie pojawił się znowu ten sam jeep. Jednak wcale nie nabrał ochoty do rozmów, lecz zgotował nam nie lada niespodziankę - postanowił nas wszystkich stratować. Rozpędzony wjechał w tłum, zawrócił i spróbował jeszcze raz. To już nie było obywatelskie nieposłuszeństwo - to był bezpośredni atak na nasze życie. Za drugim atakiem posypały się kamienie, stłukła się przednia szyba i w ostatniej chwili kierowca zmuszony był uciekać. Był to niewątpliwy cios dla obu stron.
Widząc takie zachowanie tych ludzi tym bardziej przejęliśmy się losem porwanego przez ochroniarzy. Przeczesaliśmy cały teren, jednak nigdzie nie było śladu ochrony. Wracając już otwartym polem przeżyłem jedną ze koszmarniejszych chwil w swoim krótkim życiu. Gdy w promieniu 500 metrów nie było żadnego drzewa ani innego schronienia znów w oddali ujrzeliśmy jadący na nas znowu ten sam samochód. Zbiliśmy się w grupę i czekaliśmy na rozwój wypadków.
Myślę, że uratowała nas wtedy jedynie świadomość kierowcy, że i on mógłby ucierpieć przy próbie ataku. Szybko wróciliśmy do obozu, gdzie czekał na nas nie kto inny, jak poszukiwany zaginiony. Okazało się, że udało mu się zbałamucić ochroniarzy tak, że go wypuścili. Teraz zawiadomiliśmy policję o tym co tu się dzieje. Wszystkim zaczynały siadać nerwy, niektórzy popadali nawet w lekką histerię...
Gdy przyjechała policja pojawił się również kierowca. Okazało się, że ot tak napadliśmy sobie na niego obrzucając biedaka kamieniami. Pojawił się także jego przełożony, który, choć nie uczestniczył w zajściu, potrafił doskonale je opisać. Tragikomiczna farsa zakończyła się bez żadnych skutków, panowie bandyci pojechali do domów, a my wróciliśmy do obozu. Morale lawirowało między strachem, rezygnacją a bezsilnością.
Akurat wtedy przyjechała grupka paru nowych osób - zdziwione tym, że siedzimy bezczynnie w obozie, podczas gdy giną drzewa, chciały koniecznie iść je ratować. Przywieźli również wieści, że prawdziwi ekolodzy odcinają się od naszych agresywnych zachowań i choć nie mogą przyjechać z przyczyn obiektywnych, to jak by mogli, zrobiliby to wszystko lepiej, skuteczniej i w atmosferze powszechnej harmonii. Poczułem wtedy, że mam już naprawdę dość i że muszę szybko jechać do domu odpocząć.
1) Super Express
2) Gazeta Wyborcza, 6-7.06.1998
3) NTO, 6-7.06.1998
4) Super Express
...pytali dziennikarze. W takich momentach człowiek może naprawdę sprawdzić swoje oddanie zasadom nieprowokowania przemocy. Ósmego czerwca o świcie około stu funkcjonariuszy policji antyterrorystycznej wkroczyło na teren blokady. Na akcje nie dopuszczono przedstawicieli prasy, nie pozwolono nawet zbliżać się na odległość wzroku - przy tej okazji poturbowano nawet dziennikarza PAP-u. Akcja przebiegła sprawnie, widać była dobrze przygotowana, świadczy o tym fakt, że w momencie gdy nocna warta podniosła alarm, ktoś usłyszał jednego z policjantów krzyczącego coś w stylu "Cholera nie śpią! Przechodzimy do wariantu B!". Po dwugodzinnym oporze zatrzymano 24 osoby, w tym parę osób z zagranicy. Ewidentnym błędem było pokazywanie mediom naszych zabezpieczeń - policja na podstawie tych artykułów z łatwością przygotowała sobie strategię działania. Chwilę potem nic już nie przypominało, że na miejscu blokady był kiedyś las...
Tymczasem reszta ekipy nie mogła siedzieć z założonymi rękoma. Około czternastej byliśmy już pod Urzędem Wojewódzkim. Na krótkiej naradzie pod drzewami 100 metrów od Urzędu Wojewódzkiego nie zdążyliśmy nawet ustalić sensownej strategii. Ale myślę, że lepszej nie trzeba było wymyślać - wpadamy do środka i nie wychodzimy, dopóki nie wypuszczą naszych przyjaciół. Miałem odwrócić uwagę strażników czytając nasze stanowisko, a reszta wchodzi do środka.
Niestety po raz kolejny szczerość wobec prasy okazała się zgubna. Gdy przyszliśmy wrota publicznego urzędu były zamknięte na głucho, a przed drzwiami stali ochroniarze. Tego dnia mieli nie wpuszczać obywateli do środka, a dla pracowników przygotowano "specjalne wejście od tyłu."
Wypadki potoczyły się spontanicznie. Na pierwsze agresywne zachowania ochroniarzy wyraźnie niezainteresowanych moją, szczerze mówiąc niezbyt porywającą, mową, około 30 ludzi usiadło na ziemi, wywołała się szarpanina. Ktoś dostał kopniaka, jeden rozsądnych rozmiarów ochroniarz, gdy nagle zorientował się, że stoi w samym środku siedzących ludzi, tknięty chyba odruchem sympatii postanowił się wywrócić. Przy okazji rozbijając mi na twarzy okulary. Słowem znowu była krew, ideologia i przemoc - media były wniebowzięte.
Tymczasem wszystkie zatrzymane osoby miały się nieźle. Ania Targiel i Jacek Zachara złożyli zażalenie na bezpodstawne zatrzymanie. Wśród zatrzymanych było dwóch Niemców i Anglik. Biedni policjanci na Kędzieżyńskim komisariacie, nie dość, że nie mieli gdzie ich wszystkich pomieścić, to jeszcze mieli wielki problem, ponieważ z niezrozumiałych powodów ich więźniowie nie chcieli jeść mięsa. Postraszono ich artykułem 167kk: Kto używa przemocy lub groźby karalnej w celu zmuszenia innej osoby do określonego zachowania się (...). Nie było to jednak coś co mogłoby wojownikom Ziemi spędzać sen z powiek.
W godzinę później wyszedł do nas pan wojewoda. Przemknął wzdłuż niebiesko-żółtego transparentu 3xTAK: "Łamanie prawa - TAK!, Przemoc - TAK!, Autostrada - TAK!" i pojawił się na scenie. Przywitaliśmy go owacjami i gromkim chórem zaśpiewaliśmy mu "Sto lat!" Niestety nie przyjął od nas prezentu - oryginalnej, lśniącej i prawie działającej złotej piły za niszczenie przyrody województwa opolskiego.
- Systematycznie niszczył pan Górę św. Anny. Ale zostały nam jeszcze Góry Opawskie! Nie wiem, może jeszcze jakąś elektrownię pan tam postawi? - zapytał Kuba Łukaszewski wręczając mu prezent.
Niestety pan wojewoda prezentu nie przyjął. Teatralnym ruchem siadł za to z nami na granitowej posadzce urzędu. Myślę, że błędem było to, że nikt nie chciał z nim już rozmawiać. Z drugiej strony za bardzo nie było już o czym. Jeszcze dziś, gdy tylko przypominam sobie jego zawsze uśmiechniętą twarz, robi mi się nieprzyjemnie w żołądku. Najwyraźniej zrażony naszymi personalnymi przytykami udał się wraz ze świtą do swego gabinetu.
Od tego momentu nie było już wiele do zrobienia. Wiedzieliśmy już, że nikomu nic poważnego się nie stało i że nie ma już nic więcej do zrobienia jak czekać. Ku naszej radości pojawiły się pierwsze zatrzymane osoby - te właśnie, które złożyły zażalenia na bezpodstawne zatrzymanie.
Kolejne niespodzianki spotkały nas już wieczorem. Około 22.00 na horyzoncie pojawiła się spora grupa nadwyraz krótko przystrzyżonych młodzieńców. Gdy Olaf podszedł z nimi porozmawiać został uderzony w twarz, ludzie w obliczu takich argumentów zaczęli uciekać, a faszyści zaczęli demolować nasze stanowisko. Ochroniarze z zainteresowaniem przyglądali się zajściu przez przeszkolone drzwi Urzędu Wojewódzkiego. Najwyraźniej wszystkim zależało na tym, żeby się nas pozbyć, a nie na tym, żeby komuś coś się stało, jak to zwykle bywa przy takich napadach. Jednak wszelkie przypuszczenia nie mogą być poparte żadnymi dowodami. Nie mając innego wyboru po ciężkim dniu udaliśmy się na spoczynek. Był to już koniec pewnego rozdziału walki w obronie Góry św. Anny.
"Co dalej z Górą św. Anny?
Na mocy decyzji wojewody opolskiego z obszaru PK. Góra św. Anny został wydzielony pas szerokości ok. 100 metrów pod budowę autostrady A4. Z pewnością jest to spektakularny przykład wykorzystywania niedoskonałości obowiązującego prawa dla własnych celów i korzyści..
Ruch ekologiczny w Polsce - jak zgodnie stwierdzili zebrani - nie może pozostać wobec tego faktu obojętny. Każdy kto podejmuje decyzje co do lokalizacji obiektów o dużym stopniu szkodliwego wpływu na środowisku bezpośrednio na obszarach cennych przyrodniczo, musi się liczyć z ostrym sprzeciwem organizacji ekologicznych. Obecnie można odnieść wrażenie że obszar chroniony jest chroniony do momentu gdy ktoś wpadnie na lepszy pomysł wykorzystania danego terenu.
Dlatego też pomimo że władzy legalnej udało się złamać pierwszą blokadę, to jak miałem okazję się przekonać na spotkaniu, nie udało się złamać ducha walki wśród zielonych partyzantów.
Tak więc topór wojenny nie został jeszcze zakopany i batalia o Górę św. Anny trwa i już niedługo nabierze zaskakującego rozmachu.... Czego życzyłbym sobie i wszystkim innym obrońcom przyrody. " 1)
1) Biuletyn Niecodzienny, Sierpień 98
W ostatnim rozdziale wypadałoby zmierzyć się z pytaniem, czy opłacało się robić tę akcję, czy zwyczajnie było warto. Szczerze mówiąc jest to sprawa bardzo złożona, nie będę się jednak nad tym rozwodził. Napisze tylko główne myśli, a każdy i tak wyciągnie swoje wnioski. Czasu wszyscy mamy coraz mniej i tam gdzie jest zbyt wiele słów, tam zwykle brakuje rzeczywistego działania.
Na pewno przez tę akcję mieliśmy utrudnioną dalszą robotę w mieście. W kontaktach z urzędnikami, sponsorami i zwykłymi ludźmi do znudzenia pokutował obraz "zielonego przykuwającego się" i wszystko co najgorsze.
Z drugiej strony jednak wyniki badań opinii publicznej zlecone przez gazetę Wprost wykazały, że więcej ludzi popierało akcję, niż było jej przeciwnych. Sprawa została nagłośniona, co moim zdaniem przyczyniło się do całkowicie niemierzalnego wzrostu świadomości ekologicznej szarych mas. Również wszyscy potencjalni inwestorzy-truciciele stali się świadomi faktu, że wszelkie próby niszczenia przyrody spotkają się z odzewem społecznym i praktycznymi kosztami przestoju. Również patrząc z czysto personalnej perspektywy z tamtych czasów wynieśliśmy wiele pożytecznych kontaktów i nici przyjaźni, która sprawia, że człowiek chce robić coraz więcej i więcej dla Ziemi i innych istot.
Niestety nie opiszę tu tygodniowego zajęcia domów na pasie autostrady, ponieważ zwyczajnie mnie tam nie było. Z tego co wiem było naprawdę ostro i brutalnie. Może kiedyś ktoś dopisze i ten rozdział w historii akcji na górze św. Anny. Odbyła się również akcja w rocznicę rozpoczęcia blokady - w parędziesiąt osób zablokowaliśmy na parę godzin budowę jednego z mostów. Nikt z ludzi, którzy uczestniczyli we wcześniejszych akcjach nie mógł uwierzyć, jak bardzo zmieniło się to miejsce. Mieliśmy wielkie plany, żeby takie akcje odbywały się co rok, z dzikimi sound systemami na asfalcie włącznie, gdy roboty zostaną skończone. Pomysł ten jednak rozszedł się jakoś po kościach. Każdy wrócił do własnych spraw, prowadząc swoją prywatną wojnę dla Ziemi w swoim mieście i na swoim podwórku.
Chciałbym, żeby takie akcje nie były już nigdy potrzebne. Znając jednak trochę realia mam przynajmniej nadzieję, że w razie potrzeby znajdziemy w przyszłości trochę pozytywnej energii, na działanie dla pożytku świata w którym żyjemy. Życzę wszystkim tego idealizmu i radości pracy dla innych istot, przyszłych pokoleń i wszystkich ideałów, które sprawiają, że umieramy w lepszym świecie od tego, w którym się urodziliśmy. Obyśmy tylko zdrowi byli !
Nie są to oczywiście to wszystkie pisma jaki zostały wysłane, jedynie te, których kopie udało mi się odnaleźć.
Stowarzyszenie "Obywatelska Liga Ekologiczna" przesyła protest do Premiera i Ministra Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa:
" Premier Rady Ministrów
Stowarzyszenie "Obywatelska Liga Ekologiczna" protestuje przeciwko planowanej dewastacji przyrody, krajobrazu i wartości kulturowych Góry Św. Anny. Budowana obecnie na tym terenie autostrada jest przykładem niedopuszczalnej ingerencji w obszar, który z uwagi na swoją bezcenną wartość przyrodniczą i kulturową, będącą dziedzictwem całego narodu, powinien być chroniony jako dobro najwyższe i samoistne. Obecna sytuacja, w której obszar ten może zostać bezpowrotnie zniszczony, i to w majestacie prawa, świadczy o natychmiastowej konieczności użycia wszelkich dostępnych metod zmiany tego prawa. W przeciwnym przypadku będziemy świadkami zdarzenia stawiającego pod znakiem zapytania sens całej ochrony środowiska i jej miejsce w obecnym porządku prawnym Rzeczypospolitej Polskiej, jako wartości najwyższej. Zniszczenie Parku krajobrazowego dla potencjalnych doraźnych korzyści gospodarczych stoi w całkowitej sprzeczności z duchem wszystkich głównych aktów prawnych prawa ochrony środowiska, Konstytucją państwa i konwencjami międzynarodowymi ratyfikowanymi przez nasz kraj. Oczekujemy od Panów natychmiastowych i skutecznych działań w celu zapobieżenia kompromitacji własnych urzędów i naszego kraju, którą będzie bez wątpienia dopuszczenie do zaasfaltowania bezcennej przyrody i dewastacji krajobrazu kulturowego tego miejsca. Żądamy natychmiastowego moratorium na prace budowlane na tym terenie, które umożliwiłoby wielostronne rozmowy na temat właściwej ochrony Góry Św. Anny i zmian w lokalizacji budowanej autostrady, bądź zaniechania jej budowy. Oczekujemy pilnej odpowiedzi w tej sprawie.
Za Radę stowarzyszenia "Obywatelska Liga Ekologiczna":
(Trójmiejska grupa Federacji Zielonych)
OD: Nowosądecki Oddział "Pracowni na rzecz wszystkich istot"
DO: Premier Jerzy Buzek
Stanowczo protestujemy przeciw lokalizacji autostrady A4 na terenie parku krajobrazowego Góra Św. Anny. Uważamy, że wyłączenie terenów, na których ma przebiegać autostrada z parku krajobrazowego było działaniem bezprawnym. Domagamy się zmiany decyzji i negocjacji z protestującymi, którzy bronią konstytucyjnego prawa do dziedzictwa przyrodniczego.
W imieniu Nowosądeckiego Oddziału "Pracowni na rzecz wszystkich istot"
- prezes Oddziału mgr inż. Marek Styczyński"
ECEAT - Poland
(Europejskie Centrum Rolnictwa Ekologicznego i Turystyki, 34-146 Stryszów 156, tel./fax: 033-797114)
w pełni popiera protest przeciwko budowie autostrady w parku krajobrazowym w pobliżu Góry Św. Anny. Zamiast niszczyć poprzez krótkowzroczne decyzje nasze wspólne dobro - niezwykle cenne walory przyrodnicze i kulturowe - proponujemy wdrażanie na szeroką skalę programu ekologizacji rolnictwa i rozwoju turystyki ekologicznej w gospodarstwach rolnych i w obszarach cennych przyrodniczo.
Prezes Jadwiga Łopata
Stanowisko Forum Ekologicznego Unii Wolności w sprawie programu budowy autostrad
Forum Ekologiczne Unii Wolności domaga się pilnego przeanalizowania sposobu realizacji obowiązującej ustawy o autostradach płatnych. Zdaniem Forum Ekologicznego ustawa nie zdaje egzaminu i wymaga zmian. Kontrola NIK wykazała liczne nadużycia w Agencji Budowy i Eksploatacji Autostrad oraz rosnące koszty jej funkcjonowania, ponoszone przez budżet. Zwiększa się ilość konfliktów społecznych i przyrodniczych związanych z budową autostrad. Przykładem problemów stwarzanych przez złe prawo są, m.in. konflikty o przebieg autostrady w rejonie Warszawy oraz w rejonie Góry Św. Anny. Nie istnieją żadne mechanizmy umożliwiające unikanie, bądź rozwiązywanie tego typu konfliktów. FE UW uważa, że program budowy autostrad powinien być poddany rewizji pod kątem zgodności z konstytucyjną zasadą zrównoważonego rozwoju. Domagamy się również jak najszybszego przyjęcia przez rząd całościowej polityki transportowej kraju (ze szczególnym uwzględnieniem kolei i komunikacji zbiorowej) i podporządkowania programu budowy autostrad tej polityce. Forum apeluje do Ministra Transportu o wprowadzenie miesięcznego moratorium na wycinkę drzew w Parku Krajobrazowym Góra Św. Anny oraz rozpoczęcie rozmów z protestującymi. Forum Ekologiczne UW oferuje stronom konfliktu mediację przy rozwiązaniu sporu o Górę Św. Anny.
Przewodniczący Forum Ekologicznego
Unii Wolności
List otwarty w sprawie Góry św. Anny
Przez ponad miesiąc setki przeważnie młodych ludzi próbowały powstrzymać budowę autostrady przez Park Krajobrazowy Góra Świętej Anny. Ich dramatyczna blokada budowy na granicy rezerwatu była wyrazem odruchu serca bardziej niż jakiejkolwiek rachuby korzyści czy strat z tego płynących. Ci ludzie, mimo nieraz młodego wieku, stali się wyrzutem sumienia dla wielu z nas, zajętych swoimi sprawami i niezauważających jak w wielu miejscach ginie i degraduje się polska przyroda, krajobraz i wartości kulturowe.
Wbrew opinii technokratów, że ekolodzy przegrali z kretesem, bo nikt ich protestu nie potraktował poważnie i że Góra Świętej Anny interesowała tylko garstkę nieletniej młodzieży i wagarowiczów, chcemy jasno stwierdzić, że w polskim społeczeństwie są ludzie, którzy popierają protest w obronie Góry. Nie tylko liczne organizacje ekologiczne, słuchacze rozgłośni radiowych i czytelnicy gazet, którzy wyrażali swój szacunek dla tych obrońców przyrody, ale także wielu ludzi nauki i kultury pragnie wyrazić swoją solidarność z tymi, którzy ryzykując interwencje ochroniarzy, policji, zatrzymanie i pociągnięcie do odpowiedzialności karnej, gotowi byli do końca domagać się uratowania tego przyrodniczo-kulturowego skarbu Opolszczyzny, jakim jest Góra Świętej Anny. W tej sytuacji uważamy, że wyciąganie konsekwencji karnych wobec aresztowanych nie powinno mieć miejsca.
prof. Roman Andrzejewski,
Tanna Jakubowicz-Mount,
dr A. Janusz Korbel,
prof. Stefan Kozłowski,
prof. Wiesław Łukaszewski,
Ryszard Peryt,
Maciej Prus,
prof. Zbigniew T. Wierzbicki,
Urszula Pająk,
prof. Aleksander Krawczuk,
Stefan Chałubiński,
senator Anna Bogucka-Skowrońska.
Góra św. Anny, 11.02.98
W związku z planami budowy autostrady A4 przez masyw Góry św. Anny zwracamy się do Pana Premiera z apelem o zmianę stanowiska administracji rządowej w tej sprawie. Góra św. Anny i znajdujący się wokół niej Park Krajobrazowy to teren o niezwykłych walorach przyrodniczych, krajobrazowych i kulturowych. Uważamy, że decyzje urzędników państwowych zezwalających na przecięcie autostradą Góry Św. Anny i Parku Krajobrazowego są nie tylko sprzeczne z prawem, ale i z interesem publicznym. Wartość takich miejsc nie daje się przeliczyć na pieniądze i ekonomiczne wskaźniki. A jednak stary las, zwierzęta i rośliny w nim żyjące wartość mają, tak samo jak ma ją wszystko co prawdziwe, żywe i piękne. Dzisiaj proponuje się nam zamianę tego miejsca na tandetną betonową pustynię, pełną zgiełku i spalin. Być może ktoś na tym zarobi, być może ktoś wykaże, że jeszcze bardziej "rozwinęliśmy się gospodarczo".
Jesteśmy jednak przekonani, że tak naprawdę straci na tym cała przyroda i ludzie, którzy są jej częścią. Kiedy już zaasfaltujemy całą Polskę, "wejdziemy do Europy", "będziemy bogaci i rozwinięci" wtedy okaże się, że nie mamy czym oddychać, a Ziemia wokół nas jest szpetna i jałowa. Jednak na odbudowę tego co dziś tak lekkomyślnie niszczymy będzie za późno.
Dlatego jeszcze raz apelujemy do Pana Premiera i do wszystkich rządzących w Polsce, aby zmienilipodjęte pochopnie decyzje i kierowali się rzeczywistym dobrem kraju. Wobec widocznej już gołym okiem ekologicznej klęski, będziemy wkrótce rozliczeni z tego, czy dziś ulegamy modom tworzonym przez potężne grupy nacisku, czy też zachowaliśmy wrażliwość i zdrowy rozsądek.
Dlatego wzywamy Pana Premiera by nie zezwolił na zniszczenie Góry Św. Anny i pozwolił jej istnieć nadal w takim stanie, w jakim ją otrzymaliśmy.
- Grzegorz Kuśnierz
ˇ Jakub Łukaszewski
Pracownia Ekologiczno-Społeczna "Od podstaw" Kostrzyn n/Odrą
ˇ Maciej Przybylski
Kolektyw "Inicjatywa Społeczna" Kostrzyn n/Odrą
ˇ Małgorzata Martyka
Ośrodek Działań Ekologicznych "Źródła" - Łódź:
ˇ Dominika Baryła
Federacja Zielonych - Łódź
- Rafał Górski
Towarzystwo Ekologiczne "Ziemia Przede Wszystkim" - Poznań
ˇ Tomasz Wsiech
ˇ Jacek Polewski
ˇ Mariola Kalkowska
Federacja Zielonych - Kraków
ˇ Alina Dys
Niezależna Grupa Walcząca "Góra św. Anny" - Zdzieszowice
ˇ Łukasz Sokołowski
ˇ Piotr Mościcki
Grupa Na Rzecz Ziemi - Radom
ˇ Mariusz Pajączkowski
SEK "Krąg Przyjaciół Ziemi" - Płock
ˇ Mariusz Duchiewicz
Federacja Zielonych - Strzelce Opolskie
ˇ Sławomir Słotwiński
Stowarzyszenie "Pracownia Na Rzecz Wszystkich Istot" - Bielsko-Biała
ˇ Jacek Zachara
ˇ Liliana Dawidziuk
ˇ Jacek Baraniak
Towarzystwo Ekologicznego Transportu - Kraków
ˇ Olaf Swolkień
Góra Świętej Anny, 12.05.98
Koalicji na rzecz Góry Świętej Anny:
Do Ministra Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa
My, uczestnicy protestu w obronie Parku Krajobrazowego Góra Świętej Anny, domagamy się natychmiastowego wstrzymania budowy autostrady A-4 w obrębie tutejszego parku. W związku z próbami kontynuowania budowy autostrady przez środek parku krajobrazowego wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec decyzji pańskiego poprzednika, aprobującego taką lokalizację. Uważamy, że decyzja taka jest groźnym precedensem. Jest to zresztą nie pierwszy tego typu przypadek. Obowiązujące w Polsce ustawodawstwo mające za zadanie chronić dzika przyrodę doznaje jaskrawego naruszenia. Obowiązująca od 1991 roku ustawa o ochronie przyrody wyraźnie (w art.13 ust. 1 pkt 3) wymienia parki krajobrazowe jako jedną ze szczególnych form ochrony przyrody. Natomiast art.24 ust.1 ustawy nakłada na opiekunów parku obowiązek racjonalnego gospodarowania. Ten ustawowy przecież wymóg nie jest w tym przypadku spełniony. Autostrada biegnąca poprzez park zniszczy bowiem całkowicie jego bezcenną przyrodę. Co więcej, taka a nie inna decyzja lokalizacyjna, narusza także szereg norm o charakterze generalnym, wypływających z ustawy o ochronie i kształtowaniu środowiska, by wymienić chociażby niektóre zapisy art. 73 tejże. Konstytucja RP zawiera również odpowiednie normy nakładające na organa władzy obowiązek dbania o stan środowiska. Nic więc nie może usprawiedliwiać dziejącego się bezprawia. Parki krajobrazowe i rezerwaty są naszym zdaniem tworzone po to, żeby nie budować na ich terenie m.in. autostrad, a nie po to, żeby wydawać potężne środki na zabezpieczenia, których skuteczność jest iluzoryczna. Zwracamy też uwagę Pana Ministra na krytyczne głosy wobec procedury i jakości prac Komisji Ocen Oddziaływania na Środowisko. Góra Świętej Anny to miejsce unikalne, a nawet święte. Wierzymy, że Pan Minister jest w stanie skorygować błędną decyzję swego poprzednika i uratować je. Nie chcemy konfrontacji, chcemy rozmawiać, ale rozmowy te muszą być prowadzone z autentycznymi przedstawicielami ruchu ekologicznego, a nie przebiegać w atmosferze faktów dokonanych.
Koalicja na rzecz Góry Świętej Anny