Source: http://girzynski.blog.onet.pl/2009/02/
Timestamp: 2017-06-28 00:18:37+00:00
Document Index: 64520088

Matched Legal Cases: ['art. 86', 'art. 92', 'art. 174', 'art. 18', 'art. 16', 'Art. 16']

Luty, 2009 | Blog Zbigniewa Girzyńskiego
Miesięczne archiwum: Luty 2009	Z pola walki z marszałkiem Bronisławem Komorowskim
Opublikowano 23 lutego 2009 Autor: Zbigniew Girzyński	Z pola walki z marszałkiem Bronisławem Komorowskim
W styczniu tego roku zostałem pozwany przez pana Bronisława Komorowskiego, Marszałka Sejmu, o ochronę dóbr osobistych. Do samego pozwu i meritum sprawy będę wracał we właściwym czasie. Teraz kilka zdań informacji na temat tego jak się sprawy mają aktualnie.
Odebrałem w dniu dzisiejszym postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie, który przychylił się do złożonego przeze mnie wniosku i „uznał się za niewłaściwy”. Jednocześnie Sąd Okręgowy w Warszawie podzielił moje zdanie i „przekazał sprawę Sądowi Okręgowego w Toruniu, według właściwości rzeczowej i miejscowej”.
W żaden sposób postanowienie to nie przesądza o istocie sprawy, ale zawsze będzie mi miło przespacerować się do Sądu Okręgowego w Toruniu, który mieści się 200 metrów od mojego biura poselskiego ze świadomością, że Pan Marszałek i jego pełnomocnik będą się do niego przemieszczali 230 km. Ponieważ Pan Marszałek pozwał mnie prywatnie to mam nadzieję, że zachce się pofatygować swoim własnym autem? Nie to żebym był nadmiernie zasadniczy, ale biorąc pod uwagę, że jakiś niesubordynowany kierowca mógłby wbrew woli Pana Marszałka narazić go na nieprzyjemności bez jego wiedzy jadąc zbyt szybko, to w ten sposób Pan Marszałek, mam w każdym razie taką nadzieję, uniknie tego typu kłopotów?
Te małe uszczypliwości są jednak tylko nieistotnym drobiazgiem. Martwi mnie coś zupełnie innego Pan Marszałek oraz reprezentujący go w tej sprawie Pełnomocnik złożyli, jak widać po postanowieniu Sądu Okręgowego w Warszawie, pozew z naruszeniem właściwości rzeczowej i miejscowej sądu. Taka pomyłka oczywiście zdarzyć się może każdemu. Sądziłem jednak, że kto jak kto, ale Marszałek Sejmu, człowiek kierujący pracami Izby, która odpowiada ze tworzenie prawa, dysponuje nieco większą wiedzą w zakresie funkcjonowanie prawa w praktyce? Osobiście nie mam o Panu Marszałku zbyt dobrego zdania, po zapoznaniu się ze złożonym przez niego pozwem ta opinia uległa dalszemu pogorszeniu, ale sądziłem że mimo różniących nas poglądów politycznych łączy nas pewien poziom profesjonalizmu w podejściu do wykonywanej pracy? Mam nadzieję, że tę pomyłkę mi Pan Marszałek wybaczy i nie będzie mnie z tego powodu pozywał o ochronę dóbr?
W ramach drobnego zadośćuczynienia zaś polecam mu film, który mam nadzieję przypomni mu młodzieńcze lata. Miał w 1969 r. Pan Marszałek 17 lat, mnie jeszcze nie było na świecie, kiedy na ekranach Telewizji Polskiej pojawił się serial dla młodzieży pod tytułem „Do przerwy 0:1”. Mam nadzieję, że odświeżenie sobie w pamięci przygód Paragona, Perełki i Mandżaro będzie miłą odmianą po studiowaniu mapy drogowej i ustalaniu w oparciu o nią gdzie są zainstalowane fotoradary? W Warszawie nie byłoby takiego kłopotu, zresztą jak przyznał sam Pan Marszałek, jego kierowcy wiedzą gdzie są w Warszawie fotoradary, niestety w drodze do Torunia już tak dobrze może nie być.
Kraj Goethego
Opublikowano 13 lutego 2009 Autor: Zbigniew Girzyński	Kraj Goethego
W swoim komentarzu na portalu Onet.pl pan Jan Latała „przejechał się” po polityku PO i byłym pośle tej partii panu Janie Rokicie. Rozpoczął swój felieton od słów: „Polskie dziadostwo – tak można najkrócej skomentować zachowanie Jana Rokity”. Potem pisał, jak to pan Jan Rokita, jego zdaniem, kompromituje siebie i Polskę w wyjątkowym miejscu na świecie jakim jest kraj gdzie językiem „ojczystym jest języku Goethego”. Kończąc swój felieton ubolewa nad postawą moją i posła Cymańskiego za to, że jako pierwsi poszliśmy pod prąd medialnej histerii w sprawie Jana Rokity stając w jego obronie. Kończy swój tekst pan Jan Latała następującymi słowami: „I jeszcze słowo do posłów PiS Zbigniewa Girzyńskiego i Tadeusza Cymańskiego, którzy broniąc Rokity uderzyli w narodowe tony. Panowie posłowie: na pokładzie wszyscy jesteśmy pasażerami. Jedyne, co nas różni, to klasa. Nie tylko ta wypisana na bilecie”.
Mam nadzieję, że jak będzie pan Jan Latała kiedyś podróżował samolotem to go policja z „kraju Goethego” nie wyprowadzi skutego w kajdankach z ważnym biletem tylko dlatego, że wda się w spór ze stewardesom na temat tego gdzie ma położyć płaszcz swojej żony. Parę razy w życiu zdarzyło mi się samolotem podróżować i to różnymi liniami. Sytuacje w podróży bywają różne. Ludzie niekiedy nerwowi, okoliczności nieraz powodują nieprzewidziane wydarzenia. Zdarzyło mi się widzieć sytuacje gdzie faktycznie stewardesom mogły puścić nerwy bo i pasażerowie zdarzają się uciążliwi, choć w tym wypadku zgodnie z tym co relacjonował jeden z podróżujących z państwem Rokitami Polaków, to niemiecka stewardesa byłą raczej osobą „zaczepną”, ale nigdy nie widziałem żeby człowieka z ważnym biletem w kajdankach wyrzucić z samolotu. Podkreślę – NIGDY.
Od rana obserwowałem jak w niektórych mediach robiono sobie żartu i wyśmiewano się z pana Rokity, którego osobiście znam bardzo słabo. Jakie to było dla mnie proste żeby zdobyć poklask wśród tych prześmiewców? Wystarczyło przyłączyć się do tego chóru i grzmieć jaki to ten Rokita niepoważny, jak to dobrze, że Niemcy nauczą go trochę kultury w więzieniu. Generalnie ci Niemcy to mogliby nas sporo nauczyć. W końcu to „kraj Goethego”. Pewnie nawet pan Jan Latała zechciałby mnie wtedy pochwalić w swoim tekście. A ja musiałem tych wszystkich modnisiów rozczarować. Trudno. Nie ulegajmy prostym i nie zawsze mądrym modom. To jak z modą na francuszczyznę, nie zawsze przynosiła ona dobre rezultaty. Jeśli chcemy, aby nas szanowano, najpierw szanujmy się sami. My Polacy. W tym „kraj Goethego” w XXI w. zakazuje się sądownie dzieciom z małżeństw mieszanych polsko – niemieckich mówić w języku Mickiewicza. W tym „kraj Goethego” Polaka z ważnym biletem zakuto w kajdanki i wyrzucono z samolotu tylko dlatego, że ośmielił się wymagać od stewardesy tego czego się od niej wymagać powinno: kultury bycia i pomocy dla pasażerów bo między innymi i on (kupując bilet) jej za to zapłacił! Myślę, że wybitny niemiecki poeta jaki Goethe był pewnie się w grobie by przewracał gdyby widział zachowanie swoich rodaków na lotnisku w Monachium, za to mają Niemcy w swojej historii parę postaci, które byłby taką postawą zachwycone.
Nie tak dawno pewien Polak błąkał się po lotnisku w Kanadzie. Ponieważ także się wdał w spory z tamtejszą ochroną lotniska ta potraktowała go paralizatorem w efekcie czego zmarł. Kanadyjczycy tłumaczyli to tym, że nie znał za dobrze angielskiego i się nie mogli z nim dogadać. Pan Rokita miał nieco więcej szczęścia bo jednak wrócił z „kraju Goethego” zdrowy, ale co do życzliwości własnych rodaków to już takiego szczęścia nie miał bo jakoś nie przypominam sobie po tym nieszczęśliwym zdarzeniu w Kandzie, aby przez media przewinęła się fala opinii w stylu „dobrze mu tak, po co się do Kanady wybierał jak języka nie znał”.
Całe to wydarzenie przywołało mi na myśl pewną z pozoru tylko niezwiązaną z tematem historię. Jakieś 20 lat temu w Domu Studenckim nr 5 przy UMK w Toruniu pracowała na portierni pani Gertruda, nazywana pieszczotliwie przez mieszkających tam studentów Trudzią. Był wtedy DS. 5 akademikiem tylko męskim (pozostałe były już koedukacyjne). Sam miałem okazję mieszkać w nim jeszcze jako w akademiki męskim na pierwszym roku moich studiów w roku akademickim 1992/1993. Męski to on oczywiście był tylko z nazwy. Bo dziewczyny przechadzały się tam po korytarzach i nie tylko po korytarzach, wcale nie rzadziej od chłopaków. Jedna z obecnych posłanek, która przez pewien okres czasu studiował także na UMK (miła dziewczyna więc ubolewam, że nie w tym samym czasie co ja) opowiadała mi, że z sentymentem wspomina jak wkradała się do tegoż magicznego DS. 5 po rynnie! Miał DS. 5 na UMK w tamtych czasach w sobie coś naprawdę magicznego. Wśród moich znajomych na naszej – klasie mam z tamtych czasów kolegą Marcina (nazywaliśmy go z Robertem, moim „współspaczem” z pokoju 306: „Czak”), dziś prawnika, swego czasu zaangażowanego w działalność PO. Ale wracając do tej „magii” DS. 5. Jakieś 20 lat temu, w czasach gdy wejścia do tegoż akademika strzegła nieodżałowana pani Trudzia, mieszkali tam dwaj studenci „Bizon” i „Sołtys”. Byli to tak zwani wieczni studenci. Co studiowali i od kiedy już nikt, nawet pani Trudzia, nie pamiętał. Lubili oni Pani Trudzi płatać różne żarty. Ulubionym była tzw. „audycja z panią Trudzią”. Późnym wieczorem przechodzili do niej na portiernie z tzw. „świerszczykiem” i zaczynali go przy niej oglądać podpuszczając w ten sposób, aby zaczęła co pikantniejsze zdjęcia komentować. W tym czasie niepostrzeżenie włączyli parę kołchoźników (głośniki instalowane z pokojach, które służył m.in. portierkom do wołania studentów do telefonu) przez które komentarze pani Trudzi mógł słyszeć cały, albo prawie cały akademik. Jak się pani Trudzia zorientowała na czym polega dowcip to oczywiście obrażała się na nich, ale zawsze ją czymś udobruchali (a to w karty z nią pograli, a to wódką poczęstowali) i jak już nieco zapomniała o sprawie to żart się powtarzał.
Dlaczego o tym wspominam? Pewnie Jan Rokita miałby nieco „lepszą prasę” gdyby nie fakt, że jego żoną jest Nelly Rokita, która jak była w PO przedstawiana była jako żywy przykład kobiety europejskiej, a jak się związała z PiS to przez niektóre media jest uparcie obśmiewana z byle, albo i bez powodu. Brylują w tym zwłaszcza tytuły tzw. prasy bulwarowej. A mechanizm tego prezentowania jej na łamach tejże prasy jest dokładnie taki jak z w przypadku pani Trudzi z DS. 5 oraz Bizona i Sołtysa. Podpuszczą ją, wykorzystując prostolinijność i brak wyrachowania, który raczej zasługuje na pochwałę, w nieco zakłamanym świecie polityki, a następnie robią z niej przysłowiową „wariatkę”. Jak się Nelly zorientuje, że ją w coś „wkręcili” to jakiś czas uważa, a jak znów uśpią jej czujność zabawa się powtarza.
Pani Trudzia była sympatyczną, choć nieco niekonwencjonalną kobietą. Podobnie sprawa ma się z Nelly. Pan Jan Rokita to może nieco ekstrawagancki facet, ale to jeszcze nie powód żeby go skuć i zamknąć w więzieniu. A my nauczmy się wreszcie samodzielnie myśleć. Ktoś kiedyś na jednym z murów w Płocku napisał: „Ludzie myślcie, to nie boli”. Generalnie jestem przeciwnikiem bazgrania na murach, ale ten napis szkoda, że już dawno zamalowano.
Opublikowano 6 lutego 2009 Autor: Zbigniew Girzyński	Prawdziwe oblicze pewnego Marszałka
Przytoczone okoliczności zdarzenie powodują, że rodzi się pytanie czy kierowca BMW serii 7, które należy do Biura Ochrony Rządu, a które znajduje się w dyspozycji Marszałka Sejmu, wioząc marszałka sejmu pana Bronisława Komorowskiego na spotkanie opłatkowe Platformy Obywatelskiej w dniu 11 grudnia 2008 r. w Parzniewie naruszał przepisy ruchu drogowego? W szczególności zaś czy doszło do naruszenie art. 86. § 1 i art. 92. § 1 kodeksu wykroczeń? Wreszcie, mając na uwadze duży ruch innych pojazdów, stojących na przystankach autobusowych pasażerów, czy nie doszło do zagrożenia spowodowania katastrofy w ruchu lądowym, a wiec już nie wykroczenia, a występku, którego znamiona określa art. 174 § 1 kodeksu karnego Jeśli by się okazało, że doszło do naruszenia prawa, powstaje pytanie czy kierowca służbowego samochodu Marszałka Sejmu uczynił to z własnej inicjatywy czy też na skutek bezpośredniego polecenia pana Bronisława Komorowskiego? Sam Pan Bronisław Komorowski zaznaczył, iż „nie jest od kontrolowania prędkości jazdy”, ale „jest oczywiście od tego aby się starać nie spóźnić”. A zatem – czy Marszałek Sejmu pan Bronisław Komorowski wpływał na swojego kierowcę, aby ten łamał przepisy kodeksu drogowego? Jeśli tak, tym samym powinien odpowiadać za podżeganie do popełnienia wykroczenia lub przestępstwa – na podstawie art. 18 § 2 kodeksu karnego.
· Nagranie z audycji „Teraz My” wyemitowane przez Telewizję TVN dnia 15 grudnia 2008 r.
· Nagranie z kamery, wraz z pomiarem prędkości ze sprzętu będącego w posiadaniu reporterów telewizji TVN jadących w dniu 11 grudnia 2008 r. za samochodem wiozącym marszałka sejmu pana Bronisława Komorowskiego
· zeznania świadków:
Niemcy powinni finansować utrzymywanie Muzeum Auschwitz
Opublikowano 4 lutego 2009 Autor: Zbigniew Girzyński	Niemcy powinni finansować utrzymywanie Muzeum Auschwitz
Poseł na Sejm RP Toruń, 4 lutego 2009 r.
INTERPELACJA w sprawie konieczności wystąpienia Ministerstwa Spraw Zagranicznych do rządu Republiki Federalnej Niemiec o finansowe wsparcie ze strony RFN dla Państwowego Muzeum Auschwitz – Birkenau i dla innych instytucji w Polsce upamiętniających zbrodnie niemieckiego ludobójstwa z okresu II wojny światowej dokonywane na okupowanych ziemiach polskich.
27 stycznia 2009 r. minęły 64 lata od chwili uwolnienia pozostałych przy życiu więźniów z niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz. To wyjątkowe miejsce, będące świadectwem największego w dziejach Europy ludobójstwa dokonanego przez niemieckich okupantów na ziemiach polskich, jest symbolem zagłady Żydów i męczeństwa wielu narodów Europy. 27 stycznia jako symbol refleksji nad zagładą Żydów jest obchodzony jako Międzynarodowy Dzień Holocaustu.
Przy okazji tegorocznych obchodów Międzynarodowego Dnia Holocaustu media, m.in. dziennik „Rzeczpospolita” ujawniły, że Państwowe Muzeum Auschwitz – Birkenau ma ogromne problemy finansowe, które mogą zagrozić upamiętnieniu miejsca męczeństwa setek tysięcy ludzi, których dopuścili się tam w czasie II wojny światowej Niemcy.
Powstałe w czasie okupacji budynki obozowe były przewidywane do krótkotrwałego funkcjonowania, a tymczasem jako świadectwo wielkiej zbrodni muszą zostać zachowane. W chwili obecnej konieczne jest znalezienie, zgodnie ze wstępnymi szacunkami, ok. 100 mln. zł., aby dokonać niezbędnych prac konserwatorskich w dawnych obozach Auschwitz i Auschwitz II – Birkenau. Tymczasem cały roczny budżet muzeum wynosi 24 mln zł, z czego z budżetu państwa muzeum otrzymuje ok. 11 mln. Kwoty takie wystarczają zaledwie na najbardziej pilne potrzeby i w najmniejszym nawet stopniu nie mogą pomóc w celu właściwego zabezpieczenie terenu byłych obozów koncentracyjnych.
Nakreślony powyżej problem nie jest jedynie bolączką Państwowego Muzeum Auschwitz – Birkenau. Z mniejszymi lub większymi problemami finansowymi borykają się inne muzea i miejsca pamięci narodowego upamiętniające niemieckie obozy z okresu II wojny światowej usytuowane na ziemiach polskich. Dotyczy to obozów: Bełżec, Gross – Rosen, Kulmhof, Majdanek, Sobibor, Stutthof. Tamtejsze muzea, będące próbą zachowania pamięci o niemieckich zbrodniach z okresu II wojny światowej cierpią na chroniczny brak środków na normalne funkcjonowanie. Na terenie innego obozu – w Treblince – muzeum de facto nie istnieje ponieważ nie ma środków na stworzenie chociażby minimalnej infrastruktury dla zwiedzających. Poza pomnikiem nie ma w zasadzie żadnego właściwego upamiętnienia obozu Plaszow, co w obliczu faktu, że wśród nielicznych ocalonych z tego obozu znajdują się krakowscy Żydzi z tzw. „listy Schindlera” wydaje się wręcz niewiarygodne. Jeszcze bardziej bolesną wydaje się sprawa KL Warschau, który nie ma nawet pomnika, będącego świadectwem dokonywanych w nim, głownie na Polakach, zbrodni.
Jak więc widać, potrzeby w zakresie upamiętnienia niemieckich zbrodni z okresu II wojny światowej są ogromne i zdecydowanie przewyższające możliwości Państwa Polskiego. Nawet zresztą gdyby Polska była krajem tak bogatym, że stać by ją było na wydatkowanie środków na upamiętnienie tych obozów we właściwej wysokości, rodzi się pytanie o to, czy rzeczywiście to Polska powinna ponosić w całości koszty utrzymania tych muzeów? Znamienne niech w tym kontekście będą słowa Naczelnego Rabina Polski Michaela Schudricha, który odnosząc się do ujawnionych ostatnio problemów finansowych muzeum Auschwitz powiedział: „Jest niemoralne, by na Polskę spadał cały obowiązek konserwacji Auschwitz”. Jednocześnie rabin M. Schudrich wyraził oczekiwanie, aby w finansowanie Auschwitz zaangażowane zostały Niemcy.
W Polsce brak jest pieniędzy na należyte finansowanie miejsc pamięci, które są świadectwem niemieckich zbrodni z okresu II wojny światowej, tymczasem budżet Republiki Federalnej Niemiec ma stać się źródłem potężnej inwestycji w postaci tzw. „Widocznego Znaku”, który ma być realizacją postulatu budowy „Centrum przeciw Wypędzeniom” za którym stoi pani Erika Steinbach. Przedsięwzięcie to de facto ma być próbą zrównywanie losów ofiar i katów z okresu II wojny światowej.
W związku z powyższym rodzą się pytania, o odpowiedź na które proszę Pana Ministra:
1. Czy Polska zamierza wystąpić do władz Republiki Federalnej Niemiec o przekazanie przez to państwo środków pieniężnych na przeprowadzenie prac konserwatorskich na terenie byłych niemieckich obozów koncentracyjnych Auschwitz i Auschwitz II – Birkenau?
2. Czy Polska ma zamiar na forum Unii Europejskiej wystąpić z projektem, który zobowiązywałby Niemcy do stałego i godnego partycypowania w kosztach utrzymywania na terenie Polski wszystkich muzeów, które upamiętniają niemieckie ludobójstwo z okresu II wojny światowej?
Wydaje się być wielką historyczną niegodziwością, że w chwili, gdy potomkowie katów, którzy dokonywali zbrodni w czasie II wojny światowej, będą upamiętniali ich rzekome krzywdy, ślady ich prawdziwych zbrodni będą niszczały, ponieważ ciężarem ich zabezpieczenia obarczono potomków ofiar.
Ze względu na to, że poruszane sprawy są wielce bulwersujące proszę Pana Ministra o zajęcie się tym problemem i udzielenie mi odpowiedzi co do planowanych działań Ministerstwa Spraw Zagranicznych w tej sprawie.
Opublikowano 3 lutego 2009 Autor: Zbigniew Girzyński	„Afera Marszałkowa”
Od pewnego czasu w środkach masowego przekazu pojawiają się informacje na temat tzw. „Afery Marszałkowej”. Nazwa ta pochodzi od cyklu artykułów autorstwa redaktora Aleksandra Ściosa po tym właśnie tytułem, w których autor przedstawiał sprawy związane z postępowaniem marszałka sejmu pana Bronisława Komorowskiego wobec aneksu do raportu z likwidacji byłych Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI). Mimo licznych prób uzyskania odpowiedzi od pana Bronisława Komorowskiego na zadawane przez dziennikarzy pytania w tej sprawie konsekwentnie ignoruje on te zabiegi.
Skoro marszałek sejmu pan Bronisław Komorowski nie widzi potrzeby odpowiedzi na zadawane pytanie przez dziennikarzy będzie musiał pochylić się nad tymi samymi pytaniami zadanymi przez posła na sejm w oparciu o ustawę o wykonywaniu mandatu posła i senatora.
Marszałek sejmu pan Bronisław Komorowski był 24 maja 2006 r. jedynym posłem z Platformy Obywatelskiej, który wspólnie z posłami SLD głosował przeciwko ustawie, która likwidowała Wojskowe Służby Informacyjne. Wielokrotnie bronił WSI, a likwidację ich nazwał publicznie „hańbą” i „szaleństwem”. Ma do tego pełne prawo. Ale czy ma prawo nie udzielać odpowiedzi na pytania zadawane w tej sprawie przez dziennikarzy, którzy zajmują się tą sprawą? Być może i do tego prawo ma choć na pewno wydaje się to przeczyć zasadzie przejrzystości życia publicznego. Ale odmówić odpowiedzi na pytania zadane w oparciu o ustawę o wykonywaniu mandatu posła już nie może. W tej sytuacji… (pismo zamieszczone poniżej w dniu dzisiejszym zostało wysłane z mojego biura do marszałka sejmu pana Bronisława Komorowskiego):
Zbigniew Girzyński Toruń, 3 lutego 2009 r.
Biuro Poselskie Ul. Fosa Staromiejska 30/4
Na podstawie art. 16 ust. 1 ustawy o wykonywaniu mandatu posła, który stanowi:
„Art. 16. 1.: Posłowie i senatorowie mają prawo uzyskiwać od członków Rady Ministrów oraz przedstawicieli właściwych organów i instytucji państwowych i samorządowych informacje i wyjaśnienia w sprawach wynikających z wykonywania obowiązków poselskich lub senatorskich”
oraz w związku z olbrzymim zainteresowaniem polskich internautów tak zwaną „Aferą Marszałkową”, a także biorąc pod uwagę wielokrotne odmowy przez Pana Marszałka odpowiedzi na sformułowane poniżej pytania, kierowane m.in. w drodze zapytań dziennikarskich (vide: Misja Specjalna), a przede wszystkim ze względu na węzłowe znaczenie sprawy prowokacji organizowanych przez szkolonych w Moskwie żołnierzy b. WSI dla bezpieczeństwa państwa polskiego, kieruję do Pana Marszałka zapytania poselskie:
1. Z opublikowanych zeznań Pana Marszałka przed prokuratorem wynika, że wyraził Pan zainteresowanie propozycją złożoną przez płk. Aleksandra Lichockiego, dotyczącą możliwości dotarcia do tajnego tekstu aneksu do tzw. raportu o likwidacji WSI. Z jakich powodów Pan Marszałek wyraził zainteresowanie propozycją płk. Aleksandra Lichockiego, mając świadomość, że próba dotarcia do tego dokumentu jest przestępstwem?
2. Z kim poza płk. Lichockim spotykał się Pan Marszałek w czasie tych dwóch tygodni (do czasu powiadomienia ABW i posła Pawła Grasia) w sprawie aneksu i dlaczego fakt tych spotkań zataił Pan przed opinia publiczną?
3. Dlaczego Pan Marszałek nie zawiadomił „o prowokacyjnych działaniach oficerów WSI” ówczesnego szefa komisji weryfikacyjnej byłego premiera Jana Olszewskiego?
4. Czy wieloletni współpracownik Pana Marszałka z czasów, gdy był pan ministrem obrony narodowej, gen. Józef Buczyński spotykał się z byłymi oficerami WSI w sprawie uzyskania wglądu do aneksu? 5. Jeżeli gen. Józef Buczyński spotykał się z byłymi oficerami WSI w sprawie uzyskania wglądu do aneksu to gdzie i kiedy miały miejsce te spotkania?
6. Czy zlecał Pan Marszałek osobiście bądź pośrednio gen. Buczyńskiemu kontakty z funkcjonariuszami WSI w sprawie uzyskania wglądu do aneksu?
7. Od jakiego czasu datuje Pan Marszałek znajomość z płk. A. Lichockim i jaki jest związek płk. A. Lichockiego z wydarzeniami z roku 2004, gdy syn Pana Marszałka został potrącony przez samochód jednego z najbogatszych Polaków, który jechał w obstawie dwóch lancii BOR z pokazu Ferrari w hotelu Victoria? 8. Od jakiego czasu posiada Pan Marszałek informację, przekazaną później posłowi Pawłowi Grasiowi, jakoby płk A. Lichocki był „szpiegiem związanym z rosyjskim wywiadem” (z zeznania Pawła Grasia przed prokuratorem z dnia 27 listopada 2008 r.) i skąd pochodzi ta wiedza?
9. Z jakich powodów Pan Marszałek zataił przed prokuratorem (zeznanie z dn. 24 lipca 2008 r. – Prokurator Prokuratury Krajowej Andrzej Michalski zadaje pytanie Marszałkowi Sejmu o to czy ten zna Wojciecha Sumlińskiego. Pan Marszałek odpowiada: „Nazwisko Wojciecha Sumlińskiego kojarzę jedynie z prasy. Nie znam go osobiście. Leszka Pietrzaka także nie kojarzę” oraz wypowiedź dla PR1 z dn. 1 sierpnia 2008r.: „Akurat o panu Sumlińskim nic nie wiem, chyba nie znałem tego pana…”) fakt, iż poznał Pan dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego w roku 2007, a tematem kilku odbytych spotkań i rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut” w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civil?
10. Jakie związki łączyły w przeszłości pana Marszałka z Fundacją Pro Civil?
11. Jaki był powód spotkania i wspólnej narady, w której uczestniczyli: Pan Marszałek Bronisław Komorowski, szef ABW Krzysztof Bondaryk, poseł Paweł Graś oraz ppłk. Leszek Tobiasz ? Ze względu na wagę sprawy, uprzejmie proszę Pana Marszałka o jak najszybszą i pełną odpowiedź na każde z powyższych pytań z osobna.
Platformersom puszczaj nerwy…
Opublikowano 2 lutego 2009 Autor: Zbigniew Girzyński	Platformersom puszczaj nerwy…
Marszałek Sejmu, pan Bronisław Komorowski pozwał mnie właśnie do sądu ponieważ poczuł się urażony tym, że skomentowałem jego niestosowne zachowanie po incydencie w Gruzji słowami, które on sam lub jego partyjny kolega Janusz Palikot stosują wobec swoich przeciwników. Przypomnę, że poseł Janusz Palikot nazwał Prezydenta “chamem” co zdaniem prokuratury nie narusza prawa, a marszałek Komorowski go wielokrotnie bronił twierdząc, że język Palikota w politycy jest zjawiskiem naturalnym i nie ma mu nic do zarzucenia. Sam zresztą nie przebierał w słowach i np. historyków IPN wielokrotnie nazywał “popłuczynami po endecji”. Ale te same określenia “cham” i “popłuczyny” zastosowane wobec samego Bronisława Komorowskiego (z wyraźnym wskazaniem, że jest to jego własny cytat lub cytat z Janusza Palikota) to jego zdaniem to brak umiejętności “rozróżniania dopuszczalnej polemiki od nienawistnych ataków i powtarzanie obelg”
Do sprawy tej niedługo wrócę także na blogu, ale już po tym wprowadzeniu widać, że marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu puszczają nerwy. Puszczają nerwy zresztą nie tylko jemu, ale i innym politykom PO. Poniżej trzy przykłady z ostatnich dni
Przykłady wypowiedzi polityków Pow związku z Kongresem Prawa i Sprawiedliwości
“Nie oczekuję od pana Jarosława Kaczyńskiego żadnych przeprosin, ponieważ nie uważam, żeby był on w stanie mnie czymkolwiek obrazić. Wielokrotnie przytaczałem już porównanie, które i tym razem pasuje jak ulał: kiedy ktoś mnie po pijaku obrzyga w autobusie, to nie jest obraza. To jest obrzydliwość. Nie każdy może mnie obrazić. Prezes PiS nie ma życiorysu, który by mu na to pozwolił. Jestem ponad to.”
Sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów komentując dla “Dziennika” przeprosiny Jarosława Kaczyńskiego, adresowane do inteligencji
“Kongres PiS to spektakl dla idiotów”
“Te trzy egerie są bardzo mało wiarygodne, ponieważ jedna kłamie, druga ujada, a trzecia nie ma nic do powiedzenia.”
Wypowiadając się o posłankach PiS występujących w telewizyjnym materiale informacyjnym Prawa i Sprawiedliwości: Aleksandrze Natalii – Świat, Grażynie Gęsickiej i Joannie Kluzik – Rostkowskiej