Source: https://www.zanettaiprawo.pl/2018/10/czy-za-prace-nalezy-sie-wynagrodzenie.html
Timestamp: 2020-08-11 07:29:28+00:00
Document Index: 3983020

Matched Legal Cases: ['art. 22', 'art. 78', 'art. 84', 'art. 85', 'art. 86', 'Art. 735', 'Art. 627']

Żanetta i prawo: Czy za pracę należy się wynagrodzenie?
Zgodnie z art. 22 § 1 Kodeksu pracy:
Dalej ustawodawca określa zasady ustalania wysokości wynagrodzenia stanowiąc, że wynagrodzenie za pracę powinno być tak ustalone, aby odpowiadało w szczególności rodzajowi wykonywanej pracy i kwalifikacjom wymaganym przy jej wykonywaniu, a także uwzględniało ilość i jakość świadczonej pracy (art. 78 § 1 Kodeksu pracy). Pracownik nie może zrzec się prawa do wynagrodzenia ani przenieść tego prawa na inną osobę - wynagrodzenie jest niezbywalne (art. 84 Kodeksu pracy). Wypłaty wynagrodzenia za pracę dokonuje się co najmniej raz w miesiącu, w stałym i ustalonym z góry terminie. Pracodawca, na żądanie pracownika, jest obowiązany udostępnić do wglądu dokumenty, na których podstawie zostało obliczone jego wynagrodzenie (art. 85 Kodeksu pracy). Pracodawca jest obowiązany wypłacać wynagrodzenie w miejscu, terminie i czasie określonych w regulaminie pracy lub w innych przepisach prawa pracy. Co do zasady wypłaty wynagrodzenia dokonuje się w formie pieniężnej; częściowe spełnienie wynagrodzenia w innej formie niż pieniężna jest dopuszczalne tylko wówczas, gdy przewidują to ustawowe przepisy prawa pracy lub układ zbiorowy pracy. Obowiązek wypłacenia wynagrodzenia może być spełniony w inny sposób niż do rąk pracownika, jeżeli tak stanowi układ zbiorowy pracy lub pracownik uprzednio wyrazi na to zgodę na piśmie (art. 86 Kodeksu pracy).
Może jesteście teraz trochę zdziwieni, ale jak widzicie zasadą kodeksową nie jest wypłata wynagrodzenia na rachunek bankowy, ale do rąk pracownika. Zagadka zgody wypłaty na rachunek bankowy, którą być może wielu z Was podpisywało wynika właśnie z tego przepisu.
Podobnie prawodawca już konstytuując poszczególne umowy cywilnoprawne - w tym umowę zlecenie oraz umowę o dzieło, wspomina o przysługującym wynagrodzeniu, wprowadzając i tu zasadę odpłatności świadczeń.
Art. 735 Kodeksu cywilnego
Art. 627 Kodeksu cywilnego Przez umowę o dzieło przyjmujący zamówienie zobowiązuje się do wykonania oznaczonego dzieła, a zamawiający do zapłaty wynagrodzenia.
Ze względu na specyfikę umowy o dzieło są różne sposoby ustalania wynagrodzenia w kontekście tej umowy.
Dziś jednak nie chcę zgłębiać tematyki poszczególnych umów. Dziś, jak już wiadomo, chcę zwrócić uwagę, że co do zasady praca - czy to wykonywana na podstawie umowy o pracę, umowy zlecenie czy umowy o dzieło - jest świadczeniem odpłatnym. Gwarantuje to prawo. Większość mi teraz przytaknie, ale pójdźmy w tych rozważaniach głębiej w las...
Społeczne przyzwolenie na bylejakość wynagrodzenia
Pamiętacie mój post o wdzięcznym tytule Ile zarabia aplikant?
Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych wpisów na tym blogu. Dziś jednak nie o tym. Po opublikowaniu tego posta zalała mnie z zewnątrz fala wiadomości, że:
a) na wynagrodzenie aplikantów trzeba spuścić zasłonę milczenia,
b) trzeba pokornie pracować, robić co Ci każą i oczekiwać aż w końcu Cię docenią i dadzą awans/podwyżkę i że taka jest naturalna kolej rzeczy, że powinnam znać swoje miejsce i że nie od razu Rzym zbudowano.
No, okej. Mi możecie tak mówić. Ale powiedzcie to samo, zapieprzającej świątek, piątek, czy niedziela na umowie zlecenia we franczyzowym supermarkecie matce trójki dzieci. Dzieci sobie miała nie robić? - bo pojawią się takie chore głosy. Brawo za logikę, człowieczeństwo i chrześcijańsko-polski stosunek do drugiego człowieka.
Brawo dla tych wszystkich, którzy mówią mi, że:
1) Ty to się w ogóle ciesz, że ktoś łaskawie pracę Ci daje,
2) jakby było trzeba to pracuj nawet i za darmo, ba, dopłacaj do tego interesu jak trzeba i całuj rękę władcy za możliwość zdobycia doświadczenia.
Zaoraj się, a może Cię docenią. Albo może nie.
Pracodawca nigdy nie będzie zainteresowany docenieniem i podwyżkami. On chce wycisnąć z Ciebie jak najwięcej jak najmniejszym nakładem kosztów. I MY się na to zgadzamy. Do czego to prowadzi? Do tego, że jak upomnisz się o "docenienie", czyt. podwyżkę, usłyszysz: "na Twoje miejsce są dziesiątki chętnych, coś Ci się nie podoba, żegnaj". Co z tego, że wypuszczą doświadczonego pracownika - nie ma ludzi niezastąpionych - ktoś się będzie uczył, nie będzie żądał podwyżki, będzie się na wszystko zgadzał, a interes będzie się dalej kręcił "po kosztach".
Brutalne, ale prawdziwe. Jest tak niemalże wszędzie, nie żartuję - wokół mnie jest wielu ludzi zatrudnionych u najprzeróżniejszych pracodawców i każdy kieruje się tym samym.
Wszyscy wokół trąbią, że mamy teraz czas pracownika i że to on rządzi rynkiem pracy. Tak, jest sporo pracy. Ale jesteśmy na stosunkowo niskim poziomie świadomości pracowniczej i rozwojowym na rynku pracy - każdy obawia się utraty pracy, dlatego większość zgadza się na to marne wynagrodzenie, które łaskawie gwarantuje nam prawodawca, który przy okazji piętrzy trudności przed pracodawcami.
Zdaje się, że dopóki nie zmienimy myślenia jako społeczeństwo, dotąd będziemy oczekiwać lepszych płac. Smutne, ale prawdziwe.
Społeczne przyzwolenie na bylejakość ma się dobrze. Jest mi wstyd, że jestem jego częścią, bo boję się o jutro tak samo jak wszyscy.
A ile to będzie po znajomości?
Teraz chciałabym przejść do pewnego zjawiska, z którym spotykam się ja, spotyka się wielu moich znajomych, spotykają się prawnicy, informatycy, fryzjerki, kosmetyczki, wielu, którzy świadczą usługi.
"Słuchaj Grażynka, Ty się znasz, zajmie Ci to pięć minut, powiedz mi, czy..."
"O, cześć Janie, przyszedłbyś wieczorem przepchać mi kanalizację, robisz w tym, szybko Ci pójdzie"
"Hej, dostałam takie pismo z sądu, mogłabyś mi napisać odpowiedź? Znasz się, zajmie Ci to tylko chwilę".
"Boże, dziękuję, nie wiem co ja bym bez Ciebie zrobiła/utonęlibyśmy w nieczystościach".
Uwaga. Teraz będzie ostro. Jest taka powszechnie znana prawda:
Za dziękuję się nic nie kupuje.
Wiecie, być może wielu z Was jest teraz dogłębnie oburzonych, ale moi Drodzy, tu nie chodzi o to, że ktoś nie chce Wam pomóc. Te osoby chętnie pomogą, ale nie sądzicie, że za pracę należy się wynagrodzenie? Docenienie? Tu już nawet nie chodzi o pytanie: "a ile to będzie po znajomości", tu chodzi o to, że bardzo często, to pytanie w ogóle nie pada.
Pytanie o odpłatność nie pada, ale cała bliższa i dalsza rodzina oraz wszyscy znajomi oczekują, że rzucisz wszystko i już teraz, zaraz, w tym momencie sporządzisz im skomplikowany pozew albo pismo. A jak zwlekasz, bo musisz zgłębić temat, to usłyszy, że jak to możliwe tyle lat się uczyć i dalej nie wiedzieć. Co paradoksalne dopiero w tym momencie ktoś zauważy, że tyle lat się uczysz. I, o zgrozo, NIE WIESZ. Jak można tyle lat chodzić do szkoły i nie wiedzieć?! "Helena, co Ty sponsorujesz tyle lat? Niewiedzę?!"
W tej chwili nikt nie widzi, że posiadasz wiele wartą wiedzę albo umiejętności.
Nie potrafimy docenić siebie nawzajem.
Co, tak samo jak przyzwolenie na bylejakość, jest smutne.
Muszę Wam powiedzieć, że ja, jeśli kogoś proszę, żeby zrobił mi plakat, bo się zna, albo paznokcie, bo umie, pytam - ile za to chcesz/bierzesz? Jak mówi nic, to i tak coś dostanie. Chyba, że wzajemnie świadczymy sobie pomoc - wtedy rozliczamy się wzajemną pracą.
Nie potrafisz napisać pozwu, ale oczekujesz, że ktoś Ci go napisze? Nie potrafisz zrobić grafiki i prosisz o to kogoś? Lubisz mieć ładne hybrydy, ale nie potrafisz wykonać ich sama?
Masz dwie drogi wyjścia.
1. Naucz się robić to sam/sama - będzie za darmo (ale czy aby na pewno?).
2. Doceń pracę i umiejętności innych.
Żeby zostać prawnikiem trzeba skończyć pięcioletnie studia. Nie wspominam już o aplikacji. Prawo się zmienia, więc uczysz się całe życie.
Żeby zostać informatykiem studiować trzeba co najmniej 3 lata.
Żeby zostać fryzjerką trzeba chodzić do szkoły trzy lata, dużo ćwiczyć i doszkalać się na płatnych kursach.
Żeby posiąść jakąkolwiek umiejętności musisz poświęcić swój czas, chęci i pieniądze.
Dlaczego potem miałbyś/miałabyś dzielić się swoim zawodem charytatywnie?
Są osoby, którym trzeba pomóc bezinteresownie.
Standardowe sytuacje rządzą się jednak przecież jasną zasadą, o której mowa od samego początku - za pracę należy się wynagrodzenie.
Autor: Żanetta Charemska o 13:38
Anonimowy 28 października 2018 14:19
Znajdą się zapewne i tacy, dla których taka praca "pro bono" jest pokazaniem, jacy są gotowi na pomoc innym. Gorzej, jeżeli granica zostaje już mocno przekroczona i nie widzi się w tym nic złego.
Większość młodych ludzi "buja" się pomiędzy pracą zgodną z wykształceniem (na początku zawodowej drogi uznane nawet za cud;) gorzej, gdy lata mijają, obowiązków raczej nie ubywa - wręcz przeciwnie, a wypłata ani trochę w górę - oczywiście nie dotyczy pensji minimalnej. Z drugiej strony, czasami taka praca daje paradoksalnie poczucie bezpieczeństwa, wiemy właściwie co nas czeka, jak tylko się w niej pojawimy i tak przez cały tydzień.
Tym bardziej podziwiam ludzi, którzy robią coś więcej, żeby wyjść z takiego marazmu, a szczególnie młode mamy.
5-letnie studia już za mną, aplikacja z wszystkimi blaskami i cieniami i niestety horrendalnymi opłatami przede mną :/ niestety nie czuję żadnego podekscytowania z tego powodu.
Żanetta Charemska 29 października 2018 18:59
Generalnie "pro bono" ok, ale dla ludzi, którzy są w potrzebie. Natomiast tyranie dla kogoś wyłącznie dla bliżej nieokreślonej idei? Jestem przeciw.
Jak to ktoś kiedyś mi powiedział - im dłużej siedzisz w jednej pracy, tym gorzej Ci coś zmienić, bo człowiek ma to do siebie, że się przyzwyczaja, więc to co piszesz nosi znamiona prawdy ;)
Temat wynagrodzenia, to temat rzeka. Nie potrafimy o tym racjonalnie dyskutować, bo z dyskusji robi się zaraz ring wzajemnych oskarżeń. Dużo przed nami jako przed społeczeństwem.
Życzę powodzenia i również pozdrawiam :)