Source: http://sub-iudice.blogspot.com/2012/
Timestamp: 2017-04-26 21:23:51+00:00
Document Index: 120961390

Matched Legal Cases: ['art. 20', 'art. 19', 'art. 20', 'art. 32', 'art. 1', 'art 20', 'art 20', 'art. 19', 'art 19', 'art. 6']

2012 | Sub iudice
Wszyscy sędziowie orzekający w sprawach cywilnych znają takie przypadki, gdy nie do końca wiadomo czy ten, który staje jako pozwany, faktycznie jest tym, o którego powodowi chodziło. Zwykle w takich przypadkach po jakimś czasie okazuje się, że wszystko jest w porządku, i przed sądem staje właściwa osoba ale czasami po zbadaniu przedstawionych zarzutów wychodzi na jaw, iż jedyne co nasz podsądny ma wspólnego z dłużnikiem to imię i nazwisko. Jeżeli taki problem pojawia się na etapie postępowania sądowego to jeszcze pół biedy, bo zawsze można wtedy powództwo oddalić, albo po prostu wysłać pozew jeszcze raz, tym razem właściwej osobie. Gorzej, gdy taka "pomyłka" występuje już na etapie egzekucji i kończy się zabraniem przez komornika pieniędzy osobie, która ma pecha nazywać się tak samo jak dłużnik Zanim jednak zaproponuje się rozwiązanie tego problemu warto zastanowić się, jakie są jego przyczyny, bo dopiero gdy ustali się dlaczego coś źle działa można będzie zdecydować co trzeba zrobić, by sytuację poprawić. To taka prosta, wydawałoby się oczywista zasada, której jednakże niestety kolejni "reformatorzy" sądownictwa nie są w stanie sobie przyswoić. Zajmijmy się więc przykładowo przypadkiem pana, nazwijmy go Józefa K., który oto pewnego pięknego poranka w pracy dowiedział się, że właśnie komornik zajął mu pensję, chociaż pan Józef K. nie był nikomu nic winien, i nigdy w życiu nie został pozwany przed żaden sąd, nawet elektroniczny. Dlaczego więc komornik to zrobił? Ano dlatego, że wierzyciel przedstawił mu tytuł wykonawczy i zażądał przeprowadzenia egzekucji z wynagrodzenia za pracę dłużnika. Dlaczego jednak zamiast pensji dłużnika zajął pensję pana Józefa K.? Ano dlatego, że przedstawiono mu tytuł wykonawczy, w którym jako dłużnik widnieje Józef K., tyle że jest to inny Józef K., osoba o tym samym imieniu i nazwisku. Dlaczego więc komornik skierował egzekucje akurat przeciwko naszemu bohaterowi? Ano dlatego, że komornik nie wie (bo i skąd) który Józef K. stawał przed sądem i przegrał, więc wykonując swe czynności opierał się na tym, co mu powie wierzyciel. A ten na żądanie komornika by wskazał od którego z Józefów K. ma być wyegzekwowana należność podał mu PESEL niewłaściwej osoby... Zasadniczą przyczyną skierowania egzekucji przeciwko osobie nie będącym dłużnikiem był w tym przypadku błąd co do tożsamości osoby, a dokładniej mówiąc błędne założenie, że Józef K. którego pensję zajęto to ten sam Józef K. przeciwko któremu wydano tytuł wykonawczy. Ten zaś błąd był spowodowany wskazaniem komornikowi przez wierzyciela błędnych danych identyfikujących dłużnika. To jednak nie koniec problemu. Owszem wierzyciel popełnił błąd więc to on ponosi winę i odpowiada za szkodę wyrządzoną panu Józefowi K. ale prawo powinno przecież chronić uczciwych obywateli przed takimi właśnie "pomyłkami". Nie można zatem poprzestać na wskazaniu "winnego" w tym konkretnym przypadku, lecz zapytać dlaczego dopuszczono do sytuacji, w której wierzyciel uzyskał możliwość skierowania, w majestacie prawa i w oparciu o orzeczenie sądu, egzekucji przeciwko przypadkowej osobie. Dlaczego to od decyzji wierzyciela zależało to, przeciwko komu skierowana zostanie egzekucja? Odpowiedź na to pytanie jest prosta - dlatego, że wydawane przez sąd orzeczenie nie identyfikowało dostatecznie dłużnika, gdyż sąd poprzestał na wskazaniu imienia i nazwiska osoby, na którą nałożono obowiązek zapłaty. A imię i nazwisko to dziś niestety zbyt mało, by jednoznacznie zidentyfikować mieszkańca naszej globalnej wioski.
Najprostszym sposobem osiągnięcia takiego skutku jest wprowadzenie zasady, iż w orzeczeniach obok imienia i nazwiska stron podaje się także ich numery PESEL. W ten sposób wyeliminuje się bowiem wszelkie wątpliwości co do tego kto był stroną w danym postępowaniu, a zatem także kto jest uprawniony, lub zobowiązany w oparciu o dane orzeczenie. Dzięki temu nie tylko uniknie się przypadków kierowania egzekucji przeciwko niewłaściwej osobie, ale i umożliwi wykazanie w prosty sposób, iż do takiego błędu doszło. Osoba omyłkowo uznana za dłużnika, przeciwko której skierowano egzekucję musiałaby tylko okazać komornikowi dowód osobisty, ze wskazaniem jej numeru PESEL by oczywistym stało się, że to nie o nią chodzi, podczas gdy dziś wykazanie tego faktu wymaga przeprowadzenia w zasadzie skomplikowanego dowodu z odwołaniem się do akt postępowania w którym wydano tytuł wykonawczy. To samo mogłoby dotyczyć przypadków, w których powód podaje jako adres pozwanego adres innej osoby (choć o tym samym imieniu i nazwisku) niż właściwy dłużnik - wprowadzenie obowiązku oznaczenia już w pozwie nr PESEL pozwanego pozwalałoby błyskawicznie wykrywać takie przypadki. Nim jednak nastąpią konieczne zmiany ustawowe i wprowadzony będzie ów konieczny wymóg formalny (a oporu spodziewam się strasznego, bo tzw. wybitni praktycy generalnie sprzeciwiają się nakładaniu na nich jakichkolwiek obowiązków, z obowiązkiem udowodnienia roszczenia włącznie) można spróbować wdrożyć ów pomysł w ramach pracy u podstaw, wpisując w wyroku, choćby w jego komparycji, nr PESEL dłużnika jeżeli jest znany. A jeśli ktoś nie czuje się na siłach by tak od razu zerwać z Odwieczną Tradycją to niech chociaż przy legitymowaniu stron odnotowuje w protokole nie numery dowodów osobistych (jak każe inna "tradycja") ale numery PESEL. Wtedy przynajmniej, gdy już jakiś nieszczęśliwy Józef K. będzie potrzebował udowodnić, że nie jest wielbłądem będzie miał znacznie ułatwione zadanie - bo wystarczy że wskaże, że w tym postępowaniu brał udział Józef K. o zupełnie innym numerze... Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w usłudze TwitterUdostępnij w usłudze Facebook
Gorącym tematem ostatnich dni jest to, czy Pan Minister, przy okazji reformy przez likwidację 79 sądów, przypadkiem nie przedobrzył likwidując jednym podpisem wszystkie sądy w kraju. Zwrócono bowiem uwagę [link], iż w wydanych przy tej okazji rozporządzeniach zabrakło określenia, że pozostałe sądy nadal istnieją. Pozornie teza ta wydaje się absurdalna, bo logicznym jest przecież, że jeśli likwiduje się tylko niektóre sądy to reszta zostaje jak była, ale w rzeczywistości sytuacja jest odrobinę bardziej skomplikowana. Panom legislatorom umknął bowiem chyba pewien drobiazg. Otóż w ustawie o zmianie ustawy prawo o ustroju sądów powszechnych z dnia 18 sierpnia 2011 r. zawarto przepis art. 20 ust 1 który stanowi:
"Zarządzenia i rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości dotyczące organizacji sądów powszechnych, wydane na podstawie przepisów dotychczasowych, zachowują moc do dnia wejścia w życie nowych przepisów wykonawczych wydanych na podstawie art. 19 § 1, art. 20 oraz art. 32a § 13 ustawy, o której mowa w art. 1, w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą."
Wydane przez Pana Ministra w dniu 5 października 2012 r. "w sprawie zniesienia niektórych sądów rejonowych" stanowi właśnie ów "nowy przepis wykonawczy wydany na podstawie art 20 Ustawy" co wynika zresztą wprost z jego treści. Nie powinno zatem budzić żadnych wątpliwości interpretacyjnych, iż z chwilą jego wejścia w życie - to jest 1 stycznia 2013 r. tracą moc wszystkie wcześniejsze rozporządzenia wydane na podstawie art 20 (a dokładniej 20 ust 1) prawa o ustroju sądów powszechnych. Przepis nie zawiera w tym zakresie żadnych wyjątków ani ograniczeń. Zasada jest prosta - od momentu wejścia w życie nowego, wszystkie stare rozporządzenia przestają obowiązywać nie ważne czego dotyczyły, o ile tylko wydano je w ramach tego samego upoważnienia ustawowego. Takowym "rozporządzeniem Ministra Sprawiedliwości dotyczącym organizacji sądów powszechnych, wydanym na podstawie przepisów dotychczasowych" które traci moc z dniem wejścia w życie rozporządzenia likwidującego sądy jest Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 16 października 2002 r. "w sprawie sądów apelacyjnych, sądów okręgowych i sądów rejonowych oraz ustalenia ich siedzib i obszarów właściwości". W miejsce tego rozporządzenia pan minister wydał nowe, z dnia 25 października 2012 r. (a wcześniej jeszcze jedno, z dnia 5 października, ale tego kazał nie publikować [link]) "w sprawie ustalenia siedzib i obszarów właściwości sądów apelacyjnych, sądów okręgowych i sądów rejonowych" wydawałoby się zatem, że wszystko jest w porządku, bo oto w miejsce starego rozporządzenia 1 stycznia 2013 r. wejdzie nowe i wszystko zostanie po staremu... ale czy na pewno?
Pies jest tu pogrzebany w jednym drobnym szczególe. Otóż wszystkie sądy w Polsce zostały utworzone rozporządzeniem Ministra Sprawiedliwości z dnia 18 maja 2001 r. "w sprawie utworzenia sądów apelacyjnych, sądów okręgowych i sądów rejonowych oraz ustalenia ich siedzib i obszarów właściwości". To ten akt prawny, wydany jeszcze na podstawie poprzedniej ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych z 1985 r., zawierał wyraźnie stwierdzenie, iż oto tworzy się sądy we wskazanych miejscowościach. Rozporządzenie to zostało następnie uchylone Rozporządzeniem z dnia 16 października 2002 r. wydanym już w oparciu o nową ustawę Prawo o ustroju sądów powszechnych z 2001 r., w którym jednakże zastrzeżono wyraźnie, iż sądy utworzone rozporządzeniem z 18 maja 2001 r. w dalszym ciągu pozostają sądami w rozumieniu nowego rozporządzenia. O ile zatem Minister wydając nowe rozporządzenie odstąpił od ponownego utworzenia sądów, tym razem w oparciu o przepisy nowej ustawy, to jednoznacznie odwołał się przy tym do faktu utworzenia sądów wcześniejszym rozporządzeniem odsyłając wprost do niego. Nie było to może najlepsze legislacyjnie rozwiązanie, ale nie ulegało wątpliwości, że to co było istnieje nadal pomimo zmiany prawa. I nic by się nie stało, gdyby pan minister Gowin (a dokładniej autorzy rozporządzenia z 25 października 2012 r.) zrobili dokładnie to samo. Ale niestety nie zrobili... w nowym rozporządzeniu wymienia się tylko siedziby i granice okręgów sądowych bez jakiegokolwiek odniesienia do aktu, który owe sądy tworzy...
Pytanie zatem co będzie gdy w dniu 1 stycznia 2013 r. z systemu prawa zniknie rozporządzenie z 16 października 2002 r. którym przedłużono istnienie sądów powołanych rozporządzeniem z dnia 18 maja 2001 r. Jak wtedy odpowiemy na pytanie "na jakiej podstawie prawnej działa ten sąd"? Dziś odpowiedź jest prosta - został utworzony rozporządzeniem Ministra Sprawiedliwości z dnia 18 maja 2001 r. a po uchwaleniu nowej ustawy potwierdzony wydanym na jej podstawie rozporządzeniem z dnia 16 października 2002 r. Ale co powiemy po Sylwestrze? Że działa on siłą rozpędu na podstawie nie obowiązującego już rozporządzenia, którym potwierdzono jego istnienie pomimo uchylenia rozporządzenia którym go utworzono, wydanego na podstawie uchylonej ustawy? Bo nie będzie wtedy tak naprawdę żadnego obowiązującego aktu prawnego, który ów sąd by tworzył, bądź chociażby stwierdzał, że ów sąd po zmianie przepisów określających zasady tworzenia sądów w dalszym ciągu istnieje. Pozostanie tylko rozporządzenie określające siedziby i okręgi.. ale okręgi czego?
Być może moja interpretacja jest błędna, nie neguję tego. Nie uzurpuję sobie prawa do dokonywania jedynej słusznej i nieomylnej wykładni przepisów. Ale do tej pory nie miałem wątpliwości, że jeśli traci moc akt prawny na podstawie którego powołano jakiś podmiot, to ów podmiot traci podstawę prawną dla swego istnienia, a zatem winien zniknąć z obrotu prawnego. Nie przekonują mnie więc tłumaczenia ze strony Ministerstwa, że uchylenie rozporządzenia tworzącego sądy nie ma znaczenia dla ich istnienia... I w zasadzie mam nadzieję, że to ja się mylę... bo jeśli nie to oznacza to, że 1 stycznia 2013 r. obudzimy się w kraju , w którym nie ma już żadnych legalnie ustanowionych sądów, bo ktoś w ministerstwie nie wiedział co czyni... Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w usłudze TwitterUdostępnij w usłudze Facebook
Sposób prowadzenia spraw sądowych wyznaczają dziś nie tylko przepisy procedury, czy regulaminu wewnętrznego urzędowania sądów powszechnych, ale i dziesiątki i setki zarządzeń nadzorczych wydawanych w ramach nadzoru administracyjnego. Deklarowanym celem wydania większości z nich było usprawnienie postępowań (a dokładnie poprawienie wyników statystycznych), lecz koniec końców okazały się one czynić więcej złego niż dobrego. U podstaw ich wydania leżała bowiem typowa logika poganiacza wielbłądów - jeżeli coś trwa za długo, to należy nakazać robić to szybciej i pracować więcej. I tak dzisiaj sędziowie w większości sądów leżą przygnieceni stertą wytycznych, zarządzeń i poleceń nadzorczych. Bo jak ktoś się poskarżył, że czeka długo na wyznaczenie terminu to nakazano wyznaczać termin rozprawy w ciągu 7 dni. Ktoś się poskarżył, że dostał bardzo odległy termin rozprawy - nakazano dociążenie wokand i wyznaczanie minimum 8 czy 10 spraw. Wzrosła ilość spraw toczących się ponad ponad 3 lata - nakazano wyznaczanie kolejnych rozpraw nie rzadziej niż co miesiąc. Sprawa toczy się już 5 lat - nakazano sędziemu pisać co miesiąc wyjaśnienia dlaczego jeszcze sprawa się nie skończyła. Wzrosła w sądzie zaległość spraw - nakazano wyznaczać więcej rozpraw. I tak się to kręci, tyle że niestety w miejscu. Bo doświadczenie uczy (niestety chyba nie "nadzorców"), że czas "zaoszczędzony" w toku postępowania przez szybkie podjęcie decyzji bez dokładnego jej rozważenia (bo nie ma na to czasu) zawsze trzeba będzie "oddać", i
to z odsetkami, na dalszym etapie postępowania. A odsetki te są wysokie. Obowiązek skierowania od razu na rozprawy wszystkich spraw przydzielonych sędziemu (bo sprawa nie może "leżeć bez terminu") oznacza iż sędzia musi jednocześnie "obracać" nawet kilkuset sprawami. Jak szybko obliczyłem w chwili obecnej w moim własnym kalendarzu mam zapisane terminy rozpraw w 176 sprawach, a około 30 nowych czeka jeszcze na półce na wyznaczenie terminu rozprawy. Czy da się to wszystko spamiętać tak, by wiedzieć o co chodzi w każdej z tych spraw? Oczywiście że nie. Efekt jest taki, że przed każdą rozprawą muszę poświęcić prawie cały dzień na czytanie akt , żeby przypomnieć sobie szczegóły i wiedzieć, co się w sprawie dzieje, kto chce czego i dlaczego. W zasadzie to samo muszę zrobić za niemal za każdym razem, gdy do sprawy wpłynie jakieś pismo, bo jak inaczej mam wiedzieć, czy ci zgłoszeni w piśmie świadkowie są potrzebni czy nie. Innym skutkiem takiego "hurtowego" wyznaczania spraw jest to, że jeżeli muszę odroczyć rozprawę na kolejny termin (bo np. rozchorował się adwokat, albo potrzeba sprowadzić jakiś dokument) to choćby przeszkoda w rozpoznaniu sprawy trwała tydzień kolejny termin będzie nie wcześniej niż za 3 miesiące, ponieważ wszystkie wcześniejsze terminy są już zajęte. Oczywiście przez te trzy miesiące większość szczegółów z tej sprawy zapomnę i znowu będę musiał poświęcić jakiś czas na jej przeczytanie i przypomnienie sobie. Sytuacji tej nie poprawia wcale inny pomysł nadzorczy jakim jest doraźne zwiększanie liczby "sesji" czyli ilości dni w miesiącu podczas których sędzia prowadzi rozprawy. Bo owszem nakazanie wyznaczania nie 7 tylko 9 sesji miesięcznie skraca odstępy pomiędzy rozprawami z dwunastu do dziewięciu tygodni ale jednocześnie pozbawia sędziego niezbędnego czasu na przygotowanie się do rozprawy i wykonanie innych czynności w przydzielonych mu sprawach. Efekt zaś jest taki, że sędzia wychodzi na takie "zagęszczone" rozprawy nie do końca do nich przygotowany, co może się przełożyć na dopuszczenie niepotrzebnego dowodu, nie dostrzeżenie jakiejś istotnej kwestii albo przeoczenie jakiegoś wniosku skutkujące niepotrzebnym odroczeniem rozprawy. Tak jak w pewnym sądzie, gdzie narzucone przez nadzór w ramach "planu zwalczania zaległości" zwiększenie ilości rozpraw prowadzonych przez każdego sędziego z 8 do 12 miesięcznie skutkowało znacznym wzrostem zaległości i zmniejszeniem sprawności postępowania. I nic na to nie pomoże nałożenie na niego obowiązku pisania sprawozdań ze sprawy ani wypełniania tabelek opisowych celem wytłumaczenia się przed nadzorcą administracyjnym dlaczego tej sprawy jeszcze nie skończył. A wręcz przeciwnie, bo może się okazać, że przez to, że musiał napisać samokrytykę nie miał czasu przygotować się do innej sprawy i przez to nie zauważył, że pozew można oddalić na pierwszym terminie i to bez przeprowadzania postępowania dowodowego... Cóż na to można poradzić? Ano niestety bez deregulacji się nie obejdzie. Jedynym sposobem zakończenia tego nadzorczego szaleństwa jest wydanie przez Ministra Sprawiedliwości (w ramach sprawowanego przez niego nadzoru nad nadzorowaniem) zarządzenia nakazującego natychmiastowe anulowanie wszystkich zarządzeń nadzorczych, nieważne kiedy i przez kogo wydanych, i zakazujące wydawania kolejnych zarządzeń nadzorczych przez następne 12 miesięcy. Niech na rok znikną wytyczne w sprawie ilości sesji, ilości spraw na wokandzie czy zasad wyznaczania spraw. Niech znikną wszystkie zarządzenia że decyzje należy podejmować w 3 czy 7 dni od otrzymania akt, a terminy odroczeń w sprawach ponad trzyletnich nie mogą być dłuższe niż miesiąc. Niech znikną nadzory administracyjne nakładane na sprawy, razem z tymi wszystkimi tabelkami, opisówkami, sprawozdaniami i inną papierologią tworzoną dla wyjaśnienia dlaczego sprawa jeszcze się toczy. Niech od zakreślenia sprawy w statystyce ważniejsze będzie jej rzetelne rozstrzygnięcie w rozsądnym, co nie znaczy krótkim, terminie.
Panie Ministrze, proszę dać sędziom szansę na to, by przez rok popracowali nie związani zarządzeniami nadzorczymi, instrukcjami, wytycznymi wizytatorów ani też wszelkimi planami zwalczania zaległości. Niech wyznaczają sprawy na wokandę wtedy, gdy będą do tego gotowi i tyle spraw, ile są w stanie ogarnąć. Niech wyznaczają tyle rozpraw miesięcznie ile chcą i tyle spraw na wokandę ile uważają. Chcą sobie zrobić tydzień bez wokandy - proszę bardzo. Niech nie piszą tych wszystkich sprawozdań i wyjaśnień w sprawie przewlekłości i długotrwałości. Niech robią co chcą. A po roku sprawdzimy jaki to miało wpływ na funkcjonowanie sądów. Ja ze swojej strony jestem skłonny zaryzykować twierdzenie, że efekt będzie wyraźnie zauważalny, i bynajmniej nie będzie to zapaść spowodowana tym, że sędziowie nie poganiani zaczną się obijać i nic nie robić. Spodziewam się raczej wzrostu sprawności postępowań w następstwie likwidacji marnotrawstwa czasu traconego na czytanie w kółko tych samych spraw. Lepszego przygotowania sędziów do rozpoznawania sprawy, dzięki czemu mniej będzie przypadków niecelowego odraczania i przeprowadzania dowodów. Szybszego toku postępowania dzięki skróceniu odstępów pomiędzy rozprawami z powodu mniejszej ilości spraw znajdujących się jednocześnie "w obrocie". Niewykluczone, że dzięki temu dojdzie nawet do skrócenia postępowań o ową mityczną 1/3 i to znacznie niższym kosztem niż setki milionów złotych wydane na kamery na salach i synergetyzowanie małych sądów.
Co Pan na to Panie Ministrze? Jedno zarządzenie, jeden podpis, praktycznie zero kosztów dla budżetu państwa, szansa na znaczną poprawę funkcjonowania sądów. Liczymy na Pana...
Ale cóż, pójdę na tę sesję, posiedzę tam trochę jak na tureckim kazaniu i zapiszę do protokołu co mi powiedzą. Przesłuchanie świadków oddam w ręce stron, zgodnie z zasadą pełnej kontradyktoryjności, najwyżej nie dopytam o coś istotnego, bo nie będę wiedział o co zapytać. A potem odroczę rozprawę każąc przedstawić akta koleżance, żeby w razie czego dodała coś do mojego zarządzenia, ewentualnie żeby ona sama podjęła decyzję o wezwaniu nowo zgłoszonych świadków. Bo parę razy zdarzyło się, że strony (a zwłaszcza pełnomocnicy) próbowali "przepchnąć" przez zastępcę wnioski dowodowe, które referent oddalił. Wydam może parę wyroków w jakichś prostych sprawach jak np kary za jazdę na gapę, gdzie stan faktyczny jest zwykle jasny i tyle. Bo więcej nie jestem w stanie i w zasadzie nie powinienem robić, bo podejmowanie ważnych decyzji w sprawie, której akt w zasadzie nie znam i w stanie faktycznym której nie do końca się orientuję jest co najmniej nieuczciwe wobec stron. A na tym jeszcze nie koniec. Ponieważ przesiedziałem cały dzień na sali sądząc cudze sprawy to nie byłem w stanie przez ten czas przygotować się do mojej własnej sesji, wyznaczonej na następny dzień. Owszem teoretycznie skoro niektóre sprawy sądzę już ze dwa lata to powinienem wiedzieć co jest w aktach i o co w sprawie chodzi, ale biorąc pod uwagę, że spraw "na biegu" to ja mam w tej chwili ponad 300 nie jestem w stanie wszystkiego pamiętać, a już na pewno nie kojarzę szczegółów. Mam wprawdzie porobione notatki, ale i tak przed każdą rozprawą muszę sobie je znowu przeczytać i przypomnieć. Do tego w dwóch czy trzech sprawach trzeba by już wydać wyroki, więc warto by sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyłem i czy faktycznie sprawa nadaje się już do zakończenia, czy może jeszcze coś trzeba wyjaśnić. Bo jak już wezwałem strony celem przesłuchania, które ma ostatecznie wyjaśnić pewne okoliczności to wypadałoby wiedzieć, co powinno być wyjaśnione i o co mam je pytać. W zasadzie tę robotę powinien zrobić mój asystent... ale asystenta nie mam więc muszę robić to sam. A co będzie jak tego nie zrobię? Może nic, a może okaże się że sprawa niepotrzebnie się przedłuży, bo np. zamiast zakończyć sprawę i wydać wyrok niepotrzebnie odroczę rozprawę żeby przesłuchać nowo zgłoszonego świadka, który jak się potem okaże miał zeznawać na okoliczności niesporne lub nieistotne. Trzy stracone miesiące dlatego, że nie miałem kiedy porządnie przeczytać akt i wyszedłem na salę nie do końca przygotowany do rozprawy... Jaki jest więc efekt wysyłania na siłę "zastępcy" do sądzenia spraw za nieobecnego sędziego? Ano dwie sesje osądzone "po łebkach". To co pozornie "zaoszczędzono" przez przeprowadzenie mimo wszystko rozprawy "stracono" przez nieprzygotowanie do spraw i tego, i następnego dnia. Kilkanaście osób złych na to, że "sędzia nie przeczytał akt", i że niepotrzebnie odroczył zamiast zakończyć. I słusznie, bo tak jak pisałem wcześniej sądzenie spraw bez należytego przygotowania do nich jest nieuczciwe wobec stron, i po prostu nieprzyzwoite. Cóż więc powinno być zrobione? Ano niestety. Jeżeli chodzi nam o to, żeby sprawa była obsądzona dobrze, a nie tylko szybko to trzeba skończyć z takimi zastępstwami. Jeżeli sędzia referent sprawy nie przybył na sesję to sprawy powinno się zdjąć z wokandy. Rola sędziego zastępcy powinna ograniczać się do wykonania czynności nie cierpiących zwłoki - np. przesłuchania świadka w trybie zabezpieczenia, jeśli świadek jest z zagranicy, przyjezdny albo planuje pobyt w szpitalu i jego ponowne przybycie do sądu może napotkać trudności. Jeżeli zaś sędzia zastępca czuje się na siłach by sprawę rzetelnie poprowadzić i wydać wyrok, wówczas, na jego wniosek, przewodniczący wydziału powinien przekazać tę sprawę do jego referatu i wydać w tym zakresie odpowiednie zarządzenie. Ale na to chyba nie mamy co liczyć... bo by to źle wyglądało w ministerialnej statystyce, w oparciu o którą podejmowane są wszelkie istotne decyzje polityczne i organizacyjne w kwestii funkcjonowania sądów. A statystycznie lepiej jest zrobić byle co byle szybko, niż robić dobrze ale powoli. Może to się kiedyś zmieni...
Jednym z orzeczeń, które mnie zainteresowało, było orzeczenie wydane w dniu 1 czerwca 2012 r. przez Szeryfa George'a Jamiesona z okręgu South Strathclyde, Dumfries, and Galloway w Dumfries, w sprawie z powództwa Bank of Scotland PLC przeciwko Williamowi Johnowi Stevensonowi, zamieszkałemu w Cargenbridge, sygnatura akt A80/11. Z jakim dokładnie roszczeniem Bank of Scotland PLC wystąpił przeciwko panu Stevensonowi niestety nie wiem, mogę tylko się domyślać, że chodziło o powództwo o zapłatę kwoty kredytu postawionego w stan natychmiastowej wymagalności. Opublikowane orzeczenie jest bowiem tylko wyrokiem wstępnym odnoszącym się do jednego z zarzutów podnoszonych przez pozwanego. Zarzut ten sprowadzał się zaś do tego, iż żądanie powoda jest niedopuszczalne, gdyż nie doręczono mu prawidłowo wypowiedzenia umowy kredytu (calling-up notice). Orzeczenie to zainteresowało mnie zaś dlatego, że od dawna interesuje mnie kwestia sposobu dokonywania doręczeń korespondencji o znaczeniu prawnym. W zasadzie gdyby zapytano mnie jaki jest największy problem związany z funkcjonowaniem sądów, to wskazałbym właśnie na doręczenia. Także większość tzw. "problemów z EPU" to właśnie konsekwencje problemów z doręczeniami - bo jestem pewien, że gdyby każdy pozwany faktycznie dostawał do rąk własnych nakaz zapłaty z pouczeniami, to większość zarzutów pod adresem postępowania elektronicznego by się nie pojawiła. Ale do rzeczy. Punktem wyjścia dla badania sprawy przez szeryfa był przepis art. 19 (6) szkockiej ustawy o hipotekach i reformie feudalnej z 1970 r., [Conveyancing and Feudal Reform (Scotland) Act] który określa sposób złożenia oświadczenia o wypowiedzeniu kredytu. Stanowi on, że może to nastąpić przez doręczenie adresatowi osobiście, przesłanie pocztą przesyłką poleconą (registered post) albo przez doręczyciela (recorded delivery service) na ostatni znany adres. Jeżeli adres nie jest znany (albo nie wiadomo, czy adresat nadal żyje) przesyłkę należy doręczyć sekretarzowi właściwego sądu (Extractor of the Court of Session). Wymagania są tu zatem znacznie łagodniejsze niż w Polsce, nie ma mowy ani o poświadczeniu odbioru, ani nawet o awizowaniu, a i adres nie musi być aktualny. Wystarczy wysłać list polecony, a za datę doręczenia przesyłki, zgodnie z art 19(8) będzie uważany następny dzień po jej nadaniu. Gdzie więc tkwił problem, wymagający rozpoznania przez sąd? Ano w tym, że przy doręczaniu przesyłki panu Stevensonowi nie zastosowano żadnej z tych metod. Pismo zostało po prostu wrzucone do jego skrzynki pocztowej (znaczy przez szparę na listy w drzwiach) przez woźnego sądowego (Sheriff's officer), i zadaniem sędziego było rozstrzygnięcie, czy taki sposób doręczenia może zostać uznany za właściwy.
- przedstawione sądowi poświadczenie doręczenia opatrzone jest datą 14 lutego 2011 r. wpisaną słownie, a nie cyframi, w zgodzie z postanowieniami Ustawy o doręczeniach z 1693 r. [Citation Act 1693] - zostało ono podpisane zarówno przez woźnego jak i świadka, co jest w zgodzie z postanowieniami Ustawy o doręczeniach z 1686 [Citation Act 1686], - poświadcza ono, że przesyłkę włożono w obecności świadka do skrzynki pocztowej dopiero po tym jak woźny z dochowaniem należytej staranności ustalił, że dłużnik zamieszkuje w tym lokalu, lecz ani on, ani żaden z domowników nie odpowiedział na sześciokrotne głośne zapukanie do drzwi - zgodnie z postanowieniami Ustawy o doręczeniach z 1540 r. [Citation Act 1540], Wnioski z lektury tego orzeczenia są trzy. Pierwszy jest taki, że problem z doręczaniem zawiadomień o rozprawach istniał w sądach chyba od zawsze, skoro już w 1540 r, szkocki Parlament uznał za celowe uregulowanie tej kwestii, by wyeliminować przypadki szkód i krzywd wynikających z faktu, iż niewłaściwie zawiadamiani poddani nie wiedzieli o wytaczanych przeciwko nim procesach. "For eschewing of grett Inconvenientis and fraude done to our souerane lordis liegis be Summoning of thame at thare duelling places And oft tymes falslie and gettis neuer knawlege thairof" Drugi wniosek jest taki, że o ile możemy nie lubić doręczeń przez podwójne awizo, to jest to rozwiązanie z pewnością korzystniejsze dla adresata niż domniemanie doręczenia wynikające z faktu wysłania. A takie właśnie domniemanie stosowane jest np. przez angielski elektroniczny sąd, zgodnie z art. 6.7 angielskiej procedury cywilnej (Civil Procedure Rules 1998) zgodnie z którym przesyłka jest uważana za doręczoną na drugi dzień po wysłaniu. I żaden przepis nie wymaga, by był to adres aktualny, przeciwnie, przepis wprost stanowi, że może to być ostatni znany adres... Aż dziwne że angielski e-sąd w latach 2010/2011 rozpoznał tylko 130.000 spraw... A trzeci wniosek jest taki, że dobre prawo się nie starzeje i właściwie stosowane nawet po 500 latach od uchwalenia może wskazywać rozsądne rozwiązanie problemów, o których jego autorom nawet się nie śniło. Co polecam pod rozwagę wszystkim tym, którzy uważają, że jak kodeks ma już 50 lat to należy go jak najszybciej zastąpić nowym, bo jest "przestarzały".
Jestem dziś „dyżurny” to znaczy ten, który ma
obowiązek siedzieć za biurkiem w godzinach urzędowania i podpisywać te
wszystkie pisma, które bezwzględnie ależ to absolutnie muszą być podpisane
przez sędziego albo Świat Się Zawali.
Zaszczyt taki dopada mnie parę razy w miesiącu według grafiku powstającego w
oparciu o jakiś mistyczny nie do końca dla mnie zrozumiały wzór, ale nie bardzo mam na co narzekać bo rozdział dyżurów następuje mniej więcej
uczciwie. A zresztą i tak codziennie siedzę w robocie więc mi tam żadna
różnica. No może poza tym, że zawsze to dodatkowa robota.
Cóż obejmują moje obowiązki dyżurne? Ano po
pierwsze podpisywanie prawomocności. Jak ktoś przychodzi po odpis postanowienia
to sekretariat mu taki odpis przygotuje, opieczętuje, poświadczy za zgodność z
oryginałem, ale to ja muszę podpisać pieczątkę, że orzeczenie jest prawomocne.
Prawdę mówiąc nie rozumiem dlaczego nie może tego robić pracownik sekretariatu,
przecież stwierdzenie że trzy tygodnie od wydania wyroku już minęły, a do akt
nie wpłynęła ani apelacja ani wniosek o uzasadnienie nie wymaga żadnej
szczególnej wiedzy prawnej i spokojnie mógłby to robić sekretarz sądowy. Już w
ostateczności można by wprowadzić zasadę, że prawomocność z urzędu stwierdza
sędzia referent podpisując się w odpowiedniej rubryczce na okładce akt i na tej
podstawie sekretariat wydaje odpisy prawomocnego orzeczenia. Świat by się nie
zawalił, ani też stabilność i pewność obrotu prawnego by na tym nie ucierpiała.
Kolejny rodzaj kwitów do podpisania jak
przyniosą to nakazy doprowadzenia. No tu niby nie ma wątpliwości, że polecenie
pozbawienia wolności powinien podpisać sędzia, ale z drugiej strony czy na
pewno? Sędzia wydał postanowienie nakazujące doprowadzenie i pod nim się
podpisał. To postanowienie wykonuje sekretariat, doręczając odpowiednie papiery
odpowiednim policjantom. Czy naprawdę nie wystarczy tutaj to, że sędzia wydał postanowienie? Czy nie powinno się oddzielić orzekania
od wykonywania? Nie wydaje mi się, aby istniało jakieś wielkie ryzyko wydania
nakazów doprowadzenia bez upoważnienia sędziego, więc może warto się zastanowić
nad zmianą obowiązującej praktyki w tym przedmiocie. Świat z pewnością by się
nie zawalił.
Następne kwity do podpisu. Sterta pism do
różnych osób i urzędów o udzielenie informacji. W tym uniżone pismo do
Gmachu Sądu by raczył wywiesić u siebie ogłoszenie. I znowu pytanie jakie jest
uzasadnienie tego, żeby to sędzia podpisywał takie pisma, bo argument że ktoś
tam w banku czy jakimś urzędzie nie uznaje sekretarza sądowego za godnego
pisania do niego jest z lekka absurdalny. Ponownie zatem powinna być prosta
zasada – sędzia wydał polecenie zwrócenia się gdzieś, i na polecenie sędziego
sekretarz się zwraca. Jak ktoś nie jest pewien, czy pismo jest prawdziwe to może
skontaktować się z sądem i uzyskać potwierdzenie, czy sędzia faktycznie wydał
takie polecenie. Co nie zmienia faktu, że większość takich pism dotyczy
informacji, które strony powinny uzyskać we własnym zakresie, ale panom
mecenasom wygodniej jest posłużyć się do tego celu sądem. Ale o tym pisałem już
wiele razy i nie ma powodu, żebym powtarzał to jeszcze raz
Kolejny plik do podpisu. Polecenia wypłaty do
Oddziału Finansowego. Wydałem postanowienie, żeby wypłacić, uprawomocniło się,
opatrzono je pieczęciami z orzełkiem, podpisałem się na odwrocie, że to
jest prawomocne, ale to niestety za mało. Finansowy musi mieć jeszcze podpisane
przez sędziego polecenie wypłaty wskazujące skąd, komu i ile mają wypłacić, bo
tego całego postanowienia to oni nie rozumieją i nie poważają. Za każdym razem,
gdy miałem coś do załatwienia z finansowym odnosiłem wrażenie, że oni funkcjonują
na jakiejś zupełnie innej płaszczyźnie abstrakcji i to co ja do nich mówię to jakbym mówił w suahili i nic a nic z tego nie rozumieją. Raz kazałem wypłacić, wydałem postanowienie, ono się
uprawomocniło, po czym dowiedziałem się, że nie wypłacą bo nie ma faktury...
Innym razem nie wypłacili, bo nie załączono ichniego druczka, czy też pieczątka
była nieczytelna, albo kserokopia, zaświadczania, która mi wystarczyła do wydania postanowienia nie wystarcza księgowemu do dokonania wypłaty. To może darujmy sobie wydawanie tych postanowień, skoro o tym czy komuś można zapłacić i tak decyduje księgowy.
Niech biegli składają faktury do finansowego a finansowy niech dalej decyduje. W ten sposób ominiemy niepotrzebnego pośrednika w osobie sędziego i może biegli będą
szybciej dostawać należne im pieniądze. No i ostatnie, choć nie bardzo wiem dlaczego
mi to przynoszą – wnioski o wyrażenie zgody na udostępnienie akt, wykonanie
kserokopii, fotografowanie. Tym to już powinien zajmować się wyłącznie
sekretariat. Zasada jest prosta – jest stroną ma dostęp do akt i może prosić o
kopie. Jak zapłaci, dostanie. Co tu jeszcze więcej decydować? Cóż tak ważnego jest
w sprawie by aż to sędzia musiał decydować, czy dana osoba jest godna dostąpić
zaszczytu ujrzenia akt i zamówienia kserokopii. To powinna być wyłącznie
materia kierownika sekretariatu.
I tak zleciał mój dyżurny dzień. W przerwach
pomiędzy tymi niezwykle kluczowymi dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości
czynnościami przejrzałem sprawy na następną sesję, napisałem pół uzasadnienia i przerobiłem kolejne trzy przegródki zaległych akt. Jeszcze dwie i mogę
iść do domu. Może uda się wyjść jeszcze przed zmrokiem...