Source: https://www.temidium.pl/artykul/prawo_i_jezyk_kilka_uwag-5535.html
Timestamp: 2020-01-29 11:51:47+00:00
Document Index: 121602076

Matched Legal Cases: ['art. 148', 'art. 52', 'art. 2', 'SA/Wa ', 'SA/Wa ', 'SA/Wa ', 'SA/Wa ']

strona główna » Prawo i praktyka»Juryslingwistyka
Nośnikiem norm prawnych jest język. Dlatego praca prawnika to praca na języku. Mimo oczywistości powyższych stwierdzeń zarówno proces kształcenia prawników, jak i bieżąca praktyka, odzwierciedlona w poglądach doktryny i w orzecznictwie, jedynie w niewielkim stopniu uwzględniają związki prawa z językiem ogólnym (powszechnym). Refleksje na ten temat są zazwyczaj związane z procesem tworzenia prawa (zasady techniki prawodawczej) i jego interpretacji (dyrektywy wykładni językowej). W rzeczywistości jednak na skrzyżowaniu nauk prawnych i językoznawstwa sytuuje się wiele innych zagadnień, które stały się przedmiotem zainteresowania nowej dyscypliny – juryslingwistyki, która narodziła się w latach 70. XX wieku w Kanadzie, kraju, w którym współistnieją dwa języki i dwie kultury prawne (kultura prawa zwyczajowego i kultura prawa stanowionego)[1]. W polskich realiach zwraca się uwagę na zastosowanie narzędzi językowych w interpretacji prawa unijnego, szczególnie wówczas gdy tłumaczenie jest nieścisłe lub błędne[2]. Nie można też zapomnieć o tzw. językoznawstwie sądowym, które polega przede wszystkim na analizie materiału dowodowego pod kątem językowym. Jako przykłady można wskazać identyfikację autorstwa tekstu poprzez porównanie wiadomości zawierającej pogróżki z innymi wypowiedziami osoby wskazywanej jako autor anonimu, badanie autentyczności listów pożegnalnych samobójców i testamentów, a także analizę wypowiedzi w sprawach o naruszenie dóbr osobistych, znieważenie czy zniesławienie[3].
Wydaje się, że największym zainteresowaniem badaczy na styku języka i prawa cieszy się kwestia wykorzystania słowników w procesie wykładni językowej. Na ten temat opublikowano w ostatnich latach kilka ciekawych artykułów[4]. Wszystkie z nich krytycznie oceniają wykorzystanie dzieł leksykograficznych w orzecznictwie sądowym. Podstawowym zarzutem wobec organów stosujących prawo – powtarzającym się w wielu artykułach – jest korzystanie z przypadkowych, najłatwiej dostępnych słowników, najczęściej sprzed wielu lat. Dawne słowniki nie są polecane (chyba że chodzi o interpretację np. dawnego aktu prawnego), ponieważ nie rejestrują aktualnej rzeczywistości językowej, a w procesie ich tworzenia wykorzystywano metody formułowania definicji, które dziś uchodzą za przestarzałe. Drugim, równie poważnym zarzutem jest nieprawidłowe użycie słownika, polegające np. na przytaczaniu obszernych fragmentów hasła bez oddzielenia definicji od materiału ilustracyjnego (cytatów przedstawiających przykład użycia) i bez rozróżnienia różnych znaczeń tego samego wyrazu, co może prowadzić do błędnych wyników wykładni. Poniżej zostanie przedstawiony przegląd orzeczeń, w których sądy sięgały do słowników, w celu omówienia kilku problemów, jakie mogą pojawić się na tym tle.
Czy korzystanie ze słownika jest w ogóle konieczne?
Opisanym w literaturze[5] przykładem niepotrzebnego sięgania do słowników jest uchwała Sądu Najwyższego (dalej: „SN”) z 22 listopada 2002 r., I KZP 41/02[6], dotycząca obostrzenia odpowiedzialności karnej w oparciu o przepis art. 148 § 3 Kodeksu karnego w razie uprzedniego prawomocnego skazania za zabójstwo typu uprzywilejowanego. Poszukując znaczenia terminu „zabójstwo”, SN sięgnął do dzieł leksykograficznych, jak gdyby ignorując dorobek doktryny i orzecznictwa, które przez lata wypracowały jednoznaczną definicję tego pojęcia. Słowniki języka polskiego rejestrują język ogólny (powszechny), a przecież zgodnie z regułami wykładni wyrazom przypisuje się znaczenie, jakie mają w języku ogólnym, dopiero wtedy, gdy nie mają utrwalonego znaczenia w języku prawnym (definicje legalne) i prawniczym (nauka prawa i judykatura).
Truizmem jest stwierdzenie, że przywołanie innego wyroku czy publikacji ma rację bytu tylko wtedy, gdy jest elementem szerszego wywodu i służy wyjaśnieniu motywów, które doprowadziły organ stosujący prawo do określonego wniosku będącego podstawą rozstrzygnięcia. Praktyka często wygląda inaczej i uzasadnienia wyroków zawierają elementy, które nie są niezbędne do zrozumienia toku rozumowania sądu. Taki zarzut można postawić uchwale SN z 21 marca 2007 r., I KZP 39/06[7], w której rozważano wzajemny stosunek pojęć „gwałt” i „przemoc” na gruncie przepisów Kodeksu karnego i Kodeksu wykroczeń. SN przytoczył definicję „gwałtu” i „przemocy” z kilku słowników, sięgając nawet do słownika Samuela Bogumiła Lindego z początku XIX wieku[8], nie uczynił jednak z nich użytku, tzn. nie były one punktem wyjścia do dalszych rozważań, ponieważ SN oparł się na dorobku doktryny i orzecznictwa w zakresie rozumienia spornych pojęć jako mających swoiste znaczenie w języku prawniczym. Tego typu zabiegi autorów uzasadnienia są przykładami zastosowania techniki ornamentacyjnej, która polega na przytaczaniu wypowiedzi różnych autorytetów w celu wsparcia własnego poglądu, jednak bez związku z rzeczywistym wykorzystaniem tych wypowiedzi we własnym rozumowaniu sądu[9].
W uchwale z 21 listopada 2001 r, I KZP 26/01[10], SN odpowiadał na pytanie prawne dotyczące przestępstwa stypizowanego w art. 52 pkt 4 Prawa łowieckiego[11], polegającego na hodowaniu bez zezwolenia „chartów rasowych lub ich mieszańców”. Wątpliwości sądu pytającego wzbudziło użycie w omawianym przepisie liczby mnogiej, problem sprowadzał się bowiem do tego, czy odpowiedzialności karnej podlega także ten, kto hoduje tylko jednego charta. SN udowadniał, że brak odpowiedzialności karnej za posiadanie jednego psa byłby nieracjonalny i na poparcie swoich twierdzeń przywołał dwa przykłady użycia zamieszczone w słowniku Samuela Bogumiła Lindego przy haśle „chart”. Były to cytaty z XVI i XVIII wieku, które, zdaniem sądu, oznaczają, że starożytni (sic!) znawcy problemu doceniali wartość i jednego charta. Można mieć wątpliwości co do wniosków, jakie wyciągnął sąd z obu przedstawionych cytatów. Pierwszy z nich bowiem używa liczby mnogiej („chartowie”), a drugi („kota na myszy, na zające charta”), mimo użycia liczby pojedynczej, trudno interpretować w ten sposób, że nawet jeden osobnik tej rasy jest przydatny w łowiectwie. Przede wszystkim jednak należy skrytykować potraktowanie słownika jako źródła wiedzy o rzeczywistości pozajęzykowej. Przedmiotem opisu słownika są jednostki języka, a więc pozwala on dowiedzieć się, jakie znaczenie mają słowa oraz kiedy, jak i przez kogo są one używane. Słownik nie zawiera natomiast informacji na temat desygnatów poszczególnych wyrazów, tj. przedmiotów, zjawisk, osób i zwierząt, które są nazwane określonym wyrazem. Wiedzy na ten temat dostarczają inne publikacje, np. encyklopedie[12].
Definicja, której nie było w słowniku, który jest sto lat starszy
Wartym omówienia przykładem przywołania definicji słownikowej jest koncepcja „związku funkcjonalnego” wykorzystywana w sprawach dotyczących oceny przejęcia nieruchomości na własność państwa na podstawie dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z dnia 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej[13]. „Związek funkcjonalny” nie jest pojęciem języka prawnego (nie występuje w tekście dekretu), lecz został wprowadzony w orzecznictwie sądowoadministracyjnym jako pomocnicze kryterium oceny, czy nierolnicza część majątku ziemskiego podpada pod art. 2 ust. 1 lit. e przywołanego dekretu. Dotyczy to zwłaszcza zespołów pałacowo-parkowych i dworsko-parkowych, które nie podpadają pod wymieniony przepis, jeśli nie pozostawały w związku funkcjonalnym z pozostałą (gospodarczą) częścią majątku. W niektórych wyrokach sądy przytoczyły definicję „związku funkcjonalnego” pochodzącą ze słownika języka polskiego. Z Centralnej Bazy Orzeczeń Sądów Administracyjnych[14] wynika, że pierwszym wyrokiem, w którym pojawiła się ta definicja, był wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (dalej: „WSA”) w Warszawie z 15 stycznia 2007 r., IV SA/Wa 2022/06[15], gdzie wskazano: „»Związek funkcjonalny«, wg definicji zamieszczonej w słowniku języka polskiego, t. 1, pod redakcją Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwieckiego, wyd. w Warszawie w 1988 r., to wzajemna zależność (współzależność), zależność funkcjonalna, związek odpowiadający potrzebom, przydatny użyteczny, związek z daną funkcją odnoszący się do niej”. Przytoczony fragment pojawił się jeszcze w kilkunastu innych wyrokach, niekiedy z pewnymi modyfikacjami, np. w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego (dalej: „NSA”) z 20 kwietnia 2009 r., I OSK 579/08[16], czytamy: „W języku potocznym związek funkcjonalny to wzajemna zależność, współzależność funkcjonalna, związek odpowiadający potrzebom, przydatny, użyteczny, związek z daną funkcją, odnoszący się do niej (słownik języka polskiego, pod red. J. Karłowicza, A. Kryńskiego, W. Niedźwiedzkiego t. I str. 783 Warszawa 1998 r.)”.
Uważny czytelnik wyroku może sobie zadać trud sięgnięcia do publikacji wskazanej jako źródło definicji zamieszczonej w wyroku. Co wówczas odkryje? Przede wszystkim Słownik języka polskiego pod redakcją Jana Karłowicza, Adama Antoniego Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego (nie Niedźwieckiego!) to tzw. Słownik warszawski, który nie został wydany w 1988 r., ani w 1998 r., lecz w latach 1900-1927, a interesujący nas tom I (obejmujący hasła rozpoczynające się od liter A-G) w roku 1900. Być może w 1998 r. lub 1988 r. ukazał się jakiś reprint omawianego dzieła, nie zmienia to jednak faktu, że domniemana definicja została sformułowana sto lat wcześniej! Oczywiście można argumentować, że użycie słownika z pierwszej połowy XX w. jest uzasadnione, chodzi wszakże o interpretację aktu prawnego z 1944 r., który z tą datą wywarł skutki z mocy samego prawa[17]. Takie rozumowanie budzi jednak wątpliwości, ponieważ pojęcie „związku funkcjonalnego” nie pochodzi z dekretu, lecz zostało wprowadzone przez judykaturę kilkadziesiąt lat później. W każdym razie wyroki wprowadzają w błąd odbiorcę, jeśli chodzi o datę wydania słownika, z którego miano zaczerpnąć definicję. Nie ulega przy tym wątpliwości, że w okresie, jaki upłynął od wydania I tomu słownika do 1988 r. lub 1998 r., nastąpiły gwałtowne przekształcenia w wielu dziedzinach życia, które miały wpływ na język; zmianie uległy także metody opracowywania haseł stosowane przez leksykografów.
Na stronie 783 tomu I Słownika warszawskiego znajduje się hasło „funkcja” (mające pięć znaczeń), a także hasło „funkcjonalny”:
Funkcjonalny przym. od Funkcja 1. fil. czynnościowy: Stosunek F. Związek F. Zależność funkcjonalna. 2. mat. p. Funkcyjny.
Słownik nie zawiera poszukiwanej przez nas definicji. „Związek funkcjonalny” w przytoczonym haśle to jedynie kolokacja (często używane zestawienie słów). Skoro hasło „funkcjonalny” odsyła do hasła „funkcja”, to być może to ostatnie pozwala sformułować definicję związku funkcjonalnego? Niestety nie. Interesujące nas znaczenie słowa „funkcja” (opatrzone kwalifikatorem fil.) brzmi: „a) stała zależność zmian jednej rzeczy od zmian drugiej, stosunek czegoś uwarunkowanego do czegoś warunkującego, b) kategorja zjawisk stale zależna w swoim powstawaniu, trwaniu i zmianach od jakichś odpowiednio zmiennych warunków”. Nie sposób więc stwierdzić, na jakiej podstawie sądy uznały, że Słownik warszawski definiuje związek funkcjonalny jako wzajemną zależność, współzależność funkcjonalną, związek odpowiadający potrzebom, przydatny, użyteczny, związek z daną funkcją, odnoszący się do niej. Gwoli ścisłości należy zauważyć, że definicji tego pojęcia nie znajdziemy także przy haśle „związek” (t. VIII, s. 641-642). Nie przeszkodziło to kolejnym składom WSA w Warszawie i NSA przywoływać nieistniejącej definicji w co najmniej kilkunastu innych orzeczeniach, aż do roku 2017 r.![18] Jest to oczywiście przejaw szerszego zjawiska, które polega na sporządzaniu uzasadnień orzeczeń metodą „kopiuj-wklej”, bez weryfikacji judykatów i publikacji naukowych przywołanych w pierwotnym orzeczeniu. Problem ten został dostrzeżony w publicystyce prawniczej, ale jego dokładniejsze omówienie wykracza poza ramy niniejszego artykułu. Dla porządku warto jeszcze dodać, że nieistniejąca definicja związku funkcjonalnego przeniknęła także do literatury prawniczej[19].
Prosto, żeby słownik nie był potrzebny
W wyroku z 26 listopada 2014 r., II OSK 1131/13[20], NSA sięgnął do słownika nie po to, aby zinterpretować przepis prawa czy ustalić stan faktyczny, ale po to, aby wyjaśnić treść wyroku sądu pierwszej instancji, który stwierdził nieważność zaskarżonej decyzji „w części odnoszącej się do wyrzeczenia: (...)”. NSA w ślad za Słownikiem języka polskiego pod red. Witolda Doroszewskiego podał, że „[t]en piękny archaizm oznacza: 2. daw.[niej] »wyrazić sąd o czymś, wydać decyzję, wyrok, orzec, osądzić, zawyrokować«” i należy go rozumieć jako fragment rozstrzygnięcia organu. Użycie takiego sformułowania budzić musi jednak sprzeciw. Znamienne jest, że w Słowniku języka polskiego pod. red. W. Doroszewskiego przywołane znaczenie czasownika „wyrzec” zostało oznaczone jako dawne, co oznacza, że już ponad pół wieku temu (słownik został wydany w latach 1958-1969) było wyraźnie nacechowane stylistycznie jako archaizm. Można zaryzykować stwierdzenie, że słowo „wyrzec” w przytoczonym tu znaczeniu jest nieznane przeciętnemu współczesnemu użytkownikowi języka polskiego. Trudno więc uzasadnić jego użycie w wyroku sądowym. Wszelkie wypowiedzi władzy publicznej powinny cechować się przejrzystością i klarownością, co jest jednym z elementów budowania kultury prawnej i zaufania do państwa. Oczywiście nie wyklucza to możliwości użycia terminologii specjalistycznej (w tym języka prawnego i prawniczego), jeśli zachodzi taka konieczność, nie ma jednak miejsca na zabiegi stylistyczne, które odwracają uwagę od treści decyzji procesowej i utrudniają jej zrozumienie. Z oczywistych względów dotyczy to zwłaszcza sentencji wyroku. Wyrok sądowy jest tekstem użytkowym, kierowanym do współczesnego adresata, nie powinien więc zawierać archaizmów, choćby były one – jak docenił w przywołanym wyroku NSA – piękne.
Konieczność sięgnięcia do słownika w celu zrozumienia treści rozstrzygnięcia stanowi zaprzeczenie rozwiązań stosowanych współcześnie przy formułowaniu tekstów skierowanych do szerokiego grona odbiorców. Zyskujący coraz większą popularność ruch prostego języka (plain language) ma na celu upowszechnienie działań polegających na dostosowaniu tekstów do określonych norm przystępności, które sprawią, że tekst będzie zrozumiany przez przeciętnego obywatela[21]. W ramach upraszczania tekstu zmianie ulegają: kompozycja dokumentu (np. przesunięcie podstawy prawnej na koniec, wypunktowanie wyliczeń), słownictwo (zastąpienie słów trudnych prostszymi lub ich usunięcie, gdy jest to możliwe bez straty sensu) i składnia (zamiana trudniejszych konstrukcji, np. wykorzystujących stronę bierną, na przystępniejsze); wprowadzane są także bezpośrednie zwroty do adresata, a formy bezosobowe zastępowane są osobowymi[22]. Standard prostego języka jest wprowadzany od kilku lat w urzędach administracji i z tej przyczyny jest wiązany raczej z władzą wykonawczą, nie ma jednak powodów, aby nie upowszechnić go w sądownictwie. Panuje przekonanie, że dopasowanie stylu komunikacji do aktualnej sytuacji na sali rozpraw pozwala zapewnić bezstronność, obiektywizm i równe traktowanie wszystkich uczestników procesu[23]. Wydaje się jednak, że doraźne uwzględnianie niewystarczających kompetencji komunikacyjnych podsądnych nie rozwiązuje problemu. Wypowiedzi sądu powinny być z natury przejrzyste, zwięzłe i zrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy. W wielu wypadkach można uprościć komunikację, rezygnując z barokowych konstrukcji językowych i licznych odwołań do literatury i orzecznictwa bez szkody dla jurydycznej poprawności uzasadnienia wyroku. Największym wyzwaniem jest jednak uproszczenie obszernych niekiedy pouczeń, które zawierają dosłowne przytoczenie przepisów prawa, lecz nie wyjaśniają, co, kiedy i w jakiej kolejności ich adresaci powinni uczynić, żeby np. skutecznie zaskarżyć niekorzystne dla nich orzeczenie. Takie „niepouczające pouczenia” są często pisane językiem wykluczającym osoby o niskich kompetencjach komunikacyjnych, celem prostego języka jest zaś włączenie takich osób do życia publicznego[24].
W licznych wyrokach sądy, próbując ustalić znaczenie przepisu, przytaczają „słownikowe znaczenia” wyrazów, jak gdyby leksykografowie na potrzeby słownika tworzyli hasła zawierające autonomiczne, oderwane od rzeczywistości znaczenia wyrazów. Tymczasem słowniki nie rejestrują znaczeń „słownikowych”, ale znaczenia, jakie nadają wyrazom zwykli użytkownicy języka. Język nie jest bowiem jakimś zewnętrznym zjawiskiem, przedmiotem zainteresowania odległej dyscypliny, do której dorobku w razie potrzeby można się odwołać, ale narzędziem komunikacji przenikającym wszystkie dziedziny życia, nie tylko prawo. Język nie jest jedynie formą, w którą jest ubrany merytoryczny przekaz. Użycie określonych zwrotów czy konstrukcji językowych współkształtuje treść przekazu i ma bezpośredni wpływ na zachowania adresatów. Nie trzeba nikogo przekonywać, że ludzie mają styczność z prawem w sytuacjach, które dotykają najważniejszych sfer ich życia (wolność, stosunki rodzinne, stosunki majątkowe, praca), byłoby więc pożądane, aby wypowiedzi dotyczące sytuacji prawnej zwykłego człowieka odzwierciedlały jego perspektywę i kompetencje komunikacyjne.
[1] M. Sobieszewska, Juryslingwistyka: między językiem a prawem, „Studia Iuridica Lubliniensia” 4/2015, s. 123.
[2] Ibidem, s. 128-130.
[3] M. Gębka-Wolak, Językoznawstwo sądowe w Polsce. Obszary zainteresowania i zastosowanie, „Kwartalnik Sądowy Apelacji Gdańskiej” III/2017, s. 15.
[4] S. Żurowski, Leksykografia w pracy prawnika [w:] D. Kala, E. Kubicka (red.), Kultura języka polskiego w praktyce prawniczej, Bydgoszcz 2014, s. 55; E. Kubicka, K. Grec, W. Leszczak, M. Mitew, Wykorzystanie słowników w interpretacji prawniczej – implikacje praktyczne, „Kwartalnik Sądowy Apelacji Gdańskiej” I/2015; S. Żurowski, Leksykografia w pracy prawnika – suplement, „Kwartalnik Sądowy Apelacji Gdańskiej” II/2015; E. Kubicka, A. Czelakowska, O definiowaniu i definicjach słownikowych z punktu widzenia wykładni językowej, „Kwartalnik Sądowy Apelacji Gdańskiej” IV/2015; A. Czelakowska, Nieufnym okiem prawnika, czyli najnowszy (elektroniczny) słownik języka polskiego Polskiej Akademii Nauk z punktu widzenia wykładni językowej, „Kwartalnik Sądowy Apelacji Gdańskiej” II/2016; A. Czelakowska, E. Kubicka, M. Klubińska, Słowniki przed sądem. Wykorzystanie dzieł leksykograficznych w orzeczeniach sądowych, „LingVaria” 1/2016; S. Żurowski, O potrzebie pisania glos językoznawczych (na przykładzie sporu o to, czy szpital uzdrowiskowy jest szpitalem), „Kwartalnik Sądowy Apelacji Gdańskiej” I/2017.
[5] A. Czelakowska, E. Kubicka, M. Klubińska, op.cit., s. 58-59.
[6] Legalis nr 55324.
[7] Legalis nr 81495.
[8] Pierwsze wydanie słownika pochodzi z lat 1807-1814, SN przywołał natomiast wydanie z lat 1854-1860.
[9] I. Rzucidło-Grochowska, Strategie i techniki formułowania uzasadnień orzeczeń sądowych, „Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny” 2/2017, s. 66.
[10] Legalis nr 51125.
[11] Ustawa z dnia 13 października 1995 r. – Prawo łowieckie (Dz. U. z 2018 r. poz. 2033, ze zm.).
[12] E. Kubicka, K. Grec, W. Leszczak, M. Mitew, op. cit., s. 28-29.
[13] Dz. U. z 1945 r. Nr 3, poz. 13, ze zm.
[14] http://orzeczenia.nsa.gov.pl.
[15] Legalis nr 281413.
[16] Legalis nr 237108.
[17] Na temat dopuszczalności korzystania z dawnych słowników w sprawach dotyczących interpretacji aktów prawnych sprzed kilkudziesięciu lat S. Żurowski, Leksykografia w pracy prawnika, s. 63.
[18] Przykładowo można wskazać wyroki NSA z 23 czerwca 2009 r., I OSK 906/08, Legalis nr 242273 i z 8 marca 2011 r., I OSK 659/10, Legalis nr 360856 oraz WSA w Warszawie z 22 kwietnia 2015 r., I SA/Wa 3265/14, Legalis nr 1770685; z 10 listopada 2016 r., I SA/Wa 312/16, Legalis nr 1640132 i z 23 marca 2017 r., I SA/Wa 1981/16, Legalis nr 1709140.
[19] K. Wiktor (red.), Postępowania reprywatyzacyjne, Warszawa 2018, s. 43.
[20] Legalis nr 1329374.
[21] T. Piekot, G. Zarzeczny, E. Moroń, Upraszczanie tekstu użytkowego jako (współ)działanie. Perspektywa prostej polszczyzny [w:] S. Niebrzegowska-Bartmińska, M. Nowosad-Bakalarczyk, T. Piekot (red.), Działania na tekście. Przekład – redagowanie – ilustrowanie, Lublin 2015, s. 99.
[22] Ibidem, s. 110-114.
[23] M. Gębka-Wolak, op. cit., s. 15.
[24] T. Piekot, M. Maziarz, Styl „plain language” i przystępność języka publicznego jako nowy kierunek w polskiej polityce językowej, „Język a Kultura” 2014, t. 24, s. 308-311.