Source: http://wlasnoscintelektualna.blogspot.com/2008/
Timestamp: 2017-07-26 06:41:27+00:00
Document Index: 102831418

Matched Legal Cases: ['Art. 4', 'art. 4', 'Art. 4', 'art. 25', 'art. 14', 'art. 105', 'art. 2']

Blog Koła Naukowego Prawa Własności Intelektualnej TBSP UJ: 2008
W dzisiejszej prasie znajdziemy informację, że wyrokiem Ukraińskiego Sądu, który utrzymał się we wszystkich ichniejszych instancjach, za podmiot praw autorskich do głośnej swego czasu polskiej 'megaprodukcji' kinematograficznej "Ogniem i mieczem" uznano Ministerstwo Kultury Ukrainy a nie np. reżysera Jerzego Hoffmana. Jednemu z ukraińskich reżyserów znajdującym się w analogicznej sytuacji Ministerstwo Kultury Ukrainy wskazało, iż jest on nie autorem a artystą. Komedia. Ciekawe czy Ukraina nie jest stroną konwencji...Oczywiście nasuwa się pytanie czy chodzi tu o prawa autorskie osobiste (sic!) czy majątkowe. Odwołanie do tantiem sugerowałoby, że te drugie. Jednakże "resort kultury tłumaczył, że nie jest autorem, lecz artystą" a te stwierdzenie średnio odnosi się do praw majątkowych (choć mogła je wypowiedzieć osoba niekompetentna). Możliwym jest, że ustawa ukraińska wprowadza tu jakieś specyficzne nabycie pierwotne autorskich praw majątkowych na rzecz Ministerstwa np. z uwagi na jakieś istotne cechy dzieła (to moja czysta spekulacja). Nadzieja w ostatnim zdaniu artykułu: "Ukraiński Departament ds. Własności Intelektualnej nie chciał wczoraj komentować sprawy" - czyli trochę im głupio albo myślą jak z tego wybrnąć ;-)
Kolejny artykuł o statusie przedsiębiorcy, jaki można (lub nie) przypisać organizacjom zbiorowego zarządu prawami autorskimi i pokrewnymi. Po tekstach Krzysztofa Siewicza, który całkiem przekonująco dowodził, że OZZ przedsiębiorcami są, oraz Michała Błeszyńskiego, który - moim zdaniem kompletnie obchodząc temat - starał się z tym poglądem polemizować, ukazał się dziś artykuł Grzegorza Materny. Autor przychyla się do poglądu, że OZZ to przedsiębiorcy, celnie punktując argumenty mec. Błeszyńskiego, odwołujące się do "demokratycznej struktury" i "szczególnej funkcji ochronnej".Nawiasem mówiąc, czy gdybyśmy jako sekcja działali jako stowarzyszenie, czy nie musielibyśmy w razie chęci prowadzenia działalności gospodarczej, z której dochody przeznaczalibyśmy na cele statutowe, zarejestrować tej działalności w rejestrze przedsiębiorców w KRS? A bylibyśmy niewątpliwie demokratyczni i pełni struktury wewnętrznej...
W dzisiejszych doniesieniach politycznych ciekawym wątkiem wydaję się być oskarżenie skierowane w stronę Rządu RP jakoby dokonał plagiatu podpisując się pod projektem ustawy łudząco podobnym do zaproponowanego przez poprzedni Gabinet.O ile mnie pamięć nie myli wszelkie "nieoficjalne/nieurzędowe" projekty aktów prawnych przestają być chronione przez prawo autorskie od czasu gdy stają się projektami "oficjalnymi/urzędowymi". Oznaczałoby to, że w tym kazusie ochrona by nie przysługiwała."Art. 4.Nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego: 1) akty normatywne lub ich urzędowe projekty,(...)"Ciekawym elementem artykułu na portalu interia.pl jest wypowiedź Prof. Filara, nota bene karnisty, co chyba jednak widać:"Teksty ustaw, a nawet ich uzasadnień, nie podlegają ochronie, bo w świetle prawa ich autorem jest, mówiąc obrazowo, wola ludu."Oceńcie sami. Dla mnie to nadużycie, choć może się czepiam.
Niejaki Joel Jones (dalej JJ) zamierza pozwać przed brytyjski sąd swego kontrahenta za wystawienie po dokonaniu transakcji negatywnego komentarza na eBayu.Stan faktyczny przedstawia się mniej więcej tak: Pan Chris Read (to ów kontrahent, dalej CR) zakupił od JJ telefon komórkowy, który okazał się być, niezgodnie z zawartą umową, innym modelem na dodatek zniszczonym (w opisie produktu JJ twierdził, że jest on "w dobrym stanie"). CR zwrócił telefon i odzyskał pieniądze. Postanowił jednak opisać całe zajście (zgodnie z prawdą) w ramach systemu komentarzy na w/w portalu (CR napisał m. in. "Item was scratched, chipped and not the model advertised on Mr Jones's eBay account". JJ twierdzi, że naruszył tym jego dobra osobiste a jego interesy legły w gruzach. Co więcej, CR otrzymał pieniądze z powrotem i w związku z tym nie powinien mieć pretensji czy też podważać dobrej opinii JJ w ramach społeczności eBay.Rzecz jasna kazus ma miejsce na gruncie prawa brytyjskiego; nie orientuję się jakie tam może zapaść roztrzygnięcie. Niewątpliwie jednak jest to ciekawa sprawa do przeanalizowania w realiach polskich. Jak ostatnio stwierdził na seminarium Prof. Gawlik można naruszyć dobra osobiste osoby fizycznej ukrytej pod pseudonimem (czy też nickiem, który uznałbym za mieszczący się w ramach pseudonimu), o ile ten psudonim/nick "dostatecznie indywidualizuje tę osobę w danej społeczności". Z uwagi na to, że możliwym jest dopasowanie danych osoby działającej pod nickiem (chociażby w momencie realizacji transakcji) do tegoż właśnie wydaje się, że nie ma problemu z taką indywidualizacją. Negatywny komentarz sam w sobie zapewne może naruszać dobra osobiste (tu dobra sława - zewnętrzny wyraz czci). Jak najbardziej jednak bezprawność zostałaby tutaj uchylona przez prawdziwość tego komentarza; fakt ostatecznego rozwiązania tej sytuacji za porozumieniem stron (CR odzyskał pieniądze) nie obliguje CR do nie informowania innych użytkowników eBay o niesolidności JJ.Sprawa jest o tyle ciekawa, że CR jest zwykłym mechanikiem, osobą nie mającą pojęcia o prawie a jednak nie przestraszył się swoistej groźby (pozwę Cię do sądu!); co więcej, postanowił się bronić i jest gotowy do przedstawienia swych racji przed sądem - imponujące, prawda? (a może świadomość prawna w Polsce a na wyspach to inna bajka?) :)Zestaw linków:http://www.dailymail.co.uk/news/article-1079968/Man-sold-wrong-phone-eBay-sued-seller-leaving-negative-feedback.htmlhttp://www.thetechherald.com/article.php/200843/2315/Negative-feedback-leaves-eBay-customer-facing-libel-lawsuithttp://news.bbc.co.uk/1/hi/uk/7689553.stmhttp://www.wyhacz.pl/Wyhacz/1,88542,5849842,Trafi_przed_sad_za_negatywny_komentarz_w_eBayu_.html Autor:
Ciekawa sprawa i ciekawy wyrok, który przeoczyłem wcześniej. Google przegrało sprawę w pierwszej instancji w sądzie w Hamburgu. Sąd orzekł na korzyść powoda, którym był niemiecki fotografik. Pozwał on Google za naruszenie praw autorskich, jakim było wyświetlanie thumbnails, czyli zmniejszonych wersji obrazkówNie dam sobie niczego uciąć, ale moim zdaniem podobny wyrok mógłby zapaść w Polsce i miałby spore szanse na utrzymanie się we wszystkich instancjach. Trudno to przesądzić bez wiedzy o tym, jak działanie wyszukiwarki obrazków wygląda z technicznego punktu widzenia. Z drugiej strony, po wyroku ETS w sprawie C-306/05 Rafael Hostels, chyba trzeba takie "rozproszone udostępnianie" (tzn. udostępnianie obrazków każdemu, kto zada odpowiednie zapytanie wyszukiwarce) uznać za rozpowszechnianie.Zastanawiam się tylko, czy i na ile operatora wyszukiwarki chroniłyby wyłączenia odpowiedzialności za hosting, wprowadzone na podstawie dyrektywy 2000/31/WE. Ciekawe, czy niemiecki sąd wziął je pod uwagę.Więcej: Bloomberg
Reklama kontekstowa a znaki towarowe
Kolejna sprawa dotycząca naruszania prawa do znaku towarowego przez podmiot oferujący reklamę kontekstową, czyli m.in. taką, która wyświetlana jest w sąsiedztwie wyników wyszukiwania odpowiednich słów kluczowych (kanoniczny przykład: Google AdSense). Linie American Airlines pozwały Yahoo!. Twierdzą, że sprzedaż miejsca na reklamy pojawiające się w kontekście użycia znaków towarowych zarejestrowanych dla AA jest naruszeniem praw do tych znaków.W pozwie można przeczytać zarzut zachęcania przez Yahoo! do używania znaków AA przez ich konkurentów. Zdaniem AA, Yahoo! bez zgody lub potwierdzenia ze strony American Airlines sprzedawało osobom trzecim prawo do używania znaków towarowych i usługowych American Airlines albo słów, fraz lub pojęć myląco podobnych do tych znaków, jako słów kluczowych wyzwalających pojawienie się płatnych reklam nad lub obok "zwykłych rezultatów" [wyszukiwania - przyp. BW].To nie pierwszy taki proces wytoczony przez AA. Poprzednia tego typu sprawa toczyła się przeciwko Google i zakończyła się ugodą. Zapytania z terytorium USA nie wyświetlają wśród rezultatów reklam konkurencji AA. Jednak niedawno Google zmieniło swoją politykę dla USA, Kanady, Wielkiej Brytanii i Irlandii - tamtejsi uprawnieni muszą teraz...przelicytować swoich konkurentów.Przy okazji warto przypomnieć wygraną przez Yahoo! sprawę, jaka toczyła się przed brytyjskim sądem, a która dotyczyła linków sponsorowanych. Właściciel znaku "Mr Spicy" twierdził, że skoro wpisanie tego znaku powoduje wyświetlenie sponsorowanych reklam jego konkurencji, naruszono jego znak towarowy. Sęk w tym, że konkurencja użyła jako słowa kluczowego samego przymiotnika "spicy". Z drugiej strony, obiter dicta sąd uznał, że nawet użycie słów "Mr Spicy" nie byłoby użyciem ich w roli znaku towarowego...Więcej:- o pozwie AA przeciwko Yahoo!: out-law.com- o polityce Google: Google oraz out-law.com- o sprawie Mr Spicy: Bird&Bird oraz out-law.com
Rodzą kilka problemów. Szczególnie w okresie zapotrzebowania na tego typu integrację w Polsce. Chyba najwcześniej pojawiły się problemy danych, które wyciekały (przepraszam, że większość przykładów będzie związanych z naszą klasą, ale to portal, który zaliczył najbardziej spektakularny debiut w polskim internecie). Następnie pojawiły się sytuacje, gdy niedyskrecja użytkowników mogła wywołać poważne szkody (na szczęście - dotyczące ich samych - kradzieże, włamania, nie wspominając już funkcjonariuszy bodaj wywiadu i ich zdjęć z Iraku). GIODO portal skontrolował i skonstatował, że portal bezpieczny.Ale to nie koniec problemów. Tym razem chodzi o zdjęcia użytkowników. Oczywiście, jeśli to wizerunki ich samych, nie ma problemu. Gdy jednak na zdjęciach znajdują się inne osoby - pojawia się problem ich zgody. Nasza klasa ma od jakiegoś czasu opcję, która furorę robiła/robi na facebooku - swoistego "tagowania" zdjęć. Użytkownik wrzuca zdjęcia, oznacza (wskazuje wręcz twarze) czyj wizerunek jest na zdjęciu. Informację o tym dostaje, rzecz jasna, użytkownik "otagowany" (w naszej klasie zwą to: pinezkami) oraz wszyscy jego przyjaciele. Może i jest miło, póki ktoś nie wrzuci kompromitujących ujęć z imprezy, wyjazdu, intymnych spotkań - kreatywność użytkowników jest porażająca :) (gdzieś tam kiedyś natrafiłem na stronę wyszukującym na portalu fotka.pl najgłupsze, ich zdaniem, zdjęcia). Administrator zdjęcia może i usunie, o ile go powiadomimy, a w tym czasie ci znajomi, którzy nas uprzedzą... :) Jest też i problem praw autorskich do zdjęć, w końcu nie wszyscy wrzucają swoje zdjęcia. Niekiedy kontrowersje dotyczą podpisów pod zdjęciami. A mogą dotyczyć i komentarzy, jeśli będą zbyt złośliwe, dosadne lub, dajmy na to, niedyskretne ;)Kolejny problem, także związany z dobrami osobistymi, to fałszywe konta. Natrafiłem przynajmniej na kilka kont założonych przez grupę "przyjaciół" albo "miłośników", którzy w ten sposób pragną wyrazić swoją sympatię lub "sympatię" do obiektu westchnień. Często takie konta upstrzone są kompromitującymi zdjęciami. I znów pewnie po interwencji konto zostanie usunięte, ale do tego czasu - zabawa trwa :)I jeszcze jeden - ostatnio zauważony - fałszywe konta, które naszpikowane są złośliwymi linkami. Wejdź na konto nieznanego przyjaciela i pobierz sobie jakieś przyjemności, które później pobuszują po komputerze. Coś a'la fałszywki i inne cuda rozsyłane drogą mailową, tylko pod maską portali.Sygnalizuję mrowie problemów i sytuacji, które płodzi integracja internetowa. No i zachęcam do dyskusji, bo wielu na pewno nie poruszyłem.
Zapraszam na spotkanie organizacyjne osoby zainteresowane działalnością w sekcji.Wtorek, godzina 18.30, sala 302 na Brackiej (siedziba TBSP).
Szybsza procedura patentowa?
Od ponad roku na świecie realizowany jest program, nazwany Patent Prosecution Highway (PPH), którego celem jest usprawnienie procedury udzielana identycznych patentów na różnych obszarach. W próbach uczestniczą urzędy patentowe z Kanady, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Korei Południowej, Japonii, Stanów Zjednoczonych oraz Europejski Urząd Patentowy. Obecnie roczny program pilotażowy uruchamiany jest przez EUP oraz urząd amerykański (US Patent and Trademark Office). Zgłoszenia patentowe zakwalifikowane do uczestnictwa w PPH mają otrzymać priorytet w rozpatrywaniu.Więcej informacji:- strona EUP- strona USPTO- artykuł na Out-law
Do Polski dociera moda na gigantyczne noty copyrightowe. Rewelacyjny przykład w dzisiejszym internetowym wydaniu Rzeczpospolitej. Tekst o dwóch skierowanych przez Prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego ustawach - 5 linijek + 1 linijka leadu. Nota copyrightowa z prośbami i groźbami - 8 linijek. Całość znajdziecie tutaj.Redakcji Rzeczpospolitej uprzejmie przypominam o treści art. 4 pkt 4 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych:Art. 4. Nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego:4) proste informacje prasowe. Proste, to znaczy z reguły takie, przy których trudno wskazać na elementy pracy o charakterze twórczym (tak J. Barta, R. Markiewicz [w:] J. Barta, M. Czajkowska-Dąbrowska, Z. Ćwiąkalski, R. Markiewicz, E. Traple, Prawo autorskie i prawa pokrewne. Komentarz., wyd. IV, Kraków 2005). Nie wspominam tu już o prawie przedruku z art. 25 p.a., którego w myśl noty copyrightowej oczywiście nie ma. A zatem bezwstydnie i z pełną świadomością, wklejam ów "ściśle chroniony" tekst z Rzeczpospolitej:Prezydent skierował wczoraj do Trybunału Konstytucyjnego dwie ustawy. Wystąpił o zbadanie zgodności z Konstytucją przepisów o zmianie ustawy o dokumentach paszportowych oraz ustawy o opłacie skarbowej, a także ustawy o zmianie ustawy o obrocie instrumentami finansowymi oraz niektórych innych ustaw (obie z 4 września 2008 r.)Sosumi.
Tym razem parę słów o dwóch sprawach rozpatrywanych przed Sąd Dystryktowy dla Dystryktu Północnej Kalifornii (sądy dystryktowe to najniższe sądy w hierarchii sądownictwa federalnego w USA) wiążących się z mechanizmem notice & takedown, wprowadzonym do amerykańskiego systemu przez słynny DMCA (Digital Millenium Copyright Act). Mechanizm dotyczy w przeważającej mierze odpowiedzialności providerów za treść wprowadzony do serwisu przez użytkownika, jeżeli narusza on prawa wyłączne - np. filmu w YouTube. Warto o tym pisać i warto czytać, bo oparty na podobnej zasadzie mechanizm znajduje się w art. 14 ust. 1 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, implementującej dyrektywę 2000/31/WE.Sprawa numer jeden została wytoczona przez użytkowniczkę YouTube, której klip przedstawiający małego synka tańczącego do piosenki Prince'a został zdjęty po interwencji Universal Music. Pani Lenz pozwała Universal na podstawie odpowiedniego przepisu DMCA, uznając zdjęcie klipu za niezgodne z prawem. Sąd przyznał jej rację stwierdzając, że działanie pani Lenz mieściło się w ramach fair use (w o g r o m n y m uproszczeniu - dozwolony użytek), nie uznając argumentów Universala, że ocenianie czy taka sytuacja ma miejsce nie pozwalałoby na szybkie przeciwdziałanie naruszeniom.Linki: wyrok oraz kwestionowany klip (Boże drogi, ja ledwie słyszę, że w tle jest muzyka, a oni to chcieli zdejmować?!). Są także teksty na out-law i blogu Tomasza Rychlickiego, który zwraca uwagę na brak w prawie wspólnotowym przepisu takiego, jak ten, na którym oparła się pani Lenz.Sprawa numer dwa dotyczy skuteczności owego takedown i obowiązków dostawcy. W sprawie IO Group vs. Veoh problemem było to, czy Veoh zagwarantował sobie wyłączenie odpowiedzialności (safe harbour), które może nastąpić jeśli provider tylko ułatwia publikację chronionego materiału przez kgooś innego, nie publikuje aktywnie i stosuje procedury szybkiego usuwania (takedown) po informacji o naruszeniu (notice). Dodajmy nieco pikanterii - IO to producent filmów pornograficznych, w dodatku - jak czytamy w pismach procesowych - wielokrotnie nagradzany za wysoką jakość produktów.IO nie skorzystało z procedury zdejmowania materiałów, ale skierowało roszczenia prosto do sądu. Argumentem na poparcie tego posunięcia była rzekoma nieskuteczność procedur Veoh, ponieważ użytkownicy po interwencji mogli zakładać kolejne konta i ponownie rozpowszechniać chronione materiały. Sąd jednak uznał, że Veoh wypełnia wszystkie wymogi z DMCA, a badanie każdego filmu byłoby niemożliwe ze względu na ilość przetwarzanych danych i to, że nie wszystkie materiały (w tym te, o które chodziło IO) są sygnowane przez uprawnionego. Warto zwrócić uwagę na odpowiedź sądu na zarzut IO, że Veoh powinno badać każdy film, a jeśli nie jest w stanie, powinno albo zatrudnić więcej pracowników, albo przetwarzać mniej danych.Sędzia Howard Lloyd stwierdził, że jest to mało subtelna sugestia, że jeżeli Veoh nie potrafi zapobiec zaistnieniu jakiegokolwiek naruszenia, nie powinno istnieć, a żądanie ograniczenia działalności jest sprzeczne z jednym z określonych celów DMCA, który miał ułatwić rozwój handlu elektronicznego, a nie zdusić go.Nic dodać, nic ująć - zwyciężył zdrowy rozsądek i balans między sytuacją prawną uprawnionego, a sytuacją dostawców.Linki: tekst na out-law oraz materiały z procesu.
Z doniesień prasowych można w zasadzie wywnioskować tylko tyle, że Warner przegrał przed indyjskim sądem sprawę, która dotyczyła bollywoodzkiego filmu Hari Puttar, któremu zarzucano nadmierne podobieństwo do Harry'ego Pottera. Sąd orzekł, że nie może być tu mowy o wprowadzaniu w błąd. Trudno ocenić, jakie przepisy były podstawą orzeczenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę specyficzny system prawny w Indiach, ukształtowany m.in. przez kolonialną historię kraju. Zgaduję, że były to regulacje o znakach towarowych, skoro jeden z twórców filmu w wypowiedzi dla prasy opowiada o rejestracji tytułu, choć równie dobrze mogą tu pasować przepisy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.Więcej w: BBC, WSJ
W 2006 r. w Hiszpanii aresztowano 15 osób prowadzących witrynę sharemula.com. Witryna oferowała linki popularnego klienta P2P eDonkey. Linki te umożliwiały użytkownikom dostęp do materiałów chronionych prawem autorskim. Sprawa trafiła do Sądu Najwyższego za sprawą koncernów multimedialnych takich jak Disney Company Iberia, Twentieth Century Fox, Warner, Universal. Sąd w Madrycie wyjaśnił, że oferowanie indeksów linków eD2k bądź torrent nie może być uznane za naruszanie praw autorskich. Na stronie Sharemula nie przechowywano materiałów chronionych prawem autorskim a jedynie "indeksowano linki", niezależnie od tego gdzie prowadziły. W oświadczeniu dodano także, że bez znaczenia jest czy Sharemula czerpała zyski z tej działalności czy też nie. Wyrok jest ostateczny i nie można go już zaskarżyć. Sprawa ta może mieć znaczenie dla innych serwisów tego typu jak The Pirate Bay czy Mininova, które są oskarżane na tych samych podstawach za łamanie prawa autorskiego.Wyrok w języku hiszpańskim: http://derecho-internet.org/proyectos/procedimientos-libres/browser/defensa-webs-enlaces/resoluciones/formato-pdf
Nowe rozporządzenie w zakresie prawa patentowego mające na celu udzielenie wsparcia w związku z procedurą ubiegania się o ochronę patentową, weszło w życie dnia 12 września 2008r. Umożliwia ono uzyskanie rządowej dotacji w wysokości do 90% kosztów poniesionych w związku z przygotowaniem zgłoszenia patentowego. Dofinansowanie obejmuje m.in. koszty związane z pracą rzecznika patentowego. O dotacje mogą się ubiegać jednostki naukowe, uniwersytety, akademickie, inkubatory przedsiębiorczości, centra transferu technologii, centra doskonałości, parki technologiczne, konsorcja naukowe oraz przemysłowe, podmioty działające na rzecz nauki oraz fundacje wspierające transfer technologii i przedsiębiorczości.Źródła prawa: Rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 12 sierpnia 2008r. w sprawie programu „Patent Plus – wsparcie patentowania wynalazków” (DzU nr 156, poz. 971).Więcej na ten temat na stronie: http://www.nauka.gov.pl oraz http://www.law-now.com/
Po raz kolejny prawo autorskie wkracza na obszar, który dotąd w Polsce raczej nie był z nim kojarzony, a jednocześnie robi to w sposób, który dotknie niemałej grupy ludzi. Chyba każdy, kto grał (albo próbował grać) kiedyś na gitarze korzystał z tabulatur, których najpopularniejszym źródłem są oczywiście strony internetowe. Tabulaturę można porównać do zapisu nutowego - w każdym razie mamy tu do czynienia z formą rozpowszechniania utworu muzycznego lub słowno-muzycznego.Za granicą problem już się pojawił - dwa lata temu akcję zorganizowały amerykańskie OZZ. Teraz do administratorów polskich serwisów z tabulaturami zaczął pukać ZAiKS, oczywiście z uprzejmą prośbą o uiszczanie stosownych opłat licencyjnych i załączoną umową (co chyba można uznać za ofertę) - jak podają media, miałyby mieć one wysokość 10% wpływów (przy czym druga strona zaklina się, że żadnych nie ma), przy czym nie mniej, niż 1000 zł miesięcznie. Nie podano do wiadomości publicznej podstaw obliczenia tej kwoty, a odpowiedzi na pytanie nie sposób wydobyć z tabel wynagrodzeń umieszczonych na stronie ZAiKS.ZAiKS żąda też informacji o statystykach odwiedzin, zestawień przychodów, a także oznaczania tabulatur (twórca muzyki oraz tekstu, wydawca albumu) - można domniemywać, że chodzi tu o realizację uprawnień z art. 105 ust. 2 p.a.Jak zwykle - tego typu żądania każą się zastanowić, ile pieniędzy trafia z rąk OZZ do samych twórców i kogo (a raczej - czyj interes), tak naprawdę, w tej chwili chronią przepisy o prawie autorskim.
ZAiKS i SFP zostały ukarane przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta ponadmilionową karą za "porozumienie eliminujące konkurencję" między tymi organizacjami. Zdaniem UOKiK, od 2003 roku obie organizacje współpracowały ze sobą, łamiąc prawo. ZAiKS i SFP od egzemplarza DVD pobierały opłatę w wysokości 8 procent ceny (lecz nie niższą niż sztywno określona wysokość). Ponadto stosowały sztywne zasady wynagradzania twórców, co prowadziło do wynagradzania twórców abstrahującego od poniesionych kosztów, wkładów pracy oraz zysków użytkowników komercyjnych.Zdaniem prezes UOKiK Małgorzaty Krasnodębskiej-Tomkiel, "ZAiKS i SFP zawarły porozumienie, na mocy którego ustaliły jednolite, sztywne stawki za korzystanie z utworów audiowizualnych (np. filmów DVD) oraz odmówiły ich negocjowania. [...] zamierzeniem ZAiKS i SFP było wyeliminowanie konkurencji pomiędzy sobą, ze szkodą nie tylko dla przedsiębiorców (np. sprzedawców i wydawców prasy dodającej do gazet promocyjne egzemplarze DVD), ale także dla twórców i konsumentów". (za: tvn.24)
wirtualny napad
"Wyborcza" donosi dziś na pierwszej stronie o "napadzie" na sklep internetowy Max24.pl, który swą siedzibę ma w Nowej Soli (a więc po sąsiedzku, w woj. lubuskim, gdzie teraz siedzę :) ). Przy okazji Z. Domaszewicz, autor artykułu, opisuje trudności w wykrywaniu tego typu "ataków", próbuje naświetlić ich skalę. Zwraca też uwagę, że proceder ten, uprawiany przez konkurencję czy dla zabawy, staje się coraz większym problemem (chyba truizm).
Zanim dokończę temat kolorów w roli znaków towarowych, kilka ciekawostek (?) z USA.Na pierwszy ogień, sprawa którą wytoczył słynny Naked Cowboy, paradujący po Times Square, producentom czekoladek M&M's czyli firmie Mars Inc. W reklamie M&M's pojawiła się postać podobna do NC, a Robert Burck zarejestrował stosowne znaki handlowe. Teraz żąda zapłaty 6 mln dolarów.Zastanawiam się, czy podobna rejestracja miałaby szansę w Polsce. Bo czym jest Naked Cowboy? Produktem? Usługą? Prędzej można by tu mówić o naruszeniu prawa do wizerunku...Drugie danie to sprawa znacznie świeższa, dotycząca gadżetów z logo Partii Republikańskiej, produkowanych przez CafePress. Partia twierdziła, że jest to naruszenie jej znaku towarowego, czyli słynnego słonika. Zanim doszło do procesu, strony zawarły swoistą ugodę - Republikanie będą udzielali licencji na użycie swojego logo (!).W kwestii ewentualnego przełożenia na prawo polskie, polecam komentarz Olgierda Rudaka, który twierdzi, że skoro partie polityczne nie mogą prowadzić działalności gospodarczej, a tylko przedsiębiorca może zarejestrować znak towarowy, nie ma mowy o takiej sytuacji w Polsce. Z drugiej strony, przypominają się od razu problemy dotyczące "opłat za logo partii", pobieranych przez Samoobronę, które przemknęły gdzieś na uboczu głośnej afery wekslowej. Poza tym, czy nie można sobie wyobrazić rejestracji stosownego znaku przez kogoś, kto później udzieli partii wyłącznej licencji? Na koniec zostaje kwestia prawa autorskiego.P.S. Tak, ja zaglądam.
W "Gazecie Wyborczej" z 21 lipca 2008 ukazał się artykuł Jarosława Lipszyca na temat prawa autorskiego, a ściślej na temat zmian, jakim powinno prawo autorskie ulec, by choć w części dostosować się do m.in. rozwoju technologii. Choć postulaty słuszne (i wcale nie nowe), to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z obecnego prawa autorskiego robi się worek treningowy, w który wali się ze wszystkich możliwych stron, bo nie przystaje do obecnej rzeczywistości.Link do artykułuPS. Ktoś bywa tu czasem?
W Japonii upadł pomysł wprowadzenia opłat od odtwarzaczy przenośnych. Nie udało się wypracować kompromisu pomiędzy producentami urządzeń, producentami płyt a rządem. Z ulgą podobno odetchnęli konsumenci i producenci urządzeń, ci ostatni podnosili słusznie - zdaniem autora artykułu na portalu interia.pl - że nie mogą ponosić odpowiedzialności za sposób użytkowania ich produktów przez nabywców.Link do artykułu: http://nt.interia.pl/audio-wideo/news/podatek-od-odtwarzacza-mp3,1144820Wrzucam, bo dyskusja na temat "zamienników" tradycyjnych opłat trwa i trwać powinna, w czasach tak masowego i swobodnego obrotu "dobrami intelektualnymi" trudno egzekwować należne autorom wynagrodzenie. Zwłaszcza, że internet, co naturalne i oczywiste, przyspiesza i rozwija się.
ZAiKS i VAT?!
http://manager.money.pl/hitech/artykuly/artykul/6,0,353798.html?p=md#co o tym myślicie...?
i jak tu nie kochać polskich polityków/urzędników?
http://wiadomosci.onet.pl/1759677,11,item.html
To dziś, 26 kwietnia. Zgodnie z założeniami WIPO, ma być świętem "kreatywności".Obchody w Polsce - konferencje. Pierwsza to organizowana przez Polski Urząd Patentowy Jak przeciwdziałać piractwu intelektualnemu?", a druga, to impreza Creative Common Polska oraz naszych kolegów i koleżanek z koła naukowego na UW: "Czy wolna kultura jest legalna? Licencje Creative Commons w polskim prawie autorskim". Kreatywność gdzieś w tle. W sumie - koncentrujemy się wokół "legalności", przy czym obydwie strony konfliktu (bo to chyba tak trzeba nazwać) uważają się za oblężoną twierdzę.Legalność to ciekawe słowo. VaGla bardzo często zwraca uwagę na stosowanie go przez media, OZZ-y i Policję w formie przymiotnika.Rozpowszechnianie "nielegalnych plików"? To co tu w zasadzie jest zakazane przez prawo - plik czy stworzenie możliwości dotarcia do niego przez nieokreśloną liczbę osób? "Zjawisko udostępniania nielegalnych tłumaczeń do filmów", o którym pisze Rzeczpospolita? To już nie jest tak, że zgodnie z art. 2 prawa autorskiego, samo stworzenie utworu zależnego nie wymaga zezwolenia twórcy?Może to prosta pomyłka, ignorancja. Może to skrót myślowy. Może to podświadome, niespełnione marzenia tych, którym zależy na jak najszerszej ochronie praw na dobrach niematerialnych, w myśl tytułu jednego z paneli konferencji PUP: "Własność intelektualna to też własność" (sic!).A może ktoś po prostu chce wprowadzić odbiorcę w błąd, licząc - nie bezzasadnie - że ten uwierzy.
Na onecie tłumaczenie artykułu z "The Guardian" nt. nielegalnego kopiowania płyt i obiegu muzyki w Internecie. W nim próba ukazania skali zjawiska. Może skłaniać do nienowego dziś wniosku, by problem, którego nie można w zasadzie rozwiązać (opanować), spróbować uregulować w sposób podobny jak przy urządzeniach reprograficznych. http://muzyka.onet.pl/10172,1480742,wywiady.html
O tym, czy pojedynczy kolor może być objęty ochroną jako znak towarowy, można pisać długo i zapewne ten temat w niedługim czasie zagości na łamach naszego bloga. Tymczasem warto wspomnieć o sprawie, która cały problem wywołała na "masowe" światło dzienne, czyli praw do koloru magenta, jakie rości sobie Deutsche Telekom.Magenta to kolor, którego nazwa pochodzi od miejscowości Magenta we Włoszech, pod którą miała miejsce jedna z ważniejszych rzeźni XIX wieku, czyli bitwy, w której wojska Francji i Piemontu pokonały wojska Austrii.Magenta magencie nierówna, jednak najpopularniejsza jej forma - słynne M w palecie CMYK (czyli Cyan, Magenta, Yellow, Key) - stosowana jest przez wiele podmiotów gospodarczych w szeroko rozumianej oprawie graficznej. Jednym z największych, a może i największym z nich, jest Deutsche Telekom, a konkretniej operator komórkowy T-mobile. I właśnie T-mobile zawarł na swojej stronie internetowej bardzo interesującą notę.T-MOBILE, the T-MOBILE logo, T-ZONES, the T-ZONES design, the HOTSPOT design, T-MOBILE MDA, T-MOBILE SDA, T-MOBILEWEB, the WORLDCLASS logo, the “digits” design, the T-MOBILE acoustic logo, and the color magenta are registered and/or unregistered trademarks of Deutsche Telekom AG in the US and/or other countries.A więc "...kolor magenta...zarejestrowanymi lub niezarejestrowanymi znakami handlowymi..." Nie byłoby w tym nic zaskakującego (czymże jest pisanie o kolorach, skoro niektórzy zabraniają linkować do siebie?!), ale T-mobile nie poprzestało na tym. W liście do Weblogs Inc., prowadzącej serwis engadgetmobile.com, czytamy:...Deutsche Telekom i jej cała grupa, w tym firmy T-mobile na całym świecie, używały od wielu lat koloru magenta jako elementu odróżniającego przedsiębiorstwo i tworzącego markę. Tym samym [DT] ma prawo do ochrony wynikającej ze znaku towarowego na tenże kolor w związku z jej produktami i usługami w wielu państwach świata. I dalej:Aby uniknąć jakichkolwiek pomyłek konsumentów, dotyczących sponsorowania lub pochodzenia Państwa serwisu, bylibyśmy wdzięczni za usunięcie koloru magenta z logo Engadget Mobile i zaprzestanie używania tego koloru na Państwa stronie internetowej w formie typowej dla znaków towarowych.Cały list, datowany na 20 marca 2008, kończy się wezwaniem do odpowiedzi w ciągu dwóch tygodni. Weblogs Inc. nie jest jedyną spółką "proszoną" o taką współpracę, skoro powstała już (zapewne nie do końca "społeczna") akcja Free Magenta, dotycząca podmiotów holenderskich.Sprawa, jak już pisałem, dotyka szeregu ciekawych kwestii - np. problemu zdolności odróżniającej i powszechnie znanych znaków towarowych. O tym, a także o rozwoju sprawy (jeśli takowy będzie), w kolejnych notkach
Ambasada Polski w Izraelu chce usunięcia klipów Bubla z YouTube
Ambasada Polski w Izraelu domaga się od YouTube usunięcia z portalu antysemickich klipów Leszka Bubla. Więcej tutaj: http://wiadomosci.onet.pl/1722770,12,item.html
Wyrok dotyczy informacji zawartych w raporcie z weryfikacji WSI. Dokument wskazywał działalność Jerzego M. Nowakowskiego jako przekraczającą zakres współpracy w ramach obronności państwa i bezpieczeństwa wojska. Warszawski Sąd Okręgowy orzekł, że dobra osobiste powoda zostały naruszone przez bezprawne działanie pozwanego (MON). Sąd jednocześnie nie przyjął argumentacji Ministerstwa, iż nie ma legitymacji w procesie, bo komisja weryfikacyjna WSI nie podlegała MON, zaś jej prace i raport przygotowywano na podstawie specjalnej ustawy. W uzasadnieniu sędzia wskazywał, że rzetelna procedura legislacyjna w państwie prawa winna gwarantować możliwość obrony interesu jednostki, Nowakowski nie mógł zaś zapoznać się z materiałami na temat swojej osoby, ani tym bardziej odwołać się do organu wyższego stopnia. Sędzia, nawiązując do słów reprezentanta projektodawcy (Prezydent RP) - Aleksandra Szczygło, iż każda osoba będzie "mogła wystąpić na drogę sądową", stwierdził: "Jeśli przyjąć takie założenie projektodawcy, to w tym postępowaniu przedstawiciel państwa polskiego nie może się powoływać na to, że sąd cywilny jest pozbawiony niejako merytorycznej oceny tej sprawy". Sąd wspomniał również o ostrzeżeniach RPO, iż osoby wskazywane w raporcie nie mają prawnych możliwości kwestionowania jego zapisów, ich korygowania i prostowania oraz odwoływania się.Sąd dał wiarę zeznaniom powoda, bowiem MON nie ujawniło tajnych materiałów źródłowych WSI.Sąd orzekł, że publicyście należą się przeprosiny na pierwszych stronach "Gazety Wyborczej", "Rzeczpospolitej" i "Dziennika", w oświadczeniu nie mniejszym niż 1/20 strony, za "nieprawdziwe informacje" z raportu na temat powoda oraz wpłatę dlań 30 tys. zł zadośćuczynienia. MON ma też zwrócić powodowi 4,8 tys. zł kosztów procesu. Orzeczenie jest, oczywiście, nieprawomocne.(na podstawie: informacji tygodnika "Wprost")Minister Bogdan Klich zapowiedział, że ewentualna apelacja dotyczyć będzie części finansowej. Jeśli zaś orzeczenie w tym zakresie nie zostanie zmienione, zapowiedział kroki prawne wobec Antoniego Macierewicza.
Verizon Communications, przy współpracy z inżynierami z Yale, ma zamiar polepszyć ściąganie plików za pomocą programów p2p, stosując "inteligentne przekierowanie", które zmniejszy przeciążenie sieci i przyspieszy transfer. Różnica polega na tym, że p4p ściąga "najbliżej" dostępne pliki, podczas gdy p2p sięga po fragmenty plików z losowo wybranych IP. To oznacza większą szybkość i niższe koszty dla operatora.Źródło: interia.plLinki: http://p4ptech.com/