Source: http://marekborowski.pl/publikacje/publikacja_531.phtml
Timestamp: 2018-12-17 14:04:28+00:00
Document Index: 99156837

Matched Legal Cases: ['art. 2', 'art. 32', 'art. 45', 'art. 31', 'art. 28', 'art. 42', 'Art. 28', 'art. 14', 'art. 47', 'art. 48', 'art. 25', 'art. 14', 'art. 14']

Publikacje / 12.03.15 / Powrót
Zapaść cywilizacji, upadek Polski, rozpad rodziny, deprawacja dzieci - wszystkie te wieszczby (i jeszcze więcej) pojawiły się w czasie debaty w Senacie, choć i tak w porównaniu z "dyskusją" w Sejmie spór w izbie wyższej to niemal wersal. Z tymi argumentami rzecz jasna nie zamierzam polemizować, powiem tylko, że identyczne plagi miały spaść na nasz nieszczęsny kraj po przyjęciu konstytucji czy akcesji do UE. I co? I nic.
I teraz też tak będzie. Jeśli zabieram głos, to po to, aby podyskutować z jedynymi w miarę konkretnymi argumentami przeciwników konwencji, jakimi były zarzuty rzekomej niekonstytucyjności niektórych fragmentów tego dokumentu.
Zarzut pierwszy: tylko kobiety
Pierwszy zarzut dotyczy art. 2 ust. 1 konwencji. Przepis ten - zdaniem przeciwników konwencji - ogranicza ochronę wyłącznie do kobiet, pomijając ochronę mężczyzn, co narusza zasadę równości wobec prawa i równości płci wyrażoną w art. 32 ust. 1 konstytucji.
To zarzut bezpodstawny. TK wielokrotnie podkreślał, że obowiązek równego traktowania dotyczy podmiotów równych, znajdujących się w takiej samej sytuacji. Gdyby mężczyźni byli maltretowani fizycznie, psychicznie i ekonomicznie, molestowani i gwałceni przez kobiety równie często jak kobiety przez mężczyzn - taka jednostronna konwencja łamałaby zasadę równości. Tymczasem na 100 aktów przemocy w 90 ofiarami są kobiety.
To właściwie wystarczy, aby zarzut niekonstytucyjności oddalić, ale jest coś jeszcze. Oto w ust. 2 tego samego artykułu czytamy: "Strony zachęca się do stosowania konwencji do wszystkich ofiar przemocy domowej", a w preambule: "uznając, że przemoc domowa dotyka kobiet w nieproporcjonalnie większym stopniu, oraz że mężczyźni mogą również być jej ofiarami". Jak czytać - to całą konwencję.
Zarzut drugi: naruszenie prawa do sądu
Artykułowi 53 konwencji (zobowiązuje do wprowadzenia możliwości wydania natychmiastowego - czyli praktycznie przez policję - zakazu zbliżania się sprawcy przemocy do ofiary) zarzucono z kolei, że narusza przewidziane w art. 45 i 52 konstytucji prawo do sądu (obecnie taki zakaz może w Polsce wydać tylko sąd, a do tego czasu może dojść do kolejnego aktu przemocy) oraz swobodę przemieszczania się i wyboru miejsca zamieszkania (!).
Za odpowiedź wystarczy właściwie art. 31 ust. 3 konstytucji: "Ograniczenia () wolności i praw mogą być ustanawiane, () gdy są konieczne () dla ochrony () wolności i praw innych osób". Jak czytać - to całą konstytucję.
Ale to nie wszystko. Takie uprawnienie dla policji (na marginesie: bardzo potrzebne) będzie musiało zostać przyznane w ustawie, a ta będzie przecież podlegała kontroli konstytucyjnej. Praktycznie będzie to mogło wyglądać tak: policja wydaje zakaz zbliżania się i jest obowiązana uzyskać w określonym terminie akceptację sądu. Tak jest dziś np. przy zatrzymaniu na 48 godzin lub pilnej konieczności natychmiastowego założenia podsłuchu.
Kolejny zarzut niekonstytucyjności podnoszony jest w stosunku do art. 28 konwencji. Zobowiązuje on strony do zapewnienia, aby "zasady poufności, nałożone przez prawo wewnętrzne na wykonujących niektóre zawody, nie stanowiły w odpowiednich okolicznościach przeszkody w zgłoszeniu () władzom uzasadnionego podejrzenia popełnienia poważnego aktu przemocy objętego konwencją lub jeżeli można się spodziewać kolejnych aktów przemocy".
Senatorowie PiS uznali, że unormowanie to umożliwia bezkarne łamanie tajemnicy zawodowej obowiązującej adwokata, przez co narusza art. 42 ust. 2 konstytucji (prawo do obrony). Skąd wiedzieli, że tu akurat o adwokatów chodzi - nie wiadomo, ale może mają zdolności profetyczne. Są przecież jeszcze dziennikarze, lekarze, a co do adwokatów, to już od 10 lat funkcjonuje ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i terroryzmowi, która nakłada na nich pewne obowiązki informacyjne.
Art. 28 jest bardzo ostrożny ("niektóre zawody", "w odpowiednich okolicznościach", "poważnego aktu przemocy"), przez co pozostawia krajowemu ustawodawcy duży margines do wewnętrznych regulacji. Nie ma żadnego powodu, aby twierdzić, że przepis ten musi wywołać niekonstytucyjne konsekwencje.
Zarzut trzeci: zagrożone życie rodzinne i Kościoły
Najbardziej rozpalał przeciwników konwencji jej art. 14. Ma on być wieloaspektowo sprzeczny z konstytucją, a konkretnie z art. 47 (ochrona życia rodzinnego), art. 48 ust. 1 (prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami), a nawet art. 25 ust. 3 (poszanowanie autonomii Kościołów). A oto treść tego artykułu: "Strony podejmą, gdy to właściwe, niezbędne działania, by wprowadzić do programów nauczania () treści, dotyczące równości kobiet i mężczyzn, niestereotypowych ról społeczno-kulturowych, wzajemnego szacunku, rozwiązywania konfliktów w relacjach międzyludzkich bez uciekania się do przemocy, przemocy wobec kobiet ze względu na płeć oraz gwarancji nienaruszalności osoby".
Trudno tu, nawet przez silnie powiększającą lupę, dostrzec zagrożenia dla życia rodzinnego lub autonomii Kościołów. Jedynie prawa rodziców, ze względu na nieostrość tego sformułowania, mogą być przedmiotem rozważań. Zapytam więc tak: czy rodzice mają prawo wpajać dziecku, że ziemia jest płaska, opiera się na trzech słoniach, a słonie na żółwiu? Albo: czy rodzice mają prawo podważać teorię ewolucji Darwina i mówić dziecku, że było inaczej? Odpowiadam: tak, mają, ale nie mogą domagać się od szkoły, żeby przekazywała inną wiedzę niż wiedza naukowa.
A teraz wróćmy do art. 14 konwencji. Przyznaję, choć niechętnie, że rodzice mają prawo wychowywać syna na przyszłego macho i uczyć go, że konflikty najlepiej rozwiązywać za pomocą pięści. Każdy chyba jednak się zgodzi, że już od przedszkola system edukacyjny powinien propagować inne wzorce, właśnie takie, jakie zawiera art. 14. Rodzice mogą też uczyć córki, że ich rolą w przyszłości będzie opiekowanie się domem, dziećmi i mężem. Nic w tym złego, ale system edukacyjny musi pokazywać także inne modele życiowe. Prawdziwa równość kobiet i mężczyzn wymaga, aby stopniowo doprowadzać do świadomości społecznej, że poza funkcjami wynikającymi z biologii mogą oni i one w życiu odgrywać wszystkie role i pełnić wszystkie funkcje.
Na obrazku w książeczce dla dzieci mama może przygotowywać posiłek, a tata czytać gazetę, ale na innej stronie tata może zmywać naczynia, a mama siedzieć przy komputerze. Chłopcy powinni się dowiedzieć, że mężczyzna może pracować jako "przedszkolanek" i to nie hańbi, a dziewczynki, że mogą pilotować samolot, także wojskowy. Na tym właśnie m.in. polega ukazywanie niestereotypowych ról społeczno-kulturowych kobiet i mężczyzn, a nie na tym, że ta straszna konwencja zachęca mężczyzn do przebierania się za kobiety i wyciągania ręki do pocałowania. Żadnego zagrożenia, a już w szczególności konstytucyjnego, tu nie widać.
Naprawdę nie ma się czego obawiać
No dobrze - powie ktoś - pan się niczego nie obawia, ale ja jednak mam wątpliwości (takie wątpliwości, ale nie kategoryczne sądy, wyrażał np. prof. Andrzej Zoll). Jest i na to odpowiedź. Poszczególne przepisy konwencji nie stają się automatycznie, z chwilą ratyfikacji, obowiązującym prawem. Każdy kraj nadaje im treść dostosowaną do już istniejących rozwiązań prawnych, a zwłaszcza do konstytucji.
Mogą to być ustawy lub akty niższego rzędu. Te pierwsze przechodzą przez parlament, a jedne i drugie mogą być skierowane do Trybunału Konstytucyjnego. Nic tu nie odbędzie się po cichu i nie zostanie wprowadzone kuchennymi drzwiami. Polski rząd, podpisując konwencję, poczynił zresztą - dla uspokojenia wątpiących - oficjalne zastrzeżenie, że jej postanowienia będzie wdrażał zgodnie z polską konstytucją.
Najostrzej konwencję krytykują polscy biskupi, zarzucając jej zamach na chrześcijaństwo. Jednak katolickie Włochy i Hiszpania ratyfikowały konwencję, a ich episkopaty nie zgłosiły weta. Milczy również w tej sprawie papież Franciszek. Mamy więc dylemat: albo nasz Kościół w tej sprawie wie coś, czego inni nie wiedzą, albo wprost przeciwnie.
Nie chcę się wtrącać, ale odnoszę wrażenie, że ponad 80 proc. rodaków popierających konwencję właśnie ten dylemat rozstrzygnęło.