Source: http://lidiageringer.blog.onet.pl/2011/01/
Timestamp: 2017-06-25 15:38:59+00:00
Document Index: 52782007

Matched Legal Cases: ['art. 329', 'art.3', 'art.118', 'art.3', 'ART. 11', 'artą 6']

Styczeń, 2011 | Lidia Geringer de Oedenberg, blog europejski.
Miesięczne archiwum: Styczeń 2011	Patent europejski – pierwszy krok poczyniony.
Opublikowano 27 stycznia 2011 Autor: Lidia Geringer de Oedenberg	Dzisiaj ( 26.01.2011) na posiedzeniu Komisji Prawnej otworzyliśmy przez wiele lat blokowaną drogę do ustanowienia unijnego patentu. Tym pierwszym krokiem było przegłosowanie opinii autorstwa posła Klausa Lehne do decyzji Rady upoważniającej państwa członkowskie do podjęcia wzmocnionej współpracy w dziedzinie europejskiego patentu. Mówiąc wprost, bez naszej dzisiejszej zgody nie byłoby możliwe rozpoczęcie tej mocno skomplikowanej procedury. Za głosowało 16 posłów, 5 było przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu. Kolejnym etapem będzie głosowanie na sesji plenarnej, którego spodziewamy się 15-16 lutego.
Zgoda Parlamentu Europejskiego jest konieczna wg art. 329 Traktatu o Funkcjonowaniu UE odnoszącym się do przeprowadzenia pewnej inicjatywy w gronie tylko kilku państw (potrzeba przynajmniej 9). Na marginesie dodam, że ta procedura jest dopiero „testowana”. Od wejścia w życie Traktatu z Lizbony mamy do czynienia dopiero z drugim (po rozporządzeniu w sprawie rozwodów transgranicznych) przykładem ustanawiania wzmocnionej współpracy. Przeciwnicy wzmocnionej współpracy bojąc się wykluczenia i marginalizacji – stale przypominają, że tworzymy w ten sposób Europę dwóch prędkości. Tymczasem taka wielotorowość w Unii już dawno istnieje przykładem jest strefa euro czy Schengen. Niektóre państwa bardzo chętnie korzystają z tzw. klauzul „opt out” – czyli „wyłączenia”, które pozwalają im nie uczestniczyć w projektach, które z różnych powodów są dla niech niewygodne. Polska np. się „wyłączyła” z przyjęcia Karty Praw Podstawowych. Według mnie – posła zajmującego się ponad 6 lat sprawami własności intelektualnej w PE – europatent jest po prostu konieczny. Ochrona prawna innowacyjności w Europie jest bardzo droga i bardzo skomplikowana. Mogą sobie na nią pozwolić głównie duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Dziś wygląda to tak:Zainteresowani najpierw aplikują do Europejskiego Biura Patentowego (EPO) w Monachium, po czym muszą dodatkowo zarejestrować patenty w każdym państwie, w którym ubiegają się o ochronę prawną i oczywiście uiszczając za każdym razem stosowne opłaty. W sytuacji, gdy powstaje spór o prawa do patentu, trzeba prowadzić jednocześnie sprawy przed wszystkimi krajowymi sądami, w każdym państwie osobno, co oczywiście także kosztuje. W sumie ochrona patentowa w Europie jest 5 razy droższa niż w USA.
Pomysł stworzenia Europejskiego Patentu, uznawanego we wszystkich państwach urodził się ponad 30 lat temu. Nie doczekał się jednak realizacji, gdyż blokują go przede wszystkim Hiszpanie, od lat domagający się tłumaczenia patentów UE na ich język, a nie jak proponuje Komisja Europejska (chcąc ograniczyć koszty patentu) tylko na: francuski, angielski i niemiecki. Za Hiszpanami, z tym samym postulatem pojawiają się zaraz Włosi, a potem jeszcze inni … Narodowej dumy nie dawało się przez 30 lat przezwyciężyć, a tymczasem i tak zdecydowana większość wniosków patentowych już jest składana w języku angielskim. (Polska także długo blokowała europatent, ale ostatnio na szczęście zmieniła zdanie). Chcąc wreszcie wyjść z impasu 12 państw zaproponowało, by tylko ci chętni przystąpili do współpracy w tej dziedzinie i problem przynajmniej choć trochę się rozwiąże. Pomysł okazał się zaraźliwy i dziś nieoficjalnie mówi się, że spodobał się już 23 krajom. Zadeklarowanymi przeciwnikami unijnego patentu na dzień dzisiejszy pozostają Hiszpania i Włochy, którym wtórują Czechy i Cypr.
Wracając do dzisiejszego głosowania chciałabym wyjaśnić, że nie dotyczyło ono kwestii merytorycznych, ale wyłącznie proceduralnych (dlatego przedwczesne są jeszcze obawy dotyczące np. reżimu językowego czy kompetencji przyszłego sądu patentowego). Zgodnie z traktatem Lizbońskim wzmocniona współpraca musi spełniać 6 warunków: 1. nie może dotyczyć kompetencji wyłącznych Unii, czyli zgodnie z art.3 TFEU: unii celnej, polityki konkurencji, polityki pieniężnej w odniesieniu do państw strefy EURO, polityki gospodarowania zasobami morskimi czy też wspólnej polityki handlowej. I nie dotyczy. 2. Podejmowana jest w dziedzinie wchodzącej w zakres przedmiotowy Traktatu. Tu też jest zgodność, gdyż art.118 TFEU (odnoszący się do europejskiego prawa własności intelektualnej) został pomyślany specjalnie o europejskim patencie.
3. Przyczynia się do realizacji celów Unii. Celami Unii wymienionymi w art.3 TEU są wspieranie pokoju, wartości i dobrobytu narodów. Wniosek Komisji Europejskiej w sprawie europejskiego patentu argumentuje, że tak właśnie się stanie dzięki zmniejszeniu kosztów ochrony patentowej i uproszczeniu istniejących procedur.
4.Bierze pod uwagę konieczność ochrony interesów Unii, oraz wzmacnianie procesu integracji. Chociaż pojęcia te nie są zdefiniowane w Traktacie, logicznie myśląc można zakładać, że jednolite prawo w dziedzinie patentu przyczyni się do większej integracji gospodarczej.
5. Decyzja o podjęciu współpracy może być podjęta przez Radę „w ostateczności, jeżeli ustali, że cele takiej współpracy nie mogą zostać osiągnięte w rozsądnym terminie przez Unię, jako całość”. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszy wspólnotowy traktat na temat patentów, który jednak nigdy nie wszedł w życie, pochodzi z 1975, wydaje się, że i to kryterium jest spełnione.
6. Minimalna liczba państw zainteresowanych wzmocnioną współpracą wynosi 9. W przypadku patentów, na dzisiaj mówimy oficjalnie o 12 państwach.
To tyle, jeżeli chodzi o argumenty prawne. Zdaję sobie sprawę, że nie uspokoją one wszystkich obaw. Oczywiście lepiej byłoby gdyby do projektu europejskiego patentu chciały przystąpić wszystkie państwa, mam nadzieję, że w dłużnym okresie tak właśnie się stanie. Pamiętajmy jednak, że warunki funkcjonowania tego systemu zostaną ustalone przez tych, którzy uczestniczą we wzmocnionej współpracy. Dlatego bardzo się cieszę, że w tym gronie znalazła się również Polska i zapewniam, że jako osoba, która dzisiaj zagłosowała na „tak” dla europejskiego patentu, jestem otwarta na argumenty wszystkich zainteresowanych stron i będę czuwać, aby również interesy ( na razie niechętnych inicjatywie ) polskich przedsiębiorstw zostały uwzględnione. Z pozdrowieniami ze Parlamentu Europejskiego Lidia Geringer de Oedenberg
Odkrywka w Brukseli
Opublikowano 26 stycznia 2011 Autor: Lidia Geringer de Oedenberg	Wszyscy, którzy interesują się sprawą projektu odkrywkowej kopalni węgla brunatnego w rejonie Legnicy wiedzą, że w tej sprawie nie chodzi tylko o ewentualne złamanie prawa europejskiego przez władze RP, ale o kwestię bardziej fundamentalną: o nieuszanowanie przez Rząd wyników najbardziej podstawowego i demokratycznego sposobu wyrażenia woli przez mieszkańców zainteresowanych gmin, jakim było przeprowadzone 27 września 2009 roku referendum.
Przypomnę, że wzięło w nim udział ponad 17 600 uprawnionych do głosowania mieszkańców 6 gmin jednocześnie, którzy w blisko 95% opowiedzieli się przeciwko budowie kopalni. Frekwencja (czyniąca referendum prawomocnym) w poszczególnych gminach przekroczyła nawet 63%, co jest wynikiem doskonałym w skali Polski, gdzie poziom uczestnictwa w wyborach jest zazwyczaj bardzo niski (np. w wyborach do PE wyniósł ok .24%.).Mimo tak wyraźnego sygnału od obywateli władze RP kontynuują projekt budowy odkrywki, mając zamiar wprowadzić ochronę złoża węgla brunatnego przed dalszą zabudową. Gabinet Donalda Tuska milczy na temat referendum, zaś wicepremier Waldemar Pawlak nie widzi potrzeby spotkania z samorządowcami.
Dlatego właśnie, jako „ostatniej deski ratunku” obywatele postanowili użyć instrumentu petycji do Parlamentu Europejskiego, opierając się na kwestiach ewentualnego naruszenia prawa europejskiego, zawartych w dyrektywie środowiskowej, programie Natura 2000 czy regulacjach z dziedziny polityki regionalnej. Petycję sygnowaną przez 6 tysięcy obywateli złożyła w Parlamencie p. Irena Rogowska – wójt Gminy Lubin. Skarga szybko została uznana za dopuszczalną, czyli leżącą w kompetencjach Parlamentu Europejskiego.
Na wczorajszym posiedzeniu Komisji Petycji (25 stycznia br), rozpatrywaliśmy już ja jako petycję nr 46/2010 z udziałem przedstawicieli sygnatariuszy. Dolnośląscy samorządowcy osobiście zaprezentowali swoje zastrzeżenia co do procedury konsultacji społecznych oraz obawy związane z ewentualnym negatywnym wpływem planowanej największej w Europie odkrywki – na środowisko naturalne. Bardzo dobrą prezentację przedstawił także prof. Ludwik Tomiałojć z Uniwersytetu Wrocławskiego.Według szacunków samorządowców, budowa kopalni oznaczałaby likwidację 35 miejscowości, wysiedlenie ok. 20 tys. osób, zniszczenie zasobów chronionych programem „Natura 2000″. Przedstawicielka Komisji Europejskiej (KE) obecna na posiedzeniu Komisji Petycji, zapytana o zdanie na temat skargi – na razie nie zauważyła przesłanek do poddawania w wątpliwość rzetelności rządowych konsultacji publicznych w sprawie Strategii „Polityka Energetyczna Polski do 2030 r.”. Skoro polski Rząd mówi, że były prawidłowe – to Komisja wierzy. Samorządowcy twierdzą jednak, że miały one jedynie charakter iluzoryczny. (Swoją drogą, dlaczego Komisja Europejska bez wahania zaufała tylko argumentom rządowym, który przecież jest stroną w tej sprawie, a więc jako ten, na którego jest skarga – z założenia nie jest obiektywny? )Składałam już wcześniej interpelację w tej sprawie, zatem fakty te KE powinny były już wcześniej być dobrze znane. Poruszałam też inną kwestię, jaką jest groźba zmarnowania środków z funduszy europejskich, które już zostały przeznaczone na rozwój tego regionu. Za pieniądze europejskie powstała infrastruktura, wyremontowano budynki użyteczności publicznej, które jeżeli powstanie kopalnia, zostaną zniszczone lub przestaną komukolwiek służyć, bo mieszkańcy zostaną wysiedleni. Państwo członkowskie wydając pieniądze unijne musi gwarantować tzw. trwałość projektu. Nie buduje się dróg, czy szkół w założeniu tylko na parę lat…. Sprawa będzie miała swój ciąg dalszy. Posłowie zgodnie stwierdzili, że wyjaśnienia „rządowe” są niewystarczające. Będziemy monitorować tę petycję i powrócimy do niej jak tylko KE na nowo przeanalizuje dokumenty. Osobiście mam nadzieję, że teraz, gdy skarga nabrała europejskiego ciężaru – polski Rząd będzie bardziej chętny do rozmów i dostrzeże gminne prawomocne referendum – pod groźbą unijnych kar…
W PE solidarnie o Gazociągu Północnym
Opublikowano 25 stycznia 2011 Autor: Lidia Geringer de Oedenberg	W ostatnich latach polscy premierzy i ministrowie spraw zagranicznych angażowali się w wymianę zdań z Rosją i Niemcami, proponując albo energetyczny „pakt muszkieterów” albo określając Gazociąg Północny mianem „paktu Ribbentrop-Mołotow”. Z obu retorycznych chwytów wyniknęło niewiele. Tymczasem dzisiaj, 25 stycznia br., jako poseł-sprawozdawca odpowiedzialna za temat Nord Stream w Komisji Petycji przy wsparciu innych europosłów – po raz kolejny udowodniliśmy, że w sprawie kontrowersyjnego Gazociągu – Polska mogłaby „boksować” powyżej swojej wagi - gdyby merytoryczna dyskusja o ekologicznych zagrożeniach i prawnych mankamentach związanych z Nord Stream, została wsparta przez … nasz rząd.
Gwoli formalności, Nord Stream to 1220-kilometrowy gazociąg instalowany na dnie Morza Bałtyckiego, który połączy wkrótce rosyjski Wyborg z niemieckim Greifswaldem. Do 2012 r. rurociągiem popłynie 55 mld metrów sześciennych gazu, z pominięciem „niestabilnych” terytoriów tranzytowych, takich jak: Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia i Polska.
Ostatnio Komisja Petycji analizowała temat wpływu Gazociągu Północnego na środowisko na posiedzeniu w lipcu 2010 r. Wtedy też Komisja Europejska, zapytana przez nas o niezależną ocenę wpływu projektu na środowisko Bałtyku, odpowiedziała, że taka ocena powstała z inicjatywy spółki Nord Stream i została zatwierdzona przez 5 państw, które wyraziły zgodę na inwestycję: Niemcy, Rosję, Finlandię, Szwecję i Danię. Komisja Europejska twierdzi, że nie ma żadnej instytucjonalnej roli w tej sprawie do odegrania, a warunek przedstawienia przez inwestora oceny wpływu został spełniony (zgodnie z dyrektywą z 1985 r. o ocenie wpływu na środowisko prywatnych i publicznych projektów), zaś odpowiedzialność za inwestycję spoczywa na spółce Nord Stream…ALE, Komisja ma również obowiązek nadzorować implementację dyrektywy z 1985 r. A ta przewiduje w ART. 11 wymianę doświadczeń z wdrażania dyrektywy i ocenę jej skuteczności.Mimo tego Komisja Europejska wydaje się być zadowolona z jakości oceny wpływu na środowisko, przedłożonej przez spółkę Nord Stream, jak również z konsultacji publicznych zorganizowanych przez spółkę, w przeciwieństwie do innych międzynarodowych organizacji, instytucji czy obywateli. Bowiem…
EKOLODZY:- podtrzymują wątpliwości i uwagi sformułowane już kilka lat temu:
A Estonian Fund for Nature, Estonian Organisation for Nature oraz Estonian Green Movement wciąż oczekują orzeczenia sądu administracyjnego w Finlandii – w sprawie pozwolenia na budowę na wodach terytorialnych Estonii i Finlandii. Ww. organizacje twierdzą, że ocena wpływu przygotowana przez Nord Stream jest niekompletna i nie wymienia wszystkich zagrożeń ekologicznych wynikających z budowy. Naturalnie, orzeczenie sądu administracyjnego poznamy za kilkanaście miesięcy, gdy Gazociąg będzie już funkcjonować…
World Wide Fund w Niemczech określiła ocenę wpływu sporządzoną przez Nord Stream jako „nieadekwatną”. WWF jednak nie zaskarżyła pozwolenia na budowę z prozaicznego powodu – prawo UE nie daje możliwości nakładania wymogów środowiskowych na takich inwestorów jak Nord Stream, ponieważ brakuje odpowiednich narzędzi prawnych na poziomie UE. Może Komisja Europejska powinna przeanalizować uwagi formułowane przez WWF i przygotować nowelizację dyrektywy z 1985 r. – zamiast powtarzać, że istniejące zapisy są wystarczająco precyzyjne?
Tam, gdzie istnieją precyzyjne regulacje prawne, organizacje mogą naciskać na dużych inwestorów i „patrzeć im na ręce”. Najlepszym dowodem jest działalność tego samego WWF w odniesieniu do niemieckich wód terytorialnych. WWF wynegocjowało jednak od Nord Stream dodatkowe 10 mln euro na inwestycje w ochronę środowiska. Pytanie brzmi – dlaczego spółka Nord Stream wykłada takie środki na zadośćuczynienie efektów działalności, które opisuje jako znikome? Innymi słowy, czy Nord Stream rekompensuje WWF coś, czego nie ma?
Inna organizacja, kwestionująca jakość oceny wpływu przygotowanej przez Nord Stream, to Coalition Clean Baltic. Organizacja ta opracowała alternatywny raport, wymieniając błędy popełnione przez Nord Stream, ale do dziś nie doczekała się odpowiedzi od inwestora. Czy to jest model publicznych konsultacji, z którym Komisja się zgadza?
Wreszcie, jaką wiarygodność ma spółka Nord Stream skoro finansuje placówki naukowe i ekspertów, którzy mogliby obiektywnie ocenić wpływ inwestycji na środowisko? W 2007 r. Nord Stream przekazał 574,000$ Uniwersytetowi w Gotlandii. Na tym samym uniwersytecie jest zatrudniony profesor i …krytyk Nord Stream. Znów, dlaczego spółka Nord Stream zdecydowała się przekazać niemałe środki pieniężne na zagrożenie, ktorego wcześniej nie dostrzegała?
RYBACY: W prywatnych rozmowach polscy rybacy podkreślają, że inwestycja wywiera już negatywny wpływ na ekosystem Bałtyku, wprowadzając w nim nieodwracalne zmiany.
Za dowód niech posłuży to, że rybacy muszą zmieniać miejsca połowów z powodu migracji ryb. Spółka Nord Stream dostrzega ten fakt i wypłaca rybakom odszkodowania za zaistniałą sytuację, ALE: z nieoficjalnych informacji wynika, że np. Szwedzi otrzymują 30,000 EUR w przeliczeniu na kuter, Polacy zaś – 5,000 EUR. Mimo że, po rozszerzeniu UE w 2004 r., rybacy łowią często na tych samych, międzynarodowych wodach. PAŃSTWA CZŁONKOWSKIE UENie wszystkie państwa członkowskie UE zaangażowane w sprawę były zadowolone z jakości wiadomości przekazywanych im przez Nord Stream:- jeszcze w czerwcu 2009 r. Łotwa zgłaszała wątpliwości co do zapisów w ocenie wpływu dotyczących kwestii bezpieczeństwa…- po stronie litewskiej władze mówiły o „niedoszacowaniu zanieczyszczenia powietrza i szkód dla ekosystemu Bałtyku”, wynikających z inwestycji.
- strona polska obawia się o funkcjonalność portu W Świnoujściu…
Gazociąg Północny znajduje się na liście oficjalnych projektów „Trans-European Network” i budowa odbywa się także pod szyldem UE. Duże infrastrukturalne projekty mają globalne konsekwencje dla nas wszystkich. W tym wypadku Gazociąg będzie wywierał wpływ na wszystkie państwa z dostępem do Bałtyku, nie tylko na te, które wyraziły zgodę na budowę. Tymczasem w nowym raporcie przygotowanym przez Nord Stream w 2010 r.- odnośnie programu monitoringu ekosystemu Bałtyku mówi się o kontynuowaniu badań maksymalnie do kilku tygodni po zakończeniu budowy (a czasem krócej-do kilku dni). Kto będzie monitorował wpływ inwestycji w dłuższej perspektywie? Co z konsekwencjami dla środowiska, jakie mogą się ujawnić się później?
Obecnie ponad 50% Gazociągu już leży na dnie Bałtyku. Polski rząd koncentruje się tylko na rozmowach, dotyczących ewentualnej blokady portu w Świnoujściu przez rury na dnie Bałtyku (dziś do portu wpływają relatywnie małe statki, ale w przyszłości przecież może się to zmienić). Szkoda, że przy wyborze polskiej strategii kolejni premierzy i ministrowie spraw zagranicznych nie docenili dorobku Parlamentu Europejskiego…
Dzisiejsza (25.01.2011) dyskusja na posiedzeniu Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego znowu obnażyła słabości stanowiska Komisji Europejskiej i pokazała, że eurodeputowani poważnie traktują temat Gazociągu. W przeciwieństwie do naszego rządu, który (znów) nie wysłał przedstawiciela na posiedzenie Komisji Petycji i który wyraźnie nawet nie posiada własnego spójnego stanowiska. Najpierw długo krytykuje Gazociąg (w oficjalnym stanowisku MSZ), by następnie pogodzić się z losem (słowa prezydenta Komorowskiego z września 2010 r. o niepotrzebnym zadrażnianiu relacji z Niemcami z powodu Gazociągu), po czym wraca do dawnej krytyki (niedawny komentarz polskiego ambasadora w Rosji – o potencjalnym zagrożeniu dla środowiska Bałtyku i nieopłacalności całej inwestycji). ???
Taka postawa nie pomaga nam w negocjacjach. Z pozdrowieniami z Parlamentu EuropejskiegoLidia Geringer de Oedenberg
Opublikowano 19 stycznia 2011 Autor: Lidia Geringer de Oedenberg	W Brukseli urzędowy optymizm premiera Donalda Tuska i pełnomocnika rządu ds. polskiej prezydencji w UE Mikołaja Dowgielewicza nie ma takiej siły rażenia, jak na sejmowej trybunie, czy w telewizyjnych salonach. Było już wiele prezydencji, są ustalone wzorce i precyzyjne metody porównań. Także duża część polskich eurodeputowanych pracuje już w Parlamencie od ponad 6 lat, zatem miała sposobność obserwować z bliska aż 12 różnych prezydencji, dostrzegając zarówno czeskie błędy, jak i Francję-elegancję państw sprawujących przewodnictwo w Unii Europejskiej. Z czystego obowiązku należy odnotować, iż na 161 dni* przed polskim debiutem w przygotowaniach widać kilka (niepokojących) szwów… Na razie nie wszyscy je dostrzegają – w szczególności z perspektywy Warszawy – ale chyba żaden odpowiedzialny polityk w Polsce nie chce, aby sklecone naprędce „fastrygi” nagle puściły w najmniej stosownym momencie np. 1 lipca 2011 r., gdy Polska w błysku fleszy uroczyście wkroczy na czerwony dywan (byle nie na ten węgierski http://euobserver.com/9/31629
), by przejąć stery Unii.Na jakie elementy premier Tusk i minister Dowgielewicz powinni zwrócić uwagę w nadchodzących miesiącach?
W pierwszej kolejności na mnogość, wtórność i fantastykę priorytetów polskiej prezydencji. Mnogość. Jeszcze dwa lata temu jako priorytety wymieniano w Warszawie przede wszystkim Partnerstwo Wschodnie i bezpieczeństwo energetyczne, dziś zrobiła się z tego pokaźna, acz niespójna lista na czele z:-rozwojem wspólnej polityki obronnej,-negocjacjami 7-letniej perspektywy finansowej 2014-2020,-wzmocnieniem rynku wewnętrznego,-walką z bezrobociem,-wykorzystaniem kapitału intelektualnego Europy,-walką z kryzysem w strefie euro. Co z tego uda się Polsce osiągnąć w podczas 6- miesięcznej prezydencji, na którą po odliczeniu wakacji – będzie praktycznie 3 i pół miesiąca?
Wtórność. Oprócz Partnerstwa Wschodniego Polska nie przedstawiła żadnego autorskiego pomysłu, a wszystkie wymienione idee to kalki z programów pisanych przez innych unijnych przywódców, jako długofalowe priorytety UE, zresztą powtarzane jak mantra przy każdej możliwej okazji przez Przewodniczącego Komisji Europejskiej -José Manuela Barroso. Co więcej, Partnerstwa Wschodniego też właściwie nie wymyślono na potrzeby naszej prezydencji, czyli inicjatywa jest już znana jako relatywnie „stara”. Gdzie nasza kreatywnosć?
Fantastyka. Gdyby Polska rzeczywiście zrealizowała choćby część priorytetów z powyżej wymienionej listy, mogłaby liczyć nie tylko na osobny rozdział w podręcznikach o europejskiej integracji, lecz jako eurocudotwórca prawdopodobnie otrzymałaby zbiorczo stanowiska szefa Komisji Europejskiej, przewodniczącego Rady Europejskiej, a i Jerzy Buzek mógłby pewnie przewodniczyć Parlamentowi Europejskiemu kolejne dwa i pół roku. Innymi słowy, każdy z wymienionych priorytetów to, nie przymierzając, kobyła sama w sobie, projekt bez szans na szybką finalizację w ciągu 6 -ciu a de facto 3 i pół miesięcy. Gdzie są cele możliwe do zrealizowania?
No i budżet. 430 mln zł, jakimi dysponuje polski rząd, to próba bicia rekordu na najtańszą prezydencję w UE. A tanio to nie znaczy zawsze dobrze…
W tej sytuacji władze powinny wybrać 1-2 postulaty i przerzucić na unijny front potężne siły i środki. Tym bardziej, że do lipca w Brukseli urodzą się pewnie jeszcze nowe wyzwania, tak jak Belgom i Węgrom „urodziła się” kwestia Romów.
Po wtóre, Ministerstwo Spraw Zagranicznych do dziś nie rozstrzygnęło istotnych przetargów i nie zakończyło rekrutacji tymczasowych pracowników. W kolejce do wyłonienia czekają np. organizatorzy 9 międzynarodowych imprez oraz specjaliści z zakresu budżetu i logistyki. Zakładając, że wyniki przetargów moga zostać oprotestowane, organizatorzy będą mieli zaledwie 2-3 miesiące na przygotowanie arcyważnych wydarzeń, pracownicy zaś – na wdrożenie się do istniejących zespołów.
Po trzecie, wciąż nie wiadomo, w jakich lokalowych warunkach przyjdzie pracować „zbrojnemu ramieniu” polskiej prezydencji (mózgiem pozostaje MSZ), czyli Stałemu Przedstawicielstwu RP przy UE. Wkrótce 200-osobowy zespół ma przeprowadzić się do nowej, większej siedziby nieopodal ronda Schumana (rzut kamieniem od najważniejszych unijnych instytucji), ale budynek jest jeszcze ciągle w budowie.. Termin oddania siedziby do użytku przesunięto właśnie z marca na kwiecień. Gdyby doszło do następnego opóźnienia, nawet o miesiąc, czasu na przeprowadzkę będzie naprawdę bardzo mało, a trudno przypuszczać, by np. infrastruktura telekomunikacyjna czy bezpieczeństwo danych funkcjonowały należycie już od pierwszego dnia. W najbardziej pesymistycznym scenariuszu, gdyby Przedstawicielstwo pozostało w starym budynku (już teraz „pękającym w szwach”) dla kolejnych 300 osób należałoby chyba postawić namioty na wypielęgnowanym trawniku lub też zagospodarować kort tenisowy… W sferze planów pozostaje także polityczny „pakt o nieagresji” na czas prezydencji. Do takiego rozwiązania uciekli się skutecznie Słoweńcy i Hiszpanie, kolejno w 2008 r. i w 2010 r. Niemniej trzeba pamiętać, iż ani Lublana, ani Madryt nie organizowali wyborów parlamentarnych w okresie swojego przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej. Również temperatura politycznego sporu w Polsce wydaje się znacznie wyższa i można zaryzykować tezę, że najgłośniejsza partia opozycyjna – PiS – nie zakopie jednak wojennego topora nawet na rzecz pomyślnej współpracy z UE, do której uśmiecha się wtedy, gdy czegoś potrzebuje – np. międzynarodowego śledztwa ws. Smoleńska.Myślę, że wszystkim nam powinno zależeć, by pierwsza polska prezydencja okazała się sukcesem. Polska lewica, mająca ogromne zasługi we wprowadzaniu naszej ojczyzny do UE – w negocjacjach, pomyślnym referendum i podpisaniu traktatu akcesyjnego (w latach 2001-2004) na pewno jest gotowa do takiej współpracy. Myślę, że jako obywatele – wszyscy już dostrzegamy jak wielką pomoc zaoferowała nam europejska rodzina. Tak silnego wsparcia nie otrzymał jak dotąd żaden inny kraj… W ubiegłym tygodniu minister Dowgielewicz poprosił nas – europosłów z frakcji Socjalistów i Demokratów o spotkanie na temat przyszłej polskiej prezydencji. Rozmowy przebiegły w konstruktywnej atmosferze. Myślę, że to krok w dobrym kierunku. Zależy nam, by pokazać co Polak (w Unii) naprawdę potrafi, nawet jeśli górnolotne plany są pośpiesznie szyte i na ostatnią chwilę. Lidia Geringer de Oedenberg
* licznik znajduje się na stronie www.lgeringer.pl
PS.Zachęcam do wzięcia udziału w konkursie na obywatelski plakat polskiej prezydencji. Szczegóły – http://lgeringer.pl/ntpp.htm
Prawomocne referendum – bez mocy prawnej, na razie…
Opublikowano 18 stycznia 2011 Autor: Lidia Geringer de Oedenberg	27 września 2009 r. w referendum zorganizowanym w 6 gminach dolnośląskich, w sprawie projektu budowy jednej z największych w Europie kopalni odkrywkowych węgla brunatnego (na złożu „Legnica”) – na NIE opowiedziało się ok. 95% mieszkańców. Według szacunków lokalnych samorządowców, budowa kopalni oznaczałaby likwidację 35 miejscowości , wysiedlenie ok. 20 tys. osób, jak również niosłaby ze sobą poważne konsekwencje ekologiczne dla terenów objętych programem „Natura 2000″. Mieszkańcy projektowi powiedzieli NIE, którego rząd na razie nie dosłyszał… Oficjalnie gabinet Donalda Tuska milczy na temat wyników lokalnego referendum, zaś wicepremier Waldemar Pawlak kilkukrotnie już odmówił samorządowcom spotkania…
Dlatego wspólnie z Ireną Rogowską (wójtem Gminy Lubin), Zdzisławem Tersą (wójtem Gminy Kunice), Robertem Chruścielem (wójtem Gminy Ruja) oraz Franciszkiem Pińczukiem - przedstawicielem Urzędu Miasta i Gminy Prochowice – przedstawiliśmy na wczorajszej konferencji prasowej - europejski plan „pobudki” dla polskich decydentów. Sprawą 25 stycznia br. zajmie się Parlament Europejski, który już uznał petycję nr 46/2010 za dopuszczalną, zatem dotyczącą kwestii ewentualnego naruszenia prawa wspólnotowego. Celem przyszłotygodniowej wizyty samorządowców w „stolicy” Unii Europejskiej jest udział w posiedzeniu Komisji Petycji, podczas którego dolnośłąscy samorządowcy osobiście zaprezentują swoją (wspartą 6 tys. podpisów) skargę związaną z nieuszanowaniem przez Rząd RP wyniku referendum przeprowadzonego 27 września 2009 r. oraz ewentualnym negatywnym wpływem megabudowy na środowisko naturalne. (Stosowną ekspertyzę przedstawi prof. Ludwik Tomiałojć z Uniwersytetu Wrocławskiego).
Dodam, że ani samorządowcy, ani ja jako członek Komisji Petycji nie chcemy awantury na wzór dysputy polskiego rządu i Brukseli o Dolinę Rospudy. Zamierzamy przede wszystkim doprowadzić do rozmów, współpracy i kompromisu – zgodnie z prawem. W przypadku takiej inwestycji jak gigantyczna kopalnia obowiązkowe jest przeprowadzenie rzetelnych konsultacji środowiskowych. Trudno wyobrazić sobie lepsze konsultacje niż referendum przeprowadzone jednocześnie w sześciu gminach. Nie można lekceważyć głosu obywateli, nawet jeśli ich zdanie nie podoba się rządzącym. To gwarantuje nam unijne prawo.
PS. Więcej szczegółów z konferencji : http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,8959685,%20Legnickie_odkrywkowe_gminy_jada_po_pomoc_do_Brukseli.html
Przyszłotygodniowe posiedzenie Komisji Petycji można oglądać online -25 stycznia, pod adresem: http://www.europarl.europa.eu/eplive/public/default_pl.htm
(transmisja od godz. 9:30). Kategorie: Bez kategorii	| Napisz odpowiedź
Gdzie się podziała brukselska „Solidarność”?
Opublikowano 11 stycznia 2011 Autor: Lidia Geringer de Oedenberg	Miała być uroczysta ceremonia inauguracyjna z przemówieniami: przewodniczącego Parlamentu Europejskiego – Jerzego Buzka, prezydenta Brukseli – Charlesa Picqué i byłego prezydenta RP – Lecha Wałęsy. Miał być efektowny, wieczorny koncert zespołu Myslovitz. Wreszcie, miała być wielojęzyczna wystawa podsumowująca dokonania „Solidarności” i przypominająca słynnych 21 postulatów. Wszystko to z okazji otwarcia brukselskiej Promenady Solidarności w 30 rocznicę podpisania Porozumień sierpniowych. Inicjatywa utknęła jednak w martwym punkcie na tydzień przed oficjalnym otwarciem promenady…
Parlament Europejski od dawna ma w zwyczaju honorowanie wybitnych postaci, które przyczyniły się do europejskiej integracji. „Swoje” budynki w Strasburgu i Brukseli posiadają m.in.: Winston Churchill, Altiero Spinelli, Willy Brandt czy József Antall. Pomysł uhonorowania całego ruchu, a nie konkretnej osoby, pojawił się po wyborze Polaka na stanowisko przewodniczącego instytucji. Okazja do tego zdarzyła się wyśmienita; w kompleksie PE w 2009 r. do użytku oddano dwa nowe budynki: Brandt i Antall. Pomiędzy nimi a istniejącym już wcześniej budynkiem Spinelli powstał elegancki deptak, usytuowany tuż obok prestiżowego placu Luxembourg.
Śledząc sprawę w Prezydium PE (gdzie zasiadam jako kwestor) zaobserwowałam, że idea nazwania deptaku na cześć polskiej „Solidarności” wzbudziła jednak pewne kontrowersje zarówno wśród członków Prezydium jak i władz Brukseli. Myślę, że chciano sprawę załatwić po prostu zbyt szybko. Zrozumiałym jest, że przewodniczący Buzek starał się zdążyć przed rocznicą, ale każdy naród ma swoich herosów i wyraźnie nie spodobało się, że bez wystarczających konsultacji przewodniczący po prostu przedstawił projekt nie tyle do dyskusji, co do …akceptacji. Tym niemniej formalna decyzja z pewnymi zastrzeżeniami (co do scenariusza ceremonii) została podjęta przez Prezydium w połowie czerwca 2010 r., a program uroczystości dopięto na długo przed 31 sierpnia 2010 r. Mimo tego – ceremonię odwołano niemal w ostatniej chwili, ze względów formalnych… Od tamtej pory nie podano żadnego nowego terminu.
Andrzej Wajda, który przystępuje właśnie do pracy nad filmem biograficznym o Lechu Wałęsie, pierwotnie chciał zatytułować swój projekt „Człowiek z nadziei”. Stanęło na „My, naród polski”. Tu w Brukseli „Solidarność” jest ciągle przy nadziei.
PS. Nieoficjalnie dowiedziałam się, że być może temat wróci w czasie polskiej prezydencji, a „Solidarność” na promenadzie dostanie pewnie jeszcze kogoś do towarzystwa. Kategorie: Bez kategorii	| 5 Komentarze
Opublikowano 4 stycznia 2011 Autor: Lidia Geringer de Oedenberg	W najbliższy czwartek, w Święto Trzech Króli, do Budapesztu zjadą „koronowane” głowy Unii Europejskiej – przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso oraz zdający przewodnictwo nad Radą UE – premier Belgii Yves Leterme – aby uroczyście zainaugurować węgierską prezydencję w UE. Podczas godzinnej ceremonii w węgierskim parlamencie premier Leterme przekaże szefowi węgierskiego rządu Viktorowi Orbanowi flagę UE i „namaści” tym samym swojego następcę – podkreślając tym samym ciągłość rotacyjnego przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej. Co „odziedziczą” Węgry po belgijskim półroczu (lipiec-grudzień 2010 r.)?Belgijską prezydencję – 12-stą w historii UE! – zapamiętamy przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na zarządzanie pracami Wspólnoty z pozycji tymczasowego rządu; po ostatnich wyborach parlamentarnych, które odbyły się w czerwcu 2010 r., wciąż trwają w Belgii bowiem rozmowy na temat utworzenia nowego, koalicyjnego gabinetu (w grudniu pobito poprzedni rekord – 194 dni bez stałego rządu) – prezydencją kierował zatem „z tylnego siedzenia” tymczasowy premier Leterme. Po drugie, Belgów oskarżano często o „niewidzialność” i ustępowanie unijnego pola przewodniczącemu Rady Europejskiej – Hermanowi Van Rompuyowi, który przed Letermem był premierem Belgii i niejako przyczynił się do obecnego rządowego pata obejmując nowe stanowisko… Mając na uwadze te arcynietypowe warunki trzeba jednak dostrzec co Belgom bezsprzecznie się udało. Mimo poważnych trudności z uchwaleniem budżetu UE na 2011 rok i zgrzytów w negocjacjach między Parlamentem Europejskim a Radą Unii Europejskiej, pierwszy projekt finansów w nowej procedurze Traktatu z Lizbony domknięto dosłownie na dwa tygodnie przed końcem 2010 r. Udało się uniknąć tym samym prowizorium, czyli planowania wydatków w oparciu o liczby z poprzedniego, mniejszego budżetu UE. To zasługa między innymi belgijskiej prezydencji, a konkretnie Melchiora Watheleta – odpowiedzialnego w rządzie za budżet – który do samego końca walczył o kompromisowe rozwiązanie.Ponadto Belgowie dwoili się i troili, żeby zawiązać nić porozumienia między Parlamentem a Catherine Ashton – Wysoką Przedstawicielką UE ds. Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Początkowo obie strony spierały się o kadry i finanse – budowanej właśnie – dyplomacji UE, tj. Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. W końcu, w drugim półroczu 2010 r. udało się wygasić rywalizację Barroso i Van Rompuya, którzy po wejściu w życie Traktatu z Lizbony na własną rękę interpretowali jego zapisy – w celu maksymalnego poszerzenia swoich kompetencji.
Naturalnie, można się spierać na ile ww. sukcesy stanowiły konsekwencję działań belgijskiego rządu, a na ile były efektem starań całej UE (np. na czasowym uchwaleniu budżetu na 2011 r. zależało praktycznie wszystkim państwom członkowskim oraz instytucjom). Nie zmienia to faktu, że solidni Belgowie okazali się też dżentelmenami i nie wrzucili Węgrom żadnego „gorącego kartofla”, czyli niespodziewanego problemu, który wypaczyłby priorytety ich debiutanckiej prezydencji i sparaliżowałby prace UE w pierwszych miesiącach 2011 r. Tym niemniej węgierskie przewodnictwo zapowiada się jednak jako naszpikowane trudnościami…
Oprócz stricte wewnątrzkrajowych przyczyn, takich jak nowe, kontrowersyjne prawo medialne na Węgrzech (wątpliwości w tym temacie zgłosiła już m.in. Komisja Europejska), premier Orban postrzegany dodatkowo jako eurosceptyk będzie musiał zmierzyć się z nierozwiązanymi jak dotąd bardzo poważnymi problemami dla całej UE: - aktualny pozostaje problem Romów – z nieprzejednanym stanowiskiem Francji,- trudności budżetowe Hiszpanii i Portugalii mogące dodatkowo rzutować na niestabilność strefy euro. Do tej ostatniej dorzuciły swój „kamyczek” Francja i Niemcy, które pod koniec października 2010 r. zapowiedziały rewizję Traktatu z Lizbony, strasząc sektor prywatny współodpowiedzialnością za spłatę długów państw. W konsekwencji trudno dziś oszacować, czy obecny tymczasowy mechanizm pożyczkowy – opiewający na ok. 750 mld euro – wystarczy na ratowanie kolejnych zadłużonych państw (do 2013 r., kiedy uruchomiony zostanie stały mechanizm).
Do tego dochodzą: nieuniknione turbulencje w negocjacjach następnej 7-letniej perspektywy finansowej w UE (2014-20, premier Wielkiej Brytanii chce zamrożenia budżetu i zapowiedział już twarde rozmowy); dokończenie negocjacji akcesyjnych z Chorwacją; kwestia włączenia do strefy Schengen Bułgarii i Rumunii (znów, Francja jest „przeciw”); oraz majowy szczyt Partnerstwa Wschodniego, który zadecyduje o faktycznym znaczeniu tej polsko-szwedzkiej inicjatywy. Gołym okiem widać, że Węgrom – po raz pierwszy sprawującym prezydencję w UE – będzie ciężko powtórzyć wynik Belgów.
Warto trzymać za „węgierskich bratanków” kciuki. Również z tego powodu, że ich ewentualne potknięcia mogą zaowocować paroma „kartoflami” dla Polski (przejmujemy stery UE już 1 lipca 2011 r.). W praktyce polscy urzędnicy będą już teraz ściśle współpracować z Węgrami, by płynnie przejąć stery po sześciu miesiącach. Na tle solidnych Belgów dobrze by było pokazać, że ani węgierski, ani polski król nie jest nagi.
Z pozdrowieniami Lidia Geringer de Oedenberg