Source: http://samcik.blox.pl/html/1310721,262146,14,15.html?9,2011
Timestamp: 2019-01-22 01:11:23+00:00
Document Index: 3939341

Matched Legal Cases: ['art. 267', 'art. 24', 'arta 150', 'art. 201', 'Art.12', 'art.23', 'art. 491']

Za rozsyłanie spamu można słono zapłacić. Wiedzą o tym nawet przeróżne agencje kredytowe, które masowo ostatnio przesyłają na moją służbową skrzynkę prośby o zgodę na przesłanie oferty handlowej. Niestety, nie wiedzieli o tym agenci działający na zlecenie ING Banku Śląskiego. Zaatakowali bowiem spamem mojego czytelnika, pana Daniela. „Po zarejestrowaniu działalności gospodarczej przez internet (na stronie www.firma.gov.pl) dostałem od trzech pracowników ING Banku spam zachęcający mnie do otwarcia konta w tym banku. Pomimo tego, że po pierwszym e-mailu zgłosiłem bankowi, że nie życzę sobie żadnej korespondencji od niego, dostałem kolejne wiadomości. Postanowiłem pogonić ING. Myślę, że jest to dobry materiał na artykuł. Ludzie nie wiedzą, że za rozsyłanie spamu można dochodzić roszczeń, a kara grzywny może wynieść do 5.000 zł” - pisze pan Daniel.
Czytaj też: Gdy bank każe płacić klientowi prowizję za dobroczynność
Co zrobił pan Daniel? Ano napisał do ING następujące, niewinne pisemko. „Jeśli wpłacą Państwo 1000 zł na wybrany przez siebie dom dziecka z Warszawy, pozew nie zostanie przeze mnie złożony w sądzie. Biorąc pod uwagę, że za samo tylko przesłanie niezaufanej informacji handlowej ustawodawca nakłada grzywnę do wysokości 5.000 zł, a dodatkowo art. 267 kodeksu karnego przewiduje grzywnę i karę ograniczenia wolności za nieuprawniony dostęp do informacji (kradzież danych oraz ich dystrybucja), myślę że kwota 1000 zł jest rozsądną propozycją, adekwatną zarówno do poczynionych szkód, jak i z drugiej strony atrakcyjną w zestawieniu z potencjalnymi kosztami rozprawy oraz wysokością grzywien i kar pozbawienia wolności. Zgodnie z art. 24 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną z dnia 18 lipca 2002 r. (Dz. U. Nr 144, poz. 1204), kto przesyła za pomocą środków komunikacji elektronicznej niezamówione informacje handlowe, podlega karze grzywny, a ten sam przepis umożliwia mi dochodzenie swoich praw na drodze sądowej, co w obecnej chwili rozważam” - napisał do ING pan Daniel.
W ING najwyraźniej zorientowali się, że mają do czynienia z mocnym zawodnikiem, który z prawem nie jest na bakier, więc też przysłali mu niewinne pisemko. Jego skan wklejam poniżej. ﻿Brawo dla pana Daniela za udaną akcję edukacyjną. Pisałem jakiś czas temu na stronach tego blogu o tym jak banki walczą o świeżo upieczonych przedsiębiorców, ale aspektu nielegalności wysyłania nie zamówionej oferty handlowej nie poruszałem, bo - wstyd powiedzieć - nawet mi to nie przyszło do łepetyny. Dobrze, że wśród Was są tacy, którym przyszło :-)
”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć wesołą historyjkę ze swojego banku albo pożalić się na finansistów. ﻿﻿﻿
(22) Pokaż komentarze do wpisu „Bystry klient pogonił bankowców, bo wciskali mu spam. Wywalczył 1000 zł!”
poniedziałek, 31 października 2011 09:21
Przejdź do wpisu „Bystry klient pogonił bankowców, bo wciskali mu spam. Wywalczył 1000 zł!”
Dodaj komentarz do wpisu „Bystry klient pogonił bankowców, bo wciskali mu spam. Wywalczył 1000 zł!” i/lub któregoś z (22) komentarzy
Fundusze jak reklama Sprite. Pragnienie (zysków) nie ma żadnych szans?
Przez długie lata nie mogłem wyjść z podziwu jak to jest możliwe, że branża funduszy inwestycyjnych przez kilkanaście lat nie potrafiła wypuścić z siebie prawie żadnych sensownych reklam telewizyjnych. Doszło do tego, że funduszowcy uchodzą za drętwych nudziarzy, którzy nie potrafiliby ciekawie promować nawet podróży statkami kosmicznymi, a co dopiero działalności tak mało spektakularnej, jak inwestowanie. To, że w Polsce mamy 500 mld zł lokat na rachunkach bankowych, a tylko ponad 100 mld zł w funduszach inwestycyjnych jest nie tylko ”zasługą” rynkowych zawirowań i kilku solidnych lat bessy, tudzież krachów, ale też nieudolności funduszowców w promowaniu swojej branży, systematycznego inwestowania, własnych gwiazd i ciekawych twarzy (a przecież profesjonalna twarz zarządzającego funduszami jest warta 150 mln zł)
Wygląda jednak na to, że coś w branży funduszy inwestycyjnych się ruszyło. W ostatnich dniach wypączkowały aż dwa świetne pomysły na promowanie funduszy i systematycznego oszczędzania. Najpierw TFI Skarbiec wystartował z promocją, w której ulokowanie odpowiednio dużych kwot w jego funduszach gwarantuje wyszukane nagrody, od iPhone’ów, poprzez iPady aż po samochody Audi. Oczywiście wszystko jest skalkulowane tak, by nagrody towarzystwu zwracały się w opłatach za zarządzanie, z których dochód jest kilkakrotnie wyższy, niż wartość nagród, ale przecież nie chodzi o to. Sęk w tym, że wreszcie ktoś znalazł sposób, by zwrócić uwagę ludzi na inwestowanie w funduszach. Nie wiem czy jest to sposób wystarczająco wiarygodny, by naród inwestował nowe pieniądze w funduszach Skarbca, ale na pewno jest to kampania wyrazista, pomysł zaskakujący i wyróżniający się w tłumie, zaś wykonanie profesjonalne. Dawno takich fajerwerków w branży funduszowej nie było.
Niemal równolegle z kampanią Skarbca w telewizji można zobaczyć reklamy Legg Mason TFI, a w zasadzie Indywidualnego Konta Emerytalnego prowadzonego przez to towarzystwo. I to też jest dobry pomysł. Dwóch wesołków sprawdzających jak działa uderzenie Belką to lekko idiotyczne skojarzenie, ale właśnie dlatego mi się podoba. Ludzie nie chcą słuchać o ”efektywności zarządzania”, ”wysokich stopach zwrotu” oraz tego, że przed zainwestowaniem w fundusz trzeba skontaktować się z lekarzem lub farmaceutą. Zamiast tego mamy lekki, żartobliwy filmik o inwestowaniu, który ma zasiać w głowie widza koncepcję, że jeśli będzie miał potrzebę składania pieniędzy na dodatkową emeryturę, to powinien to robić z tymi właśnie gośćmi. Dobrze, że przy okazji zabawnej reklamy telewizyjnej w Legg Mason pochylili się też nad procedurą zakładania IKE, bo jak testowałem rok temu poprzednią, to potrzebowałem dwóch dni, żeby to rozkminić. A nie uważam się za finansowego lewusa. Bez doktoratu się IKE w Legg Masonie założyć nie dało. Teraz prawdopodobnie wystarczy magisterium.
Co Wam to przypomina? Bo mnie dość zabawne, choć przecież i potwornie głupie, reklamy napoju Sprite, w których pragnienie nie ma żadnych szans. W spocie Legg Mason szans nie ma belka, o pardon, Belka :-)
Trzymając kciuki za powodzenie nowych projektów chłopaków od funduszy przypomnę Wam jeszcze kilka niezłych reklam funduszy z poprzednich lat. Poza mBankiem, który jednak nie reklamował funduszy, a supermarket funduszy (a to jednak trochę co innego), nie ma się czym ekscytować. Albo raczej - nie było, bo wspomniane wyżej dwa pomysły funduszowców na wypromowanie się wśród milionów banków, lokat i ubezpieczeń, są całkiem, całkiem...
SUBIEKTYWNOŚCI UŻYWAJ Z ROZWAGĄ, TO POTĘŻNA BROŃ! Pewien czytelnik nie mógł zrozumieć dlaczego bank podwyższył mu prowizję. Wysłał się do banku jedną reklamację, drugą, a za trzecim razem - posłał również e-mail do autora blogu. W banku najwyraźniej uznali, że nie mają tak zupełnie czystego sumienia, bo jeszcze zanim zdążyłem zająć się sprawą, otrzymałem od czytelnika drugi e-mail. „Pana osoba to potężna broń, którą trzeba używać z rozwagą. Dziś otrzymałem podpisany przez bank aneks z wykreślonym paragrafem dotyczącym zmiany opłat. Po południu otrzymałem też wyjaśnienia z centrali banku. Było w końcu profesjonalnie, konkretnie i sprawnie. To niesamowite, że jeden e-mail tyle zmienia. Może nawet trochę żałuję, że poniosły mnie nerwy”. No właśnie. Proszę Was, używajcie TEJ broni z rozwagą.﻿
”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć wesołą historyjkę ze swojego banku albo pożalić się na finansistów. ﻿﻿
(4) Pokaż komentarze do wpisu „Fundusze jak reklama Sprite. Pragnienie (zysków) nie ma żadnych szans?”
Przejdź do wpisu „Fundusze jak reklama Sprite. Pragnienie (zysków) nie ma żadnych szans?”
Dodaj komentarz do wpisu „Fundusze jak reklama Sprite. Pragnienie (zysków) nie ma żadnych szans?” i/lub któregoś z (4) komentarzy
Gdy bank inwestuje w relację (intymną)
Otrzymałem niedawno dziwny telefon. Zadzwoniła pani z banku BPH, w którym mam zaszczyt posiadać kredyt hipoteczny. Pani przedstawiła się i poinformowała, że ma dla mnie dobrą wiadomość. Rzecz w tym, że - jak oświadczyła mi moja rozmówczyni - centrala banku postanowiła przygotować dla mnie ciekawą propozycję pożyczki gotówkowej. Tak sie składa, że nie odrzucam żadnej propozycji, nim nie usłyszę jej treści, więc kurtuazyjnie się ucieszyłem i poprosiłem o więcej informacji. Spodziewałem się, że usłyszę jakąś wysoką kwotę, która zaprze mi dech w piersiach. Inny bank, w którym mam konto osobiste, co jakiś czas właśnie tak mnie zaskakuje. Przedstawia w internetowym systemie transakcyjnym nową ofertę kredytu gotówkowego, przygotowanego „specjalnie dla mnie”, która to oferta jest - oczywiście - wyższa od poprzedniej. Ponieważ zabawa trwa już od jakiegoś czasu, na razie licytacja zatrzymała się na kwocie limitu kredytowego rzędu 100.000 zł. Póki co nie pękam, ale jak dojdą do pół miliona to chyba się skuszę i kupię sobie domek na przedmieściach w jakiejś Arizonie albo na Majorce, gdzie podobno nieruchomościami się pali w piecach.
Czytaj też: Klientka zdenerwowała się na bankowe infolinie. Jak Kuba...
Niestety, pani z BPH nie chciala mnie niczym zaszokować. Powiedziała, że skoro się zainteresowałem tajemniczą ofertą z centrali, to ona chętnie skontaktuje mnie z pracownikiem tejże, który przedstawi konkrety - czyli oprocentowanie, wysokość pożyczki, miesięczne raty i takie tam. Pani sama tego zrobić nie mogła, bowiem rozmowa - jak twierdziła - nie jest nagrywana. Nie wiem co ma piernik do wiatraka, dla mnie największym problemem był fakt, że wcale nie miałem pewności, ze pani dzwoni z banku, a pani z banku wcale nie miała pewności, że rozmawia ze mną, bo rozmowy nie poprzedziła żadna identyfikacja. Po prostu pani zapytała czy rozmawia z Samcikiem, a Samcik potwierdził, gdyż nie chciał robić pani przykrości.
Skoro już ustaliliśmy, że rozmowa nie jest nagrywana i pani nie może przedstawić mi tajemniczej - choć przecież na pewno atrakcyjnej - oferty centrali, rozmowa zaczęła wyglądać naprawdę ciekawie. Pani zapytała mnie bowiem o to czy prowadzę dzialalność gospodarczą czy też nie. Skoro dowiedziała się, że nie prowadzę firmy, zapytała czy mam umowę o pracę. Potem ustaliła, ze jest to umowa na czas nieokreślony. Bingo. Nieźle jak na rozmowę, która nie jest nagrywana, więc nie może z niej nic wyniknąć, a juz na pewno nie propozycja kredytu. Ciekawość pani z infolinii była niezaspokojona. Postanowiła przeto ustalić ile zarabiam. Grzecznie zapytałem czy chodzi jej o dochód mój własny, całej mojej rodziny, czy też może o dochód na łebka, czyli - jak to się ładnie mówi - per capita. Co prawda rozmowa nie jest nagrywana, więc nie może z niej nic wyniknąć, a już na pewno nie propozycja kredytu, ale... jak już pani koniecznie chciala się tego dowiedzieć, to po co miałbym ściemniać. Udzieliłem pani precyzyjnej odpowiedzi o moje pobory.
Czytaj też: BPH dzwoni, żeby ubezpieczyć mnie od bezrobocia. Bo mam...
Przypomniałem sobie, że BPH to bank, który „inwestuje w relacje”. A - jak wiadomo - żeby zbudować relację zażyłą, by nie powiedzieć intymną, z klientem, należy go poznać dogłębnie. Wysokość zarobków z pewnością zbliża bank do zacieśnienia relacji z klientem, a ja nie mam nic przeciwko posiadaniu ciepłej, opartej na dobrych fluidach, relacji z moim bankiem-kredytodawcą. Ale nie chcialem wierzyć, że na tym „inwestowanie w relację” ze mną przez telefonistkę Banku BPH się skończy. Sądziłem, że pani w infolinii - jak przystało na rozmowę nie nagrywaną, a więc taką, z której nie może nic wyniknąć, na pewno zaś nie propozycja kredytu - będzie chciała się dowiedzieć o moje plany zawodowe, życiowe, marzenia, zgryzoty i życiowe bolączki. Ale nie. Po prostu się rozłączyła. I w koncu nie wiem, czy będzie chciała budować ze mną tę intymną relację, czy też nie.
Nie jest to pierwszy, ani ostatni przykład źle działającego telemarketingu. Pewnie macie takich przypadków na pęczki (podajcie je w komentarzach!). Ale to dziwne, że ludzie pracujący w bankach - lub dla banków, bo czasem telemarketing uprawiają firmy zewnętrzne - nie mają elementarnego wyczucia o co można klienta zaptać przez telefon, a o co lepiej nie pytać. Zwłaszcza jeśli rozmowa nie odbywa się z inicjatywy klienta, który postanowił tym właśnie kanałem komunikacji - umówmy się, że nie należącym do najbardziej bezpiecznych i dyskretnych - załatwić w banku jakąś sprawę. Akurat z BPH mam całkiem dobre doświadczenia „telefoniczne”. Za każdym razem kiedy zapłacę za mało lub za późno ratę kredytu, dostaję grzeczne SMS-y z przypomnieniem, a potem telefon z pytaniem czy u mnie wszystko w porządku. Denerwują mnie tylko SMS-y z przypomnieniem, że za dwa dni przypada termin płatności. Bank traktuje mnie jak dzieciaka, pisząc oczywiste oczywistości. Choć oczywiście akurat w tym przypadku ma to uzasadnienie, gdyż czasem się obsuwam ze spłatą. Ale akurat w tym zakresie „inwestowanie w relacje” przez Bank BPH nie budzi żadnych kontrowersji.
(12) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank inwestuje w relację (intymną)”
piątek, 28 października 2011 08:08
Przejdź do wpisu „Gdy bank inwestuje w relację (intymną)”
Dodaj komentarz do wpisu „Gdy bank inwestuje w relację (intymną)” i/lub któregoś z (12) komentarzy
Od dwóch miesięcy mamy w Polsce ustawę antyspreadową. Nie wywołała ona spodziewanego runu klientów do kantorów. Owszem, kilkadziesiąt tysięcy kredytobiorców - głównie tych z dużymi kredytami na karku - zgłosiło się do banków po aneksy, ale większość machnęła ręką na hipotetyczne oszczędności rzędu 15-20 zł na każdej miesięcznej racie. Swoje zrobiła też obstrukcja samych banków, które w wielu przypadkach podjęły świadomie lub nieświadomie działania zniechęcające klientów do przychodzenia celem spisania aneksów. W ramach Samcikowego Pogotowia Antyspreadowego zbieram Wasze sygnały na ten temat i dziś nadeszła pora, by najciekawsze z nich zacytować. A przy okazji przypomnę, że mieliśmy dwa chlubne przypadki ścięcia spreadów przez banki. Zrobiły to Idea Bank (ale on nie ma kredytów hipotecznych, więc go to nie zabolało) oraz Deutsche Bank. Był jeszcze Getin, ale on ściął spread tylko na niby.
Pani Ewie, klientce Getin Banku w Inowrocławiu, która chciała przynieść franki kupione taniej w kantorze, powiedziano bez ogródek, że ten oddział nie przyjmuje wpłat we frankach, bo po prostu nie prowadzi obsługi kasowej. "Najbliższy oddział, który przyjmuje franki, jest w Bydgoszczy. Bydgoszcz jest 45 km od Inowrocławia!" - skarży się klientka, która wpłacając franki w kasie zaoszczędziłaby na każdej racie 114 zł miesięcznie (spłaca co miesiąc 650 franków). Ale nie oszczędzi, bo w umowach z klientami Getin pisze: "Kredytobiorca może dokonywać wpłat w formie gotówki (z wyjątkiem bilonu), w walucie indeksacyjnej CHF, w kasach wskazanych na stronie internetowej banku lub w formie przelewu na rachunek kredytu". Niby więc jest napisane, że nie w każdej kasie można wpłacić ratę, za to zawsze można zlecić przelew.
Czytaj też: Posłowie ścięli spread. Sprawdź jak możesz na tym skorzystać
W podobną stronę poszedł Polbank. Być może to nie ze złośliwości, a ze względów praktycznych, ale ten bank - przynajmniej w pierwszych tygodniach po wejściu w życie ustawy - odciął niektórym chętnym możliwość spłacania kredytów frankami kupionymi w kantorze. Pisze jeden z klientów: "Jestem po telefonie do infolinii w sprawie spłaty kredytu w CHF. Nie wiem na ile informacje udzielone na infolinii są prawdziwe ale dowiedziałem się, że: przed spłatą kredytu w walucie konieczne jest podpisanie aneksu, którego rozpatrzenie trwa 14 dni roboczych. Spłata kredytu możliwa jest tylko na konto walutowe poprzez przelew - nie ma w moim oddziale Polbanku obsługi kasowej walut obcych". To byłoby dziwne, ale może klient po prostu źle trafił?
Polbank zagrał też na czas. "Na aneks do umowy kredytowej trzeba czekać ok. dwa tygodnie, a następnie po podpisaniu dwa tygodnie na jego wejście w życie. O ile ten pierwszy termin może być ostatecznie zrozumiały (klienci składają duże ilości wniosków, wszyscy w tym samym czasie – niech im będzie), ale te kolejne dwa tygodnie? Czy to przypadkiem nie jest kupowanie sobie czasu, bo jeszcze przynajmniej jedna rata będzie z bankowym spreadem?" - pyta jeden z czytelników No jasne, że jest. Ziarnko do ziarnka... Z kolei Bank Millennium postanowił nie kłuć dłużej klientów w oczy swoimi spreadami i... podobno schował je głębiej na swojej stronie internetowej. "Bardzo ciekawe – w dniu, w którym weszła w życie ustawa, dziwnym trafem z głównej strony banku zniknął link pozwalający łatwo i szybko przejść do notowań kursów walut tego banku". Ja również kilka tygodni temu nie zauważyłem notowań na głównej stronie serwisu banku, ale... może - razem z moim czytelnikiem - byliśmy zbyt nieuważni? Otrzymałem bowiem od Banku Millennium prośbę o sprostowanie wiadomości przesłanej przez czytelnika: „Nie usuwaliśmy linku do strony z notowaniami walut, jest cały czas w tym samym miejscu, w zakładce ”najczęściej używane”. Będziemy wdzięczni za sprostowanie tej informacji”. Cóż, prostuję więc i mam nadzieję, że było tak, jak pisze bank, bo to by oznaczało, że gra z klientami fair.
Czasem bankowcy dochodzą do wniosku, że można klienta nieco zniechęcić, może mu przejdzie ochota na spłacanie kredytu frankami. Klient mBanku dostał takie oto urocze pisemko. "W nawiązaniu do otrzymanego od Pani maila, pragnę poinformować, że istnieje możliwość spłaty kredytu hipotecznego z rachunku walutowego CHF. Należy w takiej sytuacji uruchomić najpierw rachunek walutowy w walucie waloryzacji kredytu a następnie złożyć dyspozycję na zmianę rachunku do spłaty rat kredytu. Dyspozycję należy złożyć telefonicznie na mLinii (...).
Dodatkowo pragnę poinformować, że w związku ze zmianą waluty spłaty na walutę waloryzacji: 1. Nie będzie pani mogła wpłacić waluty w placówkach mBanku - Centrach Finansowych, gdyż mBank nie prowadzi obsługi kasowej. 2. Będzie konieczność samodzielnie nabycia waluty, którą waloryzowany jest kredyt np. w kantorze, gdzie również poniesie Pan koszty spreadu, 3. Mogą wystąpić trudności w nabyciu waluty CHF na rynku z uwagi na zainteresowanie klientów związane z dużym szumem medialny wokół ustawy, 4. Będzie konieczność otworzenia rachunku walutowego w innym Banku, który również będzie mógł podlegać opłatom, 5. Aby spłacić ratę będzie Pani musiała odpowiednio wcześniej zrobić przelew walutowy, który również może podlegać opłatom. W związku z powyższym należy wziąć pod uwagę te informacje przy składaniu dyspozycji zmiany waluty spłaty, gdyż koszty które Pani poniesie mogą być równe a nawet wyższe niż koszty spreadu walutowego, zwłaszcza przy niskich kwotach kredytu".
Pan Tomek, klient BGŻ, znalazł z swoim aneksie do umowy taki paragraf: "Kredytobiorca oświadcza, że jest świadomy, iż w okresie obowiązywania aneksu do umowy kredytu wartość nieruchomości może ulec zmniejszeniu w związku ze spadkiem cen rynkowych nieruchomości, co może spowodować wzrost wskaźnika Ltv (Loan to value) i konieczność ustanowienia przeze niego dodatkowego zabezpieczenia spłaty kredytu lub zmiany zabezpieczenia spłaty kredytu (...) Kredytobiorca potwierdza otrzymanie pisemnej informacji o kosztach obsługi kredytu w przypadku niekorzystnej zmiany kursu waluty, wzrostu spreadu walutowego, niekorzystnej zmiany stopy procentowej oraz zmian cen zabezpieczenia". Co bank chce osiągnąć wpisując tak ogólny zapis do aneksu? Chyba tylko to, żeby klient aneksu nie podpisał. Ze strachu.
Klient Multibanku też ma problem z wpłatą franków. „Bank zniósł opłatę za aneks do umowy kredytowej, ale nie wprowadził możliwości wpłaty waluty w kasie (co jest istotne dla mnie o tyle, że mam franki w gotówce). Bank w ładnych słowach wyjaśnia, że ustawa nie narzuca obowiązku posiadania kasy walutowej i już”. Na argumenty klienta, że ustawa to daje mi prawo bezpłatnego spłacania w walucie kredytu, bank pozostał raczej obojętny: "Zapisy ustawy były wielokrotnie analizowane wewnętrznie i bank postępuje zgodnie z wymogami nowych regulacji". I tu też, tak jak w przypadku Polbanku, wydaje mi się, że klient miał pecha. Albo ten konkretny oddział jakiś dziwny albo jego szefostwo do bani.
A jak już pokonacie te wszystkie trudności, to... analitycy Expandera zachęcali ostatnio do korzystania z kantorów w internecie, co zmniejsza uciążliwości wynikające z konieczności noszenia przy sobie franków kupionych w tradycyjnym kantorze. "Zakup franków w kantorze internetowym może odbyć się bardzo szybko i nawet bez ponoszenia żadnych kosztów. Aby tak się stało najlepiej znaleźć taki kantor internetowych, który posiada konto walutowe w tym samym banku, w którym spłacamy kredyt hipoteczny. Dla przykładu jeśli kantor ze swojego konta w Banku Millennium dokona przelewu franków na nasze konto do spłaty kredytu również w Millennium to przelew zostanie zaksięgowany chwilę po tym gdy został wysłany. Za taki przelew kantor nie każe nam płacić prowizji. Dodatkowo dzięki takiemu rozwiązaniu nie musimy się obawiać wysokich opłat naliczanych przez banki pośredniczące w przekazywaniu przelewów walutowych między różnymi bankami.
Zaletą kantorów internetowych są również korzystne kursy walutowe. Expander sprawdził kurs sprzedaży franków w pięciu kantorach internetowych. Z zebranych informacji wynika, że taki kurs jest tam korzystniejszy nie tylko w porównaniu z bankami. Jest on niższy także od przeciętnego kursu po jakim można kupić franki w tradycyjnych kantorach. W czasie gdy dokonywaliśmy porównania najniższy kurs franka oferował Cinkciarz.pl – było to niecałe 3,5 zł. W tym samym czasie przeciętny kurs w tradycyjnych kantorach wynosił 3,55 zł, a w bankach 3,6 zł. W rezultacie jeśli rata kredytu wynosi 500 CHF to korzystając z kantoru internetowego co miesiąc można zaoszczędzić nawet 49 zł. Te obliczenia zostały dokonane w oparciu o przeciętny kurs sprzedaży w bankach. W części banków, gdzie kurs jest wyższy od średniej korzyść będzie więc jeszcze większa" - pisze Expander.
Tymczasem historia dopisała do historii antyspreadowej smutny epilog. Otóż kilka dni temu Sąd Apelacyjny potwierdził, że sześć postanowień stosowanych przez Bank Millennium powinno znaleźć się w Rejestrze Klauzul Niedozwolonych. Dotyczyły one m.in. właśnie braku zasad ustalania kursu walut. Umowy odsyłały kredytobiorców do kursów ogłaszanych w tabeli walut, bez dokładnego sprecyzowania na jakich zasadach bank ustalał kursy. Sąd doszedł do wniosku - tak samo, jak wcześniej UOKiK - że bank może w oparciu o te zapisy dowolnie ustalać wysokość spreadu, niekoniecznie w oparciu o obiektywne kryteria. Prawo jest więc już jasne: dowolne kształtowanie spreadów przez banki jest praktyką niezgodną z prawem.
A na koniec Samcikowego Pogotowia Antyspreadowego niezwykle słuszna uwaga na temat wielkiej dziury, która się w niej znajduje, a na którą nikt do tej pory nie zwrócił większej uwagi. Pisze mój imiennik, pan Maciej. "Jestem osobą ubiegającą się o kredyt hipoteczny w walucie (EUR). Wiem, że dużo już na temat spreadów zostało napisane, mamy wspaniała rekomendację, która pozwala spłacać raty bezpośrednio w EUR, ale co z wypłatą samego kredytu? Bank (dajmy DnB Nord, obecnie chyba to najlepsza oferta w EUR na rynku) - wypłaci mi te przykładowe 400 tys. zł po własnym kursie. W internetowym kantorze kurs byłby znacznie niższy. Przekłada się to na, bagatela, 4.000 euro, czyli ok. 4% wartości kredytu. Tyle mniej miałbym do spłaty, gdyby rynek był w tym względzie wolny i bank musiałby stosować np. kurs NBP". Tyż prowda, tyż prowda...
(18) Pokaż komentarze do wpisu „Pogotowie Antyspreadowe: czy banki wciąż utrudniają nam spłatę rat frankami?”
czwartek, 27 października 2011 07:55
Przejdź do wpisu „Pogotowie Antyspreadowe: czy banki wciąż utrudniają nam spłatę rat frankami?”
Dodaj komentarz do wpisu „Pogotowie Antyspreadowe: czy banki wciąż utrudniają nam spłatę rat frankami?” i/lub któregoś z (18) komentarzy
Każdy z ponad 2 milionów klientów funduszy inwestycyjnych powinien mieć prawo do rzetelnej informacji o wynikach swojego funduszu. A także do wiedzy o tym skąd takie, a nie inne wyniki funduszu się biorą. Dotyczy to także ewentualnych zmian polityki inwestycyjnej funduszu, bo przecież klient wcale nie musi się z jej korektami godzić. Jeśli się nie godzi - może wycofać pieniądze z funduszu i poszukać innego, którego polityka inwestycyjna jest bardziej zgodna z jego preferencjami. Teoretycznie prawo o funduszach inwestycyjnych tym wszystkim potrzebom zadośćuczyniło. Wyceny muszą być publikowane codziennie, co pół roku każdy fundusz publikuje obszerne sprawozdanie z działalności, a o wszelkich zmianach polityki inwestycyjnej mają obowiązek być informowani.
Skoro jest tak pięknie to dlaczego napisał do mnie pan Krzysztof z Zabrza, klient ING TFI, czyli rodziny funduszy działającej w grupie holenderskiego banku z lwem w logo? Pan Krzysztof miał udziały w funduszu inwestującego w branżę farmaceutyczną. Włożył tam pieniądze świadomie, kierując się przeświadczeniem, że na produkcję i dystrybucję leków popyt stale będzie rósł. Niestety, okazało się, że ING TFI postanowiło zlikwidować ów fundusz, a w zasadzie połączyć go z innym. Pan Krzysztof twierdzi, że w ogóle o tym nie wiedział i że gdyby wiedział - wycofałby pieniądze. Niestety, nie wycofał, zaś fundusz, do którego zostały przeniesione, jedzie ostatnio na stratach. Pan Krzysztof jest zły, bo z powodu niewłaściwego przepływu informacji stracił udziały w fajnym funduszu, czas i pieniądze.
Pan Krzysztof napisał krótkie pismo do ING TFI z prośbą o wyjaśnienie czemu - w jego pojęciu - jest robiony w trąbę. ”W dniu 23.09.2011 r. otrzymałem informację o przekonwertowaniu jednostek uczestnictwa Funduszu Sektora Farmacji i Usług Medycznych na subfundusz Globalnych Możliwości. Z informacji uzyskanych od mojego doradcy w ING wynika, że konwersja była efektem działań osób zarządzających funduszem. Nie zostałem poinformowany o konwersji. Uważam fakt dysponowania moimi środkami bez mojej wiedzy i zgody za skandaliczny, zwłaszcza w obliczu aktualnej sytuacji na rynkach finansowych. Podważa to moje zaufanie do banku, któremu powierzyłem swoje oszczędności i napawa strachem, co w przyszłości z moimi środkami pieniężnymi mogą, bez mojej wiedzy, uczynić pracownicy banku”.
W ING TFI nie schowali głowy w piasek, tylko odpowiedzieli na reklamację. To ładnie. Z wyjaśnień TFI ING wynika, że wszystko odbyło się lege artis i pan Krzysztof nie powinien mieć żalu o to, że ma pieniądze w innym funduszu, niż by chciał. ”Uprzejmie informuję, że zgodnie z (i tu wyliczone artykuły z ustawy o funduszach inwestycyjnych) ING Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych podjęło decyzję o połączeniu wybranych Subfunduszy działających w ramach ING SFIO. Przedmiotowe działania miały na celu zoptymalizowanie oferty Towarzystwa, co spowoduje bardziej przejrzystą. strukturą produkt6w i ich łatwiejszą obsługą” - pisze ING TFI. To takie bla, bla, bla, ale pewnie chodziło o to, że w funduszu farmaceutycznym było za mało pieniędzy, by towarzystwu opłacało się nimi zarządzać. Tak jak nie opłacają się próby pocałowania łokcia :-)
”W związku z powyższym, w dniu 16 września 2011 r. dwa subfundusze działające w ramach ING SFIO, tj. ING Globalnych Możliwości i ING Sektora Farmacji i Usług Medycznych stały się jednym Subfunduszem. Uczestnicy Subfunduszu przejmowanego, czyli ING Sektora Farrmacji i Usług Medycznych, w zamian za środki zgromadzone w subfunduszu przejmowanym, otrzymali jednostki uczestnictwa Subfunduszu przejmującego. Przedmiotowe działania zostały zrealizowane w oparciu o wycenę z dnia 15 września 2011 r. w spos6b gwarantujący, że wartość środków posiadanych przez Uczestnik6w nie zmieniła się w wyniku połączenia” - zapewniło TFI. A na koniec TFI wyklarowało panu Krzysztofowi dlaczego zupełnie nie ma racji pieniąc się, że nie został właściwie poinformowany. ”Sposób realizacji procesu połączenia Subfunduszy został zaakceptowany przez Komisję Nadzoru Finansowego (i tu numer decyzji). Ogłoszenie o zamiarze połączenia Subfunduszy zostało opublikowane w dniu 17 czerwca 2011 r. w „Dzienniku Giełdy Parkiet" oraz na stronie internetowej Towarzystwa (www.ingtfi.pl). zatem Towarzystwo spełniło warunek Prospektu Informacyjnego ING SFIO oraz warunek art. 201 Ustawy o funduszach inwestycyjnych, nakazujące odpowiednie poinformowanie Uczestnik6w o planowanych działaniach”.
Przeczytałem uważnie wyjaśnienie TFI i muszę przyznać rację czytelnikowi. Zmiana polityki inwestycyjnej funduszu to największa zmiana, jaką - wyjąwszy likwidację funduszu - można zakomunikować klientom. Czy wystarczy powiesić taką informację na stronie internetowej i dać ogłoszenie w niespecjalnie poczytnym, niszowym dzienniku, by sprawę poinformowania klientów mieć z głowy? Jeśli tak uważa ING TFI, jeśli tak uważa Komisja Nadzoru Finansowego i jeśli tak stanowi prawo, to chcę wszystkim powiedzieć - coś tu jest nie tak. Sam jakiś czas temu padłem ofiarą podobnego manewru innego TFI, które fundusz działający w Nowej Europie przeflancowało mi na fundusz akcji tureckich. Nie mam nic przeciwko Turcji, ale od zawsze staram się unikać funduszy działających na jednym tylko rynku. A w tym przypadku właśnie w taki fundusz mnie ubrano. I ja też nie czułem się właściwie poinformowany o zmianach. Uważam, że tego rodzaju decyzje TFI powinno komunikować każdemu ze swoich uczestników z osobna, listem bądź e-mailem. Wiadomo, że nie do każdego taka korespondencja dotrze, ale na pewno dzięki takiemu sposobowi działania będzie mniej osób, które będą miały uzasadnione pretensje.
﻿SUBIEKTYWNOŚCI UŻYWAJ Z ROZWAGĄ, TO POTĘŻNA BROŃ! Pewien czytelnik nie mógł zrozumieć dlaczego bank podwyższył mu prowizję. Wysłał się do banku jedną reklamację, drugą, a za trzecim razem - posłał również e-mail do autora blogu. W banku najwyraźniej uznali, że nie mają tak zupełnie czystego sumienia, bo jeszcze zanim zdążyłem zająć się sprawą, otrzymałem od czytelnika drugi e-mail. „Pana osoba to potężna broń, którą trzeba używać z rozwagą. Dziś otrzymałem podpisany przez bank aneks z wykreślonym paragrafem dotyczącym zmiany opłat. Po południu otrzymałem też wyjaśnienia z centrali banku. Było w końcu profesjonalnie, konkretnie i sprawnie. To niesamowite, że jeden e-mail tyle zmienia. Może nawet trochę żałuję, że poniosły mnie nerwy”. No właśnie. Proszę Was, używajcie TEJ broni z rozwagą.﻿
﻿SPRAWDŹ ILE MOŻNA ZAOSZCZĘDZIĆ CZYTAJĄC BLOG. Subiektywność w finansach naprawdę działa! „Dzięki Pana blogowi udało mi się odzyskać podwójnie naliczone ubezpieczenie niskiego wkładu własnego - 784 zł. Reklamację złożyłem po publikacji wpisu w blogu na ten temat”. „Dziękuję za doskonałego bloga. Przynajmniej raz uchronił mnie Pan przed bezsensownymi wydatkami. Myślę o prowizji za niewykorzystany limit do firmowego konta”. „Zwrócono mi opłatę za czteromiesięczny abonament. W idealnym świecie skłonny bym był uwierzyć, że to moje starania przyniosły w końcu skutek. Ale domyślam się, że Pana w tym rozwiązaniu jest zasługa. Zatem dziękuję bardzo!”. „Fakt, że napisałem do Pana e-maila, wysyłając go do wiadomości rzecznika banku sprawił, że moja reklamacja w końcu została rozpatrzona. Dziękuję!”. ﻿﻿Po publikacji w blogu pewien bank przestał patroszyć klienta drogim ubezpieczeniem. Po innej notce w blogu przestał nasyłać na klientkę windykatorów. Open Finance po krytyce w blogu zmienił coś w swoich reklamach. W mBanku obiecali, że poprawią prezentację cen płatnych przelewów. W PKO BP zmienili zasady bezpieczeństwa dotyczące kart płatniczych, które były wyjątkowo denerwujące. A lista spraw, które udało nam się wspólnie załatwić w latach 2009-2010 jest dużo, dużo dłuższa. ﻿﻿﻿﻿﻿
(7) Pokaż komentarze do wpisu „Przerzucili pieniądze klienta w inne miejsce wbrew jego woli. Zgodnie z prawem!”
Przejdź do wpisu „Przerzucili pieniądze klienta w inne miejsce wbrew jego woli. Zgodnie z prawem!”
Dodaj komentarz do wpisu „Przerzucili pieniądze klienta w inne miejsce wbrew jego woli. Zgodnie z prawem!” i/lub któregoś z (7) komentarzy
Ciekawy sposób na płacenie rachunków: skanujesz telefonem kod i zapłacone!
Pęd bankowców do wprowadzania aplikacji mobilnych do tej pory po mnie gruntownie spływał. Spływał pewnie dlatego, że nie jestem jakimś wielkim fanem smartfonów, iPada, którego testowałem przez kilka tygodni, nie pokochałem do tego stopnia, by go sobie kupić, zaś dotykowe ekrany instalowane w tych wszystkich wynalazkach, które kiedyś służyły tylko do dzwonienia, bardziej mnie stresują, niż cieszą. Z bankowości elektronicznej jeszcze przez dłuższą chwilę nie da się korzystać w tak szerokiej funkcjonalności, jak przez laptopa czy zwykły komputer, więc póki co są sobie odpuszczałem. A pomysły na przelewanie pieniędzy poprzez stukanie się dwoma smartfonami przyjmowałem jako ciekawostki przyrodnicze w charakterze gadżetów, które nie mają większych szans na to, by się upowszechnić.
Moje podejście do bankowości mobilnej zmieniła nieco ostatnia innowacja wprowadzona przez bank Citi Handlowy. Otóż za pośrednictwem bankowości mobilnej tego banku można już płacić comiesięczne faktury i rachunki poprzez zwykłe zeskanowanie fotokodu umieszczonego na takiej fakturze. Czyli: dostajesz do zapłacenia rachunek za prąd lub gaz i zamiast odpalać komputer, logować się do bankowości elektronicznej, wklepywać przelew (lub zlecać go w uproszczony sposób, jako zdefiniowany), logujesz się do serwisu bankowości mobilnej, uruchamiasz skanowanie fotokodu na fakturze i rachunek zapłacony. I to jest wreszcie jakaś wartość dodana w stosunku do bankowania przez internet. Jest szybciej, prościej, mniej absorbująco dla użytkownika.
No tak, a co z popularyzacją e-faktur? Większość wystawców faktur chciałaby przesyłać je nam przez internet, bez wysyłania papierowego dokumentu. W Citi Handlowym zapewniają, że e-faktury też można skanować i płacić w analogiczny sposób, jak te papierowe. Citi Handlowy sympatycznie mnie zaskoczył, po raz pierwszy zacząłem dochodzić do wniosku, że bankowanie przez komórkę może mieć sens. Choć od razu muszę zastrzec, że na nowinka póki co nie ma zbyt szerokiego zasięgu, bo potrzebne do obsługi całej procedury fotokody umieszcza na swoich fakturach jedynie kablówka UPC. Tym niemniej wieść o nowej usłudze Citi, którą zapuściłem kilka dni temu na stronie blogu w Facebooku, zebrała pozytywne recenzje. ”To jest całkiem dobry pomysł, bo jednak znacznie szybciej można pewne rzeczy załatwić jednym zdjęciem niż logując się do internetu w komputerze, by wykonywać przelew”. ”Bardzo fajne rozwiązanie. Może taki będzie standard za parę lat?”, ”To bardzo dobry kierunek. Nie idzie wbrew e-fakturom: nie tylko może doskonale funkcjonować w e-fakturze, e-transferze etc, ale też jest sposobem elektronizacji danych do dalszego e-obrotu”. To tylko niektóre z kilkunastu opinii na temat FotoKasy.
Pięknie, wszystko byłoby pięknie, gdyby wrażenia nie popsuł pracownik Citi Handlowego w jednej z placówek, który nie poradził sobie ze zwykłym, plastikowym dowodem osobistym. Nie z żadną tam e-fakturą, nie żadnym smartfonem, a ze zwykłym dowodem osobistym. Panu Ireneuszowi skończyła się ważność dowodu osobistego. Odbierając nowy plastik pani w urzędzie dzielnicowym przypomniała mu o konieczności zgłoszenia tego faktu w urzędzie skarbowym i bankach. ”Mam rachunki w Lukasie (teraz Credit Agricole), PKO BP, Citi Handlowym. Formalności w PKO BP i Credit Agricole trwały dosłownie 2-3 minuty. Polegały na wpisaniu do komputera numeru nowego dowodu, wydrukowaniu dokumentu i jego podpisaniu. Natomiast w Citi Handlowym... zaczęło się od chęci obustronnego kserowania dowodu osobistego. Mój opór wywołał zaskoczenie urzędnika, bieganie po oddziale, konsultacje z przełożonymi różnego szczebla.
W końcu z nieukrywaną satysfakcją usiadł przede mną i oświadczył: albo pan daje dowód do kserowania, albo niczego pan nie załatwi. No i, niczego nie załatwiłem, bo spokojnie wyszedłem. W urzędzie jednej z warszawskich dzielnic dowiedziałem się, że nie mam obowiązku wyrażania zgody na kserowanie dowodu osobistego (również innych dokumentów) oraz że niektóre banki (na szczęście jest ich mniej) w dalszym ciągu uprawiają ten proceder. Tylko czy mają do tego prawo?”. Cóż, gdyby pan Irek miał na czole (albo chociaż na dowodzie) jakiś fotokod, choćby taki maluteńki, to pewnie by go z placówki nie wyrzucono. A tak... Pamiętajcie, do Citi tylko z fotokodem. No, chyba, że miałaby Was obsługiwać taka pracownica. Niestety, ona też nie znała się na fotokodach, więc chyba ją wyrzucili. :-)
I jeszcze komentarz jednego z czytelników blogu na Facebooku. Jego zdaniem postępowanie banku da się obronić niektórymi przepisami Prawa Bankowego. ”Art.12b Prawa Bankowego oraz art.23 ust.1 pkt 2, pkt 4 oraz pkt 5 Ustawy o Ochronie danych osobowych usprawiedliwiają taki stan rzeczy tj. wykonanie kserokopii dowodu osobistego. Znalazł on odzwierciedlenie w orzecznictwie prawnym - wyrok NSA sygnatura akt II SA 1432/02 z 7 listopada 2003 r. oraz wyrok NSA z 19 grudnia 2001 r. sygnatura akt II 2869/200. Takie działanie banku ma za zadanie przeciwdziałać m.in. oszustwom finansowym czy też praniu brudnych pieniędzy” - napisał mi pan Herbert R. Sikora. Ale czy to oznacza, że inne banki nie mają potrzeby walki z praniem brudnych pieniędzy? Nie wystarczy obejrzeć dokładnie dowodu osobistego, by przeciwdziałać oszustwom? Czy Citi Handlowy nie walczy ze złymi ludźmi nazbyt gorliwie?
(9) Pokaż komentarze do wpisu „Ciekawy sposób na płacenie rachunków: skanujesz telefonem kod i zapłacone!”
wtorek, 25 października 2011 18:00
Przejdź do wpisu „Ciekawy sposób na płacenie rachunków: skanujesz telefonem kod i zapłacone!”
Dodaj komentarz do wpisu „Ciekawy sposób na płacenie rachunków: skanujesz telefonem kod i zapłacone!” i/lub któregoś z (9) komentarzy
Dziś na stronach blogu nie lada węzeł gordyjski. Jego złożoność polega na tym, że spór idzie o dom, kilkaset tysięcy złotych, a w grze - obok kupujących i sprzedających - jest jeszcze bank-kredytodawca (a raczej niedoszły kredytodawca) oraz notariusz. Napisała do mnie pani Ania z wielkopolskiego Sierakowa. Pani Ania postanowiła sprzedać dom. Kupujący przynieśli umowę kredytową podpisaną z bankiem, notariusz spisał umowę kupna-sprzedaży i... okazało się, że pani Ania została na lodzie. Nie ma ani domu ani pieniędzy. Jak to możliwe? Zacznijmy od początku. ”7 czerwca zawarłam notarialnie umowę sprzedaży mojego domu. Kupcy przedstawili u notariusza ważną umowę kredytową z bankiem PKO BP. Termin zapłaty za dom został ustalony na najpóźniej 29 czerwca. W tym czasie kupcy zobowiązani byli przedstawić w banku zaświadczenia o niezaleganiu ze zobowiązaniami wobec Urzędu Skarbowego i ZUS, ponieważ były to osoby prowadzące działalność gospodarczą. Do głowy mi nie przyszło, że może czaić się tutaj jakaś zasadzka” - pisze pani Ania. Mi też, pani Aniu, mi też.
”Termin zapłaty minął. Kupcy poinformowali mnie, że są trudności z zaświadczeniem z ZUS. Okazało się, że mają zadłużenie z tytułu nie zapłaconych składek! Zaświadczenie z ZUS ostatecznie znalazło się w banku dopiero 29 lipca. Dostałam informację, że w ciągu 2-3 dni bank wykona przelew kwoty kredytu na wskazany w akcie notarialnym numer konta. 11 sierpnia bank poinformował, że kredytu jednak odmawia. Moja sytuacja prawna i finansowa jest bardzo ciężka. Własność nieruchomości została przeniesiona aktem notarialnym. Zadatkowałam mieszkanie, które chcę kupić. Nie mogę go jednak kupić, bo nie mam środków ze sprzedaży domu. Nie mogę też dostać kredytu, gdyż ciąży na mnie nadal kredyt, który zaciągnęłam na dom. Uważam, że jestem ewidentnie poszkodowana przez PKO BP” - pisze pani Ania.
Sytuacja jest rzeczywiście dziwaczna. Czy sprzedając nieruchomość komuś, kto kupuje ją na kredyt, trzeba zakładać, że umowa kredytowa - podpisana przez pełnomocników banku i klientów - może okazać się nic niewartym świstkiem? ”Umowa kredytowa, której stroną byli kupcy domu oraz PKO BP miała przecież zasadnicze znaczenie w momencie podpisywania aktu notarialnego! Okazało się, że bank nie sprawdził prawidłowo zdolności kredytowej klientów i przyznał kredyt ludziom zadłużonym. Powstaje pytanie o zaufanie - przecież PKO BP to podobno poważna instytucja, a nie podejrzany lombard. Podczas mojej rozmowy z dyrektorem oddziału oraz dyrektorką oddziału regionalnego dowiedziałam się, że oni "mają taką procedurę" i w najmniejszym stopniu nie czują się współodpowiedzialni za to, co się stało. Otóż ta ich procedura jest niewłaściwa, jeśli doprowadziła do takiej sytuacji i nie zgodzę się na żadną inną interpretację!” - denerwuje się pani Anna.
Zwróciłem się do banku z prośbą o wyjaśnienie dlaczego najpierw podpisał z klientami umowę kredytową, a później się z niej wycofał. Przedstawiciele banku twierdzą, że mieli prawo postąpić tak, jak postąpili. ”Na początku czerwca br. nabywcy nieruchomości, o której mowa w Pana pytaniu, podpisali z PKO Bankiem Polskim umowę kredytową, zgodnie z którą całkowita wypłata kredytu miała nastąpić do 30 czerwca br. po spełnieniu pewnych warunków – dostarczenia zaświadczenia z ZUS i US potwierdzających brak zaległości wobec tych instytucji. Bank nie ma możliwości weryfikacji tego typu informacji bezpośrednio w ZUS czy US). Kredytobiorcy nie dostarczyli kompletu wymaganych dokumentów w terminie. Pojawili się natomiast w Banku z informacją, że nadal nie dysponują jednym z zaświadczeń. W związku z tym Bank zaproponował im złożenie prośby o przedłużenie terminu wypłaty kredytu. Klienci napisali prośbę i obiecali skontaktować się w celu potwierdzenia wnioskowanej daty przedłużenia terminu. Nie zrobili tego. Natomiast 29 lipca dostarczyli zaległe zaświadczenie i podtrzymali zainteresowanie wypłatą kredytu.
Prośba o przesunięcie terminu wypłaty kredytu spotkała się w tym momencie z negatywną decyzją Banku. Podstawowym powodem była wykazana w raporcie kredytowym zaległość w spłacie kredytu w jednym z banków (Bank ani BIK nie posiadał tej informacji na etapie rozpatrywania wniosku kredytowego na początku czerwca)” - tłumaczą w PKO BP. Zdaniem banku umowa umową, ale jeśli klient nie spełni zawartego w tej umowie warunku, bank również nie musi jej respektować. I trudno się nie zgodzić z takim podejściem. Choć nie przekonuje mnie tłumaczenie banku, że nagle wyskoczyła jakaś nowa zaległość kredytowa, która zmieniła podejście do klientów. Gotów byłbym obstawić raczej tezę, że bank po prostu niewystarczająco dokładnie prześwietlił kredytobiorców. Tylko co to oznacza z punktu widzenia transakcji nieruchomościowej?
Poprosiłem o opinię fachowca, panią Sylwię Staszewską-Lisiak, radcę w kancelarii A.Goźlińska, S.Staszewska-Lisiak & Wspólnicy. Wiem, że kancelaria ta ma spore doświadczenie w tego typu sprawach, więc bardzo byłem ciekaw jej opinii. Pani mecenas uważa, że kto jak kto, ale czytelniczka blogu pani Ania nie ma żadnej możliwości, by skarżyć bank, bo po prostu nie ma z bankiem żadnej bezpośredniej relacji prawnej. Ma ją z osobami, które chcą kupić jej dom, ale nie potrafią zorganizować na tę transakcję pieniędzy. ”W przedstawionej sprawie brak jest podstaw ku temu by Sprzedająca mogła wystąpić z roszczeniami przeciwko bankowi, z którym Kupujący zawarli umowę kredytową, ponieważ nie była ona stroną umowy z bankiem. Dlatego bank nie mógł wykonać nienależycie wobec niej umowy kredytowej”. Pani Ania, czytając to, poczuła się zapewne tak:
Jednakże, w przypadku nieotrzymania przez Sprzedającą ceny za sprzedane mieszkanie winna ona wysłać do Kupujących wezwanie do zapłaty brakującej ceny ze wskazaniem terminu w jakim winni oni uiścić brakującą kwotę, z jednoczesnym zastrzeżeniem, że w przypadku jej niezapłacenia w tym terminie skieruje sprawę na drogę postępowania sądowego. Wezwanie to winno zostać wysłane do Kupujących listem poleconym, najlepiej za zwrotnym poświadczeniem odbioru, na adres ich zameldowania wskazany w umowie sprzedaży (akcie notarialnym) oraz na adres mieszkania będącego przedmiotem sprzedaży (być może Kupujący już zamieszkali w tym mieszkaniu i pod poprzednim adresem nie odbierają już korespondencji).
W przypadku upływu terminu na zapłatę brakującej części ceny i jej niewpłacenia przez Kupujących na rachunek bankowy Sprzedającej, Sprzedająca winna niezwłocznie wystąpić przeciwko Kupującym z powództwem o zapłatę ceny sprzedaży. Celem zapewnienia w przyszłości możliwości skutecznej egzekucji dochodzonego roszczenia (ceny sprzedaży) zasadne jest złożenie w takim pozwie wniosku o zabezpieczenie roszczenia poprzez wpisanie hipoteki na kwotę równą niezapłaconej cenie za to mieszkanie do księgi wieczystej tego lokalu. Dokonanie zabezpieczenia zapewni Sprzedającej w przyszłości skuteczną egzekucję dochodzonej kwoty. Gdyby po uprawomocnieniu się wyroku zasądzającego na rzecz Sprzedającej kwoty sprzedaży okazało się, że Kupujący są niewypłacalni, Sprzedająca będzie mogła prowadzić egzekucję zasądzonej na jej rzecz kwoty ze sprzedaży tego mieszkania w toku postępowania egzekucyjnego” - napisała mi pani mecenas Staszewska-Lisiak.
Innymi słowy pani mecenas radzi pani Annie, żeby zażądała zapłacenia pieniędzy przez kupujących (choćby z innego kredytu), a jeśli tego nie zrobią, zażądać od sądu wpisania hipoteki na swoją rzecz w księdze wieczystej nieruchomości, która przeszła z rąk do rąk bez zapłacenia ceny. Czyli w księdze wieczystej domu, który pani Anna feralnie sprzedała. Tyle, że przecież księga wieczysta tego domu jest już obciążona wierzytelnością na rzecz banku, który wcześniej pożyczył pieniądze pani Annie. Czyli - tak czy owak - pani Anna będzie druga w kolejce do wyegzekwowania swojej wierzytelności. Horror! Jak się przed takimi sytuacjami uchronić? Przecież trzy czwarte nieruchomościowych transakcji w Polsce jest finansowanych kredytem! Każdą umowę kredytową traktować jako podejrzaną? Przecież to chore! Mój kolega, łebski prawnik Tomek Ejtminowicz, twierdzi, że pani Ania popełniła błąd, bo powinna spisać najpierw - również notarialnie - umowę przedwstępną, która dotyczyłaby samego kredytu i spełnienia wszystkich związanych z nim warunków. A dopiero w drugiej umowie nastąpiłoby przeniesienie własności domu. Polecam ten case uwadze wszystkich, którzy zamierzają sprzedać dom lub mieszkanie osobie zadłużającej się w banku. Nawet jeśli przyjdzie do Was z umową kredytową w ręku, nie można być pewnym, że będzie miała z czego Wam zapłacić.
I jeszcze porada jednego z czytelników, pana Pawła, który odniósł się do sprawy, zastrzegając sobie, niestety, anonimowość. ”W nawiązaniu do Pana wpisu na blogu oraz artykułu w Gazecie Wyborczej” zatytułowanym "Sprzedała dom, a bank kontrahenta wycofał się z umowy kredytowej", chciałbym wskazać jeszcze jeden, pominięty przez cytowanych przez Pana prawników, sposób działania poszkodowanej pani. Zgodnie z art. 491 par. 1 kodeksu cywilnego: Jeżeli jedna ze stron dopuszcza się zwłoki w wykonaniu zobowiązania z umowy wzajemnej (a taką umową jest sprzedaż - dopisek własny), druga strona może wyznaczyć jej odpowiedni dodatkowy termin do wykonania z zagrożeniem, iż w razie bezskutecznego upływu wyznaczonego terminu będzie uprawniona do odstąpienia od umowy". Oznacza to, że sprzedająca może stronie kupującej wyznaczyć dodatkowy termin na zapłatę ceny, a w razie bezskutecznego upływu wyznaczonego terminu sprzedająca powinna stronie kupującej złożyć w formie pisemnej oświadczenie o odstąpieniu od umowy sprzedaży. Takie odstąpienie nie powoduje jeszcze skutku w postraci "zwrotnego" przejścia prawa własności nieruchomości z kupujących na sprzedającą - kupujący i sprzedająca powinni w formie aktu notarialnego zawrzeć umowę o przeniesieniu prawa własności nieruchomości z kupujących na sprzedającą. Jeśli kupujący nie będą chcieli złożyć przed notariuszem takich oświadczeń - można ich o to pozwać do sądu - wyrok uwzględniający powództwo zastępuje w tym zakresie oświadczenia pozwanych (kupujących)”.﻿
SUBIEKTYWNOŚCI UŻYWAJ Z ROZWAGĄ, TO POTĘŻNA BROŃ! Pewien czytelnik nie mógł zrozumieć dlaczego bank podwyższył mu prowizję. Wysłał się do banku jedną reklamację, drugą, a za trzecim razem - posłał również e-mail do autora blogu. W banku najwyraźniej uznali, że nie mają tak zupełnie czystego sumienia, bo jeszcze zanim zdążyłem zająć się sprawą, otrzymałem od czytelnika drugi e-mail. „Pana osoba to potężna broń, którą trzeba używać z rozwagą. Dziś otrzymałem podpisany przez bank aneks z wykreślonym paragrafem dotyczącym zmiany opłat. Po południu otrzymałem też wyjaśnienia z centrali banku. Było w końcu profesjonalnie, konkretnie i sprawnie. To niesamowite, że jeden e-mail tyle zmienia. Może nawet trochę żałuję, że poniosły mnie nerwy”. No właśnie. Proszę Was, używajcie TEJ broni z rozwagą.
(27) Pokaż komentarze do wpisu „Sprzedała dom, a bank kontrahenta wycofał się z umowy kredytowej! Co robić?”
Przejdź do wpisu „Sprzedała dom, a bank kontrahenta wycofał się z umowy kredytowej! Co robić?”
Dodaj komentarz do wpisu „Sprzedała dom, a bank kontrahenta wycofał się z umowy kredytowej! Co robić?” i/lub któregoś z (27) komentarzy
Chyba zaczyna się właśnie jesienno-zimowy szczyt sprzedaży kredytów gotówkowych. W poniedziałek sygnał do boju o nasze portfele - albo raczej o limity zdolności kredytowej - dadzą dwaj giganci: rynkowy hegemon PKO BP oraz mBank, czyli trzeci największy bank detaliczny w Polsce. Ciekawsze rzeczy dzieją się w ofercie mBanku. Nie dość, że zmienił w ostatnich kilkunastu miesiącach podejście do szybkiej gotówki - bardzo chłodno podchodzi do klientów obcych, za to stara się jak najbardziej uprościć procedury dla tych, których już zna - to jeszcze wciąż koryguje strategię marketingową. Najpierw demonstrował w swoich kampaniach niechęć do celebrytów (być może na dłuższą metę mu się to opłaci, choć na razie brak znanych twarzy nieco osłabia jego rozwój). Teraz odchodzi od sztandarowego hasła ”sprawdź sam”. Teraz w reklamach będzie dowcipne sprawdzanie przez młodych gniewnych ofert podsuwanych przez mBank.
Walka mBanku o większą penetrację portfeli własnych klientów szła długo jak po grudzie - powiedzmy sobie szczerze, bankowi internetowemu nie jest łatwo o skuteczny cross-selling, bo klienci raczej nie bywają w oddziałach i nie mają indywidualnych doradców bankowych, których znają i którym ufają. To oznacza, że pozostaje tylko marketing telefoniczny bądź e-mailowy, na który klienci banków są już w Polsce uczuleni. Ale cyferki, które ujawnia mBank pokazują, że największy bank internetowy coraz sprawniej radzi sobie ze zdalnym docieraniem do klientów. Udostępnienie klientom kredytu przez telefon - uruchamianego w ciągu jednej rozmowy, w czasie kwadransa, całkowicie zdalnie - spowodowało, że już 80% wszystkich kredytów gotówkowych mBank udziela w ten właśnie sposób. Jeszcze na początku tego roku było to niecałe 50%. Sprzedaż wszystkich kredytów mBanku - pomijając hipoteczne, bo to inna para kaloszy - po pierwszej połowie 2011 r. wyniosła 569 mln zł, czyli jakieś prawie 100 mln zł miesięcznie.
Do boju ruszył też PKO BP. Ten bank w swojej najnowszej kampanii kredytów gotówkowych oczywiście wykorzystuje Szymona Majewskiego. W kolejnej odsłonie ”Miniratki” występuje on jako senne marzenie, kąpiące się w płatkach róży, pośród najróżniejszych przedmiotów, których pragnie każdy kredytobiorca. Klipy podprowadzają nas pod promocję kredytów gotówkowych, która w PKO BP polega na tym, że bank obniża do zera prowizję za przyznanie pożyczki. Jest to pewien bonus, nie ma co przeczyć, bo np. od 3000 zł pożyczki gotówkowej (rata miesięczna przy pożyczce na rok wyniosłaby pewnie jakieś 280-290 zł) taka prowizja wyniosłaby 150 zł. Sęk w tym, że w PKO-owskiej promocji jest haczyk - żeby nie płacić prowizji trzeba wykupić ubezpieczenie, którego składka wynosi 0,45% sumy kredytu miesięcznie. Jak łatwo obliczyć, bank PKO z drugiej kieszeni wyjmuje klientowi to, co mu włożył do pierwszej, bo te 0,45% miesięcznej składki przekłada się na 5,4% wartości kredytu rocznie. Czyli nawet nieco więcej, niż 5-procentowa prowizja na wejściu. Nie mogę się więc zgodzić z hasłem reklamowym: ”Miniratka i zakupy pójdą jak z płatka”. Nie pójdą, bo bank sobie i tak odbierze co swoje, jak nie w prowizji, to w składce ubezpieczeniowej.
(11) Pokaż komentarze do wpisu „Znów kuszą gotówką. mBank dostarczy kasę w kwadrans, PKO kąpie Majewskiego”
poniedziałek, 24 października 2011 11:14
Przejdź do wpisu „Znów kuszą gotówką. mBank dostarczy kasę w kwadrans, PKO kąpie Majewskiego”
Dodaj komentarz do wpisu „Znów kuszą gotówką. mBank dostarczy kasę w kwadrans, PKO kąpie Majewskiego” i/lub któregoś z (11) komentarzy
Nie wiem czy sprawił to niedawny tekst mojego kolegi redakcyjnego Maćka Bednarka w sobotnim magazynie „Gazety Wyborczej”, czy też fakt, że jedna z firm organizuje za kilka dni konferencję, na której będzie pokazywała jak łatwo klonować karty zbliżeniowe (pewnie firma ta produkuje specjalne etui na karty tego typu). A może chodzi o ogólnie słabą atmosferę wokół kart zbliżeniowych? Tak czy owak wygląda na to, że napięcia wokół swojego biznesu nie zniosła organizacja płatnicza MasterCard. Ta sama, której znaczek jest nadrukowany na co trzeciej karcie płatniczej znajdującej się w naszych portfelach. W środę do dziennikarzy trafiło bowiem ”Oświadczenie dotyczące bezpieczeństwa technologii zbliżeniowej MasterCard PayPass”. Cóż, nie jestem pewien czy jest to początek nowej kampanii promującej karty, czy też tylko jednorazowe tupnięcie, ale obawiam się, że w ten sposób - drukując oświadczenia - MasterCard wątpliwości nie uspokoi.
Czytaj też: Zmuszają nas do kart zbliżeniowych. Nie można ich wyłączyć!
W skrócie przypomnę jak wygląda pole bitwy. Już co trzecia karta w naszych portfelach to plastik z zbudowaną technologią zbliżeniową. Czyli możliwością płacenia przez zbliżenie karty do czytnika, a nie przeciągnięcie jej przez terminal bądź włożenie do niego. To miły gadżet - nie musimy wypuszczać karty z rąk, więc jest bezpieczniejsza. Sęk w tym, że zbliżeniowo można płacić do 50 zł bez żadnej autoryzacji. Nie podajemy PIN-u, nie podpisujemy się na rachunku. Po prostu zbliżamy kartę do czytnika i zapłacone. Jeśli ktoś ma kartę zbliżeniową, może w ten sposób - bez podawania PIN-u - zapłacić 3-4 rachunki dziennie, w sumie 200 zł. I to właśnie denerwuje klientów, którym masowo wciska się karty zbliżeniowe. Niektórzy nie chcą mieć plastiku dającego możliwość płacenia bez podania PIN-u, nawet jeśli są to małe kwoty. Każde zagubienie karty rodzi bowiem niebezpieczeństwo, że zostanie użyta przez przypadkowego znalazcę. Nawet jeśli bank zwróci pieniądze, to do tego czasu klient straci czas i nerwy.
Drugi problem to możliwość nielegalnego ”przeczytania” karty zbliżeniowej. Na rynku są specjalne urządzenia, które pozwalają przeczytać dane zawarte na karcie w sposób zdalny. Przestępca, wyposażony w takie urządzenie, może np. wejść do autobusu, poprzytulać się trochę do wybranych pasażerów, po czym dane z ich kart zbliżeniowych wrzucić sobie na inny kawałek plastiku, de facto klonując kartę. Co prawda nie było jeszcze żadnego przestępstwa tego typu na większą skalę, ale niektórzy posiadacze kart zbliżeniowych czują się z nimi nieswojo. I nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby nie drobny fakt, że... tej funkcji nie da się wyłączyć. Bodaj jedynym bankiem, który pozwala zmniejszyć do zera limit wartości transakcji, która może być przeprowadzona bez PIN-u, jest Inteligo. Zaś żaden bank nie pozwala wyłączyć tej funkcji całkowicie. Niektórzy internauci radzą po prostu zniszczyć miniantenkę, wtopioną w kartę. Radykalne, ale nie wiem czy skuteczne (tzn. czy karta później będzie prawidłowo działała).
Czytaj też: Co robić? Bank wciska klientowi kartę, której ten nie chce!
Na to pole pełne wątpliwości wkracza MasterCard. I oświadcza: „Płatności dokonywane za pośrednictwem kart zbliżeniowych MasterCard i Maestro PayPass oraz urządzeń w technologii MasterCard PayPass i Maestro PayPass są równie bezpieczne, jak płacenie tradycyjnymi kartami MasterCard. Wielu klientów twierdzi nawet, że czuje się bezpieczniej z kartą PayPass, ponieważ nigdy nie musi jej wypuszczać z ręki podczas dokonywania płatności” - pisze MasterCard. Nie wiem z jakiej choinki oni się urwali, ale niech będzie. Obiektywnie rzecz biorąc akurat ten argument trzyma się sensu, choć ja akurat nie znam żadnej osoby, która odczuwałaby dziką radość z posiadania karty zbliżeniowej. Większość osób o tym nie wie, a nawet jeśli wiedzą, to za to sprzedawcy nie wiedzą i przeprowadzają transakcje tradycyjne nawet mając terminal do płatności zbliżeniowych i widząc kartę zbliżeniową w ręku klienta.
Idźmy przeto dalej: ”W odpowiedzi na zarzuty, o możliwości sczytania danych z karty przez osoby niepowołane np.: numeru konta, daty ważności warto podkreślić, że taka ilość danych jest bezużyteczna, gdyż: zakupów przez Internet lub telefon nie można dokonać nie podając kodu CVC2 (kod weryfikujący kartę - 3-cyfrowy kod znajdujący się na tyle karty). Ten kod nie jest zawarty w danych na karcie PayPass. (...) Zapewnia to dodatkową ochronę dla posiadacza karty i wymaga przedstawienia kodu lub hasła do zaakceptowania transakcji. (...) Nie można wyprodukować nowej fałszywej karty PayPass bez kluczy przechowywanych bezpiecznie w mikroprocesorze PayPass, które są stosowane do zapisania danych transakcji i/lub stworzenia dynamicznego kryptogramu po każdej transakcji. Mikroprocesor zainstalowany w karcie PayPass (...) tworzy podpisy i/lub dynamiczne kryptogramy, unikalne dla każdej transakcji, sprawiając, że skopiowanie karty lub „odtworzenie” transakcji jest praktycznie niemożliwe. Dla każdej transakcji dokonanej kartą MasterCard PayPass jest generowany podpis i/lub kryptogram, który zmienia się po każdej transakcji”.
Czytaj też: Prosty błąd w telewizyjnej reklamie MasterCarda?
No i super. Jeśli jest tak, jak piszą z MasterCarda, to bycie delikatnie pomacanym w autobusie nie rodzi większych niebezpieczeństw dla karty i jej właściciela. Poza tym, że złodziej danych będzie miał numer karty, jej datę ważności, imię i nazwisko posiadacza. Jeśli karta ma zablokowaną możliwość dokonywania nią transakcji internetowych bez podania kodu CVC2, to ryzyko wyłudzeń jest minimalne. Tym niemniej nadal nie rozumiem dlaczego technologia PayPass jest tak skonstruowana, że nie można jej wyłączyć lub zredukować do zera limitu wartości transakcji dokonywanych bez podania PIN-u. Mogę się tylko domyślać, że skoro karty zbliżeniowe mają być czołowym orężem branży finansowej w walce z niskokwotowymi transakcjami gotówkowymi, to w interesie banków i organizacji płatniczych jest uszczęśliwianie klientów na siłę. Żeby nie było się rozliczać w ten deseń:
Ostatnio na siłę uszczęśliwił mnie Multibank. Przysłał mi nową kartę - choć akurat nie był to PayPass, a PayWave, autorstwa organizacji Visa - mimo że stara ma być jeszcze ważna przez kilkanaście miesięcy. ﻿
(25) Pokaż komentarze do wpisu „Gorący spór o karty zbliżeniowe. MasterCard się denerwuje, bo ich nie lubimy”
sobota, 22 października 2011 08:12
Przejdź do wpisu „Gorący spór o karty zbliżeniowe. MasterCard się denerwuje, bo ich nie lubimy”
Dodaj komentarz do wpisu „Gorący spór o karty zbliżeniowe. MasterCard się denerwuje, bo ich nie lubimy” i/lub któregoś z (25) komentarzy
Jednym z hitów PKO BP tej jesieni - obok promocji lokat połączonej z konkursem podobnym nieco do gry w Lotto - ma być kredyt hipoteczny z niską marżą. W reklamach z - a jakże! - Szymonem Majewskim - nota bene to bardzo udany spot, z poczuciem humoru i oddający istotę sensu zaciągania kredytu na mieszkanie - widzimy ludzi, którzy jeszcze nie dorośli do własnego M, których próbuje wychować przedszkolanka-Majewski. Jak komuś się udaje i dorasta do kredytu hipotecznego, to może opuścić przedszkole i podpisać umowę. Oczywiście umowę kredytową z PKO BP nawet na 40 lat. Cały ten koncept reklamowy ma podprowadzić klienta pod promocję kredytu hipotecznego, która polega na rezygnacji banku z prowizji za przyznanie kredytu, wydłużeniu okresu kredytowania do maksymalnie 40 lat oraz obniżeniu marży do 1,1%, ale tylko w pierwszym roku.
W zamian za ten zestaw dobrodziejstw bank żąda od klienta określonych danin. Niestety nie są one małe, co dokładnie policzyłem i zaraz Wam przedstawię. ﻿Najpierw jednak mimo wszystko skrytykuję nieco reklamę z Majewskim. Nie za koncept, bo jest bardzo zacny, ale za przypisy. PKO BP w ostatnich miesiącach nie miał na koncie większych wpadek reklamowych. Wpadek rozumianych jako wciskanie klientom kitu. Reklamy były przyzwoite i nie wpuszczające w maliny. Ale z kredytem hipotecznym to PKO-wskim specom od marketingu nie wyszło. Nie wiem czy zauważyliście zestaw przypisów pojawiający się na samym końcu reklamy z Majewskim. Przypisów jest tak dużo, że zajmują chyba z pół ekranu. Napisane są drobnym maczkiem, a do tego jeszcze jasną czcionką, zlewającą się z tłem. I można je podziwiać przez jakieś siedem sekund. Nie ma najmniejszej szansy, by bez stop-klatki i okularów powiększających zapoznać się z tymi zastrzeżeniami. Po co więc w ogóle je publikować? Skoro produkt jest tak skomplikowany i nastroszony obwarowaniami, to być może należałoby go uprościć? Na co komu propozycja kredytu, która w reklamie wymaga wyjaśniania drobnym maczkiem na pół ekranu? I co na to prezes Zbigniew Jagiełło, który swego czasu obiecał nam ofertę bez haczyków?
No, ale wracając do samej promocji, postanowiłem policzyć ile przyszłoby mi zapłacić za dobrodziejstwa proponowane przez bank. Zadzwoniłem w tym celu na infolinię PKO BP i ściemniłem, że jestem zainteresowany kredytem. Powiedziałem, że chcę 250.000 zł na 30 lat. Pan odczytał mi ze skryptu warunki - przez pierwszy rok marża wyniesie 1,1%, a potem wzrośnie do 1,74%-1,84%, w zależności od wkładu własnego. Policzyłem w kalkulatorze, że kredyt o takich parametrach, biorąc pod uwagę obecny poziom wskaźnika WIBOR (6,77% w najpopularniejszej w bankach wersji 3M), wyniósłby mnie przy promocyjnej marży 1,1% jakieś 1483 zł miesięcznie. Zaś po zakończeniu promocji rata urośnie do 1595 zł, bo bank będzie stosował już komercyjną marżę. Oznacza to, że w skali miesiąca w ramach promocji można przez pierwszy rok wyciągnąć 112 zł, zaś w skali roku - 1344 zł. Piechotą nie chodzi. Do tego zniesiona prowizja - jakieś 1,5% od kwoty kredytu, czyli przy naszej przykładowej kwocie - kolejne 3750 zł do przodu. W sumie korzyść z uczestnictwa w promocji wynosi ok. 5100 zł.
A teraz sprawdźmy ile za tę oszczędność trzeba będzie zapłacić. Przede wszystkim trzeba mieć w PKO BP konto. A to jest bezpłatne tylko pod warunkiem, że przelewa się na nie co najmniej 2000 zł tytułem wynagrodzenia, emerytury, renty albo innego systematycznego wpływu. Niestety nie może to być dowolny przelew, choć jak niedawno pisałem w blogu - da się tak zachachmęcić, żeby bank się nie połapał. Ale jeśli nie będziemy przelewać tych 2000 zł miesięcznie na konto w PKO BP, to będzie ono kosztowało 6,9 zł miesięcznie, czyli niecałe 84 zł w ciągu roku trwania promocji. Nie pozostaje nic innego, jak tylko biec do oddziału. Ten i ów ma wprawę, bo gnał już na promocję karpia w Realu :-)
Drugi warunek to zakup karty kredytowej lub ubezpieczenia na życie lub też wzięcie udziału w programie „Niska rata” (zakłada on bilansowanie kredytu oszczędnościami i wymaga od klienta utrzymywania przez cały czas pewnego minimalnego salda na ROR). Ubezpieczenie, jako najmniej korzystne finansowo, odrzucamy na starcie. Bilansowanie wymaga wkładania w interes kasy, więc też odpuszczamy. Zostaje karta kredytowa, która na szczęście przez pierwszy rok jest za zero. Trzeba tylko zapłacić jednorazowo za jej personalizację 10 zł. W drugim roku trzeba kartą robić zakupy o wartości 300 zł miesięcznie, bo inaczej płaci się za plastik 16-32 zł rocznie. Ala my zakładamy, że kartę po roku zwracamy do banku, gdyż jest nam potrzebna tylko do złapania za nogi promocyjnej marży kredytu hipotecznego w pierwszym roku. A więc do kosztów promocji dodajemy koszt karty - 10 zł za personalizację. Koszty uczestnictwa w programie promocyjnego kredytu hipotecznego w PKO BP rosną więc do 94 zł. Wciąż mało.
Niestety jest i trzeci warunek uczestnictwa w promocji kredytu z niską marżą. Trzeba kupić ubezpieczenie od utraty pracy lub hospitalizacji - składka jest liczona od wartości kredytu i dla kwoty 250.000 zł będzie wynosiła 3500 zł. Bo składka roczna - jak tłumaczył mi pan w infolinii, a dopytałem się trzy razy czy aby na pewno dobrze go zrozumiałem - stanowi 0,7% wartości kredytu, zaś odprowadzić trzeba z góry składkę za 24 miesiące. To już przestaje być zabawne. Łącznie promocja kredytu z obniżoną marżą w pierwszym roku i ze zniesieniem prowizji będzie kosztowała prawie 3600 zł w dodatkowych opłatach i składkach. Słono, choć wciąż wychodzi na to, że jesteśmy deczko do przodu, bo benefity podliczyliśmy na 5100 zł. Na czysto PKO-wska promocja da 1500 zł jednorazowego zarobku.
Czy to wystarczający argument, by iść po kredyt akurat do tego banku? Nie wydaje mi się. Lepiej wybrać kredyt ze strukturalnie niższą marżą. W skali 30 lat każde 0,1% marży na naszym przykładowym kredycie o wartości 250.000 zł podbija ratę o 20 zł miesięcznie, czyli o 7200 zł w całym okresie kredytowania. A więc PKO-wski bonusik tak naprawdę równoważny jest obniżce marży o 0,015% (a pisząc precyzyjnie: o piętnaście tysiącznych punktu procentowego). To tyle co nic.
SUBIEKTYWNOŚĆ, KAWA I HERBATA. I... POZIOM 2.0. Autor blogu „Subiektywnie o finansach” gościł niedawno w programie „Kawa czy herbata”. Tematem było dopłacanie przez banki do konta bankowego i karty kredytowe, z których trudno się wycofać. Było też o tym czego lepiej nie robić w sobotę o poranku :-). Program możecie obejrzeć na stronie internetowej TVP. A dziś, w piątek 21 października, będziecie mogli obejrzeć trochę subiektywności w finansach w programie na żywo ”Poziom 2.0”, którego tematem będą m.in. pieniądze dla młodzieży. Zapraszam do TVP2 między 16.15 a 17.15.
”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć wesołą historyjkę ze swojego banku albo pożalić się na finansistów. ﻿
(6) Pokaż komentarze do wpisu „Promocja kredytów hipotecznych w PKO BP: ile kosztuje niższa marża?”
piątek, 21 października 2011 09:30
Przejdź do wpisu „Promocja kredytów hipotecznych w PKO BP: ile kosztuje niższa marża?”
Dodaj komentarz do wpisu „Promocja kredytów hipotecznych w PKO BP: ile kosztuje niższa marża?” i/lub któregoś z (6) komentarzy