Source: http://forum.darzycia.pl/index.php/topic,128.0.html?PHPSESSID=fo9arlfi3qlg8b2rqe003f64d6
Timestamp: 2017-05-23 08:59:36+00:00
Document Index: 49122884

Matched Legal Cases: ['art. 272', 'Art. 15', 'Art. 34', 'art. 29', 'art. 23', 'art. 118', 'art. 18', 'art. 70', 'art. 70', 'art. 70', 'art. 70', 'art. 5', 'art. 70', 'art. 70', 'Art. 70', 'art. 70', 'art. 4', 'art. 6', 'art. 6', 'art. 8', 'art. 17', 'art. 70', 'art. 70', 'art. 70', 'art. 70', 'art. 70', 'art. 116', 'art. 23', 'art. 35', 'art. 23', 'art. 23', 'art. 81', 'art. 81', 'art. 81', 'art. 23', 'art. 81', 'art. 81', 'art. 81', 'art. 83', 'art. 78', 'art. 24', 'art. 81', 'art. 81', 'art. 67', 'art. 23', 'art. 34', 'art. 35', 'art. 50', 'art. 115']

Wątek: Prawo autorskie (Przeczytany 18152 razy)
Jak publikować by zachować prawa autorskie innych autorów - trochę informacji:Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Tekst jednolityhttp://isip.sejm.gov.pl/servlet/Search?todo=file&id=WDU19940240083&type=3&name=D19940083Lj.pdfw formacie pdf ze Str.SejmowejUSTAWA z dnia 4 lutego 1994 r.o prawie autorskim i prawach pokrewnych. (Dz. U. z dnia 23 lutego 1994 r.) (sprost.: z 1994, Nr 43, poz. 170, zm. z 1997 r. Nr 43, poz. 272 i Nr 88, poz. 554, z 2000, Nr 53, poz. 637)USTAWA z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnychZłodziejstwo intelektualne. Prawo autorskie w Internecie - Autor tekstu: Mariusz Agnosiewiczforum prawneNiniejsza ustawa dokonuje w zakresie swojej regulacji wdrożenia następujących dyrektyw Wspólnot Europejskich...Wikipedia.Prawo AutorskieDokumenty w formie przyjętej na posiedzeniu międzyresortowego Zespołu do Spraw Przeciwdziałania Naruszeniom Prawa Autorskiego i Praw Pokrewnych, 11 maja 2006 r., przedstawione na Komitet Rady MinistrówStrategia działań na rzecz ochrony własności intelektualnej w Polsce w 2006 r. (plik .pdf, 444 KB)Raport Zespołu do Spraw Przeciwdziałania Naruszeniom Prawa Autorskiego i Praw Pokrewnych za rok 2005 (plik .pdf, 688 KB)jak publikować?Prawa autorskieRozliczanie
Jak podaje PAP - Sejm uchwalił ustawę o ratyfikacji Traktatu WIPO o prawie autorskim z 1996 roku. Traktat WIPO (Światowej Organizacji Własności Intelektualnej) został przyjęty w Genewie w 1996 roku. Wszedł w życie 6 marca 2002 roku. Przyznaje on autorom dzieł literackich i artystycznych dodatkowe uprawnienia, związane z wykorzystywaniem ich dóbr za pomocą Internetu. Ochroną prawną objęto w nim także programy komputerowe i bazy danych. Traktat reguluje warunki dystrybucji i najmu utworów przez autorów oraz ich rozpowszechniania za pomocą środków przewodowych i bezprzewodowych. Zrównuje też czas ochrony fotografii z innymi utworami. W Polsce ochrona praw autorskich jest regulowana ustawą z 1994 roku. Obecnie w ministerstwie kultury zawieszono prace nad nowelizacją ustawy, do czasu powołania następcy Aleksandry Jakubowskiej, która koordynowała te prace.
Często przeglądając strony internetowe spotykam się ,z podobnymi , niekiedy słowo w słowo takimi samymi tekstami,ale występują innym autorzy pracy.Jak to jest prawnie?Poniżej ciekawy artykuł. 5 października 2005Plagiat przez InternetPrace magisterskie, licencjackie, inżynierskie mają smutny żywot. Zaraz po obronie lądują zwykle w szufladzie. To przykre, ponieważ aby je napisać, musimy poświęcić im wiele czasu, pracy i często bardzo dużo nerwów. Czy ten cały Wasz wysiłek wart jest jedynie zakurzonej szuflady, gdzie leży Wasza praca? Nie, to byłoby niesprawiedliwe. (cytat ze strony internetowej) Portal kusi i przemawia do portfeli: naszym celem jest, aby możliwie wiele razy komercyjnie sprzedać Wasze prace. Cena dla przedsiębiorstw wynosi standardowo 799 zł, dla studentów 399 zł. Od każdego sprzedanego egzemplarza otrzymacie zawsze 50% ceny netto (z wiszącego na stronie rankingu wynika, że niektóre prace były sprzedawane po kilka razy). I apeluje do solidarności z bracią studencką: pomóż innym studentom i zgłoś swoją pracę dyplomową lub referat. Będą plagiaty? A kto pyta? Na wszelki wypadek firma Aquarius występująca jako katowicki serwis edukacyjny Studenci.pl, ma gotowe oświadczenie dla prasy: przed ewentualnymi kupującymi, którzy chcieliby przepisać daną pracę zabezpieczamy się w ten sposób, że każda osoba prywatna kupująca pracę w naszym serwisie musi podpisać oświadczenie, że będzie ją wykorzystywała tylko do celów informacyjnych, korzystała w niej w zakresie, na który pozwala prawo (...) Taka osoba jest także poinformowana, że odpisywanie prac jest naruszeniem praw autorskich jej autora.Trzeba przyznać, że Studenci.pl wiedzą coś o prawie autorskim i mają rację, gdy informują swoich kolegów, że podobnie jak autorzy książek, wydawnictw np. muzycznych czy komputerowych macie prawo do korzystania ze swojej własności. Twój egzamin, twój tytuł, twoja pracaNa początku roku głośno było o nagrodzonej za „cenny wkład w naukę” książce profesora SGGW, który skorzystał, bez wyraźnego zaznaczenia cytowania, z pracy swojej magistrantki sprzed kilku lat. Profesor tłumaczył się, że jako „zaangażowany merytorycznie” promotor wykorzystywał prace magistrantów, czując się współautorem tych prac. Jest to klasyczny przypadek naruszenia prawa autorskiego, polegający na przywłaszczeniu sobie fragmentu cudzego utworu – mówi prof. Jan Błeszyński, autorytet w sprawach prawa autorskiego. Nie budzi moich wątpliwości, że wyłącznym autorem i uprawnionym z tytułu praw autorskich i majątkowych jest autor pracy magisterskiej. Żadnych uprawnień autorskich do pracy nie może mieć ani recenzent, ani promotor, ponieważ znajdują się oni poza procesem twórczym, a ich udział polega na konsultacjach, kierowaniu pracą, nadzorze, wskazywaniu usterek. Moje stanowisko jest jednoznaczne i kategoryczne. Wszelkie próby uzasadniania, że można być autorem nie uczestnicząc w procesie tworzenia, jest uzurpowaniem sobie praw, do czego ani promotor, ani uczelnia nie mają podstaw. Jeżeli promotor miałby być współautorem pracy, oznaczałoby to także, że współubiega się o dyplom. To nonsens. Nie taka jest przecież funkcja promotora.Oczywiście bardzo często tak bywa, zwłaszcza w naukach technicznych i przyrodniczych, że praca powstaje jako rezultat wspólnej pracy zespołu. Ale wtedy współautorstwo wynika z faktu współtworzenia, nie zaś z organizacji, struktury instytutu, z tego, że ktoś jest szefem, a kto inny podwładnym. Nie dyrektor, nie organizator procesu produkcji, nie kierownik naukowy jest autorem opracowania, bo ich rola jest inna – koordynująca i nadzorująca. Lepiej się umówićParlament Studentów RP prowadzi kampanię „W obronie twoich praw”, m.in. właśnie przeciwko wykorzystywaniu przez wykładowcę lub promotora pracy semestralnej, zaliczeniowej, magisterskiej, licencjackiej bez wiedzy i zgody autora. Mimo specjalnego adresu mailowego i zapewnieniach o anonimowości, sygnałów o tego rodzaju procederze jest bardzo mało. W ciągu ostatnich 2 lat zgłosiły się ledwie trzy lub cztery osoby z pytaniem, co robić, bo w pracy promotora znalazły fragmenty własnej pracy. Pozostaje jeszcze pytanie, czy są gotowe ruszyć z dowodami i otwartą przyłbicą, gdy ich kariera naukowa zależy od układów w katedrze? – Marcinowi Chałupce, szefowi biura prawnego Parlamentu Studentów RP, nie jest znany przypadek takiej walki zakończonej wyrokiem sądowym. Inną sprawą, wynikającą z praw autorskich do pracy dyplomowej, jest dysponowanie nią w celu osiągnięcia komercyjnych korzyści z zastosowania rozwiązań, będących przedmiotem pracy. Okazję taką może mieć np. absolwent uczelni technicznej. Zdarza się, że nasi studenci sprzedają swoje prace, zwłaszcza gdy są to opracowania konstruktorskie czy technologiczne. Mówimy o tym z satysfakcją, bo opracowanie zostaje wykorzystane w praktyce, nie trafia tylko na półkę – powiedział na łamach „Gazety Wyborczej” (dodatek rzeszowski) prorektor Politechniki Rzeszowskiej, Jan Potencki. Nie zawsze jednak stanowisko uczelni jest tak otwarcie sprzyjające studentom. Argumentując, że podczas przygotowywania prac dyplomowych studenci korzystają z fachowej pomocy pracowników, materiałów oraz środków technicznych uczelni, praca zaś stanowi potwierdzenie zdobytych kwalifikacji uzasadniających otrzymanie dyplomu, niektóre uczelnie chcą zabezpieczać w formie umowy czy oświadczenia swoje prawa do pracy dyplomowej swojego studenta i mieć np. możliwość udzielania licencji osobom trzecim. Sytuacja taka, w różnych wariantach, występuje nie tylko w szkołach, ale również w instytutach naukowych. Praca może być rezultatem zamówienia, a do jej wykonania autorowi zostaje udostępnione nie tylko instrumentarium, ale i pomoc techniczna. Wtedy kwestia pierwszeństwa wydania czy prawa do korzystania przez pracownika lub z tytułu poniesionych nakładów jest do uregulowania na płaszczyźnie umownej – przypomina prof. Błeszyński. Marcin Chałupka obawia się, że w takim wypadku problemem jest zwykłe wygodnictwo. Nawet dzisiaj studenci nie przykładają zbyt wielkiej wagi do tego, że ich prace pisane na uczelni mogą mieć kiedyś wymierny efekt finansowy. Jak mówi rzecznik praw studenta, Robert Pawłowski, student ciągle jeszcze idzie na studia, jak na koncert. Kupuje bilet i patrzy, co się będzie działo. Nie zastanawia się, że umowę z uczelnią nie tylko warto podpisać, ale również warto ją czytać, a nawet negocjować. Nielegalny magisterWróćmy jednak do naszych czarnych owiec, czyli plagiatów. Handel pracami dyplomowymi kwitnie. Internetowy adres: www.studenci.pl to tylko jeden ze „sklepów”. Wystarczy wrzucić do wyszukiwarki „pracę magisterską kupię – sprzedam” albo wejść na strony aukcji internetowych. Przystępność cen prac pisanych na zamówienie również sugeruje, że są to kompilacje gotowych, wiele razy powielanych kawałków. Prokuratury próbowały ścigać operatorów takich domen albo „ghostwriterów” oferujących swe usługi magistrantom, ale za każdym razem postępowanie kończyło się umorzeniem.Dotychczasowa, nadmiernie liberalna praktyka doprowadziła do wytworzenia się i ugruntowania poczucia bezkarności – uważa prof. Jan Błeszyński. – Nie ma tu znaczenia okoliczność, że przywłaszczenie następuje za zgodą uprawnionego, skoro zgody w tym zakresie skutecznie udzielić nie można, wobec jej sprzeczności z prawem i zasadami współżycia społecznego. Osoby świadczące usługi w zakresie pisania prac, których autorstwo za wiedzą piszącego ktoś zamierza sobie przypisać, powinny być traktowane jako biorący udział (pomocnik) przy popełnieniu tego przestępstwa. Przedłożenie jako własnej pracy napisanej przez inną osobę, bądź przedstawienie jako własnej pracy, w której zawłaszczono fragmenty lub całość utworu innej osoby, może stanowić podstawę wyłudzenia poświadczenia nieprawdy, to jest czyn z art. 272 Kodeksu karnego. Raport podobieństwaKomputery, rewolucja informacyjna, Internet wspierają studentów, którzy w nieuczciwy sposób chcą ominąć jeden z najważniejszych wymogów, na których opiera się system szkolnictwa wyższego, nie zaś uczelnie, które chcą te wymagania wyegzekwować – konstatuje dr Sebastian Kawczyński, prezes zarządu Plagiat.pl sp. z o.o. Chodzi o samodzielne pisanie prac. Do niedawna niesamodzielność wymagała dużego nakładu pracy, wielu godzin, jeśli nie dni spędzonych w bibliotece, żeby tekst znaleźć, a następnie go przepisać. Dzisiaj wyszukiwarki wypluwające w ułamku sekundy tysiące linków oraz klawisze Ctrl C, Ctrl V załatwiają sprawę, kompilując „nową” pracę w ciągu kilkunastu minut. Internet kusi do łatwych i nieuprawnionych zapożyczeń, ale oferuje też bardzo skuteczne narzędzie obrony przed plagiatami. Nie przypadkiem dwaj absolwenci informatyki na Uniwersytecie Warszawskim, Tomasz Skaczyński i Kamil Nagrodzki, twórcy polskiej wyszukiwarki internetowej NetSprint, wpadli na pomysł, aby algorytmy i mechanizmy wyszukujące wykorzystać w programie wspierającym uczelnie w sprawdzaniu, czy przedstawiony tekst jest oryginalny. Internetowy system antyplagiatowy „Plagiat.pl” porównuje dokumenty pod względem ich podobieństwa do tekstów znajdujących się w zasobach internetu oraz w bazie danych systemu. Po raz pierwszy został przetestowany na UMCS w Lublinie, czym zajął się dr Andrzej Wodecki. Jego studenci piszą prace na pograniczu informatyki i zarządzania. Nie zawsze samodzielnie. Kiedyś doszło do tego, że w pracy studenta zauważył dziwnie bliskie mu treści. Okazało się, że student ściągnął z Internetu artykuł swojego promotora. Dr Wodecki wrzucił więc prace swoich studentów do systemu i z raportami podobieństwa w ręku przekonał władze uczelni. Trzy lata temu Senat podjął decyzję o sprawdzaniu prac dyplomowych systemem antyplagiatowym. Dzisiaj praktycznie funkcjonuje on na wszystkich wydziałach UMCS. Początkowo średni współczynnik podobieństwa prac pisanych na uniwersytecie wynosił 20%, po sześciu miesiącach spadł do 9% i na takim poziomie utrzymuje się do dzisiaj.Procedura jest taka: podczas obrony pracy promotor przedstawia skrócony wydruk z systemu, pokazujący współczynnik podobieństwa oraz źródła zapożyczeń. Nie przypadkiem mówimy o podobieństwie, a nie o plagiacie. Pytanie, jakie najczęściej słyszy dr Wodecki, brzmi: jaki procent plagiatu jest dozwolony? Otóż nie ma czegoś takiego, jak dopuszczalny procent zapożyczeń. Plagiat albo jest, albo go nie ma. Praca z literatury może mieć współczynnik podobieństwa sięgający 80% i jako analiza porównawcza tekstów nie być plagiatem. Z drugiej strony można wyobrazić sobie 400-stronicową pracę z fizyki ze współczynnikiem podobieństwa wynoszącym zaledwie 0,5‰, ale podobieństwo to nazywa się E = mc2. System jest tylko narzędziem, nie wyrocznią i wygenerowany przezeń raport musi dopiero zostać zinterpretowany przez kompetentną osobę. Antyplagiat dla PolskiSystem jest rozwiązaniem heurystycznym, czyli daje wysokie prawdopodobieństwo wykrycia podobieństwa, choć nie gwarantuje 100% pewności. Narzędzie po prostu zarzuca „sieć” na teksty w Internecie i może się zdarzyć, że czasem coś się prześlizgnie – dr Kawczyński ocenia skuteczność porównywania w Internecie na nieco ponad 95%. Jednak już jesienią uczelnie będą mogły skorzystać z dodatkowej opcji, jaką jest przeszukiwanie bazy dokumentów wcześniej dodanych do systemu. Czyli system nie tylko będzie wyszukiwał dokumenty podobne, ale również chronił dokumenty, które już zostały sprawdzone przez system. W tym wypadku sprawność wykrywania będzie równa 100%. Jest to pierwszy krok do zbudowania szczelnego, ogólnopolskiego systemu antyplagiatowego. Sukces zależy od liczby szkół, które do niego przystąpią. Obecnie z systemem współpracuje 25 uczelni, z czego połowa, to szkoły prywatne. Świadomość powagi problemu jest wciąż zbyt mała – ubolewa dr Kawczyński. Poza tym niektóre uczelnie rozstrzygają ze swoimi prawnikami kwestie, jak z prawem własności do prac dyplomowych pogodzić umieszczanie ich w bazie dokumentów, jakie uczelnie będą sobie udostępniały na zasadzie wzajemności. Tymczasem każda uczelnia poza systemem, to uczelnia, na której można obronić pracę napisaną przez kogoś innego. Waleria Kożusznik Art. 15a Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych: Uczelni przysługuje pierwszeństwo w opublikowaniu pracy dyplomowej studenta. Jeżeli uczelnia nie opublikowała pracy dyplomowej w ciągu 6 miesięcy od jej obrony, student który ją przygotował, może ja opublikować, chyba że praca dyplomowa jest częścią utworu zbiorowego. Zapisane
Dopinam z wątku Studia Jak daleko od plagiatu?Zarzuty w sprawie plagiatów02.06.2006 13:22 Zarzuty poświadczenia nieprawdy w opiniach dotyczących samodzielności i oryginalności prac doktorskich czterech doktorantów przedstawiła łódzka prokuratura okręgowa byłemu wykładowcy łódzkiego Uniwersytetu Medycznego prof. Mirosławowi J.Zdaniem prokuratury, praca okazała się plagiatem innych prac doktorskich, których podejrzany był także promotorem. Z wypowiedzi rzecznika łódzkiej prokuratury Krzysztofa Kopani wynika, że zarzuty dotyczą czterech prac doktorskich z lat 1998-2004. Według ustaleń śledczych, w przypadku tych prac Mirosław J. poświadczył nieprawdę w opiniach dotyczących rozpraw doktorskich, w których wskazał m.in., że zostały one samodzielnie napisane przez autorów. Opinia ta była podstawą dopuszczenia tych osób do dalszych etapów przewodu doktorskiego i w efekcie nadania im przez rady wydziałów stopni doktorów nauk medycznych. - Faktycznie prace nie były oryginalne i nie zostały one sporządzone samodzielnie. Zawierały wiele przepisanych przez autorów fragmentów z prac doktorskich innych osób, których promotorem był również podejrzany - dodał Kopania. Mirosław J. nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów. Grozi mu kara do 5 lat więzienia. Trzem osobom, których prace były opiniowane przez profesora przedstawiono zarzuty wyłudzenia poświadczenia nieprawdy od recenzentów prac doktorskich. Grozi om kara do 3 lat pozbawienia wolności. Sprawa jednego z doktorantów przedawniła się. Mirosław J. był promotorem w sumie 35 przewodów doktorskich w kilku uczelniach na terenie kraju. Prokuratura nadal bada prawidłowość tych przewodów. Sprawa plagiatów wyszła na jaw w grudniu 2004 roku, kiedy władze UM uzyskały informacje, że w pracach kilku doktorantów, których promotorem był jeden z byłych już profesorów uczelni Mirosław J., znajdują się fragmenty przepisane z innych prac prowadzonych przez tego samego promotora. Niezależnie od tego, niektóre prace opierały się na wynikach badań, które nie były przez doktoranta prowadzone. Władze uczelni zawiadomiły prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Powołano także specjalną komisję złożoną z dziekanów lub prodziekanów wszystkich wydziałów, którzy jeszcze raz przejrzeli prace czterech doktorantów. Nowi recenzenci wskazali, że prace nie były samodzielne. Rada wydziału fizjoterapii UM uchyliła decyzję o nadaniu stopnia doktora jednej osobie, a rada wydziału lekarskiego pozbawiła trzy osoby prawa do posługiwania się stopniem doktora. Mirosław J. od wiosny ub. roku nie pracuje już w łódzkiej uczelni. (PAP) interia.pl
PRAWO AUTORSKIE Zasady korzystania z cudzego dziełaReklamówka nie naruszyła autorytetu naukowcaNie potrzeba zgody autora, aby wymienić w bibliografii broszury reklamowej jego nazwisko, tytuł artykułu oraz adres strony internetowej. Jadwiga K. od lat w Kanadzie i Polsce prowadzi badania nad metodą walki z chorobą alkoholową za pomocą wyciągu z korzenia kudzu. Jest też autorką licznych artykułów na ten temat w prasie i bohaterką audycji telewizyjnych. W 2003 r. jeden z jej tekstów "Kudzu-Root - nadzieja w walce z chorobą alkoholową" został wymieniony w bibliografii broszury reklamowej "Kudzu" firmy Laboratorium Natura z Lublina. Jest ona producentem preparatu Kudzu, który sprzedaje w sieci aptek w całym kraju. Jadwiga K. uważa, że lubelska firma naruszyła jej dobra osobiste w postaci dobrego imienia i czci. Wykorzystała bowiem bez jej zgody jej nazwisko, dorobek naukowy oraz rozgłos medialny, aby podkreślić wiarygodność i atrakcyjność swojej oferty handlowej. Przekonuje, że nie chce być kojarzona z akcją komercyjną. Domaga się opublikowania przeprosin w prasie i zapłaty zadośćuczynienia. Sąd Okręgowy w Lublinie nie uwzględnił jej roszczeń. W uzasadnieniu wyroku stwierdził, że sprawa, choć dotyczy ochrony dóbr osobistych na gruncie prawa cywilnego, to opiera się na przepisach ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Art. 34 tej ustawy pozwala na korzystanie z cudzego utworu pod warunkiem, że będzie wymienione imię i nazwisko twórcy utworu oraz źródło. Nie jest przy tym wymagane uzyskanie zgody autora na korzystanie z utworu. Pozwana spółka warunki te spełniła. W ocenie sądu bez znaczenia w sprawie jest fakt, że sporna broszura ma funkcje reklamowe. Bezprawnego działania nie stanowi też wskazanie jako źródła bezpłatnej, powszechnie dostępnej strony internetowej Jadwigi K., gdyż istotą funkcjonowania takich stron jest dążenie, aby informacje tam zawarte dotarły do szerokiej rzeszy internautów. Według sądu jedyną konsekwencją wykorzystania fragmentów utworu Jadwigi K. w treści broszury mogłaby być konieczność wypłaty jej wynagrodzenia na zasadach określonych w art. 29 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Nie wskazał jednak, w jakim zakresie twórczość jej została wykorzystana. Wyrok utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny w Lublinie (sygn. I ACa 281/06). Robert HorbaczewskiRzeczpospolita 10.06.06 Nr 135
Bat na studencki plagiat łp 23-06-2006Już jest - Ogólnopolski Akademicki System Antyplagiatowy. Prace dyplomowe studentów są teraz porównywane z tekstami naukowymi, nawet tymi krążącymi po internecieKupowanie całych prac zaliczeniowych i dyplomowych lub komponowanie ich z fragmentów cudzych tekstów to ogromny problem na polskich uczelniach. Szacunki mówią, że nawet 10 proc. studentów może dopuszczać się plagiatu. Nauczyciele nie są w stanie wykryć większości z nich. Pomaga im w tym system Plagiat.pl. Powstał cztery lata temu, a na pełnych obrotach pracuje od czerwca 2003 r. Stopniowo do współpracy przystępowały kolejne uczelnie. W tej chwili jest ich 35, ale tylko kilkanaście zdecydowało się na konsekwentne sprawdzanie wszystkich powstających prac licencjackich, magisterskich i doktorskich. Teraz 12 uczelni połączyło swoje bazy tekstów, co wyraźnie usprawni działanie serwisu. To jednak wciąż za mało, uważają przedstawiciele firmy Plagiat.pl, która stworzyła całe oprogramowanie. Żeby system był naprawdę skuteczny, powinna się na niego zdecydować większość spośród ponad 400 uczelni.http://serwisy.gazeta.pl/metro/1,50145,3435906.html
PRAWO AUTORSKIE Nośniki z blokadą powinny być tańsze, bo są mniej funkcjonalneKopiować płyty wolno, łamać zabezpieczeń - nie-Rzeczpospolita 28.01.06 Nr 24Każdy, kto kupił oryginalną płytę z muzyką czy filmem, ma prawo ją skopiować. Aby to jednak zrobić, musi obejść zabezpieczenia. A to już oznacza złamanie prawa.Płyty CD i DVD kosztują niemało. Trudno więc się dziwić, że każdy, kto ma taką możliwość, chciałby je skopiować, aby zabezpieczyć oryginalny nośnik przed uszkodzeniem. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych pozwala na to. Co więcej, skopiowaną płytę można przekazać rodzinie czy bliskim znajomym (art. 23). Tyle teorii. Producenci płyt robią, co mogą, aby kopiowanie uniemożliwić. - Nie chodzi nam o to, aby utrudniać ludziom wykonywanie pojedynczych kopii do użytku osobistego. Musimy jednak walczyć z rozpowszechnianiem tych kopii, zwłaszcza w Internecie - mówi Bogusław Pluta, dyrektor Organizacji Zbiorowego Zarządzania Związku Producentów Audio-Video. Ukryta opłata Nasuwa się pytanie: czy wprowadzając zabezpieczenia, producenci nie naruszają praw użytkowników? Ci bowiem płacą za możliwość kopiowania. W cenie każdej nagrywarki, każdego czystego nośnika ukryta jest opłata, która trafia do twórców. - Możliwość kopiowania to nie prawo bezwzględne użytkowników. Jeśli płyta jest zabezpieczona, to nie można jej skopiować, a skoro tak, to użytkownik nie zapłaci za czysty nośnik, czyli nie jest narażony na straty. Poza tym na płycie zawsze są umieszczone ostrzeżenia o zabezpieczeniach, tak więc nabywca ma świadomość ich istnienia - przekonuje Pluta. Podobnie, choć z pewnym zastrzeżeniem, uważa mec. Michał Błeszyński, radca prawny zajmujący się tematyką prawa autorskiego. - Nie można producentom zabronić zabezpieczania płyt. Oczywiście, jeśli wyraźnie informują o tym klientów. Uważam jednak, że zabezpieczone nośniki powinny być tańsze od tych niezabezpieczonych. Mają bowiem ograniczoną funkcjonalność - mówi. Zdejmowanie blokady Osoby chcące skopiować płytę mogą to jednak zrobić, używając specjalnego oprogramowania. Łatwo je znaleźć w Internecie, często jest dołączane do popularnych miesięczników komputerowych. Szkopuł w tym, że przepisy zakazują wytwarzania, posiadania, przechowywania i wykorzystania urządzeń lub ich komponentów przeznaczonych do "niedozwolonego usuwania lub obchodzenia skutecznych technicznych zabezpieczeń" (art. 118 [1] ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Organizacje skupiające producentów audio-wideo stawiają sprawę jasno: ten, kto używa programów pozwalających na kopiowanie zabezpieczonych płyt, naraża się na karę nawet roku więzienia. Niektórzy jednak uważają, że wspomniany przepis nie dotyczy oprogramowania. - Posługuje się on określeniem "skutecznego technicznego zabezpieczenia". Jak się wydaje, w kontekście ostatnich dyskusji na temat patentowania oprogramowania, zabezpieczenia programistyczne nie mogą być uznane za zabezpieczenia techniczne. Oprogramowanie nie należy bowiem do kategorii techniki - uważa Piotr Waglewski, członek zarządu Internet Society Poland i autor serwisu: prawo.vagla.pl. Zwraca uwagę, że przepis jest sformułowany w taki sposób, iż sam komputer może zostać uznany za urządzenie służące do łamania zabezpieczeń. - Bez wątpienia jest to urządzenie i bez wątpienia może zostać wykorzystane do złamania zabezpieczeń. A to prowadzi do absurdu - mówi. Zabezpieczenia stracą sens Tymczasem powstaje projekt nowelizacji prawa autorskiego (patrz ramka). Nadal zakazuje on łamania zabezpieczeń, a wprowadza obok odpowiedzialności karnej również cywilną. Zobowiązuje jednak producentów, aby na wezwanie użytkownika umożliwili mu kopiowanie płyty. - Mam do tej propozycji stosunek ambiwalentny. Z jednej strony rozumiem, że kupujący powinien mieć możliwość powielenia płyty do użytku osobistego. Z drugiej jednak wiem, że prawo to wykorzystuje się do nielegalnego rozpowszechniania utworów, co oznacza okradanie twórców. Temu właśnie mają przeciwdziałać zabezpieczenia. Skoro producent będzie je musiał zdejmować na każde żądanie, to zabezpieczanie płyt straci sens - mówi Mariusz Kaczmarek, dyrektor generalny Fundacji Ochrony Twórczości Audiowizualnej. SŁAWOMIR WIKARIAKBędą nowe przepisy Ministerstwo Kultury przygotowuje projekt nowelizacji prawa autorskiego, który zmienia zasady zdejmowania zabezpieczeń. Dotyczy to osób, które mogą legalnie korzystać z utworu w trybie tzw. dozwolonego użytku osobistego (np. kopiować film z DVD na swój komputer, aby go sobie obejrzeć) lub publicznego (np. gdy biblioteka udostępnia go do celów badawczych w intranecie). Choć nie będzie wolno im samym zdejmować zabezpieczeń z nośnika, jednak mogą domagać się udostępnienia niezbędnych środków do korzystania z utworów (czyli w praktyce udostępnienie egzemplarza bez zabezpieczenia lub z usuniętym). W razie odmowy miałoby prawo w ciągu 3 dni uzyskać w takiej sprawie nakaz sądowy. Podobne zasady będą dotyczyły technicznych zabezpieczeń baz danych. kosPRAWO AUTORSKIE. Nielegalne groźby dystrybutorów filmów pod adresem klientówKupujący płyty mogą je kopiować na własny użytekDystrybutorzy płyt z filmami i muzyką powinni zmienić umieszczane na nich napisy ostrzegawcze, które zabraniają nabywcom korzystać z ich ustawowych przywilejów.Tak uważa Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który po skardze jednego z konsumentów skierowanej do rzecznika praw obywatelskich prowadzi postępowanie przeciwko Vision Film Distribution i Warner Bros Poland. Spółki te to dystrybutorzy m.in. filmów na DVD. Na okładkach płyt z takimi filmami zamieszcza się informacje o zasadach użytkowania - dystrybutorzy zastrzegają w nich, że klienta obowiązuje bezwzględny zakaz kopiowania utworu bez zgody właściciela praw autorskich. Dystrybutorzy grożą nieposłusznym klientom nawet karami więzienia. - Wmawia się klientom, że nie mają żadnych praw, tymczasem jest zupełnie inaczej, bo istnieje tzw. dozwolony użytek osobisty - mówi Justyna Kurek z Departamentu Polityki Konsumenckiej UOKiK. Artykuły 23 i 23 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych przewidują, że bez zezwolenia twórcy można nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego, czyli korzystania z pojedynczych egzemplarzy przez krąg towarzyski i rodzinny nabywcy płyty. Bez zezwolenia twórcy można też w wielu przypadkach przejściowo lub incydentalnie powielać utwory, które nie mają samodzielnego znaczenia gospodarczego (a tak jest z reguły z pojedynczymi egzemplarzami płyt z muzyką lub filmami). Można więc np. skopiować płytę z filmem, aby dać ją dziecku do obejrzenia w innym pokoju, lub pożyczyć swoją płytę z filmem do obejrzenia znajomemu. Można też zrobić sobie zapasową kopię do domowego archiwum. Napisy ostrzegawcze na opakowaniach o dozwolonym użytku osobistym jednak o tym nie wspominają. - A przecież każde uprawnienie właścicielskie należy wykonywać tak, aby nie naruszać praw innych stron - podkreśla Grzegorz Materna z warszawskiej delegatury UOKiK, która oficjalnie bada sprawę okładek płyt z filmami. Jeżeli UOKiK uzna, że ostrzeżenia na opakowaniach DVD rzeczywiście wprowadzają klientów w błąd, może nakazać dystrybutorom zmianę ich praktyki. Kary finansowe groziłyby im jednak dopiero wtedy, gdyby nie zastosowali się do nakazów UOKiK. Urząd nie będzie badał, czy groźby dystrybutorów wobec klientów są realne. Michał Kosiarski, Rz 07.09.06 Nr 209
Ja stoczyłam bój z panem, gzdie kupiłam oficjalnie CD z programem edukacyjnym "Porusz umysł"Dość, że kicz powolny, to tak zabezpieczony, że nie byłam w stanie córce zrobić kopii- a do tego mam prawo.Wymieniał mi 5x aż dostałam z Nr ser bez zabezpieczenia.Programu bardzo szybko pozbyłam sie, bo doprowadzał córkę do rozstroju ze względu na powolność przy procesorze 2500 :evil:
W całym programie chodziło mi o ruch kulek przemieszczających się po ekranie monitora dla koordynacji pracy mięśni oczu córki.Córka nie chce patrzeć nawet na ekran powitalny, więc jaka korzyść z niego dla niej?W dziale Edukacja dyskutowaliśmy już o tym programie w ub.roku.Założenia ma dobre w sobie, ale flegmatyczność rozbraja.Porusz umysłProgram ma eliminować m.in. nadpobudliwość psychoruchową - moim zdaniem może stać się przyczyną całkowitego zniechęcenia i wywołać tę nadpobudliwość :evil: wymaganiaChyba nie ja jedna narzekam na tempo programu Zapisane
Aaaaaa zrozumialam ze sam program wolno chodzi Znalazlam ten temat z poprzedniego roku na forum. Zoska zrazila sie juz na starcie czyli przy kulce, ktora przeleciala po ekranie ok. 34 razy a ona sprawnie liczy do 20. Obejrzalam wiec powierzchownie kilka innych zadan i stwierdizlam, ze program jest jeszcze dla niej za trudny ale wydawal mi sie ciekawy. Potrzymam go jeszcze i zobacze za jakies pol roku Zapisane
Radość ze wspólnego słuchania muzykiSposób korzystania z utworu powinien być "typowy". Trudno uznać za typowe reprodukcję płyty w dziesiątkach kopii i rozdanie ich wszystkim znajomym.Dozwolone jest osobiste korzystanie z pojedynczych egzemplarzy chronionych utworów i dzielenie się nimi z rodziną i i bliskimi znajomymi.Doktryna prawa autorskiego przedstawia instytucję dozwolonego użytku osobistego chronionych utworów jako przejaw realizmu ustawodawcy, który wie, że rozbudowane zakazy pozostałyby martwe. Takie postawienie problemu jest zakamuflowanym potępieniem tej instytucji i wskazuje, że święte prawo twórcy jest ograniczane jedynie w imię niedoskonałości natury ludzkiej. A ta przecież jest niereformowalna - człowiek zawsze chętnie skorzysta z czegoś za darmo, zamiast płacić za każdym razem, gdy otrze się o "sztukę".Nie widzę jednak niczego zdrożnego w tym, że razem z żoną oglądam film wideo, który kupił dla siebie mój brat. Całkowicie zgodne z poczuciem przyzwoitości jest to, że pożyczam książki znajomym (choć niektóre w końcu mogłyby do mnie wrócić). I nie mam żadnych wyrzutów sumienia, gdy kopiuję płytę, bo oryginał chcę mieć w domu, a kopię w samochodzie. Co więcej, jest to legalne nie dlatego, że nie jest zakazane, ale dlatego, że jest normalne. Tak długo, jak dozwolony użytek kojarzy się z pojedynczym egzemplarzem książki, która krąży w gronie przyjaciół, nie budzi to niczyich kontrowersji. Gorzej, gdy dyskusja dotyczy kopiowania filmów i ściągania plików MP3. Tu podział jest czarno-biały: albo jesteś biały, albo już piratem.Próba zracjonalizowania dyskusji między głoszącymi, że "każde ściągniecie z Internetu jest kradzieżą", a tymi, którzy na dyskach swoich komputerów przechowują cały katalog TimeWarner, twierdząc, że robią to w ramach "dozwolonego użytku", skazana jest na porażkę. Jak każda dyskusja między purystami. Dozwolony użytek prywatny nie jest łatwo definiowalny ani nie ma jasnych granic. Nie oznacza to jednak, że reguły interpretacyjne są mętne. Wręcz przeciwnie. Niestety jednak odwołują się do tego, co każdy wie, jak powinno wyglądać, ale nie potrafi nazwać, czyli do rozsądku.Zgodnie z prawem autorskim w zakresie dozwolonego użytku prywatnego mieści się nieodpłatne korzystanie z utworu rozpowszechnionego. Sposób korzystania może być dowolny (kopiowanie, wyświetlanie itd.), jeśli nie narusza normalnego korzystania z utworu lub nie godzi w słuszny interes twórcy. Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w relacjach osobistych.Na tej podstawie można spróbować sklasyfikować następujące typowe zachowania związane z dozwolonym użytkiem:> aby móc korzystać z utworu, powinien on zostać uprzednio rozpowszechniony; ściągniecie więc filmu przed jego premierą nie mieści się w granicach dozwolonego użytku,> sposób korzystania z utworu powinien być "typowy". Trudno uznać za typowe reprodukcję płyty w dziesiątkach kopii i rozdanie ich wszystkim znajomym,> dozwolony użytek ograniczony jest do pojedynczych egzemplarzy i powinien obejmować krąg osób, które pozostają ze sobą w relacjach osobistych: rodzinnych lub towarzyskich. Przesłanie zatem skopiowanej przez siebie muzyki do wszystkich z własnej listy adresowej jest nadużyciem tego prawa, jeżeli z osobami takimi nie utrzymuje się co najmniej trwałych relacji towarzyskich.Jednym z ciekawszych sposobów oceny zachowań jako mieszczących się w ramach dozwolonego użytku jest reguła fair use. Do czasu faktycznego wykształcenia takich pojęć, jak "typowe korzystanie" z utworów w zakresie nowych technologii, jako wskazówkę dozwolonego użytku można przyjąć, że korzystanie nie wiąże się z osiąganiem korzyści majątkowych. Reguła taka, jakkolwiek sama w sobie nierozstrzygająca, może być pomocna przy ocenie określonych zachowań. Sens dozwolonego użytku prywatnego sprowadza się bowiem do przyjęcia, że korzystający z utworu dzielą się radością z obcowania z twórczością, a nie zarobkują, eksploatując ją rynkowo. Wspólne przeżywanie wzruszeń z bliską osobą podczas emisji kolejnego odcinka "M jak miłość" jest przecież bezcenne, choć może to zły przykład. rzeczpospolita.pl
PRAWO AUTORSKIE Nie ma muzyki za darmoDo pięciu lat za posiadanie pirackich plikówPolicja skierowała do prokuratury zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przeciwko 59 internautom. Udostępniali w sieci nielegalnie pliki z muzyką i filmami.Związek Producentów Audio-Video ( ZPAV) reprezentujący polskich wydawców fonograficznych ogłosił wczoraj, że skończył się czas bezkarności dla użytkowników Internetu, którzy łamią prawo autorskie, wymieniając się nielegalnymi plikami muzycznymi. Ocenia się, że w każdym tygodniu w Polsce chodzi o pięć milionów nagrań. ZPAV, który dysponuje nowoczesnym sprzętem do monitoringu cyberprzestrzeni, przekazał policji numery identyfikacyjne jej nieuczciwych użytkowników ( IP) oraz listę nielegalnie pozyskanych plików. Policja wraz z operatorami internetowymi dokonała identyfikacji piratów i wkroczyła do ich mieszkań. Zabezpieczyła twarde dyski komputerów z dowodami przestępstwa. Zapadły już pierwsze wyroki - na razie orzekające odszkodowania przekraczające 5 tys. zł oraz więzienie w zawieszeniu. Górna granica wynosi pięć lat. Jest to część akcji przygotowanej przez IFPI, światowy związek producentów fonograficznych, który rozpoczął ją jednocześnie w 17 krajach na świecie. Poza Stanami Zjednoczonymi, gdzie została zainicjowana, wszczęto 13 tysięcy postępowań. Większość to sprawy cywilne, wiele zakończyło się zawarciem ugody. Średnia wysokość odszkodowania dla producentów, artystów i wykonawców to 2300 euro. Akcję poprzedziła zorganizowana również w Polsce kampania informacyjna połączona z dystrybucją ulotek. Uświadamiają one młodzież i rodziców, że karalne jest korzystanie z takich darmowych wystawionych w sieci systemów do wymiany nielegalnych plików, jak BitTorrent, DirectConnect, Gnutella, Limewire, SoulSeek czy WinMX. Na stronie www.zpav.pl udostępniono specjalny program, który umożliwia rodzicom sprawdzenie, czy na twardym dysku domowego komputera nie ma pirackich nagrań. Poinformowano też, że ich nielegalna wymiana to także możliwość kontaktu z publikacjami pornograficznymi i pedofilskimi, zawirusowania oraz zainfekowania przez program szpiegowski, który umożliwia rozpoznanie poufnych danych, m.in. kodów bankowych. - Ostrzegamy, że piractwo i pedofilia wraz z innymi przestępstwami przenosi się do sieci - powiedział komisarz Zbigniew Urbański, ekspert Komendy Głównej. - Polska policja jest przygotowana na walkę z nimi. Policjanci monitorują sieć 24 godziny na dobę. - Społeczeństwo polskie powinno wreszcie zrozumieć, że nie ma muzyki za darmo - powiedział Sławomir Pietrzak, szef SP Records, wydawca Kultu i Kazika. - Wyprodukowanie każdej płyty wymaga talentu, czasu i inwestycji, a ściąganie nielegalnych plików jest okradaniem ulubionych artystów. Na to nie ma zgody. Jacek CieślakZapraszamy do sklepu W 2005 r. nielegalnie pobrano na świecie 20 mld plików, a sprzedaż legalnej muzyki cyfrowej osiągnęła wartość 1,1 mld dol. Stanowiło to 5,5 proc. całego obrotu. Antypiracka akcja ma zwrócić uwagę słuchaczy na autoryzowane, płatne sklepy muzyczne online. W Polsce są to www.onetplejer.pl, www.iplay.pl, www.melo.pl, www.mp3.pl, www.soho.pl . Nagrania kosztują do 3,5 zł. Najczęściej kradzione są piosenki Kazika, Pidżamy Porno, Myslovitz, T.Love, Hey, Lady Pank, Bajm, O.S.T.R. i WWO. Rz 18.10.06 Nr 244
Firmy fonograficzne ścigają piratów- Tomasz Grynkiewicz2006-10-17Polska branża fonograficzna ruszyła do boju z serwisami P2P, w których internauci za darmo wymieniają się m.in. muzyką- Jestem załamany tym, jak wielkie jest w Polsce przyzwolenie społeczne na tego typu zjawiska - mówił wczoraj Sławomir Pietrzak, szef SP Records (wydaje m.in. płyty Kazika i Pidżamy Porno). - Widzę to zarówno wśród moich znajomych z branży, jak i wśród ludzi związanych z telewizją czy radiem. Oni ściągają, rżną muzykę w jakimś kosmicznym rozmiarze - żalił się Pietrzak. Nieprzypadkowo znalazł się na wczorajszej konferencji. Jak podaje Związek Producentów Audio-Video (ZPAV), z polskich artystów to właśnie twórczość Kultu, Kazika czy Pidżamy Porno jest najchętniej ściągana w P2P.P2P od kilku lat jest solą w oku wytwórni fonograficznych - większość plików w tego typu serwisach jest udostępniana nielegalnie. Jak szacuje Międzynarodowa Federacja Przemysłu Fonograficznego (IFPI), w ub.r. ściągnięto w ten sposób 20 mld utworów.IFPI ogólnoświatową kampanię przeciwko P2P prowadzi od kilku lat, w tym roku przyłączyła się do niej też Polska.- W październiku złożyliśmy zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przeciwko 59 internautom - mówi Marek Staszewski, pełnomocnik ZPAV. - Łącznie udostępniali oni nielegalnie ponad 200 tys. plików muzycznych w takich sieciach jak Gnutella, eDonkey czy DirectConnect. Do niektórych namierzonych przez ZPAV zapukała już policja. Jak mówi komisarz Zbigniew Urbański z Komendy Głównej Policji, pierwszych przeszukań dokonano już m.in. we Wrocławiu i w Gdańsku. W poniedziałek w Koszalinie policjanci przeszukali też mieszkanie studenta I roku informatyki. Jak mówi Urbański, udostępniał on w sieciach P2P 115 GB danych (głównie filmy i muzykę).Na Zachodzie wśród pozwanych znajdują się osoby o różnych profesjach - zdarzył się nawet... niemiecki pastor. - U nas na razie ma takich przypadków - śmieje się Staszewski. Nieoficjalnie udało nam się dowiedzieć, że na celowniku polskiej policji jest m.in. gabinet stomatologiczny.Dotąd branża fonograficzna złożyła na świecie ponad 30 tys. takich zawiadomień (najwięcej w USA - 18 tys.). Większość to sprawy cywilne, ponad 2 tys. z nich zakończyło się już ugodą - jak podaje IFPI, średnie odszkodowanie, jakie płacili pozwani, wynosi blisko 2,5 tys. euro. Wczoraj ogłoszono wszczęcie ponad 8 tys. kolejnych spraw w 17 krajach.Jak już pisaliśmy, ZPAV jeszcze przed październikiem wszczął kilkadziesiąt postępowań. Tylko kilka zakończyło się prawomocnym wyrokiem (odszkodowania wyniosły od 400 zł do ponad 7 tys. zł) - To dopiero początek - zapowiada Staszewski. - Będziemy kontynuowali nasze akcje edukacyjne skierowane do szkół i rodziców, ale i zdecydowanie walczyli prawnie z nielegalnym udostępnianiem plików w internecie.Ale walka będzie mozolna. Już sama liczba pozwanych to kropla w morzu - z badań, które przeprowadziła firma Gemius, wynika, że z legalnych źródeł muzyki korzysta w Polsce ok. 2 mln internautów. W sieciach P2P jest ich dwukrotnie więcej. Żmudne będzie też postępowanie. Najpierw ZPAV musi zebrać materiał dowodowy, ten - wraz z numerem IP komputera, z którego można ściągać pliki - przekazuje policji. Żeby ustalić, gdzie mieszka właściciel komputera, policja musi takie dane wydobyć od dostawcy dostępu do internetu. A współpraca policji z tymi firmami nie układa się najlepiej. - Rzeczywiście, to nie jest wzorowa współpraca. Zdarza się, że czekamy na takie dane nawet pół roku albo nikt nie odpowiada na nasz wniosek - mówi jeden z pracowników Komendy Głównej. - Zwykle jednak pomaga interwencja prokuratora - dodaje.Z prokuraturą przeciw P2P?- Tomasz Grynkiewicz2006-09-19Branża fonograficzna grozi, że w październiku razem z prokuraturą i policją ostro zabierze się za sieci P2P Od kilku lat solą w oku koncernów są tzw. serwisy P2P - umożliwiają milionom internautów na całym świecie dzielenie się plikami (np. z muzyką). Taka wymiana często jest niezgodna z prawem i - jak twierdzą wytwórnie - przynosi im miliardy dolarów strat. Międzynarodowa Federacja Przemysłu Fonograficznego (IFPI) szacuje, że w ub.r. nielegalnie ściągnięto w ten sposób 20 mld utworów.Dotąd branża muzyczna nie znalazła skutecznej recepty na szybko rozwijające się sieci P2P. - Ale chcemy uświadamiać, że na ściąganiu muzyki z sieci P2P tracą artyści i że grozi za to odpowiedzialność karna - mówił Marek Staszewski, pełnomocnik ZPAV, organizacji zrzeszającej przedstawicieli branży fonograficznej (należy do IFPI).Wczoraj ZPAV wspólnie z fundacją Dzieci Niczyje ogłosił start akcji "Dzieciaki, muzyka i internet". W broszurce, którą organizatorzy roześlą do szkół w całej Polsce i która będzie dołączana też do płyt zakupionych w sklepach muzycznych, organizatorzy tłumaczą, jak działa sieć P2P. I ostrzegają, że według nich P2P to kopalnia wirusów, programów szpiegujących, za pomocą których można wykraść z komputera poufne dane (np. hasła do konta bankowego), do tego można w nich znaleźć pełno materiałów pornograficznych. ZPAV chce uświadamiać, że wymienianie się w internecie plikami muzycznymi bez zgody właścicieli praw jest przestępstwem, a jeśli dopuści się tego nieletni, to odpowiedzialność spada na rodziców.ZPAV zapowiada, że w październiku zabierze się ostrzej do walki z sieciami P2P. Wspólnie z prokuraturą i policją chce zamykać serwery, za pośrednictwem których można wymieniać się plikami.Jak podaje ZPAV, z legalnych źródeł muzyki korzysta ok. 2 mln internautów, z wymiany plików w sieciach P2P - dwa razy więcej.Dotąd wszczęto zaledwie kilkadziesiąt postępowań w podobnych sprawach. Tylko kilka zakończyło się prawomocnym wyrokiem. - Odszkodowania, jakie zasądzono w tych przypadkach, wahają się od 400 zł do ponad 7 tys. zł - powiedział nam Jan Bałdyga, szef grupy antypirackiej ZPAV. Były też wyroki skazujące na pozbawienie wolności na półtora roku w zawieszeniu.Z badań firmy Gemius wynika, że aż trzy czwarte internautów, którzy deklarują pobieranie plików muzycznych, korzysta z sieci P2P.Dlaczego ściągają? Bo nie trzeba za nie płacić - przyznaje niemal 90 proc. badanych. Tylko co dziesiąty użytkownik sieci P2P kupuje w sklepie to, co wcześniej ściągnął z internetu. Jak wynika z szacunków Gemiusa, co tydzień polscy internauci ściągają średnio ponad 5 mln utworów w sieciach P2P. Większość użytkowników P2P ma poniżej 25 lat. eDonkey: Kolejny unieruchomiony program p2p- lko2006-09-17 "Sieć eDonkey 2000 przestała być dostępna. Kradnąc muzykę i filmy łamiesz prawo" Taki komunikaty na ekranach swoich komputerów od środy oglądają tysiące użytkowników popularnego programu do bezpłatnej wymiany plików Uruchomiony program nie podejmuje swoich zwyczajnych funkcji, wyświetlając zamiast tego lakoniczny komunikat z pożegnaniem i informacją o nielegalności bezpłatnej wymiany plików objętych prawami autorskimi. Potem aplikacja próbuje automatycznie odinstalować się z komputera użytkownika.EDonkey to kolejna aplikacja typu „ peer to peer " (p2p) unieruchomiona w wyniku prawnych zabiegów przedstawicieli przemysłu muzycznego i filmowego ze słynną Recording Industry Association of America (RIAA) na czele. Wg. informacji agencji Associated Press we wtorek rozpowszechniająca program firma MetaMachine zgodziła się zapłacić RIAA 30 milionów dolarów i zapobiec dalszej wymianie plików za pomocą ich programu.Od dłuższego czasu sieć wymiany pliku eDonkey 2000 (sieć a nie sam program, gdyż eDonkey komunikował się także z innymi aplikacjami podobnego typu) była solą w oku amerykańskiego przemysłu muzycznego. W odróżnieniu od starszych aplikacji p2p jak Napster (Zamknięty w 2001 r. i przekształcony w internetowy sklep z muzyką) czy KaZaA (Właścicieli zapowiedzieli podobne działania jak Napster.) używanych przede wszystkim do wymiany niewielkich plików - głównie pojedynczych utworów w formacie mp3, eDonkey umożliwiał ściąganie plików liczących po kilkaset megabajtów, lub nawet powyżej gigabajta danych. Umożliwiało to jego użytkownikom na swobodne rozpowszechnianie pirackich kopii programów i gier komputerowych (w postaci plików iso- obrazów dysku) a także całych albumów i dyskografii muzycznych oraz filmów w formacie Divx i pokrewnych. Dzięki obsłudze innego popularnego protokołu wymiany plików - BitTorrent - program był bardzo odporny na popularne w internecie fałszywki - pliki udające popularne tytuły.Unieruchomienie programu eDonkey nie oznacza końca bezpłatnej wymiany plików w internecie a nawet (wbrew komunikatowi wyświetlanemu przez program) sieci eDonkey 2000. W dalszym ciągu działają obsługujące tę sieć programy jak eMule , aMule shareaza i mldonkey. Mimo oficjalnych starań producenta aplikacji obsługującej sieć - firmy BitTorrent Inc. o przestrzeganie prawa mnóstwo pirackich plików można znaleźć również w sieci BitTorrent.
Od "wolnego" oprogramowania do "wolnych" utworówJednym z ciekawszych zjawisk w sferze praw własności intelektualnej jest ruch "open source". Jego naczelną zasadą jest odejście od zawłaszczania programów komputerowych dokonywanego za pomocą prawa autorskiego na rzecz nieodpłatnego dzielenia się nimi z innymi - uważają profesorowie prawa Uniwersytetu JagiellońskiegoZainteresowanym programem dystrybuowanym w ramach tego ruchu (często się mówi - upowszechnianym "na zasadach wolnościowych") zapewniane są cztery swobody: > dostępu do kodu źródłowego, > wykorzystywania programu w dowolnym celu, > nieskrępowanego zmieniania i adaptowania programu, > dalszego jego rozpowszechniania. Szczególne umowy licencyjne Zagwarantowaniu tych swobód służą szczególne umowy licencyjne (zwłaszcza posiadające amerykański rodowód GNU General Public Licence), dołączane do programu lub udostępniane przez Internet. Umowa z założenia jest nieodpłatna i niewyłączna. Złamanie warunków w niej przewidzianych prowadzi do wygaśnięcia umowy i utraty wszelkich płynących z niej uprawnień. Użytkownik (licencjobiorca) z reguły zobowiązany jest do dalszego udostępniania własnych modyfikacji programu na tych samych zasadach, na jakich go otrzymał, a więc wolnościowych. Skuteczność tych umów w państwach europejskiego systemu prawnego była do niedawna przedmiotem dyskusji; obecnie już się jej w zasadzie nie kwestionuje. Niemniej poszczególne klauzule umów, na podstawie których rozpowszechniane są programy z jawnym kodem źródłowym, ciągle jeszcze budzą zastrzeżenia. Chodzi w szczególności o postanowienia w sprawie: > tzw. wiecznego (nieodwołalnego) poddania programu reżimowi open source software, > obowiązku dystrybuowania w ramach tego systemu także programów adaptowanych przez użytkownika, > pełnego wyłączenia odpowiedzialności udostępniającego program (licencjodawcy) za jego wady. Dziś nie ma już wątpliwości, że umowy te stworzyły równoległy, alternatywny system tworzenia i dystrybucji programów komputerowych. Jego zaletą jest uwolnienie się od prawnych i finansowych barier krępujących tworzenie i rozpowszechnianie programów oraz podnoszenie ich jakości. Swobodny dostęp do programu wielu zainteresowanych fachowców wraz z możliwością dokonywania w nim wszelkich zmian sprzyja wykrywaniu i usuwaniu błędów, wzmacnianiu zabezpieczeń przed włamaniem itp. Można zasadnie przyjąć, że to właśnie ruch wolnego oprogramowania stał się źródłem dla bardziej generalnej idei: "open content" i "creative commons", przenosząc rozwiązania wprowadzone zmyślą o programach komputerowych na teren rozpowszechniania innych utworów. Idee te zakładają poszanowanie w pełnym zakresie praw autorskich, lecz równocześnie zachęcają "do tworzenia wspólnej kultury, której elementy mogą być swobodnie wymieniane i zmieniane". Najszersza licencja upoważnia do dowolnego eksploatowania dzieła pod warunkiem poszanowania prawa do autorstwa. Dalsze, węższe licencje zezwalają na swobodne korzystanie z dzieła bądź tylko dla celów niekomercyjnych, bądź z zastrzeżeniem nakazującym udostępniać adaptacje (dzieła zależne) na tych samych warunkach, na jakich udostępniony został utwór oryginalny, bądź wreszcie z wyłączeniem tworzenia dzieł zależnych. Odrębne wzory umów przewidziano dla tzw. samplingu (używania fragmentu wcześniej dokonanego nagrania muzycznego jako elementu składowego utworu). Nowe modele udostępniania Co z analizy opisanego stanu rzeczy wynika? Po pierwsze: wskazane "ruchy wolnościowe" w obrębie własności intelektualnej nie zagrażają samemu prawu autorskiemu. Paradoksalnie to przepisy tego prawa zapewniają poszanowanie zasad ruchu wolnego oprogramowania i odpowiednio "creative commons". Złamanie tych zasad przez korzystającego otwiera możliwość wystąpienia z roszczeniami płynącymi z prawa autorskiego. Na przykład odmowa udostępnienia programu źródłowego dla stworzonego dzieła zależnego w ramach open source skutkuje wygaśnięciem umowy, która towarzyszyła uzyskaniu utworu oryginalnego. Dalsza eksploatacja tego utworu uzasadniałaby postawienie zarzutu naruszenia prawa autorskiego. Po drugie: błędna byłaby obawa wyparcia tradycyjnego (odpłatnego i opartego na standardowych umowach licencyjnych) systemu rozpowszechniania utworów. Gdy idzie o programy komputerowe, utrwali się zapewne istniejący już dualizm modeli eksploatacyjnych najprawdopodobniej z rosnącą rolą programów "wolnościowych" przeznaczonych dla środowiska internetowego. W pozostałych wypadkach popularność idei creative commons będzie zapewne uzależniona od rodzaju utworów. Można zakładać, że nieodpłatne udostępnianie upoważniające do dowolnego korzystania, zwłaszcza w Internecie, będzie dotyczyć: dzieł naukowych; pozawydawniczych, półamatorskich przedsięwzięć o charakterze informacyjnym (typu wikipedia); utworów autorów debiutujących, zainteresowanych zwiększeniem popularności lub autorów kontestujących tradycyjne rozpowszechnianie utworów oparte na"modelu własnościowym". Potrzecie: wydaje się, że nowe modele udostępniania dzieł, choć niepozbawiające znaczenia przepisów prawa autorskiego, wpłyną na ich modyfikację i interpretację. Chodzi tu o zmiany łagodzące rygoryzm ochrony interesów twórców i producentów, zmiany pozwalające pogodzić istniejące rozwiązania prawne z zasadami wypracowanymi przez ruch open source. Na polskim podwórku Nowelizacja polskiego prawa autorskiego powinna między innymi pozwolić na to, by umowy, na podstawie których dochodzi do udostępniania utworów, mogły: > mieć charakter bezterminowej umowy licencyjnej, której nie można skutecznie wypowiedzieć, > obejmować licencję w odniesieniu do nieznanych pól eksploatacji, > zezwalać na naruszanie prawa do integralności dzieła, > zawierać wyłączenie stosowania względem licencjobiorców art. 18 ust.3 prawa autorskiego przewidującego niezrzekalność wymienionych w nim postaci wynagrodzeń autorskich. Konieczne jest także zapewnienie -ze względu na ideały ruchu creative commons -by zobowiązania organizacyjne przyjmowane przez członków organizacji zbiorowego zarządzania prawami nie krępowały ich w korzystaniu z metody wolnościowej współkreacji i dystrybucji utworów. Granice ochrony Po czwarte: rozpatrując problem open source i creative commons na szerszym tle, należy dostrzec problemy prawne i społeczne związane z wymianą plików MP3 w Internecie, a także digitalizacją i rozpowszechnianiem zasobów bibliotecznych w sieciach komputerowych. Przykładem pojawiających się tu kontrowersji są procesy związane z udostępnianiem plików muzycznych (np. niedawne orzeczenie sądu amerykańskiego w sprawie Grokster) oraz trudności, na jakie napotyka Google w realizacji przedsięwzięcia związanego z digitalizacją i udostępnianiem zbiorów bibliotecznych w USA. W tym kontekście wydaje się racjonalne rozważenie ewentualnego ograniczenia treści praw wyłącznych do dóbr intelektualnych, gdy są eksploatowane w sieciach komputerowych. Chodziłoby zatem o przyjęcie nowych paradygmatów odnoszących się do korzystania z dzieł w Internecie. Ograniczanie się do dotychczasowego "własnościowego" modelu sprawia, że istnieje realne niebezpieczeństwo (mimo stosowania technicznych środków zabezpieczających przed dostępem do utworu i jego nieuprawnionym zwielokrotnianiem) dalszego rozwijania się piractwa, a z drugiej strony - systematycznego ograniczania dostępu do informacji. Wydaje się przy tym, że problem eksploatacji chronionych prawem autorskim dóbr w Internecie to nie tylko kwestia "niebezpiecznej maszyny", jaką dla niektórych jest Internet, ułatwiającej masowe niekontrolowane korzystanie z takich dóbr, ale w równym stopniu zasad funkcjonowania społeczeństwa informacyjnego, które wymaga ustalenia nowych reguł dostępu do informacji i dóbr kultury. Potrzebne staje się ponowne przemyślenie granic autorsko-prawnej ochrony w kontekście wyważania słusznych interesów twórców (a właściwie dysponentów praw autorskich, którymi coraz częściej są podmioty inne niż twórcy) oraz użytkowników. Być może racjonalne byłoby wprowadzenie w pewnym, ograniczonym zakresie obligatoryjnej odpłatnej licencji za korzystanie z utworów usytuowanych w Internecie po ich pierwszym publicznym udostępnieniu za zgodą autora. Wymagałoby to jednak zmian konwencji międzynarodowych oraz postanowień odpowiednich dyrektyw unijnych. Mając to na względzie, należałoby raczej propagować udzielanie dla zainteresowanych użytkowników Internetu - światowej, odpłatnej, standardowej i zryczałtowanej licencji na korzystanie w Internecie dla celów niezawodowych z wszystkich rozpowszechnionych utworów i przedmiotów praw pokrewnych. Udzielana byłaby ona przez podmioty uprawnione do takich działań na podstawie umów z organizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i pokrewnymi. Janusz Barta, Ryszard Markiewicz, Rz 14.12.06 Nr 291
Dla kogo tantiemy z tytułu eksploatacji utworu audiowizualnegoPrzepis art. 70 ustawy autorskiej narusza równowagę interesów osób biorących udział w produkcji utworu audiowizualnego - uważa dr hab., pracownik naukowy Instytutu Prawa Własności Intelektualnej Uniwersytetu JagiellońskiegoW z w i ą z k u z zakwestionowaniem przez Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 24 maja 2006 r. (K 5/05) przepisu art. 70 ust. 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych (dalej: ustawa) Sejm powinien dokonać stosownej jej nowelizacji. Wymaga to głębszego przemyślenia, gdyż poza uwagami natury konstytucyjnej treść całego art. 70 wzbudzała już wcześniej wiele zastrzeżeń.W doktrynie podkreśla się, że przepis ten narusza równowagę interesów osób biorących udział w produkcji utworu audiowizualnego (zwłaszcza filmu fabularnego), bo kosztem producenta nadmiernie uprzywilejowuje współtwórców oraz artystów wykonawców. Tymczasem jest oczywiste, że to właśnie producent podejmuje działania organizacyjne, zdobywa pieniądze potrzebne do wyprodukowania filmu oraz ponosi poważne ryzyko finansowe związane z całym przedsięwzięciem. Dlatego wyposaża się go w takie uprawnienia, które umożliwiają mu podejmowanie decyzji co do sposobów eksploatacji utworu audiowizualnego i pobierania z tego tytułu wynagrodzeń.Dowodzi tego także analiza regulacji krajowych państw członkowskich Unii Europejskiej, ukształtowanych wskutek implementacji dyrektywy 92/100/EWG dotyczącej najmu i użyczania oraz określonychpraw pokrewnych w zakresie własności intelektualnej z 19 listopada 1992 r. Uznaje się, że producent posiada najlepsze zaplecze do eksploatacji majątkowych praw autorskich do dzieła audiowizualnego (raport Komisji z 9 grudnia 2002 r. w sprawie zagadnień autorstwa dzieł kinematograficznych i audiowizualnych we Wspólnocie).Nasz ustawodawca nie przyznał producentowi wprost żadnych uprawnień autorsko-prawnych w odniesieniu do utworu audiowizualnego. Tak więc zakres przysługujących mu praw zasadniczo musi być wywodzony z treści umów zawieranych z współtwórcami oraz artystami wykonawcami uczestniczącymi w produkcji danego utworu.Konsekwencje także finansoweW literaturze prawniczej art. 70 krytykowany jest również z punktu widzenia konsekwencji finansowych, jakie może spowodować dla polskiej gospodarki. Chodzi tu o stworzenie możliwości wypływu z Polski znacznych kwot związanych z eksploatacją w kraju zagranicznych utworów audiowizualnych (np. w telewizji, kinach czy na kasetach). Ma to bowiem związek zobowiązującą na gruncie ustawy zasadą równego traktowania, która ma swoje źródło w konwencji berneńskiej oraz art. 5 pkt 4 ustawy. Niezmiernie ważne jest też orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, uznające, że zasada niedyskryminacji ze względu na narodowość odnosi się także do obrotu prawami autorskimi. W związku z tym podkreśla się, że mimo przyjęcia w Polsce bardzoszerokiego zakresu pól eksploatacji, w odniesieniu do których przysługuje dodatkowe wynagrodzenie, nie można oczekiwać na ekwiwalentne wpływy z zagranicy na rzecz współtwórców polskich utworów audiowizualnych tam eksploatowanych, gdyż trudno znaleźć na świecie ustawy autorskie, w których istnieje odpowiednik art. 70 ustawy. Poza tym jest oczywiste, że proporcjonalnie w Polsce wykorzystywanych jest znacznie więcej zagranicznych utworów audiowizualnych niż polskich dzieł tego typu za granicą.Obawy te potwierdza już praktyka, gdyż niektóre organizacje zbiorowego zarządzania zaczynają domagać się od polskich użytkowników dodatkowych wynagrodzeń (tantiem) z tytułu eksploatacji w Polsce zagranicznych utworów audiowizualnych.Co z reemisją kablowąKolejny problem to wątpliwości interpretacyjne dotyczące katalogu pól eksploatacji, w odniesieniu do których przysługuje dodatkowe wynagrodzenie na rzecz współtwórców. W tym zakresie art. 70 ust. 2 został bardzo nieprecyzyjnie sformułowany.Czy przepis ten obejmuje reemisję kablową?Art. 70 ust. 2 określa zamknięty katalog pól eksploatacji, na których korzystanie z utworu audiowizualnego powiązane zostało z prawem do"dodatkowego" wynagrodzenia należnego konkretnym jego współtwórcom, przy czym niektóre pola są jasno zdefiniowane. W nowelizacji z 28 października 2002 r. do przepisów znajdujących sięw różnych częściach ustawy ustawodawca świadomie wprowadził nową nazwę pola eksploatacji - reemisja. Skoro jednak tego pola nie dodał w art. 70 ust. 2, można przyjąć, że akurat w wypadku reemisji kablowej nie uznał za zasadne przyznawanie tantiem współtwórcom utworu audiowizualnego. Jest to prawdopodobne, tym bardziej że katalog pól, w odniesieniu do których tantiemy zostały przyznane, znacznie przekracza standardy Unii ("dodatkowe" wynagrodzenie przysługuje wyłącznie w odniesieniu do jednego pola eksploatacji, mianowicie najmu - art. 4 dyrektywy Rady Wspólnot Europejskich nr 92/100/EWG z 19 listopada 1992 r.).W tej sytuacji istotne zastrzeżenia może budzić rozszerzająca wykładnie, zgodnie z którą w ramach pola "nadawanie utworu w telewizji lub poprzez inne środki publicznego udostępniania utworów" mieści się także reemisja kablowa.W przytoczonym określeniu dominujące znaczenie ma pojęcie "nadawania utworu", które może odbywać się za pośrednictwem telewizji lub poprzez inne środki techniczne. Termin "nadawanie" jasno definiuje art. 6 pkt 4 ustawy i zdecydowanie różni się on od pola eksploatacji w postaci "reemisji" (art. 6 pkt 5). Także sformułowanie o nadawaniu utworu w telewizji "lub poprzez inne środki publicznego udostępniania utworów" wskazuje, że chodzi tu tylko o inne techniczne sposoby "nadawania utworu" niż za pośrednictwem telewizji, np. w Internecie. Taka eksploatacja nie ma jednak nic wspólnegoz reemisją, gdyż tej dokonuje inny podmiot niż nadawca, natomiast nadawania utworów w Internecie (czyli przez "inne środki publicznego udostępniania utworów") dokonuje sam nadawca.Sąd Najwyższy zmienił zdanie - i słusznieZaskakujące było więc stanowisko Sądu Najwyższego (wyrok z 14 marca 2006 r.; III CSK 143/05), że "niespójne przepisy prawa autorskiego muszą być wykładane z uwzględnieniem naczelnej zasady tego prawa wyrażonej w art. 8 ust. 1 i art. 17, iż prawa autorskie, w tym autorskie prawa majątkowe, przysługują twórcy i tylko jednoznaczny przepis ustawy może go ich pozbawić", co uzasadnia przyznanie współtwórcom utworu audiowizualnego wynagrodzenia z tytułu jego reemisji w telewizji kablowej.Takie podejście nie uwzględnia faktu, że art. 70 ust. 2 jest przepisem szczególnym, gdyż nie chodzi w nim o podstawowe wynagrodzenie należne autorowi, lecz o wynagrodzenie "dodatkowe".Gdyby przyjąć, że pod pojęciem "środki publicznego udostępniania utworów" należy rozumieć także "reemisję", to nic nie stałoby na przeszkodzie, aby termin "środki publicznego udostępniania utworów" odnieść do wszystkichinnych pól eksploatacji, np. wyświetlania, publicznego odtwarzania, zwielokrotniania, najmu i użyczenia, które są także środkami publicznego udostępniania dzieł. Tymczasem, jak wynika z treści art. 70 ust. 2 (taksatywnie wyliczającego pola eksploatacji), ustawodawcy chodziło o wyczerpujące wyliczenie tylko tych pól, na których korzystanie z utworów wiąże się z obowiązkiem zapłaty tantiem, tj. "dodatkowego" wynagrodzenia (poza wynagrodzeniem pierwotnym płaconym twórcy przez producenta z tytułu przeniesienia na niego autorskich praw majątkowych).Z uznaniem należy zatem odnotować nowe orzeczenie SN z 3 stycznia 2007 r. (IV CSK 303/06, "Rz" z 5 stycznia 2007 r., C1), z którego wynika zmiana wcześniejszej interpretacji i stwierdzenie, że reemisja kablowa nie jest objęta treścią przepisu art. 70 ust. 2. Wyrok ten jest tym bardziej interesujący, że wydający go skład orzekający uwzględnił regulacje zawarte w dyrektywach Unii, które w rozstrzyganej sprawie miały podstawowe znaczenie.Więcej, niż gwarantują dyrektywyJak więc widać, treść całego art. 70 budzi poważne wątpliwości tak z teoretycznego, jak i praktycznego punktu widzenia oraz możeprowadzić do negatywnych skutków gospodarczych dla naszego kraju. Może być źródłem wielu niekorzystnych konsekwencji, i to nie tylko dla polskich użytkowników, lecz także współtwórców utworu audiowizualnego, którzy z powodu ustawowego przyznania im prawa do dodatkowych tantiem mogą uzyskiwać niższe wynagrodzenia bezpośrednio od producenta za wniesienie do dzieła swoich "wkładów twórczych". Z praktyki natomiast wiadomo, że tantiemy z tytułu eksploatacji utworów - ze względu na szeroki katalog podmiotów do nich uprawnionych - w pojedynczych wypadkach nie będą wysokie, a ponadto ich uzyskiwanie będzie rozciągnięte w czasie.Przepis art. 70 zdecydowanie wykracza również poza standardy unijne, które powszechnie oceniane są jako wprowadzające wysoki poziom ochrony utworów i przedmiotów praw pokrewnych. Dlatego przyznanie dużo szerszego katalogu uprawnień twórcom i artystom wykonawcom, niż przewidują to regulacje wynikające z dyrektyw, może nasuwać wątpliwości, czy aby nie została w ten sposób naruszona równowaga między interesami podmiotów uprawnionych i użytkowników, której wyważenie jest jednym z podstawowych celów ustaw oprawie autorskim. rzeczpospolita
PRAWO AUTORSKIE . Za ściąganie MP3 z Internetu nie idzie się do więzieniaWbrew informacjom prasowym za nielegalne pobranie muzyki lub filmu z Internetu nie można trafić za kraty. Co najwyżej trzeba zapłacić autorowi potrójne honorariumCzy rzeczywiście pobieranie muzyki lub filmów z Internetu jest przestępstwem? - To nieporozumienie. Można tu mówić jedynie o odpowiedzialności cywilnej za naruszenie praw autorskich. Zapewniam, że policja nie ściga osób, które jedynie pobierają pliki z sieci i nie udostępniają ich. W sprawach cywilnych nie mamy zresztą nawet prawa przeszukiwać mieszkań - wyjaśnia komisarz Zbigniew Urbański z zespołu prasowego Komendy Głównej Policji. Co innego umieszczać, co innego ściągać Skąd bierze się to nieporozumienie? Z braku rozróżnienia dwóch odrębnych czynów. Czym innym jest ściąganie muzyki po to, by jej prywatnie posłuchać. Czym innym natomiast - udostępnianie plików w Internecie po to, aby inni mogli je ściągać. Ten drugi czyn jest rzeczywiście karalny. Za bezprawne rozpowszechnianie utworów, zgodnie z art. 116 ustawy oprawie autorskim i prawach pokrewnych, grozi do 2 lat więzienia. Jeżeli zaś osoba czerpie z tego stały dochód, może trafić za kratki nawet na 5 lat. Szkopuł w tym, że osoby korzystające z programów do wymiany plików często nie zdają sobie sprawy, iż nie tylko ściągają, ale jednocześnie rozpowszechniają utwory. Niektóre z tych programów w sposób automatyczny udostępniają bowiem aktualnie pobierane pliki. A to oznacza, że internauta popełnia przestępstwo, za które rzeczywiście może trafić do więzienia. Odpowiedzialność pod znakiem zapytania Osobom, które wyłącznie ściągają utwory z sieci, może natomiast grozić odpowiedzialność cywilna. -Twórca ma prawo w szczególności zażądać dwu-, a w razie zawinionego naruszenia trzykrotności wynagrodzenia - wyjaśnia Michał Błeszyński, radca prawny specjalizujący się w ochronie praw autorskich. Niektórzy prawnicy mają jednak wątpliwości, czy samo kopiowanie utworów, tylko do celów prywatnych, podlega jakiejkolwiek odpowiedzialności. Piotr Waglowski, członek Rady Informatyzacji i autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet, odwołuje się do art. 23 prawa autorskiego. -Pozwala on bez zezwolenia twórcy nieodpłatnie korzystać z utworu w zakresie użytku osobistego. Innymi słowy, jeśli znajduję plik MP3 w sieci, to mam prawo go skopiować na własny dysk i słuchać w domowym zaciszu - przekonuje. Błeszyński nie zgadza się jednak z tą interpretacją. - O dozwolonym użytku osobistym możemy mówić, jeśli legalnie kupiliśmy utwór i skopiowaliśmy go na własne potrzeby lub ewentualnie skopiowała nam go bliska osoba. Skoro jednak utwór jest bezprawnie rozpowszechniany w Internecie, to trudno przyjąć, że korzystanie z niego może być legalne -mówi radca prawny. Zaznacza, że zgodnie z art. 35 prawa autorskiego dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu ani godzić w słuszne interesy twórcy. - Pytanie jednak, co to znaczy "normalne korzystanie z utworu" w dobie społeczeństwa informacyjnego -zastanawia się Waglowski. Kontrowersje te ostatecznie będzie kiedyś musiał rozstrzygnąć sąd. Michał Błeszyński przyznaje, że o żadnym wyroku dotyczącym samego ściągania plików jeszcze nie słyszał. Czy trzeba zmieniać przepisy Nawet jeśli przyjmiemy, że osoby ściągające muzykę czy filmy z sieci podlegają odpowiedzialności cywilnej, to jest ona czysto iluzoryczna. Policja nie może bowiem zajmować się naruszeniami praw autorskich, które nie są przestępstwem. Organizacje skupiające twórców i wydawców nie mogą bez pomocy organów ścigania zidentyfikować osób pobierających pliki z sieci po to, by później wytoczyć im sprawę cywilną. - Nasza współpraca z policją dotyczy wyłącznie osób, które nie tylko kopiują, ale równocześnie rozpowszechniają utwory audiowizualne w Internecie - przyznaje Mariusz Kaczmarek, dyrektor Fundacji Ochrony Twórczości Audiowizualnej FOTA. Dlatego też, jego zdaniem, polskie przepisy powinny być zmienione. - Bezprawne kopiowanie utworów powinno być uznane za przestępstwo -mówi Kaczmarek i dodaje, że prace nad zmianą ustawy już trwają. -Skoro kupno pirackiej płyty na bazarze jest ścigane, to nie widzę powodu, dla którego pobranie jej z Internetu miałoby pozostawać bezkarne. Waglowski zwraca uwagę, że prace nad zmianą zarówno krajowych, jak i unijnych przepisów podlegają ogromnemu lobbingowi ze strony organizacji skupiających wytwórnie. - Niestety interes zwykłych użytkowników sieci nie jest reprezentowany. Może to prowadzić do coraz większego ograniczania dostępu do dóbr kultury i informacji, czyli podstawowych praw człowieka -ubolewa. Jak to jest za granicą Kopiowanie plików z Internetu jest różnie traktowane w różnych państwach. Najwięcej procesów toczy się w USA. Najczęściej kończą się ugodami i pozwani godzą się płacić odszkodowania koncernom muzycznym, zazwyczaj po kilka tysięcy dolarów. Również ugodami zakończyło się wiele spraw w Niemczech i Danii. Z kolei w Kanadzie w 2004 r. Sąd Federalny uznał, że pobieranie muzyki jest legalne. Sędzia porównał w wyroku Internet do biblioteki, a ściąganie plików do kserowania książek. Trwają tam jednak prace legislacyjne, które mają zabronić darmowego kopiowania plików. Precedensowy wyrok zapadł niedawno we Włoszech. Sąd Najwyższy w Rzymie uznał, że pobieranie z sieci plików komputerowych nie jest przestępstwem, jeżeli nie robi się tego dla osiągnięcia zysku. Sprawa dotyczyła dwóch studentów, którzy w 1994 r. wymieniali się plikami. Początkowo zostali skazani na rok więzienia. Sąd Najwyższy uwolnił ich od zarzutu złamania praw autorskich. SŁAWOMIR WIKARIAKWszyscy mimowolnie łamiemy prawo Prawo chroni wszystkie utwory, nie tylko filmy czy piosenki. Ten artykuł to również utwór. Sądząc z wcześniejszych doświadczeń, z pewnością zostanie bezprawnie skopiowany i rozpowszechniony w wielu miejscach sieci. A to oznacza, że każdy, kto przeczyta go w Internecie z innego miejsca niż serwis www.rzeczpospolita.pl, naruszy prawo autorskie. Mało kto zdaje sobie bowiem sprawę, że czytając, jednocześnie ściąga plik z tekstem na twardy dysk swojego komputera. Jeśli więc nasz ustawodawca uznałby kopiowanie plików bezprawnie rozpowszechnianych w Internecie za przestępstwo, to wszyscy będziemy przestępcami. Nikt nie może bowiem wiedzieć, czy czytany tekst lub oglądane zdjęcie zostały umieszczone w sieci legalnie. - -Rz 27.01.2007r.
Ściąganie plików dla siebie nie wiąże się z odpowiedzialnością karną (Gazeta Prawna/21.06.2007, godz. 05:00) Prawo autorskie w sieci. Polscy twórcy tracą przez piratów 10 mln zł tygodniowo. Ściąganie z internetu muzyki, filmów i oprogramowania to łamanie prawa autorskiego i praw pokrewnych. Organizacje broniące praw autorów domagają się zaostrzenia przepisów i skutecznej egzekucji prawa. Każdy utwór zamieszczony na stronie internetowej lub pobierany za pomocą łączy internetowych przy wykorzystaniu programów P2P (peer-to-peer - równy z równym) jest chroniony ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Jego ściągnięcie i rozpowszechnianie wbrew woli autora naraża nas na konieczność wypłaty odszkodowania twórcy, a w niektórych przypadkach - nawet na karę więzienia. Kiedy legalnie, a kiedy nie Z utworu może korzystać tylko osoba uprawniona. Osoba uprawniona, czyli kto? Ktoś, kto ma prawa do utworu albo legalnie je nabył. Kiedy korzystamy z utworów w internecie zgodnie z prawem? Tylko gdy ściągamy licencjonowane pliki. Najczęściej są to utwory dostępne odpłatnie, z których zyski czerpie nie tylko właściciel portalu, na którym są zamieszczone, ale także sam twórca lub osoba, która ma do nich prawa majątkowe (np. wydawca, producent). Sporą część plików można ściągać jednak bez konieczności płacenia za nie. Wtedy zwróćmy uwagę na informacje o zakresie korzystania z zamieszczonych tam treści, które są zwykle umieszczone na danej stronie internetowej (np. oznaczenie freeware pod plikami z oprogramowaniem to licencja oprogramowania, która umożliwia darmowe rozprowadzanie aplikacji bez ujawnienia kodu źródłowego). Czasami licencja freeware zawiera dodatkowe ograniczenia (np. część freeware jest całkowicie darmowa, a część darmowa jedynie do użytku domowego). Niekiedy przy utworach umieszczany jest podpis copyright. To dla nas wskazówka, że danego pliku nie można pobierać, a tym bardziej rozpowszechniać bez zgody autora. Takich informacji nie znajdziemy jednak, ściągając pliki za pośrednictwem P2P (użytkownik komputera podłączonego do internetu otwiera innym dostęp do danych zgromadzonych na swoich dyskach; ma też dostęp do danych innych użytkowników sieci). Dlatego używając programów P2P musimy zachować szczególną ostrożność. Nie mamy bowiem wiedzy, skąd pochodzą pliki (utwory) zgromadzone na obcym komputerze. Kiedy zapłacimy za błędy Każdy internauta ściągający pliki z witryn www czy przez P2P powinien znać podstawową regułę prawa autorskiego: za samo pobieranie utworów z sieci nie trafimy za kratki, ponieważ nie jest to przestępstwo. Pamiętajmy jednak, że przepisy inaczej traktują osoby, które nielegalnie ściągają pliki wyłącznie na własny użytek i tych, którzy pobierają utwory z sieci i udostępniają je z zasobów swojego komputera (rozpowszechniają je). Odszkodowanie dla twórcy mogą zapłacić ci internauci, którzy tylko pobierali pliki z sieci. Twórca może żądać od osoby, która naruszyła jego prawa, zapłaty maksymalnie potrójnej wysokości wynagrodzenia, jakie mógłby uzyskać, gdyby internauta ściągnął utwór zgodnie z prawem. Miernikiem tego wynagrodzenia są najczęściej opłaty licencyjne, jakie pobiera np. Związek Artystów i Kompozytorów Scenicznych (ZAiKS) w momencie, kiedy chcemy zalegalizować ściągnięty utwór muzyczny. W przypadku pliku mp3 jest to kwota rzędu 40 groszy. W praktyce, jeżeli ściągamy pliki na własny użytek w zaciszu domowym, groźba odpowiedzialności odszkodowawczej jest jedynie teoretyczna. Tego typu naruszeń praw autorskich policja nie ściga, bo nie jest to przestępstwo. - Możemy ścigać tylko osoby, które udostępniają i rozpowszechniają pliki nielegalnie ściągnięte z internetu - tłumaczy komisarz Zbigniew Urbański z Komendy Głównej Policji. Małe też prawdopodobieństwo, by do naszych drzwi, za którymi na własny użytek ściągamy filmy, zapukał producent filmowy lub osoba reprezentująca jego prawa i dopominał się o zapłatę. Oczywiście takie przepisy uderzają w artystów, którzy tracą zarobek z każdym kolejnym plikiem ściągniętym z sieci. To efekt rozwiązań przyjętych w polskim prawie autorskim. Internauci ograniczający się do ściągania plików nie mogą być ścigani przez policję, ale co najwyżej - przez twórców czy producentów. Kiedy zapuka do nas policja W zdecydowanie gorszej sytuacji są ci, którzy nie tylko nielegalnie ściągają utwory, ale także udostępniają je z zasobów swojego komputera lub zamieszczają na swojej stronie www. Korzystanie z cudzego utworu - pobranie z sieci, a potem przekazanie kolegom lub nieznajomym - jest tratowane tak samo, jak kradzież np. portfela. Tacy internauci narażają się na odpowiedzialność karną, bo rozpowszechnianie i zwielokrotnianie plików w sieci to już - w świetle prawa autorskiego - przestępstwo. Także udostępniając pliki, szczególnie te o treściach zabronionych (np. pornograficzne, nazistowskie), trzeba mieć świadomość, że w każdym momencie do drzwi naszego domu mogą zapukać policjanci, którzy nie dość, że nas zatrzymają, to jeszcze zarekwirują cały sprzęt komputerowy. Dalsze losy takiego internauty zależą od tego, jak jego czyn zakwalifikują organy ścigania. Przepisy ostrzej traktują osoby, które ze sprzedaży kopii nielegalnie ściągniętych plików lub wymiany plików uczyniły sobie stałe źródło dochodu. Wtedy sprawcy grożą nawet trzy lata więzienia. Zwykłym użytkownikom sieci, którzy bezpłatnie rozpowszechniają utwory, grozi kara grzywny (od 100 zł do 720 tys. zł), ograniczenia wolności (od miesiąca do 12 miesięcy pracy społecznej), a nawet kara pozbawienia wolności do lat dwóch. Mimo, że rozpowszechnianie plików jest przestępstwem, to jednak ściganym rzadko. Informacje pojawiające się w mediach, że policja przeszukuje mieszkania internautów, którzy ściągają muzykę, filmy i oprogramowanie z witryn internetowych lub poprzez serwisy P2P, są grubo przesadzone (takie akcje były i są prowadzone, ale na niedużą skalę i zazwyczaj przy okazji innych działań). W istocie niewielu stróżów prawa monitoruje internet (zajmują się głównie przestępstwami gospodarczymi i pedofilią w sieci). Interwencje w mieszkaniach piratów są sporadyczne i ograniczają się do rekordzistów, którzy udostępniają zasoby liczone w terabajtach. POLICJA CZUWA W jednostkach policji w całym kraju powstają zespoły do walki z przestępczością komputerową i internetową. Ich członkowie wiedzą, jak szukać i identyfikować osoby popełniające przestępstwa za pośrednictwem internetu. ADAM MAKOSZzródło
Fotografie w paragrafie Prawo a fotografowanie ludziI. WizerunekNasze rozważania powinniśmy zacząć od wyjaśnienia kluczowego w tej kwestii pojęcia, jakim jest „wizerunek”.W orzecznictwie sądowym i doktrynie prawniczej przyjmuje się, że wizerunek to utrwalony wizualnie (np. w postaci fotografii, karykatury, rysunku) zespół cech fizycznych charakterystycznych dla danej osoby pozwalający na jej indywidualizację i rozpoznanie. Wizerunkiem będą zatem przedstawienia przede wszystkim rysów twarzy danej jednostki. O wizerunku możemy mówić także utrwalając znamiona sylwetki fotografowanego, względnie inne jego cechy fizyczne (np. w sposób charakterystyczny ścięte i ufarbowane włosy), oczywiście pod warunkiem, że umożliwiają one jego rozpoznanie.W przypadku fotografii za wizerunek uznać należy portret wykonany w sposób umożliwiający rozpoznanie „modela”.Rozpoznawalność (możliwość identyfikacji osoby fizycznej), jako cecha wizerunku, na opublikowanej w prasie (Internecie) fotografii nie musi mieć charakteru uniwersalnego (powszechnego) (inaczej: wyrok SN z dnia 27 lutego 2003 r., IV CKN 1819/2000, OSP 2004/6 poz. 75). „Wystarczające jest dla stwierdzenia naruszenia prawa do wizerunku, jeśli chociaż niektórzy (np. osoby z kręgu znajomych, współpracowników) mogą wizerunek zidentyfikować. Rozpoznawalność nie musi być też utożsamiana z podaniem dokładnych danych identyfikujących osobę; wystarczy kojarzenie z określoną osobą, nawet jeśli nie będziemy w stanie podać jej imienia i nazwiska” (J. Barta, R. Markiewicz, (w: ) J. Barta, R. Markiewicz, A. Maślak, Prawo mediów, Warszawa 2002-2004). Ponadto, źródłem takiego rozpoznania powinien być już sam sposób fotograficznego ujęcia, pozwalający na identyfikację (ustalenie tożsamości) osoby sfotografowanej. Innymi słowy, rozpoznanie osoby sfotografowanej musi być możliwe na podstawie samego wizerunku (fotografii). Personalna anonimowość opublikowanej w prasie fotografii osoby fizycznej, wyrażająca się w niemożności jej identyfikacji, oznacza zatem brak naruszenia dobra osobistego tejże osoby fizycznej w postaci jej wizerunku w rozumieniu przepisu art. 23 k.c. (wyrok SN z dnia 27 lutego 2003 r., IV CKN 1819/2000, OSP 2004/6 poz. 75).II. Fotografowanie osóbUtrwalając na fotografii podobiznę danej osoby musimy pamiętać, że wizerunek człowieka jest zgodnie z art. 23 k.c. zaliczany do jego dóbr osobistych podlegających ochronie niezależnie od tego, czy wskutek posłużenia się nim w sposób bezprawny, a więc bez zgody zainteresowanego, przez osobę trzecią doszło do naruszenia innych dóbr osobistych powoda, jak cześć czy godność. Zakres ochrony wizerunku człowieka w sposób szczegółowy określa art. 81 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych (dalej u.p.a.p.p.).Zgodnie z art. 81 ust. 1 u.p.a.p.p.:Rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. W braku wyraźnego zastrzeżenia zezwolenie nie jest wymagane, jeżeli osoba ta otrzymała umówioną zapłatę za pozowanie.W świetle ust. 1 cytowanego przepisu nie jest naruszeniem prawa do wizerunku samo sporządzenie zdjęcia. Nie oznacza to jednak, że wolno nam bez żadnych ograniczeń fotografować, kogo tylko chcemy. Przeciwnie, swoboda fotografowania nie jest pełna. W konkretnych okolicznościach może dojść do zagrożenia innego niż wizerunek dobra osobistego. Przykładowo, natrętne robienie zdjęć przez fotografa, nawet będącego dziennikarzem, może naruszać prawo do prywatności albo miru domowego (tak J. Barta, R. Markiewicz, (w: ) J. Barta, R. Markiewicz, A. Maślak, Prawo mediów, Warszawa 2002-2004).III. Rozpowszechnianie fotografii – konieczna jest zgoda portretowanegoRozpowszechnianie (np. publiczne wystawienie: w galerii, na plakacie; opublikowanie w prasie, Internecie) wizerunku osoby fizycznej wymaga uzyskania zezwolenia tej osoby. Brak tej zgody oznacza, że opublikowana fotografia wykonana w sposób umożliwiający identyfikację sfotografowanej osoby stanowi naruszenie prawa do wizerunku osoby fizycznej (wyrok SN z dnia 27 lutego 2003 r., IV CKN 1819/2000, OSP 2004/6 poz. 75).W świetle cytowanego art. 81 ust. 1 u.p.a.p.p. tylko od woli fotografowanego zależy dopuszczalność rozpowszechniania zdjęcia. Przyczyna odmowy udzielenia zgody nie jest istotna, tym bardziej nie musi być racjonalna.W praktyce nie spotyka się ogólnych zezwoleń na rozpowszechnianie wizerunku, uprawniających do całkowicie dowolnego jego wykorzystywania. Zgodę portretowanego należy zatem zawsze wiązać z konkretnymi warunkami rozpowszechniania wizerunku ustalonymi przez fotografa i „modela”. Chodzi tu o ustalenie takich elementów jak wskazanie osoby rozpowszechniającej, czasu i miejsca publikacji, towarzyszącego komentarza, zestawienia z innymi wizerunkami itp. (wyrok s. apel. w Warszawie z dnia 19 kwietnia 2000 r., I ACa 1455/99). Skoro to od woli osoby przedstawionej na zdjęciu fotograficznym (lub innym materialnym nośniku jej wizerunku) zależy dopuszczalność jego rozpowszechniania, może ona dowolnie określić te elementy, ograniczając tym samym zakres zezwolenia. Fotografowany może zatem zezwolić na publikację wizerunku tylko w oznaczonym czasopiśmie (na określonej stronie WWW), tylko w związku z oznaczonymi okolicznościami (np. w związku z określonym tekstem artykułu prasowego). Możliwe jest także ustalenie przez osobę sfotografowaną granic czasowych eksploatacji wizerunku i zakresu terytorialnego publikacji. Wprowadzanie takich ograniczeń stało się już zwyczajem powszechnie przyjętym w szczególności przy zawieraniu umów dotyczących reklam (por. wyrok s. apel. w Warszawie z dnia 24 lutego 2005 r., VI ACa 721/2004).Wobec powyższego w razie wątpliwości zezwolenie nie rozciąga się na czynności wykraczające ponad bezpośredni cel zrobienia zdjęcia (J. Barta, R. Markiewicz, (w: ) J. Barta, R. Markiewicz, A. Maślak, Prawo mediów, Warszawa 2002-2004). Przykładowo: wyrażenie zgody na opublikowanie zdjęcia w celach informacyjnych (reporterskich), nie oznacza zgody na jego publikację w celach reklamowych. Zezwolenie na opublikowanie wizerunku w internetowej galerii fotografa nie oznacza równocześnie zgody na dalsze jego zamieszczanie w innych publikatorach. Innymi słowy, fakt, że rozpowszechnienie wizerunku nastąpiło za zgodą portretowanego, nie zwalnia osób trzecich, które zamierzają dalej rozpowszechniać taki wizerunek, od uzyskania jego zgody na dalszą publikację. Odnieść to należy również do sytuacji, gdy na podstawie legalnie rozpowszechnionego wizerunku, fotograf sporządza utwory, w których wykorzystuje - nawet znacznie "przetworzony" - wizerunek określonej osoby (J.Barta, (w: ) J. Barta, M. Czajkowska-Dąbrowska, Z. Ćwiąkalski, R. Markiewicz, E. Traple, Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Komentarz, Dom Wydawniczy ABC, 2001, wyd. II).Wskazane zezwolenie może być udzielone w formie dowolnej, byleby tylko było jednoznaczne (wyraźne i niewątpliwe). Dowolność formy oznacza, że może być ono wyrażone przez każde zachowanie się fotografowanego. Dopuszczalne jest zatem jego udzielenie zarówno w formie ustnej, pisemnej, jak i w sposób dorozumiany przez czynności konkludentne. Powinno ono być wyrażone przez osobę fotografowaną, a w przypadku małoletniego, który nie posiada wystarczającego rozeznania, przez jego rodziców. Istnienia zgody uprawnionego ani jej zakresu nie domniemywa się.Zasadniczo zgoda może zostać cofnięta. Dla bezpieczeństwa obu stron warto zatem uzgodnić przypadki, w jakich zgoda może być cofnięta, jak i konsekwencje jej cofnięcia. Przy braku takich ustaleń fotografowany, który wycofał zgodę, powinien liczyć się z odpowiedzialnością za wyrządzoną szkodę, jeśli takowa by powstała (np. w razie realizacji zlecenia sporządzenia plakatu reklamowego). Z drugiej strony, publikacja zdjęcia już po cofnięciu zezwolenia na dokonanie tej czynności może rodzić odpowiedzialność (również odszkodowawczą) fotografa za naruszenie prawa do wizerunku.Należy też zaznaczyć, że zgoda uprawnionego na rozpowszechnianie wizerunku nie wyklucza naruszenia innego dobra osobistego. Powiązanie z taką fotografią tekstu, tytułu o wyraźnie pejoratywnym charakterze (np. sugerujące określone działanie przestępcze „modela”), może prowadzić do naruszenia jego dobra osobistego w postaci czci (dobrego imienia) w rozumieniu art. 23 k.c.Na koniec, trzeba również wskazać, że w procesie o ochronę dóbr osobistych to pozwany (fotograf) ma obowiązek wykazać, że jego działanie nie było bezprawne, czyli że uzyskał zgodę uprawnionego na rozpowszechnianie jego wizerunku w oznaczonych warunkach. Ponieważ, jak wskazano wyżej, istnienia zgody nie domniemywa się, najlepiej uzyskać od fotografowanego pisemne zezwolenie na publikację wizerunku. Może mieć ono np. takie brzmienie:Wyrażam zgodę na (nieodpłatne) rozpowszechnianie mojego wizerunku poprzez publikację załączonego zdjęcia/zdjęć wykonanych przez ………(imię nazwisko fotografa) na łamach ……(nazwa publikatora)/ na stronie WWW (adres). Niniejsza zgoda dotyczy wyłącznie publikacji w celach niekomercyjnych.…………podpis…………IV. Rozpowszechnianie wizerunku bez zezwolenia portretowanegoW myśl art. 81 ust. 2. u.p.a.p.p. zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku:1) osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych,2) osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.1. Publikowanie zdjęć osób powszechnie znanych.Za „osobę powszechnie znaną” należy uznać osobę, która z uwagi na prowadzoną przez siebie działalność (polityczną, społeczną, zawodową itp.), jest znana ogółowi, czyli większości mieszkańców danego kraju, okręgu, miasta, czy też większości członków danej grupy społecznej, zawodowej itp. Do kręgu tych podmiotów zalicza się zatem osobę, która spełnia łącznie dwa warunki:jest powszechnie znana i pełni funkcję publiczną (tak: J. Sieńczyło-Chlabicz, Rozpowszechnianie wizerunku osób powszechnie znanych, PPH 2003 r., nr 9, s. 41).W wyroku Sądu Najwyższego z dnia 12 września 2001 r., (V CKN 440/2000, OSNC 2002/5/68 ) przyjęto, że krąg osób powszechnie znanych zależał będzie od takich okoliczności, jak sprawowanie - na różnych szczeblach - funkcji politycznych, społecznych, zawodowych, popularności poza własnym środowiskiem ze względu na działalność np. zawodową, sportową, amatorską. W związku z tym do kręgu osób powszechnie znanych zalicza się znanych w skali całego kraju polityków, artystów, sportowców, a także - w zależności od okoliczności konkretnego przypadku - osoby aktywne publicznie w zakresie wykonywanej działalności (zawodowej, społecznej itp) w skali lokalnej np. sędziów, prokuratorów, biznesmenów, lekarzy, profesorów, którzy znani są powszechnie swoim studentom (M. Kowalski, Glosa do ww. orz. SN, OSP 2002/12/634). W tym ostatnim wypadku chodzi o ocenę realizacji przesłanki "powszechnego znania" pod kątem kręgu adresatów publikowanego wizerunku (czytelników lokalnej prasy, dla których osobą powszechnie znaną może być np. gminny urzędnik nie znany poza jej terenem).Rozpowszechnianie bez zgody wizerunku osoby powszechnie znanej jest uzależnione od spełnienia kilku warunków. Przede wszystkim wizerunek powinien być wykonany w związku z pełnieniem funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych. Innymi słowy, publikacja bez zgody portretowanego dotyczyć może tylko zdjęć przedstawiających osoby powszechnie znane w czasie pełnienia przez nie funkcji publicznych lub wykonywania czynności wiążących się z ich działalnością. Nie można zatem bez uzyskania stosownego zezwolenia publikować fotografii, które ukazują te osoby w sytuacjach niezwiązanych z pełnieniem funkcji publicznej (np. w czasie rodzinnych zakupów w hipermarkecie, w czasie opalania się na plaży). Wskazanego warunku nie można jednak interpretować zbyt wąsko. Stąd też judykatura zezwala na rozpowszechnianie zdjęć osoby powszechnie znanej, które przedstawiają ją w sytuacji niezwiązanej z pełnioną funkcją, mogącej mieć jednak znaczenie dla jej wykonywania (np. sfotografowanie prokuratora spędzającego Sylwestra w towarzystwie osób, wobec których prowadzone jest postępowanie karne). Ponadto, wykorzystanie takiego wizerunku powinno być związane z przedstawianiem (relacjonowaniem) wykonywania przez portretowanego funkcji zawodowych, społecznych lub politycznych. Jego rozpowszechnianie może zatem być dokonywane wyłącznie w celach informacyjnych (reporterskich), ewentualnie związanych z nauczaniem, wyjaśnianiem lub analizą krytyczną (A. Maślak, Cywilnoprawna ochrona wizerunku, KPP 2004/2/317). Nieuprawnione jest natomiast wykorzystywanie bez zgody portretowanego jego wizerunku np. na pocztówkach, w kalendarzach czy w działalności reklamowej.W przypadku osoby powszechnie znanej bez znaczenia jest zgłoszenie przez nią sprzeciwu co do rozpowszechniania wizerunku.2. Publikowanie zdjęć osoby stanowiącej jedynie szczegół całościZgodnie z art. 81 ust. 2 pkt 2 u.pa.p.p. nie wymaga zezwolenia rozpowszechnianie zdjęć osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza. Przepis ten ma na celu umożliwienie prowadzenia działalności dokumentacyjnej, sprawozdawczej czy informacyjnej. Tylko w tym celu może być zatem publikowany omawiany rodzaj zdjęć.W tym przypadku chodzi o zdjęcia, w których wizerunek osoby fizycznej stanowi jedynie element akcydentalny lub akcesoryjny przedstawionej całości, tzn. w razie usunięcia wizerunku nie zmieniłby się przedmiot i charakter przedstawienia (wyrok s. apel. w Krakowie z 19.12.2001 r., I ACa 957/01, TPP 2002/3/107).3. Model/kaZezwolenia nie wymaga również rozpowszechnianie zdjęć osoby, która otrzymała umówioną zapłatę za pozowanie, chyba że w umowie wyraźnie zastrzeżono co innego (art. 81 ust. 1 zd. 2 u.p.a.p.p.). W tym przypadku ustawa przyjmuje domniemanie zezwolenia na rozpowszechnianie. Domniemanie to chroni osobę rozpowszechniającą zdjęcie tylko wtedy, gdy portretowany powoła się na naruszenie jego prawa do wizerunku. Jeżeli jednak zarzuci on naruszenie np. prawa do czci lub prywatności, domniemanie nie będzie działało. Osoba publikująca zdjęcie będzie musiała wówczas wykazać, że dysponuje odpowiednim zezwoleniem (wyrok s.apel. w Warszawie z 20.06.2002 r., I ACa 1358/01, Wokanda 2003/10/41).V. Skutki naruszenia prawa do wizerunkuStosownie do art. 83 u.p.a.p.p. w zw. z art. 78 ust.1 u.p.a.p.p. w przypadku rozpowszechniania wizerunku osoby bez wymaganego zezwolenia, sfotografowany może żądać zaniechania tego działania. W razie dokonanego naruszenia może także żądać, aby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności aby złożyła publiczne oświadczenie o odpowiedniej treści i formie (np. przeprosiny na łamach prasy). Jeżeli naruszenie było zawinione, sąd może przyznać osobie sfotografowanej odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę lub - na jej żądanie - zobowiązać sprawcę, aby uiścił odpowiednią sumę pieniężną na wskazany przez siebie cel społeczny.Ponadto, zgodnie z art. 24 § 2 k.c. jeżeli wskutek bezprawnego i zawinionego rozpowszechnienia wizerunku portretowanego została wyrządzona mu szkoda majątkowa, może on żądać jej naprawienia na zasadach ogólnych. Oznacza to, że - oprócz żądania usunięcia niemajątkowych skutków naruszenia oraz zasądzenia zadośćuczynienia - przysługiwać mu będzie dodatkowe roszczenie o zapłatę odszkodowania.http://www.cyberfoto.pl/s...ekty-prawne.htma o to kilka wyjaśnieńTomas AdaMMusJak napisałem w poradniku, w każdej zasadniczo sytuacji mamy prawo zrobienia zdjęcia. Zrobienie zdjęcia innej osobie nie narusza jej prawa do wizerunku, stąd też nie jest wymagana zgoda fotografowanego. Co innego, gdy takie zdjęcie zamierzamy następnie opublikować, choćby na cyberfoto. Wówczas, zgoda osoby sfotografowanej jest niezbędna, chyba że otrzymała ona zapłatę za pozowanie albo zachodzą przesłanki z art. 81 ust. 2 u.p.a.p.p. tj., publikacja dotyczy wizerunku osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych, lub też wizerunek osoby stanowi jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.W razie wypadku drogowego, katastrofy (vide: hala w Katowicach) publikacja zdjęć utrwalających takie zdarzenie jest oczywiście dozwolona. Jeśli jednak na zdjęciu utrwalony został wizerunek innej osoby (np. ofiary), jego publikacja wymaga zgody sfotografowanego, chyba że osoba ta zostanie tak sfotografowana, że będzie stanowiła wyłącznie element całości, jaką jest miejsce wypadku i prowadzonej akcji ratowniczej itp.Moim zdaniem, zgody wymaga również publikacja zdjęć policjantów, którzy znaleźli się na miejscu wypadku. Sprawowanie przez nich funkcji publicznej nie jest bowiem tożsame ze spełnieniem przesłanki "powszechnego znania". Jak wynika z brzmienia art. 81 ust. 2 pkt 1 u.p.a.p.p. zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych. Dla zastosowania tego przepisu potrzebne jest zatem łączne spełnienie dwóch przesłanek: fotografowany musi nie tylko pełnić funkcje publiczne (np. polityczne, społeczne), ale także być osobą powszechnie znaną. Z racji pełnionych funkcji musi zatem znajdować się w centrum zainteresowania opinii publicznej. Innymi słowy, funkcjonariusze publiczni (np. policjanci, sędziowie itd.) będą mogli być uznani za osoby, o jakich mowa w podanym przepisie, gdy będą powszechnie znani (tak J. Sieńczyło-Chlabicz, Rozpowszechnianie wizerunku osób powszechnie znanych, PPH 2003 r., nr 9, s. 41-42).Oczywiście, zgoda na publikację wizerunku policjanta jest zbędna, gdy stanowi on tylko szczegół zgromadzenia, albo jest on powszechnie znany. Dozwolona jest też publikacja zdjęć wtedy, gdy wykonane ujęcie uniemożliwia rozpoznanie sfotografowanych. Wówczas jednak nie będziemy mieć do czynienia z wizerunkiem.I na marginesie, okoliczność, że zdjęcie zostało zrobione w trakcie publicznej imprezy, zgromadzenia itp., nie wyłączy konieczności uzyskania zezwolenia portretowanego w wypadku takiego skadrowania ujęcia, że głównym elementem zdjęcia będzie konretna osoba.http://www.cyberfoto.pl/s...ekty-prawne.htm
W programie antyplagiatowym są dziury!Nadesłał Grzegorz Borek; mt/Alert242008-01-24 Grzegorz Borek zawiadomił nas, że znalazł dziury w programie plagiat.pl, który służy do wykrywania skopiowanych prac. Stosują go głównie uczelnie. "Jestem studentem V roku i piszę pracę magisterską. Moja uczelnia wdrożyła niedawno system "Plagiat.pl", który ma na celu sprawdzanie oryginalności prac magisterskich. Ponieważ często spotykałem się zarówno z przestraszonymi kolegami, którzy narzekali, jak to im utrudni życie jak i z opiniami, że program ten ukróci wreszcie kopiowanie prac, postanowiłem go przetestować." - pisze Grzegorz. http://serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,79792,4844569.html
Eksploatacja cudzego utworu wymaga licencjiNa korzystanie z fotografii będącej utworem trzeba uzyskać zezwolenie. O jego zakresie czasowym i terytorialnym decyduje sposób korzystania. Mam pytanie w związku z prawami autorskimi do zdjęć. Czy jeśli wydaję kalendarz, to mam je wykupić na 12 miesięcy? A co, jeśli ktoś będzie ten kalendarz trzymał i eksponował przez pięć lat? Co z ulotkami, na których są zdjęcia z prawami wykupionymi na dwa miesiące, a ktoś trzyma je w torbie latami? Zasadnicze pytanie brzmi: co w praktyce określa, na jaki czas należy wykupić prawa autorskie do wykorzystywanych zdjęć? — pyta czytelnik DOBREJ FIRMY.Zgodnie z ustawą z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (dalej: ustawa) ochroną objęte są jedynie te zdjęcia, które są utworami, czyli przejawem działalności twórczej o indywidualnym charakterze. Nie będą takimi np. fotografie dzieł sztuki lub osobne fotografie, które przedstawiają wyłącznie inną fotografię.Zasadą jest, że korzystanie z cudzego utworu wymaga zgody (licencji), która musi koniecznie określać zakresy dozwolonego korzystania (tzw. pola eksploatacji). Powinna również określać miejsce korzystania i czasu, na jaki zostało udzielone zezwolenie (art. 67 ustawy). W razie braku takiego wskazania uprawnienie obejmuje okres pięciu lat i terytorium państwa, na którym biorący licencję ma swoją siedzibę (miejsce zamieszkania).Jednakże ustawodawca dopuścił korzystanie z cudzego utworu bez konieczności uzyskania zgody uprawnionego. Dozwolony użytekNa mocy przepisu art. 23 ust. 1 ustawy, w ramach tzw. dozwolonego użytku „bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego”.Korzystanie w granicach dozwolonego użytku obwarowane jest warunkiem podania imienia i nazwiska twórcy oraz źródła (art. 34 ustawy). Ponadto użytek ten nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy (art. 35 ustawy).Formy rozpowszechnianiaDodać należy, że utwór rozpowszechniony to taki, który za zezwoleniem twórcy został już w jakikolwiek sposób udostępniony publicznie. Dochodzi do tego głównie poprzez wprowadzenie utworu do obrotu, a więc udostępnienie publiczne poprzez sprzedaż egzemplarza lub oryginału tegoż utworu przez uprawnionego.O konieczności i zakresie (czasowym i terytorialnym) uzyskania zezwolenia na korzystanie z fotografii będącej utworem będzie decydował przede wszystkim zakres i sposób korzystania z niej.Korzystanie z fotografii już rozpowszechnionej (w ramach wprowadzonego do obrotu egzemplarza kalendarza zawierającego fotografię), w zakresie własnego użytku (m.in. eksponowanie w mieszkaniu, przechowywanie wśród rzeczy osobistych, pokazywanie rodzinie czy znajomym) nie wymaga uzyskania żadnego zezwolenia, a takie korzystanie nie jest ograniczone w czasie.Natomiast osoba, która chce korzystać z fotografii w zakresie szerszym niż dozwolony użytek (m.in. prowadzenia działalności gospodarczej), musi uzyskać zgodę na korzystanie z wyraźnym wskazaniem zakresu tego korzystania. Ustawodawca przychodzi tu z pomocą, wskazując w art. 50 ustawy przykładowe pola eksploatacji utworu, takie jak zwielokrotnianie utworu, wprowadzanie do obrotu, użyczenie i inne formy rozpowszechniania.Zdjęcia do kalendarzaDlatego przy zawieraniu umowy licencji uwzględnić należy przede wszystkim zakres i sposób korzystania z utworu, co wymaga zgody uprawnionego. Te kwestie zdeterminują jednocześnie okres i terytorium, na którym takie właśnie korzystanie będzie miało miejsce. Zatem, chcąc wprowadzić do obrotu utwór w postaci fotografii stanowiącej np. część kalendarza, a także chcąc ją rozpowszechniać (obrót egzemplarzami), korzystający z licencji powinien uzyskać zgodę uprawnionego na czas, w którym korzystający chce takie działania podejmować.Autorka jest radcą prawnym w Kancelarii Prawnej Chałas i WspólnicyŹródło : Rzeczpospolita, Agnieszka Siwy 22-04-2008
Operatorzy nie powinni zawiadamiać o piractwieZwiększająca się skala piractwa w Polsce wymaga zmiany przepisów prawa. Zdaniem ekspertów nie należy iść w kierunku nałożenia na operatorów obowiązku zawiadamiania o przestępstwach popełnionych w sieci, ale doprecyzowania instytucji dozwolonego użytku czy obowiązku udostępniania danych na wniosek organów ścigania.Opublikowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego raport Zespołu do Spraw Przeciwdziałania Naruszeniom Prawa Autorskiego i Praw Autorskich wskazuje na to, że w 2008 roku straty spowodowane piractwem w Polsce sięgnęły 538 mln dol. To około 20 proc. więcej niż w 2007 roku i najgorszy wynik od co najmniej siedmiu lat. Spowodowało to, że Międzynarodowy Sojusz Własności Intelektualnej IIPA w dokumencie do Przedstawiciela Handlowego USA – USTR zalecił w dalszym ciągu pozostawić Polskę na liście krajów będących pod obserwacją – tzw. Watch List (na listę trafiają kraje, w których piractwo jest problemem, ale nie tak poważnym, jak w pierwszej kategorii państw).Pomysł na problemProblem piractwa w Polsce (przy jednoczesnym braku zmian legislacyjnych, które mogłyby pomóc ukrócić proceder) zainteresował nie tylko opinię publiczną. Coraz częściej o potrzebie poważnych zmian w prawie autorskim mówi się w Sejmie.– Sprawy o naruszenie praw autorskich w internecie rzadko trafiają do sądów. Postępowanie dowodowe jest zbyt skomplikowane, a droga prawna uciążliwa. Organizacje zrzeszające twórców domagają się wprowadzenia przepisów o odcięciu internetu osobom naruszającym prawa autorskie. Dla branży filmowej i muzycznej to jedyny sposób na wyplenienie piratów z sieci. Internet jest jednak zdobyczą cywilizacji i powinien być objęty regulacjami o charakterze szczególnym, zwłaszcza że korzystają z niego także dzieci, które nie mogą odpowiadać w postępowaniu karnym. Czy Ministerstwo Sprawiedliwości przewiduje opracowanie przepisów regulujących dostęp w sieci internetowej do materiałów objętych ochroną wynikającą z prawa autorskiego – pytali ministra sprawiedliwościowi posłowie PO, Arkady Fielder i Tomasz Nowak.W odpowiedzi ministerstwo przyznało, że problem piractwa internetowego nabiera znaczenia, przypomniało definicję utworu i przepisy, które pozwalają na jego ochronę. Stwierdziło z zadowoleniem, że obowiązujące przepisy dają liczne instrumenty do ścigania sprawców naruszeń prawa autorskiego i w dużym stopniu zabezpieczają twórców przed piractwem. Podkreśliło jednak, że problem tkwi w skuteczności ich stosowania i niskim poziomie świadomości prawnej Polaków.– Skuteczność ścigania piractwa przez policję wydaje się zbyt mała, zwłaszcza w kontekście fakultatywności praw operatorów sieci, którzy mogą, ale nie muszą, powiadomić o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dlatego należy rozważyć konieczność wprowadzenia obligatoryjnego zawiadomienia o przestępstwach popełnianych i możliwości techniczne oraz prawne jego weryfikacji – podkreśla poseł Tomasz Nowak.Zbyt radykalnieOperatorzy, podobnie jak każdy z nas, mają już obowiązek zawiadomienia prokuratora lub Policji o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu. Co do zasady jest to jednak obowiązek społeczny, z którego nie można nikogo rozliczać i nie musi być respektowany.Prawny obowiązek zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa sprowadza się tylko do niektórych przestępstw (takich jak zabójstwo, wzięcie zakładnika czy piractwa w komunikacji wodnej lub powietrznej).Zdaniem ekspertów, katalog tych przestępstw nie powinien być rozszerzany o przestępstwa związane z piractwem internetowym.– Nakładanie na operatorów obowiązku składania zawiadomień jest rozwiązaniem zbyt radykalnym, natomiast zasadny wydaje się obowiązek udostępniania danych na wniosek organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości – mówi Michał Jaworski, dyrektor ds. polityki korporacyjnej w Microsoft. Jego zdaniem, przyjęcie takiego rozwiązania mogłoby zadziałać prewencyjnie, a jednocześnie nie byłoby odebrane jako działanie represyjne wobec internautów.W ocenie Przemysława Krejzy, prezesa Stowarzyszenia Instytut Informatyki Śledczej, rozszerzające się zjawisko piractwa wymaga zmiany uregulowań prawnych, ale na pewno nie nałożenia na dostawców usług internetowych obowiązku nadzoru nad treścią stron, które są u nich prowadzone.– Zmiany powinny pójść w kierunku, np. doprecyzowania tzw. użytku własnego – twierdzi prezes Krejza.Za duże koszty– Obowiązek powiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez operatorów w praktyce wiązałby się z odpowiedzialnością dostawcy i oznaczał konieczność stworzenia działów zajmujących się przeglądaniem zawartości. Nawet jeśli byłoby to skuteczne, to oznaczałoby przerzucenie kosztów przestrzegania na operatora – podkreśla Przemysław Krejza.Już dzisiaj niektórzy dostawcy tego typu usług (np. Onet czy Allegro) mają w swoich regulaminach zapisy, co wolno, a czego nie wolno robić w ramach udostępnionych usług. Przestrzeganie polega tu na kontroli zgodności z regulaminem i eliminacji na podstawie niechcianych treści. Nie wszyscy jednak mają taką politykę i nie wszystkich na to stać.Kwestię dopuszczalności i zakresu weryfikacji podejrzenia popełnienia przestępstwa przez dostawców usług telekomunikacyjnych należy rozważać indywidualnie.– Z jednej strony, przepisy prawa nie dopuszczają weryfikacji niektórych treści, a nawet ich sprowadzenia do pamięci komputera (np. treści pornograficznych z udziałem małoletniego), a z drugiej strony, ewentualna weryfikacja podejrzenia popełnienia przestępstwa może wiązać się ze znacznymi kosztami po stronie dostawcy usług telekomunikacyjnych, które nie zostaną nigdy zwrócone. W konsekwencji dostawca nie otrzymuje ze strony państwa żadnego impulsu, który mógłby zachęcić dostawcę do działania na rzecz ścigania i zapobiegania popełnianiu przestępstw – uważa Artur Piechocki z NASK.SPOSOBY NARUSZANIA PRAW AUTORSKICHNajbardziej powszechne sposoby naruszania praw autorskich w Polsce:● produkcja i rozpowszechnianie nielegalnych kopii fonogramów oraz wideogramów, programów komputerowych, fotografii,● wydawanie i rozpowszechnianie książek bez ważnych licencji, zaniżanie przez legalne wydawnictwa liczby wydrukowanych egzemplarzy i niezgłaszanie dodruków (wbrew warunkom licencji),● bezprawne wprowadzanie do obrotu tzw. usług społeczeństwa informacyjnego, obejmujących m.in. elektroniczne zwielokrotnianie baz danych czy artykułów prasowych w ramach komercyjnego monitoringu gazet i czasopism, a następnie ich dystrybucje i publikacje (zarówno w internecie, jak i intranecie),● kradzieże sygnału telewizyjnego,● reprograficzne kopiowanie utworów.Źródło: www.mkidn.gov.plpoprzednia12Źródło: GPArtykuł z dnia: 2009-05-21http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/319528,operatorzy_nie_powinni_zawiadamiac_o_piractwie.html,2więcej na temat prawa autorskiegohttp://www.gazetaprawna.pl/tagi/prawa-autorskie
Za plagiat student może stracić tytuł magistraGazeta Prawna | Poniedziałek, 1 marca 2010Studenci właśnie rozpoczęli pisanie prac magisterskich i licencjackich. Niestety nawet 40 proc. z nich ogranicza się do przepisywania fragmentów literatury fachowej, bez powołania się na źródło. Mało kto z piszących wie, że naruszanie cudzych praw autorskich może zakończyć się wszczęciem postępowania karnego- Student zamierzający ułatwić sobie pracę, kopiując część cudzego utworu, powinien pamiętać, że zgodnie z art. 115 ust. 1 ustawy o prawie autorskim, kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do trzech lat - mówi Paweł Sowisło, adwokat z kancelarii Sowisło & Topolewski. O tym, jak poważne mogą być skutki dopuszczenia się plagiatu przy pisaniu pracy magisterskiej, przekonała się Emila P. W 2008 roku Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu odebrał jej tytuł magistra. Studentka pisała pracę z filozofii. Okazało się, że ponad połowę przepisała z monografii dr. hab. Marka Kilianka z Poznania. Toruński sąd uznał studentkę winną i skazał ją na osiem miesięcy prac społecznych w zawieszeniu na dwa lata. Co jest plagiatem - w ścisłym znaczeniu? Jakiego jeszcze przestępstwa może dopuścić się autor pracy magisterskiej przepisujący fragmenty cudzych utworów? Jakie metody walki z plagiatem stosuje część uczelni w celu ograniczenia liczby nieuczciwie napisanych prac magisterskich?Katarzyna Wójcik-Adamska Więcej: Dziennik Gazeta Prawna 1.03.2010 (41) - str.B7http://media.wp.pl/kat,1022939,wid,12027379,wiadomosc.html