Source: http://aferyprawa.eu/index2.php?p=teksty/show&dzial=interwencje&id=1213
Timestamp: 2020-02-21 00:06:22+00:00

Document:
Aferyprawa - Kursa - wyrok: dożywocie - MOWA KOŃCOWA OSKARŻONEGO ANDRZEJA KURSA &#8211; Sąd Apelacyjny w Krakowie 2006.
Aferyprawa.com Interwencje Kursa - wyrok: dożywocie - MOWA KOŃCOWA OSKARŻONEGO ANDRZEJA KURSA &#8211; Sąd Apelacyjny
AFERY PRAWA oskarżony o zabójstwo andrzej kursa wyrok dożywocie mowa końcowa oskarżonego sąd apelacyjny w krakowie
Kursa - wyrok: dożywocie - MOWA KOŃCOWA OSKARŻONEGO ANDRZEJA KURSA – Sąd Apelacyjny w Krakowie 2006.
5 lat minęło od dnia tragicznych wydarzeń – od 27.09.2001. Przez ten cały okres pięciu lat jestem osobą pozbawioną wolności i jednocześnie pozbawioną jakiegokolwiek realnego prawa do obrony materialnej.
Dzisiaj – pierwszy raz od pięciu lat będę miał możliwość przedstawić swoją wersję genezy tragedii. Dotychczas całkowicie uniemożliwiano mi w krakowskim sądzie na wypowiedzenie się. Podczas farsy mojego procesu w „sądzie” I instancji – nie byłem obecny na części procesu, a szczególnie na ostatnich rozprawach. Nie pozwolono mi nawet na przedstawienie mowy końcowej. Oddalono wszystkich moich świadków, oddalono wszystkie moje wnioski dowodowe, z wnioskiem o wizję lokalną włącznie, gdy miejsce tragedii oddziela od sądu odległość 500 m. Dlatego chciałem z góry przeprosić słuchaczy obecnych na sali sądowej za to, że jest wiele istotnych kwestii, do których muszę się odnieść i potrwa to dłuższą chwilę.
Od pierwszego dnia tragedii trwa w krakowskich mediach bezprzykładna nagonka na mnie – kierowana przez rodzinę R, Mariana S. i przez patrona zastrzelonego Artura R. – filozofa Jana W, a z jego aktywnym udziałem – poprzez potężny Uniwersytet Jagielloński. Od 5 lat są w nieprawdopodobny sposób rozpowszechniane publicznie całkowicie fałszywe informacje, a ja nie mam nawet najmniejszej możliwości się do nich ustosunkować.
Te fałszywe informacje – całkowicie odwracające do góry nogami meritum tragedii z 27.09.2001 – zaczynają żyć swoim własnym życiem. Kłamstwo powtórzone setki razy w telewizji TVN, w Super – Ekspresie, w Fakcie, a na koniec i w sądzie - staje się „prawdą”. Tak jak powstawała prawda opisana w książce „Rok 1984” Orwella.
Jest to identyczny mechanizm w jaki bolszewicki system tworzył „prawdę” – jemu pasującą. Pomimo formalnego końca PRL-u i jego chorego spojrzenia na świat, PRL nadal żyje w polskiej świadomości i ma się dobrze.
Przedstawię sylwetki osób, które prowadzą od 5 lat tą nieprawdopodobną kampanię kłamstw w mojej sprawie.
Marian S. ojciec Agnieszki R. – oskarżyciel posiłkowy. Dzisiaj lat 63. W latach 1966 – 1985, przez 19 lat Marian S. był oficerem Milicji Obywatelskiej, po „studiach prawniczych” na Wyższej Szkole przy KC PZPR. Specjalista od brudnej i skutecznej propagandy. Odszedł nagle z Milicji Obywatelskiej w 1985 roku, po procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki, jak zeznał – „bez pełnej emerytury”. Na pytanie w sądzie – dlaczego odszedł, bez „pełnej emerytury” – odpowiedział, że „takie były czasy”. Niestety do dzisiaj nikt w Polsce nie rozliczył najgorszych aparatczyków, którzy uciekli z Milicji na wcześniejsze emerytury. Ludzi, którzy byli wyszkoleni do okłamywania społeczeństwa i utrzymywania sowieckiego terroru w Polsce. S. wyszedł z Milicji Obywatelskiej, ale Milicja Obywatelska z niego nie wyszła. Człowiek nauczony myśleć w kategoriach oficera Milicji Obywatelskiej, po „studiach prawa” przy KC PZPR – nigdy nie zmieni swoich wartości ani też sposobów działania, w osiąganiu swoich celów. Tak został wyszkolony. W ubiegło-tygodniowym Fakcie S. wyjaśnia swój pogląd na sprawiedliwość: „Jeżeli będzie trzeba, sam wymierzę sprawiedliwość”[1]. Co jest bardzo realne, bo były oficer MO S. posiada broń ostrą w domu. Tak samo, jak sami wymierzyli sprawiedliwość księdzu Jerzemu Popiełuszce koledzy Mariana S. z jego pracy.
Tak samo „wymierzał sprawiedliwość” Artur R, realizując bezwzględnie przez 7 lat samemu to, co według niego „mu się należało”, gdy zamieszkał w moim domu rodzinnym, robiąc z niego piekło, w którym już nie dało się ani żyć, ani nawet z niego uciec. Blokując mi przez całe lata wpis do ksiąg wieczystych – R. uniemożliwił mi nawet sprzedanie mieszkania i ucieczkę od prześladowcy.
Drugą osobą, prowadząca tą nieprawdopodobną kampanię kłamstw przeciwko mojej osobie, jest protektor filozofa R. - prof. Jan W. – rządzący Instytutem Filozofii. Ten patron R, to jedna z osób na Uniwersytecie Jagiellońskim o wyjątkowo długich rękach. W. opisywany w prasie, jako „niewierzący filozof prawa, były członek PZPR”. Poglądy tego „filozofa prawa” na cudzą własność do dzisiaj pozostały nie zmienione.
Ponieważ wielu ludzi w Polsce dzisiaj zapomniało, na czym polegało meritum ideologii „konfliktu klas społecznych”, to pozwolę sobie przypomnieć, że tamten teoretycznie miniony system dopuszczał możliwość zabierania ludziom ich własnego mienia. W imię jakichś utopijnych filozofii. Wszystko miało być wszystkich. „Każdemu według jego potrzeb”. „Każdemu według jego zasług”. Marian S. oficer Milicji Obywatelskiej z Gorzowa Wielkopolskiego z 19 letnim stażem z czasów księdza Jerzego Popiełuszki zeznał w sądzie – cytuję: „No coś im się od niego (Kursy) należało”, bo „byli znaną rodziną w Krakowie”.
Cała tragedia w dniu 27.09.2001 roku to był finał 7 lat koszmaru, spowodowanego roszczeniami materialnymi R. – pod moim adresem. Apogeum ich nieprawdopodobnych roszczeń było „posiadanie” przez nich „prawa” do mojego własnego mieszkania. Oczywiście, że wyrok w krakowskim sądzie, nawet tak szokujący i całkowicie zaskakujący, był tylko przysłowiową „ostatnią kroplą” przelewającą kielich pełny po brzegi.
Moje własne mieszkanie, wybudowałem na 2 piętrze rodzinnego domu, w którym mieszkałem od urodzenia i który wybudował mój dziadek w 1938 roku. Przed odkupieniem praw do nadbudowy dodatkowej kondygnacji miałem z moją siostrą 50 % własności domu. Do budowy przystąpiłem w 1990 roku, dopiero po notarialnym odkupieniu praw własności od wszystkich pozostałych współwłaścicieli mojego rodzinnego domu, czyli mojej kuzynki i jej brata. Nad pierwszym piętrem, przeznaczonym dla mojej siostry, wybudowałem dla swojej rodziny całą nową kondygnację zawierającą moje 4 pokojowe mieszkanie, łącznie 140 m2. Podkreślam, że rozpocząłem budowę dopiero po uzyskaniu wszelkich wymaganych prawem pozwoleń. Wybudowałem swoje własne mieszkanie w 1990 roku. W kolejnych latach wyposażałem je, mieszkając w nim z żoną i córką. Po wybudowaniu mojego własnego 4 pokojowego mieszkania czyli tej całej dodatkowej kondygnacji na 2 piętrze - cztery lata później w 1994 roku jedno mieszkanie na parterze odkupili od mojej kuzynki Artur i Agnieszka R.
Filozof R. wymyślił sobie, że chociaż to moje wybudowane 4 lata przed jego przybyciem do Krakowa mieszkanie istnieje, to jednak „ma do niego prawo”, bo … „nie jest jeszcze wpisane do ksiąg wieczystych” !!! Oczywiście, że w Polsce wpis do księgi wieczystej ma charakter deklaratywny, a nie konstytutywny, co znaczy, że taki wpis nie tworzy stanu prawnego. Stan prawny, to jest stan rzeczywisty, a nie czasami nieaktualne przecież wpisy do ksiąg wieczystych. Zawsze budując dom lub mieszkanie – taka budowa trwa dłuższy czas i dopiero po wykończeniu budowy, po dokonaniu wszelkich odbiorów z kominiarzem włącznie można wpisać nowo wybudowane mieszkanie do ksiąg wieczystych. Artur R. postanowił uniemożliwić mi wpisanie mojego własnego mieszkania na moją rzecz i jak mi powiedział prosto w oczy pod koniec 1997 roku „że nigdy nie dopuści, aby moje mieszkanie zostało wpisane do ksiąg wieczystych, a jak uda mu się mnie wykończyć, to postara się przejąć to moje nadbudowane mieszkanie”. Ta rozmowa odbyła się po 2 latach oszukiwania mnie przez Rojszczaka, że „zgadzał się” na taki wpis, ale i… zawsze było na końcu jakieś „ale”.
Rok (1997) prowadził z R. te rozmowy mój kolega Marek K, adwokat. Tłumaczył R. oczywistość mojej własności mojego nadbudowanego mieszkania. Ten się zawsze w końcu zgadzał i prosił o miesiąc do sfinalizowania wpisu do ksiąg. Ostatecznie zawsze jednak przed finalizacją R. się „rozmyślał”.
Prawie 6 lat trwał ten koszmarny konflikt o MOJE własne mieszkanie. W tym czasie co miesiąc stale miałem nadzieję, że to koniec strachu o cały mój dorobek życia i zawsze na koniec okazywało się, że znowu nic z tego nie wyszło. Niestety krakowski sąd nie potrafił przez tyle lat dokonać jednej tak banalnej czynności, jaką jest wpisanie mojego własnego mieszkania na moją rzecz. Cały czas było to moje mieszkanie zagrożone chorą pazernością Rojszczaka i dysfunkcją sądu.
Jan W. rozgłasza dzisiaj, że R. to była „przyszłość polskiej filozofii”. Jak widać w swoją wyjątkowość musiał uwierzyć sam R. skoro mając w moim domu rodzinnym na parterze dwa własne luksusowo wykończone mieszkania – ponad 140 m2 powierzchni i będąc młodym małżeństwem – 33 letniego asystenta filozofii, 30 letniej wiecznej studentki filologii z jednym dzieckiem – to wszystko było im jeszcze za mało. Za mało było 3 osobowej rodzinie 33 letniego filozofa, że posiadają w Krakowie dwa mieszkania – z czterema pokojami, z dwiema łazienkami i z dwiema kuchniami. R. „należało się” jeszcze moje własne mieszkanie – moja cała 140 m2 kondygnacja. Mój cały dorobek 41 lat uczciwego życia. Tak to zresztą wprost zeznała w sądzie Agnieszka R. cytuję: „mieliśmy prawo do nadbudowy”. Tak działa ta zasada „należy się” „każdemu według jego potrzeb”, „każdemu według jego zasług”, a „zasługi” R. – „przyszłości polskiej filozofii” były ogromne.
Zresztą taka sama jest geneza większości konfliktów, gdy jeden człowiek postanawia, że „ma prawo” do cudzej własności i po trupach dąży do zabrania innemu jego mienia. We wrześniu 1939 roku inny człowiek, który również uwierzył w swoją wyjątkowość także postanowił zrealizować swoje prawo do Gdańska. Być może własność Gdańska też nie była wpisana do ksiąg wieczystych.
Rodzina R. – po kupieniu jednego mieszkania na parterze mojego domu w 1994 roku – przez kolejne 7 lat bezwzględnie i po trupach, w sposób skrajnie perfidny dążyła do zabrania mi mojego własnego mieszkania, które – powtórzę - legalnie sam ze swojej własnej pracy wybudowałem w roku 1990 – 4 lata przed przybyciem R. do Krakowa.
Dzisiaj w moim procesie jest istotna jeszcze jedna osoba, której wysiłki w oczernianiu mnie przez wiele lat – teraz wydały swoje trujące owoce. To zastrzelony Artur R. Ten „wybitnie uzdolniony filozof” zajmował się na Wydziale Filozoficznym U.J. „psychologią umysłu”, „intencjonalnymi aktami psychicznymi”, które w praktyce oznaczają wywoływanie u ludzi skrajnie silnych emocji – strachu, lęku, a w efekcie powstanie ekstremalnego stresu. Uniwersytet Jagielloński ustanowił nagrodę im. Artura R. Czytamy tam taki opis: „Śmierć przerwała wspaniałą karierę naukową i przedwcześnie zabrała niezwykłego człowieka: dobrego serca, wielkiej prawości i uczciwości, pełnego pogody ducha i szlachetnych uczuć.”
Jaki był to człowiek „dobrego serca”, to możemy przeczytać z np. z zeznań jego matki Jadwigi R. z dnia 16.01.2002 (karta – 575) cytuję : „Kursa poprzez nadbudowę II piętra uniemożliwił nam wejście na strych … W tym właśnie zakresie syn próbował zmusić Kursę do przywrócenia stanu poprzedniego.” Koniec cytatu. Czyli moje własne mieszkanie wybudowane cztery lata przed przybyciem R. do Krakowa miałem zburzyć, bo ono w czymś „przeszkadzało” temu człowiekowi „szlachetnych uczuć”. „Syn próbował zmusić Kursę do przywrócenia stanu poprzedniego”. We wrześniu 1939 roku innemu człowiekowi „przeszkadzało” to, że Gdańsk nie należy do III Rzeszy. On też „postanowił zmusić Europę do przywrócenia stanu poprzedniego”.
Ekstremalny stres jest zabójczy dla człowieka, dla jego psychiki. Nie ma człowieka odpornego na stres. Profesor psychiatrii z Harvardu Judith Herman w najnowszej swojej książce wydanej w Polsce napisała, że nawet lekarz zajmujący się osobami z urazami po stresie powinien pamiętać, że „w warunkach skrajnego stresu fizycznego i psychicznego on także mógłby mordować” („Przemoc” s. 154, teza 58). Ekstremalny stres i nagły, zaskakujący bodziec traumatyczny potrafi całkowicie wyłączyć myślenie, a sprowokowany człowiek działa bezwiednym, wyuczonym odruchem. Dla przykładu – niedzielny finał mistrzostw świata. Zinedine Zidane całe życie pracował na swój wzorcowy wizerunek piłkarza. Był przykładem dla innych. Niedzielny mecz miał być ukoronowaniem jego kariery. Oglądał go miliard ludzi. A jednak stres okazał się silniejszy. Proszę się zastanowić, jak zareagowałby w ostatnią niedzielę na finale mistrzostw świata sprowokowany Zidane, gdyby był on nie piłkarzem, tylko członkiem klubu strzeleckiego, a Materazzi prowokował Zidane nie 2 godziny, tylko przez 7 lat. Z zewnątrz nie dostrzegamy mechanizmu prowokacji Zidane. Tak samo, jak u mnie – całą ocenę zajmuje tragiczny czyn, który bez poznania jego podłoża – jest niezrozumiały. Nie dostrzegamy, że 7 lat byłem zastraszany, terroryzowany i prowokowany przez „specjalistę od intencjonalnych aktów psychicznych”. Najprościej później powiedzieć, że człowiek jest zły, że ma „nieprawidłową, agresywną osobowość”. Niestety „najprościej” nie zawsze jest tożsame ze słowem „prawda”.
Na tym tak wymownym przykładzie widać, że to nie osobowość człowieka decyduje o agresywnym zachowaniu przy prowokacji i urazie psychicznym, tylko przemożna presja sytuacji. Tak, jak napisał prof. Pervin w „Psychologii osobowości”: „Stres zawsze jest subiektywny. Radzenie sobie ze stresem nic nie ma do osobowości”. (poz. 10. – s. 322 / teza 163).
Dlaczego tak się dzieje ? Odpowiedzi dostarcza najnowsza neurologia.
- Bo tak ewolucja skonstruowała ludzi, że ich mózg w sytuacjach ekstremalnych zawodzi.
Cały ten nieprawdopodobny konflikt wywołany był wyłącznie chorą pazernością R. i dotyczył praktycznie tylko jednej – podstawowej kwestii: à własności mojego mieszkania. A dokładniej mówiąc – 7 letnich działań R, aby mi ukraść moje własne mieszkanie. Mój cały dorobek 41 lat życia. Meritum wszelkich moich działań wpisanie mojego własnego mieszkania na moją rzecz !!!!!!!
Wszystkie inne kwestie – były całkowicie drugoplanowe.
Mechanizm wykańczania ludzi – doskonale znany hitlerowskim i bolszewickim oprawcom polegał m.in. na tym, że osobie, nad którą się znęcano stwarzano pozory uzyskiwania przez nią kontroli i spokoju, po czym nagle to znowu zabierano. Wtedy załamywał się prawie każdy. Nazywa się ten mechanizm huśtawką emocjonalną.
Taki mechanizm spustowy zadziałał w tragicznym dniu 27.09.2001. Wyrok sądu pierwszej instancji ze stycznia 2001 roku, który stwierdzał, że moje mieszkanie jest moje, umożliwiał mi sprzedaż mojego mieszkania i wyprowadzić się z tego piekła z R. Idąc do sądu odwoławczego byłem pewny, że to jest koniec tego koszmaru i nie mieściło mi się w mojej głowie, że sprawa, po 4 latach procesu zacznie się od początku. Wierzyłem w wyrok pierwszej instancji i jego oczywistość. Nagła całkowicie zaskakująca informacja, w połączeniu z podłożem wieloletnich szykan i prowokacji R, spowodowała ciężki szok psychiczny, a tym samym nagły wybuch ciężkiego ataku paniki, który rozpoczęła ostra niewydolność układu oddechowego. Dlatego odczuwałem, że się duszę. Taki ciężki atak paniki rozpoczyna się nagle i w ciągu pierwszych 10 minut narasta do maksimum. Równocześnie następuje wyłączanie się rozumnej części naszego mózgu – kory mózgowej, a w efekcie świadomość maleje do zera. Taki ciężki atak paniki trwa 20 do 30 minut. Po tym czasie wyczerpują się neuroprzekaźniki odpowiedzialne za skrajną reakcję alarmową i układ hormonalny oraz parasympatyczny przywraca możliwość racjonalnego myślenia. W stanie ciężkiego ataku paniki działamy wyłącznie bezwiednymi, odruchowymi reakcjami.
Rodzina R. doskonale zdawała sobie z tego sprawę, w jaki sposób mnie oni wykańczają. Dla odmiany dla R. ten szokujący wyrok nie był zaskoczeniem. To, że coś złego się może realnie wydarzyć, to oni przewidywali. Niestety ludzie często myślą życzeniowo, a nie realistycznie. Jadwiga R. tak zeznała w dniu 16.01.2002 ( karta - 576): „Około 13.20, 13.30 wracałam do domu, kiedy usłyszałam sygnał karetki pogotowia. … pocieszyłam się myślą, że może sąsiad miał zawał ... WBIEGŁAM w ulicę ... To, co stwierdziłam na miejscu, gdy zobaczyłam męża leżącego na klatce schodowej ... przeszło moje wyobrażenie”[2]. Inaczej mówiąc – nie samo zdarzenie było dla Jadwigi Rojszczak zaskakujące, tylko okoliczność, że to nie ja padłem na serce. Tak myśleli ci ludzie pełni „ogromu miłości”.
Faktycznie najbardziej prawdopodobnym skutkiem wieloletniego stresu i nagłego urazu psychicznego jest zawał serca. Ale nie zawsze tak się dzieje. U mnie okazało się, że serce mam mocniejsze, niż nerwy.
Do dnia tragedii żyłem 41 lat mając opinię nienaganną. Tak, jak piłkarz Zidane do niedzielnego meczu. Żyłem w zgodzie z normami społecznymi, w ogóle nie piłem alkoholu, po ukończeniu studiów wyższych prowadziłem własną firmę, założyłem rodzinę, pojawiło się u nas 2 małych dzieci. Wybudowałem swoje własne mieszkanie i pracowałem dla utrzymania naszej rodziny. Posiadałem w domu legalną broń, na którą pozwolenie otrzymałem po drobiazgowych badaniach lekarskich, psychologicznych i potwierdzeniu nienagannej opinii.
I nagle człowiek, który nigdy w życiu nikogo nie uderzył, traci chwilowo całkowicie poczytalność i dochodzi do tragedii. Jaka tragiczna reakcja nastąpiła w dniu 27.09.01 ?
Od 2 lat zacząłem studiować psychiatrię i psychologię. Okazuje się, że są procesy zachodzące w ludzkim mózgu na które nie mamy żadnego świadomego wpływu. Np. na to, jak układ nerwowy reguluje ciśnienie naszej krwi. Jednak na ogół potrafimy wolną wolą kontrolować nasze zachowania. Niestety w sytuacjach ekstremalnych emocji negatywnych ten doskonały mechanizm zaczyna zawodzić. Szczególnie, gdy pojawi się nagłe, zaskakujące zdarzenie i automatycznie mózg rozpocznie skrajnie silną reakcję alarmową, wówczas może się zdarzyć, że ta reakcja alarmowa zdoła poprzez wydzielenie dużej ilości norepinefryny i beta endorfin wyłączyć działanie kory mózgowej, zanim ta zdoła świadomie zrozumieć zagrożenie i taką reakcję wyhamować. Ten mechanizm biologiczny zadziałał i u mnie, i u piłkarza Zidane. Tak działa ekstremalny stres i biochemia naszego mózgu, na którą nie mamy świadomego wpływu. W najnowszych podręcznikach do psychiatrii i neurologii jest to dokładnie wyjaśnione.
Jest nawet książka profesora z Harvardu Daniela Golemana z 1997 roku p.t. „Inteligencja Emocjonalna”, w której ten automatyczny proces jest opisany w bardzo przystępnym języku. Ludzie nie rozumieją traumy. Tam przeczytacie Państwo wyjaśnienie zaskakującej – wręcz samobójczej reakcji Zidane. Jest ono takie samo, jak i u mnie. Wydawnictwo Media Rodzina w tym roku wyda kolejne wznowienie tego światowego bestsellera.
Ta reakcja utraty kontroli w sytuacji skrajnie silnych negatywnych emocji nazywana jest przez prof. Golemana „eksplozją emocjonalną”.
Ekstremalny stres jest przypadkiem wyjątkowym. Ludzki układ nerwowy działa prawidłowo, ale tylko w normalnych warunkach, w jakich ewolucja go wykształciła 50.ooo lat temu. Proces świadomego myślenia wymaga czasu. W przypadku ekstremalnego i nieoczekiwanego zagrożenia – krótki czas reakcji jest ewolucyjnie najważniejszym parametrem zapewniającym przetrwanie jednostki. Niestety maksymalna szybkość reakcji wyklucza świadome (rozumne) działanie.
Mysz – spostrzegając cień nadlatującego przedmiotu nie ma czasu, aby zastanawiać się nad tym zjawiskiem. Aby przeżyć – musi natychmiast podjąć reakcję obronną (zazwyczaj jest to ucieczka). Dlatego też natura wyposażyła ssaki (i oczywiście też człowieka[3]) w mechanizm natychmiastowej reakcji na skrajne zagrożenie. Aby taka reakcja była skuteczna – konieczne jest działanie zautomatyzowane i bezwiedne.
Tak samo, jak silna, niepełna informacja „stawia na nogi” ciało migdałowate – pełniące rolę centrali alarmowej w ludzkim mózgu, tak samo sam sygnał dzwonka stawia na nogi dyżurującą straż pożarną. Strażacy biegną wtedy automatycznie od swojego samochodu i już w trakcie rozpoczętego alarmu otrzymują dokładniejsze dane co do sytuacji alarmowej. Dobrze wyszkolony strażak, to ten, który posiada nabyte zachowania automatyczne, kierujące nim w momencie ogłoszenia alarmu.
Zautomatyzowana i natychmiastowa reakcja obronna ewolucyjnie była lepszą reakcją, niż na spokojnie przeanalizowana (ale wolniejsza) reakcja na skrajne zagrożenie. Inaczej mówiąc – lepiej jest (ewolucyjnie) być szybkim i reagować przesadnie na zagrożenie (niż być mądrym i zostać zjedzonym przez drapieżnika). Nie inaczej dzieje się z ludzkim mózgiem w sytuacjach ekstremalnego zagrożenia.
Gdy pojawi się zaskakujące i skrajnie silne zagrożenie, to wówczas główną drogą aktywującą reakcję alarmową mózgu staje się bezpośrednie połączenie pomiędzy wzgórzem i ciałem migdałowatym. Różni naukowcy różnie nazywają to awaryjne i natychmiast ( 12 milisekund [4]) działające połączenie: Jest to nazywane : „linia ekspresowa” (prof. Goleman), „droga niska” „droga podkorowa” (prof. LeDoux) „droga szybka i niestaranna” (Levis / Haviland), „droga gorąca”(prof. Rachman). Ale wszystkie te nazwy oznaczają jedno – natychmiastowe połączenie z „centralą alarmową” (ciałem migdałowatym), które jest ewolucyjnie stworzone do reagowania w sytuacji ekstremalnego zagrożenia. Jest to połączenie nieświadome i reakcja zostaje zapoczątkowana wcześniej, niż sygnał zostanie przeanalizowany przez wolniej działającą korę mózgową (umysł świadomy). Myślenie wymaga czasu. To alarmowe połączenie nie jest wykorzystywane w sytuacjach przeciętnego, czy nawet silnego zagrożenia. Dotyczy to wyłącznie sytuacji skrajnego zagrożenia. Czasami jednak ciało migdałowate może się (bezwiednie) „nauczyć” (na drodze warunkowania) i może reagować na inne zagrożenia, niż na ekstremalne niebezpieczeństwo utraty życia.[5] „Dla pewnych osób utrata domu jest stresorem równoznacznym z zagrożeniem życia.” A dodatkowo: „stresory spowodowane przez człowieka mają bardziej traumatyczny wpływ niż zdarzenia naturalne”[6]. Natychmiastowe i bardzo silne pobudzenie ciała migdałowatego wyzwala liczne reakcje, które również przebiegają w ludzkim mózgu bez udziału świadomości. Kora mózgowa zostaje nagłe zalana przez substancje chemiczne wydzielane podczas ekstremalnego stresu.
Najważniejszym momentem jest początek tej całej ostrej reakcji stresowej[7]. Jeżeli reakcja rozpocznie się natychmiast i jest skrajnie silna, to zaburza ona procesy myślowe i nie jesteśmy już w stanie intelektualnie wyhamować całej reakcji. Po przekroczeniu granicy wszystko zaczyna się toczyć poza naszą świadomością i wolną wolą. „Kiedy załamią się wyższe funkcje mózgowe, to ewolucja wykonuje za nas całą pracę myślową”[8].
Są to reakcje biologiczne, na które nie ma żadnego wpływu ludzka wolna wola.
12 dni temu - 30.06.2006 został wyemitowany w programie TVP 3 film dokumentalny BBC pt. „Fobie. Życie w lęku” ( dok., Wlk. Bryt., godz. emisji 23.10 – 0.05 ).
Ten film wyjaśnia przystępnym językiem i w sposób naukowy biologiczny mechanizm strachu, który w końcowym etapie w dniu 27.09.2001 doprowadził do utraty przeze mnie poczytalności, a w efekcie spowodował, że pod wpływem ekstremalnej paniki straciłem kontakt ze światem i w sposób całkowicie odruchowy – automatyczny porwałem swoją broń. Film pokazuje w praktyce mechanizmy strachu i ekstremalnych emocji, które powodują, że przestaje działać intelekt. Że istnieją struktury pierwotne w ludzkim mózgu, które w momencie ich zaktywowania – dominują umysł myślący.
Na tym filmie można zobaczyć na własne oczy, jak u badanego w laboratorium człowieka, u którego pojawia się silna reakcja strachu - zaczyna zawodzić intelekt. I to w sytuacji, gdy osoba badana, poddana eksperymentowi jest uprzednio przygotowana na jego przebieg, nie ma żadnego zaskoczenia, gdy znajduje się w laboratorium w otoczeniu badaczy i gdy wie, że nie ma realnego żadnego niebezpieczeństwa. Taka osoba w skrajnym przypadku panicznego strachu zaczyna się zachowywać jak „szaleniec”.
Na marginesie, należy zauważyć, że trudno jest udowodnić nieprawdę. Zgodnie z zasadą, że prawda broni się sama chciałem pokazać tytuł cytowanego uprzednio Fakt-u z ub. tygodnia à „Szaleniec chce uniknąć kary”. Oczywiście dalej w artykule są zapisane informacje podawane przez Mariana Szczygła, że „Andrzej K. strzelał z zimną krwią…”, ale tytuł à SZALENIEC ß jest nie do obalenia. Nie da się tego inaczej wytłumaczyć, jak tylko chwilowym „szaleństwem”, a dokładniej mówiąc szokiem psychicznym, skrajną paniką i ekstremalnym strachem, że osoba zdrowa psychicznie i inteligentna, posiadająca normalne życie i normalną rodzinę z 2 małych dzieci na tydzień przed chrztem swojego niemowlaka strzela do drugiego człowieka z legalnie posiadanej broni, a gdy trochę powróci jej świadomość, to sama wzywa policję i pogotowie, podając swoje dane i adres. Każdy umyślny zabójca przede wszystkim chce uniknąć ujęcia, zdając sobie sprawę z grożącej mu maksymalnej kary.
W moim konkretnym przypadku długotrwały (wieloletni) stan zagrożenia utraty mojego własnego mieszkania spowodowany przez Rojszczaków stworzył podłoże biologiczne, które przejawiało się pod koniec moją „nadpobudliwością”, a jednocześnie upośledzeniu uległ system hamowania reakcji stresowej. Jest to tzw. stadium „wyczerpania” stresem.
Gdy na to podłoże biologiczne zadziałał nagły uraz psychiczny w postaci niespodziewanego fizycznego ataku R, jaki miał miejsce jesienią 2000 roku przy sprzątaniu Audi (co wcześniej podnosiłem w sądzie), to wówczas rozpoczął się automatycznie przebiegający w moim mózgu proces, który spowodował, że kolejny całkowicie zaskakujący uraz psychiczny, jakim był ten niespodziewany i zupełnie nieprawdopodobny wyrok (27.09.2001) à bezwiednie i natychmiast wywołał ciężki atak panicznego lęku, a w dalszej kolejności chwilową całkowitą utratę świadomości i automatyczną reakcję obronną, tragiczną w skutkach. Aby jednak można było ustalić stan faktyczny, to trzeba w sądzie zgromadzić pełny materiał, zarówno podawany przez oskarżyciela, jak i materiał podawany do obrony. Uczciwy sąd dopuszcza wszystkie istotne dowody, pozwala na ich pełną weryfikację przez uczestników procesu i dopiero taki materiał zostaje poddawany dalszej analizie.
Niestety w moim procesie pierwszej instancji „sąd” nie dopuścił żadnego świadka, o którego wnosiłem, nie przeprowadzono nawet jednego wniosku dowodowego, o które także wnosiłem, nawet mnie samemu nie zezwolono na przedstawienie swojej wersji zdarzeń (!). Sąd nawet nie pozwolił, abym był obecnym na ostatnich rozprawach, gdzie miały miejsce mowy końcowe. Jedyni świadkowie, którzy zostali dopuszczeni do zeznań w sądzie byli zgłoszeni przez prokuratora i R. Przed zeznaniami najważniejszych z nich zostawałem wyrzucany z sali sądowej. Gdy protestowałem, powołując się na moje elementarne prawo do obrony, sędzia kazał policji sądowej mnie wyrzucać i zostawałem ukarany zawsze najwyższą karą w najwyższym jej wymiarze (2 tygodnie karceru). Gdy przychodziła moja kolej na zadawanie pytań świadkom na końcu – jako oskarżonemu, to po kilku moich pytaniach, które sąd w większości uchylał (jako rzekomo „nieistotne”), czas rozprawy „się kończył”. Na kolejnej rozprawie, wyznaczanej 1 raz na miesiąc już pojawiał się inny świadek i karykatura procesu zaczynała się od początku.
W efekcie w aktach pojawił się całkowicie jednostronny, nie zweryfikowany materiał. Są tam fałszywe zarzuty w stosunku do mojej osoby, których całkowity fałsz łatwo było wykazać, przeprowadzając chociażby wizję lokalną, o co tyle razy prosiłem sąd. Bezskutecznie. W moim „procesie” sąd był całkowicie niezawisły. Niezawisły, ale od kodeksu postępowania karnego, od orzecznictwa SN i S.A., na które usiłowałem się powoływać. Dla przykładu – domagałem się przesłuchania moich świadków, a sąd zarówno okręgowy, jak i teraz – apelacyjny oddalali te wnioski, dokładnie wbrew np. art. 170 § 2 kpk. Nawet gdy powoływałem się na opublikowane wyroki krakowskiego S.A. – to w moim procesie, one także zostawały odrzucone.
W farsie mojego procesu w sposób rażący pogwałcono wszystkie zasady dotyczące uczciwego procesu, z uniemożliwieniem mi realnej obrony materialnej na czele.
Zgłaszałem do Rzecznika Dyscyplinarnego Sądu Apelacyjnego, że w moim procesie jest rażąco łamana procedura, ale odpisywał mi jakiś Steve Wonder, że „on kompletnie nic nie widzi”.
Kwestia ustalenia mechanizmów biologicznych, które doprowadziły do tragedii, a tym samym określenie stopnia mojej poczytalności lub całkowitej niepoczytalności, to była najważniejsza czynność w procesie. Dysponując jedynie tendencyjnym, jednostronnym i fałszywym materiałem w aktach odesłano mnie do opiniowania przez biegłych.
Niestety w Polsce biegli psychiatrzy sądowi to grupa nieliczna, skrajnie skorumpowana i na nieszczęście mocno się nawzajem popierająca. Tak długo, jak długo trwa ich „solidarność” – mogą oni brać łapówki i są całkowicie bezkarni. Po roku pobytu w więzieniu trafiłem latem 2002 roku na pierwszego biegłego – 40 letniego lek. Janusza Adamczyka, który jak mi powiedział na początku cytuję: „jak ma motywację, to może stwierdzić niepoczytalność nawet u nieboszczyka”. Niestety żona opuściła mnie w pierwszym dniu tragedii i nie byłem w stanie dać Adamczykowi „motywacji”. Adamczyk nic nie dostał, więc i nic nie stwierdził. Kolejni „biegli” – tylko popierają swoje „rozpoznania” wzięte z sufitu (a raczej z portfela). Są ślepi na sytuację[9], a „wszystko” tłumaczy moja rzekomo „nieprawidłowa” osobowość. Ponieważ do roku 2003 nie stwierdzano żadnych zaburzeń (co jest raczej oczywiste, gdyż trudno coś „stwierdzić”, czego nie ma), a to jakoś „nie pasowało” mojemu sądowi I instancji, to „pojawiła się” moja „nieprawidłowa osobowość” dopiero w roku 2003, gdy sędzia Wojciech Maczuga zadał kolejnym biegłym tendencyjne pytanie: „Jakie cechy musiałby prezentować oskarżony by można było przyjąć, że jego osobowość jest w sposób wyraźny nieprawidłowa?”. I od 2003 roku już „mam” tę nieprawidłową osobowość, która „wszystko” tłumaczy. Co ciekawe – każde „rozpoznanie” kolejnych biegłych stwierdza co innego. Aktualnie „jestem” „psychopatą, ale biegli „odrzucili rozpoznanie osobowości dyssocjalnej”, która jest dzisiejszą nazwą dawnej psychopatii. Trudno jest napisać na życzenie sądu oraz brukowych mediów jasną i pełną opinię bez wewnętrznych sprzeczności i podawania nieprawdziwych faktów. W ten sposób prawda broni się sama.
Będąc osobą oskarżoną mam prawo do zadawania pytań również i biegłym. Od maja 2004 roku – po otrzymaniu zgody sądu na zakup książek – zacząłem intensywnie studiować mechanizmy działania ludzkiego układu nerwowego. Mając przez dwa lata do dyspozycji codziennie ponad 16 godzin czasu i zgromadziwszy 67 najnowszych podręczników – zdobyłem wiedzę, potrzebną do drobiazgowego zrozumienia neurobiologii stresu. W Polskich sądach jest jednak wszystko postawione na głowie. Byłem przekonany, że moja solidna wiedza specjalistyczna pomoże sądowi w dotarciu do prawdziwych ustaleń faktycznych. Okazało się jednak, że moja wiedza jest dla ostatnich biegłych „utrudnianiem procesu”. Tak samo dla sądu. Aktywnie broniąc się przed tak skrajnie nieprawdziwym, tendencyjnym materiałem, domagając się procedowania zgodnie z prawem „obrażałem” sąd. Dla biegłych jest to „dowód” na moją „psychopatię” i „paranoję”. Wszyscy moi biegli są obrażeni aktywną krytyką ich „diagnoz”. W Polsce panuje jakiś absurdalny zwyczaj, że oskarżony powinien siedzieć cicho i nie reagować, gdy sąd łamie prawo, a biegli podają skrajne głupoty. Ale nie jest to normalne zachowanie. Norma jest opisana np. w książce „Zespół ostrego stresu” (s. 165): „prowadząc orzeczenia sądowe, klinicyści powinni zawsze pamiętać, że najprawdopodobniej będzie się od nich wymagać obrony swych decyzji diagnostycznych przed sądem. Perspektywa ta jest dla większości klinicystów nieprzyjemna, ponieważ ich praktyki diagnostyczne i wnioski stają się w ten sposób przedmiotem drobiazgowego badania w krzyżowym ogniu pytań.” My niestety jesteśmy w Polsce. Przygotowałem się na szczegółowe pytania do biegłych, ale Sąd Apelacyjny dopuścił, aby zrobić z tego farsę i praktycznie uniemożliwił mi na zadanie nawet jednego konkretnego pytania biegłym.
W psychiatrii nie jest tak, że nie ma żadnych kryteriów, do stawiania diagnoz, a wszystko powinno zależeć od „motywacji” konkretnego biegłego. Dzisiaj są konkretne kryteria, które trzeba zdiagnozować, aby postawić konkretne rozpoznanie. Taką klasyfikacją jest obowiązująca aktualnie w Polsce ICD – 10. Dla przykładu – zaburzenie osobowości o nazwie osobowość narcystyczna, należy ona do Aneksu 1, w którym znajdują się „niepewne pozycje”. (s. 152-153). Aby móc rozpoznać to niepewne zaburzenie trzeba stwierdzić co najmniej pięć cech z podanych dziewięciu. Spodziewałem się konkretnych faktów i konkretnych dowodów potrzebnych do takiej diagnozy, aby móc się do opinii ustosunkować. Zamiast tego usłyszałem, że prof. Gierowski to „posiadacz rekomendacji nr 1 jakiegoś towarzystwa”, a docent Heitzman „zdiagnozował już 130 morderców”. Oczywiście w ten sposób kompletnie nie można niczego podważyć. Ale tak samo nie można żadnej takiej diagnozy przyjąć. W swojej książce doc. Heitzman podaje, że u badanych przez niego sprawców „rozpoznano w ponad 85 % przypadkach nieprawidłową osobowość” ((60) „Stres w etiologii …”). Oznacza to, że u 130 osób badanych przez doc. Heitzmana ponad 110 osób miało tą identyczną diagnozę !!! Biorąc pod uwagę, że te osoby były pozbawione wolności, a pobyt w więzieniu ( # à gniew, lęk, depresja, ogromny stres ) to prawie 100 % zaburzeń zachowania, o czym pisze w książce z 2005 roku „Podstawy psychologii sądowej” prof. Ackerman (poz. (.50.) s. 123 ), to nasuwają się poważne wątpliwości, co do takiej diagnozy, którą docent Heitzman stawia praktycznie wszystkim. Tym bardziej, że zaburzenia osobowości są dzisiaj najmniej rzetelnie i najbardziej kontrowersyjnie diagnozowanymi zaburzeniami.
Tak samo nieprawdziwe są informacje biegłych, że nie ma żadnych kryteriów do stwierdzania np. poziomu poczytalności ograniczonej lub całkowitej chwilowej niepoczytalności. One nie tylko są w cytowanym podręczniku ICD-10. Dawniej też takowe kryteria były. Np. prof. Krystyna Daszkiewicz w swojej książce z 1982 roku „Zabójstwa z afektu…” na str. 25 (teza 33) podaje 6 kryteriów umożliwiających przyjęcie całkowitej chwilowej niepoczytalności sprawcy à 1.-nagły początek, gwałtowność, niewspółmierność, 2.-burzliwy przebieg + niszczenie rzeczy, 3.-wybitne objawy wegetatywne, 4.-krótki okres trwania, 5.-silne znużenie, 6.- całkowita niepamięć – też niepamięć wsteczna (klasyfikacja wg Łuniewskiego). Akurat biorąc zeznania świadków, policjantów z dnia tragedii – złożone 2 – 3 godziny po tragedii – to spełniam wszystkie kryteria do zdiagnozowania chwilowej całkowitej niepoczytalności. I sam wiem to z autopsji, że to jest prawda!
Niestety biegli niczego „nie widzą”. Nawet nie zauważyli kardynalnych błędów poprzednich biegłych, chociaż opierają się oni „przede wszystkim” na wcześniejszych opiniach (str. 2 opinii), że np. podpisany pod pierwszą opinią biegły – Antoni Ferenc nawet nie miał ze mną kontaktu na 3 miesięcznej „obserwacji”, a druga biegła Joanna Birecka zamiast własnych wniosków przepisała dosłowny plagiat z książki. Biegli „odrzucili” u mnie diagnozę reakcji na ciężki stres, bo „nie ma stresora”. Chociaż docent Heitzman w „Psychiatrii” tom. 2 w rozdziale „Reakcja na ciężki stres” napisał: „Dla pewnych osób zniszczenie domu jest stresorem równoznacznym z zagrożeniem życia. … stresory spowodowane przez człowieka mają bardziej traumatyczny wpływ niż zdarzenia naturalne”.(s. 477).
Praktycznie cały dotychczasowy „materiał” w aktach to kłamstwa wymyślone przez oficera milicji Mariana Szczygła i podane przez niego samego lub jego świadków oraz tendencyjnie podane wyrywki z zeznań. I tak sąd, a za nim biegli „przyjęli”, że:
1. „Ja byłem zawsze skrajnie agresywny”. W rzeczywistości nigdy przez całe 41 letnie życie nawet nikogo nie uderzyłem. Nawet będąc w więzieniu od 5 lat nie mam jakichkolwiek problemów z innymi więźniami.
2. „Szedłem jak taran na Jadwigę R.”. W rzeczywistości uciekałem przed tymi ludźmi nawet w sądzie.
3. „Groziłem Janowi R.”. W rzeczywistości w dniu 29.01.2001 wróciłem nad ranem do Polski. Gdy odprowadzałem rano córeczkę do przedszkola, wybiegł Jan R. i wywołał awanturę, grożąc mi „trafieniem na Cmentarz Rakowicki”. Ja uciekłem od agresora i mając już dość tych chorych awantur – zgłosiłem ten fakt gróźb od razu na Policji. Tydzień później przyszedł policjant do R, aby ustalić imię Jana R. (ja go wówczas nie znałem). Wtedy Jan R. dowiedział się o zgłoszonej sprawie i on zgłosił, że ja mu groziłem !!! Perfidia tych ludzi była nieprawdopodobna.
4. „Odepchnąłem furtkę ogrodową na dziecko R. stojące na chodniku, gdy wychodziłem z domu”. W rzeczywistości furtka otwiera się do środka ogrodzenia i wychodząc z domu mogłem co najwyżej otworzyć furtkę na siebie.
5. „Uderzyłem w twarz Artura R. z otwartej ręki przy pani z nadzoru budowlanego”, co zgłosił R. dzielnicowemu „tylko informacyjnie”. W rzeczywistości ja nigdy nikogo w życiu nie uderzyłem. Inspektor Beata Janik z Nadzoru Budowlanego zeznała w sądzie, że żadnych rękoczynów nie było, tak samo zeznali inni świadkowie – obecni przy inspektor Janik – moja siostra i szwagier.
6. Przy okazji – „rzekomo to ja stosuję techniki manipulacyjne”, a nie R.
7. „Miałem znajomości w sądach”. Zapewne poprzez te „znajomości” nie byłem w stanie wpisać własnego mieszkania na własną rzecz przez tyle lat !!!
8. Moja kuzynka Krystyna L. „sprzedała mieszkanie R. przeze mnie”. W rzeczywistości odszedł od niej mąż i zawsze ona mówiła, że sprzeda to mieszkanie po śmierci jej matki, bo została sama z dzieckiem i z pensji nauczycielki nie stać jej na utrzymanie 100 metrowego mieszkania. Filozof R. – specjalista od intencjonalnych aktów psychicznych przez 7 lat telefonował do Krystyny L. – leczącej się psychiatrycznie i szkalował mnie opowiadając jej o moich rzekomych „szykanach”. Dzisiaj Krystyna L. już „wie”, że to nie przez odejście od niej męża i brak pieniędzy sprzedała mieszkanie, tylko przeze mnie !
9. „Celowo wjechałem w inne auto”. To wiadomość „zasłyszana” przez świadka. Jak wiadomo, w sądach nie wolno podawać wiadomości z „drugiej ręki”. W rzeczywistości – jeździłem samochodem do dnia aresztowania 23 lata, rocznie jeżdżąc ponad 60.000 km i nigdy w całym życiu nie miałem nawet jednego wypadku. Dwa razy w moim życiu miałem kontakt z drugim pojazdem. Jeden raz 08.03.1995 roku w Krakowie na skrzyżowaniu ul. Lubicz i Rakowickiej ktoś mi zajechał drogę i w efekcie ja miałem wgnieciony zderzak, a auto, które mi zajechało drogę miało rozbity reflektor. Drugi raz – w 2001 roku stałem przed zatrzymanym innym samochodem. Nadjeżdżający od tyłu tramwaj przerysował mi lewy błotnik na odcinku 10 cm, bez naruszenia blachy. Ponieważ motorniczy odezwał się niekulturalnie, a akurat przechodził patrol policji, to ja ich wezwałem. Kilka miesięcy później miało miejsce tragiczne wydarzenie i znalazłem się w więzieniu. Z więzienia przewieziono mnie do Sądu Grodzkiego, a tam asesor Grzegorz Kiełbasa uznał mnie (!!!) winnym, „czynu karygodnego” !!!
10. „żona podawała, że oskarżony planował zabójstwo dużo wcześniej”. To kolejna „rewelacja” zasłyszana od jakiejś pani psycholog. W rzeczywistości moja żona zeznawała tylko jeden raz w dniu tragedii i powiedziała dosłownie tak: „nigdy nie mówił, że ich na przykład pozabija, jak również ja nie odniosłam wrażenia, że on to może zrobić” (karta - 118). A ponadto moja żona odmówiła zeznań i cytowanie jej wypowiedzi jest niedopuszczalne, nie mówiąc nawet o dokładnym przekręcaniu treści jej zeznań.
11. „rzuciłem się z pięściami i wyzwiskami na Jana R. w dniu 29.01.2001”. W dalszych zawiadomieniach jest już, że „wydawało mu się, że zaraz rzucę się z pięściami na niego”. Oczywiście nigdy nikogo nie uderzyłem przez całe życie !
12. „Chciałem oszukańczymi metodami wpisać swoje mieszkanie na moją rzecz w sądzie, pod niewiedzę i nieobecność R.”. W rzeczywistości od 1996 roku co miesiąc rozmawiałem z R, o czym pisałem poprzednio. Gdy okazało się, że R. mnie cały czas perfidnie oszukiwał, wynająłem adwokata Andrzeja Kubasa, aby on poprowadził sprawę w sądzie, bo ja się na tym nie znałem. Adwokat Kubas prowadził sprawę, a gdy go poinformowałem w pierwszej rozmowie, że R. wyjeżdżają na rok z Polski w marcu przyszłego roku, to wyjaśnił mi, że w sprawach cywilnych – takich jak moja, nie ma znaczenia kwestia wyjazdu pozwanego. Tym bardziej, że miał on w Polsce ustanowionego pełnomocnika. Najpierw adwokat Andrzej Kubas prowadził sprawę, a następnie adwokat Józef Jodłowiec.
13. „wykonałem remont dachu w 1998 r. pod niewiedzę i bez zgody R.” W rzeczywistości pół roku przed remontem dachu w dniu 19.02.98 Artur i Agnieszka R. (oboje podpisani na tym piśmie) wraz z Andrzejem Kursa, Anną Kursa wnieśli pismo do UMK – w którym w detalach precyzowali zakres oraz termin remontu dachu. Wystarczy zrobić wizję lokalną i porównać zakres wykonanego remontu z tym pismem. Zakres remontu zgadza się co do joty.
14. „Nie szukałem innych rozwiązań” w kwestii wpisu mojego mieszkania na moją rzecz. Jestem osobą „skrajnie agresywną”. W rzeczywistości 6 lat usiłowałem wpisać to moje mieszkanie na moją rzecz w kolejności : - utrzymując dobre stosunki z R, - prosząc o mediację adwokata Marka Kieliana, - wnosząc sprawę do sądu przez adwokata Andrzeja Kubasa. Czekałem 6 lat !!!
15. „Byłem konfliktowy”. W rzeczywistości wszystko przeszkadzało R. Nawet zaczął się domagać włazu na dach. Pisał skargi do sądu, na policję, do nadzoru budowlanego. W końcu, aby mieć trochę spokoju na własny koszt zainstalowałem drugi – identyczny do pierwszego właz na dach dla R. O to też była awantura, wywołana przez R, którzy przyszli na 2 piętro „tylko popatrzeć” co się dzieje. R chcą mieć właz na dach – awantury. To robię piekielnikom ten drugi właz – też awantura !!! Wystarczy zrobić wizję lokalną i zobaczyć kuriozum - dom, gdzie mieszkają tylko dwie rodziny są dwa osobne, identyczne włazy na dach !!!
16. „złamałem dwa drzewka R”. W rzeczywistości R sam „podzielił” ogród w roku 1995 i posadził tam ponad sto krzaków – bez mojej zgody i zgody mojej siostry. Te wszystkie samowolnie posadzone krzaki rosną tam zapewne do dzisiaj. à wystarczy tylko wizja lokalna sądu.
17. „utrudniałem wjazd „na posesję” R”. W rzeczywistości to nie był wjazd „na posesję”, tylko wjazd do mojego garażu. R. – tak samo jak dzisiaj planuje S. - „sam wymierzał sprawiedliwość” – zrywając mi kłódki do mojego garażu, zakładając swoje, blokując mi złośliwie wjazd do mojego garażu. à wizja lokalna !!!
18. „dobiłem R. z „bliskiej odległości”, a nawet z „bardzo bliskiej odległości”. W rzeczywistości biegli z Komendy Głównej Policji wykluczyli jakikolwiek strzał oddany z „bliskiej odległości” (karta - 999) (czyli wykluczyli jakikolwiek strzał oddany z odległości poniżej 25 cm).
19. wyssane z chorej głowy historie milicjanta S. – podawane bez jakiegokolwiek dowodu o „penetrowaniu mieszkań”, o „czajeniu się”, o „penetrowaniu piwnic”, „dobijaniu ofiar”, stają się „materiałem dowodowym”.
20. same zasłyszane z drugiej lub trzeciej ręki informacje, że ja byłem „konfliktowy” do jakichś „innych” sąsiadów. W rzeczywistości – każdy z przesłuchanych w sądzie moich sąsiadów (z wyjątkiem oczywiście R.) podawał, że z nim, to nigdy żadnego konfliktu nie miałem. Byłem wręcz zawsze bardzo kulturalny. Ale „słyszał”, że „miałem konflikt z innym sąsiadem”. Tylko, że w normalnym sądzie nie wolno podawać wiadomości „gdzieś” zasłyszanych. Tylko to, co świadek sam wie.
21. „ujawniałem cechy nieprawidłowej osobowości”. W rzeczywistości osobowość mam taką samą, jak opinia o mnie w wieku 38 lat, przy wydawaniu pozwolenia na broń à NIENAGANNĄ ß (karta - 706). Badano tę moją osobowość tyle razy i do 2003 roku – do 43 roku mojego życia jakoś zawsze miałem prawidłową osobowość. Zresztą osoba „konfliktowa”, mieszkająca 38 lat od urodzenia na małej ulicy w Krakowie, gdzie z widzenia wszyscy się znają – nigdy nie miałaby opinii „nienagannej”. Albo przy specjalistycznych badaniach na pozwolenie na broń ostrą. Takie badania powinny diagnozować właśnie osobowość, natomiast te badania nigdy nie przewidzą sytuacji, jaka nastąpi w przyszłości.
Okazuje się jednak, że w krakowskim sądzie dzisiaj można opowiadać dowolne kłamstwa i oszczerstwa, i sąd nie dopuszcza nawet możliwości do zweryfikowania tego steku kłamstw. Opinia biegłych – oparta na tych kłamstwach – jest taka, jak cały materiał w aktach. Skrajnie nieprawdziwa.
Na dzisiaj w sądzie „wszystko” zostało spowodowane moją rzekomo „nieprawidłową” osobowością. Ona rzekomo wyklucza przyjęcie tej skrajnie ciężkiej reakcji stresowej. I „wszystko” tłumaczy. To, że R. 7 lat dążyli do zabrania mi mojego całego dobytku i wykańczali mnie, to „nie ma znaczenia”. Docent Heitzman powiedział na rozprawie w dniu 23.05.2006 (s. 20): „Gdybym miał inny materiał dowodowy, nie wiem jaką bym wydał opinię, być może taką samą lub inną”.
Dlatego też niedopuszczalnym złamaniem zasad procedury jest to, co zrobił w pierwszej instancji sędzia Maczuga – odrzucając już na drugiej rozprawie wszystkie moje wnioski dowodowe i wszystkich moich świadków, bo cyt.: „wszystko zostało już wyjaśnione w śledztwie”. Tak samo Sąd Apelacyjny mógł konwalidować (czyli poprawić) ten podstawowy błąd i dopuścić brakujący materiał dowodowy, ale tego nie zrobił. Wbrew art. 170 § 2 kpk – Sąd Apelacyjny nie umożliwił uzupełnienia dowodów w sprawie.
W książce, którą przysłano mi 5 dni temu „KPK – Komentarz” Bratoszewski, Gardocki i inni, ABC’2004 tom. 3 w rozdziale dotyczącym kasacji jest podany następujący wyrok (do art. 519 / teza 9, s. 454):
2002.02.22 wyrok SN V KKN 43/00 LEX nr 53051 :
1. W sytuacji gdy zeznania świadka miały być jedynym wnioskowanym przez oskarżonego dowodem zmierzającym do podważenia wiarygodności dowodów go obciążających, obowiązkiem Sądu I instancji było wyjątkowo wnikliwe i rzetelne rozważenie potrzeby jej przesłuchania, z zachowaniem pełnego poszanowania jego prawa do obrony i wywołania u niego poczucia sprawiedliwego procesu.
2. Jest prawdą, że uchybienia wskazane w kasacji odnoszą się do sposobu procedowania Sądu I instancji oraz że zarzuty na nie wskazujące nie zostały podniesione w apelacji. Skutkiem tego Sąd odwoławczy, nie został zobligowany wprost do odniesienia się do zaistniałych obiektywnie, w postępowaniu przed sądem pierwszoinstancyjnym uchybień. Nie oznacza to jednak, że w tej sytuacji nie było dopuszczalne podniesienie w kasacji zarzutów dotyczących tych uchybień jako związanych z postępowaniem w pierwszej instancji. Jest bowiem oczywiste, że przeniknęły one do postępowania odwoławczego przez to, że ustalenia faktyczne dokonane w pierwszej instancji zostały w pełni zaaprobowane w tym postępowaniu, mimo że z powodu wskazanych uchybień te ustalenia opierają się na niekompletnym materiale dowodowym. Jest też oczywiste, że mają one charakter uchybień rażących, bo naruszających gwarancyjną rolę przepisów regulujących postępowania dowodowe i jako takie winny być dostrzeżone z urzędu w apelacyjnym postępowaniu odwoławczym. Skoro zaś sąd odwoławczy ich nie dostrzegł, to zasadnie można stawiać z tego powodu temu Sądowi zarzut, prowadzący w konsekwencji do uchylenia zaskarżonego wyroku … 53051
Teraz zwracam ponownie uwagę Sądu Apelacyjnego, że materiał jest skrajnie tendencyjny, jednostronny i taki, którego mi nie pozwolono skutecznie zweryfikować. Apriorycznie odrzucono wszystkie moje dowody. Uznano mnie winnym, zanim proces się rozpoczął.
Proszę zwrócić uwagę, że w całym postępowaniu przed sądem I instancji nie ma nawet zadanego mi jednego pytania przez sąd !!! To jest zupełnie nieprawdopodobne, że ja musiałem zwrócić się do prasy – do redakcji „Polityki” i to dopiero po I wyroku, aby móc w ogóle podać, co doprowadziło do tragedii. Zresztą w tym świetnym komentarzu do kpk - Bratoszewski, Gardocki i inni jest także wiele innych trafnych informacji. Np. przy art. 526 / teza 8 (s. 524) czytamy: trzeba konkretnie podać w kasacji, których dowodów sąd nie uwzględnił (personalia świadków, nr kart). Nie wolno pisać enigmatycznie „sąd ocenił dowody dowolnie”, czy też „przekroczył granice swobody ocen”, bo są to „nic nie mówiące ogólniki”.
Jednak ta zasada obowiązuje wszystkich uczestników procesu. Także biegłych i sąd. Dlatego „uzasadnianie” opinii biegłych, że jeden biegły „ma rekomendację nr 1” jakiegoś towarzystwa, a drugi „zbadał już ponad 130 zabójców” – to takie same nic nie mówiące ogólniki.
Aby udowodnić konkretną tezę – np. o mojej rzekomo nieprawidłowej osobowości – musi się podać KONKRETNE KRYTERIA i do tego podać KONKRETNE DOWODY na wystąpienie takiego kryterium. Wówczas można dokonywać realnej kontroli takich konkretów. Primo à czy konkretne podane kryteria są prawidłowe, secundo à czy dowody na ich stwierdzenie są prawdziwe. Tego u mnie nie ma. W cytowanym komentarzu do kpk – do art. 439 – bezwzględne przyczyny odwoławcze, są wyszczególnione konkretne przypadki. I do takich zalicza się w sposób ewidentny mój cały „proces”. Np. na str. 198 ( teza XII / 3.) czytamy: „Co więcej, wobec tego, iż art. 439 § 1 pkt 11 kpk nie czyni dystynkcji między nieobecnością oskarżonego na całej rozprawie a nieobecnością na jej części, należy przyjąć, że przewidziane w nim uchybienie występuje również wtedy, gdy sprawę rozpoznawano podczas nieobecności oskarżonego na części rozprawy. … Nie należałoby zatem przyjmować fikcji (podkr. A.K.) …
A takim bezwzględnym przypadkiem jest zakończenie procesu sądu I instancji, wraz z mowami końcowymi – pod moją nieobecność. Właśnie teraz sąd apelacyjny sam może się przekonać, jak ważna jest dla mnie mowa końcowa. Realne pozbawienie mnie prawa do obrony to bezwzględna przyczyna odwoławcza.
Na str. 191 (ibidem, teza XI / 6.) czytamy : „Co prawda art. 439 § 1 pkt. 10 kpk nie może być interpretowany rozszerzająco, niemniej należy podkreślić dominujący w orzecznictwie SN pogląd, że ze względu na treść art. 6 kpk, gwarantującemu oskarżonemu nie tylko prawo do korzystania z pomocy obrońcy, ale przede wszystkim prawo do obrony (obronę materialną), analizowana przyczyna odwoławcza występuje również wtedy, gdy oskarżony co prawda formalnie ma obrońcę, lecz jego obrona właśnie w sensie materialnym została uniemożliwiona. Ten kierunek orzecznictwa zyskuje na znaczeniu w związku z treścią art. 6 ust. 3 pkt b i c ratyfikowanej przez Polskę EKPC oraz orzecznictwem ETPCz na gruncie tego przepisu konwencji.
à1979.06.21 wyrok SN I KR 133/79 LEX nr 1820 Przepis art. 388 pkt 6 k.p.k. jako przepis wyjątkowy nie może być interpretowany rozszerzająco, jednakże ze względu na treść art. 9 k.p.k. gwarantującego oskarżonemu nie tylko tzw. obronę formalną, lecz także obronę materialną, bezwzględny powód rewizyjny określony w art. 388 pkt 6 k.p.k. istnieje również wówczas, gdy oskarżony ma formalnie obrońcę, lecz obrona jego w sensie materialnym jest uniemożliwiona
à 1985.05.24 wyrok SN IV KR 94/85 OSNPG 1985/11/143
Ze względu na treść art. 9 k.p.k. gwarantującego oskarżonemu nie tylko obronę formalną, lecz także obronę materialną, bezwzględny powód rewizyjny określony w art. 388 pkt 6 k.p.k. istnieje również wówczas, gdy oskarżony formalnie ma obrońcę, lecz obrona jego w sensie materialnym jest niemożliwa.
Na zakończenie chciałem zacytować pierwsze zdanie z ubiegło - tygodniowego Fakt-u: „Pośród ogromu miłości zabiła ich nienawiść człowieka”. To nie jest pełna prawda. To nie moja nienawiść, tylko strach o własne mieszkanie i 7 lat perfidnych szykan spowodowały tragedię. „Ogrom miłości” to trafne stwierdzenie. Nie podano tylko, co tak bardzo kochały.
Aby to wyjaśnić – zacytuje pismo, które złożyli na drugi dzień roboczy po tragedii Jadwiga R. i Marian S. (karta – 145): „Na podstawie artykułu 295 par. 1 k.d.k. wnosimy o zabezpieczenie mienia ruchomego, rachunków bankowych, obligacji oraz innych składników majątkowych należących do sprawcy czynów Andrzeja Kursy…na poczet ROSZCZEŃ finansowych związanych z kosztami pogrzebów, opieki nad przebywającą w szpitalu Agnieszką Rojszczak i jej małoletnią córką Dominiką oraz kosztami procesów i przyszłymi kosztami związanymi z odszkodowaniem i zadośćuczynieniem.
Informujemy równocześnie, że aktualnie w godzinach wieczornych odbywa się wynoszenie z mieszkań Andrzeja Kursy różnego rodzaju składników majątkowych”. Jak widać – nawet po samej tragedii – ci ludzie myśleli tylko o moich „różnego rodzaju składnikach majątkowych”. Nawet taka skrajna tragedia nie zaburzyła tym chorym z pazerności, chytrości ludziom ich „ogromu miłości” do cudzego mienia. Do mojego mienia. To ta ich nieprawdopodobna zachłanność spowodowała tragiczny finał. Tragedię, w której ja straciłem kompletnie wszystko. Całe moje życie.
Reasumując : Wnoszę o uchylenie wyroku sądu I instancji na podstawie art. 439 § 1 pkt. 10 k.p.k. z powodu rażącego pozbawienia mnie prawa do obrony materialnej.
Proszę o zastosowanie art. 25 § 3 k.k. w moim przypadku.
[1] Fakt – 06.07.2006 – s. 10 W roku 2003 zgłaszałem do prokuratury w Krakowie, że już wtedy Szczygieł grozi mi morderstwem, o czym poinformowali mnie policjanci z policji sądowej, ale sprawę umorzono, bo uznano, że Szczygieł nie wypowiadał gróźb.
[2] „Płytka wyobraźnia to kalectwo”.
[3] Goleman „Inteligencja Emocjonalna” s. 52
[4] LeDoux „Mózg emocjonalny” s. 191 / teza 69
[5] Stąd się bierze np. zespół stresu pourazowego PTSD
[6] doc. Janusz Heitzman w: „Psychiatria” U & P, 2002, tom 2, s.477 à ksero w załączeniu
[7] Prof. Dudek „Zaburzenia po stresie traumatycznym” s. 59 / teza 36
[8] LeDoux-292 / 106
[9] To się nazywa „podstawowy błąd atrybucji” = niedocenianie sytuacji i przecenianie osobowości. Tak jest „prościej”. Niestety „prościej” nie zawsze jest tożsame ze słowem „prawdziwe” à „Psychologia społeczna” Kenrick… s. 133
ZOSTAĆ WIĘŹNIEM, CZYLI JAK ŁATWO ZGNOIĆ CZŁOWIEKA, ZNISZCZYĆ PSYCHIKĘ LUDZKĄ, JAK ŁATWO "ODBIJA WŁADZA" URZĘDNIKOM WSZELKIEJ MAŚCI, CO Z CZŁOWIEKA MOŻE ZROBIĆ BYLE IDIOTA PSYCHIATRIA - FILM Z EKSPERYMENTU AMERYKAŃSKIEGO (uwaga - materiał to 500MB)
www.ksz-fnp.org/Nagroda%20im.%20A.Rojszczaka_files/AR_01.pdf

References: art. 170
 art. 170
 art. 519
 art. 526
 art. 439
 art. 439
 art. 439
 art. 6
 art. 6
 art. 388
 art. 9
 art. 388
 art. 9
 art. 388
 art. 439
 art. 25