Source: http://sub-iudice.blogspot.com/2015/09/
Timestamp: 2018-01-23 08:13:37+00:00

Document:
września 2015 | Sub iudice
Jakiś czas temu ktoś tam na górze wysoko wpadł na pomysł, że w sądach należy zastosować nowoczesne metody zarządzania, bo sądy to tak w zasadzie taka duża firma. Poprawiono (choć nie wszędzie i nie zawsze sensownie) standardy obsługi "klienta" przez sekretariaty, przeprowadzono szeroką modernizację (na której zapewne najlepiej wyszli ci, co dostarczali wszystkie te e-zabawki) no i zaczęto patrzeć w "menadżerski" sposób na sprawność postępowań. Niestety nie zauważono, że sądy to nie Usługowe Przedsiębiorstwo Pokrywania Wpływu, a Spółdzielnia Pracy Artystów Prawników więc efekty odrobinę odbiegały od zamierzonych, ale takie drobiazgi nie zrażały reformatorów. Wszak skoro sądy reformuje się bez przerwy od 25 lat to znaczy, że tak właśnie ma być, przecież nie może być tak że kolejnych 25 ministrów się myliło co do tego, jak należy prowadzić politykę w zakresie wymiaru sprawiedliwości.
Jednym z elementów umenadżerniania zarządzania sądami było wprowadzenie biznesowych metod zarządzania zasobami ludzkimi. Zorganizowano więc szeroko zakrojone szkolenia dla kadry "kierowniczej" sądów by nauczyć ich jak należy zarządzać sędziami, motywować ich i dbać o zaangażowanie w realizację misji. Ci zaś pojechali, wyszkolili się, wrócili, i zaczęli wdrażać. Ech, działo się. Niektóre pomysły wzbudzały zdziwienie, inne zażenowanie, jeszcze inne uśmiech politowania, albo nawet i histeryczny rechot gdy opowiedziało się znajomym co to nasz kochany prezes wymyślił po powrocie z tego szkolenia dla poganiaczy wielbłądów. Przy okazji wymiany doświadczeń okazało się też, że generalnie pomysły wdrażane w różnych częściach kraju powtarzają się, tak jakby wszyscy działali według jednych wytycznych z Ministerstwa Mania Kontroli Nad Sędziami. Zastanawiałem się czy udałoby się jakoś wejść w posiadanie takowych wytycznych, zapewne tajnych przez poufne... i udało się. Poświęcona rzeczonej materii broszurka wydana - a jakże - przez Ministerstwo Sprawiedliwości została mi ukradkiem wręczona przez zaufaną czytelniczkę podczas spotkania w ciemnej piwnicy.
Rzeczona publikacja - opatrzona gryfem najwyższego użytku służbowego - poświęcona jest generalnie zarządzaniem zasobami kadrowymi Ministerstwa, ale znajduje się w niej także rozdział poświęcony "środkom aktywizowania kadry sędziowskiej". Rozdział ten może zatem zawierać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania w kwestii przyczyn motywowania sędziów przy wykorzystaniu sposobów wyglądających jak wzięte wprost z jakiegoś korpopodręcznika hodowli lemingów. Poczytajmy więc co tam piszą:
"W procesie oddziaływania na wyniki pracy sędziów przeważały dotychczas bodźce negatywne. Na stwierdzaniu uchybień i ich eliminacji oraz na ocenie niedostatecznej wydajności koncentrowały się na ogół działania nadzorcze, co przy równoległym braku uznania i pochwał, prowadziło niejednokrotnie do zniechęcenia. Wyprowadzano ujemne oceny, niekiedy nawet niewspółmierne do faktów jednostkowych uchybień, bez możliwości właściwej ich oceny na tle całokształtu pracy danego sędziego"
Nooo, pięknie. Wygląda na to, że ktoś jednak zauważył, że nie może działać dobrze system, w którym nagrodą za dobrą pracę jest (jak dobrze pójdzie) brak kary, a zamiast kija i marchewki jest kij albo inny kij. Czepianie się tylko wydajności, czyli załatwialności, pokrycia i braku "gliwickich" minusów w systemie bez patrzenia chociażby na to, ile danemu sędziemu dano na raz do zrobienia to właśnie jest to, co w systemie nadzoru jest złe. Jakoś jednakże nie wydaje mi się, żebym zauważył, aby ta wytyczna jakoś przełożyła się na praktykę. No cóż, może dalej będzie coś o tym "uznaniu i pochwałach". Czytajmy:
"Przywrócić trzeba w pierwszej kolejności właściwą rolę nagród i wyróżnień. Stać się one muszą rzeczywistym wyznacznikiem obiektywnej oceny sędziów wyróżniających się w spełnianiu zadań. Zasadą powinno być wręczanie ich publicznie z przekazaniem pełnego umotywowania nie tylko podstaw przyznania ale i zróżnicowania"
No, to chyba mamy odpowiedź na pytanie czemu służą te zebrania pochwalno - połajalne na których omawia się wyniki statystyczne, wyraża szczere podziękowanie za wysiłek i zaangażowanie, apeluje o wzmożenie starań i w ogóle. I wymienia kto tam się najbardziej ostatnio wyróżnił w sprawności, załatwialności, ilości uzasadnień i w ogóle. Chodzi o nagrodzenie i zmotywowanie... że też się nie domyśliłem. Ale co mi z tego, że mnie pochwalono? Ma mnie z tego powodu rozpierać duma? To nie przedszkole. Czytajmy dalej:
"Należałoby ponadto rozszerzać inne formy jak pochwały i wyróżnienia na zebraniach, dyplomy i listy pochwalne, przy niektórych okazjach także nagrody rzeczowe"
I wszystko jasne. A tak się zastanawialiśmy kto wpadł na pomysł wręczania dyplomów za najlepszą załatwialność czy co tam akurat się trafiło. Listy pochwalne też zresztą gdzieś były bo ktoś opowiadał jak to się uśmiali jak prezes im taki przysłał drogą służbową. A o piórach wiecznych wręczanych w nagrodę za dużo uzasadnień napisanych w terminie (bo oczywiście wszyscy wiedzą że w orzekaniu najważniejsze jest napisanie w terminie uzasadnienia) to sam słyszałem, chociaż muszę przyznać że nie uwierzyłem. Ale jak widać pewnie to była prawda, bo wytyczne coś takiego przewidują. Kto wie, może i inne rzeczy w które nie wierzyłem okażą się prawdopodobne. Zobaczmy co tam jeszcze zalecają:
"Inną formą aktywizowania mogłoby być organizowanie spotkań - z kierownictwem resortu lub odpowiednio lokalnie kierownictwem sądu - sędziów wyróżniających się w poszczególnych dziedzinach"
To, że w Ministerstwie organizowane były narady najwyższych nadzorców z podsekretarzami stanu co do doskonalenia metod poganiania sędziów i ograniczania warcholstwa to słyszałem i w to wierzyłem. Natomiast nie wierzyłem, że pewien prezes pewnego sądu stosował jako środek motywacyjny zapraszanie najlepszych sędziów na spotkanie ze swą osobą, a potem na uroczysty obiad czy też kolację. Ale pewnie to była prawda, bo w końcu w resorcie mądrzy ludzie napisali że tak powinno się robić. Najwidoczniej uznali, że spożycie posiłku z prezesem daje motywację do dalszego zarywania nocy i pisania uzasadnień w czasie urlopu, żeby były w terminie. Ja bym tak daleko idącego wniosku nie wyciągnął... ale ja przecież nie jestem specjalistą od zarządzania zasobami ludzkimi. Widać są jakieś amerykańskie badania, że to tak działa. Patrzmy dalej:
"Wydaje się celowe zapraszanie na uroczystość wprowadzania nowomianowanego sędziego na urząd, obok przedstawicieli władz, przodujących działaczy społecznych i przedstawicieli miejscowych środowisk robotników i chłopów. Wydaje się też, iż nowo mianowanego sędziego sądu wojewódzkiego powinno się przedstawić I Sekretarzowi KW PZPR i Wojewodzie, a sędziego sądu rejonowego - I Sekretarzowi Komitetu PZPR i naczelnikowi miasta siedziby sądu"
No dobra. Jak już pewnie wszyscy się domyślili wszystkie powyższe cytaty nie zostały zaczerpnięte z najnowszej instrukcji wprowadzania menadżerskiego sposobu motywowania sędziów. Pochodzą one z broszurki Ministerstwa Sprawiedliwości pod tytułem "Podstawowe kierunki pracy z kadrą sędziowską w resorcie sprawiedliwości" wydanej w styczniu 1977 r. Jak widać czasy się zmieniają, a wytyczne nie. Ale w końcu nie powinno to dziwić... wszak wtedy państwo miało nad sędziami pełną kontrolę, a dzisiaj ponownie dąży do osiągnięcia tego stanu. Po co więc wymyślać na nowo koło, skoro odpowiednie instrukcje już są...
Rzeczona broszurka zawiera znacznie więcej interesujących uwag i sugestii co do tego jak należy zarządzać sędziami. Jest w niej np. rozdział poświęcony ocenom okresowym sędziów... i naprawdę ciekawi mnie ile wytyczne z 1977 r. mają wspólnego z tym, co niedawno uchwalono. Któregoś dnia znowu do niej zajrzę...
W pozwach wnoszonych przez poszkodowanych w wypadkach drogowych dość często pojawia się pewien szczególny rodzaj roszczenia - roszczenie o zwrot kosztów opieki sprawowanej przez osobę bliską. Zazwyczaj chodzi o to, że jak ów połamaniec po wypisaniu ze szpitala był już w domu, to trzeba mu było pomóc umyć się, ubrać, ugotować obiad, zaprowadzić do lekarza, i to w sumie tak przez kilka godzin dziennie. Rzadko kiedy przy tym dla wykonania tych czynności zatrudniana jest faktycznie opiekunka, opiekę taką sprawują zwykle osoby bliskie - żona, partner, rodzice, dzieci. Skąd więc tutaj jakieś koszty? No cóż, ja też nie wiem, ale roszczenie wygląda zwykle tak, że sumuje się te wszystkie godziny opieki, mnoży je przez stawkę godzinową za usługi opiekuńcze stosowaną przez Ośrodek Pomocy Społecznej i tak otrzymanej sumy jako "kosztów opieki osoby trzeciej" żąda się od ubezpieczyciela sprawcy, powołując się na art. 444 §1 kc, i podpierając się "utrwalonym poglądem doktryny" że fakt sprawowania opieki przez osobę bliską nie wyklucza żądania zwrotu kosztów.
Od samego początku nie podobały mi się takie roszczenia - sprawiały wrażenie mocno naciąganych a miejscami nawet nieprzyzwoitych - bo przecież skoro małżonkowie winni są sobie wzajemną pomoc i opiekę to o jakich "kosztach" można tu mówić. No ale skoro jednolite orzecznictwo i doktryna, no i wszyscy zasądzają to pewnie tak trzeba, trudno. Ale pewnego dnia postanowiłem sprawdzić jak to jest naprawdę z tymi kosztami, i czy faktycznie istnieją jakieś poważne i przekonywające argumenty za zasądzaniem takich "kosztów". Postanowiłem więc sięgnąć do źródeł (zawsze jest to dobry pomysł) i oto co tam znalazłem.
Sam przepis art. 444 §1 kc stanowi:
"W razie uszkodzenia ciała lub wywołania rozstroju zdrowia naprawienie szkody obejmuje wszelkie wynikłe z tego powodu koszty."
Hmmm... przepis mówi, że zwrotowi na rzecz poszkodowanego powinny podlegać "wynikłe z uszkodzenia ciała koszty". Czy jednak opieka sprawowana przez żonę generuje jakieś "koszty"? Sięgnąłem więc do mądrości komentatorów, by ustalić czego nie rozumiem w tej sprawie i gdzie tkwi błąd w moim rozumowaniu. W "dużym" komentarzu Becka pod redakcją prof. dr hab. Krzysztofa Pietrzykowskiego znalazłem na ten temat tylko stwierdzenie, iż
"fakt ponoszenia całego ciężaru opieki nad poszkodowanym w czasie leczenia i rehabilitacji przez członków najbliższej rodziny nie zwalnia osoby odpowiedzialnej od zwrotu kwoty obejmującej wartość tych świadczeń".
Stwierdzenie to potwierdzałoby zatem tezę, iż poszkodowany ma prawo żądać zwrotu wartości świadczeń opiekuńczych świadczonych na jego rzecz przez własną małżonkę. Problem w tym, że stwierdzenie to wypowiedziano niejako ex cathedra, bez żadnego uzasadnienia tego poglądu. Komentator ograniczył się jedynie do powołania na jego poparcie sygnatur orzeczeń Sądu Najwyższego, z których teza ta miałaby wynikać, to jest wyroków w sprawach I PR 28/69, II CR 365/73, i V CSK 57/11.
Następnie sięgnąłem do dostępnego w systemie Legalis komentarza elektronicznego Becka pod redakcją dr Konrada Osajdy, gdzie napisano, iż
"Jeżeli w wyniku doznanego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia poszkodowanemu potrzebna jest opieka (stała lub tymczasowa - np. w czasie, gdy nie był w stanie samodzielnie funkcjonować), odszkodowanie obejmuje także koszty tej opieki. Nie jest konieczne, aby poszkodowany rzeczywiście opłacił koszty takiej opieki, stanowią ono element należnego poszkodowanemu odszkodowania nawet wtedy, jeśli opieka sprawowana była przez członków rodziny poszkodowanego nieodpłatnie Szkodą jest już bowiem konieczność zapewnienia opieki, natomiast zapewnienie sobie przez poszkodowanego taniej lub nawet nieodpłatnej opieki nie zmniejsza szkody."
Także i ten komentator nie uznał za stosowne przedstawić jakiegoś szerszego uzasadnienia swego poglądu, ograniczając się do wskazania, iż odpowiada on "trafnym" orzeczeniom Sądu Najwyższego wydanym w sprawach I PR 28/69, i II CR 365/73.
W trzecim komentarzu, tym razem z systemu LEX pod redakcją prof. Adama Olejniczaka znalazłem stwierdzenie, iż:
"poszkodowany może domagać się zwrotu kosztów opieki nad nim i kosztów rehabilitacji poniesionych przez członków jego najbliższej rodziny "
tradycyjnie już chyba opatrzone jedynie powołaniem sygnatur kilku orzeczeń Sądu Najwyższego jako mających potwierdzać słuszność wyrażonego przez komentatora poglądu, to jest II CSK 474/06, I PR 28/69 i II CR 365/73;
Jak wynika z powyższego komentatorzy nie wnikali za bardzo w kwestię dlaczego poszkodowany ma dostać pieniądze za to, że żona się nim opiekowała po wypadku, odsyłając zgodnie do kilku orzeczeń Sądu Najwyższego: I PR 28/69, II CR 365/73 II CSK 474/06 i V CSK 57/11. Nie żebym nie ufał autorom komentarzy, bądź powątpiewał w ich zawodową kompetencję, ale te wszystkie lata za stołem sędziowskim nauczyły mnie, że każde powołanie na orzeczenie Sądu Najwyższego należy sprawdzać. Bo może się okazać, iż powołany judykat w rzeczywistości stwierdza coś zupełnie przeciwnego niż pan dr hab. adw. próbuje nam imputować.
A zatem po kolei, zacznijmy od najstarszego. Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 4 marca 1969 r. sygn. akt I PR 28/69 . Teza tego orzeczenia brzmi:
"Pod rządem kodeksu cywilnego (art. 444 § 2) jest nadal aktualna wyrażona w orzecznictwie Sądu Najwyższego wykładnia art. 161 § 2 k.z., że prawo poszkodowanego z wypadku przy pracy do ekwiwalentu z tytułu zwiększonych potrzeb, polegających na konieczności korzystania z opieki osoby trzeciej, nie jest uzależnione od wykazania, iż poszkodowany efektywnie wydał odpowiednie kwoty na koszty opieki. Okoliczność zaś, że opiekę nad niedołężnym poszkodowanym sprawowali jego domownicy (żona lub córka, nie pozbawia go prawa żądania zwiększonej z tego tytułu renty uzupełniającej opartej na przepisie art. 161 § k.z. - podobnie jak nie powoduje utraty prawa do renty uzupełniającej za okres ubiegły fakt, że poszkodowany pozostawał w tym czasie na utrzymaniu rodziny (art. 444 § 2 k.c.)."
I już mamy pierwszy problem, bo jak wynika wyraźnie z tezy tego orzeczenia wyrażony w nim pogląd dotyczy roszczenia opisanego w art 444 §2 kc, czyli tzw. renty z tytułu zwiększonych potrzeb, nie zaś kosztów leczenia o których mówi art. 444 §1 kc. Jeśli zaś sięgniemy do uzasadnienia tego wyroku okaże się, że wydano go w sprawie, której przedmiotem było właśnie przyznanie renty uzupełniającej. Sąd Najwyższy w uzasadnieniu tego orzeczenia w ogóle nie odnosi się do kwestii traktowania kosztów opieki sprawowanej nad poszkodowanym jako "kosztów wynikających ze szkody", powoływanie się na owo orzeczenie w na poparcie roszczenia przewidzianego w art. 444 §1 kc jest zatem nie do końca uzasadnione.
Drugi z cytowanych wyroków, wyrok z dnia 4 października 1973 r. sygn. akt II CR 365/73 zawiera w swej tezie stwierdzenie, iż:
"Jeżeli pracująca zarobkowo żona - w celu pielęgnacji męża, który doznał uszkodzenia ciała na skutek czynu niedozwolonego - porzuciła pracę zarobkową i z tego powodu poniosła straty, poszkodowanemu przysługuje prawo żądania odszkodowania z tego tytułu w ramach art. 444 § 1 k.c. Jeżeli jednak taka pielęgnacja i opieka mogłaby być wykonywana przez osobę trzecią, wysokość odszkodowania z tytułu utraty zarobków przez żonę nie może przekraczać wynagrodzenia osoby mającej odpowiednie kwalifikacje do wykonywania tych czynności."
No cóż, pewnym plusem jest tutaj to, że to orzeczenie przynajmniej odnosi się do właściwego roszczenia, czyli roszczenia przewidzianego w art. 444 §1 kc. Ale teza odnosi się do przypadku utraty zarobków przez osobę bliską, która w skutek konieczności sprawowania opieki porzuciła pracę zarobkową. Jest to zatem inny przypadek niż opieka nad obłożnie poranionym po wypadku sprawowana przez 2-3 godziny dziennie, bo tego rodzaju opieka zwykle nie skutkuje utratą zarobków. Ponownie też, jeżeli zerkniemy do uzasadnienia wyroku zobaczymy, iż Sąd Najwyższy wyrokował w sprawie, w której powód wywodził swe roszczenie z faktu, iż jego żona musiała zrezygnować z pracy by się nim opiekować, w skutek czego utraciła zarobki z tego tytułu. Co więcej z uzasadnienia tego wynika, iż Sąd Najwyższy uchylając zaskarżony wyrok Sądu Wojewódzkiego nakazał zbadanie "czy powód musiał korzystać z pomocy osoby trzeciej oraz czy opieka żony, spełniającej jednocześnie obowiązki zawodowe, nie była wystarczająca, skoro powód powrócił do domu po wypisaniu go ze szpitala i w związku z tym stan jego zdrowia mógł nie wymagać stałej opieki. ". To sugeruje, że zdaniem Sądu Najwyższego przesłanką żądania tego rodzaju odszkodowania jest fakt poniesienia szkody przez małżonka sprawującego opiekę - szkody polegającej na utracie zarobków w skutek porzucenia pracy. Jest to zatem pogląd zupełnie sprzeczny z poglądem jakoby odszkodowanie należało się za sam fakt sprawowania opieki.
Trzeci powoływany wyrok to wyrok z dnia 15 lutego 2007 r. sygn. akt II CSK 474/06, w którego tezie wskazano:
"1. Korzystanie z pomocy innej osoby i związane z tym koszty stanowią koszty leczenia w rozumieniu art. 444 § 1 k.c. Legitymacja czynna w zakresie żądania zwrotu tych kosztów przysługuje poszkodowanemu niezależnie od tego, kto sprawuje opiekę nad nim (osoba bliska, np. żona lub osoba inna).
2. Ewentualny rozmiar roszczenia przysługującego poszkodowanemu, jeżeli konieczna jest mu pomoc innej osoby, zależy od wysokości dochodu utraconego przez żonę rezygnującą z pracy lub działalności gospodarczej, a gdy opieka może być wykonywana przez osobę trzecią - wysokość odszkodowania z tytułu utraty zarobków przez żonę nie może przekraczać wynagrodzenia osoby mającej odpowiednie kwalifikacje do wykonywania takiej opieki."
Wyrok ten stanowi zatem w zasadzie powtórzenie stanowiska zawartego w cytowanym wyżej wyroku z dnia z dnia 4 października 1973 r. sygn. akt II CR 365/73. Ponownie bowiem Sąd Najwyższy stwierdza iż legitymacja czynna w wypadku roszczeń z art. 444 §1 kc przysługuje pozwanemu, zaś rozmiar roszczenia zależy od wysokości dochodu utraconego przez żonę, lecz nie może ono przekraczać kosztów zatrudnienia fachowej opiekunki. Sąd Najwyższy w uzasadnieniu tego orzeczenia odwołuje się zresztą wprost do swego wcześniejszego wyroku. Co ciekawe przy tym także i ta sprawa miała źródło w roszczeniu opartym o tezę, iż żona powoda w skutek konieczności sprawowania nad nim opieki utraciła dochody z prowadzonej działalności gospodarczej, zaś zasadniczą kwestią sporną było to, czy konieczne było osobiste sprawowanie przez nią opieki, czy też uzasadnione w tym przypadku byłoby zatrudnienie fachowej pomocy. Ponownie zatem orzeczenie to ma się nijak do roszczeń o zapłatę za opiekę faktycznie sprawowaną przez żonę według stawek stosowanych przez ośrodki pomocy społecznej.
Ostatnim z orzeczeń Sądu Najwyższego powoływanych "na poparcie" stanowiska o dopuszczalności żądania zwrotu kosztów opieki sprawowanej przez żonę jest wyrok z dnia 8 lutego 2012 r. sygn. akt V CSK 57/11. Wyrok ten jednak ponownie odnosi się wyłącznie do roszczenia o rentę z tytułu zwiększonych potrzeb, przewidzianą w art. 444 §2 kc. Wynika to zresztą wprost z jego sentencji:
"Renta z art. 444 §2 k.c. ma charakter kompensacyjny, stanowi formę naprawienia szkody. Nie jest to renta o charakterze socjalnym, a jej dochodzenie związane jest z ustaleniem szkody, pozostającej w adekwatnym związku przyczynowym ze zdarzeniem sprawczym. Celem renty jest naprawienie szkody, co nie oznacza, że może pokrywać tylko te wydatki, które poszkodowany rzeczywiście poniósł. Dla jej zasądzenia wystarcza bowiem samo istnienie zwiększonych potrzeb, bez względu na to, czy pokrzywdzony poniósł koszt ich pokrycia. Renta przysługuje także w sytuacji, w której opiekę sprawowali nieodpłatnie członkowie rodziny, czy też opiekunka."
Orzeczenie to ponownie zatem stanowi w zasadzie powtórzenie stanowiska zawartego w wyroku z dnia z dnia 4 marca 1969 r. sygn. akt I PR 28/69, to jest iż prawo do renty nie jest uzależnione od faktu poniesienia wydatków na realizację zwiększonych potrzeb, a co za tym idzie fakt sprawowania opieki nieodpłatnie przez osobę bliską nie wyklucza żądania renty. I zupełnie słusznie, ale ponownie ma się to nijak do kwestii żądania naprawienia szkody polegającej na tym, że żona po pracy opiekowała się mężem.
Pozostaje zatem odpowiedzieć na pytanie, czy w świetle powyższego można uznać za prawdziwe stwierdzenie komentatora, iż "poszkodowany może domagać się zwrotu kosztów opieki nad nim i kosztów rehabilitacji poniesionych przez członków jego najbliższej rodziny". Czy może on ująć wśród zgłaszanych roszczeń także roszczenie o "zwrot kosztów opieki sprawowanej przez żonę" w wymiarze 3 godzin dziennie według stawki MOPS dla usług opiekuńczych? Wydaje się że jednak nie. Powoływane na poparcie takiej tezy orzeczenia Sądu Najwyższego w sprawach sygn. akt II CR 365/73 i II CSK 474/06 dopuszczają jedynie żądanie zwrotu zarobków faktycznie utraconych przez ową żonę w związku z koniecznością sprawowania opieki nad mężem, a i to tylko do wysokości wynagrodzenia fachowej opiekunki. Nie ma w nich mowy o zwrocie wynagrodzenia należnego żonie za opiekę nad mężem. Z kolei wyroki zapadłe w sprawach sygn. akt I PR 28/69 i V CSK 57/11 odnoszą się do zupełnie innego roszczenia - do roszczenia o zapłatę renty z tytułu zwiększonych potrzeb, a zatem roszczenia mającego zupełnie inne przesłanki. Tu faktycznie Sąd Najwyższy dopuszcza zasądzenie, nawet z datą wsteczną, renty obejmującej także koszt zatrudnienia opiekunki, nawet jeżeli opieka była faktycznie sprawowana przez małżonka. Ale renta to nie to samo co zwrot kosztów, jeżeli więc powód reprezentowany przez zawodowego pełnomocnika domaga się wyraźnie zasądzenia kosztów opieki sprawowanej przez żonę jako "kosztów leczenia" na podstawie art. 444 §1 kc nie pozostaje chyba nic innego jak tylko oddalić w tej części powództwo.
Przy okazji pozdrawiam słuchaczy Akademii Jedi, bo podobno mnie pilnie czytają. Nie wierzcie na słowo. Sprawdzajcie. Nie wszytko jest takie, jak to opisują w komentarzach.

References: art. 444
 art. 444
 art. 161
 art. 161
 art. 444
 art. 444
 art. 444
 art. 444
 art. 444
 art. 444
 art. 444
 art. 444
 art. 444