Source: http://prawo-ip.blogspot.com/2013/
Timestamp: 2017-04-27 07:07:23+00:00

Document:
2013 ~ Własność intelektualna w praktyce
Wyrok z dnia 12 lipca 2013 r. (sygn. akt I C 504/12) Doniu ca. Dolczewski
Poniżej znajduje się obszerny fragment uzasadnienia wyroku Sądu Okręgowego Warszawa-Praga z dnia 12 lipca 2013 r. (sygn. akt I C 504/12). Wersja skrócona z komentarzem znajduje się tutaj.
Powód wniósł [m. in.] o zobowiązanie strony pozwanej do opublikowania oświadczenia o ww. treści w internetowym wydaniu dziennika „,Gazeta Wyborcza", na głównej stronie serwisu w formacie 350 pixeli na 250 pixeli, czarną czcionką Times New Roman o rozmiarze 12 pkt., w terminie 3 dni od dnia uprawomocnienia się wyroku i utrzymywanie tego oświadczenia na, głównej stronic wskazanego serwisu internetowego przez kolejne 14 dni, a następnie umieszczenie tego oświadczenia w internetowym archiwum serwisu ww.gazeta.pl.
Nadto, inicjator postępowania zażądał zobowiązania D. D. D. do opublikowania powyższego oświadczenia na profilu pozwanego na portalu społecznościowym Facebook oraz na stronie internetowej http://www.facebook.com/(...) znajdującej się na portalu społecznościowym Facebook której właścicielem jest pozwany.
Uzasadniając swoje stanowisko D. D. wskazał, że we wrześniu 201 Ir, bez jego wiedzy i zgody, ktoś ze sztabu wyborczego zamieścił na jego prywatnym koncie na profilu Facebook odesłanie do odnalezionego w sieci utworu pt. „Celebryci z PiS - prawdziwe twarze - spot wyborczy / Gwiazdy reklamy i show”. Pozwany oświadczył przy tym, iż nie był on autorem tego teledysku, jak również nie wie, kto ów film zmontował. Strona pozwana stanęła na stanowisku, że na jej profilu nie został umieszczony spot, a jedynie odnośnik do niego na stronie www.youtube.com i każde wyświetlenie go przez osoby trzecie było niezależne od woli i działania właściciela prywatnego profilu. Pozwany utrzymywał przy tym, że nie był świadomy, aby ww. utwór został wykonany z naruszeniem praw autorskich innych osób, w tym, powoda, zaś gdy powziął wiedzę w tym przedmiocie, usunął link do klipu ze swego profilu. D. D. twierdził również, iż stosowanie odesłań do innych stron internetowych, tzw. linków, nie stanowi naruszenia prawa autorskiego. Każdy użytkownik sieci www, po wejściu na profil D. D. mógł zapoznać się z treścią tego teledysku - za pośrednictwem tzw. głębokiego linkowania - po naciśnięciu ikony „Play" filmik był odtwarzany na profilu pozwanego, bez konieczności przechodzenia na stronę www.youtube.com.
Wideoklip powstał bez wiedzy i zgody członków zespołu A. Do jego produkcji wykorzystano fragment teledysku do piosenki w sferze fonicznej. Materiał o charakterze audiowizualnym przedstawiał młode kandydatki do Sejmu RP z ramienia ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość (tzw. „Aniołki PiS”), startujące z list tejże partii a zaprezentowane przy akompaniamencie fragmentu utworu pt. „(…)” - w tle rozbrzmiewał refren tej piosenki w słowach: „(…)”.
Pod wpływem negatywnego, medialnego i społecznego odbioru sporu umieszczonego na profilu D. D. usunięto link do klipu.
D. D. wskutek ww. wydarzeń, umieścił nadto na swym profilu oświadczenie, w którym oznajmił, iż został wychowany w duchu szacunku względem kobiet oraz zagwarantował, że podobne zdarzenie nie będzie miało nigdy miejsca. Kandydat Platformy Obywatelskiej oświadczył, że osoba ze sztabu wyborczego, odpowiedzialna za wpis na portalu Facebook, została odsunięta od obowiązków. D. G. na łamach profilu na portalu Facebook oznajmił, iż zarówno on, jak i zespół A. nie wyrazili zgody na wykorzystanie przez D. D. utworu pt. „…”. (…) Powód, zwłaszcza w ciągu pierwszych sześciu miesięcy po udostępnieniu na profilu pozwanego linka do klipu, spotykał się z inwektywami ze strony osób, niezadowolonych z wykorzystania oryginalnego utworu „…” do kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej lub ugrupowania politycznego w ogóle.
Sąd nie dal wiary D. D. w zakresie, w jakim twierdził on, iż profil, na którym umieszczono sporną treść był profilem prywatnym. (…) Nadto, zeznania D. D. należało w opinii Sądu, oceniać ze szczególną dozą ostrożności, a to z uwagi na fakt, iż pozwany, wkrótce po wybuchu skandalu z udziałem jego osoby, oświadczył, że członek sztabu wyborczego, odpowiedzialny za wklejenie linku na profilu został odsunięty od wykonywanych zadań, zaś w ramach niniejszego postępowania konsekwentnie zeznawał, że nie wie, kto ów film umieścił. Nie powinno budzić jakichkolwiek wątpliwości, że jedno z ww. oświadczeń nie jest zgodne z prawdą i wygłoszono je intencjonalnie. Nie miało przy tym znaczenia, czy adresatem nieprawdziwej wypowiedzi byli potencjalni wyborcy, czy Sąd orzekający w sprawie.
Sąd uznał, iż roszczenia objęte pozwem D. G., co do zasady, znajduje swe źródło w treści art. 78 ust. 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. W myśl tego przepisu, twórca, którego autorskie prawa osobiste zostały zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania. W razie dokonanego naruszenia może także żądać‚ aby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełnia czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, W szczególności, aby złożyła publiczne oświadczenie o odpowiedniej treści i formie. Jeżeli naruszenie było zawinione, sąd może przyznać twórcy odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę lub - na żądanie twórcy zobowiązać sprawcę, aby uiścił odpowiednią sumę pieniężną na wskazany przez twórcę cel społeczny.
Zarówno pozwany, jak i autor wyborczego spotu, a także osoba, która ów klip uieściła w sieci www za pośrednictwem serwisu You Tube nie uzyskali zgody D. G. ani pozostałych członków A. na wykorzystanie ich piosenki lub teledysku do tegoż utworu (niesporne), w celach wyborczych lub jakichkolwiek innych.
Nie bez znaczenia, dla oceny zawinienia pozwanego, jest to, iż w chwili zakładania konta na portalu Facebook, D. D. musiał zaakceptować regulamin tej witryny (dostępny dla każdego na stronie www.facebook.com) i zawrzeć umowę z dostawcą usługi - właścicielem portalu. To, czy pozwany faktycznie zapoznał się wówczas z treścią obowiązującego na stronie Facebook. com regulaminu, czy nie, nie ma jakiegokolwiek znaczenia, choć należy uznać, że każdy racjonalnie myślący uczestnik obrotu czyta postanowienia umowy, którą zamierza zawrzeć. Innymi słowy, każdy aktywny (posiadający w żądanym czasie możliwość korzystania z profilu) użytkownik Facebook musi być traktowany, jako osoba, która zna i akceptuje ów regulamin.
Zgodnie z pkt. 2. Regulaminu każdy użytkownik jest właścicielem wszystkich treści i informacji publikowanych przez siebie w serwisie Facebook i może określać sposób udostępniania ich poprzez ustawienia prywatności oraz ustawienia aplikacji. Nadto, w myśl art. 3 ust. 10 Regulaminu zabronione jest wykorzystywanie serwisu Facebook do celów niezgodnych z prawem, wprowadzających w błąd, złośliwych lub dyskryminacyjnych, a przede wszystkim, zabronione jest udostępnianie swojego hasła (lub poufnego klucza w przypadku twórców aplikacji), zezwalanie innym na uzyskanie dostępu do własnego konta oraz wykonywanie innych czynności, które mogą spowodować spadek poziomu bezpieczeństwa konta, jak również zabronione jest przekazywanie swojego konta (a także administrowanej przez siebie strony lub aplikacji) innej osobie bez wcześniejszego uzyskania naszego zezwolenia w formie pisemnej (art. 4 ust. 8 i 9 Regulaminu).
D. D. swym zachowaniem nie tylko uchybił ww. regułom, ale doprowadził do naruszenia także zasad bezpieczeństwa Facebook - „Standardów Społeczeństwa Facebooka", stanowiących część regulaminu i wymagających, aby przed opublikowaniem treści na Facebook użytkownik upewnił się, że posiada do tego prawo. Usługodawca prosi o respektowanie praw autorskich.
Warto zaznaczyć, iż zgodnie z treścią art. 2 ust. 4 Regulaminu Facebook, gdy użytkownik publikuje treści lub informacje, korzystając z ustawienia „Publiczne", zezwala on wszystkim, w tym osobom niebędącym użytkownikami Facebooka, na uzyskiwanie dostępu i wykorzystywanie informacji, a także wiązanie ich z użytkownikiem (tj. jego imieniem i nazwiskiem oraz zdęciem profilowym). Sąd nie podzielił także poglądu reprezentowanego przez D. D. podług którego to udostępnianie linków do materiałów naruszających prawa autorskie, samo w sobie, nie jest naruszeniem, tychże. A contrario, prowadzenie profilu, zwłaszcza na tak popularnej stronie www, i umieszczanie na niej odnośników, stanowi o istocie rozpowszechniania treści pod nimi dostępnych. (…) Niezależnie od tego, czy spot zmontował i umieścił w sieci pozwany, czy też osoba trzecia, przez to, że D. D. umożliwił niepowołanej osobie wklejenie linku na swój profil, upowszechnił ów spot. Zatem, należało uznać, iż po stronie D. D. doszło do działania, którym naruszył on osobiste prawa autorskie, przysługujące powodowi. Wszak wskutek zaniedbania albo celowego działania (którego nie sposób w ustalonym stanie faktycznym jednak przypisać) pozwanego doszło do wysoce skutecznego rozpowszechnienia niezgodnej z prawem autorskim treści. (…) Co więcej, z uwagi na treść rzeczonego klipu i atmosferę skandalu, generowanej skutecznie przez media, film, lub choćby informacje o jego zawartości dotarły także do osób niekorzystających z komputerów lub sieci www. Bez wątpienia, gdyby nie niedbałość D. D., sprawy nie przybrałyby takiego obrotu.
Poza sporem pozostaje jednak, iż pozwany skorzystał z naruszenia praw autorskich powoda w znaczeniu takim, że z osoby znanej tylko określonemu kręgowi zaangażowanych politycznie i społecznie osób (nieznanej w powszechnym rozumieniu) stał się postacią rozpoznawalną. To, że łączono go z obcesowym i przedmiotowym traktowaniem kobiet nie wyłącza ewidentnych korzyści, jakie w czasie wyborów niesie nagły i znaczny wzrost popularności, choćby tej o negatywnym oddźwięku. Niezależnie od tego jednak, nie sposób przypisać pozwanemu przesłanki świadomości korzystania ze szkody. Geneza rozgłosu dokonała się poza wiedzą pozwanego, a w każdym razie nie przedstawiono dowodów, które pozwalałyby na biegunowo odmienne ustalenia.
W uznaniu Sądu, słusznym będzie nakazanie pozwanemu opublikowania oświadczenia jedynie na profilu pozwanego, prowadzonym przez serwis społęcznościowy Facebook. Publikacja ta nie może przy tym pozostawiać wątpliwości co do osoby, która umieści ją na swojej stronie (profilu) dostępnym po wpisaniu stosownej ścieżki dostępu w oknie przeglądarki internetowej, a także co do przyczyn jej publikacji.
Wśród instrumentów prawnych służących do ochrony własności intelektualnej w obrocie gospodarczym istotne miejsce zajmują patenty oraz tajemnice przedsiębiorstwa. Zakres takiej ochrony, czas jej trwania oraz przesłanki konieczne do jej uzyskania są różne, a wręcz wykluczające się. Patentem jest udzielenie czasowego monopolu na wykorzystywanie wynalazków w zamian za publikację zasad ich działania. Tajemnicą przedsiębiorstwa są informacje posiadające wartość gospodarczą dla przedsiębiorcy, które nie zostały ujawnione do wiadomości publicznej i zostały podjęte działania konieczne dla zachowania ich poufności. Dlatego konieczne jest czasem podejmowanie świadomiej decyzji – jaka ochrona będzie optymalna w danym przypadku oraz odpowiedź na pytanie podstawowe – czy ujawniać dane rozwiązanie.
Aby wynalazek uzyskał ochronę, musi spełniać trzy warunki. Być nowym (tj. nie stanowić części obecnego stanu techniki), posiadać poziom wynalazczy (tj. nie wynikać dla znawcy w sposób oczywisty ze stanu techniki) oraz nadawać się do przemysłowego stosowania (tj. według wynalazku może być uzyskiwany wytwór lub sam wynalazek może być wykorzystywany w jakiejkolwiek działalności przemysłowej, nie wykluczając rolnictwa).
Tajemnicą przedsiębiorstwa jest każda nieujawniona do wiadomości publicznej informacja techniczna, technologiczna lub organizacyjna przedsiębiorstwa, także jakiekolwiek inne informacje posiadające wartość gospodarczą. Warunkiem koniecznym jest jedynie podjęcie niezbędnych działań w celu zachowania takich informacji w poufności. Tajemnica przedsiębiorstwa obejmuje tym samym nieporównywalnie większy zakres wytwarzanej w obrocie gospodarczym własności intelektualnej. Pojawia się tutaj również podstawowa różnica pomiędzy tymi reżimami prawnymi.
Security Is Everybody’s Business, Graydon J. Gerber
Elementem koniecznym zgłoszenia wynalazku jest opis „ujawniający jego istotę”. Ochronę patentową można zatem uzyskać wyłącznie pod warunkiem ujawnienia tego, co ma być przedmiotem ochrony. Innymi słowy, przedmiot ochrony patentowej (przynajmniej co do swojej istoty) nie może być przedmiotem tajemnicy przedsiębiorstwa, ponieważ ta dla swojego powstania wymaga zachowania go w poufności.
Wspomniany warunek podjęcia działań w celu zachowania przedmiotu ochrony, który ma stanowić tajemnicę, w poufności, jest zarazem jedynym i wystarczającym warunkiem „formalnym” dla objęcia tajemnicy. W przypadku patentu, odkrycie wynalazku jest dopiero początkiem długiej drogi do jego uzyskania.
Porównując złożone, kosztowne i długotrwałe (średnio cztery lata od złożenia zgłoszenia do uzyskania patentu) postępowanie o udzielenie patentu z „formalnościami” koniecznymi do traktowania własności intelektualnej, jako tajemnicy przedsiębiorstwa, trzeba odpowiedzieć na pytanie – jakie korzyści przedstawia system patentowy.
W pierwszej kolejności, tajemnica przedsiębiorstwa musi być faktycznie chroniona i utrzymywana w poufności, aby była skuteczna. Jakkolwiek naruszenie tajemnicy daje możliwość wysuwania roszczeń wobec naruszającego, to udowodnienie takiego postępowania, stanowiącego nieuczciwą konkurencję, może być utrudnione. Ponadto, tajemnica chroni przed naruszeniami, ale nie stanowi przeszkody dla innych przedsiębiorców, żeby podejmowali własne kroki w celu wytworzenia chronionej wartości. Patent tymczasem stanowi swoisty monopol – nawet jeśli konkurent posiada środki techniczne i finansowe do stworzenia wynalazku, to jeśli nastąpi to po dokonaniu zgłoszenia patentowego, nie będzie on uprawniony do jego wykorzystywania w obrocie przez 20 lat od zgłoszenia. Ponadto, choć tajemnica przedsiębiorstwa również może stanowić przedmiot obrotu gospodarczego, to z pewnością patent – jako prawo ściśle sprecyzowane wnioskiem patentowym – daje większą pewność obrotu. Co więcej, z mocy prawa podlega dziedziczeniu.
Jak zostało powiedziane wyżej, ochronę patentową może uzyskać wyłącznie wynalazek, który posiada zdolność patentową – co zdecydowanie ogranicza zakres własności intelektualnej, mogącej być przedmiotem ochrony. Ustawa wprost wyłącza zdolność patentową między innymi:
Wytworzona wiedza przybierająca postać wyżej wymienionych musi być więc chroniona w inny sposób, z których najprostszym, zaraz po ochronie prawnoautorskiej, jest ochrona tajemnicy przedsiębiorstwa.
Powyższy artykuł został oparty na fragmencie wygłoszonego przeze mnie wykładu "Patenty a tajemnica przedsiębiorstwa - co jest bardziej efektywne w ochronie produktu na rynku?" podczas LXI edycji seminarium w cyklu Akademia Prawa Komputerowego - Tajemnice Firmowe i nieuczciwa konkurencja. Aspekty prawne i organizacyjne. 27 sierpnia 2013 roku w Centrum Promocji Informatyki w Warszawie
Na początku lat 30 XX. wieku Giuseppe Cipriani, otworzył w
Wenecji bar pod nazwą Harry's, który wkrótce zyskał renomę w mieście, a
wreszcie stał się rozpoznawalny na świecie. Przez kolejne lata pan Cipriani
rozwijał swój biznes otwierając także kilka hoteli (Locanda Cipriani, Hotel
Cipriani i Hotel Villa Cipriani). Założyciel ustąpił z czasem miejsca swojemu synowi
Arrigo Ciprianiemu oraz wnukowi – Giuseppe Ciprianiemu. Potomkowie rodu
otworzyli kolejne restauracje w Nowym Jorku i Buenos Aires, a także klub w Hong
Kongu, sprzedali natomiast Hotel Cipriani w roku 1967, którego obecnym
właścicielem jest grupa Orient Express. Sam hotel cieszy się renomą, a jego
roczny obrót sięga 30 milionów euro. Nic zatem dziwnego, że właściciele
postanowili chronić tak dochodową nazwę i w roku 1996 Hotel Cipriani uzyskał
wspólnotowy znak towarowy CIPRIANI w klasie hoteli.
W roku 2004 Arrigo i Giuseppe Cipriani otworzyli w Londynie
restaurację “Cipriani London”, co zaowocowało w 2006 roku pozwem Hotelu
Cipriani o naruszenie znaku towarowego, co spotkało się ze – zdumiewającym dla
wielu – uznaniem sądów obu instancji.
W związku z takim obrotem sprawy, restauracja zmieniła swoją
nazwę na “C London”, dodając dopisek „by G. Cipriani”, a następnie modyfikując
go na „managed by Giuseppe Cipriani”, co także spotkało się z reakcją Hotelu
Cipriani. Właściciele restauracji bronili się przed sądem, że takie określenie
przy nazwie restauracji jest nie tyle znakiem towarowym, co określeniem
pochodzenia świadczonych przez restauratorów usług, tzn. wskazaniem nazwiska
restauratora, który restauracją zarządza. Sąd nie zgodził się jednak z takim
uzasadnieniem wskazując, że Giuseppe Cipriani… nie jest osobą znaną wśród
przeciętnego brytyjskiego konsumenta, a co za tym idzie, istnieje ryzyko, że konsument uznałby jego imię i nazwisko
za część nazwy restauracji, co w dalszej kolejności prowadziłoby do możliwości wprowadzenia w błąd, że restauracja związana jest ze znanym Hotelem Cipriani.
Główna linia obrony opierała się na art. 12 lit. (a)
rozporządzenia nr 207/2009 z dnia 26 lutego 2009 r. w sprawie wspólnotowego
znaku towarowego, który brzmi:
Wspólnotowy znak
towarowy nie uprawnia właściciela do zakazania stronie trzeciej używania w
obrocie j ej nazwiska (nazwy) lub adresu pod warunkiem że używanie jest zgodne z uczciwymi praktykami w
przemyśle i handlu.
Sąd zauważył jednak, że sama restauracja nie jest prowadzona
bezpośrednio przez Giuseppe Ciprianiego, ale przez spółkę „Cipriani Grosvenor
Street”. Osobą trzecią w rozumieniu powyższego przepisu była zatem spółka.
Obrona próbowała także szukać podstaw w lit. (b) powyższego przepisu, która
oznaczeń dotyczących
rodzaju, jakości, ilości, przeznaczenia, wartości, pochodzenia geograficznego,
czasu produkcji towaru lub świadczenia usługi, lub też innych właściwości
towarów lub usług
co z kolei zostało odrzucone przez sąd z tego względu, że w
jego ocenie sporne oznaczenie wskazywało raczej na pochodzenie usług, niż ich
jakość lub inne właściwości.
Sąd przyznał natomiast, że chęć oznaczenia (nieformalnie) swojej
restauracji swoim imieniem i nazwiskiem „jest zrozumiała”, natomiast nie
usprawiedliwia możliwego wprowadzania w błąd konsumentów. Możliwego, ponieważ Hotel
Cipriani w Londynie swojego hotelu czy restauracji jeszcze nie ma.
Choć sprawa miała miejsce w Anglii, dotyczy prawa
wspólnotowego, więc może mieć znaczenie również w Polsce (choć u nas nazwiskiem
firmuje się lokale w innym celu).
Konieczność ścisłego wykładania art. 12 przywołanego
rozporządzenia o wspólnotowym znaku towarowym, a także art. 156 ustawy prawo
własności przemysłowej, który podobne zasady przewiduje w odniesieniu do
polskich znaków towarowych, jest oczywista. Czy jednak wyżej opisana historia i
jej finał odpowiada poczuciu sprawiedliwości? Wydaje się, że nie. Sąd zbyt
daleko zaingerował w możliwość prowadzenia biznesu przez wnuka słynnego hotelarza,
a wszystkie rodziny Cipriani prowadzące podobne interesy w Europie, powinny
czuć się zaniepokojone.
Piotr "Vagla" Waglowski zamieścił w swoim serwisie notatkę o projekcie założeń do zmiany ustawy o szkolnictwie wyższym. Jednym z tychże założeń jest "uwłaszczenie naukowców", czyli umożliwienie naukowcom nabywania praw własności intelektualnej do ich pracy wykonywanej na uczelniach. Charakter opublikowanego dokumentu wymusza dyskusję na pewnym poziomie ogólności, ale Vagla przedstawił szereg uwag krytycznych do założeń, z którymi warto się zapoznać.
Jak sam pisze, odnalazł na stronach BIP ministerstwa:
sam projekt (PDF) oraz jego test regulacyjny (PDF). Projekt w takim formacie, by nie dało się go przeszukiwać maszynowo (jak również w prosty sposób zaznaczyć fragmentu, by go potem łatwo przywołać). Nie podoba mi się to.
Uczeni dyskutujący samobójstwo
Koninklijke Bibliotheek - The National Library of The Netherlands
Mnie również się to nie podoba, ale warto przywołać cały fragment z projektu, żeby móc się do niego odnieść. Poniżej zatem obszerny cytat z projektu, do którego odwołuje się Vagla (a który trzeba było przepisać, żeby skopiować poniżej - co w obliczu faktu, że mówimy o rozwoju innowacji w Polsce - zakrawa o przykry żart):
Wprowadzone zostaną rozwiązania przewidujące gwarantowanie pracownikom uczelni publicznych jako twórcom praw własności intelektualnej (prawa autorskie związane zostaną z prawami majątkowymi, w szczególności w zakresie badań stosowanych), zaś w przypadku komercjalizacji wyników badań naukowych i prac rozwojowych, uczelni przypisane zostanie prawo do udziału w dochodach z tej komercjalizacji. Powyższe rozwiązanie ma na celu usprawnienie transferu technologii z uczelni do praktyki gospodarczej, zwłaszcza poprzez zmotywowanie pracowników do aktywnego działania na rzecz komercjalizacji.
Jednym z głównych problemów sygnalizowanych przez środowiska naukowe i przedsiębiorców jest to, że jedynie niewielka część uzyskanych patentów jest komercyjnie wykorzystywana (wskazuje się, że część zgłoszeń dokonywana jest w celu uzyskania punktów w ramach oceny parametrycznej, zaś same zgłoszenia w niewielkim zakresie mogą być wykorzystywane komercyjnie). Proponowane zmiany w zakresie uwłaszczenia naukowców mają na celu przezwyciężenie tych problemów, gdyż kładą nacisk przede wszystkim na wdrożenie wyników badań naukowych.
Pozostawienie majątkowych praw własności intelektualnej pracownikom uczelni jako twórcom praw własności intelektualnej obowiązuje w kilku państwach, przy czym można wskazać na dwa podstawowe modele w tym zakresie:
1) przywileju profesorskiego (Szwecja, Włochy), który zakłada, iż prawa własności intelektualnej przysługują wynalazcom,
2) prawa pierwszeństwa (Austria, Czechy, Dania, Niemcy, Finlandia, Węgry, Litwa), zgodnie z którym pierwszym właścicielem wynalazku jest twórca, ale jego pracodawcy (zasada obejmuje wszystkich pracodawców - publicznych i prywatnych) przysługuje prawo do zgłoszenia roszczenia do wynalazku w określonym terminie. W razie skorzystania z tego prawa przez pracodawcę i opatentowania wynalazku, twórcy należy się wynagrodzenie.
W kilku państwach stosowane są także systemy oparte na rozwiązaniach pośrednich np. w Belgii pierwszym właścicielem jest pracodawca, ale jeśli nie skorzysta z możliwości komercjalizacji, to po upływie określonego terminu prawo własności przechodzi na twórcę.
W rankingach innowacyjności gospodarek (np. European Innovation Scoreboard) Szwecja, pozostałe kraje skandynawskie oraz Niemcy - czyli kraje stosujące przywilej profesorski lub prawo pierwszeństwa - zajmują czołowe miejsca (Szwecja w ostatnim rankingu opublikowanym 26 marca br. zajęła nawet 1. miejsce).
Każde z tych rozwiązań niesie pozytywne i negatywne doświadczenia, ale ich ocena w dużej mierze wynika ze specyficznych uwarunkowań systemów prawnych poszczególnych państw np. przywilej profesorski jest pozytywnie oceniany w Szwecji (choć także pojawiają się głosy krytyki), a w 2001 roku został wprowadzony we Włoszech (m.in. w celu większej aktywizacji przedsiębiorczości akademickiej, a także przezwyciężenia barier biurokratycznych związanych z procesem komercjalizacji na uczelniach). W kilku państwach np. Finlandia i Niemcy w ostatnich latach nastąpiło odejście od przywileju profesorskiego m.in. z uwagi na małą liczbę zgłoszeń patentowych ze strony uczelni i jednostek naukowych.
Za uwłaszczeniem naukowców uczelni publicznych w Polsce (podobnie jak we Włoszech) przemawia m.in. fakt, iż będzie to stanowić istotny impuls finansowy dla naukowców i motywacje do aktywnych działań w zakresie komercjalizacji wyników prowadzonych przez nich badań, zwłaszcza jeśli komercjalizacją tą nie są zainteresowane uczelnie. Należy założyć, że możliwe kwoty dochodów z tytułu komercjalizacji wynalazków (wyników B+R) będą stanowić znaczący udział w dochodach naukowców ogółem, lub będą odpowiadać wielokrotności rocznych dochodów naukowców - osób fizycznych. W przypadku uczelni/instytutów możliwy dochód z komercjalizacji konkretnego wynalazku może stanowić zazwyczaj znikomy udział w rocznym budżecie uczelni/instytutu. Powoduje to, że naukowcy-wynalazcy powinni posiadać zdecydowanie wyższą motywację do komercjalizowania własnych wynalazków, jeśli będą właścicielami praw majątkowych. Prowadzić to będzie do „uwolnienia przedsiębiorczości akademickiej krajowych uczelni. Zmiany umożliwią także podniesienie efektywności usług związanych ze wsparciem procesu komercjalizacji, gdyż twórcy będą zainteresowani współpracą z tymi podmiotami (np. centra transferu technologii, brokerzy innowacji), które będą udzielały skutecznego wsparcia (dysponowanie przez naukowców-wynalazców prawami majątkowymi da im swobodę w wyborze podmiotu, z którego usług doradczych I coachingowych będą korzystać, aktualnie - gdy prawa te należą do uczelni/instytutów, centra transferu technologii mają zagwarantowany monopol na obsługę procesów komercjalizacji wynalazków z macierzystej uczelni, co w małym stopniu sprzyja efektywności).
Niebagatelnym argumentem za tym rozwiązaniem jest też zwiększenie efektywności wykorzystania środków publicznych przeznaczanych na B+R - większa motywacja naukowców komercjalizujących wyniki własnych prac B+R powinna spowodować komercjalizowanie tych wyników na zdecydowanie większą niż dzisiaj skalę, a to powinno zwiększyć dochody uczelni/instytutów z tego tytułu (w związku z udziałem uczelni/instytutów w zyskach twórców z komercjalizacji wyników B+R) oraz dochody budżetu państwa z podatków dochodowych i podatku od towarów i usług.
Niezależnie od przyjętego wariantu (przywileju profesorskiego lub prawa pierwszeństwa) przewiduje się przyznanie uczelni prawa do udziału w dochodach z tytułu komercjalizacji dokonywanych przez twórców, którego poziom określony będzie w ustawie (proponuje się poziom 25%). Ponadto, przewiduje się nałożenie na uczelnie obowiązku w zakresie opracowywania regulaminów wykorzystania infrastruktury badawczej.
W latach 2009-2011 zaobserwowano widoczny wzrost liczby zgłoszeń patentowych ogółem, a także liczby zgłoszeń dokonywanych przez uczelnie [odpowiednio z 2899 do 3878 oraz 803 do 1332 - przyp. BW]
Wielkość przychodów uzyskiwanych przez uczelnie z tytułu komercjalizacji wyników badań naukowych i prac rozwojowych może zostać oszacowana na podstawie wielkości przychodów ogółem z działalności gospodarczej uczelni (przy czym obejmuje ona nie tylko komercjalizację wyników badań naukowych i prac rozwojowych). W 2011 roku przychody z działalności gospodarczej uczelni wynosiły 123,4 mln zł, zaś ich udział w przychodach uczelni ogółem stanowił ok. 0,6%. Dodatkowo, z informacji pozyskiwanych przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w związku z projektami B+R finansowanymi przez tą agencję wynika, że w ostatnich dwóch latach odnotowano po kilka transakcji komercjalizacji wyników B+R rocznie (dane dotyczą projektów, które dopiero się zakończyły lub są jeszcze w trakcie realizacji). Tym samym, przychody uczelni z tytułu komercjalizacji należy uznać za bardzo niskie (o znaczeniu marginalnym dla budżetów uczelni i z punktu widzenia skutków dla budżetu państwa).
Uczeni dyskutujący o Geniuszu - bogu mającym władzę pomnażania
Piotr Waglowski krytykę swoją opiera o ideę "otwartych zasobów". W skrócie - jeśli coś jest robione za pieniądze podatników, to podatnikom powinno być bezwarunkowo udostępnione.
Nie podoba mi się takie "uwłaszczenie" na moich pieniądzach z podatków. Myślę sobie, że jak naukowiec chce partycypować w zyskach z praw własności intelektualnej, to przecież może zatrudnić się całkiem prywatnie w jakiejś prywatnej spółce, w której będzie mógł rozwijać dział R&D (research and development). Jeśli moje pieniądze mają iść na finansowanie nauki, to ja, jako sponsor (podatnik, obywatel), chcę mieć z tego prawa do efektów tej nauki. Tak sobie myślę.
Nie sposób się nie zgodzić. Dopuszczam natomiast możliwość, że obywatel może skorzystać w końcowym wyniku na wytworach intelektu powstających za pieniądze publiczne bardziej, jeśli jednak zostaną one objęte ochroną prawną. Polska gospodarka nie funkcjonuje w próżni i oprócz żądnych wiedzy obywateli jest także spora konkurencja na rynku innowacji. Warto wykorzystywać swoje zasoby w tej grze, a do tego konieczna jest ich ochrona na podstawie istniejących obecnie uwarunkowań prawnych.
Dopuszczam także sytuację, w której "uwłaszczenie" jest motywatorem działań proinnowacyjnych. Diabeł oczywiście tkwi w szczegółach. Sprawiedliwe byłoby, gdyby uwłaszczenie następowało w takim stosunku, w jakim obie strony naukowiec-uczelnia poniosły dotychczasowe nakłady na rozwój pomysłu. W takim rozliczeniu naukowcom zostawałby zatem skromny, ale uczciwy procent, z którego dochód w razie dochodowego wynalazku/pomysłu stanowiłby ważną pozycję w budżecie takiej osoby. W pozostałych przypadkach, tzn. jeśli naukowiec chciałby komercjalizować swój pomysł na własnych zasadach (a dokładniej - na zasadach rynkowych), ponieważ przewidywałby jego ogromny sukces, mógłby oczywiście swoje know-how wnieść do założonej przez siebie spółki, która mogłaby - np. w partnerstwie z uczelnią - działać na rynku. Przy założeniu, że jeśli część badań na pomysłem odbywała się za pieniądze publiczne - czy to przy wykorzystaniu sprzętu, czy finansowaniu publikacji do pomysłu wiodących - to odpowiednia część i tak przysługiwałaby uczelni macierzystej.
Vagla zwraca wreszcie uwagę na istotne zagrożenie:
Wyobrażam sobie też, że wprowadzenie "uwłaszczenia" (co przecież nie zakłada, że takie prawa miałyby być nieprzenaszalne) nie przeszkodzi przedsiębiorcom w tym, by - korzystając z ekonomicznej przewagi w relacji naukowiec - przedsiębiorca - za bezcen wykupować nadające się do przejęcia (chronione monopolem praw własności intelektualnej) efekty pracy takich naukowców. Będzie to zatem jednorazowy "transfer" efektów sfinansowanych z podatków do biznesu i to za bezcen.
Dodam jeszcze, że transfer byłby najprawdopodobniej zagraniczny. Z tak silną gospodarką oraz ważnymi podmiotami na mapie światowych innowacji (i chronioną własnością intelektualną), jaką mają nasi zachodni sąsiedzi, jest to po prostu organizowanie wyprzedaży garażowej polskiego kapitału intelektualnego - jak przyznają sami autorzy projektu założeń - i tak marnego.
Proponowany w projekcie system "prawa pierwszeństwa", tak skuteczny w Niemczech, w którym pierwszym właścicielem wynalazku jest twórca, ale jego pracodawcy mają prawo pierwszeństwa w zgłoszeniu np. patentu (podobne uregulowanie w Polsce dotyczy np. prac magisterskich) może być skuteczny tylko, jeśli dany pracodawca ma możliwości rozpoznania wartości praw będących przedmiotem ew. pierwszeństwa. Nie wiem czy polska nauka - z całym dla niej szacunkiem - takie know-how posiada.
Kończąc, warto zwrócić uwagę ustawodawcy, że w przywoływanym na tym blogu rankingu innowatorów, który sporządził Thomson Reuters, wyraźnie bardziej skuteczne jest podejście francuskie, amerykańskie czy koreańskie, gdzie sektor publiczny jest właścicielem i promotorem istotnej części innowacji i związanych z nią praw. Francja wciągnęła do rankingu szereg instytucji publicznych: Centre National de la Recherche Scientifique (CNRS), Commissariat à l’Energie Atomique czy IFP Energies Nouvelles. Podobnie Korea Południowa czy Stany Zjednoczone (rządowe agencje wojskowe). To te właśnie kraje stanowią - wraz z mocno korporacyjną Japonią - szczyt rankingu. Czemu zatem nie wzorować się na najlepszych? Pytanie pozostawiam otwarte.
Niedawno w Wysokich Obcasach,
dodatku do Gazety Wyborczej, znalazł się wywiad „Koszmary do wynajęcia”
przeprowadzony przez Małgorzatę Czyńską z Natalią Fiedorczuk. W tekście znaleźć
można taki passus:
Co z autorami zdjęć? To, że są
anonimowi, sprawia, że mogłaś korzystałaś z ich fotek?
Zdjęcia stały się częścią
kolekcji występującej w określonym kontekście. Oficjalnie wysłałam wiadomości
do tych anonimowych oferentów, do których udało mi się dotrzeć przez Gumtree, z
prośbą o zgodę na wykorzystanie fotografii. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.
Tym samym zdjęcia przechodzą w ''publiczną przestrzeń internetu''. Owszem,
mogłam sama fotografować te wnętrza, chodząc na spotkania z oferującymi
wynajem. Jednak nie zdecydowałam się na ten ruch, bo wiem, że jako osoba mająca
do czynienia z fotografią, estetyką czy projektowaniem mogłabym zacząć szukać w
tych wnętrzach ''czegoś ładnego'' - ot tak, z przyzwyczajenia.
Interior de una boticaUniversidad de Navarra
W tym miejscu kilka wyjaśnień. Po
pierwsze, nie ma czegoś takiego, jak „publiczna przestrzeń internetu”. Jest
„domena publiczna”, czyli zbiór utworów, do których prawa autorskie
(majątkowe!) wygasły, lub do których autorzy praw autorskich się zrzekli lub
mocno się w nich ograniczyli (np. udostępniając utwory na jednej z licencji
Po drugie, art. 17 ustawy z dnia
4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych brzmi:
Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, twórcy przysługuje wyłączne prawo do
Co oznacza, że konieczna jest zgoda twórcy (można to modyfikować w drodze
zawieranych umów). Milczenie nie jest niczym poza tym, czym jest – ani zgodą,
ani brakiem zgody. Ale ponieważ jest ona przesłanką konieczną, milczenie należy
domyślnie traktować, jako brak zgody.
Sprawę poruszył na swoim blogu
Alex Paleczny, pisząc w swoim poście „Znalezione, (nie)kradzione, czyli pani Natalii Fiedorczuk przygody z fotografią” tak:
Cena 36 zł, prawie 250 stron, więc żartów nie ma – książka zawiera
bogatą dokumentację fotograficzną. Wysiłku było sporo, bo to trzeba miejsca
znaleźć, pojeździć po Polsce, zdjęcia porobić i obrobić.
Przygotowanie tych zdjęć zajęło autorce zapewne bardzo dużo czasu.
Otóż szanowna autorka, Natalia Fiedorczuk, obmyśliła sobie, że zdjęcia
hurtem zgarnie z Gumtree. Ot tak – prawy przycisk myszki, zapisz na dysku, itd.
No przyznać trzeba, że metoda prosta, a i wydajność pracy wzrasta z miejsca o
tysiące procent. (…)
Oczywiście wszystkie zdjęcia towarzyszące artykułowi podpisane są
„(Fot. Archiwum prywatne Natalii Fiedorczuk)”.
Wskazując przy ironicznie, że nie
ma czegoś takiego, jak „publiczna przestrzeń internetu”, jak i nie ma
„publicznej przestrzeni miasta”, do której miałyby trafiać np. pozostawione bez
opieki samochody.
Autorka albumu postanowiła
odnieść się do zarzutów, które wzbudziły dyskusję w internecie, na swoim
profilu na Facebooku (numeracja w nawiasach kwadratowych ode mnie):
Prawo autorskie chroni wyłącznie przejaw działalności twórczej o
indywidualnym charakterze (…). Oznacza to, że ochroną prawnoautorską objęta są
takie fotografie, które są oryginalne (wcześniej nikt, takiej fotografii nie
zrobił) oraz noszą piętno autora. Nie każda fotografia jest więc chroniona
prawem autorskim. Jednym z pomocnych badań w określeniu indywidualności danego
wytworu (fotografii) jest tzw. badanie statystycznej jednorazowości. Chodzi o
pytanie czy jest statystycznie prawdopodobne, aby w przyszłości inna osoba
stworzyła taki sam wytwór. Jeżeli odpowiedź jest pozytywna, to dany wytwór
(fotografia) nie ma cech niezbędnych do ochrony prawnoautorskiej. Takich cech
nie mają fotografie wnętrz lokali, które mają na celu przedstawienie umeblowania
tego lokalu i jego ogólnego wyglądu. Większość osób poproszonych o zrobienie
takiej fotografii zrobiłaby ją podobnie. W takim zdjęciu nie chodzi o
kadrowanie, ustawienie rekwizytów, dobór światła, modeli itp. a o pokazanie
jakie meble, w jaki sposób ustawione są w danym pokoju – wierne przedstawienie
rzeczywistości. [1] W zbliżonych sytuacjach, tj, odnośnie do fotografii dzieł sztuki w
dwóch orzeczeniach sądy wypowiedziały się wyraźnie za brakiem ochrony
prawnoautorskiej takich fotografii: "W czynnościach powoda jako fotografa,
nie mieszczą się elementy twórcze, lecz odtwórcze. Jego obowiązkiem nie było
bowiem wykonywanie zdjęć obrazów i innych przedmiotów sztuki w sposób oddający
wrażenia artystyczne powoda czy też wyrażające jego wizję artystyczną, lecz
wykonywanie zdjęć odtwarzających przy pomocy fotografii rzeczywisty stan
zbiorów muzealnych i obiektów budowlanych" (SN wyrok z dnia 26 czerwca
1998 r., I PKN 196/98) (…). [2]
2. Dodatkowo, zgodnie z art. 29
ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych wolno przytaczać w
utworach stanowiących samoistną całość drobne utwory w całości, w zakresie
uzasadnionym wyjaśnieniem lub prawami gatunku twórczości. Jeżeli jakaś
fotografia wnętrza mieszkania, uznana zostałaby za podlegającą ochronie prawnoautorskiej,
to taką fotografię, można zamieścić w książce poświęconej wynajmowi mieszkań,
bez konieczności uzyskiwania zgody jej autora. Fotografia taka jest drobnym
utworem, który można użyć do w innym większy utworze (książce) w celu
wyjaśnienia (opisania jakiegoś zjawiska). Książka zawiera teksty socjologiczne
opisujące dane zjawisko i zdjecia służą jedynie jako ilustracje, uzupełnienie
tych tekstów. Dodatkowo jest to (umieszczanie takich zdjęć) podyktowane
rodzajem twórczości – książki opisującej zjawisko kulturowo-społeczne w Polsce,
tzn. nie dałoby się tego właściwie zrobić bez wspomnianych fotografii. [3]
[1] Zasadniczo – zgoda co do
tego, że utwór musi mieć charakter twórczy, co wynika z samej genezy słowa, nie
zaglądając w tym przypadku nawet do ustawy. Niezgoda natomiast, jeśli chodzi o odpowiedź na
zadane w tekście oświadczenia pytanie „czy jest statystycznie prawdopodobne,
aby w przyszłości inna osoba stworzyła taki sam wytwór?” W moim najgłębszym
przekonaniu – nie ma takiego prawdopodobieństwa, ponieważ nikt poza autorem
zdjęcia nie ma dostępu do wszystkich rekwizytów, mebli czy sprzętów, które na
ww. zdjęciach się pojawiają. Co więcej, ich ułożenie również nie jest
przypadkowe – graniczy niemal z pewnością, że przed zrobieniem zdjęcia ich
autorzy poprawili narzuty na kanapach, przestawili fotele, być może włączyli
telewizory, żeby nadać zdjęciom charakteru naturalności – wbrew temu co pisze
autorka albumu, nie są „wiernym oddaniem rzeczywistości”. Zdjęcia te mają
zachęcać do wynajmu mieszkań, ich charakter i cel przypomina raczej zdjęcie z
reklamy, która promuje produkt.
Wnętrze zamku RadziwiłłówBiblioteka Narodowa
[2] Nie jest więc trafne
przywołanie powyższego orzeczenia Sądu Najwyższego, w którym jest mowa o
mechanicznie wręcz wykonywanych zdjęciach – nie pozostawiających żadnego pola
na twórcze działanie fotografa. Podkreśla to zresztą sam Sąd w przywołanym
cytacie.
[3] Przepis art. 29 ustawy brzmi
w całości tak:
1. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki
rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym
wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości. 2. Wolno w celach dydaktycznych i naukowych zamieszczać
rozpowszechnione drobne utwory lub fragmenty większych utworów w podręcznikach
i wypisach.
21. Wolno w celach dydaktycznych i naukowych zamieszczać
rozpowszechnione drobne utwory lub fragmenty większych utworów w antologiach.
3. W przypadkach, o których mowa w ust. 2 i 21, twórcy
przysługuje prawo do wynagrodzenia.
Zgodnie z oświadczeniem, album
miałby być „wyjaśnieniem (opisaniem jakiegoś zjawiska)”. W przepisie tym
jednakże nie chodzi o wyjaśnianie zjawisk, a cytowanych utworów. Cytując: „Litwo!
Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie; Ile cię trzeba cenić, ten tylko się
dowie, Kto cię stracił.” Wyjaśnieniem będzie to, że autor cytatu opuścił
rodzinne strony, zatem jego utwór ma wydźwięk bardzo osobisty – co pozwala lepiej go
zrozumieć. Nie będzie wyjaśnianiem zebranie wielu cytatów dotyczących Litwy i
opatrzenie ich tekstami o XIX-wiecznej Litwie – bez odniesienia się do
konkretnych utworów, które zostały zacytowane.
Ma to też być rodzaj twórczości –
„książka opisująca zjawisko kulturowo-społeczne w Polsce”. Nie ma takiego
gatunku twórczości. Możemy określić ten gatunek jako „album fotograficzny” albo
„praca naukowa”. Każdy z nich rządzi się swoimi prawami, ale żaden z nich nie
dopuszcza tak szerokiego cytowania innych utworów i zbierania ich w jedną
całość. Podręcznikowym przykładem gatunku, którego prawa pozwalają na szerokie
czerpanie z innych utworów - do którego odnosi się postanowienie tego przepisu - jest np. parodia, która nie istniałaby bez utworu
podstawowego. Co więcej, jeśli cel był naukowy - i tak autorom należało się wynagrodzenie.
Pani Natalia Fiedorczuk stwierdza
(słusznie), że „nie dałoby się tego właściwie zrobić bez wspomnianych fotografii”.
Problemem jest jednak to, kto dane fotografie wykonywał. Jak wskazał na swoim
blogu Pan Alex Paleczny – bardzo dużo pracy trzeba byłoby włożyć, żeby objechać
wszystkie mieszkania i je sfotografować. W ten sposób dałoby się to zrobić,
tzn. uzyskać fotografie do albumu. Można było też uzyskać zgodę autorów, co
byłoby szybsze. Droga wybrana przez autorkę narusza prawa innych.
Nota bene, proszę porównać te dwa
„Książka zawiera teksty
socjologiczne opisujące dane zjawisko i zdjecia służą jedynie jako ilustracje,
uzupełnienie tych tekstów” (z oświadczenia).
„Teksty socjologiczne, które
powstały przy okazji ''Wynajęcia'', stanowią uzupełnienie zdjęć - otwierają
wiele interpretacji” (z wywiadu).
Oświadczenie zostało zatem (słusznie) skonsultowane z prawnikiem, nadając zdjęciom podrzędny charakter. Warto jedna w tym miejscu przypomnieć
wyrok Sądu Najwyższego w sprawie o sygn. I CK 232/04, gdzie podkreślone
zostało, że przy powoływaniu się na prawo cytatu nie ma znaczenia rozmiar
przytaczanego we własnym dziele utworu, lecz ich wzajemne relacje i cel cytatu.
Musi on pozostawać w takiej proporcji do wkładu własnej twórczości, aby nie
było wątpliwości co do tego, że powstało własne, samoistne dzieło. Takie
wątpliwości powstają w omawianym przypadku.
Wrocław, klasztor Urszulanek, kuchnia. Ósma ilustracja leporella. www.bibliotekacyfrowa.pl
Podsumowując, autorka albumu
naruszyła autorskie prawa majątkowe (i osobiste! pomijając brak zgody na ich
użycie, zdjęcia zostały podpisane „fot. Archiwum prywatne Natalii Fiedorczuk”).
Co więcej, wraz z dziennikarką
przeprowadzającą wywiad (oraz redaktorem wydania) najprawdopodobniej naruszyły
dobra osobiste tych osób, stawiając je w niekorzystnym świetle (vide: „Koszmary do wynajęcia”, „mogłam sama
fotografować te wnętrza (…) jednak (…) mogłabym zacząć szukać w tych wnętrzach
‘czegoś ładnego’, „Mieszkania te nie są neutralne (…). Mieszkanie wśród cudzych
drobiazgów, pamiątek, zbieraniny rzeczy może wręcz budzić wstręt.”).
Podczas jednej z Facebookowych
dyskusji zadeklarowałem swoją bezpłatną pomoc prawną osobom, których zdjęcia
zostały wykorzystane. Deklarację podtrzymuję. Ale polecam się także osobom,
które takie albumy chcą wydawać (oraz dziennikarzom Gazety Wyborczej) – czasem
naprawdę warto skorzystać z pomocy prawnika wcześniej, niż przy wydawaniu oświadczenia.
Projekt dyrektywy o tajemnicy przedsiębiorstwa - b...
Polskie wojsko będzie prowadziło "walkę informacyj...

References: art. 78
 art. 3
 art. 2
 art. 12
 art. 12
 art. 156
 art. 17
 art. 29
 art. 29