Source: http://pfg.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?545867
Timestamp: 2018-07-17 17:29:17+00:00

Document:
Polityka - Komentarze fizyka
18:03, pfg , Polityka
Jak informuje Gazeta Wyborcza, dr hab. Krystyna Pawłowicz, znana posłanka PiS i członek KRS (legalnie wybrana przez Sejm), dość bezwstydnie stosuje nowe standardy przy nominowaniu kandydatów na stanowiska sędziowskie.
Oto przesłuchując kandydatów na stanowisko asesora Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, pani Pawłowicz zadawała kandydatom pytanie "czy pani sędzia Gersdorf jest pierwszym prezesem SN". Pozytywną rekomendację dostała tylko osoba, która powiedziała, że nie. Kandydaci, którzy uchylili się od odpowiedzi, przepadli.
Przepadali też kandydaci, którzy
byli w Brukseli na zaproszenie przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie i spotkali się z członkami komisji ds. swobód obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego. Listę ujawniły prorządowe media.
Jak powiedziała pani Pawłowicz,
Nie po to była reforma, żeby takie osoby najbezczelniej teraz składały zgłoszenia.
﻿﻿Przewodniczący KRS, sędzia Leszek Mazur, kazał skserować dostarczoną przez Pawłowicz listę i rozdać ją członkom KRS.
Jeżeli to jest prawda, to pani Pawłowicz otwarcie przyznała, co było celem PiSowskiej "reformy" sądów: w doborze sędziów nowa KRS będzie kierować się kryteriami politycznymi. No i tyle można powiedzieć o tym, jak PiSowska KRS strzeże niezależności sędziów od wpływów politycznych. I o trójpodziale władzy. Wszystko w zgodzie z głoszoną przez Jarosława Kaczyńskiego bolszewicką zasadą jednolitej władzy państwowej.
Mam nadzieję, że osoby, które głosowały na PiS, są dumne ze swoich przedstawicieli.
P.s. Sędzia Mazur za swoje zachowanie - jaskrawe sprzeniewierzenie się konstytucyjnemu nakazowi, by KRS stała na straży niezawisłości sędziowskiej - stanie kiedyś przed sądem dyscyplinarnym i, mam nadzieję, zostanie wydalony ze stanu sędziowskiego.
21:49, pfg , Polityka
W zeszłym tygodniu PiS odwołał wprowadzone w styczniu przepisy ustawy o IPN, przewidujące odpowiedzialność karną za pomawianie Narodu Polskiego o udział w Holokauście itd.
Ustawę odwołano w ultra-PiSowskim stylu: Rano jeszcze nikt nic nie wiedział, a po ośmiu godzinach nowelizacja przeszła przez Sejm, Senat i długopis dr. Dudy. Opozycja nie protestowała ze względu na meritum dokonywanej zmiany, ale oczywiście cała "procedura" nie miała nic wspólnego ani z rzetelną legislacją, ani z Regulaminem Sejmu.
Niektóre przepisy zostały: nadal będzie można pociągać rzekomych kłamców i oszczerców do odpowiedzialności cywilnej, nie odwołano też przepisów skierowanych przeciwko Ukraińcom. Te odpowiedzialności karnej odwołano pod wpływem fali krytyki, jaka spadła na Polskę z całego świata, głównie z Izraela i Stanów Zjednoczonych, przy czym Polskę krytykowali nie tylko indywidualni ludzie czy organizacje, ale także najwyżsi przywódcy polityczni tych krajów.
PiS, który z początku buńczucznie zapowiadał, że się nie ugnie, że ustawa o IPN jest dobra, że nie ma potrzeby zmieniać w niej nawet przecinka i że żadna zagranica nie będzie nam pisać ustaw, musiał się z tego rakiem wycofać. Stefan Niesiołowski złośliwie komentował, że to pewnie dlatego, że premier Morawiecki bał się, że go nie zaproszą na przyjęcie z okazji 4 lipca do ambasady amerykańskiej. Ja myślę, że powód był poważniejszy: Za kilka dni Donald Trump ma się spotkać z Władimirem Putinem i cholera wie, co nieobliczalny Trump Putinowi obieca. Trzeba więc było jak najszybciej choć trochę udobruchać Amerykę, żeby Trump nie pamiętał, że jest na Polskę wściekły, tylko że Polska mu ustąpiła.
Przy okazji premierzy Morawiecki i Netanjahu ogłosili jednobrzmiące deklaracje, które nie mówią niczego konkretnego, ale można uznać, że w wersji werbalnej podtrzymują oficjalny polski punkt widzenia: w czasie wojny polski rząd na uchodźstwie, polskie Państwo Podziemne i indywidualni Polacy starali się pomagać Żydom, jak mogli, chociaż
niektórzy ludzie - niezależnie od pochodzenia, wyznania czy światopoglądu - ujawnili swe najciemniejsze oblicze.﻿
Tutaj można przeczytać pełny tekst deklaracji premierów.
PiS strasznie jest z tej deklaracji dumny a w Izraelu, Ameryce i innych krajach dobrze rozumieją, że Netanjahu zgodził się na taki tekst ze względów politycznych: potrzebne jest mu poparcie Polski i pozostałych krajów V4, bo zachodnia Europa stara się go ignorować.
I na tym by się skończyło, gdyby nieszczęśni PiSowcy nie ulegli pokusie puszenia się swoim, pożal się Boże, sukcesem: Mianowicie, zależna od PiSu fundacja zamieściła tekst deklaracji w czołowych dziennikach Europy i Ameryki jako ogłoszenie płatne. Także w Izraelu, po hebrajsku. No i się zaczęło! Nie tylko skrajna prawica, ale i środowiska umiarkowane, poczuły się deklaracją oburzone. Jakiś prawicowy koalicjant Nenanjahu wzywa do natychmiastowego wycofania się z tej deklaracji. Yair Lapid, główny przeciwnik polityczny obecnego premiera, ciska gromy. Nawet niezwykle przychylny Polsce Szewach Weiss powiedział
This document contains a few sentences that are correct, and the rest is either vague or false﻿.
Z kolei Instytut Yad Vashem oświadczył, że deklaracja
contains a series of very problematic statements that violate existing historical knowledge accepted in the field.
A wystarczyło, żeby PiS miał trochę większe rozeznanie odnośnie do żydowskiej pamięci Holocaustu i pamięci o postawie zwykłych Polaków w czasie wojny. I nie drażnił tamtejszej wrażliwości. Nawet jeśli - jeśli! - oskarżenia wobec Polaków są w jakimś stopniu przesadzone.
Ze zmianą ustawy związana jest jeszcze jedna historia: Okazuje się, że nowelizacja poprzedzona była tajnymi negocjacjami pomiędzy Polską a Izraelem, które odbywały się w Wiedniu i w Tel Avivie, w siedzibie Mossadu. Najpierw ujawnił to pewien izraelski dziennikarz, potem powtórzyli inni. Polski rząd oficjalnie milczy, ale nikt nie ma wątpliwości, że do takich negocjacji-konsultacji doszło.
Początkowo mówiono, że Polskę reprezentował szef służb specjalnych, minister Mariusz Kamiński, potem, że PiSowscy europosłowie Tomasz Poręba i Ryszard Legutko.
Na ten temat szaleje polska opozycja: Oto polskie ustawy jednak pisze zagranica, i to nawet nie obcy rząd, ale obce służby specjalne. Mossad. Opozycji niezręcznie jest podkreślać rolę Izraela, ale dla równowagi dla twardego elektoratu PiSu udział tego państwa musi być trudny do zniesienia.
A ja na to powiem, żeby nie przesadzać. Oczywiście, że tekst wspólnej deklaracji premierów musiał być negocjowany, uzgodniony i tym pewnie zajmowali się Legutko i Poręba. Zachowując poufność, bo cała sprawa była poufna, być może żeby nie wzbudzać wściekłości suwerena. Sama nowelizacja była bardzo prosta - usuwa się ten i ten artykuł - i tu żadne "pisanie ustawy" nie było potrzebne. Natomiast ktoś - być może Mariusz Kamiński - zapewne spotykał się z Mossadem, ale nie w kwestii ustawy lub deklaracji, ale w sprawach współpracy polskich i izraelskich służb. A to, że konsultacje dotyczyły ustawy, to tylko "legenda", jaką dorobiono, aby ukryć prawdziwy cel spotkania.
20:16, pfg , Polityka
PiS i dr Andrzej Duda twierdzą, że dziś o północy I prezes Sądu Najwyższego, prof. Małgorzata Gersdorf, a wraz z nią mniej więcej 1/3 sędziów SN, przejdą w stan spoczynku. Prof. Gersdorf, sędziowie SN i większość prawników polskich twierdzą, że pozostają oni czynnymi sędziami SN. Polsce grozi chaos prawny.
Dlaczego PiS chce usunąć sędziów z Sądu Najwyższego? Aby przejąć kontrolę nad sądami. Kontrolę nad sądami chce zaś przejąć dlatego, żeby zastraszyć sędziów, aby wydawali wyroki po myśli PiSu.
Niezależność sędziowską chroni konstytucja. PiS wymyślił więc, że wyśle sędziów SN na przymusową emeryturę, znowelizował więc w grudniu ustawę o Sądzie Najwyższym, obniżając wiek emerytalny sędziów SN z 70 do 65 lat. PiS powołuje się przy tym na przepis Art. 180 ust. 4 Konstytucji:
Tyle tylko, że Konstytucję należy czytać ﻿całościowo, systemowo, jak mówią prawnicy, nie zaś brać każdy przepis z osobna, jak chce tego PiS.
Otóż Art. 180 ust. 1 Konstytucji stwierdza, że
Jeśli czytać oba zacytowane ustępy Konstytucji łącznie, widać, że obniżać wiek emerytalny można tylko dla nowopowoływanych sędziów. Urzędujący sędziowie mają prawo do orzekania (co najmniej) do osiągnięcia wieku emerytalnego, jaki obowiązywał w chwili ich powołania. Gdyby bowiem zgodzić się z PiSem, że poprzez manipulowanie wiekiem emerytalnym sędziów można wysłać na emeryturę wbrew ich woli, oznaczałoby to danie ustawodawcy możliwość usuwania sędziów, w sprzeczności z Art. 180 ust. 1 Konstytucji.
﻿Pierwszą Prezes SN chroni dodatkowo Art. 183 ust. 3 Konstytucji:
Tu już po prostu nie może być żadnych wątpliwości: Małgorzata Gersdorf pozostaje Pierwszym Prezesem SN do zakończenia kadencji, na którą została powołana, czyli do wiosny 2020.
PiS, próbując usunąć prezes Gersdorf i innych sędziów SN, uchwalił przepis jaskrawie sprzeczny z Konstytucją. Ponieważ Art. 8 Konstytucji stwierdza, że
przepisy stojące w sprzeczności z jasno wyartykułowanymi normami konstytucyjnymi należy zignorować: Art. 180 ust 1. i Art. 183 ust. 3 Konstytucji, stosowane bezpośrednio, oznaczają, że PiS i pan Duda mogą sobie mówić, co chcą, ale sędziowie SN pozostają sędziami a Pierwsza Prezes - Pierwszą Prezes.
Niestety, PiS zapewne będzie zachowywał się tak, jakby Pierwsza Prezes i sędziowie SN przeszli w stan spoczynku i to właśnie doprowadzi do chaosu prawnego.
Pozostaje jeszcze kilka spraw szczegółowych.
Dlaczego opozycja lub sam Sąd Najwyższy, uznając PiSowską nowelizację ustawy o SN za niekonstytucyjną, nie zaskarżyły jej do TK?
Po pierwsze, można powiedzieć, że sprzeczność ustawy z Konstytucją jest tak oczywista, że nie trzeba TK, aby ją stwierdzić. Po drugie i ważniejsze, w Polsce nie ma już Trybunału Konstytucyjnego. Jest tylko jego atrapa, posłusznie realizująca wolę partii rządzącej. W TK zasiadają dublerzy, wybrani przez PiS na już prawidłowo obsadzone miejsca sędziowskie. Nawet wśród prawidłowo wybranych przez PiS sędziów są osoby, które nie spełniają konstytucyjnego (Art. 194 ust. 1) wymogu posiadania "wyróżniającej się wiedzy prawniczej", o osobach pokroju sędziego Andrzeja Zielonackiego - uciekł pod immunitet sędziego TK przed postępowaniem dyscyplinarnym przed Izbą Adwokacką; był oskarżony o to, że brał od klientów pieniądze i nie podejmował żadnych czynności w ich sprawach, prywatnie zaś angażował się w kampanie PiSu - nie wspominając. Za prezesa TK uchodzi Julia Przyłębska, ale rządzi tam dubler - a więc nie sędzia! - Muszyński, nazywający się wiceprezesem TK arogant, który otwarcie przyznał się do manipulowania składami orzekającymi tak, aby większość w nich mieli wybrani przez PiS sędziowie (i dublerzy), a wyroki zapadały po myśli PiS.
Ponieważ wszyscy widzą, że obecny TK jest niewiarygodny, wpływa tam coraz mniej skarg, a niektóre są wręcz wycofywane.
Czy wobec PiSowskiej nowelizacji ustawy o SN nie obowiązuje domniemanie konstytucyjności?
Moim zdaniem, nie. Jak napisałem, niekonstytucyjność ustawy jest oczywista (PiS używał tego argumentu wobec nowelizacji ustawy o TK uchwalonej pod koniec rządów PO - kto mieczem wojuje...). Co jednak ważniejsze, domniemanie konstytucyjności opiera się na założeniu szczególnej staranności ze strony ustawodawcy: Ustawodawca starannie rozważył wszystkie argumenty, wysłuchał wszystkich opinii i argumentów krytycznych, przekonywająco je odparł, dobrze się zastanowił nad projektem i skoro uchwalił, co uchwalił, można założyć, że zapewne przyjęte prawo jest zgodne z Konstytucją. Tego w żaden sposób nie można powiedzieć o PiSowskich ustawach sądowych, gdzie w Sejmie i Senacie ignorowano wszystkie głosy krytyczne, łącznie z krytyką autorstwa biur legislacyjnych Sejmu i Senatu, nie dopuszczano opozycji do głosu, nie dopuszczano do głosu ekspertów, poprawki opozycji odrzucano blokowo, wreszcie głosowano nad poprawkami rządowymi, których na godzinę przed głosowaniem nie znali nawet przewodniczący komisji. Sposób procedowania ustaw sądowych z całą pewnością nie cechował się szczególną starannością, nie można więc domniemywać, że przyjęte prawo zapewne jest zgodne z Konstytucją.
Dlaczego prezes Gersdorf nie poprosiła prezydenta o możliwość orzekania do końca kadencji?
PiSowska nowelizacja dawała taką możliwość: Sędziowie SN, którzy ukończyli 65 lat, mogli poprosić prezydenta o pozwolenie na orzekanie do ukończenia 70 lat. PiS i prezydent chyba zakładali, że Małgorzata Gersdorf i inni sędziowie o to poproszą, prezydent ich próśb wysłucha i nie dojdzie do niekonstytucyjnego usunięcia sędziów i przerwania kadencji Pierwszej Prezes SN. Jednak prezes Gersdorf i część sędziów SN (fakt, nie wszyscy) ﻿zagrożonych przymusową emeryturą nie złożyli takiej prośby w terminie, zapewne uznając, że samo złożenie prośby logicznie dopuszcza odpowiedź negatywną, co prowadziłoby do niekonstytucyjnych skutków. A skoro uchwalony przez PiS przepis stoi w sprzeczności z Konstytucją, której jasne przepisy mają pierwszeństwo, prośby składać nie trzeba.
Moim zdaniem, prezes Gersdorf postąpiła słusznie.
Dlaczego dr Duda nie wydał postanowienia?
Art. 39 znowelizowanej przez PiS ustawy o Sądzie Najwyższym stwierdza, że
Datę przejścia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku albo przeniesienia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku stwierdza Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.﻿
Jeszcze wczoraj przedstawiciele Kancelarii Prezydenta buńczucznie zapowiadali, że dr Duda wyda postanowienie odsyłające prezes Gersdorf na emeryturę. Dzisiaj Andrzej Duda zmienił zdanie: on i jego urzędnicy twierdzą, że prezes Gersdorf przechodzi na emeryturę z mocy prawa i żadnego postanowienia prezydenta nie trzeba, tym bardziej, że dr Duda powiedział pani prezes Gersdorf, że od jutra będzie ona na emeryturze.
Nic podobnego. Na takim poziomie, w odniesieniu do najwyższych, opisanych w Konstytucji urzędów, nic nie może być na gębę. Art. 144 ust. 1 stwierdza, że
Akt urzędowy musi mieć formę pisemną. Co więcej, następny przepis Konstytucji - Art. 144 ust 2. - wymaga, aby taki akt miał kontrasygnatę premiera:
Jak widać, PiSowska ustawa wymaga od prezydenta stwierdzenia, że Pierwsza Prezes SN (i inni sędziowie) przechodzą w stan spoczynku. Stwierdzenie to musi mieć formę aktu urzędowego (Art. 144 ust. 1 Konstytucji), który dla swojej ważności wymaga podpisu premiera (Art. 144 ust 2.). Nie da się jednak podpisać decyzji wyrażonej ustnie.
﻿Dlaczego dr Duda zmienił zdanie i postanowił aktu urzędowego nie wydawać? Otóż moim zdaniem dr Duda, równie odważny, co niezłomny, w ostatniej chwili zorientował się, że podpisany akt urzędowy, w sposób oczywisty gwałcący Art. 180 ust. 1 i Art. 183 ust. 3 Konstytucji, stanowiłby w przyszłości dowód w postępowaniu przed Trybunałem Stanu. Niezłomny dr Duda wolał więc złamać własną (!) ustawę o SN niż dostarczyć przeciwko sobie dowodów. Ale postępowania przez Trybunałem Stanu pan Duda i tak, mam nadzieję, nie uniknie.
I choć moim zdaniem decydująca była odwaga pana Dudy, możliwe jest wszakże, że dr Duda dowiedział się, że nie uzyska kontrasygnaty premiera Mateusza Morawieckiego. Plotka głosi, że Morawiecki dogadał się z Fransem Timmermansem, iż Polska jednak zdecyduje się na ustępstwa wobec Komisji Europejskiej, wycofując się z najbardziej niekonstytucyjnych przepisów ustawy o SN; dlatego rzekomo Komisja Europejska do ostatniej chwili czekała ze wszczęciem postępowania przeciwko Polsce przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Podpis Morawieckiego na niekonstytucyjnym akcie odsyłającym sędziów na emeryturę oczywiście niweczyłby te (hipotetyczne) nieformalne ustalenia.
Tak czy siak, brak prezydenckiego aktu urzędowego pozwala pani prezes Gersdorf i pozostałym sędziom twierdzić, że nawet w myśl PiSowskiej ustawy o SN nie zostali oni odesłani w stan spoczynku.
23:27, pfg , Polityka
Na Uniwersytecie Warszawskim trwa protest przeciwko reformie nauki, przygotowanej przez wicepremiera Jarosława Gowina, który swoją reformę nazywa "Konstytucją dla nauki" lub "Ustawą 2.0". Wcześniej protesty, choć bez strajków okupacyjnych, odbywały się w innych miastach, na przykład w Białymstoku. Protestujący twierdzą, że proponowana przez Gowina reforma zaszkodzi nauce, doprowadzi do upadku mniejszych uczelni, odda uczelnie pod niczym nieskrępowaną władzę rektorów i upolityczni uczelnie; ten ostatni zarzut jest, moim zdaniem, chybiony.
Komentowałem już gdzie indziej i wiele razy, ale chętnie powtórzę: Merytoryczna zawartość ustawy - czy pomoże ona, czy też wręcz przeciwnie, zaszkodzi, polskiej nauce i szkolnictwu wyższemu - nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko wola polityczna i dlatego nie komentuję tu szczegółowych rozwiązań (niektóre uważam za fatalne, niektóre za akceptowalne). Dla Gowina uchwalenie tej ustawy to sprawa honoru, nawet gotów był na publiczne upokorzenie "głosował, ale nie klaskał", byle tylko nie narazić się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kaczyński, którego treść ustawy nic a nic nie obchodzi, doszedł do wniosku, że tych kilku-kilkunastu Gowinowych posłów i zachowanie wizerunku "zjednoczonej prawicy" są ważniejsze, niż protesty skądinąd w większości przychylnych PiSowi uczelni regionalnych i przedstawicieli wydziałów humanistycznych. Protesty idące ze środowisk otwarcie propisowskich, w tym uczelnianych związków zawodowych, były zresztą stonowane i głównie szły w kierunku wykazania, że projekt Gowina sprzeniewierza się ideałom PiSu, a Gowin to liberał i krypto-Platforma.﻿
Za PRLu uczelnie regionalne miały kształcić kadry - nauczycieli, inżynierów, urzędników - na potrzeby lokalnego rynku, ale bardziej elitarne kierunki - prawo, medycyna, także "wysoka" humanistyka oraz prestiżowe kierunki techniczne i ścisłe - zarezerwowane były dla wielkich miast. (Pewnie dlatego, że władzom wydawało się, że w ten sposób łatwiej będzie je kontrolować.) Po '89 to się zmieniło, nauka i edukacja wyższa zdekoncentrowały się i zdemokratyzowały, o wiele więcej osób studiuje, powstały nowe uczelnie, niektóre ośrodki regionalne zyskały znaczenie ponadlokalne. Otóż reforma Gowina, choć nikt nie mówi tego wprost, ma na celu przywrócenie modelu PRLowskiego: liczba studentów ma się zmniejszyć, małe ośrodki, o ile jakimś cudem nie doszlusują do europejskiego poziomu, mają jedynie kształcić na potrzeby lokalne, natomiast nauka - jeśli się da, to na przyzwoitym poziomie - i kształcenie elitarne mają być skoncentrowane w kilku ośrodkach metropolitalnych.
I choć rzeczywiście można w tym upatrywać naiwny neoliberalizm, jest to raczej ideologiczny powrót do modelu gomułkowsko-gierkowskiego, co w zasadzie powinnno się PiSowi podobać.
Ale się nie podoba. Jednak Kaczyński postanowił zignorować wszelkie protesty i kazał głosować za ustawą w brzmieniu Gowina, zakładając, że Polska prowincjonalna i nieszczęsna propisowska profesura i tak zagłosują na PiS, no bo na kogóż innego mieliby głosować? A protesty ze środowisk niepisowskich łatwo odrzucić jako "polityczne".
I wszystko było pięknie, wola mocy Kaczyńskiego tryumfowała, ale cóż za pech, Kaczyńskiego rozbolało "kolano" i zniknął. Ustawa miała być szybciutko uchwalona w maju, ale skrócono posiedzenie Sejmu, wewnątrzpisowscy przeciwnicy zaczęli podnosić głowy, dr Duda wpadł na pomysł, że może zyska jakąś popularność wśród uczelni regionalnych przedstawiając się jako obrońca ich interesów, dopuszczono do publicznych protestów i sprawa się sypie. Gowin zgłasza poprawki, potem poprawki do poprawek, teraz zapowiada poprawki trzeciego rzędu, nikt (!) chyba nie orientuje się w aktualnym kształcie projektu i naprawdę nie wiadomo, co z tego wyniknie. Jeśli Kaczyński wyleczy sobie "kolano", to jakoś to ogranie, chyba że będzie miał inne priorytety, ale jeśli ból "kolana" będzie się przedłużał, to diabli wiedzą, co będzie. Sejm albo coś uchwali - ale w jakim brzmieniu? - po czym zaczną się analogiczne korowody w Senacie, albo odłoży ad calendas graecas. Do oficjalnego odrzucenia ustawy ze względów prestiżowych nie dopuszczą.
Gowin cały czas będzie robił dobrą minę, no chyba że ból "kolana" przedłuży się ponad wszelką miarę, bo wtedy reszta PiSu zacznie Gowina otwarcie kontestować. Wówczas Gowin spróbuje coś ugrać z Adrianem. Taki sojusz dwu krakowskich doktorów nam się szykuje.
Jarosław Gowin głosował za ustawami sądowymi, ale nie klaskał.
14:10, pfg , Polityka
PiSowska większość w Sejmie właśnie zgodziła się na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie posła Platformy, Stanisława Gawłowskiego, pod dętymi zarzutami korupcyjnymi (Gawłowski już trzy miesiące temu sam zrezygnował z immunitetu, ale nadzorowana przez pana Zbyszka prokuratura nie postawiła mu od tego czasu żadnych zarzutów, nie dając mu tym samym możliwości obrony). Przypominam, że kilka tygodni temu PiSowska większość w Senacie nie zgodziła się na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie swojego partyjnego kolegi, Stanisława Koguta, nad którym ciążą bardzo dobrze udokumentowane zarzuty. Jednocześnie PiSowska większość uchyliła immunitety posłów Nowoczesnej, Kamili Gasiuk-Pihowicz i Ryszarda Petru, gdyż PiSowscy aparatczycy poczuli się dotknięci ich słowami.
PiS robi to, żeby przykryć swoje klęski na wszystkich innych polach: kryzys w relacjach dyplomatycznych i wynikające stąd międzynarodowe osamotnienie Polski, skandal z nagrodami, które ministrowie PiSu sami sobie poprzyznawali i ordynarną, chamską pazerność członków PiSu, jaka przy okazji wyszła na jaw, całkowite załamanie PiSowskiej narracji smoleńskiej, okraszone zbudowaniem pomnika "bez żadnego trybu", nepotyzm, kolesiostwo i zawłaszczanie publicznych pieniędzy na skalę, jakiej po '89 w Polsce nie widzieliśmy, ukrywanie majątku przez premiera Morawieckiego, wciąż niewyjaśnione zarzuty o nielegalny lobbying wokół zamówień wojskowych, podejrzenia, że PiSowscy funkcjonariusze chcieli zarobić (być może nie dla siebie, ale dla partii) na warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej, uwikłanie PiSowskiej spółki Srebrna w tęże aferę i plany "optymalizacji podatkowych" za pomocą cypryjskich spółek, setki tysięcy z publicznych pieniędzy wylatane klasą biznes przez PiSowską senator Anders, miliony wydawane na ochronę prezesa, systematyczne pogarszanie się kondycji nadzorowanych przez PiSowskich nominatów firm państwowych i jeszcze wiele, wiele innych podobnych zaszłości. Oraz spadające sondaże. Nie wiem, czy PiS się tego wstydzi, zapewne nie, ale słusznie obawia się, że zniechęci to do niego wyborców. A nie mogąc na argumenty pokonać politycznych przeciwników, postanowił ich zastraszyć przy użyciu prokuratury, dając zarazem do zrozumienia, że opozycja to straszni złodzieje.
PiS może to teraz zrobić, bo, łamiąc konstytucję, całkowicie podporządkował sobie prokuraturę i władze wielu sądów, a ma też nadzieję, że dostatecznie wielu sędziów poczuło się na tyle zastraszonych, że będą teraz wydawać wyroki, jakich oczekuje od nich partia. Po to PiSowi potrzebny był niekonstytucyjny, niegodny kraju cywilizowanego zamach na wymiar sprawiedliwości: Po to, aby można był się zemścić na Platformie, szczególnie na Donaldzie Tusku, a także by móc zastraszać opozycję. Na Tusku - na razie chroni immunitet, którego, cóż za niesprawiedliwość, PiS nie może uchylić - PiS chce się zemścić za lata politycznych klęsk, za to, że Tuska i jego zwolenników lubią na świecie, a PiSu nikt nie lubi, wreszcie za wypierane wyrzuty sumienia Jarosława Kaczyńskiego, który wysłał brata do Smoleńska. Zemsta i możliwość zastraszania opozycji to były cele zasadnicze. Celem drugorzędnym była pomoc w załatwianiu osobistych interesów przez funkcjonariuszy partyjnych. Całe gadanie o walce z mafią sędziowską, demokratyzacji procedur i przyspieszeniu postępowań to był pic na wodę, fotomontaż. Kto tego nie dostrzega, niech przestanie żyć w zakłamaniu i przejrzy na oczy. Kto to dostrzega i nie przeszkadza im to - hańba wam!
Ponurej ironii całej sprawie dodaje, iż twarzą PiSowskiego ataku na wymiar sprawiedliwości był Stanisław Piotrowicz, prokurator stanu wojennego i członek egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, który później, też jako prokurator, próbował oczyścić z zarzutów księdza-pedofila twierdząc na przykład, że ksiądz wkładał dziewczynkom ręce do majtek w ramach bioenergoterapii. A dziś szpeci Sejm swoją pełną zakłamania facjatą.
Ale nad wszystkim stoi i ostatecznie za wszystko odpowiada zły człowiek: Jarosław Kaczyński.
Źli ludzie: prokurator Piotrowicz i poseł Kaczyński
20:51, pfg , Polityka
PiS nieoczekiwanie odmroził projekt zakazujący aborcji "eugenicznej", to znaczy dopuszczalnej z uwagi na ciężkie i nieodwracalne wady płodu. Wbrew rozpowszechnianemu mitowi, większość takich legalnych aborcji NIE dotyczy płodów z zespołem Downa, ale płodów z naprawdę poważnymi, na ogół letalnymi wadami rozwojowymi.
Chyba zacznę wierzyć w teorię "wrzutek", czyli podrzucania mediom i opinii publicznej tematów mających przesłonić tematy dotychczasowe. PiS oczywiście wie, że temat aborcji rozogni debatę publiczną, ale dzięki temu odwróci uwagę od spraw dla PiSu arcyniewygodnych: od fatalnej sytuacji międzynarodowej, w którą PiS wpędził nas swoją głupotą i arogancją w sprawie ustawy o IPN, od wielotysięcznych nagród dla ministrów (dla przypomnienia, pani Szydło sama sobie przyznała nagrodę), od idących w setki tysięcy, niekiedy w miliony, pensji PiSowskich nominatów w spółkach skarbu państwa, od rozrzutności MON Macierewicza, od podejrzeń, że PiS sam chciał zarobić na dzikiej reprywatyzacji w Warszawie, od podejrzanych machinacji PiSowskiej spółki Srebrna, od międzynarodowego już kryzysu wokół polskiego wymiaru sprawiedliwości, od ukrywania majątku przez Mateusza Morawieckiego, od niezwykle szkodliwych wypowiedzi publicznych premiera (żydowscy wykonawcy Holocaustu, Brygada Świętokrzyska, Marzec '68). Wszystko się rozwodni, a więc straci na znaczeniu.
Tymczasem jednak wczoraj posłowie z sejmowej Komisji Ustawodawczej uchwalili apel do "Trybunału Konstytucyjnego"(*), aby ten uznał aborcję z uwagi na ciężkie i nieodwracalne wady płodu za niezgodną z konstytucją. (W TK jest taki wniosek, a Kaczyńskiemu wydaje się, że jeśli zakaz aborcji eugenicznej przeprowadzi przez TK, wywoła to mniejsze protesty, niż nowelizacja ustawy.) No i dokonało się to bez udziału posłów opozycji - jeden wyrzucony z PO Jacek Protasiewicz protestował - którzy nie wzięli udziału w głosowaniu.
Drodzy posłowie opozycji! Ja wiem, że PiS ma większość - a jeśli chwilowo nie ma z powodu absencji, to PiSowscy marszałkowie i przewodniczący komisji po raz kolejny złamią Regulamin Sejmu - i może przegłosować, co chce. Przegralibyście to głosowanie, ale - na Boga! - przynajmniej wasz głos byłby słyszalny. Po to jesteście w Sejmie, żeby reprezentować tych, którzy was wybrali, którzy nie zgadzają się na PiSowską wizję Polski, a wy zamiast tego poddajecie się bez walki, tylko utwierdzając ludzi w przekonaniu, że PiS może wszystko.
Rozumiem, że nie bierzecie udziału w głosowaniach sprzecznych z konstytucją, jak w sprawie wyboru sędziów do KRS, bo sam wasz udział niejako legitymizowałby te procedury. Ale głosować w sprawie zwykłych ustaw i uchwał - a ustawa o przerywaniu ciąży, która może być mądra lub głupia, starannie przygotowana lub pisana na kolanie, pełna miłosierdzia lub bezduszna, ale tak czy siak pozostaje ustawą zwykłą, którą władna jest uchwalić zwykła większość sejmowa - macie obowiązek. Nie mówicie i nie głosujecie jedynie w swoim imieniu, ale w imieniu tych, którzy was wybrali. Jeśli wam się nie chce, złóżcie mandaty.
Dodatkowo po raz kolejny pokazaliście, że opozycja ma prawa kobiet w dupie. Nie protestując przeciwko nieznośnej i nieludzkiej regulacji zmuszającej kobiety do rodzenia bardzo ciężko uszkodzonych płodów, pokazujecie, że los kobiet w takiej rozpaczliwej sytuacji nic was nie obchodzi. Czy wy nie rozumiecie, że w ten sposób zniechęcacie mnóstwo ludzi do zagłosowania na was i wasze partie w przyszłych wyborach? Wielu ludzi dojdzie do wniosku, że skoro w tak fundamentalnej kwestii milcząco zgadzacie się na hipokryzję PiSu, niewiele was od tego PiSu różni. Wyborcy, których do tego przekonacie, nie zagłosują ani na was, ani na PiS, ale na jakieś niszowe alternatywy albo zwyczajnie nie wezmą udziału w wyborach - i siła głosów oddanych na PiS relatywnie wzrośnie. Naprawdę, nie potrzeba żadnej nadzwyczajnej wiedzy, żeby to zrozumieć.
A jeśli są wśród was tacy, którzy rzeczywiście zgadzają się z PiSem, że kobiety powinny być zmuszane do rodzenia ciężko chorych dzieci, skazanych na szybką śmierć w bólach i cierpieniu, to przynajmniej, jak pisałem,﻿ miejcie odwagę powiedzieć to publicznie, otwarcie głosując w tej sprawie zgodnie z PiSem. Bardziej bym was za to szanował.
Wstyd. Wstyd i polityczna ślepota. Po raz kolejny bardzo srodze mnie zawiedliście, drodzy posłowie opozycji.
(*)Używam cudzysłowu, bo w TK orzekają obecnie osoby nie będące sędziami, a jego pracami kieruje Julia "Wolfgangowa" Przyłębska, która co prawda jest - kiepskim, ale legalnym - sędzią TK, ale na urząd prezesa została powołana niezgodnie z PiSowską ustawą. Te nieudaczniki z PiSu nie są w stanie nawet dopełniać procedur, które sami dla siebie ustanowili.
14:45, pfg , Polityka
Jarosław Gowin zabłysnął dziś stwierdzeniem, że gdy był ministrem sprawiedliwości, to często nie starczało mu do pierwszego. A zarabiał wtedy 17,5 tysiąca brutto. Gowin powiedział to broniąc decyzji pani Szydło o przyznaniu niezwykle hojnych nagród ministrom, wiceministrom i innym wysokim urzędnikom, a także sobie samej.
Muszę powiedzieć, że jest w tym wszystkim coś, co mnie zdumiewa. Gdy Elżbieta Bieńkowska na taśmach kelnerów mówiła, że "za sześć tysięcy [na stanowisku wiceministra] pracować będzie tylko złodziej lub idiota", był wielki krzyk, płacz i zgrzytanie zębów. Dziś PiS mówi w zasadzie to samo i ludziom to nie przeszkadza. No tak, Gowin przesadził z tym "nie starczało do pierwszego", ale panuje zgoda, że ministrowie, wiceministrowie i inni wyżsi urzędnicy powinni "godnie" zarabiać.
"Wystarczy nie kraść", mówiła pani Szydło, kontrastując dobre wyniki finansowe swojego rządu z dokonaniami poprzedników. W powszechnej opinii, w Miastku i gdzie indziej, Platforma kradła, więc to dobrze, że zastąpił ją PiS. Pewnie ktoś tam w Platformie kradł, w końcu działacze Platformy to nie był hufiec anielski, ale zupełnie szczerze mówiąc, żadne większe afery złodziejsko-łapówkarskie, żadne większe przekręty, w które zaangażowany byłby ktoś z Platformy, nie przychodzą mi do głowy. A tymczasem PiS kradnie bardziej, niż Platforma, ale w rękawiczkach, zachowując pozory formalnej legalności. Wyłudzane dotacje z europarlamentu na kongres partii pana Zbyszka, wielomilionowe nagrody dla ministrów i wojewodów, setki milionów wyprowadzane ze spółek Skarbu Państwa i przeznaczane na partyjne kampanie PiSu, obsługiwane przez firmy prowadzone przez swoich, bardzo podejrzane zabiegi lobbystyczne wokół zamówień dla MON, czego najprawdopodobniej efektem był zakup za 2,5 mld złotych, bez przetargu, samolotów dla VIP (pani Kempa osobiście latała do USA aby wybrać do nich tapicerkę), lokowanie przez państwowe firmy reklam wyłącznie w PiSowskich mediach, dziesiątki milionów publicznych pieniędzy przekazanych na "dzieła" pana dyrektora Rydzyka, 2,5 miliona dotacji na szemrany biznes edukacyjny pana Szydło, co osobiście zatwierdziła pani Szydło, ponad 4 mld złotych z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego na sfinansowanie upadku SKOKów senatora Grzegorze Biereckiego, hojnego sponsora PiSowskich mediów w chudych czasach i tak dalej, i tak dalej, a przede wszystkim posady, tysiące posad w instytucjach publicznych i spółkach Skarbu Państwa dla swoich, czyli dla działaczy PiSu, ich krewnych i znajomych: od stanowisk za kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie w wielkich spółkach po niskie stanowiska urzędnicze w rządowych agendach w gminach w całej Polsce. Bez konkursów, bez konieczności wykazania się jakimikolwiek kompetencjami, ważne, że ktoś jest swój.
I co? I nic! Suweren wie swoje: To Platforma kradła, a PiS "dba o sprawy zwykłych ludzi".
Gdy napisałem podobną rzecz na fb, znajomy skomentował "PiS to swojaki, mogą wszystko".
I tu doznałem olśnienia. Swojaki! To jest klucz, który objaśnia może nie wszystko, ale bardzo wiele rzeczy w Polsce po 2015. Platforma, lemingi z wielkich miast i wielkomiejska klasa średnia, aspirująca do wyższej, są obcy. Inaczej mówią, inaczej się zachowują, a w dodatku chcą narzucić swoje poglądy i swoją narrację innym. Nie na darmo z piątki klasycznych inteligenckich zawodów - lekarz, prawnik, nauczyciel, inżynier, artysta - przedstawiciele dwu pierwszych są znienawidzeni, bo bogacą się na cierpieniu ludzi, którymi w dodatku pomiatają, a przedstawiciele trzeciego i czwartego są lekceważeni. Zawód piąty w pewnym sensie zanika, bo choć ludzie wciąż coś piszą i wystawiają, nikt już nie jest traktowany jak sumienie i duchowy przewodnik narodu ani nawet jako pośrednik w dostępie do piękna, choć niektórzy wciąż jeszcze roszczą pretensje...
Suweren zaś nie lubi obcych, lubi tylko swoich. Nie lubi ciapatych, pedałów, muslimów i Żydów i wreszcie, do jasnej cholery, może to głośno powiedzieć! Niemców i Ruskich też nie lubi, Amerykanów niby-to lubi, ale się z nich śmieje. Nie lubi, gdy się mu mówi, że nasza przeszłość nie była tak bohaterska i nieskalana, jak nas uczono. Nie lubi tych, którzy się wywyższają. Nie lubi oratoriów Pendereckiego, woli Zenka Martyniuka i Despacito, niechby i z playbacku. Nie czyta, nie bywa, nie zna świata i go nie rozumie, w związku z czym się go boi. Pogardliwie traktujących go paniczyków, zajadających się jakimś robactwem, też nie lubi. Te paniczyki na pewno kradły, bo skąd by miały pieniądze, jak nie z krzywdy ludu?! Jeśli nie kradły, to za pieniądze wysługiwały się Niemcom, Żydom i brukselskim urzędasom, którzy chcą prostować banany. A PiS tylko dba o swoich, co przecież jest potrzebą naturalną i zrozumiałą. Ktoś w końcu musi tymi dyrektorami, inspektorami, ministrami zostać, więc to dobrze, że zostają nimi swoi, którzy ładnie chodzą do kościoła, szanują pamięć o naszych dzielnych żołnierzach i nie będą się słuchać jakichś Żydów czy Niemców.
Suweren nie lubi też tych, którzy mu to mówią.
Pisał Mickiewicz
To jeden z fałszywych romantycznych mitów, którymi nas karmi szkoła, które kształtują nasze dusze i naszą kulturę.
O, mój biedny, nieszczęsny ludu...
Edit: Poprawiłem fragment o inteligenckich zawodach.
22:04, pfg , Polityka
01:02, pfg , Polityka

References: Art. 180
 Art. 180
 Art. 180
 Art. 183
 Art. 8
 Art. 180
 Art. 183

Art. 39
 Art. 144
 Art. 144
 Art. 180
 Art. 183