Source: http://wfis.uw.edu.pl/2010/10/
Timestamp: 2017-08-21 06:40:29+00:00

Document:
Październik « 2010 « Wydział Filozofii i Socjologii UW
Dyskusja w sprawie reformy stoponi naukowych
19 Paź, 2010; Aktualności
„Podaj cegłę” – rzecz o psuciu systemu awansów naukowych
brzezuam@amu.edu.pl
Wpierw wytłumaczę się z tytułu. Rzecz jasna, że chodzi o tytuł sztandarowego dzieła malarskiego polskiego socrealizmu autorstwa Aleksandra Kobzdeja (1950). Jedno z proponowanych rozwiązań nowej ustawy przywołało w mej pamięci ten obraz. I drugie skojarzenie – a bardzo w dyskusji na temat zlikwidowania habilitacji władze resortu się oburzały, gdy się do niego odwoływali rzecznicy zachowania habilitacji – z „marcowymi docentami”. Ta idea nadawania „szlachectwa” wedle uważania władcy bliska jest autorom projektu i rządowi, który ten projekt w pełni zaakceptował.
Przedłożony projekt ustawy o zmianie ustaw o tytule i stopniach uważam i za wadliwy i za szkodliwy z punktu widzenia podnoszenia poziomu awansów naukowych i – w konsekwencji – poziomu badań naukowych i poziomu szkolnictwa wyższego w naszym kraju. W niniejszym komentarzu zajmę się tylko materią ujętą w projekcie nowej ustawy o tytule i stopniach (czyli tekstem objętym zakresowo art. 2. projektu).
Idea przenikająca projekt ustawy wydaje się dość prosta, wręcz narzucająca się. Oto, jak mniemam, idzie o to, aby jak najszybciej, jak najłatwiej i – w konsekwencji – jak największą liczbę osób (i to niekoniecznie legitymujących się tytułem zawodowym magistra czy lekarza) obdarzyć stopniem naukowym doktora. Jeśli zaś chodzi o drugi awans naukowy, habilitację, to, zdaniem autorów projektu trzeba obniżyć – i tak niezbyt wysokie – wymagania stawiane jednostkom taki stopień nadającym. W ten sposób poszerzymy krąg uczelni (też tych niepublicznych!), które będą, wreszcie, mogły nadawać habilitacje swoim pracownikom i prowadzić studia doktoranckie dla swoich pracowników. Można też będzie słabszym uczelniom, publicznym i niepublicznym (zwłaszcza tym), umożliwić w znacznie większym, aniżeli dotychczas, zakresie prowadzenie studiów magisterskich. W ten jednak sposób postępując stworzymy drugi obieg awansów naukowych. Nie muszę dodawać, że będzie to „druga liga”.
Chciałbym swoje krytyczne uwagi pomieścić w jednorodnych tematycznie grupach.
Temat 1. Obniżenie wymagań wobec jednostek ubiegających się o uprawnienia doktorskie i habilitacyjne i – w konsekwencji – obniżanie poziomu prac doktorskich i prac habilitacyjnych.
1. Utrzymaniu, od 20 lat niezmienionych, kryteriów ilościowych odnoszących się do zatrudnianej przez daną jednostkę naukową (szkolę wyższą, instytut PAN czy JBR) kadry samodzielnych pracowników;
2. Nadawaniu przez rektorów jakichkolwiek uczelni uprawnień promotorskich i recenzenckich osobom bez stopnia naukowego doktora habilitowanego
20 lat temu, ustawą z 12 września 1990 r. (potem kilkakrotnie zmienianą, ostatni raz w 2005 r. – ale zawsze na gorsze) ustalono tzw. minima kadrowe dla rad jednostek naukowych, które chciałyby uzyskać uprawnienia do prowadzenia przewodów awansowych. Aby uzyskać uprawnienia doktorskie jednostka powinna zatrudniać minimum 8 samodzielnych pracowników nauki (wchodziło w grę tylko „zatrudnienie w pełnym wymiarze czasu pracy”, ale niekoniecznie podstawowe, co już dało możliwości manipulacji), reprezentujących określoną dziedzinę nauki na którą składa się pewna liczba dyscyplin naukowych (np. moja dziedzina, „nauki humanistyczne” obejmuje aż 17 dyscyplin naukowych!). W tej liczbie musiało być co najmniej 5 osób reprezentujących określoną dyscyplinę naukową. Jednostka, która chciałaby nadawać stopnie doktora habilitowanego oraz prowadzić przewody profesorskie musiałaby zatrudniać 12 samodzielnych pracowników nauki, a w tym 6 profesorów reprezentujących daną dziedzinę nauki; w tej liczbie 12 pracowników powinno się znaleźć też tylko 5 specjalistów z danej dyscypliny naukowej. Nie były to nazbyt wygórowane wymagania – zwłaszcza dla uzyskania uprawnień habilitacyjnych (w obu przypadkach ta sama liczba 5 specjalistów z danej dyscypliny). Minęło 20 lat i … nadal obowiązują te same kryteria ilościowe, jeśli chodzi o minima kadrowe. A przecież liczba pracowników samodzielnych wzrosła przez te 20 lat. W „mojej” psychologii aż trzykrotnie. To oznacza, że przez te lata systematycznie obniżaliśmy progi dostępu jednostek organizacyjnych szkół wyższych i instytutów badawczych do uprawnień doktorskich i habilitacyjnych. Zatem można powiedzieć, że nie podnosząc poprzeczki kadrowej (m. in. opór rektorów!), tak naprawdę, obniżaliśmy standardy. No dobrze, tak było i jest, a jak będzie? Ilościowo bez zmian! A jakościowo? Gorzej. Autorzy „wymyślili” nową (a właściwie odgrzali starą) kategorię niby-samodzielnego pracownika nauki, którą wprowadzili za pomocą art. 21a, który, moim zdaniem, urasta do „ikony” tego projektu:
1. Osoby zatrudnione w szkole wyższej na stanowisku profesora nadzwyczajnego lub profesora wizytującego na podstawie art. 115 ust. 2 ustawy z dnia 27 lipca 2005 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym, nabywają uprawnienia równoważne uprawnieniom wynikającym z posiadania stopnia doktora habilitowanego na podstawie decyzji rektora (podkreśl. moje).
Art. 115. o którym mowa w projekcie:
ust. 2 i 3 (bez tytułu naukowego lub bez habilitacji – przyp. mój), jeżeli posiada stopień naukowy doktora oraz znaczne i twórcze osiągnięcia w pracy naukowej, zawodowej lub artystycznej, potwierdzone w trybie określonym w statucie.
2. Warunkiem zatrudnienia osoby, o której mowa w ust. 1, na stanowisku profesora nadzwyczajnego w uczelni jest uzyskanie pozytywnej opinii Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów. (podkr. moje)
Jest to powrót do idei nadawania doktorom uprawnień promotorskich, która była bardzo bliska resortowi, wówczas, gdy chciał likwidacji habilitacji. Potem, pod naporem opinii środowiska akademickiego (też list 44) resort wycofał się z tego pomysłu, ale – jak się okazuje – tylko na krótko. Czy nie przypomina to regulacji pomarcowych? To Obwieszczeniem Ministra Oświaty i Szkolnictwa Wyższego z dnia 17 stycznia 1969 r. w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu ustawy z dnia 5 listopada 1958 r. o szkolnictwie wyższym postanowiono, iż stanowisko docenta może zajmować też osoba, która:
„[…] posiada co najmniej stopień doktora w zakresie danej lub pokrewnej dziedziny nauki oraz odpowiedni dorobek naukowy lub zawodowy, osiągnięty po uzyskaniu tego stopnia, i która wykazała się przygotowaniem do prowadzenia samodzielnej pracy naukowej, dydaktycznej i wychowawczej” (Art. 78, ust. 1).
„[…] W wyjątkowych przypadkach uzasadnionych potrzebami szkoły można na stanowisko docenta powołać osobę, która, nie mając stopnia naukowego określonego w ust. 1 (doktora – przyp. mój) i stażu pracy na stanowisku pracownika naukowo-dydaktycznego lub naukowo-badawczego, posiada jednak osiągnięcia w pracy naukowej (podkr. moje) lub w twórczej pracy zawodowej niezbędne do pełnienia funkcji docenta” (Art. 78, ust. 2).
Osoby powoływane na stanowiska docentów w trybie wyżej przywołanego Art. 78 wchodziły do minimów kadrowych jednostek prowadzących przewody doktorskie, a także zyskiwały uprawnienia promotorskie i recenzenckie w tych przewodach.
Ale nawet w tamtych czasach, docent bez habilitacji nie mógł pełnić funkcji recenzenta w przewodach habilitacyjnych (obowiązywał wówczas wymóg, aby większość recenzentów legitymowała się tytułem profesora, a pozostali recenzenci co najmniej stopniem doktora habilitowanego. Natomiast dzisiejszy „neo-docent” uzyskuje (na mocy art. 19 ust. 2) takie same prawa jak osoba posiadająca stopień doktora habilitowanego – może być członkiem „komisji habilitacyjnej” czyli pełnić funkcję recenzenta w przewodzie habilitacyjnym (art. 19 ust. 6). Co więcej, taka osoba może ubiegać się o tytuł naukowy profesora (art. 26 ust. 1)!
Ponieważ w przyrodzie obowiązuje prawo naczyń połączonych więc można oczekiwać, że i psucie poziomu awansów naukowych – poprzez znacznie szersze udostępnienie stosownych uprawnień jednostkom organizacyjnym, które nie reprezentują dostatecznie wysokiego poziomu naukowego, aby odpowiedzialnie poprowadzić awanse naukowe – odciśnie swoje piętno na poziomie kształcenia studentów. I rzeczywiście tak będzie. Autorzy proponowanych zmian w ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym (pkt 8) proponują, aby do obowiązującej ustawy po art. 9 wprowadzić art. 9a – 9c. Chodzi o to, aby do minimów kadrowych podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni prowadzących „studia pierwszego stopnia o profilu praktycznym” można było wliczać także osoby, które uzyskały uprawnienia promotorskie i recenzenckie o których mówi art. 115 ust. 2 ustawy: Prawo o szkolnictwie wyższym z 27 lipca 2005 r. i art. 21a proponowanej Ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz... Niejasne jest określenie: „profil praktyczny”. Wszystkie studia pierwszego stopnia mają przecież dawać szybki dostęp ich absolwentom do wykonywania zawodu (a więc są w tym sensie „praktyczne” – obowiązująca ustawa w art. 2 ust. 1 pkt 7 traktuje je jako: „przygotowujące do pracy w określonym zawodzie”; czy wykonywanie jakiegoś zawodu, to nie jest „praktyka”?). Ten nowy zapis postrzegam jako ułatwienie dostępu słabym uczelniom (przede wszystkim niepublicznym, bo to one borykają się z problemem zatrudnienia kadry samodzielnych pracowników naukowo-dydaktycznych) do nowych kierunków studiów. Uważam, że zmiany powinny raczej wymuszać podnoszenie wymagań, a nie je obniżać; nie idzie wszak o to, aby jeszcze zwiększyć liczbę byle jak wykształconej młodzieży, ale aby kształcić na przyzwoitym poziomie.
Temat 2. Promotor pomocniczy
To, co budzi największe zdziwienie, to powołanie – nie wiem jak to „coś” nazwać i co wywołało moje skojarzenia z „kultowym” obrazem Kobzdeja Podaj cegłę – tzw. „promotora pomocniczego”. Wprowadza go art. 20 ust. 7:
„Promotorem pomocniczym w przewodzie doktorskim może być osoba posiadająca stopień naukowy doktora w zakresie danej lub pokrewnej dyscypliny naukowej lub artystycznej”.
Przytoczmy fragment uzasadnienia wprowadzanych zmian do obowiązującej ustawy:
„Wprowadza się instytucję promotora pomocniczego przy przewodzie doktorskim. Rolę tę może pełnić osoba posiadająca stopień naukowy doktora w zakresie danej lub pokrewnej dyscypliny naukowej lub artystycznej. Stanowić to będzie z jednej strony wsparcie przy opiece nad rosnącą liczbą doktorantów ze strony doktorów prowadzących wiodące badania, z drugiej zaś strony pełnienie funkcji promotora pomocniczego będzie przygotowywać tychże doktorów do pełnienia w przyszłości roli samodzielnych promotorów” (podkr. moje).
Muszę powiedzieć, że jest to bodajże najbardziej „twórcze” rozwiązanie proponowane przez autorów omawianego dokumentu. Czyżby kierowali się oni troską o kondycję umysłową i – zapewne w jakichś dyscyplinach niezbędną (np. prowadzenie badań terenowych czy działalność sportowa) – fizyczną leciwych profesorów? A co z dziarskimi wiekiem adiunktami habilitowanymi? Pomocnik murarza (patrz obraz Kobzdeja) pełnił wyraźnie sprecyzowaną rolę i być może w jakiejś przyszłości mógł wejść w rolę głównego murarza. Zatem, dalej snując analogię, i „pomocnik” promotora, jeżeli profesor będzie z niego zadowolony, jeżeli dostatecznie sprawnie będzie podawał cegły (przepraszam – doktorantów) doczeka się nagrody i uzyska uprawnienia promotorskie i recenzenckie. Kto wie? W proponowanej nowej ustawie przewidziano pozytywne wzmocnienie (to język psychologii uczenia się). Oto, po latach, gdy profesor nadzwyczajny uzna, że „dojrzał” do kolejnego awansu naukowego – uzyskania tytułu naukowego profesora – to okaże się, że terminowanie w roli „pomocnika murarza” jednak opłacało się. W art. 26 ust. 1, pkt. 3), zapisano, że kandydat do tytułu naukowego powinien posiadać, obok naukowych, także osiągnięcia w zakresie kształcenia kadry:
[osoba ubiegająca się o tytuł] „posiada osiągnięcia w opiece naukowej – uczestniczyła co najmniej trzy razy w charakterze promotora lub promotora pomocniczego w przewodzie doktorskim oraz co najmniej dwa razy w charakterze recenzenta w przewodzie doktorskim lub postępowaniu habilitacyjnym z zastrzeżeniem ust. 2 i 3)” (podkreśl. moje).
To zastrzeżenie związane jest z tym, że tytuł profesora można też nadać osobie, która posiada tylko stopień doktora, ale brak habilitacji „rekompensuje” wybitnymi osiągnięciami naukowymi lub artystycznymi. W takich przypadkach przydać się może terminowanie w roli „promotora pomocniczego” (patrz przywołany wyżej pkt. 3 ust. 1 art. 26). Wszak nie wszyscy kandydaci do tytułu naukowego muszą poprowadzić samodzielnie doktoraty; mogą tylko „pomagać” swoim protektorom jako ich pomocnicy. Zatem – kolejne obniżenie standardów. Może warto przypomnieć, że obowiązująca ustawa w art. 26 ust. 1 mówi, iż kandydat do tytułu naukowego powinien posiadać „poważne osiągnięcia dydaktyczne, w tym w kształceniu kadry naukowej lub artystycznej”. Także i obowiązująca ustawa dopuszczała możliwość wypromowania profesora bez habilitacji. I to należało zmienić, a nie utrzymywać. Przecież, tak naprawdę, to powinno nam zależeć na dobrych profesorach, a nie na jak największej ich liczbie (chyba, że chodzi znowu o jakieś statystyki).
I jeszcze jedna sprawa. Projekt ustawy dopuszcza (art. 13a ust. 1), iż:
„w szczególnych przypadkach, uzasadnionych najwyższą jakością osiągnięć naukowych, stopień doktora można nadać osobie, która posiada tytuł zawodowy licencjata, inżyniera lub równorzędny i uzyskała „Diamentowy Grant” w ramach programu ustanowionego przez ministra właściwego do spraw nauki oraz spełniła warunki określone w art. 12 ust. 1 pkt 2-4 i ust. 2 (chodzi o zdanie określonych egzaminów – przyp. mój) oraz art. 13 (chodzi o „kształt” pracy doktorskiej – przyp. mój)”.
Mój komentarz jest bardzo krótki: jeżeli student jest bardzo zdolny, to nie powinno stanowić dla niego żadnej przeszkody napisanie bardzo dobrej pracy magisterskiej. Studia (pełne – a nie na skróty) magisterskie nie tylko przygotowują warsztatowo do prowadzenia badań laboratoryjnych (nauki ścisłe i przyrodnicze), ale też formują młodego człowieka (taka też jest rola, dziś zapominana, uniwersytetu). Czy przyszły doktor ma być tylko cyborgiem czy też gruntownie wykształconym (i uformowanym pod względem struktury wartości) członkiem elity społecznej? Chyba jednak to drugie. A jeżeli taka jest nasza odpowiedź, to „prostowanie ścieżek” nas do tego celu nie przybliży.
Temat 3. Nierealistyczna i odzierająca z dotychczas akademickiego charakteru nowa procedura nadawania stopnia doktora habilitowanego.
Habilitacja versus uprawnienia promotorskie dla doktorów, to był dwa lata temu bardzo gorący temat sporu. Ostatecznie, także, jak mniemam, dzięki włączeniu się do dyskusji KRASP, Fundacji Rektorów, PAN oraz znaczących profesorów ze środowiska akademickiego, zwyciężyła koncepcja utrzymania habilitacji, aczkolwiek pod nową postacią. Dziś projekt ustawy ukazuje nam wizję resortu. Zatem, też jako aktywny wówczas uczestnik ówczesnego sporu (za habilitacją) chciałbym i na ten temat się wypowiedzieć. Kilka uwag krytycznych dotyczy samej procedury prowadzenia przewodu habilitacyjnego. Oto one:
1. Zerwanie z tradycją i sprowadzenie roli rad wydziałów i instytutów tylko do wykonywania „rozkazów” specjalnych „komisji habilitacyjnych”. Jeżeli jednak jakaś rada nie zechciałaby być posłuszna (a co z autonomią?), to grożą jej określone sankcje „karne”. Jakie? A o tym traktuje specjalny art. 18a ust. 12:
„W przypadku rozbieżności między opinią komisji habilitacyjnej a uchwałami rady jednostki organizacyjnej, Centralna Komisja, po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego, może cofnąć jednostce organizacyjnej uprawnienie do nadawania stopnia naukowego doktora habilitowanego, jeżeli stwierdzi, że rozbieżność jest nieuzasadniona”.
2. To nie może być tak, że rada jakiejś jednostki jedynie przyjmuje zgłoszenie danej osoby (i wcale nie musi mieć z nią bezpośredniego kontaktu), że chce ona uzyskać dyplom doktora habilitowanego tejże uczelni czy instytutu, a następnie uczestniczy (poprzez wyznaczonych przez nią trzech członków komisji habilitacyjnej: w tym sekretarza i jednego recenzenta) w postępowaniu habilitacyjnym oraz na wniosek komisji nadaje (albo odmawia nadania) stopień doktora habilitowanego. Całość postępowania została odarta z akademickiego charakteru. Tak naprawdę, to nikt z członków rady wydziału nie będzie nawet widział jak wygląda kandydat (chyba, że jego zdjęcie będzie rozpowszechnione w Internecie). Przecież dana osoba może nie mieć dobrego rozeznania w rzeczywistych kompetencjach rady. Przecież może wytworzyć się moda na habilitowanie w określonych ośrodkach. Przecież kandydat może kierować swój wniosek do rady, która jest znana z łagodności, itd. Komunikacja poprzez Internet nie zastąpi normalnej rozmowy z dziekanem. I nie obawiajmy się tego, że dziekani tylko czekają, aby schrupać kandydata.
3. Autorzy projektu nie zdają sobie chyba sprawy z potencjału kadrowego polskiej nauki. Zakładają oni, że Centralna Komisja powoła czterech członków, a w tym dwóch recenzentów, „o renomie międzynarodowej”, a rada jednostki powoła trzech członków, a w tym jednego recenzenta, „o uznanej renomie międzynarodowej” (co to znaczy – zwłaszcza w odniesieniu do dyscyplin z kręgu humanistyki i nawet dużej części nauk społecznych?). Skąd wziąć 7 profesorów (no bo chyba doktorzy o uzyskanych uprawnieniach promotorskich i recenzenckich nie wchodzą w grę?) o tak wysokich, międzynarodowych kwalifikacjach naukowych? Przecież to czysta fikcja. Czy to też ma przyspieszyć postępowanie kwalifikacyjne? Gdyby, mimo wszystko, poważnie potraktować te zapisy, to profesorowie z niezbyt długiej listy będą tylko „na okrągło” zajmować się habilitacjami.
4. Nierealistyczność proponowanych terminów. W uzasadnieniu projektu ustawy czytamy, iż: „sama procedura została skrócona z 11 do 4 miesięcy”. Czy w tym rachunku uwzględniono bardzo znaczące zwiększenie zatrudnienia w Centralnej Komisji i znaczący wzrost wydatków związanych z obsługą habilitacji „po nowemu”? Przede wszystkim biuro Centralnej Komisji musi być profesjonalnie zinternetyzowane. Cała dokumentacja wniosku rodzi się w korespondencji internetowej w trójkącie: kandydat – biuro – rada jednostki. Dla zobrazowania stopnia złożoności całego przedsięwzięcia podam tylko kilka danych. W ubiegłym roku Centralna Komisja wyznaczyła po 2 recenzentów w 1223 przewodach habilitacyjnych wszczętych przez rady jednostek organizacyjnych oraz w 513 postępowaniach o nadanie tytułu profesora. Czy te liczby przemawiają dostatecznie mocno do wyobraźni? A przecież wyznaczanie po 2 recenzentów jest o wiele prostsze od rozpatrzenia – w tak skomplikowanym trybie postępowania – 1200 (a nawet większej liczby) indywidualnych spraw angażujących po 7 osób (specjalistów o uznanej lub zwykłej renomie międzynarodowej). KTOŚ też musi – wstępnie, aby rozpoznać zasadność wniosku i prawidłowe wskazanie rady jednostki – przeczytać autoreferat przygotowany przez kandydata (mówi o tym art. 18a ust. 1). KTOŚ też musi dokonać jego korekty i z uwagami zapoznać kandydata. Z własnego dwudziestoletniego doświadczenia związanego z członkostwem w Centralnej Komisji wiem, że nie tylko kandydaci mają problemy z prawidłowym przygotowaniem wniosków, ale też dziekanaty dużych wydziałów uniwersyteckich. To zatem oznacza, tak naprawdę, pracę etatową członków Centralnej Komisji. W uzasadnieniu proponowanych zmian w dotychczasowej ustawie czytamy:
„Uproszczenie ścieżki awansu naukowego pozwoli młodym uczonym na zdobycie samodzielności naukowej przed ukończeniem 40 roku życia, czyli uzyskanie uprawnień promotorskich oraz możliwości kierowania zespołami badawczymi”.
W uzasadnieniu czytamy też, że:
„odstępuje się od kolokwium i wykładu habilitacyjnego oraz obowiązku przedstawiania rozprawy habilitacyjnej w dotychczasowej formie” (podkr. moje).
Jeśli chodzi o zmianę formy przedstawiania rozprawy habilitacyjnej, to nowa ustawa nie proponuje nic nowego. Ciekawe, że „nowa” forma habilitacji była wielokrotnie przedstawiana jako jedna z zalet (!) nowej regulacji prawnej, która istotnie miała przyspieszyć cała procedurę habilitowania. Tak jednak nie jest. Wystarczy zajrzeć do obowiązującej ustawy (art. 17 ust. 3), aby przeczytać w niej, iż rozprawa habilitacyjna powinna być „opublikowana w całości lub zasadniczej części, albo [jako] jednotematyczny cykl publikacji” (podkr. moje). Jeżeli ktoś jest rzeczywiście zdolny i pracowity, a to oznacza też, że regularnie publikuje wyniki swoich prac, to bez większego problemu część z nich, niejako z marszu, przedstawi jako rozprawę habilitacyjną. Nie trzeba zatem wywracać obowiązującego prawa. Zamiast tego potrzebna jest ze strony rządu realna inicjatywa zwiększenia uposażenia – zwłaszcza młodych badaczy i nauczycieli akademickich, aby mogli się poświęcić pracy badawczej (też: doktoraty i habilitacje), a nie szukać dodatkowych zatrudnień, aby utrzymać na przyzwoitym poziomie swoje rodziny. Aby zwiększyć wskaźnik „habilitowania” adiunktów wystarczą te zapisy prawne, które mamy. Dobry pracownik publikuje, a część publikacji będzie jego doktoratem czy habilitacją. I – to rzeczywiście dobre posunięcie w proponowanej ustawie – należy doktoryzować się na podstawie opublikowanej rozprawy (art. 13 ust. 2). Także pomieszczenie rozprawy doktorskiej wraz z recenzjami na stronie internetowej jednostki uważam za bardzo dobry pomysł. Może wydłużyłbym do 1 roku czas jej zamieszczenia na stronie internetowej.
5. Tajność głosowań. Ze zdumieniem przeczytałem (art. 18a ust. 8), iż na jednym z etapów postępowania habilitacyjnego nakazuje się przeprowadzenie – i to w najważniejszym punkcie postępowania (przyjęcie opinii o nadaniu stopnia doktora habilitowanego) – głosowania jawnego:
„Po przedstawieniu recenzji i zapoznaniu się z autoreferatem członkowie komisji habilitacyjnej w głosowaniu jawnym podejmują uchwałę zawierającą opinię w sprawie nadania lub odmowy nadania stopnia doktora habilitowanego” (podkr. moje).
Wszystkie głosowania w sprawach osobowych mają (i powinny mieć) charakter głosowań tajnych. Dlaczego w tym jednym przypadku ma być inaczej? Czy członkowie komisji mają – w trakcie głosowania – patrzeć sobie w oczy? Czy…?
6. Dlaczego to minister ma określać, w trybie jakiegoś rozporządzenia (art. 16 ust. 2 pkt. 4) czy dany doktor już „dojrzał” do tego, aby można było wszcząć mu postępowanie habilitacyjne?:
„Minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego określi, w drodze rozporządzenia, kryteria oceny osiągnięć osoby ubiegającej się o nadanie stopnia doktora habilitowanego, biorąc pod uwagę osiągnięcia naukowo-badawcze w dziedzinach nauki i sztuki lub obszarach wiedzy, współpracę międzynarodową, dorobek dydaktyczny i popularyzatorski (? – przyp. mój) oraz uzyskane nagrody”.
Od tego są stosowne komisje i recenzenci. W razie wątpliwości: „Czy już?” można zawsze zapytać swojego dyrektora czy dziekana. Tak było przez wiele lat i każdy, kto miał przyzwoity dorobek „przebijał się”. Oczywiście były wyjątki, że kogoś skrzywdzono, ale działa – i to dość sprawnie – system odwołań w Centralnej Komisji. Z własnego doświadczenia wiem, że Centralna Komisja, jeżeli stwierdzi jakieś uchybienia, to staje po stronie osoby odwołującej się od krzywdzącej ją decyzji organu kolegialnego. Jeżeli minister miałby podawać progi punktowe (punkty czerpane z kart oceny jednostki naukowej), to uważałbym to za zły pomysł. Suma punktów nie informuje trafnie o dorobku jednej osoby. Może bowiem być i tak – na przykład – że 12 pkt może oznaczać albo 1 monografię w j. polskim, albo1 artykuł z listy ERIH, albo 4 rozdziały w pracy zbiorowej opublikowanej w j. polskim, albo 6 artykułów opublikowanych w czasopiśmie 2 pkt. Jednak potrzebna jest ocena jakościowa dorobku. Tę może wydać jedynie ekspert.
7. W uzasadnieniu proponowanych zmian czytamy:
„Ponadto cudzoziemcy i obywatele polscy, którzy uzyskali stopień doktora w Polsce lub za granicą oraz podczas pracy za granicą przez minimum pięć lat kierowali samodzielnie zespołami badawczymi oraz posiadają znaczący dorobek i osiągnięcia naukowe mogą otrzymać pełnię uprawnień naukowych i dydaktycznych, które przysługują w Polsce doktorom habilitowanym, o ile CK nie wyrazi uzasadnionego sprzeciwu”.
Mój komentarz do tego zapisu będzie krótki. Dlaczego obywatel polski, który w Polsce się wydoktoryzował i przez okres pięciu lat pracował w jakimś ośrodku zagranicznym i czymś i kimś kierował miałby uzyskiwać, niejako automatycznie, uprawnienia równoznaczne z uprawnieniami doktora habilitowanego? Jeżeli jest taki dobry (posiada „znaczący dorobek i osiągnięcia naukowe”), to bez problemu uzyska w parę miesięcy habilitację (np. na podstawie „jednotematycznego cyklu publikacji”). W ogóle w tym projekcie mamy zbyt dużo wyjątków i ułatwień dla różnych kategorii osób. Prawo powinno być jednakie dla wszystkich.
Temat 4. Procedura nadawania tytułu naukowego profesora.
1. Wyżej już wskazywałem na szkodliwość art. 21a. Także i w przypadku nadawania tytułu profesora przewiduje się (art. 26 ust. 1), że oprócz doktorów habilitowanych o tytuł mogą wystąpić także osoby objęte „dobrodziejstwem” art. 21a (a więc bez habilitacji!). Powiedzmy zatem raz jeszcze: więcej wcale nie musi oznaczać, że lepiej. Czy potrzebujemy profesorów po nowemu – bez habilitacji?
2. Także i tu przywołuje się nową kategorię „osiągnięć” w kształceniu kadr naukowych – bycie „promotorem pomocniczym”. Oto można mieć osiągnięcia pod postacią wypromowania 3 doktorów lub bycia jedynie „pomocnikiem murarza” w 3 przewodach promotorskich. Bycie mistrzem i wypromowanie własnego ucznia to znacznie więcej, aniżeli pomaganie własnemu mistrzowi w przygotowaniu jego (jednak) ucznia do doktoratu. Z jednej strony podnosimy, ale pozornie, poprzeczkę w górę, a z drugiej strony wyraźnie ją obniżamy. I po co?
Wniosek. Niestety, te zmiany przyniosą skutek odwrotny do zakładanego. Podstawową wadą projektu jest centralizacja i zbiurokratyzowanie całej procedury habilitowania oraz zbyt wiele „ułatwień” dla różnych kategorii osób. A tak na marginesie, to warto zauważyć, iż w przedłożonym dokumencie konsekwentnie mówi się o „uprawnieniach promotorskich”. A może chodzi o to, aby tak zniechęcić środowisko do samej idei habilitacji, aby samo poprosiło władze resortu o zlikwidowanie tej „nieludzkiej” habilitacji i poprzestanie na jedynie słusznej propozycji nadawania uprawnień promotorskich i recenzenckich? I jeszcze jedno, w jaki sposób (czy wyjdzie na ten temat stosowne rozporządzenie wykonawcze?) odróżnić profesora o „renomie międzynarodowej” od profesora o „uznanej renomie międzynarodowej” (może, na początek, zacznijmy od literaturoznawstwa polskiego)? Jeżeli miałbym wskazać na pomysł najgorszy, najbardziej psujący system awansów naukowych, to, bez wahania, wskazałbym na przewijający się przez różne zapisy ustawy artykuł 21a. Działajmy na rzecz najlepszych, o udokumentowanym bardzo dobrym dorobku naukowym. Oni jednak nie potrzebują „ułatwień”, które proponuje art. 21a. Im trzeba pomóc, i to wyraźnie, materialnie (np. poprzez zwiększenie uposażeń – zwłaszcza młodym badaczom).
Przed laty zapadły mi w pamięci słowa wybitnego prawnika prof. Zygmunta Ziembińskiego, który komentując na łamach kwartalnika: Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny (1995, nr 1, s. 143 – 151) ówczesne ustawodawstwo odnoszące się do przepisów o stopniach i tytułach naukowych odwołał się żartobliwie do słów dziewiętnastowiecznego podręcznika pszczelarstwa: „bez potrzeby nie gmyrać w ulu”. Otóż to!
Październik 2010 Ciąg dalszy…
12 Paź, 2010; Aktualności
1. Załóż konto w Internetowej Rejestracji Kandydatów MOST (www.most.uka.uw.edu.pl).
2. Wydrukuj wypełniony kwestionariusz, podpisz i przedstaw go swojemu Prodziekanowi
3. Zaopiniowany kwestionariusz złóż Koordynatorowi Programu MOST w Uniwersytecie Warszawskim – Pani Marcie Jastrzębskiej (Pałac Kazimierzowski, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28, pok. 21). Masz na to czas do 18 maja w razie wyjazdu na semestr zimowy lub cały rok akademicki, bądź do 3 grudnia, jeśli planujesz wyjazd w semestrze letnim. Koordynator sprawdzi wniosek i przekaże do akceptacji Prorektora ds. studenckich Uniwersytetu Warszawskiego. Zaakceptowany wniosek zostanie wprowadzony przez Koordynatora
4. Decyzję o przyznaniu miejsca podejmuje Uniwersytecka Komisja Akredytacyjna
Cykl seminariów Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych, Katedry UNESCO – Trwałego Rozwoju oraz Regional Studies Association – Sekcji Polskiej
8 Paź, 2010; Aktualności

References: art. 2
 art. 21
 art. 115

Art. 115
 Art. 78
 art. 19
 art. 9
 art. 9
 art. 115
 art. 21
 art. 2
 art. 20
 art. 26
 art. 26
 art. 26
 art. 12
 art. 13
 art. 18
 art. 18
 art. 21
 art. 21
 art. 21