Source: https://obywatele.news/jeszcze-demokracja-nie-zginela/
Timestamp: 2020-07-12 15:56:13+00:00

Document:
Jeszcze demokracja nie zginęła… | Obywatele.News
fot. Marina P./stock.adobe.com
A mury rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg.
Jacek Kaczmarski, Mury.
Śpiewając „Mury”, jeden z hymnów towarzyszących zbiorowemu wysiłkowi pokojowego wymazywania komunizmu z historii, w akademiku, przy winie, zawsze pomijaliśmy ostatnie zdania, które jak widać wyżej brzmiały nam zbyt kasandrycznie i rozbrajały emocje. Okazały się jednak prorocze.
Podobnie, zbyt optymistycznie, patrzyli w przyszłość twórcy polskiej Konstytucji, bo zabrakło w niej, jak się okazuje, elementów, które zatrzymałyby upadek polskiej demokracji. Być może łatwiej jest po prostu obalić dyktaturę, niż zabezpieczyć demokrację przed rozkładem. Powolny upadek liberalnej demokracji staje się naszym bezpośrednim życiowym doświadczeniem i dzisiaj nie wiemy jak się to skończy. „Jedyne, co jest pewne, to niepewność co do rozwoju sytuacji”, pisze Wojciech Sadurski w książce „Poland’s Constitutional Breakdown”, dokumentującej łamanie norm demokracji przez PiS.
Ale wiemy, że podobne procesy, pozornie legalnego niszczenia ustroju miały już miejsce w historii. Gdy w 1919 roku uchwalono konstytucję Rzeszy Niemieckiej, określanej też jako Republika Weimarska, uznano powszechnie, że jest to najdoskonalszy wzór ustroju państwa demokratycznego. I rzeczywiście było to wielkie osiągnięcie intelektualne i polityczne ruchów demokratycznych. Wydawało się, że obywatele Niemiec nie mogą już mieć lepszego państwa. Jednak wkrótce okazało się, że konstytucja weimarska jest całkowicie bezbronna wobec jednego z populistycznych ruchów, który zdobył władzę w wyniku demokratycznych wyborów i dysponując niewielką większością głosów, błyskawicznie, za pomocą pozornie legalnych trików, zamienił idealną demokrację w idealną faszystowską dyktaturę.
Wpajane Niemcom poczucie legalizmu zostało zaspokojone: III Rzesza była według niemal powszechnej opinii tworem legalnym, a więc dysponowała konstytucyjną legitymacją do sprawowania władzy. Dyktatorską legitymację dawały Hitlerowi dwa akty prawne wydane z powołaniem się na normy konstytucyjne. Pierwszy, wydany 28 lutego 1933 przez prezydenta Hindenburga, związany z pożarem Reichstagu dekret „O ochronie narodu i państwa” zawieszał „czasowo” podstawowe wolności obywatelskie. Podobny, obowiązujący czasowo akt był już raz uchwalony, zanim naziści doszli do władzy, a więc świat prawniczy nie protestował. Dekret ten był regularnie przedłużany aż do 1945 roku. Niemcy stały się „państwem stanu wyjątkowego” z mocą konstytucyjną.
Drugi istotny trik prawny to Ustawa o pełnomocnictwach z 23 marca 1933, przegłosowana w Reichstagu – także przez większość konstytucyjną. Ustawa dawała rządowi prawo do wydawania ustaw, także ustaw niezgodnych z konstytucją. Tak zadecydowała większość przedstawicieli narodu. Działaniom prawnym towarzyszyła zmasowana akcja propagandowa i rozproszone ataki na przeciwników politycznych zachowujące pozory legalności. Konstytucja Weimarska nigdy nie została uchylona, formalnie obowiązywała do 1945 roku. Władzę NSDAP zalegalizowały dodatkowo dwa wygrane referenda – w zasadzie wolne. Franciszek Ryszka w książce „Państwo stanu wyjątkowego” o metodach państwa faszystowskiego: „Reorganizacja aparatu władzy dokonywała się stopniowo, i pozornie bez wstrząsów. Zachowana została formalna ciągłość polityczno-prawna z urządzeniami republiki weimarskiej.” Towarzyszący tym zmianom wzrost gospodarczy, spadek bezrobocia, wydatki na opiekę społeczną, wzrost porządku i bezpieczeństwa, spowodował masowe poparcie tych zmian. Ogromna większość Niemców nie zorientowała się, co jest grane.
Znamy ten schemat z naszych czasów. Wiele ruchów populistycznych i faszystowskich przejmuje w ten sposób władzę. Orban i Kaczyński powtarzają sekwencję tych działań – w zwolnionym tempie, abyśmy się nie zorientowali do czego zmierzają.
Niemal równolegle do działalności prawnej Hitlera, pojawiła się myśl o tym, w jaki sposób bronić w podobnych sytuacjach demokracji. Tym bardziej, że w wielu krajach europejskich faszyzm jeszcze nie zapuścił korzeni. To w tym kontekście zrodziła się w zachodniej myśli prawno-politycznej teoria demokracji zdolnej do obrony. Jej podstawy opracował Karl Loewenstein, profesor Uniwersytetu Monachijskiego, w 1933 roku wyrzucony z uczelni, gdyż nie był „aryjczykiem”. Loewenstein wyemigrował do USA, gdzie znalazł zatrudnienie na Uniwersytecie Yale. Po wojnie wrócił do Niemiec i wziął udział w tworzeniu podstaw nowej niemieckiej demokracji.
Powstała doktryna określana jest jako „demokracja zdolna do obrony”, czyli „streitbare” lub „wehrhafte Demokratie” (ang. „militant democracy”). W eseju opublikowanym w 1937 roku „Militant democracy and fundamental rights” Karl Loewenstein stwierdza, że faszyzm jest najbardziej skuteczną techniką zdobywania i sprawowania władzy, ale nie kryje się za tym żadna poważna ideologia czy filozofia. „Faszyzm chce władzy”, a więc „Jeżeli demokracja uznaje, że jeszcze nie wypełniła swojego przeznaczenia, to powinna podjąć walkę według własnych reguł (…). Demokracja musi walczyć”. Sukces faszyzmu „opiera się na perfekcyjnym dopasowaniu się do demokracji. Demokracja i demokratyczna tolerancja zostaje wykorzystana do jej zniszczenia. Ukrywając się pod prawami podstawowymi I rządami prawa może być zbudowana i uruchomiona legalnie antydemokratyczna maszyna”.
A więc to wszystko, co przeżywamy, już było. Loewenstein wymienia cały szereg środków, które demokracja powinna zastosować do swojej obrony. Delegalizacja partii faszystowskich, zakaz propagandy, zakaz tworzenia organizacji paramilitarnych podporządkowanych partii, regulacja zakazująca lub wzmacniająca zakaz posiadania i używania broni oraz mundurów i symboli, wprowadzenie do prawa karnego specjalnych przepisów penalizujących zbrojne i konspiracyjne wystąpienia wrogów demokracji przeciwko państwu, zakaz ruchów zmierzających do obalenia ustroju demokratycznego, zakaz nawoływania do przemocy przeciwko określonym grupom społecznym i mniejszościom, które są zwykle atakowane przez faszystów, zakaz stosowania propagandy faszystowskiej w mediach, zapewnienie lojalności urzędników i sił zbrojnych wobec demokratycznego państwa, utworzenie specjalnej tajnej policji, której zadaniem jest ochrona demokracji i konstytucji, zwalczanie przez państwo antydemokratycznej propagandy i działań kierowanych z zagranicy. Demokracja powinna się bronić nawet „kosztem naruszenia praw fundamentalnych”.
Ostatecznie prawie wszystkie te środki zostały wbudowane w systemy prawa państw zachodnich. A idąca najdalej Konstytucja Niemiec w art. 20 (1) uprawnia każdego obywatela do aktywnej walki w obronie demokracji, także z bronią w ręku.
Tamten znany z historii proceder powtarza się więc i u nas w nieco innej wersji. Wśród wielu autorów zatroskanych losem demokracji (listę wybranych pozycji przytaczam na końcu) są profesorowie prawa konstytucyjnego z Uniwersytetu w Chicago Tom Ginsburg i Huq Aziz, którzy w wydanej w 2019 roku książce „How to Save a Constitutional Democracy” tak określają to zjawisko, między innymi biorąc jako przykład Polskę pod panowaniem PiS: „Określiliśmy to jako proces erozji demokracji. Zdefiniowaliśmy go jako powolny, ale istotny rozkład trzech instytucjonalnych warunków liberalnej demokracji konstytucyjnej. Należą do nich wolne i uczciwe wybory, wolność słowa i zrzeszania się oraz rządy prawa”.
Obrona w Polsce
Twórcy polskiej Konstytucji z 1997 roku zdawali sobie sprawę z zagrożeń. Profesor Rzepliński na posiedzeniu Komisji Konstytucyjnej wyjaśniał nawet dosłownie, że prawo musi zareagować, gdy przyjdą „prawdziwi Polacy”. Jako najważniejszy przepis w arsenale obronnym wprowadzono więc art. 13 o delegalizacji partii politycznych: „Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa”.
Do użycia tej prawnej bomby atomowej potrzebne są jednak silne instytucje i społeczeństwo rozumiejące i wspierające praworządność. Metody, o których mówi przepis to tytułem przykładu: nieprzestrzeganie procedur prawnych w stanowieniu prawa; wykorzystywanie aparatu przymusu i zasobów państwa do celów partii; stosowanie przemocy słownej; wywoływanie nienawiści do wybranych grup; opanowanie znacznej części mediów i sterowanie informacjami; likwidacja organów i instytucji demokratycznych albo przekształcanie ich w fasady; faktyczna lub prawna likwidacja podziału władz, przejęcie korpusu urzędniczego, likwidacja niezależnych sądów i prokuratury; faktyczne lub prawne zawieszenie konstytucji i sądu konstytucyjnego; fałszowanie rzeczywistości; użycie nowomowy; morderstwa; szantaż.
Można je wyczytać z historii Rosji z lat od 1917, Niemiec od 1933, Austrii od 1932, Włoch od 1922, Węgier od 1932, Rumunii od 1933, z historii PRL-u. Są dobrze znane we współczesnej Rosji, w Chinach, Indiach, na Węgrzech. Metody te są dobrze rozpoznane przez psychologię, socjologię, nauki polityczne.
A więc norma, która mogłaby obronić polską demokrację istnieje, ale nie ma chętnych, żeby ją wykorzystać. Proces o delegalizację partii już się odbywał i są w tej sprawie wytyczne. Chodzi o delegalizację „Samoobrony”. Proces zaczął się w roku 2007 z inicjatywy PiS, a potem ponownie z inicjatywy Bronisława Komorowskiego. Wnioskodawcy żądali delegalizacji partii Leppera z powodu związania posłów wekslami – gdyby poseł tej partii chciał zmienić klub, to miałby zapłacić 500 tys. zł. co jest niezgodne z Konstytucją. Uzasadnienie TK (24 listopada 2010 r. Sygn. akt Pp 1/08) do wyroku daje wiele wytycznych dotyczących delegalizacji partii w Polsce i jednocześnie pokazuje wady tej regulacji. Trybunał przyznał, że działanie Samoobrony naruszało Konstytucję, jednak umorzył postępowanie „z powodu niedopuszczalności wydania wyroku”. Mamy tu bowiem do czynienia z konfliktem dwóch wartości: przestrzeganie konstytucji i pluralizm polityczny. Przewinienie Samoobrony było zbyt małe, aby zastosować tak ciężką karę, która narusza zasadę pluralizmu.
Każde orzeczenie Trybunału, potwierdzające wymienioną sprzeczność z Konstytucją oznacza automatyczne wykreślenie tej partii z rejestru. A postanowienie nie podlega zaskarżeniu. Orzeczenie delegalizacji na podstawie tych przepisów jest niemożliwe w przypadku naruszeń mniejszego kalibru, gdyż byłoby to niezgodne z Prawami Człowieka i Obywatela. Komisja Wenecka dopuszcza odstąpienie od zasady pluralizmu w następujących sytuacjach: (1) zagrożenie istnienia lub suwerenności państwa, (2) zagrożenie podstaw porządku demokratycznego, (3) przemoc zagrażająca integralności terytorialnej państwa, (4) podżeganie do nienawiści etnicznej, społecznej albo religijnej, lub (5) stosowanie lub groźba stosowania przemocy.
Do obrony polskiego porządku konstytucyjnego zaangażowane zostało także wojsko. Apolityczność wojska jest zasadą generalną z wyjątkami. Pierwsze słowa przysięgi wojskowej, którą składa każdy żołnierz brzmią tak: „Ja, żołnierz Wojska Polskiego przysięgam służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, bronić jej niepodległości i granic. Stać na straży Konstytucji”. Drugi zapis, który wikła armię w politykę zawiera art. 26.2: „Siły zbrojne zachowują neutralność oraz podlegają cywilnej i demokratycznej kontroli”. A więc Wojsko Polskie nie powinno się podporządkować kontroli władzy nie-demokratycznej.
Ewidentną wadą tych norm jest brak rozsądnych przepisów wykonawczych. Zaangażowanie wojska w rozstrzyganie sporów prawno-politycznych jest zbyt ryzykowne. Oficerowie muszą mieć jasne przepisy i polecenia. Obecna regulacja może być przyczyną prawdziwych nieszczęść. W przyszłości należy więc określić precyzyjnie w jakich sytuacjach, na podstawie czyjej decyzji wojsko ma wyjść na ulice i stanąć „na straży Konstytucji”. I na jakiej podstawie generałowie mają stwierdzić, czy władza cywilna, której podlegają jest jeszcze demokratyczna czy już autorytarna.
Być może doprecyzowanie tych przepisów powinno polegać na tym, że wojsko musi bronić Konstytucji tylko w przypadku zbrojnego zamachu stanu. A w innych sytuacjach powinny działać prokuratura (niezależna), tajne służby i policja. Takie rozwiązanie proponował Loewenstein i w Niemczech działa cywilna służba kontrwywiadowcza pod charakterystyczną nazwą Federalny Urząd Ochrony Konstytucji (służba ta nie może jednak dokonywać aresztowań i przeprowadzać rewizji).
Polskiej demokracji broni też – teoretycznie – Kodeks karny. W art. 128 spenalizowany został zamach stanu: „Kto, w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3”. Ale zamach stanu to nie tylko atak grupki uzbrojonych szaleńców, ale także poszerzenie zakresu władzy przez rządzącą partię, która dysponuje przemocą państwa.
Widać też gołym okiem, że ustrój państwa polskiego został w ostatnich latach zmieniony, ale nie było żadnego referendum ani parlament nie przegłosował żadnej zmiany Konstytucji. Tymczasem są to jedyne legalne sposoby zmiany porządku konstytucyjnego. Tak czy inaczej, istnieje uzasadnione podejrzenie popełnienia w Polsce przestępstwa zbrodni stanu, określonego w art. 127 kk. Norma zawarta w tym przepisie jest najsilniejszą bronią w arsenale, którym dysponują obrońcy demokracji. Tekst tego artykułu brzmi w następujący sposób: „1. Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności. 2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w § 1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3”.
Janina Wojciechowska z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w książce „Zbrodnie wojenne. Przestępstwa przeciwko pokojowi, państwu i obronności. Komentarz.”, tak interpretuje ten przepis: „W art. 127 kk chodzi o zmianę ustroju konstytucyjnego w taki tylko sposób, który sprawca chce osiągnąć w drodze przemocy, a więc w drodze pozakonstytucyjnej.”. A w innym miejscu dodaje: „Przemoc może oznaczać tu akcję zbrojną, choć możliwe są również inne pozaparlamentarne akty przemocy”.
Dążenie do zmian ustroju w sposób zgodny z Konstytucją nie stanowi oczywiście przestępstwa. Ale w Polsce mamy do czynienia nie tylko z dążeniem do zmiany ustroju na drodze pozakonstytucyjnej, ale z rzeczywistymi zmianami w praktyce. Przy czym warto podkreślić, że przestępstwo to popełnione zostaje już w chwili „podjęcia działalności” w „porozumieniu z innymi osobami”. Jest to przestępstwo formalne, a więc wystarczy samo tylko usiłowanie, zamiar zmiany ustroju nie musi się powieść i nie musi dojść do rzeczywistego użycia siły. A nawet jak określa się to w doktrynie jest to „usiłowanie usiłowania”, a więc karalne są bardzo wczesne fazy tego typu działalności.
Przepisy te raczej już nie ochronią demokracji ze względu na brak niezależnych instytucji oraz niebezpieczeństwo wybuchu wojny domowej przy próbie ich uruchomienia. Z tego względu nie oczekujmy też, że uchwalony i ogłoszony zostanie jakiś oficjalny akt, który powie obywatelom, że mamy koniec demokracji i zaczyna się ustrój neofaszystowski czy coś innego. Bardziej realny scenariusz, to dalsze gnicie instytucji publicznych i powolne staczanie się Polski w kierunku państwa upadłego, z czym powoli mamy już do czynienia, na przykład w służbie zdrowia, czy w szkolnictwie.
Ameryka się chwieje?
Ale jak się okazuje nie tylko polska konstytucja jest bezbronna. Tom Ginsburg i Huq Aziz we wspomnianej książce straszą, nie na żarty, że Konstytucja USA jest jeszcze bardziej bezbronna. Trump jest nieudolnym prostakiem, więc zagrożenie według autorów pojawi się później: „Warto podkreślić, że wiele postaci, które wymieniamy w tej książce, włączając Putina, Viktora Orbána, i przywódcę Polski Jarosława Kaczyńskiego, ma wykształcenie prawnicze i kohortę biegłych doradców. Jeżeli taka postać pojawi się w amerykańskiej polityce w nadchodzących dziesięcioleciach, czy nasza demokracja przetrwa? Uważamy, że Konstytucja Stanów Zjednoczonych, zwykle czczona jako gwarancja naszych wolności, w praktyce niewiele pomoże, aby obronić nas w takich sytuacjach. Brakuje w niej po prostu wielu norm, które zawierają nowoczesne konstytucje”.
Yasha Munk, politolog z Johns Hopkins University, wymienia trzy główne przyczyny problemów demokracji w USA, które jednak nie są łatwe do opanowania: upadek systemu kontroli mediów przez wykształcone elity spowodowany rozwojem Internetu, błędy systemu ekonomicznego w dystrybucji dochodu, lęki białych przed narastającą różnorodnością.
Z kolei David Runciman z Cambridge stwierdza, że demokracje mają problem z odpowiedzią na problem z rosnącą bezmyślnością biurokracji, szybki rozwój technologii i problemy ekologiczne. Mogą tego nie przetrwać. Ale sugeruje, że może to być też rodzaj problemów psychologicznych „wieku średniego”, a więc świadomością, że demokracja podobnie jak wszystko może przeminąć.
Kasandryczny scenariusz upadku amerykańskiej demokracji konstytucyjnej potwierdzają dwaj profesorowie z Harvardu Levitsky i Ziblatt: „Amerykańska demokracja nie jest wyjątkowa jak czasami sądzimy. Nie ma w naszej konstytucji I w naszej kulturze niczego, co czyniłoby nas odpornymi na upadek demokracji”. Czy w takiej sytuacji Kreml i Pekin, wspomagane przez algorytmy i sieci społecznościowe, nie spacyfikują głównego żandarma, broniącego nam demokracji w Europie?
Może się tak zdarzyć stwierdza Timothy Snyder w książce „Droga do niewolności”, która ukazuje wybory Polaków w szerszym kontekście: „To, do czego doszło już w Rosji może zdarzyć się w Ameryce i w Europie: utrwalenie ogromnej nierówności, wyparcie polityki przez propagandę, oraz przejście od myślenia w kategoriach nieuchronności do myślenia w kategoriach wieczności”.
Operacja „gotowanie żaby”
Scenariusz wygaszania demokracji przetestował – przebrany początkowo za liberała – Victor Orban. Węgry długo po upadku komunizmu nie miały nowej Konstytucji, trochę tylko pozmieniali komunistyczną. Gdy więc Orban wygrał wybory w 2010 roku większością 53% głosów, a poprzez premie i koalicje uzyskawszy większość konstytucyjną, miał – w przeciwieństwie do Kaczyńskiego – idealną sytuację. Uruchomiony proces zmiany konstytucji nie budził podejrzeń. Tym bardziej, że zmiana mogła być zalegalizowana przez większość konstytucyjną.
Zrzucając szaty liberała, Orban zagrał Węgrom dobrze im znaną autorytarną melodię. Trybunał Konstytucyjny został spacyfikowany poprzez zwiększenie liczby sędziów, nie trzeba dodawać, że nowe miejsca obsadził swoimi ludźmi oraz zawężenie kompetencji. Aby mieć większą swobodę harcowania, ograniczył dodatkowo możliwość zaskarżania ustaw do tej fasadowej instytucji, a w 2013 roku kazał unieważnić, z mocą wsteczną, wszystkie orzeczenia poprzedniego Trybunału. Wprowadzono instytucję Narodowego Biura Prawnego, obsadzonego przez partię Fidesz, które decyduje o przydziale spraw i kontroluje system sądownictwa.
Utworzona nowa Rada Mediów przejęła pełną kontrolę nad mediami publicznymi, a potem nad prywatnymi. W Mediach nie ma już żadnej krytyki dyktatora i jego partii. Komisja Wyborcza obsadzona została marionetkami z kadencją trwającą 12 lat. Do tego dochodzi szereg drobnych działań, które zabezpieczają nienasyconą żądzę władzy oligarchii partyjnej. Na przykład uchwalono ustawę, która pod pozorem regulacji sieci billboardów, wyrzuciła z rynku największą firmę w tym sektorze, wprowadzając w jej miejsce przedsiębiorstwo przyjazne partii (można, skoro Trybunał Konstytucyjny jest atrapą). A więc w kampaniach wyborczych billboardy zdominowane są przez zawsze młodą, dobrą i uśmiechniętą twarz Orbana. A opozycja rozdaje tanie ulotki na rogatkach i rozwiesza siermiężne plakaty na tekturkach i na płotach. Tak wygląda „nieliberalna demokracja”, która ma zapanować także w USA.
To jest właśnie powtórka metod stosowanych przez NSDAP przy przekształcaniu demokracji weimarskiej w dyktaturę faszystowską, tylko przeprowadzana w zwolnionym tempie. Zastosowana została też w Polsce i w kilku innych krajach. Ginsburg i Huq we wspomnianej już książce „How to Save a Constitutional Democracy”, określają tę metodę jako „erozję demokracji” i wymieniają jej cechy: wykorzystanie poprawek konstytucji do zmiany podstaw zasad ustroju, eliminacja przepisów umożliwiających wzajemne kontrolowanie się władz w ramach trójpodziału, centralizacja władzy wykonawczej, zniekształcenie lub zniszczenie sfery publicznej, gdzie może się realizować wolność słowa i zgromadzeń, wyeliminowanie konkurencji politycznej, która umożliwiałaby rotację partii sprawującej władzę. Zamiast stosowania otwartej przemocy do zdobycia i utrzymania władzy wybierają erozję: „erozja demokracji wydaje się bardziej atrakcyjną metodą odchodzenia od demokracji, gdyż napotyka na mniejszy opór”.
Warto dodać, że oligarchie partyjne i elity ideologiczne, jak narodowi katolicy (nie mylić z chrześcijaństwem) w Polsce, wykorzystują przy zdobywaniu władzy rosnące w siłę ruchy populistyczne. Populiści wprawdzie żądają „władzy ludu” i „więcej demokracji”, ale jest to przeważnie motłoch, nie dostrzegający komplikacji świata. Faszyzm od populizmu różni się tym, że populizm wynosi do władzy tę czy inną oligarchię, która – już jako faszyści czy komuniści – kręci swoje lody. Dobitnie wyraził to Erdogan, porównując demokrację do taksówki: dowozi do wybranego miejsca, a potem się z niej wysiada. Albo premier Morawiecki: „Trzeba słuchać ludu, obiecać ludziom czego oczekują, a potem wygaszać ich oczekiwania, mają zapierdalać za miskę ryżu”.
Profesor Sadurski we wspomnianej książce określa sytuację prawną w Polsce opisowo jako „anty-konstytucyjny populistyczny odwrót” (anti-constitutional populist backsliding): „Jest antykonstytucyjny, gdyż realizowany jest poprzez ustawowe „poprawki” i jawne naruszenia Konstytucji; jest populistyczny, ponieważ elity rządzące, demontując system checks and balances, organizują wsparcie i mobilizację społeczną; i odwrót, ponieważ należy to postrzegać w stosunku do wysokich standardów demokratycznych osiągniętych w niedawnej przeszłości”.
Po dojściu do władzy zaczyna się więc – jak to określają Ginsburg i Huq – proces „gotowania żaby” (żaba gotowana żywcem, ale powoli, podobno nie wyskakuje z garnka), a więc niewielkie zmiany w różnych miejscach systemu, których suweren (pożal się Boże) nie traktuje poważnie lub nie dostrzega. Jest to swego rodzaju operacja podprogowa – realizowana pod progiem intelektualnym suwerena (pożal się Boże). Większość wyborców w krajach, w których szkolnictwo i czytelnictwo, jest słabo rozwinięte, niewiele rozumie z tego, co się dzieje na świecie i o czym się mówi w sferze publicznej.
Timothy Garton Ash z Oxfordu, w wykładzie „Polska, Europa: od «chwalebnej rewolucji» 1989 po kryzys Unii 2019” wygłoszonym w Warszawie 3 czerwca 2019 roku w ramach Wykładów im. Wiktora Osiatyńskiego, zadaje trudne pytanie: „W 1989 roku Polska pisała historię Europy, zamykała epokę Jałty. Dlaczego nie potrafiliście uczynić ze zwycięstwa Solidarności pięknego mitu założycielskiego i chwalić się nim na całym świecie? Czy naprawdę żyć umiecie dopiero w klęsce?” ( https://oko.press/timothy-garton-ash-zmarnowana-rewolucja-1989-polacy-czy-naprawde-zyc-umiecie-dopiero-w-klesce/).
Być może dlatego, że tamto niezwykłe zwycięstwo – realistycznie oceniając – było efektem także czynników ekonomicznych i międzynarodowych, a nie tylko zasługą „cech narodowych”. Tworzenie mitu założycielskiego byłoby zwyczajnym fałszowaniem historii. Źródła tożsamości wielu grup Polaków tkwią ciągle jeszcze w stuleciach poddaństwa, gdy ogromna większość ludności – „tutejszych”, a nie Polaków – była de facto niewolnikami. Systemy wartości wyborców PiS-u, a więc polskiego populizmu, hartowały się dodatkowo w zapomnianych przez elity latach 1944–1947, opisanych w przejmującej książce historyka Uniwersytetu Warszawskiego Marcina Zaremby „Wielka Trwoga” (to powinna być lektura szkolna). A „płynna nowoczesność” sprowadziła nam do miast wiele nowych trendów kulturowych. Nie istnieje (i nie istniała) jakaś jedna dobra Polska, lecz jest ich już co najmniej kilka. Mimo, że nie ma nad Wisłą imigrantów, żyjemy już w społeczeństwie multi-kulti, co widać, słychać i czuć. Musimy więc zaakceptować – niekoniecznie usprawiedliwiać – tych „obcych”, żyjących obok nas. Narzędzia do pokojowego współżycia daje nam kultura liberalnej demokracji.
Są w stanie wychwycić tylko pojedyncze słowa oraz emocje i uczucia. To za mało, aby dokonywać racjonalnych, rozumnych wyborów w coraz bardziej skomplikowanym świecie. Jak można dyskutować o zagrożeniu trójpodziału władzy, skoro 75% obywateli USA nie potrafi ich wymienić. Albo jak debatować o głównym problemie politycznym w naszym kraju, homoseksualizmie, skoro większość myliła to z pedofilią, a w ankietach ulicznych tak wiele osób odpowiada, że nie chciałyby, aby ich dzieci były homo sapiens. Mamy też bardzo wielu przeciwników wprowadzania w Polsce cyfr arabskich.
Współczesny autorytet zajmujący się badaniem demokracji prof. Giovanni Sartori z Columbia University w książce „Homo videns” z 1999 roku przewidywał taki rozwój sytuacji. Według niego człowiek przekształca się pod wpływem mediów elektronicznych opartych na prostych obrazkach w „homo videns”. Istotę ograniczoną umysłowo, która traci zdolność abstrakcyjnego i logicznego myślenia. Człowiek nigdy nie był istotą w pełni rozumną, uważa autor, ale teraz, w nowej sytuacji ewolucyjnej może się cofnąć lub rozwinąć w kierunku myślenia w trybie emocjonalnym i irracjonalnym.
Sartori: „demokracja staje się systemem rządów, w którym decydują ludzie niekompetentni. Czyli samobójczym systemem rządów”, i dalej: „kiedy rzeczywistość coraz bardziej się komplikuje i złożoność spraw rośnie w zawrotnym tempie, umysły stają się coraz prostsze, wychowujemy dorosłych, którzy całe życie zachowują się jak dzieci” (…) „Żadna pojedyncza luka w wykształceniu nie jest sama w sobie istotna” – pisze – „Dopiero całość ujawnia kulturalną i informacyjną pustkę, która napawa grozą”. Można mieć do takich obywateli pretensje, bo zamieniają demokrację w karykaturę. Ale podchodząc do tego z empatią, musimy uznać, że jest to ciężki rodzaj wykluczenia społecznego, sprzeczny nie tylko z ideami socjalizmu i chrześcijańskiej demokracji, ale także z liberalizmem (zasada równych szans).
Decyzje w systemie demokratycznym podejmują obywatele na podstawie najlepszej wiedzy, a ta komplikuje się dosłownie z roku na rok. Zwracał na to uwagę inny ceniony badacz demokracji Robert Dahl: „Co jednak należy począć, gdy codzienna polityka stała się tak skomplikowana, że przeciętny obywatel nie wie, jakie decyzje najlepiej odpowiadają jego interesom? Czy demokracja nie okazała się tym samym wizją ustroju społecznego niemożliwego do urzeczywistnienia ze względu na komplikacje świata, w którym sądzone jest nam żyć?”. Zarządzanie strachem i innymi emocjami przez zwyrodniałych polityków i hierarchów nie jest więc trudne, a co gorsze jest skuteczne.
Napięcia występują także w innych miejscach, gdyż funkcjonujemy jednocześnie w dwóch systemach równoległych: w demokracji i kapitalizmie. Jeden system kieruje się regułą – jeden obywatel, jeden głos, a drugi – jeden dolar, jeden głos. W obu systemach żyją ci sami ludzie. Z jednej strony nierówności walutowe wynoszą do władzy partie rozdające pieniądze, co niszczy gospodarkę, a z drugiej – duże pieniądze często wynoszą do władzy oligarchie finansowe. Demokracja i kapitalizm wolnorynkowy wydawał się wprawdzie najlepszym możliwym połączeniem, ale teoria obrony demokracji musi brać pod uwagę niszczącą siłę pieniądza oraz rolę nierówności i zawiści socjalnych.
Pole manewru obrońców demokracji nie jest więc zbyt duże. Wydaje się, że pokojowe masowe protesty są nieskuteczne, potwierdza to już większość obserwatorów. Ale Ginsburg i Huq podają w swojej książce jeden zaobserwowany przez nich wyjątek: protesty w Polsce o niezależność sądów przyniosły efekt. Blitzkrieg Jarosława Kaczyńskiego został zatrzymany i być może był to punkt zwrotny.
Po prostu demokracja
W zmaganiach o panowanie w sferze języka, a więc także w sferze umysłów, należy zwracać uwagę na znaczenia słów, którymi faszyzm i komunizm zawsze manipulował. To chyba Orban jako jeden z pierwszych współczesnych populistów zaczął używać pojęcia „nieliberalna demokracja”. Uwaga: jest to ideologiczny oksymoron.
Minimalistyczna definicja stwierdza, że demokracja to system sprawowania władzy, w którym o wszystkim decyduje wola większości, a rolą obywateli jest tylko powołanie władzy w drodze wyborów. Przyjmując jednak taka definicję, musimy uznać, że dyktatura większości także byłaby demokracją, co jest absurdem. Pisał o tym już Alexisa de Tocqueville. Rządy większości obywateli mogą bowiem oznaczać też brutalną, faszystowską dyktaturę.
Istotne elementy współczesnej funkcjonalnej definicji demokracji, to (1) wolne wybory, (2) wolność słowa, zrzeszania i zgromadzeń oraz (3) rządy prawa. Pod (2) znajduje się składnik liberalny, który tak bardzo przeszkadza Putinowi i Orbanowi. Ale zabierając z tej konstrukcji choćby jeden element, system przestaje działać jako demokracja. „Demos”, to naród. Czasami słowo to wykluczało niewolników czy kobiety. Ale według polskiej Konstytucji, to „wszyscy obywatele”. A więc demokrację należy odczytać – jasno i logicznie – jako rządy „wszystkich obywateli”. To nie są „rządy większości” obywateli, jak często powtarzają pisowscy ziomale.
Głosowanie większościowe przy podejmowaniu decyzji w państwie ma charakter wyłącznie techniczny, to kompromisowa forma, dopuszczamy ją ze względów czysto pragmatycznych w sprawach, które nie dotyczą fundamentu demokracji: godności człowieka i wynikających z niej praw człowieka i obywatela. Są sprawy, nad którymi nie głosuje się w demokracji, gdyż przysługują „demos” – „wszystkim obywatelom”.
A więc decydentem, suwerenem, są wszyscy obywatele, a rządząca aktualnie partia musi kierować się „dobrem wspólnym” – art. 1 Konstytucji RP, a więc respektować w formie kompromisu interesy wszystkich. Jeszcze raz: demokracja to nie są rządy większości. Kropka. To dlatego na przykład referendum w demokracji szwajcarskiej jest niedopuszczalne w zakresie praw człowieka i obywatela. „Demokracja nieliberalna” jest pustym zbiorem i może oznaczać zwyczajny faszyzm.
Biorąc pod uwagę zagrożenia dla demokracji, zarówno wewnętrzne ze strony populistów i partii, jak i zewnętrzne ze strony Kremla, Białego Domu czy Chin (pamiętajmy o Hongkongu), oraz ze strony technologii, należy zaktualizować lub opracować nową teorię obrony demokracji, zdolną do odparcia nowych zagrożeń. Jako przyczynek do rozważań proponuję kilka rozwiązań. Lista jest przykładowa i nie wyczerpuje zakresu możliwych środków.
Proponuję więc przede wszystkim pogłębienie podziału władzy. Przede wszystkim należy uznać, że Czwarta Władza to nie metafora, tylko właśnie jedna z władz: władza informacyjna. Należy więc wydzielić funkcje informacyjne rządu oraz parlamentu i skonsolidować je z działalnością mediów publicznych. Powstała w ten sposób władza zapewni suwerenność informacyjną obywatelowi. Jako jedna z władz musi być całkowicie niezależna od władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Instytucja ta powinna być poddana demokratycznej kontroli w zakresie przestrzegania prawa, ale nie może podlegać żadnej grupie polityków.
Żadna z trzech władz nie powinna więc mieć wpływu na powoływanie i odwoływanie osób kierujących czwartą władzą, a zatrudnieni tam dziennikarze powinni mieć status zatrudnienia zbliżony do sędziów. Regulacje te nie wymagają zmiany Konstytucji. Demokracja nie działa, jeżeli obywatele żyją w oparach kłamstwa, manipulacji, domysłów, fake newsów, teorii spiskowych i ideologii.
Pojawiła się też wyraźna konieczność włączenia do ustrojowego podziału władzy i systemu checks and balances także prokuratury i policji. Prokurator nie powinien mieć żadnych obaw przed ściganiem gangsterów i aferzystów, ukrywających się w aparacie partyjnym. Wymaga to całkowitego uniezależnienia prokuratury od trzech władz. Bez niezależnej prokuratury i policji nie ma praworządności – bez praworządności nie ma demokracji. Powoływanie Prokuratora Generalnego i Komendanta Głównego Policji może się odbywać przy okazji wyborów, ale mogą to wykonywać także mniejsze gremia obywatelskie. Społeczeństwo obywatelskie powinno tu zwrócić uwagę na prokuratorów, którzy nie dali się złamać w obecnym systemie, bo to oni najlepiej nadają się do odbudowy tej instytucji.
Parlament, w tym opozycja, powinien zająć się organizacją realnych debat publicznych w sprawach będących problemem społecznym czy przedmiotem przygotowywanej regulacji. Demokracja deliberatywna powinna być standardem w dobrze urządzonym państwie. Istotą demokracji jest przecież – od greckich początków – debata, dyskusja, publiczne roztrząsanie problemów i rozwiązań. Jesteśmy skłonni uznawać za „wybory” samo głosowanie. Tymczasem jest to tylko akt techniczny. Prawdziwe wybory, czyli podejmowanie decyzji, odbywają się znacznie wcześniej. „Głosowanie zgodnie ze swą ideą było tylko końcowym aktem stałego, publicznie toczącego się sporu argumentów” (Jurgen Habermas, „Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej”).
Stworzenie listy punktów krytycznych dla demokracji, które posłużą jako punkty graniczne: „Ich naruszenie powinno zadziałać jako sygnał, że demokracja jest w niebezpieczeństwie. Brak takich punktów utrudnia koordynację obywatelskiego oporu przeciwko siłom antydemokratycznym” (Ginsburg, Huq). Obrona demokracji w obecnym systemie jest toporna. Kodeks karny nie przewiduje karania polityków dokonujących „erozji demokracji”. Czyny i kary powinny być skatalogowane w sposób bardziej wyrafinowany. Należałoby tu uwzględnić karanie polityków za szerzenie kłamstw. Ze względu na fakt, że pojedyncze czyny prowadzące do „erozji” nie mają charakteru przestępstw ciężkiego kalibru, kary też mogą być lżejsze – od nagany, sprostowań w mediach poczynając. Do tego konieczne będzie odblokowanie zombie-sądu, czyli Trybunału Stanu. Procedura powinna być szybka.
Proponuję zdefiniowanie i rozsądne uregulowanie instytucji „demokratycznej legitymacji sprawowania władzy”. Dotychczas uznaje się, że legitymację taką uzyskuje partia, która wygrywa wybory. Należałoby określić w jasny sposób sytuacje w trakcie trwania kadencji, które powodują utratę tej legitymacji, a więc konieczność ogłoszenia nowych wyborów. Mogłoby do tego dojść w przypadku ciężkiego naruszenia przez rządzącą partię najważniejszych norm konstytucyjnych. Procedura sądowa powinna być analogiczna do impeachmentu.
Uregulowanie roli wojska w obronie demokracji poprzez uchwalenie przepisów wykonawczych. Raczej powinny one ograniczać rolę armii do prób zbrojnych przewrotów i działań hybrydowych, które szykuje nam Rosja. Przypadki zagrożeń typu erozja prawa powinny być domeną niezależnej prokuratury, sił policyjnych i wywiadu cywilnego.
Istotny wpływ na funkcjonowanie demokracji wywierają też czynniki demograficzne, odziedziczone systemy wartości, kształcenie i wychowanie, technologia. Określam je jako deep defence i pozostawiam jako inny temat.
Na koniec warto podkreślić, że normy konstytucyjne nie działają automatycznie, są tylko węzłem w sieci powiązań społecznych. Ale w idealnym modelu, to normy prawne powinny walczyć, a nie ludzie. Starajmy się więc stworzyć system norm, który będzie walczył za nas o demokrację.
Jak widać po licznych publikacjach autorytetów prawa konstytucyjnego i nauk politycznych, dostrzegalny w Europie Środkowej i Wschodniej trend w kierunku nacjonalistycznego autorytaryzmu budzi poważne obawy o przyszłość demokracji. Pojawiło się wiele poważnych książek na ten temat, przy czym wszystkie nawiązują do Węgier i Polski, a w przedmowach zaczynają od Trumpa jako głównego impulsu do rozważań.
Timothy Garton Ash „Wolne słowo. Dziesięć zasad dla połączonego świata”; Francis Fukuyama „Tożsamość. Wspólczesna polityka tożsamościowa i walka o uznanie” (nie napisałbym tej książki, gdyby nie wybór Trumpa); Tom Ginsburg, Aziz Huq „How to safe constitutional democracy?”; Yascha Mounk „ Lud kontra demokracja”; David Runciman „Jak kończy się demokracja?”; Wojciech Sadurski „Poland’s Constitutional Breakdown”; Timothy Snyder „Droga do niewolności”; Jason Stanley „How Propaganda works?” oraz „How fascism works”; Steven Levitsky, Daniel Ziblatt „Tak umierają demokracje”; Mark Tushnet „Are Constitutional Democracies Really in Crisis?”, Maciej Zaremba – „Wielka Trwoga”.
Poprzedni Samotne społeczeństwo obywatelskie
Następny Czerwona kartka dla mainstreamu

References: art. 20
 art. 13
 art. 26
 art. 128
 art. 127
 art. 127
 art. 1