Source: http://halat.pl/dr_Zbigniew_Halat_fotografia_artystyczna_felietony_w_Radio_Maryja_ilustrowane_od_roku_2005_rok_2009.html
Timestamp: 2018-09-23 17:56:14+00:00

Document:
dr Zbigniew Halat, fotografia artystyczna, felietony w Radio Maryja ilustrowane od roku 2005. Rok 2009
Felieton w Radio Maryja, 2 stycznia 2009
Ludzi boli kiedy tracą dom, pracę, szpital, transport. Bezdomni, bezrobotni, pozbawieni dostępu do opieki lekarskiej i jakiegokolwiek środka komunikacji ludzie czują się nieszczęśliwi i oszukani. Oszukani przez tych, których rozpromienione twarze opowiadają o dobrobycie, jaki potrafili zapewnić swoim wyborcom. Jest się czym pochwalić. Na polu międzynarodowym same sukcesy. Sukcesy na miarę San Domingo. Albo niechybnej nominacji na sekretarza Generalnego ONZ, która wszakże skończyła się na stołku zgoła mniej uniwersalnym, bo zdefiniowanym etnicznie, jak to się określa we współczesnej nowomowie. Albo światowej promocji kolejnych miast, których mieszkańcy nie pytani o sensowność fanaberii swoich prezydentów, spokojnie, bez protestu składają się na rosnące koszty zagranicznych wojaży prezydenckich dworów z jednej strony i utrzymania miejskich spółek zaopatrujących w wodę, odprowadzających ścieki i zapewniających komunikację z drugiej strony. Mieszkańcy dużych miast potrafią być hojni. Zapłacą miejscowe podatki, pogodzą się z zaporową ceną wody i nie pytają o nic. W oczekiwaniu jeszcze wyższych podatków, w tym katastralnego, oszczędzają pieniądze, rzadziej się kąpiąc. Po co się zresztą myć, kiedy w centrum miasta rządzonego przez najbardziej ambitnego prezydenta można potknąć się o zwały śmieci i to wcale nie po największej w świecie imprezie, ale na co dzień. Brudne ciało mieszkańca, którego nie stać na kąpiel, dobrze się komponuje z brudem komunalnym. Bezdomni, bezrobotni, pozbawieni dostępu do opieki lekarskiej i jakiegokolwiek środka komunikacji już wiedzą co oznaczają piękne słówka polityków. Pozostali podskakują w rytm kakofonii z ryczących głośników. Jest im dobrze. Ulubiona muzyka znieczula, wyzwala z potrzeby myślenia. Zwłaszcza myślenia o przyszłości.
W ciepłej atmosferze Świąt Bożego Narodzenia w kolejce do osiedlowego warzywniaka zasłabł starszy pan. Upadł dwukrotnie. Nikt z kolejki nie podszedł. No bo wszyscy mieli ręce zajęte siatkami. Starszy pan stanął na nogi i przewrócił się ponownie. Tym razem uderzył głową w twardy przedmiot. Kiedy przyjechało pogotowie ratunkowe, usłyszał, że nic mu nie jest, że może iść do domu. A to, że trzykrotnie upadł? Ależ to zwykły przypadek. Taki zbieg okoliczności. Kto i jak wychowuje ludzi, których przeżarło okrucieństwo tzw. znieczulicy? Kto i czego uczy ludzi pracujących w pogotowiu ratunkowym? Kto szczuje ludzi na ludzi? Kto obrzuca oszczerstwami i insynuacjami tych, którzy dowiedli, że potrafią bezinteresownie służyć innym i wychowywać, i nie oglądać się na własne korzyści? Kto podkopuje sprawdzone autorytety po to, aby je zastąpić lobbistami opłacanymi za demontaż służącego Polakom państwa, a nawet dobiera się do naszych zasobów naturalnych, takich jak zasoby energii geotermalnej, po to, aby umożliwić sprzedaż technologii elektrownii atomowych, importować uran, a także doprowadzić do zamknięcia polskich kopalni? Kto? Wiadomo, politycy. Oby rok 2009 był rokiem sądnym dla polskich polityków.
Felieton w Radio Maryja, 9 stycznia 2009
Felieton w Radio Maryja, 23 stycznia 2009
Majestat śmierci przytłacza.
Nieodwracalność czyni z niej zdarzenie bezdyskusyjne co do faktu zaistnienia. We współczesnym świecie totalnego ograniczenia świadomości, powszechnego zamroczenia propagandą i reklamą, stwierdzenie znamion śmierci pewnych pozwala rozpoznać śmierć biologiczną, czyli ustanie wszelkich procesów życiowych komórek. Reszta prawdy o człowieku jest przedmiotem zażartych sporów wspieranych stronniczymi opiniami opisującymi jeden i ten sam fakt w skrajnie odmienny sposób co do jego charakterystycznych cech, przyczyn i skutków. Jedno jest pewne: człowiek nie żyje. Reszta jest kwestią domysłów popartych mniej lub bardziej wiarygodnymi dowodami. A które to dowody są wiarygodne? Ktoś przecież musi je za takie uznać lub je odrzucić. Policjant, prokurator, sędzia, aby mógł wypełniać swoją rolę w społeczeństwie musi być przede wszystkim bezstronny. Jeżeli jest stronniczy, to lepiej żeby go w ogóle nie było. Zajmując pozycję niezbędną w siatce społecznych współzależności stwarza pozór, że potrafi odróżnić sprawcę od ofiary, że dostrzega granicę pomiędzy dobrem a złem, że wie co to znaczy dobro wyższe na tle kłębowiska interesów poszczególnych osób, ugrupowań i przestępczych szajek. Dysponując oddaną mu do dyspozycji siłą państwa, w tym brutalną siłą środków przymusu, policjant, prokurator i sędzia ponosi odpowiedzialność proporcjonalną do posiadanych uprawnień za to co zrobił, jak co zrobił i czego nie zrobił. Uprawnień do wyłamania komuś drzwi, wykręcenia rąk, wsadzenia za kraty na parę lat bez wyroku, czy też po uprawomocnionym wyroku, sponiewierania fizycznego i psychicznego, odebrania zdrowia, dobrego imienia i majątku nie ma nikt inny jak tylko policjant, prokurator i sędzia. Tym większa jego chwała za wykorzystanie tych uprawnień do walki z przestępcami, tym większa jego hańba za wykorzystanie tych uprawnień do walki politycznej lub handlowej poprzez jawne lub niejawne opowiedzenie się po jednej ze stron konfliktu.
Nagłośniona śmierć jednego człowieka przyniosła dymisje dygnitarzy w resorcie sprawiedliwości, cicha śmierć każdej z ofiar ruiny systemu ochrony zdrowia w Polsce jest traktowana marginalnie. Nawet po śmierci ludzie nie są traktowani na zasadzie równości. Z jednej strony polityczne trzęsienie po śmierci mordercy, z drugiej – martwa cisza nad gwałtownie rozszerzającym się cmentarzyskiem ofiar braku dostępu do lekarza i leczenia.
Wśród osób, które nie mogą doczekać się skutecznej interwencji leczniczej są też zagrażający zdrowiu i życiu innych ludzi. Nosiciele, podejrzani o zakażenie, podejrzani o chorobę zakaźną i chorzy na chorobę zakaźną stanowią narastającą masę ludzi zagrażających zdrowiu i życiu innych co najmniej tak długo jak długo trwa ich stan niewiedzy o własnym zdrowiu i sposobach zabezpieczania innych przed zakażeniem. Brak dostępu do lekarza i skutecznego leczenia oznacza, że ich nieszczęście będzie przeniesione na innych ludzi.
Kolejna narastająca masa ludzi, którzy bez skutecznej interwencji leczniczej mogą zagrażać zdrowiu i życiu innych osób, to cierpiący na niektóre zaburzenia psychiczne. Albo są już zdiagnozowani i skutecznie leczeni, albo też w fazie rozwoju choroby, niezdiagnozowani, albo nieleczeni skutecznie. Art. 31 Kodeksu karnego uwalnia osoby niepoczytalne od odpowiedzialności karnej: “§1 Nie popełnia przestępstwa, kto, z powodu choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego lub innego zakłócenia czynności psychicznych, nie mógł w czasie czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem. §2 Jeżeli w czasie popełnienia przestępstwa zdolność rozpoznania znaczenia czynu lub kierowania postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary. §3 Przepisów §1 i 2 nie stosuje się, gdy sprawca wprawił się w stan nietrzeźwości lub odurzenia powodujący wyłączenie lub ograniczenie poczytalności, które przewidywał albo mógł przewidzieć”.
Na podstawie art. 15 ust. 9 ustawy z dnia 21 maja 1999 r. o broni i amunicji (Dz. U. z 2004 r. Nr 52, poz. 525 z p. zm.) wydano Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 23 grudnia 2005 r. w sprawie wykazu stanów chorobowych i zaburzeń funkcjonowania psychologicznego wykluczających możliwość wydania pozwolenia na broń i rejestracji broni (Dz. U. z 2006 r. Nr 2 poz. 14). Oto wykaz stanów chorobowych i zaburzeń funkcjonowania psychologicznego wykluczających możliwość wydania pozwolenia na broń i rejestracji broni:
Odcięcie dostępu do leczenia i równoczesne otwarcie dostępu do broni palnej to wyraźne przesłanie: wystrzelajcie się sami.
Felieton w Radio Maryja, 6 lutego 2009
Przełom może przynieść oczyszczenie.
Brudy, nawet te najlżejsze, nie pokonają przełomu, osiądą w górnym nurcie rzeki, pozostaną w jej przeszłości. W przyszłość popłynie tylko czysta woda.
Mamy prawo sądzić, że żyjemy w czasach przełomu. I to pomimo nieustępliwej agresji skierowanej na nasz kraj, której coraz to bardziej oczywistym dla każdego celem jest wywłaszczenie Polaków i pozbycie się nas z zajmowanego przez nas terytorium.
Jakże żałośnie nieporadne były wcześniejsze pomysły strasznych Fryców, Bismarka, Hitlera, carów, Lenina i Stalina. Teraz to już nie oprawcy w obcych mundurach, wypędzają z domu, rugują z własności, strzelają, wieszają, gazują, zamęczają na śmierć pracą i mrozem. Teraz to już są bardziej wyszukane metody osiągania tych samych celów bez zbędnego zamieszania i protestu. Teraz to odbiera się ludziom ochronę zdrowia, pracę i emeryturę, podnosi do nierealnie wysokiego poziomu stałe koszty utrzymania i efekt jest dokładnie ten sam, co z zastosowaniem metod budzących powszechnych sprzeciw z powodu ich jawnej brutalności.
Nikogo już nie dziwi stronnicza argumentacja zastosowana przez sprawujących władzę w Unii Europejskiej konkurentów polskiego przemysłu stoczniowego i rybołówstwa. Mają władzę, więc wszelkie wątpliwości rozstrzygają na swoją korzyść. Jakkolwiek te rozstrzygnięcia te byłyby niesprawiedliwe i krzywdzące dla milionów ludzi. Milionów ludzi tym tylko różniących się od innych, rzekomo równouprawnionych, że są Polakami.
Należy oczekiwać od polskich historyków, tych rzetelnych a nie sprzedanych za stypendia i granty, że zechcą nagłośnić paralele przyczyn i skutków wybrania w ramach wolnej elekcji Niemców z dynastii saskiej na tron polski i objęcia władzy za pomocą sprytnej socjotechniki przez obecną dziwną ekipę. Być może jest to ostatnia szansa dotarcia do polskiej młodzieży przez system szkolny nauczania historii. Jak wiadomo do czyszczenia basenów i strzyżenia psów unijnej elity znajomość polskiej historii jest Polakom zbędna. Co trzeba dowiedzą się z polakożerczych kompilacji, a wyzbyci odrobiny patriotyzmu, z wdzięczności za rzucone im ochłapy, bez szemrania przyjmą każdą obelgę, każde historyczne oszczerstwo i kłamstwo. Wojna propagandowa przybiera na sile i nie pomoże zamykanie oczu i zatykanie uszu i wołanie: “nic nie widzę, nic nie słyszę”. Minimum zdrowego rozsądku wystarczy, aby połączyć dowody świadomej i bezlitosnej destrukcji cywilizacyjnej Polski z wyraźnie już deklarowanym geopolitycznym celem.
Co zatem składa do optymizmu, co pozwala wierzyć, że będzie lepiej? Oto narasta masa krytyczna ofiar błędów i wypaczeń, przy których te wcześniejsze -z czasów PRLu – bledną, jeśli uwzględni się stan w punkcie wyjścia i porówna osiągnięcia. Prosta sprawa – propaganda z gadzinowych środków masowego przekazu nie zaspokoi podstawowych potrzeb ludzi. Nie nakarmi, nie napoi, nie ogrzeje, nie przewiezie. Im więcej ludzi na własnej skórze odczuje skutki rozkradzenia Ojczyzny, tym więcej Polska zyska patriotów.
Docenić dobro wspólne najłatwiej, kiedy się nie ma własnego.
Dobro grupowe, czyli politycznych szajek, też stopnieje bez intensywnego zasilania utrzymującego się na wysokim poziomie od 20 lat. A iluż to sprzedawczyków potrzeba, aby rozszarpać resztki polskiego majątku narodowego? Wielu już wykonało swoje zadanie i otrzymało sowitą zapłatę. Ci są już niepotrzebni, a w sytuacji coraz bardziej dramatycznych skutków swoich decyzji spadających na głowy coraz to większej liczby osób, powinni się liczyć z rozliczeniem. Z rozliczeniem przez trzeźwiejących Polaków. Trzeźwiejących z bólu zderzenia twardej rzeczywistości z wirtualnym światem propagandy.
Z prawdziwą satysfakcją należy zapoznać polską opinię publiczną z aktualnym poglądem osoby prezentowanej w Polsce jako główny ideolog wolnego rynku, który to wolny rynek był bojowym zawołaniem wrogów dobra wspólnego Polaków.
“Ideologia wolnego rynku jest anachronizmem w erze zmiany klimatu, niedostatku wody, braku żywności i kryzysu energetycznego” (Free-market ideology is an anachronism in an era of climate change, water stress, food scarcity and energy insecurity). Słowa te opublikował 28. stycznia 2009 r. pan Jeffrey Sachs.
Własność ziemi to pewność przeżycia.
Zwłaszcza teraz, kiedy przez media przewija się karnawałowy korowód prominentów minionego dwudziestolecia, których rozradowane twarze zaświadczają o historycznym sukcesie ich autorstwa. A na ulicach ląduje jedna za drugą wielotysięczna fala bezrobotnych, jedynych żywicieli rodzin. Od bezrobocia do bezdomności droga krótka, zważywszy na wyśrubowane koszty utrzymania mieszkań z zastosowaniem największych z możliwych do osiągnięcia sposobów oszczędzania wody, prądu, gazu, ogrzewania i wywozu śmieci. Koszty te przekraczają już możliwości rodzin mających stały dochód, a co dopiero, gdy do pokrycia minimum życiowego pozostaje jakaś żałośnie śmieszna kwota do podziału na wiele licznych potrzeb.
Za przegranie wojny z rozumem na Polaków zostały nałożone wysokie kontrybucje w postaci wpłat do kasy Unii Europejskiej. Ta zaś zadbała, aby do nowej kolonii wysłać perkal i koraliki w zamian za należne dziesiątki miliardów euro. Nie wydać, to znaczy zarobić. Starym łupieżcom opłaciło się zainstalować w swoich ludzi nad Wisłą. To przecież nic nowego w historii kolonializmu. Na bogactwo kolonialnych metropolii złożyły się nie tylko efekty rzezi Bogu ducha winnych plemion i narodów, lecz także owoce mniej lub bardziej misternej dyplomacji kończącej się obsadzeniem władzy przez spolegliwych kacyków. Ci przecież nie ogłoszą publicznie, że służą interesom obcych. No jakże! Uśmiechną się zalotnie, dobrodusznie poklepią po plecach i zapowiedzą cud. Cud. Cud, który przecież nie pojawia się na żądanie. Do cudu może dojść za wstawiennictwem świętych Pańskich, nie samozwańczych cudotwórców. Co więc zgotował Polakom Donek? Najwyraźniej karę Boską za bluźnierstwo w postaci zawierzenia w jego przymioty ze świętością na czele. Czy to nie jest historia z powieści podróżniczych? Tyle, że jej akcja nie toczy się w dziewiętnastym wieku na rzeką Kongo, a w dwudziestym pierwszym wieku nad Wisłą i Odrą. Zamiast szukania odpowiedzi na pytanie, jak wybrać najsmaczniejsze kawałki z przelewającego się kotła dobrobytu wnoszonego na platformie, w milionach polskich domów pojawia się dylemat jak, nie mając pieniędzy, przetrwać we współczesnym świecie. Jeżeli ktoś myśli, że ten dylemat go nie dotyczy, niech się dobrze zastanowi nad przebiegiem wydarzeń w ostatnim półroczu. Jeżeli zaś zdarzyło się komuś być widzem telewizyjnego wywiadu z nadmiernie wylewnym – zapewne pod wpływem alkoholu – filarem obu głównych polskich partii, ten wie, że już kilka lat temu obowiązywała doktryna Darwina w polskiej polityce: przeżyją tylko najsilniejsi. Właśnie rząd wprowadza w życie zasady tej doktryny. Obecnie, w sezonie mrozów, zapowiadane są cięcia budżetu opieki socjalnej. Bezdomni, korzystający z miłosierdzia bliźnich składających się za pomocą podatków na noclegownię i miskę zupy dla najbardziej potrzebującego, będą pozbawieni minimum szans na przeżycie. Wyczyny rządu w zakresie odbierania ostatniej nadziei chorym komentują negatywnie wszyscy, ale nikt nie podejmuje żadnej skutecznej akcji przeciwko tej formie eutanazji. Eutanazji nie nazwanej, choć masowej. Sami chorzy tego nie zrobią, są za słabi, za młodzi, za starzy, a wyciskające łzy z oczu materiały telewizyjne nagłośniające pozostawienie ludzi chorych sam na sam z ich nieszczęściem coraz bardziej powszednieją i tracą zupełnie swoją moc demaskatorską. Sprawcy już przecież nie zakładają masek. Oto znaleźli sobie słowo – wytrych na usprawiedliwienie, Kryzys. Kryzys globalny. Kryzys w Europie. Kryzys u najbliższych sąsiadów.
Aby mieć szanse za parę lat dowiedzieć się jak to było naprawdę z tym kryzysem, kto na nim najbardziej stracił, a kto najwięcej zarobił, trzeba robić wszystko, aby rodzinie i rodzinie rodzin, czyli narodowi, zapewnić przetrwanie kryzysu. Zapewnić najsłabszym przetrwanie kryzysu humanitarnego w Polsce.
Warto rozejrzeć się za każdym dostępnym skrawkiem ziemi matki – żywicielki. Zadbać o swoją działkę w ogrodach pracowniczych, porozmawiać z zaprzyjaźnionymi rolnikami, ogrodnikami i sadownikami, zaopatrzyć się posiadane przez nich nasiona i materiał hodowlany. W miarę możności unikać sklepów i sieci sprzedaży, w których spowodowane umyślnym brakiem państwowej kontroli rozpasanie sprzedawców organizmów genetycznie modyfikowanych sięga zenitu. Umówić się na wspólną pracę przy własnej lub czyjejś uprawie czy hodowli, w sadzie czy ogrodzie. I wspólne dzielenie owoców tej pracy. Oby zeszłoroczne masowe marnotrawstwo owoców było nam zapomniane. Przygotować się do robienia przetworów na następną zimę. Dobrze opatrzyć dom, póki jest, przed zimnem, zalaniem, pożarem. Kupić opał, świece. Poradzić się, poczytać, pomyśleć nad przetrwaniem swoich dzieci, rodziców, niedołężnych sąsiadów i swoim własnym, kiedy już skończy się zima i wiosna a z nimi wszelkie oszczędności, zapomogi, odszkodowania za skradzioną nam pracę. A przede wszystkim modlić się o ratunek.
Felieton w Radio Maryja, 13 lutego 2009
Narodowe szkodnictwo i błazeństwo polityków wymaga naukowej oceny.
W pierwszym tegorocznym felietonie życzyłem rodakom, aby rok 2009 był rokiem sądnym dla polskich polityków. Po sześciu tygodniach dobrze widać, że życzenia nabierają rozpędu realizacyjnego. Starannie wyhodowany i pielęgnowany z wielkim nakładem sił i środków wizerunek kolejnych polityków pada pod ciosami topora opinii publicznej. “Wyrwać chwasta”, którym okazał się dopiero co bijący rekordy popularności wizerunek polityka, albo – jakby to ujęli koledzy lekarze weterynarii – dokonać uboju sanitarnego sztuki wizerunku czy stada wizerunków zagrażających całemu pogłowiu politycznych wizerunków, to praktyki zyskujące entuzjastyczny aplauz publiczności. Nasuwa się pytanie, czy masakra wizerunków osiągnęła już maksimum wysokości funkcji oraz rozległości aktualnego i byłego partyjnictwa? Do czasu obchodów pamiętnych czerwcowych wyborów z 1989r. warto ułożyć trafione i zatopione główki w jakiś sensowny ranking odchodzącego w niesławie dwudziestolecia. Szanse wystąpienia w konkursie obywatelskiej brzydoty powinien mieć każdy, poczynając od kilku zaledwie prezydentów, poprzez marszałków sejmu, senatu, premierów i ministrów, posłów i senatorów, aż po polityków błyszczących na firmamencie województwa, powiatu, gminy, czy też miasta, wsi i osiedla. Nie wolno pominąć posłów do Parlamentu Europejskiego i tych, którzy za pieniądze obcych państw, udając działaczy organizacji pozarządowych, wylądowali na ciepłych synekurach unijnych. Ranking mógłby uwzględniać dwa podstawowe kryteria oceny: pierwsze kryterium to szkodliwość dla dobra wspólnego, a drugie – to cała reszta przyczyn kompromitacji.
Do ludzkich słabości należy wścibstwo i plotkarstwo eksploatowane niemiłosiernie przez tabloidy, nazywane przez niektórych prasą brukową, lokujących w ten sposób w rynsztoku miliony czytelników, a równocześnie potencjalnych wyborców. Gdyby to tylko czytelników! Potwarz i pomówienie znacznie częściej niż w tabloidach pojawiają się na łamach gazet z rzekomo wyższej półki, mało tego – notorycznie perumerowanych przez aparat rządowy i samorządowy, cytowanych też obficie przez publiczną telewizję i radio.
Tym samym, drodzy podatnicy, utrzymujecie ze swoich podatków i abonamentów, owe wybijające kłamstwem szamba medialne, raz po raz zalewające nasz kraj cuchnącymi nieczystościami. Ich odorem napawają się przecież nie tylko zwykli obywatele, ale też decydenci wszystkich szczebli, od góry do dołu. Są wśród nich funkcjonariusze państwa najwyższej rangi, podejmujący decyzje wagi państwowej, czyli rozstrzygające o losie całego narodu na dzisiaj i na dającą się przewidzieć przyszłość. Są politycy i urzędnicy samorządowi, od których arbitralnych decyzji zależy szansa na przeżycie wszystkich z nas. Są też policjanci, prokuratorzy i sędziowie decydujący o życiu i śmierci pojedynczych obywateli. Nie tylko w sensie biologicznym przecież. Niezawinione prześladowanie przez aparat tak zwanej sprawiedliwości, bardziej niszczy niż rak, bo zabiera i zdrowie i godności i własność. Jak w gangsterskim filmie. Złożone w redakcji zamówienie na zabójstwo podlega tam profesjonalnej obróbce i pojawia się jako materiał medialny, pięknie uszminkowany pozorami obiektywizmu dziennikarstwa śledczego, demaskatorskiego, a więc kochanego przez wszystkich za to, że staje po stronie zwykłych ludzi. Walec medialny zaczyna się toczyć. Miażdży ofiarę zgodnie z wolą zleceniodawcy przy powszechnym aplauzie widowni. Jak na rzymskiej arenie. Ręce do oklasków składają się same, od prezydenta do bywalców przysłowiowego magla. Co tam magiel! Inteligencja, czy też samozwańcza “intligencja”, przoduje w łatwych osądach, chętnie dołącza się do chórów potępienia. Ech, śmiercionośne teksty i uczone komentarze mają w sobie tę słodką nutkę snobizmu. Łechcze ambicje przekonanie, że jest się intelektualistą zdolnym do czytania między wierszami, kojarzenia faktów, podpierania osądów swoim wyższym wykształceniem.
A gdyby tak pobawić się w intelektualną grę przekształcania wciskanych rewelacji w negatyw? Tak jak to było za komuny. Im więcej pan Jerzy Urban, zasłużony gieroj obrad okrągłego stołu, wciskał ludziom w mózgi, tym mniejszym cieszył się poparciem. Kiedy mówił – czarne, każdy wiedział, że to nie czarne a białe. Zabawa prosta, a jakże rozwijająca. Kto nie wie, jak w nią się bawić, niech spyta starszych, którzy za komuny byli już dorośli, a do tego wykształceni przez prawdziwych polskich nauczycieli. Prawdziwych, bo z przedwojennego naboru. Mając, tę mentalną gimnastykę za sobą, spojrzycie, moi drodzy, inaczej na otaczający was świat. Po prostu spadną wam łuski z oczu i być może uzyskacie szanse wybicia się na niepodległość mierzoną odpornością na manipulację.
Poświęciwszy dużo miejsca dostępnym narzędziom oglądu dygnitarzy, wracam do zamysłu rankingu skompromitowanych polityków dwudziestolecia i postuluję nadanie odmiennych wag każdej z proponowanych kategorii oceny. W szerokiej wspólnej dla obu kategorii skali od 1 do 10. Kategorii szkodnictwa i kategorii błazeństwa,. Szkodnictwo narodowe wyniszczające Polaków – mnożnik szkody nie mniej niż 6. Kabaretowe występy obecnych i byłych prominentów – mnożnik błazeństwa najwyżej 5. O ile szkodnictwo narodowe da się opisać liczbami i nieszczęściem ludzkim pomnożonym przez dziesiątki milionów obywateli, o tyle błazeństwo umyka tak łatwej ocenie. Wszak jednemu podoba się “Kariera Nikodema Dyzmy” a drugiemu “Trędowata”.
Felieton w Radio Maryja, 20 lutego 2009
Broń masowego rażenia może łatwo wymknąć się spod kontroli.
Tragedia Polaka w Pakistanie pozwoliła przyjrzeć się realiom kontroli rządu tego kraju nad własnym terytorium. Obok wielu innych państw pałających nienawiścią do mniej lub bardziej odległych współmieszkańców Ziemi, także Pakistan kiedyś skorzystał z omijania zakazu proliferacji broni jądrowej i dzisiaj broń ta może dostać się w ręce osób, które za nic mają życie własne i cudze. Po 6. sierpnia 1945r. każdy wie, że zrzucenie małej 4-tonowej uranowej bomby atomowej zabiło na miejscu lub ciężko zraniło połowę z liczącej 275 tysięcy ludności Hiroszimy. Jak to ujął pod swoją winietą DZIENNIK POLSKI z 8. sierpnia 1945r. był to największy triumf nauki.
Jeszcze większego tryumfu nauka o masowym zabijaniu mogła oczekiwać w wyniku ataku atomowego na zaplecze sowieckich armii prących na Zachód. Tym zapleczem miała być Polska. Św. pamięci płk Ryszard Kukliński, narodowy bohater i męczennik za sprawę narodową, który w wieku 17 lat wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, a w latach 1971-1981 przekazał na Zachód ponad 40 tys. stron najbardziej tajnych dokumentów dotyczących wojennych planów Rosji Sowieckiej, uchronił znaczą część dzisiaj żyjących Polaków przed wyparowaniem i chorobą popromienną w wyniku odwetu naszych dzisiejszych sojuszników. Dla Zachodu broniącego się przed atakiem Sowietów Polska to było po prostu miejsce dyslokacji agresora, a Polacy nie zasługiwali na lepszy los niż cywilna ludność Hiroszimy. I pomyśleć, że ziejący jadem rasista i polakożerca wschodnioniemiecki arystokrata graf von Stauffenberg, strateg i ideolog nazimu, jest w obecnych Niemczech uznawany za bohatera narodowego za to, że w obliczu klęski Niemiec chciał zabić Hitlera i przy tym zachować dorobek Drang nach Osten z czasów rozbiorów. Ratujące Polaków przed zagładą, a cały świat przed III wojną światową, dzieło i ofiara pułkownika Ryszarda Kuklińskiego są nie tylko niedoceniane w krajach NATO, ale i we własnej ojczyźnie jego pamięć spotyka się z obelgami ze strony janczarów Rosji. Takie traktowanie bohatera naszych czasów jest haniebne i znamienne dla pętaków, którzy mu do pięt nie dorośli, a wypinają piersi do orderów, choć już wiele razy zostali sowicie nagrodzeni przez siebie samych lub im podobnych..
Wyobraźmy sobie, że w takim położeniu geopolitycznym, w jakim się znajdujemy, powstaną elektrownie atomowe, jakże skuteczny owoc lobbowania kolejnego rządu przez zainteresowane koncerny i ich akwizytorów, wśród których są nawet prezydenci pewnych państw. Co będzie celem ataku na terenie Polski? Nieistniejąca tarcza przeciwrakietowa, czy może elektrownia atomowa?
A jak ona będzie wykonana i konserwowana? Na poziomie sieci autostrad? A może eskadry F-16? A ile będzie kosztować import paliwa, skoro światowe zasoby uranu mają wyczerpać się w tym samym roku, w którym przypaść powinno zakończenie budowy elektrowni atomowej już rujnującej wieloletnie budżety naszego państwa. Już rujnującej z tej racji, że jest pomysłem dywersyjnym w stosunku do suwerennego wykorzystywania narodowych zasobów energetycznych o najwyższej światowej wydajności i ekonomice eksploatacji. Są one dwa. Energia geotermalna i węgiel. Obydwa dostępne, tylko trzeba po nie sięgnąć, zlecając na dziesiątki lat za ciężkie pieniądze polskich podatników ogrom zadań polskim firmom zatrudniającym polskich inżynierów, techników i robotników, z których każdy ma polską rodzinę, a ta cała rodzina płaci podatki na dobro wspólne. Nie dość, że fundusze emerytalne, monstrualne zyski obcych firm zwłaszcza handlowych, a także dochody wcześniej i obecnie znacjonalizowanych przez obce rządy przedsiębiorstw dawniej polskich, dokładają się do dochodów budżetów państw, których produkt krajowy brutto wielokrotnie przekracza nasz własny, to jeszcze jest pomysł na dalszy rabunek: pod urojonym pretekstem nie dopuścić Polaków do eksploatacji własnych zasobów energetycznych i nałożyć im nową kontrybucję w postaci niewyobrażalnej co do rozmiarów zapłaty za budowę elektrowni atomowych. Ile to miliardów złotych ma kosztować druga nitka metra warszawskiego? Dwa, trzy, pięć? Dziura w ziemi, owszem okablowana, wybetonowana i odpowiednio wyposażona, aleć zawsze to tylko pozioma dziura w ziemi. I do tego śmiesznie krótka. Zanim zacznie gwałtownie rosnąć kontrybucja nałożona na Polaków za przegraną wojnę z rozumem, warto odnieść ceny budowy elektrowni atomowych do cen za linie metra. I mając w pamięci rozwój spraw przy budowie stadionów na EURO, zwłaszcza we Wrocławiu, a także jakichś etnicznych muzeów, na które akurat w czasie kryzysu trzeba wykładać pieniądze odebrane muzeom upamiętniającym wspólne dokonania Polaków wszystkich narodowości, trzeba pomyśleć jak będą wyglądać przetargi na elektrownie atomowe. I którą część dorobku wielu pokoleń Polaków trzeba będzie zniszczyć, aby zapłacić zagranicznym koncernom? Może tak, jak dla stworzenia montowni elektrycznych wiatraków z odzysku zniszczono przemysł stoczniowy z jego dotyczącym całego kraju otoczeniem, zostanie brutalnie zlikwidowana kolejna gałąź narodowego przemysłu? Tylko jaka jeszcze pozostała do likwidacji?
Felieton w Radio Maryja, 27 lutego 2009
Za lasy uznawane są worki wirtualnych pieniędzy, z których nie pozostaje nawet garść popiołu. Za róże – działania z zakresu zapobiegania chorobom i przedwczesnym zgonom. Niesłusznie. Od skutków narażenia na działanie czynników szkodliwych dla zdrowia nie ucieknie się ani zagranicę, ani w odległą przyszłość.
Nadzwyczaj sprawnie realizowany plan likwidatorów Państwa Polskiego wymaga jakichś pijarowskich zasłon dymnych. Na szczęście dla likwidatorów, a na pohybel nam wszystkim, kiedy już wyczerpały się im możliwości udawania głupiego Jasia, jak królik z kapelusza wyskoczył kryzys. Światowy, potworny, bardziej straszny od terroryzmu, a nawet zmiany pogody zwanej ociepleniem klimatu. Jakaż to ulga! Jej Bohu, to nie my jesteśmy winni! To światowy kryzys pożera was i wasze dzieci. To ci wstrętni zagraniczni bankowcy nie pozwolili upleść koszyka świadczeń leczniczych, to oni pozamykali odziały położnicze i dziecięce, rozpędzili doświadczone zespoły operacyjne wybitnych chirurgów i instrumentariuszek. To oni obsadzili ludźmi z ulicy kluczowe stanowiska państwowe decydujące o bezpieczeństwie zdrowotnym 38 milionów ludzi w środku Europy. I pomyśleć, że z braku lekarzy z drugim stopniem specjalizacji w zakresie pediatrii zamyka się oddział pediatryczny szpitala powiatowego, a w tym samym czasie powołuje na stanowisko powiatowego inspektora sanitarnego człowieka, którego dotychczasowy kontakt z sanepidem ograniczał się do płacenia mandatów za niechlujstwo. Co tam powiat! Stanowiska wojewódzkich inspektorów sanitarnych wpadają w chciwe łapy ludzi kompletnie nieprzygotowanych do udźwignięcia ciężaru pracy i odpowiedzialności za zdrowie publiczne, nawet nie zdających sobie sprawy z przypadającej im części podziału zadań w naszym państwie, a tym samym w Unii Europejskiej i na całym świecie, uwzględniając odpowiedzialność za produkty na eksport oraz zdrowie i życie przebywających w Polsce turystów i migrantów. Nie lepiej na samym szczycie.
Wśród wieloletnich pracowników sanepidu panuje głębokie przekonanie, że wulgarne palikocie miauknięcia wydobyły się z tej żałosnej postaci po spotkaniu na forum jego własnej partii z obsadzonymi przez POPiS spadochroniarzami, którzy wylądowali na szczycie władzy sanitarno-epidemiologicznej bez jakiegokolwiek przygotowania. Wicie, rozumiecie, dzisiaj towarzysz robi w mięsie, jutro w cukrze, a pojutrze w sanepidzie. A propos, warto tu przytoczyć definicję słowa koprolalia – jest to skłonność do używania nieprzyzwoitych, wulgarnych wyrazów i może być objawem niektórych zaburzeń psychicznych.
To ci krwiożerczy finansiści z Wall Street i Docklandu wpuszczają do Polski każdy odpad, w postaci żywności, rozmaitych wraków i rzekomych surowców wtórnych, i to im nie chce się zająć wykonywaniem jasno określonych obowiązków w ustawie o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, ustawach powołujących inne służby nadzoru i kontroli i w przepisach wykonawczych do tych ustaw. To oni nie mogą się doczytać jasno sprecyzowanych postanowień zawartych w przedmiotowych ustawach i rozporządzeniach, które na poziomie kuchennych przepisów szczegółowo opisują procedury do wykonania przez funkcjonariuszy naszego państwa na rzecz ochrony zdrowia publicznego, ochrony nas wszystkich razem i każdego z osobna, żyjących dzisiaj i w pokoleniach, które po nas przyjdą. Dzisiaj zawinione zaniedbania sanitarne przyniosą wielu ludziom straszną chorobę i śmierć za kilkanaście – kilkadziesiąt lat, kiedy już nikt nie będzie pamiętał, kto zaniedbał wykonanie ustawowych obowiązków w zakresie możliwej do osiągnięcia eliminacji czynników rakotwórczych, a gdyby nawet, to winowajca uratuje skórę z racji przedawnienia. A kto odpowie za sprowadzeniem powszechnego zagrożenia życia i zdrowia wielu osób poprzez zaniechanie prawem nakazanej eliminacji chemicznych i fizycznych czynników mutagennych w miejscu naszego zamieszkania, pracy, nauki i wypoczynku? Nie ma ucieczki od mutacji w komórkach somatycznych i rozrodczych: nowotwory, wady rozwojowe, poronienia, choroby genetyczne wystąpią w pokoleniach bezpośrednio narażonych na działanie mutagenów, u dzieci, wnuków, prawnuków, ale i niespodziewanie po wielu pokoleniach, kiedy sprawcach przyszłych – jakże odległych w czasie nieszczęść – pozostanie na tej ziemi tylko proch. Taki jest ogrom odpowiedzialności ludzi korzystających z partyjniactwa i kolesiostwa jako trampoliny do skoku na te państwowe stanowiska, na których podejmowane są decyzje o zdrowiu milionów. Skoro sumienie nie zabrania im zabierać się do pozorowania pracy, o której nie mają żadnego pojęcia, skoro nie czeka ich kara za życia, skoro są głusi i ślepi na wszelkie argumenty natury etycznej, prawnej i naukowej, musimy bronić się sami.
W kolejnych felietonach postaram się przybliżyć rodakom, polskim wyborcom i podatnikom, obowiązki organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej w przedmiocie realizacji konkretnych zadań z zakresu zdrowia publicznego, do których Państwowa Inspekcja Sanitarna jest powołana.
Felieton w Radio Maryja, 6 marca 2009
Zdrowia publicznego sprywatyzować się nie da.
Od zarania dziejów zawsze istniał jakiś stadny, społeczny mechanizm, który dążył do ograniczenia liczby utraconych przez daną populację lat życia w zdrowiu. Zawsze też istniała hierarchia potrzeb do zaspokojenia przez ten mechanizm. Prawo do długiego życia w zdrowiu było i jest z reguły zawłaszczone przez najsilniejsze jednostki i ich ugrupowania. Najbardziej bezwzględnym drapieżnikom instynkt czy rozum nakazuje zabić, aby dłużej lub lepiej przeżyć. Tak rozum, ludzki rozum odarty z sumienia, niestety też nie liczy się z prawem do życia innych ludzi. Aby się rozgrzeszyć, drapieżcy w ludzkiej skórze po prostu odmawiają uznania innych ludzi za sobie równych. Po zepchnięciu ofiar do kategorii podludzi przystępują do rzezi z dowolnych pobudek: strategicznych, religijnych, rasowych, ekonomicznych i takich, jakie tam jeszcze są pod ręką. Wiek XX charakteryzujący się masowym ludobójstwem na nieznaną wcześniej skalę przeszedł w wiek XXI, w którym kryterium fazy rozwoju lub stanu zdrowia człowieka osiąga rangę kryterium rasy czy narodowości stanowiących doktrynę państwową w Niemczech i Rosji upoważniającą wczoraj do eksterminacji naszego narodu, a dzisiaj do zaprzeczania odpowiedzialności za monstrualne zbrodnie. W odróżnieniu od ludzi w fazie zarodkowej i płodowej, czy też ciężko chorych i z tego tytułu pozbawianych prawa do życia, Polacy z samego tytułu przynależności do narodu polskiego nie są obecnie zabijani w sposób jawnie brutalny.
Należy do nich demontaż systemu lecznictwa, co odbiera szanse przeżycia ludziom już chorym i wymagającym skutecznego leczenia, a także tym, którzy, gdyby mieli dostęp do opieki zdrowotnej, poddaliby się na czas działaniom profilaktycznym i uniknęliby rozwoju ciężkich, nieraz śmiertelnych chorób, rujnujących życie ich własne i ich rodzin. Tu sprawa jest prosta. Nie ma gdzie się leczyć, nie ma czym się leczyć, nie ma za co się leczyć. Trzeba umierać. Trzeba umierać za inne sprawy niż życie własne i życie najbliższych. Na przykład za chore ambicje polityków, albo za ich o mało co światowe kariery wyrosłe na służalczości i dyspozycyjności względem tych, którzy przywykli trzymać w ręku wszystkie sznurki władzy. Za poświęcenie wszystkich Polaków pojedyncze jednostki wpuszcza się na salony, a pozostałych obrzuca obelgami i spycha na coraz to niższy szczebel rozwoju cywilizacyjnego.
Od projektu pierwszej reformy opieki zdrowotnej storpedowanego przez koalicjanta tworzącego rząd pani Hanny Suchockiej, do dnia dzisiejszego na reformach zdrowia zarabiają wyłącznie politycy, ich rodziny, znajomi i tzw. eksperci, którzy niezależnie od rządzącej opcji zawsze są potrzebni do spisania w miarę uczonych uzasadnień kolejnej fali grabieży pieniędzy i zdrowia pod szczytnymi hasłami reformy opieki zdrowotnej. Potrzebni są także klakierzy, czy to medialni, czy też działający w środowiskach profesjonalnych. A ludzie na to patrzą i już się nie dziwią i nie buntują. Jak gdyby zasiadali w fotelach przed telewizorami i oglądali horror, który wprawdzie straszy, ale ich nie dotyczy. Przypomina to sytuację Irlandczyków wymierających w XIX w. z powodu głodu na wyspie otoczonej morzem pełnym ryb, z czego zwykli szydzić Anglicy, odpowiedzialni za skutki skolonizowania Zielonej Wyspy. Irlandczycy jednak próbowali wzniecić powstanie przeciwko rujnującym ich opłatom dzierżawnym, które musieli spłacać, sprzedając płody rolne niepodatne na zarazę ziemniaczaną. To podatki nałożone na głodujący naród były przyczyną masowych zgonów z powodu głodu i chorób a nie sam brak ziemniaków.
A my na kogo możemy zrzucić winę za stan opieki zdrowotnej w Polsce? Na cara, kajzera, Hitlera, Stalina, PZPR? Może są jakieś inne propozycje? A może na nas samych za brak skutecznego oporu przeciwko likwidacji lecznictwa?
Pseudoreformując opiekę zdrowotną, zabrano się także do komercjalizowania systemu zapobiegania chorobom i przedwczesnym zgonom. Tu jednak struktur – tak jak w przypadku lecznictwa – wprost nie zniszczono, decydując się na stopniową ich anemizację poprzez przykręcanie kroplówki budżetowego finansowania, bądź też tworzenie takiego otoczenia prawnego i administracyjnego, które krok po kroku odbierało Polakom państwowe gwarancje bezpieczeństwa zdrowotnego.
Jakże by mogło być inaczej, jeżeli dla polityków kolejnych rządzących ekip stanowiska państwowych inspektorów sanitarnych należały  z małymi wyjątkami  do łupu politycznego, który rozdziela się na szczeblu kraju, województwa i powiatu według partyjnych potrzeb i zasług.
A jakie są skutki obsadzania tych stanowisk ludźmi marki BMW, czyli bierny, mierny, ale wierny? Wyjrzyjcie Państwo przez okno, zwróćcie uwagę na zagrożenia zdrowia w najbliższej okolicy, w szkole waszych dzieci, w waszym zakładzie pracy, zastanówcie się jaką wodę i żywność wam sprzedają, w jakich warunkach was leczą. I pomyślcie na jakim poziomie są wykonywane postanowienia ustawy z dnia 14 marca 1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Art. 1 tej ustawy głosi co następuje:
Felieton w Radio Maryja, 13 marca 2009
Felieton w Radio Maryja, 20 marca 2009
Propaganda i reklama odbierają ludziom rozum.
Sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i bezwzględnie szkodliwe decyzje podjęte pod wpływem propagandy i reklamy mogą przynieść gorzkie owoce wkrótce po ich podjęciu, albo też po kilku, kilkudziesięciu latach, kiedy to będzie o wiele za późno, aby przeciwdziałać skutkom własnej głupoty.
Najczęściej jest już za późno, bowiem wyjątkowo spada ludziom z nieba ujawnienie na czas prawdziwych przyczyn likwidacji podstawowej gałęzi narodowego przemysłu, zniszczonej pod fałszywym pretekstem tylko po to, aby ktoś zarobił na zamieszaniu wokół zatrudnienia tysięcy ludzi wyrzuconych na bruk.
Za każdą formę propagandy i reklamy ktoś płaci jej wykonawcom – politykom za uchwały parlamentarne i samorządowe, urzędnikom za decyzje i oświadczenia, ekspertom za opinie, naukowcom za dorobek i wreszcie dziennikarzom za nagłaśnianie lub przemilczanie czego tam trzeba. Po osiągnięciu zamierzonego celu zyski i tak do potęgi przewyższą koszty zatrudnienia rozmaitych zleceniobiorców – marionetek składających się na sukces udanego projektu.
Zleceniodawcy też bywają rozmaici. A to drobni przedsiębiorcy korzystający z platformy obywatelskiej wiary w cuda na zamówienie jak z wytrycha do państwowego skarbca, a to władze obcego państwa po raz kolejny w ciągu 90 lat stające w obronie pokrzywdzonych ziomków, a to wielkie korporacje, dla których wynajęcie prezydentów państw, w tym wielkiego mocarstwa, wszystkich tych komisarzy, premierów, ministrów jest równie łatwe jak ściągnięcie chóru stu profesorów na posiedzenie komisji w naszym parlamencie.
Skutki puszczonej w ruch machiny propagandowo-reklamowej są jednak nieprzewidywalne i daleko wykraczają poza zamierzony cel.
Bagatelizowanie nieodwracalnych zagrożeń zdrowia ludzi i środowiska przez akwizytorów opatentowanych produktów zawierających organizmy genetycznie modyfikowane lub powstałych przy udziale gmo, doprowadziło do utraty rozsądku i rozplenienia się pokątnych laboratoriów inżynierii genetycznej, gdzie dosłownie w garażu, czy mieszkaniu ludzie sobie tworzą organizmy genetycznie modyfikowane własnego chowu. Coraz tańsze i w coraz większym wyborze komponenty są łatwo dostępne przez internet dla wszystkich zainteresowanych.
Jak słychać, Polska jest zagłębiem amfetaminy na całą Europę, być może więc jakiś przekonany przez entuzjastów gmo zawodowiec, a nawet amator, podejmie próby stworzenia organizmu genetycznie modyfikowanego dającego produkt jeszcze bardziej dochodowy niż narkotyk i jeszcze bardziej przerażający okropieństwem swojego działania. A nadto zdolnego do niezamierzonego uwolnienia się do środowiska, nawet wbrew woli jego wytwórcy. Uwadze wszystkich – profesjonalistów i amatorów, ich współpracowników i sąsiadów, a zwłaszcza rozlicznych służb nadzoru i kontroli, należy więc polecić zapoznanie się z Rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 29 lutego 2008 r. zmieniającym rozporządzenie w sprawie szkodliwych czynników biologicznych dla zdrowia w środowisku pracy oraz ochrony zdrowia pracowników zawodowo narażonych na te czynniki. Aktualne brzmienie przepisu jest następujące:
“§ 2. 1. Szkodliwe czynniki biologiczne mogące być przyczyną zakażenia, alergii lub zatrucia obejmują:
§ 4 ust. 3 otrzymał brzmienie:
“3. Jeżeli w środowisku pracy występują mikroorganizmy genetycznie zmodyfikowane, co do których istnieje podejrzenie, że mogą wykazywać właściwości chorobotwórcze, pracodawca, w zakresie swojej właściwości, zapewnia warunki określone w przepisach ustawy z dnia 22 czerwca 2001 r. o organizmach genetycznie zmodyfikowanych”
§ 8 w ust. 1 zawiera wprowadzenie:
“Informację dotyczącą użycia szkodliwego czynnika biologicznego w celach naukowo-badawczych, diagnostycznych lub przemysłowych pracodawca przekazuje właściwemu inspektorowi sanitarnemu:”.
§ 2. Pracodawca, który użył, w celach diagnostycznych, szkodliwego czynnika biologicznego, zakwalifikowanego do grupy 2-4 zagrożenia, przed dniem wejścia w życie niniejszego rozporządzenia, przekaże właściwemu inspektorowi sanitarnemu, w terminie 30 dni od dnia wejścia w życie niniejszego rozporządzenia, informację o tym fakcie.”
Wspomniane grupy zagrożenia wynikają z prawnej klasyfikacji szkodliwych czynników biologicznych:
Grupa 1 zagrożenia: czynniki, przez które wywołanie chorób u ludzi jest mało prawdopodobne.
Grupa 2 zagrożenia: czynniki, które mogą wywoływać choroby u ludzi, mogą być niebezpieczne dla pracowników, ale rozprzestrzenienie ich w populacji ludzkiej jest mało prawdopodobne. Zazwyczaj istnieją w stosunku do nich skuteczne metody profilaktyki lub leczenia.
Grupa 3 zagrożenia: czynniki, które mogą wywoływać u ludzi ciężkie choroby, są niebezpieczne dla pracowników, a rozprzestrzenienie ich w populacji ludzkiej jest bardzo prawdopodobne. Zazwyczaj istnieją w stosunku do nich skuteczne metody profilaktyki lub leczenia.
Grupa 4 zagrożenia: czynniki, które wywołują u ludzi ciężkie choroby, są niebezpieczne dla pracowników, a rozprzestrzenienie czynników w populacji ludzkiej jest bardzo prawdopodobne. Zazwyczaj nie istnieją w stosunku do nich skuteczne metody profilaktyki lub leczenia.
Felieton w Radio Maryja, 27 marca 2009
Rzecznik interesu narodowego polskiego potrzebny jest od zaraz.
Każdy w swojej dziedzinie specjalności mógłby – gdyby chciał – być takim rzecznikiem.
Jednak w żadnym razie rzecznik interesu narodowego polskiego nie powinien być w jakikolwiek sposób związany z dominującą partią polityczną lub jej przybudówką, n. p. pod postacią centrali związkowej, na tyle potulnej, aby jej oficjele mogli występować na wspólnej scenie teatru politycznej poprawności. Co potrafią obecni i byli luminarze establishmentu, wiemy już niemało, a w miarę ożywienia partyjnej walki, choćby o stołki w eurokołchozie, dowiemy się jeszcze więcej. W swoim podstawowym wymiarze walka ta jest po prostu kopią walki coca-coli z pepsi-colą. Pozorowany konflikt budzi zainteresowanie całym asortymentem oferty rynkowych gigantów i niszczy przy tym B-brandy. Wojowanie o pietruszkę odwraca też uwagę od rzeczywistych problemów. Cel niby ten sam: zysk za wszelką cenę. A jednak z małymi wyjątkami koncerny napojowe nie udają zbawców ludzkości, co najwyżej pojawiają się na liście ukochanych sponsorów organizacji pozarządowych, w tym ekologicznych, ślepych raz na jedno, raz na drugie oko.
A jednak koncerny płacą mediom i partiom za reklamę, promocję i lobbowanie swoich interesów. Tymczasem politycy, mając gęby pełne frazesów, nie wykorzystują oddanych im przez naród narzędzi chronienia i rozwijania wspólnego dobra, za wysokie apanaże i rozległe przywileje co najwyżej wygłupiają się jak dzieci w przedszkolu, opowiadają facecje, stroją miny do kamery, to się naburmuszą, to spiorunują wzrokiem, to krzywo uśmiechną. Czy to jest poważne traktowanie wyborców? Mnie osobiście obraża błazeńska forma narracji, którą posługuje się wielu polityków niewyżytych w kabarecie. To jasne, że błazenada pod publiczkę jest ich sposobem zdobycia popularności, ale i oczywiste, że tak się zachowując, pokazują co naprawdę myślą o poziomie umysłowym wyborców i jak gardzą majestatem Rzeczypospolitej. Jeszcze do tego jeden z drugim potrafi powiedzieć, że najważniejsza jest popularność i daje do zrozumienia, że nikt nie przebije jego popularności, bo to on ma wpływy w takich czy innych środkach masowego przekazu. Ma bo je zawłaszczył, albo wyłudził, aby nie dopuścić do głosu konkurencji i jej poglądów niebezpiecznych dla rządzącej kasty.
Każdy zawsze powie: “dajcie mi święty spokój, nie chcę słyszeć o żadnych problemach, ta czy ten poseł, senator, minister, czy jeszcze inny prominent, to sympatyczna postać, ma poczucie humoru, nie marudzi i ładnie mówi.”
I z takimi opiniami na temat polityków dotarliśmy do obecnego etapu likwidacji Polski.
Dla zwycięzców skryty i wyjątkowo skuteczny Blitzkrieg to okazja to podziału niebywałych dzisiejszym świecie trafiejnych łupów. Ci mogą spokojnie eksploatować odbierane Polakom przebogate zasoby naturalne. A i najemnikom należy się premia za dobrze wykonaną brudną robotę. Podobno w Polsce są trudności z zakupem sztabek złota. Wszystkie zostały już wykupione.
Jest też druga strona tej wojny. To przegrani, którym wkrótce na minimum przeżycia nie postanie nic innego jak sprzedaż własnej nerki. Oczywiście sprzedaż nielegalna. Kto jednak stwierdzi legalność bądź nielegalność działalności gospodarczej, w ramach której pod dowolnym szyldem można poza wszelką kontrolą robić co się chce?
W grudniu ubiegłego roku sejm jednomyślnie uchwalił, a w styczniu bieżącego roku prezydent podpisał, nowelizację ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej. Działalnością gospodarczą jest zarobkowa działalność wytwórcza, budowlana, handlowa, usługowa oraz poszukiwanie, rozpoznawanie i wydobywanie kopalin ze złóż, a także działalność zawodowa, wykonywana w sposób zorganizowany i ciągły. Zgodnie z nowym prawem, które weszło w życie w marcu 2009 r. organy kontroli zawiadamiają przedsiębiorcę o zamiarze wszczęcia kontroli. Kontrolę wszczyna się nie wcześniej niż po upływie 7 dni i nie później niż przed upływem 30 dni od dnia doręczenia zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli. Zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli nie dokonuje się, w przypadku zaistnienia wymienionych w znowelizowanej ustawie okoliczności, z których dwie odnoszą się szczególnie do działań na rzecz zdrowia publicznego wykonywanych przez Państwową Inspekcję Sanitarną, a więc gdy:
Oczywiście, aby stwierdzić czy działalność gospodarcza powoduje bezpośrednie zagrożenie życia, zdrowia lub środowiska naturalnego należy kontrolę przeprowadzić zanim jest już za późno i nie czekać, aż powiadomiony o terminie kontroli przedsiębiorca zwinie niebezpieczny interes i zatrze wszelkie jego ślady, mając do dyspozycji co najmniej tydzień. Przynależność do partyjnej szajki, czy lokalnego układu pozwala przedsiębiorcom unikać kontroli w nieskończoność. Według nowego prawa, jeżeli kontrola nie zostanie wszczęta w terminie 30 dni od dnia doręczenia zawiadomienia, wszczęcie kontroli wymaga ponownego zawiadomienia.
Po latach anemizacji i paraliżowania Państwowej Inspekcji Sanitarnej grupa niezmiennie trzymająca władzę w mijającym dwudziestoleciu osiągnęła sukces w postaci ostatecznego rozwiązania problemu będącego solą w oku już w PRLu i definiowanego wtedy pod hasłem: “sanepid przeszkadza”.
Rzecznik interesu narodowego polskiego potrzebny jest od zaraz. Ktokolwiek zechce podjąć to zadanie w obszarze własnej specjalności, musi zacząć od przeglądu obowiązującego prawa i zaproponować w nim zmiany eliminujące zapisy sprzeczne z naszym interesem narodowym. Do publikacji proponowanych zmian i dyskusji nad nimi można wykorzystać najbardziej demokratyczny środek masowego komunikowania, jakim jest internet i te media ogólnodostępne, na których Polacy nigdy się nie zawiedli.
Felieton w Radio Maryja, 3 kwietnia 2009
Męka i zmartwychwstanie to dar Boga dla Jego stworzenia.
Dar miłości. Dar miłosierdzia. Dar dobrowolny. Tym samym wynoszący ponad wszystko miłość, miłosierdzie i wolność. Ale przecież nie bez celu. Jak pisze dominikanin o. Marie-Joseph Le Guillou w książce SENS NASZEGO ŻYCIA. MĘKA I ZMARTWYCHWSTANIE JEZUSA CHRYSTUSA “Człowiek poszukuje sensu życia. Jeśli celem jego pragnień i działań nie jest Bóg, to zadowala się on doznawaniem krótkotrwałych przyjemności. Jednak prędzej czy później każdy z nas zostaje poddany takim czy innym próbom i wtedy na pewno zadaje sobie pytania o sens istnienia cierpienia, zła i śmierci.”
Męka i zmartwychwstanie Syna Bożego to najważniejszy argument na rzecz wolnego wyboru Dobra w toczącej się w sumieniu każdego człowieka walce Dobra ze Złem. Siła tego argumentu jest tak wielka, że Zło podejmie każdą próbę odwrócenia naszej uwagi od istoty rzeczy. Jak wilk w owczej skórze zareklamuje się jako piewca miłości, miłosierdzia i wolności, aby przy pierwszej nadarzającej się okazji wykazać się chorobliwą nienawiścią, bezdusznością o cechach okrucieństwa i jawnie wrogim stosunkiem do wolności. Uosobione Zło nienawidzi wolności, bowiem stworzony na wzór i podobieństwo Pana Boga wolny człowiek znajdzie w końcu cel swoich pragnień i działań. odrzuci krótkotrwałe przyjemności i wybierze usosobione Dobro. Czy koniecznie jednak dopiero wtedy, kiedy będzie poddany próbie cierpienia? Czy zdrowy rozsądek nie zachęci młodych, zdrowych i bogatych do chwili refleksji? Zwłaszcza teraz, kiedy wirtualny dom, który sobie budowali, ba, wieżowiec, w którym pełnili rolę najemników od brudnej nieraz roboty, nagle zmienia się w rumowisko. Nic dziwnego, bez fundamentu nie przetrwa żaden budynek. Mając wielki kredyt do spłacenia zamiast domu i kolejkę w pośredniaku zamiast pracy, może pójdą po rozum do głowy i wrócą z tej podróży z przekonaniem, że warto spróbować czegoś nowego. Tym razem zaufać systemowi zbudowanemu na skale. Część zlekceważy i to doświadczenie. Na stronicach Starego i Nowego Testamentu, i historii czasów późniejszych, człowiek nieustannie unosi się pychą, wyzywa Pana Boga na pojedynek, mocuje się z Nim, wykrzykuje wrogość wobec Niego. Do czasu. O ile zdąży, to zmieni poglądy, choćby najbardziej radykalnie formułowane i realizowane. I o ile wyrazi skruchę, to zyska przebaczenie. Wolna wola jest najbardziej Boskim pierwiastkiem człowieczeństwa. Jakże wobec tego żałosne są próby ograniczenia wolności człowieka przez innego człowieka. A jednak powtarzają się nieustannie, także w skali państwowej i światowej. Prześladowanie religijne, ograniczanie możliwości wypowiedzi, gwałt na niezależności akademickiej, brutalne traktowanie osób o poglądach innych niż głosi narzucona przez władzę doktryna, to wstęp do realnego totalitaryzmu. Nie inaczej był wprowadzany we Włoszech faszyzm, w Niemczech – nazizm, a w krajach zniewolonych przez Rosję Sowiecką – komunizm, socjalizm, ludowa demokracja, czy jak to tam jeszcze nazywano. Po medialnych nagonkach, po zaprowadzeniu prawnego porządku zgodnie z doraźnymi potrzebami władzy, faszyści, komuniści, czy ich obecne – jeszcze niedookreślone – odpowiedniki, przystępują do likwidacji ludzi uznanych za przeszkodę, nazwanych wrogami i przeznaczonych do zgładzenia. Zwykle jednak mają za sobą popierające ich masy, ogłupione propagandą i żądne krwi, tak długo, jak długo nie dostrzegą, że jest to krew ich własna i ich własnych dzieci. Inaczej jest w naszym kraju. Totalitaryzm wkracza bez zabiegów o popularność. Trudno przecież piramidalne głupstwa głoszone do kamer i mikrofonów uznać za jakiś program polityczny będący w stanie zyskać poparcie dla ich głosicieli. Tym bardziej zadziwia fakt, że w ojczyźnie Jana Pawła II, rozpoznawanego na całym świecie jako pielgrzym niosący wolność wszystkim narodom, opór przeciwko coraz to bardziej licznym przejawom totalitarnego zniewolenia, jest tak mizerny, tak słaby, jakby za chwilę płomyk wolności miał zgasnąć…
Felieton w Radio Maryja, 17 kwietnia 2009
Na straży zdrowia i życia ludzi stoi armia inspektorów.
Anemizowanie, paraliżowanie i marginalizowanie roli wszelkich inspekcji w Polsce to proces wieloletni, zapoczątkowany przed niemal dwudziestu laty na fali sprzeciwu wobec struktur państwa wobec Rosji wasalnego i jego funkcjonariuszy. Premier Mazowiecki i komunistyczni dygnitarze w tzw. pierwszym rządzie solidarnościowym zadbali o zakonserwowanie struktur i obsadzenie ich ludźmi sprawdzonymi co lojalności wobec junty pozornie oddającej władzę. Dopiero trzy kolejne rządy – Bieleckiego, Olszewskiego i Suchockiej pozwoliły zaistnieć skromnym przejawom myśli o rzeczywistej odbudowie Państwa Polskiego jako wspólnego dobra wszystkich Polaków. Niestety, pożytecznym inicjatywom nie dane było przebić się przez wulgarne, bezczelne, rozbudowane w formie oszustwo, zwane jednym słowem, za słownikiem języka polskiego, hucpą. Ot choćby taką jak oferta talerza zupy rozdawanej z ministerialnego kotła w zamian za pracę. Na przykład w pegeerze. Poprzez stały dostęp do środków masowego przekazu minister od darmowej zupy do dziesiątego pokolenia zagwarantował sobie cenioną markę w sprawach kulinarnych, innym ministrom przypadł łup w postaci latyfundiów z ziemi popegeerowskiej. A co z tysiącami rodzin z PGR-ów? Ile ofiar pochłonęło nagłe wyrwanie ludziom źródła utrzymania innego niż wspomniany talerz telewizyjnej zupy wsparty drobną zapomogą? Jaka część ofiar ówczesnego bezwzględnego wdrażania doktryny wolnego rynku zapoczątkowała dziedziczne wykluczenie społeczne? Dzisiaj, kiedy doktryny wolnego rynku wypierają się jej autorzy i globalni animatorzy, doprowadzeni pod jej sztandarem do nędzy ludzie płoną żywcem w domu typowym dla slumsów – realnym pomniku mijającego dwudziestolecia. Oby obraz małych żywych pochodni nie dał zasnąć budowniczym III RP. A przecież to dopiero początek. Bez pracy, bez możliwości opłacenia rosnących kosztów utrzymania, łatwo trafić do domu socjalnego, do getta dla nie dających sobie rady.
Dla wyciszenia sprzeciwu wobec bezprawia dość wcześnie zabrano się do demontażu kolejnych filarów systemu bezpieczeństwa obywateli we własnym państwie. A to z zemsty za zgodne z prawem i interesem publicznym czynności inspektorów, a to z obawy o torpedowanie interesów politycznych i finansowych partii i partyjniaków aktualnie sprawujących władzę przystąpiono od krojenia inspekcji i inspektorów na aktualną, wygodną władzy modłę. Poprzez zmiany w prawie i obsadzanie decyzyjnych stanowisk ludźmi zupełnie przypadkowymi większość inspekcji stojących na straży zdrowia i życia milionów doprowadzono do poziomu kompromitującego nasze państwo na tle Europy. Zaprzepaszczono narodowe tradycje służby publicznej, zamiast zachować to, co cenne z pragmatyki zawodowej służb nadzoru i kontroli, ich państwowotwórcze znaczenie, szczery patriotyzm i humanitaryzm zakorzeniony w filozofii polskiego pozytywizmu i heroizmu.
Z oczywistych powodów najstarsza i najbardziej rozbudowana służba nadzoru i kontroli była w dziejach ludzkości związana z działalnością przeciwepidemiczną, stąd i przyjęty sposób postępowania inspekcyjnego winien zawsze odnosić się do złotego wzorca, jakim jest w naszych warunkach ustawa o Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Odrzuciwszy śmieci i buble prawne zniekształcające ducha tej ustawy, jak choćby dorobek rządów Buzka i Tuska, należy ustawę o Państwowej Inspekcji Sanitarnej uznać za pierwszą wymagającą analizy co do wypełnienia jej postanowień w sytuacjach poszukiwania winnych zaniedbań, które zagrażają zdrowiu i życiu ludzi.
Do obiektów budowlanych odnosi się kilka artykułów ustawy Państwowej Inspekcji Sanitarnej.
Art. 3. Do zakresu działania Państwowej Inspekcji Sanitarnej w dziedzinie zapobiegawczego nadzoru sanitarnego należy w szczególności uzgadnianie dokumentacji projektowej pod względem wymagań higienicznych i zdrowotnych dotyczących budowy oraz zmiany sposobu użytkowania obiektów budowlanych,
Art. 23. Państwowy inspektor sanitarny jest uprawniony do kontroli zgodności budowanych obiektów z wymaganiami higienicznymi i zdrowotnymi, określonymi w obowiązujących przepisach. Stwierdzone w toku kontroli nieprawidłowości są wpisywane do dziennika budowy, z wyznaczeniem terminu ich usunięcia.
Art. 25. Państwowy inspektor sanitarny w związku z wykonywaną kontrolą ma prawo
1) wstępu na terenie miast i wsi do obiektów użyteczności publicznej, obiektów będących w trakcie budowy;
Art. 26. Państwowy inspektor sanitarny ma prawo wstępu do mieszkań w razie podejrzenia lub stwierdzenia choroby zakaźnej, zagrożenia zdrowia czynnikami środowiskowymi,
Art. 27. W razie stwierdzenia naruszenia wymagań higienicznych i zdrowotnych, państwowy inspektor sanitarny nakazuje, w drodze decyzji, usunięcie w ustalonym terminie stwierdzonych uchybień. Jeżeli naruszenie wymagań, o których mowa w ust. 1, spowodowało bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia ludzi, państwowy inspektor sanitarny nakazuje zamknięcie obiektu użyteczności publicznej decyzje w tych sprawach podlegają natychmiastowemu wykonaniu.
Art. 28. Państwowemu inspektorowi sanitarnemu przysługuje prawo zgłoszenia sprzeciwu przeciwko uruchomieniu wybudowanego lub przebudowanego obiektu budowlanego – jeżeli w toku wykonywanych czynności stwierdzi, że z powodu nieuwzględnienia wymagań higienicznych i zdrowotnych określonych w obowiązujących przepisach mogłoby nastąpić zagrożenie życia lub zdrowia ludzi. Zgłoszenie sprzeciwu wstrzymuje dalsze działania w tych sprawach, do czasu wydania decyzji przez państwowego inspektora sanitarnego wyższego stopnia. (Art. 29.) W tych wypadkach państwowi inspektorzy sanitarni są uprawnieni do zabezpieczenia pomieszczeń. Do postępowania zabezpieczającego stosuje się przepisy ustawy z dnia 17 czerwca 1966 r. o postępowaniu egzekucyjnym w administracji, o ile przepisy szczególne nie stanowią inaczej.
Felieton w Radio Maryja, 24 kwietnia 2009
Anteny telefonii komórkowej i linie wysokiego napięcia zagrażają zdrowiu mieszkańców.
W jałowych i niekończących się dyskusjach z decydentami sami mieszkańcy są zmuszeni wypełniać rolę organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która zgodnie z obowiązującym prawem jest powołana do realizacji zadań z zakresu zdrowia publicznego, w szczególności poprzez sprawowanie nadzoru nad warunkami higieny radiacyjnej w celu ochrony zdrowia ludzkiego przed niekorzystnym wpływem szkodliwości i uciążliwości środowiskowych.
Do dotychczasowej ewidencji epidemiologicznej, która musi wreszcie znaleźć zrozumienie w naszym kraju, trzeba dołączyć ważny argument natury politycznej. Jest nim Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 2 kwietnia 2009 r. w sprawie obaw dotyczących wpływu pól elektromagnetycznych na zdrowie.
Zachęcając do zapoznania się z pełnym tekstem rezolucji, pozwolę sobie przytoczyć kilka jej fragmentów.
H. mając jednak na uwadze, że wszyscy wydają się zgodni co do niektórych kwestii, zwłaszcza co do zmienności reakcji poszczególnych osób na narażenie na mikrofale, co do konieczności priorytetowego przeprowadzenia testów narażenia w skali rzeczywistej w celu dokonania oceny innych niż cieplne skutków działania pól o częstotliwościach radiowych oraz co do szczególnej wrażliwości dzieci na narażenie na pola elektromagnetyczne ,
23. potępia niektóre kampanie marketingowe operatorów telefonicznych, szczególnie agresywne w okresie świątecznym przed końcem roku i podczas innych specjalnych okazji, np. sprzedaż telefonów komórkowych przeznaczonych wyłącznie dla dzieci czy też skierowane do nastolatków oferty abonamentów z “darmowymi minutami”;
28. wzywa państwa członkowskie do pójścia za przykładem Szwecji i uznania osób cierpiących na nadwrażliwość elektromagnetyczną za osoby niepełnosprawne w celu zapewnienia im odpowiedniej ochrony i równych szans.
Felieton w Radio Maryja, 8 maja 2009
Grypa A H1N1 czy zwykłe przeziębienie?
Mariodajnej i wiarygodnej odpowiedzi udzieli laboratorium wymienione w wykazie Światowej Organizacji Zdrowia 5 May 2009 (Revision 3) po raz pierwszy opublikowanym w dniu 2 maja 2009r. i aktualizowanym 7 maja b r. (rewizja 4) po południu czasu polskiego.
Dokument nosi tytuł “Państwa będące w stanie wykonać PCR w celu rozpoznania zakażenia wirusem grypy A (H1N1) u ludzi. (Countries able to perform PCR to diagnose influenza A (H1N1) virus infection in humans) i można w nim znaleźć wiele mniej lub bardziej zamożnych krajów świata, w tym tak dotkniętych nieszczęściem, jak afrykańska Rwanda, a nawet Polska, którą dopisano do wykazu w czwartek po południu.
Diagnostyka laboratoryjna to podstawowy warunek oceny sytuacji epidemiologicznej i obok logicznego rozumowania składa się na racjonalne uzasadnienie postępowania przeciwepidemicznego. Amerykańskie Ośrodki Zwalczania Chorób (Centers for Diseases Control – CDC) opracowały efektywną metodę analityczną o nazwie reakcja łańcuchowa polimerazy DNA z analizą ilości produktu w czasie rzeczywistym (ang. real-time PCR), przeznaczoną do wykrywania nowego wirusa A H1N1, a Światowa Organizacja Zdrowia 2. maja br. udzieliła zainteresowanym stronom instrukcji jak otrzymać z CDC zestawy diagnostyczne zawierające stosowne primery. Do sposobu pobierania próbek, materiałów dozwolonych przy pobieraniu wymazów odnoszą się szczegółowe instrukcje, nie poleca się na przykład wacików na drewnianych szpatułkach, które należy zastąpić poliestrem osadzonym na aluminium. To samo dotyczy transportu próbek na suchym lodzie w odpowiednim pojemniku. Błędy popełnione podczas pobierania i transportu materiału do badania nie pozwalają odróżnić chorobę tak obecnie nagłośnioną jak grypa A H1N1 od zwykłego przeziębienia. Według danych amerykańskich u każdego dziecka zwykłe przeziębienie występuje od sześciu do dziesięciu razy w ciągu roku, u dorosłych od dwóch do czterech razy w ciągu roku, rzadziej po sześćdziesiątce, co łącznie składa się na ponad miliard zachorowań w samych Stanach Zjednoczonych.
Tymczasem do godz. 9 rano 7 maja 2009r. z całego świata zgłoszono do rejestrów Światowej Organizacji Zdrowia 2099 laboratoryjnie potwierdzonych przypadków zachorowania na grypę A H1N1 z 23 krajów świata, w tym 12 europejskich, ale Polska w tym zestawieniu nie występuje. Z 2099 potwierdzonych laboratoryjnie przypadków 1112 zgłoszono z Meksyku, 642 ze Stanów Zjednoczonych. Łącznie ze wszystkich państw świata zgłoszono 44 zgony na grypę A H1N1 potwierdzoną laboratoryjnie, z tego w Meksyku – 42 i USA – 2.
Nowe światło na pochodzenie pandemii nowej grypy o zazwyczaj łagodnym przebiegu i umiarkowanej zaraźliwości rzuca dobrze udokumentowany raport wirusologiczny, którego autorem jest prof. Ji-Ming z Ośrodka Epizoocjologicznego i Epidemiologicznego w Qingdao w Chinach. Oto źródłem pandemii nowej grypy A H1N1 miałyby być niewykryte dotychczas ogniska grypy świń w Ameryce Północnej. Z natury rzeczy jest to ślad tyleż kontrowersyjny co ryzykowny dla przemysłu mięsnego w szczególności opartego o fabryki wieprzowiny i niewątpliwie wymaga starannej analizy pozbawionej stronniczości w rodzaju kampanii public relations.
Podobnie rzecz się ma z niekontrolowanym i nieuzasadnionym stosowaniem leku przeciwwirusowego o nazwie Tamiflu. Zapełnione po sufity magazyny rządowe wielu krajów przygotowanych na zwalczanie mutanta grypy ptasiej muszą być opróżnione, gdyż wirus ptasiej grypy zdążył się na ten lek uodpornić a sam lek traci ważność. Tymczasem wskazania do stosowania Tamiflu w nowej grypie A H1N1 są ściśle określone i uwzględniają, co oczywiste, ryzyko działań nieporządanych.
Felieton w Radio Maryja, 22 maja 2009
Bezpieczeństwo epidemiologiczne to minimum bezpieczeństwa państwa.
Żadna władza publiczna nie może uchylać się od obowiązku zapobiegania epidemiom, zwalczania epidemii i łagodzenia skutków epidemii. Jedyne logiczne wytłumaczenie zawinionych i pozornie niezawinionych zaniedbań w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa epidemiologicznego konkretnej ludności konkretnego państwa to realizacja planu eksterminacji tej ludności.
Nie trzeba mieć złudzeń. To co dla eksterminowanych jest zbrodnią, dla eksterminujących, ich najemników i wspólników to powód do dumy i chwały. Za poprzedniej okupacji eksterminacją obywateli Rzeczypospolitej Polskiej zajmowali się nie tylko Reichsdeutscher, czyli obywatele Niemiec i Austrii, lecz także ogromna część spośród 2 milionów obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, którzy po 4. marca 1941r. podpisali niemiecką listę narodowościową – Deutsche Volksliste ( DVL ).
Niemiecka lista narodowościowa wyróżnia następujące kategorie
Kategoria 1 – Volksdeutscher – osoby narodowości niemieckiej działające na rzecz Niemiec już przed podbojem, zajmujące się dywersją, paraliżowaniem Państwa Polskiego i przygotowujące listy proskrypcyjne, czyli listy nazwisk współobywateli polskich z góry skazanych na zagładę za lojalność w stosunku do ojczyzny i/lub choćby lepiej wykształconych i bardziej energicznych.
Kategoria 2 – Deutschstaemmige – osoby przyznające się do narodowości niemieckiej, posługujące się w domu językiem niemieckim, kultywujące kulturę niemiecką, ale bez takich jak folksdojcze zasług dla niemieckiego parcia na wschód, czyli Drang nach Osten
Kategoria 3 – Eingedeutschte – głównie Ślązacy i Kaszubi, którym w razie odmowy podpisania folkslisty groziła zagłada za “zdradę rasy”, stąd Rząd Polski na Uchodźctwie nakłaniał Polaków na Śląsku i Kaszubach do podpisywania się pod niemieckimi urojeniami.
Kategoria 4 – Rueckgedeutschte – osoby narodowości polskiej uznane za wartościowe rasowo, bo działające na rzecz Niemiec, nazywane przez Polaków kolaborantami
Kategoria 5 Nicht Eindeutschungsfaehige – nie nadający się na Niemców i przeznaczeni na zagładę
Rasistowski system folkslisty jest produktem niemieckiej myśli politycznej i dziełem państwa niemieckiego prowadzącego planową eksterminację polskich obywateli w warunkach bezwzględnego terroru. Cienie zamordowanych domagają się sprawiedliwego osądzenia zbrodniarzy i takiego wyroku historii, który będzie przez nich na zawsze zapamiętany. Niech inne państwa upomną się o swoich, jeżeli mają taką wolę. Polska upomnieć się musi. Nie może stać oniemiała wobec niebywałej buty winowajców zadeptujących ślady zbrodni.
Bezpieczeństwo epidemiologiczne obecnej Polski, państwa ludności należącej dotychczas do kategorii 5 Nicht Eindeutschungsfaehige – nie nadających się na Niemców i przeznaczonych na zagładę, ilustruje – spośród wielu – najbardziej jaskrawy przykład zaniedbań w zakresie zaopatrzenia chorych w podstawowe leki przeciwgruźlicze. Lekarze biją na alarm i wtórują im media szczegółowo opisujące załamanie się programu zapobiegania i zwalczania gruźlicy w Polsce z powodu kardynalnych błędów zarządu resortu zdrowia.
Załącznik do ustawy z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi WYKAZ CHORÓB ZAKAŹNYCH w poz. 17 wymienia gruźlicę, tym samym nakłada na organy Państwa Polskiego liczne obowiązki związane z zapobieganiem i zwalczaniem tej zarazy.
Art. 5. Ustawy z dnia 14 marca 1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej głosi, iż do zakresu działania Państwowej Inspekcji Sanitarnej w dziedzinie zapobiegania i zwalczania chorób zakaźnych należy m. in :
Felieton w Radio Maryja, 29 maja 2009
Fałszywa troska polityków o zdrowie publiczne to wróg numer jeden zdrowia i życia każdego z nas.
Ogłoszone z wielkim zadęciem kosztowne, a przy tym chybione programy profilaktyczne oraz telewizyjne występy oficjeli sycących swoje głody pychy i zarozumialstwa w żadnym razie nie zastąpią naukowo uzasadnionej działalności władzy publicznej na rzecz najważniejszego z doczesnych dóbr, jakim jest długie życie w zdrowiu.
Oczywiście dziedziną wiedzy uzasadniającą wydatkowanie pieniędzy podatników na cele prozdrowotne nie jest ani wiedza o tym jak ukraść pierwszy milion i nie dać się złapać, ani też jak skutecznie ogłupić wyborców, aby ponownie wybrali swojego kata. Wielu wyborców nic tak cieszy, jak przyjmowanie ciosów zadanych kochającą ręką zgodnie z deklaracją “miłości”.
Wszelkie działania w zakresie zdrowia publicznego muszą być zgodne z aktualnym poziomem wiedzy epidemiologicznej. Ta zaś – jak każda – podlega weryfikacji w miarę pojawiania się nowych wyników badań. Badań miarodajnych i wiarygodnych, nie zaś napisanych w gabinetach planistów kampanii marketingowych z rozpisaniem na role w wykonaniu a to profesorów, a to polityków, a to inspektorów, a to dziennikarzy. Czyli tzw. niezależnych autorytetów. Niezależnych do chwili ujawnienia ich powiązań ze zleceniodawcami. Powiązań finansowych i wszelkich innych, bezpośrednich i pośrednich z zaangażowaniem familii, przyjaciół i przyjaciółek, płatnych z góry i po wykonaniu zadania, a nawet z płatnością odłożoną dla zatarcia śladów na kilka, kilkadziesiąt lat.
Walka o prawdę w zdrowiu publicznym wydaje się przegrana w skali globalnej, a tym bardziej w Polsce, gdzie manipulacji i załganiu podlega dosłownie wszystko w niemal każdej dziedzinie życia państwowego i to w czasie rzeczywistym, nie wspominając o skrajnie przeciwnych interpretacjach faktów sprzed roku, czy kilku dekad.
Za sir Franciszkiem Baconem, pionierem myśli naukowej z przełomu XVI/XVII wieku, złudzenia, którym podlegają umysły ludzi w wieku XXI należy nazwać idola mendacis, złudzenia kłamstwa. Wiadomo: incredibile verum et verisimile mendacium, czyli niewiarygodna prawda i prawdopodobne kłamstwo. Jednak Zgodnie z teorią idoli Bacona, warto wykrywać i analizować czynniki deformujące naszą wiedzę, bowiem scientia potentia est – wiedza to potęga, wiedza daje siłę.
Nie mając wiedzy wystarczającej do przeżycia we współczesnym świecie, łatwo stracić zdrowie, a przez to majątek i w końcu życie, gdy zabraknie pieniędzy na leczenie. Stąd w narodach wielokrotnie od naszego bogatszych wielkim zainteresowaniem cieszą się informacje o zagrożeniach zdrowia i sposobach ich unikania.
Oto przykład informacji sprzecznej z kampaniami marketingowymi gigantów rynkowych, za to zgodnej z aktualnym poziomem wiedzy epidemiologicznej, a przy tym niezwykle ważnej dla każdego użytkownika telefonu komórkowego oraz osób z jego otoczenia. Czyli dla wszystkich.
Tuzin podstawowych zasad ostrożności w celu zminimalizowania narażenia na promienoiwanie przy korzystaniu z telefonów komórkowych:
1. Używaj komórki tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie niezbędne. Rozmawiaj najdłużej przez 6 minut, co jeszcze organizm może wytrzymać. Korzystaj ze słuchawek lub z zestawu głośno mówiącego i trzymaj telefon w odległości co najmniej 20-30 cm od siebie,
2. Nie noś telefonu bezpośrednio przy sobie i nie korzystaj niego w odległości bliższej niż 1 metr od innych osób
3. Osoby poniżej 15 roku życia wcale nie powinny używać komórek, ponieważ nadal rosną. Mając niższą masę ciała, ponoszą większe ryzyko uszkodzenia w wyniku oddziaływania promieniowania zwłaszcza na mózg i barierę krew – mózg oraz gonady, zwłaszcza jajniki.
4. Nie należy zachęcać do korzystania z komórek osób starszych i wszystkich innych o osłabionych funkcjach życiowych, gdyż promieniowanie może pogłębić osłabienie. Kobiety w ciąży nie powinny używać komórek, ponieważ promieniowanie mikrofalowe jest łatwo absorbowane przez płyn owodniowy, którym rozwija się dziecko w łonie matki.
5. Używaj komórki wyłącznie w warunkach najlepszego odbioru. Nie korzystaj z komórki w ograniczonych pomieszczeniach takich, jak winda, podziemie, metro, wagon. W tych miejscach siła sygnału zarówno wysyłanego, jak i otrzymywanego jest znacznie większa, tym samym promieniowanie jest dużo bardziej intensywne.
6. Nie używaj komórki w czasie jazdy samochodem, autobusem, pociągiem itp. , gdyż w tej sytuacji antena komórki cały czas skanuje w poszukiwaniu nadajnika, używając maksymalnej siły sygnału i promieniowanie zarówno przychodzące jak i wychodzące ulega nasileniu.
7. Nie używaj komórki w jakimkolwiek pojeździe, nawet nie będącym w ruchu. Zamknięty pojemnik metalowy daje efekt klatki Faradaya, co prowadzi do maksymalnego nasilenia szkodliwego wpływu promieniowania, oddziałującego nie tylko na osobę telefonującą, lecz także na innych pasażerów, zwłaszcza dzieci. Koniecznie trzeba wyjść z pojazdu zanim zacznie się telefonować.
8. Nie trzymaj włączonej komórki przy łóżku, ponieważ nawet kiedy nie jest używana, pozostaje w kontakcie z najbliższym masztem telefonii komórkowej i emituje promieniowanie w regularnych odstępach.
9. Zaopatrz się najlepiej w
- komórkę z najniższym możliwym SAR rating będącym miarą specyficznej absorpcji promieniowania mikrofalowego przez tkanki ciała człowieka, przy najwyższy dopuszczalnym natężeniu 1,1 W /kg dla oczodołów i policzków
- telefon z anteną zewnętrzną, choć mniej modny, to wyposażony w wielokierunkową antenę nadającą z maksymalną skutecznością i dlatego używającą słabszego sygnału niż taki, który ma antenę wbudowaną. Sprawy mody są mniej ważne niż sprawy zdrowia.
10. Należy unikać korzystania z telefonów komórkowych mając elementy metalowe w lub na głowie, niezależnie od tego czy są namagnetyzowane, czy też nie, takie jak wypełnienia amalgamatowe, mostki dentystyczne, płytki metalowe, śruby, klipsy, ozdoby, kolczyki, czy metalowe oprawki okularów. To samo dotyczy osób używających metalowych chodzików, kul i wózków inwalidzkich, które powinny unikać zjawisk odbicia, amplifikacji, rezonansu i biernej reemisji promieniowania.
11. Korzystaj z osłon chroniących cię prze promieniowaniem, takich jak metalowe kasety do noszenia komórek, materiały, zasłony i farby chroniące przed promieniowaniem, folie metaliczne i wszystkie inne wynalazki o uwodnionej skuteczności
12. Telefonuj najwięcej jak tylko możesz używając linii przewodowych, które nie emitują żadnego promieniowania i z których można korzystać w nieograniczonym czasie przez Internet, nawet w rozmowach zagranicznych.
Felieton w Radio Maryja, 5 czerwca 2009
O obiecany cud najłatwiej w urnie wyborczej.
Od ostatnich wyborów minęło dość czasu, aby każdy Polak zdał sobie sprawę z prostego faktu, że nawet największy zadufek cuda to może jedynie obiecać. Nie jest przecież Wszechmogącym zadufek znany także jako buc, bufon, chwalipięta, fanfaron, megaloman, mitoman, narcyz, pyszałek, samochwała, ważniak i zarozumialec.
Zamiana bieli i czerwieni w czerń, czerwień i żółć, bądź w pełną czerwień to cud w urnie wyborczej, który przyniósłby kolejną falę złośliwych dowcipów o Polakach typu Polish jokes. Disgusting racist jokes zaczynałyby się od pytania: ile Polakom trzeba ukraść, aby zaczęli szukać złodzieja. Albo: jaki naród na świecie dobrowolnie wybiera bezrobocie, nędzę, wygnanie, zagrożenia zdrowia z powodu braku prewencji albo cierpienie i przedwczesne zgony w wyniku odcięcia dostępu do medycyny naprawczej.
W dawnych wiekach w wyniku traktatów sukcesyjnych ziemia wraz ludźmi przechodziła z rąk do rąk królów i książąt. W ten sposób na wieleset lat Państwo Polskie utraciło jedną ze swoich kolebek, ziemię o tysiącleci zasiedloną przez Prasłowian kultury łużyckiej. W wyniku koronkowej roboty Śląsk dostał się w ręce dynastii niemieckich. Dzisiaj zamiast traktatów sukcesyjnych traktaty akcesyjne mają oddać całą Polskę we władanie różnych umlaut, von, zu, a nawet von und zu w jednym, którzy niezmiennie kierują się dewizą cuius regio, eius religio, czyli czyja władza, tego religia. Tą religią jest obecnie europeizm, z jego antychrześcijaństwem czy pseudochrześcijaństwem, pogardą dla życia i prawdziwej wolności człowieka, które co rusz rażą nas wściekłym wzrokiem znad ust głoszących miłość i coś, co nazywają tolerancją.
Broniąc swojej tożsamości, rodziny, zdrowia, życia, pracy, domu i ziemi, idźmy na wybory. Po przegranej w tych wyborach Polska może już się nie podnieść.
Kto ma dostęp do internetu, niech wejdzie na serwer sejmowy i zapozna się szczegółowo z ujednoliconymi tekstami trzech ustaw: Kodeks karny, Ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego, Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej.
Oto najbardziej praktyczne wyjątki z nich.
Wyborca głosuje, stawiając na karcie do głosowania znak “x” w kratce z lewej strony obok nazwiska jednego z kandydatów z tej listy, przez co wskazuje jego pierwszeństwo do uzyskania mandatu. Za nieważny uznaje się głos, jeżeli na karcie do głosowania postawiono znak “x” w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z różnych list okręgowych albo nie postawiono tego znaku w kratce z lewej strony obok nazwiska żadnego kandydata z którejkolwiek z list. Dopisanie na karcie do głosowania dodatkowych nazwisk lub nazw albo poczynienie innych dopisków poza kratką nie wpływa na ważność głosu. Czyli na karcie do głosowania wolno dopisać co się chce, byle przy jednym nazwisku postawić w kratce znak x. Wtedy głos na pewno będzie ważny.
Stawiając znak x, trzeba pamiętać, że w podziale mandatów uwzględni się wyłącznie listy okręgowe tych komitetów wyborczych, które otrzymały co najmniej 5% ważnych głosów w skali kraju.
Przestępstwa przeciwko wyborom zagrożone są wysoką karą pozbawienia wolności. Karze podlega, kto w związku z wyborami do Parlamentu Europejskiego
- niszczy, uszkadza, ukrywa, przerabia lub podrabia protokoły lub inne dokumenty wyborcze
- dopuszcza się nadużycia lub dopuszcza do nadużycia przy przyjmowaniu lub obliczaniu głosów
- odstępuje innej osobie przed zakończeniem głosowania niewykorzystaną kartę
do głosowania lub pozyskuje od innej osoby w celu wykorzystania w głosowaniu niewykorzystaną kartę do głosowania,
- przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem przeszkadza głosowaniu lub obliczaniu głosów oraz sporządzaniu protokołów lub innych dokumentów wyborczych;
Karze podlega także kto, naruszając przepisy o tajności głosowania, wbrew woli głosującego zapoznaje się z treścią jego głosu.
Interesy poszczególnych komitetów wyborczych reprezentują ich pełnomocnicy wyborczy i mężowie zaufania. Państwowa Komisja Wyborcza może utworzyć na czas wyborów swoją inspekcję i określić jej zadania lub powierzyć wykonywanie jej zadań inspekcji rejonowej komisji wyborczej. Także Rejonowa komisja wyborcza może utworzyć na czas wyborów swoją inspekcję i określić jej zadania. Dotychczasowy przebieg kampanii wyborczej prowadzonej w wyborach do parlamentu europejskiego zarządzonych na dzień 7 czerwca 2009 r. zmusza do podjęcia przez poszczególne komitety wyborcze i Państwową Komisję wyborczą zdecydowanych działań na rzecz prewencji i wykrywania przestępstw przeciwko wyborom.
Wyborca też może wykryć przestępstwa przeciwko wyborom, obserwując co się dzieje w lokalu wyborczym.
Najważniejsze jest jednak skorzystanie z uprawnień określonych w Art. 117. Ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Nakłada on na obwodową komisję wyborczą obowiązek udostępnienia wyborcom po godz. 22.00 w dniu 7. czerwca 2009r. wyników głosowania obejmujących m. in.
- liczby wyborców uprawnionych do głosowania i którym wydano karty do głosowania oraz
- liczby głosów ważnych oddanych na poszczególne listy okręgowe i na poszczególnych kandydatów.
Dane te muszą być wywieszone w lokalu wyborczym w miejscu łatwo dostępnym dla wyborców oraz udostępnione przez internet w urzędowym publikatorze teleinformatycznym – Biuletynie Informacji Publicznej.
Warto powołać ad hoc komitety obywatelskie w celu wykrywania i natychmiastowego powiadamiania niezależnej opinii publicznej i organów ścigania o przestępstwach przeciwko wyborom. Niestety, sumowanie danych z lokali wyborczych jest poza możliwością kontroli obywatelskiej.
Felieton w Radio Maryja, 19 czerwca 2009
Polityczne trzęsienie unijno europejskiej ziemi zapowiada przełom.
Miejsce goebbelsowskiej propagandy europeizmu zajmą coraz to ostrzej stawiane interesy narodowe. Pytanie tylko kto i z jakim skutkiem będzie bronił interesu narodu polskiego. Narodu, jak mało który, zdradzonego przez swoje “jelyty”, charakteryzujące się poziomem tyleż żenującym, co sposoby, jakimi zagarnęły władzę i jej pilnują. Jedno jest pewne. Moda na patriotyzm prędzej czy później dotrze i do nas, a wówczas nie wystarczą słodkie słówka, kombatanckie wspominki i bogoojczyźniane zaklęcia. Aby zdobyć władzę w kolejnych wyborach, trzeba będzie wykazać się konkretnym dorobkiem. Widownia rozliczy obydwie pierwszoligowe drużyny i z samobójczych goli strzelonych do polskiej bramki i ze skutecznych akcji tej bramki obrony.
Jest nadzieja, że walka na śmierć i życie politycznych gigantów w nowej europejskiej rzeczywistości odwróci złą kartę historii naszej ojczyzny i da nam szansę odbić się od dna. Niech biją się w piersi ci, którzy, czy to szydząc z patriotyzmu, czy nawet udając patriotów, polski patriotyzm nazywali i nazywają nacjonalizmem, podczas gdy u sąsiadów partie stawiające na pierwszym miejscu jasno określony interes narodowy nie są kneblowane karykaturą poprawności politycznej i zdobywają władzę. Czesi, Słowacy, Rosjanie i Niemcy mogą wyraźnie artykułować swoje interesy, ale Polacy nie mogą bo zaraz zostaną obrzuceni salwą błota oszczerstw i pomówień przez tych, dla których Polska to tylko obszar eksploatacji. Czy ktoś, wybierając się na grzyby, pyta znalezione prawdziwki o zdanie, czy chcą być ścięte i jak mają być przyrządzone? Nie pyta, tylko spokojnie zbiera. Po to przyszedł do lasu. Z ostatniej kampanii wyborczej jasno wynika, że nas też nikt nie pyta o opinię w sprawie naszej przyszłości. Nie pokazuje alternatyw i szans ich zrealizowania. Wyborcy nie pytani, nie odpowiadają. Na wybory nie chodzą, bo mają dość nudnego już widowiska w wykonaniu kiepskich aktorów. W Polsce frekwencja w wyborach do Parlamentu Europejskiego okazała się żałośnie niska, a ich wynik w postaci skopiowania proporcji parlamentarnych kompromituje kastę polityczną. Po co komu takie wybory, kiedy nie ma czego wybierać.
W odróżnieniu od Polski, Niemcy miały okazję pokazać światu co wybierają. Wybory samorządowe przyniosły tam triumf Narodowo Demokratycznej Partii Niemiec. Nationaldemokratische Partei Deutschlands to nie Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei, NSDAP – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników, a mimo to jest postrzegana jako kontynuatorka znanego dobrze światu, zwłaszcza Polsce, nazizmu. Już w poprzednim wcieleniu w postaci Niemieckiej Partii Rzeszy Deutsche Reichspartei była opanowana przez hitlerowców, obecnie domaga się uznania dorobku nazizmu, rewizji granic i uprawia jawną propagandę antypolskiej nienawiści. Wygodnym pretekstem są tu gościnne występy polskich przestępców w Niemczech. Jak zwykle w takich przypadkach bezczynność organów naszego państwa przynosi gorzkie owoce i to po dziesiątkach lat od pojawienia się w Niemczech dużej fali złodziei z Polski za tytułem filmu “15.10 do Jumy” zwanych “jumakami” od godziny odjazdu pociągu do Niemiec z miasta, którego nazwy tu nie wymienię.
Zdaniem niemieckich władz poniżanie narodu polskiego nie jest jednak przestępstwem. W tej sytuacji należy postawić wyraźne pytanie o gwarancje naszego bezpieczeństwa nie tylko podczas pobytu obywateli polskich w Niemczech. Brak jednoznacznej odpowiedzi na zasadnicze pytania w sprawie bytu narodowego musi przerwać milczenie polityków, którzy twierdzą, że reprezentują interesy narodowe Polaków.
Felieton w Radio Maryja, 26 czerwca 2009
Komunizm, faszyzm, europeizm, klimatyzm i każdy inny totalitaryzm żąda tego samego. Zrezygnujcie z własnego interesu na rzecz zakamuflowanego interesu nowego hegemona, a po przejściowych kłopotach czeka was raj na ziemi. Wy, którzy tego nie rozumiecie, jesteście zacofanymi wrogami postępu i nie unikniecie kary, która nieuchronnie spadnie na was samych i wasze rodziny. Wystarczy, że zabierzemy wam pracę, a szybko skruszejecie i zasilicie szeregi entuzjastów żebrzących o odpady z naszego stołu. Nawet gdy władza działa nieudolnie i sprzecznie ze zdrowym rozsądkiem, to i tak dysponuje siłą wystarczającą, aby zabrać wam wszystko: zdrowie, majątek i życie.
Widomym znakiem panoszącego się w Polsce totalitaryzmu, któremu, tak jak stalinizmowi i hitleryzmowi, należy się już nazwa o charakterze odosobowym, są turbiny wiatrowe szkodliwe dla krajobrazu, przyrody i zdrowia człowieka.
To, że wiatraki psują krajobraz, widzi każdy i to powinno martwić wszystkich, którzy inwestują w turystykę i chcą z niej się utrzymywać. To, że kładą trupem zwierzęta latające, w tym objęte prawną ochroną gatunki latających ssaków – nietoperzy, powinno wstrząsać sumieniem każdego, nie tylko ekologów na etacie. Ale to, że turbiny wiatrowe szkodzą zdrowiu ludzi powinno stać się tematem debaty narodowej od zaraz. Przecież nawet gdyby doszło do natychmiastowego odsunięcia od władzy ludzi odpowiedzialnych za upadek lecznictwa w Polsce, to i tak skutki zdrowotne oddziaływania turbin wiatrowych pozostaną nieuleczalne na dziesiątki lat. Kto zapłaci za utracone zdrowie? Kto zrekompensuje utratę możliwości zarobkowania? Kto pokryje koszty leczenia?
Brak odpowiedzi na te proste pytania dowodzi, że instalatorzy wiatraków elektrycznych ukrywają rzeczywiste koszty swojego przedsięwzięcia. Te ukryte każą płacić innym. Tak samo, jak w przypadku energii jądrowej. To co jest prezentowane jako tanie i ekologiczne, po ujawnieniu kosztów ukrytych i przeniesionych na innych, okazuje się najbardziej kosztowne i najbardziej dla środowiska szkodliwe. Sprzedawcom elektrowni atomowych i ich akwizytorom z trudem przychodzi przyznać rację oczywistym faktom. Również w Polsce, gdzie do kosztów budowy i eksploatacji reaktorów atomowych należy doliczyć następstwa oddziaływania na zdrowie ludzi elektroenergetycznych linii napowietrznych, które trzeba będzie zbudować, aby rozprowadzić energię z jej kilku nowych źródeł. Już dotychczas Polacy traktowani są jak przygodni mieszkańcy ziemi niczyjej, więc nie trzeba się dziwić, kiedy wkrótce na łóżeczko naszego dziecka padnie złowieszczy cień linii wysokiego napięcia siejącej promieniowanie elektromagnetyczne.
Nietoperze muszą liczyć na zmiłowanie ludzi. Ludzie mogą i muszą bronić się sami. Taki już mają przywilej, że mogą czytać i wykorzystywać zdobytą wiedzę dla obrony zdrowia i życia swoich bliskich i własnego.
W roku 1991 w The Johns Hopkins University School of Medicine odbyłem pożyteczne szkolenie z zakresu epidemiologii i w tym samym roku dyplom lekarza medycyny w tej szacownej uczelni uzyskała dr Nina Pierpont.
Dr Nina Pierpont sformułowała definicję zespołu hałasu turbiny wiatrowej jako zespołu objawów, które rozpoczynają się z chwilą uruchomienia okolicznych turbin, zaś ustępują, gdy turbiny są wyłączone lub osoba zgłaszająca symptomy nie przebywa w ich sąsiedztwie. Do objawów tych należą:
- problemy ze snem: słyszalny hałas lub fizycznie odczuwalne uczucie pulsowania czy ciśnienia utrudniają zaśnięcie oraz powodują częste wybudzanie.
- szum uszny (dzwonienie w uszach).
Nie wszystkie osoby mieszkające w pobliżu turbin wiatrowych zauważają powyższe symptomy. Nie oznacza to, że ludzie je wymyślają, lecz raczej, że ludzie różnią się pod względem podatności na nie.
Najpowszechniejszym objawem jest przewlekłe zaburzenie snu. Wyczerpanie, huśtawka nastrojów oraz problemy z koncentracją i uczeniem się są naturalnymi następstwami słabego, niezdrowego snu.
Wrażliwość na hałas o niskiej częstotliwości stanowi potencjalny czynnik ryzyka. Niektórzy ludzie odczuwają hałas o niskiej częstotliwości raczej jako ciśnienie w uszach, niż jako słyszalny dźwięk, lub też doświadczają go jako odczuwalne uczucie lub drganie w klatce piersiowej albo gardle. Osoby zamieszkujące w sąsiedztwie przemysłowych turbin wiatrowych skarżą się także na niepokojące uczucie przymusu oddychania zsynchronizowanego z rytmicznym pulsowaniem turbin, które to pulsowanie niekoniecznie musi być słyszalne, zwłaszcza w nocy gdy próbują spać.
Powyższe ustalenia dr Niny Pierpont należą do głównego nurtu medycyny opartej o ewidencję naukową. Trwałym skutkiem oddziaływania turbin wiatrowych o nazwie choroba wibracyjno-akustyczna zajmuje się wibroakustyka – dziedzina naukowa, w której Polska odnosi międzynarodowe sukcesy, a dr Wojciech Marciniak należy do pionierów medycyny w tym zakresie.
Felieton w Radio Maryja, 16 października 2009
Przed dwudziestu laty niemal każdego dnia odwiedzałem jakiś szpital lub uczelnię, aby wygłosić wykład na temat AIDS i innych chorób przenoszonych drogą płciową. Było to powrocie z pracy w Afryce, gdzie jako konsultant epidemiolog rządu Republiki Kenii prowadziłem badania lekarskie w założonej przeze mnie państwowej przychodni dla osób z objawami chorób wenerycznych. Trwający od rana do nocy natłok pacjentów, głównie młodych i bardzo młodych, a przy tym z powodu braku dostępu do lekarza i skutecznych leków niezwykle cierpiących w wyniku nieleczonego zakażenia i to niejedną na raz chorobą weneryczną, skłaniał do poważnej refleksji nad ograniczeniami terapii i profilaktyki z jednej strony a możliwościami prewencji z drugiej strony. A działo się to w początkowej fazie epidemii AIDS. W roku 1982 nikt nie odważył się połączyć znanej od dawna w Afryce “slimming disease” (“choroby wychudzającej”) z pierwszym w historii ujawnionym ogniskiem epidemicznym AIDS wśród homoseksualistów w San Francisco, USA. I to pomimo zbieżności obrazu klinicznego. Jeszcze w marcu roku 1987 w rejestrach Światowej Organizacji Zdrowia spośród 43 tys. przypadków AIDS na całym świecie, aż 31 tys. zarejestrowano w USA, 5 tys. w Europie i zaledwie 3 tys. w Afryce. W ciągu 20 lat obraz sytuacji uległ zasadniczej zmianie. Szacowana liczba osób żyjących z HIV/AIDS w 2007r. osiągnęła 33 miliony, z czego 22 miliony, czyli 2/3 żyły w Afryce. Tam też zmarły 3/4 spośród 2 milionów zmarłych na AIDS w samym roku 2007 na całym świecie. Według ostatnich opublikowanych oszacowań ONZ od 1981 r. na świecie zmarło 25 milionów ludzi. W 2007 r. wirusem wywołującym HIV zaraziło się 2,9 miliona ludzi, w tym 1, 9 w Afryce. Odsetek osób w wieku 15 – 49 lat żyjących z HIV/AIDS na świecie wynosi 0,8%, taki sam jest w Europie Wschodniej i Azji Środkowej, zaś w Afryce jest ponad siedmiokrotnie wyższy i sięga 5%. W obrębie poszczególnych kontynentów występują jednak znaczące różnice. W Polsce odsetek osób żyjących z HIV/AIDS szacuje się na ok. 0,1% i jest on 11-krotnie niższy niż na Ukrainie, gdzie żyje 440 tys. osób z HIV/AIDS i 10-krotnie niższy niż w Rosji, gdzie liczba osób zakażonych sięga 860 tys. Z narodów Europy Zachodniej najbardziej cierpią Hiszpanie: zakażonego HIV można tam spotkać sześć razy częściej niż w Polsce. W Afryce różnice pomiędzy poszczególnymi regionami zawsze były i są niezwykle uderzające. Muzułmańskie państwa Północnej Afryki z wyjątkiem Libii, do w której doszło do zakażeń szpitalnych, mają odsetek zakażonych HIV taki sam jak Polska, czyli 1 osoba zakażona HIV na 1000 ludności, zaś w państwach południa kontynentu, jak Lesotho, Swaziland, Zimbabwe i Botswana sytuacja jest 250 razy bardziej groźna – jeden na czterech jest zakażony HIV. W samej Republice Południowej Afryki, gdzie co dziesiąta osoba jest zakażona HIV, żyje najwięcej osób z HIV/AIDS na świecie – 5 700 000.
Podejmując w latach osiemdziesiątych intensywne działania na rzecz prewencji AIDS w naszym kraju, kierowałem się przekonaniem, że jedynym złotym środkiem zapobiegawczym jest oświata zdrowotna skierowana przede wszystkim do ludzi młodych, pierwszych ofiar i rozsadników chorób wenerycznych, włącznie z tą najbardziej potworną w naszych czasach, jaką jest AIDS. W ramach Zarządu Wojewódzkiego Polskiego Czerwonego Krzyża, któremu prezesował pan Andrzej Wydro i z wsparciem krajowego duszpasterza służby zdrowia i wiceprzewodniczącego Komisji Episkopatu do Spraw Duszpasterstwa Akademickiego, którym był wówczas ks. biskup Adam Dyczkowski udało się nam się wydrukować i zamieścić nawet w gablotach parafialnych tysiące ulotek zawierających szczegółowe ostrzeżenia przed chorobami przenoszonymi drogą płciową, w tym AIDS, oraz wielorakie zachęty do unikania ryzyka zakażenia. Potem założyłem pierwszą w Polsce i całej Europie Środkowo – Wschodniej automatyczną informację telefoniczną o AIDS, której tekst można znaleźć na stronie www.halat.pl/hiv.html , aż wreszcie wraz z mgr Elżbietą Janik i mgr Krystyną Lasek, dyrektorami wydziałów pielęgniarskich i położnych szkół medycznych odpowiednio we Wrocławiu i Świdnicy, do których później dołączyły szkoły w Warszawie, Bytomiu i innych miastach, stworzyliśmy zakrojony na szeroką skalę program promocji zdrowia młodzieży “Sami Sobie” – rówieśniczy program edukacyjny realizowany przez słuchaczki wydziałów pielęgniarskich i położnych szkół medycznych. Jego celem było wyposażenie młodych ludzi w wiedzę, umiejętności i motywację do ominięcia zagrożeń zdrowia i życia ich samych i ich przyszłych rodzin. Było to w czasach gwarantowanego przez nasze państwo dostępu do leczenia chorób przenoszonych drogą płciową w świetnie zorganizowanej sieci przychodni skórno-wenerologicznych, całkowicie bezpłatnego diagnozowania i darmowego leczenia osób zgłaszających się do tych przychodni z objawami wskazującymi na zakażenie i ich kontaktów. Było to w czasach, kiedy chlamydioza, najczęstsza, a przy tym bezobjawowa choroba przenoszona drogą płciową nie przyniosła jeszcze takich strat w obszarze płodności jak obecnie. Było to w czasach w czasach stabilizacji zawodowej ogromnej większości Polaków, kiedy to nierząd oczywiście występował, ale nie jawił się jeszcze jako jedyna szansa na przeżycie. Było to też w czasach, kiedy fala emigracji młodych i niemających oprócz ciała zbyt wiele do sprzedania nie była tak wysoka. Było to też w czasach, w których handel ludźmi, tymi naiwnymi, gotowymi uwierzyć w każdą bajkę o pracy za granicą akurat w charakterze modelki, kelnerki, opiekunki napotykał znaczne przeszkody w ograniczeniach migracyjnych.
Nie działo się to na kilkaset dni przed mistrzostwami w piłce nożnej, które – z zachowaniem odpowiednich proporcji – zagrażają erupcją nierządu, jak podczas mistrzostw świata w Niemczech w roku 2006. Promiskuityzm, nierząd, narkotyki, alkohol i hazard w kraju szalejącego bezrobocia i i związanych z nim wywłaszczeń wkrótce przekształcą Polskę w Haiti, najbardziej zniszczone przez AIDS państwo zachodniej półkuli, którego największym nieszczęściem jest geograficzne położenie obok bogatego sąsiada.
Każdy widzi do czego doszliśmy. Każdy powinien wyciągnąć właściwe wnioski i podjąć działania ratunkowe na miarę swoich sił i możliwości.
Felieton w Radio Maryja, 30 października 2009
Czy można mieć wszystko? To pytanie w dzisiejszej Polsce brzmi jak prowokacja. Owszem, można mieć wolność wypowiedzi. Nowak i Kowalski mogą się wygadać, ponarzekać do woli, wyżalić, popłakać, a nawet rzucić ciężkie słowa pod adresem rządzących. I to w publicznej telewizji. Ale co z tego za korzyść? Biadolenie, choćby najbardziej rozpaczliwe i najmocniej uzasadnione tragiczną sytuacją wielu rodzin niczego nie zmieni. Dostaliśmy się w niewolę uzurpatorów, którzy opanowali do perfekcji sztukę zdobywania i utrzymywania władzy za pomocą narzędzi prawnych i propagandowych. Od dwudziestu lat na przemian ci sami rządzący robią to do czego się zobowiązali i biorą za to sowite wynagrodzenie. Nie są to obcy. Tak było i w przeszłości. To polska szlachta skapitulowała pod Uściem i dopuściła do szwedzkiego potopu. To polska arystokracja sprowadziła na ojczyznę kaduk, czyli wielką niemoc. Kaduk. Według słownika języka polskiego, który wydał w 1808r. Samuel Bogumił Linde, a obecnie books.google.com udostępnia ten rarytas wszystkim użytkownikom internetu, kaduk to 1) odumarłe dobra, czyli w obecnym rozumieniu mienie pozostawione bez spadkobiercy i przechodzące na własność lokalnych działaczy wiadomej partii, 2) choroba rzucająca, czyli padaczka, epilepsja – tu Linde podaje przykład “Gdy kaduk kogoś rzucił zrywano seymy, dlaczego choroba ta nazwana sejmowa, comitialis” i wreszcie trzecie znaczenie – kat, czart, bies, diabeł. To wiele wyjaśnia. Już w 1831 ówcześni Polacy szli na bagnety z wiarą, że “kto przeżyje wolnym będzie, kto umiera wolnym już”. Przekonanie, że sprzedawczykowstwo i narodowe zaprzaństwo magnatów, szlachty i części duchowieństwa doprowadziły do utraty naszej niepodległości przez wiele dziesiątków lat napędzało walkę klas, tak długo, aż ciotki rewolucji, Róża Luksemburg i Wanda Wasilewska – aby dać pierwszeństwo paniom – zatryumfowały na całego, pokazując tym Polakom, którym pozwoliły jakoś przeżyć, prawdziwe znaczenie socjalistycznego hasła “wolność, równość i braterstwo”.
Zdając sobie sprawę z ceny bolesnych nauk, których przeszłość i teraźniejszość nam nie szczędzą, starajmy się dotrzeć do przyczyn naszej głównej słabości, a więc sprzedawczykowstwa.
Rząd się wyżywi. To słyszeliśmy od samego klasyka, który reprezentował władzę rzucającą jednak jakieś większe kawałki ochłapów swoim poplecznikom. Dzisiaj różnorodność form wynagradzania za poparcie jest niewspółmiernie większa: tu gwarancje wygrania przetargu, tam korzystna ustawa lub przyjazna decyzja. W końcu nie wiadomo kto kim rządzi, kto zleca a kto wykonuje czyjeś życzenia, polecenia, zadania. Wszyscy są uwikłani w sieć wzajemnych zależności. Może i stąd wysokie sondażowe poparcie dla partii dającej taaakie niezwykłe możliwości, potrafiącej taak ładnie obiecać i ukochać. Wobec niezwykłych szans na szybki zarobek, wręcz porównywalnych z rozbiciem banku 138 razy w gdyńskim kasynie, dorośli ludzie lgną do obiecującej wszystko władzy jak nastolatki do jednorękiego bandyty. Emocje nie pozwalają przejrzeć na oczy. A wystarczy pomyśleć o realnych dochodach i porównać je z wysokością bieżących spłat kredytów, kosztach utrzymania, stałych opłatach i nagłych potrzebach, jak na przykład leczenie. Wszak obecnie tylko rząd się wyżywi i wyleczy. Na Florydzie, naturalnie.
Czy zatem opłaca się sprzedawać za bajki o szansach? Czy nie warto wrócić do korzeni własnej tożsamości narodowej? A tym samym do solidaryzmu społecznego, do lojalności w stosunku do współobywateli, do rzetelnej służby Ojczyźnie pojmowanej jako dobro wspólne. Jeżeli brakuje chęci wyrzeczenia się zła, służenia złej sprawie, ujawnienia złoczyńców, złapania złodzieja wspólnego dobra za rękę i oddania go w ręce wymiaru sprawiedliwości, jaki by on to nie był, to nie trzeba się dziwić, że życie w państwie, które w wyniku rozkradzenia ulega rozpadowi, staje się nie do zniesienia.
Waldemar Łysiak na str. 164 “Stulecia kłamców” (dostępnego także w internecie) w rozdziale pt. “Kłamstwo libertynizmu 2 – Relatywizm” podaje, że wspomniany wyżej Jerzy Urban zwie Polskę “(trzy kropki) państewkiem” i głosi otwarcie, że jego cel to “(trzy kropki) narodu polskiego”. Pomijając milczeniem pierwszy wulgaryzm godny filmów Lwa Rywina i jemu podobnych, warto zastąpić drugi wulgaryzm słowem zagranicznym, dzięki czemu będzie wiadomo, że klasyk polskiej lewicy osiągnął zamierzony cel. Oto od angielskiego słowa “slut” oznaczającego osobę niezbyt ciężkich obyczajów, pochodzi termin sluttification, mniej niż polski odpowiednik obciążony wulgarnością a przy tym używany w dyskusjach publicznych dotyczących przyczyn szerokiego zakresu patologii społecznej od promiskuityzmu niosącego choroby i socjopatie po korupcję wyniszczającą ekonomicznie i politycznie. Starych Polaków było stać na makaronizmy, my twórzmy anglicyzmy, skoro jest taka potrzeba. Tak więc slutyfikacja oznacza czynienie z kogoś człowieka o niskiej moralności, postępującego niemoralnie, zwykle dla osiągnięcia korzyści materialnej. Walkę z zapowiedzianą przez Urbana i osiągniętą przez jego przyjaciół slutyfikacją narodu polskiego musimy rozpocząć natychmiast i potraktować ją jako ostatnią dla nas wszystkich szansę narodowego istnienia między Odrą a Bugiem.
Felieton w Radio Maryja, 6 listopada 2009
Felieton w Radio Maryja, 13 listopada 2009
Kultura decyduje o tym, kim jesteśmy. Jak głosił amerykański filozof Willard Van Orman Quine, znany jako “Van”, zaprzyjaźniony z wybitnym Polakiem o przyjętym nazwisku Alfred Tarski, “no entity without identity”, po łacinie nullam esse entitatem sine identitate, czyli: nie ma osoby bez tożsamości. Wydawałoby się, że wszyscy rodacy autora książki “Pamięć i tożsamość” wiedzą doskonale jakie są źródła i cechy ich własnej tożsamości. Ale tak nie jest. Ale tak nie jest, niestety. Jak tylko Polak poczuje się silniejszy, zapomina o katechizmie i patriotyzmie. A zwłaszcza, kiedy dojdzie do władzy lub do pieniędzy. I to w tej kolejności, charakterystycznej dla krajów napiętnowanych korupcyjnym zdziczeniem. Także agent wpływu nie pracuje dla idei. Choćby i znalazł się na szczycie władzy państwowej. Na przykład taki…, taki… król Stanisław August Poniatowski. Przyszły król dzieciństwo spędził w Gdańsku, gdzie pobierał nauki od niemieckiego historyka o antypolskim nastawieniu, Gotfryda Lengnicha. Później lekcji logiki udzielał mu przyszły poseł rosyjski w Rzeczypospolitej, Herman Karl von Keyserling. W 1756 Poniatowski został posłem saskim w Petersburgu, gdzie spłodził córkę. Matką nieślubnego dziecka była Sophie Friederike Auguste księżna von Anhalt-Zerbst, przyszła cesarzowa Rosji Katarzyna II. Wzorzec osobowy kanclerz obecnych Niemiec, pani Angeli Merkel, caryca Katarzyna II tak uzasadniała przyjęte 11 kwietnia 1764r. porozumienie pomiędzy Rosją i Prusami w sprawie zapewnienia, że najwyższa władza w Polsce będzie oddana w ręce marionetki: “Jest rzeczą nieodzowną, abyśmy wprowadzili na tron Polski Piasta dla nas dogodnego, użytecznego dla naszych rzeczywistych interesów, jednym słowem człowieka, który by wyłącznie nam zawdzięczał swoje wyniesienie. W osobie hrabiego Poniatowskiego, stolnika litewskiego, znajdujemy wszystkie warunki niezbędne dla dogodzenia nam i skutkiem tego postanowiliśmy wynieść go na tron Polski”. Ponieważ wtedy jeszcze nie było telewizji, caryca przysłała nam swoje wojska, dla naszego dobra – oczywiście – by broniły naszych swobód, a te już zadbały, aby 17 września 1764r., przy znacznej absencji uprawnionych elektorów Poniatowski został wybrany królem Polski. Elekcję Poniatowskiego podpisało jedynie 5 320 osób. Po upadku insurekcji kościuszkowskiej, kiedy Polska przestała istnieć jako państwo, w 31 rocznicę swojej koronacji Poniatowski abdykował na rzecz Rosji 25 listopada 1795r., w dniu imienin Katarzyny II i przeszedł na stałą pensję od carycy. Jeden dobrze obsadzony agent wpływu potrafił tyle zła wyrządzić swoim rodakom. I cóż z tego, że naród pamiętał. O kimś, kto się “zeszmacił” politycznie, mówiono, że się “zestanisławoauguścił”. Ale czy rzeczywiście Poniatowski się zeszmacił, czy też może zachował swoją tożsamość ukształtowaną przez wspomnianych nauczycieli, a przy tym doskonale przydatną do wykonania zadań najemnika na wysokim, najwyższym szczeblu władzy?
Niedawne obchody Dnia Niepodległości muszą skłaniać do refleksji nie tylko nad sposobem, w jaki tę niepodległość przed 91 laty Polska odzyskała, ale też nad jak najbardziej aktualnym tematem przyczyn, dla których tę niepodległość Polska na 123 lata straciła. Jeszcze ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, jakie Polska ma szanse na odzyskanie niepodległości, gdyby dalszy rozwój spraw prowadził do jej całkowitej utraty. Wszystko leży w rękach młodzieży, naturalnie. Dzisiaj młodzi, jutro rodzice, pojutrze dziadkowie przeniosą cechy swojej tożsamości na następne pokolenia. Jaki jest dorobek własny pokoleń wychowanych w atmosferze uwielbienia dla Festiwalu w Woodstock 1969 oraz takich ikon, jak Che Gevarra i Madonna, widzi każdy, komu w zamian za opiekę i leczenie zapewnia się porzucenie i/lub eutanazję. Zresztą do zalegalizowania eutanazji dążą ci sami, którzy są entuzjastami zalegalizowania narkotyków i innych narzędzi uśmiercania na masową skalę. Skoro – jak uczą ojcowie Kościoła Katolickiego i co potwierdzają nasze własne liczne obserwacje – kultura śmierci zjada własne dzieci, warto, mając na względzie przyszłości Ojczyzny i świata, pomyśleć o sposobach zapobiegania jej szerzeniu się w wyniku tak powszechnych obecnie zjawisk, jak zeszmacenie polityków i slutyfikacja elektoratu.
Inne dobre powiedzenie Vana, szczególnie miłe dla ucha epidemiologa brzmiało następująco: “być to znaczy być wartością zmiennej” (to be is to be the value of a variable, łac. esse variabilis cuiusdam esse). W zastosowaniu do obłąkańczego promiskuityzmu będącego jedną z najważniejszych zdobyczy kultury śmierci i niosącego gorzkie owoce w postaci pandemii chorób wenerycznych, w tym AIDS i chlamydiozy prowadzącej do bezpłodności, oraz bezmiaru patologii społecznej, stwierdzenie “być to znaczy być wartością zmiennej” daje się łatwo wyrazić liczbą osób, z którymi ktoś podjął współżycie płciowe. Oczywiście im większa ta liczba, tym większe zagrożenie dla zdrowia i życia. W świecie zachodnim coitarche, czyli wiek podjęcia współżycia, decyduje o liczbie osób, z którymi ktoś podejmie współżycie w przyszłości i to poza małżeństwem. Tymczasem młodzi ludzie coraz wyżej cenią zachowanie i ofiarowanie przyszłemu małżonkowi lub przyszłej małżonce nieodnawialnej wartości jaką jest dziewictwo. Uniwersalna wartość dziewictwa aż do ślubu jest duchowym zobowiązaniem dwóch głównych religii świata, które są deklarowane przez ponad połowę obywateli krajów Unii Europejskiej i Unii Afrykańskiej. Wśród ludności Europy poza jej częścią wschodnią 54,8 % deklaruje przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego a 4,3 % wyznaje islam, a wśród ludności Afryki jest 45,8 % muzułmanów i 15,3 % rzymskich katolików. Błogosławiona Karolina Kózka, która zginęła śmiercią męczeńską 18. listopada 1914r. wiedziała, że nie ma osoby bez tożsamości.
Felieton w Radio Maryja, 20 listopada 2009
Uzurpatorzy tak sprawują władzę, jak ją zdobyli. Posłużywszy się kłamstwem dla zdobycia władzy, przywłaszczają sobie prawo do starcia ogłupionych wyborców z powierzchni ziemi. Jeżeli nie ma osoby bez tożsamości, tym bardziej bez tożsamości nie ma narodu. Biologia wobec kultury nic nie znaczy, co łatwo dostrzec pomiędzy Łabą a Odrą, a także wyspowo i za silnym wsparciem centrali, także na Śląsku. Skoro w wyniku jakichś prymitywnych operacji psychologicznych w rodzaju referendum czy wyborów do takiego czy innego parlamentu naród w ciągu zaledwie kilku lat traci tożsamość budowaną przez wiele tysiącleci, powinien przynajmniej zdawać sobie sprawę z narzędzi, które przeciwko niemu użyto i musi wiedzieć, z jakich narzędzi obrony sam zrezygnował.
Amerykański ekspert ds. broni psychologicznej płk dr Alfred H. Paddock jr już w roku 1989 podał następującą definicję: Operacja psychologiczna (PSYOP) jest to planowane wykorzystanie środków komunikowania dla zdobycia wpływu na postawy i zachowania ludzi. Do operacji psychologicznych należą działania polityczne, wojskowe i ideologiczne prowadzone na rzecz wzbudzenia w grupach docelowych zachowań, uczuć i postaw, które przyczynią się do osiągnięcia celów polityki państwa prowadzącego te operacje.
Grupą docelową skutecznie przeprowadzonych PSYOPów okazały się polskie tzw. elity polityczne wyłonione i tolerowane przez naród, który ginie bez protestu, co samo w sobie jest fenomenem na skalę światową. Może jednak wśród 40 milionów znajdzie się grupa na tyle silna, aby skutecznie obronić choćby własne dzieci.
Uczucia rodzicielskie należą, a właściwie należały, do najsilniejszych emocji rządzących zachowaniem wszystkich ludzi, ludzi o nieuszkodzonej mentalności. Filozofia matki i ojca gotowych stanąć w obronie swoich dzieci, legła u podstaw Deklaracji Genewskiej z roku 1924 w sprawie praw dziecka oraz dwóch dokumentów Organizacji Narodów Zjednoczonych, których okrągłe rocznice uchwalenia przypadają na 20. listopada 2009r. Jest to 50 rocznica proklamowania Deklaracji Praw Dziecka z 1959r. i 20 rocznica przyjęcia Konwencji o Prawach Dziecka z 1989r. Ta ostatnia została ratyfikowana przez wszystkie państwa świata z wyjątkiem USA i Somalii. Polska ratyfikowała Konwencji o Prawach Dziecka 7. lipca 1991r. i dopóki swojej ratyfikacji nie wycofa, każdy ma prawo domagać się bezwzględnego wykonywania postanowień Konwencji przez władze wszelkich szczebli, od samorządowego, przez państwowy, po rozrastający się na kształt raka szczebel ponadnarodowy reprezentowany m. in. przez siedmiu sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, którzy 3. listopada 2009 r. jednomyślnie uznali, że symbol Chrześcijaństwa zagraża prawom człowieka. Byli to: Françoise Tulkens z Belgii, Ireneu Cabral Barreto z Portugalii, Vladimiro Zagrebelsky w Włoch, Danute Jočiene z Litwy, Dragoljub Popović z Serbii, András Sajó z Węgier i Işil Karakaş z Turcji.
Wykorzystując do walki z Chrześcijaństwem stronniczą interpretację praw człowieka, ponadnarodowa władza sądownicza nie dostrzega, że na przeważającym obszarze Europy od lat dochodzi do masowych zabójstw dzieci, a kiedy pozwoli im się urodzić, do bezkarnego niszczenia ich fizycznej, moralnej i psychologicznej integralności, do wyrywania ich spod opieki rodziców, do zmasowanego ataku na ich zdrowie i życie.
A więc dopóki Polska i inne kraje, o których kulturze decyduje siedmiu sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, nie wycofają się z ratyfikowania Konwencji o Prawach Dziecka z 20. listopada 1989r., trzeba posłużyć się tym narzędziem ratowania naszej cywilizacji. Nie wolno przy tym sięgać do okrojonych w sposób niezwykle stronniczy skrótów bądź omówień tego dokumentu. Jak każda konstytucja, tak samo konstytucja praw dziecka obowiązuje wprost i dosłownie. Dla zachęty przytoczę kilka dosłownych cytatów z Konwencji o Prawach Dziecka z 20. listopada 1989r.:
“wyrażając przekonanie, że rodzina jako podstawowa komórka społeczeństwa oraz naturalne środowisko rozwoju i dobra wszystkich jej członków, a w szczególności dzieci, powinna być otoczona niezbędną ochroną oraz wsparciem, aby mogła w pełnym zakresie wypełniać swoje obowiązki w społeczeństwie,
Państwa-Strony niniejszej konwencji uzgodniły, co następuje
W rozumieniu niniejszej konwencji “dziecko” oznacza każdą istotę ludzką w wieku poniżej osiemnastu lat, chyba że zgodnie z prawem odnoszącym się do dziecka uzyska ono wcześniej pełnoletniość.
Państwa-Strony uznają, że każde dziecko ma niezbywalne prawo do życia (co jak wynika z Preambuły jednoznacznie zobowiązuje do prawnej ochrony życia dziecka także przed jego urodzeniem)
Państwa-Strony zobowiązują się do ochrony dzieci przed wszelkimi formami wyzysku seksualnego i nadużyć seksualnych.
Państwa-Strony zobowiązują się do szerzenia informacji o zasadach i postanowieniach niniejszej konwencji zarówno wśród dorosłych, jak i dzieci, wykorzystując do tego celu będące w ich dyspozycji środki.”
Felieton w Radio Maryja, 27 listopada 2009
Z wiekiem ubywa złudzeń, za to przybywa rozumu. Do czynów najbardziej odrażających należy przeto nadużycie zaufania ludzi młodych, którzy, nie mając własnych doświadczeń, z dziecięcą łatwowiernością przyjmują za własne narzucane im z premedytacją sprzeczne z rozumem przekonania. Na przykład sprzyjające szerzeniu się AIDS, co warto wspomnieć na kilka dni przed Światowym Dniem Walki z AIDS 2009. Jeszcze bardziej godne pogardy jest świadome i umyślne manipulowanie opinią publiczną za pomocą wyssanych z palca argumentów i przy pomocy sprzedajnych autorytetów. Prędzej czy później mistyfikacja kończy się kompromitacją ludzi, którzy ją zmyśli i jej służyli. Niestety, sama kompromitacja sprawców nie przywraca życia, zdrowia i utraconych dóbr, w tym dobrego imienia i majątku, ofiarom mistyfikacji. Mało tego. Taka mistyfikacja jak “poniżenie Niemiec i Sowietów przez Traktat Wersalski” do dzisiaj stanowi doktrynę polityczną naszych obydwu największych sąsiadów i to pomimo potępionego przez ludzkość ludobójstwa, którego dopuścili się, wcielając tę doktrynę w życie. Poparcie dla Eriki Steinbach ze strony głównej partii politycznej Niemiec współgra z wystąpieniem Władimira Putina na Westerplatte i każe rozglądać się za sojusznikami. A tymczasem nasza największa nadzieja na odsiecz rozpłynęła się we mgle nad Atlantykiem. Może to i lepiej poznać prawdę zawczasu i nie brnąć w mistyfikacje typu “offset za F-16″. Mistyfikacja, którą posłużyli się republikanie, wystawiając Collina Powella do przedstawienia w ONZ dowodów na “dysponowanie bronią masowego rażenia przez reżim Saddama Husaina”, wciągnęła nas w przynoszącą same straty wojnę, przeciwko której stanowczo i głośno występował Jan Paweł II, zaś mistyfikacja guru demokratów Ala Gore’a znana jako “Atropogenna Zmiana Klimatu”, którą oprotestował Benedykt XVI i Vaclav Klaus, ma posłużyć do ostatecznego zrujnowania polskiej gospodarki, która rozkwitłaby w oparciu o własne przebogate zasoby energetyczne. Węgla wydobywać i używać – nie wolno. Geotermii rozwijać – też nie wolno. Nie wolno, bo trzeba dać zarobić obcym sprzedawcom wież wiatrowych, elektrowni atomowych, uranu, gazu ziemnego, ropy naftowej. Nie wolno, bo mistyfikacja pod nazwą “demokracja unijno-europejska”, krótko: europeizm, coraz wyraźniej szczerzy kły. Jak każda demokracja z określnikiem, demokracja unijno-europejska z natury rzeczy ma ten sam cel, co demokracja socjalistyczna, krótko: socjalizm. Jest nim władza hegemona i przywileje dla jego piesków. Przydałoby się szczegółowo porównać obydwa totalitaryzmy, brukselski i moskiewski, by je zbilansować z punktu widzenia polskiej racji stanu. Nie innej, narzucanej przez obce propagandowe mistyfikacje, a właśnie polskiej. Nie musimy się zgadzać na to, by Polak był traktowany jak miś o małym rozumku, który zrozumie nie wiele więcej niż głosi pierwsza zwrotka piosenki “wlazł kotek na płotek i mruga”.
Polakom potrzeba zdrowego rozsądku, abyśmy jako naród nie odeszli w niebyt odarci z tożsamości, wywłaszczeni z własności, zdziesiątkowani przez emigrację, kulturę antynatalistyczną i krach ochrony zdrowia. Po prostu: aby nie pójść z torbami, trzeba pójść po rozum do głowy.
Rozum, czyli zdrowy rozsądek, po łacinie sensus communis, po angielsku common sense, wymaga zdefiniowania. Tu trzeba sięgnąć do myśli Kartezjusza. Prekursor nowożytnej kultury umysłowej, najbardziej znany z twierdzenia Cogito ergo sum, myślę więc jestem, już w 1619 r. doszedł do wniosku, że tylko to jest pewne, co jest jasne i wyraźne. Pewnym jest wszystko, co rozsądek jasno i wyraźnie widzi. Kartezjański rozsądek (bon sens), to rozum, który pozwala odróżnić prawdę od fałszu. Jak pisze Kartezjusz w fundamentalnym dziele opublikowanym w 1637r. , a z którego przesłania do dzisiaj korzystamy, pod tytułem “Rozprawa o metodzie” (Discours de la méthode pour bien conduire sa raison, et chercher la vérité dans les sciences): “Rozsądek jest to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej rozdzielona, każdy bowiem sądzi, że jest w nią tak dobrze zaopatrzony, iż nawet ci, których we wszystkim innym najtrudniej jest zadowolić, nie zwykli pragnąć go więcej, niźli posiadają. Nie jest prawdopodobne, aby się wszyscy mylili co do tego; raczej świadczy to, iż zdolność dobrego sądzenia i rozróżniania prawdy od fałszu, co nazywamy właśnie rozsądkiem lub rozumem, jest z natury równa u wszystkich ludzi. Tak więc rozbieżność mniemań nie pochodzi stąd, aby jedni byli roztropniejsi od drugich, ale jedynie stąd, iż prowadzimy myśli nasze rozmaitymi drogami i nie rozważamy tych samych rzeczy. Nie dosyć bowiem mieć umysł bystry, ale główna rzecz jest właściwie go stosować. Największe dusze zdolne są do największych występków zarówno jak do największych cnót; a ci, którzy idą jedynie bardzo wolno, jeśli trzymają się wciąż prostej drogi, mogą posunąć się o wiele dalej niż ci, którzy biegną, lecz oddalają się od niej.” Piękne!
Uważa się, że na poglądy Kartezjusza, jak św. Tomasza z Akwinu, miała wpływ myśl pioniera powszechnego sceptycyzmu, którym był najwybitniejszy uczony Islamu, żyjący w latach 1058-1111 Abu- H.a-mid Muh.ammad ibn Muh.ammad al-Ghaza-li-, znany w Europie jako Algazel. Jak pół tysiąca lat później Kartezjusz, al-Ghaza-li-, autor przełomowego dzieła “Inkoherencja filozofów” (Taha-fut al-Fala-sifa), odwoływał się do matematyki, jako narzędzia rozstrzygnięć sporów. Warto dodać, że inkoherencja (łac. incoherentio) jest to termin stosowany w naszych czasach w psychiatrii i oznacza zaburzenie myślenia, wyrażające się w rozrywaniu związków pomiędzy członami myślenia, w rozpadzie struktury zdań, a nawet wyrazów.
Z kolei brytyjski filozof George Edward Moore w eseju z 1925r. p. t. “Obrona zdrowego rozsądku” (A Defence of Common Sense) uznał, że żadna teoria naukowa nie może zaprzeczyć twierdzeniom zdroworozsądkowym, które wyrażają podstawową wiedzę o świecie. Zdrowy rozsądek jest kryterium prawdziwości systemów.
Epidemiologia lekarska tworzy i weryfikuje podstawową wiedzę o świecie w zakresie medycyny i ekologii człowieka. Czyni to zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, takim, jakim go widział przed tysiącem lat Al-Gazali, przed czterystu laty – Kartezjusz, a przed niemal stu – George Edward Moore. Nie jest to sposób widzenia świata przez pryzmat reklamy, lobbingu, drapieżnej polityki oraz wiecznie głodnych władzy i pieniędzy polityków. Zapraszam wszystkich do udziału w programie Rozmowy niedokończone w niedzielę 29. listopada 2009r. na antenie Telewizji TRWAM od godziny 18.10 i w Radio Maryja od 21.35. Tematem rozmów będzie epidemiologia lekarska w Polsce i na świecie.
Felieton w Radio Maryja, 4 grudnia 2009
Poniedziałek bez mięsa! To obowiązek, który nobilitowany narkoman wsparty przez skompromitowanego oszusta, chce narzucić poddanym prezydenta Eurokołchozu. Dlaczego nie piątek a właśnie poniedziałek? Polakom nie trzeba tego tłumaczyć. Władysław Gomułka, ziejący nienawiścią do katolików autor pamiętnych słów: “tylko państwo ma prawo ustalania, jakie emblematy mogą się znajdować na ścianach izb szkolnych”, zasłynął w 1959r. wprowadzeniem zakazu sprzedaży mięsa, wędlin i wyrobów wędliniarskich właśnie w poniedziałki. Nie od razu były to poniedziałki. Tuż po wojnie ukazało się rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów z dnia 24. kwietnia 1946r. w sprawie ograniczenia obrotu mięsem, jego przetworami oraz tłuszczami zwierzęcymi. Premier Edward Osóbka-Morawski na podstawie art. 3 dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z dnia 25 października 1944r. o zwalczaniu spekulacji i lichwy wojennej zarządził, co następuje: “zabrania się dokonywania wszelkich obrotów mięsem i jego przetworami oraz tłuszczami zwierzęcymi w środy, czwartki i piątki każdego tygodnia (dni bezmięsne). W dniach nie objętych zakazem wolno sprzedawać w celach konsumpcyjnych potrawy z mięsa i jego przetworów o wadze maksymalnej 100 g, przy czym jednej osobie można podać tylko jedno danie z mięsa lub jego przetworów.” Ludzie i tak pościli w piątki, a pożyteczni idioci mogli sobie wiązać nadzieje ze wsparciem postu siłą państwa komunistycznego.
Od Osóbki do Gomułki Polska nie mogła wydobyć się z wojennej ruiny gospodarczej także za sprawą tzw. “zdobyczy nauki radzieckiej”, których ikoną był Trofim Łysenko. Nie wierzył on w istnienie genów. Może dlatego, że podstawy naukowej genetyki świat zawdzięcza pracom o. Grzegorza Medla, urodzonego w miejscowości Hynčice nad Odrą na Śląsku Czeskim, opata augustianów, walczącego z prześladowaniem kościoła. W latach 1856 -1863 o. Mendel wysiał i przebadał ok. 29 000 roślin grochu. Jego krytyk – Łysenko też wysiewał groch, ale na skalę masową i to w zimie. Mając wsparcie dekretu Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego z 1948r., w którym komuniści odrzucili naukowe dowody z prac o. Mendla, Łysenko uczynił ze swojej pseudonauki doktrynę państwa sowieckiego, sprowadzając głód na poddanych imperium i prześladowania na przeciwników jego urojeń. Wojna z Bogiem oznacza zawsze wojnę z człowiekiem. Dyktatura potrafi przy tym posłużyć się każdym argumentem, najchętniej jednak mającym pozory naukowości. Nawiązując do dyktatury naszych czasów, warto zauważyć, że obsadzeni przez wodza zwycięskiej rewolucji socjalistycznej niektórzy komisarze Komisji Unii Europejskiej – jako były aktyw partyjny – nie mogą nie znać dekretu Rady Komisarzy Ludowych Guberni Saratowskiej o zniesieniu prywatnej własności… kobiet. Dekret, który powstał z inicjatywy Aleksandry Kołłontaj, wieszczącej upadek rodziny wraz ze zwycięstwem komunizmu i Nadieżdy Krupskiej, konkubiny Lenina, przewidywał zniesienie z dniem 1 stycznia 1918 r. prawa do stałego posiadania kobiet w wieku od 17 do 32 roku życia. Kobiety te dekret uznał za własność całej klasy pracującej i upoważniał obywateli płci męskiej do ich używania, nie częściej jednak niż cztery razy w tygodniu i nie dłużej niż przez trzy godziny. Dzieci spłodzone w tych warunkach po ukończeniu pierwszego miesiąca życia nakazywał oddać do `Ludowych żłobków”, gdzie miały otrzymać wychowanie i wykształcenie do lat 17. Winnym rozprzestrzeniania chorób wenerycznych groziła odpowiedzialność prawna przed sądem rewolucyjnym. Jak podaje The New York Times z 18. lutego 1919r. kobiety zostały “znacjonalizowane”, a urzędowy dekret ujawnia degradację, której zostały one poddane przez czerwonych. W uzasadnieniu komuniści stwierdzili, że “Legalne małżeństwo było i jest stanem, który służył jako narzędzie w rękach burżuazji, na skutek czego najlepszy gatunek wszystkich pięknych kobiet stał się własnością burżujów, co nie pozwala na właściwy rozwój rasy ludzkiej.” Owa szczera troska o “właściwy rozwój rasy ludzkiej” była jednak przyjęta wrogo przez nieuświadomione masy. Dzisiaj europejskie masy są już indoktrynowane na tyle skutecznie, że odrzucają małżeństwo, dzieci wolą zabić niż wychować, bądź oddać na wychowanie, a zarażanie chorobami wenerycznymi stało się równie bezkarne dla sprawców, co początkowo niedostrzegalne dla ofiar. Tyle że sprawca odchodzi w siną dal, a ofiara pozostaje z narastającym problemem, chorując, przenosząc zakażenie na innych, w tym najbliższą rodzinę (współmałżonka, dziecko w łonie matki) i ponosząc koszty finansowe i życiowe rozpoznania i leczenia choroby wenerycznej, a często kliku na raz. Jak widać, zgodnie z proroctwem Saszy Kołłontaj zwycięstwo komunizmu przyniosło rozpad rodziny. No, ale szczęścia masom nie przyniosło. Zdaniem jej ideowych następców ludzkość ma teraz na karku już nie burżujów z ich burżujskimi prywyczkami w postaci małżeństwa prowadzącego do prywatnej własności kobiet w wieku 17 – 32 a odparcie największego zagrożenia ludzkości, jakim jest Antropogenne Globalne Ocieplenie. Według samozwańczych elit mających pretensje do totalitarnego rządzenia światem życiu na Ziemi zagraża nikła – na tle źródeł naturalnych – ilość dwutlenku węgla, która jest produktem aktywności człowieka.
Od 20. listopada 2009, kto miał dostęp do Internetu, mógł łatwo dowiedzieć się, że to największe pseudonaukowe oszustwo naszych czasów zostało zdemaskowane, że zawiadujący grupą współczesnych odpowiedników Trofima Łysenki profesor – a jakże – Phil Jones, podał się do dymisji, a obsadzony w roli gwiazdora walki z urojonym zagrożeniem amerykański wiceprezydent z czasów Clintona – Al Gore, 24. listopada musiał czmychnąć ze spotkania z czytelnikami w Borders Bookstore przy 150 N. State Street w Chicago, przedtem odpowiadając fizycznym atakiem ochroniarzy na grzecznie stawiających pytania.
Mając nadzieję, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, warto zauważyć, że Climategate stwarza okazję do przeglądu rzetelności i wiarygodności szeregu innych twierdzeń opatrzonych klauzulą nieomylności tzw. naukowych autorytetów i wykorzystywanych przeciwko ludziom i przyrodzie, na czele z gmo, nanocząstkami, produktami leczniczymi itp. Jeśli teraz okryci hańbą manipulatorzy faktami prezentowanymi jako naukowe nie ustąpią miejsca ludziom na tyle uczciwym, aby można byłoby im ufać i im płacić, za niedługo wielcy dyktatorzy wsparci przez zastępy ogłupionych hunwejbinów ogłoszą, że światu zagraża nie tylko wytworzony przez człowieka dwutlenek węgla, lecz równie wszechobecny monotlenek diwodoru, po angielsku dihydrogen monoxide, w skrócie DHMO. Już w 1989 r. młodzi amerykańscy uczeni Eric Lechner, Lars Norpchen and Matthew Kaufman z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz poinformowali opinię publiczną o śmiertelnym zagrożeniu ze strony DHMO. W 1997 Nathan Zohner uzyskał poparcie dla wprowadzenia zakazu monotlenku diwodoru u 86% pytanych o to osób, a ukuty od jego nazwiska termin “zoneryzm” i wszedł na stałe do nauki i praktyki komunikowania zagrożeń zdrowia (ang. health risk communication). Zoneryzm oznacza wykorzystanie prawdziwych faktów w celu doprowadzenia publiczności charakteryzującej się brakiem wiedzy naukowej i matematycznej do fałszywych wniosków. Pozwolę sobie dodać, że Nathan miał 14 lat, badał kolegów z klasy, a co najważniejsze monotlenek diwodoru, to… H2O, … zwykła woda.
Felieton w Radio Maryja, 11 grudnia 2009
Dostosuj się albo giń. Zależnie od przekonań każdy wywodzi tę zasadę z zaufanego źródła. A to z publikacji Karola Darwina z 1859 r. p. t. “O powstawaniu gatunków drogą naturalnego doboru czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt” (On the Origin of Species by Means of Natural Selection, or the Preservation of Favoured Races in the Struggle for Life), a to z zawołania francuskiej Legii Cudzoziemskiej “marche ou creve” – maszeruj albo umieraj, tłumacząc elegancko, a to z tradycji własnego narodu.
W połowie naszej ery, czyli z końcem X wieku po narodzeniu Chrystusa, władca Polan książę Mieszko dostosował się do sytuacji powstałej w wyniku trwającego od kilkuset lat, od czasów Karola Wielkiego, marszu na wschód Germanów Wschodnich i Zachodnich, czyli Niemców i Francuzów. Chrzest Polski wytrącił im z rąk pretekst do powtórzenia rzezi, której dokonali na ziemiach Słowiańszczyzny Zachodniej i znacznie osłabił, a na pewien czas nawet zahamował, ich parcie na wschód, czyli Drang nach Osten. Pod władzą Piastów Polska natychmiast wniosła wielki wkład w budowę wspólnego europejskiego domu. Bolesław Chrobry Wielki – jak głosi napis na jego odsłoniętym w 2007r. wspaniałym pomniku we Wrocławiu – to “w roku 1000 sprzymierzeniec papiestwa i cesarstwa w jednoczeniu Europy”. W tym właśnie roku nasz pierwszy koronowany król uczynił ze stolicy Śląska jedną z metropolii znanego współczesnym świata. Biskupstwo we Wrocławiu do 1821r. było podporządkowane arcybiskupstwu w Gnieźnie.
Po ponad dwóch latach od postawienia pomnika przez polskich patriotów w obecnie oblężonym Wrocławiu czas najwyższy, aby władze miejskie wreszcie dostrzegły komu miasto zawdzięcza wyniesienie a komu upadek. Bowiem przed tysiącem lat Polacy do sytuacji się dostosowali, ale tożsamości nie utracili, a dzięki przyjęciu Chrześcijaństwa nie tylko uratowali się przed zagładą fizyczną, lecz także – co jeszcze ważniejsze – przyjęli Dobrą Nowinę, która naszą tożsamość ubogaciła. Na tle wieczności, doczesne korzyści z Chrztu Polski mogą wydawać się miałkie i nie warte rozważań, ale przecież nie co innego jak nasz byt na tym padole łez i rozpaczy decyduje o wyroku Sądu Ostatecznego. Wydawałoby się, że po upływie tysiąca lat każdy Polak już doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że każdy czyn przynosi jakieś skutki. Wytyczne postępowania i kodeks karny określił sam Sędzia Najwyższy, a światli ludzie dzień w dzień, rok po roku, wiek po wieku przybliżają te wymagania każdemu, kto chce słuchać. To że niektórzy słuchać nie chcą, to że postępują wbrew nakazom i zakazom, że nie myślą o przyszłości, że ulegają fałszywym doradcom i oszukańczym namowom, jest tak ludzkie jak Boskie jest miłosierdzie. Zdając sobie sprawę z prawa do błądzenia i dozgonnej możliwości poprawy (tylko i aż dozgonnej), odzyskujemy pewność siebie i siłę do starań o zasłużenie na wybaczającą miłość Pana Boga, która i tak jest niczym nie ograniczona. W miarę upływu lat życia dostosowujemy się do zmieniającego się świata, nieraz popełniając strategiczne błędy, kiedy będąc u szczytu powodzenia zapominamy o głębokiej mądrości zawartej w przysłowiu “fortuna toczy się kołem”, “fortuna toczy się kołem, pod kołem to pojąłem” – jak to spuentował Jan Sztaudynger, autor obscenicznych fraszek, ale także wspaniałego zbioru utworów – lamentów nad wojennym trupem miasta Wrocławia, wydanego w Poznaniu w 1947r. pt. STROFY WROCŁAWSKIE (okładka i rysunki w tekście Jana Wronieckiego), z których kilka, charakteryzujących się pięknem formy i porażających grozą treści, zamieściłem na poświęconej Śląskowi stronie halat.pl/silesia.html.
Lwowianie i Polacy z innych stron kraju, którzy niewyobrażalnym dzisiaj wysiłkiem umysłów i rąk podnieśli Wrocław z gruzów, nie mogą pogodzić się ze sposobem, w jaki wielu będących obecnie u władzy obraca wniwecz polskość miasta i kierując się, zapewne owocującą w zleceniach, posadach, grantach, nagrodach i unijnych karierach, dewizą “dostosuj się albo giń”, budują markę miasta na regermanizacji. Widomym znakiem regermanizacji Wrocławia jest odbudowany za ciężkie pieniądze symbol dwustuletniego zaledwie panoszenia się prusactwa w mieście – pałac strasznego Fryca Polakożercy. Wykopaliska archeologiczne słowiańskich osad z początków Wrocławia, próby rekonstrukcji – dla potrzeb turystów – tak wspaniałych budowli romańskich, jak te, które powstały za sprawą Piotra Włosta, możnowładcy plemienia Ślężan, który już za życia stał się chodzącą legendą, nie mogą doczekać się odpowiadającego ich unikatowej wartości zainteresowania i finansowania. Konformistyczna realizacja zasady “dostosuj się albo giń” polegająca na wyrzeczeniu się narodowej tożsamości to nic innego jak zdrada narodowa. Niech ci, którzy się jej dopuszczają nie zapomną, że fortuna toczy się kołem, że naród pamięta, że nie zawsze przebacza. Przyjęcie chybionej strategii na podstawie fałszywych założeń prędzej czy później skończy się klęską. Wystarczy przyjrzeć się zgniłym owocom, jakie wydają nasiona kłamstwa, w szerokim tego określenia pojęciu – od nasion roślin genetycznie modyfikowanych po kłamstwa historyczne, polityczne, czy naukowe. Budowanie marki Wrocławia na tradycji pruskiej jest właśnie zgniłym owocem tych trzech kłamstw i niezależnie od kosztów poniesionych przez wiadomych inwestorów i korzyści przyjętych przez wiadomych zleceniobiorców przyniesie same straty każdej ze stron konfliktu, także, niestety, polskiej – poddanej narastającej presji nacjonalistycznego naporu.
Nie takie mistyfikacje runęły w przeszłości, nie takie kompromitują się na naszych oczach. Wielu jeszcze pamięta propagandę niemieckich faszystów, większość – rosyjskich komunistów, a wszyscy obecnie żyjący mogą po prostu włączyć telewizor i zobaczyć jak na nasionach kłamstwa o wpływie człowieka na klimat wyrasta ogromne drzewo w Kopenhadze i jak zgniłe rodzi owoce. Wzrost i upadek kłamstwa o wpływie człowieka na klimat, czyli klimatyzmu, to niewątpliwie wielkie doświadczenie ludzkości u progu trzeciego tysiąclecia naszej ery, czyli – mówiąc zgodnie z prawdziwym znaczeniem tego określenia – po narodzeniu Chrystusa. Wzrost i upadek klimatyzmu był możliwy wyłącznie dzięki nowym technologiom stworzonym przez geniusz człowieka posługującego się rzetelną wiedzą naukową i sprawdzonymi w wyniku powtarzalnych eksperymentów umiejętnościami. Na czele tych technologii stoi informatyka z jej przełomowym w dziejach ludzkości zastosowaniem w postaci komputerów, które po połączeniu w globalną sieć dają internet. Miarą wartości internetu dla nas wszystkich i każdego z osobna jest pozycja wyszukiwarki internetowej Google, która w opublikowanym w kwietniu 2009r. rankingu wartości globalnych marek prowadzonym przez Millward Brown Optimor osiągnęła pozycję pierwszą, dochodząc do kwoty 100 miliardów dolarów i odnotowując 16% przyrost w stosunku do roku 2008.
O markach polskich na podstawie opublikowanego 10. grudnia b. r. raportu firmy Acropolis Advisory i dziennika “Rzeczpospolita” oraz opublikowanego również w grudniu b. r. przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenmtów raportu KONSUMENT NA RYNKU ARTYKUŁÓW ŻYWNOŚCIOWYCH (w świetle wyników kontroli produktów mlecznych, mięsnych, rybnych i miodu) opowiem za tydzień. Naturalnie w ramach drążenia tematu “dostosuj się albo giń”- “dostosuj się bez utraty tożsamości albo giń jako konformista”
Felieton w Radio Maryja, 22 grudnia 2009
Ostatni przed Wigilią Bożego Narodzenia 2009r. mój felieton z cyklu “Spróbuj pomyśleć” nie może zakłócać chrześcijańskiej atmosfery radosnego oczekiwania nawet w domach tych ludzi, którzy świadomie i umyślnie swoim bliźnim szkodzą, zamiast chronić ich przed parą nieszczęść budzących największy strach, jakimi są choroba i bieda.
Niechby zasiadając do wigilijnego stołu, śpiewając kolędy, ciesząc się ciepłem rodziny pod wspólnym dachem, choćby przez chwilę wspomnieli tych, którym to wszystko odebrali, tych, których skazali na bezrobocie i bezdomność, na chorobę, na brak nadziei na ulgę w cierpieniu, na przedwczesny zgon i pozostawienie osieroconych bliskich. Od wyrzutów sumienia, skruchy i zadośćuczynienia zaczęła się niejedna droga ku dobru własnemu i innych ludzi, i związku z tym życzmy wszelkich łask Bożych, z łaską przemiany na czele, przede wszystkim naszym prześladowcom. Życzmy szczerze, tak jak nas do tego zachęcał ks. Jerzy Popiełuszko słowami “Zło dobrem zwyciężaj”. Polski męczennik wrogiej Bogu i ludziom dyktatury w tych trzech prostych słowach zawarł wielką prawdę o przewadze dobra nad złem i o zawodności posługiwania się bronią napastnika motywowanego złem. Siłą chrześcijan jest czynienie dobra, stąd i w odpowiedzi na atak zła nie powinniśmy stosować kontrataku zła a dokonać maksymalnego wysiłku wiary i intelektu, aby zło, choćby to najbardziej rozpanoszone, okrutne i bezczelne zło, dobrem pokonać.
Równocześnie musimy posługiwać się skutecznymi narzędziami nie gorzej niż napadający na nas napastnicy spod sztandarów zła. Gromadzenie i publikowanie dowodów, ich zgodne ze zdrowym rozsądkiem interpretowanie i zderzanie z argumentami przeciwnika, nawet jeśli nie odniesie natychmiastowego skutku, to przynajmniej zmodyfikuje jego działania, może doprowadzi do tego, że zło będzie mniejszym złem.
Z powyższych powodów o markach polskich na podstawie opublikowanego 10. grudnia b. r. raportu firmy Acropolis Advisory i dziennika “Rzeczpospolita” oraz opublikowanego również w grudniu b. r. przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów raportu KONSUMENT NA RYNKU ARTYKUŁÓW ŻYWNOŚCIOWYCH (w świetle wyników kontroli produktów mlecznych, mięsnych, rybnych i miodu) opowiem w ostatnim dniu mijającego roku.
Dzisiaj, chciałbym Państwa zachęcić do rozmyślań w nadchodzącym tygodniu i rozmów przy świątecznym stole nie o brudzie tego świata a o jego czystości. Czysta przyroda, czysta woda, czysta żywność, czysta nauka, czysta medycyna, czysta polityka, czysta gospodarka, czysta…, czyli PROGRAM CZYSTA… SPRAWA od końca pierwszej dekady III tysiąclecia po n. Ch.
Czysta medycyna to Polska Medycyna Integracyjna. Tej sprawie warto poświęcić wiele uwagi, gdyż właśnie przygotowywany jej program na najbliższe lata może okazać się jedynym ratunkiem dla milionów ludzi w potrzebie. Dzisiaj, jako prezent pod choinkę, wraz z życzeniami wszelkich łask Bożych w Dniu Narodzenia Pańskiego dołączam do swojego głosu dwie wypowiedzi praktyków klawiterapii, w tym samego jej twórcy – dr. Ferdynanda Barbasiewicza z Nadarzyna pod Warszawą.

References: Art. 31
 art. 15
 Art. 1

Art. 3

Art. 23

Art. 25

Art. 26

Art. 27

Art. 28

Art. 5
 Art. 117
 art. 3