Source: http://wyszkowski.com.pl/index.php?option=com_k2&view=item&id=80:apelacja-ii-dodatkowa&Itemid=107
Timestamp: 2019-10-17 11:10:41+00:00

Document:
Apelacja II dodatkowa
Przeglądane 21140 razy
Andrzej Lew-Mirski
APELACJA POZWANEGO od wyroku Sadu Okręgowego w Gdańsku z dnia 05 marca 2007 roku
(uzupełnienie pozwanego do apelacji złożonej w jego imieniu przez adwokata Andrzeja Lew-Mirskiego w dniu 26 kwietnia 2007 r.)
Sopot, dnia 27 kwietnia 2007 r.
(uzupełnienie pozwanego do apelacji złożonej w jego imieniu
przez adwokata Andrzeja Lew-Mirskiego w dniu 26 kwietnia 2007 r.)
Naruszenie prawa procesowego, a mianowicie przepisu art. 86 k.p.c. w zw. z art. 89 § 2 k.p.c. polegające na pozbawieniu pozwanego prawa do reprezentowania go przed Sądem za pośrednictwem pełnomocnika mimo jego prawidłowego umocowania do działania w terminie rozprawy przez ustne zgłoszenie pełnomocnictwa w toku sprawy po wniesieniu stosownego oświadczenia przez pozwanego;
naruszenie prawa procesowego, a mianowicie przepisu art. 5 k.p.c., przez jego niezastosowanie polegające na tym, że Sąd Okręgowy mimo zaistnienia uzasadnionej potrzeby procesowej nie udzielał niezbędnych wskazówek, bez których strona pozwana nie mająca pomocy prawnej ze strony profesjonalnego pełnomocnika procesowego pozbawiona była wpływu na toczący się proces i nie mogła zrealizować swoich uprawnień i gwarancji prawa strony do obrony.
naruszenie prawa procesowego, a mianowicie przepisów art. 386 § 2 k.p.c. w zw. z art. 217, 233 i 316 k.p.c., przez ich błędną wykładnię i zastosowanie, polegające na tym, iż Sąd Okręgowy, uprzedzając właściwe rozpoznanie sprawy, wnikał w materialno-prawną ocenę treści i skuteczności wnioskowanych przez pozwanego czynności procesowych i w ten sposób wypowiadał się o zakładanym z góry wyniku procesu, co wskazuje na zaistnienie przedwczesnego (tzn. wyprzedzającego orzeczenie) ustosunkowania się do istoty sprawy, skutkujące nie uwzględnieniem w wyniku tego ocen prawnych i zaleceń Sądu Apelacyjnego w Gdańsku zawartych w uzasadnieniu wyroku z dnia 25. 10. 2006 r. ;
naruszenie prawa procesowego mające wpływ na treść orzeczenia, a mianowicie art. 217§ 1 w zw. z art. 227, 232 k.p.c., poprzez pominięcie i nie dopuszczenie zgłoszonych wniosków dowodowych z dokumentacji IPN oraz przedstawionych świadków mających potwierdzić prawdziwość wypowiedzi pozwanego, względnie potwierdzić zachowanie rzetelności i należytej staranności przez pozwanego przy zbieraniu do badań materiałów na temat współpracy powoda z komunistycznymi służbami specjalnymi.
Obowiązek sądu z art. 217 k.p.c. nie może sięgać do oceny wypowiedzi pozwanego w trakcie rozprawy, dla zamierzonego lub niezamierzonego wywołania odpowiedniej dyspozycji procesowej pozwanego, gdyż informacja taka stanowi niezgodne z treścią art. 233 i 316 k.p.c. wnikanie w materialno-prawną ocenę treści i skuteczności czynności procesowych uprzedzające właściwe rozpoznanie sprawy i staje się w ten sposób wypowiedzeniem się o zakładanym z góry wyniku procesu. Analizując rozstrzygane zagadnienie, nie można również tracić z pola widzenia faktu, że wydanie wyroku przez sędziego jest czynnością złożoną, zarówno w aspekcie intelektualnym, jak i formalno-procesowym. Koncepcja wyroku (rozstrzygnięcia) dojrzewa w umyśle sędziego wraz z przebiegiem postępowania, jest kształtowana przez prowadzone dowody, a także argumenty stron, wiedzę prawniczą sędziego, jego doświadczenie życiowe, poczucie sprawiedliwości itd., a swój jurysdykcyjny wyraz uzyskuje dopiero po zamknięciu rozprawy, w chwili spisania sentencji i podpisania jej.
Na koniec chciałem odnieść się do sprawy wyroku Sądu Lustracyjnego.
Jak już wyjaśniałem w piśmie procesowym z dnia 5 marca 2007 r.: „Dla kwestii należytej oceny wagi orzeczenia lustracyjnego w przedmiotowym procesie niebagatelne znaczenie ma również fakt, iż w postępowaniu lustracyjnym Sąd nie miał możliwości przeprowadzenia wszystkich niezbędnych dowodów oraz działał w bardzo restrykcyjnie określonych ramach czasowych (swoisty tryb wyborczy wobec kandydatów na Prezydenta RP). Wynika to explicite z uzasadnienia wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 11 sierpnia 2000 roku:
„Po pierwsze ustawa lustracyjna dla postępowania wobec kandydatów na urząd Prezydenta RP nie przewiduje - jak w przypadku innych osób podlegających lustracji - swoistego „postępowania przygotowawczego” prowadzonego przez Rzecznika Interesu Publicznego, który po zgromadzeniu dowodów składa, wniosek o wszczęcie przez Sąd Apelacyjny postępowania, jeśli uznaje, że wskazują one na możliwość złożenia niezgodnego z prawdą oświadczenia lustracyjnego (art.18 a ust. l ustawy). W tzw. trybie „prezydenckim” Sąd sam gromadzi dowody z pominięciem Rzecznika, otrzymując je od wskazanych w ustawie organów (art.31 ustawy). Sprawia to, że postępowanie wobec kandydatów na urząd prezydenta RP może - jak w sprawie Lecha Wałęsy - ulegać przedłużeniu, gdy stosowne urzędy dysponują dużą ilością, często rozproszonych i różnej wartości materiałów archiwalnych. Stąd przy uwzględnieniu oczywistej w tej sytuacji inicjatywy dowodowej stron i obowiązku poszukiwania przez Sąd dowodów z urzędu ( art. 9 § 1 kpk). Zmiana art. 26 ustawy lustracyjnej dokonana przez znowelizowaną ustawę o wyborze Prezydenta (Dz.U.43 p.488 z 25 V 2000 r.) zakreślająca Sądowi Apelacyjnemu 21-dniowy termin na wydanie orzeczenia w I instancji (po otrzymaniu od Państwowej Komisji Wyborczej oświadczenia lustracyjnego kandydata), podczas gdy poprzednio orzeczenie należało wydać nie później niż 21 dni przed dniem wyborów, wydaje się co najmniej nie przemyślana, a zachowanie owego terminu instrukcyjnego często nierealne.
Po drugie zaś przepis art.31 ustawy lustracyjnej tak w ust. l jak i 3 przewiduje udostępnienie sądowi przez Ministrów, Szefa UOP-u oraz instytucje i organy państwowe materiałów operacyjnych, archiwalnych i innych dokumentów oraz materiałów o ile - w ich ocenie - są one niezbędne do przeprowadzenia dowodów, bądź mogą mieć istotne znaczenie dowodowe.
Taka konstrukcja ustawy sprawia, że Sąd Apelacyjny może otrzymać materiały już wyselekcjonowane i niepełne.”
Jak widać zatem postępowanie lustracyjne siłą rzeczy było ograniczone, a co za tym idzie orzeczenie wydane w takim postępowaniu nie mogło opierać się na całości możliwego do zgromadzenia materiału dowodowego. Przeprowadzenie niczym nie skrępowanej procedury dowodowej możliwe jest dopiero w niniejszym procesie.
Zupełnie nieuzasadnione jest również twierdzenie pozwanego jakoby fakt przesłuchania przez Sąd Lustracyjny świadków Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego powodował niedopuszczalność ich przesłuchania w przedmiotowej sprawie. Trzeba przede wszystkim pamiętać, że pozwany nie był stroną procesu lustracyjnego Lecha Wałęsy i nie miał tym samym możliwości zadawania pytań ani tym ani żadnym innym świadkom. Ponadto od czasu tych przesłuchań minęło już 7 lat, a zatem wiedza tych i innych osób mogła ulec znacznemu poszerzeniu.
Zawarty w piśmie procesowym powoda z dnia 29 stycznia 2007 roku passus o zdumieniu z powodu złożenia wniosku dowodowego o przesłuchanie w charakterze świadków Lecha Kaczyńskiego i Aleksandra Kwaśniewskiego należy pozostawić bez komentarza, gdyż urąga on zasadom kontradyktoryjności i równości stron w procesie cywilnym.
Kończąc wątek znaczenia wyroku Sądu Lustracyjnego dla przedmiotowej sprawy, trzeba wskazać na jeszcze jeden bardzo istotny aspekt. Otóż wbrew powszechnemu przekonaniu Sąd Lustracyjny nie orzekał o czyjejś niewątpliwej „niewinności”, tj. braku faktu współpracy w organami bezpieczeństwa komunistycznego państwa. W przełożeniu na język procedury karnej orzeczenie stwierdzające zgodność z prawdą złożonego oświadczenia lustracyjnego można tłumaczyć w następujący sposób: „nie da się wykluczyć, iż dana osoba złożyła zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne”. Pamiętać bowiem należy o mających zastosowanie w postępowaniu lustracyjnym naczelnych zasadach procesu karnego – domniemaniu niewinności i rozstrzyganiu wszelkich nie dających się usunąć wątpliwości na korzyść oskarżonego (tu: osoby lustrowanej).
Ponadto pamiętać trzeba, iż tzw. status pokrzywdzonego nadawano osobie, która spełniała przesłanki zawarte w definicji pokrzywdzonego umieszczonej w art. 6 ustawy o IPN w brzmieniu sprzed nowelizacji. A zatem pokrzywdzonym była również osoba, która współpracowała z organami represji PRL, o ile następnie współpracę tę zerwała i stała się obiektem rozpracowywania przez takie organy. Praktyczny aspekt tej definicji obrazowała bardzo często powtarzana w środkach masowego przekazu wypowiedź Janusza Kurtyki, który stwierdził, iż gdyby Wojciech Jaruzelski złożył wniosek o nadanie statusu pokrzywdzonego to IPN nie miałby wyjścia i musiałby taki status nadać, wobec spełnienia warunków z art. 6 ustawy.”
Po lekturze Uzasadnienia mam głęboką obawę, że sędzia Masternak nie tylko nie przeanalizowała przedstawionej wyżej argumentacji, ale może nawet w ogóle się z nią nie zapoznała.
Sędzia Masternak na str. 6 Uzasadnienia stwierdziła: „osoba, która powzięła informację o dowodach nieznanych sądowi lustracyjnemu, chcąc w sposób odpowiedzialny tę informację wykorzystać, winna była zdaniem Sądu przekazać je uprawnionym do tego organom, np. Rzecznikowi Interesu Publicznego, tak aby mógł on doprowadzić do ewentualnego wznowienia postępowania lustracyjnego.”
Zarzut ten jest całkowicie nietrafny, ponieważ nie istnieje prawna możliwość wznowienia postępowania lustracyjnego, które zakończyło się stwierdzeniem, że Lech Wałęsa nie jest kłamcą lustracyjnym, jako że było to postępowanie w trybie specjalnym czyli wyborczym. Właśnie z powodu tego lex specialis Rzecznik Interesu Publicznego, jak to wyjaśniał w publicznych oświadczeniach, zrezygnował ze złożenia apelacji od wyroku sądu lustracyjnego, ponieważ terminy trybu wyborczego uniemożliwiały rozpatrzenie tej apelacji.
Poza tym ewentualny obowiązek zawiadomienia RIP o nowo odnalezionych dokumentach spoczywał nie na mnie, a na ich właścicielu, którym po roku 2000 stała się autorytatywna instytucja państwowa czyli IPN. Zapoznając się z zarchiwizowanymi przez IPN dokumentami dowodzącymi agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy wiedziałem, że jestem już którymś z kolei na liście osób zapoznających się z tymi dokumentami, a przede mną poznali je pracownicy IPN, w tym władze Instytutu.
W toku całego Uzasadnienia Sąd wielokrotnie nadaje orzeczeniu SL zupełnie bezpodstawne znaczenie. Oświadczam, że ja nie podważam wyroku SL, a tylko wskazuję, że traktowanie go jako wiążącego w procesie cywilnym jest oczywistym błędem. Poza wszystkim ja nie byłem stroną postępowania przez SL, ani nawet nie brałem w nim żadnego udziału. SL orzekał według rygorów procedury karnej, nakazującej mu rozstrzyganie wątpliwości na korzyść osoby lustrowanej, a w postępowaniu obecnym nie ma takiej konieczności. Dlatego wyroku SL nie należy traktować jako orzeczenie, że Lech Wałęsa nie był agentem, a tylko że nie można wykluczyć, że nim nie był, tak samo, jak nie można wykluczyć, że nim był.
Bezzasadne są więc rozważania Sądu o moim rzekomym „podważaniu” i „dyskredytowaniu” tego orzeczenia oraz wynikające z takich ocen, wyciągnięte przez Sąd, krzywdzące mnie wnioski.
To właśnie Lech Wałęsa sam wielokrotnie dyskredytował Sąd Lustracyjny. Dowodem na to, że Lech Wałęsa nie uznawał orzeczenia sądu lustracyjnego za dowód, że nie był agentem, jest właśnie jego dążenie do uzyskania z IPN statusu pokrzywdzonego, jako tego orzeczenia, które jedynie jest obdarzone rękojmią prawdziwości. Dał temu dobitnie wyraz w wypowiedzi w programie telewizyjnym „Prosto w oczy” w dniu 17 listopada 2005 r.:
„Monika Olejnik: Panie prezydencie, czy jest Pan szczęśliwym człowiekiem? Wreszcie, po tylu miesiącach starań dostał Pan status pokrzywdzonego z IPN.
Lech Wałęsa: To do szczęścia mi nie było potrzebne. Ja tego potrzebowałem dla takich polityków jak Rydzyk, Wyszkowski, Gwiazda. /…/ No i cieszę się, że wreszcie pozbierano dokumenty i cieszę się z czegoś innego. Bo nie wiem czy Pani wie, na mój temat zniszczono 85 tomów. A okazuje się, że jeszcze więcej zostało.” Wynika z tego jasno, że dopiero orzeczenie IPN, a nie uzyskane w trybie specjalnym orzeczenie sądu lustracyjnego, uznawał za wiarygodny dowód, że nie był agentem. W tej wypowiedzi Lech Wałęsa potwierdził również, że dopiero po otrzymaniu wglądu w zbiory IPN dowiedział się, że istnieje w nich wiele dokumentów nieznanych sądowi lustracyjnemu.
Sąd bezpodstawnie obciąża mnie bezzasadnym obowiązkiem przedstawienia dowodów, które nie były znane SL, ponieważ Sąd nie jest związany wyrokiem SL i ma obowiązek samemu dokonać oceny przedstawionego w tamtym procesie materiału dowodowego. Jest oczywistością, że SL orzekał na podstawie wycinków materiałów obecnie dostępnych, ale Sąd odrzucił możliwość dowiedzenia się tego przez rozpoznanie moich wniosków dowodowych.
Poza tym twierdzenie Sądu, że powinienem wykazać, że przedstawione przeze mnie dowody nie były znane SL jest błędne, ponieważ sprawa ta nie ma znaczenia dlatego, że, jak to już wielokrotnie wskazywałem, Sąd ma obowiązek samodzielnej oceny materiału dowodowego.
Z drugiej strony, w swojej, wymierzonej w moje prawa procesowe zapalczywości, Sąd obciążył mnie nawet rzekomą winą nie wykazania w jaki sposób wszedłem w posiadanie przedstawionych sądowi dokumentów dowodzących agenturalności powoda. Otóż poza uległością wobec argumentacji pełnomocniczki powoda zarzut ten nie ma żadnego uzasadnienia prawnego. Żaden przepis nie nakłada na mnie obowiązku wykazania w jaki sposób uzyskałem składane sądowi dowody.
Zarzut o nie złożeniu przeze mnie zawiadomienia do sądu lustracyjnego jest nietrafny również dlatego, że tylko Lech Wałęsa mógł zwrócić się do tego sądu o przeprowadzenie lustracji w trybie zwykłym, ale z całym rozmysłem nigdy tego nie zrobił, uzasadniając to zaniechanie brakiem zaufania do zasiadających w nim sędziów (Lech Wałęsa w Radiu Zet w Gdańsku.http://www.radiozet.pl/rozmowy_gosc.html?wid=12893):
„Skowroński: Mówi pan, że lustrację trzeba zrobić. Lustracja trwa, jest Sąd Lustracyjny, dlaczego pan nie poszedł po prostu z tymi dokumentami do Sądu Lustracyjnego?
Wałęsa: Proszę, niech pan sprawdzi te czasy, kiedy ja walczyłem i sądy mnie skazywały, to też tam jest. Pan, który jest szefem tego wszystkiego, był w Sądzie Najwyższym. To ja mam się tłumaczyć z tego, że mnie skazywał, pośrednio czy bezpośrednio? Bądź pan poważny! Nie stanę nigdy przed takim sądem. Papiery wyszły; jak chcą, niech sobie sprawdzają, natomiast nie będę stawał przed sądem, który mnie wiele razy, może pan sprawdzić dokumenty, właśnie karał.
Skowroński: Ale to jest legalny organ III Rzeczypospolitej.
Wałęsa: Ale w tym legalnym sądzie są ludzie, którzy mnie sądzili, pośrednio czy bezpośrednio. O, nawet Katyń, do dzisiaj nie oddano mi tych Katyniów, chciałbym je zobaczyć. Nic mi nie oddano, ale nie występowałem o to, nie występowałem w sprawie kolegiów, na które mnie sądy skazywały. Przed takim sądem i takimi sędziami mam zeznawać? Powagi, proszę pana! Duma mi na to nie pozwala.”
Na str. 7 Uzasadnienia Sąd zamieścił oskarżenie mnie o nieodpowiedzialność dziennikarską oraz podważanie zaufania obywateli do demokracji w ogóle, a sądu lustracyjnego w szczególności: „Dążenie do odpowiedzialnego wykorzystania tych informacji (rzekomo posiadanych przez pozwanego) powinno być tym większe, gdy uwzględni się, że dotyczyć one miały byłego Prezydenta RP, osoby o niekwestionowanym autorytecie międzynarodowym. Tymczasem pozwany swoim działaniem podważył zaufanie obywateli do stworzonych demokratycznie procedur, w oparciu o które badana jest kwestia współpracy z organami bezpieczeństwa, i zdyskredytował tym samym dotychczasową pracę sądu lustracyjnego.”
Należy wskazać, że taki zarzut Sąd powinien był skierować po pierwsze wobec parlamentu RP, który, uznając oczywistą i powszechnie dostrzeganą wadliwość prac sądu lustracyjnego zlikwidował tę instytucję. Tym samym zarzutem Sąd mógł obciążyć również powoda, ponieważ najwyraźniej nie uważał on korzystnego dla siebie wyroku sądu lustracyjnego za wystarczający dowód, że nie był tajnym współpracownikiem SB i właśnie dlatego wystąpił do IPN o przyznanie mu tzw. statusu pokrzywdzonego, a więc w sposób publiczny i dobitny dał wyraz swojemu brakowi szacunku dla pracy i orzeczeń tego sądu.
Należy też przypomnieć, że Lech Wałęsa złożył swój wniosek o uznanie go za pokrzywdzonego dopiero po wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nakazał IPN przyznawanie tego statusu również tym osobom, które były niegdyś agentami komunistycznych służb specjalnych, ale które następnie podjęły działalność niepodległościową. Dzięki temu orzeczeniu Lech Wałęsa mógł liczyć na to, że pomimo faktu, że w archiwach IPN zachowały się dowody jego agenturalności w początku lat 70., to korzystając z furtki stworzonej przez wyżej wymienione orzeczenie NSA, będzie mógł mamić opinię publiczną rzekomym oczyszczeniem z zarzutu agenturalności.
Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że zarówno ja, jak i inni znani działacze ruchu antykomunistycznego sprzed 1989 roku, którzy publicznie twierdzili, że Lech Wałesa był t.w. SB, otrzymali od IPN status pokrzywdzonego przed wyżej omawianym orzeczeniem NSA, czyli w czasie, gdy przyznanie tego statusu przez IPN było jeszcze dowodem, że dana osoba nigdy nie była współpracownikiem komunistycznych służb specjalnych.
Pomimo wynikających z orzeczenia NSA nadziei powoda, archiwiści IPN przez wiele miesięcy odmawiali Lechowi Wałęsie przyznania tego statusu. Jest rzeczą publicznie znaną, że nawet po pojawieniu się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, którym IPN został zobowiązany do przyznawania tego statusu osobom posiadającym korzystne dla nich orzeczenia sądu lustracyjnego, archiwiści IPN nie chcieli przyznać powodowi statusu pokrzywdzonego i dopiero bezpośrednio wydane polecenie ze strony ówczesnego kierownictwa IPN spowodowało, że odpowiedni dokument został podpisany.
Dowodem na fakt, że archiwiści, historycy i władze IPN oceniali posiadane przez Instytut dokumenty w sprawie Lecha Wałęsy za dowody uniemożliwiające przyznanie mu statusu pokrzywdzonego, jest przebieg posiedzenia Kolegium IPN, odbytego bezpośrednio po przyznaniu Lechowi Wałęsie statusu pokrzywdzonego, podczas którego prezes Leon Kieres złożył wyjaśnienia w sprawie zmiany stanowiska IPN. Do ujawnienia treści tego posiedzenia zostałem upoważniony przez byłego przewodniczącego Kolegium IPN dra Andrzeja Grajewskiego, który zobowiązał się, w razie potrzeby, do poświadczenia swych słów przed sądem. Na tym posiedzeniu prezes IPN Leon Kieres uzasadnił przyznanie Lechowi Wałęsie statusu pokrzywdzonego tylko i wyłącznie orzeczeniem TK.
Z przypisanego mi „podważania” i „dyskredytowania” Sąd wyprowadził wniosek, że: „Z tych względów zachowanie jego (pozwanego) nie może być uważane za służące społecznie uzasadnionemu interesowi”. Ocena ta wymaga bliższego przyjrzenia się toku myślenia Sądu.
Całość Uzasadnienia wskazuje, że Sąd uznał moją wypowiedź z dnia 16 listopada 2005 r. za niespodziewany, nie mający precedensu i szokujący opinię publiczną wyskok człowieka społecznie nieodpowiedzialnego i nie liczącego się z ustaleniami instytucji państwowych oraz „międzynarodowym autorytetem” Lecha Wałęsy.
Po pierwsze, wbrew opinii Sądu, w polityce nie istnieje coś takiego, jak „niekwestionowany autorytet międzynarodowy”. Np. były prezydent Rosji
Gorbaczow jest, z jednej strony, tak jak Lech Wałęsa, laureatem pokojowej nagrody Nobla, a jednocześnie z drugiej strony, przez wiarygodne organizacje międzynarodowe, np., Amnesty International, też laureata tej samej pokojowej nagrody Nobla, jest oskarżany o spowodowanie ludobójstwa w Czeczenii, czyli o dokonanie zbrodni przeciw ludzkości.
Jest całkowitą nieprawdą twierdzenie Sądu (aczkolwiek nie wyrażone expressis verbis, ale wyraźnie obecne jako kontekst całego Uzasadnienia), jakoby moja opinia wyrażona dnia 16 listopada 2005 r. stanowiła jakąkolwiek nowość dla polskiej czy międzynarodowej opinii publicznej. Już sam fakt, że zarówno telewizja TVP, jak telewizja TVN i kilka rozgłośni radiowych zwróciły się do mnie z prośbą o komentarz do przyznania Lechowi Wałęsie statusu pokrzywdzonego, dowodzi, że wszyscy uprzednio dobrze wiedzieli, jaką odpowiedź usłyszą i właśnie dlatego, uznając realne istnienie źródłowej wiedzy o agenturalności Lecha Wałęsy wśród jego byłych współpracowników, o podzielenie się tą wiedzą zwrócili się właśnie do mnie.
Odpowiadając na prośby mediów o komentarz wyjaśniałem powody dla których IPN odmawiał Lechowi Wałęsie przyznania statusu pokrzywdzonego, aż do dnia pojawienia się orzeczenia TK. Nie leżało w mojej mocy kontrolowanie sposobu w jaki TVP i TVN potraktowały moją wypowiedź, a więc nie jest moją winą, że wycięły z niej tylko ten fragment, w którym stwierdzałem, że status pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie się nie należy.
Wbrew opinii Sadu publicznie znana informacja o istnieniu problemu agenturalności Lecha Wałęsy nie pojawiła się na skutek mojej wypowiedzi z dnia 16 listopada 2005 r., ani nawet jakichkolwiek moich wcześniejszych wypowiedzi. Jest oczywistym faktem, że Lech Wałęsa był oskarżany o bycie agentem SB o całe lata wcześniej niż ja w te oskarżenia uwierzyłem.
Gdyby Sąd przeprowadził postępowanie dowodowe dowiedziałby się, że pierwszymi oskarżycielami Lecha Wałęsy o bycie agentem SB byli autorytatywni przedstawiciele ruchu antykomunistycznego - Jacek Kuroń i Bogdan Borusewicz, którzy wraz z innymi czołowymi działaczami tego ruchu w pierwszych dniach września 1980 r. dążyli do usunięcia Lecha Wałęsy z funkcji przewodniczącego rodzącej się Solidarności. Sprawa ta jest publicznie i oficjalnie znana i uznana choćby z powodu opisania jej w urzędowej publikacji IPN pt. „Pamięć i Sprawiedliwość”. Po ukazaniu się tej publikacji nie spotkała się ona z jakimkolwiek zaprzeczeniem z czyjejkolwiek strony, a wręcz przeciwnie, Lech Wałęsa od tego czasu publicznie powołuje się na zawarte w niej fakty.
Wynika z tego, że wiarygodni i ogólnie szanowani reprezentanci ruchu antykomunistycznego – Jacek Kuroń był ministrem w rządzie RP i kawalerem Orderu Orła Białego, a Bogdan Borusewicz jest aktualnym marszałkiem Senatu RP i kawalerem orderu Polonia Restituta - od początku kariery politycznej Lecha Wałęsy oskarżali go o bycie agentem komunistycznej tajnej policji politycznej. Posiadanie przez nich tej wiedzy potwierdzają wnioskowane przeze mnie dowody w postaci odpowiednich dokumentów znajdujących się w archiwum IPN.
Pomijając wiele innych następnych takich samych oskarżeń jest faktem publicznie znanym umieszczenie informacji o agenturalności Lecha Wałęsy w sprawozdaniu ministra spraw wewnętrznych Antoni Macierewicza sporządzonym na polecenie sejmu RP z maja 1992 r.: „LECH WAŁĘSA. TW "Bolek". Figuruje w KW MO Gdańsk oraz w kartotece informacyjnej wydz. II BEiA UOP i kartotece komputerowej ZSKO. Zarejestrowany 29.XII.70 r. pod numerem 12535 przez wydz. III KW MO Gdańsk. Akta archiwalne zachowane.
TW "Bolek" od 1970 do 76 r. przekazywał SB informacje dotyczące destrukcyjnej działalności niektórych pracowników stoczni. W styczniu 71 poinformował m.in. o tym, że jego koledzy z wydziału W-4: Jasiński, Kontor i Popielawski szykują akcje strajkową. W innym raporcie prosił, by SB wzięła go na przesłuchanie, co pozwoliłoby mu uwiarygodnić się przed kolegami. Za przekazane informacje "Bolek" był wynagradzany na łączna sumę 13100 zł. W czasie prezydenckiej kampanii - przed wynikami I tury - (gdy szefem UOP był Antoni Milczanowski) dokonano ekspertyzy zgodności pisma Lecha Wałęsy z raportami podpisanymi przez TW "Bolek". Centralne Laboratorium Kryminalistyki, które wykonywało ekspertyzę, uchyliło się od wydania jednoznacznej opinii, ponieważ dostarczono mu jedynie kserokopie raportów, a nie oryginały. Wśród dokumentów związanych z Lechem Wałęsą znajduje się notatka służbowa z 1992 r. podpisana przez dyrektora Zarządu Kontrwywiadu UOP Konstantego Miodowicza. Podajemy jej treść:
2. Informacje agenturalne uzyskane w ostatniej dekadzie, w okolicznościach czyniących mało prawdopodobna tezę, iż stanowiły element zaplanowanych działań o charakterze inspirująco-dezinformującym.” Dokument ten jest stale dostępny w internecie pod adresem: http://www.glos.com.pl/ListaM/ListaM.html
Od tego czasu wiedza ta była rozpowszechniana tysiące razy przez tysiące ludzi w kraju i za granicą w niezliczonych publikacjach prasowych, książkowych, radiowych i telewizyjnych oraz w trakcie wielu publicznych demonstracji na terenie Polski i wielu miejscach za świecie, szczególnie podczas wizyt Lecha Wałęsy w ośrodkach polonijnych.
Sam Lech Wałęsa wielokrotnie publicznie przyznawał się do podpisania na rzecz SB kompromitujących go dokumentów. Uczynił to np. w swej autobiografii pt. „Droga nadziei” oraz w specjalnym oświadczeniu dla Polskiej Agencji Prasowej w dniu 4 czerwca 1992 r., czyli w dniu ujawnienia tzw. listy Macierewicza. Dopiero po usunięciu z tzw. teczki Bolka oryginałów zobowiązania do tajnej współpracy, własnoręcznych donosów i pokwitowań otrzymanego wynagrodzenia, co nastąpiło po udostępnieniu tej teczki Lechowi Wałęsie przez Urząd Ochrony Państwa w r. 1993, Lech Wałęsa zaczął twierdzić, że takie dokumenty nigdy nie istniały, choć nadal przyznawał, że „coś podpisał”.
Mimo to nadal w przestrzeni publicznej wiele autorytatywnych osób z kraju i zagranicy ponawiało twierdzenia o agenturalności Lecha Wałęsy. Pośród nich były tak znaczące wypowiedzi, jak prezydenta Rosji Borysa Jelcyna i archiwisty KGB Wasilija Mitrochina.
O książce Jelcyna pisał w dzienniku „Trybuna” z dnia 19 października 2004 r. Aleksander Oskin: „Borys Jelcyn w książce "Notatki prezydenta" napisał: "Przywiozłem Lechowi Wałęsie (wówczas prezydentowi - przyp. red.) kopie dokumentów komisji Susłowa (...). To było całe dossiers na "Solidarność". Polscy i radzieccy czekiści rozłożyli na czynniki pierwsze całą prawdę o liderach ruchu robotniczego. Niekiedy te dokumenty strasznie było czytać - aż tak bezwzględny był "kagebowski" rentgen. Trzepnąłem w teczkę i powiedziałem: "Tu jest wszystko. Bierzcie". Wałęsa z lekka zbladł". (http://www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2004101903):
Z kolei Mitrochin podał, że Lech Wałęsa był odnotowany przez KGB jako agent SB i wskazał jego pseudonim - „Bolek”. Mitrochin stwierdził również, że: „Jaruzelski poinformował Aristowa o przygotowaniu materiałów oczerniających Wałęsę, w tym pornograficznych (przypuszczalnie Wałęsa z kochanką), które przedstawiają go jako »chamskiego intryganta o gigantycznych ambicjach«”. (Ch. Andrew, W. Mitrochin, Archiwum Mitrochina. KGB w Europie i na Zachodzie, Warszawa 2001, s. 928.)
Przykłady typowych informacji o Lechu Wałęsie można znaleźć wszędzie, np. w wydanych książkowo wspomnieniach Mieczysława Rakowskiego: „(zapisek z 17 XI 1982 r.): „Wieczorem telefoniczna rozmowa z W[ojciechem] J[aruzelskim], także na temat Wałęsy. Wojciech obawia się, że może on teraz przemawiać do narodu niemal każdego dnia via Wolna Europa. Wprawdzie – mówił – Kiszczak ma na to różne sposoby, to, jak się domyślam, chyba jakiś dowód na to, że Wałęsa w latach siedemdziesiątych współpracował z SB”.
Przeglądarka internetowa „Google” dla zapytania: „Wałęsa Bolek” podaje 53 tysiące 800 odpowiedzi, z których pierwsza brzmi: „Lech czy Bolek?” i jest artykułem napisanym przez Zbyszka Koreywo, znanego działacza „Solidarności”. W artykule tym Koreywo wylicza argumenty za agenturalnością Lecha Wałęsy i kończy go następująco: „Nie ulega też wątpliwości, że w historii Polski było wielu zdrajców i nie jesteśmy pod tym względem ani gorsi ani lepsi niż reszta świata. Ale chyba nie ma takiego drugiego kraju, gdzie półpiśmienny chłop zostałby prezydentem, dostał nagrodę Nobla, sprowadził moralność polityczną do poziomu wojskowej latryny, zniszczył narodowy patriotyzm i na dodatek teraz ma własny Instytut. Dlatego czasem w środku nocy budzi mnie myśl, która nie chce odejść: ile czasu jeszcze musi upłynąć zanim Najjaśniejsza Rzeczpospolita w końcu podźwignie się z kolan i wreszcie uprzątnie nasz Polski dom z brudów.” (http://www.starwon.com.au/~korey/lech_czy_bolek.htm).
Nie jestem w stanie stwierdzić dlaczego Lech Wałęsa właśnie mnie wybrał sobie na ofiarę swoich roszczeń, ale jest absolutną nieprawdą twierdzenie, że w jakiś szczególny sposób wyróżniłem się spośród tych, którzy kiedykolwiek wspomnieli o agenturalności powoda. Wręcz przeciwnie, od roku 1978 do roku 1992, czyli przez ponad dziesięć lat broniłem powoda przed takimi oskarżeniami, aż do czasu gdy oskarżenia te przybrały postać oficjalnego dokumentu rządowego i sejmowego oraz gdy osobiście zapoznałem się z wiarygodnymi materiałami i relacjami świadków. W tym kontekście uznanie mnie przez Sąd za winnego „podważania zaufania obywateli do stworzonych demokratycznie procedur” jest oczywiście bezpodstawne i wynika z całkowitej nieznajomości faktów.
Pomimo oczywistej błędności swych samowolnie i bezpodstawnie przyjętych mniemań, Sąd wywiódł z nich wniosek, że (str. 7): „W świetle wszystkich wyżej omówionych okoliczności Sąd doszedł do przekonania, iż pozwany nie zdołał wykazać braku bezprawności swego działania”.
Przyznaję, że wobec takiego, przyjętego przez Sąd, toku wnioskowania jestem całkowicie bezbronny. Równie bezbronny, równie zdumiony i równie upokorzony, co każdy czytelnik „Procesu” w stosunku do procedury opisanej przez Franca Kafki. Przecież to „światło”, które zobaczył Sąd jest w oczywisty sposób tylko jego osobistym omamem i żywcem przypomina niesławne praktyki sądownictwa z czasów PRL.
Chcę poruszyć jeszcze jeden problem o zasadniczym znaczeniu dla tego procesu. Chodzi o zaprzeczenie przez Sąd Rejonowy konstytucyjnej zasadzie równości obywateli Rzeczypospolitej wobec prawa. Sąd zrobił to twierdząc, że: „Dążenie do odpowiedzialnego wykorzystania tych informacji (rzekomo posiadanych przez pozwanego) powinno być tym większe, gdy uwzględni się, że dotyczyć one miały byłego Prezydenta RP, osoby o niekwestionowanym autorytecie międzynarodowym.” Wynika z tego, że autorzy twierdzeń o agenturalnej współpracy Naczelnika RP Józefa Piłsudskiego z wywiadem japońskim, austriackim i niemieckim tylko dlatego pozostają jeszcze nie skazani, że nie dowiedziała się o ich „nieodpowiedzialności” sędzia Masternak (pomijam już fakt, że przedstawione przeze mnie dowody Sąd bezpodstawnie nazywa „rzekomymi” informacjami, jednocześnie odmawiając zapoznania się z nimi, bo gruntowna analiza Uzasadnienia mogłaby dawać podstawy do takiego samego nazwania napisanego przez Sąd Uzasadnienia). Podobnie trzeba by oceniać fakt niedawnego ujawnienia i szerokiego omawiania w mediach sprawy agenturalności (na rzecz NKWD) Wojciecha Jaruzelskiego, poprzednika Lecha Wałęsy na urzędzie prezydenta. Podobnie trzeba by karać dziennikarzy za publikowanie informacji, że Aleksander Kwaśniewski, następca Lecha Wałęsy, został zarejestrowany jako agent SB o pseudonimie „Alek”.
Podstawą tej apelacji jest moje przekonanie, że współczesna Polska jest państwem prawnym, gdzie nawet niekompetencja i zła wola pojedynczych sędziów nie może skutecznie doprowadzić do cofnięcia wymiaru sprawiedliwości do czasów PRL, a wręcz przeciwnie, wady te zostaną niechybnie ujawnione i napiętnowane, a ich skutki naprawione.
P.S. Przepraszam za ewentualnie popełnione w tekście powtórzenia i inne błędy wynikające z wielkiego napięcia i pośpiechu oraz trudności poruszanej w nim problematyki.
Ostatnia aktualizacja: środa, 26 listopada 2008 09:35
Więcej z tej kategorii: Apelacja II w sprawie t.w. Bolek »

References: art. 86
 art. 89
 art. 5
 art. 386
 art. 217
 art. 217
 art. 227
 art. 217
 art. 233
 art. 9
 art. 26
 art.31
 art. 6
 art. 6