Source: http://scovron.blog.onet.pl/2006/10/
Timestamp: 2017-12-17 11:43:35+00:00

Document:
Październik, 2006 | Scovron
O wszystkich świętych, dobrych owcach i złych wilkach
Opublikowano 31 października 2006 Autor: scovron
Ha!! Wydało się!! Czyli są patrioci!! Chowali się po miastach i wioskach, a teraz na trzy –cztery postanowili się ujawnić i wziąć udział w wyborach samorządowych! Jestem za, do boju Polsko!
Oby-wa-te-la na wzglądzie
miej kochany samorządzie!!
Jutro wszystkich świętych. A ja wiem gdzie oni są. Jeśli ktoś powie, że w niebie, to ma niepełne informacje. Owszem, znaczna ich część odbiera pocztę na domenie Piotrowej, ale mocna grupa postanowiła kandydować do samorządów. Przynajmniej takie mam wrażenie słuchając wyborczych reklam.
Dobra, teraz poważnie. Akurat te wybory nie są mi obojętne, gdyż postanowił w nich wystartować mój ojczulek. A ja postanowiłem mu pomóc. No to nieśmiało zaangażowałem się w formułowanie haseł wyborczych i mimochodem – pozwoliłem w niewielkim stopniu wdrożyć się w machinę wyborczą.
Nie będę tu robił kampanii ojcu. Ludzie jeśli będą mądrzy to sami go wybiorą; a jeśli nie, to niech spadają na szczaw. Ja bardziej o nadziei narodu, soli tej ziemi, perłach korony matki naszej … (tutaj proszę sobie samemu wypełnić; wybór powinien ograniczyć się do którejś z pierwszych czterech liczb naturalnych; choć postulowałbym odrzucenie skrajnych wartości – to tak na marginesie;) Rzeczypospolitej – kandydatach na radnych pojmowanych an masse.
Jest źle. Albo nie. Jest dramatycznie źle. Przysłuchiwałem się niedawno debacie na temat polepszenia stopy życiowej w wioskach naszej gminy. Wzruszyła mnie kandydatka, która jako priorytet postawiła „upowszechnienie internetu w Hermanowej”. Ktoś głupio spytał „A jak chce pani to osiągnąć?”, ta rezolutnie odrzekła „Trzaby jakąś kafejkę internetową rozkręcić…” Tutaj oczywiście dopadł mnie atak kaszlu. Ale pomysł interesujący: swoją drogą to dobrze, że baba nie bierze się za rozkręcanie „upowszechniania internetu” w Kuala-Lumpur. Jedną kafejką to by tego nie opchnęła. Chyba.
Jeśli ta pani mnie wzruszyła, to już na najczulszej strunie mojej personalnej wrażliwości zagrał kandydat, który na swoich ulotkach (kandyduje do rady gminy) obiecuje, że jeśli zostanie radnym, to doprowadzi do obniżenia podatków, bo podatki w Polsce są za wysokie. Tak jest! Są za wysokie, zgadzam się!
Bo obniżyć trza podatki!
To jest – ludzie – wola moja!
Głos mój słychać aż na Wiejskiej!
Wiesiek Szostek z Budziwoja*
(lista nr 7)
Oprócz tego stałem się fanem pewnej emerytowanej polonistki, która w każde zdanie wplatała słowo „bynajmniej”. Jak tu zachować powagę słysząc: „Bynajmniej zgadzam się ze wszystkim co pan powiedział”. Bynajmniej głębokie.
W komitecie ojca jest kilka osób pomagających od strony technicznej: kwestie typu plakaty, ulotki… I nadawaliby się na radnych bardziej niż większość kandydujących. Tłumaczyli ludziom, jaki będzie układ graficzny materiałów reklamowych.
- Proszę państwa! – tłumaczy jeden – tutaj jest miejsce na przedstawienie kandydata, o tu, tu – palcem postukał w zgrabną ramkę – I trzeba tutaj wpisać na przykład: Jestem człowiekiem młodym, ambitnym, pracowitym i rzetelnym. Długoletnia praktyka w organizacjach społecznych jest gwarantem najwyższego stopnia zaangażowania w pełnienie funkcji radnego. (swoją drogą – zgadnijcie, kto to wymyślił;)
Przez kilka następnych dni spływały propozycje kandydatów. Zalał nas deszcz owoców wielogodzinnej medytacji, stanowiący odpowiedź na pytania: jak zamknąć dokonania całego życia w paru słowach? i jak określić „Kim jestem? Dokąd zmierzam? Co po mnie pozostanie?” w ramach kilku równoważników zdań .
Okazało się, że 7 kandydatów posłużyło się bez żadnych przeinaczeń i poprawek własnych -słowami poety:
„Jestem człowiekiem
rzetelnym…
zaś długoletnia praktyka w organizacjach społecznych jest
!!!GWARANTEM!!!
najwyższego stopnia zaangażowania w pełnienie funkcji radnego.
Mogli przynajmniej zamknąć wypowiedź cudzysłowem i uczciwie podać źródło cytatu.
Jak tak sobie pomyślę, to powinienem się wkurzyć. Ale jak tu można gniewać się na takiego młodego, ambitnego i wciąż pracowitego pana W., lat 61? Czy też na altruistę, który trzy czwarte swojego życia spędził na pracy społecznej, pana R, ubiegłorocznego maturzystę?
W niedzielę kilku kandydatów poraziło mnie sprytem i przebiegłością w pozyskiwaniu wyborców. Wpadli na szatański pomysł: pójdziemy na mecz Strugu i tam objawimy kibicom swoją wizję gminy idealnej. Mecz był nudny, po dziesięciu minutach Hermanowa wbiła nam gola, w okolicach piętnastej zaczęło padać; do końca pierwszej połowy na trybunach dotrwali chyba tylko kandydaci na radnych. No to sobie przynajmniej mogli pogadać o swoich programach. Problem mieli ci, którzy całą swą kampanię oparli właśnie na tym spotkaniu; tak oto natura zmiażdżyła kilka pięknych karier – kto wie? – a nuż poselskich i ministerialnych?
Każdy chce zrobić dobrze rolnikom, pielęgniarkom, nauczycielom i wszystkim posiadającym prawo głosu. Każdy będzie doił ile się da Unię Europejską, będzie budował szkoły mieszkania, drogi, baseny i wesołe miasteczka. Każdy zadba o infrastrukturę i w ogóle. Pomysły na realizacje okazują się nieco kontrowersyjne i gdyby tylko na podstawie tych pomysłów oceniać IQ kandydatów, to w Radzie Gminy powinno znaleźć się miejsce dla kilku kotów. Zwykłych, bo koty wybitne – jak Szogun – powinny zająć bardziej odpowiedzialne stanowiska i organizować przykładowo przetargi; lub odpowiadać za budownictwo.
Cóż, Tyczyn przeszedł już niejedno. W XVI wieku wojska siedmiogrodzkie spaliły nam kościół. To z tych mniejszych tragedii. Z większych – cztery lata temu w wyborach wystartowało kilku naprawdę inteligentnych społeczników. Ale komplet zgarnęła LPR, pomimo że w jej barwach startowała m.in. 21-letnia przedszkolanka, która zameldowała się w naszej gminie kilka miesięcy wcześniej i członek Młodzieży Wszechpolskiej, który nie skończył zawodówki; ale pobił kiedyś kilku żydów i pedałów, więc w strukturach robił umiarkowaną karierę.
Więc wielkich złudzeń nie mam, ale człowiek chciałby wierzyć w ludzi.
Poza tym ksiądz się zmienił, więc może jest szansa?
No dobra, kończę. Ale z wypierdem, jak mawiał Stasiu Homik.
* – personalia zmienione, wierszyk – mój, ale oddaje treść założeń programowych kandydata
(zasłyszane w trakcie audycji wyborczej w Radiu Rzeszów)
Moją pasją są owce
Zagrożeniem zaś – wilki.
Kandydatka LPR z okręgu krośnieńskiego (do Rady Miasta)
O jesieni, która bywała wporzo
Opublikowano 30 października 2006 Autor: scovron
Jest taka scena w „Grze w klasy” Cortazara, gdy Oliveira poci się pierońsko w upalne, urugwajskie południe. W pewnym momencie postanowił sprawdzić siłę autosugestii i zaczął sobie wmawiać, że jest zimno. Szło mu raczej kiepsko, choć chyba skończyło się na lekkim przeziębieniu (choć tu mogę się mylić – dawno to czytałem)(ale gdybym to ja napisał „Grę w klasy”, to za ambicję pozwoliłbym mu podłapać jakąś małą grypkę).
Wszyscy tylko o jesieni i o jesieni. Że zimno. Albo – że liście. Że pada i szybko robi się ciemno. Że katar, chrypka i wysypka. A ja lubię jesień.
Nie chodzi bynajmniej o liście i złotą polską, z ciepłymi wieczorami. To akurat jest fajne, ale emocji, czy wspomnień nie budzi. Jesień w najlepszym wymiarze kojarzy mi się z mglistym, zimnym wieczorem, godzina 20 z minutami, a ja czekam z wymęczonym kwiatkiem kupionym za kilka złotych na dworcu; albo pod „Wielka C …” albo pod pomnikiem Sikorskiego na panią A, B, C, D lub jakąkolwiek inną. Przychodzę odrobinę wcześniej, żeby nie wyjść na chama. Prędzej czy później wyjdzie szydło z worka, ale przynajmniej na początku pasowałoby zachować pozory. Przychodziła przeważnie spóźniona o kilka minut, pocałunek w policzek i gadanie o pierdołach. Potem kino, „Pożegnanie z Afryką”, teatr lub coś słodkiego i tracę wenę; w dialogu przechodzącym w monolog, kretyńsko przeskakuję na Szekspira, Dantego, Geothego, Boscha, wojny napoleońskie, Wielką Rewolucję Francuską, mniej lub bardziej pokolorowane historie o podróżach. Wszystko w ramach niedopuszczenia do milczenia, które sam odczułbym jako niezręczne. Ona, kimkolwiek by była, pewnie wolałaby co innego, ale tymczasem słucha o dylematach Koroliana i udaje, że ją to interesuje. Ja mówię; bez przekonania, wiem, ale przypomnę – gdy chcę ściemniać, to potrafię być sugestywny. Potem milknę i pozwolę się jej wykazać. Przeważnie była skołowana. Umówiła się z gościem raczej lapidarnym i lakonicznym, który okazał się chwilowym gadułą i z powrotem popadł w rytuał hołdu składanego równoważnikom zdania. W tym szaleństwie była jakaś metoda. Dawała pełną dowolność w kształtowaniu ciągu dalszego. Owszem, koniec zimnego i mglistego wieczoru był powtarzalny. Odprowadzam ją do domu/mieszkania/akademika/na kwaterę i przed domem/klatką schodową dochodzi do obopólnie przyzwolonej szamotaniny, sprawiającej że chłód wieczoru łamał się akcentem wilgoci i ciepła. Rzadziej – doprowadzając do może wpadniesz na górę, zrobię gorącej herbaty. A herbata okazywała się preludium do symbiozy dwóch konglomeratów związków organicznych, lekceważącej zespolenie intelektualne, czy duchowe. Fajnie, gdyż generalnie ja straszny nieśmiałek jestem.
Dowolność dotyczyła dnia następnego. Przypuszczam, że moje wyjście/odejście uruchamiało w towarzyszce wieczoru proces analizy przebiegu randki. Albo „randki”. Wydaje mi się, że wnioski rzadko kiedy mogły być jednoznaczne – wszystko przez chaotyczne przeplatanie okresów słowotoku okresami milczenia. Dlatego dzień następny zależał od mojego humoru. Czy przejdę pomimo, z hasłem „cześć” poprzedzającym moment zatopienia się w tłumie, czy też podejdę, pocałuję i będzie to dopiero początek jakiegoś ciągu dalszego. Decydował przypadek. Autentyczny impuls, reakcja łańcuchowa zapoczątkowana nieuświadomionym rzutem monetą. Kilka razy przeszedłem pomimo i dopiero gdy wtopiłem się w tłum, zdawałem sobie sprawę, że chyba powinienem to zrobić inaczej. W innych przypadkach pozwalałem sobie na skrywanie osobistej chamowatości nieco dłużej, choć sam się później zastanawiałem, po kiego grzyba podszedłem do niej na schodach/chodniku/korytarzu i złożyłem niemą, acz tym razem jednoznaczną, deklarację pod skomponowaną wczoraj promessą sojuszu.
Było to wszystko tak szczeniackie, że aż słodkie. Urocze taplanie się w chaosie przyczyn i skutków, źródeł i następstw, słów i milczenia. Sprawiając pozór kontroli nad sytuacją, pozwalałem rzeczom dziać się, stojąc niejako z boku wszystkiego i z zainteresowaniem obserwując rozwój zdarzeń. A potem przyszło wyrachowanie, planowanie posunięć, strategia i podporządkowana jej taktyka.
Czyli nuda czasu pojesiennego.
Czasem zdarza mi się po pijaku wracać do domu mglistą nocą. I z uśmiechem wspominam narzucający się wspomnieniom czas, gdy kilka/-naście lat temu też wracałem. Równie zadowolony, choć z większa łatwością trzymając kurs na home sweet home; napawając się chwilą nie podlegającą analizie, z pełną świadomością, że jutro sam siebie zaskoczę, gdyż wypadnie orzeł. Lub reszka.
Praga spięta równoległymi mostami prawie jak
My w samym jej oku. W uchu resztki głosu spod
Ziemi, kolejne stacje drogi wystukiwane miarowo
Przez METROnom. Deszcz jest w nas i poza nami
Przeniesiony teraz na drugą stronę tego miasta
O wielu podobnych obliczach Franza K.
Identyczne twarze sklepów ubranych w te same
Koszulki świadczące o miłości do „koronowanych głów”
Wiesz przecież, że to właśnie ty świadczysz o mnie
Ja świadczę o tobie, miasto świadczy usługi
Takim jak my. Doświadczenie uczy mnie, że to wszystko
Jest poza nami. Franz K. co noc zapiera się swojego
Pochodzenia, co noc wstaje z grobu obejrzeć swój
Nowy cmentarz. Najpierw zwołuje deszcz, potem
Dokładnie zmywa makijaż z tysiąca kubków,
Koszulek i plakatów. Za wszelką cenę stara się
Zapomnieć, że już niedługo nawet najwyższa
Śmierć zacznie robić z siebie pośmiewisko
Pozując co godzinę do zdjęć.
„Praga o twarzach Franza K. śmierć pozuje do zdjęć”
O edukacji podatkowej cz.2 – czyli Kapitan PIT contra Kot w Butach!!
Opublikowano 28 października 2006 Autor: scovron
Strumień powietrza z potworną siłą wtargnął do zadymionego pokoju; przeciąg porwał z biurka stos papierów i rozrzucił po gabinecie.
- Psiakrew, skucha! – warknął kapitan PIT, zamykając sapera na laptopie – moglibyście przynajmniej zapukać, VAT!
- Porucznik VAT melduje się! – Postać w watowanej fufajce szurnęła filcowymi kamaszami.
- Spocznij VAT – Kapitan PIT kopniakiem podsunął porucznikowi fotel obrotowy – Co tam na patrolu?
- Spacerowałem sobie ulicą Cichą i zauważyłem podatnika Przemysława Edgara od kolei, bujającego się na huśtawce przed domem, zatrzymałem się i spytałem co się tak cieszy, na co on, że wczoraj zakończył prace wykończeniowe w domu, więc dzisiaj może odpocząć i że mu strasznie ulżyło, na co ja go pytam, a kiedy żeście zaczęli się budować, na co on, że początkiem roku 2004, a przecież każdy wie, że duża ulga budowlana na zasadzie praw nabytych przysługiwała tylko do końca 2004 roku, pod warunkiem, że prawo nabyto wcześniej, więc pytam, a co byś zrobił kolejarzu Przemysławie Edgarze, gdyby ktoś tak mieszkanie matki twej ogołocił z odbiornika radiowego dwa dni po tym, jak zapłaciła abonament i przestawił z Radia Maryja na jakąś pierdzieloną stację komercyjną, na co on, że się nad tym jeszcze nie zastanawiał, tymczasem czuje się cudownie, rozpiera go ulga i radość i w ogóle czuje się jak stokrotka na słońcu, no to sobie myślę, że u nas znajdą się bez problemu pola, gdzie taka stokrotka to jak chwast taki sobie rośnie i co on, kanalia oszukująca skarb państwa, będzie się jak ten chwast bujał przed domem… Wyrwałem chwasta. – wyskandował porucznik VAT.
Twarz kapitana PITA promieniowała niewyartykułowaną werbalnie pochwałą i aprobatą. Nagle jego peleryna zadrżała lekko.
- Zbieraj się VAT, ruszamy na akcje, odpalaj CITroena! – niczym pantera, zwinnie zerwał się na równe nogi i spojrzał na pomocnika – I przebierz się; widziałeś kiedyś super-bohatera w fufajce i bez peleryny?
Ktoś, gdzieś popełniał przestępstwo, lub przynajmniej wykroczenie skarbowe.
Kierowcy TIRów stojących w kolejce do odprawy celnej na przejściu granicznym w Medyce z zainteresowaniem wyglądali przez okna kokpitów, obserwując pędzącego z zawrotną prędkością błękitnego CITroena. Niebieski pojazd bezszelestnie mknął obok kolumny pojazdów. Kilkanaście sekund za nim, niczym marudne tabory za wojskiem, podążał olbrzymi huk i wizg – nieodłączni towarzysze złamania bariery dźwięku.
Wjechawszy na parking przed terminalem odpraw, samochód w kompletnej ciszy zatrzymał się. Minęło kilka chwil, zanim zdyszany dźwięk dosztukował odpowiednio głośny pisk opon do podwozia pojazdu.
Proporcjonalnie skomponowana bryła mięśni, odziana w granatowy trykot, wyszła z samochodu pierwsza. Nieskazitelnie białe zęby lśniły obnażone w holywoodzkim uśmiechu. Kapitan PIT rozejrzał się dookoła. Spojrzał na porucznika VATA i się zamyślił…
- VAT… Czy widzieliście się dzisiaj w lustrze?
-A… owszem – VAT poprawił waciaka i splunąwszy na dłoń zaczął przylizywać sobie grzywkę, szczerząc się do bocznego lusterka CITroena.
PIT podumał chwilę i ponownie zagaił:
- Hmmm… wiesz, a gdybyś miał porównać nas do Batmana i Robina, to… – zawiesił głos w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Chodzi ci o wyraźnie zaakcentowany w historii człowieka-nietoperza wątek homoseksualny? – zdziwiony VAT oderwał się od gładzenia grzywki; po chwili posłał kapitanowi promienny uśmiech – Kapitanie, ty tutaj jesteś szefem, a ja mam do ciebie mnóstwo szacunku i nieograniczone zaufanie…
- Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś! – Kapitan PIT energicznie zaprzeczył gestem ręki. I głowy. Właściwie każda część jego ciała w jakiś sposób artykułowała, że Vat źle zrozumiał intencje szefa – Trykot. I peleryna.
VAT słuchał z zainteresowaniem.
- Każdy Super-bohater powinien mieć trykot i pelerynę. Prosiłem ci, żebyś zzuł kalosze, ściągnął waciaka i założył trykot. I pelerynę.
- Przecież założyłem…
- Rajtuzy. A na nie gumowce z filcem i fufajkę. Ja nie twierdzę, że powinniśmy się ubierać u Versacego, ale mimo wszystko… nie wiem sam, …jakieś pozory stylu. Zachować. I nie ma peleryny. Czemu rajtuzy?
VAT uśmiechnął się z dumą.
- Obcisłe. Celowo wziąłem dwa numery mniejsze.
Dalsza część drogi do terminalu przebiegała w ciszy.
W tłumie rozgorączkowanych celników wyróżniała się czarno odziana, barczysta sylwetka, wspierająca się o charakterystyczny wóz sportowy.
- Kurcze pieczone, znowu ten szpaner… – zaklął szpetnie Kapitan PIT.
Mięśnie szczęk kapitana drgnęły. Jedyną oprócz tego oznaką jakichkolwiek emocji były zaciśnięte mocno pięści. Zaczął przeciskać się przez szpaler celników.
- Joł, PIT – bezceremonialnie rzuciła barczysta postać.
- Hej, Batman… kopę lat – PIT spojrzał nonszalancko w niebo i poklepał Batmobil po masce – Nieźle ci się powodzi, jak widzę. Szkoda, że nie rezydujesz na terenie mojej właściwości miejscowej.
Batman uśmiechnął się złośliwie.
- Nic mi nie zrobisz tym razem. Podróżuję jako Korpus Dyplomatyczny.
- Taaaaaa… Nie, no oczywiście, że nic na ciebie nie znajdę… Nawet o tym nie pomyślałem – peleryna zafalowała lekko – W dalszym ciągu nie rozliczasz Vatu za darowizny na rzecz szpitali?
Muskuły Batmana zadrżały; pulsowały chwilę pod powłoką kevlarowego uniformu, ale po chwili – uspokoiły się. W otworach maski ciągle jednak płonęły dwa ognie. Gdyby wzrok mógł zabijać, Kapitan PIT natychmiast padłby trupem.
- Nie przypominaj mi, ty drabie! – wysyczał… Po chwili jednak wziął głęboki oddech i odkaszlnął – PIT, nie wypominaj mi starych błędów. Młody byłem, pozwoliłem się wrobić w te charytatywne historie – odpokutowałem. Przeszłość zostawiłem już za sobą – dziś jestem nowym super-bohaterem i nie chcę wracać pamięcią do tamtych dni. No, stary, nie cieszysz się, że mnie widzisz? – niepewnie wyciągnął w stronę Kapitana PITA prawą dłoń.
Chwilę lustrowali się wzrokiem.
- Jasne że się cieszę – skłamał Kapitan PIT i pozwolił przytulić się Batmanowi; spojrzał na jego pelerynę – co ty powiesz, nowy trykot…
- A tak, zaszalałem. Uszyłem u Hugo Bossa – na miarę, idealnie numer za ciasny…
Kapitan PIT pokiwał z uznaniem głową.
- No, no, … kawał dobrej roboty – dyskretnie zgarbił się, aby peleryna zsunęła się po lewym ramieniu i swą krawędzią zasłoniła przetarte na kolanie legginsy – A właśnie, co u Robina?
Batman westchnął ciężko. Nagle wydał się o kilka lat starszy i kilka cali niższy. Oczy zaszły mgłą i czymś wilgotnym.
- Zerwa… To znaczy rozstaliśmy się. Robin postanowił rozkręcić własną karierę. Twierdził, że przy mnie nigdy nie będą go poważnie traktować w pierwszej lidze – westchnął ponownie – Nie, nie potrzebuję, żebyś mnie pocieszał. Jakoś sobie z tym radzę… Mam tylko nadzieję, że jest mu dobrze – dodał nieprzekonywująco.
- Hmmm… to przykre. A co cię trzyma w Medyce? Tylko mi nie mów, że krajobraz – Peleryna falowała.
Głos PITA nie zdradzał cienia współczucia; tak jak twarz, zdawał się być wykuty z jednego kawałka granitu. Batmanem atrgnął dreszcz. Niezauważalny dla zwykłego śmiertelnika tik oka, łopoczącego z częstotliwością stroboskopu, nie uszła uwadze nadzmysłów PITA. Spod czarnej maski wypełzła i rozlewała się po widocznej części twarzy ameba rumieńca.
- E… reklamę kręcimy. Tak. Reklamę. Proszku. Proszku do prania. Z lipozydami. I systemem aktywnych cząsteczek. Tlenu. Uhm, tlenu.
- Aaaaa, raklemę… – Kapitan PIT zaczął nagle bardzo intensywnie wpatrywać się w szeroką pierś Batmana – O, a tutaj co ci się stało?
- Gdzie? – Batman spuścił wzrok podążając za spojrzeniem PITA.
- Splash! Bęc! Łubudu! Trzask! Sru! – błyskawicznie wyprowadzona kombinacja lewego prostego, prawego sierpowego i dwóch podbródkowych, zwieńczył nienaganny nelson, którym PIT przycisnął twarz Batmana do chłodnego chodnika.
- Dla kogo pracujesz, kanalio – wysapał PIT. Żyły Kapitana nabrzmiały do granic możłiwości.
- Nie wiem o czym mówisz! – również Batmanowi mówienie sprawiało zauważalną trudność.
- Nie wiesz? – PIT nie dowierzał –VAT! Pobierz próbkę paliwa z tego trabanta!
Porucznik VAT wychynął zza winkla z urządzeniem do pobierania próbek. Odkręcił korek wlewu, zanurzył rurkę i pociągnął tęgi łyk. Posmakował, podelektował, wreszcie wypluł z niesmakiem.
- Ukraińskie. Pełny bak.
- Nie wiesz? – Kapitan ponownie wyraził niedowierzanie – A wewnętrzna kieszeń twojego trykotu? Dlaczego nosi metkę z napisem „Wólczanka”? Czy procedura uszlachetnienia czynnego i powstający w ten sposób dług celny ciebie nie dotyczy? Myślisz, że ze skarbem państwa możesz sobie zrobić spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością?? Hę??
- To nie tak, posłuchaj mnie PIT!
- Nie tak?? – to był dzień, w którym kapitan zdawał się podchodzić sceptycznie niemal do wszystkiego – A jak? Kupujesz sobie trykoty u Hugo Bossa, jeździsz najnowszym modelem Lamburghini i jeszcze ci mało? Jeszcze grabisz polski system podatkowy?? Nie splunę ci w twarz tylko dlatego, że twoja twarz nie jest godna, by po niej spłynęła kropla jakiegokolwiek płynu ustrojowego członka korpusu służby cywilnej! Mnie stać co najwyżej na trykoty z Bytomia, a pracuję na pełny etat, podczas gdy ty – raptem na połówce, drugą połowę dnia tracąc na bycie milionerem! Kanalio! VAT, zwiążcie go! I przynieście miskę – splunął z niesmakiem – bo jak patrzę na tego urwipołcia, najducha pierońskiego, to mi się chce wymiotować!
- Gratuluję, kapitanie PIT! – dyrektor Izby Celnej w Przemyślu ściskał dłoń kapitana PITA – O mały włos, a skarb państwa doznałby nieuzasadnionego uszczuplenia!
- Dziękuję dyrektorze, każdy by to zrobił na moim miejscu – PIT lśnił uśmiechem – Pan zresztą również był bardzo dzielny!
Kapitan odszedł na bok. Wtem… zza uchylonych drzwi referatu ds. rachunkowości podatkowej wężowym ruchem wysunęła się kobiece ramię, starannie wydepilowane w okolicy pachy.
- Podejdź tu, przystojniaku – zmysłowy alt kusił obietnicą – Mam coś dla ciebie…
CZY PIT ULEGNIE WDZIĘKOM PIĘKNEJ AKCYZY?? A MOŻE PÓJDĄ DO LASU?? CO DALEJ STANIE SIĘ Z PORUCZNIKIEM VATEM?? CZY POLSKI SYSTEM PODATKOWY STANAŁ W OBLICZU KATASTROFY?? I CO NA TO PREMIERZY LEPPER, GIERTYCH I KACZYŃSKI??
Ode mnie raczej się nie dowiecie, bo od następnej notki wracam do pisania pierdół;)
(…) Doniosłość chwili symbolizowała ogromna mapa Europy zawieszona w sali kongresowej. Codzienni przesuwano naprzód maleńkie, czerwone chorągiewki (…)
„Orzeł biały, czerwona gwiazda”
O edukacji podatkowej cz.1 – czyli przygody pewnego kapitana – czyli bawiąc uczyć
Opublikowano 25 października 2006 Autor: scovron
Kilkanaście (około) miesięcy temu Ministerstwo Finansów przystąpiło do realizacji programu edukacji podatkowej, którego celem było m.in. budowanie społeczeństwa obywatelskiego od fundamentów, lub jeszcze wcześniej, czyli polegało na edukowaniu w zakresie podatków dzieci w wieku szkolnym. Nie byłem bezpośrednio zaangażowany w tą inicjatywę. A nadawałbym się. Czego dowód poniżej.
Obserwował. Pozorny bezruch miejskiego popołudnia nabrzmiał w oczekiwania na …coś. Jego oczy, które od czterdziestu dwóch lat nie zaznały snu, z niestępioną uwagą lustrowały przestwór miasta na prawach powiatu, którego panorama roztaczała się u jego stóp. Piętnastokondygnacyjny, położony na przedmieściach, gmach Izby Skarbowej, zapewniał idealny przegląd sytuacji. Pod warunkiem, że nie stoi się vis a vis anteny telewizyjnej lub turbin wentylacyjnych. Miasto tętniło podskórnym napięciem, skrywanym pod maską hibernacji – poobiedniej bliźniaczki syjamskiej sjesty. Masy powietrza przemieszczały się, pchane wyżem środkowoeuropejskim znad morza Bałtyckiego, w kierunku południowym.
- Mam przeczucie, że znowu kroi się jakaś afera z biurem rachunkowym „Machlojka” – mruknął kapitan PIT, prawą dłonią starając się opanować łopoczącą na wietrze pelerynę z napisem „Dz. U. 05 Nr 8 poz. 60; ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 roku, Ordynacja Podatkowa”.
Służba Cywilna to nie ma to tamto. Urzędnikiem jest się 24 h na dobę i przez cały ten czas trzeba być czujnym, gdyż świat pełen jest szumowin tylko czyhających na moment, w którym mogliby popełnić przestępstwo, lub choćby wykroczenie skarbowe. Kapitan PIT przetarł lewym kułakiem (prawa ręka ciągle toczyła bitwę pod Lipskiem z niesforną peleryną) oczy. Tak, ludzie poznawali go po oczach. Czterdzieści dwa lata czuwania odcisnęło na nim swoje piętno – najpierw lekko przekrwione, od pewnego czasu stały się zupełnie czerwone.
„Kobiety to uwielbiają” – pomyślał PIT, przełączając lewe oko na tryb „podczerwień”. „Tak samo jak mój wydatny podbródek, lśniące, białe zęby i muskuły, drgające pod taflą obcisłego, granatowego trykotu, z lampasami wyhaftowanymi w barwach związku zawodowego pracowników jednostek sektora skarbowo-celnego. Szkoda, że nie mam czasu na randki” – westchnął i zrobiło mu się smutno.
Z zadumy wyrwał go krótki jak myśl impuls, który podrażnił jego nadzmysły. Już wiedział. Gdzieś tam, w dole, interesy skarbu państwa są zagrożone. I on, PIT, nie zamierza się temu przyglądać bezczynnie.
- Drżyj, o kreatywna księgowości, nadchodzę! – krzyknął donośnie aksamitnym barytonem i z prędkością dźwięku wzbił się płynnie w ocean nieba, by niczym jastrząb zapikować w stronę jądra ciemności; by zanurzyć się w chaos i deprawację…
- Kłamiesz! – czteroletni Stasiu ocierał łzy, które mimochodem wypełniły jego błękitne oczy. Porzucona łopatka i żółta foremka do babek z piasku leżały ponuro w północnym rogu piaskownicy. Reszta dzieci stłoczyła się przy wschodniej krawędzi ; drżały ze strachu. Stasiu zakwestionował siłę, której nie był w stanie okiełznać. Łykając łzy, Stasiu powtórzył: – Kłamiesz…
- Wcale że nie! – uśmiechnął się paskudnie piegowaty rudzielec, który wyglądał przynajmniej na osiem lat, choć miał dopiero sześć. – Wcale że nie!
Łobuz Kazio był postrachem całego osiedla. Wszędzie gdzie się pojawił, towarzyszyły mu występek i dyspenza moralna. Kilka dni temu wypadła mu mleczna dwójka, dzięki czemu potrafił strzyknąć śliną na sześć metrów z niewyobrażalną wręcz precyzją, przez co siał jeszcze większą niż zazwyczaj zgrozę i popłoch. On tutaj był królem i – co najgorsze – zdawał sobie z tego sprawę.
- Nie mówisz prawdy, ty kozócho-kłamczucho, ty… – mały Stasiu, w akcie desperacji, rozpatrywał możliwość użycia przekleństwa „głupku”, gdy słońce skrył cień…
Dzieci tulące się do siebie we wschodnim rogu piaskownicy jednocześnie podniosły głowy do góry.
- To skoczek narciarski!
- To samolot pasażerski!
- KAPITAN PIT! – zagrzmiał donośnie kapitan PIT – moje nadzmysły poinformowały mnie, że ktoś tutaj próbuje zagrozić interesom skarbu państwa!
Kapitan PIT podszedł do zupełnie rozklejającego się małego Stasia. Widząc łzy jak grochy spływające po policzkach malca, sięgnął dłonią i pogrzebał w nogawce granatowego trykotu i już po chwili mógł podać Stasiowi czystą chustkę-smarkatkę.
- Dziękuję, kapitanie PIT! – wysmarkał się Stasiu.
- Nie ma za co, mały – PIT zmierzwił blond czuprynę Stasia – Od czego są super-bohaterowie… Co się stało?
Mały Stasiu posymulował jeszcze przez moment chlipanie, podczas gdy naprawdę chciał opanować drżenie rąk, aby nie wypaść na maminsynka przed kumplami.
- A bo, kapitanie PIT, mamy dwie sprawy… Pierwsza to taka, że łobuz Kaziu powiedział, że w polskim systemie podatkowym jest pięć stawek podatku VAT, a to przecież nieprawda!
Kapitan PIT spiorunował łobuza Kazia wzrokiem. Jego gładkie czoło przecięła zmarszczka w kształcie błyskawicy, zaś gęste brwi oddzielał od siebie już wyłącznie niewielki wałek skóry, zebranej dzięki nienaturalnemu napięciu mięśni mimicznych twarzy, co u PITA zawsze było oznaką skrajnego wzburzenia.
- Posłuchaj mnie synu – palec wskazujący kapitana skierowany został oskarżycielsko w stronę łobuza Kazia – nie wiem, jaki masz w tym cel i kto za tym stoi; nie wiem, czy robisz to nieświadomie, czy z premedytacją – nie wnikam. Powiem to raz i powtarzać nie będę: polski system podatkowy przewiduje CZTERY stawki podatku VAT: 0%, 3%, 7% i …
- Wiemy, wiemy, kapitanie PIT – wtrącił się mały Stasiu – jeszcze 22% stawki podstawowej, a poza tym zwolnienia przedmiotowe i podmiotowe. To w naszej piaskownicy wie każdy i akurat tutaj nikt łobuzowi nie uwierzył. Gorsze jest to drugie – oczy Stasia znowu zalśniły we wczesnopopołudniowym słońcu – bo on, … bo on… – drugi już tego dnia palec wskazujący wycelował w łobuza Kazia, który zaczerwienił się ze wstydu i gniewu tak, że prawie wcale nie było już widać jego piegów – bo on powiedział, że przy umowie komisu, przedmiotem opodatkowania jest wyłącznie zdarzenie polegające na przekazaniu towaru w komis i podstawę opodatkowania stanowi wartość towarów stanowiących przedmiot komisu!
Stasiu nie był w stanie zapanować nad emocjami i kończąc zdanie płakał jak bóbr. Zalśniła niebieska błyskawica. Kapitan PIT z szybkością światła przemieścił się na przeciwległy kraniec piaskownicy. Jedynie doskonały refleks pozwolił łobuzowi Kaziowi uniknąć szybującej w stronę jego krtani pięści super-bohatera; już wydawało się, że umknął sprawiedliwości, że oddali się, nie zapłaciwszy rachunku swych zbrodni, gdy nagle potknął się o porzuconą przez Stasia foremkę i rymsnął jak długi, orząc nosem piasek.
Kapitan PIT zwinnie niczym mangusta doskoczył do niego, chwycił za ucho i potrząsnął łobuzem.
- Ostrzegałem cię, kanalio, miarka się przebrała! – syknął PIT – Nawet nie próbuj udawać, że nie wiedziałeś, iż po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej konstrukcja umowy komisu uległa gruntownej zmianie i dziś traktujemy ją nie jako sprzedaż komisową i związaną z nią usługę komisu, lecz jako dwie następujące po sobie dostawy?!?!? I że w konsekwencji, dostawę na gruncie obecnej ustawy VAT stanowi każda czynność wykonywana między komitentem a komisantem oraz między komisantem a nabywcą (w przypadku komisu w sprzedaży) lub dostawcą (w przypadku komisu w zakupie), zaś podstawę opodatkowania ustala się dla każdej z tych dostaw odrębnie. Zatem w przypadku wydania towaru między komitentem a komisantem – podstawę opodatkowania stanowi, dla komitenta, kwota należna pomniejszona o kwotę prowizji komisanta, pomniejszona o kwotę podatku, natomiast przez komisanta osobie trzeciej – podstawę opodatkowania stanowi, dla komisanta, kwota należna z tytułu dostawy towarów, pomniejszona o kwotę podatku? Zaś w przypadku wydania towary komitentowi przez komisanta, jeżeli komisant zobowiązany był do nabycia rzeczy na rachunek komitenta, podstawę opodatkowania stanowi, dla komisanta, kwota należna wraz z kwotą prowizji, pomniejszona o kwotę podatku??? Hę??? Posłuchaj, chuliganie, nie będziesz małym dzieciom robił wody z mózgu, nie będziesz faszerował ich swoimi niecnymi intrygami, nie – póki mnie, kapitanowi PITOWI sił stanie, aby walczyć z takimi jak ty!
Kapitan PIT puścił ucho łobuza Kazia, który próbował skorzystać z oswobodzenia i dać drapaka, ale nadział się na wyprowadzonego z półobrotu kopniaka i cios otwartą dłonią w okolice ciemienia. Łobuz Kaziu ponownie upadł nosem w piach, wzbudzając euforię i owację na stojąco we wschodnim narożniku piaskownicy. Kapitan dopadł leżącego łobuza i założył mu dźwignię;
- A teraz wisusie ty wagabundo nierzetelny, będziesz powtarzał za mną – żyła na skroni PITA pulsowała rytmicznie – NIE BĘDĘ WIĘCEJ ŚCIEMNIAŁ NIELETNIM NA TEMAT SPOSOBU OPODATKOWANIA UMOWY KOMISU, powtórz!
Łobuz Kaziu wypluł dwa wybite mleczaki i powtórzył, plując krwią:
- nie… będę… więcej… khm, khm, … więcej ściemniał… maluchom…na temat… khm,khm… umowy komisu – wyczerpany opadł po raz trzeci twarzą w piach.
Kapitan PIT wstał. Wiatr rozwiewał mu pelerynę. Wytarł kant dłoni ze śladów Kazikowej krwi i powiedział:
- Byłeś bardzo dzielny Stasiu, gratuluję i dziękuję ci w imieniu skarbu państwa. A do was – wskazał na maluchów ze wschodniego narożnika – mam prośbę. Gdy widzicie, że ktoś bruździ przeciw interesom skarbu państwa – nie bójcie się stanąć w obronie prawdy. I nieładnie jest kłamać, tak jak łobuz Kaziu. To niepraworządne. I nie wolno być niegodziwym. A gdy zło przybierze formę, której już naprawdę nie będziecie w stanie sprostać, wtedy wezwijcie mnie – kapitana PITA, a ja pojawię się i wspólnie zaradzimy korupcji i chaosowi. Pamiętajcie dzieci: jak dorośniecie, to płaćcie podatki; zawsze i terminowo!
- Dobrze, kapitanie PIT – chórem odpowiedziały dzieci ze wschodniego.
- A tobie Stasiu raz jeszcze dziękuję… – kapitan PIT spojrzał Stasiowi głęboko w oczy i rozpierała go duma, że przyszłość narodu objawia się w takiej, a nie innej formie.
Nikt nie zwrócił uwagi na to, jak łobuz Kaziu pozbierał wybite mleczaki i odczołgał się od krawędzi piaskownicy, po czym nadludzkim wysiłkiem podźwignął się do pozycji prawie wyprostowanej i oddalił w kierunku najbliższego bloku. Stojąc przy samej klatce, krzyknął:
- Kapitanie PIT!!! Jeszcze nie skończyliśmy!! Wygrałeś bitwę, ale nie wojnę – jeszcze cię dorwę, PIT!! I wtedy przy świetle księżyca…ałć! – celnie rzucony przez małego Stasia ogryzek nie pozwolił rozwinąć łobuzowi Kaziowi, co zrobi z kapitanem PITem przy świetle księżyca.
PIT wzniósł pięść ku niebu i gromko krzyknął za łobuzem:
- I spróbuj więcej mącić w głowach małoletnich, a będziesz miał częściej do czynienia z Kapitanem PITEM! – PIT odwrócił się w stronę dzieciaków – No. Myślę, że przez kilka dni będziecie z nim mieli spokój.
Omiótł wzrokiem otaczające go, roześmiane twarze.
- Myślę, że dzisiejszy dzień was czegoś nauczył. Dzieci, pamiętajcie, że wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru, o którym mowa w art. 5 ust.1 pkt 4 ustawy o podatku od towarów i usług, to…
Twarze dzieci rozpromieniły się i zgodnym chórem wyskandowały
- Nabycie prawa do rozporządzania jak właściciel towarami, które w wyniku dokonanej dostawy są wysyłane lub transportowane na terytorium państwa członkowskiego inne niż terytorium państwa członkowskiego rozpoczęcia wysyłki lub transportu przez dokonującego dostawy, nabywcę towarów lub na ich rzecz, z zastrzeżeniem, iż nabywcą towarów jest podatnik, o którym mowa w art.5 ustawy o podatku od towarów i usług, lub podatnik podatku od wartości dodanej, a nabywane towary mają służyć czynnościom wykonywanym przez niego jako podatnika, lub osoba prawna nie będąca podatnikiem, o którym mowa powyżej, z zastrzeżeniem, iż wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru nie występuje, gdy dotyczy towarów, do których odnoszą się przepisy art. 45 ust. 1 pkt 9, art. 80, art. 83 ust. 1 pkt 1, 3, 6, 10 i 18, ustawy o podatku od towarów i usług, towarów innych niż wymienione powyżej, ale nabywanych przez rolników ryczałtowych dla prowadzonej przez nich działalności rolniczej, lub podatników, którzy wykonują jedynie czynności inne niż opodatkowane podatkiem i którym nie przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego, przy nabyciu towarów i usług, lub podatników zwolnionych od podatku na podstawie art. 113 ust. 1 i 9 ustawy o podatku od towarów i usług, lub osoby prawne nie będące podatnikami w świetle przepisów ustawy, przy czym z wewnatrzwspólnotową dostawą towaru mamy do czynienia zawsze, gdy przedmiotem nabycia są nowe środki transportu! – Twarze dzieci promieniały radością – Dziękujemy ci, kapitanie PIT!
- Trzymajcie się dzieci! – Kapitan PIT zastygł w bezruchu. Zdawał się węszyć coś w powietrzu, wyczuwać – Ja musze już lecieć. Ktoś gdzieś popełnia przestępstwo lub przynajmniej wykroczenie skarbowe. Drżyj, o kreatywna księgowości, nadchodzę!
Dzieci długą chwilę patrzyły, jak sylwetka kapitana PITA wzbija się ku niebu, jak maleje i maleje i maleje. Aż znikła, rozmyta w oceanie błękitu.
„To był ciężki dzień” – pomyślał kapitan PIT, obserwując ze szczytu piętnastokondygnacyjnego budynku słońce, chowające się za blokami osiedla Baranówka. Wsłuchiwał się w melodię swej duszy (grała akurat „Nokturn d-moll” Chopina).
Miasto powoli zasypiało. Chyliło się do snu. Światła powoli gasły.
Ale PIT wiedział, że gdzieś tam, w dole, w pozornej ciszy, czai się demoralizacja, korupcja i malwersacje finansowe.
Grube ryby i drobni kombinatorzy nie śpią; ale nawet jeśli – to nie jest to sen spokojny. Nie, dopóki nad miastem czuwa Kapitan PIT.
Peleryna załopotała.
Gdzieś w dole ktoś popełniał przestępstwo, lub przynajmniej wykroczenie skarbowe.
„Uspokój się, byłem sam w izbie pani Pipelet, kiedy przyniesiono ten list i teraz go sobie przypomniałem!”
„Tajemnice Paryża”
O czkawce po tłumaczeniu Alexii
Opublikowano 24 października 2006 Autor: scovron
W kwestii wiary szczególnie zastanawia mnie jedna rzecz. Polaryzacja dobra i zła. Bóg występuje jako stwórca wszelkiego stworzenia: nieba, ziemi, ludzi, zwierząt (niejednokrotnie zresztą na jedno wychodzi), aniołów i tak dalej i tak dalej. Szatan to, wedle tradycji, upadły anioł. Skąd więc tak bezpośrednia opozycja Bóg – Szatan? Dobra, nie jestem teologiem, ale czy aby na pewno Szatan startuje w tych samych zawodach co Bóg? Biorąc rzecz na logikę, diabeł nie jest godnym rywalem dla Stwórcy, lecz co najwyżej – dla Michała Archanioła. Lub kogoś innego z mieczem ognistym na ewidencji środków trwałych.
J.L. Borges kiedyś stwierdził, że grzech pierworodny to nic innego, jak brak świadomości, że cały czas żyjemy w raju. Coś w tym jest. Skoro żywimy katechetyczną wiarę, że Bóg jest bytem doskonałym, to skąd bierze się w nas przeświadczenie, że świat który stworzył, może być dotknięty piętnem czegokolwiek, co doskonałe nie jest? Doskonałość zrodzić może wyłącznie doskonałość, inaczej nie może być mowy o doskonałości. Dlatego też zło nie może być opozycją dobra, a jedynie jego uzupełnieniem i częścią składową, bez której światło nie byłoby światłem. Jasność istnieje o tyle, o ile istnieje mrok, na którego tle może się ono objawiać. Wychodzi na to, że boskie i ludzkie pojmowanie doskonałości nie są wyrażeniami równoznacznymi.
Czytałem kiedyś sondaż, którego głównym pytaniem było: „Czy wierzymy w Boga/diabła?”. W Boga wiarę deklaruje ok. 90% Polaków, ale już w diabła – niecałe 70%, z czego połowa warunkowo, przy założeniu że szatan jest bytem umownym, hipotetycznym i symbolizującym ciemną stronę natury człowieka. Czyli – wierzymy, że jajeczko może być częściowo nieświeże. Szatan istnieje. A nawet kilka szatanów. Jednego widziano na Wildze w Poznaniu. Drugi mieszka we wiolonczelach (choć nie wszystkich).
W muzyce rozrywkowej nie wymyślono nic nowego od czasów Beatlesów. Wszystko co powiedziano później, było powtórzeniem, ewentualnie rozwinięciem wątków niegdyś podjętych przez czwórkę z Liverpoolu. Najbardziej lubię ich wczesne albumy, te do „A hard’s day night”, ewentualnie do „Help”. Bo słychać na nich, że tym ludziom chce się żyć (tak a propo pierwszej płyty Klangu; gdyby spojrzeć na nią przez pryzmat takiego kryterium, to jest ona apoteozą śmierci i rozkładu). Kiedyś wpadło w moje ręce jakieś pismo katolickie, w którym zamieszczono katalog artystów rockowych, którzy zaprzedali dusze diabłu. Listę otwierali Beatelsi. Uwierzyłem bez wahania. Diabła poczułem słuchając „Yesterday”. Poważnie, mając lat 12 wręcz panicznie bałem się tej piosenki i wielbiąc sam zespół, konsekwentnie pomijałem ten konkretny utwór. Nie, nie dlatego, że gdybym puścił utwór od tyłu, to usłyszałbym: „a może byśmy sobie tak poszli pobezcześcić groby, Scovronku?”. Po wielu latach pojąłem. Partia wiolonczeli. W tle. Tonacja molowa, pod tematem, ledwo słyszalna. Ona powodowała, że dostawałem gęsiej skórki. Z tego samego powodu na listę twórców zakazanych dostało się choćby Led Zeppelin ze swymi „Schodami do nieba”. Redakcja pisma katolickiego puściła sobie tą płytę od tyłu, przy zwolnionych obrotach i usłyszała: „Czcić cię chcę, panie mój i władco, o słodki Lucyperze”, czy coś koło tego. Ja proponuję redakcji pisma katolickiego, żeby mimo wszystko posłuchała sobie tego utworu normalnie, od przodu i przy tradycyjnych obrotach. Diabeł nie tkwi w kalamburach przekazu podprogowego, ale znowu – w partii wiolonczeli. Też ledwie słyszalnej, tuż za fletem, w części akustycznej utworu. Słuchałem tego tyle, odpływałem przy tym tak wiele razy, że na pewno jestem satanistą. A swoją drogą to wiecie, że Bob Dylan też się załapał? Podobno w „Knockin on Havens Doors” nawołuje do palenia marihuany;)
Szatan nie mieszka we wiolonczeli Bożeny Janerki, ale to tylko dlatego, że przeważnie traktuje ją ona jak gitarę basową. Chociaż raz Wielki Wichrzyciel wynajął wiolę Janerkowej – było to konkretnie w numerze „Wszyscy inteligentni mężczyźni idą do wywiadu”. O przewrotności, już sam tytuł kłamie, nigdy żaden wywiad nie zaproponował mi współpracy! Ale ciary chodzą.
Jeśli kupię sobie kiedyś saksofon, to najchętniej zaprosiłbym na stancję Wolanda. Jam tej siły cząstka mała, co zła pragnąc, dobro działa.
Proza gnozy staje się poezją świata czarno-białego. A przecież w naszym pozornie dwukolorowym świecie, zamykającym się w stwierdzeniu „Mowa nasza tak-nie”, biel i czerń to jedyne kolory, które tak naprawdę nie występują. Punkt jest bytem umownym, istniejącym pod warunkiem istnienia odcinka, który ogranicza. Prostej, która przezeń przebiega. Doskonałość otacza się i definiuje paradoksem Zenona oraz problemem Achillesa, który nigdy nie dogoni żółwia; strzały, która nie osiągnie celu.
Zebrali się wszyscy pod strażą aniołów.
aniołowie stróż są bezwzględni
kiedy umarłam i potrzebuje czułości
z uśmiechem tłumaczy nieporozumienia
staruszka niesie zwłoki kanarka
(wszystkie zwierzeta umarły trochę wcześniej)
był taki miły – mówi z płaczem –
wszystko rozumiał kiedy powiedziałam
jej głos ginie wśród ogólnego wrzasku
- powiada –
Gdy zgwałcili mi żonę – sławię słodycz jej ciała
Braci synów już nie mam – ja wciąż z nimi rozmawiam
Wykłuli mi źrenicę – myśl się z myślą zaplata
Dzięki Ci Boże – Stworzyłeś najpiękniejszy ze światów!
„Hiob”
O zbrodni doskonałej, arcymistrzostwie zbrodni i nieuzasadnionej niechęci liderów Platformy Obywatelskiej do mojego bloga
Opublikowano 23 października 2006 Autor: scovron
Sherlock Holmes zwykł mawiać: „Nie ma zbrodni doskonałej”. Ale czasem zdarzają się doskonałe intrygi. Superbohaterowie nie mogą na dłuższą metę funkcjonować bez superłotra. Ba, czasem nawet superdranie okazują się barwniejsi, niż herosi jasnej strony mocy: biorąc pierwszy przykład z brzegu – z całym szacunkiem dla Michaela Keatona, ale najjaśniejszą gwiazdą „Batmana” był Nicholson.
Onet mnie docenił – koleżanka puściła mi smsa, że odnośnik do postu z tłumaczeniem Alexii jest na stronie głównej. No i był. W związku z tym nie nastąpił żaden nawał miliona komciów, ale fakt, statystyka w tym dniu nieco mi podskoczyła. Większość komciów jakie otrzymałem była miła. Kilka było krytycznych. I ok. Ja nie o tym. Zabawa była z mailami.
Owszem, większość maili jakie tego dnia otrzymałem była przyjemna i bardzo za nie dziękuję. Natomiast w skrzynce odbiorczej uderzyły mnie po oczach nazwy kilku adresów nadawców poczty: tusk@op.pl, rokita@op.pl, niesiolowski@op.pl i po@op.pl. Treść tych maili była niezwykła. Zaczynało się od: „po co ch… j…, w d… p… piszesz takie teksty?”, poprzez „Jesteś w… w ch… j… p…w p… i c… grafomanem”, aż po „Wyrwę ci głowę, nasikam do szyi, a jajka chwycę od wewnątrz i przecisnę przez najmniejszego pora twojej pięty”. Długo zastanawiałem się, cóż takiego zrobiłem Platformie Obywatelskiej, że postanowili przeprowadzić na mnie tak zmasowany atak: nie dość że głosowałem na ich kandydata do senatu podczas ostatnich wyborów parlamentalnych, to w dodatku nie nazywam się ani Kaczyński, ani Kurski, ani Pisowski. Dopiero długo, długo później naszła mnie refleksja, że może jakiś geniusz zła, arcymistrz zbrodni i występku, postać na miarę Doktora No, Profesora Moriartego, Wolanda lub kota Makawitego zadała sobie trud założenia skrzynek sugerujących bezpośrednie zaangażowanie liderów Patformy po to, aby moje podejrzenie padło właśnie na nich. Ach, cóż za spryt, cóż za przemyślna intryga! To nie mogło być kilka osób, gdyż świat fenomena chaosu wydaje co najwyżej raz na epokę: Aleksander Macedoński, Juliusz Cezar, Karol Wielki, potem długo, długo nic i Napoleon, a potem Hitler, Stalin i Jan Tomaszewski (tyle że temu ostatniemu dziedziny się pochrzaniły). W panteonie galaktyk zamieszania rozbłysła nowa, anonimowa gwiazda!
I tutaj ze wstydem przyznaję się, że dałem ciała. Przeczytałem te maile, pochichrałem się trochę i … skasowałem. Skasowałem!! To mniej więcej tak, jakby Romeo stojąc pod balkonem Julii powiedział jej: „Streszczaj się niunia i powiedz, czy jest szansa dziś na bzykanko, bo jak masz zamiar się dłużej zastanawiać, to ja idę obejrzeć Ligę Mistrzów. Szachtar Donieck gra z Bazyleą”. Po dwóch latach prowadzenia bloga trafiłem na czytelnika, który specjalnie dla mnie założył kilka skrzynek pocztowych; na osobę, która dla mnie postanowiła napisać kilka elaboratów, skrzących emocjami, uczuciem i lśniących od surowego mięsa krytyki tłoczonej przez większość gruczołów dokrewnych; w końcu – na osobę, która specjalnie dla mnie uknuła intrygę doskonałą, sięgającą mackami aż do elit opozycji parlamentarnej. A ja – jak ten głupek – skasowałem…
Człowiek popełnia błędy. Historia wobec niektórych jest łaskawa. Zapamiętała przykładowo, że Galileusz zaraz po tym, jak wyparł się swoich poglądów, mruknął na odchodnym „a jednak się kręci…”. Dlatego proszę, nawołuję: Geniuszu zła, ty, coś kiedyś nawiedził mego bloga i zadał sobie trud zawiązania nici znajomości i – mam nadzieję – sympatii poprzez wykorzystanie mechanizmów komunikacji elektronicznej – WRÓĆ DO MNIE!! Daj znać, że pamiętasz, żyjesz i nie żywisz urazy, iż tak kretyńsko przekreśliłem szansę na zaistnienie czegoś pięknego między nami. Katuj, tratuj – ja przebaczę wszystko ci, jak bratu! Dręcz mnie, męcz mnie, ręcznie, gnębij, poniewieraj, tratuj, kop. Czy jakoś tak.
W momencie naciśnięcia klawisz „delete” poczułem, jak coś we mnie umarło… Jak cos straciło na swej pełni. Jakbym dokonał na sobie trepanacji czaszki i lobotomii części mózgu odpowiedzialnej za wyrachowanie, działanie planowe i adrenalinę tłoczoną przez geniusz w formie krystalicznej. Jak Lessie do swego domu, jak rzeżączka do szeregowca wojsk napoleońskich podczas kampanii włoskiej – tak ty wróć do mnie. Będę brudnym mopem u twych drobnych stóp, że po raz wtóry posłużę się cytatem. I jak zechcesz, to 100 razy przepiszę ręcznie program edukacyjny Młodzieży Wszechpolskiej.
I poważnie Lord Vader byl ojcem Luka Skywalkera???
Książę wytrycha i artysto wśród złodziei
TY, któryś na swój skok mój zechciał wybrać dom
Gdy ja jeździłem, by znów kogoś rozweselić
Przyjmij w darze tę odę z moich skromnych rąk
Dla twego taktu, wierz mi, mam szacunek wielki
Bo opuszczając dom na klucz zamknąłeś drzwi
By jakiś obcy nie obrobił go do reszty
Dżentelmenów jak ty tak trudno spotkać dziś
Wyniosłeś z sobą tylko niezbędne minimum
Wzgardziłeś tym portretem, który mam od lat
Ktoś mi go kiedyś przyniósł na me urodziny…
Znasz się na sztuce, widać że gust niezły masz.
Oto kolejny znak twej zbrodni doskonałej:
Czym jest narzędzie pracy przecież dobrze wiesz
W związku z tym zostawiłeś mi moją gitarę
Solidarność rzemiosła to jest święta rzecz
Tak więc mój drogi draniu wszystko przemyślałem
Wybaczam ci od serca jak mi miły Bóg
I coś mi ukradł, stary, ja ci to oddaje
W lepsze ręce nie mogłoby to przecież pójść.
A zresztą ja, który ci dzisiaj śpiewam
Mogłem złoczyńcą zostać, różnie bywa, wiesz
I kradłbym tak jak ty, gdyby nie ma kariera
Byłbym może wspólnikiem twoim, któż to wie?
Nie targuj się, gdy zechcesz sprzedać swoją zdobycz
Nie daj oszukać się paserom, radzę ci
Jak mówią „Paser kradnie gorzej niźli złodziej”
W pogotowiu więc miej marchewkę oraz kij.
Miej na uwadze, że policji znać nie dałem
Lecz nie czuj się w ten sposób zaproszony znów
Bo recydywa by z uroku cię odarła
Nie chciej kraść mi wspomnienia i nie wracaj tu.
Więc szelmo niech Merkury strzeże cię od kicia
A mój dobytek niech na zdrowie wyjdzie ci
Nie miej wyrzutów, bo my dwaj jesteśmy kwita
Wszak balladę tę stworzyliśmy ja i ty.
PS. Jeżeli jedno umiesz w życiu tylko
I jeśli powołaniem twym przebiegle kraść
Karierę zrób legalnie, w handlu, bez ryzyka.
Nawet gliniarze będą kłaniać ci się w pas.
„Oda do włamywacza”
W tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego
O pięknej Hiszpanii i innych sprawach
Opublikowano 21 października 2006 Autor: scovron
Hiszpania jak widać jest piękna. Na tym zdjęciu, o – na pierwszym planie, siedzi sobie obok Karolki, która do niej się natenczas wybierała (ze skutkiem pozytywnym, jak się okazało), zaś z tyłu – bus do Sanoka. Ej, piękna Hiszpanio, eh … (i doskonałości kompozycyjnej kadru nie stłamszą inne sprawy, wpychające się przed obiektyw:p)(Prawdziwy mężczyzna realizuje swoje pasje bez względu na to, jaka go z tego tytułu zjebka czeka:)))
Opublikowano 19 października 2006 Autor: scovron
Czasami padamy ofiarami nieporozumień. Nieporozumienia mogą być małe lub duże. Nie można w końcu postawić w jednym szeregu gościa, który zachwycał się cudownym smakiem Jonathana, podczas gdy spożywane jabłuszko okazało się Renetą, z refleksją mężczyzny, który po 15-latach małżeństwa zauważył, że jego żona jest facetem.
Moja przygoda z jazzem rozpoczęła się w liceum. Zadzwoniła do mnie koleżanka z drużyny i powiedziała, że ma bilety na koncert Stańki w „Bohemie”, siostra w ostatniej chwili zrezygnowała, jeśli mam ochotę z nią pójść, to widzimy się o 18, no to buźka. Hasło „Tomasz Stańko” nie budziło we mnie większych emocji. Owszem, kojarzyłem, coś kiedyś mówili w Wiadomościach, że jego album „Modlitwa” bije rekordy popularności, ale kosztował ok. 70 PLN (a rynek mp3 jeszcze nie istniał), więc nawet sobie tym głowy nie zawracałem. Głowy nie zawracałbym sobie również koncertem, ale:
a) w „Bohemie” piwo kosztowało tyle co wszędzie
b) bardzo lubiłem tą koleżankę.
Jako suport występował „Domarski Jazz Quartet”, dyżurny boys band (z gościnnym udziałem babeczek) rzeszowskiej sceny jazzowej, zbierający kubiki staników i protez po każdym koncercie z okazji balu seniora. Ich występ przekonał mnie, że słuszne nie zawracam sobie jazzem gitary, są w życiu piękniejsze rzeczy, np. picie piwa i rozmowa z Ulą. Potem wyszedł Stańko. Z jakimiś bardzo młodymi, może 25-letnimi chłopakami. Zachowywał się dość wyniośle: Domarski i -ska przed i po koncercie przybili piątkę chyba ze wszystkimi (może poza mną) osobami przebywającymi w knajpie. Stańko jedynie coś mruknął, że dobry wieczór państwu, dziś gram z nowym składem, więc żeby nie było, że nie mówiłem.
Nie wiem, czy zwróciliście na pewną powtarzalność konstrukcji utworów jazzowych. Najpierw lecimy temacikiem, niektóre instrumenty pozwalają sobie czasem nawet na unisono – po prostu zawiązanie tematu. Potem instrumentaliści wchodzą sobie po kolei na solówki; najkrócej rzeźbi przeważnie basista, który dość szybko dochodzi do wniosku, że kontrabas jest jak zwykle zdeprecjonowany przez akustyka i solówka której nikt – oprócz samego basisty – nie słyszy, mija się po prostu z celem. Potem powrót do tematu i może skasofon lub inny dęciak pozwoli sobie na delikatne jazdy w okolicach skali.
Kwintet Stańki brzmiał jakoś pełniej od Domarskiego. Mimo wszystko – nie powalał. Standard – razem łupu cupu, solo trąbka, solo saksofon, solo pianino, solo (krótkie) kontrabas, solo perkusja, powrót do nieco przearanżowanego tematu i … Stańko przejmuje kolejne solo. W zasadzie najpierw popierdział coś poza harmonią, a pozostałe instrumenty, zamiast go zagłuszyć, powoli milkły – najpierw pianino, potem sekcja i jeszcze trąbka przez kilka chwil prowadziła dialog z saksofonem, ale szybko saksofonowi brakło argumentów. Została trąbka. I solo, które trwało chyba z 15 minut. Nie zarzekam się, raczej nie krócej. Ale słuchałem jak zaczarowany i gdyby ktoś powiedział mi, że solówka trwała 3 godziny, nie byłbym w stanie z tym dyskutować.
Jazz na żywo i jazz z płyty to dwie różne dyscypliny sportu. Trochę jak z żużlem – w TV nigdy nie potrafiłem się tym emocjonować, ale na żywo – to jest to! Gdybym tą solówkę usłyszał dziś na płycie, to pewnie zanudziłaby mnie po kilku dźwiękach. To nie był jakiś majstersztyk, popis wirtuozerii i pokaz zatytułowany „Palce z gumy”. Nie. Ale emocje jakie mistrz przekazywał były namacalne. Klimat, którego nie da się opisać. Choć pewnie spróbuję.
Pamiętam, że w pewnym momencie zamknąłem oczy i dałem się porwać atmosferze narzuconej przez Stańkę. Ta muzyka płynęła i porywała jednocześnie: niemal od razu wyobraziłem sobie brukowaną uliczkę, obserwowaną z perspektywy bramy, o poranku; raczej pochmurno niż pogodnie, w nocy na pewno padało, na bruku wysychały kałuże. Atmosfera jakiegoś napiętego bezruchu, gołąb spaceruje koło kałuży, w pobliżu raczej nikogo nie ma; dopiero po chwili słychać stuk kroków na bruku, przeważnie suche klaskanie, momentami przechodziło – na sekundę zaledwie – w plusk butów tłukących po kałuży; ktoś przebiegł, wszystko wróciło do normy, koncentryczne kręgi na kałuży; a to wszystko w czerni i bieli. I szarości.
Nie jestem w stanie sobie przypomnieć żadnego dźwięku, jaki wydobył się z trąbki mistrza. Zupełnie, jakby od pierwszego do ostatniego dźwięku wychodziły z niej wyłącznie obrazy. Grali przez dwie godziny. Z całą pewnością stwierdzam, że było to najintensywniejsze przeżycie muzyczne, jakie stało się mym udziałem. Stańko przerzucił dźwięki w inny wymiar, zatarł granicę między muzykiem a obrazem. Ze swej gry uczynił sztukę uniwersalną – nie w znaczeniu powszechności odbioru, ale sprowokowania idealnej symbiozy składników zupełnie do siebie nie przystających. Nigdy nie byłem świadkiem tak ekspresyjnego bezruchu.
Polski hip-hop to, moim zdaniem, jedyna prawdziwa muzyka folklorystyczna, o charakterze powszechnym. Samorodna i żywa – nie w momencie przypomnienia sobie, że coś takiego było (jak na przykład tzw. folklor warszawski, czy folklor ludowy), ale od początku do jej końca, który zapewne kiedyś nastąpi. Hip-hop, pojmowany an masse, opiera się na zrzynaniu. O ile jednak amerykańscy raperzy garściami zdzierali z tradycji bluesa i jazzu, o tyle polscy – woleli przeważnie zdzierać z amerykańskich raperów, niż sięgnąć do Komedy chociażby. Nie mówiąc o przyśpiewkach ludowych.
Pierwszą płytą Komedy, jaką kiedykolwiek przesłuchałem, był Astigmatic. Wywołała we mnie wstrząs porównywalny wyłącznie z jedynym albumem Klausa i z „Bruhahą”. Nawet pomijając to co wyczynia Stańko (oprócz Komedy i Stańki w nagraniu wzięli jeszcze udział Zbigniew Namysłowski i skandynawska sekcja) w Kattarnie, to nie da się zapomnieć o tym, co zrobili w piętnastominutowym Svantetic. Zaczyna się od przemodulowanego o trzy tony (ciągle w mol) wstępu do … „Płonie ognisko i szumią knieje”. Nie, nie żartuję, sprawdźcie. I tak męczą te trzy dźwięki na krzyż przez kilka minut. Staje się to denerwujące i osobiście miałem ochotę wyłączyć magnetofon. Ale mimo wszystko chciałem mieć jakiś fundament dla swojego rozczarowania, więc słuchałem dalej. Te trzy dźwięki rosły. Powtarzane z uporem maniaka, albo i amatora marzącego o doskonałości, który przynajmniej te trzy dźwięki chciałby zagrać czysto, a potem – te trzy konkretne dźwięki, w tej konkretnej konfiguracji – zagrać najlepiej na świecie. W okolicach czwartej minuty piana już występowała mi na usta. I gdy myślałem że zwariuję, trzeci dźwięk zawibrował delikatnym podkreśleniem werbla i nastała cisza. Cisza trwała może ułamek sekundy. Potem muzyka eksplodowała. W momencie największej irytacji nastąpił wybuch, będący muzyką w formie pierwotnej. Byłem oszołomiony. Nie mając pojęcia czym jest jazz (dalej nie mam pojęcia) w tym konkretnym momencie wiedziałem, że tak powinien brzmieć. Że wyobrażając sobie brzmienie słowa „Jazz” zawsze podskórnie czułem, że chodzi o tą konkretną zupę dźwięków.
Jeszcze może „My song” Jarreta i Garbarka… Kiedyś kupiłem u jednego gościa tomik Herberta. Przesłał mi go zanim zdążyłem poprosic go o numer konta. Potem jeszcze kupiłem u niego kilka płyt. A on, w ramach bonusa, podesłał mi właśnie „My song”, z sugestią, że powinienem przesłuchać, powinno mi się spodobać. Przesłuchałem. Nie spodobało mi się. Jeden numer może. Potem drugi. Sam nie wiem kiedy pokochałem ten album. Trochę czasu minęło, dziś skompletowałem większość dyskografii Garbarka.
A przedwczoraj poszedłem na koncert Możdżera. Kojarzyłem go sprzed lat, jeszcze z czasów, gdy dyżurował przy klawiszach w „Miłości” i kilku innych projektach Tymańskiego. We wtorek zagrał razem z Makowiczem. Filharmonia była pełna – publika podzieliła się na pół; z jednej strony szacowni i wielebni, z drugiej – zbuntowani młodociani. Miał być pojedynek starego mistrza z młodym wilkiem. Nic z tego – wyszedł cudny duet, w którego pierwszej części zdemolowali kilka preludiów Szopena (poważnie, nigdy bym nie poznał, że to Szopen – zrobili z nim mniej więcej to, co ja z Alexią)(przy zachowaniu wszelkich proporcji, oczywiście), w drugiej zaś – polecieli standardami. Słuchało się tego naprawdę fajnie. Jednak filharmonia nie będzie miała nigdy takiego klimatu jak zadymiona knajpa. A może Możdżer z Makowiczem nigdy nie będą Stańką? Kto wie? Nie chcę być źle zrozumiany: chylę czoła przed ich talentem – wykonanie było perfekcyjne, interpretacje – zwłaszcza Szopena – niezwykle pomysłowe. Ale zabrakło magii. Może wpływ na to miał fakt, że trasa jest sponsorowana przez operatora sieci GSM, przed występem rozdawany jest program z rozkładem bisów i ciężko tak bezwarunkowo uwierzyć w emocje osób na scenie? Nie wiem, byłem usatysfakcjonowany, choć obyło się bez wstrząsu. To i tak lepiej od kilkudziesięciu młodych ludzi, którzy wyszli wyraźnie zdegustowani. Niechcący usłyszałem jak narzekają. – Wydawało mi się, że będzie więcej czadu…
Sztuka nie potrzebuje się wdzięczyć do odbiorcy. Pamiętam kiedyś świetny koncert Turnaua. Występ byłby wielki, gdyby nie jedno ale. Puszczanie oka do słuchacza. Bieganie dookoła sceny. I tym podobne. Fajne, ale powtarzane na każdym koncercie, będące pomysłem wykoncypowanym w trakcie planowania trasy, a nie potrzebą chwili – przeszkadza mi, mimo wszystko. Turnau otarł się o wielkość, choć nie sądzę żeby kiedykolwiek dogonił Stankę, który właściwie był gburowaty i wręcz opryskliwy. Przynajmniej do momentu, gdy chwycił trąbkę. Od tego momentu byłem gotów wybaczyć mu każde fopa (jak to się do cholery pisze?). Czy Janerke, który zagrał trzygodzinny koncert i do kolejnego bisu wyszedł bez gitary. Kompletnie zdartym głosem powiedział, że dzisiaj już nie da rady zaśpiewać, ale jak chcemy to opowie dowcip. Opowiedział. Nawet zabawny;)
Bo sztuka to nie dźwięk. To relacja. A w moim wypadku – nie ma szans dostrzeżenia tej relacji bez magii. Czego sobie i państwu jak najczęściej.
W rzeczywistości punkt nie jest formą. Ten, kto myśli, że punkt jest okrągły – myli się. Punkt istnieje o tyle, o ile istnieją linie, które się przecinają. A jednak linie i wszystko inne, pozostałe formy i ciała, składają się z punktów. Punkt jest czymś niewidzialnym-nieodzownym, czymś niezmierzonym-nieuniknionym. Byc może Bóg jest punktem, samotnym i odległym w swej doskonałej wieczności. Tak myśli Marcus.
O tym, jak chłopak spotyka dziewczynę i zaczyna się jatka, czyli tłumaczenie poezji zachodnich (z elementami edukacyjno-religijnymi)
Opublikowano 16 października 2006 Autor: scovron
Ejże! (nie mogłem pozbawić się jednej z nielicznych chwili patriotycznego uniesienia, gdy język polski okazuje się bardziej zwięzły od angielskiego!)
Ref. Uh, lalala
Uh, lalala
Uh, lalala, lalalalalalala.
Łoj, szabadaba
Ty mnie wielbij*, albo spadaj**
Kochaj mnie, lub chociaż lub
Pozór stwarzam, że się powtarzam
Łoj, szabadabadabadabadaba***
* – tak, tak – wielbij. Po pierwsze zachowujemy rytm, a po drugie podkreślamy pozornie mikre walory intelektualne samego tekstu, balansującego na granicy poprawności gramatycznej, niejednokrotnie ową granicę przekraczając.
** – Tutaj, muszę przyznać, porzuciłem dewizę przyświecającą każdemu wybitnemu tłumaczowi „oddać słowem myśl autora – a nie jego słowo”; alternatywna – ambitniejsza – wersja zakładała przetłumaczenie wersu „I love you baby” jako „Lubię cię jak mama szkraba”. Wychodzę z założenia, że jeśli piszemy TAKIE piosenki, do TAKIEJ melodii, to jedyną miłością jaka może przyjść nam do głowy, jest miłość macierzyńska. A i to postrzegana przez pryzmat jej braku. 7-latki jeszcze nie kojarzą miłości fizycznej. Ale cóż – tłumaczenie jest ukłonem w stronę potencjalnych fanów zespołu Alexia, którzy być może tę stronę też odwiedzają (czy ty, Malina musisz wszystko brać do siebie?)
*** – Proszę zwrócić uwagę na brawurowe przetłumaczenie anglosaskiej onomatopei „Uh lalala” na prasłowiańskie szczebrzesząco-chrząszcz-wtrzcinowo szeleszczące, warszawsko-lwowskie „Łoj, szabadaba”. Tak, rozpiera mnie duma;) Pozwolę sobie zaznaczyć, że alternatywą dla lwowskiego „łoj” było przemyskie „Ta jojka”. Kłaniam się, Loulou.
Skradłaś mi serce, więc ja, z potylicy
Mózg ci wyjąłem – nie widać różnicy****
I dłoń ci zabrałem, na środku z trądzikiem
Bo życie brać trzeba, jak mówi się, bykiem*****
Gatunku przetrwanie to cel. Taka cena
Dewaluuje pojęcie „migrena”,******
Więc nie narzekaj, że tęgo się pocę,
Kładź się na plecy i zrób nogi w procę! *******
**** – Proszę zauważyć na wieloznaczność fabuły. Z jednej strony można to potraktować jako metaforę walki płci o dominację w związku – w tej konkretnej sytuacji, moim zdaniem, wychodzi na remis. Z innej strony – jako dramat dwójki ciężko chorych, acz kochających się, ludzi, którzy wymieniają się organami do przeszczepu. W końcu – jako monolog schizofrenika, łączącego w swoim ciele dwie osoby, które makabrycznie nie lubią się nawzajem. Jedno jest pewne: ten wers jest ostatecznym dowodem na to, że członkowie zespołu Alexia są melomanami. Potwierdzi tą tezę każdy szef kuchni. Któż, poza prawdziwymi koneserami, wspomina dziś o podrobach? „Pamiętajmy o podrobach…” parafrazując prośbę Jonasza Kofty!
***** – Dość karkołomny translejt, wiem, ale bardzo ładnie spina w całość zasugerowany powyżej proceder handlu organami. Poza tym mamy tutaj do czynienia ze zderzeniem występującego w utworze wątku miłosnego (nawiązanie do aktu „prośba o rękę”) ze stereotypem mężczyzny-macho i mitu o Don Juanie (nie proszę, ale sam biorę).
****** – wychodzę z założenia, że każdy utwór literacki powinien być nacechowany walorem edukacyjnym. Dlatego tutaj czapka z głów przed autorem tekstu, który w trywialnej na pozór piosence, przemycił główne założenia teorii ewolucji Karola Darwina i podstawy ekonomii jednocześnie.
******* – Nieoczekiwany zwrot akcji, zarówno w sferze fabularnej, jak i w zakresie podskórnych emocji. Na nieskazitelnym portrecie psychologicznym bohaterów pojawiają się pierwsze rysy: mężczyzna, konsekwentnie przez większość zwrotki zgrywający się na macho, okazuje się wrażliwym romantykiem (poetycka metafora „nogi w procę” , a także propozycja złożona kobiecie, aby w trakcie zbliżenia to ona była stroną bierną – „ty się kochanie położysz, a ja podokazuję, abyś jutro wypoczęta i zadowolona jednocześnie, wstała do pracy”). Przyznanie się do nadmiernej potliwości jeszcze pogłębia portret mężczyzny; obnażenie swej nadwrażliwości idzie w parze z daleko posuniętym samokrytycyzmem (Aż chciałoby się zakończyć ten niemy dialog pomiędzy dwiema zauroczonymi sobą osobami konkluzją mężczyzny: Nie zasłużyłem na „ochy” i „achy”, gdyż ideałom nie wali tak z pachy…)
I never wanted this happen to me but I feel
Your love is right and I will always be there,
Twa miłość jest dla mnie, czym dla jałówki krowie wymię********,
Dla tura
zaś puszcza (chórek, w tonacji molowej – choć dawno temu, gdyż tury wytępiono jeszcze w XVII wieku) *********
i to objawiono pastuszkom w Fatimie **********
Hura!***********
******** – piosenka traktuje o barwach miłości; tłumaczenie tego wersu jest przejawem przenikania się koncepcji, gdyż uwypukla porzucony na wstępie wątek miłości nie fizycznej, a macierzyńskiej; Pytanie – czy z tego powodu mniej pięknej?
********* – brakuje mi w tym utworze rapowanych wstawek i chórku gospel. Tłumaczenie zmierza w tym momencie do zniwelowania błędów aranżacyjnych. Ponadto nie uwzględniony w oryginale chórek posłużył w tłumaczeniu dla przekazania ważnych treści społecznych, kształtując pośrednio politykę proekologiczną.
********** – nie od dziś wiadomo, że objawienie fatimskie było objawieniem miłości
*********** – unikajmy kalkowania z języka angielskiego!
Może ty,
A może jednak ja!
Piosenka z Pankracego.
O powiązaniach prac translatorskich, poczucia humoru, historii powszechnej i kartografii
Opublikowano 13 października 2006 Autor: scovron
Dawno już nie tłumaczyłem żadnej poezji. Spokojnie, dzisiaj też nie będę, choć całkiem niedawno jechałem swoim seiko i leciała piosenka zespołu Alexia – „Uh la la la (i love you baby)”. Ze zgrozą zdałem sobie sprawę, że ta piosenka również posiada tekst i od razu zapragnąłem go przetłumaczyć na Polski (z komentarzem odtłumaczowskim i wyszczególnieniem wszystkich zauważonych konotacji i odnośników społeczno-kulturowych)(a jest ich całe multum – między innymi stosunek autora słów do trzeciej przepowiedni fatimskiej). Na razie poradziłem sobie radę z refrenem.
W swoich poprzednich pracach translatorskich (niezorientowanych odsyłam do notek z tłumaczeniem „She loves you” na polski i „Mazurka Dąbrowskiego” na niemiecki) podkreślałem, jak istotnym jest, aby tłumacz był osobą z olbrzymią wyobraźnią i z dużym poczuciem humoru. Inne przymioty, do których odnieść można by słowa „wielki”, „nadnaturalny”, czy „monstrualny” występować mogą fakultatywnie.
Otóż w „Dziejach kolonii hiszpańskich” natknąłem się na wzmiankę o swoim duchowym protoplaście: tłumaczu z wizją i dowcipem. Nie pomnę jak się zwał – ważne, że był Majem, konkwistadorzy któregoś z pociotków Pizarra porwali go za młodu i nauczyli szczątkowego iberyjskiego, po czym przechwycili go misjonarze hiszpańscy, oddający się trudom nawracania ludów zamieszkujących zachodnie wybrzeże Ameryki Pd.
Misjonarze naszego pszczółka Maja zabrali ze sobą w charakterze tłumacza, wychodząc z karkołomnego założenia, że skoro się wychował na tym kontynencie, to bez problemu z każdym się dogada i przekona do wiary w matkę naszą Kościół, Trójcę Przenajświętszą i całą chrześcijańską martyrologię, od św. Piotra aż po św. Joannę od wizji i głosów. Moim zdaniem – misjonarze i tak mieli szczęście; co by było, gdyby trafili przez przypadek na Węgra, który po katastrofie floty węgierskiej (musiała być jakaś katastrofa – Węgrzy do dzisiaj nie mają floty) został przez Majów przygarnięty i wychowany… ale to tylko takie moje dywagacje. Misjonarzom, oprócz całej masy bodyguardów, towarzyszył kartograf.
Kartograf stał się pierwszą ofiarą poczucia humoru Maja. Zauważcie, często i gęsto po fachowych atlasach rozsiane są obiekty geograficzne o podwójnym nazewnictwie (Mount Everest – Czomolungma, że posłużę się przykładem pierwszym z brzegu). Jedna to nazwa nowożytna, druga – przeważnie tradycyjna. Przy każdym desancie na ląd kartograf był w siódmym niebie: tyle obiektów do nazwania! Trzeba było tylko zgarnąć jakiegoś autochtona, podpiąć tłumacza i wyruszać, nazywać, eksplorować, odkrywać i rysować mapy! Pokazywał ręką majaczący na horyzoncie szczyt i pytał „co to jest?”, Maj zagadywał w swoim języku nic nie rozumiejącego tubylca, tubylec po swojemu odpowiadał ni w ząb nie kąsającemu fabułki Majowi, na co Maj po majowsku odpowiadał „Acapoolco”, co znaczyło „nie mam pojęcia”, albo „Plotoklopo”, czyli „twoja ręka”, co uszczęśliwiony kartograf skrzętnie notował i dodawał „uszanujemy starą nazwę, ale od dziś będziemy nazywać to szczytem świętego Zbigniewa i jeziorem błogosławionej Renaty od zboża”.
To może kwestia narastającego zdenerwowania, a może – kształtowania się bardziej wysublimowanych form dowcipu, ale z czasem oryginalne nazwy przytaczane przez Maja zaczęły ewoluować, tak jak ewoluowała tworzona dla potrzeb chwili mitologia semantycznego znaczenia nazw. Jeszcze atlasy XVII – wieczne zawierają takie obiekty jak „pasmo świętego Dagoberta – Plutokatopluta” (czyli „pierogi stolcowe”, w komentarzu Maja przeistaczająca się w jastrzębiogłowego i kociostopego boga ośnieżonych szczytów i porannej toalety), czy „rzeka pogromców heretyków – Kastrostukapuka” (czyli „pędzenie bimbru”, w interpretacji Maja będąca bóstwem opiekuńczym oszczepników i poszukiwaczy owoców runa leśnego). Im dalej na południe, tym częściej nazwy z nurtu gastronomicznego wypierane były przez wulgaryzmy i onomatopeje, przywodzące na myśl akt zbliżenia kochanków. Poetycka wrażliwość Maja nie pozwalała mu jednak na knajacką dosłowność, dzięki czemu lektura dawnych map może naprowadzić nas na ślad takich perełek jak „żleb Michała archanioła, pogromcy diabła” vel „Klechonegroputa” vel „ten, który onanizuje się nagim mieczem”, czy „przełęcz Wawrzyńca męczennika” alias „klawastukablogoklekla” alias „ta, którą zadowolą wyłącznie kabaczki”. Majowi się nie dziwię. Dopóki robił za eksperta w dziedzinie języków autochtońskich, dopóty żyło mu się jak u Pana Boga za piecem. Natomiast zastanawia mnie fakt, że w dobie ekspansji terytorialnej cywilizacji zachodniej dopiero po stu latach z okładem zastanowiono się, dlaczego kilka tysięcy kilometrów od ośrodka cywilizacji Majów autochtoni używają języka Majów. Jeden Erich von Daniken nie widział w tym niczego zdrożnego i potraktował to jako klamrę swojej teorii, iż wszyscy jesteśmy wychowankami kosmitów, którzy raz na kilka tysięcy lat doglądają trzody i parkują na piramidach.
Nie jest jednak tak, że nasz Maj Anonim koncentrował się wyłącznie na ściemnianiu. Czasami zdarzało się, że trafiał na lud porozumiewający się w języku podobnym do jego macierzystego. W tych rzadkich przypadkach tłumacz robił za pioniera ekumenizmu. Indianom bardzo podobał się fakt, iż unikną splądrowania wioski, tudzież zgwałcenia i zamordowania córki (nie zawsze zresztą w tej kolejności)(nie trzymanie się chronologii zdarzeń było swego czasu przyczyną opóźnienia w kanonizacji cesarza Karola Wielkiego – mimo wszystko nekrofilia, nawet jeśli trup był jeszcze ciepły, budziła w łonie kościoła kontrowersje już w czasach najdawniejszych) jeśli na Wężogłowego boga urodzaju będą mówić „Jezus” zamiast „Acancogua”, zaś boga-jastrzębia walczącego z wężem zaczną tytułować „świętym Jerzym”. Kosmetyka dotychczasowego wyznania nie objęła dogmatu o pierworodnym poczęciu i trójcy świętej, jako zbyt mało wiarygodnych.
Każda osoba parająca się szeroko pojmowaną twórczością chce, żeby jego dzieła trwały. Życzyłbym sobie, aby płyta Klangu po stu latach była przyczyną wielkiej sromoty w siedzibie madryckiego Towarzystwa Kartograficznego.
Historia to piękna dziedzina. Zwłaszcza ta, o której mówi się niezbyt chętnie. O ileż więcej mielibyśmy pasjonatów dziejów naszego kraju, gdyby – w ramach reklamy – każdy podręcznik do historii zaczynał się od słów „Kazimierz Wielki, pomimo otoczki cnoty i rozwagi, trzykrotnie w swoim życiu zapadał na trypra, zwanego dzisiaj rzeżączką. Ale żeby do tego doszło, państwowość polska musiała przejść długą drogę: a wszystko w sposób umowny rozpoczęło się w roku 966, kiedy to jego prapraprzodek, Mieszko I postanowił przyjąć chrzest…”
Ej, przed sześciuset laty
Kniaź Bolko Zezowaty
I oznajmił po pańsku
Że urządza festiwal
- kto budiet pirszy spiwał?
Błysneły kirysy
Diuk Pyskomir z Brzegu
Każdy taki cudny
Kiejby Wiesław Gołas
A Jeden paskudny:
Miećko Ćwiek z Głuchołaz
Dał znak swym koncerzem
Poczem włożył bambosze
Usiadł przy sekretarce
I zaczęły się harce
Z Brzegu diuk Pyskomir
Ten śpiewa o babce
A tamten o bitwie
A skończył na Litwie
W Opolu na trawniku
Pochwalił zawodników.
- No, teraz ta wywłoka…
I z Brzegu nad Odrą
Twarzą do narodu
I jak pieśń zasunie
To publika chodu!
Nagrodził tę ofermę.
Zdjął z szyi złoty łańcuch
Obdarował podleca Mruknął:
- Na, masz skubańcu!
I klepnął go po plecach.
W gronie swych kolegow
- Za co ta nagroda,
Toć-żesz wył jak Burek!
Rzekł: – Słuchaj narodzie!
Ćwok zasłużył na premię
Wyraził się przyjemnie,
Na błahe tematy
Przeto Ćwoka chwalę
Gdyż ma rację, bestia,
Że nie zez to wcale
Jeno po prostu spojrzenie skoncentrowane
Na najważniejszych problemach
I kwestiach!
„Ballada o rycerzu Ćwoku”

References: art. 5
 art.5
 art. 45
 art. 80
 art. 83
 art. 113