Source: http://www.bhp.org.pl/News-startrow-751.html
Timestamp: 2020-02-23 01:48:55+00:00

Document:
Autor : bhpekspert dnia 20-12-2002 - 00:23 | 3519 raz(y) oglądano.
artykułów : Ksiądz na rykowisku
Ksiądz na rykowisku
Wielebny staje przed sądem za to, że pieniędzmi, koniakiem oraz winem mszalnym chciał przekupić strażnika leśnego, który nakrył go w samochodzie z panienką.
Jacek Piwowarczyk pracuje w Nadleśnictwie Przytok – siedziba w Zielonej Górze. W październiku 2000 r. zauważył w lesie dwa samochody: Nissana Primerę oraz Volkswagena Golfa. Oba stały w miejscu niedozwolonym. Podszedł do Nissana i zapukał w zaparowaną szybę. – Straż leśna. Proszę okazać dokumenty – powiedział. W aucie coś zaszurało i gruchnęło. Mężczyzna zaczął gwałtownie kompletować garderobę.
– Nie pokażę żadnych dokumentów! – wydyszał do strażnika. – Ty też niczego nie pokazuj! Jedź stąd! – rozkazał siedzącej obok kobiecie. Niewiasta natychmiast posłuchała. Mężczyzna zaś wskoczył do Golfa i także się oddalił. Uciekali nadaremnie. Strażnik Piwowarczyk zapisał numery rejestracyjne obu samochodów i zrobił im zdjęcia.
Łatwo było ustalić, że właścicielem Nissana jest Tadeusz Z. mieszkaniec Grotowa. W książce telefonicznej znalazł numer do pana Tadzia. Raz zadzwonił – nic. Drugi raz – nic. Za trzecim razem odezwała się automatyczna sekretarka, która zakomunikowała, że dodzwonił się do parafii w Grotowie. Pan Jacek dryndnął do sołtysa Grotowa.
– Tadeusz Z. był u nas proboszczem, ale go wywalili za jakieś machlojki finansowe. On ma jakąś babę w Zielonej Górze – rozjaśnił sytuację sołtys.
Piwowarczyk znał tożsamość sprawcy wykroczenia polegającego na wjeździe do lasu pojazdem silnikowym, ale nadal nie wiedział, gdzie ów sprawca przebywa. A bez tego nie mógł dostarczyć wezwania na przesłuchanie. Bo sprawa nabrała wagi. Gdyby ksiądz i dama pokazali papiery, wszystko skończyłoby się na mandacie. Jakieś 3–4 dychy od głowy. Teraz obojgu groziło kolegium.
Ksiądz Z. nie mógł spać po nocach. Pamiętał błyski flesza, a na skandalu mu nie zależało. Zaczął szukać dojścia. U jednego z leśników zostawił swój numer telefonu. Sądził, że leśni ludzie lubią wypić, dlatego pewnego dnia udał się do kolegi Piwowarczyka, również pracownika nadleśnictwa, i zostawił u niego butelkę mszalnego wina: – To dla strażników. Z przeprosinami – obwieścił.
Wino choć pełne magicznych mocy, marki było raczej podłej. "Sofia" nasza powszednia.
Jacek Piwowarczyk zadzwonił do księżula, żeby wezwać go na rozmowę wyjaśniającą. Wielebny stwierdził, że przyjedzie, ale za nic nie chciał się zgodzić na wizytę w nadleśnictwie.
– Pan rozumie. Jestem księdzem...
Spotkali się w terenie. Kapłan sugerował, żeby sprawie ukręcić łeb. Zaproponował butelkę koniaku. Strażnik swoje. Ksiądz wyciągnął gotówkę. Strażnik nadal, że kolegium. Wtedy poirytowany kapłan wyciągnął spod kurtki kamerę i zaczął wrzeszczeć:
– Oddaj 200 złotych! Dałem ci pieniądze! Teraz mi je oddaj! Piwowarczyk zrozumiał, że to prowokacja. Wsiadł do samochodu i odjechał. Ksiądz nie dawał za wygraną. Biegł i filmował. Następnie z wyreżyserowanym przez siebie filmem udał się do nadleśnictwa.
Tam zaprezentował dzieło nadleśniczemu.
– Piwowarczyk przyjął ode mnie łapówkę. Nie zależy mi na ukaraniu strażnika. Za jego grzechy rozliczę go w godzinie śmierci. Chodzi o to, żeby oddał moje pieniądze. I wszyscy zapomnimy o sprawie – stwierdził kapłan po projekcji.
Filmik nie był jednak zbyt ciekawy. Na ekranie pojawił się jedynie kawałek dachu auta, słychać bełkot księdza. Nadleśniczy słusznie stwierdził, że na tej podstawie nie można uznać, że Piwowarczyk wziął księżą kasę.
Widząc, co się święci, strażnik sporządził notatkę służbową. Domagał się od zwierzchnika, żeby sprawą zajęła się prokuratura. Czekał miesiąc – nadleśnictwo nie powiadomiło organów ścigania. Za to załatwiło sprawę z księdzem wypisując mu mandat za nielegalny wjazd do lasu – 40 zł.
Załatwiono też Piwowarczyka karząc go naganą z wpisaniem do akt za wykonywanie czynności służbowych niezgodnie z regulaminem. No to strażnik Piwowarczyk poszedł do prokuratury. Złożył zawiadomienie o popełnieniu przez księdza przestępstwa polegającego na złożeniu obietnicy udzielenia korzyści majątkowej w zamian za odstąpienie od wykonywania czynności służbowych.
Wszczęto śledztwo. Ksiądz zeznał, że feralnego dnia przebywał w lesie. W towarzystwie bratowej oraz pijanego brata, który spał na tylnym siedzeniu Nissana. Początkowo nie chciał podać adresu ani innych danych krewnych, z którymi dotleniał się wśród drzew. Później poinformował, że brat mieszka w województwie podkarpackim, a rzekoma bratowa w Zielonej Górze i na dodatek nosi całkiem inne nazwisko. Księżulo przyznał, że wręczył leśnikom mszalne wino i że proponował Piwowarczykowi butelkę koniaku. Stwierdził, że dał strażnikowi 200 zł, lecz nie po to, żeby go przekupić, ale... w celu zrealizowania filmu, który miał sprowadzić występnego strażnika na drogę cnoty. Zdaniem księdza Piwowarczyk szantażował go i zmuszał do wręczenia łapówki twierdząc, że wielebny ma poważniejsze przestępstwa na sumieniu niż tylko pobyt w lesie. Wyjdą one na jaw, gdy ksiądz stanie przed kolegium. Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa klecha potraktował jako zemstę.
Prokuratura nie dała wiary tym wyjaśnieniom i postawiła kapłanowi zarzuty, a następnie skierowała do sądu akt oskarżenia.
W dokumencie nazwanym przez siebie oświadczeniem końcowym ks. Tadeusz Z. napisał: Wiem, że powołanie sędziego, prokuratora i księdza jest trudne, zwłaszcza w naszych czasach. Myślę, że i tak cel osiągnąłem – choć na ciernistej drodze. Wierzę, że Piwowarski (chodzi o Piwowarczyka – przyp. M.M.) już nigdy nie wejdzie na tą drogę. Ja daruję J.P. tę próbę zemsty na mojej osobie i wszelką krzywdę.
Ksiądz Tadziu powinien wybaczyć papieżowi. To on przez uporczywe trwanie przy idei celibatu i grzeszności seksu sprawia, że księża rozładowujący seksualną energię muszą gzić się i kryć po lasach, a przyłapani wpadają w panikę, jak gdyby popełnili zbrodnię.
PS W czasie zbierania informacji pojawiły się kolejne wątki związane z działalnością księdza Tadzia, a także Nadleśnictwa Przytok. Oznacza to, że do sprawy przypuszczalnie wrócimy.
(|931 słów więcej|| | )
Autor : Edward dnia 19-12-2002 - 06:48 | 4478 raz(y) oglądano.
artykułów : Nowa ustawa wypadkowa wchodzi w życie 1.01.2003
Nowa ustawa wypadkowa wchodzi w życie 1.01.2003
Nowa ustawa wypadkowa wchodzi w życie 1.01.2003 Tam, gdzie praca będzie się wiązała z wyższym ryzykiem, pracodawcy będą płacić wyższe składki z tytułu wypadków przy pracy. Wysokość składek będzie ustalana corocznie dla pracodawców zatrudniających co najmniej 10 osób. Firmy, które będą poprawiać warunki i bezpieczeństwo pracy, będą mogły liczyć na obniżkę tej składki. Takie rozwiązania mają zmobilizować płatników składek do podnoszenia standardów i bezpieczeństwa pracy. Przyjęto też nową definicję wypadku przy pracy. Za wypadek przy pracy uznaje się tylko takie zdarzenia, które powodują uraz lub śmierć ubezpieczonego. W myśl nowych zapisów za wypadki przy pracy nie będą uznawane wypadki bezurazowe, gdyż nie powodują one żadnych negatywnych skutków w stanie zdrowia osoby ubezpieczonej. Ustawa wyłącza również ze świadczeń z tytułu wypadków przy pracy wypadki do i z pracy. Świadczenia te będą wypłacane z ubezpieczenia rentowego i chorobowego, a nie wypadkowego. Projektodawcy wyszli bowiem z założenia, że zdarzenia nie mające związku z warunkami pracy występującymi w miejscu pracy, nie pozwalają na finansowanie ich z funduszu zasilanego przez pracodawców. Świadczenia wypłacane z funduszu wypadkowego będą takie jak dotychczas, ale zasiłek chorobowy będzie wypłacany w wysokości 100 proc. podstawy wymiaru już od pierwszego dnia niezdolności do pracy. Poprzednio przysługiwał dopiero po 35 dniach choroby wywołanej wypadkiem przy pracy. Za pierwsze 35 dni choroby zasiłek wypłacał pracodawca. Podobnie jak było to poprzednio będzie można pobierać rentę wypadkową łącznie z emeryturą. Jednakże osoba, która otrzymywać będzie oba te świadczenia (do wyboru - jedno w całości, drugie w 50 proc.) nie będzie mogła uzyskiwać dodatkowych dochodów. Osiąganie ich spowoduje konieczność rezygnacji z jednego z tych świadczeń. Wszystkie świadczenia w myśl nowej ustawy będą wypłacane z funduszu wypadkowego przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Dotychczas zakłady sektora publicznego były zobowiązane do wypłaty części świadczeń z tytułu ubezpieczenia wypadkowego, co stawiało je w gorszej sytuacji w stosunku do przedsiębiorców prywatnych. Ponadto ustawa zakłada, że fundusz wypadkowy będzie przeznaczał część środków (maks. 1 proc.) na prewencję wypadkową. Będą one przeznaczone na finansowanie np. badań przyczyn i skutków wypadków przy pracy i na prace naukowo-badawcze w tym zakresie.
Aby wyświetlć treść ustawy kliknij na Edward i otwórz Moja Strona WWW
(|357 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 19-12-2002 - 05:53 | 4222 raz(y) oglądano.
artykułów : Wychowanie seksualne naszych najmłodszych 19.12.2002
Osaczeni przez seks
Jak kolorowe pisma uświadamiają nasze dzieci
Jaką długość ma przeciętny penis w trakcie wzwodu? Kopulacja to spółkowanie czy może rzadka choroba żyraf? W skład kobiecych dróg rodnych wchodzi pochwa czy moszna?". To nie cytaty z amerykańskiego sitcomu tylko pytania z testu "Uświadomiona czy zielona?" zamieszczonego w grudniowym numerze miesięcznika Popcorn. Test znajduje się jednak nie w dziale "porady", lecz w rubryce "rozrywka".
Sprawą - po interwencji dziennikarzy Radia Kraków - obiecali zająć się eksperci rzecznika praw dziecka. Popcorn jest bowiem czytany głównie przez gimnazjalistów i uczniów szkół podstawowych. Test przeczytany na antenie wywołał lawinę telefonów oburzonych słuchaczy, ale Paweł Kierenko z biura rzecznika jest raczej ostrożny w ocenie możliwości pociągnięcia wydawcy do odpowiedzialności. - Zamieszczanie podobnych tekstów w gazetach nie jest w świetle polskiego prawa przestępstwem, dlatego trudno wyciągać wobec wydawców jakieś konsekwencje - podkreśla Kierenko.
Możesz zacząć się czerwienić...
Redaktor naczelna pisma Iwona Ignatowska nie widzi problemu. Twierdzi, że tego typu słownictwo znajduje się w podręcznikach szkolnych. Teresa Król, autorka podręczników, uważa natomiast, że podobne "testy" pozbawione są jakiejkolwiek wartości edukacyjnej. - Są wręcz szkodliwe, bo epatują nazewnictwem biologicznym odartym z jakiegokolwiek kontekstu: społecznego, etycznego czy uczuciowego. Nie ma tu nawet związków przyczynowo-skutkowych, chodzi wyłącznie o wywołanie w czytelnikach szczególnego rodzaju emocji - wylicza Król.
Podobne opinie można usłyszeć od psychologów zajmujących się dojrzewaniem. - To jakiś obłęd! Wszyscy czują się dziś w obowiązku uświadamiać dzieci, gwałcąc je przez oczy i uszy, przy kompletnym ignorowaniu dziecięcej psychiki - zauważa Teresa Piotrowska, terapeutka. - Niestety, wulgarny styl rozmawiania o "tych sprawach" z dziećmi preferowany jest także przez wielu seksuologów nadających ton pseudoporadnictwu w pismach młodzieżowych. Co gorsza, całkiem niedawno mieliśmy próbę przeszczepienia tego stylu na grunt szkolny - dodaje Piotrowska, przypominając głośną ankietę rozesłaną do szkół przez PCK. "Podchwytliwe" pytania w rodzaju: "Czy to prawda, że wysocy i dobrze zbudowani mężczyźni mają dłuższe penisy niż niscy i szczupli?", miały pomóc w rozwiązaniu języków na lekcji wychowawczej. - Nastąpiło pomieszanie, czy wręcz odwrócenie, porządków. Brak zahamowań w mówieniu o sprawach intymnych utożsamiany jest z uświadomieniem seksualnym. Zupełnie jak na podwórku - twierdzi Piotrowska.
"Możesz zacząć się czerwienić, bo w temacie seksu jesteś zielona jak szczypiorek na wiosnę. Jeżeli nie chcesz się dłużej ośmieszać, zacznij się interesować swoim ciałem" - radzi Popcorn tym czytelniczkom, które oblały jego test. Ale samo zainteresowanie ciałem to mało. Wiedzę warto zweryfikować w praktyce. W innych, publikowanych wcześniej quizach znajdujemy dużo śmielsze puenty: "Radzimy ci, abyś częściej dawał ujście parze", "W naszym teście możesz sprawdzić, ile czadu tkwi w Tobie", "Czy wiesz, że masz w sobie głęboko ukryty sex appeal?".
Nieśmiałe typy dawno wyszły z mody
Problem z pismami młodzieżowymi nie polega tylko na epatowaniu śmiałym słownictwem. - Znajdujemy tam często elementy wprost sformułowanej perswazji, zachęty do podejmowania jak najwcześniejszych kontaktów seksualnych - zwraca uwagę Król. I rzeczywiście, w jednym z pism czytamy: "Odważ się wreszcie zaczepić tego przystojnego chłopca z sąsiedniej działki", w drugim: "Przebywaj w dzikich zakątkach, a wieczorami podrywaj chłopaków". Czy wręcz: "Pocałuj go delikatnie w usta, spójrz mu głęboko w oczy. Dotknij go delikatnie w jego męskość". To dobre rady dla Małgosi. Do Jasia wali się już prosto z mostu: "Nie zapomnij cholernej prezerwatywy. Zanim zaczniesz, pamiętaj o niej. Załóż lateks!".
Ważne, by utwierdzać Małgosię, że w swym wyluzowaniu nie jest sama. Przekonanie odbiorcy, że "trzeba być jak inni", czyli stosowanie tak zwanej kategorii powszechności, to jedno z podstawowych przykazań tak propagandy, jak reklamy. Stąd w cytowanych czasopismach aż roi się od określeń w rodzaju: każdy, wszyscy, szeroki, miliony, wiele, na całym świecie itp. Wrażenie powszechności potęguje fakt, że o codziennej "gimnastyce erotycznej" mówią znani i lubiani, gwiazdy filmu i muzyki.
Od takiej sugestii już tylko krok do presji na pewien postulowany typ zachowania: "Kiedyś rezerwa należała do dobrego tonu. Dziś nieśmiałe typy dawno wyszły z mody". Sugerowanie młodzieży określonych zachowań przejawia się również w typowych dla psychozabaw zwrotach typu: "Czy już (coś zrobiłeś)?" - które też stanowią jeden z rodzajów presji, na przykład: "Czy masz już za sobą ten pierwszy raz"?, "Czy przeżyłaś już kiedyś orgazm"?, "Sexy-filmy na kasetach video: Czy widziałeś już kiedyś jeden z nich?".
Nic dziwnego, że niektóre pytania ankietowe i sytuacje opisane w testach zakładają, iż konsekwentna presja już odniosła postulowany skutek, na przykład: "W czasie intymnych pieszczot twój chłopiec proponuje ci coś, czego nigdy nie próbowaliście. Jak reagujesz?".
(Czytaj więcej... 'Wychowanie seksualne naszych najmłodszych 19.12.2002' |1650 słów więcej|| | )
Autor : urlop dnia 18-12-2002 - 05:35 | 8281 raz(y) oglądano.
artykułów : Kto naprawdę zabił księdza Jerzego Popiełuszkę? 18.12.2002
Kto naprawdę zabił księdza Jerzego Popiełuszkę? Tylko trzy fakty są pewne w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki: data porwania (19 października 1984 r.), śmierć księdza i data wyłowienia ciała z wody (30 października 1984 r.). Wszystko inne zostało w różnym stopniu sfingowane lub zafałszowane. Dowodzą tego zeznania kilkudziesięciu świadków, których przesłuchali prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej pracujący pod nadzorem prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Z tych zeznań oraz z analizy dokumentów procesu toruńskiego (z 1984 r.), a także z nowych ekspertyz, wynika, że w zbrodnię było uwikłanych kilkadziesiąt osób, a nie tylko cztery skazane w procesie. Kiedy milicja poszukiwała zwłok księdza Popiełuszki, kapłan najprawdopodobniej jeszcze żył. Wiele wskazuje na to, że zamordowano go tydzień po porwaniu. Przez ten czas był prawdopodobnie przesłuchiwany w jednym z bunkrów w Kazuniu. Możliwe, że skazani w procesie toruńskim Piotrowski, Pękala i Chmielewski siedzieli już w areszcie, gdy w centrali SB dopiero podjęto decyzję o zabiciu księdza.
Uwolnienie Jerzego Popiełuszki mogłoby doprowadzić do oskarżenia znacznie większej liczby osób zaangażowanych w porwanie. Mogłoby też odsłonić metody działania grupy D, która składała się ze specjalnych komand z nieograniczonymi pełnomocnictwami. Czy zabicie kapłana uznano za mniejsze zło? Jedna z wersji śledztwa zakłada, że gdy w Warszawie zastanawiano się, co zrobić z porwanym, przesłuchujący księdza funkcjonariusze zbyt mocno go pobili i już nie odzyskał przytomności. Potem cała aktywność centrali SB skupiła się na ukrywaniu i fałszowaniu tego, co się naprawdę wydarzyło. W dwóch operacjach - o kryptonimach "Teresa" i "Robot" - kilkudziesięciu funkcjonariuszy SB zacierało ślady, niszczyło dokumenty, zastraszało świadków. Jedna z ekip miała się udać do Kazunia, gdzie zdezynfekowano wnętrze bunkra, w którym przetrzymywano księdza Popiełuszkę. To funkcjonariusze z tej grupy mieli sprawdzać, na jakich drogach nie było posterunków milicji, a potem tamtędy wyznaczyli trasę, którą rzekomo mieli się poruszać Piotrowski i jego ludzie.
"Skręcone" śledztwo
Świadkowie, których od maja 2002 r. przesłuchują prokuratorzy z lubelskiego oddziału IPN, w tym byli funkcjonariusze SB, obawiają się o własne życie. Twierdzą, że osoby zamieszane w porwanie i zabójstwo wciąż mają długie ręce. - Jeśli w przeddzień przesłuchania w najpilniej strzeżonym areszcie ginie człowiek podejrzany o zabójstwo ministra sportu Jacka Dębskiego, to jest to wyraźny sygnał, że nikt nie powinien się czuć bezpieczny - mówi Jan Olszewski, oskarżyciel posiłkowy podczas procesu toruńskiego. - To nie jest pierwsza lepsza sprawa kryminalna. Tu przeciwko świadkom staje aparat bezpieczeństwa PRL ze strukturami i powiązaniami funkcjonującymi do dzisiaj - mówi "Wprost" prokurator Andrzej Witkowski.
- Wiele wpływowych osób nadal nie jest zainteresowanych, by prawda ujrzała światło dzienne, bo za tą zbrodnią stało MSW. Gdy dowiedziałem się, jak zostało "skręcone" śledztwo w sprawie ustalenia wszystkich winnych zabójstwa księdza Popiełuszki, nakazałem Instytutowi Pamięci Narodowej wszczęcie śledztwa - mówi Zbigniew Wasserman, szef Prokuratury Krajowej, gdy ministrem sprawiedliwości był Lech Kaczyński.
Kiedy naprawdę zginął ksiądz Popiełuszko?
Z zeznań nowych świadków wynika, że ciało księdza Popiełuszki wrzucono do zbiornika we Włocławku dopiero 25 lub 26 października. Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego i Leszka Pękalę zatrzymano 23 października. Dzień po aresztowaniu Chmielewski wskazał miejsce, gdzie miały się znajdować zwłoki księdza. Ciało znaleziono jednak dopiero 30 października, czyli po pięciu dniach poszukiwań. Jeden z nurków ponoć zeznał, że gdyby ciało rzeczywiście było tam, gdzie je w końcu znaleziono, to zostałoby odkryte już 26 października. Zdaniem tego świadka oraz innych uczestników poszukiwań, przed 30 października zwłok nie było w miejscu wskazanym przez Chmielewskiego. Oznaczałoby to, że nie wiedział on, gdzie razem z Piotrowskim i Pękalą wrzucili zwłoki do wody! W żadnej z kilku opinii lekarskich nie określono daty śmierci. Nie ustalono też, jak długo zwłoki księdza znajdowały się w wodzie.
Hipotezę, że ksiądz Popiełuszko zginął tydzień później, niż dotychczas sądzono, i tydzień później wrzucono jego ciało do wody, weryfikują trzej profesorowie medycyny sądowej, powołani przez prowadzących śledztwo. Sprawdzają zawartość żołądka i stopień rozkładu pokarmów, co pomoże ustalić faktyczną datę śmierci. - Przyznaję, że mamy nowe ustalenia dotyczące śmierci księdza Popiełuszki, ale za wcześnie, by mówić o przełomie. Te nowe ustalenia mogą jednak oznaczać przełom - przyznaje "Wprost" prokurator Andrzej Witkowski. - Mamy materiał dowodowy na sto procent, a musimy mieć na dwieście, żeby nie było wokół sprawy żadnych wątpliwości.
Co ukrywa Grzegorz Piotrowski?
Jedna z hipotez śledztwa zakłada, że ksiądz Popiełuszko został uprowadzony przez Piotrowskiego, Pękalę i Chmielewskiego, a następnie przekazany innym funkcjonariuszom, którzy działali w ramach grupy D. To oni przez kilka dni przesłuchiwali, bili i torturowali księdza w bunkrze w Kazuniu, a potem wrzucili ciało do zbiornika we Włocławku. Funkcjonariusze z grupy D prawdopodobnie torturami chcieli nakłonić księdza do podpisania oświadczenia o współpracy z SB. Wówczas można byłoby go uwolnić i szantażować. Śmierć księdza mogła być "wypadkiem przy pracy". Popiełuszko zmarł w wyniku wstrząsu po długotrwałym biciu i dręczeniu. Może to potwierdzać fakt, że wielu poważnych ran odkrytych na ciele zamordowanego księdza w toku śledztwa i procesu nie udało się przypisać żadnemu z oskarżonych o tę zbrodnię, mimo że szczegółowo opisywali, w jaki sposób bili ofiarę.
Od momentu ucieczki Waldemara Chrostowskiego, kierowcy księdza, cała wiedza o tym, co się działo z Popiełuszką, jest oparta na zeznaniach oskarżonych w procesie toruńskim. - Podczas procesu mogliśmy szukać dowodów wyłącznie w materiałach dostarczonych przez MSW, które ściśle kontrolowało zarówno zawartość akt śledztwa, jak i to, co się działo w toku samej rozprawy - wspomina Jan Olszewski. MSW wybrało też obrońców dla Piotrowskiego, Pękali i Chmielewskiego. W listopadzie 1984 r. podczas posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR gen. Kiszczak mówił: "Nam zależy z różnych względów, żeby to byli obrońcy, którzy by, że tak powiem, nie poszerzali sprawy poza fakt uprowadzenia i zabójstwa". "W 1984 r., aby udowodnić dokonanie tej zbrodni czterem i tylko czterem osobom, użyto całej potęgi MSW. Wielka liczba ludzi, nieograniczone środki finansowe i techniczne umożliwiły realizację tego zadania" - mówił w 1992 r. sędzia Jarosław Góral na procesie generałów Władysława Ciastonia i Zenona Płatka, oskarżonych o kierowanie zabójstwem księdza (w ubiegłym tygodniu Ciastoń został uniewinniony).
Wspomniane operacje pod kryptonimami "Teresa" i "Robot" rozpoczęto natychmiast po aresztowaniu grupy Piotrowskiego. Nadano im klauzulę najwyższej tajności, a nadzór nad nimi sprawowało ścisłe kierownictwo MSW. Fakt, że takie operacje prowadzono, wyszedł na jaw dopiero w 1992 r., po odtajnieniu materiałów MSW, które były potrzebne podczas procesu generałów Ciastonia i Płatka. Szczegółów operacji możemy nie poznać nigdy, bo większość materiałów została zniszczona. Jednym z elementów operacji "Teresa" było skłonienie oskarżonych do złożenia konkretnych zeznań, a potem pilnowanie, by nie rozmawiali oni z nikim o szczegółach porwania i zabójstwa księdza. W trakcie ich pobytu w więzieniu podczas każdego widzenia z rodziną był obecny funkcjonariusz SB, który uprzedzał, że przerwie widzenie, jeśli rozmowa będzie dotyczyć okoliczności zabójstwa.
- Kluczem do poznania prawdy o zabójstwie księdza Popiełuszki jest Grzegorz Piotrowski. Przez cały proces znakomicie grał swoją rolę: swobodnie, z aktorskim talentem składał ustalone wcześniej, co dało się wyczuć, zeznania. Dopiero gdy prokurator zażądał kary śmierci, wyraźnie się zdenerwował - pot wręcz lał mu się z czoła. Widać było, że wtedy się bał, iż przełożeni z resortu go oszukają i nie dotrzymają przyrzeczonych gwarancji - opowiada Jan Olszewski. Amnestia, jak mówił Piotrowski w rozmowie z dziennikarką "Wprost" w 1997 r., na mocy której zmniejszono mu wyrok do 15 lat, została przez niego wymuszona, a wręcz "zrobiona pod niego".
Kto kierował zabójstwem księdza Popiełuszki?
Nadzorujący obecne dochodzenie prokurator Andrzej Witkowski już na początku lat 90. prowadził śledztwo i próbował ustalić, kto rzeczywiście kierował zabójstwem księdza Popiełuszki. Wówczas śledztwo zostało wszczęte na podstawie zawiadomienia, jakie złożył w prokuraturze płk Adam Pietruszka, jedyny oskarżony i skazany przełożony Piotrowskiego i jego ludzi. Oskarżył on gen. Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW, oraz gen. Zbigniewa Pudysza, dyrektora Biura Śledczego MSW, o inspirowanie zabójstwa księdza Popiełuszki.
Witkowski uważa, że działania prowadzone wobec księdza Popiełuszki nie były niczym wyjątkowym. Była to działalność rutynowa. - Ludzie sobie wyobrażają, że bezpieka to było zbiorowisko ludzi, którzy robili, co im się podobało. Że jakichś trzech ubeków mogło na własną rękę kogoś pobić czy uprowadzić. To bzdura. Tam każda czynność była zaplanowana, a plany zatwierdzane przez przełożonych. Potem kogoś wyznaczano do realizacji, a ktoś inny pisał sprawozdanie. Tam nic nie działo się w sposób spontaniczny - opowiada prof. Jan Widacki, były wiceminister spraw wewnętrznych. - Kiedy Witkowski prowadził śledztwo, to wiedziałem od niego, że pewne ustalenia wskazywały, iż odpowiedzialność sięgała poza generałów Ciastonia i Płatka.
Dynamit, który mógł wysadzić MSW i władze partyjne
W 1991 r. prokurator Witkowski aresztował generałów Ciastonia i Płatka. Potem Witkowski planował przedstawić zarzuty gen. Czesławowi Kiszczakowi. Poinformował o tym ówczesne kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości. Kilka dni później, 3 grudnia 1991 r., Witkowski został wezwany do ministerstwa, gdzie otrzymał polecenie, by następnego dnia o ósmej rano rozpoczął pracę w prokuraturze w Lublinie. - Kiedy szukałem wsparcia, by móc dalej prowadzić śledztwo, poszedłem do prezydenta Wałęsy. Od prof. Lecha Falandysza usłyszałem wtedy: "Ja pana bardzo wysoko oceniam, ale jednocześnie jest mi pana bardzo szkoda. Bo widzi pan, u nas nie było rewolucji, tylko ewolucja". Długo się nam tym zastanawiałem i coraz więcej rozumiem z tamtej wypowiedzi - mówi dziś Witkowski. - W MSW byliśmy kompletnie zaskoczeni odwołaniem Witkowskiego. Zdawaliśmy sobie sprawę, że odwołanie prokuratora w takim momencie i przekazanie materiału, który on zbierał przez 2-3 lata, komuś, kto nie zna sprawy, rokuje jak najgorzej - wspomina prof. Widacki.
W 1992 r. podczas procesu Ciastonia i Płatka oskarżyciele posiłkowi Krzysztof Piesiewicz i Edward Wende wnioskowali o ponowne skierowanie sprawy do prokuratury, gdyż chcieli, by oskarżeniem objęto inne osoby, w tym gen. Kiszczaka. Sąd oddalił jednak ten wniosek, a później wydał wyrok uniewinniający. Podczas nowego procesu, po apelacji oskarżycieli posiłkowych, Wende podkreślał, że gdyby oskarżeni w Toruniu zaczęli mówić na procesie prawdę, to byłby to "dynamit, który mógł wysadzić zarówno MSW, jak i władze partyjne". Przed sądem Wende powtarzał: "Odpowiedzialność za zbrodnię zamordowania księdza spada także na inne osoby, w tym na ówczesne kierownictwo MSW z gen. Kiszczakiem na czele oraz na kierownictwo Biura Politycznego PZPR".
(|1612 słów więcej|| | )
Autor : bhpekspert dnia 17-12-2002 - 14:00 | 3529 raz(y) oglądano.
artykułów : Zginął górnik w kopalni "Rydułtowy" 17.12.2002
Zginął górnik w kopalni "Rydułtowy"
26-letni górnik zginął, a trzech innych odniosło poważne obrażenia w wypadku, do którego doszło w nocy z poniedziałku na wtorek w kopalni "Rydułtowy" na Śląsku - poinformował Wyższy Urząd Górniczy (WUG).
"Na czterech pracowników oddziału elektrycznego najechały trzy wozy transportowane po torach za pomocą liny. Jeden z górników po wywiezieniu na powierzchnię już nie żył, pozostali trafili do szpitala" - powiedział PAP dyrektor ds. pracy w kopalni Henryk Manek.
Trzej górnicy leczeni są w szpitalu w Rydułtowach. Dwaj mają po 28 lat, trzeci 39. Ich życiu nie grozi obecnie bezpośrednie niebezpieczeństwo. Mają m.in. stłuczenia klatki piersiowej, urazy kręgosłupa i kończyn. Jeden z nich stracił lewą nogę poniżej kolana.
"Stan pacjentów jest stabilny, obecnie nie ma bezpośredniego zagrożenia dla ich życia. Jeden przebywa na oddziale chirurgii ogólnej, dwaj na oddziale urazowo-ortopetycznym. Jeden z górników jest już po operacji amputacji podudzia" - powiedział PAP dyrektor szpitala w Rydułtowach Zbigniew Łyko.
Do wypadku doszło w tzw. pochylni, ponad 800 metrów pod ziemią, przy transporcie materiałów górniczych. Były one umieszczone w wagonikach podziemnej kolejki, które przetaczano po torach na spągu (podłodze) wyrobiska przy pomocy nawiniętej na kołowrót liny.
Dlaczego wagoniki najechały na górników, wyjaśnią specjaliści z Okręgowego Urzędu Górniczego w Rybniku. Dyr. Manek nie chciał przesądzać, czy mogło dojść np. do zerwania liny i niekontrolowanego stoczenia się wozów, czy też wagoniki jechały prawidłowo, a przyczyna wypadku była inna.
Jego zdaniem, jest zbyt wcześnie, aby wyrokować, czy przyczyną wypadku mógł być ludzki błąd.
Jedna z głównych zasad pracy górniczej daje jednak wyraźny zakaz wchodzenia na drogę transportu. Tymczasem właśnie przy transporcie dochodzi do wielu wypadków. Bywa, że górnicy skracają sobie drogę idąc drogami transportowymi. Na razie nie wiadomo, czy tak było w tym przypadku.
Zmarły górnik jest już 32 ofiarą pracy w kopalniach węgla kamiennego w tym roku i piątą w kopalni "Rydułtowy". 23 marca doszło tam do zapalenia metanu, co spowodowało pożar. Poparzonych zostało 10 górników. Kilkanaście dni później trzej z nich zmarli w wyniku ciężkiej choroby oparzeniowej.
20 lipca w tej samej kopalni zginął 35-letni górnik - maszynista elektrowozu. Do wypadku doszło 600 metrów pod ziemią. Kiedy zderzyły się dwa elektrowozy, jeden z nich się przewrócił, przygniatając maszynistę do obudowy chodnika.
(|380 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 17-12-2002 - 06:20 | 3739 raz(y) oglądano.
artykułów : Radon stopien zagrożenia 17.12.2002
Radonowy uskok
Instytut Fizyki Jądrowej złożył władzom miejskim ofertę przebadania krakowskich piwnic, pubów i obiektów użyteczności publicznej
Uskok tektoniczny nieopodal Willi Decjusza zainteresował naukowców z Instytutu Fizyki Jądrowej
Naukowcy z Zakładu Fizyki Środowiska i Transportu Promieniowania Instytutu Fizyki Jądrowej im. Henryka Niewodniczańskiego w Krakowie zakończyli badania obszaru Woli Justowskiej. Celem przedsięwzięcia było określenie stopnia zagrożenia tego terenu radonem - promieniotwórczym gazem, powstającym podczas rozpadu radu, naturalnego pierwiastka promieniotwórczego. Wyniki tych badań zostaną opublikowane w styczniu 2003 w specjalistycznej prasie naukowej. - W niektórych krajach świata tworzy się mapy radonowe. Dysponują już nimi Niemcy, Anglicy i Czesi. W Polsce do problemu nie przywiązuje się jeszcze aż tak dużej uwagi - wyjaśnia dr Krzysztof Kozak z Laboratorium Promieniotwórczości Naturalnej IFJ.
Radon migruje z gleby do powietrza. Wykorzystując różnice ciśnień, przenika do wnętrza budynków i gromadzi się w piwnicach oraz innych, niżej ulokowanych, pomieszczeniach. Jego bardzo duże, ponadnormatywne stężenia nie są obojętne dla ludzkiego zdrowia. Dlatego w wielu krajach każdy proces inwestycyjny poprzedzają - nierzadko obligatoryjne - analizy stężenia radonu w glebie. Gdy jest ono zbyt wielkie - zmienia się plany albo stosuje specjalne technologie budowlane. W istniejących już budowlach uszczelnia się zaś fundamenty oraz te miejsca w bryle budynku, którymi do jej wnętrza wprowadzone są przewody i rury.
- Nasze zainteresowanie Wolą Justowską wzięło się stąd, że właśnie tutaj, nieopodal Willi Decjusza, znajduje się uskok tektoniczny. Uznaliśmy, że w tym miejscu, w powietrzu glebowym, powinno być dość dużo radonu. Przypuszczenia te się potwierdziły - relacjonuje dr Krzysztof Kozak. Naukowcy przebadali ok. 70 budynków. Choć w otaczającej domy glebie rzeczywiście wykrywano duże stężenia radonu, to już wewnątrz budowli zwykle bywało ono umiarkowane i mieściło się w granicach obowiązujących norm. Zdaniem naukowców, dostrzeżona prawidłowość to konsekwencja dobrej kondycji technicznej tutejszych budowli.
Uskoki tektoniczne, podobne do znajdującego się obok Willi Decjusza, występują też w wielu innych miejscach Krakowa. Nie wszędzie zaś stan techniczny budynków jest tak dobry, jak na Woli Justowskiej. W zeszłym tygodniu Instytut Fizyki Jądrowej złożył więc władzom miejskim ofertę przebadania krakowskich piwnic, pubów i obiektów użyteczności publicznej. - Przebywa w nich wiele osób, pracownicy np. pubów spędzają w nich dużo czasu. Badania takie z pewnością będą rzeczą pożyteczną. Teraz czekamy na reakcję ze strony miejskich decydentów. Gdy ta będzie pozytywna, wówczas przystąpimy do pracy - informuje dr Krzysztof Kozak z IFJ.
Naukowców intrygują przede wszystkim położone poniżej poziomu ziemi puby i piwnice, których ściany otoczone są zewsząd ziemią. Przypuszcza się, że - potencjalnie - w niektórych z nich będzie można odnotować stosunkowo wysokie stężenia radonu. Dlatego pracownikom IFJ marzy się również zbadanie sanatorium oraz trasy turystycznej w wielickiej kopalni soli.
- Dawka promieniowania pochodząca od radonu to ponad połowa sumarycznej dawki pochodzącej ze wszystkich źródeł promieniowania (naturalnych i sztucznych), otrzymywanej przez mieszkańca Polski - podkreśla dr K. Kozak. Specjaliści podkreślają, że gaz bywa groźny tylko i wyłącznie wówczas, gdy występuje w bardzo dużym stężeniu. Dlatego w budynkach, usytuowanych w rejonach nim zagrożonych, warto instalować klimatyzację oraz dbać o częste wietrzenie pomieszczeń.
(|486 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 17-12-2002 - 06:07 | 3990 raz(y) oglądano.
artykułów : W szpitalu im.Żeromskiego w Nowej Hucie Noworodek poparzony lampą 17.12.2002
Noworodek poparzony lampą
Pięcioro pracowników Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie, wśród nich lekarka i położna, odpowiedzą przed sądem za poparzenie dziecka podczas naświetlań lampą na oddziale noworodków.
Dziewczynka przyszła na świat 24 października 1999 r. Kilkanaście godzin po narodzinach lekarka rozpoznała u niej żółtaczkę i zaleciła naświetlanie. Podczas zabiegu pękła szklana obudowa lampy. Dziecko, oprócz poparzeń II i III stopnia szyi, pleców i klatki piersiowej, miało liczne rany spowodowane odłamkami szkła.
Jak powiedziała "Dziennikowi" prokurator Elżbieta Doniec, zastępca prokuratora rejonowego w Nowej Hucie, oskarżeni zostali: lekarka dyżurna, pielęgniarka, była dyrektorka ds. techniczno-eksploatacyjnych, kierownik i pracownik sekcji sprzętu medycznego.
Według prokuratury, lekarka nie przeprowadziła odpowiednich badań u noworodka, przez co wybrała nieodpowiednią metodę leczenia, a położna nie nadzorowała zabiegu naświetlania. Kierownik warsztatu sprzętu medycznego nie dopełnił obowiązku nadzoru nad pracą podległych mu osób i dlatego w odpowiednim czasie nie został przeprowadzony przegląd stanu technicznego lampy. Kierownik miał też dopuścić do użytku lampę, wiedząc, że jest wadliwa.
Lekarka odmówiła wyjaśnień, a położna przyznała, że na pewien czas opuściła salę, w której był wykonywany zabieg.
Kierownik nie przyznał się do zarzutu. Stwierdził, że nie był w stanie wywiązać się z obowiązku kontroli sprzętu z uwagi na jego dużą ilość i małą liczbę pracowników. Twierdził też, że nie wiedział, iż lampa była wadliwa, bo konserwator nie zgłaszał zastrzeżeń. Konserwator utrzymuje, że poinformował szefa o uszkodzonej lampie, jednak nie dostał odpowiedzi, więc ją zamontował. Do winy nie przyznała się także była dyrektorka szpitala ds. techniczno-eksploatacyjnych, która nadzorowała pracę sekcji napraw aparatury medycznej.
(|260 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 17-12-2002 - 05:49 | 36129 raz(y) oglądano.
artykułów : Bakteria klebsiella pneumoniae 17.12.2002
- Bakterii klebsiella pneumoniae boją się wszyscy lekarze - twierdzi profesor Ryszard Lauterbach, kierownik Kliniki Neonatologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie
Zakażenia szpitalne występują wszędzie, zarówno w bogatych, jak i biednych krajach. W Stanach Zjednoczonych z powodu zakażeń szpitalnych umiera tyle samo osób, co w wypadkach drogowych. Nie jest to więc niczym wyjątkowym. Chodzi o to, by mieć świadomość niebezpieczeństwa i odpowiednio wcześnie podejmować z nim walkę.
Klebsiella pneumoniae (pałeczka zapalenia płuc), która przyczyniła się do śmierci noworodków w łódzkim szpitalu, to wyjątkowo groźna bakteria. Najgroźniejsza jest wówczas, gdy przez dłuższy okres przebywa w środowisku szpitalnym, nabierając w ten sposób odporności na większość dostępnych antybiotyków.
- Lubi się zagnieździć w starych rurach, kranach, tam, gdzie jest duży osad kamienia. Bywa w kurzu, pyle. Lubi wilgoć. W formie przetrwalnikowej może przeżyć długo. Oczywiście źródłem zawsze jest człowiek. Na oddziałach położniczych może nią być również kobieta ciężarna, jednak zwykle zjadliwość bakterii nie jest wówczas tak wielka, jak wtedy, gdy staje się ona szczepem szpitalnym - mówi prof. Ryszard Lauterbach, kierownik Kliniki Neonatologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. - Nie ma na świecie takiego oddziału szpitalnego, w którym jej by nie było. Jeśli więc istnieje najmniejsze podejrzenie zakażenia, trzeba działać natychmiast.
Bada się wszystko, z czym pacjent, podejrzany o to, że jest źródłem zakażenia, miał styczność - nawet kroplówki, inkubatory, nie mówiąc już o umywalkach czy kranach. Bada się też personel. Sprawdza się ponadto wrażliwość bakterii na antybiotyki; jeśli reaguje na wiele z nich, oznacza to, że najczęściej nie jest szczepem szpitalnym; z taką bakterią łatwiej sobie poradzić.
- Jest to bakteria dla noworodków, szczególnie wcześniaków, śmiertelnie groźna - tłumaczy prof. Lauterbach. - Zdarza się, jak powiedziałem, wszędzie. Także u nas. Jeśli dochodzi do zakażenia Klebsiella pneumoniae, śmiertelność wśród wcześniaków z najniższą masą urodzeniową ciała wynosi nawet do 30 procent; donoszone noworodki u nas na szczęście z tego powodu nie umierają. Wystarczy kilka godzin, aby proces zakażenia rozwinął się w sposób nieodwracalny. Dlatego bardzo ważne są środki dezynfekcyjne i działania natychmiastowe, nawet gdy istnieje tylko domniemanie, że może dojść do zakażenia. Tej bakterii boją się wszyscy lekarze i wszyscy z nią walczą. To jest wyścig. Ale najlepiej wygrywa się, jeżeli zniszczymy ją, zanim zaatakuje organizm człowieka.
Ważne jest wyposażenie oddziału w najnowocześniejsze środki dezynfekcyjne; np. chloramina, stary środek dezynfekujący, nie zabija tej bakterii.
- Najważniejsze jednak jest zachowanie stanu podwyższonej gotowości zawsze. U nas, gdy istnieje choćby tylko sugestia, że może dojść do zakażenia, natychmiast wzywam sanepid i zespół szpitalny, który odpowiada za zwalczanie zakażeń. Pobierane są próbki ze wszystkich zagrożonych miejsc, dzięki czemu możemy w miarę wcześnie poznać przeciwnika i podjąć walkę - mówi prof. Lauterbach.
Częstość zakażeń wewnątrzszpitalnych zawsze jest odwrotnie proporcjonalna do liczby pacjentów i pielęgniarek na oddziale. Kiedy oddział jest przepełniony - zagrożenie rośnie. W takiej sytuacji, nawet gdy nic się nie dzieje, trzeba co jakiś czas "czyścić" oddział, sprawdzając go i dezynfekując.
- Zakażenie tą bakterią może zdarzyć się nawet w najlepiej wyposażonym oddziale szpitalnym. Dlatego ważna jest szybka identyfikacja i maksymalne ograniczenie narażenia pacjentów na nią - podkreśla profesor Ryszard Lauterbach.
(|513 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 17-12-2002 - 00:13 | 3140 raz(y) oglądano.
artykułów : Walka polskich kupców z hipermarketami 16.12.2002
ZBIGNIEW BARTUŚ: Tajemnice wojny o handel - post scriptum
W drodze do Eldorado
Mamy w Polsce tylko jedną rodzimą sieć handlową, która dorównuje zachodnim gigantom. Wojna o polski rynek nie jest jednak jeszcze przegrana.
Zaczęło się jak w opowieściach o superfortunach z Doliny Krzemowej. W 1990 r. "Amerykanin" założył malutką firemkę w wynajętym garażu. Pierwszy milion zarobili nie na komputerach, lecz na sokach, ale komputery szybko zaczęły odgrywać ważną rolę w ich działalności. Efekt przeszedł wszelkie oczekiwania: zbudowali największą polską sieć handlową. Jedyną, która skutecznie stawia czoła potężnej zachodniej konkurencji.
Dziś w twórców firmy Eldorado, której roczne przychody sięgają setek milionów złotych i stale rosną, zapatrzeni są handlowcy z całego kraju. Większość z nich zdaje sobie sprawę, że przejrzeli na oczy trochę poniewczasie: na polskim rynku zdążyły już okrzepnąć największe zachodnie sieci handlowe. Mamy ich najwięcej w Europie - szesnaście. Niemal co miesiąc otwierają nowy hipermarket i dziesięć supermarketów. Ich udział w handlu stale rośnie.
Wśród 6 największych inwestorów zagranicznych w Polsce w roku ubiegłym znalazły się aż 4 hipersieci: Casino (Geant i Leader Price), Carrefour (i Champion), Tesco (i Savia) oraz Metro AG (Real, Media Markt, Praktiker i Makro). Łącznie zainwestowały ponad 2,8 mld dol. Handel w Polsce jest najwyraźniej postrzegany jako dobry i pewny biznes.
- Ale polscy kupcy umierają stojąc - ocenia Zdzisław Kwieciński, krakowianin działający w prywatnym handlu od 20 lat. Od dwóch miesięcy próbuje zjednoczyć działających w Nowej Hucie handlowców i usługodawców, którzy po otwarciu francuskiego hipermarketu przeżywają dramat: - Zderzyliśmy się z czołgiem i byliśmy do tego kompletnie nieprzygotowani.
Niemcy mają silne sieci niemieckie, Francuzi - francuskie, Holendrzy - holenderskie, Brytyjczycy - brytyjskie, Portugalczycy - portugalskie. Polacy mają niemieckie, francuskie, holenderskie, brytyjskie, portugalskie. Dla rozwoju Polski i zamożności Polaków nie jest bez znaczenia, kto na naszym rynku spija śmietankę. A jednak ekspansji zachodnich gigantów potrafiliśmy się przeciwstawić, organizując tylko cherlawe i mało skuteczne protesty kupców, rzadziej - sprawne zrzeszenia, a jeszcze rzadziej - grupy handlowe, które przetrwałyby próbę czasu. Nie mamy ani jednej rodzimej sieci, która obejmowałaby swym zasięgiem cały kraj. Mamy tylko jedną - lubelskie Eldorado - która dorównuje zachodnim gigantom pod względem organizacji i zarządzania.
- W dużych miastach mleko już się rozlało i nie ma co nad nim płakać. Ale wojna o polski rynek jeszcze nie została przegrana - twierdzi Wojciech Zegzda z firmy Lege Artis, znawca polskiego handlu detalicznego i hurtowego.
W krajach zachodnich wielkie sieci mają przeciętnie po 40-60 proc. udziałów w handlu. W Czechach i na Węgrzech udział ten wynosi już ok. 26 proc., na Słowacji - 19 proc. W Polsce - na razie 12 proc. Najmniej w krajach Europy Środkowej.
Mamy tu do czynienia z kilkoma paradoksami. Polski handel jest rekordowo rozdrobniony: przeciętny sklep utrzymuje się z zakupów 89 klientów. W Europie wskaźnik ten przekracza 320. Oddaje to w pewnym stopniu siłę kupców: jaki kapitał może zgromadzić ktoś, kto żyje z kilkudziesięciu (w Małopolsce - 50) osób? O jakim rozwoju może mówić? O jakich inwestycjach?
Porażająca słabość polskich kupców jest w dużej mierze konsekwencją ich niespotykanej siły z czasów PRL. W żadnym innym kraju bloku wschodniego nie rozwinął się na taką skalę handel prywatny, w żadnym innym kraju po upadku komunizmu nie doszło do takiej eksplozji przedsiębiorczości w handlu. Polscy kupcy - i ci działający na rynku od czasów PRL, i ci zachłyśnięci łatwymi zyskami z początku lat 90. - uwierzyli, że nie trzeba robić nic. Że stary dobry handelek pozwoli na luksusowe życie kolejnym pokoleniom. I właśnie tak rozumującym kupcom przyszło się zderzyć z czołgiem zachodnich sieci.
Giganci rzadko też napotykali opór ze strony dawnych sieci państwowych i tzw. uspołecznionych - wszelkie WPHW i PHS-y, kompletnie nie przystosowane do gospodarki rynkowej, po prostu padły. To samo spotkało większość krajowych spółdzielni "Społem": fatalne zarządzanie, brak wizji nowoczesnego handlu, brak inwestycji, komunistyczne nawyki obsługi - wszystko to sprawiło, że położone w najlepszych miejscach sklepy były i są przejmowane przez konkurencję.
Bój o prowincję
W 1995 r. było w Polsce 10 hipermarketów. Teraz jest ich blisko 150, a za dwa lata będzie ponad 200. Zachodnie hipersieci od pewnego czasu przyznają, że w dużych miastach jest już za ciasno: takie ośrodki, jak Łódź, Poznań, Olsztyn czy - w pewnym stopniu - także Kraków są przeładowane sklepami wielkopowierzchniowymi. Zarazem coraz więcej Polaków, nie tylko kupców, zdaje sobie sprawę, że ekspansja hipermarketów ma nie tylko bardzo dobre, ale i bardzo złe strony: może szkodzić rozwojowi lokalnemu i grozić zagładą miejscowej przedsiębiorczości. Dlatego rośnie opór społeczny przeciwko kolejnym tego typu inwestycjom.
- To trochę hamuje ekspansję wielkich, ale na pewno jej nie zatrzyma - komentuje Wojciech Zegzda. - Po 2005 r. sieci zdobędą najpewniej i u nas swoje 40 proc. udziałów w rynku. Ich hipermarkety podbiją duże ośrodki, a ich supermarkety będą się rozpychać po osiedlach i mniejszych miejscowościach. Zostanie do wzięcia 60 proc. rynku. Pytanie: kto go weźmie?
Zagraniczne sieci wzięły szturmem najbardziej smakowite kąski w Polsce - wielkie aglomeracje ze stosunkowo zamożnymi konsumentami. Inwestowanie w takich miejscach jest najbardziej efektywne, nakłady zwracają się szybko. Inwestor zyskuje kapitał na dalszą ekspansję. Na prowincji, gdzie klientów jest mniej i są oni bardziej rozproszeni, a przy tym - raczej niezamożni, budowanie marketów nie jest już tak opłacalne. I paradoksalnie właśnie to może być szansą dla rodzimych kupców. Przy okazji swą największą słabość - rozdrobnienie - mogą oni przemienić w atut. Żadna z sieci nie jest bowiem tak blisko klienta, jak owi drobni sklepikarze i usługodawcy.
- Sęk w tym, by nie tylko być blisko klienta, ale i mieć dla niego atrakcyjną ofertę, bogaty asortyment i niskie ceny, najlepiej w ładnej, estetycznej placówce. A tego nie da się osiągnąć bez konsolidacji kupców - komentuje Zegzda.
Jego zdaniem, główna słabość polskich kupców to nie tyle rozdrobnienie, co nieumiejętność współpracy: - Polski kupiec żyje i planuje z dnia na dzień. Dopiero jak jest naprawdę źle, próbuje się ratować, konsolidować. Często jest już za późno.
"Państwo podziemne"
Zdzisław Kwieciński robi w biznesie od 20 lat. Prowadzi księgowość wielu małym firmom, organizuje dla nich szkolenia, ma też rodzinną drogerię na nowohuckim Centrum B4. Odkąd nieopodal stanął (drugi w Krakowie) hipermarket Carrefour, kupcy w okolicy przeżywają kryzys. - To katastrofa - mówią.
Zdaniem Kwiecińskiego, po pojawieniu się Carrefoura obroty sklepów i salonów usługowych w promieniu kilometra spadły o 30-40 proc. - Klientów wywiało. W piątki i soboty jest u nas pusto! - płaczą właściciele. Wielu z nich nie stać nawet na opłacenie czynszów. O utrzymaniu rodziny nie ma co myśleć.
- Można przeklinać władze, że dopuściły do powstania handlowego giganta, ale i my, kupcy, jesteśmy winni - przyznaje Kwieciński. Jako organizator szkoleń rozmawia często z handlowcami. - Namawiam starych kupców: przeszkolę wam personel, a oni na to, że ten pracownik robi u mnie 20 lat i wszystko wie. Mówiłem o formach przyciągania, pozyskiwania klientów. Odpowiadali, że to im niepotrzebne, bo 20 lat handlują bez tego i jakoś idzie. To jest ślepota. Samobójcze myślenie! W dobie ekspansji wielkich sieci trzeba nam nowoczesnych form handlu, marketingowego wsparcia, dobrej organizacji - o tym wszystkim większość kupców nie ma zielonego pojęcia. Z czym oni na czołgi idą?!
Od dwóch miesięcy Kwieciński obchodzi okoliczne sklepy, zakłady usługowe i gastronomiczne z propozycją założenia nowej sieci, opartej na nie eksploatowanym dotąd w Krakowie pomyśle. Panu Zdzisławowi marzy się, by za kilka lat powstała ogólnokrakowska sieć handlowo-usługowo-gastronomiczna, która skutecznie odparłaby atak obcych sieci. - Na razie przypomina to trochę tworzenie państwa podziemnego za okupacji - śmieje się jeden z kupców, którzy postanowili działać wspólnie z Kwiecińskim. Takich zdeterminowanych jest na razie trzynastu, przystąpieniem do programu interesuje się dalszych pięćdziesięciu.
Milsi od giganta
- Przecież sklepy, restauracje, bary, punkty usługowe w Hucie razem wzięte to jeden wielki hipermarket - tłumaczy Kwieciński. - Często ceny mamy lepsze niż w Carrefourze i promocje też mamy, ale nikt o tym nie wie. Gdyby się zorganizować pod wspólnym logo, mielibyśmy większe szanse.
Działacze Małopolskiego Stowarzyszenia Kupców i Przedsiębiorców wyobrażają sobie, że zjednoczone podmioty handlowe, usługowe i gastronomiczne zachowałyby niezależność, ale występowały pod wspólnym szyldem, np. "Złoty". Nie jest to nowość, bowiem w różnych miejscach Polski działają już z powodzeniem - jednoczące niezależne sklepy - rodzime sieci handlowe, takie jak Polomarket i Lewiatan czy (w branży RTV/AGD) Avans. Lewiatan objął już swą opieką 1400 małych i średnich sklepów obsługiwanych przez 16 regionalnych centrów.
Krakowski (nowohucki) Złoty miałby się jednak od niego różnić wielobranżowością: aby klient miał dostęp do hipermarketowego wyboru towarów i usług. Zachętą do korzystania z sieci byłby program lojalnościowy (Zbieraj Złote Punkty) - stali klienci korzystaliby z rabatów i innych udogodnień w sieci. Kwiecińskiemu marzą się nie tylko wspólne szyldy, gazetki, karty klienta, ale i ujednolicone elewacje zrzeszonych, a nawet zadaszenie niektórych pasaży handlowych.
Złoty Pasaż - przy podobnym jak w hipermarkecie wyborze towarów i niskich cenach - zachowałby podstawową zaletę małych sklepów: klient nie jest tu anonimowy, znajduje fachową obsługę i wsparcie dotyczące nie tylko towaru, który kupuje - argumentują pomysłodawcy. Teraz pozostaje im przekonanie do pomysłu pozostałych przedsiębiorców, co - jak przyznają - nie jest łatwe.
- Niektórzy tylko pomachają na czołgi szabelką, a wiadomo, jak to się kończy - komentuje Wojciech Zegzda, który kibicuje również tworzeniu innego zrzeszenia małopolskich handlowców - Jurajskiej Sieci Handlowej pod auspicjami Jurajskiej Izby Gospodarczej.
- Mamy już ponad stu kupców i producentów, którzy chcą współdziałać w ramach sieci - cieszy się prezes JIG Kazimierz Czekaj. - Sieć to niższe ceny, sprawniejsze dostawy, promocje, wszystko to, co pomaga walczyć z ekspansją obcych.
- Jeśli sieć nie powstanie, za rok, dwa nas nie będzie - alarmowali na spotkaniu JIG w Modlniczce właściciele sklepów Roman Wiśnios i Henryk Krawczyk. - Nic nas nie uratuje przed ekspansją hipermarketów, które dla Zabierzowa czy Krzeszowic to nie 10 tys., ale 500-1000 metrów kw.
Producenci artykułów spożywczych, nie tylko z Małopolski, w tym tak duzi jak Toska czy Danone, zachęcają kupców do jednoczenia się. Przyznają, że zrzeszenia drobnych sklepów są dla nich często lepszym partnerem niż obce sieci. Przede wszystkim - płacą w terminie, co w przypadku hipersieci nie jest regułą. I wcale nie stoją na straconej pozycji: przykład Europy Zachodniej świadczy o tym, że małe, łatwo dostępne sklepy lokalne są potrzebne i hipermarkety im nie zagrażają, pod warunkiem, że nie stoją zbyt blisko.
- O to już zadbaliśmy w trakcie wyborów - przyznaje prezes Czekaj. - Postawiliśmy na ludzi, którzy potrafią patrzeć szerzej na rozwój lokalny i dostrzegać zagrożenia.
Wielu z nich zdobyło mandaty radnych, zostało członkami zarządów, wójtami. Będą pilnować, by władza sprzyjała lokalnej przedsiębiorczości. I raczej nie dopuszczą do powstania gigantów handlowych na swym terenie. Jeśli już - zbudują je sami, wysiłkiem wszystkich kupców.
Pomysł takiej ucieczki do przodu (pod hasłem: hipermarket - tak, ale własny) pojawił się kilka miesięcy temu w Oświęcimiu. Promuje go prezes Stowarzyszenia Gospodarczego Ziemi Oświęcimskiej Zbigniew Leś, było to nawet jedno z jego haseł wyborczych (na razie nie przyniosło sukcesu). Leś marzy, by hipermarket powstał z masowej zrzutki kupców i innych mieszkańców, którzy zostaliby automatycznie akcjonariuszami. Część (większość?) funduszy na budowę pochodziłaby jednak z kredytu bankowego zaciągniętego pod zastaw gruntów komunalnych, bo zdaniem kupców, gmina powinna w to wejść w ramach wspierania lokalnej przedsiębiorczości. Miałaby z tego zresztą zyski. Fundusze chce też wyłożyć miejscowe "Społem", które pod wodzą obecnego zarządu zmieniło nie do poznania swe placówki, tworząc w nich m.in. nowoczesne supermarkety.
- Zarabiamy w nich duże pieniądze, które z powodzeniem inwestujemy w metamorfozę kolejnych sklepów - mówi prezes Henryk Arczyński, a mieszkańcy przecierają oczy ze zdumienia. Niektórzy dodają, że trzeba było realnego zagrożenia ze strony zachodnich gigantów, by "Społem" zrozumiało, iż dalej po dawnemu handlować się nie da, że PRL-owskie nawyki trzeba pochować w PRL-owskiej trumnie. I w tym sensie ekspansja obcych wyszła wszystkim na dobre.
Artur Kawa i Jarosław Wawerski, twórcy Eldorado, nie potrzebowali tej bolesnej nauki. Swoją sieć zaczęli tworzyć od podstaw w 1990 r., zanim wkroczyły do nas zachodnie giganty. Byli przygotowani na ich nadejście i są dziś jedyną polską firmą, która skutecznie stawia im czoła. Dla wszystkich polskich kupców są przykładem tego, że Polak potrafi. Jak budowali swoje Eldorado?
(|1940 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 16-12-2002 - 00:57 | 3361 raz(y) oglądano.
artykułów : Zdesperowana kobieta próbowała napaść na pocztę
Napad w kolorze różu
Mężatka, matka, bezrobotna, bez zasiłku. W kominiarce, z nożem weszła na pocztę.
Ludzie w Przecławiu są zdumieni. - Coś takiego u nas? Do tej pory takie rzeczy pokazywali tylko w telewizji...
Niektórzy jednak wcale nie są przerażeni. Śmieją się, jak na przykład dwie uczennice technikum rolniczego w Rzemieniu, które proszą o podwiezienie do Przecławia. - Głośno teraz o naszej miejscowości, ale przecież to nie był napad. To była komedia.
Nie wyglądało to na komedię. Było wpół do pierwszej po południu, kiedy do urzędu pocztowego w Przecławiu wszedł pod nieobecność klientów człowiek w kominiarce na twarzy, ubrany w szarą ortalionową kurtkę. Na poczcie pracują dwie starsze panie i obie usłyszały, że mają natychmiast wydać gotówkę, gdyż w przeciwnym razie zostanie użyty nóż oraz ładunek wybuchowy. Bandyta zademonstrował sporych rozmiarów nóż kuchenny, a z kieszeni kurtki wystawało coś, co przypominało przewód elektryczny.
Niespodziewany gość wszedł do pokoju socjalnego, kazał jednej z pracownic uklęknąć, złożyć ręce do tyłu, tak, by można je było skrępować kablem. Druga z pracownic, spoglądając w okno, kątem oka spostrzegła, że do budynku Urzędu Gminy sąsiadującego z pocztą wchodzi dzielnicowy. To dodało jej otuchy. Wybiegła z budynku, otwierając zamknięte przez bandytę na zamek drzwi. Niedoszły rabuś próbował jeszcze zatrzymać kobietę, już głośno wzywającą pomocy. Bez skutku. W tym samym czasie mało fachowo skrępowana koleżanka uwolniła się z więzów i zaatakowała intruza.
Nazajutrz w gazetach napisano, że pracownica Poczty Polskiej w Przecławiu w chwili napadu uderzyła bandytę doniczką z kwiatami, w dużym stopniu go obezwładniając. Nie była to doniczka, ale plombownica służąca do plombowania przesyłek, ważąca 0,8 kg. Pracownica zeznała później, że nie pamięta, ile ciosów wymierzyła przestępcy.
Bandyta zaczął słaniać się na nogach, ale mimo uderzeń zadanych w głowę twardym narzędziem nie upadł. W pobliżu był już policjant. Bandyta jednak wyraźnie zamroczony usiadł na ławce, ściągnął z twarzy kominiarkę i wtedy okazało się, że to kobieta! Z przeciętej powyżej czoła skóry popłynęły stróżki krwi...
Napastniczka najpierw trafiła do Szpitala Powiatowego w Mielcu. Nie odniosła poważniejszych obrażeń. Dzisiaj przebywa w areszcie tymczasowym w Nisku. Za napad na pocztę grozi jej kara co najmniej 3 lat pozbawienia wolności
- Istotnie, zaskoczył nas ten przypadek - mówi nadkom. Władysław Błażejowski, zastępca komendanta powiatowego policji w Mielcu. - Podejrzana ma 24 lata, jest mężatką, ma czteroletniego syna, jest bezrobotna, bez prawa do zasiłku. Mąż pracuje. Zatrzymana pochodzi z okolic Dębicy, w Mielcu ma zameldowanie czasowe. Rozmawiałem z nią i wyjaśniła mi, że do skoku na pocztę w Przecławiu zmusiła ją trudna sytuacja finansowa. W czasie rozmowy sprawiała wrażenie osoby skruszonej, zaskoczonej takim obrotem sprawy, przestraszonej tym, co się wydarzyło. Powoli do niej docierało, na co się porwała i jakie mogą być tego konsekwencje. Sprawdzamy teraz wszystkie okoliczności związane z tą sprawą.
W Mielcu nikt z policjantów nie pamięta tak śmiałego napadu przeprowadzonego samodzielnie przez kobietę. - Ale łatwo zauważyć, jak brutalizacja i wulgaryzacja obecnych czasów wpływają na płeć piękną - podkreśla nadkom. Błażejowski. - Naszym policjantom czasem trudno uwierzyć, w jaki sposób młode kobiety się zachowują, jakiego używają języka, jak dewastują mienie. Dwa lata temu napadu na kantor wymiany walut w Mielcu dokonała pewna, wciąż przez policję ścigana, grupa przestępcza, w skład której również wchodziła kobieta. Wprawdzie nie brała bezpośredniego udziału w napadach, ale z tego, co wiemy, zajmowała się maskowaniem pewnych działań.
Na razie nie wiadomo, w oparciu o jakie scenariusze i czyjego autorstwa zatrzymana w Przecławiu kobieta planowała napad. Na miejscu policja zabezpieczyła - oprócz noża i rękawiczek - kominiarkę w nietypowym różowym kolorze, zrobioną z dziecięcej czapki. Na zewnątrz znajdowała się druga kurtka podejrzanej, w której po dokonaniu skoku zamierzała uciekać. Prawdopodobnie na piechotę...
Dlaczego wybrała Przecław? Dlatego, że stąd pochodzi jej ojciec, więc dobrze znała teren.
Kobieta mieszkała wraz z dzieckiem i mężem w wynajętym w Mielcu mieszkaniu. Podobno zalegała z opłatami na kwotę 2 tys. zł. Wkrótce miała się zgłosić właścicielka mieszkania po odbiór finansowych zaległości.
Bardzo dyskretny skok
Wiadomość ta dotarła też do Przecławia. - Ja się nie dziwię tej kobiecie. Może dziecku nie miała co dać jeść, może by ją z rodziną wyrzucono na bruk - mówi pewna kobieta mieszkająca niedaleko poczty. - Niech ci przy władzy wezmą się wreszcie za porządne rządzenie, bo ludzie coraz częściej będą kraść i napadać
- Gdybym ja miał robić jakiś skok, to bym lepiej od niej zrobił - twierdzi mieszkaniec Przecławia. - To była amatorszczyzna. Przypomina mi się taki śmieszny napad na bank w Niemczech, pokazywany w naszej telewizji. Bandyta po założeniu kominiarki zorientował się, że zapomniał wyciąć otwory na oczy. Po banku poruszał się po omacku, prosząc jeszcze personel o pomoc w odnalezieniu drogi.
Jedna z pań spacerująca po ryneczku z wnuczką załamuje ręce. - Boże, to i tak się wszystko szczęśliwie zakończyło. Przecież ktoś mógł zginąć. Znam te panie pracujące na poczcie. Kulturalne, miłe, porządne osoby. I gdyby jedna z nich przypadkowo zabiła tę złodziejkę, miałaby wyrzuty do końca życia. A na widok kogoś z kominiarką i nożem też można dostać ataku serca, nieprawdaż?
- Panie, jeśli jakaś osoba robi napad w środku dnia, gdy w sąsiednim budynku odbywa się sesja rady gminy, gdy parking jest pełen samochodów, to powinna być dobrze przebadana - dorzuca ktoś inny.
W trakcie gdy odbywała się sesja, obecna na niej była między innymi radna Beata Krężel, nauczycielka miejscowej szkoły podstawowej. - Przez całą sesję nie wiedziałam, co się stało na poczcie, podobnie jak inni uczestnicy sesji. Nie było wielkiego zamieszania, nie było słychać sygnałów alarmowych, jak to zwykle bywa podczas napadów, nic z tych rzeczy. O napadzie dowiedziałam się później. Oczywiście, że mnie to zaskoczyło.
Strach przed mafią
Dyrektorka szkoły, obecna przy rozmowie, nie chce podejmować rozmowy. W ogóle w Przecławiu ludzie niechętnie rozmawiają na ten temat, jeśli już, to raczej anonimowo. Nie chcą podawać swoich nazwisk. Jedna z osób wyjawia swoje obawy: - Ja tam nie wierzę, żeby samej babie wpadł do głowy pomysł z napadem na pocztę. Musiała mieć jakichś pomocników. Może działa jakaś mafia, to co ja będę się wypowiadał. Przecław to mała miejscowość, jeśli ktoś kogoś będzie chciał znaleźć, to go znajdzie szybko.
Przecław to rzeczywiście nieduża miejscowość, o charakterze małomiasteczkowym. Około 1400 mieszkańców. Położona w Dolnej Dolinie Wisłoki. Znana z położonego w parku krajobrazowym zamku Rejów. Janusz Dybski, zastępca wójta, jest zdziwiony obraną przez sprawczynię napadu taktyką. - Wszyscy dyskutują na ten temat, są zaskoczeni. I co ta kobieta narobiła najlepszego? Jeśli prawdą jest, że brakowało jej pieniędzy na przeżycie, to lepiej teraz będzie, gdy pójdzie siedzieć do więzienia i zostawi małe dziecko? U nas w gminie było do tej pory spokojnie, lecz dziś trzeba się obawiać różnych dramatycznych zdarzeń. Ludzi męczy wysokie bezrobocie, wszystko może się zdarzyć.
W Przecławiu mogą czuć się zagrożone między innymi dwie stacje paliw, hurtownia materiałów budowlanych, kilka większych sklepów, ale we wsi twierdzą niektórzy, iż do obrabowania najlepiej nadawał się Bank Spółdzielczy 100 metrów od poczty. Inni kręcą głowami. - Gdzież tam. W banku jest alarm, są zabezpieczenia. Musiałoby być ich więcej, tych bandytów.
Krystyna Skowrońska, dyrektorka Banku Spółdzielczego w Przecławiu i posłanka Platformy Obywatelskiej w jednej osobie, pokazuje stertę dokumentów ułożonych na biurku. Dzisiaj podczas posiedzenia zarządu powtórnie zostanie przeanalizowany system bankowych zabezpieczeń w oparciu o urzędowe wytyczne.
- Zagrożenie pracowników banku zawsze było duże, ale w obecnej sytuacji jest zdecydowanie większe. Coraz więcej środków musimy przeznaczać na zabezpieczenia zamiast na inne cele. Wydarzenie na przecławskiej poczcie przekonuje, że nawet w tak niedużych miejscowościach trzeba zachować dużą czujność.
Sołtys Kazimierz Markulis, emerytowany doradca rolny, również potwierdza, że w Przecławiu wielkiego zła dotychczas nie było. - Niespokojnie jest tylko przez tę dyskotekę. Młodzi co rusz wzniecają bijatyki, bo się nawzajem nie lubią. Walczą ze sobą, prowadzą święte wojny, jak na przykład nasze Podole z Dębicą. Ale czasy przyszły takie, że większe zło może się pojawić.
Po napadzie na widok obcych ludzi w sklepach, banku i na poczcie spojrzenia wielu osób w Przecławiu są trochę niespokojne. Podejrzliwe. Zwłaszcza na poczcie. Mieści się ona w dużym budynku, w jednym, także obszernym, pomieszczeniu z trzema okienkami. Dwie starsze, eleganckie panie obsługują jedną klientkę. Jest dwunasta trzydzieści; kilka dni temu właśnie o tej porze doszło do napadu. W tym czasie na poczcie jest pusto.
Naczelniczka urzędu nie chce rozmawiać. - Mamy zakaz udzielania jakichkolwiek informacji na ten temat. Tak zadecydowali nasi zwierzchnicy.
Obie panie wyznają, że chciałyby o tym wszystkim jak najprędzej zapomnieć. Przyznają, że z niepokojem spoglądają w kierunku drzwi, gdy ktoś wchodzi. - Teraz złodziejem może być każdy. I dodają po chwili: - Obcemu to człowiek by jeszcze wybaczył, ale swojemu? Wygląda na to, że z racji pochodzenia ojca podejrzanej zaliczono ją do swoich, czyli ludzi stąd.
- O informacje proszę pytać w urzędzie pocztowym w Mielcu - mówią kobiety.
Jest o co zapytać. Na przykład o rodzaj zabezpieczeń. Placówka pocztowa w Przecławiu jest, jak można usłyszeć, łatwa do okradzenia, a przynajmniej była do czasu napadu. Wątpliwości wzbudzają na przykład drzwi, które każdy może zamknąć od środka, również przestępca, poprzez przekręcenie gałki zamka.
Ale Poczta Polska nabrała wody w usta. W Mielcu naczelnik uprzejmie informuje, że nie może rozmawiać z prasą. Nie ma takich uprawnień. Kto je ma? Rejonowy Urząd Pocztowy w Rzeszowie. Tam jednak informują, że rzecznik prasowy tutaj nie pracuje, a dyrektor jest na urlopie.
- A czy jest zastępca?
- W tej chwili nie ma.
- To może ktoś inny będzie mógł porozmawiać o zdarzeniu w Przecławiu?
- Obawiam się, że nie. Może to zrobić tylko pan dyrektor...
- Ale on jest na urlopie.
- Proszę więc dzwonić, kiedy wróci...
(|1578 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 15-12-2002 - 03:28 | 3323 raz(y) oglądano.
artykułów : Zasady rozstrzygania sporów z zakresu prawa pracy 15.12.2002
Zasady rozstrzygania sporów z zakresu prawa pracy
W jaki sposób pracownicy mogą dochodzić swoich uprawnień przed sądem ? Podstawowe zasady rozstrzygania sporów z zakresu prawa pracy.
Aby opisać zasady procesowe dotyczące rozstrzygania sporów ze stosunku pracy, należy wskazać, co rozumie się przez sprawy z zakresu prawa pracy. Zgodnie z art. 476 par. 1 kodeksu postępowania cywilnego przez sprawy z zakresu prawa pracy rozumie się sprawy:
• o roszczenia ze stosunku pracy lub z nim związane,
• o ustalenie istnienia stosunku pracy, jeżeli łączący strony stosunek prawny, wbrew zawartej między nimi umowie, ma cechy stosunku pracy,
• o roszczenia z innych stosunków prawnych, do których z mocy odrębnych przepisów stosuje się przepisy prawa pracy,
• o odszkodowania dochodzone od zakładu pracy na podstawie przepisów o świadczeniach z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych.
Powództwo w sprawach z zakresu prawa pracy może być wytoczone bądź przed sąd właściwości ogólnej pozwanego, bądź przez sąd, w którego okręgu praca jest, była lub miała być wykonywana, bądź też przed sąd, w którego okręgu znajduje się zakład pracy (art. 461 par. 1 k.p.c.).
Do właściwości sądów rejonowych, bez względu na wartość przedmiotu sporu, należą sprawy z zakresu prawa pracy o ustalenie istnienia stosunku pracy, o uznanie bezskuteczności wypowiedzenia stosunku pracy, o przywrócenie do pracy i przywrócenie poprzednich warunków pracy lub płacy oraz łącznie z nimi dochodzone roszczenia i o odszkodowanie w przypadku nieuzasadnionego lub naruszającego przepisy wypowiedzenia oraz rozwiązania stosunku pracy, a także sprawy dotyczące kar porządkowych i świadectwa pracy oraz roszczenia z tym związane.
Sąd właściwy może, na zgodny wniosek stron, przekazać sprawę do rozpoznania innemu sądowi równorzędnemu, zajmującemu się sprawami z zakresu prawa pracy lub ubezpieczeń społecznych, jeżeli przemawiają za tym względy celowości. Postanowienie w tym przedmiocie może zapaść na posiedzeniu niejawnym. Sąd, któremu sprawa została przekazana, jest związany postanowieniem sądu przekazującego.
Oznacza to, że jeżeli świadczyliśmy pracę w Warszawie, gdzie znajduje się siedziba naszego pracodawcy, a mieszkamy na stałe w Opolu, sądem właściwym do rozstrzygania sporów z tego stosunku pracy będzie sąd w Warszawie. Jeżeli jednak większość świadków w sprawie również mieszka w Opolu, to możemy zgłosić wniosek do sądu w Warszawie o przekazanie sprawy do Opola. Na taki nasz wniosek musi wyrazić zgodę pracodawca. Wówczas spór o roszczenie ze stosunku pracy z naszym pracodawcą warszawskim będzie mógł toczyć się w Opolu.
Koszty sądowe i koszty procesu
W sprawach z zakresu prawa pracy inaczej zostały uregulowane kwestie ponoszenia kosztów sądowych.
Pracownik dochodzący roszczeń z zakresu prawa pracy nie ma obowiązku uiszczania opłat sądowych. Opłatami sądowymi są wpis i opłata kancelaryjna.
Wydatki związane z czynnościami podejmowanymi w toku postępowania w sprawach z zakresu prawa pracy – o roszczenia pracownika – ponosi tymczasowo Skarb Państwa. Sąd w orzeczeniu kończącym postępowanie w instancji rozstrzyga o tych wydatkach, stosując odpowiednio przepisy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych, z tym że obciążenie pracownika tymi wydatkami może nastąpić w wypadkach szczególnie uzasadnionych.
Do wydatków należą w szczególności:
1) diety i koszty podróży należne sędziom i pracownikom sądowym z powodu dokonywania czynności poza siedzibą sądu oraz ryczałt należny im za dokonywanie oględzin w sprawach dotyczących nieruchomości rolnych położonych poza miejscowością będącą siedzibą sądu,
2) należności świadków, biegłych i tłumaczy oraz kuratorów ustanowionych w danej sprawie,
3) opłaty należne innym osobom lub instytucjom,
4) koszty opłat telefonicznych i telegraficznych,
5) koszty ogłoszeń.
Często pracownikom wnoszącym pozwy przeciwko swoim pracodawcom wydaje się, że postępowanie przed sądem pracy jest za darmo i oni nigdy nie poniosą żadnych kosztów. Jest to błędne przekonanie. Pracownik jest zwolniony tylko od opłat sądowych przy wnoszeniu pozwu. Wszelkie natomiast wydatki sąd rozlicza w orzeczeniu kończącym sprawę według zasady, że strona przegrywająca sprawę ponosi koszty sądowe. Taką stroną przegrywającą może być również pracownik.
Dodatkowo przegrywający pracownik może być obciążony kosztami procesu strony przeciwnej.
Zgodnie z art. 98 k.p.c., strona przegrywająca sprawę obowiązana jest zwrócić przeciwnikowi na jego żądanie koszty niezbędne do celowego dochodzenia praw i celowej obrony (koszty procesu).
Do niezbędnych kosztów procesu prowadzonego przez stronę osobiście lub przez pełnomocnika, który nie jest adwokatem lub radcą prawnym, zalicza się poniesione przez nią koszty sądowe, koszty przejazdów do sądu strony lub jej pełnomocnika oraz równowartość zarobku utraconego wskutek stawiennictwa w sądzie. Suma kosztów przejazdów i równowartość utraconego zarobku nie może przekraczać wynagrodzenia jednego adwokata wykonującego zawód w siedzibie sądu procesowego.
Kto może być pełnomocnikiem pracownika?
Pełnomocnikiem strony może być adwokat lub radca prawny, a ponadto współuczestnik sporu, jak również rodzice, małżonek, rodzeństwo lub zstępni strony oraz osoby pozostające ze stroną w stosunku przysposobienia. Dodatkowo pełnomocnikiem pracownika może być również przedstawiciel związku zawodowego lub inspektor pracy albo pracownik zakładu pracy, w którym mocodawca jest lub był zatrudniony.
Do odbioru zaś należności zasądzonych na rzecz pracownika jest wymagane pełnomocnictwo szczególne, udzielone po powstaniu tytułu egzekucyjnego.
Pracownik działający bez adwokata lub radcy prawnego może zgłosić w sądzie właściwym ustnie do protokołu powództwo oraz treść środków odwoławczych i innych pism procesowych, a także poprawki i uzupełnienia tych pism.
Warto również wiedzieć, że pracownik ma prawo złożyć do sądu wniosek o ustanowienie pełnomocnika z urzędu.
(|898 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 14-12-2002 - 18:33 | 2941 raz(y) oglądano.
artykułów : Apeluję o dymisję rządu Millera `14.12.2002
LPR apeluje o dymisję rządu Millera
Liga Polskich Rodzin apeluje do rządu Leszka Millera, aby podał się do dymisji, Zdaniem lidera Ligi Romana Giertycha, PSL powinno wymusić zmianę szefa rządu.
Oceniając na sobotniej konferencji prasowej warunki wynegocjowane przez rząd z UE Giertych powiedział: "Wniosek mamy taki, aby Leszek Miller i cały rząd podał się do dymisji".
"PSL powinno wymusić zmianę szefa rządu" - uznał Giertych.
Według niego, wynegocjowane w Kopenhadze warunki zakładają nierówność między Polską a krajami członkowskimi Unii. "Polska godząc się na takie warunki zrzekła się zasady równości" - ocenił.
Giertych zaznaczył, że Liga będzie namawiać Polaków, aby w referendum opowiedzieli się przeciwko wejściu do UE. "W najbliższych miesiącach będzie bardzo ostre zwarcie między SLD a LPR" - zapowiedział Giertych.
"Wczoraj mieliśmy gigantyczny teatr w wykonaniu Leszka Millera i członków rządu. Aktorzy byli zafałszowani, a Miller przedstawił swoją porażkę jako sukces" - ocenił szczyt w Kopenhadze Zygmunt Wrzodak (LPR).
Jego zdaniem, wejście Polski do UE "jest absolutnie nieopłacalne".
"Apelujemy do rządu o przygotowanie alternatywy, na wypadek gdyby Polacy opowiedzieli się w referendum przeciwko wstąpieniu Polski do UE" - powiedział z kolei Giertych.
(|195 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 14-12-2002 - 18:28 | 3015 raz(y) oglądano.
artykułów : Wejście Polski do UE do kolejny przekręt komunistów ?
"Porażka Busha, sukces Polski"
Kopenhaski szczyt przyniósł porażkę prezydentowi George'owi Bushowi - jego lobbing na rzecz Turcji zakończył się fiaskiem - i sukces Polsce, której twarda taktyka w ostatniej chwili wymusiła zmianę niektórych finansowych ustaleń - ocenia brytyjska prasa.
"Francusko-niemiecki pokaz siły uświadomił Ameryce i jej przyjaciołom, gdzie ich miejsce" - stwierdził "The Guardian".
"Polska została udobruchana pokrojeniem tortu według nowych zasad - pisze dziennik. - Gotówka była jednak w piątek wieczór mniej ważna od zachowania twarzy".
"Guardian" informuje, że porozumienie z UE spełnia "oryginalne" polskie postulaty w 50 proc. Pakiet finansowania UE został przetasowany. Zamiast wypłacenia jednego miliarda euro w formie pomocy regionalnej w okresie siedmiu lat, UE przekaże Polsce tę sumę od razu jako bezpośrednią pomoc dla budżetu.
Polska uzyskała też 108 mln euro na wzmocnienie kontroli granicy wschodniej i zgodę na podwyższenie kwot produkcji mleka. Inne kraje akcesyjne zyskały ekstra 300 mln euro.
"Nie zwiększy to pakietu finansowania rozszerzenia o wartości 40,4 mld euro, ale usprawni przepływ gotówki" - uważa gazeta.
Zwyciężył kompromis: "W odpowiedzi na akrobacje premiera Leszka Millera liderzy Piętnastki wykazali zarówno elastyczność, jak i twardość, w przekonaniu, że Polska z potencjałem ludnościowym odpowiadającym połowie ludności 10 nowo przyjmowanych krajów jest zbyt ważna, by zostawić ją na uboczu. Równocześnie Piętnastka nie dopuściła do tego, by Polska - nowy członek klubu - rozstawiała ich po kątach" - ocenia "Guardian".
"Mimo w sumie niewielkich sum, o które w Kopenhadze do ostatniej chwili toczył się spór, nie ulega wątpliwości, że podjęte na szczycie decyzje mają historyczny wymiar" - pisze "Financial Times". - Polacy rozumieją, że dostali najlepsze warunki, na które mogli liczyć".
Radość będzie jednak krótkotrwała, ponieważ kandydatów czekają trudne lata związana z dostosowywaniem ich gospodarek do unijnego rynku, restrukturyzacją całych gałęzi przemysłu, reformami sądownictwa i administracji - zauważa gazeta.
"Daily Telegraph" nie wyklucza, że rządowi Millera mimo ustępstw Piętnastki w Kopenhadze może być trudno "sprzedać" wyborcom ideę członkostwa Polski w UE, ponieważ porozumienie jest "niechlujne", a nowe kraje wchodzą do europejskiego klubu na nierównych warunkach - rolnicy nwoych krajów członkowskich otrzymają w pierwszym roku członkostwa 25 proc. subsydiów przysługujących farmerom Piętnastki.
"W Kopenhadze Polacy uświadomili innym te prawdy" - stwierdza "Daily Telegraph".
Gazeta sugeruje, że UE traktuje nowo przyjmowane kraje po macoszemu: "Połączony PKB Unii Europejskiej rozszerzonej o 10 krajów sięgnie 6 bln funtów (ponad 9 bln euro), a koszty zintegrowania nowych członków z uwzględnieniem ich składki członkowskiej wyniosą 5,5 mld funtów rocznie, co odpowiada 0,07 proc. PKB Piętnastki i przekłada się na 15 funtów na głowę każdego mieszkańca UE - wyliczył "Daily Telegraph".
(|426 słów więcej|| | )
Autor : poradnik dnia 14-12-2002 - 16:27 | 2701 raz(y) oglądano.
artykułów : Żył z renty swojej zmarłej matki 14.12.2002
W jednym z domów w Trzebini policja znalazła szczątki 80-letniej kobiety i zwłoki powieszonego jej 63-letniego syna. Prawdopodobnie kobieta nie żyła już od kilku miesięcy - a jej współdomownik cały czas odbierał za nią rentę.
Cała sprawa wyszła na jaw przez przypadek - tamtejszy Zakład Ubezpieczeń Społecznych miał wątpliwości, czy pieniądze trafiają do odpowiedniej osoby. Ponieważ nikt nie odpowiadał na monity i nie otwierał drzwi domu, ZUS o wyjaśnienie tej sprawy poprosił policję. W piątek, po uzyskaniu nakazu prokuratorskiego, funkcjonariusze weszli do środka. - Zastali tam wstrząsający widok - na strychu wisiało ciało syna właścicielki domu, który prawdopodobnie popełnił samobójstwo w ostatnich dniach, a w przydomowej komórce w worku rozkładające się zwłoki jego matki - mówi podinspektor Dariusz Nowak, rzecznik małopolskiej policji.
Prawdopodobnie staruszka nie żyła już od kilku miesięcy - nie wiadomo jeszcze, czy zmarła w sposób naturalny, czy została zabita? W każdym razie jej syn utrzymywał zgon matki w tajemnicy i cały czas odbierał wypłacane miesięcznie kilkaset złotych jej renty. Kiedy zorientował się, że sprawą interesują się inspektorzy ZUS, przypuszczalnie popełnił samobójstwo. - W rozwiązaniu tej makabrycznej i tajemniczej sprawy być może pomoże nam sekcja zwłok obu ciał - dodaje podinsp. Dariusz Nowak.
(|192 słów więcej|| | )
Autor : gabriela dnia 14-12-2002 - 08:57 | 3787 raz(y) oglądano.
artykułów : TRZY PYTANIA DO NOWEGO GŁÓWNEGO INSPEKTORA PRACY
TRZY PYTANIA DO Pani Anny Hintz NOWEGO GŁÓWNEGO INSPEKTORA PRACY
Zmieniony kodeks nowym wyzwaniem?
• Powołanie pani na stanowisko głównego inspektora pracy zbiegło się z wejściem w życie dość obszernej nowelizacji kodeksu pracy. Które ze zmian wprowadzonych w kodeksie są z punktu widzenia Państwowej Inspekcji Pracy najważniejsze?
– Nasza działalność musi koncentrować się na tych zagadnieniach i przepisach prawa, które ulegają najpoważniejszym zmianom i mają bezpośredni wpływ na sytuację pracowników. W szczególności w centrum zainteresowania znajdą się znowelizowane przepisy kodeksu pracy dotyczące nawiązywania stosunku pracy (w tym sformułowany wprost w art. 22 par. 12 k.p. zakaz zastępowania umów o pracę umowami cywilnoprawnymi). Istotna będzie także kontrola prawidłowości postępowania tych pracodawców, których zwolniono z obowiązku ustalania regulaminów pracy i wynagradzania, jak również tych, którym umożliwiono w razie trudnej sytuacji finansowej zawarcie z organizacją związkową lub przedstawicielstwem pracowników porozumienia o zawieszeniu stosowania wewnątrzzakładowych źródeł prawa pracy bądź o stosowaniu mniej korzystnych warunków zatrudnienia pracowników niż wynikające z umów o pracę (porozumienia te pracodawcy przekazują inspektorowi pracy).
Jak zawsze, przedmiotem wnikliwej kontroli inspektorów będzie czas pracy, tym bardziej że zmiany są głębokie – przewidują możliwość wydłużenia okresów rozliczeniowych, ustalenia innego, niż kodeksowy, limitu godzin nadliczbowych, szersze stosowanie przerywanego czasu pracy, nowe zasady wynagradzania za pracę w godzinach nadliczbowych. Duże znaczenie będzie miało także funkcjonowanie nowych przepisów o służbach i komisjach bhp.
• Nowelizacja zmierza do obniżki kosztów pracy, w niektórych przypadkach odbywa się to przez osłabienie pozycji pracownika w stosunkach pracy. Czy dla PIP jako instytucji zajmującej się ochroną pracowników wynikną w związku z tym nowe zadania?
– Tak poważna nowelizacja kodeksu pracy nie może obejść się bez wzmożenia naszych działań kontrolnych. Liczymy się także ze zwiększeniem liczby zarówno skarg pracowniczych, jak i udzielanych porad z zakresu prawa pracy (w ubiegłym roku do inspekcji wpłynęło 35 tys. skarg i udzieliliśmy 1,3 mln porad, a w I połowie br. – 17,7 tys. skarg i 570 tys. porad).
• Jakie będą kierunki działania inspekcji w 2003 r.?
– Państwowa Inspekcja Pracy – obok działalności kontrolno- nadzorczej i prewencyjnej – nastawia się na jak najszerszą promocję zagadnień ochrony pracy. Zmiany w przepisach prawa pracy stanowią więc nie lada wyzwanie także dla nas jako organu kontrolnego.
(|369 słów więcej|| | )
Autor : gabriela dnia 14-12-2002 - 08:32 | 3524 raz(y) oglądano.
artykułów : Ponad milion kierowców bez obowiazkowego OC 13.12.2002
Ponad milion kierowców bez OC
Nikt nie zna liczby osób, które jeżdżą po Polsce bez polisy OC. Oceniamy jednak, na podstawie szkód, że prawie co 10 kierowca takiej polisy nie posiada – powiedziała na konferencji prasowej prezes Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego (UFG) Elżbieta Turkowska-Tyrluk.
Do głównych zadań UFG należy wypłacanie odszkodowań i świadczeń z tytułu obowiązkowych ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej. Dotyczy to posiadaczy samochodów i rolników prowadzących gospodarstwa rolne w sytuacji, kiedy osoby takie nie wykupią polisy, a wyrządzą szkodę. Fundusz wypłaca również odszkodowania za szkody wyrządzone na osobie, gdy została ona spowodowana przez właściciela lub kierującego pojazdem, w sytuacji braku możliwości zidentyfikowania lub niemożności ustalenia jego tożsamości.
UFG podaje, że co roku na podstawie kontroli policji i jego własnych ustaleń ujawnianych jest ponad 30 tys. przypadków kierowców, którzy nie mają dowodu ubezpieczenia w czasie, kiedy kierują samochodem. Dane funduszu pokazują, że przez 3 kwartały br. wypłacił on odszkodowania i świadczenia za szkody spowodowane przez nieubezpieczonych lub niezidentyfikowanych sprawców w wysokości ponad 24 mln zł. Natomiast szacunek do końca roku mówi o kwocie prawie 34 mln zł. Liczba tego typu spraw w ciągu ostatnich kilku lat ustabilizowała się i sięga około 5 tys. spraw rocznie.
Jednak, jak zauważyła prezes funduszu, istnieje szara strefa osób, które nie dopełniają obowiązku wykupienia obowiązkowej polisy OC. Prezes szacuje, że na około 12-13 milionów samochodów zarejestrowanych w Polsce, około 1,2 mln ich użytkowników nie ma wykupionej polisy OC. Dotyczy to przede wszystkim mniejszych miejscowości.
Fakt nieposiadania polisy OC nie musi jednak wynikać ze złej woli posiadaczy samochodów. Częstym powodem ujawnienia braku polisy OC jest nieznajomość przepisów. Przypomnijmy, że osoba, która kupiła samochód na wtórnym rynku, a sprzedający posiadał polisę OC, ma tylko 30 dni od dnia zakupu na to, żeby wykupić ubezpieczenie OC na siebie, bez względu na to, jaki był termin obowiązywania starej polisy – podkreśliła prezes UFG.
Fundusz odpowiada także za ustalanie opłat karnych dla osób lub podmiotów zobowiązanych do zawarcia ubezpieczenia. Ich wysokość jest corocznie uchwalana przez radę funduszu. Z podanych przez UFE informacji wynika, że w następnym roku właścicielowi samochodu osobowego, który nie będzie posiadał polisy OC, grozi kara w wysokości 3,4 tys. zł. Posiadacz ciężarówki lub autobusu bez ubezpieczenia OC będzie musiał zapłacić 4,8 tys. Największa kara przewidziana jest dla podmiotów świadczących usługi certyfikacyjne, które będą je prowadzić w związku z udostępnieniem możliwości posługiwania się podpisem elektronicznym. W sytuacji kiedy nie wykupią one plisy OC z tytułu szkód wyrządzonych odbiorcom tych usług, będą musiały zapłacić 76,7 tys. zł. Nowością jest również wprowadzenie konieczności wykupywania polisy OC przez detektywów.
(|423 słów więcej|| | )
Autor : gabriela dnia 14-12-2002 - 08:13 | 5230 raz(y) oglądano.
artykułów : Pieniądze z ZFŚS po upadłośći pracodawcy zostają dla załogi 14.12.2002
ZAKŁADOWY FUNDUSZ ŚWIADCZEŃ SOCJALNYCH. UPADŁOŚĆ PRACODAWCY
Pieniądze zostają dla załogi
(Czytaj więcej... 'Pieniądze z ZFŚS po upadłośći pracodawcy zostają dla załogi 14.12.2002' |1483 słów więcej|| | )
Autor : gabriela dnia 14-12-2002 - 08:01 | 6509 raz(y) oglądano.
artykułów : Nowe przepisy VAT. POTWIERDZENIE WYSTAWIENIA FAKTURY, czeka na podpis prezydenta
VAT. POTWIERDZENIE WYSTAWIENIA FAKTURY
Podatnik do wglądu
Na podpis prezydenta czeka kolejna nowelizacja ustawy o VAT. Szczególne kontrowersje może budzić zmiana dotycząca nałożenia nowych obowiązków na podatników VAT i ich kontrahentów w zakresie dokumentacji podatkowej związanej z prowadzoną działalnością.
Przepisy regulujące kwestie związane z podatkiem od towarów i usług to jedna z tych materii prawa podatkowego, która sprawia wiele problemów nie tylko podatnikom. Takie same trudności z interpretowaniem ustawy mają organy podatkowe oraz Naczelny Sąd Administracyjny, do którego wpływają liczne skargi dotyczące tego podatku.
Dlaczego tak się dzieje? Powodów jest kilka. Przede wszystkim to, że VAT wymaga ogromnej dyscypliny w przestrzeganiu formalnych zasad zawartych w ustawie i wydanych na jej podstawie przepisach wykonawczych. Kolejnym źródłem problemów jest sama ustawa z dnia 8 stycznia 1993 r. o podatku od towarów i usług oraz podatku akcyzowym (Dz.U. nr 11, poz. 50 z późn. zm.). Niejasne przepisy wymagające wyjątkowej uwagi przy ich interpretacji, piętrzące się odesłania i to, co najgorsze – ciągłe zmiany, powodują, że z odczytaniem intencji ustawodawcy mają kłopoty najlepsi znawcy tematu. Najnowsza zmiana ustawy o VAT również może wywołać wiele komplikacji zwłaszcza w zakresie, w jakim nakłada na podatników i ich kontrahentów dodatkowe obowiązki.
Kolejna zmiana, kolejne kłopoty
Mowa o ustawie z dnia 13 listopada 2002 r. zmieniającej ustawę o podatku od towarów i usług oraz o podatku akcyzowym, ustawę o oznaczaniu wyrobów znakami skarbowymi akcyzy oraz ustawę – Kodeks karny skarbowy.
Wśród zmian, które w omawianej ustawie zaproponował ustawodawca, jest nowy obszerny przepis wprowadzający regulacje dotyczące dokumentacji podatkowej VAT.
W obecnym kształcie zgodnie z art. 32 ust. 1 ustawy o VAT, zasadniczo podatnicy obowiązani są wystawiać fakturę. Faktura w szczególności musi stwierdzać sprzedaż towarów, ponadto zawierać datę, w jakiej sprzedaż miała miejsce, cenę jednostkową bez podatku, wartość sprzedaży, kwotę podatku i należności oraz dane dotyczące podatnika, jak również nabywcy. Trzeba podkreślić, że dokumentowanie obrotu gospodarczego w przypadku VAT ma szczególne znaczenie w mechanizmie funkcjonowania tego podatku. Faktura bowiem, jako dokument szczególnej wagi i treści, stanowi podstawę poboru i odliczania podatku. Brak faktury, zwłaszcza jej kopii, u wystawcy może spowodować poważne komplikacje dla podatników powiązanych w podatkowym łańcuchu VAT. Co prawda, obrót gospodarczy opiera się na wzajemnym zaufaniu kontrahentów, ale niejeden podatnik przekonał się, ile może kosztować firmę brak rzetelności w prowadzeniu działalności gospodarczej. Wydaje się, że ustawodawca postanowił wyjść naprzeciw potrzebom obrotu gospodarczego i wprowadził do ustawy o VAT dodatkowy przepis mający stanowić ochronę dla podatników.
Zmiana, ale czy na lepsze
Chodzi o wprowadzony nowelizacją przepis art. 32a, dający podatnikom VAT dodatkowe prawa w stosunku do ich kontrahentów. Tak to już jednak jest, że tam, gdzie powstaje prawo, po jednej stronie rodzi się obowiązek dla drugiej strony. Zgodnie z nowym przepisem, podatnik wystawiający fakturę VAT, na wyraźne pisemne żądanie nabywcy towaru lub usługi ma obowiązek udostępnić do wglądu oryginał lub uwierzytelniony notarialnie odpis potwierdzenia zgłoszenia rejestracyjnego. Mowa oczywiście o zgłoszeniu, które podatnicy obowiązani są złożyć w urzędzie skarbowym przed dniem wykonania pierwszej czynności opodatkowanej.
W związku z powyższą zmianą nałożono na organy podatkowe dodatkowy obowiązek w zakresie wystawiania potwierdzeń. Po wejściu w życie nowelizacji na wniosek zainteresowanego, urząd skarbowy będzie musiał wystawić potwierdzenie, czy dana osoba będąca podatnikiem VAT jest zarejestrowana dla celów tego podatku. Zainteresowanym w tym przypadku może być zarówno sam podatnik, jak i osoba trzecia, która ma interes prawny w jego złożeniu. Wydaje się, że zmiana idzie w dobrym kierunku. Do tej pory nie było przepisu, który tak wyraźnie upoważniałby podatnika do żądania dokumentu potwierdzającego status podatkowy kontrahenta.
Pojawiają się tylko dwa problemy. Po pierwsze, podatnicy będą musieli ponieść dodatkowe koszty, choćby uwierzytelnionych notarialnie kopii zgłoszenia rejestracyjnego, które udostępnia się do wglądu innym. Po drugie, trzeba pamiętać, że wyraźne umocowanie podatnika do żądania takiego dokumentu pociąga za sobą konsekwencje w zakresie staranności w dbaniu o własne interesy. Jeśli bowiem podatnik nie skorzysta z przysługującego mu prawa, będzie miał trudności ze skorzystaniem z ochrony, jaką daje ustawa w związku z wprowadzeniem omawianego przepisu.
Pokaż księgi, podatniku
Kolejna część nowego przepisu może budzić już większe kontrowersje. Zgodnie z nim wystawca faktury będzie miał również obowiązek – na wniosek – umożliwić, w zakresie sprzedaży towarów na rzecz nabywcy wgląd w dowody księgowe oraz ewidencję sprzedaży prowadzoną według wymogów ustawy o VAT. Ponadto dotyczy przedstawienia kopii deklaracji VAT w tej części, która dokumentuje jej złożenie za okres, w którym powstał obowiązek podatkowy u podatnika będącego sprzedawcą. W przypadku pierwszej części poza znaczną uciążliwością w okazywaniu wymienionych danych, wątpliwości może budzić kwestia ewentualnego ujawnienia tajemnicy handlowej.
Większe kontrowersje wiążą się z dalszą częścią przepisu. Co oznacza bowiem ukształtowanie w ten sposób obowiązku? Podatnik, składając deklarację podatkową za dany miesiąc, będzie musiał zadbać o wyraźne uwidocznienie w niej potwierdzenia złożenia w urzędzie skarbowym. Obecnie część podatników składa deklaracje VAT osobiście w urzędzie skarbowym, uzyskując tym samym na kopiach poświadczenie złożenia. Jednak w większości przypadków podatnicy korzystają z innej możliwości – wysyłają deklaracje pocztą listem poleconym. Tyle tylko, że nadanie deklaracji na poczcie listem poleconym nie wiąże się z możliwością udokumentowania, że zawartość koperty dotarła do urzędu skarbowego. Podatnik ma bowiem udokumentować fakt złożenia, czyli jej wpływu do organów podatkowych. Zwrotka pocztowa zawiera jedynie informacje o nadawcy i adresacie przesyłki, ewentualnie opis zawartości, i jest dowodem nadania listu poleconego. Pojawia się zatem pytanie, czy możliwość domagania się kopii deklaracji w części potwierdzającej fakt jej złożenia za dany miesiąc nie pociąga za sobą obowiązku jej osobistego składania w urzędzie skarbowym. W taki tylko sposób podatnik będzie mógł uzyskać niezbędne potwierdzenie i wywiązać się z ciążącego na nim obowiązku. To jednak w konsekwencji dodatkowo może skomplikować życie podatników.
W nagrodę brak sankcji
Podatnik żądający informacji, o których mowa wyżej, będzie miał obowiązek potwierdzić odbiór pisemnego żądania. Ustawa jednak nie precyzuje, w jakim terminie wspomniane żądanie powinno być spełnione.
Za to, co ważne, wskazuje, co stanie się w przypadku, gdy nabywca towaru lub usługi posiada co prawda potwierdzenie odbioru żądania, ale nie uzyska od podatnika informacji. Ustawa stanowi, że w przypadku nieprawidłowości będzie mógł skorzystać z ochrony i nie narazi się na sankcję w postaci ustalenia dodatkowego zobowiązania podatkowego.
Warunek jest jeden, podatnik musi przed rozpoczęciem kontroli zawiadomić o braku informacji właściwy urząd skarbowy. Tylko wtedy, gdy w trakcie kontroli stwierdzone zostanie odliczenie podatku z faktur wystawionych przez podatnika, zobowiązanego do ujawnienia żądanych informacji, a niepotwierdzonych kopią – nie nastąpi ustalenie dodatkowego zobowiązania podatkowego. To jedyna korzyść, jaką w przypadku ewentualnych nieprawidłowości otrzymają podatnicy stosujący się do nowych przepisów ustawy. Dodatkowe zobowiązanie podatkowe to bolesna sankcja, ale równie niebezpieczna może okazać się konieczność zwrotu odliczonego podatku czy odsetek. A od tego podatnik się nie uwolni nawet przy wykazaniu najwyższej staranności.
Poważne wątpliwości pojawiają się po lekturze kolejnego dodanego nowelizacją przepisu. Po art. 35 dodano przepis art. 35a stanowiący, iż sprzedawca określonych wyrobów akcyzowych może żądać od nabywcy okazania dowodu tożsamości lub innego dokumentu identyfikującego go. Chodzi tu o takie przypadki, gdy przepisy nakładają na nabywcę obowiązek złożenia oświadczenia o przeznaczeniu tych wyrobów.
Tym samym ustawa wprowadza nową kategorię podmiotów uprawnionych do legitymowania. Jest to szczególny rodzaj uprawnienia i rozszerzenie obowiązku ujawniania dowodu tożsamości i zawartych w nim danych może wzbudzać pewną obawę.
Słuszna idea, małe korzyści
To nie wszystkie interesujące zmiany proponowane w omawianej nowelizacji. Ustawa obecnie czeka na podpis prezydenta. Jeśli to nastąpi, wejdzie w życie 1 stycznia 2003 r. i obawiam się, że nowe obowiązki w ujawnianiu określonych informacji mogą poważnie skomplikować życie niejednemu podatnikowi VAT. Można zakładać, iż ustawodawca działał w dobrej wierze mając na celu zapewnienie większej ochrony dla podatników VAT w obrocie gospodarczym. Idea słuszna, ale trzeba pamiętać, że każde uprawnienie pociąga za sobą określony obowiązek po drugiej stronie. Brak też w nowej regulacji co najmniej ekwiwalentnych korzyści, na jakie mógłby liczyć rzetelny podatnik, który został oszukany przez swojego kontrahenta.
(|1300 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 14-12-2002 - 07:29 | 20240 raz(y) oglądano.
artykułów : Ukaranie pracownika karą porzadkową 14.12.2002
Pracownik może się odwołać od nałożonej kary
Podjęcie przez pracodawcę decyzji o ukaraniu pracownika jedną z kar porządkowych nie kończy sprawy. Pracownik może bowiem odwołać się od niej do pracodawcy, a jeśli ten nie uwzględni sprzeciwu, wnieść pozew do sądu pracy o uchylenie zastosowanej wobec niego kary.
Pracodawca natomiast musi pamiętać, że nie wolno mu przekroczyć określonego terminu na powiadomienie pracownika o odrzuceniu sprzeciwu. Bowiem nieodrzucenie sprzeciwu w ciągu 14 dni od dnia jego wniesienia jest równoznaczne z jego uwzględnieniem. Poniżej publikujemy przykładowe wzory pism potrzebnych zarówno pracownikowi, który ma prawo odwołać się od wymierzonej mu kary, jak i pracodawcy, który może to odwołanie (sprzeciw) odrzucić.
Pracownik, który nie zgadza się z nałożoną na niego karą porządkową, a w szczególności jeżeli zastosowanie kary nastąpiło z naruszeniem przepisów prawa, może w ciągu 7 dni od dnia zawiadomienia go o ukaraniu wnieść sprzeciw. Wnosząc go może zakwestionować sam fakt ukarania, jak i rodzaj zastosowanej wobec niego sankcji.
Wprawdzie przepisy nie określają formy, w jakiej sprzeciw powinien zostać wniesiony, nie stanowią też, że powinien on być sporządzony na piśmie. Wydaje się jednak, iż w interesie pracownika, chociażby dla wykazania, że dotrzymany został ustawowy termin do wniesienia sprzeciwu, jest złożenie go na piśmie.
Wzór sprzeciwu pracownika wobec nałożenia kary porządkowej
dnia 24 listopada 2002 r.
Pan (Pani)................................................ ....
(imię i nazwisko przełożonego)
................................................... ....................
Składam sprzeciw wobec wymierzenia mi 23 listopada br. kary porządkowej: upomnienia. Wnoszę też o jego uwzględnienie, uznanie wymierzonej kary za niebyłą i usunięcie z moich akt osobowych informacji o ukaraniu. Kara upomnienia została mi wymierzona z naruszeniem art. 109 par. 1 k.p.
Kara ta została mi wymierzona za opuszczenie stanowiska pracy na ponad 3 godziny 4 listopada br. Zaraz następnego dnia zostałem wezwany do dyrektora biura kadr w celu złożenia wyjaśnień. Tłumaczyłem wtedy, że opuściłem miejsce pracy, bo dostałem informacje o wypadku samochodowym, jakiemu uległa moja córka. Szok wywołany tą informacją spowodował, że nie pomyślałem o zawiadomieniu przełożonego o konieczności wyjścia z pracy. Mimo to 23 listopada br. zostałem ukarany upomnieniem. Kara ta została więc mi wymierzona po 19 dniach od zaistnienia opisanego wydarzenia i 18 dniach od dowiedzenia się przez mojego przełożonego o naruszeniu przeze mnie obowiązku pracowniczego, co narusza przepis art. 109 par. 1 k.p. Biorąc pod uwagę powyższe, uprzejmie proszę o anulowanie kary upomnienia
Termin to rzecz święta
Tak jak pracodawca nie może ukarać pracownika po upływie 2 tygodni od powzięcia przez siebie wiadomości o naruszeniu obowiązku pracowniczego i po 3 miesiącach od dopuszczenia się tego naruszenia, tak i pracownik odwołać się od wymierzonej mu kary porządkowej może tylko w określonym terminie. Ma na to 7 dni od dnia zawiadomienia go o ukaraniu.
Termin na wniesienie sprzeciwu od nałożonej kary porządkowej jest terminem zawitym, którego przekroczenie powoduje utratę możliwości wniesienia sprzeciwu. Oznacza to, że samo przekroczenie przez pracownika 7-dniowego terminu na wniesienie sprzeciwu upoważnia pracodawcę do jego odrzucenia. I to bez merytorycznego rozpatrywania podniesionych przez pracownika zarzutów.
Decyzja należy do pracodawcy
Decyzja o uwzględnieniu lub odrzuceniu sprzeciwu należy do pracodawcy. Pracodawca decyduje o tym po rozpatrzeniu stanowiska reprezentującej pracownika zakładowej organizacji związkowej.
Brak wystąpienia pracodawcy do związku zawodowego w tej kwestii musi być taktowane jako wadliwe rozpatrzenie sprzeciwu czego efektem może być uchylenie nałożonej na pracownika kary przez sąd.
Stanowisko związku w sprawie sprzeciwu nie wiąże jednak pracodawcy. Ma ono jedynie opiniodawczy charakter. Zdaniem Andrzeja Kijowskiego (Kodeks pracy – Komentarz, Dom wydawniczy ABC, Warszawa 2000) z braku wyraźnej regulacji ustawowej należałoby przyjąć – w drodze analogii – z art. 52 par. 3 k.p. (uzasadnionej podobną funkcją kar porządkowych i niezwłocznego rozwiązania stosunku pracy z winy pracownika), że opinia w kwestii sprzeciwu powinna być wyrażona niezwłocznie, nie później jednak niż w ciągu 3 dni.
Zgodnie z wyrokiem SN z 5 listopada 1998 r., I PKN 422/98 (OSNAPiUS 1999 z. 24, poz. 786) okoliczność, że w zakładzie pracy nie działa zakładowa organizacja związku zawodowego, którego pracownik jest członkiem, nie zwalnia pracodawcy z obowiązku rozpatrzenia przed podjęciem decyzji o uwzględnieniu lub odrzuceniu sprzeciwu od zastosowania kary porządkowej stanowiska reprezentującej pracownika międzyzakładowej organizacji związkowej.
W uzsadnieniu do wyroku SN stwierdził, że jeżeli przepisy prawa pracy (art. 232 k.p.) przewidują współdziałanie pracodawcy z zakładową organizacją związkową w indywidualnych sprawach ze stosunku pracy, pracodawca ma obowiązek współdziałać w takich sprawach z zakładową organizacją związkową reprezentującą pracownika (z tytułu jego członkostwa w związku zawodowym albo wyrażenia zgody na obronę praw pracownika niezrzeszonego w związku) – zgodnie z ustawą o związkach zawodowych. Stosownie zaś do art. 34 ustawy o związkach zawodowych przepisy jej rozdziału czwartego zatytułowanego „Zakładowa organizacja związkowa” stosuje się odpowiednio do międzyzakładowej organizacji związkowej obejmującej swoim działaniem zakład pracy. Tak więc fakt, że w zakładzie nie funkcjonuje zakładowa organizacja związku zawodowego, którego pracownik jest członkiem, nie zwalnia pracodawcy z obowiązku konsultacji podejmowanych w odniesieniu do takiego pracownika czynności z zakresu stosunku pracy ze związkowymi ogniwami międzyzakładowymi.
Wzór pisma informującego pracownika o rozpatrzeniu jego sprzeciwu
Warszawa, dnia 26 listopada 2002 r.
Pan (Pani)......................................
Zawiadamiam, że po rozpoznaniu Pana (Pani) sprzeciwu z dnia 24 listopada 2002 r. od nałożonej kary porządkowej – upomnienia, po rozpatrzeniu stanowiska zakładowej organizacji związkowej postanawiam uwzględnić złożony sprzeciw (podstawa prawna art. 112 k.p.)
(podpis pracodawcy
lub osoby upoważnionejj do składania oświadczeń
w imieniu pracodawcy)
Po rozpatrzeniu stanowiska organizacji związkowej bądź po upływie terminu dla jego zgłoszenia pracodawca może sprzeciw odrzucić w całości albo w części przez zmianę rodzaju kary (np. kary pieniężnej na naganę czy nagany na upomnienie). Może go także uwzględnić.
Uwzględnienie sprzeciwu nastąpić może w sposób wyraźny lub dorozumiały. Nieodrzucenie bowiem sprzeciwu w ciągu 14 dni od dnia jego wniesienia jest równoznaczne z jego uwzględnieniem. Zgodnie z wyrokiem SN z 19 lutego 1999 r., I PKN 586/98 (OSNAPiUS 2000 z. 7 poz. 269) dla uniknięcia tego skutku pracodawca musi wykazać, że odrzucił sprzeciw pracownika ukaranego karą porządkową przed upływem 14 dni od jego wniesienia. Wymaganie to spełnia sporządzenie i wysłanie w tym terminie pisma odrzucającego sprzeciw pracownika.
Zdaniem SN z analizy art. 112 k.p., wynika, że odrzucenie sprzeciwu jest czynnością pracodawcy, jego „decyzją”, która powinna zostać uzewnętrzniona i o której powinien on zawiadomić pracownika dla otwarcia mu możliwości wytoczenia powództwa o uchylenie zastosowanej kary. O uwzględnieniu sprzeciwu pracodawca może w ogóle nie zawiadamiać pracownika. Pracodawca może więc uwzględnić sprzeciw, niczego nie czynić (co jest po 14 dniach równoznaczne z uwzględnieniem sprzeciwu – art. 112 par. 1 kp zdanie trzecie) lub też sprzeciw odrzucić. Tylko z tą ostatnią ewentualnością jest związany obowiązek zawiadomienia pracownika dla umożliwienia mu wytoczenia powództwa.
Odzwierciedlenie w aktach osobowych
Jak z tego wynika, pracodawca może uwzględnić sprzeciw pracownika w całości, co jest równoznaczne z anulowaniem kary. Następstwem tego powinno być uznanie tej kary za niebyłą i usunięcie z akt osobowych pracownika zawiadomienia o ukaraniu.
Pracodawca może też tylko częściowo uznać racje pracownika przedstawione w otrzymanym od niego odwołaniu i złagodzić pierwotnie nałożoną karę. Następstwem tego powinno być uznanie jej za niebyłą. W tym przypadku pracodawca nie powinien jednak usuwać z akt osobowych pracownika zawiadomienia o jego ukaraniu, a tylko uzupełnić je o zawiadomienie o częściowym uwzględnieniu sprzeciwu, czego rezultatem było złagodzenie kary.
Rozpatrując sprzeciw pracownika pracodawca musi jednak pamiętać, iż w wyniku jego rozpatrzenia nie może nastąpić pogorszenie sytuacji pracownika w postaci zaostrzenia kary.
Wzór pisma informującego pracownika o podtrzymaniu decyzji o ukaraniu
Pan (Pani)...........................
Zawiadamiam, że po rozpoznaniu Pana (Pani) sprzeciwu z dnia 24 listopada 2002 r. od nałożonej w dniu 22 listopada 2002 r. kary porządkowej – nagany, po rozpatrzeniu stanowiska zakładowej organizacji związkowej, postanawiam odrzucić sprzeciw i podtrzymać decyzję o ukaraniu (podstawa prawna art. 112 k.p.).
Pouczenie niekonieczne
W myśl wyroku SN z 9 maja 2000 r., I PKN 626/99 (OSNAPiUS 2001 z. 20, poz. 615) zawiadomienie o odrzuceniu sprzeciwu od zastosowania kary porządkowej nie musi zawierać pouczenia o przysługującym pracownikowi prawie wystąpienia do sądu pracy o uchylenie zastosowanej kary porządkowej. A termin wystąpienia do sądu pracy o uchylenie kary porządkowej (art. 112 par. 2 k.p.) jest terminem zawitym prawa materialnego i nie podlega przywróceniu. Oznacza to, że przekroczenie tego terminu uzasadnia oddalenie powództwa.
Najpierw sprzeciw, potem sąd
Pracownik choćby był pewny, że pracodawca nie uwzględni złożonego przez niego sprzeciwu nie może od razu zwrócić się do sądu o uchylenie nałożonej na niego kary porządkowej. Jeśli uważa, że został skrzywdzony, najpierw musi złożyć na ręce pracodawcy sprzeciw. I dopiero, gdy ten go nie uwzględni, wystąpić z odpowiednim pozwem do sadu pracy. Zgodnie bowiem z wyrokiem SN z 7 kwietnia 1999 r., I PKN 644/98 (OSNAP 2000/11/419) wystąpienie pracownika do sądu z powództwem o uchylenie bezprawnie nałożonej kary porządkowej może nastąpić tylko po wyczerpaniu postępowania wewnątrzzakładowego, to jest po wniesieniu w terminie sprzeciwu do pracodawcy.
Oznacza to, że powództwo pracownika, który sprzeciwu nie wniósł, lecz bezpośrednio wystąpił do sądu pracy o uchylenie kary, będzie oddalone. Taki sam skutek wywoła powództwo o uchylenie kary porządkowej, jeżeli sprzeciw został przez pracodawcę odrzucony ze względu na wniesienie go po terminie 7-dniowym od zawiadomienia o nałożeniu kary.
Warto też wiedzieć, że sąd pracy, jeżeli uzna, że kara została nałożona bezprawnie, może uchylić ją, nie może natomiast zmienić rodzaju wymierzonej pracownikowi kary.
Informacja o ukaraniu nie musi jednak na zawsze obciążać pracownika. Zgodnie z art. 113 k.p. karę uważa się za niebyłą, a odpis zawiadomienia o ukaraniu usuwa z akt osobowych pracownika po roku jego nienagannej pracy. Przez rok nienagannej pracy rozumie się rok liczony od dnia nałożenia kary, w którym to pracownik nie został ponownie ukarany jedną z wymienionych wcześniej kar porządkowych.
Usunięcie z akt osobowych zawiadomienia o ukaraniu nie jest uzależnione od złożenia przez pracownika jakiegokolwiek wniosku w tej sprawie. Jest to bowiem obowiązkiem pracodawcy. Niedopełnienie stanowić może natomiast podstawę wystąpienia pracownika do sądu pracy z odpowiednim (nakazanie pracodawcy usunięcia z akt wspomnianego zawiadomienia) powództwem.
Pracodawca może także wcześniej (niż po roku nienagannej pracy ukaranego) z własnej inicjatywy lub na wniosek reprezentującej pracownika zakładowej organizacji związkowej, uznać karę za niebyłą.
Uznanie kary za niebyłą wraz z usunięciem z akt zawiadomienia o ukaraniu nastąpić powinno też w razie uwzględnienia sprzeciwu przez pracodawcę albo wydania przez sąd pracy orzeczenia o uchyleniu kary.
(|1816 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 13-12-2002 - 22:27 | 15996 raz(y) oglądano.
artykułów : Dwie osoby zginęły w wybuchu 13.12.2002
Pomorze: Dwie osoby zginęły w wybuchu
Piątek, 13 grudnia 2002
Dwie osoby zginęły, a jedna została ciężko ranna w wybuchu we wsi Podjazy pod Kartuzami. Do tragedii doszło podczas prac spawalniczych w domu. Sprawę bada policja.
Do wybuchu doszło ok. godz. 10., gdy robotnicy wymieniali piec węglowy na piec olejowy w piwnicy budynku jednorodzinnego. Dom zaczął się palić.
Na miejscu zginęli 41-letni właściciel wynajętej firmy oraz mężczyzna o nieustalonej na razie tożsamości. Ciężko poparzony współwłaściciel budynku został przewieziony do szpitala Akademii Medycznej w Gdańsku. Ma razie nie wiadomo, co było przyczyną tragedii.
(|101 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 13-12-2002 - 21:37 | 4519 raz(y) oglądano.
artykułów : Szczecin: Proces ws. katastrofy budowlanej hipermarketu. 13.12.2002
Szczecin: Proces ws. katastrofy budowlanej hipermarketu
Po dwóch latach od katastrofy budowlanej hipermarketu w Szczecinie, ruszył proces oskarżonych o jej spowodowanie. W wypadku zginęły 2 osoby, a 9 zostało rannych. Poszkodowani to robotnicy, którzy pracowali przy budowie. Prokuratura zarzuca trzem osobom nieumyślne spowodowanie śmierci.
Na ławie oskarżonych zasiedli dziś autorzy projektu hipermarketu. Oskarżyciele tłumaczą, że skoro ekspertyza ujawniła, że przyczyną katastrofy były błędy konstrukcyjne, to na ławie oskarżonych znaleźli się właśnie konstruktorzy.
Według ustaleń ekspertów, bezpośrednią przyczyną zawalenia się budowli było błędne mocowanie wspornika w belce nośnej układu konstrukcyjnego.
Główny projektant nie przyznaje się do winy: Twierdzę, że obliczenia są poprawne i myślę, że na tym etapie nie da się przyznać do winy, jeśli jej się nie popełniło. Jego zdaniem winę za spowodowanie katastrofy ponosi główny wykonawca.
(|143 słów więcej|| | )
Autor : bhpekspert dnia 13-12-2002 - 20:17 | 3686 raz(y) oglądano.
artykułów : Świat szybkich numerków 13.12.2002
Szybki seks i zero odpowiedzialności za przyszłość - do czego może prowadzić takie życie?
Codzienny wyścig z czasem, szybka kariera, szybkie pieniądze - wszystko to powoduje, że szybkie stają się także inne sfery naszego życia, łącznie z tymi najbardziej intymnymi. Krótkie związki, przelotne znajomości, nie zobowiązujące kontakty... jak to wszystko wpływa na naszą psychikę? Czy pozostawia trwały ślad na naszej osobowości? I wreszcie: czy musimy tej szybkości ulegać?
Piątek wieczorem. Jesteś po całym tygodniu harówki do upadłego, po 10, 12 godzin. Codziennie rano musiałaś być przed 8.00 w biurze - elegancka, pachnąca, wypoczęta. Potem non stop klienci, prezesi, spotkania, rozmowy, plany, pisma. Około 20.00 udawało ci się zwykle jakoś dostać do domu. Po kąpieli i lekkim jedzeniu jeszcze trochę pracy i sen, bo następnego dnia trzeba być niezmiennie świeżym i oddanym firmie pracownikiem. Dobrze, że jeszcze nie ma dzieci... A tu nagle piątek i ta impreza. Dałaś się zaprosić, chociaż tak naprawdę chciałaś się po prostu wreszcie porządnie wyspać.
Nagle słyszysz, jak ktoś szepcze ci do ucha: "Jesteś spox laska...". Koleś, hmm, niczego... "Ja? Laska? No tak, przecież świat składa się z lasek i facetów"... Jeszcze jakiś dowcip, jeszcze szklaneczka... "Kiedy ty ostatni raz byłaś z facetem?" - sama już nie wiesz. Przypominasz sobie coś. Zaczyna pracować podświadomość. "Podobam się? Ja? Czy to jeszcze możliwe...". Jeszcze jeden taniec, krótka wymiana niedwuznacznych refleksji, kilka męsko-damskich dowcipów, zabawa w odgadywanie koloru bielizny... I finał: jest ci już wszystko jedno, jest przyjemnie, zapominasz o tym, co wypełnia twoje życie bez reszty...
I sobotnie południe w jakimś obcym mieszkaniu. Jakiś facet obok, boli głowa. Próba odtworzenia filmu. Jak on ma na imię? Jak to było z tym... Szybka kąpiel. "Cześć! Idziesz już?" - słyszysz jego głos. "Muszę lecieć, jestem już spóźniona" - rzucasz od drzwi i szybko wracasz do siebie. Śpisz do niedzieli i ... tak naprawdę nie wiesz, co to wszystko może znaczyć. Czy ta szybkość musi cię tak prześladować? Czy jest w tym jakikolwiek sens?
Tak żyje obecnie wiele młodych kobiet, młodych mężczyzn zresztą też: tydzień zasuwania i przyspieszone życie erotyczno-alkoholowe w weekendy. Dla wielu jest to również niestety kanon zachowania, poza którym nie widzą innych sposobów na życie. I to właśnie przeraża najbardziej. W tym swoistym świecie szybkich numerków nikt już nawet nie pyta o rodzinę, o dzieci czy o inne wartości. Pieniądze, przyjemności, szybki seks i zero odpowiedzialności za przyszłość - do czego może prowadzić takie życie?
Wg badaczy zachowań społecznych, w obliczu AIDS wzrósł nieco strach przed przypadkowym seksem. Nie na tyle jednak, by został on wyeliminowany z życia rozpędzonych w pogoni za sukcesem młodych ludzi. Przecież takie dorywcze, przypadkowe konsumowanie stosunków międzyludzkich, szybkie przeżywanie tego, co należałoby łączyć z uczuciami, z odpowiedzialnością, może nawet z przyszłą rodziną, skutkuje wyłącznie frustracjami, rozgoryczeniem, nieprzespanymi nocami i w konsekwencji zniechęceniem do poszukiwań partnera lub partnerki na całe życie.
Coraz więcej młodych ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że szybkie numerki to nie jest to. Że w życiu trzeba, mimo wszelkich przeciwności, postawić jednak na coś, co można w skrócie nazwać kanonem wartości: na związki, które mogą zaowocować prawdziwym uczuciem, prowadzącym do partnerskiego związku dwojga ludzi. Związku, w którym szybkie numerki będą miały całkowicie inne znaczenie...
(|535 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 13-12-2002 - 05:22 | 3938 raz(y) oglądano.
artykułów : Czat z Wojciechem Jaruzelskim 13.12.2002
Jaruzelski: Interwencja wojsk Układu Warszawskiego była realna
W przeddzień 21. rocznicy ogłoszenia stanu wojennego gen. Wojciech Jaruzelski był gościem na czacie w Onet.pl Przedstawiamy zapis spotkania generała z internautami.
Wojciech Jaruzelski: Dziękuję za zaproszenie do Internetu. Pozdrawiam wszystkich uczestników jestem otwarty na pytania, które Państwo zechcą zadać, na miarę moich możliwości postaram się odpowiedzieć.
Ikar: Czy może pan spokojnie spać w każdą rocznicę rozpoczęcia Stanu Wojennego 12/13 grudnia, czy też demonstracje na ul. Ikara zmuszaj do refleksji nad wydarzeniami sprzed 21 lat?
Demonstracje przed oknami mojego mieszkania stały się pewną rutyną, do której nie przywiązuję większego znaczenia. Mogę jedynie ubolewać, że większość demonstrujących tam osób to z reguły ludzie młodzi. Nie mają więc osobistych doświadczeń związanych ze stanem wojennym, kierują się więc raczej emocjami niż autentyczną wiedzą. Ale ponieważ w pytaniu zawarte były słowa 21 lat, to istotnie ja przez te 21 lat pamiętam ten dramatyczny dzień, czy dramatyczną noc i podjętą wówczas decyzję. W świetle znanych mi wówczas i uzupełnianych przez następne lata okoliczności i faktów pozostaję w głębokim przekonaniu, że ta decyzja, aczkolwiek trudna dla wielu osób, dokuczliwa, czy bolesna, była konieczna. Była mniejszym złem.
Dominik: Czy Pan Generał po 21 latach jest przekonany o konieczności wprowadzenia stanu wojennego? i czy Pan wie lub przypuszcza kto kazał strzelać do Górników kopalni Wujek
PRECZzKOMUNĄ: Dlaczego zgodził się Pan na zabijanie ludzi?
Wojciech Jaruzelski: Jak już powiedziałem, odpowiadając na pierwsze pytanie, jestem przekonany co do konieczności wprowadzenia stanu wojennego. Faktycznie uratował, ocalił Polskę przed wielowymiarową katastrofą. Kopalnia Wujek - ten temat jest rozpatrywany przez sąd. Już dwukrotnie zapadł wyrok uniewinniający. Sprawa w dalszym ciągu jest otwarta. Sam jestem zainteresowany, aby wszystkie okoliczności były ujawnione. Ale jednocześnie dotychczasowe ustalenia sądu potwierdzają, że użycie broni nastąpiło wbrew intencjom i zaleceniom szczeblom centralnego. A więc moim i generała Kiszczaka. I wreszcie nigdy strzelać do demonstrujących, do strajkujących nie kazałem. Wręcz przeciwnie, wprowadzenie stanu wojennego miało zapobiec masowemu rozlewowi krwi. Przytoczę z pamięci słowa mojego orędzia radiowo-telewizyjnego wygłoszonego 13 grudnia 1981r, o świcie: Niech w tym umęczonym kraju, który zaznał tyle cierpień, tyle krzywd, nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi. To był i apel i rozkaz.
Stalin: Co by było gdyby Pan nie wprowadził Stanu wojennego w Polsce?
GEDEON: Gdyby nie wprowadził Pan stanu wojennego, jak dziś wyglądałaby Polska?
Wojciech Jaruzelski: W Polsce spiętrzyłyby się w sposób dramatyczny i katastrofalny 3 współbieżne czynniki: faktyczny rozkład funkcji państwa, zanarchizowanie życia społecznego i państwowego grożącego, i tu odwołam się do komunikatu ogłoszonego po zakończeniu sto osiemdziesiąt pierwszej konferencji episkopatu z 25 XI 1981 r.. Cytuję dosłownie: Kraj nasz znalazł się w obliczu wielkich niebezpieczeństw. Przesuwają się nad nim ciemne chmury grożące konfliktem bratobójczym. Innymi słowy - wojną domową. Episkopat trzyma ucho przy ziemi. I nie rzuca słów na wiatr. Drugie to katastrofa gospodarcza. Na półkach sklepowych tylko przysłowiowy ocet, gwałtowne załamanie wydobycia węgla, co paraliżowało system energetyczny i ogrzewniczy. Na to nałożyło się ultimatum strony radzieckiej zapowiadające od 1 I 1982r. drastyczne ograniczenie dostaw do Polski podstawowych surowców - zwłaszcza ropy i gazu. Zsumowanie skutków załamania naszej gospodarki z załamaniem dostaw surowców oznaczałoby w warunkach zimy nie tylko ekonomiczną, ale i biologiczną katastrofę. Trzecie - wokół naszych granic, i to jest udokumentowane, narastały koncentracje dywizji pancernych i w ogóle wojska, w szczególności armii radzieckiej, ale również czechosłowackiej i nrdowskiej. Te trzy czynniki zsumowane niejako w czasie doprowadziły, że w tym momencie stan wojenny stał się rzeczywiście ratunkiem przed wielowymiarową katastrofą.
cybermucha: Witam. Czy Pan Generał pamięta jeszcze treść historycznego przemówienia jakie wygłosił w nocy z 12 na 13 grudnia i czy pamięta ile to już lat minęło od tego czasu? Ciekawi mnie też kto mu takie przemówienie napisał.
tomee: Czy z dzisiejszego punktu widzenia, po 21 latach, słynne Pańskie przemówienie byłoby takie samo?
Wojciech Jaruzelski: To przemówienie było niezwykle ważne. Miało dla mnie wymiar osobistego dramatu. Pracowałem nad jego projektem przez kilka dni. Wciąż jednak liczyłem, że do tej ostateczności nie dojdzie. Redakcyjnie pomagał mi w opracowaniu tego tekstu mój ówczesny doradca, znakomity polski dziennikarz, dziś już nie żyjący - Wiesław Górnicki.
To przemówienie powstało w realiach tamtego czasu i tamtego momentu. Gdyby takie realia miały się powtórzyć, co jest oczywiście tylko czystą fantazją, to musiałoby być takie samo.
Apokaliptyk: Dlaczego akurat 13 grudnia, skąd się wzięła akurat ta data?
Wojciech Jaruzelski: Ta data wzięła się stąd, że na 17 grudnia zapowiedziane zostały wielkie demonstracje protestu w Warszawie oraz kilku innych dużych miastach. Te demonstracje miały obejmować setki tysięcy ludzi. Odbywać się wieczorem w warunkach ograniczonej widoczności. A przede wszystkim w warunkach ogromnego społecznego napięcia, kiedy mówiąc obrazowo, benzyna była rozlana. Wystarczyłaby przysłowiowa zapałka. Pamiętałem w szczególności o tej przysłowiowej zapałce w 1956 r. na Węgrzech w Budapeszcie. Co skończyło się tysiącami zabitych i poważnym zniszczeniem tego pięknego miasta. 13 grudnia miał uprzedzić ewentualność powstania takiej sytuacji.
Greenclover: Dlaczego Pan generał powiedział "funkcjonariusze milicji obywatelskiej i bezpieczeństwa, strzeżcie kraju przed wrogiem"? O jakiego wroga Panu generałowi chodziło? O Solidarność czy zwykłych ludzi którzy chcieli żyć normalnie w normalnym kraju...
Wojciech Jaruzelski: Wrogiem był każdy w ówczesnym rozumieniu, kto prowadził do takiej sytuacji, która musiałaby zakończyć się tragedią. Tragedią dla narodu polskiego. A więc wrogiem były wszystkie siły ekstremalne. Nie Solidarność jako taka, 10 milionowa organizacja, w której nota bene było milion członków partii. Ale ci ludzie, którzy właśnie mogli doprowadzić do pożaru. Zresztą to nie byli tylko ludzie Solidarności. Wtedy szczególnie niebezpiecznie rysowała się działalność KPN. Właśnie ona mogła stać się detonatorem wybuchu, którego obawiałem się najbardziej.
Raak: Czy to prawda , że usilnie zabiegał pan o interwencje wojsk radzieckich w trakcie swoich podróży do Moskwy. przed wprowadzeniem stanu wojennego?
Maniek: Wiktor Suworow twierdzi, że Pan sam prosił Moskwę o zgodę na wprowadzenie stanu wojennego i o pomoc wojskową... Co Pan na to?
Wojciech Jaruzelski: Po pierwsze kłamstwem jest, że jeździłem do Moskwy przed stanem wojennym. W Moskiwe byłem wówczas ostatni raz wspólnie ze Stanisławem Kanią i całą polską delegacją na zjeździe KPZR na przełomie lutego i marca 1981r. A więc 10 miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego. Po drugie wprowadzenie stanu wojennego było podstawową, główną szansą, aby właśnie uniknąć interwencji, wejścia obcych wojsk. W tym orędziu o którym dziś mówiłem są takie słowa: „Musimy sami rozwiązać nasze problemy. Własnymi rękami odsunąć zagrożenie”. Po trzecie, nawet jeśli ktoś tego typu nonsensowne posądzenia kieruje, to powinien wiedzieć, że ja i moi najbliżsi współpracownicy nie byliśmy idiotami. Wiedzieliśmy, że kto by obce siły do Polski wprowadził, to z polskich rąk od polskich żołnierzy czekałaby go kula w łeb. Miałem zaufanie do polskiego żołnierza. Wiedziałem, ze on wypełni obowiązek ochrony kraju przed zagrożeniem. I w ten sposób uniknęlibyśmy tego wielkiego zagrożenia, jakim byłaby interwencja. Wejście obcych wojsk.
Pruchniewicz: W dzisiejszej Gazecie Wyborczej Urban sugeruje, jakoby był Pan inicjatorem rozdawania - tuż przed wybuchem stanu wojennego - broni dla czołowych działaczy partyjnych, po to, aby w aparacie partyjnym tworzyć psychozę strachu i wzmacniać jego awersje do Solidarności. Czy w istocie tak było?
Wojciech Jaruzelski: Ja nie czytałem tego tekstu. I nie wyobrażam sobie, ażeby osoba, która go przytacza, czyniła to dokładnie. Musiałbym ten tekst zobaczyć. Ta wersja, którą tutaj słyszę, jest absolutnie niezgodna z prawdą.
Michał_Gaćkowski: Jak to jest naprawdę z Pana sumieniem? Czy czuje się Pan dobrze jak pomyśli sobie Pan jak wiele zła wyrządziło wprowadzenie stanu wojennego?
Gregor: Chciałbym żeby mi Pan powiedział czy miał Pan kiedyś wyrzuty sumienia z powodu wprowadzenia stanu wojennego?
antygenerał: Sąd Pana nie osądził i nie osądzi, a czy Pańskie sumienie nie płata panu figli? Nie myśli Pan czasami o ofiarach stanu wojennego, jak o swoich ofiarach?
Wojciech Jaruzelski: Wielokrotnie powtarzałem i dziś to powtórzę, że wprowadzenie stanu wojennego do była najtrudniejsza decyzja mojego życia. Ale miałem dostateczną wiedzę i pełną świadomość tego, że bez tej decyzji skutki katastrofalne dla Polski, w tym liczba ofiar, byłaby niewspółmiernie większa niż to, co się w wyniku wprowadzenia stanu wojennego stało. A więc to właśnie mniejsze zło i podkreślam, zło nawet mniejsze jest też złem. Bardzo ubolewam, wielokrotnie dawałem temu wyraz chyląc głowę przed ofiarami, ofiarami tragedii w kopalni Wujek. Ubolewam z powodu różnych krzywd i dokuczliwości, których doznało wielu ludzi. To było swego rodzaju okaleczenie. Ale ono było ceną ocalenia przed tym, co Polskę mogłoby spotkać i spotkałoby, jeśli wówczas stan wojenny nie byłby wprowadzony.
ballack: Panie Wojciechu, uważam Pana za bohatera narodowego. czy Pan też się uważa za bohatera? Proszę o odpowiedź TAK lub NIE
Wojciech Jaruzelski: Nie, bo jestem sybirakiem, żołnierzem frontowym. Jako zwiadowca walczącym na pierwszej linii. Odznaczony krzyżem Virituti Militari, dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Można to mówiąc nieskromnie nazwać bohaterstwem. Natomiast 13 XII ja po prostu spełniłem niezwykle ciężki, bolesny, dramatyczny obowiązek ciążący wówczas na mnie jako na szefie państwa.
były_zwolennik_Solidarności: Czy jest to normalne, że nikt z "góry" nie został ukarany za śmierć np. w 1970 r., ks. Popiełuszki, Przemyka itd..
juzio: Co sądzi pan o tych wszystkich procesach sądowych. Czy to jest zemsta? Czy ktoś chce wyrównać rachunki polityczne
jack25: co pan sadzi o uniewinnieniu gen.Ciastonia?
Wojciech Jaruzelski: To jest cała seria pytań. Jeśli chodzi o rok 1970 to ja od 1990 r. jestem obiektem śledztwa. A w ostatnich latach siedzę na ławie oskarżonych w sądzie okręgowym w Warszawie . Uruchomienie tego procesu uważam za zemstę polityczną. A wyroku niestety nie doczekam, bo 3,5 tys. świadków. W tej sytuacji ten proces powinien trwać 20 lat. Jeśli chodzi o wyrok sądu w sprawie generała Ciastonia - nie zwykłem komentować wyroków sądowych, ale uważam, że rozprawa dobitnie wykazała iż morderstwo ks. Popiełuszki nie było odgórnie inspirowane. I wreszcie dodam na marginesie: Ja w 1994 r. zostałem przez działacza Solidarności, wiejskiej co prawda, ugodzony kamieniem w głowę. Dwa centymetry dalej już bym nie żył. Jestem ciężko okaleczony. Mimo to prosiłem, apelowałem do prokuratury i do sądu, ażeby zamachowca nie karać.
Duszan: 13 grudnia może się kojarzyć nie tylko z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego ale także z przypieczętowaniem wejścia Polski do UE (jutro szczyt w Kopenhadze) . Stąd pytanie czy jest Pan za wejściem Polski do Unii czy przeciw? Proszę uzasadnić.
Wojciech Jaruzelski: Jestem za wejściem Polski do UE!
tommm: Dlaczego dopuścił Pan Panie Prezydencie do przejęcia władzy przez niekompetentnych ludzi z Solidarności takich jak Wałęsa
rfurtak: Jakie ma Pan zdanie o Lechu Wałęsie?
Wojciech Jaruzelski: Alternatywą niedopuszczenia do władzy, jak Pan mówi osób niekompetentnych, byłoby wyprowadzenie czołgów na ulicę. Doceniam historyczne zasługi Lecha Wałęsy, jako ówczesnego przywódcy Solidarności. Nie mógłbym tego samego powiedzieć o sposobie spełniania urzędu prezydenta. Ale Lech Wałęsa jest niewątpliwie historyczną postacią i życzę mu jak najlepiej.
rigel: Czy kiedyś tzw. opinia publiczna dowie się całej prawdy o wszystkich aspektach wprowadzenia stanu wojennego? Kiedy to będzie?
Wojciech Jaruzelski: Wiedza zawarta w ludzkiej pamięci w tym mojej, zawarta w archiwach polskich, jest w pełni dostępna. Sądzę, że uzyskaliśmy również wiarygodne dane z archiwów byłem Czechosłowacji i byłej NRD. wszystkie one potwierdzają, że interwencja była przygotowana, że była realna. Z archiwów post radzieckich uzyskana została dokumentacja tylko cząstkowo. Jakie jeszcze są tam inne dokumenty nie wiemy. Ale należy przewidywać, że znajdują się tam również i takie, które pozwoliłyby nam w pełni ocenić skalę ówczesnego zagrożenia.
Wojciech Jaruzelski: Dziękuję Państwu za zadane mi pytania. Proszę wybaczyć, jeśli nie potrafiłem w pełni swoimi odpowiedziami Państwa usatysfakcjonować. prawdopodobnie w niektórych przypadkach pozostaniemy przy swoim zdaniu. Ale taka jest natura trudnych , dramatycznych wydarzeń historycznych, w ocenie których różnią się i historycy i politycy i zwykli obywatele. Najistotniejsze jest to, ażeby te historyczne różnice i spory nie dzieliły Polaków i dziś i jutro. Państwa, którzy zadali pytania, a czas nie pozwolił, aby na nie odpowiedzieć, przepraszam. Jednoczenie jestem do dyspozycji odnieść się do tych pytań w innym trybie, jaki Państwo uznają za stosowny.
(|1978 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 13-12-2002 - 04:49 | 3592 raz(y) oglądano.
Autor : ubezpieczenie dnia 12-12-2002 - 00:52 | 4404 raz(y) oglądano.
artykułów : Pierwsza Praca - Straceni Na Starcie
Niech pani zaszczeka
Młodzi, inteligentni ludzie po studiach zatrudniają się jako sprzedawcy w sklepach, pomoce biurowe, mieszają margarynę w zakładach tłuszczowych. Przyjmą każdą pracę. Szefowie firm wiedzą o tym i umieją to wykorzystać.
Niedawno Rafineria Gdańska zatrudniła na rok 14 absolwentów nie korzystając z państwowej dotacji. Będzie to ją kosztowało blisko 500 tys. zł. Takich firm, które wierzą w przyszłość, jest jednak niewiele. Młodych to się raczej omija, zwalnia i oszukuje.
– Urodziliśmy się 5 lat za późno – ocenia Marcin Ziuzia, student V roku socjologii na Uniwersytecie Gdańskim, od dwóch lat godzący studia z pracą na umowę zlecenie w Instytucie Promocji Kadr, firmie doradztwa personalnego. – W latach 90. wystarczyło wyższe wykształcenie i znajomość języka obcego. Ludzie po leśnictwie, weterynarii, agronomii i innych osobliwych kierunkach od ręki zostawali kierownikami. Potem porobili studia podyplomowe z zarządzania i finansów. Mają doświadczenie, którego my nie mamy. I tak dobrze, że jesteśmy z czoła wyżu.
W jednym z pomieszczeń IPK szafy i stoły zalegają stosy ankiet. Porządkuje je kilkoro absolwentów studiów wyższych i studentów ostatnich roczników. Żartują, że robią fakultet z dziurkowania i drukowania. Te stosy to oferty, które napłynęły na ogłoszenie o rekrutacji pracowników do GE Capital Banku. Na 300 miejsc w całej Polsce zgłosiło się ok. 10 tys. chętnych. W ogłoszeniu był wymóg „wykształcenie minimum średnie”, bo chodzi o stosunkowo proste czynności. Tymczasem 90 proc. zainteresowanych legitymuje się wyższym wykształceniem, a są i posiadacze doktoratów.
Do niedawna, jeśli młody człowiek z wyższym wykształceniem nie mógł znaleźć pracy, zwykle był to pechowiec, nieudacznik, ktoś z defektem. Teraz jest inaczej. – Rozmawiałem z osobami, którym nic nie brakuje, a nie mogą znaleźć innej pracy jak dorywczą, krótkoterminową, pomocniczą, niewymagającą kwalifikacji, na zasadach leasingu pracowniczego – wylicza szef IPK dr Marek Suchar, psycholog społeczny. – Nieźle wykształceni młodzi ludzie dają korepetycje z matematyki, lekcje gry na gitarze, wprowadzają informacje do bazy danych. Są inteligentni, elastyczni. Podejmują się zajęć, przy których wystarczyłby niższy potencjał intelektualny, niższe kwalifikacje. Oczywiście traktują to jako fazę przejściową.
Szefostwo pewnej dużej agencji pracy czasowej, dostarczającej pracowników między innymi do zakładów tłuszczowych na Wybrzeżu, odkryło nagle, że margarynę mieszają skończeni licencjaci i magistrowie, którzy wcześniej jako studenci dorabiali tu, by opłacić edukację. Po studiach nie znaleźli zatrudnienia. Agencja nie była zainteresowana przedłużeniem z nimi umów, bo musiałaby teraz od ich płac odprowadzać ZUS. Stali się drożsi jako siła robocza. Więc dogadali się z lokalnym przedstawicielem agencji. Żeby w papierach wszystko grało, dostarczyli dokumenty młodszych, wciąż studiujących kolegów. Za przysługę rewanżowali się jakąś dolą. Gdy rzecz się wydała, i ów przedstawiciel, i jego podopieczni stracili pracę.
Komornik przy Sądzie Okręgowym w Białymstoku Tomasz Kalinowski opowiedział dziennikarzom „Gazety Wyborczej”, że coraz częściej trafiają do niego sprawy absolwentów, którzy zachęcani przez państwo brali pożyczki na opłacenie studiów. Teraz nie mają pracy i pieniędzy na spłatę.
(Czytaj więcej... 'Pierwsza Praca - Straceni Na Starcie' |1747 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 11-12-2002 - 06:07 | 4195 raz(y) oglądano.
artykułów : Przygotowanie zawodowe młodocianych / nowe przepisy od 12.12.2002/
zmieniające rozporządzenie w sprawie przygotowania zawodowego młodocianych i ich wynagradzania.
(Dz. U. Nr 197, poz. 1663)
Na podstawie art. 191 § 3 i art. 195 § 2 Kodeksu pracy zarządza się, co następuje:
§ 1. W rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 28 maja 1996 r. w sprawie przygotowania zawodowego młodocianych i ich wynagradzania (Dz. U. Nr 60, poz. 278) wprowadza się następujące zmiany:
"§ 2. 1. Przygotowanie zawodowe młodocianych może prowadzić:
- pod warunkiem posiadania kwalifikacji wymaganych od instruktorów praktycznej nauki zawodu, określonych w przepisach rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej i Sportu z dnia 1 lipca 2002 r. w sprawie praktycznej nauki zawodu (Dz. U. Nr 113, poz. 988).
2. Kwalifikacje, o których mowa w ust. 1, nie dotyczą pracodawców, w imieniu których przygotowanie zawodowe młodocianych prowadzą uprawnieni do tego pracownicy.";
2) po § 3 dodaje się § 3a-3c w brzmieniu:
"§ 3a. Pracodawca będący rzemieślnikiem zawiadamia o zawarciu umowy, o której mowa w § 3, izbę rzemieślniczą właściwą ze względu na siedzibę rzemieślnika.
§ 3b. Ilekroć w rozporządzeniu jest mowa o "izbie rzemieślniczej", należy przez to rozumieć także cech, jeżeli sprawuje on nadzór nad przebiegiem przygotowania zawodowego w rzemiośle pracowników młodocianych na podstawie upoważnienia udzielonego przez izbę rzemieślniczą, zgodnie z przepisami ustawy z dnia 22 marca 1989 r. o rzemiośle (Dz. U. z 2002 r. Nr 112, poz. 979).
§ 3c. Przepisy § 1 ust. 2, § 2, 3, 5, 8-10, § 11 ust. 6, § 14 i § 15 ust. 3 odnoszące się do pracodawców stosuje się odpowiednio do pracodawców będących rzemieślnikami.";
3) § 4-6 otrzymują brzmienie:
"§ 4. W razie konieczności wypowiedzenia młodocianemu umowy o pracę w celu przygotowania zawodowego odbywanego w formie nauki zawodu, pracodawca zawiadamia przedstawiciela ustawowego młodocianego lub jego opiekuna oraz szkołę, jeżeli młodociany dokształca się w szkole, a także izbę rzemieślniczą, jeżeli pracodawcą jest rzemieślnik, w celu umożliwienia młodocianemu kontynuowania nauki zawodu w dotychczasowym lub pokrewnym zawodzie.
§ 6. 1. Nauka zawodu trwa nie krócej niż 24 miesiące i nie dłużej niż 36 miesięcy, z zastrzeżeniem § 12.
2. Zawody, w których odbywa się nauka zawodu oraz czas jej trwania, określają przepisy rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej i Sportu z dnia 18 kwietnia 2002 r. w sprawie klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego (Dz. U. Nr 63, poz. 571).
3. Nauka zawodu może odbywać się w innych zawodach niż określone w przepisach, o których mowa w ust. 2. W odniesieniu do tych zawodów egzaminy kwalifikacyjne na tytuł czeladnika przeprowadzają komisje egzaminacyjne izb rzemieślniczych, zgodnie z przepisami o egzaminach kwalifikacyjnych na tytuły czeladnika i mistrza w zawodzie.";
4) § 8-10 otrzymują brzmienie:
"§ 8. Pracodawca zatrudniający młodocianego w celu nauki zawodu:
1) realizuje program nauczania uwzględniający podstawę programową kształcenia w zawodzie występującym w klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego lub program będący podstawą przeprowadzania egzaminów kwalifikacyjnych na tytuł czeladnika w zawodach nieujętych w klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego,
§ 9. Pracodawca zatrudniający w celu nauki zawodu większą liczbę młodocianych, niż wynika to z jego potrzeb, może zawierać z młodocianymi umowy o pracę w celu przygotowania zawodowego na czas określony, jednak nie krótszy niż okres kształcenia określony w przepisach, o których mowa w § 6 ust. 2, lub okres kształcenia wymagany do przystąpienia do egzaminu kwalifikacyjnego na tytuł czeladnika.
2. W przypadku organizowania dokształcania teoretycznego, zgodnie z ust. 1 pkt 3, pracodawca realizuje obowiązkowe zajęcia z zakresu teoretycznego kształcenia zawodowego, wynikające z programu nauczania w zawodach występujących w klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego, lub zapewnia teoretyczne przygotowanie do zdania egzaminu kwalifikacyjnego na tytuł czeladnika w zawodach nieujętych w klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego.
3. Młodocianym zatrudnionym w celu nauki zawodu i dokształcającym się w ośrodkach dokształcania i doskonalenia zawodowego, znajdujących się w innej miejscowości niż miejsce zamieszkania i miejsce pracy młodocianych, pracodawca może sfinansować koszty dojazdu i pobytu w ośrodku.";
"2. Młodociani dokształcający się w zasadniczych szkołach zawodowych zdają egzamin potwierdzający kwalifikacje zawodowe, zgodnie z przepisami rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 21 marca 2001 r. w sprawie warunków i sposobu oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy oraz przeprowadzania egzaminów i sprawdzianów w szkołach publicznych (Dz. U. Nr 29, poz. 323 i Nr 128, poz. 1419 oraz z 2002 r. Nr 46, poz. 433 i Nr 155, poz. 1289), z zastrzeżeniem ust. 4.
3. Młodociani dokształcający się w innych formach niż szkolne zdają egzamin na tytuł robotnika wykwalifikowanego, zgodnie z przepisami rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej oraz Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z dnia 12 października 1993 r. w sprawie zasad i warunków podnoszenia kwalifikacji zawodowych i wykształcenia ogólnego dorosłych (Dz. U. Nr 103, poz. 472).
4. Młodociani zatrudnieni u pracodawców będących rzemieślnikami dokształcający się w zasadniczych szkołach zawodowych, a także dokształcający się w innych formach niż szkolne, zdają egzamin kwalifikacyjny na tytuł czeladnika przeprowadzany przez komisje egzaminacyjne izb rzemieślniczych, zgodnie z przepisami o egzaminach kwalifikacyjnych na tytuły czeladnika i mistrza w zawodzie.",
"6. Pracodawca zatrudniający młodocianych opłaca koszty przeprowadzania egzaminów, o których mowa w ust. 2-4, zdawanych w pierwszym wyznaczonym terminie. Pracodawca może pokryć koszty egzaminu poprawkowego.",
"§ 12. 1. Jeżeli młodociany dokształcający się w zasadniczej szkole zawodowej nie otrzymał promocji do klasy programowo wyższej lub nie ukończył szkoły, pracodawca, na wniosek młodocianego, albo izba rzemieślnicza, na wniosek pracodawcy będącego rzemieślnikiem i młodocianego, może przedłużyć czas trwania nauki zawodu, nie więcej jednak niż o 12 miesięcy, w celu umożliwienia dokończenia nauki w szkole, a w innych uzasadnionych przypadkach nie więcej niż o 6 miesięcy.
2. Pracodawca, na wniosek młodocianego, a jeżeli pracodawcą jest rzemieślnik - izba rzemieślnicza, na wniosek pracodawcy będącego rzemieślnikiem i młodocianego, może wyrazić zgodę na skrócenie czasu trwania nauki zawodu, nie więcej jednak niż o 12 miesięcy, jeżeli młodociany nie dokształca się w zasadniczej szkole zawodowej.";
7) § 14 otrzymuje brzmienie:
"§ 14. 1. W razie przerwania nauki zawodu i podjęcia jej w tym samym lub pokrewnym zawodzie u innego pracodawcy, czas odbytej poprzednio nauki zawodu wlicza się młodocianemu do okresu wymaganego do obycia przygotowania zawodowego, po sprawdzeniu stopnia opanowania zawodu, jeżeli przerwa w nauce zawodu nie trwała dłużej niż 12 miesięcy.
2. Zaliczenia praktycznej nauki zawodu dokonuje pracodawca, który przyjął młodocianego w celu dokończenia nauki zawodu, a zaliczenia przedmiotów teoretycznych - w zakresie zrealizowanym w okresie odbywania przygotowania zawodowego u poprzedniego pracodawcy - dokonuje podmiot prowadzący teoretyczne kształcenie zawodowe tego młodocianego w czasie odbywania przez niego przygotowania zawodowego u nowego pracodawcy.
3. Przepisy ust. 1 i 2 dotyczą odpowiednio młodocianych, którzy rozpoczęli naukę zawodu na innej podstawie niż umowa o pracę w celu przygotowania zawodowego, lecz nauki tej nie ukończyli.";
8) w § 15 ust. 2 i 3 otrzymują brzmienie:
"2. W odniesieniu do młodocianych uczestników Ochotniczych Hufców Pracy okres ustalony w ust. 1 może być przedłużony do czasu ukończenia gimnazjum i trwać łącznie nie dłużej niż 22 miesiące.
3. Czas trwania, zakres oraz program przyuczenia do wykonywania określonej pracy ustala pracodawca, przyjmując wybrane treści programu nauczania w zawodach występujących w klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego lub programu nauczania uwzględniającego wymagania będące podstawą przeprowadzania egzaminów kwalifikacyjnych na tytuł czeladnika w zawodach nieujętych w klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego.".
§ 2. Do umów o pracę w celu przygotowania zawodowego zawartych przed dniem wejścia w życie rozporządzenia mają zastosowanie przepisy dotychczasowe, chyba że przepisy rozporządzenia, o którym mowa w § 1, w brzmieniu nadanym niniejszym rozporządzeniem przewidują rozwiązania korzystniejsze dla młodocianych.
(|1488 słów więcej|| | )
Autor : urlop dnia 11-12-2002 - 00:14 | 3741 raz(y) oglądano.
artykułów : Biznes po wietnamsku 11.12.2002
Biznes po wietnamsku
W Polsce zarejestrowanych jest ok. 3 tysięcy wietnamskich firm. Azjaci opanowali bazary i targowiska, handel tanimi tekstyliami i żywnością orientalną. Czy obawy polskich przedsiębiorców przed azjatycką ekspansją są uzasadnione?
Nguyen Minh Hien – kiedyś radca handlowy ambasady Wietnamu w Polsce, dziś Dziś jest właścicielem sieci sklepów z żywnością orientalną i kilku restauracji w Warszawie. Zatrudnia ośmiu Wietnamczyków i 100 Polaków. - 12 lat temu zobaczyłem, że w Polsce brakuje takich produktów, jak dobra, tania żywność z Orientu i interes od razu zaczął iść dobrze. Wszystko w oparciu o własny kapitał – mówi pan Hien.
Odbiorców orientalnej żywności nie brakuje. Oprócz sieci dużych hoteli i supermarketów - to także sieć restauracji i barów. Na przykład takich jak prowadzony przez Wan, przez Polaków nazywaną Wandą. Wan przyjechała do Polski przed ośmioma laty, zaczynała pracę jako kucharka w wietnamskiej knajpce. Dziś ma już dwa własne lokale w Warszawie. - Wcześniej przyjechało tu wielu moich znajomych, którzy pomogli mi się urządzić. Rodzice też dosyłali pieniądze, żebym w końcu mogła otworzyć własny bar – mówi Wan.
W Polsce mieszka legalnie około 20 tysięcy Wietnamczyków. Zarejestrowali ok. 3 tysięcy firm - z niedużym kapitałem własnym. Główna specjalność to gastronomia i handel żywnością i tekstyliami. Pomagają sobie, udzielają pożyczek na rozpoczęcie działalności, organizują dokumenty pobytowe i mieszkania. Zdaniem prof. Ewy Nowickiej – Rusek, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego Azjaci stanowią najbardziej solidarną i wspierającą się społeczność emigrantów we wszystkich krajach na świecie.
Czy polska gospodarka korzysta na azjatyckim biznesie? Z jednej strony, Azjaci zalewają nasz rynek tanimi tekstyliami i żywnością, z drugiej strony - jednak inwestują i dają miejsca pracy Polakom.
My do Wietnamu nie sprzedajemy nic. Dlatego deficyt w handlu z Azją rośnie. W ubiegłym roku w obrotach z Wietnamem wyniósł 80 mln USD na niekorzyść Polski. W przypadku Chin czy Tajwanu jest jeszcze większy. Powodem jest nasze zachłyśnięcie się towarami z importu. Choć z jakością bywa różnie jedno nie ulega wątpliwości – cena.
Niestety znaczna część azjatyckiego handlu to szara strefa . Azjaci opanowali bazary i targowiska, ale towary wwożone są często nielegalnie, a cła naliczane od już zaniżanych cen. Kontrolerom trudno jest odnaleźć szybko znikające firmy, które nie płacą podatków. Tak przynajmniej twierdzą polscy przedsiębiorcy z branży obuwniczej i tekstylnej. Piotr Sefaniuk, producent i eksporter odzieży twierdzi, ze on sam nie cierpi na imporcie z Azji, bo nie nastawia się na produkcję tanią i kiepskiej jakości. – Jest jednak tajemnicą poliszynela , że to nieczysta konkurencja. Te firmy są tak mobilne, że nie sposób ich kontrolować – mówi.
Azjaci inwestują we własne centra handlowe i sieci dystrybucji. Ekspansja budzi obawy polskich konkurentów. Czy jednak azjatycki biznes obchodzi prawo bardziej niż polski i jakie zyski wywozi za granicę, trudno ocenić.
(|458 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 10-12-2002 - 22:03 | 4358 raz(y) oglądano.
artykułów : Wypadek Kotańskiego z winy pieszego
Do wypadku, w którym zginął Marek Kotański przyczynił się pieszy, który wtargnął przed maskę auta szefa Monaru. Kotański próbował ominąć mężczyznę i nie zapanował nad pojazdem - ustaliła prokuratura w Nowym Dworze Mazowieckim.
"Pieszemu zostanie postawiony zarzut, ale obecnie nie przebywa on w miejscu swojego zameldowania. Jeżeli nie znajdziemy go do końca grudnia, wystosujemy za nim list gończy" - powiedział prokurator rejonowy w Nowym Dworze Mazowieckim, Jacek Pergałowski.
Według niego, miejsce zameldowania poszukiwanego mężczyzny nie jest tożsame z jego miejscem zamieszkania, gdyż przemieszcza się on w poszukiwaniu pracy.
"Po wypadku mężczyzna był przesłuchiwany jako świadek zdarzenia. Nie było wówczas podstaw, aby zatrzymywać go i stawiać mu zarzut spowodowania czy przyczynienia się do wypadku" - dodał prokurator Pergałowski.
Do wypadku doszło 18. sierpnia wieczorem na prostym odcinku drogi w Nowym Dworze Mazowieckim koło Warszawy. Marek Kotański jechał jeepem grand cherokee jednokierunkową jezdnią z Warszawy w stronę Modlina. Był trzeźwy.
Biegły, którego zadaniem było odtworzenie przebiegu zdarzenia stwierdził, że do wypadku przyczynił się idący poboczem pieszy, prowadzący rower. Wtargnął on przed maskę auta. Kotański wykonał manewr, próbując go ominąć, w wyniku czego nie zapanował nad pojazdem i wpadł do rowu. Prowadzony przez niego samochód lewymi drzwiami uderzył w drzewo.
Nieprzytomnego Kotańskiego karetka zabrała do Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Zmarł nad ranem. Przyczyną śmierci były rozległe, wielonarządowe obrażenia wewnętrzne, doznane w wyniku wypadku.
(|237 słów więcej|| | )
Autor : urlop dnia 10-12-2002 - 07:56 | 4957 raz(y) oglądano.
artykułów : Wynagrodzenie za czas choroby 10.12.2002
Zachorujesz i co dalej ?
W dniu 26 lipca 2002 r. Sejm uchwalił obszerną nowelizację Kodeksu pracy. Ustawa ta zmieniła m.in. zasady, określone w art. 92 k.p., dotyczące wynagrodzenia za czas choroby wypłacanego ze środków pracodawcy, które wejdą w życie 1 stycznia 2003 r.
Do końca 2002 r., zgodnie z tym przepisem, za czas niezdolności do pracy wskutek choroby lub odosobnienia w związku z chorobą zakaźną, trwających łącznie do 35 dni w ciągu roku kalendarzowego, pracownik zachowuje prawo do 80% wynagrodzenia, chyba że obowiązujące u danego pracodawcy przepisy prawa pracy przewidują wyższe wynagrodzenie. Po zmianie, od 1 stycznia 2003 r., pracodawca będzie zobowiązany do wypłaty wynagrodzenia za czas choroby nie za 35, lecz za 33 dni. W konsekwencji zasiłek chorobowy z funduszu ZUS przysługujący obecnie od 36. dnia niezdolności do pracy z powodu choroby będzie przysługiwał od 34. dnia tej niezdolności. Utrzymana została zasada, zgodnie z którą za czas niezdolności do pracy wskutek wypadku przy pracy, wypadku w drodze do pracy lub z pracy albo choroby zawodowej lub choroby przypadającej na okres ciąży, pracownik ma prawo do wynagrodzenia za czas choroby w wysokości 100%.
WAŻNE! Istotną zmianą w znowelizowanym Kodeksie pracy jest wprowadzenie zasady, zgodnie z którą w pierwszym dniu każdego okresu niezdolności do pracy wskutek choroby, lub odosobnienia w związku z chorobą zakaźną, trwającej nie dłużej niż 6 dni, pracownik nie zachowuje prawa do wynagrodzenia za czas choroby.
To nowe rozwiązanie budzi wiele kontrowersji, bo tak naprawdę nie wiadomo, jak przepis ten będzie stosowany w praktyce. Wątpliwości dotyczą np. sytuacji, w których po wykorzystaniu np. 4 dni zwolnienia lekarskiego pracownik otrzyma kolejne zwolnienie na okres np. 5 dni. Czy w takim przypadku nie otrzyma wynagrodzenia za czas choroby za pierwszy dzień każdej z tych niezdolności, czy okres ten będzie traktowany łącznie, w tym przypadku 9 dni i przepis, o którym mowa wyżej, nie będzie miał zastosowania?
Jak pracodawcy mają traktować przypadki, w których pracownik w pierwszym dniu zwolnienia lekarskiego skorzysta z urlopu wypoczynkowego, bo i taka możliwość zaistniała wskutek wprowadzenia przez ustawodawcę tzw. urlopu na czas niedyspozycji. Urlop ten przysługuje w wymiarze nie większym niż 4 dni w roku kalendarzowym, niezależnie od liczby pracodawców, z którymi pracownik pozostaje w danym roku kalendarzowym w stosunku pracy. O zamiarze skorzystania z takiego urlopu pracownik będzie musiał poinformować pracodawcę najpóźniej w dniu rozpoczęcia tego urlopu. Wprowadzenie nowej kategorii urlopu, o którym mowa wyżej, nie zwiększa liczby dni przysługującego pracownikowi w danym roku kalendarzowym urlopu wypoczynkowego. Jest to jednak rozwiązanie, które pozwala pracownikowi na skorzystanie z urlopu w każdym czasie, gdy jego stan zdrowia lub samopoczucie są na tyle złe, że chciałby pozostać w domu, ale nie korzystać z dłuższego zwolnienia lekarskiego. Jednocześnie przewiduje się, że pracownik będzie wykorzystywał ten urlop na pokrycie pierwszego dnia niezdolności do pracy z powodu choroby, która zostanie orzeczona na okres krótszy niż 6 dni, aby nie tracić za ten dzień prawa do wynagrodzenia za czas choroby.
Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz ZUS obecnie pracują nad interpretacją tych przepisów, o czym będziemy informować na bieżąco.
(|504 słów więcej|| | )
Autor : ubezpieczenie dnia 09-12-2002 - 07:54 | 4143 raz(y) oglądano.
artykułów : Ustalenie składki na ubezpieczenia wypadkowe 9.12.2002
Wyższa składka dla 23 branż
Od początku przyszłego roku składka na obowiązkowe ubezpieczenie wypadkowe będzie wynosić od 1,03 do 4,13 proc. podstawy wymiaru.
Przesądza o tym rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej z dnia 29 listopada 2002 r. w sprawie różnicowania składki na ubezpieczenie społeczne z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych w zależności od zagrożeń zawodowych i ich skutków, opublikowane w Dzienniku Ustaw nr 200, poz. 1692. Jest ono aktem wykonawczym do ustawy z dnia 30 października 2002 r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych (Dz.U. nr 199, poz. 1673), która przewiduje, dla płatników zgłaszających do ubezpieczenia minimum 10 osób, różnicowanie od 2003 r. składek w poszczególnych grupach działalności (branżach) z uwagi na poziom wypadków przy pracy ogółem, wypadków śmiertelnych i ciężkich, chorób zawodowych oraz zatrudnionych w warunkach zagrożenia.
Z rozporządzenia wynika, że najniższą składkę na ubezpieczenia wypadkowe (1,03 proc. podstawy wymiaru) zapłacą podmioty zaliczone do grup działalności: hotele i restauracje oraz pośrednictwo finansowe (kod PKD – H lub J), a najwyższą (4,13 proc.) przedsiębiorstwa zajmujące się górnictwem i kopalnictwem surowców energetycznych (kod PKD – CA). W sumie na 29 branż, dla 23 składka będzie wyższa niż obecnie. Teraz dla wszystkich płatników wynosi 1,62 proc. podstawy wymiaru. Wzrosną też obciążenia dla małych firm, zgłaszających do 9 ubezpieczonych. Zapłacą one bowiem połowę najwyższej stawki.
(Dz. U. Nr 199, poz. 1673)
Aby wyświetlić pełny tekst Ustawy kliknij na ubezpieczenie a następnie otwórz Moja Strona WWW
(|279 słów więcej|| | )
Tworzenie strony: 2,1876521110535 sekund.

References: art. 476
 art. 98
 art. 22
 art. 32
 art. 32
 art. 35
 art. 35
 art. 109
 art. 109
 art. 52
 art. 34
 art. 112
 art. 112
 art. 112
 art. 112
 art. 113
 art. 191
 art. 195
 art. 92