Source: http://audialnia.pl/o-audialni.html
Timestamp: 2020-07-13 09:12:07+00:00

Document:
O Audialni - Audialnia
Powtórka z historii i czasu
Miałam szesnaście lat, gdy pewnego dnia zdarzyła się rzecz niesłychana – weszłam w posiadanie wspaniałego roweru, jednego z tych, które w ramach pomocy, UNRRA przysłała do Polski. Było to dla mnie tym bardziej zaskakujące wydarzenie, gdyż nie zabiegałam o rower, nie marzyłam o nim, prawdę powiedziawszy nawet nie zazdrościłam rówieśnikom, którzy już mieli rowery i nie musieli na piechotę pokonywać sześcioipół kilometrowej drogi do gimnazjum. Na fotografii zrobionej przez kolegę, dobrze widać, jaka byłam szczęśliwa i zadowolona z dwukołowego nabytku. Myślę, że ten otrzymany zupełnie nieoczekiwanie prezent był swego rodzaju wskazówką - masz i korzystaj. Poszerzaj swoje horyzonty, zdobywaj nowe przestrzenie! Dziś, w osiemdziesiątym drugim roku życia, spoglądam z wielkim sentymentem na tę czarno-białą fotografię, starając się przy tym odtworzyć każdy detal z tych młodzieńczych dni spędzonych w Zarzeczu koło Niska nad cudownym Sanem.
W moim życiu przytrafił mi się jeszcze jeden niesamowity prezent. W 1932 roku, na jakiś czas przed moimi narodzinami, adwokat ze stopniem doktora Kazimierz Rodowicz powziął plany, co do parceli przy ul. św. Tomasza 32 w Krakowie. I ową parcelę odziedziczyłam sześćdziesiąt lat później postanowieniem Sądu z dnia 17 lutego 1992 r. Dostałam ją w takim wieku, w którym człowiek raczej nie podejmuje nowych wyzwań. Tymczasem ja podjęłam to wyzwanie. Pociągnęło ono za sobą wiele wysiłku włożonego w odzyskanie parceli, ale o tym będzie nieco później, w każdym razie to całkowicie odmieniło moje życie. I właśnie przez wzgląd na to, co się wydarzyło, czego byłam świadkiem i współuczestniczką przez ostatnie trzynaście lat, postanowiłam opowiedzieć o mojej i mojego męża Romana, o naszej wspólnej galerii, którą stworzyliśmy. Jest to z jednej strony próba opisania działalności prywatnej galerii, z drugiej próba opowiedzenia o historii miejsca, które było niegdyś własnością zakonu Cystersów, następnie Józefa G. Cypsera, Piotra A. Steinkellera i Wincentego Kirchmayera, który wydawał „Czas”, dalej dr Adama hrabiego Potockiego i dr Kazimierza Rodowicza, a w ostatnich latach PRL-u parkingiem dla dygnitarzy partyjnych przy KW PZPR.
Wdowa po stryju Jakubie zapytana przeze mnie czym jest upływ czas, u schyłku swojego życia odpowiedziała, że to nic innego, jak przejście z pokoju do kuchni. W wieku dwudziestu lat nie rozumiałam tej metafory, ale teraz w osiemdziesiątym drugim roku życia czuję, że zbliżam się do tej definicji. Istotnie, wydaje mi się, że wszystkie etapy i momenty mojego życia zlewają się w jedną chwilę. Zatem czym jest trzynaście lat, jeszcze mniejszą drobiną czasu. Jednak z mężem Romanem staraliśmy wypełnić tę niewielką czasoprzestrzeń intensywną działalnością w sferze sztuki. Udostępniając mój – nasz prezent – społeczeństwu: artystom malarzom, grafikom, fotografikom, petom, pisarzom, muzykom, staraliśmy się, oddziaływać obrazem, słowem i muzyką i krzewić wartości patriotyczne. Żywię głęboką nadzieję, że się nam udało to spełnić.
Rozdział pierwszy O moim prapraprzodku i opacie cysterskim
Rozdział drugi Miała być cukiernia - była rezydencja
Rozdział trzeci Resursa, czyli drugie życie dworu Steinkellera
Rozdział czwarty Tu Kirchmayer drukuje "Czas"
Rozdział piąty Zamiast uratować- rozebrali
Rozdział szósty Do czego przyznał się hrabia Potocki ?
Rozdział siódmy Dom, którego nie było
Rozdział ósmy 80 lat w likwidacji - Spółka "Teren"
Rozdział dziewiąty Kaktus mi tu wyrośnie!
Rozdział dziesiąty Dla nas papież poświęcił kamień węgielny
Rozdział jedenasty Zgubne skutki nieograniczonego zaufania
Rozdział dwunasty Coś nad nami czuwało
Rozdział trzynasty Ćwierć marzeń to lepsze niż nic
O moim prapraprzodku i opacie cysterskim
Mój prapraprzodek ze strony mamy był dobrym kowalem i odważnym człowiekiem. Zgłosił się na ochotnika do piechoty wybranieckiej, którą utworzył król Stefan Batory w 1578 roku w Koronie i na Litwie. W zamian król nadał mu własne gospodarstwo – było to kilka łanów ziemi. Ponadto był zwolniony od wszelkich powinności. Natomiast musiał stawiać się na wezwanie w błękitnym mundurze określonego kroju i z uzbrojeniem, na który składały się rusznica, topór o długim stylisku i szabla. Wszystko potoczyłoby się dobrze, gdyby nie to, że namiestnik królewski z Niepołomic nie wywiązał się i nie dał mojemu prapraprzodkowi obiecanej ziemi. Dlatego pokrzywdzony procesował się i ten proces wygrał, co odnalazłam w Tekach Schneidera w Archiwum Państwowym na Wawelu. Choć mój przodek wygrał proces, nigdy nie udało mu się wyegzekwować wyroku. Sprawa pozostała nierozwiązana.
W moim przypadku rzecz wyglądała podobnie, można by powiedzieć, że historia lubi się powtarzać. Postanowieniem z dnia 17 lutego 1992 roku zostałam właścicielką parceli przy ul. św. Tomasza 32, po doktorze Kazimierzu Rodowiczu i jego następcach prawnych. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam swoją parcelę, stały na niej jakieś pakamery, a teren był ogrodzony wysokim parkanem. To był początek długiej i ciernistej drogi do odzyskania tego, co było moją własnością. W tym piętrzeniu przeszkód „pomagali” nieżyczliwi ludzie. Wśród nich dyrektor nieistniejącego już Banku Przesyłowo-Handlowego w Krakowie urzędujący na szóstym piętrze budynku po KW PZPR, który powiedział: „Kaktus mi tu wyrośnie, jak pani dostanie swoją działkę”. PZPR rozpada się, budynek przejęła Akademia Muzyczna w Krakowie, a pan dyrektor marnie skończył, ale to zupełnie inna historia. W każdym razie było wielu chętnych do przejęcia tej parceli. Również SLD córka po nieboszczce partii nabrała ochoty, by użyć swoich wpływów i położyć „łapę” na tym skrawku.
A ten skrawek ma jak się okazuje niezwykłą historię. Nie jestem pewna kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się, że ta działka była od XIV wieku częścią tzw. kurii mogilskiej, czyli posesji należącej do opata klasztoru Cystersów w Mogile. Przypominam sobie tylko, że przeczytałam o tym w „Encyklopedii Krakowa” wydanej w 2000 roku nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN. Na tej parceli przy ówczesnej ulicy, którą nazywano ulicą Świnią ( XVI-XVIII), co wiązało się zapewne z zamieszkującymi tę część miasta rzeźnikami, a także sąsiedztwem targowiska i rzeźni miejskiej, znajdował się dwór opacki, zabudowania gospodarcze, m.in. słodownie i spichlerze a ​ponadto nieduże czynszowe budynki mieszkalne i ogród. Dlaczego opat z Mogiły zainwestował w centrum Krakowa? A to z tej przyczyny, że w XV wieku właśnie królewski Kraków stał się drugim po Paryżu, ośrodkiem kształcenia mnichów cysterskich. Zgodnie z wytycznymi bulli papieskiej z 1401 r. na prośbę króla polskiego Władysława Jagiełły, doszło do utworzenia Seminarium Cysterskiego przy Akademii Krakowskiej. Zatem studenci - zakonnicy musieli gdzieś mieszkać. Również cystersi mogilscy, którzy byli profesorami w Akademii Krakowskiej prawdopodobnie tutaj mieszkali, no i sam opat, który miał prawo zasiadania w katedrze krakowskiej między kanonikami i sprawował pieczę nad studentami cystersami, rezydował przy ul. św. Tomasza, a więc w pobliżu Akademii. Mogiła była wtedy położoną na wschód od Krakowa wsią, a podróżowanie wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj.
Opublikowano 5.11.2014 r.
Cdn. za miesiąc.
Miała być cukiernia – była rezydencja
Myśl o założeniu własnego studium teologicznego była wśród mnichów cysterskich bardzo żywa. Została ona zrealizowana podczas kapituły w Wągrowcu w 1692 r., na której postanowiono urządzić dwa seminaria w Wągrowcu i w Mogile. Na początku XVIII w. w klasztorze mogilskim utworzono tzw. Collegium Provinciale, które miało m.in. prawa paryskiego Kolegium św. Bernarda, przynależnego do Sorbony. Kurs kolegium filozoficznego i teologicznego realizowany w Mogile trwał pięć lat, a absolwent owego seminarium mógł otrzymać tytuł doktora na tych samych warunkach, jak w Akademii Krakowskiej. Z tego powodu zabudowania cysterskie przy ul. Świńskiej i Różanej (nazwa św. Tomasza została wprowadzona dopiero w 1881 r.) przestały spełniać wcześniejsze funkcje.
Po wyprowadzce Cystersów budynki stały i niszczały. Dopiero w 1827 r. pozyskały nowego właściciela. Był nim Gottlieb Cypcer, członek znanej rodziny krakowskiej pochodzącej z Niemiec, która prowadziła tzw. Cukiernię Cypcerowską, założoną w 1788 r. przez seniora Józefa Gottlieba Cypcera w kamienicy będącej jego własnością przy ul. Grodzkiej 5. Po jego śmierci kawiarnię prowadziła żona Wiktoria Cypcerowa, potem jej syn Józef Cypcer. Gottlieb Cypcer miał w planach wybudowanie na cysterskiej parceli willi połączonej z kawiarnią. Jej budowniczym był przybyły z Wiednia majster murarski von Pierret, przedsiębiorca budowlany. Budowa przeciągała się i trwała trzynaście lat. Być może z braku funduszy Cypcer ostatecznie sprzedał niedokończoną inwestycję i zmienił branżę. W latach 50. XIX w. uruchomił przedsiębiorstwo przewozowe. Jego omnibusy kursowały w niedziele i święta cztery razy dziennie na trasie z Krakowa do Swoszowic, jednego z najstarszych polskich uzdrowisk. Jazda tam i z powrotem kosztowała 50 centów. Cypcer również wprowadził w Krakowie w 1857 r. jednokonne kryte dorożki, zwane „cypcerówkami”.
Wróćmy jednak do nabywcy rozpoczętej przez Cypcera budowy. Został nim Piotr Antoni Steinkeller, który zajmował się przemysłem, rolnictwem, handlem, komunikacją – właściwie każdą dziedziną gospodarki.
Piotr Antoni Steinkeller, rycina z książki Henryk Radziszewski, Jan Kinderski "Dwie Monografie" z 1905 r.
Kim był ten, o którym mówiono polski „król cynku"? Urodził się 15 lutego 1799 r. Jego rodzina pochodziła z Pomorza, skąd wyemigrowała do Austrii nie chcąc porzucać katolicyzmu. Dziadek późniejszego przemysłowca, również Piotr, przybył do Krakowa z Wiednia w II połowie XVIII w. i założył wraz z Janem Wentzlem dobrze prosperujący sklep z towarami kolonialnymi przy ulicy Szewskiej. Także ojciec był kupcem i bardzo szybko zaczął przyuczać najstarszego syna Piotra Antoniego do zawodu kupieckiego. A ten zdobywał praktyki handlowe w wielkich firmach bankowych Wiednia. Po powrocie w 1818 r. młody Steinkeller przejął rodzinną firmę kupiecką. Musiało mu się dobrze wieść, skoro autorzy opracowań o Steinkellerze podają iż odziedziczony majątek pomnożył aż dziesięciokrotnie!
Zastanawia mnie, jak to się stało, że wiodło mu się tak doskonale. Nikt z piszących o Steinkellerze nie zwrócił uwagi na genezę jego biznesu. Być może kluczem do powodzenia na terenie Rzeczypospolitej Krakowskiej było to, że miał mecenasa w postaci biologicznego ojca, który był wpływową personą. W tej kwestii ojcostwa wypowiada się Kazimierz Girtler, syn lekarza, profesora i rektora Jagiellońskiej Wszechnicy Sebastiana Girtlera i Franciszki z Fuchów, prawnik a potem przez 35 lat dzierżawca pomiechowskiej Kaliny Małej, wreszcie jeden najwybitniejszych pamiętnikarzy XIX stulecia. W tomie II podaje takie oto zaskakujące stwierdzenia:
Zjawił się też jeszcze przed 1800 rokiem w Krakowie Niemczyna, biedny kramarz, i kupczył, jak mógł, aby pluderki nie spadły. Wtedy cesarskim gubernatorem czy komisarzem, dość że naczelnikiem rządu, był graf Trautmansdorf – bogaty, niemłody, żonaty a bezdzietny. Żył wspaniale, szumno i z tego się podobał. Znęcał szlachtę, nawet się z nią spijał i może to od niego pochodzi przysłowie, że: „dla kompanii dał się Niemiec powiesić”. Wszyscy w nim uważali porządnego bardzo człowieka, a ludzie – choć najporządniejsi – miewają swoje ale. Otóż pokazało się, że panna dworska grafini Trautmansdorf zmienia figurę. A że to była powiernica, więc się też powierzyła pani z tajemnicą, wspólną tylko jej i panu grafowi. Wnet obiecano dobry posag pannie, a Niemcy usłużne pieski pana gubernatora, rozbiegli się szukać konkurenta. A pokazawszy (tajemnie) tego i owego, przywiedli też i wspomnianego wyżej kramarza, a był to Steinkeller. Tego uszczęśliwiono przyjęciem, dano czysty posag, choć nie całą pannę, i obiecano protekcję.
Począł kupczyć, miał pomoc, to się też za austriackich czasów wiodło dobrze. Rósł. Pamiętam, że już w 1812 r. miał kamienicę na Szczepańskiej ulicy i w niej sklep korzenny. Wiem to zaś z okoliczności, że gdy w r. 1811 oddano mię na pensją do Bulikowskiego, tam dwóch czy trzech młodszych Steinkellerów przychodziło na naukę, a Piotr, najstarszy, już siedzący w sklepie, lub też siostra, przychodzili po nich w południe i wieczór. Prócz więc Piotra i siostry był z porządku: Antoni, potem Rudolf, najmłodszy Józef, na którego wołaliśmy przedrzeźniając: „Pepi, Pepy” – bo tak na niego wołała.
To by wiele wyjaśniało, np. to, że już w wieku 23 lat Steinkeller rozpoczął swoje pierwsze inwestycje. Na rodzinnych gruntach w Podgórzu, założył swoje pierwsze zakłady przemysłowe: cegielnię oraz wytwórnie gipsu i nawozów rolniczych. Największym zainteresowaniem Steinkellera w okresie zamieszkiwania w Wolnym Mieście Krakowie cieszyło się jednak wydobycie cynku. W 1822 r. odkupił od niejakiego Antoniego Pschoma kopalnię węgla kamiennego pod Jaworznem. Zmodernizował ją i przystąpił do budowy cynkowni, której nadał imię matki. Aby zapewnić sobie dostawy surowca potrzebnego do wytopu metalu, przejął złoża galmanu w okolicach Olkusza. Wbrew stereotypowemu obrazowi początków rewolucji przemysłowej, dbał o socjalne zabezpieczenie pracowników swojego zakładu. Wybudował dla nich osiedle w Niedzieliskach, podpisywał umowy o pracę, założył fabryczną straż pożarną, zabiegał także o założenie szpitala górniczego w Jaworznie.
W 1824 roku ożenił się z Anielą Anthonin, córką zamożnego warszawskiego kupca. Trzy lata później kupił w Warszawie od Aleksandry Potockiej budynek przy ul. Trębackiej, gdzie wraz z Karolem Scholtzerem założył jeden z największych domów handlowych w Królestwie Polskim. Przedsiębiorstwo pośredniczyło w sprowadzaniu dużych ilości towarów, udzielało kredytów i szybko znalazło się wśród najlepszych w swojej branży. W tym okresie Steinkeller dużo podróżował po Europie. W 1828 r. objął administrację majątku Żarki koło Będzina. Założył tam nowoczesne gospodarstwo rolne, zakłady przetwórcze, m.in. gorzelnię, browar i młyn. Wybudował też nowoczesne zakłady budowy maszyn górniczo-hutniczych, kotłów parowych, narzędzi rolniczych i cukrownię. Znaczną część wyposażenia i urządzeń sprowadził z Anglii. W czasie powstania listopadowego przebywał z rodzina w Wiedniu i powrócił dopiero po jego zakończeniu. Wówczas pojawił się pomysł budowy drogi żelaznej z Warszawy do Wiednia oraz powstało przedsiębiorstwo karet kurierskich, tzw. „steinkellerek”, jeżdżących na trasie Warszawa – Kraków. Steinkeller przejął też potężny młyn parowy na Solcu w Warszawie, który stał się wielkim przedsiębiorstwem wielobranżowym.
Piotr Steinkeller od czasu do czasu odwiedzał rodzinny Kraków. Podczas jednej z takich wizyt nabył niedokończoną willę przy ul. Różanej 603, a obecnie św. Tomasza 32-34. Do 1841 r. trwały dalsze prace budowlane. W tym czasie powstał parterowy klasycystyczny dwór z kolumnowym portykiem od strony Plant i dwoma skrzydłami od zachodu sąsiadującymi z ogrodem kwaterowym. W skład zespołu wchodziły także przebudowane spichlerze opackie. Wjazd na teren prowadził przez bramę przy ul. św. Tomasza 32. Steinkeller przemieszkiwał z rodziną w swojej krakowskiej rezydencji tylko kilka razy w ciągu roku, gdyż na stałe mieszkał w Warszawie. W 1847 r. zamieszkali w niej nowi lokatorzy. Była to rodzina dr Michała Mohra i Marii z Lemańskich Mohr spokrewniona z drugą żoną Piotra Steinkellera – Marią Lemańską, z którą wziął ślub w Kłobucku 15 września 1835 r.
W marcu 2014 r. na aukcji na Allegro zakupiłam książkę Marii z Mohrów Kietlińskiej „Wspomnienia”. Ich spora część dotyczy domu wuja Steinkellera, w którym Maria zamieszkała jako kilkuletnia dziewczynka. Tak oto pisze:
Wewnętrzne urządzenie świadczyło o dobrym smaku właściciela. Środek gmachu zajmowała wielka sala balowa, z której było wyjście do oranżerii, starannie utrzymanej. Były tam drzewa cytrusowe i pomarańczowe, kamelie i inne rzadsze rośliny. Z oranżerii schodziło się po szerokich schodach na planty, ale o ile pamiętam drzwi na te schody były zawsze zamknięte i nigdy poza obręb domu z tej strony nikt nie wychodził na publiczną promenadę. Zamieszkaliśmy w bocznej części głównego korpusu, ale wujostwo pozwolili nam korzystać z całego szeregu przepięknych pokoi. W tej pięknej rezydencji upływały moje lata dziecinne; stąd wyniosłam moc wrażeń, które utkwiły mi w pamięci na długie moje życie. Lato całe spędzałam w ogródkach, którymi ojciec mój z zamiłowaniem się zajmował. Było w nich wszystko co oko i smak cieszyć mogło. Na południowych ścianach pięły się pod dach wyborne winogrona, morele i brzoskwinie, innych owoców w najlepszych gatunkach dostarczały niezbyt liczne ale doborowe drzewa i moc pięknych kwiatów.
Zimą areną moich zabaw z towarzyszkami była wielka sala balowa, w której stała przepiękna szafa, grająca dźwięczne dla ucha wyjątki z oper włoskich, walce Lannera i Straussa i pieśni polskie. Był to mebel mahoniowy, sięgający sufitu, o drzwiach w misterne a’jour arabeski, podłożone szafirowym atłasem. Obeznany z mechanizmem Stary lokaj Wojciech miał pod swoim dozorem ogromne walce, czyli nuty i na nasze prośby zawsze chętnie takowe wsuwał do szafy i zaraz rozlegały się harmonijne tony tego pięknego instrumentu; były one podobne do dzwonków włoskich Campanelli a także do tak zwanego Glockensielu w Salsburgu.
Maria z Mohrów Kietlińska zachowała taki oto opis wyglądu wuja:
Piotr Steinkeller był intelektualnie i fizycznie człowiekiem nad zwykłą miarę; wzrostu bardzo wysokiego, chudej postaci, twarz miał o rysach ostrych, orlim nosie i oczach bystrych. Odznaczał się wykwintnością stroju, nosił półfrak, białą kamizelkę i takąż cienką, batystową chustkę wiązaną na szyi. Światowiec w całym tego znaczeniu, postacią przypominał Anglika, lecz temu porównaniu przeczyła jego nadzwyczajna żywotność w mowie i ruchach zwłaszcza, gdy nowy jakiś pomysł powstał w jego zawsze pracującym umyśle chciał, usiłował gorączkowo prawie przekonać słuchacza. Zapalał się do swoich projektów, które zawsze miały na celu dobro ogólne, podniesienie handlu, przemysłu i rolnictwa, ułatwienie komunikacji, wyzyskanie skarbów naszej ziemi, ukrytych lub zaniedbanych. Z podróży częstych do Anglii, Francji i Niemiec jak pszczoła do ula znosił różne innowacje, dające się zastosować w Polsce. Własnym, znacznym majątkiem rozpoczynał próby, zakładał fabryki, zapoczątkował kopalnie. Niestety, wówczas nie znalazła jego dobra wola i chęć gorąca podniesienia dobrobytu w zubożałym kraju, właściwego oddźwięku… Małą garstkę ludzi znalazł do pomocy.
W Królestwie Polskiem zaporą do wszelkiego postępu był mu satrapa Paskiewicz, feldmarszałek rosyjski, a po stłumieniu powstania listopadowego namiestnik – w Galicji zacofanie, nieufność.
Ruchliwość i pracowitość tego człowieka była zdumiewająca, na wszystko starczało mu czasu. Umiał dobierać ludzi do pomocy i umiał też tchnąć w nich ducha, który ich ożywiał. Pełen zapału i żywości, był człowiekiem łagodnym i wyrozumiałym. Nie zrażał się przeciwnościami i niepowodzeniami i pokonywał je z wytrwałością. Pamiętam, jak dnia pewnego pędził bez kapelusza przez ogrody do nas z czymś dużym, białym pod pachą i wpadłszy do pokoju z radością wołał: Patrzcie jak mi się udał „turnips”. Była to kolosalna angielska rzepa pastewna, wyrosła w Morawicy. Wuj zaprezentował to dziwo w kuchni, gdzie kucharka rzepę nadgryzła, utrzymując, że jest słodka i smaczna.
Dwór Steinkellera był świadkiem wielu wydarzeń, m. in. zamieszek rewolucyjnych w 1848 r. i wielkiego pożaru Krakowa w 1850 r. Ogień zniszczył wtedy zabudowania klasztorne ojców Dominikanów, dotarł do Małego Rynku, a przy sprzyjającym wietrze mógł zagrozić i ulicy Różanej. Szczęśliwie skończyło się tylko na strachu. Ale nazajutrz – pisze Kietlinska – obudził mnie ogromny ruch, płacz kobiet i dzieci, lament i krzyki… Podbiegłam do okna. To nieszczęśliwi pogorzelcy, z tobołkami, unosząc w kufrach, koszach i tłumokach swój dobytek, rozbili obozowisko na Plantach… Poczciwy jeszcze w tych czasach lud krakowski okazał dobroć serca i prawdziwe miłosierdzie dla tej ludzkiej nędzy. Uwijały się wiejskie mleczarki z dzbankami mleka, przekupki z gorącym barszczem, bułkami, w koszach znoszono na razie co kto mógł. A potem, gdy lud z okolic Krakowa dostarczał wszelkich potrzeb, w kuchniach naszego domu całe dnie gotowano co można było. Szkło, porcelana, wszelkie garnki i dzbanki, wszystko było w ruchu od rana do nocy. W pięknym mieszkaniu wuja Steinkellera umieszczono chorych…
W 1849 r. kwaterowali w dworze Moskale, ciągnący przez Kraków na Węgry dla stłumienia powstania. Szczęśliwie ich postój, z niepokojem oczekiwany przeszedł bez szkody, a nawet był momentami komiczny.
Tyły domu wraz z dwoma podwórzami zajęli na kwatery sołdaci. Odór dziegciu rozszedł się natychmiast po ogrodzie i mieszkaniu naszym. Zaraz wykopali trzy doły na ogniska pod kotły i wzięli się za gotowanie strawy. Wybredni nie byli. Któregoś dnia ich kucharz przyniósł z miasta funt świeczek łojowych, jakie w wiązkach, za knoty związane sprzedawano, zanurzył je w gotującym krupniku, a następnie wyjąwszy knoty przeciągnął je przez gębę ze smakiem i rzucił sąsiadowi do kotła. I koleją szły knoty od ust do ust, wyrzucone wreszcie na ziemię.
Cdn. za miesiąc
Resursa, czyli drugie życie dworu Steinkellera
Rok 1851 był rokiem wielkich zmian dla dworu należącego do Piotra Antoniego Steinkellera. Otóż, właściciel, który zamieszkiwał w pawilonie od ul. św. Tomasza i który traktował go jako pied-à-terre, postanowił wynająć środkowy korpus na tzw. resursę niemiecką. Wielkie otwarcie lokalu nastąpiło 1 lutego, o czym donosił „Czas”:
Resursa służyła wyłącznie celom rozrywkowym a wstęp do niego miały również panie – niestety wyłącznie te z robótkami w rękach. To była ówczesna przepustka. Mężczyźni grali w karty i bilard. Jak podaje Maria Estreicherówna w „Życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa w latach 1848-1863”:
Znaczny procent gości lokalu stanowiły bogatsze Żydówki i mężczyźni Polacy. Chociaż wszystkie zabawy miały charakter niemiecki (wszystkie austriackie galówki świętowano bardzo uroczyście), to dziwnym trafem stronili od tego miejsca zarówno Niemki jak i Niemcy. Z lokalem połączona była czytelnia i traktiernia czyli oberża, jadłodajnia, w której nierzadko stołowała się rodzina Mohrów. Dla Marii z Mohrów Kietlińskiej była to doskonała restauracja. Właścicielem był Wiedeńczyk, Bärenreiter, Niemczysko z krzywymi nogami; miał bardzo ładną i dobra żonę, Krakowiankę, lecz z niemieckiej rodziny pochodzącą. Czystość w kuchni i każdym zakątku domu i składu była wzorowa. Potrawy, zwłaszcza wiedeńskie, jak wszelkie smażeniny, mianowicie sznycle cielęce, kurczęta, rozbratle i leguminy drożdżowe, do dnia kiedy to piszę, ślinkę mi w ustach robią… Oprócz w Wiedniu, nigdzie nie spotkałam się z tak smażonym mięsem, ani sama nie umiałam doprowadzić tego kunsztu do takiej doskonałości. Korzystaliśmy też nieraz z tej wybornej a tak bliskiej restauracji, bo i taniość była wówczas wielka. Nie znając języka niemieckiego, robiliśmy czasem pomyłki. I np. wyczytawszy w karcie, że będzie na obiad kuropatwa Ungarisches Rebhuhn, zadysponowała moja matka w domowej kuchni zupę i leguminę, a na pieczyste zamówiliśmy u p. Bärenreitera. Jakiegoż doznaliśmy zawodu, gdy nam po zupie, zamiast pieczystego, przyniesiono – galaretkę z nóżek! Przyznać należy, że była i ładna i bardzo smaczna, więc uśmiawszy się z pomyłki, śćwiczyliśmy tę prostą potrawę ze smakiem.
Co zaś się tyczy resursy, czy jak chce autorka wspomnień – kasyna, rzecz wyglądała następująco:
Rozkład nowego mieszkania był prawie taki sam jak naszego dawnego, urządziliśmy się zatem dosyć prędko, a zatkawszy ucho na dochodzące gwary z resursowej restauracji, przez okno spiżarni wychodzące na podwórze nasze, oswoiliśmy się prędko z nową sytuacją.
Wojskowość zachowywała się cicho i zupełnie nie dawał nam się we znaki. W dawnej oranżerii grywała czasem najlepsza w Europie muzyka wojskowa pułku Schönhals, która po triumfach odniesionych na wystawie paryskiej, cała padła pod Sadową w 1866 r.
Ale wróćmy do osoby Piotra Antoniego Steinkellera. Jak już wiemy był człowiekiem kreatywnym, działał z rozmachem, miał szerokie ambicje i prawy charakter. Niestety tak to już w życiu bywa, że z wielkich inwestycji pozostaje dług. I to właśnie przytrafiło się Steinkellerowi. Prowadzone przez niego na wielką skalę przedsięwzięcia przemysłowe, nie przyniosły spodziewanych zysków. Na dodatek pożar, który wybuchł w nocy z 26 na 27 kwietnia 1852 r. zniszczył zakłady na Solcu. Ogień stawił część zabudowań, w tym fabryki powozów, maszyn i kafli. Zniszczeniu uległy też dwa spichlerze oraz składy z maszynami i narzędziami rolniczymi. W czerwcu następnego roku Steinkeller był bankrutem. Cały jego majątek w Królestwie Polskim przejął na własność Bank Polski. Wkrótce po tych dramatycznych wydarzeniach Steinkeller powrócił na stałe do Krakowa. Zamieszkał w swoim domu przy ul. Różanej 603. Nadal posiadał majątek Samoklęski oraz młyny gipsowe, cegielnię parową, fabrykę dachówek i kafli w Podgórzu, która dobrze funkcjonowała dzięki koniunkturze budowlanej po pożarze Krakowa w 1850 r. Piotr Antoni Steinkeller zmarł na atak serca 11 lutego 1854 r. na cztery dni przed 55. urodzinami. Został pochowany na cmentarzu Rakowickim w grobowcu rodzinnym w kwaterze 29.
Portret Marii z Lemańskich Mohrowej, namalowany przez Władysława Konstantego Majeranowskiego około 1840 r.
Wdowa po Piotrze Maria z Lemańskich Steinkellerowa w 1856 r. podjęła w Londynie całą sumę ubezpieczeniową, tj. 12 240 funtów 13 szylingów i 6 pensów. Ówczesny funt miał równowartość 6 rubli i 30 kopiejek czyli 42 złotych polskich. Lemańska miała więc w reku 514 108 złp. Z tej ogromnej sumy ubezpieczeniowej prawie 130 tys. złp. Poszło na spłaty długów, pokrycie kosztów podróży i windykacji. Wdowie do podziału pomiędzy 6. spadkobierców zostało 184 349 złp. (każdemu przypadało zaledwie 30 724 złp). Dla siebie zostawiła 200 tys. złp. Nie obyło się bez sporów pomiędzy wdową a dziećmi z pierwszego małżeństwa.
Summa summarum Maria Lemańska z najmłodszym synem Henrykiem Arturem wyjechała do Warszawy, a w kilka lat później udała się do Francji. Wyszła tu ponownie za mąż za adiutanta Napoleona III, hrabiego Krzysztofa Mikołaja de Rougnet, a po jego śmierci za margrabiego St. Cydion. Umierając cały swój majątek sięgający dwa i pół miliona franków zapisała na rzecz miasta Paryża.
Tu Kirchmayer drukuje „Czas”
Dom przy ul. Różanej 603 po przedwczesnej śmierci Piotra Antoniego Steinkellera opustoszał. Dawni lokatorzy wyprowadzili się. Maria Mohr z matką wyjechała do Niemiec, by uczyć się języka, jej bracia na naukę do gimnazjum w Raciborzu. Spadkobiercy wystawili nieruchomość na sprzedaż. W jakiś czas później przeszła w ręce Kirchmayerów, kupieckiej rodziny przybyłej przed wielu laty z Bawarii. O tym, jak się urządzili w Krakowie pisze Kazimierz Girtler w swoich wspomnieniach z lat 1832-1857:
A były to czasy na szlachtę – gliniane, a na kupców i urzędników – złote. Spekulacje wiodły się wtedy pomyślnie. A Kirchmayer, lubo niezmiernie był ostrożny, ale też szczęśliwy jak ten gracz, co karty nie chybi. Toteż po latach kilku sklepowego pieprzarza – podobnie jak jego koledzy Steinkeller i Hecel – awansował na bankiera. Już w 1825 r. głośno było, że obraca krociami. Westował, na papierach zarabiał, nic nie opuścił, na czym by mógł co pociągnąć. Spadkiem po bracie Mateuszu też się pokrzepił. Już pieszo za miasto nie wychodził, ale trzymał ekwipaż i dom porządniejszy od innych prowadził. Widocznie nagle tył w majątek.
Po śmierci księcia Kaźmirza Czartoryskiego na licytacji kupił dobra Pleszów bardzo tanio i takiej nabył pasji do porządkowania, że w dobra te włożył kilkakroć sto tysięcy, wznosząc gmachy, a wszystko fundamentalnie, ozdobne, z ogromnym nakładem. Cacko też zrobiło się z owego Pleszowa, który choć był książęcą majętnością, bardzo nędznie był zabudowany i źle gospodarowany. Kościół tam wyrestaurował. Gdy w Krakowie zburzono kościół Wszystkich Świętych, zakupił stamtąd czarny marmurowy ołtarz i posadzkę i takowe do swego kościoła przeniósł. Cmentarz obmurował, niczego na Pleszów nie szczędził.
[…] Był to w charakterze człowiek rzetelny, lecz – mimo ocierania się o lepsze towarzystwo – ruchy jego były mniej szlachetne, a już co u siebie w domu, to sobie był z niego nie gentelman, ale czysty furman austriacki. Wiedział, jak stoją kursa, po czemu w Gdańsku zboże, oliwa w Trieście. Wiedział o ruchu politycznym wszystkich krajów europejskich, ale gdyby go zapytano o jego ojczyznę, niezawodnie by odrzekł: „Jestem kupiec z Krakowa”. Wprawdzie wiedział, że za Stanisława była Polska krajem udzielnym, wiedział, że Kościuszko walczył za niepodległość, ale jego nauka tak była kusą, ze łatwo dałby wiarę, że przed Poniatowskim panował Bolesław Chrobry. Że zaś za jego życia przewalały się te srogie burze europejskie, wśród których Polacy myśleli o wskrzeszeniu swej narodowości i odzyskaniu bytu politycznego, to jemu wszystko obojętnym było.
[…] Na te dzisiejsze czasy byłby z niego walny obywatel! Nie tylko na demokracją trząsł się febrą, bo ta podkopuje byt społeczny i grozi handlowi, ale po dzisiejszemu – politykę taksował na pieniądze. Po co wojna? To więcej kosztuje, jak warto. Lepiej izby monarsze sprzedał kawał kraju jak szlachcic wioskę. Dorobkowicz całą gębą, zdałby się był wszelkiej narodowości na giełdo wnika – jako żywa negacja wszelkiego duchowego postępu, to tylko ceniący na dobre, z czego można korzyść ciągnąć materialną. Zebrał na tej drodze parę milionów, a może i więcej. Zostawił synów dwóch i dwie córki.
Najstarszy Wincenty, skorzystał z edukacji i dobrze się pokształcił. Ze sławnym pianistą Lisztem, wybrał się w podróż po Europie. W Madrycie wraz ze swoim montiontem dostał zaproszenie na bal dworski, kostiumowy i przywdział Krakowiacki chłopski ubiór, a nawet dostąpił szczęścia tańczenia z królową Izabelą hiszpańską. Włócząc się przesiadywał po różnych stolicach lat kilka, a ojciec za tę sztukę parękroć sto tysięcy za niego zapłacił, a pewnie jeszcze coś tam zostało, ale dumnym był z syna, któremu też najwięcej o to idzie, aby się dobrze bawił na świecie. Powierzchowny, próżny człowiek.
Wincenty Marcin Kanty Kirchmayer, zdjęcie pochodzi z książki "Kraków w Powstaniu Styczniowym".
Pomimo tej opinii, Wincenty Marcin Kanty Kirchmayer (1820–1893) odbył praktykę w firmach handlowych i bankach w Paryżu, Londynie, Hamburgu, Lipsku, Berlinie, Wiedniu i w Warszawie i został dobrze przygotowany do przejęcia po śmierci ojca w 1857 r. domu handlowo-bankowego p. n. „F. J. Kirchmayer i Syn w Krakowie”. Dokończył też rozpoczęte przez ojca inwestycje w podkrakowskim Pleszowie - założył rozległy park ze stawami a także uruchomił produkcję specjalnego oleju „salonowego” używanego do lamp pokojowych. Zaangażował się również w działalność wydawniczą.
Już jako młody człowiek związał się z konserwatywnym pismem „Czas”, właściwie pełna nazwa brzmiała „Czas, dziennik poświęcony polityce krajowej i zagranicznej oraz wiadomościom literackim, rolniczym i przemysłowym”. Taki tytuł nosiło pierwsze 99 numerów, kolejne od numeru 100 w 1849 r. tylko „Czas” - bez podtytułu). Założycielami „Czasu”, którego pierwszy numer ukazał się 3 listopada 1848 r. byli hr. Adam Józef Potocki, Lucjan Siemieński, Leon Rzewuski, Stanisław Tarnowski i Paweł Popiel – ludzie wysokiej kultury, wytrawnego pióra i wyrobionego sądu. Ten ostatni publicysta, polityk, prawnik, konserwator zabytków i autor pamiętników - Paweł Popiel został jego pierwszym redaktorem. Trzy lata później wystąpił jednak z redakcji, gdy jego współpracownicy m.in. Maurycy Mann i Walerian Kalinka, uznali za zbyt lojalistyczne wystąpienie, którym pragnął powitać przybywającego do Krakowa cesarza Franciszka Józefa. Pierwsza siedziba redakcji „Czasu” była w kamienicy Szołayskich (1849-1856), później została przeniesiona do pałacu pod Krzysztofory.
Wróćmy jednak do osoby Wincentego Kirchmayera. W 1855 r., kiedy hr. Adama Potockiego zaaresztowano w Wiedniu, powołując się na opinię ministra spraw wewnętrznych Aleksandra Bacha, nakłonił członków spółki do sprzedania mu akcji „Czasu”. Odtąd był jedynym właścicielem aż do 1870 r. Zapewne wówczas pomyślał o nowej, dogodniejszej siedzibie dla redakcji i przeniesieniu drukarni. Kirchmayer nabył dwór zwany Steinkellerowskim mieszczący się w kwadracie dzisiejszych ulic: św. Marka – św. Tomasza – Plant – św. Krzyża. Następnie postanowił go odrestaurować. Autorem projektu został Filip Pokutyński wykładowca budownictwa w Instytucie Technicznym w Krakowie, absolwent berlińskiej Allgemaine Bauschule, monachijskiej Akademie der Bildenden Kunste i wiedeńskiego Instytutu Politechnicznego. Pokutyński projektował w stylach historycznych, zwłaszcza neorenesansowym i taki waśnie był parterowy dwór Kirchmayera w lipcu 1861 r. kiedy umieszczono w nim redakcję „Czasu” wraz z drukarnią i litografią. Sam Kirchmayer zamieszkał w bocznym skrzydle zabudowań po prawej stronie budynku (przy ul. św. Tomasza).
Pałacyk Steinkellera, później Krichmayera, dawna siedziba redakcji dziennika "Czas", malował M. Salb, 1882 r. (fragment)
Przejmując „Czas” na własność, Kirchmayer pozostawił redakcji dziennika pełną swobodę oraz okazywał daleko idącą tolerancję wobec głoszonych przez niego opinii i poglądów. Pomimo rozlicznych obowiązków; był przecież prezesem Izby Przemysłowo-Handlowej w Krakowie, radnym miejskim, zasiadał w Radzie Zawiadowczej Kolei Karola Ludwika, i radach nadzorczych: Banku Krajowego Galicyjskiego we Lwowie oraz Banku Związkowego we Wiedniu (Vereinsbank), Towarzystwa Gospodarczo-Rolniczego w Krakowie, Rady Ogólnej Towarzystwa Dobroczynności w Krakowie, żywotnie interesował się pismem, obsadą personalną redakcji, doborem korespondentów i tematyką finansową działu gospodarczego. A podczas pobytów w Wiedniu nadsyłał informacje dotyczące aktualności politycznych i życia parlamentarnego. Pod jego redakcją „Czas” powiększył znacznie swą objętość i upodobnił swój układ do czołowych dzienników zachodnioeuropejskich. W 1855 r. Kirchmayer zainicjował wydawanie magazynu naukowo-literackiego „Czas – Dodatek Miesięczny” (1856–1860), w którym zabierał również głos na tematy ekonomiczne (np. Przemysł krajów monarchii austryackiej na Wystawie Paryzkiej 1855r., „Czas – Dod. Mies.” T. 1: 1856 s. 3–64).
Z końcem marca 1863 r. a więc w okresie trwania Powstania Styczniowego, właściciel „Czasu” zaproponował Stanisławowi Koźmianowi współpracę z redakcją. Ten młody i zręczny publicysta i polityk szybko objął kierownictwo polityczne. Koźmian zorganizował telegraficzne biuro prasowe, które przesyłało do dzienników zagranicznych i sfer rządowych, wiadomości o powstaniu i sytuacji krajowej. Sam Koźmian przyznawał, że zadaniem tego biura było podgrzewać opinię zagraniczną, podniecać korespondencję dyplomatyczną, przedstawiać postępowanie władz rosyjskich w najgorszym świetle. W marcu 1864 r. Koźmian zasiadł na ławie oskarżonych w jednym z największym procesów drukowych „Czasu”, w którym został skazany na 3 miesiące więzienia za „pochwalanie” powstania styczniowego. W rzeczywistości była to kara za ogólny kierunek redakcyjny gazety.
Kirchmayer wspierał także finansowo Powstanie Styczniowe. Kredytował akcje związane z firmowaniem oddziałów galicyjskich i sprowadzaniem broni. W krakowskim banku Kirchmayera istniało fikcyjne konto Kronenberga pn. „Firma Greve i Sp.”, z którego czerpano fundusze dla Langiewicza, generała i dyktatora powstania.
Wejście prowadzące w obręb zabudowań "Czasu", zdjęcie pochodzi z książki "Kraków w Powstaniu Styczniowym".
Jak wysoki był nakład dzienny „Czasu” w okresie powstania? Do cyfry tej dochodzimy poprzez ustalenie ilości odbiorców dziennika, których było 2 i pół tysiąca dziennie. Jeśli do tej liczby sprzedanych egzemplarzy dodamy, że przynajmniej jeden numer jest czytany przez najbliższą rodzinę, to dojdziemy do cyfry kilkunastu tysięcy czytelników „Czasu” w 1863 r. Jak na stosunki galicyjskie był to dość znaczy krąg czytelniczy i zarazem zasięg oddziaływania pisma na opinię publiczną.
„Czas” nie zawsze był rentowny. Przy niskim nakładzie w okresie przedpowstaniowym - 2000 egzemplarzy – deficyt roczny wynosił 5000 złr. Niedobory finansowe dziennika pokrywał Kirchmayer dochodami z drukarni „Czasu”, bądź wpływami z licznych swoich interesów.
Niestety, nawet ludziom pokroju Kirchmayera, o których pisano i mówiono, że posiadają wielki zmysł handlowy, zdarzało się, że swój pokaźny kapitał zaangażowali w niekorzystne operacje. Upadek Kirchmayera zaczął się już w 1866 r. kiedy to wykorzystując poparcie Ministerstwa Skarbu, zawiązał we Wiedniu spółkę z Samuelem Simundtem celem skupywania czeskich i galicyjskich dóbr rządowych (dawnych królewszczyzn) od Domänen - Consortium. Zaangażował w to depozyty na sumę 1 800 000 zł reńskich, złożone w jego banku przez bardzo licznych wierzycieli. Najważniejszymi wierzycielami, tzw. „wielką piątką”, byli: Adam Potocki, Paweł Popiel, Stanisław Małachowski, Franciszek Mycielski i Mieczysław Rey. Skutkiem niepowodzeń giełdowych przynaglony przez wierzycieli do zwrotu depozytów, rozwiązał spółkę i starał się zaspokoić ich pretensje na drodze prywatnej. W tym okresie przebywał stale za granicą (głównie we Wiedniu), gdzie prowadził wystawny tryb życia. Powodowało to tym większe zaniepokojenie miejscowych wierzycieli. 13 lutego 1870 r. przybył niespodziewanie do Krakowa, aby osobiście uspokoić wzburzoną, opinię, proponując na pokrycie długów zastaw drukarni, „Czasu” i własnych posiadłości na sumę 2 200 000 zł reńskich. Cztery dni później wyjechał nagle za granicę w niewiadomym kierunku. W Krakowie zawrzało. Okazało się, że posiadane walory nie pokrywają całej pretensji, w związku z czym oskarżono Kirchmayera o nadużycie na sumę przeszło 900 000 zł. reńskich i niewypłacalność.
„Gazeta Narodowa” w wydaniu niedzielnym z 27 lutego 1870 r. w kronice lwowskiej donosiła (ach, ten wspaniały Internet!):
Bieda! Bieda! – na tym bożym świecie – finanse coraz bardziej wkręcają się we wszystkie stosunki i tajne komórki społeczeństwa, tak, że wkrótce nie będzie już miejsca na Świecie wielkości główki od szpilki, gdzieby swobodnie żyć można nie myśląc o finansach. Ktoby to na przykład myślał, że kryda Kirchmayera wpłynie na stan małżeństw i na pomniejszenie się populacji w Galicji. Tymczasem tak jest w rzeczywistości, a mimo woli muszę przyznać słuszność nieboszczykowi p. Malthusowi, że im pełniejsze kieszenie, tem więcej ludzi rodzi się na ziemi. Przed dwoma jeszcze tygodniami, pamiętam jak dzisiaj, byliśmy na wieczorku, na którym pewien kawaler oświadczył się i został przyjęty, a my kawalerowi piliśmy po cichu zdrowi konsolacji (naturalnie przyszłej), tymczasem Kirchmayer zbankrutował i nasze zdrowie zdaje się na nic się nie przyda. Małżeństwo nie przyjdzie do skutku, 25 000 posagu, złożonych w byłym banku Kirchmayera pozostanie się jak powiadają tylko 15 %. Wprawdzie w Piątek spotkałem narzeczonego u Rotlendera czytającego jakąś korespondencję z Wiednia, w której była wiadomość, że Simund będzie wypłacał wierzycieli po 50%, ale mimo to fizjonomia narzeczonego nie zdawała się zapowiadać miodowych miesięcy, a nawet o zgrozo, znikł już z palca – pierścionek! – Cała zachodnia Galicja z przyzwyczajenia lgnęła do p. Kirchmayera, a gdy na wiosnę tu i owdzie perswadowano wielu obywatelom, aby cofnęli z tamtąd swoje kapitały, bo firma się chwieje – odpowiadali z najzimniejszą krwią: „Mój ojciec tam pieniądze składał – i ja już innych Bogów szukać nie będę”. (pisownia oryginalna).
Kirchmayer doczekał się głośnego procesu, który trwał od 16 marca do 3 kwietnia 1875 r. w Krakowie. Winny został skazany na 2 lata ciężkiego więzienia. Wyrok ten, dzięki zabiegom obrońcy Faustyna Jakubowskiego, został złagodzony na podstawie zmiany kwalifikacji przestępstwa; decyzją Sądu Najwyższego Kirchmayer został skazany tylko na 6 miesięcy aresztu. Ten głośny w całej monarchii krach odbił się szerokim echem w współczesnej prasie polskiej. Znalazł także swój wyraz w twórczości publicystycznej Józefa Ignacego Kraszewskiego oraz satyrycznej Michała Bałuckiego i Jana Lama, a także w literaturze pięknej (komediodramat Józefa Narzymskiego, pt. „Epidemia”).
Załamany bankructwem i niechętną mu opinią, Kirchmayer wycofał się całkowicie z życia publicznego i zamieszkał w odosobnieniu u swej młodszej siostry Franciszki. Był bezżenny. Zmarł nagle na wylew krwi do mózgu w pałacyku siostry na Dębnikach 28 sierpnia 1893 r. Miał 73 lata. Dwa dni później został pochowany w grobowcu rodzinnym na cmentarzu w Pleszowie.
Słynne powiedzenie mówi, że historia kołem się toczy. Hr. Adam Potocki ponownie został właścicielem „Czasu”. Natomiast maszyny drukarni zostały sprzedane na licytacji i wywiezione do Lwowa. Kupił je za 9 020 złr Aleksander Vogel – dzierżawca drukarni Zakładu im. Ossolińskich. Uruchomieniem drukarni „Czasu” na nowo, ale już nie na ul. Różanej, ale w lokalu przy ul. Mikołajskiej zajął się dotychczasowy jej zarządca – Józef Łakociński.
Zamiast uratować - rozebrali
Przy ul Różanej w domu pod numerem 423 mieściło się biuro „Czasu”. Można tam było dokonać opłaty za prenumeratę dziennika. W 1870 r. wynosiła ona 20 złp za cały rok. „Czas” miał także swoje agencje i punkty, w których można było opłacić prenumeratę lub nadać ogłoszenie. Mieściły się one we Lwowie, Wiedniu, Paryżu, Bazylei, Frankfurcie nad Menem, Lipsku i Wrocławiu. Za pojedynczy numer trzeba było zapłacić w 1849 r. 8 gr.; w 1875 r. - 10 cent. a w 1900 r. - 4 hal. (za wydanie poranne) i 20 hal. (za wyd. wieczorne). Dziennik był bardzo poczytny ze względu na ogólnopolski charakter i szeroko uwzględniane sprawy Krakowa. Układ pisma był stały i wyglądał mniej więcej tak: pierwsza strona poświęcona była na przegląd polityczny i opowiadanie, które drukowano we fragmentach, na następnej stronie – Kronika, czyli co wydarzyło się w Krakowie i innych miastach, na trzeciej stronie były sprawy sądowe i telegramy. Na ostatniej, czwartej stronie drukowano wszelkiego rodzaju reklamy. Tyle, jeśli idzie o układ graficzny. Co zaś się tyczy zawartości, to w powszechnej opinii uchodził on za jedno z najwybitniejszych pism. Tę wysoką pozycję zawdzięczał szeroko rozbudowanej stronie informacyjnej i wysokiemu poziomowi artykułów własnych, jak i korespondencji zagranicznych, których sieć ciągle rozszerzał. Publicystyka polityczna materiałów wstępnych, wykwintne polemiki i spokojne dyskusje, trafne przeglądy polityczne wydarzeń z całej Europy i ze wszystkich trzech zaborów, celne wyciągi z pism krajowych i obcych – wyrabiały mu wpływ i powagę nie tylko lokalną; dział literacki kształtował poglądy kulturalne, a dział depesz telegraficznych przynosił wiadomości na ogół sprawdzone i pewne. Wreszcie rubryka kroniki miejscowej, ekonomiczna i ogłoszeniowa, dostarczała bieżących Informacji, czyniła dziennik wysoce użytecznym. „Czas” zaspokajał w zupełności potrzeby czytelnicze w Krakowie, wrósł też trwale w jego mentalność, był autorytetem i wyrocznią. „Taka natura poczciwych krakowian – napisał dowcipnie Szujski – że nie uwierzyliby zgaśnięciu słońca lub pojawieniu się nowej planety w miejsce księżyca, gdyby wiadomości o tym nie wyczytali w Czasie.
Dziennik cieszył się szacunkiem zarówno pism mu przychylnych, jak i u przeciwników. Inne dzienniki krakowskie, jak: „Ilustrowany Kurier Codzienny”, „Nowa Reforma”, „Naprzód” i „Głos Narodów” uznawały jego tradycję, ogólnokrajowy prestiż i prezentowaną na jego łamach wysoką kulturę polityczną. „Naprzód”, a także szczególnie niechętny mu „Głos Narodu” mimo częstych polemik wyrażały się o „Czasie” z szacunkiem. Cieszył się on bowiem powszechnym autorytetem. Według Klaudiusza Hrabryka „Czas” był w Krakowie wyrocznią:
[…]… przeciwnicy nie zgadzali się z jego stanowiskiem ale wypowiedź „Czasu” oznaczała wyrok i orzeczenie, którego nie można było lekceważyć.
Przyjęło się w każdej niemal kwestii czekać, co „Czas” napisze i dopiero potem wyrażać swoje zdanie. „Czas” był najbardziej poczytnym pismem w sferach ziemiańskich nie tylko w Galicji, ale i dwóch pozostałych zaborów. Dużym powodzeniem cieszył się też w kołach emigracji i jako jedyne z pism polskich liczył się poważnie za granicą, będąc głównym źródłem wiadomości o sytuacji na ziemiach polskich.
W osiemdziesięciosześcioletnim okresie krakowskim „Czasu” pisali dla niego ludzie o wysokiej kulturze i inteligencji, odznaczali się wytrawnym sądem i dużym talentem politycznym, a przy tym władali świetnym piórem. Oni to zapewnili pismu pierwszą w polskim dziennikarstwie pozycję i nadali mu poziom europejski. To oni strzegli konserwatywnego oblicza krakowskiego „Timesa”.
Na łamach „Czasu” ukazywały się pierwodruki ważnych dla narodu polskiego powieści, takich jak „Potop” Henryka Sienkiewicza, który drukowany był w odcinkach, w latach 1884 - 1886. Gdyby dokonać spisu wszystkich autorów teksów, to zajęło by to 14 stron formatu A4. A poza tym taki spis istnieje i jest dostępny w elektronicznej bazie Estreichera (EBBE) w Centrum Badawczym Bibliografii Polskiej Estreicherów przy Uniwersytecie Jagiellońskim pod adresem http://www.estreicher.uj.edu.pl/
Ktoś ze znajomych przyniósł mi to zdjęcie. Byłam ciekawa, w zasobach jakiego archiwum czy muzeum jest negatyw. Dzisiaj, tj. 22 marca 2015 r. Internet pomógł mi rozwiązać tę zagadkę. Negatyw czyli płyta szklana o wymiarach: wys. 13 cm, szer. 18 cm, znajduje się w zasobach Muzeum Narodowego w Krakowie. Zdjęcie i opis zostało opublikowane na stronie:
http://katalog.muzeum.krakow.pl/pl/work/MNK-XX-k-869-KRAK%C3%93W-%C5%9Ar%C3%B3dmie%C5%9Bcie-Drukarnia-Czasu-przy-ul
Może trochę bulwersować fakt, że cieszący się takim poważaniem dziennik, nie dbał o własną siedzibę, czego świadectwem jest wspomnienie Zygmunta Nowakowskiego, który z duszą na ramieniu zaniósł debiutanckie dziennikarskie wypracowanie:
Redakcję z niewiadomych przyczyn wyobrażałem sobie jako wspaniały salon z lokajami w liberii. Tymczasem była to mocno zaniedbana nora, do której szło się przez dziwne podwórko przypominające sadybę Maćka Dobrzyńskiego z „Pana Tadeusza”:{ Wszystko w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie, nadzwyczaj stare, zgniłe…}. Najbardziej przerażające wrażenie wywarła na mnie redakcyjna kanapa, niegdyś kryta ceratą, noga ułamana, zewsząd wystaje włosie, obraz nędzy i rozpaczy konserwatywnej. Jej rozprute bebechy wielkim głosem wołały o tapicera… Później często zadawałem sobie pytanie – co też ono robią na tej kanapie. Co tam się dzieje w nocy, po zamknięciu numeru?
Można się tylko domyślać czytając z kolei wspominki Tadeusza Boya Żeleńskiego:
„Czas” miał podwójną klientelę; w dzień magnaty, hofraty, prałaty, w nocy cygany i łaziki.
To zapewne odniesienie do czasów, kiedy sam Boy siadywał na tej zmurszałej kanapie. Wcześniej, z dzieciństwa, wyniósł inne wyobrażenie o zespole dziennika:
Kiedyś na spacerze z matką minął nas, posuwając się tabetycznym krokiem, starszy pan z farbowanymi włosami, wypomadowanymi wąsami, z twarzą mumii, w nieświeżym cylindrze, w tużurku. – Kto to? – spytałem. – Pan Kłobukowski, Redaktor „Czasu” – rzekła matka. – I obraz tej mumii skojarzył się w mej wyobraźni z gazetą. Jakże mylnie.
Rok 1920 rozpoczął ostatni krakowski etap w dziejach pisma. W tym roku tragicznie zmarł wieloletni redaktor naczelny periodyku Rudolf Starzewski. W październiku schedę po nim przejął zasłużony dla polskiego dziennikarstwa Antoni Beaupré.
W lutym 1921 r. Spółka Wydawnicza „Czas” (spółka z ograniczoną odpowiedzialnością) zleca prof. Józefowi Pokutyńskiemu, który prowadzi własne biuro projektowe i należy do elity krakowskich architektów przełomu XIX/XX w wykonanie planów fundamentów pod maszyny drukarni „Czasu”. Kiedy przeglądam te dokumenty podpisane ręką prof. Pokutyńskiego widzę rzut poziomy fundamentów, na którym zaznaczone są cztery filary – na nich prawdopodobnie będą stały dwie maszyny. Obok - rzut całej posesji, na której w skali od 1 do 1000 usytuowane są pawilony, a w jednym z nich „Czas”, są ogrody i podwórko oraz brama. To właśnie ona wzbudza moje zainteresowanie i przypuszczam, że jest to ta sama brama z fotografii zatytułowanej „Wejście prowadzące w obręb zabudowań Czasu” zamieszczona w książce „Kraków w Powstaniu Styczniowym”.
W tej samej książce znajduję jeszcze jeden obrazek, który jest mi doskonale znany - zamieściłam go w czwartym rozdziale. Otóż jest to widok z Plant na zabudowania redakcji i drukarni „Czasu”. Na pierwszym planie krakowianie przechadzają się Plantami. Pracę wykonał M. Salba. Czy jest to ten sam M. Salba, który najpierw był pracownikiem zakładu litograficznego „Czasu" przy ul. Różanej, a następnie od 1 sierpnia 1865 r. dzierżawcą zakładu znanego później jako „Litografia Czasu M. Salba" i „Litografia M. Salba w Krakowie"? Tego nie wiem. Ale mam kopię (ksero) tego obrazka. Oprawiłam ją w ramkę i powiesiłam na ścianie przy wejściu do mojej galerii.
Wielka szkoda, że nie uratowano budynku redakcji „Czasu”. Coś musiało się wydarzyć, może znowu kłopoty finansowe. W desperacji w 1934 r. przeniesiono redakcję pisma do Warszawy, a w sierpniu 1935 r. budynek rozebrano do gołej ziemi.
Do czego przyznał się hrabia Potocki?
Jednym z pilniejszych studentów Wydziału Prawa krakowskiej Alma Mater był Kazimierz Rodowicz. Jak podaje Dziennik Urzędowy nr 20 z dniem 8 lipca 1932 r. został on wpisany na listę adwokatów z siedzibą w Krakowie.
Dzięki informacji z „Gazety Lwowskiej” z wtorku 20 września 1932 r. dowiaduję się, że dr Kazimierz Rodowicz był zarządcą ugodowym. W rubryce „Upadłości” na str. 7 czytam:
Otwarcie postępowania ugodowego do majątku Simche Rosenbluma, kupca w Krakowie, św. Agnieszki 3. Komisarz ugodowy Robaczowski, sędzia Sądu okręgowego. Zarządca ugodowy Dr. Kazimierz Rodowicz, adwokat w Krakowie, Straszewskiego 26. Audiencja do zawarcia ugody w wymienionym Sądzie biuro Nr 55 dnia 26 września 1932 r. o godz. 12.30. Czasokres do zgłoszenia wierzytelności do 20 września 1932 r., Sąd okręgowy, Wydział I, cywilny, Kraków dnia 22 sierpnia 1932.
Ten młody i ambitny adwokat związał się z osobą hrabiego Artura Antoniego Potockiego h. Pilawa, dla którego prowadził kancelarię adwokacką.
Czasami jednak musiał wyjść zza biurka, by zaprzeczyć rozmaitym plotkom i odpowiedzieć na pytania dociekliwych i żądnych sensacji dziennikarzy. I w tym miejscu sięgnijmy ponownie do Internetu do gazety „Głos Narodu” z 23 lutego 1933 r. w rubryce „Co słychać w Krakowie” znajduję artykulik pt. „Bezpodstawne pogłoski”, w którym napisano:
Od kilku dni krążą w Krakowie uporczywe pogłoski o dokonanej rzekomo transakcji, na podstawie której hr. Potoccy mieliby sprzedać dobra krzeszowickie pewnemu zgromadzeniu zakonnemu z zagranicy. W sprawie tej zwróciliśmy się do zastępcy dóbr hr. Potocki - adwokata dra K. Rodowicza, który ostatnio bawił w Krzeszowicach. Według jego wyjaśnień, pogłoski te stanowczo nie odpowiadają prawdzie i są zupełnie bezpodstawne.
Wiem także, że adwokat dr Kazimierz Rodowicz z ramienia Zarządu Sierszańskich Zakładów Górniczych S.A., których Prezesem był Artur Antoni Potocki, reprezentował je w sądach.
Kim był hrabia Artur? Był przedstawicielem rodziny Potockich linii krzeszowickiej, do której dobra sierszańskie należały już w XIX w. Przodek Artura - Andrzej namiestnik Galicji poczynił tu szereg ważnych inwestycji, które dały impuls do rozwoju przemysłu ciężkiego w tym regionie. Do 1846 r., czyli do wybuchu powstania krakowskiego, zakłady sierszańskie ze zmiennym szczęściem, w zależności od koniunktury na rynkach europejskich, przechodziły kilka kryzysów, spowodowanych spadkiem zapotrzebowania na cynk, bądź ałun, który był wykorzystywany głównie w przemyśle tkackim. W 1854 r. syn Artura – Adam Potocki założył wspólnie z braćmi Henrykiem i Wilhelmem Rau oraz Leonardem Erbreichem spółkę pod nazwą Zakłady Górnicze i Hutnicze w Sierszy. Spółka ta przetrwała do 1874 r. Współpracę z niemieckim przedsiębiorcami zerwała rodzina Potockich, po śmierci Adama Potockiego w 1872 r. dzięki temu zakłady sierszańskie znów wróciły w ręce polskie. W sierpniu 1907 r. utworzono spółkę o nazwie „Galicyjskie Akcyjne Zakłady Górnicze w Sierszy”. Głównym udziałowcem został hr. Andrzej Potocki (1861-1908). Około 1922 r. „Galicyjskie Akcyjne Zakłady Górnicze w Sierszy” przemianowano na: „Sierszańskie Zakłady Górnicze S.A.”, pod którą to nazwą firma przetrwała do II wojny światowej. W tym czasie Prezesem Zarządu Spółki był syn Andrzeja - Artur Antoni Potocki (1899-1941).
Hrabia Artur pełnił również funkcje Prezesa Spółki Akcyjnej „Zjednoczone Fabryki Maszyn i Samochodów Oświęcim – Praga”, która powstała w kwietniu 1929 r. Fabryka powstała z jego inicjatywy oraz hrabiego Rogera Raczyńskiego na mocy umowy z czeskim koncernem. Wysokość kapitału założycielskiego wynosiła 2 miliony polskich złotych, z czego strona polska posiadała 35% udziałów, strona czeska 65%. Siedziba spółki mieściła się na terenie dawnych zakładów metalurgicznych ,,Odlewnia Żelaza i Metali Potęga” w Oświęcimiu, które w 1928 r. splajtowały. Lokalizacja fabryki była bardzo atrakcyjna, ponieważ znajdowała się w pobliżu linii kolejowej. Ponadto po ,,Potędze" pozostała cała infrastruktura - budynki i hale fabryczne, część oprzyrządowania etc. Plany zarządu spółki były bardzo ambitne - zamierzano poza montażem samochodów osobowych, ciężarowych, autobusów produkować maszyny rolnicze, silniki różnych typów, turbiny, dźwigi, pompy, linie technologiczne dla browarów, cukrowni, kopalń i hut, parowozy.
Emil Prihoda znany czeski historyk i propagator samochodów maki Praga w swoje książce ,,90 lat budowy samochodów Praga” pisze:
Po długich przygotowaniach w Polsce powstała Pragovka, we współpracy z hrabią Rogerem Raczyńskim i hrabią Arturem Potockim, pod nazwą OŚWIĘCIM-PRAGA Spółka Akcyjna (...),w Oświęcimiu wytwarzano samochody – Praga Piccolo z silnikiem o mocy 18 KM w 9 seriach, średniolitrażowa Praga Alfa z silnikiem o mocy 25 KM w 12 seriach, luksusowa Praga Grand z silnikiem 60 KM 17 serii i Praga Mignon w 19 seriach, wszystkie typy aut wykonywano w różnych wersjach nadwoziowych – torpedo, kabriolet, kareta, coupe. (...).
Już w rok po uruchomieniu fabryki wyprodukowano 700 pojazdów, a do 1938 r. montownia wprowadziła na rynek 1700 pojazdów. Przedstawicielstwa fabryki nosiły nazwę ,,Oświęcim Praga Auto" i miały swoje siedziby w większych miastach w Polsce - w Krakowie, we Lwowie, Poznaniu, Warszawie i Katowicach. Samochody z Oświęcimia znane były z wysokiej jakości wykonania, niezawodności i bogatego wyposażenia. Auta miały klasyczną sylwetkę, były bardzo wygodne i przestronne. Określano je często ,,czeskimi mercedesami".
Ktoś zapyta: Co ma wspólnego hrabia Artur Antoni Potocki i jego adwokat dr Kazimierz Rodowicz z parcelą przy ul. św. Tomasza 32?
Pełne wyjaśnienie zawarte jest w piśmie hrabiego z dnia 31 sierpnia 1939 r. Adresatem pisma jest dr Kazimierz Rodowicz zamieszkały przy ul. Piłsudskiego 6 w Krakowie. Hrabia przyznaje się honorowo do niezapłaconego długu i stwierdza, że z jego winy, dr Kazimierz Rodowicz nie mógł wybudować i wykończyć czteropiętrowego domu na parceli przy ul. św. Tomasza. Hrabia zobowiązuje się do spłaty długu wraz z odsetkami najpóźniej do końca 1941 r. Pismo podpisał Artur Potocki i Dyrektor Tadeusz Studnicki.
Obiektem moich zainteresowań jest parcela o numerze 329/10 widniejąca na planach z 1934, 1936 i 1938 r. To właśnie na tej parceli przy ul. św. Tomasz 32 dr Kazimierz Rodowicz miał w planach wybudowanie czteropiętrowego domu czynszowego. W skali 1:100 na rzucie piwnic zaznaczone są takie pomieszczenia jak: wsyp węglowy, korytarze, przedsionki, kotłownia, pralnia, wodomierze i schron gazowy, na który przewidziano aż 133,80 m3. To by oznaczało, że w myśl ówczesnych wymogów każda budująca się kamienica musiała mieć swój schron i plan budowy takiego schronu musiał być zatwierdzony przez pułkownika Ocetkiewicza, którego pieczątka i podpis widnieje na każdej stronie (płk Marian Ocetkiewicz był dowódcą Obrony Przeciwlotniczej w Dowództwie Okręgu Korpusu Nr V w Krakowie, dokąd został karnie przeniesiony z Warszawy, jako, że był zdecydowanym przeciwnikiem piłsudczyków, po przegranej kampanii wrześniowej włączył się w nurt pracy konspiracyjnej, 10 lipca 1941 r. został rozstrzelany pod ścianą śmierci w obozie w Auschwitz).
Dalej na rzucie parteru są zaznaczone: pokój 1, pokój 2, przedpokój, hall, westibul, kuchnia, łaźnia, umywalnia, garsoniera, mieszkanie dozorcy i winda. Ten plan dodatkowo został opieczętowany i podpisany przez inż. Frydolina Sachse (w imieniu prezydenta miasta) z datą 30 grudnia 1938.
Są też plany kolejnych pięter (pierwszego, drugiego, trzeciego i czwartego). Każde piętro zostało tak zaprojektowane: mieszkania trzypokojowe z kuchnią i nyżą (wnęką), łazienką, WC, hallem i przedpokojem. Tylko na pierwszym piętrze przewidziano balkony od frontu. Łącznie miało tu być 11 mieszkań. Co jeszcze da się odczytać z tych planów? Dane o wielkości parceli. Wiadomo, że miała ona 299 m2, z czego do zabudowania 212 m2, zaś kubatura kamienicy miała wynosić 4276,40 m2, co w procentach stanowiło prawie 71% zabudowania.
Z Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie z Wydziału Budownictwa udało mi się wydobyć razem z planami również: „Widok od ulicy” i „Widok od podwórza” w skali 1: 100.
Widok od ul. św. Tomasza oraz do podwórza czteropiętrowego domu czynszowego zaprojektowanego dla dr Kazimierza Rodowicza – 1938 r.
Ciekawostką jest to, kto wszedł w posiadanie jedenastu parceli po podziale terenu obejmującego kwadrat ulic: św. Tomasza, św. Krzyża, św. Marka i Plant. Był to obszar 5608 m2. Zatem nowymi właścicielami gruntów po Steinkelerze i Kirchmayerze zostali m.in. Jakub Kronegold i Dora Kronegold ( św. Tomasza 22), mgr Stanisław Kułakowski (Mały Rynek 2), Józefa z Szarskich Merurowiczowa (Sereno Fena 10).
Mam też jedną stronę zezwolenia na budowę, a w nim 5 podpunktów ze wskazaniami do realizacji: m) w cokole fasady urządzić hydrant do skrapiania chodnika, n) na fasadzie frontowej przy rurze spustowej umieścić kosz na śmieci wedle ustalonego wzoru, o) na parterze domu założyć dla lokatorów skrzynkę listową zgodnie z przepisami rozporz. Min. Spraw Wewn. Z dnia 14.06.1937 r. Dz. U.R.P. Nr. 47 poz. 363, p) dla użytku lokatorów urządzić wspólną lub zbiorową antenę radiową w sposób nieszpecący wyglądu budynku i ulicy, r) do odbioru budowy w surowym stanie przygotować na murze próbki wypraw fasadowych do uzgodnienia.
Wszystkie plany zostały opieczętowane przez Zarząd Miejski Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa oraz podpisane i opieczętowane przez inż. -architekta Alfreda Düntucha i budowniczego Stefana Landsbergera z adresem firmy: Biuro Architektoniczne i Przedsiębiorstwo Budowlane Inż. Architekt Alfred Düntuch i Budowniczy Stefan Landsberger Rynek Główny 25. Reklamę tej firmy znalazłam w „Krakowskim Kurierze Wieczornym” z niedzieli 25 grudnia 1938 r. (nr 350).
Pani Barbara Zbroja napisała ciekawy artykuł „Żydowscy architekci w międzywojennym Krakowie”, z którego dowiedziałam się, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego w Krakowie pracowało około 80 architektów i budowniczych pochodzenia żydowskiego, co stanowiło jedną trzecią ogółu lokalnego środowiska branżowego. Do najwybitniejszych przedstawicieli tego grona należeli m.in.: Alfred Düntuch i Stefan Landsberger. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych realizacji tego biura architektoniczno-budowlanego jest modernistyczna narożna kamienica przy al. Słowackiego 58 i ul. Śląskiej 1. Powstała w latach 1936-1937 według projektu dla Kurta, Leona i Maurycego Holzerów, właścicieli Towarzystwa Handlowo-Węglowego Holzer i Ska, zajmującego się hurtową sprzedażą węgla i koksu. Projekt budynku dotyczył budowy obszernej, pięciopiętrowej kamienicy, o tradycyjnej dwuspadowej więźbie dachowej. Wielkość mieszkań była w niej zróżnicowana, od kawalerek po mieszkania czteropokojowe. Elewację kamienicy dopasowano do linii regulacyjnej ulicy Śląskiej, w związku z czym narożnik domu został lekko wygięty. Tę część budynku nieznacznie cofnięto i podkreślono osiowo i symetrycznie rozmieszczonymi balkonami. Dekoracyjny rys otrzymały obramienia okienne parteru, które zaprojektowano w formie splecionych jaszczurek. Düntuch z Landsbergerem w ciekawy sposób zaprojektowali szczegóły wnętrza, w tym klatkę schodową, której układ dynamizował przestrzeń wnętrza. Status społeczny właścicieli kamienicy podkreślały naturalne okładziny kamienne, którymi obłożono ściany sieni. Wykorzystano tutaj marmur bolechowicki oraz czarny wapień, mocno użylony białym kalcytem. Na naturalną okładzinę kamienną w Krakowie pozwalały sobie jedynie najzamożniejsze osoby. Takich przykładów wbrew pozorom nie ma wiele, gdyż w sieniach dominowały tańsze materiały, przede wszystkim ścienne lastryko.
Innym interesującym projektem Düntucha i Landsbergera jest kamienica Debory i Jakuba Krongoldów w narożniku ul. św. Marka 33 i św. Krzyża 21a, z lat 1937-1938. Ich projekt dotyczył budowy czteropiętrowej kamienicy, która od strony ul. św. Krzyża liczyła trzy piętra. Zróżnicowanie wysokości tej części związane było z dopasowaniem budynku do historycznego kształtu starej zabudowy w okolicy. Również detale kamienicy otrzymały historyzujący szlif, rzadko występujący w projektach Düntucha i Landsbergera. Wejście umieszczono od strony ul. św. Marka. Otrzymało ono monumentalną oprawę w formie arkadowego portalu ułożonego z płyt ze sztucznego kamienia, imitujących klińce. W części narożnikowej zaprojektowano przyporę obłożoną wapieniem nawiązującą do wzmocnień osiemnastowiecznych kamienic znajdujących się w pobliżu przy ul. św. Krzyża. Elewację kamienicy od strony ul. św. Krzyża zaakcentowano godłem z przedstawieniem żaglowca – symbolu handlu. Element ten nawiązywał do profesji właściciela, który prowadził przedsiębiorstwo handlujące zbożem. Żaglowiec pojawił się także jako motyw kraty drzwi wejściowych. Innym marynistycznym elementem, również związanym z symboliką handlu, są przestylizowane róże wiatru występujące na karcie głównych drzwi, kratach okiennych i balustradzie klatki schodowej.
Jak widać jedni inwestowali na krótko przed wybuchem II wojny światowej, inni zaledwie w przededniu jej rozpoczęcia składali deklaracje i myśleli, że nic się nie wydarzy. Trochę mnie to zastanawia, bo przecież byli to ludzie z wyższych sfer, wykształceni, wpływowi. Hrabia Artur Antoni Potocki nie wypłacił długu swojemu adwokatowi dr Kazimierzowi Rodowiczowi i dziwnym zbiegiem okoliczności zmarł 10 grudnia 1941 r. w Rzymie, a przecież zdeklarował się wypłacić całą należność wraz z odsetkami do końca 1941 r. Wdowa po nim Maria hr. Tarnowska h. Leliva, wstąpiła do Klasztoru Sióstr Benedyktynek w Royston w Anglii (zmarła w 1985 r. w wieku 81 lat). Zaś dr Kazimierz Rodowicz, nigdy nie zdołał zrealizować swojego przedsięwzięcia i nie wybudował czteropiętrowej kamienicy czynszowej przy ul. św. Tomasza 32.
80 lat w likwidacji - Spółka „Teren”
Z ulicy św. Tomasza 32/m1 przenoszę się na chwilę na ul. Batorego 15b. Te dwa adresy łączy osoba adwokata dr Kazimierza Rodowicza, którego jestem jedyną prawowitą spadkobierczynią. O majątku na ul. Batorego nie miałam bladego pojęcia aż do roku 2008. Prawdę powiedziawszy, ta informacja niczego nie zmieniła w moim życiu, z wrażenia nie spadłam z krzesła, z radości nie podskakiwałam pod sufit, bo niby z jakiej racji. Dziedziczyć majątek to jedno, a mieć ten majątek to drugie. A to, co jest pomiędzy nimi, to jak lata świetlne, które trzeba pokonać, aby dotrzeć do celu…
W 1932 r. na rok przed moimi narodzinami, dr Rodowicz ze Stanisławem Ziębą-Barańskim założył Firmę „Teren” Spółkę Akcyjną dla Przemysłu Budowlanego. Kapitał zakładowy spółki wynosił 250.000 zł i podzielony był na 1250 akcji na okaziciela. Spółka została powołana do życia w celu zrealizowania inwestycji, tj. wybudowania kamienicy czynszowej przy ul. Batorego 15b. W związku z tym, że przedsięwzięcie zostało ukończone, 19 czerwca 1937 r. firma została postawiona w stan likwidacji. Współwłaściciel „Terenu” i jednocześnie likwidator St. Zięba-Barański przejął 500 akcji, a dr K. Rodowicz pozostałe 750, zostając równocześnie prezesem spółki. Od tego wydarzenia minęło prawie 80 lat i firma nigdy nie została zlikwidowana. Czy to nie ewenement?
Jakie były dalsze losy majątku „Terenu”?
W 1948 r. ostatni likwidator Spółki „Teren” Stanisław Zięba-Barański został skazany na wieloletnie więzienie (zmarł w 1962 r.). Dwa lata później ustanowiono kuratora w osobie Anny Czajkowej, która tę funkcję pełniła aż do 1985 r. Postanowieniem Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieścia, Wydział I Cywilny z dnia 4.12.1985 r. sygn. Akt RHb-II-272 H-19/85/S nowym kuratorem dla Spółki „Teren” został ustanowiony mgr inż. Stanisław Pagacz i przejął on zarząd nad nieruchomością przy ul. Batorego 15b. W czasie, kiedy był kuratorem i zarządcą, przystąpił on do sprzedaży udziałów w nieruchomości uzasadniając ten fakt brakiem pieniędzy na remont. Nabywcami zostali panowie Tadeusz Rabisz (3/100 cz) i Zbigniew Jankiewicz (7/200 cz).
Tymczasem Skarb Państwa Urząd Rejonowy w Krakowie w 1993 r. zobowiązał kuratora do wskazania akcjonariuszy Spółki „Teren” lub rozpoczęcia ich poszukiwania zgodnie z art. 42 k.c. oraz złożenia oświadczenia co do ostatecznego stanu majątkowego Spółki w terminie 2 tygodni. Jak wynika z pisma procesowego z dnia 22 grudnia 1993 r. kurator ustalił spadkobierców akcjonariusza Stanisława Zięby-Barańskiego, zaś odnośnie drugiego akcjonariusza Kazimierza Rodowicza podjął czynności zmierzające do ustalenia kręgu jego spadkobierców poprzez zamieszczenie ogłoszenia w prasie o poszukiwaniu spadkobierców (ogłoszenie z dnia: 22 grudnia 1993 r. i 28 grudnia 19993 r. oraz 3 stycznia 1994 r.). Był to celowy wybieg, komuś zależało na przejęciu mojej części nieruchomości na ul. Batorego 15b
Czas biegł, mijały kolejne lata. W dniu 29 maja 2007 r. do Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieścia w Krakowie Wydziału I Cywilnego wpłynęła sprawa z wniosku Skarbu Państwa reprezentowanego przez Prezydenta Miasta Krakowa o stwierdzenie nabycia spadku po Kazimierzu Rodowiczu (sygn. Akt I Ns 365/07/S). Postanowieniem z dnia 29 czerwca 2007 r. Sąd odrzucił wniosek, albowiem jak wynika dla miasta Krakowa stwierdził, że prawa do spadku po Kazimierzu Rodowiczu przypadają w całości żonie Romanie Wandzie z Rajskich Rodowicz. Ale komuś bardzo zależało i nie odpuszczał, więc w dniu 26 marca 2008 r. Skarb Państwa reprezentowany przez Prezydenta Miasta Krakowa złożył wniosek o stwierdzenie nabycia spadku po Romanie Radowiczu na rzecz Jadwigi Korskiej oraz po Jadwidze Korskiej na rzecz Skarbu państwa (sygn. Akt I Ns 243/08/S). Z akt sprawy o sygn. I Ns 2539/91/S dołączonych do akt i Ns 243/08/S, wynika, że dnia 17 lutego 1992 r. stwierdzono nabycie spadku po Jadwidze Korskiej na rzecz Stanisławy Motak-Hnatowicz. Wobec powyższego postanowieniem z dnia 25 sierpnia 2008 r. Sąd odrzucił wniosek o stwierdzenie nabycia spadku na rzecz Skarbu Państwa. Postanowienie jest prawomocne.
Jaki będzie finał? Czy dojdzie do zwołania przez obecnego kuratora Michała Golicza Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, które dokona wyboru likwidatora, umożliwiając tym samym definitywne dokończenie procesu likwidacji Spółki „Teren” S.A. dla Przemysłu Budowlanego w likwidacji w Krakowie? Wciąż czekam i mam nadzieję na pomyślny obrót spraw. Ale nie wiem, czy to rozwiązanie byłoby korzystne dla innych zainteresowanych.
Poniżej upubliczniam moje pisma m.in. do Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieścia, Rzecznika Praw Obywatelskich, Sądu Najwyższego wraz z odpowiedziami. Wszystkie te pisma dotyczą firmy „Teren” S.A. dla Przemysłu Budowlanego w likwidacji w Krakowie wpisanej do Krajowego Rejestru Sądowego 11.05.2005 r. Po co to robię? Żeby przyjrzeć się moralności III RP. Dziennikarze czytajcie i informujcie swoich czytelników. Studenci prawa uczcie się, przyglądnijcie się tej sprawie i spróbujcie naprawić nasze państwo.
Kaktus mi tu wyrośnie!
Postanowieniem z dnia 17 lutego 1992 r. zostałam jedyną prawowitą dziedziczką dóbr adwokata dr Kazimierza Rodowicza i jego następcach prawnych. Myśl o tym, że jako emerytowana prawniczka i historyk sztuki zostałam właścicielką parceli przy ul. św. Tomasza 32, dała mi i Romkowi nowe siły do działania. Podnosiliśmy się z kolan po ponurych latach komunizmu, Roman bardzo przeżył internowanie, z trudem powracał do normalnego, codziennego życia. Od obalenia komunizmu w Polsce minęły zaledwie trzy lata. Byliśmy więc młodym niepodległym państwem, które musiało poradzić sobie z przemianami w życiu gospodarczym, ekonomicznym, społecznym i rzecz jasna na płaszczyźnie moralnej. Nie miałam wtedy pojęcia ile wysiłku będę musiała włożyć w proces windykacji działki, która była przecież moją testamentową własnością.
Wszystko zaczęło się od małej żółtek kartki złożonej w kosteczkę, która wypadła mi ze sterty dokumentów. Po rozłożeniu okazało się, że był to stary wypis z księgi wieczystej działki przy ul. św. Tomasza 32. Pobiegłam do sądu i poprosiłam o nowy wypis. Po tygodniu znowu pojawiłam się w sądzie i chciałam kolejny wypis i co się okazało? Z tej część księgi została wydarta strona, która jeszcze tydzień wcześniej była. To był dla mnie sygnał, że ktoś ma chrapkę na moją działkę, i że ta osoba nie spodziewała się, że ją ubiegnę. Kolejne przeciwności, którym musiałam stawić czoło czekały mnie na ul. św. Tomasza.
Gdy po raz pierwszy udałam się pod numer 32, był to obraz nędzy i rozpaczy. Jakieś rudery, jakieś budy, jakieś pakamery i drewniany wysoki parkan odgradzający tę część. Ktoś słabszy psychicznie ode mnie chyba by się załamał i powiedział: nie, to nie dla mnie, ja wolę wieść spokojne życie na emeryturze, nie chce się użerać nie wiadomo z kim i nie wiadomo jak długo. A ja zobaczyłam to wszystko i postanowiłam zawalczyć o swoje. Nachodziłam się tu i tam, żeby ustalić, czyje są te budy. Jedni odsyłali mnie do drugich. Wędrowałam od Annasza do Kajfasza. W końcu od kogoś dowiedziałam się, że są to pakamery przedsiębiorstwa Chemobudowa, które remontowało gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR przy ul. św. Tomasza 34 (do 1990 r. ul. Solskiego). Kiedy pojawiłam się trzeci raz u dyrektora Chemobudowy, zakomunikowałam mu, że następnego dnia wszystko zostanie wywiezione. To poskutkowało. Szybko oczyszczono teren. Ale na tym się nie skończyło, bo musiałam teraz wyprowadzić parking. Nie wiedziałam jak się za to zabrać. Pomyślałam sobie, że udam się do spadkobiercy po Arturze Potockim – Andrzeju i pokażę mu mapkę, z której czarno na białym wynikało, że ten wielki parking obejmował nie tylko moją działkę, ale również te należące do rodziny Potockich. Andrzej Potocki (1920-1995) był tłumaczem i działaczem katolickim oraz prezesem Klubu Inteligencji Katolickiej w Krakowie w latach 1978-1995. Spotkaliśmy się i kiedy pokazałam mu mapkę, był kompletnie zaskoczony. Tak więc dzięki mnie spadkobierca Krzeszowic i Pałacu pod Baranami dowiedział się, że posiada jeszcze grunty po dawnej drukarni „Czasu”.
Z tym parkingiem sprawy komplikowały, bo nikt nie potrafił mi powiedzieć, czyj on jest. W PRL-u był to parking dla dygnitarzy partyjnych, gdyż po przeciwnej stronie swoją siedzibę miał Komitet Wojewódzki PZPR. W 1949 r. przejął on na własność budynek Giełdy Towarowo-Pieniężnej zaprojektowany przez Ludwika Wojtyczkę i ukończony w 1924 r.W latach 20 XX w. nazywany był „drapaczem chmur”. W podziemiach budynku znajdował się pokaźny sejf przebudowany na schron na wypadek wybuchu nuklearnego. Słyszałam, że do tego schronu miał prowadzić tunel pod Plantami, którym w razie wybuchu nuklearnego mieli przedostać się sowieccy dyplomaci urzędujący w Konsulacie ZSRR przy ul. Westerplatte 11 w dawnym „Domu Rzewuskiego” (obecnie Wyższa Szkoła Humanistyczna im. ks. J. Tischnera).
I tu mała dygresja na temat przemian ustrojowych, w których najwięcej zyskują ci, którzy trzymają władzę. I tak bankowiec Janusz Quandt w końcówce PRL-u z polecenia Biura Politycznego KC PZPR lokował partyjne pieniądze w spółkach. W radzie nadzorczej jednej z nich - Agencji Gospodarczej - zasiadał razem z Ireneuszem Sekułą i Leszkiem Millerem.W 1989 r. powstał Bank Przemysłowo-Handlowy i pan Quandt inwestował pieniądze BPH w nieruchomości po byłej PZPR, m.in. w Krakowie. Budynek KW PZPR przy ul. św. Tomasza 43 został sprzedany bankowi 17 października 1990 r. Transakcja warta była milion dolarów amerykańskich, a towarzysze z wyższego szczebla dostali całkiem niezłe odprawy, np. kierownik ekonomiczny mógł sobie kupić fiata 126 p.
Ale wracając do pana Janusza Quandta, prezesa banku BPH w latach 1989-1994, pamiętam jak dziś, kiedy wybrałam się do niego z wizytą – urzędował zdaje się na szóstym piętrze. Życzliwi ludzie powiedzieli mi, że to on zawiaduje parkingiem, kulturalnie oznajmiłam mu, że jestem właścicielką parceli, na której jest parking i w myśl gospodarki wolnorynkowej, za dzierżawę parkingu należy się zapłata. Na co on ironicznie powiedział: Kaktus mi tu wyrośnie, jak pani dostanie tę działkę. Nie wiem jakie były dalsze losy jego kariery, ale po latach z Internetu dowiedziałam się, że słynął z dobrych układów z kolejnymi ekipami - od PC, przez SdRP, po ludowców. Stanowisko w banku stracił w 1995 r., przy prywatyzacji BPH. Jeden z wysokich urzędników w Ministerstwie Finansów powiedział o nim, że Quandt dobry mógł być na początku, gdy konkurencja była mała, a liczyły się układy.
Dla przypomnienia, Quandt to znana rodzina w Europie, pochodząca z Niemiec, dokładniej z Bawarii. To akcjonariusze i właściciele wielkich koncernów m.in. BMW. Ponoć sponsorowali Adolfa Hitlera.
Panu dyrektorowi powinien był wyrosnąć kaktus, bo ja dostałam to, co mi się należało. A bank? Musiał się wyprowadzić, bo zabytkowy budynek po wzruszeniu aktu notarialnego został przekazany przez ówczesnego wojewodę krakowskiego Tadeusza Piekarza Akademii Muzycznej w Krakowie. Po 1993 r. budynek został poddany gruntownej adaptacji i modernizacji. Usunięto portale wejściowe od strony ulic Mikołajskiej i św. Tomasza. Sala operacyjna banku i sala posiedzeń KW PZPR zostały adaptowane na Salę Koncertową im. prof. dr h.c. Krystyny Moszumańskiej-Nazar (150–200 miejsc) i Salę Kameralną im. prof. Marka Stachowskiego (120 miejsc), na półpiętrze (tzw. antresola) otworzono studia nagrań (Studio Muzyki Elektroakustycznej).
Myślę, że kilka osób miało chrapkę na moją parcelę. Może nawet sam dyrektor BPH i jacyś towarzysze partyjni. Niektórzy z nich podjęli działalność gospodarczą po uchwaleniu przez Sejm PRL IX kadencji tzw. ustawy z dnia 23 grudnia 1988 r. o działalności gospodarczej opracowanej według projektu ministra przemysłu Mieczysława Wilczka i premiera Mieczysława Rakowskiego. Ustawa obowiązywała od 1 stycznia 1989 do 31 grudnia 2000 i regulowała w sposób liberalny działalność gospodarczą. Ustawa umożliwiła każdemu obywatelowi PRL podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej na równych prawach, co m.in. spowodowało aktywizację drobnych przedsiębiorców, którzy utworzyli wiele nowych miejsc pracy. W połączeniu z zastąpieniem gospodarki planowej centralnie sterowanej systemem gospodarki popytowo-podażowej (tzw. rynkowej) w efekcie zaowocowała dużą dynamiką gospodarczą na samym początku lat 90. XX w.
Z odpowiedzi prokuratora krajowego Karola Napierskiego na interpelację posła Zbigniewa Ziobry z dnia 21 kwietnia 2005 r. w sprawie nominacji prokuratorów na wyższe stopnie oraz przebiegu postępowania dotyczącego sprzedaży siedziby byłej PZPR Prosper Bankowi S.A., dowiedziałam się, że:
Postanowieniem z dnia 15 września 1977 roku, sygn. akt I C 100/77, były Sąd Wojewódzki w Krakowie stwierdził, że Polska Zjednoczona Partia Robotnicza - Komitet Krakowski wskutek 20-letniego posiadania w dobrej wierze nabyła przez zasiedzenie wspomnianą nieruchomość.
W oparciu o to prawomocne postanowienie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza została ujawniona w księdze wieczystej nr 80772, urządzonej dla tej nieruchomości w Państwowym Biurze Notarialnym w Krakowie, jako właściciel. Budynek przy ul. Solskiego 43 przeznaczony został na siedzibę Komitetu Krakowskiego Partii i ten charakter utrzymywał do stycznia 1990 roku.
W dniu 17 stycznia 1990 roku w związku z zakończeniem działalności Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej majątek Komitetu Krakowskiego Partii przekazany został protokolarnie nowo powstałej partii politycznej - Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej.
W omawianym okresie brak było uregulowań prawnych, określających sposób traktowania mienia zlikwidowanych partii politycznych. Za obowiązujące uznano w tej mierze stanowisko powołanej w dniu 29 stycznia 1990 roku uchwałą nr 12/90 Rady Ministrów Komisji Rządowej do spraw ustalenia stanu prawnego majątku partii politycznych i organizacji młodzieżowych oraz odzyskania mienia państwowego z dnia 19 marca 1990 roku. Dokument ten, zaakceptowany przez Radę Ministrów i przyjęty przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, postanawiał o pozostawieniu partii politycznej SdRP obiektów i lokali, będących własnością byłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - w tym budynku administracyjno-biurowego w Krakowie.
Wiesław Huszcza przed zawarciem umowy złożył oświadczenie o przejściu własności tejże posesji na rzecz SdRP jako sukcesora byłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i powołał na jego poparcie dokumenty dotyczące sposobu traktowania mienia po nieistniejącej PZPR. W tym czasie pozostawało w toku postępowanie przed Sądem Najwyższym (wskutek rewizji nadzwyczajnej Ministra Sprawiedliwości) w przedmiocie uchylenia postanowienia Sądu Wojewódzkiego w Krakowie z dnia 15 września 1977 roku, sygn. I C 100/77, stwierdzającego nabycie własności nieruchomości przez Komitet Krakowski PZPR w drodze zasiedzenia.
O bezskuteczności umowy orzekł dopiero były Sąd Wojewódzki w Krakowie prawomocnym wyrokiem z dnia 25 lutego 1992 roku, sygn. akt I C 813/90.
W ocenie prokuratora w momencie zawarcia umowy sprzedaży kupujący i sprzedający nie mogli wiedzieć o wadzie prawnej nieruchomości, czyli o tym, że w rzeczywistości stanowiła ona własność Skarbu Państwa. Stwierdzenie tej własności nastąpiło bowiem dopiero na mocy postanowienia Sądu Rejonowego dla Krakowa Krowodrzy z dnia 16 stycznia 1992 roku (sygn. akt I Ns 292/91/K), które zyskało prawomocność blisko 2 lata po podpisaniu aktu notarialnego.
W tych warunkach brak było podstaw do uznania, że pracownicy banku, podejmując działania związane z transakcją, nie dopełnili ciążących na nich obowiązków, co było znamieniem niezbędnym dla bytu przestępstwa z art. 1 § 3 obowiązującej podówczas ustawy o ochronie obrotu gospodarczego.
Powyższe argumenty odnieść należy także do osoby Wiesława Huszczy, który przystępując do umowy, wskazał na istnienie następstwa prawnego SdRP po PZPR, powołując dokumenty uznane za wystarczające do stwierdzenia sukcesji obu partii. Zebrane dowody nie dostarczyły podstaw do uznania, że podstępnie wprowadził on w błąd pracowników banku bądź notariusza co do prawa własności nieruchomości, przez co zagarnął mienie banku.
Przestępstwo z art. 201 d. K.k. było zbrodnią i można je było popełnić tylko umyślnie, zaś w świetle poczynionych ustaleń podejrzenie zagarnięcia przez W. Huszczę - w imieniu partii, którą reprezentował - mienia banku nie zostało potwierdzone.
W odniesieniu do Pawła Błaszczaka uznano, że brak jednego ze znamion czynu z art. 246 K.k., jakim był fakt pozostawania funkcjonariuszem publicznym uniemożliwiał uznanie, iż dopuścił się on tego przestępstwa. Przepis art. 120 § 11 d. K.k. nie stwarzał podstaw do uznania notariusza za funkcjonariusza publicznego. Dopiero w treści art. 2 § 1 ustawy z 14 lutego 1992 roku Prawa o notariacie (Dz. U. Nr 22, poz. 91) znalazł się zapis, że notariusz korzysta z ochrony przysługującej funkcjonariuszom publicznym.
Akta omawianego śledztwa poddane zostały badaniu w trybie nadzoru służbowego w Prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie, w ocenie której zasadność wskazanych wyżej decyzji merytorycznych nie budzi żadnych zastrzeżeń, a przyjęte przez prokuratora podstawy prawne i faktyczne umorzeń są prawidłowe i poparte rzetelną oceną zgromadzonych dowodów, na co wskazuje obszerna argumentacja uzasadnień tych decyzji, przedstawiona wyżej w istotnych szczegółach.
W toku śledztwa przeprowadzono wszystkie niezbędne czynności dowodowe, w tym uzyskano bogatą dokumentację, dotyczącą nabycia nieruchomości, orzeczeń sądowych, przesłuchano w charakterze świadków pracowników Banku Przemysłowo-Handlowego w Krakowie, członków jego zarządu, pracowników Biura Pełnomocnika Rady Naczelnej SdRP oraz zatrudnionych przez organy naczelne partii politycznej SdRP, uzyskano wyjaśnienia podejrzanych.
Wbrew twierdzeniu autora interpelacji Leszek Miller - ówcześnie Sekretarz Generalny SdRP - został z inicjatywy prokuratora przesłuchany w charakterze świadka dwukrotnie w dniach 8 stycznia i 7 lutego 1997 r. (k. 843-852). Przesłuchano także inne osoby, wchodzące w skład władz partii, a w szczególności Krzysztofa Janika, Tadeusza Iwińskiego i Andrzeja Hajkowskiego. Zeznania tych osób nie wniosły istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy okoliczności.
Opisane wyżej prawomocne decyzje mogą być wzruszone jedynie w trybie przepisu art. 327 § 2 K.p.k., to jest w drodze wznowienia postępowania, jeśli ujawnią się nowe istotne fakty lub dowody, nieznane w poprzednim postępowaniu. Ani wyniki badania akt sprawy, ani też treść interpelacji nie stwarzają podstaw do uznania, że przesłanki takie zachodzą.
Dla nas papież poświęcił kamień węgielny
Prawdopodobnie jestem jedyną osobą w Krakowie, która we własnym domu posiada kamień węgielny poświęcony przez Jana Pawła II. Ten kamień, którym jest tablica z brązu zatopiona w marmurowej płycie, wita każdego wchodzącego do mojej Audialni. Nad nim w pięknej ramie wisi reporterskie zdjęcie ówczesnego papieża, który dokonuje poświęcenia. Z tej papieskiej ściany spogląda na wszystkich święty człowiek. Jak to się stało? W 1991 r. nie mieliśmy jeszcze niczego, nawet działki. Tylko marzyliśmy i snuliśmy wizję naszego przyszłego teatru. Tak, to prawda, chcieliśmy z Romkiem stworzyć niewielki teatr z widownią na sto miejsc i miał to być teatr pod patronatem nie byle kogo – samego Mieczysława Kotlarczyka (1908- 1978) reżysera,aktora, dramaturga i krytyka literackiego, pedagoga, twórcy Teatru Rapsodycznego oraz mistrza i nauczyciela teatralnego Karola Wojtyły. A jednak już wtedy zdecydowaliśmy się na ufundowanie kamienia węgielnego pod budowę naszego teatru. Najpierw zwróciliśmy się do ks. kardynała Franciszka Macharskiego, ówczesnego metropolity krakowskiego z zapytanie, czy i do kogo możemy wystąpić z prośbą o poświęcenie naszej tablicy. Ksiądz kardynał uprzejmie poinformował na, iż papież będzie dokonywał poświecenia wszystkich kamieni węgielnych dla nowo budowanych kościołów w archidiecezji podczas swojej wizyty w rodzinnych Wadowicach, kiedy będzie konsekrował kościół parafialny św. Piotra Apostoła. I dlatego polecił nam zwrócić się z prośbą do ks. proboszcza Michała Pioska. Wówczas, poprosiłam moja siostrę Danutę Barbarę Garncarczyk de domo Motak, profesorkę z gimnazjum wadowickiego, aby wystarała się dla nas o zezwolenie. Tak, to jej zasługa, to dzięki jej staraniom 14 sierpnia 1991 r. pojechaliśmy do Wadowic.
Pamiętam, że był upał, staliśmy z Romkiem na placu przed kościołem. Ojciec Święty odprawił uroczystą koncelebrowaną Mszę św. i wygłosił homilię, której motywem były słowa wyznania Piotrowego z Ewangelii św. Mateusza: Tyś jest (Chrystus) Mesjasz, syn Boga żywego. Papieżowi asystowali kardynałowie: Angelo Sodano, Franciszek Macharski i Henryk Gulbinowicz, kilkudziesięciu biskupów i ponad stu kapłanów. W trakcie Mszy św. Jan Paweł II - wraz z kardynałami: Franciszkiem Macharskim i Henrykiem Gulbinowiczem oraz ks. Michałem Pioskiem - poświęcił i namaścił ściany i ołtarz wadowickiego kościoła.
Później papież poświęcił 20 kamieni węgielnych dla nowo budowanych kościołów w Archidiecezji Krakowskiej. I obok tych kamieni węgielnych leżał nasz - jeden jedyny świecki z taką inskrypcją: „Kamień węgielny Teatru im. M. Kotlarczyka i Domu przy ul. św. Tomasza 32 w Krakowie. Poświęcony przez Ojca Świętego Jana Pawła II 14.08.1991 r.”. To było coś niebywałego i bardzo ekscytującego. Cieszyliśmy się, z tego faktu, że mamy błogosławieństwo samego papieża. I w jakimś sensie czuliśmy, że jesteśmy o krok bliżej od realizacji naszych planów.
Jakiś czas po tym wydarzeniu, zwiedzając Muzeum Jana Pawła II w Wadowicach, które mieści się w kamienicy przy ul. Kościelnej 7 (dawniej Rynek 2), zauważyłam na jednej ze ścian, serię zdjęć z poświęcenia kamieni węgielnych. Na jednym z nich zobaczyłam naszą tablicę. Bardzo się ucieszyłam i zapragnęłam uzyskać tę odbitkę. Jak się potem okazało nie było to wcale takie łatwe i wymagało skierowania oficjalnego pisma do Watykanu, gdyż zdjęcie to zostało wykonane przez fotografa papieskiego. Siostra - kustosza Muzeum przygotowała i wysłała stosowna prośbę i po kilku tygodniach przysłano mi upragnione zdjęcie, które dziś tak pieczołowicie przechowuję.
A zapragnęliśmy stworzyć miejsce poświęcone pięknu brzmienia polskiego Słowa. I nie były to mrzonki czy nasze fanaberie, ale silna potrzeba restytuowania teatru Słowa na wzór Teatru Rapsodycznego. Dlaczego właśnie Teatru Rapsodycznego? A to dlatego, że dla Romana, tak samo, jak dla twórcy, reżysera i dyrektora tego Teatru „Słowo, było materiałem ostatecznego, najwyższego i najdoskonalszego rzędu. Materiałem zdolnym wyrazić to wszystko, co wyrazić może wszelki inny materiał artystyczny; zdolnym wywołać mianowicie wizję zarówno linii, jak kształtu, zarówno barwy, jak dźwięku. (...) I dlatego artyzm słowa, a nie gestu czy mimiki, uznajemy za najwyższą wartość i za istotę sztuki aktorskiej, za jej rdzeń i duszę, a aktora nade wszystko za wypowiadacza tekstu - Słowa." ("Słowo w teatrze" w: Mieczysław Kotlarczyk, Karol Wojtyła, "O Teatrze Rapsodycznym", Kraków 2001.)
Biskup Karol Wojtyła i M. Kotlarczyk, bazylika św. Piotra w Rzymie, 1962
Roman tę miłość do Słowa pielęgnował od młodzieńczych lat. Był zafascynowany recytacją i przez dziesiątki lat swego życia wprowadzał do pamięci poezję, to jest wypełniał sobie głowę: wierszami Mickiewicza i Słowackiego, Norwida, Tuwima i Gałczyńskiego, Lechonia, Leśmiana i Jawienia, Broniewskiego, Hemara i Wierzyńskiego, a także Syrokomli. Konopnickiej, Asnyka, Tetmajera, Staffa i Kochanowskiego, Żeleńskiego-Boya i Villona, Miłosza, Herberta, Szymborskiej. Naukę recytacji pobierał u pani Marii Rokoszowej (tej samej, u której uczył się Zbigniew Cybulski). Efekty tej nauki musiały być bardzo dobre, skoro w jednym z ogólnopolskich konkursów recytatorskich otrzymał od jury pod przewodnictwem Mieczysława Kotlarczyka dyplom laureata uprawniający do zawodowych występów recytatorskich. W latach 50. XX w., w których po odgórnym zatwierdzeniu w 1949 r. realizmu socjalistycznego, jako jedynej słusznej doktryny artystycznej, Teatr Rapsodyczny stawał się coraz bardziej zagrożony. Scenę wściekle atakował Jan Alfred Szczepański w "Trybunie Ludu", bronił jej z kolei Karol Wojtyła na łamach "Tygodnika Powszechnego". Również zdeklarowany wojujący komunista Herdegen prześladował Kotlarczyka swoim nastawieniem, opiniami i postępowaniem w Krakowie. I mimo faktu, iż Teatru Rapsodycznego bronili ludzie o dużych wówczas możliwościach także politycznych - nie obroniono go. Opisał to M. Kotlarczyk w swojej książce REDUTA SŁOWA. Bronił Teatru Hirszfeld, bronił Drobner, bronił Polewka, bronił Obrazcow. I nic. Nie obronili. Ludwik Hirszfeld, twórca nauki o grupach krwi i skuteczności jej transfuzji, teatru nie uratował mimo że uratował życie setkom tysięcy a nawet milionom Iudzi. Bolesław Drobner, przed wojną aktywny komunista, nie uratował teatru, mimo że po wojnie był w Krakowie działaczem ogromnie wpływowym. Adam Polewka, również komunistyczny prominent o dużej sile przebicia, nie uratował pomimo tej siły i mimo tego, że w dodatku był cenionym autorem min. pięknej pieśni ,,Któż wypowie twoje piękno Krakowie prastary, chyba że na Sukiennicach przemówią maszkary...'' Sergiusz Obrazcow nie obronił teatru mimo tego, że był znanym w całym świecie i ogromnie cenionym w ZSRR twórcą teatru marionetek. Tacy ludzie usilnie i z wielkim zaangażowaniem bronili Teatru Rapsodycznego, a jednak go nie obronili. Teatr Rapsodyczny, załatwili, urzędnicy Krakowscy, biurokraci polscy średniego szczebla, na polecenie biurokratów polskich wyższego szczebla z Warszawy. A także wtyki ubeckie, wypróbowaną metodą wprowadzone do Teatru, które go rozłożyły od wewnątrz. Teatr został definitywnie zamknięty 5 maja 1967 r. Dla ludzi silnie wierzących w moc Słowa to był cios.
Roman miał przed sobą dobrze zapowiadającą się karierę naukowca w Katedrze Matematyki Wyższej na Politechnice Krakowskiej, jednak z różnych przyczyn w tym politycznych i rodzinnych wycofał się i postanowił oddać się swojej pasji – recytacji. Z wybitnym pianistą Andrzejem Trzaskowskim współpracował w brygadach estradowych ARTOS-u, w czasach „Solidarności” był redaktorem, lektorem i spikerem radiowęzła. Prowadził co drugi dzień audycję przetykaną dobrze artykułowaną recytacją, z wybitnymi aktorami Teatru Rapsodycznego: Janem Adamskim i Władysławem Pawłowiczem, z którymi był w bliskiej przyjaźni, urządzał imprezy artystyczne w Hotelu „Pollera”, którym patronował jego właściciel Mecenas Adolf Chojnacki, występował podczas mszy patriotycznych i na uroczystościach rocznicowych.
Romek, który tak bardzo kochał recytować wiersze, mocno wierzył w urzeczywistnienie wizji teatru, tym bardziej, że jego serdeczny kolega z czasów pracy na Politechnice Krakowskiej, architekt Henryk Stawicki zadeklarował, że zaprojektuje dla nas budynek teatru. Projektant potraktował zlecenie jako rzecz prestiżową i już na początku grudnia 1991 r. przygotował koncepcję architektoniczno-urbanistyczną budynku mieszkalno-usługowego.
Projekt zakładał, że na parterze swoją siedzibę będzie miał teatr, zaś na wyższych kondygnacjach mieścić się będą mieszkania deweloperskie. Byliśmy zachwyceni projektem Henia Stawickiego i wcale nie zdziwiliśmy się, gdy trzy lata później projekt został zgłoszony na konkurs „Projekt roku 1994” i uhonorowany nagrodą obok m.in. projektu Ambasady Polski w Tokio autorstwa K. Ingardena i J. Ewy. Niestety nie mając pieniędzy nie mogliśmy zrealizować naszego wymarzonego projektu. Schowaliśmy go do szuflady. I czekaliśmy na obrót spraw.
W 1976 roku procesję eucharystyczną podczas
prowadził ulicami Krakowa na Wawel
Arcybiskup Krakowski kardynał Karol Wojtyła.
W 1979 roku procesję eucharystyczną podczas
Arcybiskup Krakowski kardynał Franciszek Macharski.
Zgubne skutki nieograniczonego zaufania
Nasze warunki stawiane przyszłym inwestorom były następujące: w zamian za współudział, dajemy 3 arową działkę, a inwestor wznosi budynek mieszkalny według naszego projektu, w którym na ostatnim piętrze mieliśmy zamieszkać w stumetrowym apartamencie, zaś na parterze w 135 metrowym lokalu miał być nasz teatr. To był ideał, wizja przyszłości. Każdy ma prawo do spełniania swoich marzeń, nawet najbardziej idealistycznych. Nasze plany wydawały się nam bardzo ambitne i szlachetne i dlatego sądziliśmy, że ci, którzy zechcą z nami zrealizować ten plan okażą się uczciwi. Mało wówczas wiedzieliśmy o istniejących mechanizmach, celem których było oszukanie nas, starszych ludzi. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Wiadomość o tym, że poszukujemy inwestora rozniosła się lotem błyskawicy w krakowskim światku właścicieli nieruchomości. Zaczęli do nas dzwonić różni biznesmeni – wszyscy, a było ich około czterdziestu, składali propozycje kupna działki. Nie interesowało ich wybudowanie budynku mieszkalno-usługowego według naszej wizji, oni mieli całkiem inne zamiary. A ja nie zamierzałam sprzedać czegoś, co dostałam w podarunku, wewnętrzny imperatyw kazał mi podzielić się ze społeczeństwem tym darem. Uparcie więc wierzyłam, że w końcu ktoś się znajdzie, kto zaakceptuje moje, nasze warunki. I stało się. Któregoś dnia zadzwonił pan Marian Baranowski. Na pierwsze spotkanie umówiliśmy się w kawiarni wiedeńskiej przy ul. Kanoniczej. Był bardzo miły, zrobił na nas pozytywne wrażenie, a co najważniejsze powiedział, że ma pieniądze i że pokryje koszty budowy. Poznaliśmy też jego syna, którego przedstawił jako Andrzej. Dlatego byliśmy przekonani, że mamy do czynienia z Andrzejem Baranowskim, a nie jak się potem okazało obywatelem Niemiec z paszportem na nazwisko Malinowski Andreas Nicolaus, ale o tym w kolejnym rozdziale. Z panem Baranowskim (rocznik 1931) spotkaliśmy się dwa, czy trzy razy zanim zdecydowaliśmy się na dalszą współpracę. Był przekonywujący. Podjęliśmy decyzję i w dniu 5 listopada 1997 r. stawiliśmy się w Kancelarii Notarialnej przy ul. Stolarskiej 6 przed notariuszem Ewą Żochowską-Zalewską i podpisaliśmy akt notarialny oraz umowę sprzedaży i przedwstępną umowę ustanowienia odrębnej własności lokalu. Tę kluczową dla nas umowę podpisaliśmy z panem Marianem Baranowskim zamieszkałym w Krakowie przy ul. Brożka 26/15, który działał w imieniu firmy MBB spółka akcyjna z siedzibą w Krakowie przy ul. Chłopickiego 5.
Opowiadano nam, że MBB to rodzinna firma zajmująca się nieruchomościami. I tak ją postrzegaliśmy. I ojciec i syn zdobyli nasze zaufanie. Wydawali się tacy porządni, szczerzy, przyjacielscy. Nic więc dziwnego, że obdarzyliśmy pana Baranowskiego i jego syna Andrzeja całkowitym zaufaniem. Każdy by im uległ. Ulegliśmy ich namowom i odstąpiliśmy od pierwotnego projektu autorstwa Henryka Stawickiego na rzecz zmian, które wprowadziło biuro architektoniczne STUDIO ARCHI 5 w osobie Andrzeja Walkowskiego. Wydawało się nam, że choć zmieniono przeznaczenie budynku na pensjonatowo-mieszkalny, to inwestor dotrzyma warunków naszej umowy i będzie tak, jak zakładaliśmy. Z tego też względu nie widziałam konieczności wizytowania budowy. Tylko raz ją odwiedziłam, kiedy wznoszono pierwsze piętro. Oprowadzał mnie wtedy pan Mucha, kierownik budowy. Wykonawcą robót była firma budowlana „Skalski”.
Czekając spokojnie na ukończenie inwestycji, a termin był wyznaczony na wrzesień 2001 r., przeczytaliśmy w „Dzienniku Polskim” z dnia 27 czerwca 2001 r. o nowopowstałym hotelu w Krakowie, jednym z niewielu w bliskości plant. Dziennikarz w samych superlatywach opisywał nową inwestycję, zachwalając bryłę, materiały wykończeniowe, wystrój recepcji i wyposażenie łazienek. Z zachwytem opisywał apartament na ostatniej kondygnacji budynku, z którego rozpościera się widok na dachy Krakowa.
Nie wiem dlaczego, ale ten artykuł nie wzbudził we mnie żadnych podejrzeń, nie zapaliło się czerwone ostrzegawcze światło. Nic. Może dlatego, że byłam wówczas w Szczawnicy i poznałam wspaniałą artystkę Annę Madejową. Jej obrazy malowane na szkle bardzo chciałam pokazać w swojej przyszłej galerii. Ona chyba nie do końca wierzyła moim słowom, bo niby jak to jest możliwe, żeby starsza pani o siwych włosach miała swoją własną galerię. A ja tym żyłam. Myślałam o tym, że będę prezentowała polską sztukę, bo tak umówiliśmy się z Romkiem, że on będzie miał swój teatr, a ja dostanę ściany.
Tymczasem o hotelu znowu pisano w „Dzienniku Polskim”. Właściwie o galerii w hollu tegoż hotelu. Tego było już za wiele. Postanowiłam wyjaśnić ten fakt. Trochę mnie zaniepokoiło, że firma MBB ukończyła inwestycję przed terminem i wykorzystując to, udostępniła moje pomieszczenie, w którym miał być nasz teatr – galerii Kocioł Artystyczny. A ta utworzyła szybciutko tu filię. Po mojej interwencji zabrano obrazy i zlikwidowano nielegalną galerię.
Dziennik Polski z lipca 2001 roku
Zgodnie z umową przedwstępną 15 września 2001 r. mieliśmy otrzymać klucze po podpisaniu aktu notarialnego i sporządzeniu umowy ustanowienia odrębnej własności lokali. I tak się stało. Niestety tego dnia nie przeczytaliśmy dokładnie umowy, która w stosunku do tej wersji pierwotnej różniła się znacząco. I dopiero w późniejszym czasie mieliśmy odczuć skutki tego posunięcia. Z zadowoleniem odebraliśmy klucze. Jednak nasz entuzjazm zgasł tak, szybko, jak się pojawił. Bowiem zdaliśmy sobie sprawę, że w wybudowanym przez spółkę MBB parterowym lokalu nie ma teatru. To, co ujrzeliśmy było niespełna 120 metrową przestronną salą, w której w żaden sposób nie dałoby się zorganizować teatru z widownią na 100 miejsc, a co najwyżej na 50! Cóż mogliśmy zrobić? To był pierwszy zimny prysznic, którego doznaliśmy. Obudziliśmy się z tego naszego bajkowego snu i od razu przejrzeliśmy na oczy, doszło to do nas, że zostaliśmy potraktowani jak starzy, głupi i naiwni ludzie, których można ocyganić. To właśnie otrzymaliśmy w zamian za nieograniczone zaufanie, za to, że zawierzyliśmy spółce MBB, daliśmy jej carte blanche do działania. Nasza wina! Tak, to była nasza wina. A co stało się z mieszkaniem na ostatnim piętrze? Mieszkanie, owszem było, ale nie mieliśmy do niego dostępu, gdyż według podpisanej umowy odcięto nas od klatki schodowej. Jak zatem mogliśmy z niej korzystać? Pamiętam, że po miesiącu, kiedy chciałam wejść do swojego mieszkania usłyszałam z ust współwłaściciela spółki A. Malinowskiego: „Nic tu nie masz do gadania!” A przy innej okoliczności, gdy poprosiłam pana Baranowskiego o wyjaśnienie dlaczego nie mogę mieszkać we własnym mieszkaniu, wówczas pokazał mi zaciśnięte pięści i powiedział „Figę dostaniesz”!
To było jak grom z jasnego nieba. Drugi raz zostaliśmy wyrolowani. Oszukano nas. I to notariusz nie zwrócił nam uwagi na zapis dotyczący klatki schodowej. To był po prostu wadliwie sporządzony akt notarialny. Celowo został tak napisany. Wpadliśmy w sidła, z których niełatwo było się nam wyplątać.
Coś nad nami czuwało
15 września 2001 r. oficjalnie inwestor przekazał nam klucze do naszego lokalu na parterze kamienicy przy ul. św. Tomasza 32. W środku nie było niczego, ale za to na zewnątrz rzucał się w oczy piękny szyld informujący, że tu mieści się Audialnia im. Mieczysława Kotlarczyka i Mieczysława Hemara. Otwarcie naszej Audialni postanowiliśmy uczcić wspólnym odśpiewaniem pieśni patriotycznych. Zaprosiliśmy znajomych wśród których był Piotr Boroń, nauczyciel, działacz Kultury, radny Rady Miasta Krakowa, członek Towarzystwa Strzeleckiego „Bractwo Kurkowe” w Krakowie, Jerzy Bożyk, dr Irena Piechocińska. Samo zaś otwarcie lokalu wpisało się w całodzienny cykl imprez i widowisk na najdłuższej ulicy Starego Miasta, czyli „Święto ulicy św. Tomasza”, którego pomysłodawcą i inicjatorem był kabaret „LOCH CAMELOT” a honorowy patronat sprawował ówczesny prezydent Miasta Krakowa Andrzej Gołaś.
Otwarcie fotografował Lucjan Iwanow
Myśleliśmy, że wszystkie sprawy jakoś się ułożą. Liczyliśmy, że będziemy żyć w zgodzie z naszymi sąsiadami, czyli Agnieszką Dworakowską - przedstawicielką spółki akcyjnej MBB, dyrektorem hotelu w firmie Classic Tour (spółka, którą kierował Krzysztof Pitio) a następnie wspólnikiem Hotel Classic A. Dworakowska s. j. i jej mężem Andrzejem.​ Tymczasem mieliśmy do czynienia z rodziną oszustów, w której każdy z członków miał do odegrania swoją rolę. Wszyscy spisali się na medal. Było to perfekcyjnie zrobione. Najstarszy z rodziny - Marian Baranowski – miał za zadanie doprowadzić do podpisania aktu notarialnego. On uśpił naszą czujność, obiecał zaprzyjaźnionego notariusza, a nam wydawało się, że skoro notariusz to osoba znajoma, to można mieć zaufanie do niej. Nic bardziej mylnego. Dalej – Andrzejek – syn Baranowskiego (to, że ma inne nazwisko i posługuje się dwojgiem imion: Andreas Nicolaus, dowiedzieliśmy się dopiero, kiedy ruszyły nasze sprawy w sądzie). On się nami opiekował, robił dobre wrażenie, utwierdzał nas w podejmowanych decyzjach, to on oprowadzał nas po budowie snując wizję dobrej wspólnej przyszłości. Nic bardziej mylnego. Od 20 lat posługiwał się dokumentami na nazwisko Malinowski i był obywatelem Niemiec. I wreszcie żona Malinowskiego vel Baranowskiego – Agnieszka Dworakowska (rocznik 1971). Jak się poznaliśmy była młodą mamą. Miała śliczną dwuletnią córeczkę. Dlatego mieliśmy wyobrażenia, że jest to porządna, kochająca się rodzina. Nic bardziej mylnego. Agnieszka Dworakowska okazała się osobą, która najbardziej nam dokuczała, najbardziej uprzykrzała nam życie, to ona najbardziej uwikłała się w nasze spawy. Trochę ich wszystkich podziwiam za to, że udało się im odegrać wspaniały spektakl. Oceniam, że to był majstersztyk wobec starych ludzi, których udało się im oszukać. Jaką rolę odegrały inne osoby związane ze spółką MBB, jak Fotygo Franciszek Kazimierz – Prezes Zarządu, Raab Caspar i Dąbroś Ryszard – członkowie Rady Nadzorczej, tego jeszcze nie wiem. Podobnie zastanawiam się nad rolą Jerzego Setkowicza, który zajmował się obsługą prawną tej spółki. Swego czasu kancelaria prawna Jerzego Setkowicza miała swoją siedzibę przy ul. Supniewskiego 11, a spółka akcyjna MBB mieściła się przy ul. Supniewskiego 7. Czy to przypadek? Ten temat zostawiam dla wnikliwych i dociekliwych dziennikarzy.
W każdym razie ja i Romek przeszliśmy przez prawdziwy koszmar. Po pierwsze w wybudowanym budynku pensjonatowo-mieszkalnym uruchomiono hotel. A przecież zezwolenie na budowę nr 185/1A/00 oraz decyzja na użytkowanie nr 303/1A/01 dotyczyły budynku pensjonatowo-mieszkalnego a nie hotelu. Po drugie miałam mieszkanie na ostatniej kondygnacji, ale w związku z tym, że było ono na terenie hotelu, nie miałam dostępu do niego. Ratunku szukałam nawet u pełnomocnika prezydenta Krakowa, myśląc, że on pomoże mi w dostaniu się do mojego własnego mieszkania. Niestety, musieliśmy wkroczyć na drogę sądową. Nie było innego rozwiązania. Choć i to nie przyniosło poprawy naszego położenia. Nie odzyskaliśmy naszego majątku pozostawionego w apartamencie na VI kondygnacji, a ja w związku z pogróżkami po prostu bałam się. Przyszło nam znieść różne uciążliwości, m.in. przez dwa tygodnie byliśmy odcięci od dostępu do wody. Na wszystko mam dowody w postaci pism, które pisałam do odpowiednich organów.
Po wielu latach procesowania się z nieuczciwym inwertorem mój mąż Roman w tekście pt. „Stan jakości mówienia” z dnia 11 listopada 2011 r. napisał:
Małżonkowie Hnatowicz zapragnęli aby, współdziałając ze spółką akcyjną MBB w takim właśnie celu niejako podzielić się tym swoim odziedziczonym mieniem, tą prestiżową parcelą. Podzielić z Krakowem, z polskim społeczeństwem, z rodakami, w tym także z Kościołem. Zamiar ich jak dotąd zakończył się klęską. Obdarzenie zaufaniem partnera inwestycyjnego - spółkę akcyjną MBB, okazało się błędem, o straszliwych dla żywionego przez nich zamiaru poprawienia jakości polszczyzny mówionej, konsekwencjach. O konsekwencjach ekstremalnie negatywnych dla stanu mowy polskiej, dla jakości mówienia po polsku, dla polszczyzny oraz co z tym się nierozłącznie wiąże - o konsekwencjach katastrofalnych dla polskości. Wręcz zabójczych!...
Jestem przekonana, że coś nad nami czuwało, coś nadzwyczajnego nas obroniło i wbrew przeciwnościom, w naszej sali audytoryjnej, odbywały się wystawy, koncerty, spotkania, a więc tu łączyły się różne dziedziny sztuki. W Audialni stworzyłam „Galerię 13 obrazów” i pierwszą wystawą, która się odbyła była wystawa prac Zofii Dudy artystki z Lublina w październiku 2001 r. W listopadzie zaprezentowała się Anna Madejowa znana artystka ludowa ze Szczawnicy, której malarstwo na szkle było wystawiane w muzeach i galeriach etnograficznych w całym kraju, a wiele z nich zdobi pomieszczenia prywatnych kolekcjonerów nie tyko w Polsce. To był znak, że Audialnia zaprasza w swoje progi nie tylko profesjonalnych artystów, ale tych, którzy w duszy czują się artystami i tworzą z potrzeby serca. Tu swoje wystawy mieli podopieczni Miejskiego Dziennego Domu Opieki Społecznej w Krakowie – uczestnicy warsztatu terapii zajęciowej pod kierunkiem artysty Władysława Bartka Talarczyka oraz niepełnosprawni artyści przy MOPS w Stalowej Woli. Pokazywali swoje prace artyści początkujący oraz ci, którzy mieli 60, 70 i 80 lat - studenci Podhalańskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Zakopanem. Co miesiąc na ścianach salonu zmieniały się obrazy. Raz było to malarstwo Heleny Papee-Bożyk wybitnej witrażystki i malarki – kolorystki, raz akwarele Józefa Stachnika, innym razem obrazy Stefana Berdaka krakowskiego malarza i grafika związanego przez przeszło 30 lat z „Przekrojem” (projektował okładki i opracowywał graficznie działy stałe. Blisko współpracował z Ludwikiem Jerzym Kernem, tworząc ostatnią stronę tygodnika). To tylko trzy nazwiska znanych krakowskich artystów. Łącznie przez te trzynaście lat w Audialnii gościła ich ponad setka, a na wystawach zbiorowych przewinęło się aż trzystu. Gośćmi tych salonowych progów i autorami wystaw byli nawet lekarze zrzeszeni w Światowej Unii Pisarzy Lekarzy (jednym z inicjatorów powołania Unii był Polak prof. dr Henryk Gaertner z Krakowa), a wśród nich Ryszard Żaba lekarz, poeta i grafik, zastępca dyrektora ds. medycznych Wojewódzkiego Szpitala Rehabilitacyjnego w Zakopanem.
Sąsiedztwo Akademii Muzycznej sprawiło, że Audialnia stała się miejscem szczególnie bliskim muzykom, którzy urządzali tu koncerty, recitale, audycje. Tu swój jubileusz i nadanie Odznaki „Honoris gratia” świętował znany śpiewak i pedagog krakowski prof. Mieczysław Marian Frogni. Tu swój recital miała Halina Kwiatkowska pedagog PWST i aktorka Teatru Starego w Krakowie, koleżanka z lat szkolnych i studenckich Karola Wojtyły, z którym występowała na scenie szkolnej oraz Teatru Rapsodycznego.
Swoje wieczory autorskie mieli tu poeta Stanisław Ledóchowski ze słynnej rodziny, która dała Polsce wybitnych ludzi kościoła, Ryszard Tylman krakowianin piszący i malujący w kanadyjskim Vancouver, ks. Franciszek Kamecki z Gruczna na Pomorzu zaliczany do trójki największych księży –poetów (obok Pasierba i Twardowskiego) oraz Zbigniew Tlałka piszący gwarą orawską. Gościem wieczoru był również Stanisław Dziedzic autor książki „Ojciec Serafin Kaszuba”, która ukazała się w 100 rocznicę urodzin kapucyna zaliczanego do heroicznych przedstawicieli Kościoła Milczenia w Związku Radzieckim, którzy w warunkach terroru ideologicznego i walki z religią byli dla wielu, nie tylko katolików, "wszystkim we wszystkich".
Tu odbył się wieczór pamięci prof. Juliana Aleksandrowicza w setną rocznicę urodzin i dwudziestą rocznicę śmierci, który był lekarzem internistą, profesorem medycyny, a także humanistą i społecznikiem, m.in. pionierem krwiodawstwa, jednym z pionierów polskiej myśli ekologicznej. Tu Stowarzyszenie Polonistów Polskich organizowało spotkania i dysputy m. in. prezentację książki dr Elżbiety Powąskiej „Poetyka wyzwolenia: genezyjski dialog antyku z barokiem w twórczości Juliusza Słowackiego” (wyd. Collegium Columbinum, Kraków 2008). Tu od długiego już czasu spotykają się dawne członkinie chóru „Dzieci Krakowa” założonego przy Młodzieżowym Domu Kultury im. J. Korczaka w Krakowie przez prof. Jerzego Suwarę, twórcę i pierwszego dyrygenta Chóru Chłopięcego Filharmonii Krakowskiej.
To tu, z mojej inicjatywy, odbyło się uroczyste otwarcie wystawy „Anioły Europy”, która po prezentacji w Audialni i Galerii Centrum oraz w Urzędzie Marszałkowskim w Krakowie, odbyła swoistą podróż po wielu miastach: gościła w Urzędzie Marszałkowskim w Rzeszowie, w Urzędzie Miasta w Stalowej Woli, a także w Sejmie z okazji Światowego Dnia Osób Niepełnosprawnych.
Przez trzynaście lat działalności żyliśmy w przekonaniu, że realizujemy namiastkę tego, co miało tu być, że jest to, jak wyliczył kiedyś Roman, zaledwie od 5 do 15% tego, co miał obejmować zamierzony przez nas restytuowany Teatr Słowa Mówionego, w którym pragnęliśmy, wznieść ognisko dobrze pamiętanej i dobrze recytowanej poezji polskiej i „jeśli iskry z tego ogniska – pisał Roman Hnatowicz – dotrą do szkół, do gimnazjów i liceów w Polsce, do Wydziału Polonistyki i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego i do Akademii Pedagogicznej w Krakowie oraz poza Kraków, to z iskier tych może rozgorzeje płomień, który spali ten trend pogarszania się stanu mówienia publicznego w Polsce. Który to trend ujemny zatrzyma, a następnie odwróci, przemieni w dodatni: doceniania, pogłębiania i rozszerzania odczuwania piękna polszczyzny mówionej. Z ogromnym pożytkiem dla całej wspólnotowości polskiej, tak w kraju, jak i za granicą. Zgodnie z mickiewiczowską inwokacją: Mowo Polska, Ty arko przymierza, między dawnymi i młodszymi laty.W Tobie lud składa broń swego rycerza, swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty. Arko, Tyś żadnym nie złamana ciosem. Póki Cię własny Twój lud nie znieważy…
W tym miejscu chciałbym przypomnieć, że Audialnia funkcjonuje pod patronatami Mieczysława Kotlarczyka i Mariana Hemara. Kotlarczyk, przyjaciel młodości i nauczyciel wymowy Karola Wojtyły, był wyznawcą zasady jaką podał jeden z największych intelektualistów francuskich Henry Bergson, iż „wiersz jest tylko partyturą recytacji” i całą swoją działalnością w przez siebie założonym i prowadzonym Teatrze Rapsodycznym starał się wcielić w życie. Hemar zaś, przed wojną wielki lwowianin, satyryk i poeta pochodzenia żydowskiego (prawdziwe nazwiska brzmiało: Hescheles), po wojnie pozbawiony obywatelstwa polskiego, emigrant i tułacz, sformułował zasadę, że „tylko dobrze zapamiętany wiersz może być dobrze recytowany”. Że wiersz w pamięci musi „jak figura ucukrować, jak tytoń uleżeć” i można by dodać „jak oś wagonowa wyrezonować”.
Teatru nie udało się nam zbudować na wskutek naruszającego prawo postępowania dwóch spółek: akcyjnej MBB i jawnej Hotel CLASSIC, jednak skromny program audialny: muzyczny, instrumentalny wokalny i właśnie recytatorski zawsze towarzyszył otwarciom wystaw malarskich w Audialni. A było to zasługą wspaniałego recytatora i oratora jakim był mój mąż Roman Hnatowicz (1931–2012). To on przejmująco recytował wiersze przy okazji wernisaży, koncertów i spotkań, i poza Audialnią, na licznych uroczystościach patriotycznych organizowanych w Krakowie w latach 80. i 90. XX w. oraz w pierwszej dekadzie XXI w. To on pięknie recytował poświęcone miłości Ojczyzny wiersze największych polskich poetów, a także legionowych twórców, piszących ku pokrzepieniu serc w okopach I wojny światowej, czy to przy trumnie marszałka Józefa Piłsudskiego w wawelskiej krypcie pod wieżą Srebrnych Dzwonów, czy wczesnym rankiem 6 sierpnia na Oleandrach, a kilka godzin później pod obeliskiem w Michałowicach upamiętniającym przekroczenie przez Pierwszą Kompanię Kadrową granicy zaboru rosyjskiego, czy pod polską Mogiłą Mogił na Sowińcu.
Roman Hnatowicz urodzony w Gródku Jagiellońskim koło Lwowa był inicjatorem spotkań, które odbywały się w latach 2007-2011 w Audialnii. W każdy drugi czwartek miesiąca spotykali się lwowiacy i sympatycy kresów a wśród nich członkowie krakowskiego oddziału Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w osobach: prof. Andrzeja Laszczki (ur. w Gródku k. Łucka, ekonomista), prof. Stanisława Borkackiego, Edwarda Brożka, Adama Macedońskiego (ur. we Lwowie, artysta plastyk, poeta, działacz niepodległościowy), Grażyny Zamorskiej, Elżbiety Jaskólskiej, Jerzego Bożyka, Jadwigi i Ryszarda Arnold, Łucji i Marka Gedlów. Dla tego kilkunastoosobowego grona te spotkania były okazją do wspomnień o dzieciństwie, o zawieruchach wojny, „repatriacji” i nowej socjalistycznej rzeczywistości.
Za swoją działalność otrzymaliśmy pokaźny zbiór podziękowań od wielu instytucji, takich jak: Wydział Kultury Urzędu Miasta Krakowa, Komisja Kultury Rady Miasta Krakowa, Dyrekcja Miejskich Dziennych Domów Pomocy Społecznej, Krakowskiego Towarzystwa Lekarskiego, Zarządu Towarzystw Trzeciego Wieku z różnych ośrodków w całej Polsce. A Galeria Audialnie stała się bardzo ważnym miejsce na kulturalnej mapie Krakowa. Jest jedną z niewielu krakowskich galerii NON PROFIT. Jest jednocześnie miejscem spotkań wielu pokoleń artystów, w którym słowo i obraz przeplatają się i wzbogacają. Jest miejscem, w którym od trzynastu lat realizowany jest program poprawy sytuacji w Polsce na zasadzie „efektu domina”: od poprawy i wyeliminowania złej jakości mówienia do poprawy i uzyskania dobrej jakości działania, dobrej jakości myślenia oraz dobrej jakości odczuwania. Jednakże, jak pisał Roman ten program
Wymaga realizacji przez lata, przez wiele lat. Sprawą jednakże fundamentalną jest, aby go skutecznie zainicjować. Sięgając do źródeł. Do powstania w czasie okupacji niemieckiej Teatru Rapsodycznego oraz do jego walki o kształt Polskiego Słowa Mówionego podczas dominacji sowieckiej. Walki zakończonej wówczas klęską, ale dziś, w dobie ponownego istnienia Polski Niepodległej, mającej szanse zakończyć się zwycięstwem. Potrzeba jedynie woli – politycznej, społecznej i narodowej. Również woli sądowniczej, która w monteskiuszowym obowiązującym modelu demokracji powinna regulować działanie dwu pozostałych władz, władzy ustawodawczej i władzy wykonawczej. Dopiero wtedy spełnią się prorocze Słowa Wieszcza Narodu Adama Mickiewicza, którego pomnik wznosi się w centrum Miasta Krakowa, tej prastarej stolicy Polski: Walka o wolność, gdy raz się zaczyna, z ojca krwią schodzi dziedzictwem na syna. Sto razy wrogów zwalczona przemocą, kończy się zwycięstwem.
Ćwierć marzeń to lepsze niż nic
Ktoś całkiem słusznie zapyta, po co ja to wszystko piszę, dlaczego ujawniam dokumenty, podaję fakty. W jakim celu to robię? Co mi przyświeca? Dobrze, odpowiem. Po pierwsze chcę pokazać jak działają oszuści i jak łatwo w pewnym wieku można im ulec. Po drugie uważam, że moim obowiązkiem jest przestrzec wszystkich przed konsekwencjami działania oszustów. W trakcie ukazywania się moich comiesięcznych wspomnień z cyklu „Powtórka z historii i czasu”, odwiedzały mnie osoby, które znalazły się w podobnej, co ja sytuacji i tak, jak ja nie złożyli broni, walczyli i walczą o sprawiedliwość. Tak, bo rzecz idzie tu o sprawiedliwość. Nie o wymiar materialny, ale właśnie o wewnętrzną satysfakcję, która ma większą wartość niż pieniądze. Ja i mąż zostaliśmy poszkodowani, oszukani, okradzeni, a mimo to, zawsze wierzyliśmy, że racja jest po naszej stronie, że prawda musi zwyciężyć. I tak się stało. Nasze działania prowadzone konsekwentnie na drodze sadowniczej doprowadziły, do wzruszenia aktu notarialnego z 15 września 2001 r.
To był niezwykle trudny proces trwający aż osiem lat. I udało się. Wyrok jest, stan prawny jest wyjaśniony. Niestety nie można wyegzekwować wykonania tego wyroku. Nie ma egzekucji. Minęło sześć lat od ogłoszenia wyroku i nic się nie zmieniło. Ale jestem w takim wieku, że ten stan mnie nie dziwi, mało tego, wiem kto ponosi winę za ten stan rzeczy i gdybym tylko chciała, mogłabym zaskarżyć niewykonalność wyroku sądowego do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Ale dlaczego za kunktatorstwo prawne koszty ma ponosić społeczeństwo, każdy pojedynczy uczciwy podatnik i obywatel? Nie, ja tego nie mogłabym zrobić. Dla mnie liczy się to, że razem z Romkiem zrealizowaliśmy nie sto procent tylko ćwierć marzeń. Przecież to lepsze niż nic. Kazimierz Rodowicz stracił wszystko. Odszedł w 1963 r. nie odzyskawszy swojego majątku. I kiedy patrzę z jego perspektywy, to jednak nam się udało. Z niczego stworzyliśmy prawdziwy krakowski salon sztuki. I to jest powód do radości. Mam nadzieję, że naszym śladem pójdą inny seniorzy, którzy otworzą swoje mieszkania dla artystów, tak, jak myśmy to zrobili. Audialnia od dawna jest nie tylko salonem, galerią, salą koncertową, ale przede wszystkim miejscem, w którym mieszkam. Dzieląc się swoją prywatną przestrzenią zyskuję bardzo wiele, spotykam się z ciekawymi ludźmi, obcuję z dziełami sztuki, słucham wierszy i muzyki. Uważam, że nie można lepiej sobie wymyślić starości. Prawdę mówiąc nawet nie mam czasu na narzekanie, że coś mnie boli, czy coś mi dolega. Bo mam tyle trudnych spraw na głowie. Właściwie to dobrze, że ktoś taki jak ja, w tym wieku, ma dużo do zrobienia, nawet mi to odpowiada. No i ciągle się czegoś uczę, ostatnio np. poznaję w jaki sposób korzystać z Internetu. Bardzo mnie to wciąga, zwłaszcza kiedy mam do czynienia z historią kryminalną z udziałem Andreasa Malinowskiego: http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/168919,przypadek-sciganego-grzegorza-sz,1,id,t,sa.html.
Życie po osiemdziesiątce naprawdę może być ciekawe ale każdym wieku czyhają na człowieka różne pułapki. Bo takie jest życie, ma swoją dobrą i złą stronę. Oczywiście na inne niebezpieczeństwa narażone jest dziecko, na inne osoba dorosła. A staruszkowie? No właśnie, my staruszkowie najczęściej padamy ofiarą oszustów. Ja i Romek daliśmy się zwieść oszustom dwa razy, najpierw przy budowie kamienicy, potem przy sprzedaży naszego stumetrowego mieszkania w kamienicy, gdzie działa hotel. [...] W Internecie można znaleźć informację, że XX prowadził kancelarię adwokacką przy ul. Fredry 4 w Rzeszowie.
Nie mogę sobie przypomnieć w jakich okolicznościach poznaliśmy adwokata XX. Wydaje mi się, że to on spotkał się z mężem na jakieś uroczystości patriotycznej. W każdym razie z wyglądu dawaliśmy mu czterdzieści lat (w rzeczywistości miał dużo mniej) i oceniliśmy, że ma spore doświadczenie. Ponadto dał się nam poznać jako kochający ojciec dwóch synów i mąż wspaniałej żony. Adwokat wzbudził w nas pełne zaufanie. To on przedstawił nam osobę zainteresowaną kupnem naszego ponad stumetrowego mieszkania. Był nią Stanisław Balicki. Opowiadał nam, że pragnie zrobić swojej drogiej mamie prezent w postaci pięknego mieszkania. I znowu pomyśleliśmy, że mamy do czynienia z kochającym synem, który tak troszczy się o ukochaną mamę. Dziś wiem, że daliśmy się omamić. [...] Mieszkanie zostało wycenione na milion 700 tys. zł. Czekaliśmy na spłatę zobowiązania. [...]. [...]. [...]. Gdzie podziały się pieniądze? Kto za tym stoi? I w jakim celu ktoś kupuje mieszkanie, które znajduje się na terenie hotelu, z którego wiadomo, że nie będzie można korzystać?
Zgłosiłam sprawę do prokuratury. Okazuje się, że to jest większa afera, a poszkodowanych jest więcej. XX został aresztowany i wszczęto przeciwko niemu postępowanie prokuratorskie. W październiku 2013 r. zostałam poinformowana, iż decyzją Dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej w Rzeszowie z dnia 14 października 2013 r. znak L dz. Os. adw. 8/08 ustanowiono adwokata Arkadiusza Slisz substytutem adwokata XX prowadzącego dotychczas kancelarię adwokacką w Rzeszowie przy ul. Fredry 4. Adwokat XX został zawieszony dlatego osoby, które dotychczas reprezentował proszono o niezwłoczny kontakt z Kancelarią Adwokata Arkadiusza Slisza.[...].
A wracając do osoby Stanisława Balickiego (ur. 1962), w Internecie przeczytałam, że jest on związany z trzema firmami z branży budowlanej.
[...]. Druga firma również zajmująca się budową domów o podobnie brzmiącej nazwie to BAL- BUD INVESTMENT REDUTA SP Z O. O. SPÓŁKA KOMANDYTOWA (KRS: 0000358788, data wpisu do KRS – 17.06. 2010) mieszcząca się przy ul. Dobrego Pasterza 68. I wreszcie trzecie przedsiębiorstwo budowlane z siedzibą przy ul. Reduta 26C/3 to BAL-BUD INVESTMENT REDUTA SP Z O. O. (KRS: 0000440255, data wpisu do KRS – 21.11.2012). Jest to firma rodzinna na co wskazują nazwiska jej członków: Stanisław Balicki - prokurent, Dorota Balicka - prezes zarządu, wspólnik, Rafał Maksymilian Balicki – wiceprezes, wspólnik. Gdy wejdziemy na stronę internetową firmy http://www.bal-bud.pl znajdziemy tam wizualizację aktualnie realizowanego projektu - Osiedla Reduta, który ma być nowoczesnym kompleksem budynków mieszkalno-usługowych zlokalizowanym w Dzielnicy III Krakowa – na Prądniku Czerwonym.
Wydawałoby się , że w związku z powyższym nie będzie trudności ze spłatą zobowiązania za mieszkanie, które Stanisław Balicki ode mnie kupił, tymczasem sytuacja wygląda tak, iż prowadzone przez komornika egzekucje na firmach, z którymi jest związany S. Balicki nie doprowadziły do zakończenia sprawy. [...].
[...]. Nic bardziej mylnego. Drodzy panowie, nie zapominajcie, że wszystko, jest jeszcze możliwe: tempi passati!
W tym króciutkim rozrachunku, który czynię, chciałabym raz jeszcze podkreślić fakt, iż uruchomienie galerii – miejsca spotkań artystów różnej rangi, ale o tej samej potrzebie wystawienia się, było i jest do chwili obecnej najlepszą inwestycją, jakiej się podjęłam przed czternastu laty. Gdybym mogła powtórzyć ten wyczyn nie cofnęłabym się przed niczym. A to dlatego, że dzięki Audialni miałam i mam arcyciekawe życie, wypełnione comiesięcznymi wernisażami malarstwa, koncertami muzyki klasycznej, lekcjami śpiewu i cyklicznymi spotkaniami literacko-poetyckimi. Gdybym chciała dokonać porównania, z pewnością szala z dobrymi emocjami, wzniosłymi ideami i pięknymi wzruszeniami, przeważyłaby szalę z tymi nieprzyjemnymi momentami, w których musiałam walczyć o własną godność, mając przeciwko sobie oszustów. Mam poczucie, że się spełniłam, dając jednocześnie powody do radości wielu osobom, które poprzez wystawy w Audialni zaistniały w artystycznej przestrzeni Krakowa. A przecież, gdyby nie moja czujność, to z naszych pięknych marzeń, nic by nie pozostało. A tak, w 120 metrowym salonie dokonały się wydarzenia, o których pisała dawniej krakowska prasa, a obecnie donosi Internet. Czyż to nie jest wspaniałe?
Miałam momenty, raczej wahania i wtedy mogłam zrezygnować ze wszystkiego, sprzedać moją galerię, w której jakiś cwany biznesmen otworzyłby kasyno albo klub nocny – miejsce ku temu jest idealne. A ja uparcie, pomimo pogróżek, chcę i robię coś dla ludzi bezgotówkowo, w zamian za emocje i wrażenia, a tego nie da się przeliczyć na żadne pieniądze. Jestem osobą szczęśliwą, podzieliłam się prezentem kiedyś mi ofiarowanym, dając coś własnego innym, zyskuję tysiąckrotnie. Jednocześnie mam świadomość, że starych, uczciwych ludzi łatwo jest dziś oszukać składanymi obietnicami, dobrym wrażeniem, tym, że się jest uprzejmym i budzącym zaufanie. Ani Romek ani ja nie przypuszczaliśmy, że Marian Baranowski w chwili podpisania aktu notarialnego u notariusza Ewy Żochowskiej-Zalewskiej wiedział o wadliwie sporządzonej umowie (do tej pory toczy się postępowanie karne przeciwko „zaprzyjaźnionemu” notariuszowi). Czy mogliśmy podejrzewać, że nasze ponad stumetrowe mieszkanie na ostatnim piętrze w budynku hotelu stanie się łakomym kąskiem dla Agnieszki Dworakowskiej, występującej jako pełnomocnik Spółki Akcyjnej MBB, a obecnie dyrektora Hotelu Classic? To ona wydzierżawiła od swojego męża i teścia 85% obiektu z przeznaczeniem na hotel, choć zgodnie z naszą umową w budynku miały znajdować się mieszkania). Przez pięć lat bezprawnie Hotel Classic korzystał z tego naszego lokalu mieszkalnego, co jest przedmiotem postępowania sądowego (jednego z wielu). Oto jakie są kobiety. One okazały się największymi moimi wrogami: notariusz: Ewa Żochowska-Zalewska i dyrektor hotelu Agnieszka Dworakowska. Zawsze byłam przekonana, że to mężczyzn należy się obawiać, tymczasem, moje doświadczenia ostatnich czternastu lat dowiodły, iż to kobiet należy się bać, zwłaszcza tych pokroju A. Dworakowskiej, która we mnie znalazła pewnego rodzaju ofiarę. Jestem starym człowiekiem i w jej mniemaniu nadaję się na taką ofiarę i już dawno powinnam się załamać, poddać się, zrejterować. A ja mam bardzo silną psychikę i nie dam się wykończyć nawet jeśli ktoś w środku zimy w Hotelu Classic ustawia hałaśliwe agregaty chłodzące i wpuszcza przez dwa tygodnie to wymrażające powietrze kanałami wentylacyjnymi do mojej galerii, czyniąc z Audialni Spitsbergen. Są przesłanki, by sądzić, że był to zamach na moje życie i liczę, iż postępowanie administracyjne, które toczy się w tej sprawie przeciwko Hotelowi Classic dowiedzie tej tezy. Przez czternaście dni uporczywego hałasu i doskwierającego zimna, uruchomiłam wszystkie organy od Straży Miejskiej i Policji a na Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska kończąc. Wniosek jest zatrważający: nikomu nie udało się ustalić, kto postawił te agregaty i kto jest ich właścicielem. A. Dworakowska odsyła wszystkich do spółki MBB, czyli właściciela budynku, niestety prezes spółki ulotnił się i nikt nie wie, gdzie jest. Ot, taka zabawa w chowanego. Czy takie rzeczy są możliwe w państwie prawa? Trudno w to uwierzyć, ale to prawda, bolesna prawda!
Odwiedzin: 32096

References: art. 42
 art. 1
 art. 201
 art. 246
 art. 120
 art. 2
 art. 327