Source: http://www.old.pafere.org/artykuly,n2191,stanislaw_michalkiewicz_czy_konstytucja_rp_chroni_wlasnosc.html
Timestamp: 2019-02-20 16:30:46+00:00

Document:
Stanisław Michalkiewicz Czy konstytucja RP chroni własność
Strona główna » Artykuły » Stanisław Michalkiewicz: Czy konstytucja RP chroni własność
Najtrudniejsze bywają odpowiedzi na proste pytania, na przykład - czy konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej chroni własność. Trudność nie polega na tym, że, dajmy na to, nie ma w konstytucji postanowień dotyczących ochrony własności - bo są i to nawet całkiem sporo - ani nawet na tym, że pozycja konstytucji w systemie źródeł prawa obowiązującego w III RP wcale nie jest taka oczywista, jakby mogło się z pozoru wydawać. Wprawdzie Trybunał Konstytucyjny z namaszczeniem orzekł, że konstytucja ma pierwszeństwo przez prawami Unii Europejskiej, ale cóż z tego, skoro Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu, którego orzeczenia w myśl traktatu lizbońskiego mają dla państw członkowskich UE charakter źródeł prawa, 15 lipca 1964 roku w sprawie Flaminio Costa vs E.N.E.L. sformułował zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego, według której „żaden późniejszy akt jednostronny nie może mieć mocy wyższej od uregulowań wspólnotowych” - bez względu na rangę tego „aktu”, a więc również wtedy, gdy jest to konstytucja. Pewnie właśnie dlatego pani Małgorzata Jungnikiel, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie, podczas sympozjonu na Uniwersytecie Warszawskim poświęconym m.in. prawno-ustrojowym aspektom ewentualnego wejścia Polski do unii walutowej oświadczyła, że sądy w Polsce będą stosowały prawo UE nawet w sytuacji jego sprzeczności z konstytucją. Ale przecież nawet w sytuacji, gdy konstytucja jest aktem pozbawionym znaczenia prawnego, można spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy chroni ona własność, czy nie. Trudność polega przede wszystkim na chaosie semantycznym, który sama konstytucja wprowadza, a w następstwie którego udzielenie jasnej odpowiedzi nawet na tak proste pytanie, może okazać się trudniejsze, niż myślimy.
Konstytucja III Rzeczypospolitej była tworzona przez tak zwaną „bandę czworga”, w skład której wchodziły ugrupowania zdecydowanie lewicowe, jak Unia Pracy, dowodzona przez „prawdziwego socjalistę” Ryszarda Bugaja, farbowane na czerwono lisy z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, skupiającego dawnych PRL-owskich nomenklaturowców, Polskie Stronnictwo Ludowe, którego działacze serca mają, jak się należy, po lewej stronie, no i Unia Wolności - wówczas dowodzona przez Leszka Balcerowicza, wprawdzie uchodzącego za „liberała”, ale otoczonego przez socjaldemokratów w rodzaju Jacka Kuronia i Bronisława Geremka. Taki skład redakcji sprawił, że konstytucja z 1997 roku przypomina wielbłąda, który jak wiadomo, jest koniem zaprojektowanym przez komisję. Znakomicie ilustruje to art. 2 konstytucji głoszący, iż „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” Zawarcie aż tylu sprzeczności w jednym zdaniu to duża sztuka, ale czegóż to się nie robi dla Polski? Według tego artykułu Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym, to znaczy takim, w którym kwestie sporne rozstrzyga się przez przyznanie racji arytmetycznej większości oraz takim, w którym rekrutacja aparatu władzy następuje w wyniku powszechnego głosowania. Państwo w którym kwestie sporne rozstrzygane są przez każdorazowe przyznawanie racji arytmetycznej większości, nie może być „państwem prawnym” - bo w państwie prawnym respektowane są zasady prawa wywodzące się z prawa naturalnego - bez względu na to, co na ten temat mniema arytmetyczna większość. A tu jeszcze dochodzi nieszczęsna „sprawiedliwość społeczna”, której „zasady” Rzeczpospolita Polska ma „urzeczywistniać”. Opatrzenie rzeczownika „sprawiedliwość” przymiotnikiem „społeczna” oznacza, że mamy do czynienia z jakimś szczególnym rodzajem sprawiedliwości, różniącym się istotnie od sprawiedliwości zwyczajnej. Sprawiedliwość zwyczajną zdefiniował przed blisko dwoma tysiącami lat rzymski prawnik Ulpian Domicjusz. Twierdził on, że „iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi” - co się wykłada, że sprawiedliwość jest to niezłomna i stała wola oddawania każdemu, co mu się należy, co dodatkowo potwierdził w trzech, jako że „omne trinum perfectum”, czyli wszystko co potrójne, jest doskonałe - „zasadach prawa”: honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać). Gdyby zatem sprawiedliwość społeczna była sposobem postępowania zalecanym przez Ulpiana Domicjusza, byłaby po prostu zwyczajną sprawiedliwością i nie byłoby konieczności opatrywania jej zagadkowym przymiotnikiem „społeczna”. Tak jednak nie jest, więc sprawiedliwość społeczna musi różnić się czymś istotnym od sprawiedliwości zwyczajnej - na przykład, żeby nikomu niczego nie oddawać, a jeśli już koniecznie trzeba - to oddawać nie to, co „należne”, ale, dajmy na to, tylko to, co nam zbywa. Krótko mówiąc, przymiotnik „społeczna” sprawia, iż mamy do czynienia z jakimś rodzajem niesprawiedliwości, a skoro tak, to utrzymywanie, jakoby III Rzeczpospolita była „państwem prawnym” jest absolutnie nieuprawnione.
Artykuł 2 konstytucji jest rodzajem grzechu pierworodnego, którego skutki rozciągają się na kolejne jej postanowienia - również, a może nawet przede wszystkim, dotyczące kwestii własnościowych. Art. 20 konstytucji stwierdza, że podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej stanowi „społeczna gospodarka rynkowa”, która jest oparta na „wolności działalności gospodarczej”, na „własności prywatnej”, ale również - na „solidarności”, a także - na „dialogu i współpracy partnerów społecznych”. Jak bowiem może wyglądać „wolność działalności gospodarczej”, która teoretycznie powinna przysługiwać podmiotowi działającemu, na przykład - prywatnemu właścicielowi, skoro jest on zmuszony do prowadzenia „dialogu” z tajemniczymi „partnerami społecznymi”, którzy mogą domagać się od niego „solidarności”? Jeśli „partnerzy społeczni” są na podstawie art. 20 konstytucji uprawnieni do wiecowania nad decyzjami podmiotu rzekomo korzystającego z „wolności gospodarczej”, albo nad decyzjami właściciela odnoszącymi się do przedmiotu własności, to zarówno wolność, jak i własność są iluzoryczne, zaś solenne gwarancje stanowić mogą tylko rodzaj dekoracji, za osłoną której kontynuowany jest stary, poczciwy komunizm. Zwróćmy bowiem uwagę na treść prawa własności. Klasyczna definicja własności głosi, że jest to „plena in re potestas”, czyli pełne władztwo nad rzeczą, które przysługuje właścicielowi z wyłączeniem innych osób - czyli również tajemniczych „partnerów społecznych”. Jeśli to władztwo nie jest pełne - a w sytuacji, gdy właściciel zmuszony jest do „dialogu”, to znaczy - do uzgadniania swoich decyzji odnoszących się do przedmiotu własności - z „partnerami społecznymi”, to o żadnym „pełnym” władztwie nie może być mowy, trudno w ogóle mówić o istnieniu własności prywatnej. Najwyraźniej pod nazwą „własności prywatnej” konstytucja ukrywa jakieś innego rodzaju uprawnienie. Warto zwrócić uwagę, iż art. 20 nie stawia żadnych granic ani „solidarności” - cokolwiek by to miało znaczyć - ani „dialogowi”, ani wreszcie - „współpracy” z „partnerami społecznymi”. Skoro tak, to nie można wykluczyć sytuacji, w których „partnerzy społeczni” właściciela wciągniętego w „dialog” zwyczajnie przegadają, to znaczy - zmuszą do postępowania wbrew własnej woli. Pośrednio wskazuje na taka możliwość art. 21 konstytucji. W ustępie 1 stwierdza on, że Rzeczpospolita Polska „chroni” własność i prawo dziedziczenia. Zwróćmy uwagę, że konstytucja nie używa określenia „gwarantuje”, a tylko, że „chroni”. Gwarancja jest sformułowaniem znacznie silniejszym od „ochrony”, bo gwarancja implikuje skuteczność, natomiast nie ma żadnej pewności, czy deklarowana w konstytucji „ochrona” własności i prawa dziedziczenia okaże się skuteczna tym bardziej, że granice tej ochrony nie są wcale sprecyzowane. Przeciwnie - ustęp 2 art. 21 konstytucji dopuszcza wywłaszczenie, to znaczy - pozbawienie właściciela własności przez władzę publiczną - stawiając jedynie nieostry warunek by wywłaszczenie zostało dokonane „na cele publiczne” i za „słusznym” odszkodowaniem”. Nawet nie wiadomo, kto może, albo będzie mógł dokonać wywłaszczenia i czy np. wywłaszczenie dokonane na rzecz spółki budującej płatną autostradę jest wywłaszczeniem na cele publiczne, czy już nie. Wreszcie warto podnieść, że wyposażenie władzy wykonawczej w prawo decydowania o wywłaszczeniu stanowi jaskrawe naruszenia zasady nemo iudex in causa sua, to znaczy - że nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie. Dlatego w moim autorskim projekcie konstytucji zapisałem w art. 5 ust. 4, że pozbawienie albo ograniczenie własności może nastąpić wyłącznie na podstawie lub w wykonaniu orzeczenia sądu, w związku z popełnieniem przez właściciela czynu zabronionego pod groźbą kary przez ustawę lub niewykonaniem zobowiązania umownego, albo wynikającego z ustawy. Przy takiej regulacji „wywłaszczenie” w rozumieniu art. 21 konstytucji RP byłoby w ogóle niedopuszczalne. Władza publiczna musiałaby z właścicielem negocjować i ewentualnie przejąć jego własność na podstawie umowy, która gwarantowałaby, iż odszkodowanie będzie „słuszne”. Utrzymanie przez konstytucję „wywłaszczenia” dokonywanego w trybie administracyjnym oznacza przyzwolenie na rabunek własności, z lekka tylko maskowany pozorami legalności.
Dlatego art. 21 konstytucji RP wyraźnie koliduje z art. 64 ust. 1, który stanowi, że „każdy” ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia. Jeśli autorom konstytucji chodziło o to, że „każdy” ma prawo do nabywania własności, to regulacje niższego rzędu pozostają z tym stwierdzeniem w sprzeczności, bo na przykład cudzoziemcy w zakresie nabywania własności nieruchomości są poddani ograniczeniom. Jeśli ustawodawca chciałby te ograniczenia utrzymać, to powinien w konstytucji zapisać, że nie „każdy”, a tylko „obywatele polscy”. Podobnie regulacje niższego rzędu pozostają w sprzeczności z postanowieniami ust. 2 artykułu 64. Głosi on, że własność i inne prawa majątkowe podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej. Z uwagi na istnienie możliwości wywłaszczenia trzeba by dodać, że owszem - własność podlega równej dla wszystkich ochronie - chyba, że prywatny charakter własności koliduje z interesem publicznym - cokolwiek byśmy pod tym określeniem rozumieli - bo wtedy ochronie nie podlega.
Wreszcie ust. 3 artykułu 64 konstytucji, który stanowi, że własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności. Warto zwrócić uwagę, że konstytucja nie ogranicza swobody wydawania ustaw ograniczających własność. Sejm może ograniczać własność pod dowolnym pretekstem, na przykład - sprawiedliwości społecznej, czy poszukiwania dochodów budżetowych. W rezultacie ograniczenie własności polegające na powiększeniu rozmiarów konfiskaty dochodu poprzez zwiększenie progresji podatkowej, mimo istnienia tego przepisu uchodzi za całkowicie legalne, chociaż jak najbardziej „narusza istotę prawa własności”. Przypomnę, że istotną cechą prawa własności jest „pełne władztwo nad rzeczą”, które przysługuje właścicielowi z wyłączeniem innych osób. Zatem prawo własności obejmuje uprawnienie właściciela do używania rzeczy oraz jej nadużywania, a więc na przykład - zniszczenia. Tymczasem pod pretekstem ochrony naturalnego środowiska właściciel musi ubiegać się o zgodę organu władzy publicznej na przykład na ścięcie na własnej posesji drzewa, które nawet sam zasadził. Odstąpienie od tej procedury grozi właścicielowi surowymi karami, chociaż art. 8 konstytucji stanowi, że jej przepisy stosuje się bezpośrednio, chyba, że ona sama stanowi inaczej. Niechby jednak właściciel drzewa spróbował powoływać się na art. 64 ust. 3 - że wymaganie zgody urzędu na ścięcie drzewa narusza istotę prawa własności - to gmina pokazałaby mu „ruski miesiąc”, a niezawisłe sądy prześcigałyby się w karaniu zuchwalca.
Data dodania: 2016-04-18 13:30:00

References: art. 2
 Art. 20
 art. 20
 art. 20
 art. 21
 art. 21
 art. 5
 art. 21
 art. 21
 art. 64
 art. 8
 art. 64