Source: http://leszek-miller.blog.onet.pl/2008/12/
Timestamp: 2017-05-27 23:03:48+00:00

Document:
Grudzień, 2008 | Blog Leszka Millera
Miesięczne archiwum: Grudzień 2008	Obama o religii
Opublikowano 28 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	Skończyły się święta Bożego Narodzenia 2008 roku. Pragnienia ich ewangelizacji – z jednej strony i sekularyzacji – z drugiej, stały się okazją do starcia różnych światopoglądów wykraczających daleko poza symbolikę ujmującej skądinąd opowieści o gwieździe betlejemskiej.
W tegorocznych wystąpieniach biskupów królowała krytyka metody in vitro. Kościół dowodzi, że będzie zwalczał metodę walki o życie mimo, że werbalnie życie jest dla niego najwyższą wartością. Psychoza hierarchów wynika z obawy przed utrwaleniem się poglądu, że to człowiek stwarza człowieka, a nie Bóg. W przekonaniu kościoła in vitro jest niedopuszczalną ingerencją w boski plan tworzenia, tak jak wcześniej słowa Giordano Bruno: „Dziewica nie mogła porodzić”, były bezczelnym kłamstwem, a nie banalnym stwierdzeniem powszechnie znanej rzeczywistości. Spalony na stosie Bruno w przeciwieństwie do Galileusza do dziś nie został zrehabilitowany, co tylko potwierdza jak silne w kościele pozostają dogmaty dotyczące prokreacji. Równie silnie kościół jest zdeterminowany w oddziaływaniu na politykę. Nie jest to tylko polska specyfika, a skłonność powszechna. Widać to było także podczas tegorocznej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych. Barack Obama, który deklarował się, jako praktykujący chrześcijanin, kilkakrotnie odnosił się do religii w sposób niesztampowy i interesujący. Poniżej przytaczam jedną z jego wypowiedzi: Niezależnie czego pragniemy nie jesteśmy już narodem chrześcijańskim, a przynajmniej nie tylko. A nawet gdybyśmy mieli wśród nas tylko chrześcijan gdybyśmy wygnali wszystkich nie-chrześcijan ze Stanów Zjednoczonych Ameryki, które fragmenty Pisma Świętego miałyby stać się doktryną państwową? Czy mamy iść za Księgą Kapłańską, która mówi, że niewolnictwo jest OK.? A jedzenie skorupiaków jest ohydą? Czy też za Księgą Powtórzonego Prawa, która nakazuje ukamienowanie twojego dziecka, jeśli odejdzie od wiary? Czy też mamy się trzymać Kazania na górze, które jest tak radykalne, że nasze Ministerstwo Obrony nie przetrwałoby jego stosowania?
Demokracja wymaga, aby ludzie religijni budowali swoje postulaty o wartości uniwersalne, a nie konkretnej religii. A rozumiem przez to, że ich propozycje muszą być przedmiotem dyskusji i walki na argumenty. Mogę być niechętny aborcji z powodów religijnych, ale jeśli chcę jej zakazać nie mogę wyłącznie odwoływać się do nauk kościoła. Muszę wykazać, że narusza ona wartości ludzi o różnych poglądach, w tym niewierzących. W pluralistycznym społeczeństwie nie mamy wyboru. Polityka zależy od naszych zdolności przekonania się wzajemnie do wspólnych celów opartych o wspólną rzeczywistość. Wymaga to kompromisu, sztuki robienia tego, co możliwe, a na pewnym podstawowym poziomie religia nie pozwala na kompromis. Jest sztuką tego, co niemożliwe. Jeśli Bóg przemówił, to wierni mają wypełniać jego nakazy i to niezależnie od konsekwencji. Oparcie własnego życia na takich bezkompromisowych zobowiązaniach może być wspaniałe, ale opieranie naszej polityki na komendach Boga byłoby niebezpieczne.
Jeśli wątpicie w to pozwólcie mi dać przykład. Wszyscy znamy historię Abrahama i Izaaka. Bóg rozkazał Abrahamowi żeby złożył w ofierze jego jedynego syna. Bez sprzeciwu zabiera Izaaka na szczyt góry, przywiązuje do ołtarza, podnosi nóż, jest gotów do ciosu. Tak jak rozkazał Bóg. Wiemy, że wszystko skończyło się dobrze. Bóg zesłał Anioła, bo go zatrzymać w ostatniej minucie. Abraham zdał test lojalności.
Gdyby jednak ktokolwiek z nas zobaczył Abrahama ze wzniesionym nożem nad małym chłopcem, bez wahania wezwałby policję. Spodziewalibyśmy się też, że państwo pozbawi Abrahama praw rodzicielskich. Zrobilibyśmy tak, bo nie słyszymy tego, co słyszy Abraham i nie widzimy tego, co on widzi. Jakkolwiek prawdziwe jest jego widzenie. Najlepsze więc, co możemy zrobić to działać zgodnie z tym, co wszyscy widzimy. Zgodnie ze wspólnym prawem i zdrowym rozsądkiem. Mamy więc pracę do wykonania. Możemy zbudować most i przezwyciężyć uprzedzenia, które każdy z nas wnosi. Wierzę, że miliony wierzących Amerykanów pragnie, by tak się stało. Niezależnie od tego jak ludzie są lub nie są religijni nie chcą by religia była wykorzystywana, jako narzędzie ataku. Nie chcą by religia służyła do deprecjonowania lub dzielenia ludzi, bo ostatecznie nie o to chodzi w naszej wierze.
Opublikowano 23 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	W polityce warto być zabawnym, ale nie warto być śmiesznym. Joanna Senyszyn rzadko jest zabawna, ale za to zawsze jest śmieszna. Potrafi na przykład napisać, że w czasie, kiedy byłem premierem złośliwie i na własną rękę odbierałem pieniądze i uprawnienia. Ciąłem wydatki na studentów, bary mleczne, samotne matki i kobiety w ciąży. Figiel pani poseł bierze się stąd, że czyniła tak samo. Ochotnie podnosiła rękę w Sejmie wraz z całym klubem SLD, aby ratować zdewastowany przez prawicę budżet państwa. Znana z niebanalnego głosu milczała jak zaklęta, a przecież jakiś mały proteścik byłby dziś na wagę złota – może zresztą innego kruszcu, bo złota jej nie brakuje.
To jest największy kłopot pani Senyszyn i jej komilitonów. Dobrze było mieć władzę i z niej do woli korzystać, a dziś zapadać na głęboką amnezję. Społeczna pamięć jest jednak nie do zniszczenia. Każdy atak pani profesor na ówczesną politykę jest przykrym napadem na najbliższych jej towarzyszy, którzy dzielnie i słusznie tą politykę tworzyli. To, że dziś udają, że ich przy tym nie było nie ma żadnego wiarygodnego znaczenia. Seneszynowata grupa w SLD zamiast przekonywać, że ówczesne trudne i odpowiedzialne decyzje uchroniły Polskę od krachu i przyniosły korzyści ludziom i gospodarce powtarza prawicowe brednie. Komunikat: „nic dobrego nie zrobiliśmy, ale się poprawimy” nie trafia jednak do wyborców. Potencjalny elektorat go ignoruje, bo po co popierać formację nieudaczników? Po co wybierać ludzi, którzy uważają, że nie mają żadnych sukcesów? Komu potrzebna jest partia, która nie potrafi wyrwać się z atmosfery klęski i zamroczenia? Po co stawiać na ludzi, którzy mówią językiem swoich przeciwników i przy byle okazji wymachują białą flagą? Wymownym przykładem jest sytuacja na Pomorzu. Rządy Senyszyn i jej popleczników w tym województwie spowodowały, że SLD nie ma tam ani jednego radnego. Tak totalnej klęski w samorządach lewica nie poniosła nigdy wcześniej. I za to czuję się w obowiązku przeprosić sympatyków lewicy. Ubolewam, że w 2001 roku wbrew przestrogom wielu mądrych ludzi z pomorskiej organizacji SLD, zgodziłem się na start Joanny Senyszyn do parlamentu.
W świątecznej „Polityce”, w rozmowie z Jackiem Żakowskim, Adam Michnik wymienia ważne w dziejach Polski wydarzenia, które miały miejsce po „Okrągłym Stole”. Zalicza do nich wstąpienie Polski do Unii Europejskiej. - Referendum wygraliśmy rzutem na taśmę – mówi Michnik do Żakowskiego – bo Kościół w istotnej części był przeciw. I to pomimo poparcia papieża dla „tak” w referendum. „Zdecydowała postawa dwóch osób, których stanowisko wcześniej nie było oczywiste. Papież zneutralizował eurosceptyków w Kościele, a Leszek Miller w postpezetpeerowskim betonie. Bez nich projekt europejski miałby niewielkie szanse”. Pani Senyszyn atakuje mnie, że dla polskiego członkostwa w UE zawarłem pakt z biskupami. A gdyby tak naprawdę było? Przecież Unia Europejska warta była mszy. Gdzie dziś byłaby Polska, gdyby referendum akcesyjne byłoby przegrane? Zamiast podkreślać sukces lewicy, pani poseł wiesza ten fakt na drzewie geneaologicznym moich błędów. Nie bez przyczyny, bowiem posłanka Joanna dalej na tym drzewie siedzi.
Ostatni wybuch irytacji bierze się z sytuacji wewnętrznej w SLD. Senyszyn postawiła na Olejniczaka i teraz cierpi, bo okazuje się, że postąpiła nietrafnie. Rozpaczliwie macha, więc kosturem wierząc, że to czarodziejska różdżka, którą zaczaruje rzeczywistość. A przecież każdy wie, na czym polega ta odmienność. Tak jak każdy widzi różnicę między czarownicą, a czarodziejką.
Opublikowano 21 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	Wojciech Olejniczak już dowiódł, że z równą łatwością może popierać „Lewicę i Demokratów” jak i zwalczać ten projekt. Może też ogłaszać „skręt w lewo” i bratać się z OPZZ, jak też pokazać związkowcom gest Kozakiewicza. Wszystko zależy od koniunktury i spodziewanych osobistych korzyści. Głosowanie przeciw OPZZ mieści się w tym nurcie. Może w nagrodę Olejniczak będzie sprawozdawał z woli PO projekt ustawy o wcześniejszych emeryturach dla nauczycieli, ale nie o interesy grupowe tu chodzi. Przyjaźń ze związkowcami została złożona na arenie walki z Napieralskim o przywództwo w partii.Jest faktem, że przywileje emerytalne dla grup pracujących w szczególnie trudnych warunkach są i były wielkimi zdobyczami państwa socjalnego. Państwo zawierało swoisty kontrakt z młodym wkraczającym w życie zawodowe człowiekiem. My oferujemy Ci pracę, która zszarga twoje nerwy, zatruje płuca, podda ciało chorobom. Ryzykujesz, że być może spędzisz resztę życia z przestrzeloną nogą, pylicą, na wózku, że będziesz wymagał terapii i w żaden sposób nie „dorobisz sobie” na boku i drugim etacie. Twój zawód na to praktycznie nie pozwala. Z drugiej strony otrzymasz prawo do wcześniejszej emerytury, trochę przywilejów, większą pewność zatrudnienia.Państwo zerwało właśnie ten kontrakt. Oszczędzając z jednej strony na emeryturach, stanie wkrótce przed dylematem naboru do szczególnie trudnych zawodów – bo przecież jeśli nie przyciągnie do niego wcześniejszą emeryturą będzie musiało oferować wyższe pensje. Zmieniono więc pozycję budżetową wydatku, przełożono go z kieszeni do kieszeni i zrzucono go na głowę kolejnemu rządowi.Tak zawsze robiła w Polsce prawica – podrzucając rozwiązywanie wyprodukowanych kryzysów kolejnym rządom lewicy. Olejniczak nie zakłada, że lewica może szybko w Polsce rządzić, więc spokojnie głosuje przeciwko tym, których interesów obiecywał bronić.Są tacy, którzy chcieliby żeby określić klub Wojciecha Olejniczaka mianem Socjalzdrajców. Określenie „Socjalzdrajcy” ma jednak swój historyczny kontekst i w żaden sposób nie pasuje do tego socjal kupczenia, który uprawia LiD-o podobny twór. Kupczenia w interesie jednego człowieka i przeciw własnej formacji.
Opublikowano 19 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	Wojciech Olejniczak broni się zawzięcie, bo bez zajmowanego stanowiska nie znaczy nic. Okres jego szefowania w SLD oznacza najmniejszą liczbę posłów w historii tej partii, najgorsze notowania w sondażach, wątłe starty w wyborach samorządowych, angażowanie się w nieudaną kampanię prezydencką i firmowanie katastrofy pod nazwą „Lewica i Demokraci”. Mimo to w klubie poselskim ma jeszcze połowę zwolenników. To najlepiej świadczy o kondycji partii i nękających ją kompleksach.
To oczywiste, że w partii opozycyjnej, która myśli o zdobyciu władzy jej przywódca powinien być jednocześnie szefem frakcji parlamentarnej. Chroni to partię przed wyniszczającą dwuwładzą i nieustającym konfliktem. Olejniczak woli być jednak w klinczu z Napieralskim, licząc na erozję siły i popularności swojego rywala. Grzegorz Napieralski może wygrać walkę o przywództwo będąc w ofensywie. Doszedł do Rubikonu i musi się na coś zdecydować. Albo będzie dreptać nad brzegiem tej niezbyt przecież szerokiej i głębokiej rzeki, albo zdecyduje się ją przekroczyć. Albo przyjmie tezę, że jego partia jest obciążona grzechem pierworodnym i dalej musi podczepiać się pod ludzi „lepiej urodzonych”, albo takie sugestie odrzuci. Albo uzna, że Sojusz dalej ma akceptować obcy język i cudzą ocenę własnej historii, lub powróci do oceny autentycznej. Albo wybije się na niepodległość uznając sukcesy i dorobek własnej formacji, albo będzie posypywał się popiołem. Albo zerwie z praktyką partii koncesjonowanej, albo napisze jej nowy rozdział. Koniec partii koncesjonowanej to jest działającej w granicach wyznaczonych przez polityczny protektorat otwiera drogę SLD do współdziałania z innymi ugrupowaniami lewicowymi. Mam na myśli te partie, które pragną lewicy samodzielnej i niewystraszonej. Które nie szukają usprawiedliwienia i nie przepraszają za swoje istnienie. Nie uważają, że dźwigają na sobie jakiś grzech pierworodny i nie zamierzają go usuwać egzotycznymi koalicjami lub przykrywać maskującymi siatkami. Nie skamlą w złudnej nadziei, że będą przez to bardziej wiarygodne. Nie wypierają się własnych sukcesów, aby według wskazówek warszawskich salonów pisać swoją historię od nowa. Zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego będą pierwszą próbą dla Napieralskiego. Interes całej polskiej lewicy wymaga, aby była to próba udana. Kategorie: Bez kategorii	| 159 Komentarze
A dzieci z Łodzi czekają
Opublikowano 18 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	Od ponad roku toczy się proces cywilny, jaki wytoczyłem Zbigniewowi Ziobrze, za słowa wypowiedziane na jego konferencji prasowej, że „zadeptywałem” miejsce zabójstwa gen. Papały „zamiast umożliwić organom ścigania skuteczne pozyskiwanie dowodów”. Były minister sprawiedliwości oskarżył mnie także, że jestem osobiście odpowiedzialny za „ucieczkę” z Polski Edwarda Mazura. Za te oszczerstwa domagam się przeprosin oraz wpłaty 30 tys. złotych na rzecz Domu Dziecka nr 3 w Łodzi.
Wczoraj zeznawał prokurator Jerzy Mierzewski, który od ponad 10 lat prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa byłego szefa policji. Zeznał, że nikt nie zadeptywał śladów. „Nie mam wiedzy, by ktokolwiek umyślnie lub nieumyślnie zacierał ślady” – powiedział prokurator. „Gdybym miał wiarygodną informację, że pan Miller celowo je zacierał, to niezależnie od funkcji, miałby postawione zarzuty, a takiej możliwości w śledztwie nie rozważano nawet teoretycznie” - dodał. Podkreślił, że był zdumiony słowami Ziobry, który przed konferencją prasową nie pytał go o tę okoliczność. Dopiero później w obliczu czekającego go procesu Ziobro zażądał stosownej notatki ze śledztwa. Zdaniem Mierzewskiego, aby ślady zadeptano, obok samochodu z ciałem Papały „musiałby przejść dziki tłum ludzi”, a taka sytuacja nie miała miejsca. Według Mierzewskiego dowodzący akcją „nie zgłaszali problemów z zabezpieczeniem miejsca zdarzenia”; nie sygnalizowano mu też, „by mogło dojść do niezabezpieczenia śladów z uwagi na osoby postronne”. Zeznania prok. Mierzewskiego ostatecznie pogrążają oskarżenie Ziobry. Dzieci z Łodzi czekają.
Kukliński i NATO
Opublikowano 17 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	- O co chodzi z tym Kuklińskim? Po co pan się z nim spotykał? – usłyszałem wczoraj podczas debaty z Andrzejem Celińskim na temat różnych znaczeń 13 grudnia. Z pułkownikiem Kuklińskim widziałem się po raz pierwszy w 1998 roku kilkadziesiąt kilometrów pod Waszyngtonem. Jako szef opozycyjnego SLD składałem wizytę w USA i dość niespodziewanie otrzymałem taką propozycję. Skorzystałem z niej i przez prawie trzy godziny rozmawiałem z człowiekiem, który w Polsce wzbudza skrajne emocje. Więcej piszę o tym w swojej książce, która ukaże się przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, dziś tylko kilka myśli na ten temat. W dniu 21 grudnia 1995 roku Andrzej Milczanowski z trybuny sejmowej oskarżył premiera Oleksego o szpiegostwo na rzecz ZSRR, a później Rosji. Był to efekt nielegalnej operacji UOP-u, która miała pomóc w reelekcji Lecha Wałęsy. Po wygranych w 1993 roku przez SLD wyborach parlamentarnych lewica była na fali i jej kandydat miał spore szanse w wyborach prezydenckich. UOP szukał haków i Rosjanie, którzy intensywnie starali się powstrzymać Amerykanów od rozszerzenia NATO doskonale o tym wiedzieli. Nie mogli przegapić okazji, która sama pchała się im w ręce. Podjęli grę i rzucili przynętę, która została ochoczo połknięta. W przeciwieństwie do UOP nie interesowały ich wybory prezydenckie, a spowodowanie możliwie wielkiego blamażu Polski w ważnym okresie starań o członkostwo w NATO. Zdawali sobie sprawę, że jeśli służby specjalne oskarżą własnego premiera o szpiegostwo efekt będzie piorunujący. Nie pomylili się. Polska polityka weszła w fazę ciężkiego kryzysu, ale co najgorsze reputacja Rzeczpospolitej, jako przyszłego wiarygodnego członka NATO została poważnie nadwyrężona. Natychmiast rozległy się głosy, że Polska będzie rosyjskim koniem trojańskim we wspólnocie Północnoatlantyckiej. To robiło wrażenie i administracja Billa Clintona musiała mieć pewność, z kim i czym ma do czynienia. W lutym 1996 roku Richard Holbrooke – wpływowy zastępca amerykańskiego sekretarza stanu przyleciał do Warszawy na czele niewielkiej grupy analityków i ekspertów. Amerykanie chcieli zweryfikować swoje oceny na temat zdolności Polski do udziału w NATO i dwustronnych zobowiązań sojuszniczych. Wyjeżdżali uspokojeni, ale sprawa płk. Kuklińskiego nabrała nowego wymiaru i stawała się coraz bardziej paląca. Wpływowe koła w Waszyngtonie niechętne rozszerzeniu NATO wykorzystywały oskarżenie ciążące na Kuklińskim do blokowania wejścia Polski do Paktu. Procedury wlokły się w nieskończoność, a w dodatku uaktywniła się amerykańska Polonia, która słała listy do Białego Domu z żądaniem pełnej rehabilitacji pułkownika. Wprawdzie w maju 1995 roku za rządu Józefa Oleksego Ryszardowi Kuklińskiemu uchylono wyrok śmierci i przywrócono stopień wojskowy, ale dalej ciążyły nad nim poważne zarzuty. Po długiej procedurze, w lipcu 1997 roku, w okresie rządu Włodzimierza Cimoszewicza prokuratura wojskowa umorzyła śledztwo z argumentacją, że pułkownik działał w stanie wyższej konieczności.
Interes państwa wymagał, aby sprawę Kuklińskiego zdjąć z porządku dziennego. I tak się stało. Strategiczne bezpieczeństwo Polski było ważniejsze niż wątpliwości i moralne oceny.
W tym samym czasie, kiedy prokuratura wojskowa kończyła śledztwo, w lipcu 1997 roku Polska została zaproszona do przystąpienia do NATO, a 12 marca 1999 roku stała się członkiem euroatlantyckiej wspólnoty.
200 tysięcy ocalonych
Opublikowano 14 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	Radziecka interwencja kosztowałaby życie 200 tysięcy Polaków – oceniła CIA w odtajnionych materiałach. Wiadomość z Langley oznacza, że generał Jaruzelski wprowadzając stan wojenny ocalił 200 tysięcy ludzi, ale zaślepieni hunwejbini z IPN oraz prawicowi politycy i żurnaliści uważają inaczej. Wydaje im się, że w 1981roku mógł powstać rząd Mazowieckiego, zmieniłby się ustrój, a Polska weszłaby do NATO. Raporty płk. Kuklińskiego nie pozostawiają wątpliwości. Związek Radziecki miał wystarczające siły i wolę, aby Polskę spacyfikować. „Solidarność” zostałaby stratowana, a nowe cmentarze krwawiłyby przez lata wyklinając przywódców za grzech zaniechania. Prezydent Kennedy mawiał, że „Nieprzyjemne prawdy są zawsze lepsze od przyjemnych złudzeń”. W Polsce nadal króluje potęga złudzenia. Niektórzy znawcy pod wpływem urojeń oceniają, że w 1980 roku Rosjanie mogli najechać Polskę, ale rok później już nie. Co za absurd! Nie zaatakowali, bo ocenili, że polskie władze są w stanie rozwiązać konflikt własnymi rękami. Tak samo sądzili Amerykanie nie ujawniając materiałów o przygotowaniach do stanu wojennego przesłanych przez Kuklińskiego. Dla USA rozwiązanie siłowe wykonane przez polskie wojsko było o niebo lepsze niż najazd Układu Warszawskiego stawiający Stany Zjednoczone na krawędzi wojny światowej. Dla Polski, ZSRR i Ameryki stan wojenny był najlepszym wyborem ze wszystkich złych.
Niestety nie obyło się bez ofiar. Podczas wprowadzania stanu wojennego zginęło 14 osób. Wiele lat wcześniej zamach majowy Józefa Piłsudskiego pociągnął za sobą utratę życia przez 379 żołnierzy i cywilów. Radziecka interwencja miała pochłonąć życie 200 tysięcy Polaków. Każda śmierć jest jednakowo tragiczna, ale wymowa tych liczb jest jednoznaczna. Gen. Jaruzelski uchronił Polskę od niewyobrażalnego nieszczęścia. PS. W najbliższy wtorek, 16 grudnia o godz. 16.30, w siedzibie SLD na ulicy Rozbrat będę dyskutował z Andrzejem Celińskim o dwóch twarzach 13 grudnia. Zapraszam wszystkich zaciekawionych.
Kłamstwo urzędowe
Opublikowano 11 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	W dniu dzisiejszym zwróciłem się do marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego o podjęcie działań zmierzających do unieważnienia uchwały Sejmu z 24 września 2004 roku z uwagi na jej nielegalność oraz objęcie jej treścią nieprawdziwych zarzutów. Uchwała ta opublikowana w Monitorze Polskim w październiku 2004 roku podnosi kłamstwo Zbigniewa Ziobry do rangi dokumentu państwowego. Powoduje, że wśród uchwał Sejmu znajduje się dokument, który powstał w wyniku jaskrawego naruszenia regulaminu i którego treści zostały zdyskwalifikowane postanowieniem Prokuratury Krajowej. Wierzę, że marszałek Komorowski podziela pogląd, że taki stan rzeczy z uwagi na powagę Sejmu i jego wiarygodność w oczach obywateli nie może być podtrzymywany. Wyrażam nadzieję, że podejmie kroki usuwające urzędowe kłamstwo z dorobku legislacyjnego Sejmu. Uzasadnienie
W Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski”, w numerze 041 z 7 października 2004 roku pod pozycją 711 opublikowano uchwałę Sejmu w następującym brzmieniu: Uchwała Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 24 września 2004 roku w sprawie sprawozdania Komisji Śledczej do zbadania ujawnionych w mediach zarzutów dotyczących przypadków korupcji podczas prac nad nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji.
Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uznaje, że procedura rozpatrzenia
sprawozdania Komisji Śledczej do zbadania ujawnionych w mediach zarzutów dotyczących przypadków korupcji podczas prac nad nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji przeprowadzona w dniu 28 maja 2004 r. została zakończona, a stanowisko odrębne posła Zbigniewa Ziobro, stanowiące załącznik do uchwały, stało się stanowiskiem Sejmu.
W świetle regulaminu Sejmu wyżej wymieniona uchwała jest nielegalna. I tak:
Procedura stanowienia ustaw i uchwał sejmowych określona jest w regulaminie Sejmu w dziale II, rozdziale 1. Komisja Śledcza na którą powołuje się uchwała Sejmu działała pod rządami Ustawy o sejmowej komisji śledczej z dnia 21 stycznia 1999 roku. (Dz. U. z dnia 22 kwietnia 1999 r.) Ustawa nie przewidywała możliwości stanowienia uchwały sejmowej z pracy komisji śledczej ograniczając się jedynie do stwierdzenia, że „Komisja przekazuje Marszałkowi Sejmu sprawozdanie ze swojej działalności”, zaś marszałek „zarządza drukowanie i doręczenie posłom sprawozdania”. W artykule 1 ust. 3 znajduje się regulacja, że do komisji śledczej „stosuje się przepisy regulaminu Sejmu, chyba że przepisy niniejszej ustawy stanowią inaczej”. W ustawie nie znajdują się żadne przepisy dotyczące stanowienia uchwał nie ma zatem wątpliwości, że nie kwestionuje ona w żadnej mierze obowiązującego regulaminu Sejmu. Nielegalność uchwały z 24 września 2004 roku wynika z faktu, że żaden z koniecznych przepisów regulaminu Sejmu nie został w jej przypadku zastosowany. I tak:
- Wbrew artykułowi 33 regulaminu projekt uchwały nie został wniesiony przez Prezydium Sejmu, komisję sejmową, czy co najmniej 15 posłów, którzy podpisali ten projekt. - Wbrew artykułowi 34 regulaminu projekt uchwały nie został złożony w formie pisemnej na ręce Marszałka Sejmu; nie ustanowiono też wnioskodawcy, który powinien wskazać swego przedstawiciela upoważnionego do reprezentowania go w pracach nad tym projektem.
- Wbrew artykułowi 35 regulaminu marszałek Sejmu nie zarządził drukowania projektu uchwały ani doręczenia go posłom. Marszałek Sejmu nie przesłał projektu uchwały Prezydentowi, Marszałkowi Senatu i Prezesowi Rady Ministrów.
- Wbrew artykułowi 36 rozpatrzenie projektu uchwały nie zostało przeprowadzone w dwóch czytaniach. Sejm nie skorzystał też z artykułu 51, który upoważnia Izbę do skrócenia postępowania w szczególnie uzasadnionych wypadkach. - Wbrew artykułowi 37 regulaminu pierwsze czytanie projektu uchwały nie odbyło się ani na posiedzeniu Sejmu, ani na posiedzeniu komisji. - Wbrew artykułowi 39 regulaminu pierwsze czytanie projektu uchwały nie objęło uzasadnienia projektu przez wnioskodawcę, debaty w sprawie ogólnych zasad projektu oraz pytań posłów i odpowiedzi wnioskodawcy. Nie miało tez miejsca skierowanie projektu do komisji lub odrzucenie go w całości.
- wbrew artykułowi 40 regulaminu projekt uchwały nie został skierowany do właściwej komisji. - wbrew artykułowi 42 regulaminu nie miało miejsce rozpatrzenie projektu na posiedzeniu komisji, ani też obligatoryjne uczestnictwo w nim upoważnionego przedstawiciela wnioskodawcy. Nie przedstawiono też opinii innych komisji i posłów oraz zdania zaproszonych ekspertów. - Wbrew artykułowi 43 regulaminu komisja nie przedstawiła Sejmowi sprawozdania z prac nad projektem uchwały.
Uchwała Sejmu obejmuje nieprawdziwe zarzuty. I tak:
Uchwała z 24 września 2004 roku stanowi, że „stanowisko odrębne posła Zbigniewa Ziobro, stanowiące załącznik do uchwały, stało się stanowiskiem Sejmu”. Zbigniew Ziobro w swoim stanowisku wymienił siedem zarzutów naruszenia prawa adresowanych bezpośrednio do Leszka Millera wyrażając osąd, że wyczerpują one zarówno znamiona przestępstwa z art. 231 § 1 k.k. (..), jak też, zgodnie z art. 156 Konstytucji, skutkują odpowiedzialnością przed Trybunałem Stanu. W treści stanowiska Zbigniewa Ziobry znalazły się następujące zarzuty:
- Leszek Miller pełniący funkcję prezesa Rady Ministrów RP, w okresie od grudnia 2001 r. do lutego 2002 r. inspirował działania naruszające art. 7 oraz art. 146 pkt 1 Konstytucji RP, art. 34 ust. 1 ustawy z 4 września 1997 r. o działach administracji rządowej (Dz.U. z 1999 r. Nr 82, poz. 928 z późn. zm.) oraz art. art. 7 ustawy z 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów (Dz.U. z 1999 r. nr 82 poz. 929 z późn. zm.) w ten sposób, że wyrażał zgodę na działania, w wyniku, których osoby do tego nieuprawnione tj. Robert Kwiatkowski, Włodzimierz Czarzasty oraz Aleksandra Jakubowska inicjowały i opracowywały politykę Rady Ministrów. - Leszek Miller pełniący funkcję prezesa Rady Ministrów, w okresie pomiędzy 1 grudnia 2001 r. a 7 stycznia 2002 r. naruszył art. 7 oraz art. 149 ust. 1 Konstytucji RP w związku z art. 37 ustawy z 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów (Dz.U. z 1999 r. nr 82 poz 929 z późn. zm.) oraz art. 5 pkt 1 ustawy o RM w ten sposób, że ustnie polecił szefowi kancelarii Rady Ministrów, Markowi Wagnerowi, upoważnić sekretarza stanu w ministerstwie kultury Aleksandrę Jakubowską do prowadzenia uzgodnień międzyresortowych projektu nowelizacji ustawy o RTV, a ponadto w taki sam sposób osobiście upoważnił A. Jakubowską, podczas gdy jedynym uprawnionym do wydawania takich upoważnień był minister kultury.
- Leszek Miller pełniący funkcję prezesa Rady Ministrów, w dniu 26 czerwca 2002 r. naruszył art. 7 oraz art. 149 ust. 1 Konstytucji RP w związku z art. 37 ustawy z 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów (Dz.U. z 1999 r. nr 82 poz. 929 z późn. zm.) w ten sposób, że polecił Aleksandrze Jakubowskiej prowadzić prace nad autopoprawką, podczas gdy należało to do wyłącznej kompetencji ministra kultury, w tamtym czasie A. Celińskiego.
- Leszek Miller pełniący funkcję prezesa Rady Ministrów, na przełomie października i listopada 2001 r. naruszył art. 7 Konstytucji RP oraz art. 17 ustawy o RM, w ten sposób, że ustne upoważnił szefa KPRM M. Wagnera do ustalania porządku obrad Rady Ministrów, podczas gdy upoważnienie to było zastrzeżone do wyłącznej, niezbywalnej kompetencji prezesa Rady Ministrów.
- Leszek Miller pełniący funkcje prezesa Rady Ministrów, w dniu 19 marca 2002 r. naruszył art. 7 oraz art. 118 Konstytucji RP, art. 1 ustawy o RM, § 2 Regulaminu prac RM, w ten sposób, że polecił sekretarzowi Rady Ministrów Aleksandrowi Proksie, za pośrednictwem szefa kancelarii Rady Ministrów Marka Wagnera umieścić w porządku obrad Rady Ministrów projekt, z którym członkowie Rady Ministrów nie mieli możliwości się zapoznać i zgłaszać do niego uwag, albowiem warunkiem podjęcia kolegialnej decyzji przez Radę Ministrów jest wcześniejsze zapoznanie się z treścią procedowanego dokumentu, co nie miało miejsca.
- Leszek Miller pełniący funkcje prezesa Rady Ministrów, w dniu 27 marca 2002 r. naruszył art. 7 oraz art. 118 Konstytucji RP oraz art. 1 ustawy o RM, w ten sposób, że przesłał do Sejmu projekt ustawy o RTV, który nie był inicjatywą ustawodawczą rządu, gdyż w dniu 19 marca 2002 r. stworzył on warunki braku kolegialnego rozpatrzenia i zdecydowania o kształcie projektu przez Radę Ministrów, w wyniku czego projekt był prywatną koncepcją nieformalnej grupy osób pracującej nad projektem.
- Leszek Miller, pełniący funkcje prezesa Rady Ministrów, w okresie pomiędzy 4 a 6 marca 2003 r. naruszył art. 7 Konstytucji RP oraz art. 9 ustawy o RM, przez to, że ustnie upoważnił podsekretarza sekretarza w ministerstwie kultury R. Skąpskiego do reprezentowania stanowiska Rady Ministrów w Sejmie w sprawie projektu nowelizacji ustawy o RTV, podczas gdy na podstawie uchwały Rady Ministrów z 19 marca 2002 r. prawo do reprezentowania stanowiska rządu należało do wyłącznej kompetencji ministra kultury.
Na podstawie przyjętego przez Sejm stanowiska, Zbigniew Ziobro skierował do prokuratury doniesienie o popełnieniu przez Leszka Millera wyżej wymienionych przestępstw. Po przeprowadzeniu dochodzenia zarzuty te zostały uznane za bezpodstawne i decyzją Prokuratury Krajowej z dnia 22 stycznia 2008 roku objęte prawomocnym postanowieniem o umorzeniu śledztwa wobec stwierdzenia, że „czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego na podstawie art. 17 par. 1 pkt 2 kpk”.
W dorobku uchwałodawczym Sejmu znajduje się dokument, który powstał w wyniku jaskrawego naruszenia regulaminu i którego treści zostały zdyskwalifikowane postanowieniem Prokuratury Krajowej. Z uwagi na powagę Sejmu i jego wiarygodność w oczach obywateli taki stan rzeczy nie może być podtrzymywany. Niezbędne jest zatem unieważnienie wyżej wymienionej uchwały.
Opublikowano 8 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	Jeśli chodzi o teorię gospodarki społecznej, uważam się za marksistę. (…) Jestem buddyjskim socjalistą” – oświadczył Dalajlama na uroczystościach w Gdańsku. Audytorium zaniemówiło, a Lech Wałęsa próbował obrócić słowa dostojnego gościa w żart.
„Z pewnością dzisiejszy kapitalizm nie jest taki jak za Leona XIII. On się zmienił, a jest to w znacznej części rezultatem myśli socjalistycznej. Dzisiejszy kapitalizm jest odmienny, wprowadził zabezpieczenia społeczne, dzięki działalności związków zawodowych wprowadził politykę społeczną, jest kontrolowany przez państwo i przez związki zawodowe”. Sądząc po codziennej praktyce zapomnieli też słowa kardynała Josepha Ratzingera, że po dwóch wiekach umacniania się kultury laickiej Kościół, może wypełnić swoją misję jedynie wtedy, kiedy nie sprawia wrażenia, że „chce umacniać władzę tylko jednej określonej siły”. Słowa Dalajlamy nie mogą dziwić nikogo, kto wie, że kwestie społeczne w wielu doktrynach religijnych, w tym w kościele katolickim bliskie są tezom myśli socjalistycznej i socjaldemokratycznej: uznają prymat pracy nad kapitałem, opowiadają się za sprawiedliwością społeczną, prawem do pracy, do uczciwej zapłaty i do godnego życia. Najdalej wobec wyzwań społecznych poszła Teologia wyzwolenia, która narodziła się w Ameryce Łacińskiej w latach 60 – tych ubiegłego wieku. Wielu księży i biskupów kościoła rzymskokatolickiego uznało, że bieda wcale nie pochodzi od woli Boga, ale jest owocem wyzysku i eksploatacji jednych przez drugich. Stąd wniosek, że kościół nie powinien zajmować się tylko ograniczeniem zasięgu nędzy, ale powinien zająć się aktywnie społecznymi przemianami, które nędzę i wyzysk eliminują. Tezy te były bardzo blisko marksizmu stąd też spotkały się z oporem konserwatywnych kręgów Watykanu. Zarzucano im pomieszanie wiary i polityki, co z kolei stało się przedmiotem zarzutów wobec Jana Pawła II, że zachował się wobec zwolenników Teologii wyzwolenia zupełnie inaczej niż wobec kościoła w Polsce związanego z „Solidarnością”.
Opublikowano 4 grudnia 2008 Autor: Leszek Miller	Przedwczoraj wziąłem udział w zorganizowanym w Sejmie przez Longina Pastusiaka spotkaniu obywatelskim na temat: „Współpraca prezydent – premier, doświadczenia i teraźniejszość”. Obok Aleksandra Kwaśniewskiego i Józefa Oleksego mogłem wyrazić swój pogląd w sprawach wzbudzających dziś sporo emocji i wzajemnych oskarżeń.
Wbrew wielu opiniom polska konstytucja jest wystarczająco jasna. Dobrze opisuje ustrój parlamentarno-gabinetowy. Poprawnie wyznacza relacje między najwyższymi organami władzy państwowej zachęcając ich do konsultacji i uzgodnień. Pretensje, że nie zapobiega waśniom i konfliktom są nieuzasadnione. Napięcia między prezydentem i premierem są czymś normalnym. Biorą się ze sporu i konkurencji, które w polityce są chlebem powszednim. Osoby pełniące funkcje publiczne nie są aniołami, ale też nie diabłami tylko ludźmi uczestniczącymi w rywalizacji politycznej. Gorzej, gdy to współzawodnictwo przekształca się w trwały i ostry konflikt. W takim wypadku możliwości konstytucji łagodzenia antagonizmów są ograniczone. Prof. Marek Safjan twierdzi, że złe prawo może działać sprawnie, jeśli jest używane przez ludzi odpowiedzialnych, mających dobrą wolę. I na odwrót – najlepsze prawo może być wykorzystywane do złych celów.
Za obecne kłopoty nie odpowiada ustawa zasadnicza, lecz ludzie, którzy w oparciu o nią sprawują władzę. Żaden z dotychczasowych prezydentów nie upartyjnił tego stanowiska w stopniu tak skrajnym jak Lech Kaczyński. Obecny prezydent sprzeniewierzył się konstytucji pełniąc swój urząd w interesie PiS, a nie w interesie Polski. To właśnie jest praprzyczyną wszystkich problemów.
Wypowiadając się pozytywnie o treści konstytucji nie chcę przez to powiedzieć, że zapisane w niej relacje między prezydentem i premierem są idealne i nie wymagają zmian. Trzeba ich dokonać, ale nie pod presją czynników bieżących i koniunkturalnych, a przemian zachodzących w globalizującym się świecie. Na naszych oczach powstaje nowy ład wyrażony: – odchodzeniem od przekonania o jednobiegunowym profilu świata. System jednobiegunowy zmienia się w wielobiegunowy, którego elementami są wciąż Stany Zjednoczone, ale też Unia Europejska, Rosja, Chiny i Indie.
– kryzysem finansowym i gospodarczym o światowym zasięgu i trudnych do przewidzenia skutkach.
Jedno i drugie – a można znaleźć jeszcze inne czynniki – powinno skłaniać do stosowania jasnych i profesjonalnych metod kierowania państwem demokratycznym. Sprzyjało by temu usunięcie dualizmu w funkcjonowaniu władzy wykonawczej poprzez wzmocnienie rządu i prezesa Rady Ministrów. Równolegle powinno nastąpić zmniejszenie kompetencji i wagi urzędu prezydenta zarówno poprzez zmianę jego uprawnień, jak i wybór głowy państwa przez Zgromadzenie Narodowe, a nie ogół obywateli. Fundamentalnym zadaniem tak usytuowanego szefa państwa powinno być czuwanie nad przestrzeganiem konstytucji i stanowieniem dobrego prawa. Prezydent powinien dysponować możliwościami, które pozwalają poprawiać jego jakość. Ważnym zadaniem powinna być rola arbitra w sytuacji, gdy rozpada się stabilna większość parlamentarna. W takich okolicznościach prezydent mógłby aktywnie interweniować i stawałby się ważnym podmiotem politycznym. Istotnym uprawnieniem prezydenta byłoby weto, czyli działania, w których miałby on prawo sprzeciwić się decyzjom parlamentarnej większości. Weto byłoby ograniczone jedynie do ustaw, które dotyczą jego prerogatyw i uniemożliwiają mu pełnienie funkcji konstytucyjnej.
Prezydent mógłby prowadzić działalność międzynarodową rozumianą, jako funkcje reprezentacyjne i lobbystyczne bez możliwości udziału w negocjacjach i międzynarodowych konferencjach o charakterze decyzyjnym. Mógłby też sprawować tytularną funkcję zwierzchnika sił zbrojnych wykonywaną za pośrednictwem ministra obrony narodowej. Zmiana trybu wyłaniania prezydenta jest zasadna także dlatego, że w kampanii wyborczej kandydaci składają deklaracje, których po ewentualnym zwycięstwie w żaden sposób nie mogliby zrealizować. Sprawiają wrażenie, że nie rozumieją, o jaki urząd się ubiegają. Wywołują odczucie, że chcą kierować rządem zapominając, że funkcja premiera nie pochodzi z wolnych wyborów.

References: art. 231
 art. 156
 art. 7
 art. 146
 art. 34
 art. 7
 art. 7
 art. 149
 art. 37
 art. 5
 art. 7
 art. 149
 art. 37
 art. 7
 art. 17
 art. 7
 art. 118
 art. 1
 art. 7
 art. 118
 art. 1
 art. 7
 art. 9
 art. 17