Source: http://www.dogmatykarnisty.pl/2015/03/norma-czy-narracja/
Timestamp: 2018-10-17 03:20:47+00:00

Document:
Norma czy narracja? Czy istnieje tylko to, o czym wiemy - Dogmaty Karnisty
Start Nauka	Norma czy narracja? Czy istnieje tylko to, o czym wiemy
Odbyło się wczoraj ciekawe zebranie Katedry Prawa Karnego UJ, poświęcone stosowaniu art. 4 k.k. (ustawa względniejsza) w przypadku zmiany sądowej wykładni przepisu.
Względna zgoda dotyczyła rozumienia terminu „ustawa”, którym posługuje się art. 4 k.k. Trzeba go rozumieć na sposób normatywny jako obowiązywanie „normy” postępowania, wyprowadzonej z treści przepisu.
Jedni twierdzili, że norma postępowania jest zakodowana w tekście ustawy, a proces interpretacji polega jedynie na odkodowaniu tej normy.
Interpretacja prowadzi więc do poznania treści normy, która jest już zawarta w interpretowanym przepisie. Konsekwentnie należy bowiem odróżnić poznawanie rzeczywistości (poziom epistemiczny) od jej istnienia (poziom ontologiczny, przy czym rzeczywistością jest w omawianym wypadku świat konwencjonalny, gdyż właśnie normatywny).
Interpretacja nie tworzy normy, lecz jedynie pozwala ją poznać i stosować interpretatorowi w określonej sytuacji faktycznej. Fakt, że interpretator nie interesował się wcześniej pewnymi zakresami zastosowania normy i nie musiał zapoznawać z treścią normy nie oznacza, że norma ta w ogóle nie istniała.
To, że o czymś nie wiemy nie oznacza, że to nie istnieje.
Jeśli więc sąd niższej instancji nie zaliczył badanego zachowania do zakresu zastosowania normy zakodowanej w danym przepisie, zaś sąd odwoławczy dojdzie jednak do wniosku, że oskarżony wyczerpał znamiona określonego typu czynu zabronionego, zastosowanie do omawianej sytuacji art. 4 k.k. w kierunku uniewinnienia oskarżonego z powodu zmiany interpretacyjnej, do jakiej doszło na etapie postępowania odwoławczego, nie ma oczywiście racji bytu. Sprawca naruszył normę postępowania, zakodowaną w określonym przepisie, która obowiązywała w chwili czynu. Brak zainteresowania tym akurat aspektem rzeczonej normy ze strony sądów nie ma dla jej obowiązywania żadnego znaczenia. (Zupełnie odrębną kwestią jest zaś ustalenie, czy sprawca w chwili czynu mógł rozpoznać jego bezprawność, a to z uwagi na treść art. 30 k.k.).
O tym, że rację mają Ci, co tak właśnie twierdzą, nie trzeba chyba nikogo dłużej przekonywać.
Zgoła odmienny punkt widzenia prezentowali inni uczestnicy zebrania.
Norma jest produktem interpretacji i zaczyna obowiązywać z chwilą ukończenia przez sędziego procesu wykładni.
W podanym przykładzie norma zaczynałaby zatem wiązać dopiero z momentem podjęcia decyzji procesowej przez sąd odwoławczy. Ustawa obowiązująca poprzednio byłaby więc względniejsza dla sprawcy, bo nikt wcześniej nie miał okazji pomyśleć o tym, że tego typu zachowanie mieści się w zakresie zastosowania omawianej normy prawnej.
W ustawie w ogóle nie ma żadnej normy – zdają się twierdzić zwolennicy omawianej koncepcji. To sędzia tworzy normę, gdy kończy interpretować określony przepis. Nie poznajemy treści norm, które są zakodowane w ustawie, lecz wymyślamy sobie normy, zainspirowani pustymi treściowo przepisami. Ustawa jest jedynie źródłem prawa, to znaczy źródłem inspiracji dla interpretatora. Co z tego źródła wytryska, zależy od poglądów sędziego.
Z omawianym podejściem oczywiście nie sposób się zgodzić. Mamy tu do czynienia z postmodernistyczną paplaniną: jałową na poziomie założeń, nieweryfikowalną, groźną dla państwa prawnego. Każdy ma własną narrację, możemy się tylko spotkać i sobie o tym pogadać.
Przepisy są jak poezja, a treść norm prawnych zależy wyłącznie od czytelnika.
O normie nie decyduje władza ustawodawcza. Sędzia sam ustala treść normy, która go wiąże (norma sankcjonująca). O tym, czy norma wiąże, czy nie, decyduje sam jej adresat.
Czwartkowe popołudnie. Asystent sędziego bierze akta sprawy, siada za biurkiem, po kwadransie otwiera kodeks karny, by drugi raz w swoim życiu przeczytać jakiś przepis. Nie ma pojęcia, jak go zinterpretować. Oto początek zmiany interpretacyjnej.
Chyba nie mamy wątpliwości, że obowiązywanie normy postępowania nie zależy od tego asystenta.
Anonimowy 14 marca 2015 - 13:57
Mikołaju, a skąd Ty wiesz, że norma o pewnej obiektywnej treści stanowi jakiś ontologicznie niezależny byt? Jeżeli wiesz jak przeprowadzić taki dowód istnienia, to przekonasz mnie w kilka sekund.
W perspektywie możliwych rzeczywistości teoretycznie możliwa jest zarówno taka rzeczywistość, w której normy istnieją obiektywnie, lecz ułomna ludzka natura ogranicza ich poznania, jak i taka rzeczywistość, w której normy nie da się oddzielić od samego procesu poznania.
Teoretycznie oba modele są możliwe i póki nie dysponujemy dowodem na prawdziwość jednego z nich i nieprawdziwość drugiego trudno jest przesądzić co jest prawdą.
Tak więc mnie przekonuje to drugie podejście nie ze względów logicznych czy racjonalnych, lecz ze względu na pewną empirię. Moim zdaniem z normami jest tak jak z każdym innym zjawiskiem, które podlega przetworzeniu przez nas przy jego odbiorze. Twoje twierdzenie o istnieniu treści normy jeszcze przed jej interpretacją przypomina mi twierdzenia osób, które upierają się, że istnieją kolory, a kolor jest tylko tym co nasz mózg nam mówi, że widzimy. Kolor więc jako taki nie istnieje bez naszego postrzegania, choć światło będące jego źródłem istnieje (ale bez postrzegania jest tylko źródłem koloru, a nie kolorem).
Twierdzenie, że norma ma jakąś treść niejako od samego początku nieustannie doprowadza mnie do takiego przykładu: czy gdyby art. 148 kk powstał w XIX w. i niezmiennie obowiązywał do dziś, to czy gdyby SN jutro chciał w ramach znamienia człowiek penalizować również znieszczenie istniejącego zarodka in vitro, twierdząc że jest to wykładnia weryfikacyjna, to czy oznaczałoby to, że obiektywna treść normy już od XIX w. obejmowała in vitro?
Mikołaj Małecki 14 marca 2015 - 14:10
Pierwsze podejście przekonuje mnie z uwagi na kontekst systemowy, w ramach którego dochodzi do procesu interpretacji. Nie interesują mnie inne konteksty, np. to czy bez ustawy karnej obowiązywałaby norma "nie zabijaj". To jest po prostu irrelewantne. Tak więc to jest dla mnie rzeczywistość, którą rozważam. W tym zakresie jest dla mnie oczywiste, że prawodawca stwarza normę, a adresat może ją poznać, albo nie.
Przykład z ostatniego akapitu niczego nie wnosi do poruszonego przeze mnie problemu, wskazuje natomiast na inną kwestię. Oczywiście norma ewoluuje wraz z rzeczywistością pozanormatywną, na którą chce oddziaływać. W ramach tej ewolucji zmieniają się standardy kulturowe i cywilizacyjne. SN odkodowuje treść tej normy, poznając całe otoczenie pozanormatywne. Z pewnością ta ewolucja nie wynika z tego, że w piątek rano sędzia (interpretator) zmienił zdanie, albo rozpoznał normę inaczej niż inny sędzia we wtorek po południu.
Anonimowy 14 marca 2015 - 14:54
Mikołaju, przyznajesz, że obiektywne istnienie normy jest Twoim założeniem. Oczywiście nie oznacza to, że nie masz racji (albo że ja ją mam), lecz jednocześnie oznacza to, że należy wyraźnie powiedzieć, że nie bronisz żadnej prawdy, lecz bronisz jednego z arbitralnych założeń. Bo przecież to, że istnieje obiektywna norma jest tylko arbitralnym założeniem.
W takiej perspektywie nie ma różnicy, czy asystent sędziego w czwartek arbitralnie uzna, że istnieje norma, którą on odkrywa, czy też arbitralnie uzna, że to on czytając przepis tworzy normę.
Z przekąsem próbujesz wskazywać na absurdalność poglądu, wedle którego treść normy wynikać ma z czwartkowego stanu umysłu asystenta, ale ja mogę odwrócić tą sytuację – równie absurdalna wydaje mi się sytuacja, w której w czwartek asystent arbitralnie przyjmuje, że istnieją jakieś obiektywne normy (czego wykazać nie potrafi) i skazuje mnie twierdząc, że to co ustalił stanowi jakiś przejaw owej obiektywnej treści.
Anonimowy 14 marca 2015 - 14:58
Swoją drogą – istnieje płaszczyzna porozumienia – niezależnie od poglądu i Ty i ja jesteśmy skłonni stwierdzić, że zostanie zastosowana taka norma, jaką treść odczyta sędzia. Tyle tylko, że Ty stwierdzisz, że taka interpretacja jest zgodna albo niezgodna z obiektywną treścią normy (której nikt i tak nie zna), a ja stwierdzę, że takiej treści nie ma. Z praktycznego punktu widzenia wszystko sprowadza się do drugiego poglądu – zostaje tylko rozumienie normy. Pierwszy pogląd były przydatny, gdybym mógł obalić interpretację sądu wskazując na obiektywną treść normy. Ale nie mogę, bo skąd ja mam ją znać? Skąd ktokolwiek ma ją znać?
Anonimowy 14 marca 2015 - 15:02
A na przykład z in vitro nie odpowiedziałeś, sztuczki językowe nie działają na prawników :).
Ale dam Ci szansę – jeżeli jakiś organ państwowy z uwagi na swoje władcze uprawnienia zmieni wykładnię normy w sposób dla nas niewątpliwie wiążący, lecz niewątpliwie kulturowo i cywilizacyjnie obcy (np. kobieta to nie człowiek w rozumieniu 148 kk), to nadal będziesz twierdził, że to samoświadoma norma dostosowała się do otaczającej jej rzeczywistości?
Anonimowy 14 marca 2015 - 18:30
O tym, iż poglądów odnoszących się do idei prawa jest wiele nie trzeba chyba nikogo przekonywać? Jeśli zaś trzeba to polecam podręcznik Marka Zirk-Sadowskiego Wprowadzenie do filozofii prawa.
Mikołaj Małecki 14 marca 2015 - 19:39
Adamie, już pierwsza Twoja wypowiedź nie dotyczy mojego poglądu na temat istnienia normy. Pytasz: "Mikołaju, a skąd Ty wiesz, że norma o pewnej obiektywnej treści stanowi jakiś ontologicznie niezależny byt?". Nigdzie nie twierdziłem, że norma stanowi "ontologicznie niezależny byt". Swoją drogą, stwierdzenie to uważam za bezsensowne. W takim stanie rzeczy dyskurs jest niemożliwy.
Niezależnie od tego pozwolę sobie na kilka komentarzy, inspirowanych Twoimi przemyśleniami.
Piszesz: "Tak więc mnie przekonuje to drugie podejście nie ze względów logicznych czy racjonalnych, lecz ze względu na pewną empirię". Następnie podajesz przykład kolorów, który – niezależnie od tego, że jest dowolnie wybrany – nie uzasadnia tego, co chcesz uzasadnić, a wręcz odwrotnie, ponieważ od razu piszesz o wiązce światła, której istnienie nie zależy od tego, czy ktoś ją akurat w danym momencie widzi. Równie dobrze można więc twierdzić, że norma to jest taka wiązka światła, którą ustawodawca oświetla nasze uczynki.
Równie nieadekwatne są dalsze wywody, ujęte w słowach: "ja mogę odwrócić tą sytuację – równie absurdalna wydaje mi się sytuacja, w której w czwartek asystent arbitralnie przyjmuje, że istnieją jakieś obiektywne normy (czego wykazać nie potrafi) i skazuje mnie twierdząc, że to co ustalił stanowi jakiś przejaw owej obiektywnej treści". Żaden asystent tak nie przyjmuje i nigdy nie twierdziłem, że to właśnie przyjmuje. On nie musi uzasadniać twierdzeń teoretycznych na naturę świata, w którym przyszło mu żyć, i oczywiście tego nie robi.
Empirycznym potwierdzeniem prawdziwości mojego twierdzenia jest fakt, że ludzie są wsadzani do więzienia za naruszenie normy mimo, że ani oni sami nigdy nie interpretowali przepisu, który został w ich sprawie zastosowany, ani żaden sędzia nie poinformował ich zawczasu o tym, że wiąże ich jakaś norma. Jeśli sędzia, który ich skazywał, stworzył tę normę w chwili wydawania orzeczenia, to z oczywistych względów nie mogła ona wiązać oskarżonego w czasie czynu, bo jej wcześniej nie było. A jednak ten człowiek ją naruszył. Co było do udowodnienia.
Uczestnicy dyskusji, do której od początku nawiązuję, przyjęli zgodnie, że w art. 4 k.k. chodzi o "normę", a nie "treść ustawy". Należy więc konsekwentnie przyjąć, że ustawodawca jest w tym sensie zarazem i siłą rzeczy "normodawcą". Można oczywiście twierdzić inaczej, że art. 4 k.k. dotyczy jedynie przepisów, nie zaś wyprowadzonych z nich norm. Wówczas jednak tym bardziej mam rację, gdyż niewątpliwie przepis obowiązuje niezależnie od tego, czy jakiś sędzia kiedykolwiek się nad nim zastanawiał. Obowiązuje on od momentu wejścia w życie ustawy.
W perspektywie art. 4 k.k. istnieje oczywista różnica między normą odkodowaną z przepisu a normą wymyśloną przez sędziego. W pierwszym wypadku konsekwencją jest bowiem skazanie, w drugim – uniewinnienie.
Przykład z in vitro nie wymagał komentarza, ponieważ był nie na temat. Również kolejny przykład z kobietą świadczy o tym, że mówimy o dwóch zupełnie różnych rzeczach. Potwierdza to sugestia, jakobym twierdził, że "samoświadoma norma dostosowała się do otaczającej jej rzeczywistości". Suponowanie mi twierdzeń tego typu jest nieuczciwe.
Wreszcie na końcu Czytelnik bloga napisał, że "poglądów odnoszących się do idei prawa jest wiele". W pełni się zgadzam z tym twierdzeniem: POGLĄDÓW jest wiele.
Anonimowy 14 marca 2015 - 21:35
Nie będę się dalej spierał, bo ja nie mogę się zgodzić na konwencję, zgodnie z którą 1) Ty jednostronnie decydujesz co jest istotne dla sporu a co nie jest, 2) to co uważasz za uwagę nie na temat po prostu ignorujesz. W naszej dyskusji taka konwencja nie ma żadnego uzasadnienia i trudno jest mówić o "równości partnerów w zakresie mocy uzasadniania" (zasady uniwersalnego dyskursu), jeżeli jeden z nich może po prostu ignorować wypowiedzi drugiego. Jeżeli ja także bym przyjął takie założenie, to zapis naszej dyskusji byłby pustą kartką (ku chwale nauki).
Anonimowy 14 marca 2015 - 21:43
Mikołaju. Dwie kwestie. Jedna organizacyjno metodologiczna, a druga merytoryczna.
Jeżeli już referujesz publicznie dla osób nieobecnych przebieg spotkania musisz w tym zakresie zachować najdalej idąca rzetelność. Rzeczywiście dyskusja przybrała interesujący obrót i wyrażone zostały dwa, zdaje się przeciwstawne poglądy na temat interpretacji (moim skromnym zdaniem wcale nie są przeciwstawne). Jednakże pogląd wg Twojej numeracji zasygnalizowany jako pierwszy był popierany ( i inicjalne wyrażony) WYŁĄCZNIE przez Ciebie. Dołączył się do niego nieco pózniej prof. Zoll i chyba, ale tego nie jestem pewien doc. Barczak. Po drugiej stronie o ile pamięć nie zawodzi stała reszta aktywnych dyskutantów . Z tego względu, na ile statystyka w nauce ma sens więcej osób opowiadało się za systemem, nazwijmy go – narracyjnym, niż ontologiczno-odkrywczym. Oczywiście te osoby prezentowały szreg merytorycznych argumentów ( nie było to wszakże głosowanie). Tyle gwoli ścisłości, bo z Twojej relacji wynika jakoby jakaś grupka, a może nawet jednoosobowe skrzydło prawa karnego próbowało bez powodzenia zainteresować większość audytorium jakaś zupełnie marginalną koncepcją. A tak przecież nie było.
Ale teraz merytorycznie. Z punktu widzenia rzetelności naukowej jest wielce wątpliwe zasygnalizowanie jednego z poglądów i na dzień dobry przyznanie mu waloru oczywistości i obłożenie konstatacją, że do niego nie trzeba przekonywać, czy też, że jest jako jedyny prawdziwy itp. Trochę to nienaukowe….
Moim zdaniem między zidentyfikowanymi przez Ciebie modelami nie ma żadnej różnicy, co więcej są one tym samym konceptem, jedynie inaczej wyrażonym. Czymże jest owo mityczne zdekodowanie zawartej w przepisie normy? Zespołem intelektualnych poczynań interpretatora zgodnych z powszechnie przyjętymi w danym kręgu kulturowym mechanizmami wykładni. Finał jego zmagań z grubsza wyglada tak: „norma którą odczytałem z jednostki redakcyjnej tekstu X brzmi Y”.
No i teraz konia z rzędem temu kto powie, czy ów interpretator oznajmił urbi et orbi treść jedyną i prawdziwą owej mitycznie zakodowanej w przepisie normy, czy też ustalił jej treść na końcu procesu wykładni? Mnie to szczerze jest zupełnie obojętne, bo w rezultacie uzyskałem wiedzę o treści normy. Czy się z nią zgadzam, czy nie to już zupełnie inna sprawa.
Przechodząc do przykładu z asystentem. Ja jako asystent pisząc notatkę dla sędziego o jakimś przepisie prezentuje mu normę, którą z uwagi na mój warsztat interpretacyjny i wiedzę jestem w stanie kompetentnie zrekonstruować. Rzeczony sędzia wydając wyrok może uznać rezultat mojej wykładni za zgodny ze zobiektywizowanym i przyjętym mechanizmem wykładni, pod którym on się podpisuje, lub też inaczej określić treść poszukiwanej normy. Chodzi z jednej strony o zestaw argumentów, a z drugiej o formalne umocowanie do rozstrzygnięcia danego sporu.
Anonimowy 14 marca 2015 - 21:44
To co finalnie wypływa z ust interpretatora, a zwłaszcza sędziego jest treścią normy. Koniec kropka. Względy systemowe przesądzają o tym, że nawet jeśli na zebraniu naukowym, lub blogu ktoś światły ogłosi, że jego zdaniem norma ma jednakowoz inna treść zobowiązany jest przedstawić ku temu argumenty. Wtedy zewnętrzny obserwator może ocenić rezultaty interpretacji sędziego i blogera i na własne intelektualne potrzeby zgodzić się z jednym, albo z drugim. Ale, co należy podkreślić – powszechnie wiążącą normą będzie ta wyrażona przez sędziego. Oczywiście możliwa jest próba przekonania, że owa norma nie jest poprawnie zrekonstruowana i inne brzmienie z uwagi na np. Kontekst aksjologiczny jest po prostu bardziej sprawiedliwe i lepiej wkomponowuje się w obecny system społeczny, gospodarczy, polityczny, prawny itp. Dokonuje tego doktryna, praktycy wymiaru sprawiedliwości, którzy prezentując preferowane przez nichi brzmienie owej normy chcą wpłynąć na sędziego, by ten w formalny sposób zmienił pogląd i inaczej zrekonstruował normę. Tyle i aż tyle. Ale to jest wszakże dla każdego praktyka, który doskonale wie, jak działa wymiar sprawiedliwości oczywiste.
W tej perspektywie takie samo prawo do wyrażenia normy mam ja, jako asystent, Adam jako adwokat i Ty jako bloger. To co napiszę w notatce, Adam w apelacji,a Ty w glosie jest równoprawnym rezultatem poszukiwania najbardziej optymalnej normy postępowania. Jednakowoz systemowo ujmując, to sędzia prawomocnie rozstrzygając sprawę przesadza, która norma obowiązuje powszechnie.
To o czym piszę powyżej, o czym pisał Adam w komentarzach oraz to oczym mówili zwolennicy owej koncepcji narracyjnej jest zobrazowaniem obecnego systemu prawnego. Wszyscy jesteśmy praktykami, więc jest pewa szansa, że to co wspólnie wyrażamy nie jest jakąś postmodernistyczną paplaniną. Samo życie . Ale nawet jeśli nie ma się kontaktu z praktyką to lektura T. Gizberta-Studnickiego, Zirka-Sadowskiego, Łetowskiej, czy Wyrembaka teoretykowi powinnna pokazać kilka ciekawych punktów widzenia.
Wydaje mi się, ze dodatkowo lektura orzecznictwa m.in. SN oraz TK doskonale obrazuje, jak tak naprawdę wyglada proces interpretacji. Ów styl narracyjny jest też charakterystyczny dla całego kręgu common law i nie ryzykowałbym nazywaniem tego paplaniną. Nie mam w sobie aż tyle nonszalancji. To jest po prostu inny, moim zdaniem uczciwszy sposób patrzenia na system prawny, w którym istnieją systemowo umocowane sądy.
Pogląd za którym się opowiadasz to moim zdaniem najzwyklejsze Etikkettenschwindel, które to samo prezentuje po prostu innymi słowami. Ale zgadzam się z Tobą w pełni, że obowiązywanie normy nie zależy od asystenta. Zależy od sędziego, który z tym asystentem się albo zgodzi, albo nie. Może przeczyta Twój artykuł, który go przekona? Czyż nie chciałbys wtedy powiedzieć, ze oto lex małecskis zostało uznane zobowiązujące prawo? Tak trochę z próżności 🙂
Ps. Przyłączam się do postulatu Adama o odpowiedź na zadane przez niego pytania. Mnie praktyka sztuczki erystyczne nie zadowalają. Wole się czegoś dowiedzieć . Ale merytorycznie,a nie jak moderator forum dla studentów. Szanujmy interlokutorów.
Serdeczności Witek
Anonimowy 14 marca 2015 - 21:52
"Ale merytorycznie,a nie jak moderator forum dla studentów. Szanujmy interlokutorów."
Anonimowy 14 marca 2015 - 21:53
Mikołaju – dwie rzeczy jeszcze:
1) powiedziałeś o tym, że norma zakodowana w przepisie ma charakter ontologiczny – jest to nagrane 😉
2) skoro omawiasz przebieg zebrania Katedry to proponuje przeklejenie naszej dyskusji na facebook Katedry, by z otwartą przyłbicą, na neutralnym gruncie i bez zapędów paternalistyczno-mederatorskich prowadzić tę niezwykle interesująca dysputę. Jeśli ktoś nie ma ochoty odnieść się do argumentów interlokutora merytorycznie – trudno – jego wybór.
Anonimowy 14 marca 2015 - 22:07
jeszcze co do obowiązywania normy w czasie. Jeżeli normę rekonstruujemy z przepisu prawnego stanowiącego jednostkę redakcyjną tekstu to nie ma problemu. Akt normatywny obowiązuje w czasie z uwagi na określone w systemie reguły walidacyjne. Jeżeli potrafię wskazać początek powszechnego obowiązywania aktu w czasie, to co robi sędzia (i każdy podzielający wspólnie przyjmowane metody wykładni w danym kręgu kulturowym) jest rekonstrukcją normy z tego tekstu. Norma ta nie mogła istnieć wcześniej niż tekst (zakładam akademicki przykład nowości normatywnej danej regulacji). Zatem od momentu wejścia w życie aktu normatywnego każdy może zrekonstruować taką normę. Jeżeli robi to sędzia po np. roku od początku obowiązywania ustawy nie mówi wszakże niczego innego – norma postępowania wprowadzona tymże aktem brzmi w następujący sposób. Oczywiście to jest rola doktryny, judykatury i praktyki, by wykształcić mechanizmy pozwalające na określenie, kiedy mamy do czynienia z normą już zupełnie treściowo inną niż ta zakładana od początku obowiązywania aktu normatywnego, czy nie. Stąd mój przykład ze sprawą w Oregonie z lat 1960, gdzie sąd stanowy zrekonstruował normę formalnie mieszczącą się w dopuszczalnych i przyjętych regułach wykładni, ale niedostępną dla zwykłego obywatela. Dlatego amerykański SN uznał, że owa norma tak w istocie brzmi, ale co do tego człowieka – wyłączamy winę. Ale pro futuro – obowiązuje w takim brzmieniu wszystkich.
Tyle, ze w tamtym systemie wiadomo, że orzeczenie to rzecz święta i trzeba je znać. Można w uporem godnym lepszej sprawy twierdzić, ze jest inaczej i że istnieje ktoś (no właśnie kto????), kto ma odkryć prawdziwą treść tej normy, bez względu na wszystko. Jeśli jednak uznamy, ze tą osobą (czy się to nam podoba, czy nie) jest sędzia np. SN, to wracamy do poglądu narracyjnego.
Mikołaj ma rację, ze do wiezienia mogą iść ludzie, którzy nie wyłożyli sobie wcześniej przepisu (proszę jednak o owe dane empiryczne, na których się opierasz Mikołaju). Ale jeśli ktoś strzelał do swoje żony mówiąc "Zgiń!" może jednak z tyłu głowy dokonał wykładni i zrekonstruował normę "nikomu nie wolno zabijać". Ale można w to nie wierzyć.
Mikołaj Małecki 15 marca 2015 - 00:19
Jeśli czujecie się w jakimkolwiek sensie zmoderowani – cóż, to jest tylko Wasza narracja. Łatwo doszukać się w tej narracji argumentacji ad personam, szczególnie w wypowiedzi o zapędach paternalistyczno-moderatorskich. Zarzutów tych nie da się odeprzeć.
Adamie, zauważ, że odniosłem się zbiorczo do Twoich uwag w jednym wpisie, zasypałeś mnie bowiem wypowiedziami nie dając szansy na reakcję. Co się tyczy pytań, które sugerują coś, czego nie powiedziałem, mogę zareagować na nie w taki sposób, w jaki to uczyniłem. Wykazanie, że nie twierdziłem tego, co sugeruje autor pytania, jest w moim odczuciu wystarczającą odpowiedzią. A wykazanie tego ogranicza się do przytoczenia cytatu i porównania go z treścią oryginalnego wpisu, co posłusznie uczyniłem. Jeśli chcesz nazywać to zignorowaniem dalszych uwag, to możemy się umówić, że tak to należy nazywać. Ja uważam, że w opisanym stanie rzeczy taka ignorancja ma głębokie uzasadnienie, gdyż po prostu porządkuje dyskusję. Jest więc zaletą, a nie wadą dyskusji naukowej, bo nie prowadzi do pozorów, że dalej rozmawiamy o tym samym.
Witku, doszukałeś się w tym wpisie treści, których w nim nie ma. Nie jest to żadna relacja z zebrania, tylko zarysowanie dwóch poglądów, które się pojawiły: bez określania, kto się za czym opowiadał (Ty uznałeś, że to istotny parametr dyskursu, ja tego poglądu nie podzielam) oraz bez referowania wszystkich argumentów na poparcie każdej z dwóch tez (czym rzecz jasna osłabiłem także siebie). Jak słusznie odnotowano na Facebooku, teoretyczna dyskusja na omawiany temat toczy się od 100 lat. Próba wskazania z nazwiska wszystkich autorów, którzy kiedykolwiek na ten temat pisali, mijałaby się z celem (natomiast ten, kto posługuje się parametrem ilościowym, tak jak Ty, dla rzetelności powinien chyba wskazać tych wszystkich autorów). Sporządzając swój wpis nie uwzględniłeś natomiast istotnych fragmentów mojej wypowiedzi, w których odpowiadam na pytania Adama (zarówno to o in vitro – por. fragment nt. ewolucji normy, jak i to o kobietę – por. fragment wskazujący na przypisanie mi twierdzenia o samoświadomej normie).
Dziękuję natomiast za szczegółowe opisanie koncepcji narracyjnej. Myślę, że pomoże to rozeznać się wszystkim czytającym w zaletach i wadach obu omawianych koncepcji.
Anonimowy 15 marca 2015 - 14:03
mam przemożne wrażenie, że i tak, pomimo prima facie przyjmowania dwóch różnych poglądów na podniesione kwestie, to i tak mówimy o tym samym. O treści normy, która obowiązuje dowiadujemy się od sędziego. Tu przecież nie ma sporu. Kwestia to rzeczywiście ulokowanie owej normy w perspektywie zasad interptemporalnych. Moim zdaniem nie mamy po prostu wypracowanych mechanizmów radzenia sobie z sędziowskim prawem. Całę common law ma, i stąd te moje przykłady z ostatniego wpisu.
Taki sędzia ani nie udowodni, że odnalazł normę pierwotnie zakodowaną w przepisie przez ustawodawcę, tak nie przekona, że ją zrekonstruował-stworzył. Co jest bliższe rzeczywistości? Jako jednak zwolennik zasady nieoznaczoności Heisenberga i całej mądrości z niej płynącej stoję na stanowisku, że obserwator wpływa na badany obiekt. Całe piękno tego ujawnia się właśnie w interpretacji, która nie istnieje bez podmiotu interpretującego i jego intelektu, który opisuje świat w oparciu o swoje jego postrzeganie. Nie jest to jednak intersubiektywnie nieweryfikowalne, bo inny podmiot z doskonalszym instrumentarium może w inny sposób opisać świat.
Jednak co by nie było chciałbym poznać Twoje poglądy na tematy poruszone przez Adama, ale także mój wywód o obowiązywaniu normy. To, że z jakichś powodów się od tego uchylasz ubierając to w skomplikowane konstrukcje retoryczne – Twoja sprawa. Ale nie chodzi o to, czy jest to zarzut skierowany do Twoich koncepcji, ale próba pociągnięcia tej interesującej dyskusji dalej, a nie ucinanie jej. Tak rozumiem zapędy moderatorskie 😉
Wydaje mi się jednak, że czytając Twój inicjalny wpis nie można go odczytać inaczej niż relacji z zebrania. Wskazałeś, że takowe się odbyło, jaka tematyka była poruszana oraz poglądy, jakie zostały wyrażone. Jednemu przyznałeś rację i określiłeś, że nie trzeba do niego nikogo przekonywać, a drugi opisałeś, jako postmodernistyczną paplaninę… Zresztą nie wiem, czy wypada tak skonstatować czyjś pogląd.
Co do tego, że nie wymieniłem wszystkich autorów, jacy napisali na temat interpretacji jest prozaiczny – nie znam ich wszystkich, ale tych wybrałem, jako reprezentatywnych. Trochę ten zarzut niepoważnie brzmi spod pióra naukowca, który wszakże w przypisach w swoich artykułach nie przytacza kompleksowo całej literatury na dany temat. Selekcja to przecież ABC warsztatu.
Zgodnie z zachętą zamieszczoną na tym blogu proszę o rzeczową polemikę, a nie glosę do własnego wpisu. Glosy mają to do siebie, że czasem niewiele wnoszą, oprócz wytknięcia sądowi błędu konstrukcyjnego jego uzasadnienia.
Zresztą toczyć tę dyskusję powinniśmy dalej w 2 na naszej naukowej sofie oparci o nowe poduszki 😉
Anonimowy 15 marca 2015 - 15:14
To ja mam pytanie do Witka; Skoro sędzia decyduje o treści obowiązującej normy to na jakiej podstawie TK odmawia skardze konstytucyjnej nadania dalszego biegu przyjmując że błędna interpretacja przepisu (np. nie znajdująca uzasadnienia w brzmieniu przepisu) dokonana przez sąd stanowi błąd z zakresu stosowania prawa? Czyli jednak sędzia nie tworzy w procesie interpretacji jakiejś powszechnie obowiązującej wiążącej normy? Chyba że błędna interpretacja prawa stanowi jednocześnie tworzenie prawa i jego stosowanie – ale wtedy zaciera się granica pomiędzy tymi dwoma płaszczyznami. Zresztą co tzn. powszechnie wiążąca – skoro ani inny sąd ani nawet inna osoba taka wykładnią zasadniczo nie jest związana. Jeżeli ją stosuje to z prostego powodu – czysto praktycznego. Poza tym nie tylko sędziowie dokonują wykładni norm – też urzędnicy. To oni tez- Waszym zdaniem – decydują o tym jaka norma obowiązuje powszechnie – ich rozstrzygnięcia też są prawomocne i w sprawie niekoniecznie musiał się wcześniej wypowiedzieć jakikolwiek sąd.
Zarzucacie Mikołajowi, że nie odniósł się do uwag Adama (moim zdaniem – przynajmniej w sporym zakresie się odniósł), a w większości też nie odnosicie się do argumentów Mikołaja. Trudno też ocenić jakie kto z wypowiadających się na zebraniu prezentował poglądy (a wypowiadało się niewiele osób) bo one były wyrażane w rożnych kontekstach. Niebezpieczeństwo jakie niesie ze sobą pogląd prezentowany tutaj przez Witka i Adama najlepiej dla mnie prezentuje zdanie wyrażone przez jednego ze zwolenników prawotwórczej roli sądu, ze przy wprowadzeniu definicji osoby pełniącej funkcje publiczną nie mamy do czynienia za zmiana ustawy (zmianą normatywna – nie pamiętam jakiego sformułowania użył), bo przed dniem wejścia w życie definicji ustawowej nie było jednolitej wykładni tego pojęcia. I dlatego jest jakieś uzasadnienie dla niezastosowania art. 4 k.k. przez SN w sprawach o łapownictwo.
Nie rozumiem zarzutu i nie zrozumiałam go na zebraniu katedry – że Mikołaj dopuszcza sie Etikkettenschwindel. Ale trudno. Istotniejsze dla mnie jest jedno – nie żyjemy w systemie common law. Więc mnie przykłady, argumenty odwołujące się do funkcjonowania tego systemu nie przekonują.
Anonimowy 15 marca 2015 - 16:50
Mnie osobiście bardziej przekonały argumenty Pana Mikołaja.
Może to dosyć banale stwierdzenie, ale normy o których sposób interpretacji Państwo się spierali, czemuś służą. Po co społeczeństwu normy, których znaczenie, choćby w zakresie minimalnym nie jest znane? Jak normy o relatywnej treści mają spełniać funkcje profilaktyczno-zabezpieczająca prawa karnego?
W ten sposób uczynimy z treści prawa zabawkę dla dogmatyków, pisarzy, materiał do publikacji i dyskusji, a nie instrument regulowania stosunków społecznych. Prawo, które staje się niejasne dla adresata – bo koncentrując się na sędziach zapomina się jeszcze o tym interpretatorze norm – dryfuje w kierunku desuetudo…
Oczywiście, dyskercjonalność sądów jest ważną kwestią, lecz wydaje się, iż nie można popadać w skrajność, zaś sam zakres możliwości interpretacyjnych sędziego powinien być analizowany na płaszczyźnie modelu ustroju, aniżeli metod wykładni.
ps. odnosząc się natomiast do zagadnienia in vitro, czy kobieta, podnoszę iż jest to agrument chybiony. Mamy tu bardziej problem definicji pojedynczego słowa: "człowiek", a nie interpretacji całej normy, i trudno uznać by zmiana zakresu jednego elementu zdania była od razu prawotwórstwem. Zresztą, zalecałbym dystans w walce o 'słuszne znaczenie normy'. Wiele równie zażartych dyskusji ulega brutalnemu zakończeniu gdy tylko ustawodawca dokona ich zmiany.
Tak więc parafrazując klasyka: "spieszmy się szanować teksty prawne – tak często je nowelizują."
Anonimowy 15 marca 2015 - 17:35
Jeśli można się przyłączyć – z prac prof. M. Zielińskiego wynika, że prawem jest system norm ustanowionych przez kompetentne organy państwa itd., a także, iż przepis prawny nie jest prawem (przepis niczego nie nakazuje ani nie zakazuje); czyni to dopiero norma. Teraz jeśli dopiero to sędzia miałby tworzyć normę, to sprawca w czasie czynu nie realizowałby zachowania, które ulega karze. I dalej, brak byłoby możliwości powstania zobowiązania podatkowego itd itd. Natomiast podawane przykłady z in vitro i kobietami – w kontekście tzw. dynamicznej teorii wykładni – nic istotnego w całej sprawie nie wnoszą. Tyle z mojej strony.
Mikołaj Małecki 15 marca 2015 - 19:54
Jeszcze jedno dopowiedzenie z mojej strony. Piszesz Witku tak: "mam przemożne wrażenie, że i tak, pomimo prima facie przyjmowania dwóch różnych poglądów na podniesione kwestie, to i tak mówimy o tym samym. O treści normy, która obowiązuje dowiadujemy się od sędziego. Tu przecież nie ma sporu".
Żeby nie było żadnych wątpliwości – ja mam dokładnie odwrotne wrażenie. Nie mówimy o tym samym.
Po drugie – nie jest prawdą, że "o treści normy, która obowiązuje dowiadujemy się od sędziego" (zakładam, że jest tu wielki kwantyfikator, bo jeśli jest mały, to twierdzenie niczego nie wnosi). Np. ostatnio dowiedziałem się, że jest taka norma, która nakazuje wprowadzić w firmie regulamin zapobiegający finansowaniu terroryzmu. Zapewniam Cię, że nie dowiedziałem się o treści tej normy od żadnego sędziego, gdyż o jej treści poinformował mnie Tomasz Sroka.
Anonimowy 15 marca 2015 - 22:32
Mikołaju, co do tej normy związanej z instrukcją dotyczącą terroryzmu – wierz mi – o tym nikt nie wie 😉 Ale na serio – Tomasz Sroka jest asystentem i Ci o normie powiedział, a przecież się tak przed tą władzą asystenta broniłeś 😉 Ale tak na serio. Jeśli przyjmujemy, że sądy są systemowo umocowane do finalnego rozstrzygania o naszej odpowiedzialności np. karnej i system prawny przewiduje hierarchiczność i instancyjność nie można zaprzeczyć, że o normie postępowania może wypowiedzieć się w jakimś momencie sąd (np. Najwyższy). I niezależnie jak brzmiała norma postępowania z instrukcją przekazana Ci przez Tomka, Twoja odpowiedzialność (oczywiście odpukać w niemalowane) zostanie oceniona wedle normy wyrażonej przez sędziego. Zapewne obaj zakładamy i na pewno tego byśmy chcieli, by norma ta brzmiała identycznie, jak ta, którą sformułował Tomek. Jeżeli Tomek użył do interpretacji stosownego przepisu uznanych także przez owego sędziego metod interpretacji – pewnie rezultat będzie identyczny. Ale nie jest dla mnie tak bardzo istotne, czy powiemy, że sędzia X odkrył istniejącą normę o treści N, czy też owa norma jest jego "dziełem". Jeżeli nie będziemy mieli wątpliwości, że jej treść odczytana byłaby w taki sam sposób przez każdego interpretatora (Tomka Srokę, Ciebie, mnie, Agnieszkę i sędziego) to nie mamy żadnego problemu ani z wykładnią jako taką, ani z zagadnieniami intertemporalnymi. Pal sześć, kto w sporze o proweniencję tej normy ma rację. Może Ty, a może zwolennicy postmodernistycznej paplaniny. Istotne jest by wypracować mechanizmy oceny, kiedy doszło do zmiany normy i pojawia się zagadnienie inter temporalne w perspektywie art. 4 k.k.
Problem z art. 4 k.k. może wszakże tak samo zaistnieć, gdy sędzia zdekoduje zakodowaną normę w inny sposób niż Tomek Sroka i Ty. Przyjmując, że koncepcja, o której piszesz (nie narracja tylko ta druga) precyzyjniej oddaje rzeczywistość, to tak samo będzie trzeb się zastanowić, czy nie doszło do zmiany normatywnej, gdyż przecież o innej normie myśleliście Wy (a może także inne sądy wcześniej), a inną odkodował SN. Problem jest identyczny.
Anonimowy 15 marca 2015 - 22:33
Agnieszko, to właśnie mam na myśli używając tego trudnego niemieckiego słowa o etykietach. "Odkodowanie", czy "narracja" to po prostu inny sposób opisania tego samego. Natomiast co do tego o czym piszesz w perspektywie łapownictwa. Pamięć zawodzi i nie wiem kto to powiedział i w jakim kontekście. Trudno mi się do tego odnieść, bo tez nie znam tej materii nazbyt dobrze. Dlatego kładę tak duży nacisk na owo systemowe i funkcjonalne umocowanie sądu. Są wszakże mechanizmy, które pozwalają na rozstrzygniecie wątpliwości i przedstawienie ostateczne argumentów za jednym, bądź drugim brzmieniem normy "odkodowanej", czy "uzyskanej treściowo poprzez narrację (postmodernistycznie wypaplanej)" , która będzie obowiązywać. Jestem zdania, że w tego typu przypadkach trzeba byłoby in concreto zastosować 30 kk.
Jeżeli była rzeczywiście rozbieżność i SA w Krakowie orzekł, że X jest funkcjonariuszem i prawomocnie skazał, a SA w Gdański że osoba Y piastująca identyczne stanowisko nie jest i prawomocnie uniewinnił, to w tym kontekście, z uwagi na prawomocność okazuje się, ze mamy dwie normy w systemie, które wydają się sprzeczne. Wiemy na moment T, że sędziowie odkodowali de facto dwie różne normy, albo dwie różne normy postmodernistycznie wypaplali. I trudno. Są dwie treściowo odmienne normy. Mamy mechanizm by ujednolicić? Mamy – jak go użyjemy to przesądzimy w ramach systemu, która była poprawnie odkodowana lub wypaplana.
Gdy zaś chodzi o common law. No cóż, Agnieszko masz rację, że nie żyjemy w tym systemie w tym sensie, ze nasz system prawny nie jest zbudowany na formalnym związaniu sądów orzeczeniami innych sądów. Był na przestrzeni przynajmniej 100 lat kształtowany przez ustawodawcę w hardcorowo pozytywistyczny sposób. Teraz zgłębiając dość intensywnie ów system anglosaski, podałbym jeden moim zdaniem reprezentatywny przykład. Nasza doktryna i sądownictwo wypracował z grubsza definicję „godzenia się”. I jakoś w miarę się do niej wszystkie sądy stosują. W common law sądy zinterpretowały na przełomie dziesięcioleci zwrot „recklesness” dotyczący szeroko pojętej strony podmiotowej. I też się wszystkie trzymają tej definicji. Ale była wolta w orzecznictwie i przeszli przy nieumyślności z obiektywnego, na subiektywne stanowisko. Widzicie tu jakąś różnicę? Zasadza się ona obecnie chyba głównie na tym, w jakim trybie i który sąd jest umocowany do wiążącego wyłożenia danego znamienia. Uważam, ale to jest moje prywatne zdanie, że niewiele wiemy o common law tak strukturalnie i używamy uproszczonych argumentów. Orzecznictwo TK lub SA (zwłaszcza uchwały) to jest w jakimś sensie prawotwórstwo. Broniliśmy się przed tym długo, ale chociażby zakresowe wyroki TK maja coś z postmodernistycznej paplaniny.
Odpowiadając na Twoje pytanie. Nie jestem ekspertem od formalnych decyzji TK. Ale o ile dobrze pamiętam TK wyraźnie kilkukrotnie wskazywał, że ukształtowana linia orzecznicza wskazująca na określone rozumienie danego przepisu, a zwłaszcza ugruntowana w orzecznictwie SN jest treścią obowiązującego prawa podlegającą in concreto kognicji TK. Natomiast odpowiadając bardzo nieelegancko, bo uciekając zasadniczo od odpowiedzi – może TK popełnia błąd? Może w tych przypadkach, o których piszesz nie przemyślał do końca tej pasjonującej kwestii o jakiej dyskutujemy? Sędzia też człowiek – czasem się pomyli.
Co do przykładów z in vitro i kobietą, nie zgadzam się, ze uzyskaliśmy stanowisko Mikołaja. Czy nastąpiła zmiana normatywna bo sędzia odkodował dwie różne normy każda obowiązująca w innym horyzoncie czasowym, czy nie?
Anonimowy 16 marca 2015 - 00:09
Ja nie mówiłam o ukształtowanej linii orzeczniczej; tylko o jednostkowym wyroku sądu opartym na błędnie wyinterpretowanej normie – i nie ma wątpliwości że to jest stosowanie prawa. I ponieważ podpisują się pod takimi postanowieniami TK też osoby będące uznanymi znawcami teorii prawa to chyba "wiedzą co robią".
To co robi TK to nie jest prawotwórstwo – to, że usuwa z systemu prawa przepisy, lub normy (przy orzeczeniach zakresowych lub interpretacyjnych) nie czyni za niego twórcy prawa w rozumieniu pozytywnym. Najlepszy przykład z wyrokami które uznają przepis za niekonstytucyjny w zakresie w jakimś czegoś nie przewiduje. W takim przypadku konieczna jest interwencja ustawodawcy, bo trudno przyznać przykładowo świadczenie emerytalne na podstawie wyroku TK. (choć kilku organom się zdarzyło)
Nie mamy żadnego mechanizmu który pozwala nam ujednolicić dwie odmienne normy; bo nawet jak SN wyda uchwałę to ona wiąże w ograniczonym zakresie. I na pewno nie wiąże sądów administracyjnych czy inne organy stosujące prawo. Więc trudno tutaj mówić o jakimkolwiek "przesądzeniu", tym bardziej że czasami inny skład SN w innej sprawie wyłoży przepis zupełnie inaczej.
Rożnica pomiędzy systemem common law i naszym nie sprowadza się tylko do istnienia lub nie formalnego związania sądów orzeczeniami innych sądów, tylko na tym, ze tam prawo w jakimś stopniu stanowią sądy (choć nie tylko) , a u nas – zasadniczo – organy władzy ustawodawczej. Twój przykład jest dla mnie niezrozumiały w kontekście toczonego sporu – z jednej strony polskie sądy nie wydają wiążącej wykładni, z drugiej – to oczywiste że niejasnym terminom z języka prawnego po wielu dyskusjach nadaje się treść, która przez większość jest akceptowana. Ale co to ma do rzeczy?
Nie rozumiem za bardzo pytania z in vitro i kobietą – dla mnie tak jak dla Mikołaja to jest problem z zupełnie innej płaszczyzny i dużo bardziej skomplikowany. Dla mnie tam nie ma dwóch różnych norm. Podobnie jak w sytuacji, gdy Fiat wprowadzi nowy model samochodu to nie mamy zmiany normatywnej w zakresie art. 289 par. 1 k.k, pomimo tego, ze tego modelu 10 lat temu nie było jeszcze na rynku.
A co z urzędnikami? Nie odniosłeś się do mojej uwagi?
A Tomasz Sroka powiedział Mikołajowi o normie nie jako asystent, tylko jako osoba która czyta dokładnie akty prawne. I nie sprawdzaliśmy, czy jakiś sąd się na ten temat wypowiedział, czy nie. Uznaliśmy, że norma prawna wynikająca z tych przepisów obowiązuje. I że powinniśmy jej przestrzegać.
Anonimowy 16 marca 2015 - 10:51
Widzę, że całkiem nieświadomie stałem się źródłem jakichś dziwnych przykładów.
Ale może poruszę pewną kwestię, niech będzie na kanwie tego samego przykładu:
Treść przepisów expressis verbis (i to nie budzi żadnych wątpliwości) wskazuje, że fundacja ma mieć instrukcję określonej treści i za jej brak jest odpowiedzialność karna. Rozpoznając sprawę karną sąd dochodzi do wniosku, że posiadanie takiej instrukcji przez fundacje naukowe jest nieracjonalne i stosuje normę "będącą jego dziełem", wedle której fundacje naukowe nie muszą posiadać owej instrukcji.
Zdaję sobie sprawę, że obecnie rezultat wykładni językowej jest często weryfikowany przez wykładnię systemową i funkcjonalną, ale generalnie nie dzieje się tak w sytuacji, gdy rezultat wykładni językowej jest jasny, jednoznaczny i nie budzi wątpliwości. Aczkolwiek nawet wówczas wykładnia językowa winna znaleźć potwierdzenie w pozostałych sposobach wykładni.
Niemniej – czy ustalona przez sąd norma (fundacje naukowe nie muszą mieć instrukcji), "będąca jego dziełem", jest nową normą, która – uznamy – że "obowiązuje" (bo została "ustalona" przez sąd), czy też sąd jedynie błędnie zastosował prawo i tym samym "nie ustalił" żadnej nowej normy? A stawiając pytanie bardziej ogólne: czy są jakieś granice (a jeśli tak, to jakie) "ustalania" norm przez sądy, aby nie były one "contra legem"?
O ile stanowisko, nazwane tutaj narracyjnym, jest interesujące, niesie jednak ze sobą pewne niebezpieczeństwa (tutaj tylko o jednym). Wydaje mi się, że pewne mechanizmy przewidziane przez ustrojodawcę (ustawodawcę) – na przykład podleganie sędziów Konstytucji i ustawom czy też instytucja pytań prawych do TK – ograniczają w pewien sposób możliwość nieograniczonego, narracyjnego "ustalania" norm przez sądy (tworzenia nowych dzieł normatywnych). Chciałbym poznać owe ograniczenia.
A na marginesie pojawia się dalej idące pytanie – czy "nowe" normy mogą być dziełem w ogóle organów władzy publicznej? Wiele spraw w naszym kraju nie trafia bowiem na wokandę sądową, zaś organy państwowe niejednokrotnie, z drodze wykładni, "ustalają" różne, czasem całkowicie przeciwstawne, normy.

References: art. 4
 art. 4
 art. 4
 art. 30
 art. 148
 art. 4
 art. 4
 art. 4
 art. 4
 art. 4
 art. 4
 art. 289