Source: http://odnawialny.blogspot.com/2014_12_01_archive.html
Timestamp: 2017-03-25 13:26:55+00:00

Document:
"Odnawialny" Blog: grudnia 2014
Na Sylwestra 2007 roku, czyli w czasie nadziei dla energetyki odnawialnej spowodowanej przyjęciem pierwszego pakietu
klimatyczno-energetycznego Unii Europejskiej z ambitnymi celami „3x20%” na 2020
rok, szamotał mną niezrozumiały pesymizm
z uwagi na zgoła odmienny od unijnego kierunek w jakim wtedy dopiero ruszała krajowa
polityka i energetyka. W ówczesnym dążeniu do centralizacji i tzw. konsolidacji pionowej, w państwowej gigantomanii
w energetyce, w zbyt uproszczonym rozumieniu lub tendencyjnym wykorzystywaniu w
bieżącej polityce pojęcia bezpieczeństwa energetycznego i czasami - już wtedy- jawnie
antyeuropejskiej polityce, widziałem
zagrożenie dla rozwoju energetyki odnawialnej. Dla osób nie poddających się
łatwo nastrojom podaję jeszcze raz link do źródeł ówczesnego pesymizmu –
artykułu w Czystej Energii (link do przedruku na portalu CIRE). Nikt nie lubi marudzących, zwłaszcza w Nowy Rok, tym bardziej że dla entujzastów biznes był wtedy do
zrobienia, a biznes najbardziej nie lubi pesymizmu. Narodowy bard w takich sytuacjach ogólnie wskazywał, że typowa zdroworozsądkowa (?) postawa wobec złych informacji jest taka: „po co Babcię
denerwować, niech się Babcia cieszy”, a w świadomości naszej głęboko tkwi pamięć o złamanych karierach (wcześniej nawet ścinanych głowach) posłańców "złych" wiadomości (zarówno niekorzystnych dla mających władzę i jak też dla własnego środowiska, z którego się wywodzą).
Pisząc z perspektywy energetyki odnawianej, nawet teraz, bezpośrednio po
przyjęciu w październiku br. drugiego już unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego z
celami na 2030 rok (tu już tak prostego wyrażenia algebraicznego jak na 2020 rok nie da się zastosować; obecnie notacja matematyczna wyglądałaby np. tak: „2x27%+40%” ), także
trudno być mi optymistą, zwłaszcza jeśli chodzi o odnawialne źródła
energii w Polsce.
Jak zatem złożyć życzenia Noworoczne będąc pesymistą? Tym
razem, jak nawet pesymizm jest bardziej uzasadniony, to zapewne jeszcze
bardziej denerwuje, bo ile można marudzić na - jakby nie było - specjalistycznym
blogu? Pod koniec 2011 roku na blogu ”Odnawialnym”dałem odpór krytyce swojej postawy pesymistycznej zapowiadając, że jak Sejm uchwali ustawę
o OZE, to blog „odnawialny” rozkwitnie radosną zielenią wydobywającą się z
zabetonowanej, ale kruszejącej energetyki. Od końca 2012 coraz trudniej było w tej materii o optymizm, przynajmniej jeśli chodziło o efekty działań rządu. Poprzedni rząd
najpierw nieśmiało, a potem od II expose konsekwentnie odmawiał OZE prawa do rozwoju i coraz bardziej jawnie blokował, a dobra ustawa o OZE byłaby przeszkodą w realizacji planu. Obecny rząd miał szansę na zmianę podejścia, ale ostatecznie przegrał z ...
kalendarzem. Negocjację pakietu klimatycznego wypadły w okresie natarczywych żądań
utrzymania krajowego górnictwa, aby razem z energetyką mogło pozostać przez kolejne dekady na garnuszku podatnika, a górnictwo i energetyka to też elektorat wyborczy '2015.
Nikogo już nie powinno dziwić, że tworzony w takich okolicznościach rządowy
projekt ustawy o OZE to niechciana mysz rodzona przez górę z coraz większym niesmakiem.
Ale przez połowę kończącego się roku rządowy projekt był
procedowany na forum całego Sejmu (pierwsze czytanie) oraz w specjalnie powołanej Podkomisji
Nadzwyczajnej i Komisji Nadzwyczajnej. Posłowie,
choć rzadko mają aż takie niezaorane (zachwaszczone) pole do popisu, przez pół roku nie poprawili projektu w żadnej
kluczowej sprawie. Np. w projektowanym systemie aukcyjnym dalej promowane są rozwiązania
odpowiadające najbardziej interesom dużych koncernów energetycznych, dalej wspierana
jest technologię współspalania i utrwalana jest dominująca pozycja monopoli na
rynku OZE. Sejm dotychczas nie tylko, że nie poprawił regulacji, ale - wiedząc o silnym poparciu społecznym dla idei prosumeryzmu – nie
zgłaszał nawet wątpliwości, pomimo nierealności założeń dotyczących np. wsparcia dla
prosumentów i pomimo tego, że proponowane
rozwiązania stanowią zagrożenie ekonomiczne dla mniejszych podmiotów. Brak
wrażliwości Sejmu zwłaszcza w tej ostatniej sprawie dziwi. Zastanawia wręcz
mechaniczny sposób odrzucania propozycji i poprawek strony społecznej, zarówno w czasie
wysłuchania publicznego jak i w trakcie prac obu komisji.
Co jest przyczyną ? Niezrozumienie materii z powodu kulawej rządowo-kancelaryjno-adwokackiej
polszczyzny i nielogicznych zawijasów w projekcie regulacji, mętnej oceny
skutków regulacji, czy też zwykły strach przed gniewem sektora węglowego i siłą
polityczną monopoli energetycznych mogących wpłynąć na skład list w nadchodzących
wyborach do Parlamentu? Nie lekceważę
siły oddziaływania na posłów żadnego z powyższych argumentów. Czy można zatem mieć
jeszcze nadzieję, że sytuacja zmieni się w połowie stycznia, kiedy cały skład Sejmu będzie głosował nad projektem i poprawkami, w tym prosumenckimi ? Trudno, myśląc konwencjonalnie, także i w tym przypadku być tu optymistą, ale ….
Pesymizm bynajmniej nie oznacza zdania się na łaskę losu i
nie oznacza kapitulacji. Stefan Kisielewski (Kisiel) jeden ze swoich najsmutniejszych felietonów „pod choinkę” ( i
na Nowy Rok) publikowanych w Tygodniku
Powszechnym zaczął od jakże „bardzo
polskiego”, podszytego wisielczym
humorem cytatu z Gałczyńskiego:
Upiorny nonsens
polskich dni
Kończy się nam o
zmroku …
i bardzo szybko
doszedł do takiej konkluzji: Tylko pesymista może mieć humor i tylko pesymista może mieć odwagę. Nie
jest odważny ten co mówi „jakoś to będzie”, odważny jest ten co mówi” „Będzie
źle, ale jeśli nie ma innej drogi – naprzód!
Kisiel prześmiewczo twierdził, że co do zasady ogarnięty był
trochę ślepym :) optymizmem, bo mieszkał przez 17 lat w
Krakowie, a tam wiadomo: z jednej strony Wawel blisko, a z drugiej
nic się nie wie i nic nie widzi :)
My mamy demokrację, wolne media i wolność wyborów naszych postaw
i poglądów. Kisiel musiał działać po partyzancku, tak jak w jego ulubionej
anegdotce socjalistycznej: Dlaczego
u Was w stołówce nie ma wyboru?
to nie ma – jest: możecie jeść albo nie!
Mamy także możliwości wyborów politycznych. Warto na tę
okoliczność przypomnieć skład Komisji Nadzwyczajnej do spraw energetyki i surowców energetycznych (27 posłów) i Podkomisji nadzwyczajnej do
rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o OZE (11 posłów) . Wśród tylu doświadczonych posłów (tu optymistycznie zakładać należy, że wszyscy - niezależnie od partii- chcą dobrze) jest
też z pewnością część takich, którzy
znają najsłabsze strony rządowego projektu ustawy o OZE i sami z tym źle się z tym czują, także wobec wyborców, ale z jakiś powodów
w zdecydowanej większości uznali, że lepiej się nie wyłamywać, nawet nie pytać (najwyższy poziom asekuracji, a nawet z rezygnacji z walki np. o klasę średnią, małą przedsiębiorczość czy towarowe gospodarstwa rolne). Skoro mamy świadomość że "łatwiej już było" i że nie ma innej drogi zostania optymistą, zadziałajmy konstruktywnie,
z determinacją w iście Kisielowym stylu - „naprzód” . Dajmy informację i szansę tym, co mogą decydować. Prześlijmy w tych dniach posłom
– naszym reprezentantom z naszych okręgów wyborczych - bezpośrednio i indywidualnie życzenia prosząc
aby zechcieli spełnić także te nasze,
Noworoczne. Potem jako wyborcy zdecydujmy co dalej robić.
W nie najłatwiejszych czasach wszystkim czytelnikom Bloga „Odnawianego”
życzę na co dzień dobrego humoru, niezależności, dystansu i cierpliwości, ale też mądrych wyborów, odwagi i konsekwencji
w działaniu w duchu Kisiela.
PS. Stefan Kisielewski też doszedł do wniosku, że nawet w czasach socjalizmu w Sejmie można coś zmienić. Trafił do Sejmu dość przypadkowo, po wyborach styczniu 1957 roku. Na spotkaniach przedwyborczych mówił, że będzie walczył o gwarancje swobód demokratycznych dla wszystkich ludzi oraz wolność słowa
i myśli dla twórców. Ale też o przywrócenie właściwego miejsca prywatnemu rzemiosłu i umożliwienie rozwoju drobnego przemysłu i handlu. Działając z ramienia koła poselskiego Znak w Komisji Planu Gospodarczego, Budżetu i Finansów, zaczął nękać ministra finansów pytaniami o najrozmaitsze księżycowe rozwiązania gospodarcze... Nie wszystkie poglądy polityczne Kisiela podzielam, ale szkoda - choćby z uwagi na owe otrzeźwiające i pozbawiające złudzeń pytania do rządu - że Kisiel nie mógł zostać członkiem Komisji Nadzwyczajnej do spraw energetyki i surowców energetycznych ...
Wolny obywatel, czy bezwolny odbiorca energii Konsekwencje odrzucenia poprawki prosumenckiej do projektu ustawy o odnawialnych źródłach energii
Chciałbym podzielić się z czytelnikami tekstem który powstał w
Instytucie Energetyki Odnawialnej, w ramach wigilijnej dyskusji nad istotą
energetyki prokonsumenckiej, w kontekście przebiegu prac Rządu RP i Sejmu nad
projektem ustawy o OZE oraz w kontekście stosunku ustawodawcy do energetyki
obywatelskiej, który najdobitniej ujawnił się w sposobie podejścia rządu i
posłów do poprawki prosumenckiej posła Artura Bramory.
Instytut zwraca się do Sejmu aby nie odrzucać mechanicznie poprawki, tak jak to miało miejsce w dotychczasowym przebiegu procesu
legislacyjnego i aby wykorzystać drugie
czytanie projektu ustawy w Sejmie do poprawienia regulacji w kierunku
pro-obywatelskim. Zwraca uwagę, że regulacja uchwalona w obecnym kształcie - bez poprawki prosumenckiej, może
wolnych obywateli uczynić bezwolnymi petentami przedsiębiorstw
energetycznych. Od siebie dodam, że takie zagrożenie jest o tyle groźne, że nie
chodzi tu o zwykły błąd legislacyjny, ale błąd o poważnych i nieodwracalnych konsekwencjach
Trudno będzie bowiem przekonać ludzi do ponownej aktywności obywatelskiej w
obszarze energii, także wtedy, gdy już wszyscy będą przekonani o takiej konieczności.
Uchwalenie obecnej wersji projektu ustawy o OZE bez poprawki prosumenckiej, spowoduje
że aktywni (jeszcze) obywatele pozostaną „bezwolnymi petentami przedsiębiorstw energetycznych” na
zawsze, no może za smutnym wyjątkiem, gdy swoje domy jednorodzinne – potencjalne
zielone elektrownie - zamienią na lokum
Szanowni Posłowie, źle
zrobicie jeżeli w tej sprawie będziecie działać mechanicznie, bez wykazania wrażliwości
na kwestie fundamentalne.
Zapraszam do zapoznania się ze stanowiskiem Instytutu Energetyki Odnawialnej.
W dniu 16 grudnia, na posiedzeniu Komisji Nadzwyczajnej do
spraw rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o OZE, jej członkowie zdecydowaną
większością głosów odrzucili poprawkę dotyczącą wprowadzenia po raz pierwszy w
Polsce systemu taryf gwarantowanych (FiT) dla najmniejszych wytwórców energii z
OZE - mikroprosumentów. Wcześniej Podkomisja Nadzwyczajna w ogóle nie uwzględniła
tej poprawki w swoim sprawozdaniu przekazanym Komisji. W efekcie, autor poprawki
- poseł Artur Bramora - musiał od nowa zgłaszać poprawkę na posiedzeniu
Komisji. Poprawkę negatywnie zaopiniował rząd. Wiceminister gospodarki Jerzy Pietrewicz, ocenił, że oznacza ona rozszerzenie katalogu prosumentów, a to
"element większej dyskusji". Jednak wcześniej prezydium Podkomisji
wraz ze stroną rządową do takiej dyskusji nie dopuściło. Poseł Bramora zapowiedział, że poprawkę zgłosi jeszcze raz w trakcie drugiego czytania projektu
ustawy w Sejmie, jako tzw. wniosek mniejszości. Nie można jednak wykluczyć, że
pojawią się inne, nieznane jeszcze obecnie przeszkody, które uniemożliwią
dyskusję także na forum Sejmu. Poprawka ta, spośród katalogu kilkudziesięciu innych
zgłoszonych i rozpatrywanych najpierw przez Podkomisję, a potem przez Komisję,
wzbudzała zdecydowanie największe zainteresowanie mediów, poparło ją
kilkadziesiąt poważnych organizacji, obywatele podpisują petycję w tej sprawie.
Przedstawiciele komisji powołanych do rozpatrzenia projektu ustawy nie chcą
nawet na ten temat rozmawiać. Dlaczego? Czy poprawka jest niemądra? Czy
propozycja zawiera jakieś groźne treści? A jeżeli stwarza zagrożenie, to dla
kogo? Poprawka daje obywatelom możliwość wyboru. Po 25 latach
wolności chodzi o realną, a nie pozorną (taką oferuje obecny kształt projektu
ustawy) możliwość wyboru pomiędzy kupowaniem energii od dostawcy, sprzedażą
własnej energii z domowej mikroinstalacji do sieci lub produkcję na własne
potrzeby. Poprawka wraz z uzasadnieniem jest sformułowana w sposób przejrzysty.
Nie wydaje się być bluźnierstwem, które akurat w Sejmie wypada okładać klauzulą
milczenia lub ignorować bez zapoznania się z jej istotą.
Problemu nie można zrozumieć bez kontekstu, w jakim projekt
regulacji powstał. Czteroletni okres prac rządowo-parlamentarnych na projektem
regulacji to zapis ociosywania wolnego obywatela, zwodzenia wyborcy i tworzenia
z nich petentów korporacyjno-urzędniczej machiny oraz płatników utrzymujących
tę machinę. Pierwsze wersje projektu ustawy autorstwa Ministerstwa Gospodarki z
lat 2011-2012 kształtowane były z myślą o aktywnym obywatelu jako podmiocie
regulacji. Kolejne wersje projektu ustawy z lat 2013-2014 to historia
sprowadzenia obywatela do roli jednowymiarowego „odbiorcy energii”. Jest to żargon
z Prawa energetycznego, który ma oznaczać konsumenta. Zdegradowana forma
nieświadomego klienta ponoszącego opłaty, o którego mają zadbać fachowcy:
energetycy i urzędnicy. Rząd zamiast dbać o tworzenie przejrzystego i prostego
prawa, ostatecznie zaproponował projekt ustawy, którego zapisy są niezrozumiałe
i niejasne dla obywatela. Posługuje się
językiem przedsiębiorstwa energetycznego i jest napisany w jego interesie, a
dotychczasowe prace sejmowe nie doprowadziły do poprawy regulacji. Ustawa o OZE miała pierwotnie uczynić z odbiorcy energii
aktywnego konsumenta, czyli prosumenta, a uczyniła płatnikiem, nieświadomym
sponsorem swojego dostawcy energii, któremu prosument za bezcen ma oddawać
nadwyżki energii oraz urzędnika, który zainkasuje podatek pośredni z
deficytowej (niejako z mocy ustawy) działalności prosumenckiej. Łatwo tę tezę
potwierdzić odwołując się do znowelizowanego Prawa energetycznego, które od
2013 roku stało się kanwą prac nad projektem ustawy o OZE. Prosument może
sprzedawać energię do sieci po cenie 0,14 zł/kWh, która stanowi zaledwie 43% ceny,
po jakiej zmuszony jest kupować energię z sieci. Różnica (0,19 zł/kWh) jest w
2/3 dofinansowaniem dostawców energii i w 1/3 przychodem budżetu państwa. Proponowane
w projekcie ustawy o OZE rozwiązania w postaci podniesienia ceny sprzedaży
nadwyżek z 14 do 18 zł/kWh i nowych zasad rozliczania półrocznego praktycznie
nie poprawiają sytuacji najmniejszych „mikroprosumentów”. Komu zabiera prawa i korzyści, kogo naraża na straty i kogo najbardziej
krzywdzi obecny projekt ustawy o OZE, w wersji bez poprawki prosumenckiej? Z
danych Eurostatu wynika, że chodzi o 53,7 proc. Polaków mieszkających w domach jednorodzinnych, bo oni
najłatwiej i najszybciej mogliby się stać prosumentami mającymi możliwość
wyboru różnych mikroinstalacji. Ich domy stałyby się zielonymi elektrowniami i
zielonymi ciepłowniami. Obywateli, których pozbawia się realnego prawa wyboru
ciągle przybywa. Już obecnie stanowią oni większość społeczeństwa, a liczba osób
przeprowadzających się corocznie z centrów miast do domów jednorodzinnych na wieś
i obszary podmiejskie to 40-50 tysięcy. Wszystkie budynki jednorodzinne to
ponad 46% budynków mieszkalnych. Autorzy „Strategii modernizacji budynków: mapy drogowej 2050” wskazują na konieczność termomodernizacji tych budynków z
wykorzystaniem mikroinstalacji OZE i podkreślają, że nasze państwo tej grupie
właścicieli budynków w ich modernizacji nigdy nie pomogło. Bard wolności, Jacek Kaczmarski śpiewał „Słowa palą, więc pali
się słowa: nikt o treści popiołów nie pyta”. I pouczał nas wszystkich: „Lecz
niech czyta, kto umie, niech nauczy się czytać!”. Komisja sejmowa nie powinna
bać się słów i nie ma prawa spalić poprawki prosumenckiej, a posłowie powinni
ją przeczytać w trakcie drugiego czytania projektu ustawy i choćby w segmencie
energetyki prosumenckiej poprawić regulację w duchu obywatelskim. Reprezentują
bowiem wolnych, świadomych obywateli, którzy w efekcie stanowienia złego prawa stać
się mogą bezterminowo bezwolnymi petentami przedsiębiorstw energetycznych.
Odnawialnej, 18 grudnia 2014 roku
UE winna sankcjom dla Polski za niewdrożenie dyrektywy o OZE?
Jeżeli winna to pewnie za to, że karze słabo i późno, bo wtedy kara nie działa.
grudnia rzecznik Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) ogłosił, że za opóźnienia we
wdrożeniu dyrektywy o odnawialnych źródłach energii (OZE) Polsce zostanie
wymierzona kara w wysokości 61 tys. EUR
za każdy dzień spóźnienia liczonego od daty wyroku (oczekiwanego w okresie
kilku tygodni), do daty pełnej transpozycji przepisów dyrektywy do polskiego
prawa. Zaledwie kilka godzin potem do mediów zostało przekazane oświadczenie Ministerstwa Gospodarki, stwierdzające, że opinia rzecznika nie
jest wiążąca dla Trybunału UE. Doznałem szoku. Nie przypominam sobie po 27
latach pracy w energetyce odnawialnej, aby kiedykolwiek rząd z takim refleksem
działał w sprawach związanych z OZE. Dodam, że w oczekiwaniu na zapowiedzianą już
wcześniej informację z TSUE, rząd
rozpoczął intensywne prace nad projektem kolejnej nowelizacji Prawa
energetycznego (nb. chyba rekordowo często „po kawałku” nowelizowanej ustawy w
skali światowej) oraz ustawy o biopaliwach (i rozporządzeń wykonawczych) w celu wdrożenia artykułów
dyrektywny, których wdrożenie w Polsce jest
kwestionowane przez TSUE. Grupa posłów już zgłosiła stosowany projekt zmian w
ustawie. Przypomnę o jakie niewdrożone artkuły dyrektywy 2009/28 - zdaniem
Komisji Europejskiej (KE) oraz TSUE - chodzi przede wszystkim:
· art. 13, który zobowiązuje państwa członkowskie
do m.in. do zapewnienia, aby określone
zostały specyfikacje techniczne, które muszą zostać spełnione przez urządzenia OZE
w celu skorzystania z systemów wsparcia · art. 14, który przewiduje szereg obowiązków w
zakresie zapewnienia dostępu do informacji dotyczących OZE oraz upowszechniania
· art. 16, który ma na celu ułatwienie i
zapewnienie dostępu do sieci przesyłowej i dystrybucyjnej energii elektrycznej
wytwarzanej z OZE
· art. 17 określa kryteria zrównoważonego rozwoju,
jakie muszą spełniać biopaliwa i biopłyny, aby zostać uwzględnione do celów
kontroli zgodności z wymogami tej dyrektywy oraz do celów kwalifikowalności do
wsparcia finansowego wykorzystania biopaliw i biopłynów. Związany art. 18
ustanawia zasady pozwalające zapewnić weryfikację poszanowania kryteriów
zrównoważonego rozwoju, a kolejny art. 19 podaje wytyczne co do obliczania
wpływu biopaliw i biopłynów na emisję gazów cieplarnianych.
W sentencji opinii rzecznika TSUE wynika, że kara będzie naliczona przede wszystkim za
niewdrożenie artykułów 13 i 18. W całej tej sprawie wcale najbardziej winić nie trzeba rządu
RP, ale …. KE i TSUE, że dopiero po ponad czterech latach od ostatecznej,
wymaganej prawnie, daty wdrożenia dyrektywy zbliża się termin wyznaczenia kary
(nb. do samego zapłacenia kary, z opłatami sądowymi, jest jeszcze długa droga).
Ta opieszałość instytucji unijnych niszczy rynek w UE oraz wszelkie przejawy
innowacyjności na rynku krajowym. Osłabia szanse polskiego przemysłu, zaufanie inwestorów
i obywateli do UE, do Polski, do państwa prawa. No cóż, jesteśmy w UE
od 10 lat, jako jeden z największych krajów, mamy na koncie prezydencję, szefa
parlamentu UE, o komisarzach nie
wspomnimy, prezydentem Unii jest od
pierwszego grudnia Polak… Same sukcesy, a tu taki wstyd… Czyżbyśmy jednak nie
za bardzo rozumieli tę koncepcję UE, poza możliwością wyciągnięcia z niej kasy?
Z perspektywy Polski straty z tytułu niewdrożenia przepisów są,
moim zdaniem, znacznie poważniejsze niż ew. kara, choć pozostają
nieuświadomione nawet przez znawców tematu. Jeśli chodzi o reakcje na
informacje o nadchodzącej karze, do chyba najbardziej znamienny jest komentarz Jacka
Zalewskiego pt. „Od naliczenia kary się nie wywiniemy”, opublikowanym w Pulsie Biznesu .
Redaktor Zalewski, którego bardzo cenię, postawił tezę: „dla polskiej
gospodarki dyrektywa [o promocji OZE]
jest niewątpliwie strasznie kosztowna i może się okazać, że nawet po naliczeniu kary, spóźnienie per
saldo się… opłaci”.
Na temat „oszczędności”
i opłacalności „nic nie robienia” (w tym opóźniania i niewdrażania dyrektyw UE)
pisałem w komentarzu „Jak premier Tusk miliardy na OZE zaoszczędził” . Pozorne oszczędności są niczym innym jak zwykłym stratami. w sensie gospodarczym
i makroekonomiczny na poziomie krajowym.
Teraz można to pokazać na konkretnych przykładach, analizując tylko w sposób uproszczony
skutki niewdrożenia dwu ww. newralgicznych artykułów dyrektywy o OZE (13 i 18) ,
o których wdrożenie tak nieśmiało i z tak dużym opóźnieniem upomina się KE.
Niewdrożenie art. 13 skutkuje brakiem specyfikacji
technicznych na urządzenia OZE, które są przedmiotem wsparcia (np. dotacjami).
W konsekwencji niewdrożenia tego artykułu urządzenia nieefektywne, niesprawne,
wysokoemisyjne trafiają na rynek
(wspierane środkami publicznymi!) wypierają z rynku produkty tych krajowych
producentów, którzy postawili na innowacje, rozwój technologii. W efekcie
końcowym jednak polskie firmy –
producenci kolektorów słonecznych, pomp ciepła, a zwłaszcza kotłów na biomasę,
bez wsparcia na rynku krajowym, nie mogą (pomimo posiadania know-how) rozwijać
nowoczesnych technologii, a przez to stopniowo tracą opokę w postaci rynku
krajowego i możliwości eksportu na rynki UE i globalne. Pozostaje im tylko
możliwość eksportu do najbardziej zacofanych i najbiedniejszych krajów na
świecie. Szeroko problem ten dyskutowany był na organizowanym przez IEO
cyklicznie VII Forum Przemysłu Energetyki Słonecznej i Biomasy w maju br.
Najnowsze statyski GUS i IEO potwierdzają
też, że w technologiach zielonego ciepła,
których system wsparcia uparcie przedstawiany jest jako sukces, tracimy rynek
krajowy, czyli polityka „oszczędności” i niskiej ceny nie tylko zamyka przed
firmami rynki zagraniczne, ale też nie wspiera rynku krajowego.
Niewdrożenie art. 18 dyrektywy ma jeszcze poważniejsze
skutki. Brak kryteriów zrównoważności biopaliw spowodował, że polskie firm
zainwestowały jedynie w biopaliwa pierwszej generacji (z surowców spożywczych,
o dużym „śladzie węglowym”), których ceny rosną i których już obecnie nie
sposób sprzedać na rynku UE, a od 2017
roku będzie prawnie wręcz niemożliwe aby w ten sposób rozliczać się z celu
krajowego. Mamy zatem zbudowane za ciężkie pieniędzy agrorafinerie rzepaku i
wytwórnie biodiesla o niewykorzystywanych
zdolnościach produkcyjnych oraz wytwórnie
bioetanolu (niemodernizowane i przez to nieefektywne i nie spaleniach wymogów
unijnych), a na rynek krajowy wpływają biopaliwa z innych krajów UE. Coraz bardziej oczywiste jest to, że Polska
nie zrealizuje w 2020 roku 10% (sub)celu biopaliwowego, bez importu biopaliw drugiej
i trzeciej generacji na olbrzymio skalę. Przykre jest to, że już ponad 6 lat
temu możliwe niekorzystne skutki polskiej polityki „opóźniania i niewdrażania”
prawa UE w tym zakresie przewidywałem także na blogu odnawialnym
, ale żadnego konstruktywnego działania
korekcyjnego nie było. No cóż, chyba wreszcie ulegnę namowom współpracowników i
kupię sobie koszulkę z napisem „a nie mówiłem”. W dalszym ciągu jednak nie
rozumiem skąd bierze się u rządzących w Polsce to przekonanie, że wbrew
oczywistym argumentom zrobimy UE (czyli, jako kraj członkowski samych siebie) w
Jako kraj dotykamy znaczne szerszego problemu niż konieczność
zapłacenia jednej lub więcej kar za niewdrożenie lub nieprawidłowe
prawa UE (nie tylko dyrektywa o OZE ale także dyrektywa wodna, zakaz obrotu materiałem
nasiennym GMO itd.) i nie
tylko na etapie, gdy trzeba płaci z tak dużym opóźnieniem (!) za uchybienia
formalne. Także za to, że prawdopodobne niezrealizowanie przez Polskę celu OZE
na 2020 roku, co pociągnie za sobą konieczność dokonania znacznie bardziej
kosztowanych transferów statystycznych lub zapłacenia jeszcze wyższych kar po 2020 roku za brak osiągnięcia
celów (efektów). Ale czeka nas jeszcze jedna kara dodatkowa („pozatraktatową”) – za brak
uzyskania korzyści i trwałą utratę konkurencyjności technologicznej, niejako na
Brakuje krajowych analiz które potwierdzałyby niezbicie, że
preferowanie krótkoterminowego ograniczania kosztów w stosunku do
nieuwzględnianych korzyści
średnioterminowych ma sens. Ale nie ma też ani jednej pełniejszej analizy
krytycznej, że od kilku lat na własne życzenie staczamy się w obszar
niedorozwoju technologicznego i problemów społecznych, właśnie z powodu braku
bardziej progresywnych regulacji. Nie
dysponując takimi szerszymi analizami nie chcę też sam definitywne rozstrzygać
tej kwestii, tak jak bez cienia
wątpliwości zrobił to premier Tusk, jak robi to też opozycja. Chyba jeszcze
bardziej jednak dziwię się, że doświadczeni dziennikarze w dalszym ciągu dają
się złapać na tak tanie i nieudokumentowane argumenty. Wszak i premier Tusk i
red. Zalewski, i także obecny rząd i gro opozycji są zwolennikami i członkostwa Polski w UE i zasad wolnorynkowych w gospodarce kapitalistycznej, ale w
praktyce coraz rzadziej potrafią te cele pogodzić. Wszystkim tym, którzy mechanicznie przyjmują, że Unia Europejska jest od tego aby ją
wykorzystać oraz że taniej na dzisiaj to też lepiej, chciałbym polecić dzieło ekonomisty
i analityka biznesowego – Alfreda
Rapaporta, który w najnowszej książce „Saving capitalism from short termism” (McGraw-Hill
‘2012) pisze m.in., że myślenie krótkookresowe zarówno w polityce publicznej
jak i korporacyjnej jest długoterminowo
destrukcyjne („dewastujące”) dla państw
i dla firm, dla obywateli i dla udziałowców (shareholders).
Czemu zatem służy
polski short-termism, "polskie oszczędności", traktowanie UE jako koniecznego zła i komu służy pobłażanie
krajom członkowskim UE przez KE i TSUE? Przyjmując tezę o „ złej macosze Unii”
(odsyłam do wcześniejszych wpisów blogowych), może właśnie jej podstępna opieszałość
i łagodność w strofowaniu jest formą dodatkowej kary dla członka, który puszczony
luzem trafi na manowce? Autor:

References: art. 13
 art. 14
 art. 16
 art. 17
 art. 18
 art. 19
 art. 13
 art. 18